- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Yednorożec, czyli spejs łopera, ku uciesze, zgrozie i zadumie klawiaturą anonima spisana

Yednorożec, czyli spejs łopera, ku uciesze, zgrozie i zadumie klawiaturą anonima spisana

Anonim zna różnicę między twardym SF a SO, więc proszę tego anonimowi nie wypominać. Ma nadzieję, że przygody bohatera wynagrodzą czytelnikom ową niedogodność. Wena nie służka, na pętle czasowe i czarne dziury się obraziła.

Jakby limit nie był tak skąpy, to by opisał każdą śrubkę, wihajster i protonik w blasterze.

Anonim przeprasza za bohatera, który klnie, tnie i pali. Bohater mówi, że taka praca i wcale nie kazał anonimowi o sobie pisać. A jak Jury chce unieszkodliwić robale kołysanką, niech spróbuje, on potrafi tylko piłą łańcuchową.

Anonim ukrył w tekście parafrazę wersu piosenki, bo dawno nie było stosownego konkursu. Kto zgadnie, ma betę u anonima, jak ten się już ujawni. Jak się nie ujawni, szukaj wiatru w polu :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Yednorożec, czyli spejs łopera, ku uciesze, zgrozie i zadumie klawiaturą anonima spisana

– Włos? Tylko tyle? – Rozmówczyni uśmiechnęła się z przekąsem.

– Więcej nie znalazłem.

– W sensie, został tylko proch?

– Nie wiem, co się stało z resztą. Zniknęła.

– Kiedy?

– Dwa miesiące temu.

– Więc pewnie siedzi na kolanach innego i sączy piwo. Jeśli nie coś innego – zarechotała.

– Nie. Jest martwa.

– Wielu tak mówiło. Wiesz, co się stanie, jeśli spróbuję wskrzesić istotę, która nadal żyje? O uogólnionej zasadzie Pauliego czytałeś? No, wiesz, unifikacja metafizyki z nauką?

Poczuł się jak uczeń, który zapomniał odrobić lekcji.

– Masa sprzątania. Myślę, że byś zwymiotował. – Otaksowała go i pokręciła głową. – Córka, siostra czy ukochana? A może babka, uwierz mi, widziałam już wszystko.

– Ukochana.

– Pytałam tak pro forma. No, wiesz, taka długa podróż, a ja od razu wystawiam cię za drzwi. Aha, co przyniosłeś w zamian?

Otworzył metalową skrzynkę.

– To wszystko, co mam.

– Cały twój majątek, prawda? Wiesz, to tak nie działa. Bo mógłbyś sobie dać radę bez niego. Przybywali tu różni. Władcy, politycy, bożyszcza tłumów, czasem sprzątacze. Każdy myślał, że ma dla mnie zapłatę. Guzik prawda. Musisz coś utracić na zawsze.

– Jestem gotów.

– Błąd. Skoro cię kochała właśnie za to, kim jesteś?

– Zawsze tak się wyżywasz na cierpiących?

– Na tych, którzy nie pojmują śmierci, owszem. Na reszcie z wrodzonej złośliwości. Ale tobie dam szansę.

Rzuciła kostką.

– Jednorożec.

– Co?

– No, przynieś mi jednorożca.

– Przecież wypadła trójka.

– Bo trójka to jednorożec. I czas płynie. Nie jestem cierpliwa.

– Wiedźma!

– Biocybernetyczka, jeśli łaska!

 

# # #

Obrócił cztery dorodne pijawki, żeby przypiekły się z drugiej strony. Śmierdziały potwornie, podobnie jak bagno, lecz i tak się cieszył, że może zdjąć hełm. Silnik Stirlinga przytknięty do ognia raźnie terkotał, wskaźnik naładowania baterii cierpliwie piął się ku górze.

Skończył właśnie czyścić z błota serwomotory egzoszkieletu. Wytarł szczoteczkę do zębów z oleju i schował do kieszeni. Sięgnął po kociołek i gołą ręką wyciągnął go z płomieni. Spękanej i pokrytej strupami skórze już niewiele mogło zaszkodzić. Spojrzał na swoje odbicie w mętnej wodzie. Zmarszczki zlewały się z bliznami, przetrącony nos urągał symetrii, zlepione łojem kudły przylgnęły do czoła. Uśmiechnął się krzywo, pod nierówno zrośniętą wargą zalśniły tytanowe protezy.

Musisz coś utracić na zawsze. Czy o to jej chodziło? Czy poszukiwanie jednorożca było ponurym żartem, a on dał się w to wkręcić? Zwątpił już we wszystko, ale nie w to, że zwierzę gdzieś na niego czeka.

Sam nie wiedział, kiedy przeistoczył się w łowcę, ulubieńca galaktycznych lordów, którzy pragnęli zapełnić menażerie. Przemierzył pustynie, góry i puszcze tylu planet, że krajobrazy zlewały się już w jeden oniryczny obraz. Podobnie było z napotkanymi istotami: kiedy przymknął oczy, widział kleszcze, żuwaczki, macki, ociekające śluzem odwłoki i plujące jadem szczęki. Wszystko, tylko nie smukłe pęciny, rozwianą galopem grzywę i lśniący, kręty róg.

Przetarł nos, splunął i siorbnął pierwszy łyk. Aromat hekry przeniknął głęboko do zatok, źrenice się rozszerzyły, ciało przeszedł dreszcz. Zapewne w tej samej chwili na mrocznej uliczce Antelii diler pieczołowicie odcinał kawałek suszu wielkości paznokcia i z aptekarską precyzją odważał działkę. On wrzucał do kotła tyle, ile nabrał w garść, a i tak było mu mało.

Przeładował blaster, na próbę odpalił miotacz płomieni, pobruszył łańcuch w pile, a na koniec włączył miecz plazmowy – nie na długo, bo cholerstwo pożerało baterie szybciej niż kerahna ludzkie mięso. Gatunki, na które dostał zlecenie, łowił żywcem, lecz zwykle w faunie przeważały szkodniki. A z nimi nie zamierzał się certolić.

Przeżuł pijawkę, pozostałe spakowawszy na później. Czknął i zasikał dogasający żar. Nałożył pastę na tę samą szczoteczkę, którą czyścił serwa.

Uwaga: zagrożenie stopnia trzeciego – ostrzegł cyfrowy asystent.

Wciąż ze szczoteczką w ustach sięgnął po blaster i strzelił w pobliskie zarośla. Spomiędzy gałęzi wytoczył się wielki, tłusty ośmionóg. Kłapnął dwa razy zakrzywionym dziobem, jęknął przeciągle, po czym przewrócił się na bok i drgał w agonii.

Łowca kontemplował ostatnie chwile stwora, kiedy usłyszał ludzki krzyk. Wilgotny las aż huczał od odgłosów, jednak ten wyłowił bez trudu. Zarzucił plecak i popędził przez puszczę – a raczej poleciał, bo łatwiej było łapać się dłońmi konarów niż brodzić w mokradłach.

Na wzniesieniu dojrzał zabudowania, wciśnięte pomiędzy korzenie gigantycznego drzewa – kilka zardzewiałych kontenerów, otoczonych palisadą. Ogrodzenie nie uchroniło mieszkańców przed wizytą stworzenia, które właśnie spełzało po pniu. Wyglądało jak wij o długich, pajęczych odnóżach. Z przeraźliwym zgrzytem wgryzało się w grubą blachę.

Zagrożenie stopnia szóstego, prawdopodobieństwo zwycięstwa sześćdziesiąt siedem procent – zaskrzeczał asystent.

Wycelował i nacisnął spust. Zawyła przetwornica, zapachniało ozonem, smugi światła przecięły mgłę. Seria trafiła bezbłędnie. Spodziewał się ujrzeć rozorany pancerz i wypływające wnętrzności, lecz zamiast tego oślepił go odbłysk własnych strzałów.

Zmrużywszy oczy, przełączył uzbrojenie na działko i wymierzył broń przed siebie. Stworzenie porzuciło baraki, staranowało bramę i zmierzało teraz wprost na niego. Posypały się łuski, dudnienie obrotowych luf przeszło w przeciągły pisk, dym przesłonił i tak rozmazany obraz.

Głuchy szczęk mechanizmu nie wróżył nic dobrego. Zwłaszcza, że działko zostało zdeptane przez Ah’taka w zeszłym miesiącu.

– Prawdopodobieństwo zwycięstwa czterdzieści trzy procent.

Zaklął i nasunął gogle. Rozstawił szerzej nogi i ułożył palec na spuście miecza plazmowego. Ziemia drżała pod tętentem dziesiątek odnóży, szczękoczułki rozwarły się szeroko i odsłoniły czarną studnię gardzieli.

Wyczekał do ostatniej chwili, czyli tej, w której żołądek podszedł mu do gardła. Przez gogle i tak niewiele widział – tańczące cienie zanim włączył ostrze i porażający blask plazmy, kiedy zadawał cięcia.

Z tego, co się stało później, niewiele pamiętał, poza chrupnięciem własnych żeber. Kilka razy uderzył o ziemię i drzewa, resztki obślizgłych wnętrzności stwora przywierały do twarzy i dłoni, posoka mieszała się z olejem hydraulicznym, przegrzane serwa padały jedno po drugim. A on tylko powtarzał pchnięcia i cięcia, aż wskaźnik baterii sięgnął dna. Kiedy ostrze zgasło, odrzucił miecz, policzył do czterech, by napięcie baterii znów podskoczyło i uruchomił piłę łańcuchową. Korpus zwierzęcia wił się i przygniatał go do ziemi, szczątki kończyn waliły po ramionach i głowie, lecz on cierpliwie przecinał się przez kolejne segmenty pancerza, szarpał łańcuchem miękkie, pulsujące organy, drążył wnętrze bestii, aż w końcu dotarł do głowy.

Stwór znieruchomiał. Łowca wyczołgał się z parujących resztek i legł obok truchła.

 

Wydawało mu się, że przymknął oczy tylko na moment, lecz kiedy je otworzył, spoczywał już obok kontenera. Ktoś przetarł mu czoło szmatą. Nad sobą zobaczył dwie zatroskane twarze.

– Co, do cholery, robicie na tym bagnie?

Zapewne nie był to najlepszy początek konwersacji, lecz nieznajomych to nie zraziło.

– Dziękuję. Nie wiedzieliśmy, że tak się wścieknie, że podebraliśmy jaja – odezwał się mężczyzna.

– Pewnie wytropiła nas po zapachu. Gdyby nie ty, byłoby krucho – dopowiedziała kobieta.

– Jaja… tego czegoś? Wy to macie jaja!

Próbował się zaśmiać, lecz żebra boleśnie dały znać o sobie. Potem się zamyślił: taka bestia, wytresowana od małego, mogła być atrakcyjnym towarem.

– Koledzy po fachu, hę?

– Też jesteś biologiem?

W głosie kobiety zabrzmiała nadzieja, lecz mężczyzna szczypnął ją w ramię i dyskretnie pokręcił głową.

– No co? – obruszyła się, a potem zerknęła na stertę broni obok przybysza. – Aha.

– Wygląda na to, że chwilowo jesteśmy po tej samej stronie – skwitował łowca. – Zresztą to nie jest rezerwat, tylko zadupie.

– To nie znaczy, że można wszystko… – zaczął mężczyzna, lecz kobieta złapała go za rękę.

– Jesteśmy ci wdzięczni.

Przybysz z trudem usiadł pod ścianą kontenera.

– Przysługa za przysługę. Naładuję u was baterie, naprawię sprzęt i powiecie mi, gdzie żyją ignaki. Coś w rodzaju latającego pająka. Obiecuję nie wytrzebić gatunku i biorę go żywcem.

– To zwierzęta społeczne – żachnął się mężczyzna – Będzie cierpiało.

– A my nie jesteśmy społeczni? Dobra, wezmę dwa, żeby was nie gryzło sumienie.

– Trzy to minimum. Moglibyście chociaż się douczyć, zanim…

– Przestań, Jack.

Kobieta znów ścisnęła partnera za dłoń, lecz ten burknął coś pod nosem, a potem odszedł. Odprowadziła go wzrokiem.

– Czy jest jeszcze coś, co możemy dla ciebie zrobić? – Przykucnęła przy łowcy.

– Po pierwsze – ściszył głos – mogę ci pomóc zdobyć więcej jaj tego czegoś, ale kilka wezmę dla siebie. A po drugie… wiem, że to brzmi idiotycznie… szukam jednorożca.

Znał kilka wariantów reakcji, od zażenowania do rozbawienia. Powtarzały się na tyle regularnie, że miał poczucie klęski jeszcze zanim zadał pytanie.

Teraz było inaczej. Kobieta otworzyła szerzej źrenice i uniosła brwi.

– Widziałam go! Jack nie chciał mi uwierzyć. Bardzo chcę tam wrócić…

– Jutro? – zapytał bez ogródek. – Może zdążę naprawić sprzęt.

– Jutro. Mam na imię Paula.

– Łowca. Po prostu Łowca. – Podał jej dłoń.

 

# # #

– Jak się tu dostałeś? – zagadnęła Paula, kiedy przekraczali zwalony pień. Jack, który szedł jako pierwszy, nie wydawał się szczególnie rozmowny. – Nie powiadomili nas, że jest nowy transport. A mamy zamówione sporo gratów, więc…

– Mam swój statek.

– No co ty? Łowcy tyle zarabiają?

– Demobil do likwidacji. Napęd strumieniowy anihilacyjny, wyrzut pionów. Wziąłem jako odpad radioaktywny. Nawet mi zapłacili za utylizację.

– Taki z rurowym kadłubem? Igła? Boże, widziałam w muzeum, jak byłam mała. Zaraz, one nie są zabronione? Promieniowanie gamma i te sprawy…

– Do lotów cywilnych, tak. Ten nadal udaje sprzęt wojskowy.

– Ale Drugie Cesarstwo dawno upadło! I nie jesteś wojskowym!

– System sprawdza tylko kody. Cesarstwo może zlikwidowali, ale tabele przepisali, nikomu nie chciało się grzebać.

– Aha, to przez ciebie mieliśmy wczoraj zakłócenia w łączności! A myślałam, że to burza w koronie gwiazdy. I gdzie masz transporter?

Łowca wycelował palec w niebo.

– To jakim cudem znalazłeś się tu?

– Zeskoczyłem ze spadochronem.

Uniosła brwi tak wymownie, że uprzedził jej pytanie.

– Logistyka. Weźmy takiego orgeta, kojarzysz, prawda? Szybka bestia, żeby go złapać, trzeba tropić dwa lub trzy dni. Więc jak już mam drania, jestem ponad sto kilosów od transportera. Na start i lądowanie pójdzie sporo paliwa. Poza tym, transporter trzy dni jest narażony na miejscową faunę, florę i klimat. Gdzie tu sens? Wiesz, wszyscy używają transportera. Lubią go mieć gdzieś za plecami, żeby nie srać w gacie ze strachu. Ja nie potrzebuję. Ląduję i od razu czuję, jak jest. Żeby tropić zwierzaki, trzeba myśleć jak one.

– Kuszące, ale jednak wolę spać w łóżku i rano pić errhu bez robala w kubku.

– Macie niezłe errhu. Dawno nie piłem.

– Jak dawno?

Próbował sobie przypomnieć. Obrazy przelatywały mu przed oczami, aż pojawił się ten, który nie powinien. Bezwiednie zwolnił kroku, zmrużył oczy, zacisnął pięści.

– To, eee, w końcu złapiesz trzy ignaki?

Odchrząknął i wyprostował plecy, jakby zrzucił coś z ramion.

– Cztery.

– Zamiast jednego?

– Z nudów czytałem waszą publikację. Płeć igrek dokonuje wyboru zet, racja. Ale to wybór przez odrzucenie. Jeśli złowię iks, igrek i zet, igrek i tak odrzuci zet, więc zostanie z niczym. Muszą być zet jeden i zet dwa. I tego gorszego nie można usunąć z otoczenia. Igrek musi go co jakiś czas spotykać. Żeby widział, dlaczego wybrał jedynkę.

Paula zrobiła wielkie oczy.

– Jack, mówiłam ci! Miałam rację!

– Z czym?

– No, z tym, dlaczego zetów jest więcej! On przeczytał i…

– Nie przypominam sobie, żebyśmy dawali komiksowy abstrakt – rzucił Jack, nawet nie spojrzawszy na łowcę. – Spekulacje są najłatwiejsze. Applied Galactic Zoology to nie prasa brukowa.

Paula westchnęła.

– Jack, możesz czasem wyluzować?

Mężczyzna mruknął pod nosem i przyśpieszył kroku. Kiedy znalazł się wystarczająco daleko, Paula odwróciła się do łowcy.

– Nie rozumiem, skąd się tu wziął jednorożec – wyszeptała. – Nie ma żadnych ssakopodobnych. Nie ma odpowiedniego biotopu.

– Gdzie?

– Na skałach.

– Skałach? Są tu góry? Dziwne, nie mam na mapie…

– To studnia. Gigantyczny otwór w ziemi, wiecznie zakryty mgłą. Tutaj! – Uruchomiła miniprojektor.

– „Studnia przeznaczenia” – odczytał i się uśmiechnął. – To twój pomysł? Cóż, przeznaczenie czeka, chodźmy!

 

# # #

Myślał, że słowem „gigantyczny” Paula chce nadać opowieści koloru. Kiedy jednak stanęli na krawędzi zapadliska, było to jedyne określenie, jakie przychodziło mu na myśl – a widział wiele.

U stóp otwierał się wręcz inny świat. Strome zbocza z białego wapienia opadały ku dnu, zakrytemu przez nieprzenikniony welon chmur. Widział niezliczone wąwozy, żleby, rynny, żebra wąskie jak ostrze noża i fantazyjne iglice. Wyrzeźbione przez wodę ażurowe struktury przypominały wielki, koronkowy obrus. Ze szczelin wyrastały kępy roślin: długie, wężowe łodygi przepełzały przez skalne uszka i owijały wokół śnieżnobiałych zębów.

– Myślałem, że mamy iść po ignaki. Widzę, że nie mogłaś sobie darować – rzucił Jack z przekąsem.

– Przecież to po drodze – odpowiedziała Paula. – A to niesamowite miejsce.

– Jest łowcą, nie turystą – skwitował, nawet nie spojrzawszy na tego, o kim mówił.

– Schodziliście już na samo dno?

– Próbowałam wysłać drona, ale brzęczenie wirników od razu przyciąga stworzenia latające.

– I tylko takie tu są, w dodatku niewiele. – Łowca kolejny raz spojrzał na skaner. – Nie dziwi was to? To jeden wielki domek dla owadów, dziura na dziurze.

– Kontemplujemy czy idziemy dalej? – odezwał się Jack.

– Zejdziemy na dół. Tam, na lewo, i potem wąwozem.

– Słuchaj, pomogłeś nam, ale…

– Chcę zejść, Jack – wtrąciła Paula.

– Szukać jednorożca? – Jack pokiwał głową. – Taki duży chłopiec, a dał się wrobić.

 

# # #

Jeszcze przed chwilą wszyscy gapili się na modre jezioro, do którego opadały srebrne nitki wodospadów. Nawet Jack na moment przerwał złośliwości.

Teraz łowca odbezpieczał broń, Paula wrzeszczała, a po jej partnerze została rozmazana czerwona plama na szczękoczułkach i szczątki, które drapieżnik łakomie upychał do gardzieli.

Łowca zaklął. Właśnie dlatego polował sam: żeby słuchać podszeptów instynktu. Ten podpowiadał od dłuższego czasu, że jeśli mieszkańcy planety omijają to miejsce, jego również nie powinno tam być. Rozsądek wyjątkowo się zgadzał i dopowiadał dalszy ciąg: drapieżnik szczytowy. Coś, co potrafi zeżreć wszystkie inne stworzenia.

Gdyby łowca miał więcej czasu, pewnie zachodziłby w głowę, jak mogli nie zauważyć czegoś wielkości bloku mieszkalnego. Przeszli ledwie kilka kroków od przyczajonego monstrum. Skaner nie ostrzegał, choć w odczytach pojawił się dziwaczny szum.

Ogromny pająk był cały oblany wapieniem – tym samym, który wytworzył widowiskowe nacieki na skałach. Zapewne ukrywał się pod wodospadami, a rozpuszczone w wodzie minerały narastały coraz grubszą warstewką. Kamuflaż był perfekcyjny, nawet dla elektroniki.

– Stopień zagrożenia poza skalą – ocenił asystent.

– Paula, uciekaj! – krzyknął. Zsunął przyłbicę. Na porysowanym szkle rozbłysły czerwone linie.

Świsnęła rakieta wystrzelona z naramiennika. Hałas go ogłuszył, dym uderzył w nozdrza. Nakierował pocisk ręcznie, wprost do wciąż otwartego otworu gębowego.

Rozbłysła kula ognia, grad odłamków wapienia zabębnił o skały i poszatkował darń. Kilka okruchów trafiło również łowcę, lecz ten już gnał w kierunku bestii.

Pająk wyłonił się z obłoku dymu, wprawdzie częściowo pozbawiony osłony, lecz jeszcze bardziej upiorny. Spod osmalonego wapienia wystawała niebieska, pulsująca tkanka, przyczepiona do ażurowego szkieletu zewnętrznego – stwór wyglądał niczym ruchomy zbrojony bunkier, w którym ktoś zamiast betonu użył galarety.

Uruchomił działko. Użyte w biegu nie było szczególnie celne, lecz monstrum było na tyle blisko, że wszystkie pociski i tak trafiały. Zamek szczękał raźno po wczorajszej naprawie, lufy dudniły, aż rozgrzały się do czerwoności.

W końcu rozległ się wizg pustego bębna. Łowca włączył blaster. Poszarpana wcześniejszym ostrzałem galareta zawrzała, mięso wybuchało i rozrywało powłokę, odnóża wpadły w drgawki, a bestia się zachwiała, jakby miała runąć na ziemię.

Symbol baterii niespodziewanie zamigotał na czerwono.

– Co, do diabła?

Nagle przypomniał sobie, jak rano Jack zadał mu serię pytań na temat uzbrojenia. Nieoczekiwany przebłysk uprzejmości skończył się równie szybko, jak zaczął, akurat wtedy, kiedy łowca siadał do posiłku i nie pilnował sprzętu.

Zerknął na rozwścieczonego giganta. Potem przeniósł spojrzenie na odległą krawędź zapadliska.

– Prawdopodobieństwo ucieczki trzydzieści siedem procent – ucieszył się asystent.

Paula, zamiast uciekać, stała nad brzegiem jeziora jak słup soli.

– Prawdopodobieństwo ucieczki z obciążeniem marginalnie niskie – ostrzegł pomocnik.

Zawtórował mu złowieszczy odgłos. Zwierzę, jeszcze przed chwilą oszołomione atakiem, teraz mocno wbiło odnóża w ziemię. Łowca przejrzał uzbrojenie: z tak słabą baterią był skazany na miotacz płomieni.

– Szaleństwo – ocenił asystent.

– Przymknij się!

Sięgnął do zasobnika i wyjął kapsułki ze środkiem usypiającym. Załadował do pistoletu. Dawka była obliczona na stworzenia wielkości psa, więc nie robił sobie wielkich nadziei. Wystrzelił je serią, jedna po drugiej. Uwięzły w niebieskiej galarecie, lecz pająk nawet nie zwolnił.

Na dnie zasobnika wymacał jeszcze jedną kapsułkę, przylepioną taśmą. Zawsze tam była: środek przeznaczony dla ssaków nieparzystokopytnych. Oderwał taśmę, załadował.

– Struktura białek nie odpowiada… – zaskrzeczał głośnik.

– Miałeś się przymknąć!

Nacisnął spust, wystrzelił. Odbezpieczył harpun. Jak automat nawlekał cały arsenał na bęben – lassa z włókien karbonowych, sieci samozaciskowe, kleje nienewtonowskie. Bestia zwolniła, kiedy oplątały jej odnóża, lecz już po chwili rozległo się trzeszczenie, a potem świst pękających lin.

Pająk zwrócił się ku niemu tym, co zostało z głowy – poszarpaną jamą, z której brzegów zwisały odłamki szkieletu i kawały mięsa. Ciemny, rozedrgany tunel prowadził wprost do wnętrzności. Jedyne ocalałe oko łypnęło na niego. Potwór rzucił się do przodu.

Łowca uniósł miotacz płomieni, nacisnął spust i zamknął oczy. W twarz uderzyło gorąco, łoskot drgającego powietrza zagłuszył inne dźwięki.

Kiedy podniósł powieki, ujrzał nieruchome, dymiące ciało bestii.

– Wstrząs anafilaktyczny – skomentował asystent. – Prawdopodobnie reakcja na środek usypiający dla ssaków.

Mężczyzna odetchnął i ruszył w stronę Pauli. Siedziała na dywanie z mchów i szlochała. Kiedy był już blisko, niespodziewanie uniosła rękę, jakby chciała coś pokazać.

Jednorożec. Stał nieruchomo na pagórku, w pozie niczym z okładki książki: uniesiony wysoko łeb, róg wycelowany w niebo, ugięta przednia noga.

– Muszę go mieć! – warknął łowca.

Błyskawicznie zawrócił w stronę pokonanego pająka, chwycił pierwszą lepszą linę i zaczął wyszarpywać ją spod szczątków. Zawyły przeciążone serwa egzoszkieletu, przyłbica rozjarzyła się czerwienią krytycznych ostrzeżeń, zaskrzeczał asystent. Mężczyzna nie zwracał na to uwagi, oplótł linę wokół ramion i raz po raz ciągnął z całych sił. Włókna wrzynały się w martwe ciało bestii i rozpruwały materiał kombinezonu: kiedy wreszcie uwolnił karbonowe lasso, krew spływała mu po ramionach i dłoniach.

Wyświetlacz na przyłbicy zgasł. Łowca zaklął i uwolnił się z egzoszkieletu, który upadł na ziemię z głośnym chrzęstem. Wpatrzony w jednorożca ruszył w jego stronę, owinąwszy linę na lewym ramieniu, a długą pętlę ująwszy w prawą dłoń.

– Nie… nie zostawiaj mnie!

Zrobił jeszcze kilka kroków, zanim dotarł do niego sens słów wypowiedzianych niewyraźnym, drżącym głosem. Zerknął przez ramię. Paula bujała się wprzód i w tył niczym wańka-wstańka, niezdolna wstać z miejsca. Przetarła dłonią mokre policzki i zasmarkany nos. Utkwiła w nim spojrzenie.

– Cholera! – zaklął łowca i wykonał ruch, jakby chciał wyjąć paproch z oka.

Kłaczki mgły znad jeziora na moment przesłoniły wzgórze. Kiedy się rozwiały, jednorożca już tam nie było.

 

# # #

Wracał do zapadliska jeszcze cztery razy. Paula drżała na samo wspomnienie o tym miejscu, ale bała się zostawać sama. Chcąc nie chcąc, przywołał transporter, dzięki któremu mógł szybciej podróżować między bazą a miejscem poszukiwań. Zapasy wodorowego paliwa topniały jednak w zastraszającym tempie, a wiekowy elektrolizer tlenkowy w bazie nie nadążał z produkcją.

Przed wyprawami do zapadliska podawał Pauli środek usypiający. Wracał, zanim się obudziła. Pierwszy dzień przepłakała, zamknięta w pokoju. Wstawił jedzenie za drzwi, lecz nawet go nie tknęła. Później się uspokoiła i łowca miał nadzieję, że stopniowo odzyska równowagę. Szybko się przekonał, że to tylko kolejny etap kryzysu. Paula błądziła po bazie niczym zjawa, potrafiła zastygnąć w jednej pozie długie minuty, tępo wpatrzona w przestrzeń przed sobą, po czym niespodziewanie biegła do innego zakątka, jakby coś sobie przypomniała. Łowca musiał co chwilę sprawdzać, czy nie zaprószyła pożaru albo nie wypuściła do zlewu całego zapasu wody pitnej. Klął przy tym jak szewc, bo w roli opiekuna czuł się jak mechanik pokładowy, któremu kazano naprawić obwody myślowe droida kluczem francuskim.

Pewnego dnia Paula podeszła do niego i się przytuliła. Odwykły od bliskości, nie wzbraniał się zbytnio – może właśnie tego potrzebowała, by wrócić do żywych? Dotyk szybko przeszedł w pieszczoty. Początkowo uległ pokusie i odwzajemniał je, ale kiedy wyszeptała imię „Jack” zmroziło go. Łudził się jeszcze, że to przejęzyczenie, że dała się ponieść emocjom – dopóki nie spojrzał w rozpalone oczy. W szeroko otwartych źrenicach nie widział siebie, tylko Jacka.

Kiedy ją odepchnął, ostrożnie, lecz stanowczo, wpadła w furię. Wrzeszczała, nieporadnie drapała i biła go rękami, aż nabiła sobie sińce. W końcu obezwładnił ją i podał środek uspokajający.

Zrozumiał, że muszą opuścić planetę. Przygotował transporter do startu, spakował wyniki badań Jacka i Pauli, naszykował rzeczy kobiety i zrobił jej miejsce w kabinie. Kiedy ją odprowadzał do wejścia, znów była osowiała. Co kilka kroków zatrzymywała się, zerkała na otoczenie i kręciła głową, jakby nie rozumiała, co się wokół niej dzieje.

Usiedli w fotelach. Uruchomił dysze wodorowe, sprawdził ciąg. Podpory opuszczały miękkie podłoże jedna po drugiej, kadłub trzeszczał, napęd plazmowy również zaczynał się rozgrzewać.

Niespodziewanie gdzieś na skraju chmury ognia z silników pojawił się znajomy kształt. W pierwszej chwili łowca myślał, że zmęczony umysł spłatał mu ponury żart. Kiedy asystent nałożył na sylwetkę jednorożca żółty trójkąt ostrzegawczy, łowca aż krzyknął.

Szarpnął za dźwignię ciągu, lecz było już za późno. Silnik plazmowy uruchomił się zaledwie na ułamek sekundy. To jednak wystarczyło, by stopić grunt pod transporterem w szklistą masę i zrównać z ziemią całą połać lasu.

Pociągnął drążek, błyskawicznie posadził maszynę w chłodniejszym miejscu, aż zajęczały amortyzatory. Rozpiął pasy, otworzył właz i nie zważając na obłoki pary pobiegł w miejsce, gdzie zauważył zwierzę.

Na wpół spalone ciało leżało tuż za brzegiem krateru. Już zaczął przeklinać własną nieuwagę, kiedy zauważył, że szczątki jedynie z wierzchu wyglądały na organiczne. Pod osmaloną skórą krył się cybernetyczny mechanizm.

– Co, do cholery?

W kłębowisku rurek, przewodów i włókien piezoelektrycznych rozbłysło światełko. Nad rozerwanym brzuchem stworzenia zamajaczył trójwymiarowy obraz. Początkowo był rozedrgany i przekrzywiony, jakby operator dopiero ustawiał kamery. Potem kontury stały się ostre, a z ukrytego głośniczka rozbrzmiał dźwięk.

 

# # #

Z prawej strony błyszczał brzeg jeziora. Resztę kadru wypełniała pustynia. Na czerwonym piachu stały dziwne obiekty, rozstawione w prawie jednakowych odstępach. Na pierwszy rzut oka niektóre przypominały formy wyrzeźbione w skałach przez wiatr, lecz uważniejsze spojrzenie wyławiało szczegóły charakterystyczne dla żywych istot: zarysy odnóży, żyłkowanych skrzydeł owiniętych wokół ciała, segmenty pancerzyków. Można by je nazwać poczwarkami, gdyby nie to, że przedstawiały raczej różne stadia rozkładu niż narodzin. Nieliczne ciała mieniły się bajecznymi kolorami i olśniewały perłowym połyskiem, podczas gdy z innych zostały tylko białe, podziurawione jak rzeszoto skorupy, w których świszczał wiatr.

– Mark, czuję się dziwnie. Jak na cmentarzu – zabrzmiał głos zza kadru.

– Nie byłaś na cmentarzu?

– Tak, ale nie po to, żeby zobaczyć, jak ktoś umiera. Nie będziemy przeszkadzać? Mówiłeś, że to inteligentne zwierzęta.

– Ale jednak zwierzęta. Uwierz mi, to jak największa tajemnica. Filmowaliśmy setki razy, jak zwierzę walczy o życie, ale nigdy stworzenia, które chce umrzeć.

– A samice, które stawały się pokarmem dla potomstwa? I wycieńczone zalotami samce, które umierały zaraz po?

– No właśnie, zawsze przy okazji powstawało nowe życie. Te umierają, bo chcą. Przebadałem kilka ciał, nie widzę więcej oznak chorób niż u reszty populacji. Nie są stare, albo jeśli są, to czysty przypadek. Jeśli to nagramy, będziemy na okładce Journal of Galactic Fauna, a może nawet w Nature!

– A ty byś chciał, żeby cię ktoś filmował w takiej chwili?

– Dla dobra nauki? Czemu nie. Wiesz, mam pomysł. Siądziemy w rogu kadru, żeby było nas widać. Może w Nature tego nie wytną.

– Po prostu… nieswojo się tu czuję. Jedna scenka i się zbieramy, ok?

Na obrazie pojawiła się para. Usiedli na brzegu jeziora, ona siedziała na piasku z rękami założonymi za kolana, on obejmował ją za ramię.

– Nadlatuje. Teraz cicho, dobrze?

Coś, co początkowo było ledwie widocznym punktem na niebie, zbliżało się i nabierało kształtów. Zwierzę przez chwilę krążyło nad cmentarzyskiem, w ogóle nie zwróciwszy uwagi na ludzi. Potem wybrało miejsce do lądowania. Zatrzepotało skrzydłami, podniósłszy przy tym obłok piasku, po czym z gracją osiadło na podłożu. Przycupnęło na ziemi i złożyło skrzydła. Jedną parą owinęło się tak, jak robi to śpiący nietoperz, drugą zaczęło metodycznie czyścić odnóżami i czułkami. Drobne, półprzezroczyste łuski mieniły się kolorami tęczy, każdy ruch malował na powierzchni nowe figury – elipsy, pierścienie, czasem nieregularne kleksy. Te same zabiegi powtórzyło z drugą parą skrzydeł, lecz ruchy powoli zwalniały, wzory traciły na regularności, a stworzenie coraz częściej zastygało na chwilę w bezruchu, jakby zgubiło rytm. W końcu przybrało pozę taką, jak wszystkie pozostałe. Wystawiło głowę ku światłu i czekało.

– Muszę skalibrować sensory, dziwne te odczyty – dał się słyszeć szept mężczyzny.

– Zainstalowałeś tam czujniki? Skąd wiedziałeś, gdzie wyląduje?

– Zrobiłem wolne miejsce.

– Co?

– No, sprzątnąłem jednego. Prawie sam proch.

– Mark, tak nie wolno! Niewiele o nich wiemy, a ty…

– Cholera, całkiem padło.

– Bo wtyk się rozpiął, widzisz? Masa piachu w środku. Daj, mam zręczniejsze palce…

Na moment para zniknęła z wizji. Tymczasem stwór niepodziewanie drgnął. Odnóża, dotąd ułożone wzdłuż ciała, w jednej sekundzie rozczapierzyły się na boki, wszystkie włoski, haczyki i wyrostki stanęły dęba. Skrzydła, dotąd lśniące i gładkie, zmarszczyły się niczym zmięte sreberko. Fasetki niebieskich oczu pękały jedna po drugiej, jakby coś wsysało je do środka.

– Au!

– Co?

– Cholerny kabel, kopnęło mnie.

– Daj… Mel, co to jest? Masz czarne palce!

– Mark, to boli, bardzo! Proszę, zrób coś… Ręce, moje ręce!

Słowa zagłuszył spazmatyczny szloch, a potem jęk. W kadr wszedł mężczyzna. Cały drżał, spojrzenie szeroko otwartych oczu było utkwione w jednym punkcie, usta układały się do krzyku, lecz nie wyszedł z nich ani jeden dźwięk.

– Mark, nie zostawiaj mnie! Mark!

Mężczyzna nadal się cofał. Kiedy krzyk kobiety przeszedł w charkot, odwrócił się i pobiegł przez pustynię.

 

Projektor zgasł, a łowca padł na kolana.

 

Epilog

– To twoja sprawka! – wycedził już na progu.

– Twoja. Doprowadziłeś do śmierci Mel, a potem chciałeś ją wskrzesić.

– Nie rozumiem, po co zadałaś sobie tyle trudu, żeby wysłać tam jednorożca?

– Żebyś wrócił.

– Co? Zaraz, zaraz, te wszystkie zlecenia na zwierzęta…

– Nie wszystkie, mój kochany. Ostatnio zrobiłeś się tak dobry, że musiałam się wbijać w kolejkę. Ale część była ode mnie. Potrzebowałam składników.

– Nadal nie rozumiem!

– Wiesz, wskrzeszenie to jednak wymiana życia za życie. Musiałam mieć te istoty, żeby ożywiać ludzi. Szukałam łowcy, ale ci, których spotykałam, byli żałośni. Zrozumiałam, że muszę sama wytrenować kogoś, kto będzie łapał zwierzęta. Tylko nie miałam pomysłu, jak to zrobić. I wtedy ty się pojawiłeś. Czekałeś miesiąc na spotkanie, pamiętasz? Ja w tym czasie zbierałam informacje. Mam znajomego hakera, tak zdobyłam filmik. Przy okazji, ta pani biolog, z którą wtedy flirtowałeś przez internet, to byłam ja. Rozumiem, podobno takie szybkie pocieszenie pomaga zapomnieć, w końcu jesteśmy tylko ludźmi…

– Zniszczyłaś mi życie – warknął – zobacz, jak wyglądam!

– Wprost przeciwnie. Nadałam nowy sens twej egzystencji. Uprzedzam, jest jeszcze kilka stworzeń, których potrzebuję.

– Nic z tego! Znalazłem jednorożca, mamy umowę! – Demonstracyjnie rzucił róg na stół.

– Tak. Zrobię to.

– Zaraz… serio? Byłem pewien, że znajdziesz wykręt, a wtedy roztrzaskam ci czaszkę.

– Cóż, inwestycja w ciebie już mi się zwróciła. Mam honor.

– I ożywisz Mel?

– Tak, choć będzie pamiętała tylko okres, w którym rósł włos. Powiedz, czy miała go na sobie, kiedy… no, wiesz…

– Nie. Znalazłem go w domu.

– Więc dobrze się składa.

Już miał w ręku włos, kiedy się zawahał.

– Będziesz mogła ją ożywić w każdej chwili, nie tylko teraz?

– Teoretycznie. Ale wiesz, jak to jest z miłością. Jeśli zwątpisz choć jeden raz, powrotów nie ma.

Drżącą dłonią spakował włos z powrotem do torebki.

– Uff, odetchnęłam z ulgą.

– Co?

– No, że zrozumiałeś.

– Wiedźma! – burknął i obrócił się na pięcie.

– Biocybernetyczka!

Koniec

Komentarze

Przeczuwam 1-szą nagrodę!

Biocybernetyczka pozdrawia czytelnika i dziękuje! Też lubi wróżyć z fusów, ale errhu nie dowieźli.

Witaj. :)

Na razie tylko krótkie pytanie, Szanowny Anonimie, bo widzę, że masz znaków: 30001.

 

 

W wymogach widzę:

“Limit znaków: Minimalny 10K, maksymalny 25K według licznika portalowego”.

Natomiast w komentarzach – że Jury dorzucić może dodatkowo 5 tys. 

Czy limit zatem nie jest przekroczony? 

Czy limit zatem nie jest przekroczony? 

 

Biocybernetyczka pozdrawia Bruce!

Moja droga, wyjaśnienie jest proste – zasada nieoznaczoności Heisenberga, uogólniona oczywiście, oraz teoria strun grawitacyjnych. O poranku opowiadanie miało dokładnie 29998 znaków, zaś teraz, bez żadnych ingerencji ze strony bohaterów, ma 30001 znaków, co niechybnie jest związane ze zbliżaniem się do serwera NF masywnej czarnej dziury. Jest to również oczywisty dowód na istnienie tak zwanych ciemnych znaków.

Cóż, za chwilę wyślę łowcę w czeluści opowiadania, by na wszelki wypadek wyrżnął jeszcze dwa znaki. Jest to jedynie jednak zamaskowanie problemu, a nie jego rozwiązanie, bowiem jutro opowiadanie może spuchnąć o kolejne dwa znaki, aż w końcu stanie się jedynie ciemną materią.

Czy nie warto zatem czytać historię, dopóki jeszcze jest i my jesteśmy, czy zatrzymywać się na liczniku serwerowym, który jak widać wybija już rytm zagłady?

Biocybernetyczka pozostawia Bruce z tym egzystencjalnym pytaniem XD

 

 

Biocybernetyczka pozdrawia również Ambush! Czyżby Jurorka również dołączyła do ruchu religijnego Santa Muerte?

Po tak szczegółowym objaśnieniu wypada mi tylko wrócić do lektury. :)

Kwestie językowe i nasuwające się przy nich wątpliwości oraz sugestie (tylko do przemyślenia):

– Dziękuję. Nie wiedzieliśmy, że tak się wścieknie, że podebraliśmy jaja. – odezwał się mężczyzna. – błędny zapis dialogu?

– To zwierzęta społeczne – żachnął się mężczyzna – Będzie cierpiało. – tu także plus wątpliwość – skoro: „zwierzęta społeczne” w liczbie mnogiej, to czemu potem: „będzie cierpiało” w pojedynczej?

Wiesz, wszyscy używają transporterów. Lubią go mieć gdzieś za plecami, żeby nie srać w gacie ze strachu. – tu podobnie – skoro mowa o liczbie mnogiej („transporterów”), czemu potem jest pojedyncza („go”)?

 

Paula popatrzyła za nim, a potem zwróciła się do łowcy. – dwukropek na końcu?

– Czy jest jeszcze coś, co możemy dla ciebie zrobić?

 

– Jutro. Mam na imię Paula. – hmmm, to imię padło już wcześniej („Paula popatrzyła za nim, a potem zwróciła się do łowcy”) i zastanawiało mnie, skąd je znamy

 

Rozumiem, takie szybkie pocieszenie podobno pomaga zapomnieć, w końcu jesteśmy tylko ludźmi… – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

– Zniszczyłaś mi życie! – warknął – Zobacz, jak wyglądam! – tu też błędny zapis dialogu?

– Nic z tego! Znalazłem jednorożca, mamy umowę! – demonstracyjnie rzucił róg na stół. – i tutaj?

 

 

Jestem urzeczona pomysłem oraz jego realizacją. Znakomite opowiadanie! Te stworzenia, cały świat z zasadami nim rządzącymi, opisy walk, postać łowcy, intryga wiedźmy, ów nieszczęsny jednorożec – miodzio! :)

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Łowca burknął, że się zateguje te dialogi. Biocybernetyczka zerknęła, co też narobił, w jednym miejscu nawet wtrąceń dialogowych mu się zachciało, miał chłop fantazję:

 

– Zniszczyłaś mi życie – warknął – zobacz, jak wyglądam!

 

Tylko liczb pojedynczych i mnogich gdzieś nie chciał poprawiać, kwękał, że “zwierzątko społeczne” brzmi sporo gorzej, a potem jest mowa o jednym zwierzątku. Za to transporterom wszystko jedno, podobnie jak “wszyscy tam jeżdżą samochodami/wszyscy tam jeżdżą samochodem” tylko nieznacznie zmienia znaczenie (kładzie w pierwszej wersji nacisk na mnogość samochodów, w drugiej skupia uwagę na środku transportu, co w mowie potocznej i dialogu i tak nie będzie zauważone).

Biocybernetyczka zaparzyła errhu i pozdrawia znad kubeczka!

 

 

 

Jasne, jasne, to tylko sugestie do przemyślenia, pozdrawiam. heartkiss

 

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

Biocybernetyczka pozdrawia Jurora!

 

Chętnie pomoże pozbyć się przypadłości widocznej na obrazku – czy Juror już się namyślił, co mógłby utracić, czy też zda się na wynik rzutu kostką?

Juror odpozdrawia Biocybernetyczkę!

Juror mógłby rzec, że nie ma nic do stracenia…

Z drugiej strony nic tak nie dodaje kolorytu jak przyjemne krytyczne powodzenie lub krytyczne niepowodzenie na kości (i w kościach)

Biocybernetyczka oznajmia, że wypadła trójka. Oczekuje od Jurora własnoręcznie napisanej, trzytomowej książki, co najmniej 400 stron na tom, jeszcze pachnącej farbą drukarską. Jest oczywiście szansa, że po stworzeniu owego dzieła Juror będzie w stanie równie, a może nawet bardziej opłakanym niż bohater w otwarciu drugiej scenki. Co więcej, asystent podpowiada, że szansa taka jest całkiem spora.

Wtedy Juror ujrzy w odbiciu kogoś innego. A kogo, hm, któż to wie?

Co? Że trójka to jednorożec? Ale to przecież kostka kwantowa jest, sprzęga swoją macierz stanów własnych funkcji Schroedingera z macierzą ofiary szanownego gościa. Funkcji, nie kota, przecież wyraźnie piszę! Wiedźmy mają koty, biocybernetyczki mają funkcje!

Powieść… phi…

Juror kiedyś sobie tworzył opasłe dzieła wielotomowe (Biocybernetyczka celnie wywnioskuje, że był wtedy nastolatkiem i miał czas oraz nie miał zdolności), ale ich jakość jest taka, że chyba juror się zadowoli obecnym widokiem w lustrze.

W końcu nie jest taki zły.

A tak w ogóle to proszę jurora nie zagadywać, on ma czytać, nie pisać ;)

Czego to nie zrobi zakochany facet… 

Czytało się w porządku. Twist zaskoczył należycie i satysfakcjonująco. 

Trochę widać, że Anonim chętnie wykorzystałby dodatkowe znaki.

Biocybernetyczka pozdrawia Finklę i potwierdza, że gdyby znaków było więcej, wręcz cała historia mogła się potoczyć inaczej. Miała niecny plan zafundować łowcy solidną pętlę czasową w zdeformowanej czarną dziurą czasoprzestrzeni, żeby dać mu nieskończenie wiele okazji do przemyśleń – w tym różnicy między stanem zakochania i kochania.

A tak mogła tylko próbować zasiać ziarenko w myślach i czekać, czy coś z niego wyrośnie.

Jest ciekawa, czy w myślach czytających owo ziarenko niepokoju też wykiełkuje, bo walki z robalami są może widowiskowe, ale to tylko tło do czegoś, co nie jest nazwane, i to niekoniecznie z uwagi na ilość znaków ;)

 

A, prawda, zapomniałam pozdrowić biocybernetyczkę i łowcę, co niniejszym naprawiam.

Nie jestem dobrym kandydatem do pielęgnowania ziarenka zakochania – pytaj innych.

Serwus,

Fajne opowiadanie. Ciekawy pomysł i dobre zakończenie. Na pierwszy rzut oka może kojarzyć się z Wiedźminem w wersji sci-fi (co, broń Boże, nie jest zarzutem), ale w gruncie rzeczy tekst ma własny pomysł na siebie i idzie w swoim kierunku.

Podobało mi się.

Pozdrawiam i klikam

Biocybernetyczka pozdrawia i cieszy się, że RR tak zrozumiał historię, albowiem jest przeświadczona, że człowiek popełnia i będzie popełniał te same błędy niezależnie od dekoracji – od zarania fantastycznych dziejów aż po odległą przyszłość. To również ją cieszy, bo na odwracanie śmierci zawsze jest popyt.

Opowiadanie pierwsza klasa. Cały czas dzieją się bardzo ciekawe rzeczy. Stworzyłeś wspaniały bardzo klimatyczny świat. Bardzo mi się podobało.

 

Opisy! Istot i świata w którym dzieje się akcja! To wszystko jest na bardzo wysokim poziomie.

 

Pozdrawiam i powodzenia!!!

 

PS.

A teraz z wielką ciekawością przeczytam inne komentarze :D

Anonimie,

historia pełna pełzania i warczenia silników pozwoliła mi przenieść się do innej rzeczywistości, a rzeczony bohater bardzo mi przypominał ulubionego Wiedźmina. Sam świat zaś mocno kojarzy mi się z grą video Horizon, gdzie mamy same biocybernetyczne stworzenia.

Doceniam sugestywne opisy.

Przyjemna lektura, niestety obawiam się, że czegoś przy końcówce nie załapałam… Po co Wiedźma tak bardzo chciała wpłynąć na Łowcę? Rozumiem, potrzebowała składników… No, ale czegoś mi tutaj brakuje… Mówi do niego “zrozumiałeś”, a więc to miała być lekcja… Lekcja o miłości?… Hmmm. 

Długo podejrzewałam, że Łowca tak naprawdę jest w piekle, a cała ta walka o przetrwanie i wskrzeszenie ukochanej stanowi część tortur.

Jako, że lubię zagadki… “Jeśli zwątpisz choć jeden raz, powrotów nie ma” – czyżby Hey “Mimo wszystko”?

Zagrało mi w uszach podczas czytania tego fragmentu.

Biocybernetyczka cieszy się ogromnie:

– z wizyty Davida – cóż, łowca musiał mieć pod górkę, żeby się czegoś nauczyć, więc i przygód miał wiele!

– ze zgadywania Cytryny, mimo upału. Tak, jest to Hey!

<Oklaski oraz dzikie wrzaski widowni>

A obiecana beta będzie do odbioru, jak tylko Cytryna wrzuci coś swojego na betalistę :)

 

Mówi do niego “zrozumiałeś”, a więc to miała być lekcja… Lekcja o miłości?… Hmmm. 

 

Wtedy zostawił Mel na śmierć. Czy sam by zginął – prawdopodobnie tak, ale tego nie wiemy. Chciał ją ożywić, bo wydawało mu się, że kochał.

Czy gdyby ukochana została ożywiona na początku, byliby szczęśliwi – zapewne nie. Jeśli zostawił ją raz, zrobiłby to ponownie.

Czy gdyby została ożywiona na końcu opowiadania, byliby szczęśliwi – zapewne nie, bo choć jest lepszy (Paula jest jego pokutą), to zdaje sobie sprawę z tego, że nie kochał Mel. A cała wyprawa jest w gruncie rzeczy wywołana poczuciem winy, a nie miłością. Więc Mel ze śmiercią jest jednak do twarzy i udawanej miłości również.

Zostaje bez Mel i bez Pauli (gdyby wszedł w romans z Paulą, byłoby to nadużycie). Ale jest Łowcą. 

Ojej, ale super! Dziękuję laugh

Co do fabuły – jednak naiwnie wierzyłam w tę miłość ;).

Pomyślałam, że to o tym, co nieodwracalne, że te same uczucia zdarzają się tylko raz. I nie da się ich “wskrzesić”.

*Tym bardziej, gdy się kogoś porzuciło na pastwę śmierci.

To też bardzo ładna interpretacja. Akurat pod względem uczuć to nie jest zagadka z jednym rozwiązaniem. Wyjątkowo limit sprawił, że udało się opisać tylko działanie – a każdy może teraz je zinterpretować po swojemu. Gdyby limit był większy, może wcale nie byłoby lepiej.

Z ciekawostek – czy w trakcie czytania nie nasuwała się myśl/nadzieja, że w tym jednorożcu jest zaklęta dusza ukochanej, i dlatego łowca ma ją odnaleźć? 

Po głębszym przemyśleniu daję podwójny klik. :)

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :) 

Bohaterowie opowieści kłaniają się, dziękują za zaufanie i są nawet gotowi wystąpić jeszcze kiedyś w mniej anonimowej przygodzie.

Na to liczę, popierając ten wspaniały pomysł; dziękuję także, serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki. :) 

Zerknął na stworzenie. Potem przeniósł spojrzenie na odległą krawędź zapadliska.

Niefortunny rym.

 

Mam wrażenie, że, szczególnie w pierwszym rozdziale, było kilka niedociągnięć technicznych, ale są one na tyle subiektywne, że nawet nie wypisywałem, bo całość czytało mi się płynnie i przyjemnie. Dalej już tylko lepiej, dobrze napisane.

Bardzo specyficzne opowiadanie, nie wiem czy czytałem kiedyś coś podobnego. Świetnie się bawiłem, nieźle to sobie uknułeś, Anonimie. 

Biedna ta Mel, tak podwójnie odrzucona. No ale było to potrzebne, żeby zakończenie nie było płytkie. A udało Ci się zostawić nas z czymś głębszym. 

Da się uśmiechnąć, opowiadanie jest wciągające. Bohaterowie fajni, żywi, chociaż Jack irytował (myślę, że taki był cel). 

Jedyny minus jaki widzę to pęd fabuły. No widać, że skracałeś równo, pod limit. Myślę, że dodatkowe 10 tysięcy znaków zrobiłoby z tego bardzo dobre opowiadanie, tak jest po prostu fajnie, ale mam wrażenie, że czegoś brakuje, choćby lepszych didaskaliów. Mimo to bawiłem się super. Sama wizja wskrzeszenia i wartości, jakie mu towarzyszą, bardzo przypomina mi jeden mój tekst.

Dobra robota, Anonimie, chętnie kliknę do biblioteki. Myślę, że dość łatwo przyjdzie mi zgadnąć kto pisał :D

Biocybernetyczka pozdrawia Michaela!

 

Wysłała Łowcę, żeby spętał owe niesforne rymy, ujeździł i wypuścił dopiero, kiedy nie będą się rymować.

 

chociaż Jack irytował (myślę, że taki był cel). 

Jack również należy do bohaterów, którym ze śmiercią jest do twarzy ;)

 

Myślę, że dodatkowe 10 tysięcy znaków zrobiłoby z tego bardzo dobre opowiadanie

Na przykład rozbudować lekko tylko zarysowaną zazdrość Jacka, zagubienie Pauli i paralelę utraty, introspekcję Łowcy odnośnie Mel – coś w tym jest ;)

 

Myślę, że dość łatwo przyjdzie mi zgadnąć kto pisał :D

Ten nędzny Anonim, który się ulotnił, zostawiwszy bohaterów na pastwę czytelników? Hm, następną przygodę biocybernetyczka opisze sama, bo co jej się widzi, że Anonim zna się na SF jak, nie przymierzając, kura na pieprzu.

I tak wszyscy wiedzą, co to za Anonim XD (Gall!)

– Więcej nie znalazłem.

To nie "rozmówczyni" mówi?

No, wiesz, unifikacja metafizyki z nauką?

wtf XD

Otaksowała go i pokręciła głową.

Hmm.

pro forma

Chyba jeszcze na tyle makaroniczne, że ma być kursywą.

Majątek twego życia

Oszczędności twego życia; albo: cały twój majątek.

bożyszcze tłumów

Tylko jedno bożyszcze? ;)

Błąd logiczny. Skoro cię kochała właśnie za to, kim jesteś?

Błąd logiczny, ale kto go tu popełnia? Czy może raczej błąd metafizyczny, bo takowym jest teoria wiązki :P w myśl której istotą bytu jest zbiór przysługujących mu predykatów (tak, jest poważnie przyjmowana, ale rodzi równie poważne trudności). Jeśli bohater straci jakiś swój predykat, to nie przestanie być sobą.

Dialog z jajem, ale bez grzanki. Wisi w powietrzu to jajo, znaczy XD 

Śmierdziały potwornie, podobnie jak bagno, lecz i tak się cieszył, że może zdjąć hełm.

Hmmmm.

 Silnik Stirlinga wetknięty w ognisko raźnie terkotał

Raźno. Ja bym nie wtykała prosto w ogień, gdzie umieścisz chłodnicę? 

Sięgnął po kociołek i gołą ręką wyciągnął go z płomieni. Spękanej i pokrytej strupami skórze już niewiele mogło zaszkodzić.

Płomień chyba mógł XD a może mamy tu ufoka. Tak czy owak, strasznie porwane te zdania.

Spojrzał na odbicie w mętnej wodzie.

Jakieś konkretne odbicie, hint, hint?

przetrącony nos urągał symetrii

A co ta symetria taka obrażalska? XD

 jeden oniryczny obraz

Hmmm.

Podobnie było z napotkanymi istotami

Hmmm. A tak w ogóle, tradycyjne metody najlepsze XD

 Aromat hekry przeniknął głęboko do zatok

Kuuurczę…

 którejś z mrocznych uliczek

<offtop> Skąd się bierze ta dziwna maniera "którejś z"? </offtop>

diler pieczołowicie odcinał kawałek liścia wielkości paznokcia i z aptekarską precyzją odważał działkę

Albo brał szczyptę suszu i mieszał z półkwaterką zmiotek z podłogi XD

odpalił na próbę miotacz płomieni

Może lepiej: na próbę odpalił miotacz płomieni?

pobruszył łańcuch w pile

A potem mógł już poczywać? :D

fauna obfitowała również w szkodniki

? Fauna to zbiór zwierząt – czy zbiór może obfitować w swoje elementy? Elementy swojego podzbioru?

zasikał dogasający żar

Po czym udusił się od smrodu XD (Ludzie, tam są związki fosforu!)

Wciąż ze szczoteczką w ustach, sięgnął po blaster

Jesteś pewien tego przecinka?

 począł drgać w agonii

Co Wy wszyscy z tym poczynaniem?

Kontemplację ostatnich chwil stwora przerwał mu ludzki krzyk.

Twój twardziel ma jakieś imię? Bo jest tak twardy, że podmioty zaczynają uciekać :)

Wilgotny las aż huczał od odgłosów, jednak ten wyłowił bez trudu. 

Hmm.

łapać się ramionami konarów

… dłońmi chyba?

wciśnięte pomiędzy korzenie gigantycznego drzewa – kilka zardzewiałych kontenerów, otoczonych palisadą

Wszystkie kosmiczne stawonogi zlezą po pniu…

przed wizytą stworzenia, które właśnie spełzało po pniu

Mówiłam? Nagroda Darwina dla tych państwa :D

Wyglądało jak skrzyżowanie wija z długonogim pająkiem.

… było krótkie, ale długie? Hę?

Namierzył i nacisnął spust.

Co namierzył, bo z budowy zdania wynika, że spust?

świetliste smugi przecięły mgłę

Raczej: smugi światła.

dym przesłonił i tak rozmazany obraz

Nie dam głowy za ten "obraz".

Zwłaszcza jeśli działko zostało zdeptane przez Ah’taka w zeszłym miesiącu.

Zwłaszcza, że działko zostało zdeptane przez Ah’taka w zeszłym miesiącu.

szczękoczułki rozwarły się szeroko, odsłoniwszy czarną studnię gardzieli.

Co było pierwsze, rozwarcie czy odsłonięcie?

Przez gogle i tak niewiele widział – tańczące cienie zanim włączył ostrze i porażający blask plazmy, kiedy zadawał cięcia.

Trochę się potknęłam, ale – uu, twardziel.

Z tego, co się stało później, niewiele pamiętał, poza chrupnięciem własnych żeber. 

Hmmm.

resztki obślizgłych wnętrzności stwora przywierały do twarzy i dłoni

Hmmmmmmmm.

policzył do czterech, by dać baterii czas na regenerację

Bateria wyraźnie magiczna. Space marines rule :D

Ktoś przetarł mu twarz szmatą. Nad sobą zobaczył dwie zatroskane twarze.

Powtórzenie.

Musiała nas wytropić po zapachu

Angielska składnia.

żebra boleśnie dały znać o sobie

Angielskawe: żebra dały o sobie znać bólem.

mężczyzna szczypnął ją w ramię

Uszczypnął.

skład uzbrojenia, który spoczywał obok przybysza

Dwuznaczne. Na zbrojownię?

Moglibyście chociaż czegoś się douczyć

A nie: nauczyć?

Powtarzały się na tyle regularnie, że miał poczucie klęski jeszcze zanim zadał pytanie.

Hmmm.

Źrenice kobiety się rozszerzyły, a brwi uniosły.

Rosnąca autonomia części ciała… XD

Do lotów cywilnych, tak. Ten jest wojskowy.

Tak, ale demobil to sprzęt, którego wojsko już nie używa i sprzedaje cywilom.

Ponowny start i lądowanie zużyją sporo paliwa.

Angielskawe: Na start i lądowanie pójdzie sporo paliwa.

rano pić errhu bez robala w kubku

To co ona robi w dżungli? XD

Spróbował sięgnąć pamięcią

Do czego?

Płeć igrek dokonuje wyboru zet, to racja.

…? System sensowny (jak śluzowce), ale co ma racja do tego?

po jej partnerze została tylko rozmazana, czerwona plama na szczękoczułkach, które łakomie upychały szczątki do gardzieli

Czyli coś tam zostało. Pierwszy przecinek zbędny.

Rozsądek wyjątkowo był zgodny 

Rozsądek wyjątkowo się zgadzał.

Ogromny pająk był cały oblany wapieniem – tym samym, który wytworzył widowiskowe nacieki na skałach

Znaczy, obrośnięty trawertynem? Jak on to zrobił?

ruchomy, zbrojony bunkier

Bez przecinka.

lecz monstrum znajdowało się na tyle blisko, że wszystkie pociski i tak trafiały

Hmm. Może: lecz strzelał praktycznie z przyłożenia.

galareta zawrzała, mięso wybuchało wewnątrz ciała

Rym.

 nie pilnował sprzętu

Sabotaż? Ale po co?

środek dedykowany dla ssaków nieparzystokopytnych

PRZEZNACZONY. https://www.poradnia-jezykowa.uni.lodz.pl/szczegoly/zakres-uzycia-slowa-dedykowac https://wsjp.pl/haslo/podglad/108291/dedykowac 

Jak automat nawlekał cały arsenał 

Nawlekał?

łoskot drgającego powietrza 

Hmm?

– Wstrząs anafilaktyczny – skomentował asystent. – Prawdopodobnie reakcja na środek usypiający dla ssaków.

Skoro działa, to nie jest głupie :D

Błyskawicznie zawrócił w stronę pokonanego pająka, chwycił koniec jednej z lin i zaczął wyszarpywać ją spod szczątków.

A może tak: Błyskawicznie wrócił do pokonanego pająka, chwycił koniec liny i zaczął ją wyszarpywać spod szczątków.

figurka dziecięcej zabawki

?

niezdolna by wstać z miejsca

"By" wymagałoby przecinka, ale jest zbędne.

mógł szybciej przemieszczać się między bazą a miejscem poszukiwań

"Się" precz z miejsca akcentowanego.

Wstawił jedzenie za drzwi

Czy tu nie ma literówki?

 wpatrzona tępym spojrzeniem w przestrzeń przed sobą

Co jest z tymi tautologiami wszędzie? Tępo wpatrzona w przestrzeń przed sobą.

Początkowo uległ pokusie i odwzajemniał je, a jednak kiedy wyszeptała imię „Jack” zmroziło go

"Jednak"?

jakby zachłannie pragnęła, by odegrał rolę

Ciachnęłabym to.

z ostrożnością

A nie mógł po prostu: ostrożnie?

biła go rękami i drapała, aż nabiła sobie sińce

Od drapania?

odprowadzał do wejścia

Albo do wyjścia…

Niespodziewanie gdzieś na skraju chmury ognia z silników pojawił się znajomy kształt.

Hmmmm.

położyć pokotem całą połać lasu

Aliteratywne.

rozstawione w zbliżonych odstępach

Zbliżonych do czego?

uważniejsze spojrzenie wyławiało szczegóły

Hmm.

Tak, ale nie po to, żeby zobaczyć, jak ktoś umiera.

Na cmentarzu raczej się nie umiera.

nigdy tego, że chce umrzeć

Można sfilmować, jak coś się dzieje, ale czy można sfilmować pragnienie?

ona siedziała na piasku z rękami założonymi za kolana, on obejmował kobietę za ramię

Hmm. Brzmi to trochę tak, jakby była "ona" i oprócz niej jakaś kobieta.

Coś, co początkowo było ledwie widocznym punktem na niebie, zbliżało się i nabierało kształtów.

Hmmm.

poczęło metodycznie czyścić

Co Wy wszyscy z tym poczynaniem, naprawdę?

ruchy powoli zwalniały

Hmmm.

W końcu przybrało pozę taką, jak wszystkie pozostałe.

Hmmmmmmmm.

– Muszę skalibrować sensory, dziwne te odczyty – dał się słyszeć szept mężczyzny.

Hmm. https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/#klopotliwe_uslyszal 

szeroko otwarte oczy były utkwione w jednym punkcie

Spojrzenie było utkwione, jak już.

 choć będzie pamiętała tylko tyle, jak długo rósł włos

Hmmm. Trudno mi to poprawić…

 

Chyba nie zrozumiał. 

 

Niezłe to, ale ściśnięte gorsetem, a i tak przekroczyło limit. To nie jest pomysł na tę długość. Przy takiej kompresji robi się wręcz surrealistyczny.

co niechybnie jest związane ze zbliżaniem się do serwera NF masywnej czarnej dziury. Jest to również oczywisty dowód na istnienie tak zwanych ciemnych znaków

O, to dobrze, to znaczy, że czas się rozciągnie i może ze wszystkim zdążymy XD

Czy nie warto zatem czytać historię, dopóki jeszcze jest i my jesteśmy, czy zatrzymywać się na liczniku serwerowym, który jak widać wybija już rytm zagłady?

Oj tam :D

Czyżby Jurorka również dołączyła do ruchu religijnego Santa Muerte?

To jest jakiś ruch, czy to tylko ludowa duchowość Meksyku? XD

tu także plus wątpliwość – skoro: „zwierzęta społeczne” w liczbie mnogiej, to czemu potem: „będzie cierpiało” w pojedynczej?

Najpierw mowa o gatunku, potem o konkretnym przedstawicielu, więc ujdzie :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

A brzmi jak Schopenhauer :D

Wiedźmy mają koty, biocybernetyczki mają funkcje!

yes

walki z robalami są może widowiskowe, ale to tylko tło do czegoś, co nie jest nazwane, i to niekoniecznie z uwagi na ilość znaków ;)

A może jednak? XD

Na pierwszy rzut oka może kojarzyć się z Wiedźminem w wersji sci-fi (co, broń Boże, nie jest zarzutem)

Trochę tak ^^

człowiek popełnia i będzie popełniał te same błędy niezależnie od dekoracji

A cała wyprawa jest w gruncie rzeczy wywołana poczuciem winy, a nie miłością.

Nie pomyślałam o tym, ale ma sens. Egocentryk z tego łowcy.

Gdyby limit był większy, może wcale nie byłoby lepiej.

Hmmmm.

Z ciekawostek – czy w trakcie czytania nie nasuwała się myśl/nadzieja, że w tym jednorożcu jest zaklęta dusza ukochanej, i dlatego łowca ma ją odnaleźć? 

… w sumie nie :D Nie ten sztafaż :D 

Na przykład rozbudować lekko tylko zarysowaną zazdrość Jacka, zagubienie Pauli i paralelę utraty, introspekcję Łowcy odnośnie Mel – coś w tym jest ;)

Też :D

Anonim zna się na SF jak, nie przymierzając, kura na pieprzu.

Anonim nie przesadza :D

Anonimie, nad wyraz zacnie udowodniłeś, że odwracanie śmierci to nie to samo, co odwracanie kota ogonem. Z kotem jest o wiele łatwiej. :)

 

Skoń­czył wła­śnie czy­ścić ser­wo­mo­to­ry eg­zosz­kie­le­tu z błota. → Czy dobrze rozumiem, że to był egzoszkielet z błota?

A może miało być: Skoń­czył wła­śnie czy­ścić z błota ser­wo­mo­to­ry eg­zosz­kie­le­tu.

 

 – Co? … zaraz, zaraz, te wszyst­kie zle­ce­nia na zwie­rzę­ta… → Czy tu aby nie miało być: – Co…? Zaraz, zaraz te wszyst­kie zle­ce­nia na zwie­rzę­ta

A może miało być: Skończył właśnie czyścić z błota serwomotory egzoszkieletu.

Prawda, prawda :) A kot się sam odwróci, o:

 

laugh

Kot odwraca się przepięknie! :)

heart Taki samodzielny ^^

I jeszcze umie nakryć się nogami! :)

I jakimi ładnymi :D

Nie mógł innymi, albowiem wszystko, co mają koty jest ładne, a nawet cudne! :)

Otóż to! XD

Bohaterowie cieszą się z wizyty TarninyReg!

 

Łowca, przeczytawszy listę Tarniny, mruknął, że się zateguje. I zategował, na razie nie mruczane uwagi, bo od tych mruczanych jest Henry Cavill albo Harrison Ford, a na nich na razie nie ma budżetu.

 

Nie zategował tylko didaskaliów z dialogu. Bo cóż z tego, że w Fantazmatach chowają głowę w piasek. On głowy w piasek chował nie będzie, bo jeszcze robal mu ją odgryzie, i nie będzie kolejnej części.

Poza tym Łowca bardzo się nudzi podczas przelotów od stwora do stwora, więc to i owo czyta:

 

„– Nie lubię, jak ktoś decyduje za mnie – dał się słyszeć zimny głos Geralta.”

 

„– Dla Boga, panie Wołodyjowski! – dał się słyszeć przerażony szept Kmicica.”

 

Uwagi Reg też zategował.

 

A kotek rozkoszny. Bohaterowie zgodnie przyrzekli nie łowić kocurków!

Orzeszku w czekoladzie, jak mawia mój szef :D Odważny ten Anonim wink

Bohaterowie cieszą się z wizyty TarninyReg!

O, jakże to miło ze strony Bohaterów! :)

 

Uwagi Reg też zategował.

I ja się cieszę z zategowania uwag. :)

Hej ho! 

Przyznam się, że do przeczytania Twojego opowiadania zabierałam się dwa razy. Tag “Groteska” i szalony tytuł, nieco mnie odstraszyły. Niestety znów przedwcześnie oceniłam “książkę po okładce”, bo po przeczytaniu całości, muszę napisać, że bardzo mi się podobało! 

Opowiadanie jest pełne akcji, zabawnych i naturalnie brzmiących dialogów, ładnych opisów świata, a do tego serwuje na koniec dobry twist. Trochę to pędziło, ale wiem… wiem… wcisnąć się w limit jest czasami trudniej niż w świeżo wyprane dżinsy. :D 

 

– Łowca. Po prostu Łowca. – Podał jej dłoń. 

:D

 

Zsunął przyłbicę. Na porysowanym szkle rozbłysły czerwone linie.

Świsnęła rakieta wystrzelona z naramiennika. Hałas go ogłuszył, dym uderzył w nozdrza.

A czy przyłbica nie powinna blokować dymu? 

 

Pozdrawiam i dobijam do biblioteki :)

Bohaterowie pozdrawiają Marszawę!

 

Łowca spytany o przyłbicę i hełm odpowiedział, że jest między nimi różnica – hełm jest wyposażeniem koniecznym do przetrwania na planetach, na których atmosfera nie nadaje się do oddychania bądź w próżni, zaś przyłbica chroni twarz, oczy i pozwala sterować bronią, przy tym zapewniając swobodę ruchów – lecz nie jest gazoszczelna. Gdyby Łowca walczył w skafandrze, nie mógłby się oglądać przez ramię, co przy jego zawodzie nie wróży długiego życia.

Gdyby zaś starczyło znaków, chętnie wyżaliłby się, jak przepocony i zapluty jest hełm oraz skafander do przebywania w próżni. Nawet Tarnina mruczała przy zdaniu, w którym bohater zdejmuje hełm, mimo że znajduje się na cuchnącym bagnie – cóż, w pierwszej wersji robił to dlatego, że wnętrze ubioru cuchnęło znacznie bardziej.

Łowca ma do dziś pretensje do autora, że usunął ten fragment, a czytelnicy nie są świadomi, w jakich warunkach musiał pracować, żeby żałosny anonim zabawiał forumowiczów. Ubolewa, że łowcy nie mają związków zawodowych!

 

P.S. Łowca jest pełen podziwu, że Marszawa tak jednym klikiem dobiła opowiadanie. On czasem dobija znacznie dłużej, zwłaszcza jak amunicja się skończy, a stworek nie współpracuje.

czytelnicy nie są świadomi, w jakich warunkach musiał pracować, żeby żałosny anonim zabawiał forumowiczów. Ubolewa, że łowcy nie mają związków zawodowych!

Niezależny Wolny Związek Zawodowy Bohaterów Opowiadań Akcji!

Nowa Fantastyka