- Opowiadanie: Artemka - Believer

Believer

Na dzień dobry.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Believer

Umarłem.

Choć poprawniej brzmiałby termin: „zostałem nieodwracalnie wyłączony na skutek urwania głowy”.

Otoczyła mnie cicha ciemność, która może byłaby błoga, gdyby nie pulsujący ból.

Ból. Coś, czego nie miałem prawa odczuwać. Lewa część mojej twarzy była nim przepełniona, wręcz paliła.

A. Czyli głowę miałem jednak na miejscu. Szybko dotarło do mnie również, że po moim policzku spływa coś dziwnie ciepłego, a plecy opierają się o nieregularną, chłodną powierzchnię.

Dobra wiadomość – nadal funkcjonuję. Zła – Crimson zaraz ze mną skończy.

Słuch wrócił szybciej. Fala ludzkich głosów uderzyła z niemal namacalną siłą, boleśnie raniąc moje sensory. Wrzeszczeli, tupali i tłukli szklanki. Chwyciłem dłońmi kratę za plecami, usiłując na ślepo wyczuć swoją pozycję. Było to dość trudne, zważywszy na fakt, że prowizoryczna arena miała kształt okręgu. Ktoś klepnął mnie w bark, ktoś inny krzyknął coś zagrzewającego do walki. Jako tako opanowałem drżące nogi i uniosłem ręce, trzymając gardę. Po przeciwnej stronie areny rozległy się ciężkie kroki Crimsona.

Wzrok odzyskałem na tyle szybko, by dostrzec mknącą w moim kierunku karmazynową pięść. Cios wgniótł metal na klatce piersiowej i posłał mnie z powrotem na kratę: zaskoczeni gapie cofnęli się na rozsądną odległość, wrzeszcząc jeszcze głośniej.

Przed oczami migały mi ostrzeżenia wysyłane przez system. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że w środku coś pękło – pobieranie tlenu, zwykle tak proste, nagle zaczęło sprawiać trudność.

Podniosłem głowę i aż jęknąłem.

Crimson stał nade mną jak triumfator, a w jego jedynym, zimnobłękitnym oku dostrzegłem wyłącznie pogardę.

Jeżeli niektórych ludzi można nazwać zwierzętami, to ta maszyna była bestią. Karmazynowy pancerz lśnił krwawo w świetle elektrycznych lamp, rozpraszających półmrok magazynu. Mięśnie z czarnego metalu co rusz się napinały – Crimson przymierzał się do kolejnego ciosu. Rywal przewyższał mnie o dwie głowy, a jego zaprogramowanej, brutalnej siły posmakowało już wielu. Była jeszcze jedna rzecz przechylająca szalę na jego korzyść.

Ja miałem moralne hamulce. On – nie.

Głowa odskoczyła mi w tył, a z karku strzeliły iskry, gdy karmazynowa pięść znów trafiła w cel. Nie miałem nawet czasu się pozbierać – kolejny cios pogruchotał płyty brzuszne i przybił mnie do podłogi. Crimson walczył z bezbłędną, wręcz przerażającą precyzją – jeden z powodów, dla których nie przegrał ani jednej ustawki. A sądząc po sposobie, w jaki chwycił mnie za łączenie głowy z klatką piersiową, raczej nie zamierzał rozstawać się z tytułem czempiona.

Ból. Pulsował w głowie, pod pancerzem, w systemie nerwowo–sterowniczym.

Rozłożone na podłodze kończyny przestały reagować; moja świadomość powoli ulatywała, w miarę jak dłoń Crimsona miażdżyła łączenie. Ludzkie głosy wykrzykujące imię pewnego już zwycięzcy zlały się w jednostajny szum. Dygotałem. Rytm silnika w mojej klatce piersiowej nieubłaganie zwalniał.

Wtedy wśród gapiów dostrzegłem Henricka.

Zdawał się być bledszy niż wcześniej, miał też podwyższone ciśnienie i temperaturę ciała. Mimo to stał zadziwiająco spokojnie, jak skała smagana przez morze rozwrzeszczanego tłumu. Nic nie mówił. Patrzył mi tylko prosto w oczy, jak wtedy w dokach.

„Jesteś inny niż reszta, prawda?”

Z trudem obróciłem głowę i napotkałem twarz Crimsona. Błękitne oko płonęło chłodno, ale bez wyrazu. Do bólu dołączyło coś innego.

Determinacja.

„Henrick ryzykuje wszystko” – pomyślałem, łapiąc drżącą dłonią nadgarstek miażdżącej mnie ręki. – „Wydał ostatnie grosze na przemoczonego przybłędę”. – Dźwignąłem się na klęczki, ku absolutnemu skonsternowaniu Crimsona. Jego oprogramowanie widocznie nie przewidziało takiego obrotu sytuacji. – „Złożył życie swoje i swojej rodziny w moich rękach”. – Zebrałem siły i wyprowadziłem cios prosto w płytę piersiową Crimsona. – „Nie mogę zawieść.”

Zgrzyt metalu. Moja pięść została zatrzymana przez karmazynową dłoń. Gapie głośno wstrzymali oddech, po czym zamilkli.

Dyszałem, próbując ochłodzić rozgrzane przewody. Nad naszymi splecionymi w uścisku ciałami syczało powietrze. Żaden nawet nie drgnął. W końcu któryś będzie musiał puścić.

Dlaczego miałem przeczucie, że znów padnie na mnie?

Mięśnie drżały, silnik sercowy błagał o odpoczynek. Ale bił. Wciąż bił i to dodawało mi otuchy.

Czułem spojrzenia ludzi śledzące dwójkę rywali. Już nie krzyczeli. Szeptali, a urywki, które wyłapałem, tylko potwierdziły moje przekonanie.

Nasza walka nie miała głębszego sensu, przynajmniej dla nas. Czysta rozrywka, prosty sposób zarobku. Setki takich jak ja kończyło swój żywot na arenie, ku uciesze tych, którzy w zakładach obstawiali Crimsona i jemu podobnych. Ludzie lubowali się w przemocy. A jako że nie mogli bezkarnie stosować jej na sobie nawzajem, robili to na nas.

„Nie oddychacie. Nie potraficie kochać. Nie czujecie bólu.”

Po rozciętym policzku wciąż spływała ciepła ciecz.

Akumulator dochodził do granicy wyczerpania.

Miałem dość. Uciekania, walczenia, szukania. Dość.

– Chcę przestać – wycharczałem cicho.

Zimny błysk. Gdzieś w głębi błękitnego oka zaiskrzyło zrozumienie. Crimson wydał z siebie serię blaszanych dźwięków, które zrozumiałem bez trudu:

– Nie możemy przestać.

Potem puścił.

Siła rozpędu wyrzuciła moją pięść do przodu, przebijając karmazynowy pancerz na wylot.

Krople paliwa w powietrzu.

Huk walącej się na podłogę maszyny.

Drżące światło lamp.

I cisza.

Crimson leżał na środku areny; dziura w jego płycie piersiowej dymiła, plując czarną cieczą. Błękitne oko posłało mi ostatnie, chłodne spojrzenie i zgasło.

Nikt się nie odezwał.

Tylko system co rusz wysyłał informacje o uszkodzeniach. Sporo tego było. Nie wiem, jak udawało mi się nadal stać na nogach. Miałem ochotę zwinąć się gdzieś i zasnąć – choćby tu, na tej brudnej podłodze. Miałem dość.

– Zwycięża – ostry głos sędziego rozerwał ciszę jak brzytwa skórę – Believer.

Ryk tłumu mógłby zagłuszyć nawet eksplozję. Ale tym razem nie skandował imienia karmazynowego faworyta. Powietrze wypełniły owacje na cześć Believera. Może i powinienem był czuć choć trochę satysfakcji, ale w środku została tylko gryząca pustka, czarna jak paliwo Crimsona ściekające po mojej ręce.

Nie ja byłem Believerem. Ale oprócz mnie nie wiedział o tym nikt.

Ludzie jednak łatwo dają sobie wmówić pewne rzeczy.

→ → → → →

Drzemka w kącie pozwoliła przyjąć światu nieco jaśniejsze barwy.

Wyczłapałem z magazynu, gdzie ludzie odsypiali popijawę na cześć zwycięzcy (ponoć alkohol łagodzi szok – tak przynajmniej utrzymywała baza danych) i rozejrzałem się po olbrzymim parkingu.

Henrick stał przy swoim obdrapanym aucie z przyczepą. Rozmawiał.

Z tej odległości nie potrafiłem rozróżnić słów – po dwóch ciosach w głowę sensorom przydałaby się porządna reperacja. Podobnie jak wielu innym częściom. Nie narzekałem jednak: podładowany akumulator i uprzejmość tutejszego mechanika znacznie poprawiły moje samopoczucie.

Niespiesznie podszedłem do Henricka; skaner zainteresował się jego rozmówcą szybciej, niż zdążyłem zareagować.

„Mężczyzna. Lat trzydzieści jeden. Wzrost metr siedem…”

„Zamknij się” – warknąłem w myślach.

Facet może i wyglądałby jak dziesiątki innych, gdyby nie karmazynowa kurtka i przebiegłość wyryta w krzywym uśmiechu. Nie podnosząc głowy, zerknął na mnie spod uniesionych brwi. Odruchowo zacisnąłem dłonie w pięści.

Facet był wężem.

„A węże należy zdeptać” – zanucił ten nieodłączny głos gdzieś z tyłu karty pamięci, brzmiący łudząco podobnie do mojego.

Henrick skończył przeliczać banknoty, które obcy wcześniej wcisnął mu do ręki.

– Dokładnie tyle, ile miało być – mruknął, mrużąc wiecznie podkrążone oczy. – Myślę, że sprawę możemy uznać za zamkniętą.

– A moja propozycja? – przypomniał słodkim tonem facet, nie odrywając ode mnie wzroku.

Co za irytujący osobnik. Działał mi na nerwy jak jeszcze nikt dotąd. Dość dziwne, zważywszy na fakt, że widziałem go na oczy po raz pierwszy.

Z drugiej strony, słowo „propozycja” jakoś źle zabrzmiało w jego ustach.

Henrick najwyraźniej odniósł podobne wrażenie, bo zmarszczył siwe brwi i wpakował pieniądze do kieszeni.

– Nie – odparł dobitnie, zakładając ręce na piersi.

Ale facet ani myślał dać za wygraną. Na czymś mu zależało. I to bardzo.

– Zastanów się – poradził Henrickowi, w końcu pozwalając mi odpocząć od nieprzyjemnego spojrzenia. – Jestem w stanie podwoić stawkę.

Henrick zerknął na mnie przelotnie.

„Podwyższone ciśnienie” – oznajmił system.

„Zamknij się.”

– Nie. I to moje ostatnie słowo. Nie sprzedam Believera.

Och. A więc o to chodziło.

Także grzejnik musiał uszkodzić się podczas walki, bo nagle do środka wtargnął chłód.

Facet w kurtce pokręcił głową, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Szkoda! – zawołał odrobinę za głośno, rozkładając ręce. – Zostawiasz mnie z pustymi rękami, przyjacielu. To była ostatnia walka Crimsona.

Chłód. Było mi żal rywala. Owszem, prawie potrzaskał mój pancerz na drobny mak. Ale robił to, co kazało mu oprogramowanie, no i ten irytujący właściciel. Nie mogłem winić Crimsona. Nie on decydował. Jednocześnie gdzieś we mnie tliła się cicha nadzieja, że karmazynowy jednak się wykaraska. „Przecież jest czempionem” – tłumaczyłem samemu sobie i odpędzałem to dziwne, gryzące uczucie, które nie dawało mi spokoju.

Facet w kurtce zgasił ostatnią iskierkę tak, jak ludzie gaszą butem niedopałek.

– Mój czempion nadaje się już tylko na złom.

– Przykro mi. – Dystans Henricka wyraźnie dawał do zrozumienia, że mężczyzna chce możliwie jak najszybciej opuścić tę mechaniczną mordownię. – Powiedziałem ostatnie słowo.

I wsiadł do kabiny auta, a mi wskazał rozklekotaną przyczepę.

Ładując się na swoje miejsce, kątem oka zauważyłem, jak pozostawiony na parkingu właściciel Crimsona kręci z niedowierzaniem głową. A kiedy Henrick nacisnął gaz, facet krzyknął na całe gardło:

– Czego ty właściwie chcesz, co?

Potem zasłoniła go chmura kurzu. Tylko karmazynowa kurtka migała w oddali, zupełnie jak pancerz Crimsona.

Rzucało mną na boki, ale jakoś tego nie rejestrowałem. Czułem się źle. Nie. Raczej podle.

Znani mi ludzie zwykli mówić: „Życie i śmierć nie dotyczą maszyny.”

Dlaczego więc czułem się jak morderca?

Usiłując skierować myśli na jakiś inny tor, nieświadomie otarłem wierzchem dłoni wciąż brudny policzek. Na metalu wyraźnie odcięły się ciemne, czerwone ślady.

„Paliwo” – podsunął system.

Nie. Krew.

„Czego ty właściwie chcesz, co?”

Miałem nieodparte wrażenie, że pytanie skierowane było do mnie.

Czego ja tak właściwie chciałem?

Odpowiedź nasunęła się sama.

„Chcę w końcu przestać.”

Koniec

Komentarze

Dość wątłe opowiadanie. Właściwie to scena walki robotów, przedstawiona oczami jednego z nich – czyżby jakieś cechy ludzkie…? – a potem rozliczenie się właścicieli tychże. Tyle dostrzegłam. Jeśli było tu coś więcej, uszło mojej uwadze.

 

w sys­te­mie ner­wo­wo – ste­row­ni­czym. –> …w sys­te­mie ner­wo­wo-ste­row­ni­czym.

 

„Wydał ostat­nie gro­sze na prze­mo­czo­ne­go przy­błę­dę.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

Szep­ta­li, a uryw­ki, które wy­ła­pa­łem, tylko utwier­dzi­ły moje prze­ko­na­nie. –> Szep­ta­li, a uryw­ki, które wy­ła­pa­łem, tylko potwier­dzi­ły moje prze­ko­na­nie/ utwier­dza­ły mnie w prze­ko­na­niu.

Utwierdzamy nie przekonanie, a siebie w nim.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż mogę rzec – dziękuję za opinię i wyłapanie błędów.

Ludzkie cechy głównego bohatera są tutaj najistotniejszym punktem.

Tego się domyśliłam, nie wiem tylko, czemu te cechy mają służyć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Roboty na ogół nie mają uczuć…

Ale faktycznie, bez kontekstu trochę to niejasne :I

Jak to mówią: “Początki są zawsze trudne…”

 

Mam więc nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą bardziej zrozumiałe, a przy tym zajmujące. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Pokazujesz praktycznie tylko scenę walki. To, co dzieje się potem, jest IMO znacznie ciekawsze. Spodobały mi się przemyślenia robota, budzące się sumienie… No, ale jednak dominowała walka, która prawie zawsze wydaje mi się nudna. Chociaż uważam, że gdyby temat rozwinąć, mogłoby się wylęgnąć coś interesującego.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję! Miło, że komuś choć trochę się spodobało.

Przyzwoita scena walki i znacznie lepsza scenka, która działa się po. Trochę szkoda, że zabrakło miejsca na większe przedstawienie uniwersum, ale i tak widać tutaj ziarna ciekawego pomysłu. Szkoda tylko, że nie rozwinąłeś go bardziej, np. pokazując relacje Belivera do całego otaczającego świata albo czym jest ów widoczny sport walki.

Podsumowując: ładny zaczątek czegoś większego. Bez wielkich fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O rety, nie spodziewałam się tak pochlebnego komentarza :P Dziękuję pięknie!

Rzeczywiście, opowiadanie jest częścią czegoś większego – czegoś, co chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Całkiem sprawna konstrukcja historii, dwie różne scenerie i na niej rozciągnięta bez zmarszczek fabułka. TO się chwali. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a tutaj na dodatek jeszcze chichocze złośliwie:

Otoczyła mnie cicha ciemność, która może byłaby błoga, gdyby nie pulsujący ból.

To zdanie z punktu widzenia czytelnika jest bezwartościowe. Gdyby babcia miała kółka, to by była autobusem. Jeśli boli, to nie jest błogo, a jesli jest błogo, to nie boli. Jeśli jest trochę błogo, a trochę boli, to trzeba to uzasadnić lepszym opisem.

Chwyciłem dłońmi kratę za plecami.

Przed chwilą za plecami była “nieregularna, chłodna powierzchnia”. Rozumiem, że to coś jak oktagon? No to krata nie jest powierzchnią.

 

zaskoczeni gapie cofnęli się

Gapie zwykle są przypadkowi, tutaj chyba widzowie?

 

Crimson stał nade mną jak triumfator

Po co to porównanie? W tym momencie Crimson nie stoi jak triumfator, tylko jest triumfatorem (to się zmienia potem, oczywiście), środek literacki, jakim jest porównanie, tu jest zmarnowany, bo de facto mówi, że triumfator był jak triumfator. Porównanie ma zaprowadzić czytelnika w jakieś ciekawe miejsce, uruchomić wyobraźnię. Może chodziło Ci o to, że Crimson wykonywał gesty triumfu? Albo, ze przypominał starożytnego gladiatora? Trzeba tutaj porzeźbić.

Drzemka w kącie pozwoliła przyjąć światu nieco jaśniejsze barwy.

Brzmi jakby to świat drzemał.

 

Generalnie słowo “karmazynowy” nie jest słowem, którego warto używać raz na 1100 znaków, szczególnie jeśli jeden z bohaterów nazywa się Crimson. Wystarczy raz, albo dwa dla podkreślenia efektu. Dowodem na to najlepszy film o piratach w historii.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Dziękuję za wyłapanie (i wyjaśnienie!) tych potknięć – nawet mi do głowy nie przyszło, że coś jest z nimi nie tak.

Nie rozumiem tylko ostatniego akapitu Twojej wypowiedzi :I

Tak po prawdzie, to i ja miałam skojarzenie z Karmazynowym Piratem, moim ukochanym filmem z czasów wczesnej młodości. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Karmazynowy pirat!

“Piraci z Karaibów” to tylko popłuczyny (zresztą czerpiące obficie z Karmazynowego Pirata).

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem nieźle napisane, ale oś fabularna leży przez zachwianie proporcji między scenami. 

No i są to tylko sceny, daleko im do pełnej historii.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Roboty albo traktuje się jako zwykłe maszyny o ludzkim kształcie, albo przesadnie antropomorfizuje (jak w filmie “Ja, robot”, gdzie nawet otrzymały ludzką mimikę), bez wyjaśnienia jednak, co miałoby być podstawą tej antropomorfizacji: jakaś dusza?, specjalne oprogramowanie? Bez tego wyjaśnienia takie opowiadania nie mają sensu, bo dlaczego główny bohater ma być akurat robotem, a nie człowiekiem?

Hej:)

Technologia obdarzona świadomością. Robot który już nie chce wypełniać swojej roli, toster który nie chce opiekać chleba… Tylko dlaczego? Z czego ma wynikać ta rodząca potrzeba stanowienia o sobie, skoro to tylko maszyna do walk? Czy w takich robotach przeznaczonych do trzaskania się po blachach istnieją dostatecznie podzespoły by świadomość mogła się pojawić? Jeżeli był szerszy kontekst to trzeba o nim wspomnieć.

No i najważniejsze – jeden cios i robot na złom? Jakby trafił na naszych mechaników to od razu postawiliby go na nogi ;)

 

Dobrze, że chcesz pisać o czymś, poruszać zagadnienia typowe dla sf, nawet jeżeli mocno już wtórne :)

Pozdrawiam

 

W tym rzecz – znam ogólny zarys całej historii, a czytelnik – nie.

Myślałam, że fragment poradzi sobie jako samodzielne opowiadanie, ale z komentarzy wnioskuję, że jest w nim za dużo niedopowiedzeń.

Choćby to, że ów robot nie był stworzony z myślą o walkach :P

Także dziękuję i również pozdrawiam.

 

Nowa Fantastyka