(Anna Słoncz, Akt)
Dzisiaj zabiję Mary Walker.
Tak, szaleństwem jest przyznawać się bez przymusu do zbrodni, zwłaszcza do zbrodni przyszłej – zachowałem jeszcze na tyle trzeźwości umysłu, by z tego szaleństwa zdawać sobie sprawę. Po cóż więc czynię takie wyznanie?
Samobójcy mają w zwyczaju zostawiać list pożegnalny; jest ku temu tyle powodów, co dusz, które zdecydowały się rozstać z tym światem. Jedni pragną ulżyć rodzinie w cierpieniu – zapewnić zdruzgotanych najbliższych, że to nie oni byli przyczyną, dla której egzystencja stała się ostatecznie nieznośną. Inni, przeciwnie: chcą wykorzystać ostatnią – być może jedyną – okazję, by wskazać i oskarżyć ludzi, z którymi nie byli w stanie dalej dzielić świata. Ja, co prawda, planuję targnąć się na życie cudze, ale powody, dla których uznałem nakreślenie kilku słów za konieczne, są zupełnie podobne. Można by więc tę notatkę nazwać moim „listem morderczym”.
Piszę, by zapewnić Emmy i Sue, najdroższe, najmilsze i najukochańsze, że w tej zimnej celi, w której niewątpliwie już się znalazłem, każdego dnia moje myśli płyną ku nim obu. Gdybym mógł, byłbym teraz w domu. Kocham was, żabki.
Piszę, by uspokoić sumienie ojca Joego Rowleya, który, przeczytawszy o mojej zbrodni w gazetach, niechybnie grzeszy teraz, sięgając po kolejną flaszkę. Joe, Pan widzi, że próbowałeś.
Piszę do wszystkich, którzy to przeczytają, do każdego z osobna. Bo ktoś musi. Ktoś musi w końcu nazwać i wskazać palcem zło, wgryzające się w tkankę naszych społeczności i rozrastające w nich jak guz rakowy. Zło, które przybrało imię Mary Walker. Trzeba te sprawy wyciągnąć na światło dzienne, bo Diabeł triumfuje najbardziej, gdy udajemy, że nie istnieje.
Piszę wreszcie sam do siebie, by po raz ostatni utwierdzić się w słuszności straszliwego postanowienia; ręka nie może mi zadrżeć w kluczowym momencie! „Lo tirecach” – powiedział Pan, Bóg Izraela – „nie zabijaj!”. Ale w innym miejscu Pisma stoi: „kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego”. O ile więc nie liczę na zrozumienie ze strony wymiaru sprawiedliwości, chciałbym wierzyć, że Pan spojrzy na mnie łaskawiej.
Ale – zbaczam z tematu! Gdy prawdziwy mężczyzna, dostrzegłszy absolutną konieczność, raz coś postanowi, zostaje to wyryte w materiale trwalszym, niż kamień mojżeszowych tablic. Zatem, dzisiaj zabiję Mary Walker. To przesądzone i pozwólcie wyjaśnić, dlaczego.
***
Cofnijmy się do czasów, gdy byłem licealistą na pensylwańskiej prowincji, w spokojnym miasteczku Chester Creek, gdzie mieszkali porządni chrześcijanie, a jeśli lała się krew, to kurza. Początkiem października, koło diabelskiej godziny, wracałem przez las. W świetnym humorze, bo obciążony piętnastofuntowym bassem – nie ma lepszej pory na bassy niż ciepłe noce. Ryba chwytająca pyskiem robaka nadzianego na haczyk nie wie, że skończy na patelni – i ja nie mogłem jeszcze wiedzieć, że skusiwszy się tego wieczora na połów, podpisałem na siebie wyrok.
Przedzierałem się akurat przez leszczynę i stanąłem jak wryty, bo zobaczyłem panią Ruth.
Ten widok na zawsze wyrył się w mojej pamięci. Moja nauczycielka, naga, klęcząca nad mężczyzną, którego nie znałem, z plecami wygiętymi w łuk i rękoma wzniesionymi w bezbożnej ekstazie. Jak zahipnotyzowany patrzyłem na powoli obracającą się głowę i jedno oko, które błysnęło w moją stronę spod czarnych loków. Miliony myśli przebiegły mi pod czaszką w ciągu niewyobrażalnie krótkiej chwili, skupionych głównie wokół tego, czy Ruth dostrzegła mnie w ciemności – a jeśli, to czy rozpoznała.
Łatwo sobie wyobrazić, że w poniedziałek w szkole chodziłem po kątach, by przypadkiem nie wpaść na Ruth, a gdy przyszło do prowadzonej przez nią lekcji, zająłem możliwie odległe od tablicy miejsce i całą godzinę przesiedziałem z nosem w brulionie, udając, że nie istnieję.
Zerwałem się równo z dzwonkiem i już byłem w drzwiach, gdy za plecami usłyszałem Ruth.
– Tim. Zaczekaj, proszę – dobiegł mnie wyświergotany przymilnym głosem wyrok.
Gdy drzwi zamknęły się za ostatnim kolegą, zrozumiałem, co czuła małżonka patriarchy Lota, spojrzawszy na Sodomę. Bezbożna Sodoma usiadła na biurku i długo wodziła po mnie tymi swoimi przeklętymi, ciemnymi niby dwa węgle, błyszczącymi oczami, a ja czekałem na nieuchronne przeznaczenie, jak jeleń patrzący w lufę sztucera.
Wreszcie, ciągnąc za brodę jednym tylko palcem, ruchem, w którym delikatność mieszała się z groźbą, przyciągnęła mnie do siebie.
– Masz dwa wyjścia, słońce – wyszeptała. Jej oddech parzył w ucho, ale nie byłem w stanie odsunąć się choćby o cal. – Możesz zostać moim ulubionym uczniem. Albo możesz zacząć paplać i skończy się to bardzo, bardzo źle.
Koledzy widzieli mnie potem, wychodzącego z klasy chwiejnym krokiem, z twarzą czerwoną i pomazaną ciemną szminką. Wiem, że zadbała, by tak było – gdybym po czymś takim zaczął opowiadać, co widziałem w lesie, czy choćby najbliższy przyjaciel mógłby dać wiarę?
Kolejne miesiące minęły jak w dziwnym śnie, jakby przełącznik pod czaszką zaciął mi się w połowie ruchu – widok Ruth napawał odrazą, ale nie potrafiłem oderwać od niej oczu, a rozumiejąc, że ona wie, co dzieje się w mojej głowie, że władza, którą nade mną zdobyła, jest niemal bezgraniczna, topiłem się we wstydzie niczym w gęstej smole.
Sprawy przybrały nowy obrót, gdy któregoś dnia, w pustej klasie, powiedziała mi o Mary Walker.
– Widzisz – sączyła swój jad, z ramionami zawiniętymi wokół mojej szyi niczym Wąż na drzewie poznania – wasza koleżanka, ta blondyneczka, Mary. Trafiło się jej takie nieszczęście, jak i tobie, słońce: zobaczyła coś, czego widzieć absolutnie nie powinna. Niestety, nie wydaje mi się, żeby podzielała też twój rozsądek. Będziesz musiał to dla mnie załatwić – powiedziała, podkreślając ostatnie słowo głębokim spojrzeniem, a ja powoli pokiwałem głową.
Czekałem na Mary przy drodze, za opuszczonym barakiem. Wiedziałem, że dorabia u starego Joshuy w Eggs’n’Biscuits, wiedziałem, że zwykła wracać po ciemku przez odludzie, wiedziałem, że będzie sama. Gazrurka ukryta w rękawie bluzy zdawała się z każdą sekundą cięższa. Wyjrzałem zza sypiącej się ściany – ściemniało się, ale miałem idealny widok wzdłuż drogi; sylwetka Mary na tle szarzejącego nieba była widoczna na długo, zanim ona mogła dostrzec mnie.
Zakradłem się za nią, gdy minęła barak. Walnąłem z prawej w ramię, z lewej w bok. Coś chrupnęło w delikatnych żebrach – ten dźwięk prześladuje mnie po nocach do dziś. Dziewczyna wygięła się i jęknęła przeraźliwie, jak łania trafiona strzałą. Nikogo w pobliżu nie było, ale na wszelki wypadek mocno zacisnąłem jej dłoń na ustach.
I wtedy – przysięgam! – sam Pan zesłał chłodny powiew wiatru, który na moment, na jeden kluczowy moment, otrzeźwił mnie i wyrwał z ciężkich kajdan, założonych przez Ruth na duszę.
Pchnąłem pojękująca dziewczynę do rowu, naciągnąłem kaptur, jakby tkanina mogła ukryć mój grzech, pobiegłem wzdłuż drogi i przy pierwszej okazji, machając jak oszalały, zatrzymałem przejeżdżający autobus.
– Dokąd? – warknął kierowca, wyraźnie wkurzony, że dzieciak zmusił go do dania po hamulcach.
– Byle dalej – odpowiedziałem. – Byle dalej.
***
Nie będę się rozpisywał o tym, jak wyglądało moje życie po nagłej ucieczce z domu. Każdy sobie dośpiewa, przez co mógł przechodzić szesnastolatek na ulicy. Ale niezależnie, jak było, o powrocie nie myślałem choćby przez sekundę – jakaś część mnie widziała w tym wszystkim pokutę za to, co pozwoliłem z siebie zrobić Ruth i za to, co sam zrobiłem Mary.
Tak było do dnia, w którym Joe Rowley znalazł mnie w (niemalże dosłownym) rynsztoku, przysiadł na omszałym kawałku betonu i z anielską (dosłownie, jak mniemam) cierpliwością wytłumaczył, że takie zadośćuczynienie wcale nie jest miłe Panu. Niech ci Bóg błogosławi, ojczulku!
Znalazłem wiarę. Potem spokój. Potem miejsce do spania, pracę. Wreszcie własny kąt, miłość i rodzinę.
I wszystko było dobrze, coraz lepiej – zostałem księgowym w niezłej firmie w Erie, Sue spraszała gości do naszego domku na przedmieściach (tak, z białym płotkiem, a jakże!), co niedzielę chodziliśmy studiować Pismo z ojcem Joe, a Emmy rosła jak babka w piecyku. Tylko te parszywe wspomnienia – z lasu, z pustej klasy, z ulicy, zza rozwalającego się baraku – czasem, nie za często, nawiedzały mnie w snach.
Aż do dzisiaj.
– Timmy, to nasza nowa stażystka, poznajcie się – powiedział szef.
– Mary Walker – przywitała się z jadowitym uśmiechem na twarzy. – My się znamy. Nie wątpię, że będzie się nam świetnie razem pracowało, Tim.
Poczułem, jak zimny pot spływa mi na plecy spod białego kołnierzyka.
Siłą zaciągnąłem szefa do gabinetu i za zamkniętymi drzwiami próbowałem wyjaśnić, że ta kobieta to nie Mary Walker i musi natychmiast ją zwolnić. Zupełnie nie chciał mnie słuchać – byłem pewien, że jak kiedyś ja, tak i on wpadł w jej sidła, ale wtedy pokazał papiery. Ksero prawa jazdy, świadectwo ze studiów i z Chester Creek High, referencje od ratusza Erie po czterech latach wzorowej pracy – wszystko na nazwisko Mary Walker, wszystko z twarzą Ruth.
– Nie wiem, co między wami zaszło – powiedział. – Ale to twój problem i będziesz musiał sam to z nią wyjaśnić, Tim. Ta kobieta to Mary Walker, koniec, kropka. Może idź dzisiaj wcześniej na fajrant i ochłoń?
Sue od razu wyczuła, że stało się coś strasznego, ale nie potrafiłem wyznać jej prawdy. Snułem się tylko po domu jak duch, nie wiedząc zupełnie, co robić. Nie mógłbym po raz drugi zostawić życia za sobą – nie ma już dla mnie życia bez Sue i Emmy.
I właśnie: Emmy. Poszedłem do niej do pokoju, zgasić lampkę, poprawić kołderkę i zrobić wszystkie te rzeczy, które wzorowy tatuś robić powinien co wieczór, niezależnie od tego, jakie potworności go akurat prześladują.
Stała tam, na zewnątrz, gdy zaciągałem rolety – czarny cień na tle oświetlonej latarnią ulicy. Od razu wiedziałem, że to Ruth – czy raczej Mary Walker, bo najwyraźniej tak się teraz nazywa. Krew w żyłach stężała mi na widok tej wyrażonej samą obecnością groźby.
Nie wiedziałem, co robić – krążyłem tylko po korytarzu jak wariat, aż Sue wściekle zamknęła drzwi do sypialni.
Przyszła tu. Do mojego domu, do mojej rodziny. Musiała się spodziewać, że ją zobaczę – z nią nie ma przypadków. Zrozumiałem od razu: znalazła mnie i nie zamierza zostawić w spokoju. Uciekłbym, jak wtedy w Chester Creek – ale ucieczka to rozwiązanie dla szczyla. Mężczyzna, ojciec, nie może przecież tego zrobić. Zostawić rodzinę, gdy ona wie, gdzie mieszkają?
Nigdy. Nigdy. Nigdy – powtarzałem w myślach, wstukując kolejne cyfry kombinacji sejfu.
Teraz siedzę przy stole i spisuję swoje wyznania, a kupiony rok temu Glock służy mi za przycisk do papieru. Nie wyglądałem więcej przez okno, ale wiem, że ona tam stoi. Czeka w ciemności, jak Wąż, któremu oddała duszę. Nie zamierzam być jej ofiarą.
Litery zaczynają mi się mylić, bo przed oczyma widzę obrazy z tej nocy w lesie, wyraźne, wyświetlane na siatkowkach jak film w kinie.
Ruth, z plecami wygiętymi w łuk, z wzniesionymi w ekstazie rękoma.
Z oczyma rozjarzonymi bielą, z pieśnią ku czci Diabła na ustach.
Klęcząca nad nieznajomym mężczyzną. Martwym, z dwiema krwiście czerwonymi jamami zamiast oczu i sierpem do ziół wbitym w grdykę.
„Lo tirecach” – powiedział Pan, Bóg Izraela – „nie zabijaj!”. Ale w innym miejscu stoi: „mechaszefa lo techaje” – “nie pozwolisz żyć czarownicy”.
Dzisiaj zabiję Mary Walker.