- Opowiadanie: LarsFordren - Diabeł tkwi w baśniach

Diabeł tkwi w baśniach

Jest to kolejne opowiadanie z antologii opowiadającej o tworzonym przeze mnie świecie fantasy o nazwie “Neptonomicon”. Opowiadanie to zostało najpierw napisane na konkurs na który nie zostało nigdy wysłane, stąd publikuję je tutaj. Ma na celu przedstawienie postaci, pewnego rodzaju origin story. Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Diabeł tkwi w baśniach

 

Z wieży wznoszącej się nad dach kościoła wydobywał się głuchy odgłos bijącego dzwonu. Ceremonia się zakończyła. Babcie spoglądały już tylko spuchniętymi od płaczu oczami na nagrobek, ostatni kuzyni wzdychali głęboko, wpatrzeni w czubki własnych butów. Członkowie rodziny powolnym krokiem ruszają w stronę wyjścia z terenu parafii.

– Lepiej już chodźmy – ktoś mówi. 

W piętnaści minut, gęsto zaludniony cmentarz, kręgiem otaczający świątynie, pustoszeje. Po ludziach pozostaje zawisły w powietrzu smutek, zmieszany z ostatnimi dźwiękami cichnącej dzwonnicy. Życie toczy się dalej.

W pewnym momencie jednak, gdy cienkie, jasnoszare chmury wiszące w górze jak zły omen zdążyły nabrać rozmiarów i ciemnej barwy, po schodach na cmentarz zaczął wspinać się pewien opasły kształt.

Ubrany w marynarkę, ciemne spodnie oraz ubrudzone lakierki mężczyzna, poruszał się dziwną parodią biegu. Zdjąwszy kapelusz z półłysej głowy, starał się w szybkim tempie stawiać kroki coraz dalej, coraz żwawiej, prawie skakać w przód, byle tylko szybciej znaleźć się na miejscu.

Niestety, w momencie wychodzenia zza rogu tylnej części kościoła, jego najgorsze obawy okazały się być prawdziwe.

Lucjusz Pasdire spóźnił się na pogrzeb własnego bratanka.

– Ah, szlag! – wyrzucił z siebie, schylając się w pół, jedną ręką opierając się o ceglaną ścianę świątyni, drugą zaś wachlując naprzemiennie kapeluszem swoją twarz oraz wiszący brzuch. Nie te lata, pomyślał Lucjusz, nie te czasy.

Po niekrótkiej chwili mężczyzna spoważniał. Nałożył kapelusz na głowę, wyprostował na tyle, na ile pozwalała mu jego tusza i za nic mając krople potu spływające mu po nosie, ruszył w stronę najbliższego nagrobka.

– Jestem przecież wujkiem – wyszeptał.

Starłszy rękawem pot z czoła, począł czytać napisy na nagrobkach. Nie mieszkał tutaj, nie wiedział, jak wygląda rodzinny grób. Zaczął tego żałować.

Powietrze było ciężkie i duszne, jak przed burzą.

Na szczęście, los oszczędził mu wysiłku.

Długa, czarna płyta nagrobna ozdobiona wzorami przedstawiającymi płatki śniegu od razu zwróciła jego uwagę. Tablica była tak wypolerowana, że niemal odbijała wątłe promienie ledwo przebijającego się słońca, a na niej widniał napis:

WERLOREN PASDIRE

UKOCHANY SYN I MĄŻ

uro. 12.10.854r. – zm. 15.2.877r.

Lucjusz zdjął kapelusz z głowy, przyłożył go sobie do serca. Wymówił niedługą modlitwę po czym dłuższą chwilę stał w ciszy, pogrążony w zadumie.

Gdyby tylko położył się spać wcześniej, gdyby tylko nie był nękany tymi koszmarami, pomyślał. Wtedy na pewno by się nie spóźnił.

W końcu, Lucjusz założył czapkę, wytarł twarz drugim rękawem i już miał odchodzić, gdy zauważył ławkę bez oparcia, pokrytą cieniem, oddzielającą grób rodziny Pasdire od reszty.

