- Opowiadanie: Sid_Curmudgeon - Rysa

Rysa

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rysa

 

 Na początku jedynie sporadycznie widywałem jego przeraźliwą sylwetkę gdzieś na dachach odległych budynków. Wyglądał jak robotnik wysokościowy rozglądający się po okolicy. Co prawda już wtedy odczuwałem najohydniejszą z możliwych zgrozę, lecz naiwnie wierzyłem, że ten kształt jest jedynie wytworem mojej wyobraźni lub złudzenia optycznego. No bo kto normalny przejmowałby się ledwo widocznym cieniem, tkwiącym w bezruchu gdzieś w oddali? Tak też i ja, osoba dorosła i opanowana, nie zwracałem większej uwagi na tą przedziwną marę, która nawiedzała mnie raz na jakiś czas.

Niedawno osiągnąłem wiek pięćdziesięciu dwóch lat, toteż większość z tych czarnych plam uznawałem za objaw jakiejś postępującej wady wzroku. Chciałem się oczywiście natychmiast przebadać, lecz szybki rozwój sytuacji mi to uniemożliwił.

Nie zwróciłbym też na tę marę większej uwagi, gdyby nie niesamowicie silna wiązka odrazy i strachu, uderzająca w moje serce za każdym razem, gdy ów cień pojawiał się gdzieś na horyzoncie.

Pewnie niejeden z czytelników tej notki (która jest zarazem moim ostatnim wyznaniem) pomyśli, iż najzwyczajniej w świecie postradałem zmysły. Owszem, brałem to pod uwagę, bo niby czemu nie. Bycie profesorem historii nie chroni mnie w żaden sposób przed nagłym atakiem schizofrenii czy też innej choroby psychicznej. Jestem przecież zwykłym człowiekiem, a moje tytuły naukowe są jedynie dowodem mojego poświęcenia nauce. Poświęcenia, które, chcąc nie chcąc, znacząco przyczyniło się do eskalacji tej mrocznej sytuacji bez wyjścia. Nie wiem, czy jestem chory, czy może opętał mnie jakiś demon. Pewne jest jedynie to, że niedługo odejdę z tego świata własnoręcznie podcinając sobie tętnice lub będąc porwanym przez to monstrum. Chcę tylko, byście wiedzieli, że nie boję się śmierci. Jest ona nieodłączną częścią życia. Jedyne czego się obawiam to to, że moje przeczucia co do zamiarów tego parszywego cienia nie są jedynie moim wymysłem, lecz informacją, która ku własnej obrzydliwej uciesze ta abominacja istnienia mi przekazuje.

Czuję jak powoli odchodzę od zmysłów. Od paru już dni żyję w ciągłej zgrozie więc myślę, iż teraz, na krótko przed dokonaniem się najgorszego, winienem przedstawić pokrótce to, co wprowadziło mnie w ten koszmar.

Jak już wspomniałem, jestem profesorem historii. Wykładałem na Uniwersytecie Warszawskim przez wiele lat. Tej wiosny udałem się na zasłużony urlop. Większość wolnego czasu poświęcałem rozwijaniu swojej pasji modelarskiej oraz pisaniu mojej książki traktującej o dziejach Pogańskiej Polski. Wieczorami zgodnie ze swoim zwyczajem spacerowałem po okolicy. Urlop mój mijał raczej spokojnie i bez żadnych rewelacji, aż do dnia dwudziestego maja tego roku. Wtedy to, pragnąc zaczerpnąć nieco świeżego powietrza, wynająłem domek letniskowy w jednym z lasów opodal mojego rodzinnego miasta, zwanego Kartuzy. Mieści się ono na Pomorzu, zaledwie rzut kamienia od Kaszubskiego Parku Krajobrazowego. Tam właśnie, pośród lasów, zakochałem się w historii, gdyż ludność ościennych wsi, szczególnie ta starsza, wiele razy opowiadała mi prastare legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie nie inaczej jak tylko ustnie.

Przez parę dni mojego pobytu w domku letniskowym cieszyłem się piękną pogodą i niemalże całe dnie chadzałem po tamtejszych lasach, pisząc swoją książkę w trakcie napływów weny twórczej. Lasy pomorza są najpiękniejszymi w Europie (przynajmniej moim zdaniem).

Pewnego razu podczas jednej z moich wycieczek, natknąłem się na małą wieś pośrodku lasu. Nie miałem pojęcia o jej istnieniu, lecz nie zdawało mi się to być w żaden sposób dziwne, gdyż po okolicy rozsiane było wiele tego typu siedlisk. Wioska liczyła zaledwie cztery domy z różnorakimi zabudowaniami wkoło nich. Na widok osady poczułem dziwny niepokój. Był środek dnia, a na niebie nie było ani jednej chmurki, lecz gdy tylko stanąłem pośrodku wsi promienie słońca zaginęły gdzieś w gęstych koronach szarych drzew otaczających ceglane budynki. Koloryt dnia nagle się zmienił, zupełnie tak jakby niebo przykryły chmury burzowe. Och Boże! Dlaczego wtedy nie posłuchałem swoich prymitywnych przeczuć i nie uciekłem w pośpiechu z tego przeklętego miejsca?

Poczuwszy jak z jakiegoś powodu atmosfera wokół mnie gęstnieje okręciłem się wzdłuż własnej osi rozglądając się po okolicy. Miałem wrażenie jakbym stał pośrodku jakiegoś rynku miejskiego i dziesiątki oczu spoglądały na mnie z pogardą. Wkoło nie było jednak nikogo, a przynajmniej tak mi się zdawało aż do momentu gdy chrapliwy głos siwego starca łamiąc panującą grobową ciszę mało co nie przyprawił mnie o zawał serca.

– Witaj synku. – Starzec niemalże natychmiast zakaszlał i splunął na ziemię. – Zgubiłeś się może? – Po tym, jak wymawiał ,,ł” natychmiast rozpoznałem, że pochodzi gdzieś z Kresów. Spojrzawszy na niego spostrzegłem jego pomarszczoną i wysuszoną jak papier skórę twarzy. Siedział na ławce wsparty o ścianę swojego jak podejrzewałem wtedy budynku. Ubrany był na szaro, dlatego też nie zauważyłem go, gdy rozglądałem się po okolicy. W pierwszym momencie chciałem jedynie przeprosić starca i odejść w swoją stronę, lecz moja podła myśl literacka nasunęła mi na inny pomysł. Nawet nie zauważyłem, kiedy niepokój i uczucie bycia obserwowanym przerodziły się w pulsujący, choć ledwo wyczuwalny lęk.

– Witam Szanownego Pana! – Powiedziałem podniesionym nieco tonem głosu, spodziewając się problemów starca ze słyszeniem. - Przepraszam, jeśli przeszkadzam w codziennych obowiązkach, lecz interesuje mnie czy zna pan może jakieś stare legendy o tutejszych lasach. Jestem pisarzem i szukam inspiracji.

– Jakie tam przeszkadzam. Tu nic innego robić jak tylko siedzieć i w las patrzać. – Mężczyzna po raz kolejny charknął i splunął na ziemię. Podniósłszy wzrok starzec spojrzał mi prosto w oczy. W jego bladobłękitnych tęczówkach nie można było odczytać nic. Były jakby puste.

– Jak artyście to pomogę ja zawsze. – Podjął po chwili. Przez następne dziesięć czy może piętnaście minut opowiadał mi dość podobną do wielu innych wersję legendy o Borowym, którego on nazywał Laskowcem. Jako że jego historia nie zawierała żadnych nowych czy ciekawych informacji, ładnie podziękowałem za opowieść i gotów do odejścia odwróciłem się w stronę drogi, którą przyszedłem. Nagle, gdy już miałem starcowi życzyć miłego dnia i ruszać z powrotem do mojego domku ten warknął dziwnie i rzekł:

– Czekaj no. Jeszcze historię jedną znam. – Nie wiem dlaczego, lecz te słowa wywołały we mnie dziwnego rodzaju strach. Strach taki jaki czuło się, gdy za dzieciaka słyszało się historie o duchach, a przecież nie usłyszałem jeszcze nawet ani jednego zdania dziadzinej opowieści. – Tu opodal kamienie stare są. Wyrzeźbione takie ino przed wieloma laty, kiedy to jeszcze ludzie na tych ziemiach do Peruna modły wznosiły. Jednakowoż te kamienie co tam są to pono do modłów innego boga czy tam diaboła służyły. Mnie nie wiedzieć, bo za chłopaka, tylko żem gdzieś urywek historii tej słyszał. Może to Pana zainteresuje. Więcej nie wiem, ale zawsze coś. Co nie? – Przytaknąłem osłupiały. Nie wiedziałem co zrobić. Nawiedziła mnie przedziwna mieszanina strachu i fascynacji. Począłem rozważać różne scenariusze działania oraz to, jakiemu bogu lub demonowi oddawano cześć w okolicznych lasach. Z zamyślenia wyrwał mnie starzec podnosząc swoją zesztywniałą od starości dłoń i wskazując w stronę lasu.

– W tamtą stronę to będzie. – Wymamrotał starzec. – Niedaleko. Przy wzgórzu takim zalesionym mocno. Stamtąd to tylko na zachód iść to się po godzinie na trakt dojdzie, a i z twoimi młodymi nogami to szybciej pewnikiem. – W odpowiedzi ponownie kiwnąłem głową i po krótkim podziękowaniu ruszyłem w kierunku wskazanym przez mężczyznę. Gdy byłem już na skraju wsi usłyszałem jak starzec coś do mnie jeszcze krzyczy. Nie zrozumiałem go, a jako że zafascynowanie poczęło wzrastać z każdą sekundą, przyśpieszyłem kroku i nawet się nie odwróciłem.

Im bardziej zagłębiałem się w las, tym ciemniej robiło się wokół mnie. Gdy dotarłem na miejsce tkwiłem w przedziwnym jak na środek dnia półmroku. Las w tym miejscu zdawał się bardzo stary. Niemalże wszystko pokrywał mech. Wszystko, oprócz trzech kamieni czy raczej głazów leżących u podnóża gęsto zarośniętego zaroślami i drzewami oraz stosunkowo stromego wzgórza. Dookoła rozpościerał się spowity tajemnicą las. W powietrzu niczym zapach kadzidła unosiła się atmosfera pradawności. Nad głową widziałem ogromne korony wyschniętych zdawałoby się drzew, tworzące sklepienie nieprzepuszczające niemal żadnego światła. Ich gałęzie prześwitywały miejscami, ukazując różnorakie wzory niczym szkiełka witraża. Starodrzewia połączone ze wzgórzem tworzyły półkole na wzór kopuły wiszącej nad prastarymi kamieniami. Chropowate i szare drewniane kolumny poprzecinane były ciemnozielonymi paskami mchu tworzącego przedziwne wzory. Na mojej skórze ani przez chwilę nie poczułem wiatru. Powoli podszedłem do głazów. Panowała niezmącona niczym cisza.

Kamienie nie były o dziwo porośnięte mchem. Dwa z nich były dość płaskie, najprawdopodobniej odpowiadała za to człowiecza ręka. Trzeci zdawał się ledwie pozostałością po jakiejś konstrukcji. Był to sześcian, bardzo nierówny zresztą, posiadający pośrodku dość spore zagłębienie. Powołując się na moją wiedzę na temat pogańskich rytuałów, mógł na nim stać jeszcze jeden kamień wyrzeźbiony w kształt półkola. Konstrukcja taka służyłaby w tym przypadku za pochodnię lub dysk, na którym kładziono rozżarzone drwa, by potem rzucać na nie wonne zioła oraz części zwierząt. Pozostałe dwa kamienie stanowiły dla mnie z początku niemałą zagadkę. Dopiero po dokładnej analizie zrozumiałem, do czego służyły. Pierwszy z nich, ten mniejszy, a zarazem wyższy, wyglądał jak ołtarz i nim też najprawdopodobniej był. Drugi kamień stosunkowo duży był długi na około półtora metra. Kształtem przypominał prostokąt. Na pierwszy rzut oka głaz był w miarę równy. Dopiero po chwili spostrzegłem liczne rowki i wgłębienia. Im dłużej przyglądałem się tej wydrążonej w litej skale sieci, tym bardziej nasilał się dreszcz przechodzący po moich plecach. Po dłuższej chwili pojąłem, do czego służył ten kamień. Był to stół ofiarny. Stół na tyle duży, że niemalże na pewno nie służył do składania ofiar ze zwierząt. Na tym stole rytualnie mordowano ludzi.

Wpadłem w tok przemyśleń. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z na tyle okultystyczną religią pochodzącą z aż tak zamierzchłych czasów. Z zamyślenia jednak szybko wyrwało mnie dziwne uczucie. Miałem wrażenie… że ktoś mnie obserwuje. Natychmiast się odwróciłem i kątem oka dostrzegłem jak z ogromną prędkością coś czmychło w kierunku zarośli. Przestraszyło mnie to niemało, lecz strach szybko przerodził się w gniew. Byłem niemalże całkowicie pewien, że osobą, która mnie nastraszyła był jakiś mieszkaniec ze wsi pośrodku lasu. Dopiero po dokładnym przeczesaniu okolicy zrozumiałem, że jestem w tym miejscu kompletnie sam. Gdy to do mnie dotarło ciarki przeszły mi po całym ciele.

Wróciłem do ołtarza i rozejrzałem się wkoło. Było pusto tak samo, jak wcześniej, lecz mimo to dalej czułem, że ktoś mnie obserwuje. Zdesperowany warknąłem:

– Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz? Widziałem cię! – Nawet echo mi nie odpowiedziało. – Widziałem cię parszywcu! Pokaż mi się natychmiast albo… – nie mając pomysłu na dokończenie zdania dałem sobie spokój z wygrażaniem. Chciałem przebadać dokładniej znalezione głazy, lecz uczucie obserwacji nie zniknęło nawet po tym, jak zadzwoniłem do mojego przyjaciela po fachu, by przedstawić mu swoje znalezisko.

Po niezbyt długim namyśle postanowiłem opuścić to przeklęte miejsce. Szedłem w kierunku, który zdawał mi się być zachodem – tak jak kazał starzec. Trasa zajęła mi nieco ponad pół godziny. Przez cały ten czas nie mogłem pozbyć się wrażenia bycia śledzonym. Bałem się, bardzo się bałem. Był to jednak najbardziej irracjonalny rodzaj strachu, jaki doświadczyłem… przynajmniej do tamtej pory. Uczucie czyjejś obecności zniknęło wraz z tym, jak wszedłem na starą leśną drogę, którą oświetlało jasne, letnie słońce. Powrót do domu był stosunkowo długi, lecz pośród rozmyślań i resztek przerażenia, które poczęło powoli przeradzać się w ekscytację, minął on dość szybko.

W nocy ciężko mi było zasnąć. Co prawda strach już minął, lecz mój rozszalały umysł nie potrafił się uspokoić. Gdy tak leżałem i rozmyślałem o tym, co się wydarzyło, przypomniałem sobie, iż starzec próbował coś mi jeszcze przekazać nim zniknąłem w głębi lasu. Starałem się rozszyfrować czego też ten dziad mógł jeszcze ode mnie wtedy chcieć. Niestety, nie byłem w stanie tego zrobić. Dopiero gdy za oknem zaczęło już świtać, a ja potwornie zmęczony począłem wreszcie przechodzić do krainy snu nagle mnie olśniło i zrozumiałem słowa starca: ,,Uważaj na siebie i za długo tam nie siedź, bo zguba ci przyjdzie na spotkanie”. Tej nocy nie zmrużyłem już oka.

Po dwóch dniach wróciłem do Warszawy. Nie musiałem czekać długo aż po raz pierwszy zobaczyłem czarną plamę na dachu odległego budynku.

