– Włos? Tylko tyle?
Rozmówczyni uśmiechnęła się z przekąsem.
– Więcej nie znalazłem.
– W sensie, został tylko proch?
– Nie wiem, co się stało z resztą. Zniknęła.
– Kiedy?
– Dwa miesiące temu.
– Więc pewnie siedzi na kolanach innego i sączy piwo. Jeśli nie coś innego – zarechotała.
– Nie. Jest martwa.
– Wielu tak mówiło. Wiesz, co się stanie, jeśli spróbuję wskrzesić istotę, która nadal żyje? O uogólnionej zasadzie Pauliego czytałeś? No, wiesz, unifikacja metafizyki z nauką?
Poczuł się jak uczeń, który zapomniał odrobić lekcji.
– Masa sprzątania. Myślę, że byś zwymiotował. – Otaksowała go i pokręciła głową. – Córka, siostra czy ukochana? A może babka, uwierz mi, widziałam już wszystko.
– Ukochana.
– Pytałam tak pro forma. No, wiesz, taka długa podróż, a ja od razu wystawiam cię za drzwi. Aha, co przyniosłeś w zamian?
Otworzył metalową skrzynkę.
– To wszystko, co mam.
– Majątek twego życia, prawda? Wiesz, to tak nie działa. Bo mógłbyś sobie dać radę bez niego. Przybywali tu różni. Władcy, politycy, bożyszcze tłumów, czasem sprzątacze. Każdy myślał, że ma dla mnie zapłatę. Guzik prawda. Musisz coś utracić na zawsze.
– Jestem gotów.
– Błąd logiczny. Skoro cię kochała właśnie za to, kim jesteś?
– Zawsze tak się wyżywasz na cierpiących?
– Na tych, którzy nie pojmują śmierci, owszem. Na reszcie z wrodzonej złośliwości. Ale tobie dam szansę.
Rzuciła kostką.
– Jednorożec.
– Co?
– No, przynieś mi jednorożca.
– Przecież wypadła trójka.
– Bo trójka to jednorożec. I czas płynie. Nie jestem cierpliwa.
– Wiedźma!
– Biocybernetyczka, jeśli łaska!
# # #
Obrócił cztery dorodne pijawki, żeby przypiekły się z drugiej strony. Śmierdziały potwornie, podobnie jak bagno, lecz i tak się cieszył, że może zdjąć hełm. Silnik Stirlinga wetknięty w ognisko raźnie terkotał, wskaźnik naładowania baterii cierpliwie piął się ku górze.
Skończył właśnie czyścić serwomotory egzoszkieletu z błota. Wytarł szczoteczkę do zębów z oleju i schował do kieszeni. Sięgnął po kociołek i gołą ręką wyciągnął go z płomieni. Spękanej i pokrytej strupami skórze już niewiele mogło zaszkodzić. Spojrzał na odbicie w mętnej wodzie. Zmarszczki zlewały się z bliznami, przetrącony nos urągał symetrii, zlepione łojem kudły przylgnęły do czoła. Uśmiechnął się krzywo, pod nierówno zrośniętą wargą zalśniły tytanowe protezy.
Musisz coś utracić na zawsze. Czy o to jej chodziło? Czy poszukiwanie jednorożca było ponurym żartem, a on dał się w to wkręcić? Zwątpił już we wszystko, ale nie w to, że zwierzę gdzieś na niego czeka.
Sam nie wiedział, kiedy przeistoczył się w łowcę, ulubieńca galaktycznych lordów, którzy pragnęli zapełnić menażerie. Przemierzył pustynie, góry i puszcze tylu planet, że krajobrazy zlewały się już w jeden oniryczny obraz. Podobnie było z napotkanymi istotami: kiedy przymknął oczy, widział kleszcze, żuwaczki, macki, ociekające śluzem odwłoki i plujące jadem szczęki. Wszystko, tylko nie smukłe pęciny, rozwianą galopem grzywę i lśniący, kręty róg.
Przetarł nos, splunął i siorbnął pierwszy łyk. Aromat hekry przeniknął głęboko do zatok, źrenice się rozszerzyły, ciało przeszedł dreszcz. Zapewne w tej samej chwili na którejś z mrocznych uliczek Antelii diler pieczołowicie odcinał kawałek liścia wielkości paznokcia i z aptekarską precyzją odważał działkę. On wrzucał do kotła tyle, ile nabrał w garść, a i tak było mu mało.
Przeładował blaster, odpalił na próbę miotacz płomieni, pobruszył łańcuch w pile, a na koniec włączył miecz plazmowy – nie na długo, bo cholerstwo pożerało baterie szybciej niż kerahna ludzkie mięso. Gatunki, na które dostał zlecenie, łowił żywcem, lecz zwykle fauna obfitowała również w szkodniki. A z nimi nie zamierzał się certolić.
Przeżuł pijawkę, pozostałe spakowawszy na później. Czknął i zasikał dogasający żar. Nałożył pastę na tę samą szczoteczkę, którą czyścił serwa.
– Uwaga: zagrożenie stopnia trzeciego – ostrzegł cyfrowy asystent.
Wciąż ze szczoteczką w ustach, sięgnął po blaster i strzelił w pobliskie zarośla. Spomiędzy gałęzi wytoczył się wielki, tłusty ośmionóg. Kłapnął dwa razy zakrzywionym dziobem, jęknął przeciągle, po czym przewrócił się na bok i począł drgać w agonii.
Kontemplację ostatnich chwil stwora przerwał mu ludzki krzyk. Wilgotny las aż huczał od odgłosów, jednak ten wyłowił bez trudu. Zarzucił plecak i popędził przez puszczę – a raczej poleciał, bo łatwiej było łapać się ramionami konarów niż brodzić w mokradłach.
Na wzniesieniu dojrzał zabudowania, wciśnięte pomiędzy korzenie gigantycznego drzewa – kilka zardzewiałych kontenerów, otoczonych palisadą. Ogrodzenie nie uchroniło mieszkańców przed wizytą stworzenia, które właśnie spełzało po pniu. Wyglądało jak skrzyżowanie wija z długonogim pająkiem. Z przeraźliwym zgrzytem wgryzało się w grubą blachę.
– Zagrożenie stopnia szóstego, prawdopodobieństwo zwycięstwa sześćdziesiąt siedem procent – zaskrzeczał asystent.
Namierzył i nacisnął spust. Zawyła przetwornica, zapachniało ozonem, świetliste smugi przecięły mgłę. Seria trafiła bezbłędnie. Spodziewał się ujrzeć rozorany pancerz i wypływające wnętrzności, lecz zamiast tego oślepił go odbłysk własnych strzałów.
Zmrużywszy oczy, przełączył uzbrojenie na działko i wymierzył broń przed siebie. Stworzenie porzuciło baraki, staranowało bramę i zmierzało teraz wprost na niego. Posypały się łuski, dudnienie obrotowych luf przeszło w przeciągły pisk, dym przesłonił i tak rozmazany obraz.
Głuchy szczęk mechanizmu nie wróżył nic dobrego. Zwłaszcza jeśli działko zostało zdeptane przez Ah’taka w zeszłym miesiącu.
– Prawdopodobieństwo zwycięstwa czterdzieści trzy procent.
Zaklął i nasunął gogle. Rozstawił szerzej nogi i ułożył palec na spuście miecza plazmowego. Ziemia drżała pod tętentem dziesiątek odnóży, szczękoczułki rozwarły się szeroko, odsłoniwszy czarną studnię gardzieli.
Wyczekał do ostatniej chwili, czyli tej, w której żołądek podszedł mu do gardła. Przez gogle i tak niewiele widział – tańczące cienie zanim włączył ostrze i porażający blask plazmy, kiedy zadawał cięcia.
Z tego, co się stało później, niewiele pamiętał, poza chrupnięciem własnych żeber. Kilka razy uderzył o ziemię i drzewa, resztki obślizgłych wnętrzności stwora przywierały do twarzy i dłoni, posoka mieszała się z olejem hydraulicznym, przegrzane serwa padały jedno po drugim. A on tylko powtarzał pchnięcia i cięcia, aż wskaźnik baterii sięgnął dna. Kiedy ostrze zgasło, odrzucił miecz, policzył do czterech, by dać baterii czas na regenerację i uruchomił piłę łańcuchową. Korpus zwierzęcia wił się i przygniatał go do ziemi, szczątki kończyn waliły po ramionach i głowie, lecz on cierpliwie przecinał się przez kolejne segmenty pancerza, szarpał łańcuchem miękkie, pulsujące organy, drążył wnętrze bestii, aż w końcu dotarł do głowy.
Stwór znieruchomiał. Łowca wyczołgał się z parujących resztek i legł obok truchła.
Wydawało mu się, że przymknął oczy tylko na moment, lecz kiedy je otworzył, spoczywał już obok kontenera. Ktoś przetarł mu twarz szmatą. Nad sobą zobaczył dwie zatroskane twarze.
– Co, do cholery, robicie na tym bagnie?
Zapewne nie był to najlepszy początek konwersacji, lecz nieznajomych to nie zraziło.
– Dziękuję. Nie wiedzieliśmy, że tak się wścieknie, że podebraliśmy jaja – odezwał się mężczyzna.
– Musiała nas wytropić po zapachu. Gdyby nie ty, byłoby krucho – dopowiedziała kobieta.
– Jaja… tego czegoś? Wy to macie jaja!
Próbował się zaśmiać, lecz żebra boleśnie dały znać o sobie. Potem się zamyślił: taka bestia, wytresowana od małego, mogła być atrakcyjnym towarem.
– Koledzy po fachu, hę?
– Też jesteś biologiem?
W głosie kobiety zabrzmiała nadzieja, lecz mężczyzna szczypnął ją w ramię i dyskretnie pokręcił głową.
– No co? – obruszyła się, a potem zerknęła na skład uzbrojenia, który spoczywał obok przybysza. – Aha.
– Wygląda na to, że chwilowo jesteśmy po tej samej stronie – skwitował łowca. – Zresztą to nie jest rezerwat, tylko zadupie.
– To nie znaczy, że można wszystko… – zaczął mężczyzna, lecz kobieta złapała go za rękę.
– Jesteśmy ci wdzięczni.
Przybysz z trudem usiadł pod ścianą kontenera.
– Przysługa za przysługę. Naładuję u was baterie, naprawię sprzęt i powiecie mi, gdzie żyją ignaki. Coś w rodzaju latającego pająka. Obiecuję nie wytrzebić gatunku i biorę go żywcem.
– To zwierzęta społeczne – żachnął się mężczyzna – Będzie cierpiało.
– A my nie jesteśmy społeczni? Dobra, wezmę dwa, żeby was nie gryzło sumienie.
– Trzy to minimum. Moglibyście chociaż czegoś się douczyć, zanim…
– Przestań, Jack.
Kobieta znów ścisnęła partnera za dłoń, lecz ten burknął coś pod nosem, a potem odszedł. Odprowadziła go wzrokiem.
– Czy jest jeszcze coś, co możemy dla ciebie zrobić? – przykucnęła przy łowcy.
– Po pierwsze – ściszył głos – mogę ci pomóc zdobyć więcej jaj tego czegoś, ale kilka wezmę dla siebie. A po drugie… wiem, że to brzmi idiotycznie… szukam jednorożca.
Znał kilka wariantów reakcji, od zażenowania do rozbawienia. Powtarzały się na tyle regularnie, że miał poczucie klęski jeszcze zanim zadał pytanie.
Teraz było inaczej. Źrenice kobiety się rozszerzyły, a brwi uniosły.
– Widziałam go! Jack nie chciał mi uwierzyć. Bardzo chcę tam wrócić…
– Jutro? – zapytał bez ogródek. – Może zdążę naprawić sprzęt.
– Jutro. Mam na imię Paula.
– Łowca. Po prostu Łowca. – Podał jej dłoń.
# # #
– Jak się tu dostałeś? – zagadnęła Paula, kiedy przekraczali zwalony pień. Jack, który szedł jako pierwszy, nie wydawał się szczególnie rozmowny. – Nie powiadomili nas, że jest nowy transport. A mamy zamówione sporo gratów, więc…
– Mam swój statek.
– No co ty? Łowcy tyle zarabiają?
– Demobil do likwidacji. Napęd strumieniowy anihilacyjny, wyrzut pionów. Wziąłem jako odpad radioaktywny. Nawet mi zapłacili za utylizację.
– Taki z rurowym kadłubem? Igła? Boże, widziałam w muzeum, jak byłam mała. Zaraz, one nie są zabronione? Promieniowanie gamma i te sprawy…
– Do lotów cywilnych, tak. Ten jest wojskowy.
– Ale Drugie Cesarstwo dawno upadło! I nie jesteś wojskowym!
– System sprawdza tylko kody. Cesarstwo może zlikwidowali, ale tabele przepisali, bo nikomu nie chciało się grzebać.
– Aha, to przez ciebie mieliśmy wczoraj zakłócenia w łączności! A myślałam, że to burza w koronie gwiazdy. I gdzie masz transporter?
Łowca wycelował palec w niebo.
– To jakim cudem znalazłeś się tu?
– Zeskoczyłem ze spadochronem.
Uniosła brwi tak wymownie, że uprzedził jej pytanie.
– Logistyka. Weźmy takiego orgeta, kojarzysz, prawda? Szybka bestia, żeby go złapać, trzeba tropić dwa lub trzy dni. Więc jak już mam drania, jestem ponad sto kilosów od transportera. Ponowny start i lądowanie zużyją sporo paliwa. Poza tym, transporter trzy dni jest narażony na miejscową faunę, florę i klimat. Gdzie tu sens? Wiesz, wszyscy używają transportera. Lubią go mieć gdzieś za plecami, żeby nie srać w gacie ze strachu. Ja nie potrzebuję. Ląduję i od razu czuję, jak jest. Żeby tropić zwierzaki, trzeba myśleć jak one.
– Kuszące, ale jednak wolę spać w łóżku i rano pić errhu bez robala w kubku.
– Macie niezłe errhu. Dawno nie piłem.
– Jak dawno?
Spróbował sięgnąć pamięcią. Obrazy przelatywały mu przed oczami, aż pojawił się ten, który nie powinien. Bezwiednie zwolnił kroku, zmrużył oczy, zacisnął pięści.
– To, eee, w końcu złapiesz trzy ignaki?
Odchrząknął i wyprostował plecy, jakby zrzucił coś z ramion.
– Cztery.
– Zamiast jednego?
– Z nudów czytałem waszą publikację. Płeć igrek dokonuje wyboru zet, to racja. Ale to wybór przez odrzucenie. Jeśli złowię iks, igrek i zet, igrek i tak odrzuci zet, więc zostanie z niczym. Muszą być zet jeden i zet dwa. I tego gorszego nie można usunąć z otoczenia. Igrek musi go co jakiś czas spotykać. Żeby widział, dlaczego wybrał jedynkę.
Paula zrobiła wielkie oczy.
– Jack, mówiłam ci! Miałam rację!
– Z czym?
– No, z tym, dlaczego zetów jest więcej! On przeczytał i…
– Nie przypominam sobie, żebyśmy dawali komiksowy abstrakt – rzucił Jack, nawet nie spojrzawszy na łowcę. – Spekulacje są najłatwiejsze. Applied Galactic Zoology to nie bulwarówka.
Paula westchnęła.
– Jack, możesz czasem wyluzować?
Mężczyzna mruknął pod nosem i przyśpieszył kroku. Kiedy znalazł się wystarczająco daleko, Paula odwróciła się do łowcy.
– Nie rozumiem, skąd się tu wziął jednorożec – wyszeptała. – Nie ma żadnych ssakopodobnych. Nie ma odpowiedniego biotopu.
– Gdzie?
– Na skałach.
– Skałach? Są tu góry? Dziwne, nie mam na mapie…
– To studnia. Gigantyczny otwór w ziemi, wiecznie zakryty mgłą. Tutaj! – Uruchomiła miniprojektor.
– „Studnia przeznaczenia” – odczytał i się uśmiechnął. – To twój pomysł? Cóż, przeznaczenie czeka, chodźmy!
# # #
Myślał, że słowem „gigantyczny” Paula chce nadać opowieści koloru. Kiedy jednak stanęli na krawędzi zapadliska, było to jedyne określenie, jakie przychodziło mu na myśl – a widział wiele.
U stóp otwierał się wręcz inny świat. Strome zbocza z białego wapienia opadały ku dnu, zakrytemu przez nieprzenikniony welon chmur. Widział niezliczone wąwozy, żleby, rynny, żebra wąskie jak ostrze noża i fantazyjne iglice. Wyrzeźbione przez wodę ażurowe struktury przypominały wielki, koronkowy obrus. Ze szczelin wyrastały kępy roślin: długie, wężowe łodygi przepełzały przez skalne uszka i owijały wokół śnieżnobiałych zębów.
– Myślałem, że mamy iść po ignaki. Widzę, że nie mogłaś sobie darować – rzucił Jack z przekąsem.
– Przecież to po drodze – odpowiedziała Paula. – A to niesamowite miejsce.
– Jest łowcą, nie turystą – skwitował, nawet nie spojrzawszy na tego, o kim mówił.
– Schodziliście już na samo dno?
– Próbowałam wysłać drona, ale brzęczenie wirników od razu przyciąga stworzenia latające.
– I tylko takie tu są, w dodatku niewiele. – Łowca kolejny raz spojrzał na skaner. – Nie dziwi was to? To jeden wielki domek dla owadów, dziura na dziurze.
– Kontemplujemy czy idziemy dalej? – odezwał się Jack.
– Zejdziemy na dół. Tam, na lewo, i potem wąwozem.
– Słuchaj, pomogłeś nam, ale…
– Chcę zejść, Jack – wtrąciła Paula.
– Szukać jednorożca? – Jack pokiwał głową. – Taki duży chłopiec, a dał się wrobić.
# # #
Jeszcze przed chwilą wszyscy gapili się na modre jezioro, do którego opadały srebrne nitki wodospadów. Nawet Jack na moment przerwał złośliwości.
Teraz łowca odbezpieczał broń, Paula wrzeszczała, a po jej partnerze została tylko rozmazana, czerwona plama na szczękoczułkach, które łakomie upychały szczątki do gardzieli.
Łowca zaklął. Właśnie dlatego polował sam: żeby słuchać podszeptów instynktu. Ten podpowiadał od dłuższego czasu, że jeśli mieszkańcy planety omijają to miejsce, jego również nie powinno tam być. Rozsądek wyjątkowo był zgodny i dopowiadał dalszy ciąg: drapieżnik szczytowy. Coś, co potrafi zeżreć wszystkie inne stworzenia.
Gdyby łowca miał więcej czasu, pewnie zachodziłby w głowę, jak mogli nie zauważyć czegoś wielkości bloku mieszkalnego. Przeszli ledwie kilka kroków od przyczajonego monstrum. Skaner nie ostrzegał, choć w odczytach pojawił się dziwaczny szum.
Ogromny pająk był cały oblany wapieniem – tym samym, który wytworzył widowiskowe nacieki na skałach. Zapewne ukrywał się pod wodospadami, a rozpuszczone w wodzie minerały narastały coraz grubszą warstewką. Kamuflaż był perfekcyjny, nawet dla elektroniki.
– Stopień zagrożenia poza skalą – ocenił asystent.
– Paula, uciekaj! – krzyknął. Zsunął przyłbicę. Na porysowanym szkle rozbłysły czerwone linie.
Świsnęła rakieta wystrzelona z naramiennika. Hałas go ogłuszył, dym uderzył w nozdrza. Nakierował pocisk ręcznie, wprost do wciąż otwartego otworu gębowego.
Rozbłysła kula ognia, grad odłamków wapienia zabębnił o skały i poszatkował darń. Kilka okruchów trafiło również łowcę, lecz ten już gnał w kierunku bestii.
Pająk wyłonił się z obłoku dymu, wprawdzie częściowo pozbawiony osłony, lecz jeszcze bardziej upiorny. Spod osmalonego wapienia wystawała niebieska, pulsująca tkanka, przyczepiona do ażurowego szkieletu zewnętrznego – stwór wyglądał niczym ruchomy, zbrojony bunkier, w którym ktoś zamiast betonu użył galarety.
Uruchomił działko. Użyte w biegu nie było szczególnie celne, lecz monstrum znajdowało się na tyle blisko, że wszystkie pociski i tak trafiały. Zamek szczękał raźno po wczorajszej naprawie, lufy dudniły, aż rozgrzały się do czerwoności.
W końcu rozległ się wizg pustego bębna. Łowca włączył blaster. Poszarpana wcześniejszym ostrzałem galareta zawrzała, mięso wybuchało wewnątrz ciała i rozrywało powłokę, odnóża wpadły w drgawki, a bestia się zachwiała, jakby miała runąć na ziemię.
Symbol baterii niespodziewanie zamigotał na czerwono.
– Co, do diabła?
Nagle przypomniał sobie, jak rano Jack zadał mu serię pytań na temat uzbrojenia. Nieoczekiwany przebłysk uprzejmości skończył się równie szybko, jak zaczął, akurat wtedy, kiedy łowca siadał do posiłku i nie pilnował sprzętu.
Zerknął na stworzenie. Potem przeniósł spojrzenie na odległą krawędź zapadliska.
– Prawdopodobieństwo ucieczki trzydzieści siedem procent – ucieszył się asystent.
Paula, zamiast uciekać, stała nad brzegiem jeziora jak słup soli.
– Prawdopodobieństwo ucieczki z obciążeniem marginalnie niskie – ostrzegł pomocnik.
Zawtórował mu złowieszczy odgłos. Zwierzę, jeszcze przed chwilą oszołomione atakiem, teraz mocno wbiło odnóża w ziemię. Łowca przejrzał uzbrojenie: z tak słabą baterią był skazany na miotacz płomieni.
– Szaleństwo – ocenił asystent.
– Przymknij się!
Sięgnął do zasobnika i wyjął kapsułki ze środkiem usypiającym. Załadował do pistoletu. Dawka była obliczona na stworzenia wielkości psa, więc nie robił sobie wielkich nadziei. Wystrzelił je serią, jedna po drugiej. Uwięzły w niebieskiej galarecie, lecz pająk nawet nie zwolnił.
Na dnie zasobnika wymacał jeszcze jedną kapsułkę, przylepioną taśmą. Zawsze tam była: środek dedykowany dla ssaków nieparzystokopytnych. Oderwał taśmę, załadował.
– Struktura białek nie odpowiada… – zaskrzeczał głośnik.
– Miałeś się przymknąć!
Nacisnął spust, wystrzelił. Odbezpieczył harpun. Jak automat nawlekał cały arsenał – lassa z włókien karbonowych, sieci samozaciskowe, kleje nienewtonowskie. Bestia zwolniła, kiedy oplątały jej odnóża, lecz już po chwili rozległo się trzeszczenie, a potem świst pękających lin.
Pająk zwrócił się ku niemu tym, co zostało z głowy – poszarpaną jamą, z której brzegów zwisały odłamki szkieletu i kawały mięsa. Ciemny, rozedrgany tunel prowadził wprost do wnętrzności. Jedyne ocalałe oko łypnęło na niego. Potwór rzucił się do przodu.
Łowca uniósł miotacz płomieni, nacisnął spust i zamknął oczy. W twarz uderzyło gorąco, łoskot drgającego powietrza zagłuszył inne dźwięki.
Kiedy podniósł powieki, ujrzał nieruchome, dymiące ciało bestii.
– Wstrząs anafilaktyczny – skomentował asystent. – Prawdopodobnie reakcja na środek usypiający dla ssaków.
Mężczyzna odetchnął i ruszył w stronę Pauli. Siedziała na dywanie z mchów i szlochała. Kiedy był już blisko, niespodziewanie uniosła rękę, jakby chciała coś pokazać.
Jednorożec. Stał nieruchomo na pagórku, w pozie niczym z okładki książki: uniesiony wysoko łeb, róg wycelowany w niebo, ugięta przednia noga.
– Muszę go mieć! – warknął łowca.
Niespodziewanie zawrócił w stronę pokonanego pająka, chwycił koniec jednej z lin i zaczął wyszarpywać ją spod szczątków. Zawyły przeciążone serwa egzoszkieletu, przyłbica rozjarzyła się czerwienią krytycznych ostrzeżeń, zaskrzeczał asystent. Mężczyzna nie zwracał na to uwagi, oplótł linę wokół ramion i raz po raz ciągnął z całych sił. Włókna wrzynały się w martwe ciało bestii i rozpruwały materiał kombinezonu: kiedy wreszcie uwolnił karbonowe lasso, krew spływała mu po ramionach i dłoniach.
Wyświetlacz na przyłbicy zgasł. Łowca zaklął i uwolnił się z egzoszkieletu, który upadł na ziemię z głośnym chrzęstem. Wpatrzony w jednorożca ruszył w jego stronę, owinąwszy linę na lewym ramieniu, a długą pętlę ująwszy w prawą dłoń.
– Nie… nie zostawiaj mnie!
Zrobił jeszcze kilka kroków, zanim dotarł do niego sens słów wypowiedzianych niewyraźnym, drżącym głosem. Zerknął przez ramię. Paula bujała się wprzód i w tył niczym figurka dziecięcej zabawki, niezdolna by wstać z miejsca. Przetarła dłonią mokre policzki i zasmarkany nos. Utkwiła w nim spojrzenie.
– Cholera! – zaklął łowca i wykonał ruch, jakby chciał wyjąć paproch z oka.
Kłaczki mgły znad jeziora na moment przesłoniły wzgórze. Kiedy się rozwiały, jednorożca już tam nie było.
# # #
Wracał do zapadliska jeszcze cztery razy. Paula drżała na samo wspomnienie o tym miejscu, ale bała się zostawać sama. Chcąc nie chcąc, przywołał transporter, dzięki któremu mógł szybciej przemieszczać się między bazą a miejscem poszukiwań. Zapasy wodorowego paliwa topniały jednak w zastraszającym tempie, a wiekowy elektrolizer tlenkowy w bazie nie nadążał z produkcją.
Przed wyprawami do zapadliska podawał Pauli środek usypiający. Wracał, zanim się obudziła. Pierwszy dzień przepłakała, zamknięta w pokoju. Wstawił jedzenie za drzwi, lecz nawet go nie tknęła. Później się uspokoiła i łowca miał nadzieję, że stopniowo odzyska równowagę. Szybko się przekonał, że to tylko kolejny etap kryzysu. Paula błądziła po bazie niczym zjawa, potrafiła zastygnąć w jednej pozie długie minuty, wpatrzona tępym spojrzeniem w przestrzeń przed sobą, po czym niespodziewanie biegła do innego zakątka, jakby coś sobie przypomniała. Łowca musiał co chwilę sprawdzać, czy nie zaprószyła pożaru albo nie wypuściła do zlewu całego zapasu wody pitnej. Klął przy tym jak szewc, bo w roli opiekuna czuł się jak mechanik pokładowy, któremu kazano naprawić obwody myślowe droida kluczem francuskim.
Pewnego dnia Paula podeszła do niego i się przytuliła. Odwykły od bliskości, nie wzbraniał się zbytnio – może właśnie tego potrzebowała, by wrócić do żywych? Dotyk szybko przeszedł w pieszczoty. Początkowo uległ pokusie i odwzajemniał je, a jednak kiedy wyszeptała imię „Jack” zmroziło go. Łudził się jeszcze, że to przejęzyczenie, że dała się ponieść emocjom – dopóki nie spojrzał w rozpalone oczy. W szeroko otwartych źrenicach nie widział siebie, tylko Jacka, jakby zachłannie pragnęła, by odegrał rolę.
Kiedy ją odepchnął, z ostrożnością, lecz stanowczo, wpadła w furię. Wrzeszczała, nieporadnie biła go rękami i drapała, aż nabiła sobie sińce. W końcu obezwładnił ją i podał środek uspokajający.
Zrozumiał, że muszą opuścić planetę. Przygotował transporter do startu, spakował wyniki badań Jacka i Pauli, naszykował rzeczy kobiety i zrobił jej miejsce w kabinie. Kiedy ją odprowadzał do wejścia, znów była osowiała. Co kilka kroków zatrzymywała się, zerkała na otoczenie i kręciła głową, jakby nie rozumiała, co się wokół niej dzieje.
Usiedli w fotelach. Uruchomił dysze wodorowe, sprawdził ciąg. Podpory opuszczały miękkie podłoże jedna po drugiej, kadłub trzeszczał, napęd plazmowy również zaczynał się rozgrzewać.
Niespodziewanie gdzieś na skraju chmury ognia z silników pojawił się znajomy kształt. W pierwszej chwili łowca myślał, że zmęczony umysł spłatał mu ponury żart. Kiedy asystent nałożył na sylwetkę jednorożca żółty trójkąt ostrzegawczy, łowca aż krzyknął.
Szarpnął za dźwignię ciągu, lecz było już za późno. Silnik plazmowy uruchomił się zaledwie na ułamek sekundy. To jednak wystarczyło, by stopić grunt pod transporterem w szklistą masę i położyć pokotem całą połać lasu.
Pociągnął drążek, błyskawicznie posadził maszynę w chłodniejszym miejscu, aż zajęczały amortyzatory. Rozpiął pasy, otworzył właz i nie zważając na obłoki pary pobiegł w miejsce, gdzie zauważył zwierzę.
Na wpół spalone ciało leżało tuż za brzegiem krateru. Już zaczął przeklinać własną nieuwagę, kiedy zauważył, że szczątki jedynie z wierzchu wyglądały na organiczne. Pod osmaloną skórą krył się cybernetyczny mechanizm.
– Co, do cholery?
W kłębowisku rurek, przewodów i włókien piezoelektrycznych rozbłysło światełko. Nad rozerwanym brzuchem stworzenia zamajaczył trójwymiarowy obraz. Początkowo był rozedrgany i przekrzywiony, jakby operator dopiero ustawiał kamery. Potem kontury stały się ostre, a z ukrytego głośniczka rozbrzmiał dźwięk.
# # #
Z prawej strony błyszczał brzeg jeziora. Resztę kadru wypełniała pustynia. Na czerwonym piachu stały dziwne obiekty, rozstawione w zbliżonych odstępach. Na pierwszy rzut oka niektóre przypominały formy wyrzeźbione w skałach przez wiatr, lecz uważniejsze spojrzenie wyławiało szczegóły charakterystyczne dla żywych istot: zarysy odnóży, żyłkowanych skrzydeł owiniętych wokół ciała, segmenty pancerzyków. Można by je nazwać poczwarkami, gdyby nie to, że przedstawiały raczej różne stadia rozkładu niż narodzin. Nieliczne ciała mieniły się bajecznymi kolorami i olśniewały perłowym połyskiem, podczas gdy z innych zostały tylko białe, podziurawione jak rzeszoto skorupy, w których świszczał wiatr.
– Mark, czuję się dziwnie. Jak na cmentarzu – zabrzmiał głos zza kadru.
– Nie byłaś na cmentarzu?
– Tak, ale nie po to, żeby zobaczyć, jak ktoś umiera. Nie będziemy przeszkadzać? Mówiłeś, że to inteligentne zwierzęta.
– Ale jednak zwierzęta. Uwierz mi, to jak największa tajemnica. Filmowaliśmy setki razy, jak zwierzę walczy o życie, ale nigdy tego, że chce umrzeć.
– A samice, które stawały się pokarmem dla potomstwa? I wycieńczone zalotami samce, które umierały zaraz po?
– No właśnie, zawsze przy okazji powstawało nowe życie. Te umierają, bo chcą. Przebadałem kilka ciał, nie widzę więcej oznak chorób niż u reszty populacji. Nie są stare, albo jeśli są, to czysty przypadek. Jeśli to nagramy, będziemy na okładce Journal of Galactic Fauna, a może nawet w Nature!
– A ty byś chciał, żeby cię ktoś filmował w takiej chwili?
– Dla dobra nauki? Czemu nie. Wiesz, mam pomysł. Siądziemy w rogu kadru, żeby było nas widać. Może w Nature tego nie wytną.
– Po prostu… nieswojo się tu czuję. Jedna scenka i się zbieramy, ok?
Na obrazie pojawiła się para. Usiedli na brzegu jeziora, ona siedziała na piasku z rękami założonymi za kolana, on obejmował kobietę za ramię.
– Nadlatuje. Teraz cicho, dobrze?
Coś, co początkowo było ledwie widocznym punktem na niebie, zbliżało się i nabierało kształtów. Zwierzę przez chwilę krążyło nad cmentarzyskiem, w ogóle nie zwróciwszy uwagi na ludzi. Potem wybrało miejsce do lądowania. Zatrzepotało skrzydłami, podniósłszy przy tym obłok piasku, po czym z gracją osiadło na podłożu. Przycupnęło na ziemi i złożyło skrzydła. Jedną parą owinęło się tak, jak robi to śpiący nietoperz, drugą poczęło metodycznie czyścić odnóżami i czułkami. Drobne, półprzezroczyste łuski mieniły się kolorami tęczy, każdy ruch malował na powierzchni nowe figury – elipsy, pierścienie, czasem nieregularne kleksy. Te same zabiegi powtórzyło z drugą parą skrzydeł, lecz ruchy powoli zwalniały, wzory traciły na regularności, a stworzenie coraz częściej zastygało na chwilę w bezruchu, jakby zgubiło rytm. W końcu przybrało pozę taką, jak wszystkie pozostałe. Wystawiło głowę ku światłu i czekało.
– Muszę skalibrować sensory, dziwne te odczyty – dał się słyszeć szept mężczyzny.
– Zainstalowałeś tam czujniki? Skąd wiedziałeś, gdzie wyląduje?
– Zrobiłem wolne miejsce.
– Co?
– No, sprzątnąłem jednego. Prawie sam proch.
– Mark, tak nie wolno! Niewiele o nich wiemy, a ty…
– Cholera, całkiem padło.
– Bo wtyk się rozpiął, widzisz? Masa piachu w środku. Daj, mam zręczniejsze palce…
Na moment para zniknęła z wizji. Tymczasem stwór niepodziewanie drgnął. Odnóża, dotąd ułożone wzdłuż ciała, w jednej sekundzie rozczapierzyły się na boki, wszystkie włoski, haczyki i wyrostki stanęły dęba. Skrzydła, dotąd lśniące i gładkie, zmarszczyły się niczym zmięte sreberko. Fasetki niebieskich oczu pękały jedna po drugiej, jakby coś wsysało je do środka.
– Au!
– Co?
– Cholerny kabel, kopnęło mnie.
– Daj… Mel, co to jest? Masz czarne palce!
– Mark, to boli, bardzo! Proszę, zrób coś… Ręce, moje ręce!
Słowa zagłuszył spazmatyczny szloch, a potem jęk. W kadr wszedł mężczyzna. Cały drżał, szeroko otwarte oczy były utkwione w jednym punkcie, usta układały się do krzyku, lecz nie wyszedł z nich ani jeden dźwięk.
– Mark, nie zostawiaj mnie! Mark!
Mężczyzna nadal się cofał. Kiedy krzyk kobiety przeszedł w charkot, odwrócił się i pobiegł przez pustynię.
Projektor zgasł, a łowca padł na kolana.
Epilog
– To twoja sprawka! – wycedził już na progu.
– Twoja. Doprowadziłeś do śmierci Mel, a potem chciałeś ją wskrzesić.
– Nie rozumiem, po co zadałaś sobie tyle trudu, żeby wysłać tam jednorożca?
– Żebyś wrócił.
– Co? … zaraz, zaraz, te wszystkie zlecenia na zwierzęta…
– Nie wszystkie, mój kochany. Ostatnio zrobiłeś się tak dobry, że musiałam się wbijać w kolejkę. Ale część była ode mnie. Potrzebowałam składników.
– Nadal nie rozumiem!
– Wiesz, wskrzeszenie to jednak wymiana życia za życie. Musiałam mieć te istoty, żeby ożywiać ludzi. Szukałam łowcy, ale ci, których spotykałam, byli żałośni. Zrozumiałam, że muszę sama wytrenować kogoś, kto będzie łapał zwierzęta. Tylko nie miałam pomysłu, jak to zrobić. I wtedy ty się pojawiłeś. Czekałeś miesiąc na spotkanie, pamiętasz? Ja w tym czasie zbierałam informacje. Mam znajomego hakera, tak zdobyłam filmik. Przy okazji, ta pani biolog, z którą wtedy flirtowałeś przez internet, to byłam ja. Rozumiem, podobno takie szybkie pocieszenie pomaga zapomnieć, w końcu jesteśmy tylko ludźmi…
– Zniszczyłaś mi życie – warknął – zobacz, jak wyglądam!
– Wprost przeciwnie. Nadałam nowy sens twej egzystencji. Uprzedzam, jest jeszcze kilka stworzeń, których potrzebuję.
– Nic z tego! Znalazłem jednorożca, mamy umowę! – Demonstracyjnie rzucił róg na stół.
– Tak. Zrobię to.
– Zaraz… serio? Byłem pewien, że znajdziesz wykręt, a wtedy roztrzaskam ci czaszkę.
– Cóż, inwestycja w ciebie już mi się zwróciła. Mam honor.
– I ożywisz Mel?
– Tak, choć będzie pamiętała tylko tyle, jak długo rósł włos. Powiedz, czy miała go na sobie, kiedy… no, wiesz…
– Nie. Znalazłem go w domu.
– Więc dobrze się składa.
Już miał w ręku włos, kiedy się zawahał.
– Będziesz mogła ją ożywić w każdej chwili, nie tylko teraz?
– Teoretycznie. Ale wiesz, jak to jest z miłością. Jeśli zwątpisz choć jeden raz, powrotów nie ma.
Drżącą dłonią spakował włos z powrotem do torebki.
– Uff, odetchnęłam z ulgą.
– Co?
– No, że zrozumiałeś.
– Wiedźma! – burknął i obrócił się na pięcie.
– Biocybernetyczka!