Członkowie rodziny powolnym krokiem ruszają w stronę wyjścia z terenu parafii.
– Lepiej już chodźmy – ktoś mówi.
Ruszają, mówi, a potem jeszcze “pustoszeje” i “pozostaje” → czas teraźniejszy, poza tym momentem jest prawie wszędzie czas przeszły. Moim zdaniem to jest błąd i trzeba się zdecydować, w jakim czasie ma być narracja. Uważam, że mógłbyś spróbować napisać ją w czasie teraźniejszym, wtedy historia opowiadana przez Warrena dialogach w czasie przeszłym byłaby przyjemnie kontrastowa.
W piętnaści minut, gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynie, pustoszeje.
To zdanie jest bardzo “poszatkowane”. Może: Gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynię, opustoszał w piętnaście minut.
W pewnym momencie jednak, gdy cienkie, jasnoszare chmury (przecinek) wiszące w górze jak zły omen (przecinek) zdążyły nabrać rozmiarów i ciemnej barwy, po schodach na cmentarz zaczął wspinać się pewien opasły kształt.
Mam wątpliwości, czy w stosunku do człowieka dobrze jest tutaj używać “kształt”, bo to sugeruje coś niezdefiniowanego, może potwora? Może człowieka ubranego w jakąś niezdefiniowaną pelerynę? Tymczasem to gość w bardzo typowym ubraniu.
Ubrany w marynarkę, ciemne spodnie oraz ubrudzone lakierki mężczyzna.
Chyba nie można być ubranym w buty. Miał na sobie?
Niestety, w momencie wychodzenia zza rogu tylnej części kościoła, jego najgorsze obawy okazały się być prawdziwe.
To jest raczej do poprawy, bo inaczej najgorsze obawy wychodziły zza rogu (z powodu zdania po przecinku).
– Ah, szlag! – wyrzucił z siebie
Wydaje mi się, że powinno być “Ach”
Po niekrótkiej chwili mężczyzna spoważniał.
W sensie po dłuższej? :)
Nałożył kapelusz na głowę, wyprostował na tyle, na ile pozwalała mu jego tusza i (przecinek) za nic mając krople potu spływające mu po nosie, ruszył w stronę najbliższego nagrobka.
Ale nie jestem pewna.
Starłszy rękawem pot z czoła, począł czytać napisy na nagrobkach. Nie mieszkał tutaj, nie wiedział, jak wygląda rodzinny grób. Zaczął tego żałować.
Po pogrzebach nowe groby często są wręcz skąpane w kwiatach czy wiązankach, mógłby pewnie na tej podstawie się skierować do odpowiedniego grobu.
Długa, czarna płyta nagrobna (przecinek) ozdobiona wzorami przedstawiającymi płatki śniegu (przecinek)od razu zwróciła jego uwagę.
WERLOREN PASDIRE
UKOCHANY SYN I MĄŻ
Zastanawiam się, jak to się ma do historii, jaką usłyszeliśmy później. Ożenił się ze swoją Minerwą?
Wymówił niedługą modlitwę (przecinek) po czym dłuższą chwilę stał w ciszy, pogrążony w zadumie.
W końcu, Lucjusz założył czapkę, wytarł twarz drugim rękawem i już miał odchodzić, gdy zauważył ławkę bez oparcia, pokrytą cieniem, oddzielającą grób rodziny Pasdire od reszty.
Kapelusz to nie czapka, moze jakieś inne określenie jako synonim np. konkretny rodzaj kapelusza (fedora, melonik?)
– Cóż za strata… – usłyszał.
Wydaje mi się, że “U”słyszał, bo to nie atrybucja “mówiona”.
Byłem pewien, że jestem sam, pomyślał Lucjusz, otrzepując się i poprawiając siedzenie.
Siedzenie w sensie… czynność siedzenia poprawił czy to jest siedzenie jako część ciała? Wydaje mi się, że w żadnym z tych przypadków to nie brzmi ok.
Mężczyzna (przecinek) tak dobrze zlewający się z cieniem (przecinek) ubrany był w zasadzie podobnie do spóźnionego.
Cera blada jak płótno, usta wyglądające jak blizna na nieskazitelnej masce. Absolutny brak niedoskonałości.
Oczy bystre, zawieszone w jednym miejscu. Dalekim, odleglejszym od horyzontu.
Moim zdaniem lepiej by to było zawszeć w jednym akapicie. Czyli jeden na ubranie i ogólne wrażenie, jeden na szczegóły twarzy.
Lucjusz nie przypominał sobie (przecinek) by widział owego mężczyznę kiedykolwiek, chociaż wydawał się mu dziwnie znajomy.
– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący. Jakby głaskający skórę, ale od środka.
Głos z wielkiej litery. Dla mnie jednak albo coś jest nieprzyjazne, albo kojące, nie potrafię sobie wyobrazić efektu, jaki chciałeś osiągnąć.
– Znał pan… Werlorena? – spytał, nie patrząc na Lucjusza.
Tu potrzebny jest podmiot, bo z poprzedniego domyślnie jest Lucjusz.
Zlewający się z cieniem mężczyzna pierwszy raz odwrócił wzrok i spojrzał Lucjuszowi w oczy.
Odwrócił wzrok – często tak piszemy bez określenia od czego odwrócił, kiedy chcemy pokazać, że odwrócił wzrok od rozmówcy. Uważam, że tutaj dobrze by było “odwrócił wzrok od nagrobka”
Matko Boska, rzekł w myślach.
Znów zły podmiot domyślny wpadł z poprzedniego zdania.
Ścisnął wyciągniętą dłoń pewnie, nie skąpiąc siły. Lucjusz również jej nie skąpił. Odrzekł jednak dopiero po chwili:
Tu znów kiepsko z podmiotami, masz je na zmianę. Domyślnie Warren, potem Lucjusz, potem znów domyślnie Warren. Jeśli używamy podmiotu domyślnego, to on powinien być w kolejnych zdaniach po sobie bez zmian.
– Znałem go od strony od której nie znał go nikt. Można powiedzieć, że wiedziałem o nim w zasadzie wszystko – powiedział dziwnym tonem Pan Warren.
Nie ma powodu, by Pan było z wielkiej litery.
– Ah, proszę pana, nie będę pana zadręczał historiami. Młodzieniec już wystarczająco wycierpiał, nie będę go katował pomówieniami, sianiem plotek… Pewnie miał tego dosyć, skoro popełnił samobójstwo.
Powtórzenia.
– Ah, co ja powiedziałem…? Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkę. Lepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.
Blizna z wielkiej.
– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa (kropka) – Proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem… (spacja) Głupio będzie przy rodzinie…
– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, może pan się o mnie oprzeć, mówię w razie czego (kropka) – Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania.
– Werlorena znałem w zasadzie całe życie – rozpoczął –
Znów podmiot domyślny inny, niż w poprzednim zdaniu z orzeczeniem.
– Dorastał więc, w swojej bańce baśniowości, aż do siedemnastego roku życia, gdy tu, w Paros (przecinek) rozpoczął się jarmark. Obserwowałem go wówczas uważnie.
To zdanie jest mocno poszatkowane przecinkami i wtrąceniami.
– Był Pan tam z nim?
Nie ma tutaj uzasadnienia ta wielka litera.
– Już mówię. Było lato, ze wszystkich stron świata na rynek przybyła chociaż jedna osoba przecinek by z owej części Rzeczywistości przywieźć coś ciekawego.
– Była to baśń o miłości, Lucjuszu. O pięknej miłości, potrafiącej złamać wszystko (przecinek) co stanie na jej drodze. Na pewno nie chce pan jej posłuchać?
Powietrze było gęste, ciężkie i duszne. Głuchy dźwięk pukania nie ustępował.
Trochę się zastanawiam, czemu Lucjusza ten dźwięk nie zdziwił,. można napisać, że tak pochłonęła go opowieść, że miał to gdzieś.
– Oczywiście, że tak – Lucjusz odpowiedział szybko i zdecydowanie (kropka). – Można mieć miłość do świata, do ludzi nieznanych, do siebie samego. Mój przyjaciel, pewien ekspiator, tłumaczył mi kiedyś, że Hesjanus głosi-
– Proszę o to, ponieważ Werloren był bardzo na to uważny, Lucjuszu – uciął mu ponownie Eran Mortis – nie chciałbym, by usłyszał teraz, na początku swej drogi ku wieczności imię boga, w którego nie wierzył za życia. Śmierć może go poprowadzić w złe miejsce.
– Gdyby tylko biedny Loren to wówczas wiedział… – powiedział do siebie tajemniczy mężczyzna – Czy mogę kontynuować?
Tak samo jak wcześniej. Dobrze sobie poczyztać o poprawnym zapisanie dialogów.
Na więcej poprawek nie mam czasu, ale to, co mi się rzuca technicznego do poprawy:
– zapis dialogów
– mieszanie podmiotów domyślnych i niedomyślnych pomiędzy zdaniami
– przecinki
Dodatkowo:
– Oczywiście jak większość oficjalnych części wydarzeń, panie Lucjuszu, nie jest ona tą faktyczną.
Warren mrugnął, rumieniec zniknął z jego twarzy.
– Werloren Pasdire, po nieudanej próbie osunął się na łóżko, pozbawiony nadziei, w dłoni dzierżąc serce niewinnej osoby, a w drugiej błogosławioną świecę ukradzioną z jakiejś katedry.
Pomimo wszelkich nadziei, obudził się. Ale nie był już wówczas sam.
– U jego nóg siedziała kobieta, odziana w biel i srebro. Jej twarz była porcelanowa, niemal nieskazitelna. Bosko piękna. Werloren, gdy tylko ją zobaczył padł jej pod kolana ślubując jej miłość, miłość i wszystko co z nią związane. Ukochał ją, od pierwszego wejrzenia, a ona ukochała jego, bo do tego była stworzona.
Czy on wziął sobie czyjeś serce tzn zabił kogoś?
Nie ma że zapadł w sen, ale jest, że się obudził.
Merytorycznie:
Dialog na końcu między kochankami bardzo mało emocjonalny, wydaje mi się, że można nad nim popracować – w końcu pokonali zło, ale jednak nie mogą– nie chcą – być razem. Wydaje się, że więcej jest tutaj do wyrażenia niż króciutki ping pong kwestii dialogowych.
Ciekawy plot twist, byłam pewna, że Lucjusz gadał z diabłem, a tymczasem rozmawiał z bratankiem, który chyba diabła przechytrzył i zamknął jego część w swojej trumnie, bardzo mi się to podobało.
Jednak mimo wszystko nie potrafiłam jakoś współczuć Warlorenowi, jego los mnie nie smuci ani nie porusza. Może dlatego, że nie znam jego emocji? A może dlatego, że kusił los i dostał co chciał? Dostał bajkę z morałem a nic z niej nie wyciągnął.
Nie wiem, jaki efekt chciałeś uzyskać, bo może właśnie taki i wszystko jest ok :)
www.instagram.com/pisze.po.swojemu/