maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2420, w dziale opowiadań: 2399, opowiadania: 550
maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2420, w dziale opowiadań: 2399, opowiadania: 550
Przekonania. Trzeba mieć. Z tyłka nie są wzięte.
Ależ mocne trunki tu poleciały. Aż mi ślinka pociekła. A nie, wróć, przecież ja nie piję. ;)
Cześć!
Napiszę tylko o dwóch rzeczach.
Wiedźma – właściwie pojawia się na początku i potem znika bezpowrotnie. Szkoda, bo to ciekawa postać i mam wrażenie, że można było wykorzystać jej potencjał znacznie lepiej.
Styl – masz bardzo dobry styl. Horror rozwija się powoli, ale konsekwentnie, dzięki czemu napięcie stopniowo rośnie i dobrze utrzymuje uwagę.
Moja ocena: 5.
Pozdrawiam – MZ
Ocha ma dyżur dzisiaj, ale fajnie. Pozdrawiam. Tak sobie myślę, ile to ludzi z forum gdzieś nam się zagubiło, a ile to ludzi nowych się pojawiło. Ocha to akurat stara (bez obrazy za słowo “stara”) kadra. ;)
Ale wiesz, że to, co opowiedziałem wydarzyło się (oczywiście nie jeden do jednego)? Właśnie to jest piękne, że życie kpi sobie z naszych przekonań. Ja też mam przekonania, ale jestem otwarty na przekonania innych. Mylić się zawsze mogę, zawsze może się znaleźć ktoś, kto mi otworzy oczy.
Boże, już chciałem życzyć spokojnego weekendu. Jest środa. Spokojnej środy! :)
Pomyślę nad końcówką. Dzięki za wysoką ocenę i ciepłe słowa. Mroczne. Ano mroczne. Chciałbym mieć więcej takich opowiadań napisanych i więcej tego typu opowiadań czytać. Jeśli jest mroczne, to jest i klimatyczne, a o to mi właśnie chodziło. :)
Dzięki, już rozumiem. Nasza Biba i już. :)
Są cztery punkty zebrane. Opowiadanie powinno znajdować się już w Bibliotece (czemu my piszemy Biblioteka z dużej litery? – może mi ktoś wytłumaczyć ;)).
Dobra robota, Teo.
Dzięki, Beeeecki.
Najważniejsze, że zwróciłaś uwagę na kilka problemów – nie jeden, nie dwa, kilka – które szort stara się poruszać. A że na wesoło. Wesoły ze mnie chłopak. ;)
Pozdrawiam!:)
Piszę rozwinięcie tej historii, ale coś nie jestem do niej przekonany.
Zapodaj, zobaczymy, może się ludziom spodoba. :)
Wszelkie krukowate mają w sobie to coś, jakąś tajemniczą aurę, ale nie wiem czy od razu posądzałbym je o zdolności zmiany kształtu…
Dzięki, mnie chyba zostało w głowie coś z filmu mego dzieciństwa: “Akademia Pana Kleksa”. Autor ujawnił się jako pod koniec, o ile dobrze pamiętam, szpak. Jakaś magia emanowała z tej produkcji i z historii tego… ptaka.
Dzięki, Reg. Mam nadzieję, że humor Ci poprawiłem. :)
Ciekawe. Z jednej strony Twój starzec wychodzi zrezygnowany z jaskini (pierwszy ateista, jak ktoś powiedział), z drugiej – sporo ludzi w Polsce odchodzi od Kościoła.
No i jest klimat. Jest poezja. Jest to coś.
Faktycznie prosiłoby się o coś dłuższego.
Pozdrawiam, MZ :)
Witaj Melancholio! ;)
Melancholia mi nie grozi. Ani chandra. Nie dziś i nie jutro. Dobry humor – ważna rzecz.
Dzięki. :)
Dzięki, Kainjer. O, widzę, że całkiem sporo na “Naszej” fanów Ani Mru-Mru. Więcej niż się spodziewałem.
Dzięki, Krzysztofie, za docenienie. Pomysł chodził za mną już od dawna. W końcu zabrałem się do roboty i to napisałem. I cieszę się. Opowiadanie na czasie. :)
Ząbkowice Śląskie? Krótko tam mieszkałem. To oczywiście… Frankenstein. No ba. :)
Sektor zlewu. Uśmiałem się. Masz nieziemskie poczucie humoru. :)
Prawda, KMN to też wysoka liga. Dobrze, że wyliczyłeś te skecze: KMN, Hrabi oraz POTEM. Będę mógł sobie przypomnieć to i owo. Satyrycy oraz wykonawcy stand-upu nasi rodzimi też warci są grzechu – Kryszak wymiata. Kryszak, Halama itd., itp.
Waldenburg pozdrawia Grunberg (co za bzdura z tym Wałbrzychem, powinno być Zielony Gród albo – mój faworyt – Leśne Miasto, bo tonie w lasach)
Dzięki, Leśny Lutku, cieszę się. Cieszę się też, że przywołałeś mój ulubiony skecz:
planuje napad na bank i koordynuje zegarek pod czas letni/zimowy.
Fragment ze zmianą czasu (z omówieniem napadu pod kątem zmiany czasu) – mistrzostwo, wręcz arcymistrzostwo. Nie wiem, który z Wójcików (pewnie Marcin) wymyśla te wszystkie skecze, ale trzeba mieć nie lada wenę, by to: 1) napisać, 2) perfekcyjnie zagrać. I tak, ja wiem, że my w Polsce mamy Dańców, Kryszaków i Hrabi, ale król może być tylko jeden. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, czy się ze mną, LL, zgodzisz? :)
Również serdecznie pozdrawiam z Wałbrzycha (no właśnie, z Wałbrzycha – miałem pisać o sztolniach i opuszczonych trakcjach)! ;)
Dzięki, Marszawo, cieszę się, że się podobało. Ani Mru-Mru ponadczasowe. Szaranowicz i Szpakowski też legendy. Z pozdrowieniami od Maćka-kabaretowca domorosłego! ;)
Masz rację, źle się wyraziłem. Rdzenni Angole nie tyle co są równo traktowani – są ewidentnie dyskryminowani. Zobaczymy jak będzie w Polsce, ale czarno to widzę. Agendy globalistów kurs nam już wyznaczyły.
OldGuard; to co opisałaś, to jest faktycznie antybajka. A zarazem: epidemia, katastrofa, grafomania i dystopia. AI + robotyka = puszka Pandory!
AGI – do 2027 roku!
Miliony robotów humanoidalnych Tesla Optimus – milion rocznie tylko z jednej fabryki Muska!
A ludzie po co?
Ostatnio, na spotkaniu ze znajomymi, puszczaliśmy sobie świadomie muzykę wygenerowaną przez AI. Jakieś hity typu Maryla Rodowicz, przerobione na rapy, na techno, na… cokolwiek sobie wymarzycie (swoją drogą, najlepszy kawałek: https://www.youtube.com/watch?v=JDpbqpQl-2M). No i tak słuchaliśmy tego różnych kawałków przez parę godzin, aż doszliśmy do wniosku, że mimo różnicy stylu wszystkie te piosenki są… niemal identyczne. Że to męczy, jest nudne.
A potem zabraknie prądu, nastąpi blackout i się okaże, że już nikt nie potrafi grać na instrumentach akustycznych. Że kiedyś, owszem, potrafił, ale już nic a nic nie pamięta. Moja uwaga dotyczy także komponowania i w ogóle wszystkiego, co wymaga pracy ludzkich rąk i ludziej głowy. ;)
Cieszę się, Reg. Uściski! :)
Otóż to. Islam niemal zawsze szerzył się mieczem, nie inaczej było w przypadku Iberii i morza krwi, które tam przelano w kolejnych wiekach.
My w Polsce też mamy problem, tylko że jeszcze o tym nie wiemy. Być może to, co dzieje się obecnie w Anglii i Irlandii będzie dla nas pewną nauką.
Pytałem ostatnio chata, czy państwo (konkretnie UK) w jakiś tam sposób faworyzuje swoich z dziada pradziada obywateli na tle osób naturalizowanych. I okazuje się, że nie. Co daje Brytyjczykowi bycie Brytyjczykiem we własnym kraju. Nic nie daje. Z punktu widzenia prawa i w świetle (w cieniu) demokracji tzw. obywatelskiej, wszyscy są równi: katolicy, muzułmanie, biali, ciapaci, czarni, żółci itp. Ot, filozofia prawa i państwa prawa. :(
Witaj Robercie, dzięki Ci i za miłe słowa, i za polecenie (w pewnym sensie polecenie) piosenki. Pozdrawiam. :)
Witaj Reg. Dzięki za wizytę tutaj i ocenę. Wybacz, ale dopiero teraz odczytałem Twój komentarz. Lepiej późno niż wcale. Nie gniewaj się. :)
Muzułmanie pojawili się w dawnej Hiszpanii już w VIII wieku, a nie dopiero współcześnie.
W 711 roku armia dowodzona przez Tarik ibn Zijad przeprawiła się z Afryki Północnej przez Cieśnina Gibraltarska i pokonała króla Wizygotów Roderyk w bitwie pod Bitwa nad rzeką Guadalete.
W ciągu kilku lat muzułmanie zdobyli większość Półwyspu Iberyjskiego i utworzyli państwo zwane Al-Andalus.
Ci obecni? Przez politykę m.in. Pedro Sáncheza, ale nie tylko jego.
Patrząc ściśle – prawda, ale czy znasz genezę i finał tej rozkosznej “koegzystencji”?
Nie była rozkoszna. Arabów z Półwyspu wyparto, ale historia toczy się dalej. Wracają. Tu mi ChatGPT mówi, że w samej tylko Katalonii jest ich 660 tys., a w całym kraju 2,5 miliona.
Podpisuję się pod tym, co napisałaś. Pięknie to ujęłaś. Chylę czoła.
na Zachodzie trwa bunt niewolników…
To fajnie. My w Polsce też mamy tych od czarnej roboty. A propos roboty. Wydajność fabryki Muska we Fremont ma wynieść docelowo 1 milion robotów rocznie (humanoidalne roboty Tesla Optimus). Nie mówcie mi nic o buncie niewolników, please! Wystarczy, że Anglicy przejechali się na tych skolonizowanych.
Jednak z moich licznych rozmów z Hiszpanami wynika, że najmniej przepadają oni za muzułmanami.
Co za przypadek. ;)
To nie jest takie oczywiste. Przez wieki żyli obok siebie. Arabski miał wpływa na hiszpański (8% słownika). Muzyka flameco – nigdy mi się nie podobała – jest pochodzenia mauretańskiego.
W Hiszpanii mamy wciąż lewicę u steru (dogadaną z Katalończykami), ale partia VOX rośnie w siłę.
Ekstremalne zjawiska pogodowe – normalnie nie używam takiej pseudopolszczyzny.
He! Mocne. Mocne i dobre. Język żyje, nawet wtedy, gdy umiera.
Hola, Mehiko (brzmi jak Mexico)!
zakodowana “w genach” obawa przed obcym…
Tarnina coś o tym pisała. Tego się nie przeskoczy. Mówimy np. “swój” o kimś z rodziny albo naszej wioski. Tolerancja tolerancją, ale obawiam się, że podział na “swoich” i “obcych” pozostanie z nami już na zawsze.
Dziwna wydaje mi się w tym kontekście koncepcja demokracji obywatelskiej (proceduralnej). Nadajemy komuś obywatelstwo i już jest nasz. A przecież jest jeszcze coś takiego jak demokracja etniczna. Być może – nie jestem prawnikiem – najlepsze są rozwiązania pośrednie. ??? W Polsce mogłoby się to udać, ale w UK czy Francji chyba raczej nie. Unia nie stanowi pod tym względem monolitu. Ciekawe jak jest w Hiszpanii? I czy istnieje tam nieformalny podział na obywateli I kategorii (Hiszpanie), II (latynosi), III (wszyscy pozostali z wyjątkiem muzułmanów), IV (muzułmanie)? Jako Polak, a więc ktoś spoza kręgu hispanohablantes, czuję się tam nieco mniej komfortowo. Jednak z moich licznych rozmów z Hiszpanami wynika, że najmniej przepadają oni za muzułmanami. Ot, ciekawostka.
Dzięki, Teo; “lekkim”, powiadasz? Pozdrawiam serdecznie!
Witaj Hesket! I od razu dziękuję Ci za ocenę i sklecenie kilku zdań. Widzę, że masz teraz inne “zdjęcie profilowe”. No dobra, to nie jest zdjęcie. Tak czy siak kojarzy się ze sztuką, z malarstwem, z teatrem, i dobrze. Pozdrowienia z Wałbrzycha (oj, będzie o czym pisać, będzie; te wszystkie zasypane sztolnie, te opuszczone trakcje). ;)
Dzięki za Twój komentarz, Lesnylutek. Jak widzisz odpowiadam. Z opóźnieniem, ale odpowiadam. :)
Tekst dobrze wpisuje się w dzisiejsze czasy antyimigranckich, histerycznych zachowań w kraju…
Dlatego postanowiłem dać tytuł bardziej lajtowy. Tekst nie ma charakteru sensacyjnego, więc i tytuł musiał pojawić się… inny.
Również serdecznie pozdrawiam.
I nie rozwiążemy żadnego problemu podniecaniem tych uczuć. Ani w tę, ani we wtę.
Może przyszłość Europy to przeszłość Hiszpanii. Al Arabia. Już raz tak było. Że chrześcijanie współżyli z muzułmanami. Ci pierwsi wieszali jamony na drzwiach barów, ci drudzy – wymagali płacenia podatku dla (z ich perspektywy) niewiernych.
A, tak – aniołowie nie są mężczyznami, nie są też kobietami i nie mają koloru skóry, ponieważ nie mają ciał (przynajmniej ze swojej istoty). Tak ze stanowiska filozofa.
A wiesz po co aniołom skrzydła? By mogli latać między niebem (Niebem) a ziemią. Zadziwiająco oczywista odpowiedź. Choć z drugiej strony… to istoty duchowe. Nie mają niczego, co fizyczne.
Dzięki za komentarz, Tarnino. Serdecznie pozdrawiam. Jesteś moim Aniołem. ;)
O, fajnie, że Cię tu widzę, Tarnino. Kopę lat! Miło mi. Potem napiszę coś więcej i w temacie. A tytuł oczywiście dałem inny – do bani z takim tytułem. :)
Wszystko fajnie, ale ja ten tytuł to chyba jednak zmienię. :)
“Siedmiu Nie Zawsze Wspaniałych” – utwor wpadający w ucho. Humor mi poprawił z rana. Oko Opatrzności mnie osobiście kojarzy się z NWO i z zakonem Iluminatów, ale to podobno błędne skojarzenie.
Mądralińska AI mi odpowiedziała:
“wiara w duchowych opiekunów jest w Syrii powszechna, choć jej charakter zależy od wyznawanej religii.
Już teraz podziękuję za komentarze. Wrócę, by odpowiedzieć każdemu z osobna.
Jedno mnie zatrzymało – tutaj pełna zgoda z Robertem. To zdanie mianowicie: “Jak między białym a czarnym, jak między dobrym a złym.” nie jest potrzebne. Wpływa na całość przekazu i robi się… dziwnie.
Co do tytułu jeszcze: jest oczywiście żartem, ale bardzo osobliwym żartem. Powinno być być może “Latający imigrant z nożem” (albo “Latający z nożem”), czyli w nieco innym szyku. Latający, bo Anioł. Z nożem, bo na projekcie Pumy czy Adidasa operuje się nożami, i to, kurde, ostrymi. Imigrant, bo przyciąga uwagę. Mnie osobiście tytuł się nie podoba, ale pomysł, by Stróż pojawił się pod postacią Syryjczyka wydaje się interesujący. Rodzi się pytanie, czy taki, dajmy na to, Syryjczyk, Algierczyk, Ugandyjczyk wierzy w ogóle w stróżujące Anioły? I tu wchodzimy w różnice i podobieństwa religijne oraz kulturowe – temat-rzeka.
Bardzo dziękuję za komentarze. Wszystkim! :)
Reg, Ty zawsze ze mną. Dziękuję.
Witaj, Teo. Dziękuję. Mam teraz wyrzuty sumienia, że nie przeczytałem Twojego ostatniego tekstu. Cierpię na brak czasu. Przeprowadzka. To wiele wyjaśnia. Pozdrawiam. Już z Wałbrzycha! :)
Dzięki, Zakapiorze.
Bardzo dobrze, że kręcisz nosem. Ja się na Twoje kręcenie nosem nic a nic nie obrażam, wręcz przeciwnie.
czy to autor czegoś nie dociągnął, czy to moja tępota się objawia.
Bez przesady z tą tępotą. Ale mnie rozbawiłeś. Ja czasem nie rozumiem tekstów Finkli, muszę się przyznać. Czy też bywam tępy? ;)
Zdrowia! Pozdrowienia z wałbrzystkiego Sobięcina, z gór po prostu!
MZ
Ambush, dzięki. “Skryptu” powiadasz. Coś w tym jest. Może jak tekst poleży, wróci się do niego jak do świeżego pomysłu i będzie dobrze. :)
Witaj Zygfryd. Dzięki za motywujące mnie słowa. Zgadzam się, że za dużo tu tajemnicy, ale jednego fragmentu będę bronił. Spotkania z Edwardem na górze. Było mi o tyle łatwiej, że do tego spotkania doszło w realu. Gdyby cały tekst był w ten sposób napisany… No ale jest jak jest. Pozdrowienia.
Dzięki, Alicjo. Starałem się, by nie było “łopaty”, ale być może tym razem przesadziłem z niedopowiedzeniami. Trzymaj się! :)
Witaj, MM. Ten co gra, może czuć znacznie, znacznie mniej. Jeśli gra rutynowo, jeśli nudzi się tym, co gra… To wielka sztuka powtarzać rzecz po raz setny i nadal mieć frajdę, że się ją wykonuje. Ale ciekawą kwestię tutaj poruszyłeś. Pozdrawiam i dziękuję. :)
O, widzę, że Teo i Hesket też dali Ci “piątkę”. :-)
To jest bardzo dobrze napisane. Wielki plus (i klik) za detale. Podoba mi się też dialog – taki naturalny, lekki. Nie brakło mi ani poczucia humoru, ani – i to najważniejsze – pomysłu na opowiadanie, który to pomysł uważam za kapitalny. Brawo Alicjo! Zabrałaś mnie dziś do swojej Krainy Czarów. :)
Kronos, do usług, na mnie możesz liczyć, jeśli tylko moje umiejętności na to pozwolą. A tekst, ten konkretny tekst, też lubię, też mam do niego słabość. Jest bardzo życiowy, bardzo prawdziwy. A jednocześnie poetycki, by nie powiedzieć, muzyczny. Dzięki. Pozdrawiam. :)
Dzięki, Michał. Również pozdrawiam. :)
Z fantastyką ma tyle wspólnego, że mój kolega, który opowiedział mi swoją przygodę, jest fantastycznym człowiekiem.
Dobre.
Dzięki. Nie chcę wchodzić w tematy polityczne, więc powiem tylko, że Trzaskowski i Sikorski reprezentują dwa różne podejści do tweetowania. Trzaskowski szedł do polityki, by – jak sam twierdzi – zajmować się poważnymi sprawami (choć można się z nim oczywiście nie zgadzać), a pan Radek – chyba tylko po to, by bawić się Tweeterkiem.
Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wielu polityków, z Trumpem na czele, przesadza z marketingiem politycznym. Ludzie nie są głupi. Ludzie widzą, że są manipulowani przez sztabowców i speców od mediów społecznościowych.
Twój pomysł z pająkiem też mi się podoba. Wyszło coś między horrorem s.f. a sennym koszmarem. A klimat jest oczywiście miejski i dobrze. Akurat o tej porze, tuż przed snem, zawsze wchodzę, zagłębiam się w świat grozy. Szkoda, że krótkie, ale to w końcu drabelek. Pozdrawiam weekendowo! :)
Mam swoją wersję, ale Twoja też jest fajna – nawet bardzo. ;-)
“Warszawskie pchnięcie, posunięcie”
Szedłem remontowaną ulicą im. Tweetów Sikorskiego. Robotnicy zostawili koparki, rozgrzebany asfalt i czerwono-białe taśmy łopoczące na wietrze jak flagi jakiegoś bardzo biednego państwa.
Było późno. Latarnie świeciły nierówno, a z wykopów ciągnęło wilgocią i zapachem świeżego betonu.
Nagle coś poruszyło się w jednej dziurze.
Najpierw pomyślałem, że to kawałek rury hydraulicznej. Długiej. Bardzo długiej.
Potem ta rzecz uniosła się powoli ku górze.
Zamarłem.
Z wykopu wyłaniał się gigantyczny członek.
Dodam, że nie jestem dupiarzem.
Ogromny. Bladoróżowy. Lekko połyskujący, jakby ktoś ulepił go z silikonu i koszmarów hydraulika miejskiego. Chwiał się majestatycznie nad ulicą, a jego cień przesunął się po elewacji pobliskiej apteki.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.
A potem… drgnął.
– O nie… – szepnąłem.
Ruszył.
Nie szybko. Wręcz przeciwnie. Z godnością. Z jakąś absurdalną pewnością siebie. Kołysał się przy tym na boki, omijając koparki i barierki, jak król wracający na swoje ziemie.
Cofałem się powoli.
On przyspieszył.
Usłyszałem za sobą trzask przewróconego znaku drogowego.
Odwróciłem się i zacząłem uciekać.
Za plecami słyszałem jeszcze głuche:
plask… plask… plask…
Nie obejrzałem się.
A jeśli nie był obrzezany?
Dla odwrócenia uwagi, zawołałem:
– Planeta nam się pali!
Witaj, Drogi Ślimaku,
dzięki za łapankę – od razu z niej skorzystałem.
I dziękuję za sam komentarz. To opinia inteligentna, uczciwa, literacka i interpretacyjnie ambitna; napisana przez kogoś, kto naprawdę czyta tekst, zamiast jedynie reagować na klimat czy prześlizgiwać się po powierzchni.
Szczególnie podoba mi się Twoje odczytanie motywu powodzi jako siły zrównującej bogatych i biednych, właścicieli i mieszkańców, „tych z góry” i „tych z dołu”. Rzeczywiście – ten motyw jest w opowiadaniu obecny i dobrze, że został dostrzeżony.
Myślę, że dopiero kiedy tekst trochę poleżakuje i wrócę do niego po roku, okaże się naprawdę, czy napisałem to, co chciałem napisać – czy tylko wydawało mi się, że to zrobiłem.
Raz jeszcze dziękuję i serdecznie pozdrawiam z Wrocławia! :)
MZ
Tatusiowie bardzo często kupują zabawki… sobie. ;)
O, Finkla mnie chwali? To naprawdę coś. ;)
Możliwość rozmowy z twórcą wykonywanej muzyki – tej, którą zwykliśmy nazywać klasyczną – musi być doświadczeniem niezwykłym. Właściwie jednak dotyczy to każdej muzyki, niezależnie od gatunku. Bywa przecież, że do ulicznych grajków podchodzą znani muzycy, celebryci, i nagle zaczynają z nimi śpiewać albo grać. W sieci krąży mnóstwo takich nagrań i okazuje się, że wcale nie są to sytuacje tak rzadkie, jak mogłoby się wydawać.
Dzięki, Finklo. A teraz, zgodnie z dobrym obyczajem, wypadałoby skomentować Twój tekst. ;)
Betweenthelines, dziękuję. O ciszy mógłbym napisać trochę więcej – i pewnie jeszcze kiedyś napiszę. Fascynuje mnie ten nieuchwytny moment, w którym cisza przeobraża się w dźwięk, gdy z bezgłośnej przestrzeni rodzi się muzyka. Przecież wszystko zaczyna się właśnie tam: w głowie, w skupieniu, w milczeniu.
Przypomina się pewna anegdota o Wodeckim. Poprosił ekspedientkę, by wyłączyła radio. Kiedy zapadła cisza, miał powiedzieć z uśmiechem, że to najpiękniejsza muzyka, ta cisza.
Pozdrawiam weekendowo! :)
Pomysł tego typu niby nie jest nowy, ale żeby przedstawić go udanie w tak krótkim opowiadanku, to mistrzostwo.
Dzięki, Agroelingu, za te dobre słowa. Ten pomysł dojrzewał we mnie od dawna. Czasem chciałbym wierzyć, że zaglądają do nas nasi mistrzowie – Bach i Ravel z jednej strony, Schulz, Lovecraft i Stachura z drugiej – i kładąc dłoń na ramieniu, mówią cicho: „To zmierza we właściwym kierunku. Pisz dalej”.
Wyobrażam sobie te wszystkie niebiańskie koncerty, archanielskie chóry i sale pełne światła, gdy do fortepianu zasiadają kolejno Mozart, Chopin, Debussy… A my możemy tylko nasłuchiwać tego echa, próbując odnaleźć w nim własny ton, własny głos. Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję.
Bubel to nie jest, he, bubel Ci nie wyszedł. :))
Moja mama, przed podjęciem ważnych życiowych decyzji albo wtedy, kiedy coś ważnego się święci, czeka zawsze na nocną wizytę swojej matki, a mojej babci. Okazuje się, że duchy mogą być bardzo pomocne. Pozdrawiam serdecznie! :)
Czołem Beeeecki!
Bardzo dziękuję za ocenę i za szczerość. No nic, walczymy z nowymi pomysłami. Nie udało się teraz, może innym razem się uda. :)
Serdecznie pozdrawiam z Wrocławia – MZ
Jak nie wyjdzie z pisaniem, to pójdę na lekcje gry do Maćka…
No ba! Zapraszam i zachęcam. :)
Dzięki za przeczytanie i za fachową ocenę. Pozwól tylko, że się wytłumaczę. Przesadna enigmatyczność nie jest dobra, ale zabrakło czegoś jeszcze – dystansu do opowiadania. Zbyt krótko leżakowało. Jak nabiorę większego dystansu, to może coś poprawię i dopowiem.
Również cieplutko pozdrawiam i do miłego… :)
Holly, napiszę do Ciebie na priva, jeśli pozwolisz. I chętnie się z Tobą spotkam.
Cakewalka nie znam, choć sporo o nim słyszałem. Ja znam tylko Cubesa i – do edycji nut – Sibeliusa. Z Abletonem to dopiero jest zabawa. ;)
Kiedyś na pewno wrócisz do skrzypiec, ja wróciłem. Tylko czasem się zastanawim: czemu akurat skrzypce? Czemu nie uczyłem się na takiej, dajmy na to, violi da gamba?
Co do śpiewania, to ja jestm noga – głosu nie mam, ale kiedyś – pochwalę się – śpiewałem w chórze UWr i było super. A Ciebie podziwiam – za pasję i za umiejętności. :)
Mój plan na razie jest taki, że najpierw ugruntuję sobie pozycję w literaturze i jak już jakieś wydawnictwo mnie zechce i będę miała za sobą, powiedzmy, trzy-cztery wydania książek to zacznę się uczyć produkcji muzyki.
Popieram i trzymam kciuki. Trzeba wiedzieć, czego się chce i jak to osiągnąć. Ja chyba piszę głównie dla siebie. No można i tak.
Odezwę się. :)
Nie martw mnie: łapanki albo nawet łapaneczki muszą być – to tradycja. Kawa jest tylko dodatkiem – mała, bo już późno. ;)
Swoją drogą fajne słowo “łapaneczka”. Dobrze pasuje do moich “mikroopowiadań”. ;)
Silimaure, to ja dziękuję, i to bardzo. Jak widzisz, skorzystałem z Twej rady. Pozwól tylko, że się wytłumaczę – dlaczego Schuberta opisałem po łebkach? Z jego wizerunkiem zapoznałem się w wieku 15, 16 lat, dawno temu. Przez lata wydawało mi się, że wiem, jak wygląda Franz Peter. No właśnie: wydawało mi się. I na tej niby-wiedzy poprzestałem. Dzięki raz jeszcze. :)
Droga Reg,
kawa tym razem się przydała. Twoja łapanka również. Za którą to łapankę bardzo, ale to bardzo dziękuję.
Ślę pozdrowienia – MZ:))
Dzięki, Teo. Powiem Ci, że pomysł chodził za mną już od dawna. I dopiero teraz go zrealizowałem. Powiem więcej: chciałem, ale tego w opowiadanku nie zawarłem, by było to najlepsze wykonanie owej serenady na stricie. O najlepszości miał zaświadczyć sam Schubert. Ot, ciekawostka. Ostatecznie inaczej wyszło. Pozdrawiam. :)
Witaj Hesket,
tak po prawdzie to też nie uważam, by ta konkretna serenada była smutna, ale sporo zależy od konkretnej interpretacji. Miałem raz w Hiszpanii taką sytuację, jak grałem, że podszedł facet i powiedział: “animate, hombre” (”rozchmurz się, stary”), choć rzecz nie była wcale smutna, a co najwyżej melancholijna, nostalgiczna, nastrojowa…
Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję – MZ
Dzięki za pozdroklika, Robert. Miło mi. :)
No i to się nazywa klimat. Za klimat: 9/10, za oryginalność: tylko 6/10. Czuć tę inspirację motywem wilkołaka, ale potraktowanym bardziej psychologicznie niż horrorowo. To nic złego (a ja tak lubię horrory, ech). Ogólnie wiersz bardzo, bardzo dobry, ale niech wypowiedzą się lepsi ode mnie znawcy. :)
Bardzo dobra melodyka zdań. To się śpiewa. Klimacik też niczego sobie. Bieszczady są tu niemal osobnym bohaterem. Atutów jest oczywiście znacznie, znacznie więcej. Piątka. Brawo.
Jak miałem siedem lat, wystartowałem z nauką gry na skrzypcach. Po liceum muzycznym zrobiłem sobie 10-letnią (sic!) przerwę. Potem uczyłem się niejako od zera i gram, uczę się do tej pory, a mam 49 lat. Nie uważam się za skrzypka-klasyka. Za bardzo lubię “rozrywkę”, folk i muzykę ludową. Współpracowałem z zespołami, głównie w UK. To były projekty indy rock, prog rock, blues i muzyka elektroniczna taneczna.
A zabawa w komponowanie, to już zupełnie inna rzecz. Ale Ty, Holly, wiesz, jak bardzo muzyka zazdrosna jest o literaturę (wielkie słowo) i jak literatura zazdrosna jest o muzykę.
W planach jeszcze: śpiewanie w chórze, gra na fortepianie (chcę do tego wrócić) i zabawa w live electronik (looper, Ableton itp.). I szkoda, że życie jest tylko jedno. :))
Podziwiam, że skrzypce. Podziwiam, że samouki. Podziwiam, że tyle instrumentów w domu. Skrzypce – truizm – bardzo trudny instrumeny, do nauki nie polecam.
He, he, a to dobre: :)
Struny były dla mnie za twarde i – jakieś takie… niewspółpracujące.
przecież życie to nie tor wyścigowy.
Aż sobie ten cytacik wybrałem. :)
Nastrojowy szort i fajna przygoda, ale szkoda, że ze szczęśliwym zakończeniem i że nie poszedłeś w stronę horroru. Okej, nie słuchaj mnie, ja już tak mam. Lubię się bać, zwłaszcza w lesie. Las to ciemna sprawa. ;)
Hesket, widzę, że wiesz o czym mówisz. I teraz jeszcze zerknąłem na Twego awatara. I wszystko jasne. ;) Dzięki!
Droga Bruce,
wujka-kapelmistrza zazdroszczę bardzo. W ogóle zazdroszczę obecności muzyków w rodzinie. Ja byłem adeptem (uczniem szkoły muzycznej) i nie mogłem liczyć w domu na niczyją pomoc. Byłem sam.
Pięknie dziękuję za słowa i kliknięcia!
MZ
Witaj Galicyjski,
pełna zgoda: tekst hermetyczny, tylko dla fanatyków (nawet nie tyle co muzyki klasycznej, ile) twórczości Bacha. Kocham rozrywkę, kocham elektronikę, kocham różną muzykę, ale osobiście uważam się za Bachomaniaka.
Dzięki!
Serwus Robercie.
Dzięki za pozdroklik (fajne słowotwórstwo).
Krótszy tekst podoba mi się bardziej.
Teo, krótszy tekst i mnie podoba się bardziej. Jest czysty, czytelny. Dzięki. Pozdrawiam również.
Reg, nareszcie rzecz jest odpowiednio fantastyką nasączona. Dzięki za wiarę we mnie, za kliknięcie, za ciepłe słowa. No i jest łapanka. Lecimy zaparzyć kawę. ;)
MichaelBullfinch, i za ciepłe słowa, i za wiarę we mnie, i za kliczek dziękuję.
Dzięki, Kronos.
To prawda, muzyka Bacha jest trudna i ambitna i sam jej niekiedy nie rozumiem, ale można i chyba warto się edukować. Poziom entropii (nieprzewidywalności i złożoności struktury) w muzyce współczesnej jest o niebo wyższy (w porównaniu z Bachem). To pewne pocieszenie. ;)
Co do poziomu edukacji muzycznej… Jest tragicznie słaby, ale jest coś gorszego, wg mnie. My nie śpiewamy, nie potrafimy razem generować dźwięków – to dramat. Wiem, że generalizuję, ale coś w tym jest.
No i wreszcie fantastyki nie brakuje.
Finkla mnie chwali, nie może być. Chyba pójdę dać na mszę. ;)
Podobno trema przed występami nigdy nie znika. Można się nauczyć lepiej ją okiełznać, ale nigdy nie znika całkowicie.
Właśnie o to mi chodziło: częste występy pozwalają na okiełznanie tremy. Sam jestem tego żywym przykładem. Pamiętam, jak paraliżowały mnie kiedyś występy. ;)
Miasto stoi na czymś, co pamięta.
Pamięta co? Brak podmiotu.
To zdanie jest bardzo poetyckie. Podmiot jest ukryty w tym “co”.
Dzięki za ocenę i za życzenia, HollyHell91. Masz rację – w opowiadaniu dużo niedopowiedzień i niewiadomych. Staram się ufać czytelnikowi, ale tym razem trochę przesadziłem. Zabieram się za poprawianie “baboli”. Pozdrawiam serdecznie! :)
Ciekawe, czy etapy rozwoju moralności (według L. Kohlberga) coś wnoszą do naszej dyskusji?
U niego ostatnie stadium wygląda tak: Stadium 6: Orientacja uniwersalnych zasad etycznych – „Działam zgodnie z własnym sumieniem i uniwersalnymi zasadami (sprawiedliwość, godność), nawet jeśli prawo mówi inaczej”. I jak te uniwersalne zasady etyczne się mają do sposobu traktowania innych (słabszych) gatunków?
Dzięki, również pozdrawiam. :)
Cześć Teo. Dzięki. Nostalgia pojawia się w moich tekstach i nostalgiczne było też moje dzieciństwo.
Dzięki, Szuwar, za obszerny komentarz i sugestie. Cieszę się, że historia przypadła Ci do gustu. Te nawiązania rodzime, o których pisałeś, są efektem moich licznych wędrówek do Skrzynki i Trzebieszowic. Szkoda, że nie wykorzystałem lepiej czasu tam spędzonego i nie podpytałem miejscowych o ich własne legendy. Może jeszcze kiedyś to nadrobię. Pozdrawiam. :)
Dziękuję Wam za tak liczne komentarze – to naprawdę ogromna radość czytać je. Jak zawsze postaram się odpowiedzieć każdemu z osobna, ale już nie dziś.
Sam tekst to jedno, ale historia, która mnie do niego doprowadziła, jest – mam wrażenie – jeszcze ciekawsza. I bardzo filmowa. Właściwie aż prosi się o dłuższą formę, może nawet scenariusz. Jeśli znacie „Purpurowe skrzypce” i „Wszystkie poranki świata”, domyślacie się, w jakim kierunku to mogłoby pójść.
Ja jednak jestem raczej krótkodystansowcem – nie mam pewności, czy uniósłbym ciężar tak rozbudowanej opowieści.
Kilka rzeczy, które szczególnie mnie w tej historii poruszyły:
Po pierwsze – losy Sonat i partit na skrzypce solo są dobrze udokumentowane. Pojawiają się w nich konkretne nazwiska i instytucje, jak choćby Pruska Biblioteka Państwowa. Dla miłośników historii to prawdziwe pole do opowieści.
Po drugie – paradoks. Johann Sebastian uważał Wilhelma Friedemanna za najzdolniejszego ze swoich synów. A jednak ten niespokojny duch – lekkoduch, jak mówią niektórzy alkoholik – nie rozwinął skrzydeł. Tułał się, nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, nie zdobył stałej posady i w efekcie nie zostawił dzieł na miarę ojca.
Po trzecie – kontrast. Podczas gdy Carl Philipp skrupulatnie przechowywał rękopisy ojca (i to dzięki niemu wiele z nich przetrwało), jego brat – Wilhelm Friedemann – część tej spuścizny zwyczajnie roztrwonił.
I wreszcie po czwarte – tajemnica. Do dziś nie wiemy, jak dokładnie brzmiała ta muzyka za życia Bacha. Jak wykonywano arpeggia w słynnej chaconie? Jak wyglądała praktyka wykonawcza? Interpretacja, percepcja, recepcja dawniej i dziś – to wszystko wciąż pozostaje otwartą przestrzenią dla muzykologów i badaczy dziejów.
I może właśnie dlatego ta historia nie daje spokoju.
Tu macie wersję bardziej strawną, wersję pierwotną:
„Wędrówka, która się nie kończy”
Leżałem jeszcze ciepły.
Atrament nie zdążył do końca wsiąknąć w papier, gdy jego ręka – pewna, bez wahania – postawiła ostatnią kreskę. Nie wiedziałem wtedy, kim jestem. Byłem tylko szeregiem znaków, gęstwiną nut, które układały się w coś, co istniało najpierw w nim, a dopiero potem we mnie.
Słyszałem go.
Nie tak, jak słyszą ludzie – raczej jako drżenie powietrza, które przechodziło przeze mnie, kiedy skrzypce odpowiadały na to, co przed chwilą zostało zapisane. Każdy takt był jak oddech. Każda fuga – jak rozmowa, której sens rozumiał tylko on.
Potem zapadła cisza.
Nie od razu. Najpierw było mniej światła, mniej kroków, mniej dźwięków. Aż w końcu zostałem zamknięty. Złożony. Odłożony między inne kartki, które szeptały podobnymi liniami, podobnym rytmem ręki.
Nie wiedziałem, że to koniec jego czasu.
Dłonie, które przyszły później, były inne.
Jedne ostrożne. Zatrzymywały się na mnie dłużej, jakby czytały nie tylko nuty, ale i jego obecność między liniami. Te dłonie należały do Carla Philippa Emanuela. U niego panował porządek. Czułem, że jestem częścią czegoś większego – zbioru, pamięci, dziedzictwa.
Ale nie zostałem z nim.
Zabrano mnie gdzie indziej – w pośpiechu, bez ceremonii. Nowe miejsce pachniało kurzem i niepokojem. Tam ręce były nerwowe, czasem drżały. Przeglądały mnie szybko, jakby szukały czegoś, czego nie potrafiły nazwać.
To był Wilhelm Friedemann.
U niego nie było ciszy. Były rozmowy, targowanie się, stuk monet o stół. Czasem leżałem rozłożony, gdy ktoś obcy nachylał się nade mną, marszcząc brwi.
– Kto to dziś zagra? – zapytał kiedyś jeden z nich.
Nie odpowiedziałem. Nie umiałem jeszcze wtedy rozumieć, że muzyka może istnieć i nie być słyszana.
Pewnego dnia zniknąłem.
Nie wiem, czy zostałem sprzedany, czy oddany, czy zapomniany w zamian za coś pilniejszego niż ja. Znalazłem się w miejscu, gdzie nikt mnie nie otwierał. Lata mijały jak ciężkie, nieruchome powietrze.
Atrament ściemniał. Papier stwardniał.
Ale nuty trwały.
Nie potrzebowały pamięci ludzi. Były zamknięte we mnie, cierpliwe. Czekały.
Kiedy znów mnie rozłożono, świat był inny.
Dłonie, które mnie dotykały, nie znały jego głosu, ale znały jego imię: Johann Sebastian Bach.
Czytały mnie powoli. Z niedowierzaniem.
A potem – po raz pierwszy od bardzo dawna – usłyszałem siebie znowu.
Nie tak jak wtedy, gdy powstawałem. Inaczej. Ostrożniej. Jakby ktoś próbował odtworzyć sen, którego nigdy nie śnił.
I zrozumiałem coś, czego wcześniej nie mogłem: nie należę do rąk, które mnie trzymają.
Należę do czasu, który mnie odnajduje, do pokoleń przyszłych i obecnych.
W zeszłym roku, gdzieś pod Jaworkiem – w okolicach dawnego Frankensteina, czyli Ząbkowic Śląskich – zapuściłem się w dorodne pole kukurydzy i przez dobrą godzinę błądziłem wśród wysokich łodyg. Pić miałem co, a jedzenie rosło i kołysało się wokół mnie – żartuję, głodny nie byłem.
Dodam tylko, że mam już pewne doświadczenie w pokonywaniu podobnych przeszkód terenowych, przez które – o dziwo, a może raczej na złość – prowadzą niektóre szlaki. W takich miejscach człowiek szybko uczy się pokory wobec mapy i jeszcze szybszej nieufności wobec własnej orientacji.
No cóż, wyszedłem stamtąd cały i w jednym kawałku. Ale po tamtej wędrówce pozostało mi niejasne, uporczywe wrażenie, że kukurydza nie tyle rośnie w polu, co raczej je ukrywa.
I od tamtej pory wiem jedno: jeśli kiedyś zniknę bez śladu, proszę szukać mnie nie w lesie, nie w górach, ale właśnie tam – między rzędami, gdzie świat udaje, że jest przejrzysty, że jest bezpieczny.
Ocena: piątka! Brawo! :)
Brawo za humor, brawo za wiersz. Klimat jak we fraszce. Doceniam, że go tu wrzuciłeś. No faktycznie, moda na poezję panuje na “Nowej”, ale jest to poezja nastrojowa i poważna. Czasem nawet zbyt poważna.
Ciekawe, jakby przerobić to na…
„Światowy Dzień Horroru”
– Puk, puk!
Książka, której nie czytałam od lat, otworzyła się sama.
Nie było przeciągu. Okno było zamknięte.
Zawahałam się, stojąc w progu pokoju. Przez chwilę patrzyłam, jak kartki drżą – delikatnie, jakby ktoś właśnie przestał je przewracać.
Uśmiechnęłam się nerwowo. Zbyt nerwowo.
No tak. W końcu mamy dzisiaj Światowy Dzień. Idealny moment, żeby wrócić do zapomnianych historii.
Podeszłam bliżej.
Przesunęłam palcami po stronach, jakby witając się z dawno niewidzianą przyjaciółką. Papier był chłodny. Zbyt chłodny.
Znalazłam notatki na marginesach i podkreślenia zdań, które kiedyś wydawały się ważne. Niektóre już mnie nie poruszały. Inne… nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek je zaznaczała.
Pochyliłam się bliżej.
Ołówek był świeży. Grafit błyszczał lekko w pełgającym słabo świetle.
Zmarszczyłam brwi.
Nie pisałam tu od lat.
Na dole strony ktoś dopisał coś jeszcze.
Nie było tego przed chwilą.
– Puk, puk! Witam ponownie!
Zamarłam.
Serce zaczęło bić szybciej, gdy litery… przesunęły się.
Jakby ktoś pisał dalej.
– Twój stosik wstydu na półce patrzy na ciebie z rozczarowaniem.
Powoli odwróciłam głowę w stronę regału.
Książki stały nieruchomo.
Za cicho.
Za równo.
Wracając wzrokiem do otwartej strony, poczułam, jak żołądek ściska się w zimny węzeł.
Pod spodem pojawiła się kolejna linijka.
Nie patrzyłam, kiedy powstawała.
– Nie tylko one patrzą.
Atrament jakby wsiąknął głębiej w papier, zanim ułożył się w ostatnie słowa:
– Czytam cię od dawna. Która książka będzie twoją ostatnią?
Można też pomyśleć nad horrorem braku książek. Np. palimy ostatnie kniżki na stosie. Czytanie jest zakazane. Pisanie tym bardziej. Współczesna inkwizycja… coś takiego…
OldGuard, Twój drebbelek jest dobry i na czasie, jak bardzo na czasie, wystarczy spojrzeć na ilość komentarzy pod tekstem. I o to chodzi. :)
Nie lubię nazwy “stosik wstydu”. Czytam sporo, więcej mi się nie udaje i nie mam się czego wstydzić.
Finkla, ratujesz honor rasy ludzkiej. Chciałbym czytać przynajmniej połowę tego, co czytasz Ty. Ale – i podkreślam to “ale”… ;)