To widziadło zaczęło z czasem pojawiać się coraz częściej tu i ówdzie w drodze do sklepu czy też w trakcie zwyczajnych przechadzek po okolicach miasta. Prawdziwie bać zacząłem się jednak dopiero wtedy, gdy ta mara poczęła obserwować mnie z dachów coraz to bliższych mi budynków. W istną panikę natomiast, wprowadził mnie moment, w którym ta ohydna sylwetka po raz pierwszy się poruszyła. Od tamtego momentu, począłem popadać w niemałą paranoję, bo o ile wcześniej przy zwróceniu wzroku dajmy na to na wschód, cień tkwił nieruchomo gdzieś na gzymsach czy fasadach zabudowań, teraz był w stanie wyłonić się nagle zza komina lub murku.

Im bliżej mnie go widywałem, tym lepiej dostrzegałem jego wygląd. Od razu wiedziałem, że nie jest to nic z tej ziemi. Jeszcze wczoraj widywałem go parę razy kącikami oczu, jak przemyka gdzieś z nieludzką zwinnością i prędkością. Żadne łono nie byłoby w stanie zrodzić czegoś tak nienaturalnego i okropnego. Twór ten nie mógł również składać się z żadnych tkanek czy atomów, gdyż zdawał się jakby nie istnieć, a zarazem był dla mnie widoczny. Zabrzmi to niebywale szaleńczo, lecz wyglądał jakby linie jego sylwetki wyznaczały granice pomiędzy dwoma wszechświatami – tym naszym, normalnym, oraz jego okultystyczną i złowieszczą krainą mroku. Sylwetka ta była pozornie ludzka, choć jej proporcje i kontury wykraczały poza granice fizyki czy nawet logiki tego świata. Nie potrafię dokładnie opisać tego, jak wyglądał ten cień czy też stwór inaczej niż tak: patrząc na niego wyobrażałem sobie jakiegoś rodzaju prymitywny malunek znaleziony w głębinach wiecznych jaskiń. Mara ta wyglądała jakby ktoś namalował czarną farbą nierówny kontur człowieka, a następnie szczelnie wypełnił wnętrze tą samą czernią, nie zwracając uwagi na to, czy wychodzi za linię, czy nie. Sama natomiast materia, z której był stworzony ten potwór, zdawała się niczym innym jak pustką. Patrząc na niego, czułem się jakbym spoglądał w głębiny czarnej dziury. Ach, ciarki przechodzą mi po plecach, gdy opisuję to monstrum.

Dzisiaj w nocy zdarzyło się coś, czego wspominanie wprawia mnie w atak histerii. Czuję jednak, iż opisanie jej jest ostatnią rzeczą, jaką mogę zrobić, by ustrzec innych przed tym złem, które na siebie sprowadziłem. Obudził mnie trzask otwieranego okna. Przysiągłbym, że dokładnie je wcześniej zamknąłem.

Przysnąłem dopiero około godziny drugiej, może wpół do trzeciej w nocy, Ostatnimi czasy z wiadomych przyczyn miewałem ogromne problemy z zaśnięciem. Jak już wcześniej wspomniałem, wczoraj spostrzegłem jak ten przeklęty cień przemyka gdzieś w mojej bezpośredniej bliskości, toteż zasnąć było wyjątkowo trudno. Leżałem w łóżku i przewracałem się z boku na bok próbując chociaż na chwilę skryć się w krainie snów. Było to o tyle ciężkie, że za każdym razem, gdy przymykałem oczy, zdawało mi się jakby stwór ów stał nade mną i wlepiał we mnie swoje puste ślepia. W całym pokoju było ciemno, a drzwi do niego były otwarte. Bezpośrednio naprzeciwko mojej sypialni znajduje się kuchnia, więc w ciepłe, letnie noce otwieram okno w pokoju i kuchni, aby przeciąg chociaż trochę ochłodził mieszkanie. Tej nocy jednak chłód sprawił, iż postanowiłem tego nie robić. Okno jednak zostało przez kogoś lub coś otwarte. Moje mieszkanie było niedawno temu remontowane, toteż wyposażone jest w nowe okna. Nie ma mowy o wadliwym zamku czy uszczelce.

Leżąc przebudzony na plecach, widziałem pośród mroku mieszkania otwarte okno kuchenne. Jako że byłem już stosunkowo zaspany bez większych rozmyślań udałem się do kuchni i zamknąłem je. Gdy to robiłem, uderzyło mnie dziwne uczucie, które od razu rozbudziło mój zamglony stagnacją umysł. Czułem jak szum w moim lewym uchu nieco się nasilił, jak małe włoski na całej lewej stronie mojego ciała powoli stają dęba, jak bardzo, ale to bardzo delikatny powiew wiatru uderza w mój lewy policzek. Natychmiast zrozumiałem co to oznacza: ktoś przed chwilą koło mnie przeszedł. Strach był niemalże paraliżujący. Szybko odwróciłem się w lewo tylko po to, by dostrzec tam ciemność mieszkania, która tej nocy wydawała się wyjątkowo gęsta. W panice szybko wystrzeliłem w stronę łóżka. Przez te parę metrów miałem wrażenie jakby coś mnie goniło. Bałem się, że za chwilę coś chwyci mnie za nogi lub a rękę. Wskoczyłem szybko do łóżka, błyskawicznie chwyciłem za naszyjnik z krzyżem ukryty pod poduszką i migiem odwróciłem się w stronę kuchni, trzymając przed sobą krucyfiks… nie było tam kompletnie nic. Przez chwilę zastanawiałem się, czy może to mój umysł płata mi figle. Znane są przecież przypadki osób, które pod wpływem strachu widywały duchy lub słyszały jęki, których wcale nie było. Moje serce biło jak oszalałe. Skuliłem się w łóżku i nakryłem kołdrą tak, jakby miała mnie ona ochronić przed złem. W ręku nadal trzymałem krzyż, co teraz wydaje się dla mnie idiotyczne, bo przecież nie jestem osobą wierzącą. W szumiącej i niezłamanej ciszy leżałem wpatrując się w kuchenne okno.

Po pewnym czasie moje wyczerpane oczy zaczęły same się zamykać. Umysł powoli przestawał funkcjonować we właściwy sposób więc i mój strach zdawał się dziwnie pusty. Zacząłem powoli tracić świadomość, gdy znienacka okno w kuchni otworzyło się z tak ogromną siłą, że uderzyło w ścianę, krusząc przy tym tynk. Momentalnie się podniosłem. Serce wróciło do obłąkańczego bicia a groza zdawała się tak ogromna, że począłem odchodzić od zmysłów. Okno poruszało się powoli wisząc na jednym zawiasie, ponieważ, jak okazało się później, drugi został zerwany. Wkoło znów panowała całkowita cisza, lecz ja wiedziałem! Wiedziałem, że on gdzieś tam jest! Po chwili patrzenia w stronę okna zdarzyło się to, czego od początku się spodziewałem. Zza parapetu wyłoniła się JEGO głowa, a przynajmniej czarna plama, która zdawała się nią być. O Bogowie! Jak wielki, paraliżujący strach mnie ogarnia, gdy tylko sobie przypomnę ten widok! Chciałem krzyczeć, lecz lęk odebrał mi głos. Dopiero po chwili patrzenia się w JEGO pustkę zebrałem w sobie odpowiednio dużo odwagi, by wrzasnąć trzęsącym się głosem:

– Odejdź Szatanie! – Jakże wielkie i przerażające było moje zdziwienie, gdy niemalże natychmiast usłyszałem odpowiedź. Odpowiedź głosu dudniącego, a zarazem szemrzącego jak setki wodospadów, głębokiego jak ocean, a zarazem cichego jak noc. Głosu szatańskiego, nieludzkiego, paskudnego i mrożącego krew w żyłach.

– Nie jestem Szatanem. – Po wypowiedzeniu tych słów plama zniknęła. Zapadła makabryczna i martwa jakby cisza. Trząsłem się, lecz zarazem nie potrafiłem się poruszyć. Ciemność. Mrok wkoło. I ta cisza…

 

– Szatan się mnie boi – usłyszałem bezpośrednio przy moim prawym uchu. W mgnieniu oka wyskoczyłem z łóżka. I… Nie! Tam nie było niczego! N I C Z E G O!

 

Tylko pustka…

 

Jest dziewiąta trzynaście. Od dwóch dni nie spałem przez dłużej niż pół godziny. Mój mózg traci siłę. Odrywam się od rzeczywistości. Moja podświadomość jest martwa. Czekam…

List ten zakończę notatką, którą spisałem gwoli wyjaśnienia trzy dni temu, kiedy to byłem bardzo bliski samobójstwa. Chciałem ją zawiesić na drzwiach mojego domu, lecz potem odrzuciłem ten pomysł. Oto jej treść:

„Czy mieliście kiedyś uczucie obecności kogoś opodal was, a po obróceniu się w stronę, z której pulsowała ów bytności nie dostrzegaliście niczego poza pustką? Jeżeli tak, to należycie do znaczącej większości i lepiej by było dla was, aby tak zostało. Zakarbujcie to sobie w głowach, że nigdy nie należy dociekać co wywołało to uczucie, bo jakkolwiek straszliwie to nie zabrzmi, wasze receptory nigdy się w takich sytuacjach nie mylą. Ja niestety popełniłem ten błąd. Pragnąłem wiedzy i przez to do końca życia będę spętany histeryczną zgrozą, której nie można opisać ludzkim językiem. Na szczęście, życie moje nie potrwa już zbyt długo. Daję sobie co najwyżej parę godzin nim odejdę z tego świata, a raczej nim nie zostanę z niego zabrany. Nie mogę już znieść ciągłej zgrozy, jaka mi towarzyszy. W związku z tym mam zamiar popełnić samobójstwo, choć obawiam się, że ON podążałby za mną nawet w świecie umarłych tylko po to, by dokonać na mnie swej parszywej pomsty. Zemsty za zrobienie czegoś tak zdawać by się mogło błahego, jak dostrzeżenie go. Ta notka jest moim ostatnim wyznaniem. Chcę ją sporządzić nim całkowicie popadnę w kierowany lękiem obłęd. Drogi czytelniku, błagam wysłuchaj mojej rady: nigdy nie dociekaj co zbudziło twój niepokój w pustym mieszkaniu czy podwórzu. Musisz pogodzić się z tym, iż jesteś często obserwowany, bo inaczej skończysz tak jak ja. Nie zwracaj uwagi na rysy na rzeczywistości”.

Nikt

06.07.2010.

 

Koniec

Komentarze

Pewnie niejeden z czytaczy tej notki

Czytelników.

 

Owszem, brałem to pod uwagę, bo niby czemu mnie, profesora historii nie miałaby bezpodstawnie zaatakować schizofrenia czy też inna choroba psychiczna.

Zdanie-potworek. Po “czemu nie” dałbym kropę, a ciąg dalszy przeredagował, np “profesora historii też mogły zaatakować…”.

 

Poświęcenia, które[+,] chcąc nie chcąc[+,] znacząco przyczyniło się do [czego? brakuje czasownika] tej całej mrocznej sytuacji bez wyjścia.

własnoręcznie podcinając sobie tętnicę

Tylko jedną?

 

Chcę tylko[+,] byście wiedzieli, że nie boję się śmierci.

Jedyne czego się obawiam jest to

jest → to

 

Wykładałem na uniwersytecie Warszawskim przez wiele lat.

Uniwersytecie Warszawskim. Jeśli Twoim zamiarem było wyróżnienie tylko słowa “warszawski”, bo pochodzi od nazwy stolicy – to błąd. Przymiotniki piszemy małą literą.

 

o dziejach Pogańskiej Polski.

Termin “Pogańska Polska” nie funkcjonuje jako nazwa własna w odniesieniu do naszego państwa kiedykolwiek w dziejach, z tego co mi wiadomo, a więc “pogańskiej” z małej.

 

Urlop mój mijał raczej spokojnie i bez żadnych rewelacji, aż do dnia dwudziestego maja tego roku, kiedy to[+,] pragnąc zaczerpnąć nieco świeżego powietrza[+,] wynająłem domek letniskowy w jednym z lasów opodal mojego rodzinnego miasta[+,] zwanego Kartuzy.

Kolejne zdanie-potworek, zdecydowanie zbyt długie.

 

Mieści się ono na pomorzu

Pomorzu.

 

Tam właśnie[+,] pośród lasów[+,] zakochałem się w historii

Wtrącenia oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Ogólnie interpunkcja jest dość średnia w tym opowiadaniu, więc daruję sobie dalsze wypisywanie brakujących przecinków.

 

mógł na nim stać jeszcze jeden kamień wyrzeźbiony w kształt okręgu. Konstrukcja taka służyłaby w tym przypadku za pochodnię lub dysk, na którym kładziono rozżarzone drwa, by potem rzucać na nie wonne zioła oraz części zwierząt.

Okrąg to jedynie zewnętrzna granica koła, a z opisu wynika, że to bardziej był fragment kuli lub innej sfery.

 

Drugi kamień stosunkowo duży był długi na około półtora metra. Kształtem przypominał prostokąt. Na pierwszy rzut oka kamień był w miarę równy.

Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak okultystyczną religią pochodzącą z aż tak zamierzchłych czasów.

 osobą, która mnie nastraszyła był jakiś mieszkaniec ze wsi pośrodku lasu. Popadłem w furię, bo niby jakim prawem jakiś wsiok miałby mnie straszyć.

toteż zasnąć było wyjątkowo trudno. Leżałem w łóżku i przewracałem się z boku na bok próbując zasnąć, choć na chwilę.

W momencie, gdy to robiłem, uderzyło we mnie dziwne uczucie, które od razu mnie rozbudziło.

 

Opowiadanie jest potwornie nudne. Bloki tekstu, składające się z nieciekawych przemyśleń, często oczywistych, to zła droga do stworzenia dobrego opowiadania. Nabiłeś, autorze 21k znaków, a tę historię spokojnie dałoby radę zawrzeć w połowie tej sumy. Na przykład po całej kupie opisów głazów w lesie, raczysz czytelnika stwierdzeniem, że to na pewno ołtarz. A ja się połapałem, że to ołtarz trzy akapity wcześniej i tylko bezskutecznie czekałem, aż coś się w końcu zacznie dziać. A działo się, niestety, niewiele i, jak mniemam, chciałeś postawić na opis emocji bohatera, ale niestety nie wyszło. W ogóle nie interesował mnie jego los.

Na plus pomysł z tym czarnym cieniem, który zbliżał się i podsycał uczucie obłędu. To się udało, ale chyba tylko to. Fatalna interpunkcja dodatkowo utrudniała przebrnięcie przez tekst.

Pozdrawiam!

Fragmenty z cieniem są niezłe, budzą dreszczyk niepokoju. Niestety cała reszta, zwłaszcza ten opis wyprawy – nudzi i nic nie wnosi. Jakie znaczenie dla tekstu ma ta tajemnicza wioska czy ten ołtarz? Zjawa jest przecież ‘nie z tego świata’. W dodatku w tych opisach zgrzyta – profesor historii i ‘nie będzie wsiok mnie straszył’ ? Radziłabym skrócić i skupić się na tym, co istotne. Aha, nadużywasz zaimków, raziło mnie powtarzanie tego ‘moje’/’swoje’ itd.

W przeciwieństwie do komentujących przede mną, opowiadanie bardzo mi się podobało.  Przede wszystkim dlatego, że od samego początku widać Lovecraftowską inspirację – narracja z perspektywy pisanego listu, głównym bohaterem jest profesor, który odkrył straszliwą tajemnicę pogańskich kultów, nieznana, ohydna groza, która go prześladuje, list samobójczy, postradanie zmysłów. Nawet ten starzec był znamienny dla Chthulowych opowiadań, podobnie jak wioska. 

