Profil użytkownika

Wciąż żyję!

 

Je­że­li masz do mnie jakąś spra­wę – śmia­ło pisz pry­wat­ną wia­do­mość.

 

Stro­na pi­sar­ska FB: 

https://www.facebook.com/people/Greg-Kaluzny/100086303056720/

 

Więk­szość moich pu­bli­ka­cji można zna­leźć na Lu­bi­my czy­tać:

https://lubimyczytac.pl/autor/139288/grzegorz-kaluzny 

 


komentarze: 2767, w dziale opowiadań: 2289, opowiadania: 901

Ostatnie sto komentarzy

Hej,

 

przyzwoita historia, którą szybko i sprawnie się czytało. Podoba mi się koncepcja – zamek, postaci, software – fajnie to się ze sobą zgrywa i tworzy interesujący szkielet fabularny.

Zabrakło dla mnie nieco więcej treści wypełniających ten szkielet, mam wrażenie, że całe te 30k znaków opiera się wyłącznie na pomyśle przeniesienia świadomości + okraszeniu historii trudną relacją z ojcem. Życzyłbym sobie większego zniuansowania opowieści, wyobrażam sobie, że postaci z zamku mogłyby mieć swoje cele, powiązania, emocje; przestrzeń mogłby być bogatsza: zamek jawi mi się jako kontrast do lasu i ten motyw jest bardzo słabo zarysowany.

 

 

Jeszcze kilka drobiazgów:

 

Coś tutaj się nie zgadza wciąż:

Mężczyzna z rudymi loczkami przetarł chustką usta i zabrał się za winogron. Ostatnie podrzucił, wygiął bawoli kark do tyłu, i się owocem zadławił.

Tutaj definicja “zadławić”.

 

Nie zgadza mi się, że apetyt coś sprawił… Może “wywołał”?

Nabrał bowiem zgoła innego apetytu, który sprawił dwie rzeczy

 

Być dostępnym na mrugnięcie oka?

Problem w tym, że Maria od pewnego czasu nie zawsze była dostępna na mrugnięcie oka

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Jeśli masz coś dłuższego – to wrzuć tutaj, chyba, że to baaardzo długie :) 

Che mi sento di morir

Hej,

 

Ogólnie mi się podobało i ten świat przedstawiony jest dość interesujący.

 

Ja skupiłbym się bardziej na historii – brakuje mi jakiegoś domknięcia fabuły. Wydaje się, że historia się nie kończy – co spotkało ludzi, jakie były dalsze losy mordercy i jego rasy? Jest tutaj potencjał na dłuższą histore.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

rzeknę podobnie jak Outta Sewer – IMHO przesadziłeś, w tekście ginie sens, nie znajduję tutaj historii, może jakieś ślady histerii, ale to stanowczo za mało dla mnie.

 

Zamikoza już na wstępie i niestety dalej jest tylko gorzej:

 

Rano przyszedłem odebrać ciebie z dworca, ale minęłaś mnie bez słowa. Poszedłem za tobą, niepewnie rozglądając się na boki. Ludzie mijali mnie beznamiętnie.

Jak można by to zmienić:

 

“Rano przyszedłem odebrać cię z dworca, ale przeszłaś obok bez słowa. Podążyłem w tym samym kierunku niepewnie rozglądając się na boki. Ludzie mijali mnie beznamiętnie.”

 

W bonusie w podanym przykładzie pozbywamy się powtórzenia: “przyszedłem”/poszedłem”.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Heja, zabiłeś mi niezłego ćwieka Outta, o jakim tekście piszesz? Masz na myśli “Cudowny obrzęd Vlada Iwanowycza Drakuli”? To chyba najbardziej obrzydliwy mój tekst… Ale chyba nie ukazał się w Obłędni.

Che mi sento di morir

Hej, Ambush.

 

Dzięki za uwagi, zmieniłem wskazane fragmenty smiley

 

Jak szalone, to chyba dobrze, szalono-zwariowane miało być!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Cześć, Marszawo, witam serdecznie!

 

Cieszę się, że pomysł przypadł Ci do gustu i szort rozbawił heart HH91 – dzięki za podpowiedź z końcówką (nie ma nic gorszego niż autor tłumaczący własną historię).

 

OS, cześć, jak zawsze sypiesz dobrymi pomysłami jak z rękawa. Abel Kabel brzmi jak jakiś biblijny retelling, fajne to by było laugh

 

Dziękuję za kliki i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku! 

 

 

Che mi sento di morir

Hej,

generalnie tekst pozostawia dobre wrażenie, fajny szorcik, który sprawnie komentuje “dramaty” dnia codziennego, pewnie głównie młodych osób, ale niech pierwszy kamieniem rzucił, kto nigdy nie łaknął ładowarki jak przysłowiowa kania dżdżu. Więc zajrzałem, podobało mi się, nie był to absolutnie czas stracony.

Kilka luźnych uwag niżej.

Jak pisała chalbarczyk: temat jest błahy a fantastyka domniemana. Nie mam z tym wielkiego problemu, ale myślę, że była szansa zaskoczenia czytelnika “czymś”. Żeby ten błahy temat odwrócić, żeby okazało, się, że to nie jest zwykła nastolatka, zwykły telefon i przeglądanie TikToka. Fakt, nieco zaskakuje ta biblioteka, ale to dalej w konwencji “życia codziennego” wink

Druga sprawa – dlaczego bohaterka wyszła dwie godziny wcześniej na spotkanie z Sebą? Brakuje mi dobrego uzasadnienia, tak jakby służyło to tylko uprawdopodobnieniu następujących zdarzeń – (wyszła 2 godziny wcześniej, żeby rozładowała jej się komórka i nie miała co robić). 

Pozdrawiam!

 

 

Che mi sento di morir

Cześć, Robert Raks

 

chyba nie mieliśmy jeszcze przyjemności się poznać – witam zatem serdecznie!

 

Cieszę się, że szort ubawił, a pomysł się spodobał. Dzięki za klik!

 

Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego! WESOŁYCH!

Che mi sento di morir

Dzień dobry, HollyHell!

 

Dzięki za miłe słowa, dobrze Cię widzieć!

 

Poprawiłem usterki, wyeliminowałem również jedno powtórzenie.

 

Cieszę się, że tekst ogólnie się podoba. Może być tak, że za dużo próbowałem upchnąć w drugiej części – nie winiłbym brak znajomości gatunku, tekst powinien sam się obronić.

 

Dziękuję za kliczka!

 

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Che mi sento di morir

Witajcie, moi mili, cieszy mnie Wasza obecność heart

 

Bruce, uwagi w punkt, Ramshiri również – dzięki za wyłapanie błędów, poprawiłem. Zmieniłem też kwalifikację na “szort”.

 

Bruce, jeśli tekst choć trochę zabawił, to jestem zadowolony. Cieszę się, że zakończenie się spięło z resztą, właśnie taki był mój plan – na powolne odkrywanie tego mini świata i intencji postaci.

 

fanthomas, hej! Przede wszystkim dzięki za namówienie mnie do udziału w konkursie. Jeśli jest zabawnie, to chyba dobrze, choć pewnie powinno być też nieco wierdowo wink Dla mnie tekst nie jest rozbudowanym dowcipem, od jakiegoś czasu obracam w głowie świat, w którym rzeczy materialne są reprezentowane przez zmodyfikowane ludzkie jednostki. Choć być może realizacja odbiega od mojej “wspaniałej wizji”. Z drugiej strony IMHO nie ma niczego złego w rozbudowanym dowcipie i nie zamierzam się kłócić wink

 

 

Ramshiri “tekst płynie jak inteligentna sztacheta strumieniem myśli” laugh Niezłe porównanie. Dzięki za miłe słowa. Co do końcówki, jest tam trochę niedopowiedzeń, ale jeśli ogólne wrażenie jest pozytywne, to jestem rad smiley Nie będę może się wynurzał dokładnie co miałem na myśli, chyba ta rozbudowana otoczka, może rodzić nieco komplikacji – no bo nie jest zwykła kradzież ogrodzeniowego panela..

 

Dzięki, wszystkiego dobrego i Wesołych Świąt!

 

Che mi sento di morir

Hej,

 

powtórzę się nieco z bety – ja tę historię kupuję niemal w całości. Tę relację opartą na socjalistycznym zarządzeniu, na skierowaniu, które przypomina mi dawne nakazy pracy, które mieli choćby moi dziadkowie (babcia z nakazem pracy jako nauczyciela na Ziemiach Odzyskanych w ten sposób poznała dziadka). Jednocześnie ten postkomunizm jest u Ciebie przyprószony nowym społecznym i technologicznym ładem, który osiadł niczym radioaktywny opad. Na pozór jest lepiej, wszystko wydaje się działać sprawniej i dla dobra jednostki (spełniają się przecież marzenia), ale to pozory. Marzenia to manipulacja, wytrych podtrzymujący niewydolny system przy życiu.

I właśnie z obalaniem tych pozorów mam największy kłopot, wg mojej opinii końcówka jest zbyt szybka i za wiele się w niej dzieje. Życzyłbym sobie tekstu bardziej kameralnego, o marzeniu, o miłości – i o socjalistycznym połączeniu tych dwóch idei pod postacią “przydziału”. Z ledwie zarysowanymi kwestiami systemowymi. Ale to ja ;)

Poza tymi dąsami, tekst uważam za dobry, zasługujący bez wątpienia na bibliotekę, dlatego dokładam ostatniego kliczka.

 

Pozdrawiam ciepło!

 

Che mi sento di morir

Hej, wg mnie to marzenie o opowiadaniu już się spełniło wink Historia o sepulkach jest naprawdę dobrym opowiadaniem.

Che mi sento di morir

A kobiety nie dzielą się przypadkiem na anielice i demonice, czy jakoś tak? laugh

 

Che mi sento di morir

Hej,

 

a tej historii nie znam. Podpisuję się pod tym co napisał Nowhereman – pachnie mi to Lynchem, w pozytywnym znaczeniu. To co mnie szczególnie urzekło, to dość spójny, jak na zamieszczone absurdy, świat, z powtarzalnością zdarzeń – jak choćby Betty wpadająca na imprezę z pistoletem w dłoni. Cenię też humor.

 

Doklikuję biblio :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

pamiętam to opowiadanie, ma niesamowity klimat. Cieszę się, że zostało wydane w zbiorku.

 

Doklikuję bibliotekę :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

fajne to, takie pozytywne, niewspółczesne :)

 

Dodaję kliczka.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, 

 

ładne to. Nie przepadam raczej za wierszami bez rymów, ale ten tutaj jakoś do mnie przemawia. Może tą huśtającą się między słowami paranoją…

Mogłoby być nieco więcej fantastyki ;)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej Gocha,

 

to ciekawa i zajmująca historia. Myślałem, że to szort tak szybko przeczytałem i muszę powiedzieć, że chciałbym nawet nieco więcej dowiedzieć się o bohaterach – Stachu, George’u, Weronice i nawet Patryku :)

Chciałoby się powiedzieć że opowieść jest “kameralna”, ale przy tym również przepełniona głębią i to nie tylko związaną z legendarnymi sepulkami. Są tutaj emocje i zgodzę się z Bardem, że całość przypomina nie tylko “Dzienniki gwiazdowe”, ale również “Solaris”. Być może usłyszymy jeszcze o sepulkach… :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Dziękuję Wam serdecznie za wizyty i komentarze i przepraszam za późną odpowiedź.

 

@Ambush wdzięczny jestem za miłe słowa, cieszę się, że humor rozbawił i mam nadzieję, że żaden sprzęt komputerowy nie ucierpiał. Już sama nominacja do piórka jest czymś zaszczytnym, a pozytywny głos cieszy podwójnie. Dziękuję!

 

@Zygfrydzie dziękuję za komentarz, pozytywną opinię oraz bibliotecznego kliczka. Polecam się na przyszłość :)

 

@Finklo, cieszę się, że trafiłem w Twój gust i jestem radośnie podekscytowany tak pozytywnym odbiorem.

Plus za ziemniaczane gierki słowne, to akcent miły jak czipsy na imprezie.

Ha, zaiste czipsy na imprezie są pożądane, choć ich masowa konsumpcja grozi perturbacjami na drugi dzień, co w przypadku mojego tekstu mam nadzieję nie miało miejsca :D 

Głos na Tak w piórkowym plebiscycie jest ogromną radością :)

 

@Ślimaku, dzięki za wizytę i rzeczowe komentarze. Z humorem chyba tak jest, że nie bawi wszystkich tylko trafia do swoistych wybrańców (albo może do przeklętych – w zależności od interpretacji). 

Co do wymowy tekstu, jest to raczej historia lekka, jak przywoływana wyżej paczka czipsów. Garść poważnych tematów na podobieństwo soli oklejającej czipsy, powinna dodać nieco smaku, nie pozbawiając szorta walorów “lekkiej przekąski czytelniczej”. Co pewnie może być również wadą, jeśli ktoś spodziewał się kotleta czy wręcz krwistego steka do serwowanych ziemniaków ;)

Interpunkcją zaraz się zajmę, dzięki!

Co do spożywania strojów zamiast ciał ziemniaków, wgryzanie się w korpusy uczestników wydawało mi się dość drastyczne, a historia miała być raczej lekka. Sama stonka dlatego żywi się liśćmi, nie jest potworem pożerającym bohaterów, raczej “fetyszystką” pożerającą ich oczami z ukrycia i karmiącą się strojami :) Swoją drogą Finkla również wyrażała pewien niedosyt co do postaci stonki.

Dzięki za dobicie do biblioteki, liczę na skracanie dystansu do piórka w przyszłości :)

 

@Anet, dzięki <3

 

@Irko, dzień dobry, cieszę się, że uśmiech pojawił się na Twoich ustach. Zgadzam się, że historia lekka jak ziemniaczana obierka. Co do zapomnienia, chyba zależy od odbiorcy, bo znam takich, którzy wciąż mi przypominają o tej historii i twierdzą, że to jedna z lepszych rzeczy, które napisałem. Z czym osobiście się nie zgadzam, ale też rzeczona osoba nie przeczytała wszystkiego co stworzyłem, czy tworzę. Ale również takie skrajne opinie się pojawiają, co jest nieco zaskakujące dla mnie.

 

@Verus, umilenie kilku wieczornych chwil to ogromny sukces, cieszę się, że mogłem ze swoim tekstem choć na chwilę zapisać się w Twojej pamięci. 

 

Pozdrawiam Was wszystkich ciepło, będę starał zaglądać tutaj częściej!

 

 

 

 

 

Che mi sento di morir

Cześć, Koalo!

 

Cieszę się, że tutaj dodarłeś, a historia się spodobała.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Che mi sento di morir

Hej,

 

dzięki za wizytę, Regulatorzy, Krar85.

 

Dokonałem poprawek, historia faktycznie nieco otwarta :) No tak właśnie jest. Jak mówi stare przysłowie to droga jest celem, itd.

 

Pozdrawiam międzyświątecznie!

Che mi sento di morir

Dzięki za odwiedziny i lekturę, a także za miłe słowa. “Niedobrzysko” już doszło i widzę, że tam silna reprezentacja portalowa, w tym Ty :) Będzie czytane.

Dzięki, polecam się! :)

Che mi sento di morir

Dzięki, Bruce!

 

Jednocześnie witam kolejnych miłych czytelników!

 

Can, usunąłem te zaimki, dziękóweczka!

Jak widać znalazłem inne zastosowanie dla stonki ;)

 

MichaleB, masz niewątpliwą rację, że coś w stylu Luksusowej mogłoby się pojawić. Choć chyba teraz skład jest nieco inny i przy produkcji tego przezroczystego eliksiru korzystają nie tylko z ziemniaka (jak podaje internet).

Firma volkswagen niestety nie zamówiła tej promocji (niestety, bo chętnie bym przygarnął jakaś korzyść majątkową). Nie wiem zresztą czy życzyliby sobie być kojarzeni z ziemniakiem vel kartoflem ;) 

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej, hej, hej!

 

Wybaczcie późną odpowiedź, byłem w delegacji :D 

 

Spieszę nadrabiać:

 

Skryty – dziękuję za tak miłe słowa i bardzo się cieszę, przy okazji nieco się rumieniąc :)

 

AP – dziękówczka również, cieszę się, że trafiłeś tutaj a wizyta nie była zwieńczona poczuciem straconego czasu (wręcz przeciwnie) :)

 

HollyHell91 – Good Moaning!

 

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas, korekty przecinkowe i inne – poprawione.

 

Doceniam humor i zazdroszczę wszystkim, którzy potrafią chociaż raz podczas lektury rozbawić czytelnika. Czyli zazdroszczę też Tobie.

Bardzo bym chciał rozbawiać ludzi, wywoływać uśmiech na twarzach, więc jeśli jakieś małe (albo może nieco większe) sukcesy odniosłem na tym polu w Twoim przypadku, to doskonale!

 

Końcówka wydaje mi się nieco urwana. No i myślę też, że opowiadanie wybrzmiałoby lepiej, gdyby było nieco dłuższe.

Może tak być, poskładałem jak umiałem, może mogłem się bardziej postarać, ale też – gonił trochę deadline, szorcik nie odleżał, nie skruszał, nie był bertowany (wymówki, wiem) :)

 

Jednak i tak jest sympatyczne i doceniam, że w końcu na portalu pojawił się humorystyczny tekst :)

Wyśmienicie :) Polecam również bardziej rozbudowany tekst Outty Sewera (klik), który być może również znajdziesz interesującym i zabawnym.

 

Bruce – hej!

 

Powalczyłem z przecinkami – dzięki za uwagi!

 

Historia dawkowana powoli i ze świadomą konsekwencją, wciąga coraz szybciej czytelnika w przezabawną fabułę, zaskakuje zakończeniem, w całym tekście humor jest znakomity. Brawa, gratulacje. :)

Uściski, ukłony, łezka w oku – dziękuję Ci serdecznie!

 

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik. :)

Cieszę się, wdzięczny jestem!

 

Koalo!

 

Absurdalne. Zabawne. Udane. Gratuluję. :)

Raduje mnie, że znajdujesz tę historię właśnie taką i nie omieszkałeś tymi miłymi słowami podzielić się ze mną. Dziękuję!

 

Pozdrawiam wszystkich!

 

 

 

 

 

Che mi sento di morir

Dziń dybry, HollyHell91 :)

 

dzięki za uwagi techniczne, poprawiłem.

 

W końcu krew nie sługa, serce nie woda, a hormony nie pokemony… czy jakoś tak

Hę? Chyba miało być śmiesznie, ale jakieś nieadekwatne to.

– nie wiem, czy “śmieszne” to odpowiednie słowo, ale coś w spektrum humoru :)

 

Twoja interpretacja zakończenia również mi odpowiada :) Z tym Jezusem z opowiadania jest coś nie tak. Bo czy prawdziwy Jezus byłby na tyle małostkowy lub nierozgarnięty, żeby z powodu jednego okrzyku opuścić swoich wyznawców? I w tym kontekście: czy warto było czekać? Choć z drugiej strony – może jest to kolejny sprawdzian wiary…

 

Nie zrozumiałam pytania z żebrem. Miało to być odniesienie do adamowego żebra?

Tak :)

 

 

Czegoś mi zabrakło, ale w sumie nie wiem czego, więc zamilknę.

To ja może powiem, czego nie dopisałem :D – zakończenia, zostawiłem je celowo otwarte, żeby można było je różnie interpretować. Może to tworzy wrażenie pewnego braku.

 

Ogólnie opowiadanie bardzo dobre.

Cieszy mnie to niezmiernie :)

Che mi sento di morir

Dziekuję pierwszym wizytującym.

 

Fan – cieszę się, że się spodobało. Pamiętaj, że długość czy krótkość nie są najważniejsze.

 

Adamie – masz rację, orzy publikacji zostawiłem “defaultowe” science fiction, co nie koresponduje z treścią mojej hisotorii. Zamieniłem też “opowiadanie” na “szort”. Zbyt długi niczego tutaj nie wrzucałem i zapomniałem o tych istotnych szczegółach.

Che mi sento di morir

Siemanko,

 

fajne to, gęste od nawiązań i ociekające absurdalnym humorem :) Oprócz tego, jak zwracano uwagę, nie jest to bez sensu, tylko trzyma się linii fabularnej uzbrojonej w niejeden twist.

 

Powodzenia w piórkowaniu i księżycowym konkursie!

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, Canulasie,

 

dzięki za lekturę i uwagi. Chyba poprawiłem wszystko.

 

Cieszę się, że siadło, to chyba pierwsze tekst na tym portalu, zainspirowany codziennością – kiedyś w robocie miałem ogromny problem z logowaniem i musiałem korzystać z jakichś dziwnych sposobów odzyskiwania hasła, albo innego logowania na okrętkę :) 

Ellisona przeczytałem później niż napisałem ten tekst, pewnie jakieś podobieństwa można znaleźć, a jeśli tak się kojarzy – to świetnie bo to bardzo dobre opowiadanie jest :)

 

Pozdrawiam serdecznie i przesyłam uściski!

 

 

Che mi sento di morir

Poproszę “Konkurs na ziemniaka roku”

Che mi sento di morir

Hej,

 

dzięki za wizytę.

Może tak być, że za prywatny i terapeutyczny.

 

Pozdrosy!

Che mi sento di morir

Can, jest co biczować, plecy się tak szybko nie skończą laugh

Che mi sento di morir

Siema,

 

fajny klimacik, podobają mi się te postaci, wielki Bora ściskający kierownicę na podobieństwo talerzyka, czy kontrastujące z nim karły w otoczeniu swoistej femme fatale.

Pojawiają się pytania – skąd jadą, dokąd zmierzają? W jaki sposób Norweg poznał wiedźmę z tajgi i jej świtę karłów? Dlaczego zamordował Borę? Dlaczego Bora dał się tak łatwo zastrzelić – mimo, że wcześniej nie dopuścił nawet do wyciągnięcia rewolweru spod kurtki.

Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi, nad czym ubolewam.

 

Pierdółki:

 

Wyboru należy dokonać spośród:

– czystej obojętności

– kalkulacyjnej zmienności

– oraz pierwotnego zła

 

Po każdym wyliczeniu dałbym przecinek a na końcu kropkę, uzasadnienie z netu. Czyli byłoby tak:

“Wyboru należy dokonać spośród:

– czystej obojętności,

– kalkulacyjnej zmienności,

– oraz pierwotnego zła.”

 

 

Wtedy Olaf wystrzelił prosto w jego skroń.

– czysta obojętność

– kalkulacyjna zmienność

– i pierwotne zło

Tutaj jak wyżej, tylko nie dawałbym przecinka przed “i”, czyli:

“Wtedy Olaf wystrzelił prosto w jego skroń.

– czysta obojętność,

– kalkulacyjna zmienność

– i pierwotne zło.”

 

 

– i czyste

– i kalkulacyjne

– i pierwotne

– cZŁOwiek

A tutaj chyba bym zrobił tak:

“– I czyste,

– i kalkulacyjne,

– i pierwotne

– cZŁOwiek.”

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Witam i o wpier… nie pytam wink

 

Poprawiłem co umiałem, rozumiałem na swój sposób.

 

---

Mmm. Wycieczka w głąb psychiki autora? Mam nadzieję, że nie. Weird? Zdecydowanie. Jest krew, są inne płyny, jest coś, co wygląda na symbolizm, ale nie daje się rozszyfrować, no, weird.

Gdy już opadną fałszywe etykiety czymże będziemy my sami względem samych siebie?

A co z prawdziwymi etykietami? ;) Przypominam sobie teraz Cassirera, i on też twierdzi, że rozróżnianie przychodzi z językiem (albo twierdzi, że inni tak twierdzą? nie do końca widzę jego zamysł) – ale to ma poważne wady jako sposób rozumienia świata. I chyba zakłada, cóż, rozróżnienie, którego nie ma. Albo brak rozróżnienia, które jest. Albo coś.

 

→ Ja nie taki uczony, to prosta historia, taplania się w gównie i braku akceptacji siebie. I jeszcze gdzieś tam pieniądz po drodze i luksusowe hotele, które to pewnie dobra doczesne tylko odwracają uwagę od tzw. afirmowanej szeroko uważności. Albo coś wink

 

---

W piekle też wszystko plastikowe.

A czemu miałoby być porządne? W końcu to piekło.

 

→ Gdybym trafił do piekła, osobiście wolałbym mieć stycznośc z quality materiałami, nie z jakimś plastikiem. Choć zasadniczo mogłoby tak być, że w ramach dodatkowej kary, byłbym pętany plastikowym łańcuchem, ubrany w potępieńcze ubranko z poliestru i batożony rzemieniem z kauczuku.

---

tekst jest dość rozbudowaną metaforą i również sen w niej się mieści (a także przebudzenie)

Mmm, metaforą alienacji, tak?

 

→ Mmmm, może cheeky Raczej konfliktu wewnętrznego i braku akceptacji części siebie. Ale jestem otwarty na inne skojarzenia.

Poza tym jak na metaforę, to sporo tu rzeczy aż nazbyt dosłownych, więc nie będę się upierał przy tej interpretacji.

 

---

Nawet kiedyś zabrałem dziewczynę na randkę na wystawę prac Beksińskiego.

Grunt, to sprawdzić, czy się ma wspólne pasje :D

 

→ Np. na maraton filmów Davida Lyncha nie chciała ze mną iść. Ale ostatecznie została moją żoną, więc chyba było okej laugh

---

o bólu bycia sobą, o pogodzeniu dwóch (a może więcej) natur

Ojeju. Wysokie progi. Nie na takie maleństwo.

 

→ Serious shit wink

 

---

Skoro ten drugi się uwolnił, bo pierwszy porzucił to, co było dla niego kiedyś ważne, to co ten drugi reprezentował?

Dobre pytanie.

 

→ W sumie to nie wiem teraz, który jest który laugh Rzekłbym, że ten pierwszy więził drugiego. I w pewnym momencie swojego życia to odkrył. To ten pierwszy wrzucał te wszystkie rzeczy do środka, które były brzemieniem dla drugiego. Wyciągając je ze środka i upodmiotowując “drugiego” doszło do prawdziego, sam nie wiem czego – “zjednoczenia”, “uwolnienia”?

 

---

wg mnie największym wrogiem jest łańcuch, ograniczenia, które narzucają nam inni, albo świat.

By zacytować River Song: and you are sooo wrong ;)

 

→ Może dla Ciebie tak, dla mnie nie. Każdy jest straznikiem swojej prawdy [mistyczne dzwony w tle].

 

---

zresztą to czytelnik powinien być ostatecznym źródłem prawdy, nie autor

Mmm, ostrożnie. Bo szkoła, że autor wydobywa z czytelnika to, co w czytelniku już było, ma swoje argumenty – ale łatwo popadniesz w tę straszną wiarę, że tam już coś było… https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842830

 

→ Może niech se czytelnik wydobędzie z czytelnika, co tam chce. Nie jestem terrorystą w tym względzie. Miałem (chyba) potrzebę napisac taką oto historię, to napisałem, bierzcie z tego wszyscy czy jakoś tak… Nie jest to chyba coś wysokich lotów, ale u mnie w środku to rezonuje cały czas.

 

--

to ma (miała) być historia, która “wali trudną prawdę między oczy”.

O, właśnie – czyli prawda jednak jest. I zamiar autora jest.

 

→ Może bardziej “wyobrażenie prawdy”. Autor chyba chciał wyrzucić to z siebie, mógł pewnie inaczej.

 

---

próba głośnego powiedzenia o poważnym problemie (przynajmniej dla mnie jest on poważny), o tym, że człowiek sam dla siebie może być obcy i nie akceptować części siebie, spętanej społecznymi łańcuchami

Alienacja i postmodernizm. Zieew ;)

 

→ Dobranoc! cheeky

 

---

w miesiąc można podobno napisać powieść

Chyba na amfetaminie :D

 

→ Potrzymaj mi receptę! wink

 

 

Dzięki za wizytację, poświęcony czas, błyskotliwy humor! Pewnie można było lepiej spożytkować siły, niż taplać się w tym tekście, niczym główny bohater wiemy dobrze w czym. I niestety trwałego pożytku pewnie z tego nie będzie i kolejne byki do zobaczenia już w następnym opublikowanym tutaj tekście! mimo wszystko – serdecznie się polecam!

 

 

Che mi sento di morir

To bardzo długo, w miesiąc można podobno napisać powieść. Niestety żadnej w tym czasie nie napisałem, nad czym ubolewam frown

Che mi sento di morir

Przepraszam za tak późną odpowiedź.

 

Dziękuję za lekturę i komentarz.

 

Zamieniłem “ciągnięty dalej” na “wleczony przemocą”.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Gruszel będzie z następującym panelem

 

 

 

A tak naprawdę:

 

18.30 – 19.00 panel dyskusyjny „Jak to onegdaj bywało czyli prapoczątki Niedobrych Literek"

uczestnicy: Dariusz Barczewski i Kazimierz Kyrcz Jr

prowadzenie: Agata Francik

 

 

Fanthomas i Olciatka będę jeszcze ucztesniczyć w panelu: „Czy dziwniejsze zawsze jest lepsze?”

Che mi sento di morir

Dzięki za poprawienie mnie – wydawało mi się, że jesteś wink

 

Super, że będziesz na Kapitularzu!

Che mi sento di morir

Będę w sobotę. Być może również w piątek wieczorem, jeśli coś ciekawego, integrującego będzie się działo.

 

Dodam tylko, że podczas tegorocznego Kapitularza będzie się odbywał również Bizarrocon. W ramach tegoż Bizarrconu będę standupował – Bizarro stand up Grzegorza Kałużnego „Kręcę się w pobliżu śmie(r)ci”. Zapraszam!

 

Poza tym podczas Kapitularza będzie miała również premiera antologii bizarro Niedobrzysko, wydanej przez Planetę Czytelnika. W tejże antologii znaleźli się m. in. Fanthomas, Oidrin, Sonata, AdamC4, Olciatka (nieobecna na portalu, ale kiedyś była jego jasną gwiazdą), Gruszel, Krar85, Edward Pitowski. (Mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem, ani nie przekręciłem).

Che mi sento di morir

Hej,

 

interesująca historia, ciekawie poprowadzona narracja. Podobało mi się to mieszanie “sztuk”, a może upadek sztuki – od malarstwa po pornografię. Końcówka pozostawiła we mnie mimo wszystko niedosyt, spodziewałem się czegoś bardziej zaskakującego, być może mroczniejszego – jakiegoś zaskoczenia.

 

Jeszcze kilka drobiazgów:

 

Na ławce obok mogiły siedziała jakaś kobieta. Wiatr zasłaniał jej twarz woalem czarnych, potarganych włosów, ale rozpoznałem ją po długiej, żałobnej sukni. Zwróciłem na nią uwagę podczas pogrzebu. Stała na uboczu w wielkim, czarnym kapeluszu. Nie sposób było jej nie zauważyć ze względu na przedziwną suknię, niczym z teatru, albo przedwojennego filmu. Jej długie, czarne fałdy ciągnęły się po ziemi, zaś ponad ciasnym gorsetem bieliły się nagie ramiona.

Sporo powtórzeń.

 

Kiedyś o płótna pana ojca rozbijali się kolekcjonerzy.

Zabijali się, tak? Czy jakie znaczenie ma tutaj ten związek “rozbijać się”?

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Che mi sento di morir

Dzień dobry,

 

serdecznie proszę o wypisanie mnie z szanownego grona dyżurnych.

 

Byłoby mi miło, gdyby prośba moja znalazła odzwierciedlenie w grafiku oraz w braku wskazywania mnie jako niewyrobionego.

 

Panie Berylu? Lub inny grafikowy mocarzu?

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia!

Che mi sento di morir

Miałem na myśli to, że każde dzieło literackie, jeśli jest uważane przez autora za skończone, nie ma niczego poza tym.

Ja rzekłbym wręcz odwrotnie – auto nie ma tu nic do gadania i historia często żyje własnym życiem ;)

Ale nie chcę się kłócić, tak tylko dzielę się przemyśleniami :D

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

Fajny klimat, rzeczywiście ma w sobie coś z Lovecrafta. Podobają mi się opisy, szczegóły świata przedstawionego w rodzaju sikorki zwisającej z gałęzi przy sniadaniu.

 

To czego mi brakuje, to logiki i jakiejś takiej spójności – opowieść jest miejscami dziwnie porwana. Przede wszystkim dla mnie osobiście wygląda jak fragment: nie wiemy co się stało z ojcem, ani jak sytuacja z jego dziwnym zachowaniem została rozwiązana. Swoisty wstęp o uwięzieniu w czarnym pudełku, również nie znajduje kontynuacji w opowiadaniu. W tym kontekście całość jawi mi się jako dzieło obiecujące, acz niedokończone i wymagajace ukształtowania…

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

miły szorcik :) W sumie w kocich domach i tak niewiele się zmieni (już tam rządzą)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

cieszę się, że w ten sposób do tego podchodzisz, nie wszyscy są zadowoleni z ingerencji w tekst ;)

Betowanie dla mnie opiera się w dużej mierze na wzajemności – jeśli jesteś gotowa zerknąć od czasu do czasu na jakiś mój tekst, to możemy się wspierać w ten sposób. Chyba wolałbym też poza portalem, napiszę Ci na priv.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

 

Będę w przyszłości miał na uwadze to co napisałeś. Wiesz wziąłem sobie do serca radę Stephena Kinga by “jak najwięcej pisać” i ja jak mam jakiś pomysł to od razu biorę się i przelewam go na edytor. A może lepiej się nieco dłużej zastanowić i dużo tworzyć ale bardziej z rozmysłem. :)

Dobrze jest pisać – bez pisania nie ma rozwoju :) Ja zawsze staram się budować moje historie z dodatkowym elementem, jakąś istotną wartością np. walką dobra ze złem, odkupieniem win, tryumfem miłości.

W Twojej historii, być może właśnie miłość mogłaby zbudować fajny dodatkowy sens. Przykład jak by to mogło wyglądać:

“Wlad czuje się samotny, niezrozumiany, czuje, że nie pasuje do tego świata. Znajduje stary rękopis, w którym opisane są diabelskie siły potrafiące przenieść człowieka do innego czasu. Zdesperowany Wlad próbuje swoimi zbrodniami przywołać diabła. Diabeł pojawia się i przenosi bohatera w przyszłość. W 2000 roku Wlad znajduje miłość, która go zmienia, niestety przeszłość pewnego dnia upomina się o dawnego zbrodniarza…”

To tylko prosta i pewnie nieco naiwna zajawka. Tylko przykład – emocjonalnych powodów napędzających fabułę :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

ciekawa, klimatyczna opowieść. Trochę ten styl mi zgrzytał miejscami, czemu dałem wyraz w poniższych komentarzach. Może to ten rytm, o którym wspominał GS. Weź coś z moich uwag lub nie.

Zastanawiałem się jak to się wszystko zepnie i gdzie ta fantastyka. I faktycznie się spięło, bardzo ładnie, choć może zbyt krótko. Piękno tej historii i klimatyczność opisów uleciało w pospiesznej końcówce, do której jako czytelnik poczułem się nieprzygotowany. Tak to przynajmniej odbieram. 

Jako całość podoba mi się, to kawał solidnej literatury, a Ty Rosso jesteś już wg mnie pisarką pełną gębą :)

 

kilka subiektywnych uwag ode mnie:

 

Andrzej, choć dziesiąty rok po nim chodził i dziesiąty raz widział, jak mróz ściąga ziemię przed długą zimą, nie zdążył się nadal nadziwić tej przyrodzie, dzikiej, nieposkromionej i strasznej.

Bardzo mi się podoba to porównanie i pociągnąłbym je dalej np.:  “jak mróz ściąga ziemię przed długą zimą niczy, luźne spodnie przepasane konopnym sznurem”.

 

Lato kończyło się w tajdze szybko, kończyło z ulgą dla każdego, kto nie miał futra ani piór.

Nie rozumiem tego, że ulga dotyczyła istot, które nie miały futra ani piór. Chodzi o ludzi? No bo są jeszcze gady, owady… Z drugiej strony ten, kto ma futro, chyba nie przepada za latem, bo mu gorąco? Czy czegoś tutaj nie rozumiem? Potknąłem się na tym zdaniu.

 

Iwan, którego z wielkiego lasu nie zdołała wyrwać ani matuszka Rosja, dawno temu zsyłając go na odsiadkę, ani nawet kalectwo, choć lewą nogę miał prawie sztywną i tutaj, w zieleni, zdawał się bardziej na pamięć i instynkt niż samego siebie.

Dla mnie to jakaś sprzeczność, Rosja chciała go wyrwać z lasu zsyłając do lasu? Nie rozumiem, kłóci się to dla mnie z logiką :(

 

Dodała czegoś na rozgrzanie, znać było po zapachu. Chciał podziękować, ale już nie miał komu. Zojka, cicho jak duch, przemknęła na drugi koniec izby i zajęła ręce kawałkiem drewna

Izby była mała i jedna w całym domu, więc wydaje mi się, że zdecydowanie było komu podziękować – dziewczyna była w tym samym pokoju (w małej przestrzeni. Moim zdaniem nacisk powinien być tutaj położony na zajęcie się innymi sprawami, coś w stylu: j”ej uwagę przyciągnął kawałek drewna, którego z zapamiętaniem strugała”. Dlatego mogło nie być komu podziękować, bo to już nie była ona – tylko artystka jednocząca się z drewnem. W tym kontekście potrzebowalibyśmy czegoś więcej niż “zajęła ręce kawałkiem drewna”, bo nie o ręce tutaj chodzi.

 

pomknął po prostu na swój koniec wnioski.

Wioski, tak?

 

Po dziesięciu latach Andrzej przedzierał się dalej, nigdy nie pomyślał, że stąpa, nie, nie dla niego było stąpanie, a jedynie walka z zielenią, wszechobecną, panującą niepodzielnie nad Ussuri i Sungaczą.

Nie rozumiem tego zdania. Chodzi o to, że przedziera się (walczy) a powienien stąpać (jednoczyć się z tajgą)? Ja bym chyba jakoś tak to ujął: “Po dziesięciu latach Andrzej w dalszym ciągu się przedzierał, nigdy nie powiedziałby o sobie, że stąpa; nie, nie dla niego było stąpanie, a jedynie walka z zielenią, wszechobecną, panującą niepodzielnie nad Ussuri i Sungaczą.”

Dalej rodzi powiązania z odległości – “po dziesięciu latach przedzierał się dalej niż po dziewięciu”. Myślenie jest bardzo niekonkretne i ma (miewa) luźny związek z faktycznymi działaniami – “nigdy nie pomyślał, że stąpa, dopóki ktoś mu tego nie powiedział”.

 

– Mówże ciszej, Wołkow zaraz będzie pasy darł. I Dimę masz za plecami. 

Hmmm… czy związek frazeologiczny nie brzmi: drzeć pasy z kogoś? Ja bym napisał: ”będzie z nas pasy darł”.

 

Powiedziałby może coś jeszcze, ale Wołkow, z sobie tylko znanych powodów, zarządził nagle bezwzględną ciszę. Inni strażnicy, nie tak gorliwi w pilnowaniu, wymienili zdziwione miny. Borys Wołkow, czerwony z furii, dopadł jednego ze skazańców. I zaryczał coś, o złodziejstwie, o tym, że życie takiego złodzieja jest warte mniej niż kromka chleba, a on dziś i na tę kromkę nie zasłużył. 

– Co wy macie? Łapy takim poucinać! Ja was tu rozbiorę, jak będzie trzeba, wytłukę złodziejstwo raz a dobrze! 

Skazaniec, który nagle skurczył się w sobie, nie wiedział jeszcze, że oto ocalił życie. Że głowa wbita w ramiona miała szansę zostać na karku. 

Skoro Wołkow zarządził ciszę, dlaczego wydziera się na skazańca? Czy miał jakiś powód czy bez powodu?

Dlaczego skazaniec ocalił życie? Co zrobił?

Tygrys rzuca się na Wołkowa, czy to jest szansa na ocalenie życia? Powiedziałbym, że nie, że to właśnie ogromne zagrożenie.

 

To jest pan tego lasu, jak Bóg Ojciec, jak Matka Dziewica

To pada w wypowiedzi Iwana, więc może tak ma być. Wciąż nie brzmi mi porównanie tygrysa, pana lasu do Matki Dziewicy? Maryja to przecież służebnica pańska, wstawiająca się u syna za grzeszników – dlaczego jest porównywana tutaj? A może to takie modlitewne biadolenie tylko… Mnie nieco razi.

 

Raz Andrzej widział, jak na człowieka spadła gałąź. Śnieg to jedno, sosna się pod białą pokrywą nie łamie, co innego musiało drzewo osłabić. Trzask, uderzenie, cisza. Pęknięta czaszka. Innym razem był taki – Kozak chyba – co wrzeszczał, że komary go zabiją. Obłaziły wszystkich, tylko dym trochę je płoszył, więc jeszcze towarzysze niedoli śmiali się, że ten taki delikatny. A on naprawdę umarł. W jednej chwili spuchł, w drugiej otwierał usta jak ryba wyjęta z wody, w trzeciej nie żył. Niektórzy umierali zwyczajniej, przygnieceni konarami, czy zatruci złymi grzybami, które pochłaniali ze strasznego więziennego głodu. W każdym razie śmierć zaglądała do tajgi często.

Moim zdaniem dobrze byłoby nie powtarzać tego samego przykładu.

 

I zbyt pewny tego, co w książkach wyczytał. Co już nie spodobało się zupełnie nikomu, chciał pewne sprawy dokończyć. 

To drugie zdanie mnie jakoś zatyka. Jakby pierwsza część łączyła się jeszcze z poprzednim zdaniem, może to taki styl, ale mi się umysł wiesza.

 

– Tygrys – rzekł w siódmy dzień po tym, gdy pochowali to, co zostało z Wołkowa – musiał już paść i teraz należałoby to truchło odnaleźć. Rozum im od niego odejmuje, nie pracują jak powinni, gapią się tylko w las! Dlatego plan nie idzie!

Dlaczego tygrys miałby paść, od tego niby postrzału? Warto byłoby może o tym wspomnieć..

 

– Do Iwana trzeba iść, prędko… 

– Kto tam jeszcze był? – zawyła Tania Andriejewna. – Gdzie mój Wasia?

– Nam kazali pójść, to poszliśmy, a gdzie on… Ja nie wiem! Andriusza, ja… Iwan mi potrzebny, pomóż! Bykow zabity…Tygrys łeb mu urwał! 

Andrzej przełknął ślinę, z trudem zwalczając w sobie chęć ucieczki do baraku. Znał tego człowieka, wiedział, że też robi przy wyrębie, ale żyje z łaski matuszki tajgi i takich, co sam nigdy by ich wolał nie poznawać. Dima. 

– Teraz musisz iść?

– Póki amba żre… Pomóż mi!

Przedzierać się zmrokiem przez tajgę, to jak po omacku iść.

Co kierowało Andrzejem, że pomógł Dimie?

 

Wasilij Grigorjewicz Popow, umiłowany syneczek Tani, nie chciał zaproszenia.

Co to znaczy, że nie chciał zaproszenia?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

jak wyżej się rzekło, bardzo nie urzekło.

 

Ale pomysł na krwiożercze robale fajny. Może kiedyś “wypełznie” z niego jakiś lepszy efekt.

 

Powodzenia!

Che mi sento di morir

Hej,

 

fajny pomysł, jest tutaj kilka warstw fabularnych, które mi się podobają; przeniesienie Palownika w czasie oraz jego “nawrócenie” w przyszłym życiu. Całość pewnie mogłaby jakoś lepiej się komponować, to czego najbardziej mi brakuje to jakiegoś przesłania, sensu tej opowieści. No bo co wynika z tej historii?

 

Jak rzekli przedpiścy, jest też trochę niedociągnięć fabularnych. Ja zwróciłbym uwagę na specyficzną umowę z diabłem – w sumie dlaczego on przybył do Wlada, a jego pomocnik ratował bohatera przyszłym życiu? Motywy diabła wydają się dość niejasne – przecież nie musiał “kupować” duszy Palownika, ogrom zbrodni, które popełnił chyba wystarczyłby, żeby skazać go na piekielne męczarnie, czyż nie?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Nie rozumiem przywoływania tu moich rodziców. Czy mam myśleć "co powiedziałaby moja mama?", kiedy opisuję scenę seksu? Czy mam się zastanawiać "a co na to mój tata?", kiedy opisuję w pierwszej osobie, jak bohater ćpa i pije do nieprzytomności? Jak wyglądałaby literatura, gdyby każdy pisarz krygował się rozważaniami "co ludzie powiedzą"? Autor umiera podczas pisania, liczy się tekst, a nie pisarz, jego rodzina, znajomi czy sąsiedzi.

Nie bronię pierwszego zdania tego tekstu, po prostu bardzo nie podoba mi się argument “co na to twoja mama”.

Co do zasady pewnie tak i kupuję Twoje argumenty, choć życiowo to jest jednak pewien problem. Zacząłem zwracać na to uwagę odkąd przekazuję moim rodzicom wszystkie “moje rzeczy” w papierze. Nie tylko chodzi o to, co piszę, ale też w jakim otoczeniu zostaję wydany ;) Czasem mówię mojej mamie – przeczytaj tylko to moje. Proza życia.

 

Tia, prawdziwa terapeutka, 100% profeska.

Nikt nie mówił, że to dobra terapeutka ;)

Zła terapeutka to zła fabuła, potrzebowałoś tej terapeutki, żeby podkreślić niezwykłość losu swojej postaci, tak? To wybieg fabularny. Czy byłoś kiedyś na grupowej terapii, czytałoś jaki ona ma przebieg?

 

Tutaj np. piszą, że przed przyjściem na takie zebranie odbywa się kwalifikacja, a taka terapia nie jest przeznaczona dla osób w kryzysie, zmagających się z myślami samobójczymi czy pod wpływem leków. Czyli w sumie inaczej niż ja sądziłem.

 

Fajnie, że ostatecznie się przemogłeś, szkoda, że jednak się nie podobało. Takie życie ;)

 

To tylko przypomnę, że ostatecznie wyszło na plus ;) Może nie dość wyraźnie i w otoczeniu marudzenia, ale wciąż.

 

“Nie żałuję tej poświęconej chwili. Więc chyba jednak pozytywnie, choć niesmak pozostał.”

 

Dzięki za odpowiedzi i życzę powodzenia!

 

Che mi sento di morir

P.S. BK, Fallouta akurat zrobił Amazon. ;) 

Tak, poprawiłem, dzięki!

Che mi sento di morir

Hej,

 

przemogłem się i przeczytałem. Te kilka pierwszych zdań odrzuca, po co czytać coś, co nie chce być czytane? Nie wiem, ale przeczytałem, nie wiem w sumie po co… Być może to gra, w którą dałem się wciągnąć, z własnej przekory, wpadając w sidła makabrycznego pajaca, który również ze mnie uczynił_ błazna.

 

Czy ten wysiłek, przebrnięcie przez tekst jakkolwiek się opłacało? Nie wiem. Jakiś ładunek emocji ta historia niesie, jakiś obraz świata. Czuję tutaj rzeczywiście rękę Morteciusza, klimat trochę jak z jego piórkowego Nigdy nie chciałam zwykłego życia . I chyba właśnie dlatego przeczytałem ten tekst, bo ogólnie lubię Morteciusza i doceniam jego twórczość.

Mimo wszystko, mimo tych zapewnień w komentarzach, to trochę jednak czuję, że ten “chuj w dupę” to jakby dla tej konserwatywnej części portalu, być może administrtacji. Na pohybel zastałemu i epigońskiemu światu. I źle się z tym czuję, uważam, że to jest okropne. A gdyby, osobo, która napisałaś ten tekst, Twój ojciec czy matka to czytali? To im też chuj w dupę? Maska anonima Cię chroni tak, ojciec i matka nigdy się nie dowiedzą? Być może…

Ale wracając do sedna – nie znajduję tutaj tego super czynnika, czegoś wow, co by mnie zachwyciło, obrzydziło, otworzyło mi oczy. Widzę sporo nawiązań do pop kultury, próbę stworzenia niebinarnej narracji, która IMHO rozbija się o dialogi i wybija jak szambo w zepsutej kanalizacji szowinizmem w stylu “chuj ci w dupę czytelniku”. A może to nie szowinizm, może to wręcz coś odwrotnego, może niektórzy tak sobie życzą miłego dnia czy coś… Pewnie za bardzo uczepiłem się tego zwrotu, wg mnie jest on totalnie nie potrzebny.

Jest też trochę nawiązań do popkultury, całość mocno przypomina mi historię Dextera, tylko bohater_ jest jak_ tak_… bezpłciowy.

 

Podsumowując – napisane dość ciekawie, fabularnie nuda (ale może to taki cel, bo życie samo w sobie jest lub bywa, nudne i bez sensu), ludożerstwo to ziew (może miało zbulwersować, ale nie trafiło do mnie). Nie żałuję tej poświęconej chwili. Więc chyba jednak pozytywnie, choć niesmak pozostał.

 

Kilka mniejszych i nieco większych pierdół i czepialstwa:

 

– Nie. Nie, Rye, to nie będzie takie proste. Chcę wyjaśnień. Chcę wiedzieć, dlaczego…

– Dlaczego uciekł_m?

Dialog ma to do siebie, że stanowi odwzorowanie rozmowy. Nie kupuję tego pustego miejsca, to prostacki wybieg omijający niewdzięczność polskiego języka. Netflix Amazon w tłumaczeniach dialogów w“Falloucie”, a wcześniej Dukaj w “Perfekcyjnej niedoskonałości” używali rodzaju nijakiego w pierwszej osobie (byłoby więc ”uciekłom”). Pewnie inni też próbowali na inne sposoby. Jeżeli zekranizują Twoje wspaniałe opowiadanie, to co powie osoba grająca Rye? 

 

A dalej:

 

– Wiem, że potrafię być małym chujem. – Nie mam najmniejszej ochoty na przeprowadzanie tej rozmowy akurat teraz, na parkingu przed szkołą, więc Gale musi zadowolić się ogólnikami. Musi mi zaufać, chociaż raz. Tej nocy wszystko się skończy. – Masz prawo mi nie wierzyć. Ale minęło pięć lat, jestem już innym człowiekiem.

 

Czyli jednak osoba płci męskiej? Bo nie “głupią pizdą”. Czy idziemy w narrację rozpowszechnianą m. in. przez mojego wuefistę, że “baby to chuje”?

 

Chyba nadszedł czas, żeby wytłumaczyć ci, czytelniku, o co w tym wszystkim chodzi.

Dlaczego “czytelniku”, a nie “czytelniczko”, albo “czytel_____”? O cho chodzi z tą grą w płcie, że raz to jest okej, a raz masz to (notabene!) w dupie?

 

 

Nasz tata był typowym autochtonem i przedstawicielem swojej klasy: w tygodniu pracował po dwanaście godzin dziennie, wieczorami majsterkował w szopie, a weekendy spędzał w pubie.

Wszyscy typowi autochtoni mieszkają w gotyckich zamkach na wzgórzach z kutymi ogrodzeniami zdobionymi w metalower zawijasy? Chyba typowy robotnik również nie romansuje z dziedziczką fortuny i nie robi jej dzieciaka? Czegoś mi tutaj brakuje, elementy równania nie dają wyniku.

 

Wszyscy nosili maski: ptaki, wilki i jeden jeleń o wspaniałym, majestatycznym porożu

Jak w Squid Game.

 

Płuca spoczywają na białym obrusie jak mięsiste motyle o martwych skrzydłach. Wątroba i serce, największe przysmaki, trafiają do ręcznie malowanych miseczek, które zostaną przekazane pani domu. Chciwe usta wpijają się w twoje wargi i odgryzają język. Czyjeś zęby kąsają cię w policzek, jakby i jego chciały cię pozbawić. Palce w oczach, dłubiące, grzebiące, gmerające w czaszce, ciekawskie jak uczniak poddający żabę sekcji zwłok na zajęciach biologii. Palce na twoich ramionach i klatce piersiowej. Jęki zachwytu, gdy kolejne sploty jelit opuszczają jamę brzuszną i przesuwają się nad twoją twarzą, przekazywane z rąk do rąk ku pani domu, która siedzi u szczytu stołu i patrzy na wszystko niemrugającymi oczami.

Chcesz mnie oceniać? Zacznij od tego: wiem, jak smakuje mój ojciec.

Jedzą surowe mięso? Czy to zdrowe? A z drugiej strony – czy nie ma ryzyka, że zawartość jelit pęknie i zabryzga dywan? I będzie wszędzie śmierdzieć. W sumie czy oni jedzą, czy bawią się jedzeniem? Nie wiem jaki miał być cel tej sceny, ale dla mnie jest jakaś taka naiwna.

 

A ja nic nie wiedział_m, nic nie mogł_m powiedzieć.

Następne klarowne wspomnienia to sala szpitalna, psycholożka w beżowym żakiecie, tysiące pytań i przerażająca, wciągająca mnie w paranoiczne poczucie zagubienia otchłań amnezji post-traumatycznej.

 

To z kolei mocno przypomina mi Dextera. W sumie, jeśli mnie pamięć nie myli, serialowy Dexter rówenież rozmawiał ze swoim ojcem, prawda?

 

To nie twoja wina, powtarzali w kółko beżowa psycholożka, Gale i rzesze innych, bezimiennych, pozbawionych twarzy ludzi, którzy przez kolejne miesiące przewijali się przez nasz dom.

Chwila, chwila, osoba miała 12 lat, prawda? I zeżarła swojego ojca? W wieku 12 lat, to nie powiedziałbym, że tak zupełnie niewinnie wszystko się wydarzyło. Wiesz, że od 13 roku osoba nabywa ograniczoną zdolność do czynności prawnych?

Dexter miał kilka lat, kiedy uczestniczył w masakrze swojej rodziny. 

 

– Rye – mówi łagodnie Junie. – Rozmawiałam z twoją siostrą. To nie była twoja wina…

– Czyżby? Miał_m dwanaście lat. W tym wieku dzieci z reguły już wiedzą, że zjadanie innych ludzi nie należy do akceptowalnych zachowań przy stole.

Dokładnie. Rzekłbym, że zjadanie własnego ojca szczególnie. Zwłaszcza, kiedy nie jest się koszmarnie głodnym.

 

normalność widuję tylko w serialach Netflixa.

W którym serialu Netflixa jest normalnie? Podasz tytuł?

 

– Rye… – Junie, z niepokojem w oczach, próbuje się wtrącić. – Myślę, że…

– Chuj kogo obchodzi, co sobie myślisz – wypalam. – Niech zgadnę, twój tatuś był dentystą, a mamusia co niedzielę gotowała ci obiadki? Posłali cię na fajne studia, które skończyłaś śpiewająco i z pochwałą za nadzwyczajną empatię, prawda? Bo jesteś takim dobrym, uczynnym dzieckiem, że normalnie powinnaś pomagać ludziom, nie? Co ty wiesz o byciu przywiązaną do kaloryfera, co? Co ty wiesz o nacinaniu swojej skóry, żeby… – Zaciskam zęby, by słowa nie zaczęły się ze mnie wylewać niekontrolowaną powodzią. Potem zwracam się z powrotem do grupy: – Nie znajdziecie tu pomocy, biedne gnoje. Wydaje wam się, że wystarczy bardzo, bardzo chcieć i nie myśleć za dużo, a pewnego dnia wszystko wróci do normy. Ale to tak nie działa. Kiedy siedzicie w nocy na zimnych kafelkach łazienki, rozcinając sobie brzuch, a wasz martwy ojciec szepcze wam do ucha, że powinniście się zabić, nie wystarczy bardzo, bardzo chcieć. Uciekajcie ile wlezie, ale i tak nie uciekniecie. Do końca życia. Nie ma ucieczki. Będziecie się bać, będziecie nienawidzić siebie, będziecie marzyć o tym, żeby w końcu zebrać się na odwagę i ze sobą skończyć. Ale brak wam, kurwa, jaj. Prawda?

– Rye! – Junie zrywa się na nogi, z wyrazem paniki na twarzy.

Przecież to jest chleb powszedni terapeutów, jaka panika w oczach? Kto uwierzy w prawdziwość tej sceny? Bo ja nie wierzę. Po co tworzyć takie papierowe postacie, żeby podkreślić “niesamowitą tragedię” bohater_? Żeby podkreślić bezsensowność terapii?

 

– Junie do mnie napisała.

– O? A co takiego?

– Prosi, żebym cię więcej nie przywoziła. Ze względu na dobro pozostałych członków grupy. Rye, coś ty…

Tia, prawdziwa terapeutka, 100% profeska. IMHO to spotkanie dobrze poszło, lepiej wykrzyczeć swoje żale i bolączki niż je kisić, gdybym był terapeutą ucieszyłbym się z takiego obrotu spraw i zaprosił serdecznie na kolejne spotkanie.

 

Wydziedziczyli ją, tylko letnią rezydencję dziadka mogła zatrzymać, bo zapisał ją w testamencie specjalnie dla matki, lata przed jej mezaliansem.

Dlaczego dziadek miał letnią rezydencję w najbardziej wschodnim miejscu? Czy to tylko dla fabuły?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Dzięki za wyjaśnienia, rozumiem, że w Twojej historii jest to proces naturalny, jak przeszczep wątroby czy serca:

 

– Co się tak gapisz? Ostatnim organem, który został zaatakowany, był mózg. Odsłonili czaszkę, wsadzili do środka komponent AI i voilà. Nasza mama umarła dwa tygodnie temu, tuż przed operacją. Szkoda, że to przegapiłaś.

 

Mimo wszystko dla mnie jest to trochę bezosobowe, jacyś oni – odsłonili, wsadzili i zrobili z mamy robota. Choć z drugiej strony być może to lepiej dla historii…

Che mi sento di morir

Siema.

 

Tak, historia emocjonalna i zgadzam się z Reg, że nie musimy czekać na epokę powszechnej robotyzacji, żeby mierzyć się z podobnymi wyzwaniami, moja babcia cierpiała na demencję i było to straszne doświadczenie :(

 

Tekst zadaje szereg ważnych pytań – o człowieczeństwo, o technologię, którą wyrzucamy z naszego życia drzwiami, a ona wraca oknem, o relacje i życiowe wartości. W jakimś sensie, przynajmniej dla mnie jest to też tekst o kompromisach, o tym, że akceptujemy łatwą prawdę, zamiast mierzyć się z trudną (ale prawdziwą) rzeczywistością. I za to właśnie najbardziej uważam, że należy się piórko i rozważę zgłoszenie nominacji. Oprócz tego na duży plus połączenie technologii z bajkową codziennością, z rodzaju tych bajek, których słucha się z łezką w oku przypominając sobie starą wierzbę, czy zbijaną z desek ławę (odpowiedniki Twojej jabłoni i wiklinowego fotela). Sam fotel zresztą jest niezwykłym bohaterem, czy może raczej papierkiem lakmusowym człowieczeństwa – bardzo fajny zabieg.

 

Co do fabularnego czepiania się, to właściwie mam tylko (aż) jedną wątpliwość – podejmowanie decyzji w tej historii. Ktoś musiał podjąć szereg decyzji oraz zmierzyć się z ich konsekwencjami – przede wszystkim protezy/wszczepy, to IMHO decyzja jak z tradycyjną operacją czy przeszczepem, trzeba zmierzyć się z potencjalnymi powikłaniami. I dalej, przy kolejnych operacjach, to jest dalej decyzja, szereg decyzji – kto więc podjął tę ostateczną, o wszczepieniu płytki do mózgu i zamianie mamy w chata GPT 5.0? Nie zrobiła tego Ada, bo nie wiedziała co się stało, nie zrobił tego Gabriel, bo on chciał tradycyjnego pogrzebu, sama mam też nie mogła tego świadomie zrobić bo umarła. Więc kto? Tutaj upatruję jedyny słaby (rzeczywiście słaby) punkt tej opowieści – przedstawianie konsekwencji i emocji z nimi związanych bez kontekstu decyzji oraz odpowiedzialności za nią. Czy to gra na emocjach? Być może, ale do mnie mimo wszystko trafia.

 

I jeszcze małe powtórzonko.

Uśmiechała się. Narcyzy i stokrotki muskały bose stopy a pobudzone do życia owady wspinały się po sztucznych, mechanicznych rękach. Ogród był wspaniały, jak zawsze. Przez trzydzieści lat nie zmienił się zupełnie i nadal pozostał ostoją szarego, sztucznego świata. Tutaj czas zatrzymał się dawno, dawno temu.

 

Pozdrosy!

Che mi sento di morir

Hej,

 

Czy znowu Mort coś wymyślił?

 

Pierwsze zdanie intryguje, wrócę tu później… Mam ochotę napisać kilka niecnych słów, ale zduszę to w sobie.

 

Edit: widzę, że Mort (chyba) ma poukrywane swoje wczesne teksty, więc powoływanie się na pierwsze komentarze pod portalowym tekstem pasuje mi do niego :D

 

Pozdro!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

bardzo fajnie napisana historia, czyta się gładko, światotwórstwo na wysokim poziomie. Troszkę z opowiadania wieje historią alternatywną, komuną na sterydach, a nie jest łatwo poprowadzić taki wątek, ale udało Ci się ładnie opowiedzieć ten świat, zaciekawić i zostawić wrażenie spójności i solidności fabularnych wiązań.

Jedyne do czego bym się przyczepił to fragmentaryczność – IMHO warto oznaczyć ten tekst jako fragment, bo w moim odczuciu historia nie została wyczerpana, a stanowi wyłącznie scenę, fragment większej opowieści. Chętnie zapoznałbym się na naszym portalu z ciągiem dalszym.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

To opowiadanie jest specyficzne, trochę popowe, w stylistyce opowieści o superbohaterach, a może supezłoczyńcach. Mi się bardzo podoba i serdecznie polecam :)

Che mi sento di morir

Cześć Moniko,

 

w takim razie życzę powodzenia w konkursie :)  Możesz do mnie napisać na priv po publikacji, zerknę i podzielę się przemyśleniami.

Mamy już lekarzy na pokładzie, m. in. cobold jest lekarzem, z tego co pamiętam. I świetnie sobie radzi jako pisarz :)

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Cześć,

 

wydaje mi się, że tekst jest fragmentem, więc powinien zostać tak oznaczony.

 

Formatowanie jest do poprawy – tekst nie powinien być wklejony ciągiem, w skrócie: dialogi oraz “nowe wątki” powinny rozpoczynać się od nowej linii.

Łap poradnik Drakainy “Portal dla żółtodziobów” – chyba się przyda.

 

Nie zgadzam się, ze zdaniem P3rshinga, wg mnie tekst nie jest bezwartościowy – ale faktycznie przydałoby się pomyśleć nad przekazem i nieco popracować nad dialogami, żeby nie miały formy “Masz jakieś wąty?” Zresztą sam wyraz “wąty” jest skróconą wersją “wątpliwości” i używany był dobrych kilka lat temu przez młodzież, nie wiem czy w historii fantasy taka forma jest odpowiednia.

 

Podobają mi się opisy, samo snucie historii, skupianie się na szczegółach. Ale te szczegóły i opis powinny czemuś służyć, wspierać rdzeń opowieści, a z tym właśnie jest nieco krucho ;)

Ale nic to – pracuj: pisz i publikuj, wczytuj się w uwagi i staraj się być coraz lepszy, a wszystko samo przyjdzie :) No prawie samo.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia!

Che mi sento di morir

Tak właśnie myślałem, że jest tutaj drugie, a może nawet i trzecie dno :) Wtłoczenie tego w fabułę to nielada wyzwanie, zapraszam :)

 

Dylematy władzy i potęgi przypominają mi nieco piórkowe opowiadanie Outty Jak zostałem. Może to Cię zainspiruje?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Duplikat? Do usunięcia?

Che mi sento di morir

Tutaj też właściwie nie ma D:

Tutaj jest potencjalnie, a U MacCarthy’ego potencjalnie nie ma :P

 

 

Che mi sento di morir

Cześć,

 

nawet udało mi się nadejść na tyle szybko, aby doklikać bibliotekę.

 

Opowiadanie jest jednym z lepszych jakie przeczytałen w tym roku. Apokalipsa czai się w nim jak rodzina introwertyka w przedsionku jego domu, rozbierającą się z płaszczy tuż przed kolacją wigilijną. W obliczu zagłady zmieniają się priorytety, miłość już nie znaczy to samo, pozostanie przy życiu zaś zdaje się pustym frazesem, nieledwie żartem.

I dodam jeszcze, pewnie nieco kontrowersyjnie, ale rzekłbym, że właśnie w “Drodze” MacCarthy’ego jest więcej klisz niż w Twojej historii. Bo tam nie było wieloryba ;)

 

Nie wiem jak to wygląda z piórkiem dla publikowanego już tekstu, ale planuję wystosować zgłoszenie. Pewnie jutro :)

 

Podrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

wyszło calkiem spoko. Miałeś pomysł, napisałeś, nie będę uprawiał natarczywego czepianda.

 

Końcowa myśl jest dość skomplikowana, może bardziej do dyskusji przy piwku niż wywodów literackich. Co nie oznacza, że nie będę Cię namawiał na powiastkę filozoficzną, może ją napiszesz? :)

 

W czym się dla mnie wyraża to skomplikowanie w podsumowaniu wtłoczonym w myśli Łowcy? Z jednej strony nie do końca rozumiem umiłowania potęgi w oderwaniu od tego, kto ją dzierży. Czy potęga nie zależy od tego, kto nią włada? Czy ta osoba/postać nie powinna przyjmować hołdów, po to, aby inni mogli się wkupić w jej łaski? Rodzą się we mnie też pytania związane z granicą między umiłowaniem, a szacunkiem czy strachem… Temat rzeka ;)

 

Pozdrawiam!

 

Che mi sento di morir

Witajcie, Koalo, Pusiu!

 

Dzięki za wskazanie błędów, poprawiłem je.

 

Cieszę się, że Wam się dobrze czytało. A jeśli nawet uśmiech się przytrafił, to już w ogóle świetnie.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Cześć,

 

pomysł fajny, wampiry w s-f się sprawdzają, pojawiły się również m. in. w powieści “Ślepowiedzenie” Petera Wattsa.

Tutaj czegoś mi zabrakło, jakieś to jest takie niedopracowane.

Po pierwsze – niewiele wiemy o sposobach podboju kosmosu, czy jest jakaś Unia Galaktyczna, jakie są jej struktury? Czy na planetę nie powinny polecieć najpierw sondy, jakieś autonomiczne łaziki?

Po drugie – brakuje mi tutaj technologii z prawdziwego zdarzenia, np. jakiejś sztucznej inteligencji kierującej pojazdami, albo super inteligentny komputer pokładowy statku. Myślę, że nowoczesna technologia stanowiłaby świetną przeciwwagę dla “tradycyjnych” rozwiązań fabularnych w stylu naukowców pijących wódkę czy wampirów.

Po trzecie – uważam, że elementy fabuły mogłyby lepiej się łączyć ze sobą, np. czyściciel, który miał dość poważną rolę na początku opowiadania mógłby zostać użyty ponownie – choćby w celu zniszczenia statku z wampirami. 

 

Podsumowując – czytało się nieźle, pomysł fajny, ale sporo niedociągnięć.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Bardzo mi się podoba ta historia z body control module. Myślę, że taka zajawka na początku + jakiś generał antytechnologiczny w tle i większość moich wątpliwości mogłaby zostać rozwiana.

 

Nie jestem specjalistą od monitoringu czy techniki, bardziej mądralą, który trochę czyta s-f – i właśnie z punktu widzenia takiego mądrali trudno mi było przebrnąć przez te wszystkie techniczne uproszczenia. Bo mi się wydaje, że powinno być inaczej. Mi. Ale Tobie jako autorce nie powinno się wydawać. Moim zdaniem, powinnaś zrobić, choćby niewielki, research, żeby mieć pojęcie, o czym piszesz. Zwłaszcza, że dostęp do super-żołnierza jest kluczową dla fabuły sprawą, a cała historia osadzona jest dość mocno w technologii.

 

Jest kilka stron, którymi można by się podeprzeć, np.

 

Kamery w starych sondach kosmicznych

 

Blog fanów ISS (Międzynarodowej Stacji Kosmicznej

 

IMHO, s-f nie polega na wymyślaniu, albo przynajmniej nie w 100% na tym ;) Przynajmniej wg mnie, choć jest tutaj sporo fanek/ów s-f więc być może mnie poprawią.

 

Co do:

Wg mnie napisane z perspektywy czasów dzisiejszych. Czy w przyszłości ludzie nadal używają kserokopiarki i odkurzacza? Nawet ksero jest nieznane współczesnej młodzieży, która operuje w większości na pdf’ach i plikach online.

Porównanie, jak porównanie, ale oczywiście, że napisane z perspektywy czasów dzisiejszych, bo skierowane do dzisiejszego czytelnika. Czy gdybym napisała z perspektywy “przyszłości” i porównała do pozytronowo-monomolekualrnego przekaźnika cząstek beta, czy innego zmyślonego ustrojstwa, byłoby to bardziej czytelne?

Ciekawe podejście prezentujesz. Jakby nie było pośredniej drogi, np.

“Takim właśnie nieludzko bezosobowym i mechanicznie skrzekliwym głosem mógłby przemawiać nienaoliwiony ołowiany właz od rdzenia atomowego w maszynowni, bądź autonomiczny odkurzacz, gdyby któreś z nich zapragnęło podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami.”

W tej wersji starałem się połaczyć stare z nowym. To tylko szybki przykład, więc nie dyskutujmy, co to za atomowy rdzeń ;) W przykładzie zastosowałem jeszcze jeden zabieg, który bardzo lubię: pierwsze porównanie jest bardziej rozbudowane (nienaoliwiony ołowiany właz od rdzenia atomowego w maszynowni) a drugie krótkie (autonomiczny odkurzacz).

 

Pisałem wyżej, że jestem mądralą, prawda? Lubię się wymądrzać ¯\_(ツ)_/¯

 

Nie obrażaj się proszę, bo nie robię tego złośliwie, mam nadzieję, że w jakimś stopniu moje uwagi będą przydatne. Zapraszam również do komentowania moich tekstów, po to tu jesteśmy, żeby wspierać się w szlifowaniu warsztatu ;)

 

Pozdrawiam!

 

Che mi sento di morir

Hej,

 

w sumie dość zabawna i zgrabnie napisana historia.

 

Nie wiem, czy nie za dużo aluzji seksualnych, opisów członka itp., ale ogólnie podobało mi się, było dosyć ciekawie i ten twist na koniec nawet zaskoczył, nie powiem.

 

Tekst jednak jest naszpikowany technicznymi potknięciami, które baaardzo mi przeszkadzały w czytaniu. Jeśli chcesz rozwijać się w s-f, przydałoby się zgłębić nieco techniki, albo zaangażować konsultanta/kę.

Może te wszystkie mankamenty można by obronić prostymi zmianami – jakimś ołowianym poszyciem kadłuba, które nie przepuszcza sygnału kamer, albo napędem atomowym, który wymusza brak siłowników przy śluzach. Do przemyślenia.

 

Takim właśnie nieludzko bezosobowym i mechanicznie skrzekliwym głosem mogłaby przemawiać kserokopiarka, bądź stary odkurzacz, gdyby któreś z nich zapragnęło podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami.

Wg mnie napisane z perspektywy czasów dzisiejszych. Czy w przyszłości ludzie nadal używają kserokopiarki i odkurzacza? Nawet ksero jest nieznane współczesnej młodzieży, która operuje w większości na pdf’ach i plikach online.

 

W bardzo, ale to bardzo szerokim gronie wadliwych komponentów zamontowanych na statkach do żeglugi planetarnej, jedno z czołowych miejsc zajmował system monitoringu. Wnikliwe dziennikarskie śledztwo pozwoliło Petrze dotrzeć do informacji, że monitoring na okrętach wojskowych w zasadzie nie istniał. Kamery wisiały niemal na każdym korytarzu i w każdym pomieszczeniu, nie wyłączając łazienek, lecz większość z nich stanowiła jedynie atrapy niepołączone w funkcjonalną całość.

System nadzoru pozwalający na śledzenie poczynań załogi w czasie rzeczywistym był zbyt kosztowny, zarówno w kwestii wykonania instalacji, jak i jej późniejszego utrzymania.

Jeżeli kamery to atrapy a systemu nie zamontowanu, nie są to “wadliwe komponenty”, tylko świadome działanie. Atrapa działa jako atrapa, udaje kamerę i w tym sensie jest w pełni funkcjonalnym produktem.

Najcenniejszy, obok przestrzeni, element składowy okrętów bojowych stanowiła bowiem energia. Upchnięcie dodatkowych kabli w przeładowanych ciągach energetycznych stanowiło nie lada wyzwanie z uwagi na bardzo ograniczoną przestrzeń. W dodatku  moce obliczeniowe potrzebne do utrzymania rozbudowanego systemu monitoringu zużywałyby za dużo prądu. A na okrętach bojowych każda megawatogodzina, nawet każda watosekunda energii mogła decydować o życiu lub śmierci całej załogi.

Istnieją bezprzewodowe systemy monitoringu, nic mi również nie wiadomo, żeby do rejestrowania obrazu żużywane były moce obliczeniowe. Kamera rejestruje obraz, ewentualnie również dźwięk – moc obliczeniowe może być używana do analizowania nagranych materiałów i tutaj faktycznie jakaś ilość energii byłaby potrzebna.

Monitoring z użyciem przewodów może być zastosowany ze względów bezpieczeństwa – np. zakłócanie sygnału rejestratora, ale to należałoby wyjaśnić.

Kamera rejestruje obraz, ewentualnie również dźwięk – moc obliczeniowe może być używana do analizowania nagranych materiałów i tutaj faktycznie jakaś ilość energii byłaby potrzebna. To co mi przychodzi jeszcze do głowy to zapis danych – nagrywanie, zwłaszcza w wysokiej jakości wymagałoby jakiegoś “miejsca” zapisu, pewnie wirtualną chmurę raczej niż fizyczne dyski – tale o może być istotny problem.

Tak czy inaczej – przydałoby się poczytać trochę, choćby w internecie, o monitoringu przed zastosowaniem takich rozwiązań w fabule.

 

Zaokrętowanie dodatkowego personelu tylko w celu obsługi monitoringu niosło ze sobą koszty w postaci przestrzeni oraz energii.

 

Obsługa monitoringu może być scentralizowana – w jednej bazie, nie na każdym statku z osobna. Można też mieć jakiś “statek komunikacyjny” obsługujący całą flotę.

 

Alternatywne rozwiązanie, które uwzględniało przekazanie nadzoru w ręce sieci komputerowej okazało się niewypałem. Sztuczna inteligencja obsługująca okręty wojenne nie dawało sobie rady z analizą danych z systemu monitoringu, choć wzorowo wywiązywała się z tego zdania w ziemskich mega-metropoliach. Wykorzystywane na Ziemi algorytmy, które samodzielnie rozpoznawały niebezpieczne przedmioty, czy agresywne postawy, były bezużyteczne w warunkach bojowych. Głównie dlatego, że każdy z pasażerów floty wojennej Federacji, począwszy od kuchcików, na admirałach kończąc, chodził uzbrojony po zęby, był nabuzowany testosteronem i aż kipiał od chęci, by dać komuś po pysku. W rezultacie AI oznaczało każdego członka załogi jako osobę potencjalnie niebezpieczną.

 

Definicja sieci komputerowej (klik). To nie to samo co AI.

Pytanie, które mi się nasuwa – jaki cel ma monitoring na statku wojennym? Bo wg mnie inny niż na Ziemi – nie chcodzi o namierzenie “niebezpiecznych osobników” czy “broni”, tylko o takie kwestie jak szpiegostwo, nieautoryzowany dostęp do elementów infrastruktury. A z tym AI powinno sobie w prosty sposób poradzić.

 

Mając w pamięci wszystkie te informacje, Petra mijała kolejne kamery, zupełnie bez strachu. Wiedziała, że nikt nie obserwuje jej poczynań, a wizyta na pokładzie C powinna pozostać niewykryta jeszcze przez długi czas.

Czyli tak jak pisałem wyżej – w monitoringu chodzi przede wszystkim o prostą analizę, czy ktoś dostał się do danej przestrzeni czy nie.

Inna sprawa, że pokłady powinny być zabezpieczone drzwiami z kartami dostępu i z nich można by z dziecinną łatwością odczytać, kto je wizytował.

 

Korytarz zamykała śluza oznaczona numerem C-03. Obok drzwi znajdowała się klawiatura numeryczna. Petra nie dostrzegła ani detektora odcisków dłoni, ani sondy siatkówkowej, ani czytnika DNA, ani nawet cyfrowego wyświetlacza wyposażonego w rozszerzoną rzeczywistość. Jedynie przestarzałą, analogową klawiaturę z wielkimi, sześciennymi przyciskami. Dotykowe ekrany, czytniki DNA, oraz inne delikatne urządzenia nie sprawdzały się w warunkach bojowych. Wykazywały tendencję do regularnego psucia się, gdy korzystali z nich ciężko opancerzeni żołnierze. Rozochoceni wizją walki i nabuzowani sterydami mołojcy, mieli bardzo ograniczone pokłady cierpliwości względem elektronicznych gadżetów. W przypadku błędnego wpisania kodu lubili przyłożyć w cyfrowe ustrojstwo pięścią w nadziei na usunięcie awarii oprogramowania.

 

Ponownie – karta dostępu, prosta metalowa, może być nawet wbudowana w pancerz. Nie widzę przeciwskazań.

Skanowanie placa czy siatkówki również nie powinno być problematyczne w warunkach bojowych – używamy tego już dziś w smartfonach.

Dodatkowo – czipy z zakodowanymi poziomami dostępów, powinny być również dosyć proste w implementacji.

 

Cierpliwie wystukała na klawiaturze kod, jaki wykradła z komputera pierwszego oficera poprzedniej nocy, spędzonej w jego prywatnej kwaterze. Wspomnienie wywołało u niej mimowolny uśmiech, gdyż zastępca kapitana był młodym, diablo przystojnym i gdy przyszło do łóżkowych igraszek, bardzo pomysłowym człowiekiem.

Zanim zaakceptowała ciąg cyfr zmówiła w duchu modlitwę, by kod okazał się prawidłowy i nie uruchomił alarmu.

Dostęp powinien wymagać nie tylko hasła, ale również użytkownika. Żeby można było zalogować kto i kiedy się tam dostał.

 

W mechanizmie drzwi coś głośno szczęknęło. Petra musiała samodzielnie otworzyć ciężką śluzę, gdyż na okrętach Federacji zrezygnowano z pełnej automatyki. Armia szybko nauczyła się, że w warunkach bojowych nawet niegroźna awaria mogła zablokować ciągi komunikacyjne.

Trochę już mnie męczy to powoływanie się na warunki bojowe. Można to bardzo łatwo odwrócić – w warunkach bojowych drzwi bez siłowników, przygniecione kawałkiem rozerwanego po bombardowaniu poszycia statku, mogą być nie do otwarcia.

 

 

Wszystkie obawy, jakie dręczyły ją do tej pory zniknęły, gdy dostrzegła przed sobą szereg drzwi oznaczonych trzycyfrowymi kodami bezpieczeństwa. Najbliższe nosiły numer 404.

Pewnie warto byłoby wiedzieć co oznacza kod 404 (klik).

 

Zamrugała energicznie oczami uruchamiając kamerę wbudowaną w sztuczne soczewki i połączoną z wszczepem centralnym. Obraz po zakodowaniu podlegał zapisowi na jej koncie w I-necie, ale nie był skierowany do automatycznej publikacji na prywatnym profilu. Wojskowi cenzorzy bez trudu zablokowaliby transfer przed jego udostępnieniem. Petra planowała nagrać cały materiał, później podzielić go na mniejsze fragmenty i dopiero na koniec przesłać do sieci z kilku niezależnych kont.

Kamery na korytarzach to atrapy, bo ze względów technicznych nie da się ich zamontować. Ale kamery w “sztucznych soczewkach” są okej? :)

 

Podeszła do ekranu komputera, położyła na nim dłoń pozwalając, by interfejs urządzenia połączył się z jej wszczepem centralnym. Na monitorze pojawił się ekran logowania, który odczytał dane zawarte w materiale biologicznym dziennikarki.

Czyli mają jednka wszczepy? To dlaczego nie korzystają z nich przy przejściach do super tajnego kompleksu?

 

Błyskawicznie machnął dłonią w powietrzu zmieniając coś na ustawieniach cyfrowego połączenia rozszerzonej rzeczywistości. – Poruczniku! Mamy intruza w czterysta-cztery. Potrzebuję zespół i to ASAP!

Kamery to atrapy, ale AR działa… :(

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w pisaniu!

Che mi sento di morir

Hej,

 

nie zrozumiałem. O czym to jest? Oniryzm nigdy mnie nie pociągał, może to dlatego.

 

Nie rozumiem również, dlaczego szekspirowski tytuł…

 

Może nie wszystkie sny powinny zostać spiasane… I chyba nie w jedną noc.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

Wygląda trochę jak kolejny eksperyment z AI “wygeneruj oblężenie” ;)

Jak wspomniane bylo wyżej – nic tutaj się nie dzieje: tłuką się, biegają, gwałcą, ale fabularnie są to losy niepowiązanych ze sobą randomowych postaci. Nie ma też żadnego tła społecznego, geograficznego, jakiegokolwiek – dlaczego Erdanie atakują, czy Weldom jest częścią jakiegoś Królestwa, gdzie są granice tego Królestwa czy państwa Erdan (czy Weldom jest miejsowością przygraniczną, czy wojska królewskie nie powinny stacjonować w Weldonie?).

Magia jest strasznie biedna – wyciąganie ręki i usypianie wrogów. “Mroczny generał”, czy usypiająca dzieci niańka? NIe wspominając o tym, że ci “generałowie” przypominają Nazgule od Tolkiena.

 

I na koniec wisieńka na tym torcie, który mi osobiscie bardzo nie smakował: jeden z dowódców nazywa się Fuhrer. Kurtyna!

 

PS.

Opowiadanie przeszło gruntowną redakcję, która niestety nie wyłapała wszystkich błędów.

Ja inaczej rozumiem “gruntowną redakcję” ;)

 

Jeszcze kilka dziwnych zdań i konstrukcji:

 

Po kilku minutach dojechał do wschodniej części palisady. Zebrała się już przy niej duża grupka hałaśliwych osobników najróżniejszego pokroju. Tłoczyli się oni wokół wartownika, oddzielającego ich od drzwi.

– Nie ma przejścia! – mówił strażnik do cisnących się ludzi. – Kto wyjdzie, tego zabiją Erdanie.

– Jak zostaniemy, to tym bardziej nas zarżną! – zawołał w odpowiedzi ktoś z tłumu. – A poza tym, tam nie ma nikogo. Dlaczego zabraniacie nam, panie, uciekać przed śmiercią na wolność?

– W krzakach na pewno kryją się złoczyńcy, nieuku! – odkrzyknął drugi żołnierz. – Taki mamy rozkaz i będziemy się go trzymać!

Uciekać przed śmiercią na wolność?

Złoczyńcy?

Gdy poślubiła go pięć lat temu, sądziła, że nic ich nie rozerwie, że jak w bajkach będą żyli szczęśliwie do końca.

Rozerwią się na strzępy? ;)

Kobiety i dzieci poszły na piętra, by nie poginąć w walkach mających rozegrać się na parterach.

Będą rozgrywać partię szachów?

 

Edit – jeszcze dwa słowa ode mnie.

 

Wybacz złośliwości, było to dla mnie nieco frustrujące doświadczenie.

Tekst jest wg mnie niepoprawiony, nieoszlifowany nawet w niewielkim stopniu. Być może w całości lub w części został wygenerowany przez AI. Myślę, że powinieneś popracować nad jakością – zarówno pomysłu jak i wykonania, no cóż… powiedzieć, że pozostawiają wiele do życzenia, to bardzo łagodne określenie.

Uważam, że przydałoby się włożyć dużo więcej pracy przed wypuszczeniem tekstu na świat.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Cześć,

 

Nie przemówiło do mnie – i piszę to z pełną odpowiedzialnością, bo widzę, że niektórzy chwalą i ogólnie tekst się podoba, a ja walczyłem z nim, kompletnie się gubiąc i nie odnajdując sensu. Nie znalazłem tutaj fabuły, ciekawej historii, raczej poetycki opis postaci i relacji między nimi. A fantastyka? Hm… Czy tekst zdałby egzamin brzytwy Lema? 

 

Kilka dodatkowych uwag i bezpośrednich odniesień:

cieplała spojrzenie szarych oczach Maksa.

 

Wyżej już wskazała ten błąd Reg. Jest to spory zgrzyt już w pierwszym zdaniu, aż nie chce się czytać dalej :(

 

wręcz do bolesnej suchości znaczenie jego istoty.

Czym jest bolesna suchość istoty? Moja dusza chyba za mało poetycka :(

 

Bez względu na rangę oraz charakter okoliczności, nieważne z kim rozmawiając, a raczej kogo słuchając, bo Maks mówił niewiele, na przemian to gubił, a właściwie porzucał uwagę, uciekając na znane tylko sobie rubieże deliberacji, to ogniskował ją na rozmówcy z onieśmielającą intensywnością; soczewka skupiająca światło poznania w równym stopniu co zawstydzała, irytowała – pod spojrzeniem Maksa człowiek czuł się jak w reflektorze na scenie przedstawienia granego w nieznanym języku.

Za trudne dla mnie :/

 

Pozostała w Albercie bowiem ta dziecięca ciekawość, ten niedyskryminujący zachwyt nad wszystkim dookoła, od cudownie zimnego loda na patyku aż po pulchny księżyc, srebrzystością kontrastujący z nocnym niebem.

Kim jest Albert?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

nie jest to złe, historia weszła gładko, może też z uwagi na swoją krótkość.

 

Jak poprzednikom – trochę przeszkadzała mi ta relacja wtłoczona w usta policjanta. Może lepiej zagrałoby znalezienie samego dziennika, a może relacja policjanta powinna być relacją ze śledztwa, a nie wszechwiedzącą narracją? Wg mnie dobrze byłoby wpleść do historii jakąś tajemnicę, żeby nie wszystko bylo podane jak na tacy – bo tak to wygląda na ten moment, wiemy dobrze, że roślina jest zła i będzie się domagała kolejnych ofiar (ziew).

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

ta historia bardzo przypomina mi film Source code (Kod nieśmiertelności). Jest jednak prostsza i skupia w całości na bohaterze, co wg mnie jest fabularnym błędem. Mnie jako czytelnika nie obchodzi życie bohatera, bo dlaczego miałoby mnie obchodzić? Nie znam Toma, nie lubię go, nie podziwiam, nie współczuję.

W Source code bohater ratował świat, zapobiegał katastrofie i… zakochał się. To były prawdziwe, emocjonujące i przykuwające uwagę czytelnika zdarzenia, a to, że po wypadky był ledwie działającym mózgiem stanowiło ledwie fabularne tło, spoiwo dla tych wszystkich fantastycznych wydarzeń. I tak, wg mnie, powinno się budować opowieść.

 

Jeszcze kilka odniesień:

 

Jestem w niebycie, lecz ciągle istnieję. Pomimo, iż powinienem umrzeć, nadal tkwię w ciele.

Rym się stworzył.

 

To niemożliwe. Odbieram fotony. Światło. Ja WIDZĘ. To jest piękne. Cudownych kształtów urządzenia nieznanego mi przeznaczenia.

Nagromadzenie ktrótkich zdań. I moim zdaniem niezrozumiała ta konstrukcja – “cudownych kształtów urządzenia”.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej,

 

nawet fajnie się czytało, ciekawa mieszanka, komunizmu z… sam nie wiem czym, kosmicznej hodowli?

 

Podobnie jak Adam, nie jestem pewien celu dla którego ludzkość jest hodowana i dlaczego jest pozbawiana określonych cech – np. rozmnażania. Ogólnie fabułę dla mnie spowija mroczny cień, rzucany przez wyższą cywilizację, nie bardzo rozumiem kim są i jakie są ich cele. Przez to historia jest dla mnie niezrozumiała.

Co do szczegółów technicznych – mam wrażenie, że rozwiązania nie są do końca przemyślane, trochę “wszczepów” rodem z cyberpunka, opórcz tego kombinezony regulujące temperaturę, no i sam system społeczny, gdzie wszystko jest za darmo – trochę to naciągane, w mojej opinii :

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

Nie wiem, czy jestem fanem Obcego, ale oglądałem kilka filmów, włączając też filmy w rodzaju Alien vs predator. Grałem też w grę Alien vs predator (nie wiem czy jest się czym chlubić ;))

Wydaje mi się, że w tych historiach chodzi o strach, o mrok i niepewność. Nie znajduję w twojej fabule tych elementów. Chyba również każdy, kto choć trochę zna tę serię wie, co oznacza, kiedy obcy obwąchuje bohatera i pozwala my odejść. A jeżeli chodzi o androida, to jego zdrada również nie jest nowością – chyba już w pierwszej części był podobny motyw. Kolejny zatem zarzut – brak oryginalności. jakiejś wartości dodanej. Z drugiej strony – mało czytam takich “fanfikowych” historii, więc może jestem za dużym marudą i tak się je po prostu pisze…

Na plus powiem – że czytało się fajnie, sposób prowadzenia narracji atrakcyjny i z pomysłem. Więc to, co zwykle kuleje w takich historiach, masz opanowane :) Wystarczy jakiś zgrabny pomysł i masz mnie kupionego.

 

I jeszcze pierdoła:

Łysielec nie wiedział, co było bardziej przerażające, obcy, rozczłonkowanie Billa czy to kim, a raczej czym się okazał. 

[…]

Potwór zbliżył pysk do ust mechanika na odległość kilku centymetrów. Paszcza, ociekająca organicznym kisielem, się otworzyła.

Mi ten “łysielec” oraz “kisiel” psują klimat :) Chyba nie można się bać kisielu, prawda?

 

Pozdrawiam!

 

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

historia mocno oklepana, pełna dziur fabularnych. Wg mnie warto byłoby popracować nad spójnością świata przedstawionego przed przystąpieniem do pisania powieści:

 

– jak wygląda szkolenie kadetów, jakie są wytyczne i uprawnienia? Dlaczego kadeci sami (dwie osoby) znajdują się na statku zamiast mieć mieszaną załogę (ze starszymi oficerami)?

– jak wygląd łańcuch dowodzenia oraz odpowiedzialność – czy bazą zarządza wojsko czy jest to służba cywilna? (to może mieć konsekwencje np. niewykonanie rozkazu albo niewykonanie polecenia służbowego)

– jak działają statki i baza transportowa pod kątem technicznym? W tej historii – zwłaszcza napęd i silniki, ogólenie – dlaczego na statku wystarczą dwie osoby do obsługii? Jak wygląda nawigowanie pomiędzy sektorami, jakie są rodzaje statków i dane techniczne (rozmiar, napęd, itd.).

 

Wg mnie jeszcze sporo pracy przed Tobą, jeśli chcesz napisać powieść s-f. Zachęcam do rozwijania się w kirunku opowiadań, żeby stopniowo wnikać w ten świat :)

 

Jeszcze kilka konkretnych odniesień do tekstu:

 

Wlepił wzrok w sufit i rozmyślał. Jeszcze jedenaście tygodni – powtarzał w myślach. Jedenaście tygodni stażu i zaczną mnie nazywać astronautą. Jedenaście tygodni. Cholera, nie wiem, czy wytrzymam do końca tego tygodnia. Jestem już gotowy. Dajcie mi szansę, a udowodnię to! – emocje wezbrały na sile w kadecie. Wierzył w to, że wie, co mówi. Po chwili uśmiechnął się na myśl o wszystkich docinkach kierowanych pod jego adresem przez starszych kolegów z bazy – „Astronauta na ćwierć etatu” i „Nieopierzony żółtodziób” należały do jego ulubionych. Zastygł w bezruchu. Z każdą kolejną chwilą jego powieki robiły się coraz cięższe. Kiedy poczuł, że powoli zasypia, usłyszał w słuchawce głos Jonesa – zarządcy odlotów:

– „Griffin 104”. Odbiór.

Hall ocknął się i nadstawił uszu.

Szybkie przejście od emocji do usypiania. Ktoś w kim wezbrały emocje raczej tak szybko by nie usnął, przydałoby się jakoś wyciszyć bohatera.

 

 

Pomimo tego, że skafander krępował jego ruchy, zrobił to sprawnie i nadzwyczaj szybko

Przebywają wewnątrz statku w skafandrach? Dlaczego?

 

 

Street wybuchnął śmiechem i bez zawahania skomentował słowa kolegi:

– Zimny prysznic musi zaczekać, wszelkiego rodzaju alkohole, jak sam wiesz, są zabronione do czasu zakończenia stażu, a o tej gwieździe filmowej lepiej od razu zapomnij. To nie twoja liga brachu.

– Dzięki za sprowadzenie mnie na Ziemię i to z prędkością światła.

– Nie ma za co. W sumie zimny prysznic masz już za sobą – Street uśmiechnął się, mówiąc to. Dodał: – Alice Flower… Trochę cię poniosło, Hall. Tylko czemu ona? Wiesz przecież, że nawet gdybyście się spotkali, to ona prawdopodobnie nawet by na ciebie nie spojrzała. Ją interesują bardziej „przyziemni ludzie”.

– Co tu dużo mówić. Od tego są przecież marzenia. Ja mam właśnie takie – stwierdził James.

– Marzenia mówisz – Street pokręcił nosem.

– Sami zawieszamy sobie poprzeczkę – kontynuował Hall. – A kiedy się nie spełniają, to znaczy wtedy kiedy nam się nie udaje, mówimy, że przecież to było tylko marzenie. Moim największym marzeniem teraz jest Alice Flower.

– Myślę, że marzenia się spełniają, tylko trzeba wybierać rozsądnie to, o czym się marzy.

– Czy to oby nie jest aluzja do sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy? Czyżbyś powoli żałował tego, że tutaj jesteś?

Street wybuchnął śmiechem i powiedział:

– Niczego nie żałuję. To było przemyślane.

Pan Street wydaje się mieć tendencję do wybuchania śmiechem. Czy jest to zawsze uzasadnione?

No i swoją drogą jest to jednak powtórzenie, wiem, że dość daleko od siebie, ale pewnie można by to zastąpić jakimś “radosnym rechotem” czy innymi synonimami. Ale serio, zastanów się czy to nie jest jednak dziwne, że on tyle się śmieje – bo dla mnie jest ;)

 

– Uwaga. Do wszystkich pilotów-astronautów! Dwie minuty temu w „Sektorze 5A-43-12” doszło do kolizji transportera „Titan” z chmurą meteorytów. Wskutek tego jego silnik uległ awarii. Niewykluczone, że dojdzie do eksplozji. Na pokładzie znajduje się sto dwadzieścia osób. Wiemy, że już rozpoczęto ewakuację. Lećcie tam w celu sprowadzenia tych ludzi bezpiecznie. Zachowajcie szczególną ostrożność. Powtarzam…

Dwie minuty to wg mnie za wcześnie. Trzeba dać chwilę – ktoś musi oszacować szkody, kapitan musi podjąć decyzję o ewakuacji. Chyba, że wdrożony jest jakiś automatyczny system raportowania tego rodzaju kolizji do centrum dowodzenia – ale wtedy wypadłoby o tym wspomnieć.

Po kolizji z meteorytami rzekłbym, że prędzej kadłub by się rozszczelnił niż silnik uległ awarii. Ewentualnie jakaś usterka systemu napędowego, ale nie samego silnika – który powinien być ulokowany głębiej. Zresztą pytanie co napędza statki kosmiczne, jeśli energia atomowa, no to już w ogóle “silnik” powinien być pancerny ;)

 

– Chwileczkę panowie, nie macie uprawnień – stanowczym głosem przemówił Jones. – Nie pozwolę wam wystartować!

Jakie trzeba mieć uprawnienia, do czego konkretnie? Dlaczego nie mieli uprawnień? Po co siedzieli na statku, jeśli nie mieli uprawnień do startu?

 

Była to reakcja na widok kubeczka unoszącego się bezwładnie po pokładzie oraz jego dotychczasowej zawartości, czyli wody, która rozszczepiła się na tysiące lśniących kropelek, rozpraszających Halla. Ciecz, choć już nieprzypominająca płynnej masy, zajmowała coraz większą powierzchnię wnętrza statku. Na szczęście wszystko na pokładzie zostało dokładnie uszczelnione i izolowane, także nie było obaw przed zwarciem instalacji elektrycznych czy tym podobnych wypadków, jednak łuna połyskujących drobinek przed oczyma pilota znacznie ograniczała jego pole widzenia. Hall ruszył lewą ręką, prawą pozostawiwszy wciąż na sterze i odgarnął przeszkodę sprzed twarzy. Kryształki odbiły się od rękawa jego śnieżnobiałego kombinezonu i podryfowały w stronę rufy. Ponownym ruchem przegnał na tyły kokpitu resztę lewitującej cieczy. Odzyskał doskonałą widoczność.

Czy woda na pewno zachowałaby się w ten sposób? Łuna połyskujących drobinek? Kryształki? W jakich warunkach fizycznych?

 

Widziany z góry, mógłby sprawiać wrażenie, jakby ciągle spadał i za chwilę miał runąć o jakieś podłoże. W próżni jednak było to nierealne – tam nie było podłoża.

Runąć o podłoże? W ogóle ten opis bardzo niefortunny, wg mnie za bardzo przypomina awarię samolotu.

 

Lewy silnik Titana bez jakiegokolwiek dźwięku eksplodował, rozsypując w przestrzeń kilkadziesiąt ton rozerwanego żelastwa. Ogień towarzyszący eksplozji przeniósł się do wnętrza statku.

Ogień w próżni? Nie ;)

 

Hall był głuchy na argumenty Streeta. Przemówił:

– Wiem, że nie mogę tego zrobić, ale nie mam zamiaru żyć ze świadomością, że mogłem komuś pomóc, ale tego nie zrobiłem. Będąc pilotem, jeszcze nie raz mogę znajdywać się w takiej sytuacji. Nie mogę na samym początku podjąć błędnej decyzji, bo nie będę mógł z czystym sumieniem wykonywać tego zawodu.

Powinni zaraportować o sytuacji do bazy i wkroczyć do akcji. Podejrzewam, że nikt nie zaprotestowałby wiedząc, że życie ludzkie jest zagrożone. Nawet jeśli czynili to wbrew rozkazom i tak powinni zaraportować, że wkraczają do akcji ratunkowej, brak takiego raportu naraża na niebezpieczeństwo inne statki.

 

Początkowo dyrektor Orbitalnej Bazy Transportowej zamierzał wyrzucić młodzieńców ze stażu za jakby nie patrzeć, niewykonanie rozkazu. Ci jednak mieli niebywałego farta, ponieważ wśród ocalałych znalazł się prezes pewnej dużej firmy oraz kilka równie ważnych osób zajmujących się public relations. Ostatecznie stażystom skrócono staż do miesiąca.

Grubymi nićmi szyte, niestety.

 

Powodzenia!

Che mi sento di morir

Hej,

 

bardzo ciekawy pomysł – to połączenie najnowocześniejszych technologii, podróży między gwiezdnych z sielską wsią i orszakiem weselnym. Podoba mi się.

 

Lekko bym się przyczepił do niewykorzystanego potencjału postaci Gwiazdowida. Chyba można by coś więcej zrobić z tym bohaterem, miałem takie oczekiwanie, że Dorota okaże się przynajmniej jakąś niespełnioną miłością. Mam lekki niedosyt wink

 

Klikam bibliotekę, bo bezwzględnie się należy.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

A co my z MrB mamy powiedzieć? ;-)

Miałem na myśli zniechęcenie takim podejściem autora i porzuceniem jego twórczości wink

 

xD

być może w oczach wielu osób popełniam właśnie karygodny błąd, natomiast uważam, że faktyczna/prawdziwa nauka i jej prawa są podrzędne w stosunku do tego, co i jak chcę napisać. Miejscami to dość oczywiste (np. w przypadku duchów/nieumarłych/uczciwych polityków), miejscami mniej. Tu pomysł jest taki i w tym świecie takie sytuacje mają miejsce/są możliwe. Nie mam więcej do dodania :)

Przyznam, że troszeczkę Cię podpuszczam. Mimo wszystko podejście w stylu “nie interesuje mnie to, pasuje mi to do historii i basta” mnie osobiście nie przekonuje i kłóci się z moimi wartościami. Ale kopii kruszył o to nie będę laugh

Che mi sento di morir

“Tak się robi?”

Nie wiem i średnio mnie to zajmuje

Człowiek, zainteresuj się trochę, do cholery! W koncu to Ty o tym piszesz, nie my cool

MrBFinkla nie będą zawsze przy Tobie…

Che mi sento di morir

Pisz i publikuj! :) Powodzenia!

Che mi sento di morir

Cześć,

 

podpisuję się pod opinią Regulatorów, nie wiem co ta historia miała za ambicję przekazać, zgubiłem się w tym, niezrozumiałym dla mnie, świecie.

 

Dużo w szorcie jest zdań, które uważam za uproszczenia, wytrychy fabularne, które spajają historię na sznurki uzasadniając pewne zdarzenia, nie wyjaśniając czytelnikowi co się właściwie stało. Przykłady:

 

Ze względu na rozporządzenie biskupa do pomocy została przydzielona nam siostra zakonna.

Co to za rozporządzenie i kim są “my”?

 

Dopiero wtedy zacząłem zauważać w niej coś niezwykłego, jednak nie wiedziałem czym dokładnie jest to spowodowane.

Coś niezwykłego? Czyli co?

 

Wtedy zupełnie zatraciłem się w mojej posłudze, przykładając się z całych sił do wiernej służby Panu. 

Co konkretnie oznacza to “zatracenie”?

 

Ja nie rozumiem i nie akceptuję takiego budowania fabuły.

 

Pozdrawiam!

 

 

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

historia jest ciekawa, dobrze się ją czytało :) Te smaczki Ameryki wczesnych lat – strzelam, że gdzieś około ‘60-70 – przemawiają do mnie, fabularnie i językowo tekst się broni, podobają mi się np. pracownicy restauracji: twardy i poczciwy Bill i rozczarowana życiem Celeste, wykonawcy country, którzy prawie potrafili śpiewać.

Przychylę się do opinii Grzela, zgodnie z którą końcówka nieco rozczarowuje. Rozumiem, że jest to swego rodzaju wstep do czegoś większego, ale jako całość się nie broni, na ten moment uważam, że to rozbudowany fragment, z końcówką stanowiącą wstęp do dalszej historii.

Rozumiem też wątpliwości Reg, związane z występem magika, być może warto by lepiej zbudować tę otoczkę małomiasteczkowej elity, która czyni zarzut ze wszystkiego co nie mieści im się w głowie, albo nie wpasowuje się w ich ograniczony światipogląd (w tym kontekście wg mnie Winston mógłby rzeczywiście zostać wzięty za oszusta, “okłamującego” panienkę).

 

I jeszcze pierdoła na koniec:

Pulsujący ból głowy, suchość w ustach i gryząca woń alkoholu przypomniały mu, że nieszczęsny dzień zakończył w barze, a raczej miejscowej spelunie, gdzie alkohol sprzedawano po cenie niewiele większej niż w marketach.

Chłopak ma 18 lat, w Stanach alkohol sprzedaje się od 21 lat. Nie jestem pewien, czy dostałby tak łatwo alkohol w barze.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

niezła scenka, najpierw martwy kolega, tajemniczy mnisi, potem trochę się bohater potłukł z pająkiem. Czytało się to nienajgorzej, bo i też było raczej krótsze niż dłuższe. Jako wprawka, całkiem fajne. Zachęcam do rozwoju w kierunku pełnoprawnej historii ;)

 

Co do uwag:

– jako się rzekło wyżej jest pewne poplątanie myśli bohatera z narracją. Mi to w sumie jakoś baaardzo nie przeszkadzało.

– miałem problem z wyobrażeniem sobie pająka, tutaj jakiś wąż jak drąg, tutaj przyssawki – lekko się pogubiłem. Podobnie miejsce akcji – nie rozumiem dlaczego nagle podłoga uciekła bohaterowi spod nóg? Jak rozumiem to jest jakaś próba – ale nie wiem jaka i po co.

– IMHO trochę pomieszane uniwersa, bo obok mnichów, samurajów i ogólnie azjatyckich klimatów, wersy z Biblii „Ciemności się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Psalm 23 Starego testamentu: “Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym pisaniu!

 

 

Che mi sento di morir

Hej,

 

fajne opowiadanko, historia absurdalna, ale nie pozbawiona elementów grozy dnia codziennego jak również pragnień i dążeń bliskim chyba każdemu z nas.

Podobało mi się :) Życzę powodzenia w konkursie.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Witam,

 

emocji tutaj jest dużo, ciekawie oddany nowoczesny świat z dwoma matkami, które czasem brane są za siostry.

Podoba mi się ten smutek, który rozlewa się jak choroba, którego nie da się wydłubać, nawet pozbywając się oczu i kanalików łzowych. Nawet po “wyleczeniu choroby”, smutek pozostaje. I to mi się podoba i za to dorzucam głos nominacyjny do piórka.

 

Z uwag – chyba jedynie krótkość tego tekstu, jak rozumiem doszło tutaj do walki z limitem.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Dzięki za odpowiedź.

 

IMHO byłaby z tego niezła powieść.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, hej,

 

bardzo porządne opowiadanie, przypomina mi historoie tworzone przez Pawła Huellego, Brunona Schulza czy Wiesława Myśliwskiego. Czasem ten styl trochę mnie razi, ale generalnie jest na duży plus i bardzo mi się podoba.

Całość bardzo mi przypomina powieść “Weiser Dawidek” Huellego. Podoba mi się to przenikanie historii, pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, wspomnienia tej krainy lat dziecięcych, magii, która kształtuje ludzkie życie.

Mam w zasadzie “tylko” dwie poważne uwagi:

  1. Brakuje mi fabularnego domknięcia, czegoś co spięło by tę historię do przysłowiowej “kupy”. Bo tak w sumie o czym to jest? Co jest fabularnym korzeniem tego opowiadnia? Przydałby się jakiś wnioske na koniec, albo jakiś mocny twist – w rodzaju “Hulme zabijający rodziców Teodory, żeby zjawiła się na stacji”. Skoro czas nie ma dla niego znaczenia mógłby to zrobić, prawda?
  2. Statek obcych był dla mnie zbyt wielkim “kombo”, dwie zaawansowane wytwory technologiczne alienów, to nieco za dużo. No i samo odkrycie Nautiliusa – po prostu się napatoczył, rozbiła na Plutonie, na którym akurat pracowała bohaterka. Nie kupuję tego. Nautilius pojawia się wg mnie specjalnie, żeby Teo miała czym polecieć do Błękitnego Miasta i potem pomóc w analizie planety. Słaby wytrych fabularny :(

I na koniec trochę myśli zebranych, uwag i pierdółek.

 

Moja mama lubiła pianino, choć nie grała zbyt dobrze, namówiła tatę na kupno instrumentu.

Trochę takich zdań jest w tekście, o które się potykam. Być może to taki styl, taka melodia mowy jak w “Sklepach Cynamonowaych” Brunona Schulza… no cóż, nigdy nie lubiłem “Sklepów Cynamonowych”. Ale zasadniczo chyba to nie jest źle, wręcz dobrze tak układać historię.

 

 

Kilka szczegółów tech, które odzwierciedlają realia życia przyszłości, a z którymi się nie zgadzam:

miliardy ludzi siedziały wpatrzone w miliony ekranów, patrząc, jak po raz kolejny zmienia się świat. 

Tutaj mamy założenie, przynajmniej ja tak to rozumiem, że ekranów jest mniej niż ludzi. Uważam, że będzie dokładnie odwrotnie, już teraz mamy zjawisko oglądania treści na dwóch, czasem nawet trzech ekranach jednocześnie. Każdy ma po kilka urządzeń z ekranami i myślę, że ta tendencja się będzie utrzymywać.

 

I jeszcze masz dalej:

 

Oglądałam nocami stare nagrania, wystarczało jedno kliknięcie, by ściany pokoju zmieniły się w kosmos, chłonęłam tamtą gorączkę, szaleństwo, byłam tam. […]

Musiałam wyłączać ekrany, kiedy mama przychodziła powiedzieć mi dobranoc, rzeczywistość wracała, ale ja marzyłam dalej.

Więć każda ściana pokoju to osobny ekran, jest to argument za tym, że ekranów będzie więcej niż widzów ;)

 

Nie przywykłam jeszcze do niej, do skrzypienia ścian, szumu klimatyzatorów i filtrów, czułam się, jakby mnie połknął olbrzymi potwór, przetrawiał cichutko

Brakuje mi tutaj jakiegoś połączenia z tym “przetrawiał cichutko”. Jakieś to takie “łyse” ;)

 

 

– Nie. No może trochę. Ale pomyśl, jaka to będzie przygoda! Tylko nikomu nie wypaplaj!

To zdanie znowy przywołuje we mnie dawne historie, w których dzieciaki biegały z zaostrzonymi kijami po krzakach w poszukiwaniu mitycznej “przygody”. Czy to pragnienie mogłoby przetrwać przez dziesiątki, może setki lat w podobnej formie? Jak ma się do tego wiara w duchy? Czy systemy czujników i kamer nie wyłapałyby wymykających się nocą dzieciaków?

 

 

Hulme nie istnieje fizycznie. To, że go widzę, że mogę go dotknąć, to wynik oddziaływania Błękitnego Miasta na mój układ nerwowy. 

– Ja też go widzę – pisze mi Nautilus, Miasto działa także na niego. 

Hmmm… Komunikacja ze statkiem odbywa się pisemnie? Nie rozumiem tego, nawet komunikacja głosowa byłaby bardziej zaawansowana.

 

– Teraz rozumiem. – Hulme przerywa krępującą ciszę. – Ale nadal nie wiem, kto mnie stworzył, ani po co. I dlaczego zostałem sam.

– Według Nautilusa pod powierzchnią planety znajduje się komora, a w niej coś dużego. Może tam znajdziemy odpowiedzi?

Dlaczego Nautilus może przeskanować planetę oraz znaleść komorę, a wszechmocny Hulme, dla którego czas i przestrzeń nie mają znaczenia, nie może?

 

Dzięki temu, że mieszkało nas na stacji niedużo, mieliśmy dla siebie, Piegus i ja, mnóstwo miejsca do zabawy. Pewnego piątkowego wieczoru „graliśmy” w kosza, całe boisko tylko dla nas, pełna swoboda. Rzucaliśmy piłką do kosza, zmęczeni po całym tygodniu szkoły. 

Myślę, że fajnie byłoby dodać jakiś technologiczny smaczek, nawet jakieś “robotyczne ramię”, które podawałoby piłkę ubarwiłoby tę zabawę i czyniło bardziej “fantastyczną” ;) Mało jest tych smaczków, a dużo mocy “boskich” dostarczanych przez wytwory “obcej cywilizacji”. To za proste, może nawet prostackie podejście do s-f.

 

Pozdrawiam!

 

Che mi sento di morir

Hej,

 

jako całość oceniam tę historię pozytywnie – pod kątem warsztatu, płynności czytania, konstrukcji świata i bohaterów. Porządnie napisania i weszła gładko ;)

Pod kątem fabularnym podbiję nieco te głosy krytyki – nie do końca wiem, co się stało w tym opowiadaniu. Historia (chyba) powinna opowiadać o czymś, jakoś wiązać wątki i budować bardziej bohaterów, dawać im sprawczość. Jak dla mnie przydałoby się nieco więcej konkretów, ale widzę, co napisałeś – “jest jak jest”, więc raczej to uwaga na przyszłość pewnie.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Będzie ciężko, ale może…

 

To już chyba można by dodać trochę znaków i starać się jako mini-powieść wydać, myślałeś o tym?

Che mi sento di morir

BasementKey: dzięki że wpadłeś i dzięki za uwagi. Anioły stróże zostały użyte tylko raz, więc nie uważam, że przesadziłam z łopatologią. Gdyby jeszcze gdzieś wystąpiły, z pewnością usunęłabym nadmiar. 

O jeden raz za dużo :) Oczywiście to tylko moje zdanie, decyzja Twoja.

 

Pozdrosy!

Che mi sento di morir

Nowa Fantastyka