Profil użytkownika

Fantastykę czytam i oglądam od... pewnego czasu (jakiś rok ‘85-‘86 mi się tłucze w pamięci jako początek). Zawodowo piszę, choć nie beletrystykę: opublikowałam książki naukowe i popularyzatorskie, artykuły naukowe oraz publicystykę, między innymi w “Nowej Fantastyce” (dawno temu).  Zawodowo też wykładam – między innymi prowadzę zajęcia z mitologii greckiej i rzymskiej oraz antyku w kulturze popularnej na Uniwersytecie Jagiellońskim, obchodzę krakowskie szkoły z prelekcjami o  fantastyce i jeżdżę po Polsce z wykładami.  O kulturze popularnej pisuję też od czasu do czasu na blogu (ninedin,blox.pl); tam gdzieś jest też moja za długa lista ulubionych tekstów z zakresu szeroko pojętej fantastyki.  Fikcję pisuję jak na razie do szuflady, w dorobku mam jedynie jedną publikację fanzinową.


komentarze: 80, w dziale opowiadań: 73, opowiadania: 50

Ostatnie sto komentarzy

Parę dro­bia­zgów re­dak­cyj­nych:

“co Ci po­ka­że”: 1. ci, nie Ci, nie ma po­trze­by uży­cia tu grzecz­no­ścio­we­go za­pi­su wiel­ką li­te­rą; po­ka­że → po­ka­żę

 

“wsta­ła znad ziół”: brzmi to IMHO tro­chę nie­zręcz­nie.

 

“A cóż to się stało, że wsta­łeś o tak wcze­snej porze.” → znak za­py­ta­nia za­miast krop­ki na końcu byłby lep­szy

 

“Je­stem z Cie­bie taka dumna Wil­lia­mie” → dumna, Wil­lia­mie; przed wo­ła­czem po­wi­nien być prze­ci­nek

 

“ry­tu­ały ła­ma­ły zna­mio­na lo­gi­ki”: nie­po­praw­ne sty­li­stycz­nie, zna­mion nie można łamać. Le­piej “ła­ma­ły prawa lo­gi­ki”

 

“od­le­głe dźwię­ki roz­pa­czy”: też nie­zbyt zręcz­ne sty­li­stycz­ne. Może “do­cho­dzą­ce z od­da­li od­gło­sy pła­czu”?

 

“Z listy, którą przy­go­to­wa­ła dla niego Enna zo­sta­ła mu” → brak prze­cin­ka po Enna

 

“czy to przy­pad­kiem nie owa nie­zna­jo­ma, sprzed kilku dni, nie na­kło­ni­ła” → nie owa nie­zna­jo­ma … na­kło­ni­ła (bez dru­gie­go nie); prze­cin­ki uj­mu­ją­ce “sprzed kilku dni” są tu chyba zbęd­ne

 

“Ko­bie­ta, nad którą roz­my­ślał stała” → prze­ci­nek po “roz­my­ślał””

 

“czy aby na pewno to, co uczy­ni­li było ‘spra­wie­dli­wo­ścią’” → prze­ci­nek po “uczy­ni­li”

 

“Nim jed­nak zdą­żył się głę­biej nad tym za­sta­no­wić ciało (…)” → prze­ci­nek po “za­sta­no­wić”

 

“Jed­nak, gdy ukła­dał uko­cha­ną do łóżka nie czuł smut­ku” → prze­ci­nek po “

 

 

 

 

Parę drobiazgów redakcyjnych, zanim się wypowiem o swoich opiniach na temat opowiadania.

 

 

“co Ci pokaże”: 1. ci, nie Ci, nie ma potrzeby użycia tu grzecznościowego zapisu wielką literą; pokaże → pokażę

 

“wstała znad ziół”: brzmi to IMHO trochę niezręcznie.

 

“A cóż to się stało, że wstałeś o tak wczesnej porze.” → znak zapytania zamiast kropki na końcu byłby lepszy

 

“Jestem z Ciebie taka dumna Williamie” → dumna, Williamie; przed wołaczem powinien być przecinek

 

“rytuały łamały znamiona logiki”: niepoprawne stylistycznie, znamion nie można łamać. Lepiej “łamały prawa logiki”

 

“odległe dźwięki rozpaczy”: też niezbyt zręczne stylistyczne. Może “dochodzące z oddali odgłosy płaczu”?

 

“Z listy, którą przygotowała dla niego Enna została mu” → brak przecinka po Enna

 

“czy to przypadkiem nie owa nieznajoma, sprzed kilku dni, nie nakłoniła” → nie owa nieznajoma … nakłoniła (bez drugiego nie); przecinki ujmujące “sprzed kilku dni” są tu chyba zbędne

 

“Kobieta, nad którą rozmyślał stała” → przecinek po “rozmyślał””

 

“czy aby na pewno to, co uczynili było ‘sprawiedliwością’” → przecinek po “uczynili”

 

“Nim jednak zdążył się głębiej nad tym zastanowić ciało (…)” → przecinek po “zastanowić”

 

“Jednak, gdy układał ukochaną do łóżka nie czuł smutku” → przecinek po “łóżka”

 

 

 

 

Oraz, dla zainteresowanych.

Skądinąd mitologiczna dalsza historia Galatei jest taka:

Wyszła za Pigmaliona i miała z nim córkę imieniem Metharme i dziecko imieniem Pafos, które zwykle jest córką, ale czasami synem (imię może być po grecku i męskie, i żeńskie). Pafos założył(a) następnie miasto Pafos, przyszłą stolicę Cypru, gdzie ustanowiono kult Afrodyty. Metharme z kolei, według części przekazów, wyszła za króla Kinyrasa i urodziła mu córkę Mirrę/Myrrhę (i tu mamy dość paskudną kazirodczą historię spowodowaną przez gniew Afrodyty). Innymi słowy, jeżeli chcieć się trzymać samej mitologicznej narracji, po ożywieniu Galatei następuje to, co ponoć jest najmniej wdzięcznym tematem dla sztuki: życie szczęśliwej rodziny, przez co najmniej półtora generacji – konkretnie do momentu, kiedy Myrrha tak wściekła Afrodytę swoim brakiem zainteresowania dla spraw seksu i małżeństwa, że ta zesłała na nią karę w postaci nieopanowanego pożądania rodzonego ojca. 

@Wszyscy nieprzekonani: dziękuję za czas i za uwagi – one się przydają, bo choć oczywiście człowiek nigdy nie będzie pisał tak, żeby podobało się wszystkim, to dla mnie cenne i fajne jest też to, żeby zobaczyć, co nie trafia, dlaczego, gdzie to wynika po prostu z różnicy w gustach i temperamentach, a gdzie z czegoś, co można udoskonalić i poprawić. 

Efektowne. Moja znajomość cyberpunka jest niewybitna i najbardziej chyba z całości gatunku lubię Neala Stephensona (który i tak stoi nieco obok cyberpunkowego głównego nurtu) – w związku z czym zabawa zaświatową mitologią w cyberpunkowym kontekście musiała mi się spodobać.

Dziękuję, dałeś mi, tak jak zresztą poprzednie komentarze, do myślenia: jak to zrobić, co zrobić, żeby było lepiej? Popracuję nad stylistyką tych “przejściowych” fragmentów.

Trafiłam dopiero dziś, śledząc inspirowane mitologią opowiadania.

Pomysł na Mojry jako fanki rzeczywiście bardzo fajny, natomiast cała reszta mało przekonująca, jak dla mnie.

Hmm, jest w tym zalążek naprawdę fajnej historii – choć chyba ja osobiście, jako czytelniczka, wolałabym więcej ironicznie potraktowanej polityki (imperium, które żąda i dostaje, na własne nieszczęście) niż tego magiczno-staroegipskiego sztafażu, który na dodatek jest trochę infodumpem. Trochę go za dużo jak na tę prostą puentę. 

Parę drobiazgów, zanim się zastanowię nad bardziej analitycznym komentarzem:

 

“obrębie zabytkowego sacrum“: sacrum raczej nie oznacza “budowli sakralnej, świętego miejsca”, ma bardziej abstrakcyjne znaczenie.

 

“Biel sukni spłowiał i ocieka czerwienią”: coś się tu dziwnego podziało zarówno z rodzajem gramatycznym (choć to pewnie akurat literówka), jak i z czasem (wszędzie dookoła jest konsekwentnie przeszły, tu – wymieszane).

 

“Spod kamiennej kolumny miażdżącej głowę kobiety wysypywały się po posadzce długie, czarne włosy przeplatane strużkami krwi”: tu też się stało coś dziwnego, tym razem z frazeologią. Można się wysypywać spod czegoś, ale nie po czymś. “Rozsypywały się po posadzce”, jak już, ale wtedy nie spod kolumny. No i metafora “włosy przeplatane strużkami krwi” chyba, IMHO, idzie za daleko.

 

“trwają teraz w nieśmiałościach“: to pewnie miało być poetyckie, ale wyszło IMHO średnio zręczne, przede wszystkim dlatego, że nieśmiałość nie ma po polsku liczby mnogiej i przez to cała fraza brzmi dość mało naturalnie.

 

“Po boskiej woli został drobny ślad na zwalonej kolumnie w miejscu, gdzie siedziała”: upersonifikowana wola siedziała? Też to nie brzmi najlepiej.

 

Ale żeby było sprawiedliwie: fragment “Świt był już blisko i przez okno zaglądali Saturn z Jowiszem, jakby chcieli zapytać, czy wszystko w porządku, a bogini zaśmiała się cicho, zasłoniła okno i przykryła młodych kołdrą” wydaje mi się za to bardzo udany i pomysłowy, ładnie ogrywający dwuznaczność mitologicznych imion/astronomicznych nazw.

W sumie chyba by było trochę zabawniej, gdyby z krzaków zamiast T-Rexa wylazła wielka mordercza biedronka…

Zgadzam się, że to jest scenka i że jej skondensowanie pewnie by jej zrobiło dobrze, ale mnie jakoś urzekł ten obraz dziewczyny w białej sukience, która tańczy, bez muzyki, bo się boi ciemności pełnej potworów. Tu się nic nie dzieje, ale jakoś ten obraz mi został w pamięci już od paru godzin, od przeczytania tekstu.

Mnie się też podobało: ładnie poprowadzona taka lekko ironiczna historia człowieka, który ma wielki talent, a jest przy tym nie natchnionym artystą, tylko dobrego serca facetem, dość prostolinijnym, i nawet mu do głowy nie przyjdzie, że odegrał w historii rolę nieświadomego języczka u wagi.

Zupełny drobiazg: Robert Wiene był Niemcem, końcowe “e” w nazwisku się wymawia – a więc nie Roberta Wiene’a, tylko Wienego, jak Goethego i Rilkego. :)

Przyjemnie się czytało – to jeden z tych tekstów, które nie muszą mieć super-oryginalnego pomysłu, bo wygrywają ciekawym zestawieniem znanych elementów. U mnie jest zdecydowanie na plus :)

Ja tylko z paroma stylistycznymi drobiazgami.

1. “Brunetka dystyngowanie poprawiła suknię”. Nie najlepiej to brzmi. “Dyskretnie poprawiła” może byłoby lepsze – także dlatego, że wedle tradycyjnych dobrych manier strój w ogóle nie bardzo wypada poprawiać publicznie. 

2. “ładne jeszcze włosy”. Tu mam problem, który może spokojnie być skutkiem mojego własnego czytelniczego sposobu odbioru – a mianowicie takie zdanie sugeruje mi natychmiast, że niedługo te włosy przestaną być ładne. Mnie jako czytelniczce natychmiast nasuwa to wizję ciężkiej choroby, która lada moment zeżre bohaterkę – a chyba nie w to celujesz. Może być jednak tak, że tylko ja mam takie odczucie, więc jakby co, to ignoruj je kompletnie :D

3. “karczowały wieś”. “Karczować” znaczy, wedle słowników, wyłącznie “wycinać, a potem wykopywać korzenie”. Jak na metaforę dla “zrównywały z ziemią” to IMHO trochę za daleko idące.

 

Fabularnie w tekście, się, przyznam, trochę gubię, niestety.

Przeczytałam i podobało mi się – może najmniej ze wszystkiego zakończenie. To jest kwestia zupełnie osobistych preferencji czytelniczych, ale patos i tragiczny triumfalizm zakończenia (ostatni ocalali, nie ustąpią ani kroku, pokonali potwora technologii dzięki swej determinacji i chęci walki za ojczyznę) to nie całkiem moja bajka.

Ale wcześniej jest moim zdaniem bardzo dobrze, zwłaszcza od strony warsztatowej – nastrojowo, klimatycznie, z efektownym literackim “ożywieniem” mecha do postaci niemal apokaliptycznej bestii. Scena, kiedy deszcz schładza i zmywa bestię, jest IMHO naprawdę piękna, nastrojowa i świetnie budująca klimat.

Na początek, zanim jakiś komentarz analityczny, parę drobiazgów:

 

“my pieniędzy niet” → w tej formie to nie ma sensu, żeby oddawało rosyjską składnię, powinno być “pieniędzy u nas niet”; może bym nawet i poszła w “dienieg u nas niet” :)

 

“Kobieta, wiem już, że piękna, bo brzydkiej niepodobna pięknie gadać. Nigdy.” → przyznam, że trochę nie rozumiem logiki tych dwóch zdań.

 

paniemajesz → chyba lepiej “panimajesz”, bliżej brzmienia rosyjskiej formy.

 

 

Generalnie tekst mi się podobał: z tą stylizacją na rosyjski i z nastrojem jest bardzo efektowny, ciekawie i niebanalnie, IMHO, odczytuje graficzną inspirację. Rozczarowało mnie troszkę jego zakończenie, bo wydało mi się, po tym, co do niego prowadziło, nieco mało dramatyczne. 

 

Ładne, trafiające do emocji. Podoba mi się pomysł na obie bohaterki. Żywia, taka jak jest tu scharakteryzowana, to postać, która ma liczne literackie “przodkinie” (skojarzyła mi się, w tej mieszance magii, siły i desperacji, na przykład z niektórymi bohaterkami Anny Brzezińskiej), ale udało Ci się ją napisać w niebanalny sposób, który sprawił, że jako czytelniczka z nią sympatyzowałam.

 

Jeden drobiazg: w pierwszym zdaniu “(…) lodem, i Tomira (…) → ten przecinek jest chyba zbędny.

Świetne. Bardzo, bardzo podoba mi się granie literacką “narodową” symboliką: krukami i wronami, chocholim tańcem, złotym rogiem… Do tego niejednoznaczne postacie, postawione przed trudnymi wyborami. Wybrałam z listy opowiadań do lektury trochę na chybił-trafił – i trafiłam, jak na swój gust, w dziesiątkę.  

Szalenie efektowne i pomysłowe – czytałam z ogromną przyjemnością i bardzo mnie wciągnęło.

Przepraszam, że tylko tak impresyjnie, a nie z komentarzem do treści/formy, ale mi się te twoje muchy i nastrój, jaki wprowadzają, skojarzył z początkiem “Studium w szmaragdzie” Gaimana i z wrażeniem, jakie miał tam narrator przy spotkaniu z pewną przerażającą istotą: “it rose, wreathing their way about it like the buzzing of flies bigger than worlds“.

Wiem, że u Ciebie to nie całkiem Wielcy Przedwieczni, ale klimat mi się wydał jakoś podobny :)

Uważam, że tekst powinien znaleźć się wysoko w konkursie “Jestem legendą”, nawet mimo wątpliwości, które miałam wobec ostatecznej decyzji głównej bohaterki. Niemniej, to nie za etykę działania postaci chciałabym go nominować: uważam, że nominacja należy mu się przede wszystkim za znakomity pomysł na magię oraz jej umiejętne i pomysłowe połączenie z muzyką. Do tego dodałabym fakt, że tekst jest sprawnie napisany, dobrze się go czyta – no i wciąga, a przynajmniej mnie jako czytelniczkę wciągnął zdecydowanie.

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Uważam, że tekst zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą” (a może i na zwycięstwo w nim), a to dlatego, że:

a) Ma przekonujące, efektowne postacie;

b) Jest fabularnie spójny i konsekwentny;

c) Świetnie mi się go czytało – jest wciągający i intrygujący.

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Wysoko cenię to opowiadanie i uważam, że zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą”.

Cenię ten przede wszystkim tekst za:

a) niezwykle efektowny pomysł na świat i jego konsekwentną realizację;

b) językową i narracyjną sprawność – bardzo dobrze mi się je czytało;

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Bardzo lubię ten tekst. Uważam, że zasługuje na wysokie miejsce w konkursie “Jestem legendą”, i to bynajmniej nie dlatego, że się z autorką znamy pozaforumowo.

Cenię ten tekst za:

a) wykorzystanie i przetworzenie autentycznej historii tak, że nabrała lekko niesamowitego klimatu;

b) efektowne gry literackie (takie jak podwójność postaci “człowieka z Tulonu”)

c) konsekwentne prowadzenie narracji.

Zamierzam zagłosować na ten tekst w konkursie. 

Bardzo mi się podobało; miałam wrażenie, że w historii Bauma i Blaszanego trochę wychodzi tu takie odwrócenie motywu doktora Frankensteina i jego monstrum (tyle że robot sam siebie przetwarza na pół-człowieka i humanizuje, w bardzo niestety ludzki sposób). 

Jak na razie jest to chyba mój prywatnie ulubiony tekst z tych konkursowych.

Ja wiem, że minęły lata od publikacji, ale ja dopiero teraz na ten tekst trafiłam. Moja znajomość biblijnego hebrajskiego nie jest super-wybitna, uczyłam się parę lat i skończyłam podyplomowe studia judaistyczne, ale przyszło mi do głowy, że może by dodać:

A) Zasadniczo nie ma odrębnego hebrajskiego (biblijnego) słowa na “nieśmiertelność”.

B) W biblijnym kontekście pojawia się formuła “[bycie] bez śmierci”, w znaczeniu – życie wieczne: אַל-מָוֶת [al-mawet], gdzie mawet = “śmierć”, poprzedzona przeczeniem. Może taka fraza by się nadała? Ja bym ją w ogóle po hebrajsku zmodyfikowała do neologizmu בֶּן אַל-מָוֶת [ben al-mawet]. “Ben”, dosł. “syn”, jest często używane, by zaznaczyć przynależność do jakiejś grupy: “synowie Izraela” = Izraelici, syn niegodziwości = człowiek niegodziwy itd. W tym sensie ben al-mawet oznaczało “człowiek nie podlegający śmierci”.

Bardzo dziękuję: może tego nie widać, ale we wprowadzeniu zapytałam, czy pomysł z inicjałami jest dobry, bo sama nie byłam pewna. EDIT: teraz usunęłam to pytanie, za to zastąpiłam inicjały (zlatynizowanymi) wersjami imion bohaterek.

 

Tekst jest stary, napisany w pierwszej wersji naprawdę lata temu (jakoś w 2007) i dziś już nie byłam pewna, czy coś, co wtedy wydawało mi się dobrym pomysłem, rzeczywiście działa. Wtedy sądziłam, że to jest takie, bo ja wiem, “uniwersalizujące”, że nie trzeba wiedzieć, kim one (mitologicznie) są, żeby tę historię o pechowej dobrej dziewczynie i skutecznej dziewczynie bez skrupułów walczącej o swoje odczytać – teraz nie byłam w pełni przekonana, Najwyraźniej słusznie miałam wątpliwości. Zrobię eksperyment i zmienię im inicjały na imiona – dajcie proszę znać, jeśli macie czas/ochotę, czy tak będzie lepiej.

@Cyjan: Dziękuję – i przemyślę, jak zastosować Twoją radę, bo wydaje mi się sensowna

 

@Wisielec: Wisielcze, jam jest kobieta flegmatyczna, rzadko mi się spieszy – ale dzisiaj będzie :) A tak poważnie – dziękuję za zainteresowanie!

Bardzo mi się podobało: efektowne, nastrojowe, a jednocześnie z suspensem. Człowiek czyta, i zastanawia się “OK, co tej bandzie antypatycznych postaci zrobi krzywdę i jak bardzo się tego wystraszę?”

Ja się zdecydowanie pogubiłam w fabule, ale, szczerze mówiąc, zdałam sobie z tego sprawę dopiero jak skończyłam – bardzo mi spasowała ta poetycka stylizacja języka, nawet jeśli czasami przesadna i na granicy kiczowatości. Nastrój rzeczywiście zbudowany niezwykle efektownie.

Bardzo wszystkim dziękuję, i za komentarze, i za kliki: czuję się bardzo zaszczycona, że mój tekst trafił do biblioteki.

Jako bytomiance z urodzenia i pochodzenia bardzo mi się podobało – i pomysł, i wykonanie, i odniesienie do grafiki-inspiracji, i śląskość.

To oczywiście może nie wynikać jasno z tekstu (i jest drobiazgiem, oczywiście), ale Grecy znali całkiem spory zestaw typów dłut, młotków, pilników itd i takich tam, i, jak to Grecy, mieli na nie szczegółowe określenia (to jest język o nieprawdopodobnym i momentami ciężko frustrującym bogactwie semantycznym, 25+ lat w nim siedzę i daleko mi do poczucia, że dobrze znam akurat słownictwo). Jak się dogrzebię w swoich zdjęciach do planszy z Muzeum Archeologicznego w Atenach z listą narzędzi i ich nazw, to wrzucę jako ciekawostkę, może akurat się komuś przyda :)

Założyłam, że ona zna te podstawowe narzędzia (jak młotek i dłuto), ale już nie te super-fachowe, którymi będzie się posługiwał rzeźbiarz.

I bardzo dziekuję za komentarz, on trafił dokładnie w to, z czym chciałam zostawić ewentualnych czytelników :)

@Wisielec: co do spełnienia życzenia Pigmaliona – nie, nie ma takiego motywu per se – choć inspiracją była w zasadzie wersja Owidiusza, gdzie jest w pewnym sensie odwrotnie: on w niej już widzi kobietę dużo, dużo wcześniej, niż bogowie ją ożywią.

 

@Finkla: masz rację, zlikwidowałam odstępy.

 

@Wszyscy: dziękuję! 

Taki był zamiar: żeby się zaczynało jak coś innego.

Bardzo dziękuję za miłe słowa!

Intrygujące i niepokojące. Jestem pod wrażeniem.

Po raz kolejny po przeczytaniu Twojego tekstu przychodzi mi na myśl słowo “efektowny”. Sprawny warsztatowo, minimalistyczny językowo – tekst zdecydowanie mi się podobał.

Ugh. Efektownie makabryczne. Umiesz kreować nastrój, nawet mając do dyspozycji tylko niewiele miejsca w krótkim tekście.

Bardzo mi się podoba to mnożenie wyliczeń zwykłych rzeczy: miejsce wypadku, rodzaj drinka, ulubione kolory… Bardzo to skutecznie podkreśla absurdalną grozę tego, co się dzieje.

Bardzo wszystkim dziękuję za uwagi – są, w ogromnej większości, bardzo pomocne. W ciągu najbliższych dni zamierzam poddać tekst przeróbkom, wzmocnić pewne sygnały w części “krakowskiej” tak, żeby zakończenie było mniej zaskakujące, i poddać tekst korektom stylistycznym.

Re: Show, don’t tell

@Wisielec

Nie chcę się, jak to mówią, wcinać między wódkę a zakąskę, ale mam wrażenie, że się chyba z Drakainą nie do końca rozumiecie (i stąd to wrażenie sprzeczności), oraz że Drakainie chodzi mniej więcej o coś takiego, co jest bardzo częste dla klasycznego kryminału – i to na tym przykładzie najłatwiej to zaobserwować. Te wszystkie bohaterki nerwowo mnące chusteczki (a detektyw to widzi), bohaterowie opróżniający jednym haustem kolejne szklaneczki (a detektyw obserwuje i liczy), podejrzane mdlejące, gdy padną pewne nazwiska itd, itd. itd. Autor nam nie mówi “Lord John pił, by zapomnieć o tym co widział”, ani “Mary ciągle kochała podłego uwodziciela”, autor pokazuje rezultaty i każde zgadnąć przyczyny.

Dam konkretny przykład. Na początku “4.50 z Paddington”, powieści o pannie Marple i skomplikowanej zbrodni z majątkiem w tle, spotykamy panią Elspeth McGillicuddy, świadka morderstwa. Wprost dowiadujemy się, że jest niska i pękata. Potem natomiast Christie serwuje nam, na 5-6 stronach, opis jej nerwowego przepychania się z paczkami przez dworzec i chaotycznego poszukiwania biletu, a następnie – zlekceważenie jej najpierw przez biletiera, a potem przez bagażowego (i jej brak reakcji, choć jest pewna, że to ona ma rację); po czym widzimy ją rozczulającą się nad prezentami świątecznymi, jakie właśnie kupiła licznej rodzinie – a następnie jako świadka zbrodni, do której doszło w pociągu mijającym się z jej pociągiem na stacji. Pani McGillicurdy nie jest pewna, czy jej wypada pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i narobić tyle zamieszania – po czym przychodzi konduktor i kompletnie, ale to kompletnie olewa jej stwierdzenie o zbrodni, sugerując, że spała i się jej przyśniło albo czyta za dużo kryminałów i romansideł.

I tak, Christie mogła napisać: Elspeth McGillucuddy była niską i pękatą prowincjonalną paniusią w średnim wieku/ starzejącą się, źle ubraną, niezorganizowaną, dość nieśmiałą; miała dużą rodzinę i głównie na niej była skupiona. Ponieważ robiła takie wrażenie, nikt nie traktował jej poważnie i nie przywiązywał wagi do jej słów. Nie trzeba być panną Marple, żeby to wydedukować. Niemniej, ta przyjemność dedukowania i odczytywania, co zachowanie bohaterki mówi o jej charakterystyce, jest zostawiona czytelnikowi – on nie dostaje informacji wprost, musi sam wymyślić, o co chodzi. Tego nie zastąpią nawet długie i rozbudowane opisy wprost działań bohaterów. W krótkim opowiadaniu nie ma na to miejsca, oczywiście, ale w powieści przynajmniej ja, jako czytelniczka, zdecydowanie to wolę.

EDIT: Poprawiona literówka w tytule tekstu Christie. Dodany “adresat”.

@Wisielec:

Jestem Ci bardzo wdzięczna za komentarze i za staranną lekturę, ale akurat nie do końca zgadzam się z Twoimi uwagami – to znaczy nie tyle się nie zgadzam (bo masz sporo racji w poszczególnych przypadkach), co mam wrażenie, że przy przebudowywaniu tego opowiadania bliżej mi będzie do pomysłu Tarniny (zdecydowanie wzmocnić wskazówki sugerujące, że źle się dzieje w państwie duńskim domu pana Eustachego, i ujawnić fakty, tak jak obecnie, na samym końcu) niż Twojego (odwrócić koncepcję i – zamiast maskować ich obecność i losy niedomówieniami – od początku skupić się na postaciach dziewczynek i ich losie). Mam wrażenie, że ta Twoja idea, choć ciekawa, jest na trochę inny tekst – o podobnej wymowie, ale zupełnie inaczej zaplanowany i napisany. Intrygujący pomysł, ale w zasadzie wymagający napisania nowego opowiadania. 

“Lolitek”? Hmm, miałam wrażenie, że to słowo znaczy jednak trochę co innego niż “porwane i sprzedane przez handlarzy nieletnie dziewczynki”, w co celowałam i co chyba jednak widać w tekście.

Jestem aktywnie na forum od niedawna (miesiąc), ale  – gdyby ktoś potrzebował konsultacji z zakresu języków klasycznych (antyczna greka, łacina, biblijny hebrajski), ewentualnie mitologii/ literatury/ realiów grecko-rzymskich, to tym się zajmuję zawodowo i chętnie, jakby co, pomogę.

@Wisielec: dziękuję za uwagi, przemyślę.

 

@Tarnina: jestem bardzo wdzięczna za uwagi stylistyczne – ponieważ uważam je za słuszne, wprowadzę je do tekstu jak najszybciej. Spojrzenie innego czytelnika jest bezcenne, pozwala dostrzec, gdzie można było coś zrobić dużo, dużo lepiej. Dziękuję.

Z wzmocnieniem dylematu też się zgadzam, ale tu pewnie będę musiała trochę dłużej pomyśleć, jak to sensownie zrobić.  

Bardzo mi się podobało – może dlatego, że przekonali mnie bohaterowie. Zarówno Czarek, który jest bardzo ludzki w swoich wadach i małościach, a jednocześnie wyrastający ponad te wady, jak i Feliks. Ten ostatni to jest wyjątkowo udana postać – bardzo po ludzku zwyczajna, a przy tym sympatyczna; jednocześnie jest to postać wiarygodna psychologicznie, z ciekawie napisanym tłem i historią. Bardzo mi się podoba to, jak ogrywasz fakt jego pracy w magazynie sportowym, wykorzystując go w narracji.

W sumie brakuje my tylko rozwinięcia postaci Magdy, chętnie bym o niej i jej motywacjach wiedziała więcej, tak, żeby byłą czymś więcej niż standardową złą femme fatale z trudnym dzieciństwem – ale rozumiem, że w przyjętej formule i przy takim sposobie narracji nie bardzo jest na to miejsce.

Generalnie, opowiadanie na bardzo duży plus :)

Bardzo mi się przyjemnie czytało ten tekst – udało ci się zrobić retelling jednego z najbardziej oczywistych tekstów, jakie mogę sobie wyobrazić (historię Czerwonego Kapturka pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa…) z użyciem szalenie popularnego tropu (plus minus wilkołactwo) w intrygujący i nietypowy sposób. Trochę mniej przekonuje mnie zakończenie – zgadzam się z poprzednikami co do zarzutów – ale generalnie przyjemnie spędziłam czas na lekturze tego tekstu, dziękuję!

Ogromnie podoba mi się pomysł na magię, na jej związek z muzyką z jednej, a z religią z drugiej strony. Jest twórczy i daje duże możliwości rozwijania – chętnie bym przeczytała więcej w tym świecie. Opowiadanie generalnie jest u mnie osobiście w czołówce tu przeczytanych, mimo drobnych zastrzeżeń (miszmasz językowo-nazewniczy to główne z nich).

Pytanie, które mam, nie ma bynajmniej podważać wartości tekstu, w ogóle nie jest postulatem pt. “zmień to, autorko”, raczej zachętą do dyskusji, ale mnie dręczy od momentu przeczytania. Czy Audrey nie za łatwo przychodzi decyzja o porzuceniu Goedekoopa i nie za mało potem ma kłopotów sama ze sobą? Znała go długo, lubiła, było jej przykro, że choruje, zaryzykowała dla niego wszystko. Dowiedziała się – jeśli dobrze rozumiem – że nakazał pozbycie się (w efekcie – zabicie) nieodpowiedniej, swoim zdaniem, ukochanej swego syna tylko za to, że była z niższych sfer. W tym momencie z podopiecznego i osoby obdarzonej sympatią zamienia się w sekundzie w odczłowieczoną istotę (”Skamlał jak parszywy pies”). Rozumiem, że bohaterka podjęła taką decyzję, nawet mogę zgadywać jej motywy – ale miałam trochę, jako czytelniczka, wrażenie, że chyba troszeńkę za bardzo, jak dla mnie, to po niej spłynęło.

Nie chciałabym jednak, żeby moje wątpliwości były odebrane jako sensu stricto krytyka czy wytykanie błędu – decyzja o takim rozwiązaniu sprawy nie jest przecież żadnym błędem w konstrukcji tekstu czy omyłką, tylko autorską decyzją. W sumie bardzo się cieszę, że tekst przeczytany na forum “uczepił się” mnie na tyle, że myślę od jego treści i problemie od paru godzin. Gratuluję autorce z całego serca. 

@Finkla: od tej pory w rozmowach z Tobą, w razie potrzeby, będę się wobec tego odwoływać do przykładów literackich, nie filmowych, będzie się łatwiej porozumieć – bo zakładam, że tego dotyczy uprzedzenie? :)

Re: fantastyczność w opowiadaniu.

OK, disclaimer: czytałam opowiadanie przed publikacją, więc miałam z nim sporo do czynienia, co może z kolei rzutować na moją interpretację.

Dla mnie tutaj fantastyczność ma taki, wybaczcie mało precyzyjne sformułowanie, “spiskowy” charakter: bierzemy realną, acz dziwaczną i nieprawdopodobną, i dodajemy do niej dość ukryte fantastyczne wyjaśnienie tego, co się działo. Tu, o ile dobrze odczytuję, mamy historię wrażliwego na pewien typ magii oszusta i przestępcy (”hrabia de Sainte-Helene”), który wkręcił się na szczyty ówczesnego światka towarzyskiego i publicznego, ponieważ miał do pomocy magiczny, a raczej demoniczny, artefakt (koronkę) oraz demoniczną pomocnicę-upiorzycę (Rosa), by w końcu zostać zdemaskowanym przez innego człowieka o podobnej magicznej wrażliwości, ale będącego w służbie prawa (Vidocq). Ta magia ma, w fikcyjnym świecie, wyjaśniać to, co wydaje się fantastyczne i nieprawdopodobne w realnej historii pana “hrabiego”.

Jako porównania, nieadekwatnego literacko (bo gatunek radykalnie inny) ale – mam wrażenie – podobnego w założeniu, użyłabym wyjaśnień historii w systemie RPG “Wampir: Maskarada”, gdzie [z góry przepraszam wszystkich znających ten system za oczywistości] mnóstwo wydarzeń historycznych (jak wojny Rzymu z Kartagina, wyjaśnione wewnętrznymi konfliktami między dwoma wampirzymi klanami) objaśnia się istnieniem w świecie magicznego pierwiastka: ukrytej społeczności wampirów.

Ten ciąg dalszy wyobraziłam sobie raczej w tak “romansowym” tonie, jak motywy powiedzmy-miłosne u Tarantino :D. A mówiąc poważnie, właśnie czytałam (i komentowałam) kolejne teksty – podoba mi się Twoje pisanie.

Fajne, efektowne, jak dla mnie przejrzyste w lekturze i spójne – oczyma duszy zobaczyłam krótki film oparty na tym tekście jako na scenariuszu :)

Zabawne i pomysłowe. Zachichotałam przy lekturze, kiedy dotarło do mnie, jak bezceremonialnie rozprawiłaś się z legendą o śpiących rycerzach :)

To Twój pierwszy tekst, jaki czytałam, ale opowiadanie zachęciło mnie do sięgnięcia po kolejne. Ciekawe językowo i stylistycznie, dobrze się dzięki temu czytało. Fabularnie jest trochę, jak na mój własny gust, momentami niejasne: żeby się połapać w tym, kto jest kim, musiałam do pewnych fragmentów wracać. W sumie najbardziej to bym chciała ciąg dalszy, zasugerowany w finale :)

Dobry pomysł na zrobienie narratorem i punktem widzenia de facto czarnego charakteru tej historii. Nie do końca, moim zdaniem, wyszło wykonanie – może podkreślenie amoralności bohatera (dla mnie on jest bardziej jak Herostrates niż jak Ikar, ale ja mam antyczne zboczenie zawodowe). Przydałoby się więcej precyzji w konstrukcji świata (za duży moim zdaniem skrót myślowy z tym teleportem) i podkreślenie konfrontacji między bohaterami (przez podkreślenie nastroju, na przykład). 

Też nie moje klimaty (i niekoniecznie moje lęki przez skutkami poprawności politycznej), ale tekst mnie kupił po pierwsze konsekwentną i spójną stylizacją języka i narracji, po drugie – efektownym prowadzeniem stopniowo wyłaniającej się kwestii “legendarności” bohaterki i jej czynów. Intrygujące.

Przyjemny w czytaniu tekst, w którym zainteresował mnie i świat, i postacie (i relacje między nimi), i sposób zrealizowania motywu legendy. Miałabym jakieś uwagi stylistyczne, ale nic, co by zakłócało przyjemność z lektury.

U mnie na plus: prowadzenie wątku z delfinami aż do związanego z nim zwrotu fabularnego: od poczucia, że delfiny są OK, przez pozornie nieuzasadnione wątpliwości narratora aż po finał. Na minus tempo w końcówce – też miałam wrażenie, że to materiał na dłuższy tekst (gdzie i relacje postaci wyszłyby pogłębione, a to jest potencjalnie mocna strona tego tekstu i warto by je było rozbudować). 

Z bardzo dużą przyjemnością przeczytałam właśnie “Czarownicę znad Kałuży” Artura Olchowego.  Wydała mi się świeża, pomysłowa i ciekawa zarówno jak chodzi o fabułę, o sposób kreacji lokalnego małego światka po zagładzie cywilizacji, jak i o bohaterów. Coś mi się widzi, że ta powieść to będzie moja tegoroczna kandydatka do nagrody Zajdla.

Książek beletrystycznych (i reportaży, bo bardzo lubię) kupuję dużo więcej (5-6 miesięcznie), od kiedy mam czytnik i mogę komfortowo nabywać wersje elektroniczne – ułatwiło mi to życie o tyle, że czytam sporo anglojęzycznej literatury i możliwość kupienia jej w oryginale i posiadania na czytniku już za chwilę jest ogromnie kusząca i łatwa (niestety dla portfela). Mam nieduże mieszkanie i pracę, do której kupuję sporo książek naukowych w wersji papierowej, więc komfort posiadania fantastyki/kryminałów w wersji niezajmującej miejsca jest nie do przecenienia.

Poleciłabym “Trylogię zimnego ognia” C. S. Friedman, która bardzo klasycznie łączy SF i fantasy: punktem wyjścia jest kolonizacja kosmosu i ludzkość trafiająca na niestabilną sejsmicznie planetę, na której działa siła, rodzaj energii, sprawiającej, że ludzkie lęki, myśli i fantazje mogą się – jeśli są odpowiednio silne lub podzielane przez odpowiednio dużą część populacji – materializować i od tej pory żyć niezależnym życiem. Ludzie są ludźmi i parę pokoleń później mamy wampiry, upiory, demony i pierwsze eksperymenty z quasi-magią. I problemy z techniką, bo jak się martwisz, że ci się mechaniczny pojazd zepsuje,  to masz spore szanse, że się zepsuje.

Akcja ma miejsce jakieś plus minus 900, jeśli dobrze pamiętam, lat po lądowaniu, w mocno już zmienionej przez tę quasi-magię cywilizacji. Całość wyszła w Polsce na początku lat 2000. i potem została wznowiona jakieś 10 lat temu, o ile pamiętam.

Cześć, jestem i nie jestem nowa: zarejestrowałam się dawno temu, byłam przez moment, potem mnie nie było, teraz wróciłam, skuszona konkursem “Jestem legendą”. Nie jestem pewna, czy będę startowała w samym konkursie, ale skusiło mnie poczytać teksty :)

Że tekst brzmi jak streszczenie, powiedzieli już przedmówcy. Ja tylko dodam: rozumiem, że to pierwszy tekst, ale – poza wszystkim innym – obraz Japonii jest tu całkowicie stereotypowy, a przy tym… trochę chyba zbędny; ten tekst mógłby dziać się w absolutnie dowolnych realiach, bo fakt, że jest to samuraj, a nie, bo ja wiem, hoplita, nie ma dla tekstu znaczenia. Fajnie by było albo te realia troszkę rozbudować (sięgnąć na przykład szerzej do japońskich legend i tradycji), albo przekształcić, żeby nie były taką tylko kartonową dekoracją.

Serio, chętnie bym przeczytała historię w całości o anaeredach. Najchętniej taką w klimacie “O czym szumią wierzby” Kennetha Grahame’a, lekką, trochę ironiczną, i choć głównie dla dzieci, to trochę też dla dorosłych. Chyba bym ją w sumie wolała niż fantasy/horror o wspinaczce – a zgadzam się z przedmówcami, że tekst się wyraźnie rozpada na dwie części.

Pozostaję nieprzekonana. Za dużo Słów Wielką Literą (które w tej ilości jakoś mi zazwyczaj sugerują, że mamy do czynienia z mało oryginalną fantasy), za dużo kwiatków stylistycznych w rodzaju “Wożanin z jeżącymi się w gorytosie strzałami”, a za mało – czegoś nowego, jakiegoś innego pomysłu na ujęcie tradycyjnych wątków, na wprowadzenie trochę mniej przewidywalnych postaci, na jakiś rodzaj gry z konwencją.

Zgadzam się z przedmówcami: to jest raczej streszczenie niż opowiadanie. Niemniej, ma pomysł, ma zaczątki (bo o coś więcej trudno przy tak krótkim tekście) nastroju i widać, że przy pewnej dawce ćwiczeń (takich jak na przykład publikowanie na forum!) autor ma szanse zdecydowanie się pisarsko rozwinąć.

Popieram ocenę zakończenia :)

Ciekawy tekst, efektowny, z przekonująco IMHO napisaną bohaterką. Zdecydowanie na plus.

Efektowne, nastrojowe, z ciekawym retellingiem opowieści o Don Juanie, wplecionym w inne historyczne realia. Czytałam ten tekst już wcześniej, jako nieoficjalna beta-readerka pierwszej wersji, i już wtedy miałam o nim wysoką opinię, teraz – moim zdaniem – jeszcze zyskał.

Zdecydowanie podoba mi się gra motywem Jekylla i Hyde’a w tym tekście i fakt, że uzycie tego motywu jest “nieklasyczne”, odchodzi od prostej oceny, że jedna z postaci jest dobra, druga – zła. 

Nowa Fantastyka