A co mi tam, pomyślał, chwila mnie nie zbawi, a i tak ich teraz nie dogonię.

Usiadł więc na brzegu i rozpiął jeden z dwóch guzików marynarki. Poczuł znaczącą ulgę.

– Cóż za strata… – usłyszał.

Lucjusz omal nie upadł, zaskoczony.

– Przepraszam?! – spytał odwracając się w stronę, z której dobiegł tajemniczy głos. Okazało się, że usiadł on obok innego mężczyzny, również siedzącego przodem do rodzinnego grobu.

Byłem pewien, że jestem sam, pomyślał Lucjusz, otrzepując się i poprawiając siedzenie.

Mężczyzna tak dobrze zlewający się z cieniem ubrany był w zasadzie podobnie do spóźnionego. Czarny, ale gustowny garnitur, wypastowane, skórzane buty, długa i chuda laska między nogami, na której oparte były blade, smukłe dłonie. Włosy zlewające się niemal idealnym odcieniem z garniturem i cieniem, jakby były wprost z cienia splątane, na tyle długie by opadały na grzbiet w spiętym, eleganckim kucyku. W kieszeni marynarki czerwona poszetka, górny guzik marynarki rozpięty, dzięki czemu można zauważyć pod nią białą koszulę, zapiętą na ostatni guzik.

Cera blada jak płótno, usta wyglądające jak blizna na nieskazitelnej masce. Absolutny brak niedoskonałości.

Oczy bystre, zawieszone w jednym miejscu. Dalekim, odleglejszym od horyzontu.

Lucjusz nie przypominał sobie by widział owego mężczyznę kiedykolwiek, chociaż wydawał się mu dziwnie znajomy.

– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący. Jakby głaskający skórę, ale od środka.

– Nie, nie – szybko zaprzeczył Lucjusz – To ja przepraszam. Nie zauważyłem jegomościa. Ma pan rację, oczywiście, przeogromna strata…

– Znał pan… Werlorena? – spytał, nie patrząc na Lucjusza.

– Jest…był, moim bratankiem. Proszę mi wybaczyć – spóźniony wyciągnął pulchną rękę w stronę tajemniczego mężczyzny – Lucjusz Pasdire.

Zlewający się z cieniem mężczyzna pierwszy raz odwrócił wzrok i spojrzał Lucjuszowi w oczy.

Matko Boska, rzekł w myślach.

Mężczyzna bowiem jedno oko miał głęboko brązowe, drugie zaś jasnobłękitne, niemalże szare.

Ścisnął wyciągniętą dłoń pewnie, nie skąpiąc siły. Lucjusz również jej nie skąpił. Odrzekł jednak dopiero po chwili:

– Warren Eran Mortis. Nie, nie z tych „Eran Mortisów”. Pseudonim artystyczny.

Lucjusz uśmiechnął się i szybko odwrócił wzrok. Był zgrzany, bieg nadal dawał się mu we znaki.

– A pan…? Kim pan był dla Werlorena? – spytał bardziej z grzeczności niż z ochoty.

– Znałem go od strony od której nie znał go nikt. Można powiedzieć, że wiedziałem o nim w zasadzie wszystko – powiedział dziwnym tonem Pan Warren.

Lucjusz zaciekawił się.

– Z-z jakiej strony, jeśli można spytać?

– Ah, proszę pana, nie będę pana zadręczał historiami. Młodzieniec już wystarczająco wycierpiał, nie będę go katował pomówieniami, sianiem plotek… Pewnie miał tego dosyć, skoro popełnił samobójstwo.

Lucjusz nie zauważył błysku w oku Warrena.

– Samobójstwo? Ale jakże to…? – spytał szczerze zaskoczony wujek zmarłego.

– Ah, co ja powiedziałem…? Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkę. Lepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.

– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa – proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem…Głupio będzie przy rodzinie…

Warren spojrzał na Lucjusza Pasdire przychylnie.

– Dobrze więc, ale jest to historia trudna do uwierzenia… Może pan mnie uznać za wariata.

– W życiu!

– Dobrze, dobrze… Jeśli pan zrobi się śpiący, może pan się o mnie oprzeć, mówię w razie czego – Lucjusz przytaknął, poczuł, jak powietrze staje się jeszcze gęstsze. Nagle, gdzieś w okolicy, począł się wydobywać głuchy dźwięk pukania.

– Werlorena znałem w zasadzie całe życie – rozpoczął – i już od najmłodszych lat wykazywał wysokie zainteresowanie rzeczami wielkimi…nierzadko zakazanymi. Wszelkie baśnie, bajki, legendy, mitologie nawet, mógł o nich słuchać godzinami. Fascynował go ten kontrast między dwoma przedstawieniami tego samego świata. To, że jednocześnie czytając i słuchając różnych historii, miał świadomość egzystowania w tej samej Rzeczywistości. Było to dla niego fascynujące. Nawet okultyzm…

– Olaboga… – wyszeptał Lucjusz, lecz Warren to zignorował.

– Dorastał więc, w swojej bańce baśniowości, aż do siedemnastego roku życia, gdy tu, w Paros rozpoczął się jarmark. Obserwowałem go wówczas uważnie.

– Był Pan tam z nim?

– Oczywiście, że tak. Ktoś musiał go… powstrzymywać.

– Przed czym? – Lucjusz jednocześnie objawiał ciekawość jak i przerażenie.

– Już mówię. Było lato, ze wszystkich stron świata na rynek przybyła chociaż jedna osoba by z owej części Rzeczywistości przywieźć coś ciekawego. Werloren nie mógł przepuścić okazji do poznania całkiem nowej bajki, baśni, legendy. To właśnie wtedy, przechadzając się między stoiskami, znalazł istnego białego kruka. Księga, oprawiona w stal, skórę i srebro, miała na okładce wygrawerowane „Księga Legend i Obłędów Ojca Beana”

– Słucham?! Ale to zakazane! – oburzył się Lucjusz, tym razem Warren uspokoił go gestem ręki.

– To samo chciałem mu wówczas powiedzieć, Lucjuszu. „Nie możesz, to niebezpieczne!” Ale był na to głuchy. Zbył mnie i zakupił księgę, za parę nędznych groszy.

– Wrócił do domu i tego samego wieczora przeczytał całe tomiszcze, nie opuszczając spisu treści ni posłowia. Większość historii opisanych ręką opętanego kapłana nie zrobiła na nim wrażenia… lecz była tam jedna baśń. Jedna baśń, która przemówiła do niego, poruszyła jego duszę.

– Proszę jej nie opowiadać! Nie przy kościele! – zaprotestował Lucjusz. Warren spojrzał na niego, a ten jakby schował się w swoich podbródkach i nie powiedział już nic więcej.

– Była to baśń o miłości, Lucjuszu. O pięknej miłości, potrafiącej złamać wszystko co stanie na jej drodze. Na pewno nie chce pan jej posłuchać?

Powietrze było gęste, ciężkie i duszne. Głuchy dźwięk pukania nie ustępował.

Lucjusz nie oponował.

– To bardzo ważne, by poznać historię miłości, nawet tej najbardziej zakazanej. Kochałeś kiedyś może, mój drogi?

– Tak… oczywiście. Chyba każdy kiedyś kochał.

– A myślisz, że można kochać, gdy nikogo do kochania się nie posiada?

– Oczywiście, że tak – Lucjusz odpowiedział szybko i zdecydowanie – można mieć miłość do świata, do ludzi nieznanych, do siebie samego. Mój przyjaciel, pewien ekspiator, tłumaczył mi kiedyś, że Hesjanus głosi-

– Proszę nie opowiadać mi tu nic o ekspiatorach ani o ich bożątkach, drogi Panie.

– Bożątkach? Proszę pana, to już jest naprawdę-

– Proszę o to, ponieważ Werloren był bardzo na to uważny, Lucjuszu – uciął mu ponownie Eran Mortis – nie chciałbym, by usłyszał teraz, na początku swej drogi ku wieczności imię boga, w którego nie wierzył za życia. Śmierć może go poprowadzić w złe miejsce.

– A tak… – Lucjusz zaczerwienił się nieco – Przepraszam, w istocie… ale wracając, to owszem. Można kochać bez posiadania kogokolwiek.

– Gdyby tylko biedny Loren to wówczas wiedział… – powiedział do siebie tajemniczy mężczyzna – Czy mogę kontynuować?

– Proszę uprzejmie. Wolę myśleć, że mój bratanek fascynował się historiami o miłości niż okultyzmem.

– Ta świadomość na pewno poprawi humor nam obojgu, drogi Lucjuszu – powiedział do niego ciepło, po czym zaczął opowiadać.

– W pewnym Victońskim królestwie żył pewien bardzo mężny rycerz. Miał on lśniącą, srebrną zbroję i krótki, szeroki miecz, którym potrafił posługiwać się jak nikt inny. Miał on wybrankę swojego serca, jedną z podróżujących trubadurek która niosła na swych ustach baśnie nocy i dni. Była to kobieta wysokiej urody, piękności tak nieprzemierzonej, że tylko w bajkach takie osoby mogą istnieć. Wymyślone przez nią pieśni były sprytne, pełne wigoru oraz humoru. Kochali się. On, rycerz sprawiedliwy i ona, bystra jak rzeka i piękna niczym wodospad.

Twarz Warrena zmieniła się.

– Lecz diabeł tkwi w szczegółach, panie Lucjuszu. A szczegółem, którego diabeł nie mógł ominąć był fakt, że taka miłość, w bajkach być może ma prawo istnieć, ale nie powinna. Z prostej przyczyny. Jest ona boleśnie niesprawiedliwa.

– Bajki… – rzekł Lucjusz cicho – niesprawiedliwa dla kogo? Komu to szkodzi?

– Wspiął się więc diabeł na powierzchnię, z czeluści piekielnych, by zadusić ową miłość – ciągnął Warren – Pod postacią straszliwej, krwiożerczej bestii napadł on mężnego rycerza, będącego wraz z ukochaną w drodze do dalekiego miasteczka. Napadł ich w środku nocy, gdy ci byli najbardziej bezbronni. Rycerz jednak, jak to wojownik, wziąwszy w garść miecz, stanął do walki z potworem. I wygrał.

– Oh. – zaskoczył się Lucjusz – tego się nie spodziewałem.

– Pozbawiony swojej zbroi, osłaniał on swoją miłość która obrzucała diabła najgorszymi przezwiskami. W końcu rycerz odrąbując bestii obie łapy, zmusił ją do ucieczki w las. Postąpił on krok za nią, chcąc rzucić się w pogoń lecz padł wówczas na kolana. Niestety – został on wielokrotnie raniony przez gorące szpony diabelskiej bestii. Szczęściem, pani jego serca znała sztuki lecznicze i rycerz przeżył. Trubadurka, będąca także tą mądrzejszą, ujrzała coś czego rycerz dostrzec nie mógł. Zobaczyła w oczach potwora cechę najgorszych drapieżników. Nieustępliwość. I powiedziała to rycerzowi a on się z nią zgodził.

– Odeszli. Czuli jednak na swoich karkach żar piekieł, wiedzieli, że diabeł będzie ich gonił po wsze czasy, dopóki nie zabije albo jego, albo jej.

Tutaj Warren von Mortis zrobił znaczącą pauzę, jakby szukał słowa, lub przełykał jego znaczenie.

– Jak mówiłem, diabeł tkwi w szczegółach, panie Lucjuszu. Szczegółem, który teraz miał bardzo duże znaczenie była rana jaką rycerzowi zadał. W owej ranie bowiem zaogniła się esencja piekielnej mocy, esencja, której nie da się uleczyć. Uciekali więc, przemierzali krainy, uciekali z domostw, niszczyli tropy by umknąć przed potworem, nie wiedzieli jednak, że… sam rycerz jest już nim samym.

– Pewnej nocy rycerz doznał przemiany i zmienił swoją formę, zmieniając się w zakutego w blachę wielkiego potwora. Jego zbroja została powykręcana przez jego piekielne mięśnie, wbiła się w jego skórę tworząc karykaturę tego, co niegdyś reprezentował. Rycerz wybuchnął rządzą mordu, także widząc swoją ukochaną, leżącą nieopodal, ruszył w jej stronę. Stojąc nad nią, już chciał zatopić kły w jej ciele, gdy ona rzekła do niego kilka słów. Kilka słów, które przebiły blachę, skórę i trzewia zmienionego rycerza, uderzając go prosto w serce.

– Proszę mi wybaczyć ale… nie pamiętam co powiedziała do rycerza. Te słowa sprawiły, że potwór złagodniał, skulił się i upadł na kolana przed ukochaną. Ta jednak objęła go i wybaczyła jego zamiary, wie pan, dlaczego? Ponieważ ludzie jedynie w bajce mogą się tak kochać.

– Rycerz, nadal będąc potworem, wyczuł piekielną esencję płynącą w jego żyłach. Wyczuł on ją również nieopodal i ruszył jej tropem. Odnalazł on diabła, pod postacią potwora, skrytego w podziemnej grocie, czekającego aż rycerz zabije swoją ukochaną a samemu pogrążony w rozpaczy, rzuci się na własny miecz.

– Rycerz jednak, mimo wszystko wiedział, że nawet pod taką postacią, w starciu z samym diabłem nie ma szans. Zablokował więc przejście do groty, zakopując diabła pod ziemią, uwięzionego, nie mogącego zbiec do piekła. Mimo tego, że był pod ziemią. Dziwne te legendy, prawda Lucjuszu?

– A-ano…

– Ta właśnie baśń odmieniła życie Werlorena. Oszukać samego diabła. Tego pragnął. Pomyślał, że dzięki temu może zdobyć wszystko, czego najbardziej w życiu pożąda. A była taka rzecz, której Werloren Pasdire nigdy nie posiadał.

– Jaka?

– Miłość, panie Lucjuszu. Pański bratanek nigdy nie był kochany, nigdy samemu nie kochał. Będąc otoczonym przez tyle baśniowych uczuć, w swoim życiu pragnął tego samego, miłości, ale takiej, która istnieje jedynie w bajkach. Miłości tak pięknej, że aż niesprawiedliwej.

– Brzmi bardzo… romantycznie… ale miał rodzinę, prawda? – zapytał Lucjusz – mój brat, jego ojciec, kochał go…?

– Tak, owszem… lecz rodzina go zawiodła. Tak to jest, gdy najważniejszą rolę w życiu człowieka mają grać… ludzie.

– Pesymistyczne podejście…

– Długo szukał sposobu na przywołanie diabła. Samego Pana Piekieł. Trzeba to powiedzieć, że Werloren nie był bardzo wierzący ale wiedział, że Zły istnieje. I wiedział, że od dłuższego czasu jest przez niego obserwowany.

– Długie lata spędził na poszerzaniu swojej okultystycznej wiedzy. Kupował, kradł, palił i czytał z popiołów takie rzeczy, że by panu, panie Lucjuszu, włosy dęba stanęły. Tak, biedny Werloren popadł w obsesję. 

Lucjusz nie zauważył rumieńca na bladych policzkach Warrena. Odgłos pobliskiego pukania przybrał na sile, lecz został zagłuszony przez wiatr.

– W końcu jednak zdawało mu się, że zna recepturę. Zna definicję, ma wystarczająco dużo relikwii wykradzionych ze świątyń. Pewnego wieczoru spróbował przywołać diabła, posługując się w dużej mierze zaklęciami z księgi nabytej tamtego lata, na jarmarku. Niestety, po całej inkantacji i wielu żałosnych próbach, nie udało mu się. Diabeł nie zapukał mu w okno, nie zadzwonił dzwonkiem.

Powietrze było gęste, ciężkie i duszące. Lucjusz miał zamknięte oczy. Zasnął.

– Tutaj, panie Lucjuszu, kończy się oficjalna wersja zdarzeń. Kończy się ona równie żałośnie jak zaczęła, otóż bowiem według niej, Werloren Pasdire przybył do miasta, w którym zakupił księgę i zakupując trumnę, zabił się w niej, by oszczędzić problemu rodzinie. Popełnił samobójstwo z diabelskiej obsesji.

– Oczywiście jak większość oficjalnych części wydarzeń, panie Lucjuszu, nie jest ona tą faktyczną.  

Warren mrugnął, rumieniec zniknął z jego twarzy.

– Werloren Pasdire, po nieudanej próbie osunął się na łóżko, pozbawiony nadziei, w dłoni dzierżąc serce niewinnej osoby, a w drugiej błogosławioną świecę ukradzioną z jakiejś katedry.

Pomimo wszelkich nadziei, obudził się. Ale nie był już wówczas sam.

– U jego nóg siedziała kobieta, odziana w biel i srebro. Jej twarz była porcelanowa, niemal nieskazitelna. Bosko piękna. Werloren, gdy tylko ją zobaczył padł jej pod kolana ślubując jej miłość, miłość i wszystko co z nią związane. Ukochał ją, od pierwszego wejrzenia, a ona ukochała jego, bo do tego była stworzona.

– Minerwa. Wiedział, jak ma na imię, w głębi duszy nosił je w pamięci od swojego urodzenia, a być może i dłużej. Wziąwszy ją wówczas pod rękę, zaczął uczyć wszystkiego, ponieważ jak porcelanowa laleczka była piękna, tak też była w środku całkiem pusta.

– Chodzili na długie spacery, podczas których on do niej mówił a ona go słuchała. Mówił jej wszystko, swoje grzechy przyprawione płaczem, swoje radości pełne śmiechu. A ona szła obok niego, siedziała obok niego i była przy nim, bo go kochała, bo do tego była stworzona. A on ja ukochał miłością, która może istnieć jedynie w bajkach.

Dłonie Warrena zacieśniły się na lasce którą trzymał między nogami:

– Minerwa jednak nie była trubadurką o bystrym humorze a on nie był dzielnym rycerzem. To wszystko to… farsa. Ich spacery nie były nocnymi schadzkami. Ich dłonie były zimne. Odbierały sobie ciepło.

Gdyby Lucjusz mógł słyszeć, prawdopodobnie usłyszałby głuchy rechot który dołączył na moment do głuchego uderzania.

– Został przez diabła oszukany. Zostało mu dane płótno, a on nie posiadał ani talentu ani farb. Minerwa, jakkolwiek obdarzona przez niego miłością, była postacią tragiczną. Pozbawiona historii, które mogłyby uformować jej charakter, pamięci która inspirowałaby jej pieśni. Werloren kochał więc zaprzeczenie baśni. Kochał coś, zaprzeczenie tego, dla czego żył.

– Wiedział jednak o pakcie z diabłem. Czuł go co rano, co południe i co wieczór. Jak diabelskie dłonie sięgają po niego, by ten zszedł do piekła i spłacił swój dług. Dług za coś, co sprawiło mu więcej bólu niż kiedykolwiek mogło szczęścia. Nie mógł na to pozwolić. Wyruszył więc z nią.

Warren von Mortis zacisnął dłonie na lasce, na której spoczywały jeszcze mocniej, zaczął się również wiercić w miejscu.

– Uciekał od diabła, jak baśniowy rycerz. Razem ze swoją Minerwą. Chowali się razem w katedrach przed cieniami, spali na błogosławionych płótnach, kochali się na ołtarzach, byle tylko z daleka od diabła, byle tylko udawać, że łączy ich baśniowa miłość. Wtem, poczuł jak esencja piekielna płynie w jego żyłach. Jego dnie stawały się długie jak nic na tym świecie. To była choroba, Lucjuszu. Jedyne, co sprawiało mu ulgę i dało ukojenie od palącego piętna, była Minerwa. Lekarstwo na chorobę której była początkiem.

Lucjusz pogrążony był w beztroskim śnie..

– W końcu, dotarli tutaj. Wyruszając z północy, wrócili od południa. Każda droga prowadziła do początku. Do miejsca zakupienia księgi spisanej dłonią opętanego kapłana. Opętanego przez samego diabła. 

– Jednej nocy wymknął się od niej. Czując jak wzbiera w nim opętańcze piętno, wiedział, że Minerwa nie jest już dłużej przy nim bezpieczna. Poczuł obecność na cmentarzu. Przybył windykator dusz.

– Werloren wyszedł więc naprzeciw swojemu przeznaczeniu. Uzbrojony w bluźniercze zaklęcia jakich się nauczył stanął przeciwko Jemu. Przeciwko temu, którego same niebiosa odrzuciły i wypluły w trzewia podziemi.

Lucjusz upadł na ziemię. Przechylał się tak od kiedy usnął, aż w końcu jego masa nie była w stanie utrzymać się ani chwili dłużej. W ostatnim momencie, obudziwszy się w locie, wsparł się na dłoniach. Opierając się o ziemię, spojrzał na zegarek.

– Która to godzina! Olaboga! Przepraszam bardzo, ja lepiej już pójdę, bo jeszcze mnie w ogóle nie zobaczy rodzina! Przepraszam bardzo, do widzenia! – powiedział, nie patrząc na Warrena von Mortisa i wybiegając z terenu parafii. Zlewający się w cieniu mężczyzna nie zareagował szczególnie.

Powietrze było ciężkie, gęste i duszne.

Odgłos głuchego pukania osiągnął meritum.

– Stanął plugawy odmieniec przeciwko awatarowi zła, zaprzeczenia istnieniu dobra, tego z którego wywodzi się całe bluźnierstwo świata. Diabeł, przeciw człowiekowi.

Warren von Mortis wstał. Odgłos pukania zamienił się na głuche, rozpaczliwe uderzenia. Mężczyzna spojrzał na płytę nagrobną i się uśmiechnął.

Nagle, zza tego samego rogu, z którego wcześniej wyszedł Lucjusz, wyjrzała niewielka sylwetka.

– Spokojnie, możesz podejść.

Sylwetka zbliżyła się.

– Czy to koniec?

– To początek, Minerwo.

– Oh, Loren… – kobieta objęła dłonią bladą twarz mężczyzny.

– Nic mi nie jest.

– Ty nie żyjesz.

Werloren Pasdire poprawił swój kołnierz, odchrząknął i odrzekł:

– Nie wiem, jak długo pozostanie tutaj zamknięty. Odejdź Minerwo. Żyj swoim życiem. Jeśli ta baśń faktycznie należy do nas, spotkam cię kiedyś tam, gdzie noc łączy się z dniem. Wtedy, gdy twój głos będzie śpiewał dla gwiazd, rozbudzał słońce.

– A… co z Tobą?

Nie odpowiedział. Miał już dosyć baśni, historii i mitologii.

Połączyli swoje dłonie po raz ostatni, po czym odeszli od siebie. Gdy oboje wyszli z terenu parafii od przeciwnych stron, powietrze się poruszyło, wiatr się wezbrał i zaszumiał. Ich nie było już na powierzchni ziemi.

Koniec

Komentarze

Nie będę czepiał się stylu ani interpunkcji, skupię się tylko na treści.

Dla mnie najmocniejsze w tym opowiadaniu jest to, jak pokazujesz zderzenie bajkowej wizji miłości z rzeczywistością. Werloren nie tyle „szuka miłości”, co próbuje ją wymusić, wyciągnąć z baśni – i to bardzo dobrze wybrzmiewa jako coś, co musi skończyć się źle. To nie jest romantyczna historia, tylko opowieść o obsesji i złudzeniach.

Fajnie działa też sam pomysł z pogrzebem i rozmową na ławce – ta zwyczajna, spokojna rama sprawia, że cała baśniowo-diabelska część smakuje mocniej. Warren jest ciekawą postacią, bo do końca nie wiadomo, na ile mu wierzyć, a na ile to już jego własna narracja. Minerwa z kolei jest bardziej ideą niż osobą i to, moim zdaniem, jest tu na plus.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić merytorycznie, to momentami jest bardzo dużo motywów naraz i chwilami chciałoby się, żeby tekst trochę mocniej prowadził czytelnika za rękę, co jest kluczowe, a co tylko tłem.

Ogólnie jednak widać, że to opowiadanie ma konkretny pomysł i sens, a nie jest tylko historią „dla historii”. I to się naprawdę dobrze czyta.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Trochę ciężko byłoby ująć, jak bardzo mnie to opowiadanie zachwyciło. Urzeka od pierwszych zdań, ma niesamowity klimat i przepiękne opisy. Postacie dają się lubić, mimo że ich blisko nie poznajemy.

Końcówka mnie zaskoczyła, naprawdę spodziewałam się, że bohater rozmawia z diabłem.

Przybyłam Was nawiedzać

Czołem!

– Przestraszyłem pana? Proszę mi wybaczyć, nie miałem tego w intencji – głos jego głęboki, nieprzyjazny, lecz w dziwny sposób kojący.

Można mieć coś “w intencji”? (nie wiem)

Nie umiem czasem trzymać gęby na kłódkęLepiej już chodźmy stąd, Lucjuszu, bo ominie nas tort – blizna w postaci ust poszerzyła się w paskudnym uśmiechu, lecz tego Lucjusz również nie zauważył.

Zapis dialogu z “. – Blizna”? Bo to jednak nie jest odgłos paszczą, nawet uśmiech nim nie jest.

– Nie, proszę zaczekać! – zawołał spóźniony, łapiąc za rękaw jegomościa – proszę mi powiedzieć. Długo mnie nie było w okolicy i nic tak naprawdę nie wiem o bratanku. Dwa razy go może widziałem…Głupio będzie przy rodzinie…

Spacja po wielokropku.

i już od najmłodszych lat wykazywał wysokie zainteresowanie rzeczami wielkimi…nierzadko zakazanymi.

Spacja po wielokropku.

– W pewnym Victońskim królestwie żył pewien bardzo mężny rycerz.

Wiem, że to wstęp baśni, ale raczej niecelowe powtórzenie.

 

Myli mnie zapis dialogów od nowej półpauzy w przypadku, gdy mówi dalej ta sama osoba. Rozumiem, że to opowieść, ale można zastosować przerywniki albo zrobić z historii osobny wątek zapisany kursywą.

 

Można też ograniczyć ilość zaimków. Momentami jest ich nadmiar.

 

Wykonanie jest solidne, pomysł również. Momentami trochę się dłuży, początek zwłaszcza, dużo inwestujesz w klimat, po czym nie do końca to wykorzystujesz. Myślałem też, że Lucjusza jakoś zaangażujesz w fabułę, a tu po prostu był potrzebny do słuchania.

Oszukiwanie diabła to też żadna nowość, ale udało Ci się z tego zrobić intrygę. Problem mam taki, że wprowadzając baśń w trakcie, stosujesz uproszczenia typowo baśniowe, przyśpieszasz fabularnie, nie rozwijasz postaci. Troszkę to gubiło, troszkę mąciło.

Ale, całość się broni i jest satysfakcjonującą lekturą. Nie powiem, że źle się czytało.

 

Pozdrawiam!

d.pankovski – styl oraz interpunkcja zostanie poprawiona jeszcze w tym kwartale. Bardzo cieszę się, że spodobał ci się zamysł, zawsze cieszy kiedy ktoś zauważa powody dla którego autor tworzy i to o czym piszesz właśnie tym jest. Dziękuję bardzo za komentarz i mam nadzieję, że następne również przypadną ci do gustu! 

L.Keller – nie nauczyłem się nigdy słów które opisałyby jak szczęśliwy i zaszczycony jestem, móc przeczytać taki komentarz. Naprawdę z głębi serca dziękuję i mam nadzieję, że moje następne opowiadania będą tylko lepsze!

Nowa Fantastyka