Odbiór psuje duża ilośc błędów, ale sam nie jestem pozbawiony ich towarzystwa więc nie czuj, że w jakiś sposób cię piętnuję.  Popraw je i opowiadanie znacznie zyska na jakości. 

Dla mnie tekst był klimatyczny i przeczytałem go z ogromną przyjemnością. Uwielbiam twórczość w klimatach Lovecrafta i kupiłeś mnie od pierwszych akapitów.  Obiecuję, że jeśli napiszesz coś jeszcze to przeczytam z całą pewnością, bo naprawdę miło spędziłem czas przy “Rysie”.  

Pomyślałbym jedynie nad dopracowaniem charakteru głównego bohatera. Nie pasowały mi te wstawki, w których oburzał się na wieśniaka, wydaje mi się, że taki wykształcony człowiek reagowałby trochę inaczej. 

Mimo wszystko, za całokształt, daję 5. Dzięki !

 

PS. Zupełnie nie rozumiem panującej mody na pisanie tekstów krótkich. Opowiadanie jest krótkie z założenia, ale bez przesady. Nie wiam jaka trudność tkwi w przeczytaniu bloku tekstu, nawet jeśli jest tam opis głazów, drzew czy emocji bohatera. Szczególnie, że w konwencji, którą przyjął Autor, wszystkie te elementy były potrzebne. 

‘Wioska posiadała zaledwie cztery domy…”

lepiej – “Wioska liczyła zaledwie cztery domy…” Słowo “posiadać” jest nadużywane. No i o ile wioska w ogóle może liczyć tylko cztery domy, to nawet na osadę jest trochę za mało.

 

A samo opowiadanie w istocie jest nieco lovecraftowskie, ale jeśii chodzi o pomysł, przypomniało mi się znakomite opowiadanie Kinga “NN” Tam też były menhiry i demoniczna, niewidzialna istota, ale w bardziej nowoczesnej szacie.

Choć nie mogę odmówić Rysie pewnego klimatu, to nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że  uczynienie bohaterem naukowca w stopniu profesora, nie przydaje opowiadaniu wiarygodności. Historia jest straszliwie przegadana, opowiedziana szalenie monotonnie i w kółko, aż do znudzenia, wałkuje wciąż ten sam motyw.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenie. Najbardziej przeszkadzał mi nadmiar zaimków, a potraktowana po macoszemu interpunkcja, dodatkowo utrudniała lekturę.

 

nie zwra­ca­łem więk­szej uwagi na  prze­dziw­ną marę… – …nie zwra­ca­łem więk­szej uwagi na  prze­dziw­ną marę

 

gdyby nie nie­sa­mo­wi­cie silna wiąz­ka od­ra­zy i stra­chu… – Wiązka odrazy i strachu?

 

moje ty­tu­ły na­uko­we są je­dy­nie do­wo­dem mo­je­go po­świę­ce­nia nauce. – Czy niezbędne są oba zaimki?

 

Lasy po­mo­rzanaj­pięk­niej­szy­mi w Eu­ro­pie… – Raczej: Lasy Po­mo­rzanaj­pięk­niej­sze w Eu­ro­pie

 

Pew­ne­go razu pod­czas jed­nej z moich wy­cie­czek, na­tkną­łem się… – Zbędny zaimek. Czy bohater mógłby się natknąć na coś podczas cudzej wycieczki?

 

roz­po­zna­łem, że po­cho­dzi gdzieś z Kre­sów. – …roz­po­zna­łem, że po­cho­dzi gdzieś z kre­sów.

 

Spoj­rzaw­szy na niego spo­strze­głem jego po­marsz­czo­ną… – Drugi zaimek zbędny.

 

– Witam Sza­now­ne­go Pana! – Po­wie­dzia­łem pod­nie­sio­nym nieco tonem głosu… – – Witam sza­now­ne­go pana! – po­wie­dzia­łem pod­nie­sio­nym nieco tonem…

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Czy mógłby mówić podniesionym tonem czegoś innego, nie głosu?

Źle zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

- Prze­pra­szam, jeśli prze­szka­dzam… – Przed wypowiedzią stawiamy półpauzę, nie dywiz.

 

Może to Pana za­in­te­re­su­je.Może to pana za­in­te­re­su­je.

 

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie sta­rzec pod­no­sząc swoją ze­sztyw­nia­łą od sta­ro­ści dłoń i wska­zu­jąc w stro­nę lasu. – W tamtą stro­nę to bę­dzie. – Wy­mam­ro­tał sta­rzec. – Powtórzenia.

 

Sta­ro­drze­wia po­łą­czo­ne ze wzgó­rzem two­rzy­ły pół­ko­le… – Sta­ro­drze­w po­łą­czo­ny ze wzgó­rzem two­rzy­ł pół­ko­le

 

coś czmy­chło w kie­run­ku za­ro­śli. – …coś czmy­chnęło w kie­run­ku za­ro­śli

 

Prze­stra­szy­ło mnie to nie­ma­ło… – Prze­stra­szy­ło mnie to nielicho/ srodze/ jak diabli/ mocno

 

lecz uczu­cie ob­ser­wa­cji nie znik­nę­ło… – Raczej: …lecz uczu­cie bycia obserwowanym nie znik­nę­ło

 

Trasa za­ję­ła mi nieco ponad pół go­dzi­ny. – Raczej: Wędrówka za­ję­ła mi nieco ponad pół go­dzi­ny.

 

Był to jed­nak naj­bar­dziej ir­ra­cjo­nal­ny ro­dzaj stra­chu, jaki do­świad­czy­łem…Był to jed­nak naj­bar­dziej ir­ra­cjo­nal­ny ro­dzaj stra­chu, jakiego do­świad­czy­łem

 

W nocy cięż­ko mi było za­snąć.W nocy trudno było mi za­snąć.

 

Do­pie­ro gdy za oknem za­czę­ło już świ­tać, a ja po­twor­nie zmę­czo­ny po­czą­łem wresz­cie… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie mu­sia­łem cze­kać długo po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem czar­ną plamę na dachu od­le­głe­go bu­dyn­ku.Nie minęło wiele czasu, gdy po raz pierw­szy

Bohater nie wiedział, że coś zobaczy, więc nie wydaje mi się, by na to czekał.

 

wpro­wa­dził mnie mo­ment, w któ­rym ta ohyd­na syl­wet­ka po raz pierw­szy się po­ru­szy­ła. Od tam­te­go mo­men­tu… – Powtórzenie.

 

Im bli­żej mnie go wi­dy­wa­łem… – Im bli­żej siebie go wi­dy­wa­łem

 

Jesz­cze wczo­raj wi­dy­wa­łem go parę razy ką­ci­ka­mi oczu… – Kącikami oczu nic się nie zobaczy, ale można coś dostrzec kątem oka.

Proponuję: Jesz­cze wczo­raj parę razy wi­dy­wa­łem go kątem oka

 

Było to o tyle cięż­kie, że za każ­dym razem, gdy przy­my­ka­łem oczy… – Było to o tyle trudne, że za każ­dym razem, gdy przy­my­ka­łem oczy

 

Moje miesz­ka­nie było nie­daw­no temu re­mon­to­wa­ne… – Miesz­ka­nie było nie­daw­no re­mon­to­wa­ne

Wiemy, o czyim mieszkaniu jest mowa.

 

Gdy to ro­bi­łem, ude­rzy­ło mnie dziw­ne uczu­cie, które od razu roz­bu­dzi­ło mój za­mglo­ny sta­gna­cją umysł. Czu­łem jak szum w moim lewym uchu nieco się na­si­lił, jak małe wło­ski na całej lewej stro­nie mo­je­go ciała po­wo­li stają dęba, jak bar­dzo, ale to bar­dzo de­li­kat­ny po­wiew wia­tru ude­rza w mój lewy po­li­czek. Na­tych­miast zro­zu­mia­łem co to ozna­cza: ktoś przed chwi­lą koło mnie prze­szedł. – Przykład nadmiaru zaimków.

 

bły­ska­wicz­nie chwy­ci­łem za na­szyj­nik z krzy­żem… – …bły­ska­wicz­nie chwy­ci­łem na­szyj­nik z krzy­żem

 

co teraz wy­da­je się dla mnie idio­tycz­ne… – …co teraz wy­da­je mi się idio­tycz­ne

Coś może wydawać się komuś, nie dla kogoś.

 

O Bo­go­wie!O bo­go­wie!

 

Do­pie­ro po chwi­li pa­trze­nia się w JEGO pust­kę… – Do­pie­ro po chwi­li pa­trze­nia w JEGO pust­kę

 

Od dwóch dni nie spa­łem przez dłu­żej niż pół go­dzi­ny.Od dwóch dni nie spa­łem dłu­żej niż pół go­dzi­ny.

 

a po ob­ró­ce­niu się w stro­nę, z któ­rej pul­so­wa­ła ów byt­no­ści nie do­strze­ga­li­ście… – …a po ob­ró­ce­niu się w stro­nę, z któ­rej pul­so­wa­ł ów byt­, nie do­strze­ga­li­ście

 

Nie mogę już znieść cią­głej zgro­zy, jaka mi to­wa­rzy­szy.Nie mogę już znieść cią­głej zgro­zy, która mi to­wa­rzy­szy.

 

nim cał­ko­wi­cie po­pad­nę w kie­ro­wa­ny lę­kiem obłęd. – Raczej: …nim cał­ko­wi­cie po­pad­nę w powodowany lę­kiem obłęd.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest źle.

 

Och(+,) Boże!

Poczuwszy(+,) jak z jakiegoś powodu atmosfera wokół mnie gęstnieje(+,) okręciłem się wzdłuż własnej osi(+,) rozglądając się po okolicy.

Witaj(+,) synku.

Siedział na ławce(+,) wsparty o ścianę swojego(+,) jak podejrzewałem wtedy(+,) budynku domu.

– Witam Sszanownego Ppana!- Ppowiedziałem podniesionym nieco tonem głosu, spodziewając się problemów starca ze słyszeniem.

 

To tylko przykłady licznych błędów. Interpunkcja, zapis dialogów, przekombinowane zdania, bardzo nieładnie jest to napisane. A szkoda, bo klimat został nieźle oddany. Zwłaszcza na początku. Byłam bardzo ciekawa, co wydarzy się w tej historii, ale szybko przyszło rozczarowanie. Tak formą, jak i treścią.

 

Brak reakcji na komentarze (a zwłaszcza olanie poprawek) źle świadczy o autorze.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nowa Fantastyka