- Opowiadanie: Rafael Sanki - Teatr cieni

Teatr cieni

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Teatr cieni

 

 

 

(“Kobieta w czar­nej sukni” Anna Słoncz)

 

 

– Byle do kura – po­wtó­rzył pod nosem męż­czy­zna w czap­ce z kró­li­cze­go futra. Był stary, a na­prze­mien­ne wy­dy­ma­nie i za­ci­ska­nie bez­zęb­nych ust tylko do­da­wa­ło mu lat. Wśród szem­ra­nej kom­pa­nii, w której przyszło mu czekać świtu, wy­glą­dał jak drew­nia­na łyżka w zbro­jow­ni. Wy­jąt­ko­wo tępa łyżka.

– A dał­byś już pokój Jule. Noc jak noc. – Wzru­szył ra­mio­na­mi sie­dzą­cy po jego le­wi­cy drab z pa­skud­ną, po­szar­pa­ną bli­zną na bro­dzie. Po­cią­gnął za­chłan­nie z gą­sior­ka krą­żą­ce­go wokół ogni­ska.

– Może i zimno, ale po­patrz: go­rzał­ka jest, za­ję­ców na­ła­pa­lim, gdzie by ci le­piej było, jak z nami, he? – Szturch­nął go ko­lej­ny z bie­siad­ni­ków, uśmie­cha­jąc się za­gad­ko­wo i nie­ład­nie pusz­cza­jąc oko w stro­nę nieco już pod­pi­tej kom­pa­nii.

W ślad za jego sło­wa­mi pie­czeń na pro­wi­zo­rycz­nym roż­nie trza­snęła, a, zda­ło­by się, je­dy­na kro­pla tłusz­czu spły­wa­ją­ca z ko­ści­ste­go tru­cheł­ka za­sy­cza­ła na czer­wo­nych po­la­nach. Noc fak­tycz­nie była mroź­na. Le­żą­ce w świe­tle ja­sne­go księ­ży­ca to­boł­ki zdą­ży­ły oszro­nieć i stward­nieć na kość, a cze­ka­ją­ce na swoją kolej tusz­ki za­sty­gły w po­zach, w ja­kich za­stał je my­śli­wy. Ale nie to mar­twi­ło Ju­le­go. Nie tylko to.

– A mnie, dziad­ku, po­wo­li za­czy­nasz grać na ner­wach – ode­zwał się po dłuż­szej chwi­li krępy i nie­spo­koj­ny męż­czy­zna, wpa­tru­ją­cy się w klin­gę nie­wiel­kie­go ko­zi­ka. Głos miał nie­przy­jem­ny, nie­mal tak nie­przy­jem­ny jak to, co za­le­ga­ło na dnie jego duszy. – Za­wrzyj tedy gębę. – Pod­niósł wzrok na sta­rusz­ka. W spoj­rze­niu tym był i trza­ska­ją­cy mróz, i nie­okrze­sa­ny, dziki pło­mień, wal­czą­ce w śmier­tel­nym po­je­dyn­ku. – Bo pierw­szym bę­dziesz, który tej nocy za­pie­je.

Nikt się nie ode­zwał. Odzia­ny w kró­li­czy koł­pak sta­rzec sku­lił się tylko i mruk­nął coś pod nosem.

Go­rzał­ka krą­ży­ła wokół ogni­ska, a ogni­sko za­czy­na­ło krą­żyć wokół pi­ją­cych. Głowy co po­nie­któ­rych opa­dły już bez­wład­nie na pier­si, a przy­stan­ki gą­sior­ka sta­wa­ły się coraz rzad­sze.

– Eeee… – wy­beł­ko­ta­ł za­kap­tu­rzo­ny męż­czy­zna, co po od­ję­ciu kilku “głęb­szych” mo­gło­by ozna­czać zwy­cza­jo­we “pro­szę”. Dłu­gie i cięż­kie od nie­okre­ślo­nej, lep­kiej sub­stan­cji włosy bu­ja­ły się jak łań­cu­chy na na­brze­żu. Dłoń, w któ­rej trzy­mał gą­sio­rek, to wzno­si­ła się, to opa­da­ła, to po­da­wa­ła, to za­bie­ra­ła tru­nek. W końcu na­po­tka­ła opór, co w innej sy­tu­acji ozna­cza­ło­by nie­chyb­nie prze­ka­za­nie nie­chcia­ne­go, bo nie­mal pu­ste­go, na­czy­nia. Nie tym razem. Gą­sior upadł na zie­mię, roz­trza­sku­jąc się na oka­la­ją­cych pa­le­ni­sko ka­mie­niach.

– Ożesz ty! – zawył kap­tur­nik, bu­dząc tych, któ­rych zbu­dzić nie zdo­ła­ła roz­bi­ta flasz­ka.

Obu­dze­ni, rzecz jasna, nie drgnę­li nawet o mi­li­metr, wzno­sząc je­dy­nie chór mam­ro­tań, po­mru­ków i beł­ko­tów. Kul­tu­ra kar­czem­na, którą wy­zna­wa­li, na­ka­zy­wa­ła trak­to­wać po­dob­ne in­cy­den­ty z da­le­ko idącą po­błaż­li­wo­ścią, jako stan­dar­do­wy etap pro­ce­su za­le­wa­nia się w trupa. Je­dy­nie śpią­cy z otwar­ty­mi usta­mi awan­tur­nik o apa­ry­cji ostat­niej szu­mo­wi­ny rzu­cił od nie­chce­nia parę prze­kleństw i obelg, po czym za­snął po­now­nie, jak po do­brze wy­ko­na­nej pracy.

Pró­bu­ją­cy utrzy­mać równowagę kap­tur­nik spoj­rzał wo­jow­ni­czo na spraw­cę za­mie­sza­nia. Mętny wzrok wy­ostrzył się, choć wciąż naj­wy­żej w stop­niu po­zwa­la­ją­cym, z dość wy­so­kim praw­do­po­do­bień­stwem, od­róż­nić łosia od świni. Po chwi­li bez­owoc­nych prób zro­zu­mie­nia tego, co widzi, zro­bił krok do przo­du i przy­kuc­nął, nie od­ry­wa­jąc oczu od ob­ser­wo­wa­nej po­sta­ci. W końcu upadł na zad i wy­beł­ko­tał.

– Baba… Toż to baba… 

Fak­tycz­nie. Na drew­nia­nej ławie sie­dzia­ła młoda ko­bie­ta z twa­rzą ukry­tą w dło­niach. Nie była to jed­nak zwy­czaj­na dziew­czy­na, po­dob­na do tych, które wi­du­je się co dzień na targu, w go­spo­dzie, wy­szyn­ku czy nawet w za­mtu­zach. Mimo, iż sku­lo­na i za­kry­ta płó­cien­nym sza­lem, od pierw­sze­go spoj­rze­nia za­chwy­ca­ła. Bujne włosy opa­da­ły niby czar­ny wo­do­spad, z hu­kiem roz­bi­ja­ją­cy się o pełne pier­si. De­li­kat­ne, smu­kłe dło­nie wy­glą­da­ły, jak gdyby nigdy nie pa­ra­ły się żad­nym cięż­kim za­ję­ciem. Nogi, choć pod­ku­lo­ne, spra­wia­ły wra­że­nie nie­skoń­czo­nych, ide­al­nych. Czy była je­dy­nie nocną zmorą, pi­jac­kim ma­ja­kiem? Jej ist­nie­nie bu­dzi­ło wąt­pli­wo­ści, nie tylko z racji na nie­re­al­ną wręcz urodę i miej­sce, w jakim się zna­la­zła. Męż­czy­zna do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zdał sobie spra­wę, że, prócz szala, dziew­czy­na odzia­na jest je­dy­nie w zwiew­ną su­kien­kę i de­li­kat­ne trze­wi­ki.

– Zenek… – Szturch­nął naj­bliż­sze­go kom­pa­na, obej­mu­ją­ce­go na­mięt­nie wła­sne ko­la­na. – Zenek! – Nie ba­wiąc się w de­li­kat­no­ści, zdzie­lił go w po­ty­li­cę. Re­ak­cja nie była na­tych­mia­sto­wa.

– Pi­ja­nyś. Śpij – od­burk­nął zdzie­lo­ny.

– Pi­ja­ny, ale widzi do­brze. – Spo­koj­ny głos, który do­biegł z dru­giej stro­ny ogni­ska, raził na wpół przy­tom­ne­go bie­siad­ni­ka jak grom. – Go­rzej ze słu­chem, ale to je­stem w sta­nie zro­zu­mieć. Wkra­dła się pa­nien­ka jak ła­si­ca do kur­ni­ka. Nawet mi umknął ten fakt, choć trud­naś do prze­ga­pie­nia, pta­szyn­ko.

Krępy osi­łek, do­tych­czas za­ję­ty wy­łącz­nie ostrzem wła­sne­go noża, za­wie­sił na niej wzrok. Uśmiech, jakim ją ob­da­ro­wał, był tak pa­skud­ny, że nawet noc, nawet tań­czą­ce cie­nie skrom­nych pło­mie­ni, nawet szal za­rzu­co­ny na głowę nie były w sta­nie przed tą brzy­do­tą uchro­nić. Pa­skud­na morda roz­wie­ra­ła się coraz to sze­rzej, uka­zu­jąc wnę­trze mie­nią­ce się sre­brem, zło­tem i czar­nym ze­psu­ciem to­czą­cym to, co nie­gdyś, dawno temu, mogło być białe lub żółte. Ru­chli­wy i długi jak u krowy jęzor wo­dził po wą­skich, nie­mal nie­wi­docz­nych war­gach.

Pa­skud­nik wstał. Zro­bił kilka szyb­kich kro­ków, omi­ja­jąc przy tym ciel­ska tych współ­bie­siad­ni­ków, któ­rzy udali się na spo­czy­nek nieco przed­wcze­śnie. Sta­nął przed ko­bie­tą, wkła­da­jąc kciu­ki za pas i osten­ta­cyj­nie po­pra­wia­jąc za­pię­cie.

– Jakie licho cię tu przy­gna­ło? Może ogrzać się chcia­łaś, hę? Po­dejdź no bli­żej, ze mną nie zmar­z­niesz. – Wy­cią­gnął dłoń w jej stro­nę. Bez re­ak­cji. Bez ocze­ki­wa­nej przez niego re­ak­cji.

– Zo­staw ją. – Choć roz­dy­go­ta­ny i le­d­wie prze­bi­ja­ją­cy się przez trzask ogni­ska, głos Jule miał w sobie coś, co na mo­ment od­wró­ci­ło uwagę łotra od dziew­czy­ny. Sta­ru­szek wie­dział, co to za jeden. Jakie par­szy­we za­sa­dy wy­zna­je, a na które pluje. Ona nie mogła, nie po­win­na wie­dzieć. – Mu­sia­ła zwiać od ła­pa­czy albo han­dla­rzy. Kto wie, jaka bieda ją tu przy­gna­ła. Nie do­kła­daj­my jej.

– Już raz ci po­wie­dzia­łem, dzia­du – za­wrzyj gębę! – Ban­dy­ta od­wró­cił się do niego i w jed­no­znacz­nym ge­ście mach­nął nożem na wy­so­ko­ści szyi.

– Pa­nien­ka wy­ba­czy… – wzno­wił po chwi­li. Ale pa­nien­ki już nie było. Znik­nę­ła jak cień, gdy chmu­ry prze­sło­nią księ­życ.

No­żow­nik za­ci­snął eklek­tycz­ne uzę­bie­nie, a nie­wi­docz­na do tej pory warga ujaw­ni­ła swoją obec­ność, ner­wo­wo pul­su­jąc i ro­niąc znie­kształ­co­ne słowa.

– Ostrze­ga­łem cię… Chcia­łeś kura? – Kilka szyb­kich ru­chów, skok przez ogrom­ne­go, prze­rzu­co­ne­go po­szar­pa­ną derką draba i już był przed nim. Za­sko­czo­ny Jule upadł na plecy, nakry­wa­jąc się no­ga­mi. W jego wieku ozna­cza­ło to po­zo­sta­nie w tej po­zy­cji na dłu­żej. Być może na za­wsze.

– Piej. No Już! – ryk­nął na­past­nik gło­sem nie do­pusz­cza­ją­cym sprze­ci­wu. Cze­kał na re­ak­cję, na­pa­wa­jąc się pa­nicz­ną dez­orien­ta­cją, a w końcu de­spe­rac­ki­mi pró­ba­mi re­ali­za­cji roz­ka­zu. Mimo iż Jule od początku wiedział, że próba sprzeciwienia się oprychowi to proszenie się o śmierć, trząsł się jak ga­la­re­ta, a z ust wy­do­by­wa­ło się je­dy­nie zwie­rzę­ce sa­pa­nie, przetykane próbami złapania tchu. 

– Nie? – Na­past­nik nie cze­kał długo na od­po­wiedź. – Po­mo­gę ci. – Słowa kłuły żywym lodem i mro­zi­ły serce. Nim zdo­ła­ły wy­brzmieć, księ­życ, do­tych­czas kry­ją­cy się trwoż­nie za sza­ry­mi ob­ło­ka­mi, wy­chy­nął nie­śmia­ło, zmie­nia­jąc ludz­ką fi­zjo­no­mię łotra w czar­ny kon­tur ze świe­tli­stym kli­nem, wi­szą­cym jak ja­strząb nad ofia­rą. Po­ły­skli­wy przed­miot opadł gwał­tow­nie, a je­dy­ne, co mógł zro­bić Jule, to unieść dło­nie w ża­ło­snej pró­bie ra­tun­ku. Wy­star­czy­ło.

Mi­ja­ły dłu­gie se­kun­dy, a sta­rzec, wbrew wszel­kim prze­słan­kom, nadal żył. “A jeśli tak wy­glą­da śmierć?”, my­ślał, choć w ana­li­zie sy­tu­acji prze­szka­dza­ło wa­lą­ce wście­kle serce. Z tru­dem prze­krę­cił się na bok, oparł na łok­ciu i przy­siadł po­kracz­nie. Pod­niósł wzrok ponad pień, na któ­rym jesz­cze przed chwi­lą sie­dział.

No­żow­nik leżał, po­dry­gu­jąc, szar­piąc zie­mię i krztu­sząc się krwią. Nad nim stała ko­bie­ta. Smu­kła, wy­so­ka i do­stoj­na ni­czym wieża ka­te­dry. Nie mniej od niej pięk­na. Ci z bie­siad­ni­ków, któ­rzy byli w sta­nie, bez na­my­słu czmych­nę­li w mrok. Po­zo­sta­li albo nie da­wa­li znaku życia, albo wpa­try­wa­li się w ma­je­sta­tycz­ną po­stać z mie­sza­ni­ną lęku, uwiel­bie­nia i po­żą­da­nia.

Dziew­czy­na była naga, choć spo­wi­ta czymś co w jed­nym mo­men­cie przy­po­mi­na­ło tiu­lo­wą, zwiew­ną su­kien­kę, w dru­gim ba­ra­nie futro. Kłę­bią­cym się, snu­ją­cym, bu­zu­ją­cym. Jej ciało zda­wa­ło się wiecz­nym polem bitwy świa­tła i cie­nia ni­czym po­wierzch­nia stawu w kręgu noc­nych pło­mie­ni. Łatwo było prze­oczyć po­tęż­ne szpo­ny miast dłoni, ster­czą­ce z burzy roz­cza­pie­rzo­nych wło­sów uszy, kły ocie­ka­ją­ce krwią i puste, ogrom­ne oczy.

– Za­aabiiiić – wy­char­czał oprych.

Za­iste, po­tę­ga stra­chu i ter­ro­ru nie zna gra­nic życia i śmier­ci. Mimo że bli­żej mu było do grobu, niż do bitki, jego słowa otrzeź­wi­ły umy­sły pod­ko­mend­nych, któ­rzy bez na­my­słu rzu­ci­li się na de­mo­na. Pa­ła­sze i kor­de­la­sy za­świsz­cza­ły w gę­stym, mroź­nym po­wie­trzu. Tu­mult opadł tak gwał­tow­nie, że Jule nie­mal nie od­no­to­wał, by co­kol­wiek się wy­da­rzy­ło. Dziew­czy­na stała w tym samym miej­scu. Cie­nie na jej ciele wciąż wiły się w sza­leń­czym tańcu. Księ­życ wi­siał nad nimi nie­wzru­szo­ny, a ogień trza­skał ocho­czo. Tylko te ciała… Le­żą­ce do tej pory nie­ru­cho­mo, znie­ru­cho­mia­ły jesz­cze bar­dziej. To już nie al­ko­hol. To śmierć. I po­wo­li za­własz­cza­ją­cy je mróz. 

Ko­bie­ta, na po­wrót bę­dą­ca tą sku­lo­ną i zlęk­nio­ną isto­tą, którą Jule po­sta­no­wił chro­nić, usia­dła. Do­łą­czył do niej. Nim zdo­łał umo­ścić się na sę­ka­tej kło­dzie, opar­ła się o jego ramię. Tak de­li­kat­na, tak bez­bron­na, tak pięk­na. Jule nie po­wie­dział nic. Sie­dział tylko i słu­chał.

 

 

*

 

 

– Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie lu­dzi­ska! Dzi­siej­szej nocy, na rynku, wiel­ki spek­takl, ja­kie­go oczy wasze jesz­cze nie wi­dzia­ły! Tylko jeden raz! Je­dy­ny! Nie­po­wta­rzal­ny! Tuż po zmro­ku, gdy księ­życ oświe­tli wasze do­mo­stwa, przy­by­waj­cie do te­atru cieni!

Bez farb i masek, bez pań­skie­go złota i je­dwa­biów – tylko świa­tło i ciem­ność. Hi­sto­rie stare jak las i młode jak po­ra­nek. Gdy na dło­nie ar­ty­stów pad­nie księ­ży­co­wy blask, na­ro­dzą się po­sta­cie, które przy­cho­dzą tylko raz w mie­sią­cu, pod­czas pełni. Nie lę­kaj­cie się jed­nak cie­nia, bo cień nie za­wsze kryje strach. Cza­sem skry­wa praw­dę, któ­rej za dnia nie spo­sób do­strzec. A gdy świa­tło za­drży, może zo­ba­czy­cie coś wię­cej niż tylko kształt na płót­nie. Nie za­sta­na­wiaj­cie się! Kto nie przyj­dzie, ten nie uwie­rzy. Kto nie zo­ba­czy, ten po­ża­łu­je! Tylko pięć mie­dzia­ków za wstęp, lu­dzi­ska, tylko pięć mie­dzia­ków!

Le­d­wie ob­wo­ły­wacz po­ja­wił się na rynku, wokół niego zdą­ży­ła ze­brać się spora grup­ka słu­cha­czy. Miej­sco­wi ry­ba­cy, mu­la­rze, go­spo­da­rze, że­bra­cy. Baby jar­marcz­ne i prze­kup­ki, które nawet pod­czas mszy traj­ko­czą nie­ustan­nie, na tę oko­licz­ność za­mil­kły. Z warsz­ta­tów, skle­pów i wy­szyn­ków wy­chy­nę­li kupcy, rze­mieśl­ni­cy, przy­jezd­ni. Każdy kto miał uszy, usły­szaw­szy po­tęż­ny głos nio­są­cy się ponad miej­skim gwa­rem. wie­dzio­ny niby cza­rem, prze­ry­wał swoje co­dzien­ne czyn­no­ści, 

Gdy he­rold skoń­czył, tłum sku­pio­ny wokół niego wy­buchł ogłu­sza­ją­cą wrza­wą. “Jakem żywy, ta­kich dzi­wów u nas nie było!”, “teatr, u nas?”, “tylko 5 mie­dzia­ków?”, dzi­wo­wa­li się i prze­krzy­ki­wa­li w za­chwy­tach jedni przez dru­gich. I ry­ba­cy, i mu­la­rze, i że­bra­cy. Prze­kup­ki nie­mal po­stra­da­ły głosy, w amoku pa­pla­jąc trzy po trzy o cie­niach, ar­ty­stach i rze­czach zu­peł­nie z ob­wiesz­cze­niem niezwią­za­nych. Jeden tylko sta­ru­szek w kró­li­czym koł­pa­ku krę­cił z dez­apro­ba­tą głową, wpa­tru­jąc się w pustą becz­kę, na któ­rej jesz­cze przed chwi­lą stał ob­wo­ły­wacz.

 

 

*

 

 

Noc była cicha, bez­chmur­na, nie­mal bez­wietrz­na. Księ­ży­co­we świa­tło do­da­wa­ło bla­sku wszyst­kie­mu, co mróz-ar­ty­sta po­wo­łał do życia. Trawy, li­ście, kryte strze­chą dachy – wszyst­ko po­kry­te było skrzą­cym się pyłem, niby w ba­ję­dach o wróż­kach, cho­chli­kach i kra­sna­lach. W taką noc coś pod skórą sie­dzi, coś w gło­wie spo­ko­ju nie daje, coś w rzyć uwie­ra, a nogi wpra­wia w ruch. Coś wzywa.

Nic dziw­ne­go, że przed na­mio­tem te­atru cieni ze­bra­ły się tłumy. Nie co dzień dzie­je się coś, co nie dzie­je się nigdy. Nie co dzień ja­kieś wy­da­rze­nie gro­ma­dzi po­spo­łu bied­nych i bo­ga­tych, mło­dych i sta­rych, za­rów­no ludzi pra­wych, jak i szu­braw­ców. Mimo tłusz­czy wle­wa­ją­cej się ze­wsząd do na­mio­tu, ni­czym potok wy­peł­nia­ją­cy suchą niec­kę, sto­ją­ce przed wej­ściem po­sta­cie po­bie­ra­ją­ce wej­ścio­we ani my­śla­ły o za­my­ka­niu furt pro­wa­dzą­cych do wnę­trza. Wręcz prze­ciw­nie. Wpusz­cza­ły każ­de­go, kto syp­nął gro­szem do sto­ją­cych przy wej­ściu, sta­lo­wych pu­szek, bez wy­raź­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia fak­tycz­ną kwotą tra­fia­ją­cą do na­czy­nia.

W środ­ku pa­no­wał nie­mal zu­peł­ny mrok. Blade świa­tła po­chod­ni pod­wie­szo­nych pod su­fi­tem i oka­la­ją­cych wi­dow­nię sta­no­wi­ły je­dy­nie na­rzę­dzie kon­tro­li tłumu, który bez nich po­ty­kał­by się i tra­to­wał wza­jem­nie. Wie­niec ka­gan­ków koń­czył się w cen­tral­nej czę­ści na­mio­tu, gdzie naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­ła się scena. Płót­no, które, zgod­nie z lo­gi­ką, winno sta­no­wić lwią jej część, było zu­peł­nie nie­wi­docz­ne. Je­dy­ną prze­słan­ką o jego ist­nie­niu było nie­ja­sne prze­czu­cie widza, że coś tam fak­tycz­nie jest. Jakaś ba­rie­ra, gra­ni­ca dzie­lą­ca na­miot na część dla wi­dow­ni oraz tę za­kry­tą i do­stęp­ną je­dy­nie dla ar­ty­stów.

Wszyst­ko to spra­wia­ło, że wcho­dzą­cy, nie­za­leż­nie od stanu, ma­le­li, po­kor­nie­li w ob­li­czu pa­nu­ją­cej w na­mio­cie mrocz­nej aury. Wszy­scy sta­wa­li się równi. Jed­na­ko­wo za­dzi­wie­ni, za­fa­scy­no­wa­ni, onie­śmie­le­ni. Jed­na­ko­wo za­nie­po­ko­je­ni, trwoż­nie spo­glą­da­ją­cy po sobie, na równi ule­gli i ska­za­ni na spek­takl, któ­re­go staną się świad­ka­mi. Od­wro­tu nie było. Mrok w po­łą­cze­niu z na­pie­ra­ją­cym i nie­cier­pli­wym tłu­mem nie dawał szans na zmia­nę de­cy­zji.

W końcu, gdy pierw­si wi­dzo­wie opar­li się o deski sceny, a dys­kom­fort bli­sko­ści nie­zli­czo­nych ciał osią­gnął war­tość gra­nicz­ną, po­chod­nie nie­ocze­ki­wa­nie zga­sły, ciem­ność stę­ża­ła. Chwi­lę póź­niej przez nie­wiel­ki otwór w szczy­cie na­mio­tu, do środ­ka wpadł jasny pro­mień księ­ży­co­we­go świa­tła. Wi­dow­nia ochnę­ła, a pro­mień, znaj­du­jąc drogę za ku­li­sy, jed­no­cze­śnie ujaw­nił ogrom płót­na, za któ­rym zni­kał nie­mal na­tych­miast po wdar­ciu się do wnę­trza.

Nagły błysk ośle­pił na mo­ment wszyst­kich ze­bra­nych, a świe­tli­sty okrąg po­ja­wił się w miej­scu, gdzie pod­świa­do­mie wszy­scy się go spo­dzie­wa­li – w cen­trum mon­stru­al­ne­go ekra­nu. W ślad za nim po­wie­trze wy­peł­ni­ły de­li­kat­ne dźwię­ki fletu, prze­ty­ka­ne spo­ra­dycz­ny­mi, acz sys­te­ma­tycz­ny­mi szarp­nię­cia­mi strun in­stru­men­tu brzmią­ce­go jak lut­nia. Mu­zy­ka to­no­wa­ła emo­cje, uspo­ka­ja­ła, sta­no­wi­ła do­sko­na­łe re­me­dium na udzie­la­ją­ce się co po­nie­któ­rym na­pię­cie.

Po chwi­li, na ekra­nie uka­za­ły się pierw­sze po­sta­cie. Ko­bie­ta i męż­czy­zna, któ­rych fi­zjo­no­mia, tak mi­ster­nie utka­na z cie­nia, wpra­wi­ła wi­dow­nię w praw­dzi­wy za­chwyt. Każde stuk­nię­cie, mu­śnię­cie, każdy po­dryg i pląs ni­by-lu­dzi był wier­ną re­pre­zen­ta­cją cze­goś re­al­ne­go. Nie­okre­ślo­ne­go, lecz re­al­ne­go. Nawet naj­sub­tel­niej­sza imi­ta­cja ludz­kich ru­chów i za­cho­wań wy­wo­ła­na po­ru­sza­ją­cym się pal­cem, wzla­tu­ją­cy­mi i opa­da­ją­cy­mi w uści­sku dłoń­mi, zda­wa­ła się fi­zycz­nie od­dzia­ły­wać na wi­dzów. Tłum raz fa­lo­wał ni­czym bujna, czerw­co­wa trawa, innym razem po­dry­gi­wał jak nie­spo­koj­ny pło­myk. Męż­czyź­ni za­ci­ska­li dło­nie, ko­bie­ty prze­bie­ra­ły no­ga­mi. 

Po­cząt­ko­wo oschła i za­cho­waw­cza, wy­ko­nu­ją­ca de­li­kat­ne, ta­necz­ne ruchy para ko­chan­ków, szyb­ko uka­za­ła swoją praw­dzi­wą na­tu­rę. Po­ryw­cze gesty, skoki, agre­syw­ne figury i in­te­rak­cje raz wy­wo­ły­wa­ły salwy śmie­chu, innym razem gło­śne wes­tchnie­nia, cza­sa­mi krzy­ki. Między duetem na płótnie iskrzyło. Pocałunki ośmielały, wilgotne kontury warg muskały i pieściły wyobrażone krągłości, w momentach kulminacyjncyh rozpadając się na atomy palców, dłoni, przedramion. Emocje udzielały się również widowni. Ich oddechy przyspieszały, krew krążyła niespokojnie, wzrok wodził po sąsiadujących, rozbudzonych ciałach. Cie­nie dzia­ła­ły na wy­obraź­nię I mą­ci­ły w gło­wach.

Nasyciwszy się panującym wokół napięciem, cie­ni­ste za­lo­ty prze­szły płyn­nie w cie­ni­sty akt mi­ło­sny.

Wi­dząc pal­cza­ste kształ­ty na­śla­du­ją­cy męską fi­zjo­no­mię w spo­sób bar­dzo bez­po­śred­ni, co po­nie­któ­re z pa­nien aż pi­snę­ły. Znik­nę­ły i flet, i lut­nia. Po­ja­wi­ły się pisz­czał­ki i bębny, skrzyp­ce na­da­ją­ce rytm coraz mniej na­mięt­nym, a coraz bar­dziej gwał­tow­nym i per­wer­syj­nym ru­chom po­sta­ci na ekra­nie. Stło­czo­ny tłum szyb­ko dał się po­nieść eks­ta­zie. Pierw­sze jęki, stęk­nię­cia i piski w mgnie­niu oka prze­ro­dzi­ły się w istną sym­fo­nię dzi­kiej, nie­okieł­zna­nej żądzy. Ciem­ność pod­sy­ca­ła popęd, znie­czu­la­ła, roz­ocho­ca­ła, wy­ba­cza­ła i uspra­wie­dli­wia­ła wiele. Może zbyt wiele. Wła­śnie wtedy ją zna­leź­li. 

 

 

*

 

 

– Co wy­da­rzy­ło się wtedy? – spy­tał sta­ru­szek po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia. Wie­dział, że dziew­czy­na po­trze­bu­je po­mo­cy, by prze­brnąć przez tę część opo­wie­ści.

– Usły­sza­łam głos – za­czę­ła z wy­raź­nym tru­dem. – Był wyraźny, choć nie spo­sób było usły­szeć wtedy wła­snych myśli. Wie­dzia­łam, że po­cho­dzi zza ekra­nu.

– Po­szłaś tam?

– A co, mia­łam po­zwo­lić się ob­ma­cy­wać, szar­pać, może zgwał­cić? Oczy­wi­ście, że po­szłam. Nie wiem, jak tego do­ko­na­łam, ale udało mi się. Po dro­dze zo­sta­łam zmię­ta i wy­żu­ta. Zbru­ka­na jak szma­ta w ja­kiejś pod­rzęd­nej łaźni. Ale do­tar­łam.

– Były tam drzwi? Kur­ty­na? Ja­kieś przej­ście, tak?

– Nic ta­kie­go nie było. Po pro­stu nagle zro­bi­ło się ci­szej. Sły­sza­łam wszyst­ko jakby z od­da­li. Naj­dziw­niej­sze było to, że przede mną znowu był ekran. Zu­peł­nie jak­bym stała się wła­snym od­bi­ciem w lu­strze.

– A co było za tobą?

– Nie wiem. Głos nie po­zwo­lił mi się od­wra­cać. Pod groź­bą śmier­ci. A ja ani my­śla­łam się sprze­ci­wiać.

Sta­ru­szek po­now­nie umilkł. Nie do­py­ty­wał. Po­zwo­lił jej mówić to, co chcia­ła po­wie­dzieć. We wła­snym tem­pie. Skoro do­pro­wa­dził ją aż tutaj, dalej po­win­na sobie po­ra­dzić.

– Po­ja­wi­ło się świa­tło. I cień. To był mój cień, cień mojej dłoni – po­wie­dzia­ła w końcu z mie­sza­ni­ną eks­cy­ta­cji i stra­chu. – To byłam ja. Sta­łam się ar­tyst­ką. Moje palce złą­czy­ły się, tak po pro­stu, nie my­śla­łam nad tym. Kciuk po­ja­wił się na­prze­ciw nich, a ja, ot tak, dla kro­to­chwi­li, śmie­jąc się i szcze­rząc, kła­pa­łam szczę­ką cze­goś, co przy­po­mi­na­ło wilka. Ska­ka­łam, ry­cza­łam prze­raź­li­wie i re­cho­ta­łam jak małe dziec­ko. Do­pie­ro po chwi­li do­strze­głam, że… że… To był praw­dzi­wy wilk. Nie było pal­ców, dłoni, ra­mie­nia. Była uja­da­ją­ca, wście­kła szczę­ka.

– Spodo­ba­ło ci się?

– Nie… Tak… Nie wiem. Kiedy po­ru­sza­łam dło­nią, z ca­łe­go tego har­mi­dru do­bie­ga­ły mnie okla­ski, wi­wa­ty. Oni to wi­dzie­li. Na­praw­dę byłam ar­tyst­ką. Byłam tym wil­kiem.

Nagle, ni z tego, ni z owego, dziew­czy­na wy­bu­chła pła­czem. Za­wo­dzi­ła, du­si­ła się, wyła. Sta­ru­szek nawet nie drgnął, jak gdyby wie­dział, do czego zmie­rza ta hi­sto­ria, co bę­dzie jej fi­na­łem. Cze­kał.

– Nie chcia­łam, na­praw­dę… Nie wie­dzia­łam… Ja ich… Ja… – Dziew­czy­na zła­pa­ła się za brzuch, wbi­ja­jąc weń palce tak mocno, jak tylko mogła.

– Wiem, dziec­ko. Wiem. – Ostroż­nie po­ło­żył dłoń na wy­so­ko­ści jej ło­pat­ki. Dziew­czy­na aż pod­sko­czy­ła, ale zaraz potem pod­da­ła się ob­ję­ciu, które wy­zwo­li­ło ko­lej­ną falę łez i bez­rad­nej, pu­stej roz­pa­czy. Gdy spa­zmy i drże­nie tar­ga­ją­ce dziew­czy­ną stały się spo­ra­dycz­ne i do­ga­sa­ły, sta­ru­szek prze­mó­wił.

– Ci… – Jule nie wie­dział do końca jak za­cząć. – …lu­dzie … Oni robią to re­gu­lar­nie, od lat. Szu­ka­ją mło­dych, za­gu­bio­nych, sa­mot­nych. Ta­kich, któ­rzy nie znaj­du­ją sobie miej­sca w tym par­szy­wym świe­cie. W tej dzi­czy, tym wy­uz­da­niu, ze­zwie­rzę­ce­niu. To, że aku­rat ty usły­sza­łaś ich głos, być może jako je­dy­na z całej tej ha­ła­stry… To ważne świa­dec­two. – Po­zwo­lił sobie na do­tknię­cie jej wło­sów. Były takie, ja­ki­mi Jule spo­dzie­wał się je za­stać. Cień zmie­niał czło­wie­ka. Po­tę­go­wał każdą cechę, i tę po­zy­tyw­ną, i tę ne­ga­tyw­ną. Włosy były cu­dow­ne. – Wi­dzisz, oni myślą, że dają ci szan­sę. Na nowy start, dru­gie życie. Tak na­praw­dę dzia­ła­ją jak stado wil­ków. Szu­ka­ją naj­słab­szej, naj­bar­dziej po­dat­nej ofia­ry, i ata­ku­ją, żywią się de­spe­ra­cją, za­gu­bie­niem, żywią się…

Nie do­koń­czył. Pa­znok­cie dziew­czy­ny za­to­pi­ły się w jego ra­mie­niu. Czuł jak wzbie­ra w niej gniew, żal, roz­pacz, czuł krew spły­wa­ją­cą w dół ra­mie­nia, czuł cie­nie zbie­ra­ją­ce się wokół nich. Zła­pał ją za twarz, nim te po­now­nie prze­ję­ły nad nią kon­tro­lę.

– Po­słu­chaj mnie teraz, bo nie wiem, jak długo bę­dzie nam dane roz­ma­wiać. Do po­ran­ka jesz­cze tro­chę, a oni cię szu­ka­ją. Je­steś teraz wil­ko­ła­kiem, po­gódź się z tym. Cień, wilk, peł­nia, ze­psu­cie, sa­mot­ność. Twoja sa­mot­ność. Wszyst­ko to wy­ko­rzy­sta­li prze­ciw­ko tobie, użyli cię. To się dzie­je od cza­sów sta­ro­żyt­nych. Na to nie ma od­trut­ki, ale mo­żesz z tym wal­czyć. Mu­sisz.

– Jak… Ja… Nie po­tra­fię…

– To ja cię tu spro­wa­dzi­łem, dziec­ko. Wie­dzia­łem, co się świę­ci, wie­dzia­łem, że tej nocy mo­żesz mnie po­trze­bo­wać. Ucie­kłaś im. To już dużo. Przy­wio­dło cię tu coś… Wil­cze wycie, pa­mię­tasz? – Nie cze­ka­jąc od­po­wie­dzi, męż­czy­zna ostroż­nie zdjął kró­li­czą czap­kę. Wśród buj­nej, jak na jego wiek, czar­nej jak u mło­dzi­ka czu­pry­ny, dało się do­strzec dwoje po­szar­pa­nych i oklap­nię­tych wil­czych uszu.

– Je­stem już słaby. Stary. Sił star­cza mi le­d­wie, by się z łóżka zwlec. Ale pa­nu­ję nad tym, pa­nu­ję nad cie­nia­mi, i zewem nocy. Zresz­tą… Prze­mia­na naj­pew­niej by mnie za­bi­ła. Je­stem czło­wie­kiem, sły­szysz? Uwa­żam się za czło­wie­ka. Ty też nim je­steś. – Dziew­czy­na z otwar­ty­mi sze­ro­ko oczy­ma przy­glą­da­ła się star­co­wi, z każdą se­kun­dą na­bie­ra­jąc sił i spo­ko­ju. Już nie była sama. 

 

 

*

 

 

– Nie jest to łatwy chleb, ta ho­dow­la, hm?

– A żeby pan wie­dział, mości Sta­ro­sto – od­rzekł w tonie zu­peł­nej i śmier­tel­nej po­wa­gi Naj­więk­szy w Re­jo­nie Ho­dow­ca Owiec, ubie­ga­ją­cy się o rękę naj­star­szej sta­ro­ści­nej la­to­ro­śli. Ubra­ny był w wy­jąt­ko­wo modny i do­brze skro­jo­ny du­blet ze zło­ci­sty­mi ob­szy­cia­mi, co miało sta­no­wić nie­zbi­ty dowód jego ogła­dy i oby­cia w świe­cie. Plan za­pew­ne po­wiódł­by się bez za­rzu­tu, gdyby nie fakt, że męż­czy­zna mu­siał się rów­nież od­zy­wać.

– Jaki tam pan, toż to my ro­dzi­na pra­wie. Mów mi Kiej­stut. – Sta­ro­sta gro­do­wy z ksią­żę­ce­go nada­nia i bożej łaski, uśmiech­nął się iście urzę­do­wo i rów­nie urzę­do­wo wró­cił do po­przed­nie­go, sta­ro­ścia­ne­go wy­ra­zu twa­rzy.

Wą­sa­ty absz­ty­fi­kant w zbli­żo­nym do sta­ro­sty wieku i po­krew­nym uspo­so­bie­niu, nieco zbity z pan­ta­ły­ku, za­śmiał się ner­wo­wo. Nie wie­dząc co od­po­wie­dzieć, ani jaki gest wy­ko­nać, stęk­nął, po­dra­pał się po gło­wie i jak gdyby nigdy nic wró­cił do swo­jej myśli, nim ta opu­ściła go na dobre.

– Lu­dzie myślą, że owce, czy każde inne bydlę, to byle trawę miało, a samo się paść bę­dzie, samo się wydoi, ostrzy­że, samo kijów wil­kom na­wsa­dza, a na ko­niec to się samo na targ za­bie­rze i sprze­da z zy­skiem.

Sie­dzą­cy przy stole, aż za­no­si­li się od śmie­chu. Szcze­ry re­chot wy­do­by­wał się z po­nęt­nych ust młod­szej sta­ro­ścian­ki, wy­dat­nie ob­da­rzo­nej za­war­to­ścią pę­ka­ją­ce­go w szwach gor­se­tu, choć ni w ząb żartu nie zro­zu­mia­ła. Nieco mniej kwie­ci­stym, choć nie mniej żar­li­wym śmie­chem po­pi­sy­wa­ła się ciot­ka Eu­ge­nia, szlach­cian­ka, która, jako da­le­ka krew­na, a przy tym wdowa, była stałą re­zy­dent­ką po­sia­dło­ści sta­ro­sty. Zaj­mo­wała się głów­nie plot­ko­wa­niem i ce­le­bra­cją nie­do­li po stra­cie męża. Żona wło­da­rza śmia­ła się na­to­miast po­wścią­gli­wie, z klasą. Lekko uno­si­ła ką­ci­ki ust, nie od­sła­nia­jąc zębów, chcąc dać sa­tys­fak­cję przy­szłe­mu zię­cio­wi, a jed­no­cze­śnie ukryć to, jak bar­dzo mier­zi ją pro­fe­sja, którą ten się para.

Oznak ra­do­ści próż­no było szu­kać na twa­rzy Ma­ry­li – panny na wy­da­niu. Wręcz prze­ciw­nie. Spra­wia­ła wra­że­nie po­go­dzo­ne­go z losem ska­zań­ca. Ocze­ku­jąc wy­ro­ku, wle­pia­ła puste oczy w ta­lerz i nie wy­ra­ża­ła sobą zu­peł­nie nic

Nawet lu­bi­ła owce. Za ich stad­ność, sta­tecz­ny cha­rak­ter, ła­god­ność. Nie lu­bi­ła za to Naj­więk­sze­go w Re­jo­nie ich Ho­dow­cy. Był stary, ru­basz­ny, a przy tym nie­przy­zwo­icie bo­ga­ty. Jej oj­ciec szyb­ko więc do­szedł do prze­ko­na­nia, że wą­sa­ty sta­rzec jest dla Ma­ry­li je­dy­nym słusz­nym wy­bo­rem w kwe­stii za­mąż­pój­ścia. Chciał sprze­dać jej rękę i zro­bić to z zy­skiem. Nie­na­wi­dzi­ła ich oby­dwu.

– Guzik się to ma do rze­czy­wi­sto­ści – kon­ty­nu­ował owczarz. – Do zwie­rzy­ny trze­ba mieć rękę, cier­pli­wo­ści co nie­mia­ra, a nie­któ­rzy mówią nawet, że in­stynkt trza mieć, umieć my­śleć i czuć jak, nie przy­mie­rza­jąc, bydlę.

 “Przy­naj­mniej tyle. Przy­naj­mniej dla zwie­rząt jest dobry”, po­my­śla­ła Ma­ry­la, gdy słowa jej przy­szłe­go męża ja­kimś spo­so­bem za­ha­czy­ły obrze­ża jej świa­do­mo­ści.

– I pan ten in­stynkt, ma się ro­zu­mieć, po­sia­da? – spy­ta­ła z uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem sta­ro­ści­na.

– A gdzie tam… Po praw­dzie, to mi owce wcale nie w smak są. Ludzi od tego mam. Ale wiem o nich dużo. Choć­by to, że same zgi­nę­ły­by przy pierw­szej lep­szej oka­zji. Po­błą­dzi­ły­by, nogi po­ła­ma­ły, wil­kom w pasz­czę wla­zły. To tak jak z ko­bie­ta­mi.

Pod­czas gdy jej młod­sza sio­stra, w re­ak­cji na słowa owcza­rza, nie­mal plu­nę­ła po­rzecz­ko­wym so­kiem, Ma­ry­li z obrzy­dze­nia aż za­krę­ci­ło się w gło­wie. Mi­ja­ły dłu­gie mi­nu­ty, a ona wciąż nie za­szczy­ci­ła współ­bie­siad­ni­ków choć­by pod­nie­sie­niem głowy znad ta­le­rza. Para uno­szą­ca się z pie­czo­ne­go san­da­cza zni­kła, a ziem­nia­cza­ne klu­ski, wcze­śniej de­li­kat­ne i lek­kie, zro­bi­ły się twar­de i gu­mo­wa­te.

– Jedz, dziec­ko – po­na­gli­ł ją oj­ciec. – Ryba spro­wa­dza­na lo­do­wym wozem dziś przed świ­tem, ło­wio­na nocą, w Sza­rych Wo­dach. Mięso roz­pły­wa się w ustach, szko­da go. No, jedz! – Nie od­pusz­czał wi­dząc kom­plet­ny brak re­ak­cji córki.

– Daj­cież spo­kój, Kiej­stut – po­wie­dział wą­sacz, chcąc za­punk­to­wać i u na­rze­czo­nej, i jej matki. U ojca nie mu­siał. – Ryba przed­nia, nie po­wiem, ale może mięsa by pa­nien­ka skosz­to­wa­ła? Ja­gnię­ci­ny de­li­kat­nej? Mięk­kiej i krwi­stej, z roz­ma­ry­nem, czosn­kiem i solą.

Żaden mię­sień na ciele dziew­czy­ny nawet nie drgnął. My­śla­mi sta­ra­ła się uciec w miej­sca bez­piecz­ne, przy­jem­ne, od­osob­nio­ne. Da­le­kie od ro­dzin­ne­go domu. Nie miała tu nic. A to nic i tak pró­bo­wa­no jej ode­brać.

– Go­to­wać po­tra­fi? – przy­szły zięć szep­nął nie­dy­skret­nie do sta­ro­sty. Ten uśmiech­nął się w ten sam co po­przed­nio, nic niemó­wią­cy spo­sób, krę­cąc przy tym dło­nią w ge­ście ozna­cza­ją­cym ni mniej, ni wię­cej “po­sta­raj się o ku­char­kę albo dwie”. Usta po­wie­dzia­ły co in­ne­go.

– Na­uczy się. I do ba­ra­ni­ny przy­wyk­nie. Młoda jest jesz­cze, zapał ma. Dzi­siaj tylko taki dzień… Ro­zu­mie­cie, ko­bie­ce do­le­gli­wo­ści – skon­sta­to­wał sta­ro­sta, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi i skła­da­jąc wszel­kiej maści za­pew­nie­nia, iż towar, jaki ofe­ru­je, nie jest by­naj­mniej tref­ny.

– Aha, tylko dzi­siaj… – burk­nę­ła pod nosem biu­ścia­sta sio­stra, pusz­cza­jąc do owcza­rza po­ro­zu­mie­waw­cze oczko.

– A tam. Ważne, by re­gu­lar­ność była tych dni. Zresz­tą, jutro przy­ślę swoją aku­szer­kę, to z nią po­mó­wi. Dowie się, co i jak. U owiec, dajmy na to…

Znowu się nie udało. Nie zdo­ła­ła się uchro­nić. Uciec. Myśli Ma­ry­li wra­ca­ły do niej jak na­tar­czy­wy po­sła­niec, nio­są­cy tylko złe wie­ści. Krę­ci­ło jej się w gło­wie. Głosy raz do­bie­ga­ły z bar­dzo da­le­ka, jak echo, stłu­mio­ne krzy­ki, a innym razem wier­ci­ły dziu­rę w gło­wie każdą zgło­ską. “Po­wiedz coś”, “uśmiech­nij się, no”, “dla­cze­go nie jesz?”. Kosz­mar­na po­zy­tyw­ka nie da­wa­ła jej spo­ko­ju. Chcia­ła od­po­wie­dzieć. Że woli ciszę, że chce być sama, że za słone… Ale czy kogoś obe­szło­by to, czemu słod­ko­wod­ny san­dacz jest tak słony? Czemu jest tak cho­ler­nie słony? Chcia­ła, ale coś się w niej zmie­ni­ło. Coś zła­ma­ło. Myśli zo­sta­ły na miej­scu. To ona… Tym razem to ona…

– A ty dokąd? – po­czu­ła uścisk na ra­mie­niu. Mocny, nie­przy­jem­ny. To była jej matka. Za­trzy­ma­ła ją w progu otwar­tych drzwi. Ma­ry­la nie wie­dzia­ła kiedy się tam zna­la­zła, ani jak tego do­ko­na­ła. Zimne po­wie­trze do­da­wa­ło jej otu­chy, na­peł­nia­ło mocą, które nie czuła nigdy wcze­śniej.

– Po­błą­dzić, nogi po­ła­mać, wil­ko­wi do pasz­czy wleźć.

W na­stęp­nej chwi­li już bie­gła. Czuła, jak ob­le­pia ją mróz, jak zimny wiatr smaga jej nagie ra­mio­na. Sły­sza­ła krzy­ki i groź­by do­cho­dzą­ce z od­da­li. Nie od­wró­ci­ła się. Nigdy już tego nie zrobi. Pod­nio­sła szal w trium­fal­nym ge­ście. Po­wie­wał ni­czym sztan­dar. Za­śmia­ła się, a łzy same pły­nę­ły po po­licz­kach, mo­men­tal­nie gęst­nie­jąc i zna­cząc twarz. W końcu sta­nę­ła. Opar­ła się o drze­wo, pró­bu­jąc zła­pać, a póź­niej wyre­gu­lo­wać od­dech. Napawała się uczuciem, którego wcześniej nie znała. A może po prostu zapomniała o jego istnieniu? Nie mogła uwie­rzyć, to było jak sen, jak nie­re­al­ny, pięk­ny sen.

– Wszyst­ko do­brze? Pa­nie­nko? – Poczuła delikatne muśnięcie, choć nie była wtedy zdolna do odbierania żadnych fizycznych bodźców. Drgnęła, a fala wywołana kontaktem rozlała się po całym ciele. Chciała się odwrócić, spojrzeć na nieznajomego, ale coś ją powstrzymało. Nie nalegała. – Też wy­bie­rasz się do te­atru? – Kiw­nę­ła głową. Dziś była wolna. Tak przynajmniej myślała.

 

Koniec

Komentarze

Cześć,

Pozwolę sobie jeszcze pokrótce skomentować pobetowo :)

Jak już mówiłam, ogólnie mi się podobało.

Stylizacja języka jest w większości całkiem udana.

Trochę szlifów i wyszedł z tego całkiem przyzwoity tekst :) Fajna interpretacja, dobrze wykorzystuje to co widać na obrazie i rozwija to, co sobie można dopowiedzieć.

Trochę musisz jeszcze popracować, ale idziesz w dobrym kierunku – zwłaszcza zważywszy, że wszelkie uwagi traktujesz poważnie i z nich korzystasz. Myślę, że na przyszłość dużo z nich wyciągniesz :)

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia!

Spodziewaj się niespodziewanego

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

 

 

Edit:

Szanowny Autorze, czy celowo (z uwagi na fabułę) pod obrazem widnieje inny tytuł? 

Pecunia non olet

bruce 

 

Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)

bruce 

Tak, tak, celowo…:P nie mniej – zmieniłem, aby podobne pytania więcej się nie pojawiały”)

 

Tak myślałam. :) Dziękuję, pozdrawiam, Rafaelu. :) 

Pecunia non olet

Dobre opowiadanie – nie wypada napisać, że po becie jeszcze lepsze, ale zyskało na płynności, a zachowało oryginalną treść.

Podobało mi się to, jak działa na wyobraźnię. Nie mam problemu, żeby przenieść się w przedstawiony świat, a to w opowiadaniach bardzo lubię.

Zagadka kobiety, odwrócony chronologicznie układ, te elementy zachęcają do dalszego czytania – chcemy się dowiedzieć, jak do tego doszło, kim ona jest.

Dobry pomysł, sprawna realizacja, widać dbałość o to, żeby tekst był lepszy… czego chcieć więcej? Może więcej klików, ja dokładam swój :)

Czytam wszystkie opowiadania konkursowe i jestem pod wrażeniem. Wysoki poziom i idealne wpisanie się w tematykę konkursu – gratuluję.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Bardzo dobry tekst, bardzo mi się podobał. Jest tylko jedna rzecz, która lekko mi zgrzytnęła. W dalszej części opowiadania odniosłem wrażenie, że narrator się nieco zgubił i nie potrafił zdecydować, czy chce być stylizowany, czy nie. Gdzie mi tam mignęły sformułowania zupełnie współczesne, które plątały się z tymi stylizowanymi. Jeśli znajdę czas, to przeczytam tekst ponownie i wskażę konkretne miejsca, które spowodowały te zamieszanie. Oczywiście to kwestia zupełnie subiektywnego odbioru i dla innych czytelników to wcale nie musi stanowić problemu. Mnie to jednak lekko zakuło. Co nie zmienia faktu, że opowieść mnie wciągnęła.

Nieokreślony dokładnie świat – czy to fantasy, czy jakaś prowincja z przeszłości – w zasadzie mogło to być wiele różnych uniwersów, ale zagrało to bardzo zgrabnie. Dzięki temu elementy świata wyłaniały się z jak cienie w teatrze, by pokazać tylko tyle, ile trzeba. Postacie również nakreśliłeś, autorze, wystarczająco. Na tyle, żeby prześledzić ich losy w cieniach ;) Wątek fantastyczny też jest tu schowany w cieniu, a odwrócenie kolejności pozwala zbudować ciekawość, zachęcić czytelnika, by dowiedzieć się, jak to się wszystko zaczęło.

Dzięki za świetną lekturę. Klikam z przyjemnością.

XXI century is a fucking failure!

Pobetowo wbijam!

Tekst ma wyraźne, nawet zaryzykowałbym, że sztywno odmienne części. Początek jest inny niż środek, końcówka to już w ogóle inna.

A jednak to spiąłeś i dzięki temu opowiedziałeś historię nieco inaczej, tworząc kilka różnych klimatów, które subtelnie się łączą. Nie jest to typowy styl narracyjny i fajnie!

Oczywiście to kwestia zupełnie subiektywnego odbioru i dla innych czytelników to wcale nie musi stanowić problemu.

Z tą kwestią się wciąż lekko zgadzam z Caernem. Choć mi w tym tekście stylizacja nie była potrzebna, więc może momentami jest jej wręcz zbyt wiele?

 

Drugi fragment z nawoływaniem wciąż uważam za najlepszy, aż czuję ciarki jak to czytam. Przeplatanie się obietnicy, pokusy, mroku, magiczności, przygody. Świetny pomysł, żeby taki fragment umieścić.

 

Powodzenia w konkursie!

I klik oczywiście.

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

marzan 

 

Dziękuję i za posługę podczas bety i za powrót już po wspomnianym “upłynnieniu”, którego jesteś rzecz jasna współsprawcą:) No i za klika!

 

d.pankovski

 

Oj tak, nie zazdroszczę jury, jak i sobie, posiadającemu niezachwianą ambicję na laury:D

 

Caern oraz beeeecki

 

Pozwolę sobie na odpowiedź zbiorczą, bo dotyczącą tego samego aspektu – zatrwożony zbieżnością spostrzeżeń poszukam owych zgrzytów, może wychwycę jakieś słowa, które faktycznie wymagają przemyślenia, jakiejś zagubionej, albo nadmiernej stylizacji. Mam obawę, że to głowa przesiąknięta stylizacją w różnych tekstach, które niedawno nadrabiałem, zaszwankowała w tym względzie;/ Nie mniej – dzięki za miłe słowa, kliki i tę uwagę!

 

 

 

 

Podążaj za białym królikiem.

Marszawa

 

Witam szanowną jurorkę. Wczoraj odebrałem wyniki alergii z krwi i przy standardzie 0,15 [czegoś] przy kocie mam 48 punktów, co sprawia, że kontakt z nim jest dla mnie niemal niebezpieczny. Mam nadzieję, że Twój okaże się łagodniejszy:P 

 

Bruce

 

Wybacz, że nie oddałem wcześniej honorów – również witam uniżenie:)

heart

Pecunia non olet

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Hej!

Bardzo ładnie napisane opowiadanie. Widać, że masz dobry warsztat, choć zdarzyły Ci się ze dwa/trzy potknięcia. Na przykład przy opisie namiotu napisałeś, że światła pochodni stanowiły jedyne narzędzia kontroli tłumu – nie, Rafaelu, światło to nie narzędzie kontroli tłumu, więc należałoby to poprawić. Ale poza tym naprawdę dobrze operujesz językiem, opisy są plastyczne, łatwo zwizualizować sobie opisywane wydarzenia. Konstrukcja tekstu też jest ciekawa, bo chronologia skacze to tu, to tam, a mimo to bez trudu można się w tym połapać – dla mnie to cecha autora, który wie, co chce opowiedzieć, nie bói się eksperymentowania i robi to dobrze.

Fabularnie jest dość nierówno – początek mocno awanturniczy, siadł mi najbardziej. Potem środek, który jest skupiony na odczuciach, bardzo malowniczo opisujący przedstawienie. I zakończenie, które jest jakby z innej bajki, przyziemne, mocno odcinające się klimatem od reszty, bo pozbawione tajemnicy, dynamiki oraz subtelnych opisów – podoba mi się najmniej, ale nadal jest to dobrze napisane i (biorąc pod uwagę chronologię) w jakiś dziwny sposób pasuje do reszty.

Postawiłeś na dość prostą fabułę, ale konstrukcja opowiadania mota tę historię i sprawia, że staje się ona bardziej zajmująca, niż byłaby, gdybyś ułożył wydarzenia chronologicznie. 

Oczywiście klikam i pozdrawiam serdecznie, a także życzę powodzenia w konkursie :)

Q

 

Known some call is air am

Outta Sewer

 

Dziękuję za budujące słowa. Pracuję nad warsztatem nieustannie, wciąż powroty do moich starych opowiadań potrafią mocno zażenować, więc nawet we własnej, ograniczonej głowie potrafię zauważyć progres.

 

Uwaga odnośnie do światła zostanie odnotowana, choć światło mogłoby stanowić narzędzia kontroli tłumu w pewnych sytuacjach (oślepiające reflektory), choć może nie w takim wydaniu jak w tekście powyżej;)

 

Co zaś tyczy się ostatniej części opowiadania – ma ona głównie na celu zbudowanie postaci dziewczyny, i powodów, dla których to właśnie ona padłą ofiarą wilkołaczej szajki polującej na zbłąkane, samotne duszyczki. Końcówka, taką miałem nadzieję, nawiąże do tajemnicy wcześniejszych rozdziałów, ale może jest to zbyt mocno osadzone w didaskaliach w mojej głowie, do których niedostatecznie dopuściłem czytelnika. 

Nie wiem, jakie wizje wywołała u Ciebie „Kobieta w czarnej sukni”, ale opowiadanie okazało się dla mnie niezrozumiałe. W miarę czytania pojmowałam coraz mniej, a skończywszy nie wiem, co miałeś nadzieję opowiedzieć. :(

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

W spoj­rze­niu tym był i trza­ska­ją­cy mróz, i nie­okrze­sa­ny, dziki pło­mień… → Na czym polega nieokrzesanie płomienia?

 

Ożesz ty! – zawył kap­tur­nik… → Ożeż ty! – zawył kap­tur­nik

 

Obu­dze­ni, rzecz jasna, nie drgnę­li nawet o mi­li­metr… → Skąd w czasach tej opowieści wiedziano czym jest milimetr?

 

wzno­sząc je­dy­nie chór mam­ro­tań, po­mru­ków i beł­ko­tów. → Raczej: …wznawiając je­dy­nie chór mam­ro­tań, po­mru­ków i beł­ko­tów.

 

Na drew­nia­nej ławie sie­dzia­ła młoda ko­bie­ta… → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy ława mogła być inna, nie drewniana?

 

które wi­du­je się co dzień na targu, w go­spo­dzie, wy­szyn­ku czy nawet w za­mtu­zach. → Obawiam się, że w wyszynku nie można zobaczyć nikogo. Pewnie miało być: …które wi­du­je się co dzień na targu, w go­spo­dzie, szyn­ku czy nawet w za­mtu­zach.

 

Z warsz­ta­tów, skle­pów i wy­szyn­ków wy­chy­nę­li kupcy… → Pewnie miało być: Z warsz­ta­tów, skle­pów i szyn­ków wy­chy­nę­li kupcy

 

głos nio­są­cy się ponad miej­skim gwa­rem. wie­dzio­ny niby cza­rem… → Zamiast kropki powinien być przecinek. Czy to zamierzony rym?

 

prze­ry­wał swoje co­dzien­ne czyn­no­ści→ Zdanie powinna kończy kropka, nie przecinek.

 

“tylko 5 mie­dzia­ków?” → „tylko pięć mie­dzia­ków?”

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Trawy, liście, kryte strzechą dachy – wszystko pokryte było… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Widownia ochnęła… → Co zrobiła widownia???

 

w momentach kulminacyjncyh rozpadając się… → Literówka.

 

Cienie działały na wyobraźnię I mąciły w głowach. → Dlaczego wielka litera?

 

zaczęła z wyraźnym trudem. – Był wyraźny… → Nie brzmi to najlepiej.

 

dziewczyna wybuchła płaczem. → …dziewczyna wybuchnęła płaczem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

 

– …ludzie … → Zbędna spacja przed drugim wielokropkiem.

 

Starosta grodowy z książęcego nadania i bożej łaski… → Starosta grodowy z książęcego nadania i Bożej łaski

 

Oczekując wyroku, wlepiała puste oczy w talerz i nie wyrażała sobą zupełnie nic → Brak kropki na końcu zdania.

 

ziemniaczane kluski, wcześniej delikatne i lekkie, zrobiły się twarde i gumowate. → Z czego, w czasach tego opowiadania, robiono kluski ziemniaczanie, skoro jeszcze nie uprawiano ziemniaków?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie chodzi o to, że końcówka zbyt słabo nawiązuje do wcześniejszych (a w zasadzie późniejszych) wydarzeń – to akurat widać dobrze. Chodzi mi o klimat zakończenia, który jest zupełnie inny od reszty – awanturniczy początek i późniejszy fragment z tajemniczym przedstawieniem, a także interakcja starca z dziewczyną, kontynuująca relację z początku, do siebie pasują. A zakończenie odbiega od reszty przez brak zarówno tajemnicy, jak i dynamiki poprzednich scen. W dodatku uważam, że choć ładnie i obrazowo napisana, jest przegadana.

Pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

 

Na początku witam szanownych jurorów w swoich skromnych progach:) HollyHell91, MichaelBullfinch – moje uszanowanie:)

 

 

regulatorzy

 

Otóż śpieszę z wyjaśnieniem! “Dziewczyna w czarnej sukni” zainspirowała mnie suknią, która zdaje się wykonana z futra lub, no właśnie, cienia. Cienia, który przypomina z jednej strony ludzką rękę z drugiej wilka – stąd teatr cieni. Kolejna analogia – wilk pożera kobietę tj. przejmuje nad nią kontrolę tudzież wilcza natura pochłania jej owczą, dotychczasową. Samo pożeranie (w mitologii wilkołactwo było, w dużym skrócie, łączone z aktami kanibalizmu) i wilk wydają się tutaj dość naturalnym następstwem.  Nie chcę wykładać tego zbyt łopatologicznie, co juz poniekąd zrobiłem, ale w tekście pokazana jest przemiana, jej skutki, przyczyny oraz, przede wszystkim, odwieczna walka natury ludzkiej i zwierzęcej poprzez przyrównywanie ludzi, owiec i wilków, a przy okazji ukazywanie ich najprostszych instynktów. 

 

Bardzo dziękuję za uwagi, szczególnie dotyczące słów “ożeż” i “wyszynku”. Z milimetrami oczywiście również masz rację. Co do “ochnięcia” wciąż serce podpowiada, że właściwe słowo w tym kontekście mimo sprzeciwów SJP;)

 

Outta Sewer

 

No cóż, na tym etapie nawet jeśli bym chciał, to nic nie poradzę na to jaka podjąłem decyzję odnośnie końcówki. Nie mniej – była świadoma, a tajemnice miały zostać wyjaśnione, przynajmniej w pewnym stopniu (choć wciąż tajemniczy pozostawał “Głos” przemawiający do głównej bohaterki;)

 

 

Rafaelu, dziekuję za wyjaśnienia – przydały się.

Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Rafaelu Sanki. :)

 

Podziękowania za udział w Konkursie. :)

Komentarz tuż po przeczytaniu.

 

Sprawy techniczne i sugestie, a także wątpliwości (do przemyślenia):

– A (przecinek?) dałbyś już pokój (i tu?) Jule.

 

Bujne włosy opadały niby czarny wodospad, z hukiem rozbijający się o pełne piersi. – wydaje się, aby ten opis nie dotyczył postaci z obrazu (?)

 

– Piej. No Już! – brak tu części zdania?

Dziewczyna była naga, choć spowita czymś (przecinek?) co w jednym momencie przypominało tiulową, zwiewną sukienkę, w drugim baranie futro.

Jej ciało zdawało się wiecznym polem bitwy światła i cienia (i tu?) niczym powierzchnia stawu w kręgu nocnych płomieni.

Każdy (przecinek?) kto miał uszy, usłyszawszy potężny głos niosący się ponad miejskim gwarem. (tu omyłkowo kropka zamiast przecinka?) wiedziony niby czarem, przerywał swoje codzienne czynności, (tu dla odmiany odwrotnie – przecinek zamiast kropki lub brak części zdania?)

“Jakem żywy, takich dziwów u nas nie było!”, “teatr, u nas?”, “tylko 5 miedziaków?”, dziwowali się i przekrzykiwali w zachwytach jedni przez drugich. – słownie?

Księżycowe światło dodawało blasku wszystkiemu, co mróz-artysta powołał do życia. Trawy, liście, kryte strzechą dachy – wszystko pokryte było skrzącym się pyłem, niby w bajędach o wróżkach, chochlikach i krasnalach. – powtórzenie?

Mimo tłuszczy wlewającej się zewsząd do namiotu, niczym potok wypełniający suchą nieckę, stojące przed wejściem postacie pobierające wejściowe ani myślały o zamykaniu furt prowadzących do wnętrza. Wręcz przeciwnie. Wpuszczały każdego, kto sypnął groszem do stojących przy wejściu, stalowych puszek, bez wyraźnego zainteresowania faktyczną kwotą trafiającą do naczynia. – powtórzenia/styl?

Blade światła pochodni podwieszonych pod sufitem i okalających widownię stanowiły jedynie narzędzie kontroli tłumu, który bez nich potykałby się i tratował wzajemnie. – czy ta aliteracja (i inne) jest celowa?

Płótno, które, zgodnie z logiką, winno stanowić lwią jej część, było zupełnie niewidoczne. Jedyną przesłanką o jego istnieniu było niejasne przeczucie widza, że coś tam faktycznie jest. – powtórzenie?

Jakaś bariera, granica dzieląca namiot na część dla widowni oraz tę zakrytą i dostępną jedynie dla artystów. Wszystko to sprawiało, że wchodzący, niezależnie od stanu, maleli, pokornieli w obliczu panującej w namiocie (przecinek?) mrocznej aury. – i tu?

Chwilę później (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) przez niewielki otwór w szczycie namiotu, do środka wpadł jasny promień księżycowego światła.

Widownia ochnęła, a promień, znajdując drogę za kulisy, jednocześnie ujawnił ogrom płótna, za którym znikał niemal natychmiast po wdarciu się do wnętrza. – słowo niejasne?

Nagły błysk oślepił na moment wszystkich zebranych, a świetlisty okrąg pojawił się w miejscu, gdzie podświadomie wszyscy się go spodziewali – w centrum monstrualnego ekranu. – powtórzenie?

Po chwili, na ekranie ukazały się pierwsze postacie. – zbędny przecinek?

Nawet najsubtelniejsza imitacja ludzkich ruchów i zachowań (przecinek?) wywołana poruszającym się palcem, wzlatującymi i opadającymi w uścisku dłońmi, zdawała się fizycznie oddziaływać na widzów.

Cienie działały na wyobraźnię I mąciły w głowach. – omyłkowo wielka litera lub brak części zdania?

Widząc palczaste kształty (przecinek?) naśladujący męską fizjonomię w sposób bardzo bezpośredni, co poniektóre z panien aż pisnęły. – literówki – czy tu nie miał być inny wyraz („naśladujące”)?

Stłoczony tłum szybko dał się ponieść ekstazie. Pierwsze jęki, stęknięcia i piski w mgnieniu oka przerodziły się w istną symfonię dzikiej, nieokiełznanej żądzy. Ciemność podsycała popęd, znieczulała, rozochocała, wybaczała i usprawiedliwiała wiele. – w tym opisie zachowań tłumu nieco dziwi słowo „znieczulać” (?)

Był wyraźny, choć nie sposób było usłyszeć wtedy własnych myśli. – powtórzenie?

Zupełnie (przecinek?) jakbym stała się własnym odbiciem w lustrze.

Dziewczyna aż podskoczyła, ale zaraz potem poddała się objęciu, które wyzwoliło kolejną falę łez i bezradnej, pustej rozpaczy. Gdy spazmy i drżenie targające dziewczyną stały się sporadyczne i dogasały, staruszek przemówił. – powtórzenie?

Jule nie wiedział do końca (przecinek?) jak zacząć.

Czuł (przecinek?) jak wzbiera w niej gniew, żal, rozpacz, czuł krew spływającą w dół ramienia, czuł cienie zbierające się wokół nich. – powtórzenie/styl?

Cień, wilk, pełnia, zepsucie, samotność. Twoja samotność. Wszystko to wykorzystali przeciwko tobie, użyli cię. To się dzieje od czasów starożytnych. Na to nie ma odtrutki, ale możesz z tym walczyć. Musisz. – w tym fragmencie niezrozumiałe jest ostatnie, jednowyrazowe zdanie – może dać po nim choć trzy kropki, albo je dokończyć/rozwinąć?

Nie wiedząc (przecinek?) co odpowiedzieć, ani jaki gest wykonać, stęknął, podrapał się po głowie i jak gdyby nigdy nic wrócił do swojej myśli, nim ta opuściła go na dobre.

Nie wiedząc co odpowiedzieć, ani jaki gest wykonać, stęknął, podrapał się po głowie i jak gdyby nigdy nic wrócił do swojej myśli, nim ta opuściła go na dobre.

– Ludzie myślą, że owce, czy każde inne bydlę, to byle trawę miało, a samo się paść będzie, samo się wydoi, ostrzyże, samo kijów wilkom nawsadza, a na koniec to się samo na targ zabierze i sprzeda z zyskiem. – powtórzenie?

Siedzący przy stole, aż zanosili się od śmiechu. – zbędny przecinek?

Przynajmniej dla zwierząt jest dobry”, pomyślała Maryla, gdy słowa jej przyszłego męża jakimś sposobem zahaczyły obrzeża jej świadomości. – powtórzenie?

To tak (przecinek?) jak z kobietami.

– A ty dokąd? – poczuła uścisk na ramieniu. Mocny, nieprzyjemny. To była jej matka. – błędny zapis dialogu?

Maryla nie wiedziała (przecinek?) kiedy się tam znalazła, ani jak tego dokonała.

Zimne powietrze dodawało jej otuchy, napełniało mocą, które nie czuła nigdy wcześniej. – konstrukcja zdania jest niepoprawna – albo tu literówka, albo brak części zdania?

 

 

Po uzgodnieniu z Jury, dopytałam już wcześniej, czemu tytuł obrazu został zmieniony. Dziękuję za poprawienie. :)

Treści nieco chaotycznie poukładane, trudno się zorientować w kolejności zdarzeń; sama postać dziewczyny ciekawa, podobnie z przemianą w wilkołaka i staruszkiem, lecz w moim odczuciu mało ma to wspólnego z wytworną damą, ukazaną na wybranym obrazie. Początek przy ognisku był najbardziej zbliżony do interpretacji dzieła Pani Anny i dlatego też najbardziej przypadł mi do gustu. :).

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Witaj bruce!

 

Dziękuję za komentarz i niezawodną czujność w korekcie językowych, gramatycznych i ortograficznych baboli. 

Co do powiązania obrazu z tekstem – miał on być inspiracją, i taką w istocie był:) Dla wyklarowania tego co mną kierowało – przeklejam wyjaśnienia, których udzieliłem dla regulatorzy

Otóż śpieszę z wyjaśnieniem! “Dziewczyna w czarnej sukni” zainspirowała mnie suknią, która zdaje się wykonana z futra lub, no właśnie, cienia. Cienia, który przypomina z jednej strony ludzką rękę z drugiej wilka – stąd teatr cieni. Kolejna analogia – wilk pożera kobietę tj. przejmuje nad nią kontrolę tudzież wilcza natura pochłania jej owczą, dotychczasową. Samo pożeranie (w mitologii wilkołactwo było, w dużym skrócie, łączone z aktami kanibalizmu) i wilk wydają się tutaj dość naturalnym następstwem.  Nie chcę wykładać tego zbyt łopatologicznie, co juz poniekąd zrobiłem, ale w tekście pokazana jest przemiana, jej skutki, przyczyny oraz, przede wszystkim, odwieczna walka natury ludzkiej i zwierzęcej poprzez przyrównywanie ludzi, owiec i wilków, a przy okazji ukazywanie ich najprostszych instynktów. 

Dziękuję za życzenia i pozwolę sobie na nieśmiertelne, szczere i radosne – nawzajem!:D

I ja dziękuję, rozumiem, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Hej,

Niestety tekst nie trafił do mnie przesadnie. O ile sceny przy ognisku były interesujące, bawiłem się dobrze, to cała otoczka i wilkołaki mniej. Ale odbierz to jako subiektywną uwagę, bo ja mam ogólnie jakiś problem do wilkołaków, są dla mnie jednymi z najmniej ciekawych potworów, które uważałem za nieciekawe już od dziecka.

Interpretacja obrazu – no tutaj w moim odczuciu średnio. Rozumiem sam koncept, ale dodałeś kobiecie tyle szczegółów, które jakos mi nie pasowały, że miałem w pewnym momencie wrażenie, że opisujesz inny obraz, nawet włosy miała inne.

Było troszkę błędów, ale nie na tyle, żebym ocenił język bardzo źle. 

Jest to ciekawy tekst, miałeś fajny pomysł, ale niestety nie trafił do mnie jako całość, a raczej jak zbiór udanych, lub mniej udanych fragmentów. 

Dziękuję za udział w konkursie, serdecznie Cię pozdrawiam. Biblioteka zasłużona.

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka