- Opowiadanie: GalicyjskiZakapior - Dzisiaj zabiję Mary Walker

Dzisiaj zabiję Mary Walker

Witam :)

 

Tym razem nie­ty­po­wo krót­ki jak na mnie tekst, tuż nad li­mi­tem – ale uprze­dzam wraż­li­wych, na nie­wiel­kim dy­stan­sie zmie­ści­ły mi się chyba wszyst­kie moż­li­we “trig­ge­ry” (sa­mo­bój­stwa, mor­der­stwa, mo­le­sto­wa­nie, sa­ta­nizm... a, wul­ga­ry­zmów nie ma, ale to moje nie­do­pa­trze­nie :) ).

 

Mam na­dzie­ję, że sza­now­ne grono or­ga­ni­za­tor­skie wy­ba­czy mi taką in­ter­pre­ta­cję – wena nie sługa, no cza­sem tak wy­cho­dzi, no.

 

Opo­wia­da­nie in­spi­ro­wa­ne ob­ra­zem “Akt”, au­tor­stwa Anny Słoncz.

Cy­ta­ty z Pisma wszyst­kie za De­onem.

 

Wiel­kie dzię­ki dla Be­eeec­kie­go za be­eeetę!

 

Za­chę­cam i po­zdra­wiam

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dzisiaj zabiję Mary Walker

(Anna Słoncz, Akt)

 

Dzi­siaj za­bi­ję Mary Wal­ker.

Tak, sza­leń­stwem jest przy­zna­wać się bez przy­mu­su do zbrod­ni, zwłasz­cza do zbrod­ni przy­szłej – za­cho­wa­łem jesz­cze na tyle trzeź­wo­ści umy­słu, by z tego sza­leń­stwa zda­wać sobie spra­wę. Po cóż więc czy­nię takie wy­zna­nie?

Sa­mo­bój­cy mają w zwy­cza­ju zo­sta­wiać list po­że­gnal­ny; jest ku temu tyle po­wo­dów, co dusz, które zde­cy­do­wa­ły się roz­stać z tym świa­tem. Jedni pra­gną ulżyć ro­dzi­nie w cier­pie­niu – za­pew­nić zdru­zgo­ta­nych naj­bliż­szych, że to nie oni byli przy­czy­ną, dla któ­rej eg­zy­sten­cja stała się osta­tecz­nie nie­zno­śna. Inni, prze­ciw­nie: chcą wy­ko­rzy­stać ostat­nią – być może je­dy­ną – oka­zję, by wska­zać i oskar­żyć ludzi, z któ­ry­mi nie byli w sta­nie dalej dzie­lić świa­ta. Ja, co praw­da, pla­nu­ję tar­gnąć się na życie cudze, ale po­wo­dy, dla któ­rych uzna­łem na­kre­śle­nie kilku słów za ko­niecz­ne, są zu­peł­nie po­dob­ne. Można by więc tę no­tat­kę na­zwać moim „li­stem mor­der­czym”.

Piszę, by za­pew­nić Emmy i Sue, naj­droż­sze, naj­mil­sze i naj­uko­chań­sze, że w tej zim­nej celi, w któ­rej nie­wąt­pli­wie już się zna­la­złem, każ­de­go dnia moje myśli płyną ku nim obu. Gdy­bym mógł, był­bym teraz w domu. Ko­cham was, żabki.

Piszę, by uspo­ko­ić su­mie­nie wie­leb­ne­go Joego Row­leya, który, prze­czy­taw­szy o mojej zbrod­ni w ga­ze­tach, nie­chyb­nie grze­szy teraz, się­ga­jąc po ko­lej­ną flasz­kę. Joe, Pan widzi, że pró­bo­wa­łeś.

Piszę do wszyst­kich, któ­rzy to prze­czy­ta­ją, do każ­de­go z osob­na. Bo ktoś musi. Ktoś musi w końcu na­zwać i wska­zać pal­cem zło, wgry­za­ją­ce się w tkan­kę na­szych spo­łecz­no­ści i roz­ra­sta­ją­ce w nich jak guz ra­ko­wy. Zło, które przy­bra­ło imię Mary Wal­ker. Trze­ba te spra­wy wy­cią­gnąć na świa­tło dzien­ne, bo Dia­beł trium­fu­je naj­bar­dziej, gdy uda­je­my, że nie ist­nie­je.

Piszę wresz­cie sam do sie­bie, by po raz ostat­ni utwier­dzić się w słusz­no­ści strasz­li­we­go po­sta­no­wie­nia; ręka nie może mi za­drżeć w klu­czo­wym mo­men­cie! „Lo ti­re­cach” – po­wie­dział Pan, Bóg Izra­ela – „nie za­bi­jaj!”. Ale w innym miej­scu Pisma stoi: „kto prze­le­je krew ludz­ką, przez ludzi ma być prze­la­na krew jego”. O ile więc nie liczę na zro­zu­mie­nie ze stro­ny wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści, chciał­bym wie­rzyć, że Pan spoj­rzy na mnie ła­ska­wiej.

Ale – zba­czam z te­ma­tu! Gdy praw­dzi­wy męż­czy­zna, do­strze­gł­szy ab­so­lut­ną ko­niecz­ność, raz coś po­sta­no­wi, zo­sta­je to wy­ry­te w ma­te­ria­le trwal­szym niż ka­mień moj­że­szo­wych ta­blic. Zatem, dzi­siaj za­bi­ję Mary Wal­ker. To prze­są­dzo­ne i po­zwól­cie wy­ja­śnić, dla­cze­go.

 

***

 

Cof­nij­my się do cza­sów, gdy byłem li­ce­ali­stą na pen­syl­wań­skiej pro­win­cji, w spo­koj­nym mia­stecz­ku Che­ster Creek, gdzie miesz­ka­li po­rząd­ni chrze­ści­ja­nie, a jeśli lała się krew, to kurza. Po­cząt­kiem paź­dzier­ni­ka, koło dia­bel­skiej go­dzi­ny, wra­ca­łem przez las. W świet­nym hu­mo­rze, bo ob­cią­żo­ny pięt­na­sto­fun­to­wym bas­sem – nie ma lep­szej pory na bassy niż cie­płe noce. Ryba chwy­ta­ją­ca py­skiem ro­ba­ka na­dzia­ne­go na ha­czyk nie wie, że skoń­czy na pa­tel­ni – i ja nie mo­głem jesz­cze wie­dzieć, że sku­siw­szy się tego wie­czo­ra na połów, pod­pi­sa­łem na sie­bie wyrok.

Prze­dzie­ra­łem się aku­rat przez lesz­czy­nę i sta­ną­łem jak wryty, bo zo­ba­czy­łem panią Ruth.

Ten widok na za­wsze wyrył się w mojej pa­mię­ci. Moja na­uczy­ciel­ka, naga, klę­czą­ca nad męż­czy­zną, któ­re­go nie zna­łem, z ple­ca­mi wy­gię­ty­mi w łuk i rę­ko­ma wznie­sio­ny­mi w bez­boż­nej eks­ta­zie. Jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny pa­trzy­łem na po­wo­li ob­ra­ca­ją­cą się głowę i jedno oko, które bły­snę­ło w moją stro­nę spod czar­nych loków. Mi­lio­ny myśli prze­bie­gły mi pod czasz­ką w ciągu nie­wy­obra­żal­nie krót­kiej chwi­li, sku­pio­nych głów­nie wokół tego, czy Ruth do­strze­gła mnie w ciem­no­ści – a jeśli, to czy roz­po­zna­ła.

Łatwo sobie wy­obra­zić, że w po­nie­dzia­łek w szko­le cho­dzi­łem po ką­tach, by przy­pad­kiem nie wpaść na Ruth, a gdy przy­szło do pro­wa­dzo­nej przez nią lek­cji, za­ją­łem moż­li­wie od­le­głe od ta­bli­cy miej­sce i całą go­dzi­nę prze­sie­dzia­łem z nosem w bru­lio­nie, uda­jąc, że nie ist­nie­ję.

Ze­rwa­łem się równo z dzwon­kiem i już byłem w drzwiach, gdy za ple­ca­mi usły­sza­łem Ruth.

– Tim. Za­cze­kaj, pro­szę – do­biegł mnie wy­świer­go­ta­ny przy­mil­nym gło­sem wyrok.

Gdy drzwi za­mknę­ły się za ostat­nim ko­le­gą, zro­zu­mia­łem, co czuła mał­żon­ka pa­triar­chy Lota, spoj­rzaw­szy na So­do­mę. Bez­boż­na So­do­ma usia­dła na biur­ku i długo wo­dzi­ła po mnie tymi swo­imi prze­klę­ty­mi, ciem­ny­mi niby dwa węgle, błysz­czą­cy­mi ocza­mi, a ja cze­ka­łem na nie­uchron­ne prze­zna­cze­nie, jak jeleń pa­trzą­cy w lufę sztu­ce­ra.

Wresz­cie, cią­gnąc za brodę jed­nym tylko pal­cem, ru­chem, w któ­rym de­li­kat­ność mie­sza­ła się z groź­bą, przy­cią­gnę­ła mnie do sie­bie.

– Masz dwa wyj­ścia, słoń­ce – wy­szep­ta­ła. Jej od­dech pa­rzył w ucho, ale nie byłem w sta­nie od­su­nąć się choć­by o cal. – Mo­żesz zo­stać moim ulu­bio­nym uczniem. Albo mo­żesz za­cząć pa­plać i skoń­czy się to bar­dzo, bar­dzo źle.

Ko­le­dzy wi­dzie­li mnie potem, wy­cho­dzą­ce­go z klasy chwiej­nym kro­kiem, z twa­rzą czer­wo­ną i po­ma­za­ną ciem­ną szmin­ką. Wiem, że za­dba­ła, by tak było – gdy­bym po czymś takim za­czął opo­wia­dać, co wi­dzia­łem w lesie, czy choć­by naj­bliż­szy przy­ja­ciel mógł­by dać wiarę?

Ko­lej­ne mie­sią­ce mi­nę­ły jak w dziw­nym śnie, jakby prze­łącz­nik pod czasz­ką za­ciął mi się w po­ło­wie ruchu – widok Ruth na­pa­wał od­ra­zą, ale nie po­tra­fi­łem ode­rwać od niej oczu, a ro­zu­mie­jąc, że ona wie, co dzie­je się w mojej gło­wie, że wła­dza, którą nade mną zdo­by­ła, jest nie­mal bez­gra­nicz­na, to­pi­łem się we wsty­dzie ni­czym w gę­stej smole.

Spra­wy przy­bra­ły nowy obrót, gdy któ­re­goś dnia, w pu­stej kla­sie, po­wie­dzia­ła mi o Mary Wal­ker.

– Wi­dzisz – są­czy­ła swój jad, z ra­mio­na­mi za­wi­nię­ty­mi wokół mojej szyi ni­czym Wąż na drze­wie po­zna­nia – wasza ko­le­żan­ka, ta blon­dy­necz­ka, Mary. Tra­fi­ło się jej takie nie­szczę­ście, jak i tobie, słoń­ce: zo­ba­czy­ła coś, czego wi­dzieć ab­so­lut­nie nie po­win­na. Nie­ste­ty, nie wy­da­je mi się, żeby po­dzie­la­ła też twój roz­są­dek. Bę­dziesz mu­siał to dla mnie za­ła­twić – po­wie­dzia­ła, pod­kre­śla­jąc ostat­nie słowo głę­bo­kim spoj­rze­niem, a ja po­wo­li po­ki­wa­łem głową.

Cze­ka­łem na Mary przy dro­dze, za opusz­czo­nym ba­ra­kiem. Wie­dzia­łem, że do­ra­bia u sta­re­go Jo­shuy w Eggs’n’Bi­scu­its, wie­dzia­łem, że zwy­kła wra­cać po ciem­ku przez od­lu­dzie, wie­dzia­łem, że bę­dzie sama. Ga­zrur­ka ukry­ta w rę­ka­wie bluzy zda­wa­ła się z każdą se­kun­dą cięż­sza. Wyj­rza­łem zza sy­pią­cej się ścia­ny – ściem­nia­ło się, ale mia­łem ide­al­ny widok wzdłuż drogi; syl­wet­ka Mary na tle sza­rze­ją­ce­go nieba była wi­docz­na na długo, zanim ona mogła do­strzec mnie.

Za­kra­dłem się za nią, gdy mi­nę­ła barak. Wal­ną­łem z pra­wej w ramię, z lewej w bok. Coś chrup­nę­ło w de­li­kat­nych że­brach – ten dźwięk prze­śla­du­je mnie po no­cach do dziś. Dziew­czy­na wy­gię­ła się i jęk­nę­ła prze­raź­li­wie, jak łania tra­fio­na strza­łą. Ni­ko­go w po­bli­żu nie było, ale na wszel­ki wy­pa­dek mocno za­ci­sną­łem jej dłoń na ustach.

I wtedy – przy­się­gam! – sam Pan ze­słał chłod­ny po­wiew wia­tru, który na mo­ment, na jeden klu­czo­wy mo­ment, otrzeź­wił mnie i wy­rwał z cięż­kich kaj­dan, za­ło­żo­nych przez Ruth na duszę.

Pchną­łem po­ję­ku­ją­ca dziew­czy­nę do rowu, na­cią­gną­łem kap­tur, jakby tka­ni­na mogła ukryć mój grzech, po­bie­głem wzdłuż drogi i przy pierw­szej oka­zji, ma­cha­jąc jak osza­la­ły, za­trzy­ma­łem prze­jeż­dża­ją­cy au­to­bus.

– Dokąd? – wark­nął kie­row­ca, wy­raź­nie wku­rzo­ny, że dzie­ciak zmu­sił go do dania po ha­mul­cach.

– Byle dalej – od­po­wie­dzia­łem. – Byle dalej.

 

***

 

Nie będę się roz­pi­sy­wał o tym, jak wy­glą­da­ło moje życie po na­głej uciecz­ce z domu. Każdy sobie do­śpie­wa, przez co mógł prze­cho­dzić szes­na­sto­la­tek na ulicy. Ale nie­za­leż­nie, jak było, o po­wro­cie nie my­śla­łem choć­by przez se­kun­dę – jakaś część mnie wi­dzia­ła w tym wszyst­kim po­ku­tę za to, co po­zwo­li­łem z sie­bie zro­bić Ruth i za to, co sam zro­bi­łem Mary.

Tak było do dnia, w któ­rym wie­leb­ny Joe Row­ley zna­lazł mnie w (nie­mal­że do­słow­nym) rynsz­to­ku, przy­siadł na omsza­łym ka­wał­ku be­to­nu i z aniel­ską (do­słow­nie, jak mnie­mam) cier­pli­wo­ścią wy­tłu­ma­czył, że takie za­dość­uczy­nie­nie wcale nie jest miłe Panu. Niech ci Bóg bło­go­sła­wi, Joe!

Zna­la­złem wiarę. Potem spo­kój. Potem miej­sce do spa­nia, pracę. Wresz­cie wła­sny kąt, mi­łość i ro­dzi­nę.

I wszyst­ko było do­brze, coraz le­piej – zo­sta­łem księ­go­wym w nie­złej fir­mie w Erie, Sue spra­sza­ła gości do na­sze­go domku na przed­mie­ściach (tak, z bia­łym płot­kiem, a jakże!), co nie­dzie­lę cho­dzi­li­śmy stu­dio­wać Pismo z Joe, a Emmy rosła jak babka w pie­cy­ku. Tylko te par­szy­we wspo­mnie­nia – z lasu, z pu­stej klasy, z ulicy, zza roz­wa­la­ją­ce­go się ba­ra­ku – cza­sem, nie za czę­sto, na­wie­dza­ły mnie w snach.

Aż do dzi­siaj.

– Timmy, to nasza nowa sta­żyst­ka, po­znaj­cie się – po­wie­dział szef.

– Mary Wal­ker – przy­wi­ta­ła się z ja­do­wi­tym uśmie­chem na twa­rzy. – My się znamy. Nie wąt­pię, że bę­dzie się nam świet­nie razem pra­co­wa­ło, Tim.

Po­czu­łem, jak zimny pot spły­wa mi na plecy spod bia­łe­go koł­nie­rzy­ka.

Siłą za­cią­gną­łem szefa do ga­bi­ne­tu i za za­mknię­ty­mi drzwia­mi pró­bo­wa­łem wy­ja­śnić, że ta ko­bie­ta to nie Mary Wal­ker i musi na­tych­miast ją zwol­nić. Zu­peł­nie nie chciał mnie słu­chać – byłem pe­wien, że jak kie­dyś ja, tak i on wpadł w jej sidła, ale wtedy po­ka­zał pa­pie­ry. Ksero prawa jazdy, świa­dec­two ze stu­diów i z Che­ster Creek High, re­fe­ren­cje od ra­tu­sza Erie po czte­rech la­tach wzo­ro­wej pracy – wszyst­ko na na­zwi­sko Mary Wal­ker, wszyst­ko z twa­rzą Ruth.

– Nie wiem, co mię­dzy wami za­szło – po­wie­dział. – Ale to twój pro­blem i bę­dziesz mu­siał sam to z nią wy­ja­śnić, Tim. Ta ko­bie­ta to Mary Wal­ker, ko­niec, krop­ka. Może idź dzi­siaj wcze­śniej na faj­rant i ochłoń?

Sue od razu wy­czu­ła, że stało się coś strasz­ne­go, ale nie po­tra­fi­łem wy­znać jej praw­dy. Snu­łem się tylko po domu jak duch, nie wie­dząc zu­peł­nie, co robić. Nie mógł­bym po raz drugi zo­sta­wić życia za sobą – nie ma już dla mnie życia bez Sue i Emmy.

I wła­śnie: Emmy. Po­sze­dłem do niej do po­ko­ju, zga­sić lamp­kę, po­pra­wić koł­der­kę i zro­bić wszyst­kie te rze­czy, które wzo­ro­wy tatuś robić po­wi­nien co wie­czór, nie­za­leż­nie od tego, jakie po­twor­no­ści go aku­rat prze­śla­du­ją.

Stała tam, na ze­wnątrz, gdy za­cią­ga­łem ro­le­ty – czar­ny cień na tle oświe­tlo­nej la­tar­nią ulicy. Od razu wie­dzia­łem, że to Ruth – czy ra­czej Mary Wal­ker, bo naj­wy­raź­niej tak się teraz na­zy­wa. Krew w ży­łach stę­ża­ła mi na widok tej wy­ra­żo­nej samą obec­no­ścią groź­by.

Nie wie­dzia­łem, co robić – krą­ży­łem tylko po ko­ry­ta­rzu jak wa­riat, aż Sue wście­kle za­mknę­ła drzwi do sy­pial­ni.

Przy­szła tu. Do mo­je­go domu, do mojej ro­dzi­ny. Mu­sia­ła się spo­dzie­wać, że ją zo­ba­czę – z nią nie ma przy­pad­ków. Zro­zu­mia­łem od razu: zna­la­zła mnie i nie za­mie­rza zo­sta­wić w spo­ko­ju. Uciekł­bym, jak wtedy w Che­ster Creek – ale uciecz­ka to roz­wią­za­nie dla szczy­la. Męż­czy­zna, oj­ciec, nie może prze­cież tego zro­bić. Zo­sta­wić ro­dzi­nę, gdy ona wie, gdzie miesz­ka­ją?

Nigdy. Nigdy. Nigdy – po­wta­rza­łem w my­ślach, wstu­ku­jąc ko­lej­ne cyfry kom­bi­na­cji sejfu.

Teraz sie­dzę przy stole i spi­su­ję swoje wy­zna­nia, a ku­pio­ny rok temu Glock służy mi za przy­cisk do pa­pie­ru. Nie wy­glą­da­łem wię­cej przez okno, ale wiem, że ona tam stoi. Czeka w ciem­no­ści, jak Wąż, któ­re­mu od­da­ła duszę. Nie za­mie­rzam być jej ofia­rą.

Li­te­ry za­czy­na­ją mi się mylić, bo przed oczy­ma widzę ob­ra­zy z tej nocy w lesie, wy­raź­ne, wy­świe­tla­ne na siat­ków­kach jak film w kinie.

Ruth, z ple­ca­mi wy­gię­ty­mi w łuk, z wznie­sio­ny­mi w eks­ta­zie rę­ko­ma.

Z oczy­ma roz­ja­rzo­ny­mi bielą, z pie­śnią ku czci Dia­bła na ustach.

Klę­czą­ca nad nie­zna­jo­mym męż­czy­zną. Mar­twym, z dwie­ma krwi­ście czer­wo­ny­mi ja­ma­mi za­miast oczu i sier­pem do ziół wbi­tym w grdy­kę.

„Lo ti­re­cach” – po­wie­dział Pan, Bóg Izra­ela – „nie za­bi­jaj!”. Ale w innym miej­scu stoi: „me­cha­sze­fa lo te­cha­je” – “nie po­zwo­lisz żyć cza­row­ni­cy”.

Dzi­siaj za­bi­ję Mary Wal­ker.

Koniec

Komentarze

Hej,

 

na początek kilka ogólnych uwag:

 

Samobójcy mają w zwyczaju zostawiać list pożegnalny; jest ku temu tyle powodów, co dusz, które zdecydowały się rozstać z tym światem.

W rzeczywistości listy zostawia tylko około 30-35% samobójców

 

Piszę, by uspokoić sumienie ojca Joe Rowleya

Imię też powinno być odmienione – Joego

 

Mocno napisane opowiadanie, które najlepiej działa właśnie przez to, czego nie mówi wprost. Ciekawe nawiązanie do obrazu, mało oczywiste, a jednak mnie “kupuje”. To w ogóle moje pierwsze spotkanie z Twoimi tekstami, z pewnością muszę nadrobić inne. 

 

Klik of kors.

 

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej OldGuard :)

 

Imię też powinno być odmienione – Joego

Zmieniam, bo najwyraźniej masz rację – aczkolwiek dla czystości sumienia zaznaczę, że w moim odczuciu ta poprawna odmiana nie ma zbyt wiele sensu i “Dżoł” powinien odmieniać się jak “Andrew” czy “Claire”.

W przyszłości chyba tego imienia po prostu nie będę używał, skoro jest tak obciążone…

 

Mocno napisane opowiadanie, które najlepiej działa właśnie przez to, czego nie mówi wprost. Ciekawe nawiązanie do obrazu, mało oczywiste, a jednak mnie “kupuje”. To w ogóle moje pierwsze spotkanie z Twoimi tekstami, z pewnością muszę nadrobić inne. 

Bardzo mi miło :)

 

bruce, witam szanowną i rymującą jurorkę!

 

Holly, smoka też witam!

 

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

heart

Pecunia non olet

Bardzo pomysłowa narracja, ty jesteś mega dobry w pisaniu w pierwszej osobie.

 

Te powtórzenia “Dzisiaj zabiję…” bardzo, bardzo immersyjne ;)

 

Nieoczywiste nawiązanie do obrazu, ale i tak fajny pomysł na opko. Klik zasłużony!

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Przybywam, ale bez morderczych zamiarów :)

 

skazać palcem zło, wgryzające się w tkankę naszych społeczności i rozrastające w nich jak guz rakowy

Powinno być w niej, skoro to tkanka

 

Można by więc tę notatkę nazwać moim „listem morderczym”.

Ilekroć patrzę na ten cudzysłów, mam ochotę go zakatrupić. Ojej, miało być bez zbrodni…

 

Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim kolegą, zrozumiałem, jak czuła się małżonka patriarchy Lota,

Zarżnąć i zakopać gdzieś głęboko drugie się, a jak zamienić na co, śledczy się pogubią.

 

niczym Wąż na drzewie poznania

Wielka litera dyskusyjna, ponoć używa się jej, kiedy jest to synonim Szatana (również z wielkiej). W tym zestawieniu jest podwójnie trudno, bo drzewo poznania z kolei zapisuje się małą literą, ale wąż jest chyba równorzędny z drzewem… w każdym razie do przemyślenia, może ktoś inny to rozpracuje :)

 

Niestety, nie wydaje mi się, żeby podzielała też twój rozsądek.

Huknąłbym “też” czymś ciężkim, zawinął do worka i wrzucił do rzeki.

 

z anielską (zapewne w pełni dosłownie) cierpliwością

Niezgrabne. A co robimy z niezgrabnymi sformułowaniami, które są zakałą opowiadania, no co?

Wiem, że to ma grać z wcześniejszym określeniem rynsztoka, więc musi być “dosłownie”, ale w jakie potworne towarzystwo wpadło…

 

Ale to twój problem i będziesz musiał sam to sobie z nią wyjaśnić, Tim

Hm, to w końcu sobie czy z nią? Sobie po cichu zawlókłbym w jakiś ciemny kąt opowiadania i tam rozpuścił w kwasie, nikt nie zauważy, co najwyżej będzie plama.

 

Szatańsko dobra historia, w niewielkim tekście zmieściła się całkiem zgrabna akcja. Dobrze się czyta, wciąga od samego początku i nie odpuszcza, a równocześnie jest (jak na kaliber opisywanych czynów) lekkie i nie epatuje grozą, tylko przedstawia krótko i konkretnie.

 

Klik, i to nie był dźwięk odwiedzionego kurka.

 

 

 

 

 

 

 Marzanie

Powinno być w niej, skoro to tkanka

Ale społeczności są “nich”?

 

Ilekroć patrzę na ten cudzysłów, mam ochotę go zakatrupić.

A czemu…? Wydaje mię się on całkiem poprawny, a skoro jest to stylizowane na list, to nie ma przyczyny go unikać.

Chyba?

Być może?

 

Zarżnąć i zakopać gdzieś głęboko drugie się, a jak zamienić na co, śledczy się pogubią.

Azali zażynam.

 

Wielka litera dyskusyjna, ponoć używa się jej, kiedy jest to synonim Szatana

O to właśnie mi chodziło.

 

drzewo poznania z kolei zapisuje się małą literą

Też mi intuicja mówi, że dużą, ale jak sprawdzałem, to wyszło, że można tak i tak, a o wiele częstsze widziałem małą. Więc tak zostawiłem. Mimo, że jest obok Węża z dużej.

 

Wiem, że to ma grać z wcześniejszym określeniem rynsztoka, więc musi być “dosłownie”, ale w jakie potworne towarzystwo wpadło…

Hmm, może coś poradzę.

 

Szatańsko dobra historia, w niewielkim tekście zmieściła się całkiem zgrabna akcja. Dobrze się czyta, wciąga od samego początku i nie odpuszcza, a równocześnie jest (jak na kaliber opisywanych czynów) lekkie i nie epatuje grozą, tylko przedstawia krótko i konkretnie.

 

Klik, i to nie był dźwięk odwiedzionego kurka.

Bardzo mi miło :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

 


Melendurze

Bardzo pomysłowa narracja, ty jesteś mega dobry w pisaniu w pierwszej osobie.

Dzięki. Kiedyś nauczę się trzecią

Aragorn But Notthis Day GIF – Aragorn But Notthis Day LOTR …

 

 

Nieoczywiste nawiązanie do obrazu, ale i tak fajny pomysł na opko. Klik zasłużony!

A no, trochę nieoczywiste… ale to już sobie szanowne jurki dyskutują, ja zrobiłem, co mogłem xd

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

z pewnością muszę nadrobić inne. 

Jak OldGuard narobi tyle obietnic, to potem dostanie zapalenia spojówek od czytania :P

Nigdy nie wiesz, kiedy na swojej drodze spotkasz prawdziwą czarownicę. Podobało mi się. Pozdrawiam i klik.

Nie istnieje ani dobro, ani zło. Są tylko czyny i ich konsekwencje.

Bardzo mi miło, George. Dzięki za wizytę!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć, Galicyjski Zakapiorze!

Bardzo dobrze, sprawnie napisane opowiadanie, językowo bez zarzutu. Mam wątpliwość, co do zdania, że Samobójcy mają w zwyczaju zostawiać list pożegnalny…, wydaje mi się, że wręcz odwrotnie. Rozumiem, że na potrzeby tekstu, zastosowałeś formę listu, choć jak na kogoś, kto dopuści się wszystkich okropieństw, które zapowiada, jest kimś wyjątkowo opanowanym. 

Klik!

Pozdrawiam

Jak OldGuard narobi tyle obietnic, to potem dostanie zapalenia spojówek od czytania :P

Że tak zacytuję klasyka – cóż szkodzi obiecać ;)

 

A tak serio, to nadrabiam, nadrabiam, ale obecnie konkursowe. Po nich przyjdzie czas na realizowanie obietnic wyborczych :P

Czołem!

Pobetowo.

Bardzo klimatyczny tekst, krótki, a trzyma w napięciu. Fajnie tworzysz bohaterowi złudny azyl bezpiecznego życia i rozwalasz go brutalnie pojawieniem się Ruth. Jej postać jest świetnie wyeksponowana jako demoniczna. Połączenie erotyzmu z upiornością oraz brutalnością wychodzi w punkt. Checklista horroru odhacza się pięknie.

Bardzo pomysłowa narracja, ty jesteś mega dobry w pisaniu w pierwszej osobie.

Dzięki. Kiedyś nauczę się trzecią

E, e, e! A Władimirówna chociażby nie było trzecioosobowa? A to kawał dobrego tekstu jest!

 

Klika Ci chyba nie trza już, ale fantomowego wystawiam jak najbardziej – nie dlatego, że beta, tylko dlatego, że to naprawdę dobry tekst, a równocześnie zgrabnie napisany.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hej Beeeecki!

 

Dzięki za ciepłe słowa i za pomoc w becie!

 

E, e, e! A Władimirówna chociażby nie było trzecioosobowa? A to kawał dobrego tekstu jest!

A to się ślepej kawce trafiło ziarno.

 

Dzięki i pozdrawiam!

 


Cześć Hesket

 

Bardzo dobrze, sprawnie napisane opowiadanie, językowo bez zarzutu.

Dziękuję :)

 

Rozumiem, że na potrzeby tekstu, zastosowałeś formę listu, choć jak na kogoś, kto dopuści się wszystkich okropieństw, które zapowiada, jest kimś wyjątkowo opanowanym. 

Może faktycznie. Ale też on właśnie po to pisze, między innymi, żeby się opanować i ruszyć z giwerą na potworę już na pewniaka.

 

Pozdrawiam i dzięki!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bardzo dobre opowiadanie – nieprzegadane, nieprzepoetyzowane, napisane ładnym, czystym językiem. Czyta się je z przyjemnością i chce się dojść do samego końca.

Podoba mi się odwrócenie stawki głównego bohatera: od początkowej chęci ukrycia własnej zbrodni do finałowej decyzji, która okazuje się obroną przed czystym złem (chcę wierzyć, że obraz, który odtworzył na końcu opowiadania, był zapisem pamięci, a nie kreacją zwodniczej wyobraźni).

 

To opowiadanie jest świetnym materiałem na studencką etiudę filmową – bardzo obrazowo piszesz Zakapiorze. Sceny same układają się w kadry.

 

Czytając, chciałem mieć wrażenie, że to XIX wiek. Z tego powodu słowa takie jak gazrurka, rolety czy Glock wyrywały mnie z tych pionierskich klimatów. Ale to kwestia mojej wyobraźni.


Złapałem jeszcze kilka innych drobiazgów, które na moment odciągnęły moją uwagę:

 

Piszę, by uspokoić sumienie ojca Joego Rowleya, który, przeczytawszy o mojej zbrodni w gazetach, niechybnie grzeszy teraz, sięgając po kolejną flaszkę. Joe, Pan widzi, że próbowałeś.

Może zastąpić ojca wielebnym? Aż do kolejnego wystąpienia w opowiadaniu byłem przekonany, że chodzi o rodzonego ojca bohatera.

 

Koledzy widzieli mnie potem, wychodzącego z klasy chwiejnym krokiem, z twarzą czerwoną i pomazaną ciemną szminką. Wiem, że zadbała, by tak było – gdybym po czymś takim zaczął opowiadać, co widziałem w lesie, czy choćby najbliższy przyjaciel mógłby dać wiarę?

A dlaczego nie? Koledzy (podobnie jak czytelnik) raczej podejrzewają „ekscytującą” scenę erotyczną, a nie satanistyczne rytuały.  Chyba że celowo chcesz tym zdaniem zasiać wątpliwość u czytelnika, że może to nie chodziło o seks w tym lesie?

 

bo przed oczyma widzę obrazy z tej nocy w lesie, wyraźne, wyświetlane na siatkowkach jak film w kinie.

literówka


Szkoda, że nie mogę ani kliknąć, ani zagłosować, bo zrobiłbym to z przyjemnością.smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Hej :)

 

Bardzo dobre opowiadanie – nieprzegadane, nieprzepoetyzowane, napisane ładnym, czystym językiem. Czyta się je z przyjemnością i chce się dojść do samego końca.

Bardzo mi miło!

 

Może zastąpić ojca wielebnym? Aż do kolejnego wystąpienia w opowiadaniu byłem przekonany, że chodzi o rodzonego ojca bohatera.

W sumie ma to sens, protestanci to chyba nawet nie lubią zwrotu “ojcze”.

 

Koledzy (podobnie jak czytelnik) raczej podejrzewają „ekscytującą” scenę erotyczną, a nie satanistyczne rytuały.  Chyba że celowo chcesz tym zdaniem zasiać wątpliwość u czytelnika, że może to nie chodziło o seks w tym lesie?

No narrator cały czas wie, że chodziło o wiedźmo-satanizm.

 

Czytając, chciałem mieć wrażenie, że to XIX wiek. Z tego powodu słowa takie jak gazrurka, rolety czy Glock wyrywały mnie z tych pionierskich klimatów. Ale to kwestia mojej wyobraźni.

Hm, no może powinienem jakoś wcześniej i mocniej nakierować na odpowiedni czas czytelnika.

 

To opowiadanie jest świetnym materiałem na studencką etiudę filmową – bardzo obrazowo piszesz Zakapiorze. Sceny same układają się w kadry.

Dzięki i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

A wszystko to działo się niedaleko Salem? ;-)

Ładne wstawienie fantastyki w ostatniej chwili. Bo zgrabnie nas wkręciłeś i nie spodziewaliśmy, że to w takiej sytuacji bohater widział nauczycielkę.

Ciekawe – to już drugi czytany dzisiaj tekst do tego obrazu.

Babska logika rządzi!

A wszystko to działo się niedaleko Salem? ;-)

Salem to Maseczjusets, więc no tak ani blisko, ani całkiem daleko ;->

 

Ładne wstawienie fantastyki w ostatniej chwili. Bo zgrabnie nas wkręciłeś i nie spodziewaliśmy, że to w takiej sytuacji bohater widział nauczycielkę.

O to chodziło. Ale też liczyłem, że czytelnik będzie choć trochę podejrzewał, że to nie może być takie proste :)

 

Ciekawe – to już drugi czytany dzisiaj tekst do tego obrazu.

No po dwa teksty mają być, więc już masz spokój :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nigdy nie byłam dobra z geografii. Zresztą, z mojej Łodzi to dystans podobny. ;-)

No tak, ale i tak mnie zaskoczyło, że w liście lektur te obrazy się ustawiły tak obok siebie.

Babska logika rządzi!

Nie przeczytałem, bo horror. Powodzenia w konkursie. :)

Misiu, nie ma sprawy i dzięki yes

 

Finklo, istotnie, ciekawa koincydencja.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

fajne, wciągnąłem jednym tchem.

Hejka!

Bardzo wciągające i trochę niepokojące. Od samego początku czuć napięcie a ciekawość, co tak naprawdę się wydarzyło narasta z każdym kolejnym zdaniem. Najbardziej podobało mi się to, że do końca nie wiadomo, czy bohater mówi prawdę, czy może jest ofiarą własnej traumy i obsesji. 

 

Pozdrawiam! 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

TheGuru, betweenthelines, dzięki za miłe opinie yes

 

Od samego początku czuć napięcie a ciekawość, co tak naprawdę się wydarzyło narasta z każdym kolejnym zdaniem.

Liczyłem na to, bo jeśli czytelnik się nie domyśli, że musi chodzić o coś innego, to zostaje z tego tekstu “Dziwny, nieznany świat”.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

 

Podążaj za białym królikiem.

Biedna Mary. 

Przeczytałam z przyjemnością, choć motywacja bohatera nie do końca do mnie przemawia. 

Demoniczna nauczycielka fajna.

delulu managment

Dzięki za wizytę, Ambush!

 

Szkoda, że znowu zamotałem z motywacjami :< Ale fajnie, że czytało się z przyjemnością yes

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Fajna, klimatyczna opowieść. Podobało mi się subtelne przedstawienie grozy, a nie rzucanie flakami oraz straszakami w czytelnika, ten zabieg stworzył fajną, gęstą atmosferę niepokoju. 

Obraz także dobrze wykorzystany. No i te wtręty z Pisma zrobiły swoje. Faktycznie nieco przywodzą na myśl purytański vibe rejonów Massachusetts mimo że akcja dzieje się w Pennswylwanii.

Kliknąłbym, gdyby brakowało punktu.

Hej Storm :)

 

Fajna, klimatyczna opowieść. Podobało mi się subtelne przedstawienie grozy, a nie rzucanie flakami oraz straszakami w czytelnika, ten zabieg stworzył fajną, gęstą atmosferę niepokoju. 

Miło mi :)

 

Faktycznie nieco przywodzą na myśl purytański vibe rejonów Massachusetts mimo że akcja dzieje się w Pennswylwanii.

No wydawało mi się, że Pensylwania to będzie podobny vibe, ale jak po komentarzach poczytałem, to chyba niekoniecznie.

 

Dzięki i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej.

Bardzo zgrabnie napisane opowiadanie jak na ilość wykorzystanych znaków.

Chciałbym jedynie zobaczyć jakieś rozwinięcie albo więcej interakcji pomiędzy Mary i narratorem.

Czy to na 100% Ruth podszywająca się pod Mary, czy może to paranoja zniekształca narratorowi obraz rzeczywistości, a „jadowity uśmiech” i stojąca pod domem kobieta to tylko wytwór jego wyobraźni.

 

Pozdrawiam!

Kapibara

Witaj!

 

Przez cały tekst towarzyszyła mi myśl, że to się psychologicznie nie spina, ale końcowe zdania zmieniły moją perspektywę. Potrafiłeś utrzymać czytelnika w wątpliwości o co tu (do diabła!) chodzi, do samego końca. ;)

Bo czy sam “buziaczek” od pani Ruth (szeroko rozumiany) wystarczył, żeby powstrzymać młodzieńca od donosu na policję, a potem aby nakłonić go do zabójstwa Mary Walker? Ale gdy w grę wchodziły czary i morderstwo to co innego.

Ogólnie opko podobało mi się, fajnie wystylizowane, nie za długie i z dobitną końcówką.

 

Dwa fragmenty wybiły mnie z płynności czytania:

powody, dla których uznałem nakreślenie kilku słów za konieczne, są zupełnie podobne

Potrzebne tu słowo “zupełnie”? Albo “podobne” albo “identyczne”. Ale rozumiem, że to element stylizacji.

 

Cofnijmy się do czasów, gdy byłem licealistą na pensylwańskiej prowincji, w spokojnym miasteczku Chester Creek, gdzie mieszkali porządni chrześcijanie, a jeśli lała się krew, to kurza. Początkiem października, koło diabelskiej godziny, wracałem przez las. W świetnym humorze, bo obciążony piętnastofuntowym bassem – nie ma lepszej pory na bassy niż ciepłe noce.

Dlaczego polskie “liceum” a nie “high school”, ale chwilę później “bass” zamiast “okoń”?

Witam :]

 

Ogólnie opko podobało mi się, fajnie wystylizowane, nie za długie i z dobitną końcówką.

Cieszy mnie taka opinia, starałem się nie przedłużać, bo unikanie mówienia o czymś wprost w końcu traci wiarygodność.

 

Potrzebne tu słowo “zupełnie”? Albo “podobne” albo “identyczne”. Ale rozumiem, że to element stylizacji.

Wydaje mi się, że można go tu użyć:

 

 

Dlaczego polskie “liceum” a nie “high school”, ale chwilę później “bass” zamiast “okoń”?

Bass to nie okoń i jeśli jest jakaś tradycja “uswojszcznia” bassa jako okonia, to ja jej nie znam… Jak robiłem “risercz” to widziałem, że popularną nazwą tej ryby w polszczyźnie jest albo “bas” albo “bass”. Ręki sobie, oczywiście, uciąć nie dam…

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bass to nie okoń i jeśli jest jakaś tradycja “uswojszcznia” bassa jako okonia, to ja jej nie znam… Jak robiłem “risercz” to widziałem, że popularną nazwą tej ryby w polszczyźnie jest albo “bas” albo “bass”. Ręki sobie, oczywiście, uciąć nie dam…

A to mnie zaskoczyłeś, nie wiedziałem że bass czy bas to polska nazwa ryby. Wielokrotnie spotkałem się z tą nazwą w języku angielskim, nigdy w polskim, chociaż czytam zdecydowanie więcej po polsku. :) Sprawdziłem, rzeczywiście istnieje takie hasło w SJP: bass diamentowy, pospolity itd.

Bardzo szczególne skojarzenia wywołał u Ciebie „Akt”,

Już tytuł i pierwsze zdanie zagęszczają atmosferę w znaczny stopniu, a opisanie późniejszych wypadków nie pozostawia złudzeń co do finału opowiadania. A najbardziej podoba mi się, że nic tutaj nie zostało powiedziane/ pokazane wprost i właśnie doznanie niewyjaśnionej niesamowitości zrobiło na mnie wielkie wrażenie, i towarzyszyło mi do końca.

 

eg­zy­sten­cja stała się osta­tecz­nie nie­zno­śną. → …eg­zy­sten­cja stała się osta­tecz­nie nie­zno­śna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Reg :)

 

Bardzo szczególne skojarzenia wywołał u Ciebie „Akt”,

Pierwsze moje skojarzenie było o wiele bardziej sympatyczne… niestety nie zmieściło mi się pod drakońskim limitem 40k znaków :(

 

A najbardziej podoba mi się, że nic tutaj nie zostało powiedziane/ pokazane wprost i właśnie doznanie niewyjaśnionej niesamowitości zrobiło na mnie wielkie wrażenie, i towarzyszyło mi do końca.

Miło mi :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bardzo proszę, Zakapiorze. Powtórzę się, ale co tam – to była zacna lektura. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej!

Bardzo dobre opowiadanie – w nieco ponad 11k znaków zawarłeś więcej, niż wielu autorów z biedą mieści w 40, a to oznacza, że umiejętność kompozycji tekstu masz na naprawdę wysokim poziomie. Podobało mi się i mógłbym tym stwierdzeniem zakończyć, ale podłodze Ci jeszcze trochę ;) Świetnie umiejscowiłeś akcję, bo purytańskie zapędy małych amerykańskich społeczności dają ogromne pole do popisu, by ukazywać patologie toczące je od środka – czy to w ujęciu jednostek, czy całych grup. Twoje opowiadanie przypomniało mi świetnego erpega, a którego miałem okazję zagrać tylko dwa razy – chodzi mi o "Dogs in The vineyard". Wygooglaj sobie o czym to, bo jest bardzo blisko tego, co pokazałeś – i to pomimo różnicy epok, w których osadzona jest akcja. 

Na szczególne uznanie zasługuje w Twoim opowiadaniu fakt, że do końca nie odkrywasz kart i dopiero ostatnie zdania uświadamiają czytelnikowi czego świadkiem był chłopak. Przez całe opowiadanie zwodzisz, każąc myśleć że to o seks pozamałżeński chodzi, a wrażenie to umacniasz akcją po lekcjach, tą szminką na twarzy i tak dalej. I kiedy normalnie taki zabieg odbieram jako oszustwo, próbę nabicia mnie w butelkę niedopowiedzeniami, tak tutaj… Odbieram go jako oszukanie samego siebie, poprzez wyciągnięcie pochopnych wniosków na bazie wątpliwych przesłanek. Żeby tak mnie zrobić w ciula, to trzeba umieć :) 

Fabularnie nie zachwycasz jakoś szczególnie, więc na piórko to za mało, ale umiejętność skomponowania tekstu w sposób, który Ty zrobiłeś, jest dość imponująca. Napisz coś w podobnym stylu, ale z rozwiniętą fabułą, a potem mi o tym powiedz – wpadnę na pewno. 

Tymczasem życzę powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie 

Q

Known some call is air am

Hej :)

 

Bardzo dobre opowiadanie – w nieco ponad 11k znaków zawarłeś więcej, niż wielu autorów z biedą mieści w 40, a to oznacza, że umiejętność kompozycji tekstu masz na naprawdę wysokim poziomie.

Bardzo mi miło :)

 

I kiedy normalnie taki zabieg odbieram jako oszustwo, próbę nabicia mnie w butelkę niedopowiedzeniami, tak tutaj…

Takk, wiem że zawadzałem tutaj niebezpiecznie o “Dziwny, wspaniały świat”. 

 

Napisz coś w podobnym stylu, ale z rozwiniętą fabułą, a potem mi o tym powiedz – wpadnę na pewno. 

OK jak mi się taka sztuka uda, to dam znać :)

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Opko czytałem dwa razy, bo zajęty jakimiś bzdudrami na shoutboxie zapomniałem tu zostawić komentarza – ponowna lektura potwierdziła jednak, że z pewnością warte jest klika – tego już uczynić jednak nie mogę, bo już jesteś “wyklikany” – ale wierz mi, gdybyś nie był – klikałbym.

 

Najpierw – egoistycznie – co tu mnie pod ten tekst przygnało – sam chciałem wziąć udział w tym konkursie i nawet napisałem część tekstu (która – jest dłuższa niż Twój cały – ale ja nie umiem pisać tak zwięźle po prostu) – ale nie miałem czasu go dokończyć. Oddałem “swój” obraz w dobre ręce – i postanowiłem, że może kiedyś dokończę, a teraz poobserwuję z boku co inni napisali przede wszystkim o tym “moim” obrazie. A że lubię nagie baby…

 

No tak, to nie był ten obraz.

 

Mój był z piekielnym mostem w czerwieni, nad przepaścią.

 

Więc co mnie tu przygnało?

 

Tytuł. 

 

 

Bo w moim tekście też ginie kobieta, choć ja jej śmierć zapowiadam nie wprost. Gdy przeczytałem Twoje opowiadanie to dostrzegłem, że podobieństw jest więcej – bo oba opka dzieją się w USA, co prawda moje praktycznie na drugim końcu Stanów, z jakieś 3 000 km od miejsca akcji Twojego – ale jednak nadal to są Stany :)

 

Więc ciekaw byłem, czy obrazy Anny Słoncz z jednej strony jakoś kojarzą się z Ameryką, a z drugiej – budzą we wszystkich takie mordercze instynkty? (Choć w moich tekstach z reguły ktoś ginie, cóż – valar morghulis czy inne memento mori, to tylko inaczej zapisane to co mam w sygnaturze – entropia nigdy nie maleje).

 

Dobra – dość prywaty – pora rozprawić się z opkiem, buahahahahaaha…

 

Już wiesz, że mi się podobało, bo wspomniałem o tym na samym wstępie, a poza tym przeczytałem dwukrotnie.

 

Tekst po prostu wciąga. I to bardzo ważna jego zaleta.

Poza tym – pozwala na zawieszenie niewiary. 

Świat, który ukazałeś – i to zaledwie w 11 k znk – żyje, oddycha, da się go dotknąć. To nie jakieś wydmuszki czy kartonowe dekoracje – rzeczywiście można sobie dośpiewać całą resztę. Wszak z książek i filmów wiele “wiemy” o takiej właśnie amerykańskiej prowincji – nie trzeba więc tego opisywać drobiazgowo, wystarczy rzucony gdzieniegdzie szczegół, by sobie “dorysować” w myśli całą resztę.

Podoba mi się też sposób narracji. To nie pierwszy Twój tekst, który czytam i przyznać muszę, że opowiadać umiesz. Forma przekazu – czyli list (przyszłego) mordercy – też bardzo tu pasuje. By proza epistolarna była strawna, wymaga to nie lada dbałości o szczegóły i wysiłku, a Tobie zdaje się to wychodzić bez trudu.

Czy coś mi się nie podobało? Niewątpliwe. Ale raczej trudno by to było naprawić w takiej liczbie znaków – przykładowo wolałbym trochę dokładniej opisaną scenę napaści na “prawdziwą” Marię Walker. Może też parę domysłów na temat tego, co się z nią stało, trochę więcej obnażenia myśli autora listu (sądzę, by znalazło się na to jeszcze miejsce).

Więc jeśli mam uwagi, to w skrócie – że trochę to za krótko i za szybko, że nie pozwoliłeś do końca rozsmakować się w tekście – dobrze napisanym i dobrze zakończonym. Od dłuższego już czasu nie jestem miłośnikiem dobrych, mocnych, krótkich puent (może to starość?) wolę, gdy to nieco dłużej wybrzmiewa – więc sama końcówka pozostawia mnie z lekkim niedosytem – ale jedynie lekkim. Z dwa zdania więcej wystarczyłyby by uciszyć moje marudzenie :)

Fabuła nie zaskakuje, ale nie ma zaskakiwać. Wiadomo – Mary Walker ma zginąć. Klimatem przypominało mi to album Nick’a Cave’a – Ballady Morderców.

Znów prywata (cóż, jestem bardzo egocentryczny, nie uniknę tego) – nie tak dawno zmieniłem nazwę powieści, którą piszę od prawie trzydziestu lat (po prawdzie – więcej skreślam niż piszę) – zmieniłem jej tytuł na “Admirał musi umrzeć” – bo wiadomo, że admirał umrzeć musi, podobnie jak wiadomo, że skoro tytuł zapowiada, że “dziś zabiję Mary Walker” – to dziś autor listu ją zabije – a przynajmniej spróbuje – bo pod koniec zacząłem się zastanawiać, czy da radę.

Zaskoczenia więc co do tego faktu nie ma… 

Zaskakuje za to interpretacja – nie tylko interpretacja samego morderstwa, ale też interpretacja nocnego podglądania – udało Ci się tu czytelnika fajnie nabrać i za to wielkie brawa – wydawało się, że ot, religijny chłopak widział swoją nauczycielkę w chwili uniesienia seksualnego, wielkie mi rzeczy – a tu się okazuje, że podglądał coś zupełnie innego kalibru.

I dopiero w zakończeniu dostajemy pełny obraz, który zmienia sposób patrzenia na całość.

No właśnie – zakończenie. Wspomniałem, że trochę za krótkie, ale niemniej – dość satysfakcjonujące i dające do myślenia.

 

Co jeszcze mi się podobało?

 

Kompozycja klamrowa. Lubię klamry (nie tylko dlatego, że sam je stosuję). Ta zastosowana tutaj przez Ciebie w liście – podwójnie pasuje. W konstrukcji klamrowej ważne jest, by pomiędzy klamrą otwierającą a zamykającą wydarzyło się coś, co zmieni znaczenie samej klamry. I to Ci się świetnie udało.

 

Tak jak pisałem wcześniej – kliknąłbym, ale już tego nie potrzebujesz.

Będę obserwował Twoje przyszłe teksty, bo te, które dotąd czytałem są na dobrym poziomie i warto do nich wracać.

 

Pozdrawiam serdecznie,

 

Jim

 

 

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Witam :)

 

Świat, który ukazałeś – i to zaledwie w 11 k znk – żyje, oddycha, da się go dotknąć. To nie jakieś wydmuszki czy kartonowe dekoracje – rzeczywiście można sobie dośpiewać całą resztę. Wszak z książek i filmów wiele “wiemy” o takiej właśnie amerykańskiej prowincji – nie trzeba więc tego opisywać drobiazgowo, wystarczy rzucony gdzieniegdzie szczegół, by sobie “dorysować” w myśli całą resztę.

Dzięki :)

 

Podoba mi się też sposób narracji. To nie pierwszy Twój tekst, który czytam i przyznać muszę, że opowiadać umiesz. Forma przekazu – czyli list (przyszłego) mordercy – też bardzo tu pasuje. By proza epistolarna była strawna, wymaga to nie lada dbałości o szczegóły i wysiłku, a Tobie zdaje się to wychodzić bez trudu.

Nie że “bez trudu”, ale na pewno takie pisanie idzie mi lżej niż bardziej klasyczne formy narracji. 

 

Więc jeśli mam uwagi, to w skrócie – że trochę to za krótko i za szybko, że nie pozwoliłeś do końca rozsmakować się w tekście – dobrze napisanym i dobrze zakończonym. Od dłuższego już czasu nie jestem miłośnikiem dobrych, mocnych, krótkich puent (może to starość?) wolę, gdy to nieco dłużej wybrzmiewa – więc sama końcówka pozostawia mnie z lekkim niedosytem – ale jedynie lekkim. Z dwa zdania więcej wystarczyłyby by uciszyć moje marudzenie :)

Starałem się świadomie nie przedłużać, bo jak zauważyłeś, zakończenie zmienia spojrzenie na całość. Tekst jest oparty więc na oszustwie/niedomówieniu ze strony narratora – wydaje mi się, że czytelnik chętniej to “łyknie” w krótszym tekście. Ale może faktycznie można było pociągnąć jeszcze trochę.

 

Tak jak pisałem wcześniej – kliknąłbym, ale już tego nie potrzebujesz.

Będę obserwował Twoje przyszłe teksty, bo te, które dotąd czytałem są na dobrym poziomie i warto do nich wracać.

Dzięki i pozdrawiam również!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Naprawdę świetny tekst. Doskonale zbudowany klimat i bardzo przejrzyście poprowadzona narracja. Jestem pod wrażeniem, jak wiele udało się zawrzeć w tak krótkiej formie.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Dzięki za wizytę i za miłą opinię, L.Keller :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Witaj, GalicyjskiZakapiorze. :)

 

Serdecznie dziękuję za udział w Konkursie. ;)

Komentarz napisany tuż po przeczytaniu.

Żadnych grzechów językowych nie pamiętam dostrzegłam… :))

 

Zaledwie 11278 znaków, a – ileż treści! :) Świetny pomysł, świetne również jego wykonanie. :) Ten przybity narrator, ta mroczna historia sprzed lat, ucieczka, trauma, strach i przekonanie o konieczności dokonania zbrodni… Mimo powagi sytuacji i klimatycznego horroru, utrzymałeś wyśmienicie humorystyczny nastrój, a to nie lada sztuka. :)

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Witam bruce :)

 

Żadnych grzechów językowych nie pamiętam dostrzegłam… :))

:O

 

Zaledwie 11278 znaków, a – ileż treści! :) Świetny pomysł, świetne również jego wykonanie. :) Ten przybity narrator, ta mroczna historia sprzed lat, ucieczka, trauma, strach i przekonanie o konieczności dokonania zbrodni…

Bardzo mi miło :) Starałem się “ściskać” bo taka puenta, jak tu jest, raczej nie działa na dłuższym dystansie.

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)

Wzajemne życzenia i dzięki za pomoc w organizacji udanego konkursu!

 

Pozdrawiam :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Serdeczności, dzięks. heart

Pecunia non olet

Hej,

To zabił czy nie? XD

Co na plus – zdecydowanie narracja. Chwaliłem to w Twoich poprzednich tekstach, chwalę i tutaj. Prowadzisz opowieść luźno, narrator opowiada w sposób ludzki, a jednak wydarzenia są wciągające, mroczne. Mimo że udało Ci się zręcznie wpleść trochę humoru, to tekst dalej miał w sobie ten mrok i tajemnicę. 

Językowo świetnie, nie będę się tu rozpisywał, na niczym się nie potykałem.

Historia wciągająca, przeczytałem szybciutko i nawet nie zauważyłem kiedy się skończyła. Dałem się porwać wyznaniom bohatera i jego historii.

No ale właśnie, zanim zauważyłem, tekst się skończył, czegoś mi brakowało. W kategoriach szorta byłbym zachwycony, ale jednak to opowiadanie, które miało jeszcze wiele przestrzeni na doprecyzowanie. Historia była na tyle prostolinijna, że też szybko o niej zapomniałem. 

Nie kupiłem też trochę tej erotyki między Ruth, a bohaterem, nie mówię, że była nachalna, bo nie. Ale jakoś tak mi to nie pasowało, nie miało większego znaczenia.

Nie tłumaczysz też za dużo o co jej tak naprawdę chodzi, ale to na plus, dzięki temu czujemy to osaczenie bohatera.

Interpretacja obrazu była, może nie powaliła, ale jak najbardziej na plus.

Ogólnie to naprawdę fajny tekst, granatowe piórko, czytało się nieźle. Po prostu zabrakło mi czegoś więcej, opowiadanie nie zapadło mi w głowie na dłużej. 

Dzięki za udział w konkursie i serdecznie pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka