- Opowiadanie: Winter - Niejawni - fragment

Niejawni - fragment

Cześć, chciałabym wam przedstawić fragment mojej powieści. Całość można pobrać z serwisu chomikuj. Zainteresowanych zapraszam również na fanpage “Niejawnych”, który znajdziecie na Facebooku. Byłabym również wdzięczna, gdyby ktoś zechciał napisać recenzję :) 

Poniżej zamieszczam krótki opis.

 

“Niejawni” to horror. Powieść, w której fikcja przeplata się z faktami.
Każda część, każdy element książki, każde pojedyncze słowo prowadzi coraz dalej, coraz głębiej, aż pod ziemię. Do miejsca, z którego nie ma ucieczki.

 

PS. Pierwszy fragment to sen. Drugi fragment to wyjaśnienie, skąd taki sen się wziął – ten pochodzi już z prawdziwego życia.

Oceny

Niejawni - fragment

Łucja obudziła się w miejscu, którego kompletnie nie znała. W pierwszej chwili. W kolejnej wydało się być znajome, chociaż bardzo ciężko było jej skojarzyć fakty.

Była na łące, która rozciągała się dookoła wielobarwnymi dywanami kwiatów. Przeważały czerwone maki i fioletowy wrzos. Rozejrzała się.

I wtedy ją zobaczyła. Jej rozwiane przez wiatr włosy anioła i białą prostą sukienkę do kolan. Rumiana buzia była roześmiana, a głębokie ciemne jeziora, które okazały się być oczami dziewczynki, błyszczały żywo.

– Maria? – Łucja raz po raz przecierała oczy. – Maria, to ty? Przecież… przecież ciebie już nie ma?

Ostatnie słowa były nie były ani pytaniem, ani stwierdzeniem. Łucja nie wiedziała, co się dzieje.

Maria przyłożyła palec do ust i bezgłośnie zachichotała. Potem chwyciła Łucję za rękę. Wtedy okazało się, że jej skóra jest trupio blada, nieco sina i zimna, jak u nieboszczyka.

Łucja przełknęła głośno ślinę. Oto miała przed sobą swoją małą siostrzyczkę, którą ostatni raz widziała wiele lat wstecz, w mocno niesprzyjających okolicznościach.

Łucja przedtem nie zwróciła uwagi na niebo. Kiedy jednak lunął deszcz, mimowolnie uniosła wzrok. Chmury były bardzo ciemne, wręcz czarne. Kłębiły się tuż nad ziemią, połykając czubki nagich drzew, których przedtem nie było na polanie.

Zrobiło się ciemno. Jedynym źródłem światła była biała sukienka Marii i jej anielskie włosy. Jednocześnie od jej postaci biła ledwo widoczna paskudna zielona poświata. Łucja nie była w stanie stwierdzić, czy widzi ją naprawdę, czy to tylko gra cieni.

Jej mała siostrzyczka szła bosymi stopami po trawie. Łucja widziała strugi krwi, które ciągnęły się za jej aniołkiem, tworząc potworne wzory.

Łucja była w stanie przysiąc, że czerwone pasma uśmiechały się do niej upiornie.

Zimny dreszcz spłynął po plecach, kiedy zobaczyła, że nie idą już po trawie, tylko po małych robakach, które gryzły stopy Marii, wręcz je obgryzały. Po dłuższej chwili Łucja widziała już kawałek ścięgna Achillesa swojej siostrzyczki.

– Mario, jesteś ranna! Zaczekaj! – Łucja chciała się uwolnić, ale uścisk jej aniołka był niezwykle silny. Palce zacisnęły się wokół dłoni Łucji niczym małe imadełka.

Coś głośno chrupnęło, w oczach Łucji pojawiły się łzy.

– Mario, to boli, proszę cię – łkała cicho. – Zaczekaj. Dokąd idziemy? Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać?

Maria zatrzymała się na chwilę. Odwróciła głowę i raz jeszcze przyłożyła palec do ust. Jej ruchy nie były już ruchami aniołka. Była nienaturalnie sztywna, poruszała się z wysiłkiem, nieco zbyt szybko. Stała się kanciasta.

Sceneria nagle się zmieniła, niczym urwana klatka filmowa. Powróciły na łąkę pełną czerwonych maków i fioletowego wrzosu. Ich kolory były naprawdę intensywne.

Łucja miała wrażenie, że jeżeli cała ta sytuacja potrwa dłużej, to nie będzie w stanie ujrzeć już nic, poza fioletem i czerwienią.

W końcu Łucja domyśliła się, co znajomego jest w tym potwornym miejscu. Zapierała się, błagała, groziła, próbowała się uwolnić. Maria była jednak nieugięta.

Łucja miała wrażenie, że jej dłoń została zmiażdżona, nie mogła już poruszać palcami. Ale siostry nie mogły się zatrzymać. Jeszcze nie.

Ich wędrówka skończyła się dopiero przy wybetonowanej dziurze – pozostałości po dawno zamkniętej oczyszczalni ścieków. Była bardzo głęboka. Jej dno przykrywała zielona maź, która zdawała się mieć konsystencję zaprawy murarskiej w piance.

Zielona poświata Marii. – Na tę myśl Łucja mocno zacisnęła powieki i zaczęła kręcić głową.

– Nie, nie – powtarzała raz po raz, niczym mantrę. Tak jakby jej słowa mogły wpłynąć na rzeczywistość i ją zmienić. Cofnąć czas. – Nie, nie, nie, nie, nie…

– Patrz! – Do uszu Łucji dotarł zgrzyt. Dopiero po chwili zrozumiała pojedyncze słowo.

Wiatr się zatrzymał, wszystkie inne dźwięki ucichły. W głowie krzyczało tylko echo tego odpychającego zgrzytającego głosu, który był czymś na pograniczu wrzasku i szyderczego szeptu. Nikt nie byłby w stanie opisać słowami tej potworności.

Łucja mimo woli otworzyła oczy i nie mogła ich ponownie zamknąć. Jakby jakaś niewidzialna siła przejęła kontrolę nad jej ciałem. Krzyczała. Chociaż nie. Krzyk w tym wypadku byłby niedomówieniem roku. Łucja darła się wniebogłosy, aż jej gardło zalało się od środka gorącą krwią. Jej krzyk przeszedł w charczenie, zaczęła się dusić. Ale nie mogła zamknąć ust. Nie potrafiła zamilknąć.

Na jej oczach w Marii zachodził szereg zmian. Najpierw jej szczęka opadła, żuchwa się wysunęła, twarz znieruchomiała. Straszliwa mimika trupa. Potem jej skóra stała się szara, pomarszczona. Z jej uszu i oczu zaczęły wychodzić robaki.

– Dlaczego mi nie pomogłaś? Co ci zrobiłam, że mnie tutaj zostawiłaś? – Łucja słyszała głos Marii. Tej prawdziwej. Właśnie w ten sposób mówiła, kiedy jeszcze żyła.

To był jej głos. Rozbrzmiewał gdzieś z tyłu głowy Łucji. Tak mogłoby się wydawać, bo szczęka trupa opadła już do mikroskopijnych piersi, które jeszcze nawet nie zaczęły nabierać kobiecych kształtów.

– Nie, boże, nie – powtarzała Łucja, bo właśnie zdała sobie sprawę, że język jej siostry się porusza. Nie słyszała już słodkiego głosu Marii, tylko zdziczały trupi warkot.

– Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Nie wiadomo kiedy suknia Marii opadła na ziemię, cała w strzępach. Na skórze jej niegdyś miękkiego brzucha zakwitł purpurowy siniec, który z początku przypominał kwiat.

Lilia na ostatnie pożegnanie.

– Dlaczego? Kochałam cię, siostrzyczko. Dlaczego mnie porzuciłaś? Przecież wszystko byłoby dobrze. Wystarczyło mi podać pomocną dłoń! Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Łucja patrzyła, jak jej ukochany aniołek gnije. Najpierw odpadały jej palce,potem zaczęły sypać się dłonie. Głowa była już całkiem łysa. Z otwartej jamy brzucha zaczęły wysuwać się jelita. Wtedy Maria opuściła wzrok. Próbowała złapać wypadające flaki zdrewniałymi kikutami. A potem spojrzała prosto w oczy Łucji, świdrując ją twardym spojrzeniem. Przez tę krótką chwilę jej oczy znów wyglądały jak dwa bezdenne jeziora.

– Łucjo, dlaczego mnie zabiłaś?

(…)

 

Jej dawne wspomnienia nagle ożyły. Tkwiły w jej umyśle od zawsze, ale miała nadzieję, że je pochowała. Niestety, nie udało się.

Szła z Marią boso po mokrej trawie. Było ciepło, krople letniego deszczu przyjemnie chłodziły rozgrzaną twarz i ramiona. Było pięknie. Dookoła czerwieniły się maki, gdzieniegdzie rozrastały się kępy fioletowego wrzosu. Ich kolory nie były tak intensywne, jak we śnie, ale nadal robiły wrażenie.

Dziewczynki szły do starej, dawno zamkniętej oczyszczalni ścieków. Uwielbiały się tam bawić. Chodziły wzdłuż betonowych dołów udając, że to bujająca się lina albo robiły sobie różnorodne tory przeszkód ze śmieci pozostawionych tam przez ludzi. Lubiły mówić, że to ich własne miejsce. Miejsce Łucji i jej małego aniołka.

Tutaj wspomnienie się wyostrza. Ludzie w takich momentach zapamiętują wszystkie szczegóły. Maria stawia swoje stopy krok za krokiem, jakby szła po cienkiej linie. Głośno się śmieje, jej ciało buja się na boki. Łucja widzi, że paznokieć dużego palca u stopy siostry jest już zdecydowanie zbyt długi, w jednym miejscu ułamany. Stopa nagle wygina się pod nienaturalnym kątem, Maria krzyczy z bólu. Nie rozumie, co się stało.

Łucja widzi kątem oka owada, który do złudzenia przypomina małego kolibra. Jego skrzydła poruszają się w ślamazarnym tempie, Łucja widzi każdy pojedynczy ruch. Wie, że może go złapać bez żadnego problemu, bo każdy jej zmysł (z niewiadomych powodów) wyostrzony jest do granic możliwości. Owad-koliber robi zygzaki na niebie, jakby chciał dać Łucji jakiś ostrzegawczy znak. Dopiero wtedy starsza siostra zauważa, co dzieje się z jej aniołkiem.

– Maria, twoja noga… – Zdążyła powiedzieć, kiedy zdała sobie sprawę, że Maria za chwilę wpadnie do betonowego piekła. – MARIA!

Czas przyspieszył momentalnie i chociaż Łucja natychmiast rzuciła się, aby pomóc swojej siostrze, nie miała prawa zdążyć. Była zbyt daleko.

Do jej uszu dobiegł głuchy trzask i jakiś okropny mokry dźwięk, którego nie potrafiła zidentyfikować. Kiedy stanęła nad otworem, z którego ziało odorem zgnilizny, oniemiała. Jej ciało i umysł ogarnął paraliż.

Ciało Marii otulone było zieloną pianą, która w tamtym momencie przypominała śmiertelnie niebezpieczny kwas, wysysający z ciała życie.

– Łucja? – Maria chyba straciła wzrok po silnym uderzeniu głową w betonowe dno. – Łucja, jesteś tu?

Być może były to po prostu pierwsze symptomy śmierci.

Maria spróbowała się podnieść, ale nie mogła. Była nabita na trzy ostro zakończone pręty, które przebiły jej brzuch.

– Łucja, daj mi rękę. Nie mogę się podnieść. – Maria szamotała się chwilę. Zielona piana zmieszała się z jej brunatną wątrobową krwią. – Co się stało?

Łucja złapała się za głowę i otworzyła usta, z których nie wydobył się żaden dźwięk. Chciała krzyknąć. Ale co by to dało?

Nie miała pojęcia, co powinna zrobić. Najbliższy dom wydawał się być setki kilometrów dalej.

Łucja straciła kontrolę nad swoim ciałem.

– Łucja, co się dzieje? Chyba… chyba potrzebuję pomocy, wiesz? Gdzie jesteś? – Głos małego aniołka słabł, wyraźnie uciekało z niego życie. – Łucja? Siostrzyczko? Ja… nie widzę. Gdzie jestem? Co? Co się stało? Kto to Łucja? Co?

Co, co, co – krzyczała w głowie Łucja i kiedy zobaczyła, że powieki Marii opadają, odzyskała władzę. Natychmiast ruszyła po pomoc. Dotarła do najbliższego domu. Przez łzy opowiadała o tym, co się wydarzyło.

Domownicy zareagowali natychmiast. Niestety było za późno. Kiedy karetka ratunkowa przyjechała na miejsce, Maria nie żyła. Jej zielone łoże śmierci okryło się czerwienią, a cały teren został ogrodzony i zamknięty.

Oczywiście Łucja nie miała żadnych problemów; policja, lekarze i psycholog zgodnie stwierdzili, że to był nieszczęśliwy wypadek.

Dla Łucji było to coś znacznie poważniejszego – koniec jednego z bardzo ważnych etapów w jej życiu. Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Przede wszystkim bardzo szybko dorosła. Wiedziała, że musi. Chciała pomóc swojej mamie. Musiały wspierać się wzajemnie. Ta tragedia odcisnęła krwawe piętno na ich wspólnym życiu. Łucja nauczyła się więc sprzątać, gotować, robić zakupy i ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Wszystko to w zadziwiająco szybkim tempie.

Odsunęła się od ludzi, zaczęła ostrożniej dobierać przyjaciół, przestała robić głupie rzeczy. Nie chciała skończyć jak Maria. Po pierwsze, to do reszty złamałoby serce jej mamy. Po drugie, chciała żyć.

Ale najbardziej przydatną okazała się być pasja, która niespodziewanie zaczęła zajmować każdą wolną minutę życia Łucji – pierwsza pomoc. Dziewczynka dołączyła do PCK, do harcerstwa. Starała się też wiele uczyć na własną rękę. O przetrwaniu oraz o tym, jak zachować zimną krew i co robić w nagłych przypadkach, kiedy ktoś potrzebuje pomocy. Pierwsze ćwiczenia wykonywała na pluszakach.

To wszystko było opłacalne, przynajmniej dla ludzi, którym Łucja uratowała skórę, a w skrajnych przypadkach nawet życie. Pierwszą taką osobą była koleżanka, która mocno zraniła się na obozie harcerskim. Poślizgnęła się na ostrych kamieniach i wpadła do rzeki w pobliżu pola namiotowego. Rozdarła sobie łydkę, bardzo krwawiła. Łucja nie była pewna, jak głęboka jest rana, ale to się nie liczyło. Tym razem udało jej się zachować zimną krew. Przepłukała ranę swoją wodą, którą trzymała w plecaku. Potem wzięła kurtkę koleżanki, złożyła ją na pół i mocno owinęła ranę. Potem pomogła jej wstać i zaprowadziła ją do obozu. Całą drogę odciągała myśli koleżanki od wypadku, zapewniając jej tym samym komfort psychiczny.

Dzięki tej sytuacji Łucja poczuła się doroślejsza i zrozumiała, że nie spotka jej już w życiu sytuacja, z którą nie będzie w stanie sobie poradzić. Stała się silniejsza. A potem ratowała ludzi coraz częściej.

Łucja wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze ustami.

– Nie pomogę każdemu – powtórzyła słowa ratownika medycznego.

Nie pomogę każdemu – pomyślała raz jeszcze.

Zerknęła na zegarek, była godzina 22:37. Michał był w pracy.

Nagle Łucja poczuła dotyk zimnego nosa na łydce. To Diego. Sprawdzał, czy z jego panią wszystko w porządku.

– Co tam, piesku? – Uśmiechnęła się delikatnie, a Diego szczeknął i zamerdał ogonem.

– Masz rację, spacer dobrze nam zrobi.

Łucja założyła psu czarne szelki z zawieszką (był na niej numer jej telefonu), zapięła go na linkę i wyszła z domu, zamykając drzwi na klucz.

 

Koniec

Komentarze

Wiesz, ile razy użyłaś w tym fragmencie imienia Łucja? Niemal pięćdziesiąt. Zresztą innych powtórzeń też jest sporo (Maria,  aniołek)

Krzyk w tym wypadku byłby niedomówieniem roku – jakoś to “niedomówienie roku” nie pasuje do sposobu narracji

Potem wzięła kurtkę koleżanki, złożyła ją na pół i mocno owinęła ranę. – złożyła kurtkę i jeszcze udało się jej owinąć nogę> jakoś mało to prawdopodobne

Dość typowy motyw na horror, pierwsza część wydaje mi się lepiej napisana.

Generalnie nie przepadam za horrorami, więc nie będę się więcej wypowiadać.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Też nie przepadam za horrorami, więc nie dziwota, że mnie nie wciągnęło. To sen?

– Nie, boże, nie – powtarzała Łucja,

Nie wiem, w co wierzy Łucja, ale chyba napisałabym “Boże” dużą literą.

Babska logika rządzi!

Bemik, powtórzenia rzeczywiście przeszkadzały mi w opowiadaniach, jednak przy książce uważam, że nie ma sensu się w ten sposób ograniczać. Oczywiście jednego będzie to mierzić, innych nie. Mnie to akurat nie przeszkadza, dlatego ich tyle jest. Co do sposobu narracji – jak coś, co sama napisałam, może nie pasować do MOJEGO stylu narracji? Brzmi to trochę niepoważnie według mnie :D A co do kurtki, to wiesz, można ją złożyć na pół i obwiązać ranę w poprzek, a nie wzdłuż. Uwierz mi, znam się na tym, bo jestem ratownikiem i nie takie rzeczy się robiło :) 

 

Finkla, co do wyrazu “boże” w zasadzie nie jestem przekonana co do poprawnej formy, dlatego póki co ją zachowam. Zobaczymy, jak wypowiedzą się inni, o ile się wypowiedzą. Pierwsza część jest snem, a następna jest już fragmentem prawdziwego życia. Ciężko mi było wyrwać jakiś fragment tak, aby to miało ręce i nogi, bo książka nie ma jako takich rozdziałów – jest podzielona na części. 

 

Co do tego, czy lubicie horrory, to specjalnie dla was mogę dodać sceny z życia codziennego lub inne. Książka jest wymieszana – sama również nie lubię powieści, w których jest tylko mrok i “psychodela”, jak chociażby u Lovecrafta. W mojej książce to wszystko się miesza, mam nadzieję, proporcjonalnie. 

 

I oczywiście dziękuję za opinie. Pamiętajcie, że na ten fragment trzeba patrzeć z szerszej perspektywy. 

Winter, uwierz mi, że powtórzenie pięćdziesiąt razy imienia w nieco ponad 12 tysiącach znaków to nic dobrego. Takie coś można zastosować w książkach dla małych dzieci. 

Nie zgadzasz się z tym: Krzyk w tym wypadku byłby niedomówieniem roku – jakoś to “niedomówienie roku” nie pasuje do sposobu narracjioczywiście Twoje prawo, możesz się nie zgadzać, ja natomiast uważam, że jeśli używasz pewnego sposobu narracji, to powinnaś się go trzymać. Ten fragment dotyczy snu, jest poprowadzony niemal poetycznie i nagle wyskakujesz z “niedomówieniem roku”. Mnie to źle zabrzmiało, zwyczajnie – jestem czytelnikiem i uznałam to za kompletnie nietrafione, odbiegające od stylistyki pozostałego fragmentu. Jakby w książce o średniowieczu użyć porównania, że pędził jak lokomotywa. Oczywiście trochę przesadzam, ale chciałam Ci wyjaśnić, o co mi chodziło.

Przy obwiązywaniu kurtką nogi – raczej miałabyś problem z zawiązaniem czegoś tak grubego, chyba że do umocowania tego użyłabyś paska/sznurówek/ kawałka materiału.

“Boże” też napisałabym dużą literą.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Całkiem fajny fragment.

Niezła scena snu, płynnie, malarsko przychodząca od cukierkowatego piękna do intensywnej, horrorowej ohydy, do tego mocno nacechowana emocjonalnie.

Podobają mi się maki kwitnące z wrzosami – nie jest to rzecz, którą można zobaczyć na każdym kroku, więc podkreślenie tego elementu nadaje scenie konkretny charakter.

Jeśli chodzi o powtorzenia, to kłują w oczy przede wszystkim sąsiadujące ze sobą akapity, zaczynające się od imienia Łucja. Reszta się prześlizguje ;-) 

Bemik ma rację z tym "niedopowiedzeniem roku". Oczywiście, nie jest to rzecz, za którą bije sie linijką po łapach, bo błędu żadnego w tym nie ma. Ale stwierdzenie ma charakter nieco żartobliwy, "luzacki", co trochę psuje ciężki, poetycki klimat sceny. Choć oczywiście takie mogło być założenie.

Ja bym napisał "Boże". Bo zakładam, że chodziło jej o tego jednego Boga, a nie o, na przykład, Croma.

Ogólnie – zupełnie nieźle. Fragment horrorowy wyszedł według mnie lepiej, ale to może dlatego, że lubię horrory. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Widzę, że trzy osoby już się wypowiedziały na temat “Boże”, także poprawię to w finalnej wersji książki.

Co do obwiązywania nie odpuszczę, bo naprawdę nie takie rzeczy się robiło :)

Co do reszty, każdy ma swój gust. Być może coś jeszcze z czasem wyrzucę, coś innego dodam. Ale dziękuję wam za wszystkie opinie i z pewnością wszystko rozważę.

Przykro mi to pisać, Winter, ale zaprezentowany tekst nie zainteresował mnie w najmniejszym stopniu. Nie lubię opisów cudzych snów, nie lubię też zbytnio klimatu z pogranicza snu i jawy. Przedstawiłaś niewielką część powieści, więc nie potrafię się do niej odnieść, albowiem nie mam pojęcia, o czym opowiadasz. Mogę natomiast powiedzieć, że przeczytany fragment nie zachęcił mnie do poznania Twojego dzieła, zwłaszcza że wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka