
Stare opowiadanie, które postanowiłam wypuścić z szuflady, żeby mieć szansę przestać się nad nim zastanawiać.
Dziękuję Ambush za nieocenioną pomoc przez betowanie i przepraszam za traumę, jaką taka pomoc musiała być.
Stare opowiadanie, które postanowiłam wypuścić z szuflady, żeby mieć szansę przestać się nad nim zastanawiać.
Dziękuję Ambush za nieocenioną pomoc przez betowanie i przepraszam za traumę, jaką taka pomoc musiała być.
Skąpane w mroku pomieszczenie oświetlał zimny blask ekranu. Litery składały się w recenzję, której sens z trudem trafiał do rozwścieczonego mężczyzny.
Grafomania
Pomyłka
Bezsens
Płytkie
Dziury fabularne
On nie pogwałcił literatury, on ją zabił
Prześmiewcza opinia wywołała lawinę podobnych, a pomimo tego pisarz wierzył, że każda krytyczna recenzja musiała być kłamstwem albo przejawem podążania przez internautów za jakąś dziwną modą.
Kiedy nie mógł czytać dalej wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu, w próbie zapanowania nad emocjami. Powtarzał sobie, że zamiast się wściekać, powinien współczuć autorowi, którego wpis wywołał lawinę – bycie tak ograniczonym musiało być strasznym losem.
Nie pamiętał, kiedy uderzył ręką w ścianę. Dopiero nagły przypływ bólu przerwał pęd myśli. Próbował pamiętać o złożonej samemu sobie obietnicy, by nauczyć się ignorować nieprzychylne głosy, a i tak wrócił do komputera, aby zacząć zakładać nowe konta na portalach recenzenckich.
***
Maksym zmuszał się do słuchania opowieści współpracownika, ale jego wzrok uciekał w stronę odblokowanego telefonu. Nie próbował być niegrzeczny, po prostu długo nie miał czasu, ani energii sprawdzać powiadomień z portalu, na którym udzielał się w wolnych chwilach.
– No i wyobraź sobie, że ona wtedy… – Nikt nie mógł sobie niczego wyobrazić, bo wypowiedź przerwał kaszel krztuszącego się kanapką Maksyma.
Znajomy o coś pytał, klepiąc go po plecach, ale próbujący złapać oddech mężczyzna nic nie słyszał. Nawet w takim stanie nie mógł oderwać wzroku od ekranu telefonu.
– Pamiętasz tę książkę, którą mi dałeś? – Maksym odezwał się, kiedy udało mu się wyrównać oddech.
– Tę szmirę? Tak, a co z nią?
– Napisałem o niej i okazuje się, że moja recenzja była ogromnym sukcesem.
***
Oszczędność i wygodnictwo skłoniły mężczyzn, aby zaczęli wspólnie dojeżdżać do pracy. A przynajmniej taka była oficjalna wersja – Piotr widział w ich układzie jeszcze możliwość poznania prawdy na temat jednego z najpopularniejszych tematów plotek w biurze.
Maksym pomimo nieco skrytej natury cieszył się sympatią pracowników. Był grzecznym i pomocnym mężczyzną, którego ulubionym tematem rozmów było jego perfekcyjne małżeństwo. Pomimo niekończących się przechwałek, wspomniana żona nie pojawiała się na przyjęciach, nawet kiedy zapraszano ją jako osobę towarzyszącą. Maksymowi zdarzało się mówić o życiu prywatnym, ale opowieści nigdy nie wiązały się z pokazywaniem zdjęć. Pracownicy więc znali imię jego wybranki, wiedzieli, że nie pracowała przez stan zdrowia, domyślali się, że była imigrantką, ale nic więcej. Nawet wieloletni znajomi Maksyma żartowali, iż jedynym dowodem na to, że nie wymyślił sobie małżonki, była obrączka na jego palcu. Niedobór informacji na temat nieznajomej zbliżył ją w oczach znudzonych pracowników do istoty mitycznej.
Właśnie z powodu takich plotek przez pierwsze kilka dni układu Piotr dzwonił do drzwi z nadzieją, że zostanie zaproszony do środka, lub tym, kto otworzy, okaże się kobieta do tej pory znana jedynie z opowieści. Aż nadszedł dzień, kiedy dostrzegł ją przypadkiem przez okno.
Siedziała na wózku inwalidzkim, plecami do szyby. Jej ciało wyginało się, jakby powoli osuwała się na podłogę. Głowę miała przekrzywioną tak bardzo, że szyja tworzyła boleśnie wyglądający kąt. Proste, wręcz lśniące głęboką czernią włosy nieco przysłaniały wystające spod golfu bandaże.
Początkowo Piotr zatrzymał się w pół kroku. Pewnie nie stał tak długo, ale nagły przypływ świadomości, że gapił się na nieznajomą przez okno speszył go na tyle, by w końcu potrząsnął głową i ruszył dalej.
Dzwoniąc do drzwi, starał się wyrzucić z głowy niecodzienny widok, który wywołał u niego chęć dopytania znajomego o stan jego żony. Piotr od dawna wiedział, że kobieta musiała mieć problemy ze zdrowiem, ale chyba nigdy nie brał pod uwagę, jak poważne mogły być.
Witając się z Maksymem musiał walczyć z pchającymi się na usta pytaniami, które wydawały mu się przynajmniej nietaktowne. Może mógłby je ubrać w płaszczyk zmartwień, kobieta w końcu wyglądała jakby mogła stracić przytomność. Nieumiejętność odpowiedniego dobrania słów szybko wyrzuciła mu z głowy takie myśli.
Nie zapytał więc o nic, a jedynie posłał jeszcze jedno spojrzenie w stronę okna, kiedy ruszyli do samochodu. Tym razem nieznajoma siedziała z czołem opartym o szybę, pewnie patrzyła na opuszczających podwórko mężczyzn.
Przez znajdujące się na parterze okno dało się dostrzec, że Aria miała ładne rysy twarzy, na tyle ładne, by Piotr domyślał się, że mogła być kiedyś naprawdę piękna. A przynajmniej, zanim jej twarz zapadła się i pokryła czymś ciemnym, czego mężczyzna nie mógł rozpoznać przez odległość. Podejrzewał, że mogły to być blizny albo zasinienia.
Piotr nie miał pojęcia, czemu oblał go zimny pot. W jednej chwili poczuł, jakby wydarzyło się coś złego. Aby zamaskować nagły przypływ paniki uśmiechnął się tak szeroko, jak w tamtej chwili potrafił i pomachał kobiecie, a później odwrócił wzrok, nim ta zdążyła zareagować na przywitanie.
Po tym zdarzeniu nigdy więcej nie ośmielił się podchodzić tak blisko domu znajomego.
***
Czekając w samochodzie zaparkowanym kawałek przed domem Maksyma, Piotr napisał do współpracownika i odruchowo przeniósł wzrok w stronę posesji. Pewnie zacząłby się za to przeklinać, gdyby płot wokół podwórka nie był na tyle wysoki, by skutecznie chronić dom przed wzrokiem wścibskich oczu.
– Co to za mina? Nagła sława już ci się przejadła? – zażartował Piotr, widząc wyraz twarzy wsiadającego do samochodu Maksyma. Obawiał się, że jeśli sam nie narzuci tematu, będzie musiał słuchać o kobiecie, która zaczęła mu się źle kojarzyć.
– A, daj spokój.
Pomimo początkowej niechęci Maksym kontynuował wypowiedź, niemal od razu po tym, jak ruszyli.
– Nie wiem, co się stało. Na początku odzew był bardzo pozytywny. Sam widziałeś, jak mi skoczyły zasięgi. A później, z dnia na dzień zaczęła się na mnie wylewać fala krytyki.
– Za co? Sądzą, że byłeś zbyt ostry?
– Nawet nie to. Sypią się jakieś obelgi, że niby jestem zbyt ograniczony albo po prostu zazdrosny i inne takie. Pojawiają się też komentarze brzmiące jak groźby.
– Grubo. – Rozmówca zaśmiał się, ku niezadowoleniu Maksyma. – Ten niedorobiony pisarzyna ma tak oddanych fanów?
– Nie wiem, wydaje mi się, że większość takich komentarzy jest pisana z fałszywych kont. Wszystkie są podobnie formułowane i wstawiane przez nowych użytkowników.
– Ignoruj, widocznie odrobina nienawiści to cena sławy.
– Pewnie masz rację, ale tak mnie to męczyło, że usunąłem tę recenzję.
– Szkoda… a kiedy zamierzasz napisać coś nowego?
– Nieprędko. Tak mi to wszystko zepsuło humor, że nie mam ochoty nic czytać, a co dopiero pisać.
– To do ciebie niepodobne.
– Aria mówi to samo.
Maksym mówiąc wyglądał przez okno, więc nie mógł zauważyć, że Piotr wzdrygnął się lekko po usłyszeniu imienia.
– Chyba ją to tak oburza, bo połączyła nas miłość do sztuki.
– O, nigdy nie opowiadałeś, jak się poznaliście.
– Długa historia… powiedzmy, że znalazła mnie, kiedy po raz ostatni sprawdzałem się jako pisarz i pomogła mi zaakceptować, że powinienem spróbować się inaczej wyrażać.
– Nie wiedziałem, że chciałeś zostać pisarzem.
– Próbowałem, przynajmniej jako hobby, ale nie potrafię pisać nic poza recenzjami. Pewnie to się da wyuczyć, ale starania mnie dobijały. Ona miała podobnie, żartuje nawet, że miłość do sztuki, ale niemożność tworzenia jest u niej rodzinna.
– Trochę to smutne.
– I tak pieszczotliwie nazywam ją swoją muzą. Do dziś ledwo wierzę, że udało mi się ją przy sobie zatrzymać.
***
Celem zawieszonej przy biurku tablicy korkowej było zapewnianie pisarzowi bliskiego dostępu do wszystkich pomysłów na nową powieść. Zamiast tego zajmowały ją zrobione z ukrycia zdjęcia, nie wszystkie były wyraźne, ale o to nie dbał.
Nieznajomy przed budynkiem jakiejś firmy, nieznajomy na ulicy, nieznajomy w kawiarni i bibliotece. Później pisarz zaczął dodawać zdjęcia domu.
Recenzent stopniowo znikał z Internetu, ale to nie wystarczało pisarzowi. Nie mógł cieszyć się z tak prostego sukcesu w obliczu poniżenia.
A nieznajomy okazał się być nieostrożnym. Zupełnie jakby sądził, że jego działalność internetowa była czymś tak oddzielonym od prawdziwego życia, by nie mogła mu zaszkodzić. Zdaniem pisarza to sam recenzent prosił się o zemstę. Nieważne, że ostatnim razem prawie sobie zaszkodził karząc niewrażliwych na sztukę, nie potrafił się powstrzymać przed działaniem.
Przypiął jedno ze zdjęć domu, zrobionych późnym wieczorem. W niezasłoniętym oknie ledwo rysował się cień przypominający wykrzywioną postać.
***
Zaśnięcie zajęło Maksymowi długo. Kiedyś nie narzekał na bezsenność – jeśli myśli nie dawały mu spać, siadał do komputera i przekuwał bezsenność w dodatkowy czas na czytanie lub pisanie. Tym razem jednak nie mógł zmusić się do wstania. Wbijał wzrok w ciemność, do której nie przyzwyczaiły się jeszcze jego oczy i rozmyślał. Jakby cisza stała mu się czymś zbyt obcym, by móc zapewniać komfort.
Pamiętał, kiedy w środku nocy zadzwonił telefon. Odebrał odruchowo, próbując rozbudzić się na tyle, by móc cokolwiek zrozumieć. Spodziewał się, by ktoś ośmielający się dzwonić do niego o tak późnej porze, musiał mieć do tego naprawdę dobry powód.
Zamiast wyjaśnień padł zlepek słów wypowiedzianych obcym głosem, a później połączenie zostało przerwane. Wypowiedź zaczęła się od pożałujesz, ale Maksym nie zrozumiał, co padło później.
Następnego ranka próbował uznać wydarzenie za realistyczny sen, ale nie potrafił. Po tym telefonie było wiele kolejnych. Do kilkunastu dziennie, o różnych porach, z wielu numerów, nierzadko zastrzeżonych. Po drugiej stronie słuchawki zawsze witała go cisza albo wiązanki pogróżek.
Później zaczęły się wiadomości o treści nieróżniącej się znacznie od przekazów telefonicznych.
Maksym uważał to za żart. Nieśmieszny żart, o który długo nie miał pojęcia kogo posądzać. Było tak do momentu, kiedy pchany nudą i przyzwyczajeniem otworzył jeden z portali, na którym zwykł publikować recenzje. Wiązanki obelg wciąż nie ustawały. Myślał, że w porównaniu z telefonami nie powinno to na nim robić wrażenia, ale właśnie wtedy dotarło do niego, że być może nie powinien traktować tego wszystkiego jako oddzielnych zdarzeń.
Podobne przemyślenia nie przestawały prześladować mężczyzny, nieważne jak bardzo starał się zepchnąć je gdzieś na skraj umysłu. Ignorowanie myśli stawało się szczególnie trudne, kiedy Maksym leżał pogrążony w ciemnościach i przegrywał z bezsennością.
Czy telefony mają związek z ostatnią recenzją? – Przebiegło mu nagle przez myśl.
Zmusił się do sięgnięcia po komórkę i wpisania w przeglądarkę imienia i nazwiska pisarza, którego pomimo wszystkich problemów nie potrafił wyrzuć z głowy. Nie szukał długo, nim trafił na kilka postów, z którymi wcześniej nie miał okazji zapoznać się w całości. Ich autorzy zauważali pewną zależność – wielu krytyków, krótko po publicznym wypowiedzeniu się na temat książek konkretnego pisarza, zawieszało działalność lub całkowicie znikało z Internetu.
Maksym mógł nie być pierwszą osobą, którą spotykało takie prześladowanie.
Tamtej nocy podjął decyzję o zmianie numeru.
***
Następne dni charakteryzował pozorny spokój. Ustały telefony i wiadomości. Maksym nie miał pewności, czy jego internetowa tożsamość wciąż była prześladowana, ale to traciło dla niego znaczenie. Jeśli ceną spokoju miało być porzucenie zabawy w recenzenta, nie miał wiele przeciwko.
Potrzebował dobrych kilku dni spokoju, by móc zasnąć bez obaw.
Zegary wskazywały północ, gdy po domu poniósł się odgłos tłuczonego szkła i huk ciężkiego przedmiotu upadającego na podłogę. Hałas sprawił, że mężczyzna poderwał się z krzykiem.
Księżyc świecił na tyle jasno, by dało się poznawać w ciemnościach choć zarys otoczenia. Firanki rozwiewał powiew wiatru, wpuszczany do pomieszczenia przez roztrzaskaną szybę. Odłamki szkła leżały na podłodze w towarzystwie przedmiotu, w którym obudzony rozpoznał cegłę.
– Ktoś nam wybił okno pieprzoną cegłą? – zapytał głosem wciąż zmienionym po śnie.
– … tak? Wygląda to twoim zdaniem na coś innego? – Dopiero słysząc żonę, uświadomił sobie, że ta stała przy oknie, podpierając się o parapet.
Powstrzymał się przed skomentowaniem uszczypliwości, nawet szeptem – wiedział, że i tak by usłyszała. Zamiast tego założył kapcie, aby nie pociąć nóg na odłamkach szkła i podszedł do żony.
– Nic ci nie jest?
– Zadajesz złe pytania.
Otworzył okno i wychylił się w nadziei, że nie wleci przez nie nic więcej. Na podwórku nie zobaczył nikogo. Nawet światła w domu sąsiadów były pogaszone.
– Widziałaś kogoś? – pytając, przeniósł wzrok na żonę.
Kobieta, aby stać bez większego dyskomfortu, musiała opierać się o parapet, ale nawet pochylona nieco przewyższała męża.
– Mężczyzna, niski, krępy, miał kaptur, ale raczej nikt z sąsiedztwa.
Jeszcze chwilę patrzył przez okno, próbując zebrać myśli.
***
Zazwyczaj unikał przyznawania się do tego, że nieszczególnie wierzył w kompetencje policji. Przynajmniej wracając z komisariatu nie był zaskoczony tym, jak przyjęte zostało jego zgłoszenie.
Doczekał się kilku pytań, na których odpowiedzi policjant zdawał się nie słuchać. Maksym czuł się, jakby nie mówił o zniszczeniu mienia i długotrwałych groźbach, a co najwyżej dzieciakach depczących trawę w parku.
Pomimo takich odczuć, kiedy wchodził do domu, próbował wmawiać sobie, że zgłoszenie mogło coś zmienić.
Zdejmując buty i kurtkę zawołał jakieś powitanie.
– Byłeś na komisariacie?
– Tak, spisali zeznania, podobno wyślą tu kilka patroli w ciągu następnych dni – odpowiedział, nie szukając wzrokiem żony.
– Martwi cię coś.
Stwierdzenie Arii sprawiło, że mężczyzna cicho westchnął.
– Nie podoba mi się myśl, że ten wariat znalazł nasz adres. Teraz zaczynam się zastanawiać, na ile jest szalony i czego powinniśmy się spodziewać. A policja może nie zareagować, nim stanie się coś złego.
– Wiesz, że jest na to rozwiązanie.
– Nie chcę, żebyśmy musieli się przez niego wynosić z domu.
– Nie mówię o takim rozwiązaniu.
Szybko domyślił się, co miała na myśli. Taka świadomość sprawiła, że jedynie posłał żonie wyrażające niechęć spojrzenie.
– Rozumiem, że nie lubisz prosić mojego brata o pomoc, ale zastanów się, czy duma jest ważniejsza niż poczucie bezpieczeństwa.
– Skarbie, nie chodzi o dumę. On mnie nie znosi.
– Nie chce mi się o to kłócić, ale nawet jeśli byśmy założyli, że tak jest: nie odmówiłby ci pomocy.
– Wątpię.
– Jesteśmy rodziną.
– Zmieńmy temat.
– Dobrze, ale się nad tym zastanów.
Nie chciał tego robić, ale musiał przyznać żonie odrobinę racji: przeklęta osóbka szwagra mogła się okazać pomocna.
Takie rozważania pomógł mu wyrzucić z głowy kolejny okres spokoju. Chwilowo zaczął wierzyć, że prześladowca wrócił, ale odstraszył go widok policji. Brał pod uwagę nawet możliwość, że nigdy nie było jednego sprawcy, tylko grupa niezwiązanych ze sobą osób. Chuliganów w końcu nie brakowało.
Nadzieje zostały rozwiane, kiedy kilka dni później Maksym wyszedł rano, tylko by zastygnąć w pół kroku na widok swojego samochodu. Lakier został porysowany, lusterka oderwane, a trzy opony przecięte.
Wyklinając sprawcę zadzwonił do znajomego mechanika.
Kiedy jechał do pracy z Piotrem, zaczęły nawiedzać go rozważania dotyczące propozycji żony. Nie wiedział, jak miał prosić o przysługę kogoś, kto go pewnie nienawidził. Żona zaprzeczała istnieniu takich odczuć, ale Maksym jej nie wierzył. Szwagier musiał go nienawidzić, musiał go winić za stan, w jakim znalazła się jego siostra.
***
Ktokolwiek prześladował Maksyma, przestał do niego dzwonić. Recenzent wciąż dostawał maile z pogróżkami, ale było ich mniej niż na początku tego koszmaru. Na przestrzeni niecałych dwóch tygodni odkrył tylko jedno graffiti – wyjątkowo nieudolnie próbujące przedstawiać męskie organy rozrodcze. Ten akt wandalizmu rozpaczliwie chciał przypisać dzieciom sąsiadów.
Po odebranie samochodu od mechanika, wreszcie poczuł spokój. Przez całą drogę powrotną wierzył, że jego problemy rozwiązały się same. Zrozumiał swój błąd, kiedy wysiadł z auta i ruszył w stronę domu.
Ktoś wyważył drzwi wejściowe.
Jego głowę wypełnił szum, kiedy nie zdejmując butów pobiegł w głąb domu. Nie pamiętał, jakie myśli towarzyszyły mu podczas przemierzania pomieszczeń w poszukiwaniu żony lub włamywacza.
Dom został zdemolowany, niektóre meble uszkodzone. Na niemal każdej powierzchni widniały ślady krwi, dowody na to, że między ścianami ktoś walczył o życie.
Maksym czuł w klatce piersiowej ból, jakby serce było tylko kilka uderzeń od rozerwania ciała i wyrwania się z piersi. Wszystko minęło kiedy trafił do sypialni i znalazł swoją żonę, zalaną krwią, jakby się w niej kąpała. Widok Arii siadającej powoli w wózku i świadomość, że byli w domu sami przyniósł mu ulgę, która jednak okazała się niemal równie bolesna, co lęk.
Z gardła mężczyzny wyrwał się przytłumiony krzyk. Padł przed żoną na kolana i ujął w ręce jej dłoń. Czerwoną od krwi, z kawałkami mięsa pod długimi paznokciami.
– K… kochanie… co… – dukał, głos ledwo wydobywał się z zaciśniętego gardła.
– Włamało się trzech oprychów, ale już się tym zajęłam… – Próbowała otrzeć drżącą dłonią cudzą krew z ust, widocznie nieświadoma, że ręce miała tak brudne, by tylko bardziej rozmazywać ciecz po skórze.
Spowodowane poczuciem winy łzy paliły policzki mężczyzny, a z jego ust sypały się nieskładne przeprosiny.
– Teraz to już nie ma znaczenia, nie zmienimy tego, co się wydarzyło – mówiła coraz wolniej i ciszej. – Źle się czuję, muszę się położyć. Kiedy wstanę lepiej, żebyś zadbał o to, abym nie musiała się więcej zajmować czymś takim. Dobrze, że z ulicy nie widać drzwi wejściowych, wymianą ich i sprzątaniem możemy zająć się później.
– Pomóc ci pójść do łóż…
– Nie, masz coś do zrobienia – przerwała mu tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Tym razem nie próbował z nią dyskutować. Opuszczając dom i idąc w stronę samochodu ledwo utrzymywał się na drżących nogach.
Udało mu się zapanować nad sobą dopiero na obrzeżach miasta, kiedy wyjeżdżał na leśną drogę. Wtedy dotarło do niego, że nie pamiętał nic, co działo się między wyjściem z domu a momentem nadejścia choć częściowej trzeźwości.
Jezdnia rozmywała mu się przed oczami, musiał pilnować, by jechać jej dobrą stroną. Bał się przyśpieszać przez to, jak mocno drżały mu zaciśnięte na kierownicy ręce.
Ucisk, który odczuwał w klatce piersiowej, stawał się coraz mniej znośny. Maksym prawie nie mrugał, tylko jechał i starał się oddychać głęboko, choć czuł, że stres powoli go dusił. Próbował się pocieszać myślą, że nie miał do przebycia dalekiej drogi, jego szwagier w tamtym okresie pracował tylko kawałek za miastem.
Walka o kontrolę stała się jeszcze trudniejsza, kiedy dostrzegł w lusterku samochód jadący tuż za nim. Początkowo chciał ignorować swoje spostrzeżenie, ale podejrzenia, że ktoś mógł go śledzić sprawiły, że spocone dłonie zaczęły mu się ślizgać na obitej skórą kierownicy.
W nadziei, że przekona się o własnym przewrażliwieniu, rozpoczął pokraczną zabawę z drugim kierowcą. Zwalniał, niemal do zatrzymania pojazdu. Jednocześnie zjeżdżał na bok, tak daleko, by czasem ryzykować, że opony osuną się na piaszczystym poboczu i samochód wpadnie do rowu. Nikt nie powinien chcieć jechać za taką zawalidrogą, a każde spojrzenie w lusterka uświadamiało Maksymowi, że tuż za nim wciąż znajdował się wściekle czerwony samochód z przyciemnionymi szybami.
Tymczasem w oddali coraz wyraźniej rysowały się wieże dawnego kościoła, którego renowacją zajmował się od jakiegoś czasu brat Arii. Budynek kiedyś był ładny, ale obecnie jego widok tylko przerażał.
Maksym był gotowy błagać wszystkie niezrozumiałe dla niego siły, by ten widok nie był złym omenem.
W głowie coraz wyraźniej rysował mu się plan – zaparkować pod samymi drzwiami, tak blisko, jak tylko będzie w stanie i biec. Biec do środka i krzyczeć.
Nie potrafił wymówić pełnego imienia szwagra – ani preferowanego, ani żadnego z tych, którymi się kiedykolwiek przedstawił. Musiał wierzyć, że w tej chwili nie będzie to mieć znaczenia.
Nie zauważył momentu, kiedy zaczęło padać. Zmiana pogody dotarła do niego dopiero kiedy zalewające przednią szybę krople niemal całkowicie rozmazały mu widok.
Jadący z przodu samochód wtoczył się na parking, a mięśnie Maksyma napinały się, gotowe do biegu.
Coraz wyraźniej widział duże, zdobione do granicy przesady drzwi budynku. Kiedy niemal wjechał przednimi oponami na krawężnik, wyskoczył z samochodu.
Deszcz boleśnie chłodził rozgrzaną skórę, a nabierane z trudem powietrze paliło płuca. Nogi ślizgały się najpierw na chodniku, później na kamiennych schodach kościoła.
Kiedy od wejścia dzieliło go tylko kilka kroków, w pękającej z bólu głowie pojawiła się przerażająca myśl, że drzwi mogły się okazać zamknięte. Nie miał pewności, czy zastanie szwagra na miejscu. Wcześniej nie było to poważnym problemem. Sądził, że mógł poczekać i wrócić następnego dnia. Nie wiedział za to, co zrobić, jeśli zostałby sam z kimkolwiek, kto czekał w tamtym samochodzie. Nawet nie wiedział, ile osób za nim jechało.
Nie słyszał nic poza szumem krwi i rozbijającymi się na bruku kroplami deszczu. Pomimo tego nie miał pewności, czy nikt za nim nie biegł. W pędzie wyciągnął dłoń w stronę metalowej klamki. Poślizgnął się na mokrym podłożu i niemal przewrócił, ale to okazało się nie mieć większego znaczenia.
Drzwi ustąpiły. Wpadając do środka poczuł ulgę, pomimo świadomości, że nie był jeszcze całkowicie bezpieczny. Zatrzaskując drzwi, po raz pierwszy spojrzał za siebie.
Nikt go nie gonił.
Nie uspokoiło go to, bo tuż obok jego auta stało drugie, czerwone, ze wciąż zapalonymi światłami. To samo, które widział na drodze. Maksym nie chciał się jeszcze przekonywać o tym, czemu kierowca nie wysiadł.
Żałował, że nie miał jak zamknąć drzwi na klucz. Nie mógł ich niczym zastawić, bo otwierały się na zewnątrz. Trzymając klamki obu skrzydeł, rozejrzał się po wnętrzu.
Kościół wydał się być większy niż mężczyzna sądził, czasem mijając budynek w trasie. Brudne witraże niemal nie wpuszczały do środka promieni słońca, których i tak wtedy brakowało. Coś innego rozświetlało wnętrze – rozstawione w całym budynku świece. Zdaniem mężczyzny wciąż było raczej ciemno, ale pamiętał dobrze, jak mało światła potrzebowała Aria. Łatwo było założyć, że brat dzielił z nią tę godną pozazdroszczenia cechę.
Próbując wyrównać oddech, ruszył w głąb budowli. Nikogo nie widział, ale zapalone świece wskazywały na to, że nie był sam.
Chciał się głośno przywitać, by dać gospodarzowi znać o swojej obecności, ale zamiast słów, z zaciśniętego gardła wydarło się coś przypominającego skrzek.
Najpierw usłyszał cichy szelest, a później zobaczył materiał poplamionego farbą płaszcza, do którego szybko dołączyła biała twarz, tak podobna do dawnego oblicza Arii.
Szwagier był wysoki. Tak wysoki, że musiał się mocno pochylić, by spojrzeć w oczy patrzącemu wprost mężczyźnie.
Maksym cofnął się o krok i od razu po tym zaczął się wyklinać w myślach. W końcu tyle razy sobie obiecywał, że więcej się tak nie da straszyć.
– Skąd taka nagła wizyta? I co to za mina? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
Głos szwagra wywołał u Maksyma dreszcz. Zamiast jakichkolwiek słów z zaciśniętego gardła wyrwał się nic nieznaczący bełkot.
– …mam to uznać za odpowiedź?
– No hej… cześć… dawno się nie widzieliśmy…
– I przyszedłeś mi o tym przypomnieć?
– Przepraszam, że tak nagle przeszkadzam, ale…
– Nie mam nic poza czasem, do rzeczy.
– Chciałem prosić o pomoc.
Szwagier wywrócił oczami, ale nie zdążył nic powiedzieć. Niezręczną rozmowę przerwał odgłos otwieranych gwałtownie, ciężkich drzwi. Później był krzyk. Maksym już wcześniej słyszał ten głos, ale po raz pierwszy w tym wydaniu – na żywo i aż tak podniesiony.
– Myślałeś, że… – Prawdopodobnie retoryczne pytanie zostało stłumione w zaciśniętym z przerażenia gardle. – Co to jest?!
Maksymowi łatwo było zrozumieć, co miał na myśli jego prześladowca. Od razu po jego wejściu szwagier wyprostował się szybko, mowa jego ciała wskazywała raczej na irytację, niż zaskoczenie.
– Taaak… mam problem z tym panem i miałem nadzieję, że mógłbyś… no… – mówiąc, Maksym niechętnie zadarł głowę, by spojrzeć na twarz rozmówcy.
Ten posłał mu spojrzenie zdradzające dezaprobatę, choć usta układały się w lekki uśmieszek.
Tym razem to umysł pisarza wrzeszczał w przerażeniu. Wrzeszczał, aby uciekać, ale ciało było zbyt odrętwiałe, by usłuchać. Kiedy pierwszy szok ustąpił na tyle, by umożliwić ucieczkę, było już za późno.
Postać szwagra zniknęła Maksymowi sprzed oczu. Rozległ się odgłos zatrzaskiwanych drzwi, a później kolejne, żałosne wrzaski.
– Możesz mi dokładniej wyjaśnić, o co chodzi?
Maksym odwrócił się bokiem do drzwi. Jego ciało było zdrętwiałe, a nogi na tyle ciężkie, że ledwo oderwał je od podłogi. Nie chciał widzieć, co działo się za nim, ale tym bardziej nie chciał doświadczyć reakcji szwagra, jeśliby z nim rozmawiał odwrócony plecami.
Nie pamiętał, co padło z jego ust, ale pierwsze słowa okazały się nie mieć znaczenia, bo zagłuszyły je krzyki przyciskanego do posadzki mężczyzny. Nie były tylko odgłosami bólu, a przepełnionymi mieszanką przerażenia i złości słowami.
Pisarz chyba próbował się tłumaczyć, ale nie zdążył powiedzieć wiele, nim jego głos został brutalnie stłamszony. Maksym kątem oka widział ruch swojego szwagra, który musiał stanąć pisarzowi na twarzy lub szyi.
Taka świadomość sprawiła, że Maksym przerwał na chwilę, ale szybko udało mu się wrócić do opowieści. W jego ciele walczyć ze sobą zaczynały poczucie satysfakcji i odrazy. Sensowne formułowanie zdań dodatkowo utrudniał fakt, że musiał powstrzymywać się przed odruchowym użyciem skrótu Aria. Nie chciał, aby szwagier znowu naśmiewał się, z tego, że po tylu latach dalej nie jest w stanie wymówić pełnego imienia żony.
***
Pisarz miał się nie angażować, tylko opłacić oprychów, żeby porządnie nastraszyli recenzenta i na tym zakończyć swoją zemstę. Taki plan miał mu pozwolić ostatecznie się wyżyć, ale bez pokazywania się obiektowi nienawiści.
Jednak opłaceni przez niego gamonie zniknęli z jego pieniędzmi. Mieli wszystko nagrać, ale tylko wyważyli drzwi, a później…
…nagranie chyba się urwało, ale nie mógł sobie przypomnieć.
Nie miał pewności co zamierzał zrobić jadąc za samochodem recenzenta. Po prostu podążał za szarym, nijakim autem w nadziei, że drugi kierowca nie jechał na komendę. Na siedzeniu pasażera miał łom, a w bagażniku linę i taśmę izolacyjną.
Nie wysiadł, kiedy Maksym wypadł z samochodu i niczym uciekające przed drapieżnikiem zwierzę rzucił się w stronę drzwi do kościoła. Jedynie obserwował i próbował zrozumieć, czemu znaleźli się właśnie tam.
Uciekł do porzuconej świątyni, by błagać o wybaczenie? Zmazać grzech swojej paskudnej ignorancji? Swojej ślepoty na prawdziwą sztukę? – tezy, które przelatywały przez głowę pisarza, bardzo mu schlebiały, ale żadna z nich nie wydawała się być szczególnie prawdopodobna.
Nie wiedział, jaki miał plan, kiedy ruszył w stronę budynku, zaciskając palce na łomie.
Krótko po wejściu pisarz leżał przyciśnięty do brudnej podłogi, z gardłem tak ściśniętym, by nie móc krzyczeć. Zmuszony patrzeć w górę na to coś, co trzymało go w miejscu.
Istota była znacznie wyższa od niego. Zdecydowanie mogła mieć ponad dwa metry. O wyglądzie zbliżonym do ludzkiego, ale nie na tyle, by pisarz wierzył, że tym, na co patrzył, mogła być osoba w kostiumie.
Zamiast włosów z tyłu głowy wyrastały trzy pary drobnych skrzydeł pokrytych czarnymi piórami. Całkowicie zasłaniały twarz, by rozstąpić się, kiedy postać mówiła. Twarz okazała się być pozbawiona nosa, zapełniona trzema parami srebrzystych oczu. Usta były niemal ludzkie, ale zdecydowanie zbyt szerokie, biegnące do połowy policzków i o wargach pozbawionych koloru.
Głowę trzymała niby ptasia szyja – długa i pokryta czarnymi piórami. Kolejną podobną ptakom cechę wyglądu stanowiły następne pary skrzydeł, tym razem ogromne, wyrastające z ramion, talii i bioder.
Spod ciężkiego, bezkształtnego płaszcza wystawały ręce, wygięte jakby złożone były z długich rzędów stawów. Kończyły się dłońmi wyposażonymi w zwierzęce szpony.
Istota stała przyciskając nogą szyję pisarza do lodowatej posadzki. Kończyna wystająca spod płaszcza była ludzka – odziana w ciemne spodnie i staroświecki, skórzany but. Jednak zamiast podeszwy zaatakowany mężczyzna wyraźnie czuł ptasią łapę z długimi pazurami.
Zamiast krzyku z miażdżonego gardła pisarza wyrwał się bulgot, a płuca paliły, domagając się odcinanego coraz silniej powietrza. Ręce rozpaczliwie zaciskały się na ciele, które okazało się sztywne, zimne. Nieważne, jak się starał, nie miał siły ruszyć napastnika z miejsca.
Zmuszony był leżeć, patrzeć i słuchać.
Świat zaczął rozmazywać mu się przed oczami, kiedy upiorna twarz zbliżyła się gwałtownie do tej jego. Z jakiegoś powodu ostatnią świadomą myśl pisarza stanowiło spostrzeżenie, że w bestii było jakieś piękno, które tak bardzo chciałby opisać.
Twarz uniosła się, niczym zdzierana maska. Wzdłuż tego, co powinno być linią żuchwy, okazał się biec wyposażony w kilka rzędów kłów pysk.
Kiedy kły zacisnęły się po raz pierwszy, zniknął czyjś świat.
Wypowiedź Maksyma przerwał krzyk. Jego własny krzyk, który wyrwał mu się, po usłyszeniu chrupotu łamanych kości.
Wiedział, z czym wiązało się zostanie ofiarą tych istot – zapomnieniem.
Jego problemy znikną. Wariat zostanie niemal całkowicie wymazany ze świadomości tych, którzy go znali. Nie będzie w pełni zapomniany, ale nikt nie dostrzeże jego straty. Stanie się podobny do dawno zmarłych.
Maksym tyle lat znał rodzeństwo, a wciąż nie miał pojęcia, kim… czym byli. Wiedział, że miał do czynienia z jakimiś pewnie pradawnymi bytami. Czymś, co podążało za ludźmi, tylko by przywłaszczać sobie zapomniane wytwory umysłu. Jednak nigdy nie dowiedział się, czemu to robiły, ani skąd się wzięły.
Kiedy pytał o to żonę, ta jedynie się śmiała lub mówiła coś o dziejach starszych, niż czas. Jej brata odważył się zapytać tylko raz – odpowiedział mu pytaniem: A jak nas nazwaliście?
– Powinieneś był przyjść wcześniej – odezwał się wreszcie szwagier.
Maksym chciał wierzyć, że oznaczało to koniec brutalnej uczty, ale bał się zerkać w tamtą stronę, by się o tym przekonać.
– Nie chciałem sprawiać ci pro…
– To nie ja pogrzebałem własne ciało i zaszyłem duszę w kukle z trupów, żeby udawać śmiertelnika – przerwał mu. – Nie powinieneś jej obciążać, ona teraz nie może wahać się między jedną a drugą naturą.
– Nie spodziewałem się, że to zajdzie tak daleko.
Na chwilę zapadła cisza. Maksym pożałował tego, jak szybko ponownie oderwał wzrok od starego obrazu zawieszonego na przeciwległej ścianie. Szwagier stał tuż obok, pochylając się do niego.
– Dziękuję za pomoc – wykrztusił w nieudolnej próbie ukrycia tego, że znowu dał się wystraszyć.
– Jeszcze coś cię powstrzymywało, prawda?
– Chyba sądziłem, że odmówisz.
Maksym nie rozumiał, czemu zdecydował się na taką szczerość. Może liczył na jakąkolwiek poprawę w ich relacji.
Po białej twarzy przemknął wyraz, którego rozmówca nie potrafił zinterpretować.
– Czemu? – Szwagier zaczął mówić nieco ciszej, niż wcześniej.
– Wiem, że mnie nie lubisz? – Maksym nie planował, aby to zabrzmiało jak pytanie, ale sam nie był pewien odpowiedzi.
– Jakie to ma znaczenie?
Tym razem to Maksym nie potrafił powstrzymać zaskoczenia.
– Jesteśmy rodziną – powiedział szwagier powoli, jakby spodziewał się, że rozmówca mógłby mieć problem ze zrozumieniem go. – Wydawało mi się, że dla ludzi to normalne.
– Ale przeze mnie ona…
– Dokonała wyboru. – Wyglądał na coraz bardziej skołowanego rozmową. – Wyboru, który mnie nie cieszy, ale który jestem w stanie zrozumieć i zamierzam uszanować.
– Nie uważasz za samolubne tego, że jej pozwoliłem?
– Pozwoliłeś? – W tonie głosu szwagra zabrzmiało rozbawienie. – Znam ją dłużej niż ty, nie powstrzymałbyś jej.
– Ale…
– Czemu robisz z siebie ofiarę?
– Co?
– Obwiniasz się i w dodatku przypisujesz mi własne poczucie winy.
– Ja nie…
– Zostaliśmy rodziną, takie więzi są ważniejsze niż jakieś urazy, czy moje opinie.
Towarzyszące Maksymowi emocje coraz bardziej zastępował wstyd. Czuł się, jak rugane dziecko.
– Jeszcze raz dziękuję, ale na dzisiaj już ci się postaram nie przeszkadzać.
W żałosnej próbie zmiany tematu rozejrzał się po budowli. Na jego szczęście szwagier nie próbował znowu wchodzić mu w słowo.
– Kiedy byłem młodszy, lubiłem pisać w porzuconych budynkach. Rozglądasz się i aż czujesz, że patrzysz na pomnik zapomnianych historii… – Maksym próbował ukrywać, że mówił cokolwiek, co mu się nasunęło. – Ten kościół podobno był kiedyś przepiękny. Dobrze, że ktoś postanowił się nim zająć.
Zastanawiał się, czy szwagier wybrał akurat ten kościół, żeby być bliżej siostry, ale bał się o to zapytać. Wiedział, że rodzeństwo kiedyś więcej wędrowało, ale od kiedy poznał Arię, jej brat zaczął krążyć wokół ich miejsca pobytu, niczym uwiązane zwierzę.
– Może wpadnę w weekend, żeby ci jakoś pomóc? – Taka propozycja ledwo przeszła Maksymowi przez gardło, ale czuł się zobowiązany, choć pozornie się odwdzięczyć.
– Jeśli masz taką potrzebę…
– Jeszcze się umówimy. Odwiedzaj nas częściej!
Ruszył w kierunku drzwi, szedł chwiejnie, niczym pijany.
– Jeśli byś mnie znowu potrzebował, to po prostu mów. Zawsze będę przy was. Odwdzięczysz się po śmierci.
Maksym zatrzymał się w pół kroku.
– Co masz przez to na myśli? – Coś sprawiało, że mówiąc nie miał odwagi się odwrócić, by znowu stanąć twarzą w twarz ze swoim rozmówcą.
– Kiedyś będziesz musiał dokonać tego samego wyboru co moja siostra. Sugeruję, żebyś wtedy zdecydował się pokazać, że śmiertelnicy też potrafią kochać za cenę własnej natury.
– Co masz przez to na myśli? – Głos Maksyma się załamał.
– Nie chciałeś przypadkiem wiedzieć, kim jesteśmy? Ale teraz idź, niedługo zacznie się ściemniać.
Cześć, L. Keller
Tekst zawiera błędy językowe, ale postanowiłem się skupić na fabule. Ciekawiło mnie, co to wyjdzie z tą żonką, a tu się okazało, że nie była bardzo istotna w opowieści.
Nie przestraszyłem się z prostego powodu. Los bohatera trochę był mi obojętny. Wydaje mi się, że to przez sposób w jaki prowadzisz narrację. Zbyt dużo opisu, zbyt mało działań, sprawczości bohaterów. Możliwe, że gdyby narrator był w pierwszej osobie, konsekwentnie, inaczej odebrałbym opowiadanie.
Myślę, że jeśli czytelnik żywi emocje względem bohatera, opowieść na tym zyskuje, szczególnie w horrorach.
Ogólnie, opowiadanie nie porwało mnie, ale też nie uważam, żeby było złe. Pisz. Chętnie przeczytam coś więcej.
Pozdrawiam
Hej Hesket,
Dziękuję pięknie za opinię, postaram się wziąć ją sobie do serca i zastosować w następnym projekcie
Również pozdrawiam
Przybyłam Was nawiedzać
Witaj. :)
Z kwestii technicznych mam wątpliwości co do (zawsze – tylko do przemyślenia):
Niedobór informacji na temat nieznajomej, zbliżył ją w oczach znudzonych pracowników do istoty mitycznej. – zbędny przecinek?
Siedziała w wózku inwalidzkim, plecami do szyby. – na?
Nie zapytał więc o nic, a jedynie posłał jeszcze jedno spojrzenie w stronę okna, kiedy ruszyli w stronę samochodu. – powtórzenie?
Piotr nie miał pojęcia czemu, oblał go zimny pot. – przecinek o wyraz wcześniej?
Czekając w samochodzie zaparkowanym kawałem przed domem Maksyma, Piotr napisał do współpracownika i odruchowo przeniósł wzrok w stronę posesji. – literówka?
– A (przecinek?) daj spokój.
– Nawet nie to. Sypią się jakieś obelgi, że niby jestem zbyt ograniczony albo po prostu zazdrosny i inne takie. Nawet pojawiają się komentarze brzmiące jak groźby. – powtórzenie?
Maksym mówiąc wyglądał przez okno, więc nie mógł zauważyć, że Piotr wzdrygnął się lekko, po usłyszeniu imienia. – zbędny ostatni przecinek?
– Długa historia… powiedzmy, że znalazła mnie, kiedy po raz ostatni sprawdzałem się jako pisarz i pomogła mi zaakceptować, że łatwiej mi się inaczej wyrażać. – powtórzenie?
– i tu to samo?
Do dziś trudno mi uwierzyć, że udało mi się ją przy sobie zatrzymać.
Nie mógł cieszyć się z tak prostego sukcesu, w obliczu poniżenia. – zbędny przecinek?
Nieważne, że ostatnim razem prawie sobie zaszkodzić karząc niewrażliwych na sztukę, nie potrafił się powstrzymać. – zdanie niejasne, albo brak jego części, albo są literówki (?)
Odebrał odruchowo, próbując rozbudzić się na tyle, by zrozumieć mające mu zostać przekazane informacje. – bardzo zawiłe zdanie, może usunąć wytłuszczone?
Następnego ranka próbował uznać wydarzenie, za realistyczny sen, ale nie był w stanie. – zbędny pierwszy przecinek?
Wypowiedź zaczęła się od pożałujesz, ale Maksym nie zrozumiał, co było dalej. Następnego ranka próbował uznać wydarzenie, za realistyczny sen, ale nie był w stanie. Po tym telefonie było wiele kolejnych. – powtórzenia?
Ich autorzy zauważali pewną zależność – wielu krytyków, krótko po publicznym wypowiedzeniu się na temat książek konkretnego pisarza (przecinek?) zawieszało działalność lub całkowicie znikało z Internetu.
Księżyc świecił na tyle jasno, by dało się poznawać w ciemnościach, choć zarys otoczenia. – ostatni przecinek zbędny?
– …tak? Wygląda to twoim zdaniem na coś innego? – przy wielokropku ma być spacja, ale niestety sama popełniam tu zawsze błąd i nie mam pewności, przepraszam – chyba po nim (?)
Kobieta, aby stać bez większego dyskomfortu (przecinek?) musiała opierać się o parapet, ale nawet pochylona nieco przewyższała męża.
– Mężczyzna, niski, krępy (i tu?) miał kaptur, ale raczej nikt z sąsiedztwa.
Przynajmniej wracając z komisariatu, nie był zaskoczony, tym jak przyjęte zostało jego zgłoszenie. – ja bym dała tylko jeden przecinek – przed „jak” (?)
Teraz zaczynam się zastanawiać (przecinek?) na ile jest szalony i czego powinniśmy się spodziewać.
Nie wiedział, jak miał prosić o przysługi kogoś, kto go pewnie nienawidził. – przysługę?
Jego głowę wypełnił szum, kiedy nie zdejmując butów, pobiegł w głąb domu. – zbędny ostatni przecinek?
– Teraz to już nie ma znaczenia, nie zmienimy tego (przecinek?) co się wydarzyło – mówiła coraz wolniej i ciszej.
Wtedy dotarło do niego, że nie pamiętał nic, co działo się między wyjściem z domu a momentem nadejścia, choć częściowej trzeźwości. – zbędny ostatni przecinek?
Bał się przyśpieszać, przez to, jak mocno drżały mu zaciśnięte na kierownicy ręce. – zbędny pierwszy przecinek?
Ucisk, który odczuwał w klatce piersiowej (przecinek?) stawał się coraz mniej znośny.
W głowie coraz wyraźniej rysował mu się plan – zaparkować pod samymi drzwiami, tak blisko (przecinek?) jak tylko będzie w stanie (i tu?) i biec.
Nie wiedział za to, co zrobić(i tu?) jeśli zostałby sam z kimkolwiek, kto czekał w tamtym samochodzie.
To samo, którego widział na drodze. – zła składnia zdania – które?
Maksym nie chciał się jeszcze przekonywać o tym, czemu kierowca jeszcze nie wysiadł. – powtórzenie?
Coś innego rozświetlało wnętrze – rozstawionej w całym budynku świece. – literówka?
Najpierw usłyszał cichy szelest, a później zobaczył materiał poplamionego farbą płaszcza, do którego szybko dołączyła biała twarz, tak podobna, do dawnego oblicza Arii. – zbędny ostatni przecinek?
(…) – tezy, które przelatywały przez głowę pisarza (przecinek?) bardzo mu schlebiały, ale żadna z nich nie wydawała się być szczególnie prawdopodobna.
O wyglądzie zbliżonym do ludzkiego, ale nie na tyle, by pisarz wierzył, że tym (przecinek?) na co patrzył, mogła być osoba w kostiumie.
Kończyły się dłońmi wyposażone w zwierzęce szpony. – wyposażonymi?
Świat zaczął rozmazywać mu się przed oczami, kiedy upiorna twarz zbliżyła się gwałtownie, do tej jego. – zbędny ostatni przecinek?
Wiedział, z czym wiązało się, zostanie ofiarą tych istot – zapomnieniem – zbędny ostatni przecinek?
Maksym tyle lat znał rodzeństwo, a wciąż nie miał pojęcia (przecinek?) kim… czym byli.
Jednak nigdy nie dowiedział się (i tu?) czemu to robiły, ani skąd się wzięły.
– Powinieneś był przyjść wcześniej. – Odezwał się wreszcie szwagier. – błędny zapis dialogu?
– Dziękuję za pomoc – wykrztusił, w nieudolnej próbie ukrycia tego, że znowu dał się wystraszyć. – zbędny pierwszy przecinek?
Hmm… Mocno zagadkowy ten horror; to rodzeństwo przeraża i jednocześnie intryguje; i zdecydowanie jest najmocniejszą stroną całej „mroczności” oraz grozy. :) Myślałam o krwawej zemście pisarza-szalonego prześladowcy, a tu takie zaskoczenie. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. ;)
PS – Przepraszam, zapomniałam, a należy się za okazany szacunek – dzięki wielkie za tag o wulgaryzmach. :)
Pecunia non olet
Cześć ;)
Według mojej opinii opowieść jest stanowczo za długa – zwłaszcza wstęp – więc gdzieś mniej więcej w połowie zaczęła mi się trochę dłużyć.
Byłem ciekaw, o co chodzi z żoną głównego bohatera i szczerze mówiąc… czuję się trochę zawiedziony, że zakończenie poszło w takim kierunku.
Ogólnie nie czytało się źle, jeśli chodzi o technikę pisania – nic podczas lektury mi nie zgrzytnęło jakoś mocno, więc to na pewno na plus ;)
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Witam ponownie Bruce .
Dziękuję pięknie za wytknięcie błędów, mam nadzieję, że naniosłam wszystkie poprawki.
Dobrze wiedzieć, że udało mi się zaskoczyć, oraz że komuś jeszcze spodobał się pomysł na upiorne rodzeństwo.
Zawsze wydawało mi się, że oznaczanie nawet pojedynczych wulgaryzmów to swego rodzaju powinność, przez szacunek do czytelników.
Przybyłam Was nawiedzać
Cześć Dovio,
Dziękuję za uwagę, na przyszłość zdecydowanie postaram się popracować nad ograniczaniem słowotoku XD.
Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Dziękuję pięknie za wytknięcie błędów, mam nadzieję, że naniosłam wszystkie poprawki.
To tylko drobne sprawy i tylko moje sugestie, żadnej pewności. :)
Dobrze wiedzieć, że udało mi się zaskoczyć, oraz że komuś jeszcze spodobał się pomysł na upiorne rodzeństwo.
Zdecydowanie mnie zaskoczyłaś i zdecydowanie spodobało mi się upiorne rodzeństwo, potwierdzam. :) Zachęcam do kontynuacji, bo pomysł jest arcyciekawy. :)
Zawsze wydawało mi się, że oznaczanie nawet pojedynczych wulgaryzmów to swego rodzaju powinność, przez szacunek do czytelników.
I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet