maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2284, w dziale opowiadań: 2264, opowiadania: 524
maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2284, w dziale opowiadań: 2264, opowiadania: 524
Dzięki, Michaele, za kliknięcie i ciepłe słowa.
Gdyby nie muzyka pewnie połowy swoich tekstów bym nie napisał, a każdy kojarzy mi się z jakimś utworem/płytą/zespołem, którego słuchałem w czasie słuchania…
Według mnie warto podawać informację o inspirującym nas utworze w przedmowie. Może ktoś, kto czyta Twój tekst, również połknie tego bakcyla i złapie tę samą fazkę, którą przeżyłeś / przeżywałeś. Muzyka może być akompaniamentem dla tekstu.
OldGuard, ja nie, ja mam teraz inną zabawę, horror o skrzatach miałem pisać, odbić sobie wszystkie braki fantastyki w moich tekstach, już nawet po lasach, odpowiednio gęstych, zacząłem się szwendać – tak na maksa. ;)
Lekko i zabawnie, jak to u Ciebie. Misiowo. :)
Głupi naród, zawsze wykrwawiał się za innych!
A byłby mądry, gdyby wykrwawiał się za swój kraj, przecież kraj to ludzie? Pytam prowokacyjnie.
Brawo, Bruce. Dałaś nam wszystkim lekcję. :)
Na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków.
Nigdy tego nie mogę zapamiętać, kurka wodna. :)
Najbardziej podoba mi się wersja Finkli, jeśli mam być szczery. Kapitalna zabawa. Powodzenia wszystkim, którzy biorą w niej udział. :)
Witaj OldGuard,
będzie fantastyka. Szykuję coś o leśnych skrzatach w konwencji horror-fantasy. Trzymaj, proszę, kciuki. :)
Z pozdrowieniami i podziękowaniami – MZ
Dzięki, MichaelBullfinch. Może to kryzys wieku średniego i stąd ta nostalgia. ;) Pozdrawiam.
Misiu, czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem, bo sam szykuję coś o lesie magicznym i magicznych różnych sprawach. Fajne, pomysłowe i z humorem. :)
Dzięki za wizytę tutaj i pozdroklika, Robert. :)
Prestidigitator, nie ma za co, do usług.
Napisałem też wersję bardziej literacką (różnice nie są wielkie, ale są):
„Człowiek od cudzych piosenek”
Spojrzałem na dłonie. Były stare, pomarszczone, jakby nie moje. Miałem przecież czterdzieści lat – przynajmniej tak mi się wydawało.
– Are you Rick? Rick Chertoff?
Zawahałem się. Chciałem zaprzeczyć, ale w tej samej chwili coś się przesunęło – jakby powietrze w pociągu zgęstniało, jakby dźwięk kół na chwilę zmienił rytm. Siedziałem tak samo jak przed chwilą, a jednak nie całkiem ja.
Odpowiedź przyszła sama, zanim zdążyłem ją powstrzymać:
– Yes. It’s me.
Dziewczyna skinęła głową i wróciła do telefonu. A ja zostałem z tym zdaniem, które zabrzmiało zbyt pewnie, by było pomyłką.
*
Piosenka nie rodzi się w chwili, kiedy ktoś ją śpiewa.
Rodzi się wcześniej – w pustym studiu, w powtarzanym bez końca motywie, w zmęczeniu, które każe zostawić coś „tak jak jest”, choć można by lepiej. W decyzji, żeby nie poprawiać refrenu, bo właśnie w tej niedoskonałości coś się zatrzymuje.
Radiowy przebój nie jest najpiękniejszy. Ani najambitniejszy.
To raczej taki utwór, który potrafi zamieszkać w przestrzeni – między rozmową a ciszą, między jednym przystankiem a drugim. Taki, który nie potrzebuje uwagi, a i tak zostaje. Nie powstał tutaj, a jednak pasuje. Do tego krajobrazu, do tamtego, do każdego.
Jest jedna taka piosenka.
„Right Beside You”.
Powstała szybko. Czwartego dnia ktoś powiedział, żeby uprościć linię basu. Piątego – żeby zostawić ją tak, jak jest. Szóstego dnia przestała być nasza.
Słoneczna, z połowy lat dziewięćdziesiątych. Z tych, które brzmią dobrze o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Z tych, które nie starzeją się razem z nami.
Zaczyna się lekko – syntetyczny arpeggiator, jakby oddech okaryny. Potem pojawiają się smyczki, falują i znikają. Bas odzywa się rzadko, ale za każdym razem trafia w punkt.
„Right Beside You” nie domaga się uwagi. Jest obok.
Zawsze obok.
*
Pociąg kołysał się miarowo. Za oknem przesuwał się krajobraz – drzewa, domy, pola – jakby ktoś zmieniał slajdy.
Dziewczyna puściła muzykę. Cicho, prawie niedosłyszalnie.
Wystarczyło kilka sekund.
„Right Beside You”.
Obraz zaczął pulsować w rytm.
A może było odwrotnie – może to muzyka dopasowała się do świata. Do tych wszystkich migotów za szybą i pod powiekami.
Zamknąłem oczy.
Ten charakterystyczny puls – miękki, a jednak wyraźny. Jak coś, co zna się od zawsze, choć nie pamięta się pierwszego razu.
Pamiętam za to studio.
Małe. Bez okien. Powietrze ciężkie od kabli i kurzu. Ktoś liczy: raz, dwa, trzy, cztery. Wchodzę minimalnie za wcześnie. Ktoś mówi: zostaw, jest dobrze.
Zostaw.
Najważniejsze rzeczy zawsze ktoś kazał zostawić.
To dziwne uczucie: słyszeć coś, co zna cały świat, i nie mieć już do tego dostępu inaczej niż wszyscy.
Jakby własny ślad w tej melodii należał już do kogoś innego.
Obecny i nieobecny.
*
– Rick? Rick Chertoff?
Otworzyłem oczy.
– Tak?
– Przepraszam… wydaje mi się, że pana kojarzę.
Uśmiechnąłem się lekko.
– Możliwe.
Zawahała się, jakby chciała powiedzieć coś więcej.
– Ta piosenka… „Right Beside You”… leci wszędzie. Zawsze ją gdzieś słyszę.
Skinąłem głową.
Na chwilę wróciło to małe studio. Ten moment zawahania przed kolejnym podejściem. Ten bas, którego nikt już nie zmieniał.
Ale pociąg jechał dalej, a takie rzeczy źle znoszą ruch.
– Dobra jest – powiedziałem tylko.
Uśmiechnęła się.
Wróciła do telefonu.
*
Krajobraz pulsował.
Muzyka trwała.
Ta sama.
Nie moja.
Nie twoja.
Zamknąłem oczy jeszcze raz.
Tym razem bez obrazu studia.
Tylko dźwięk.
Niczyja.
A jednak – wspólna.
Oj tak, zgadzam się z Finklą, że to ten ktoś częścią naszego świata się staje.
Nie do końca natomiast rozumiem kto jest narratorem, widzę, że następuje magiczna przemiana kogoś w Ricka, potem już do końca śledzimy Ricka bez wspomnienia poprzedniego narratora. To zabieg czysto po to, żeby to zaklasyfikować do fantastyki, prawda?
Prestidigitator, sorki, że rozbiłem odpowiedź, skierowaną do Ciebie, na osobne bloki.
Tak, chciałem, by pojawił się mocny akcent fantastyczny, choć z drugiej strony przemiana w Rickiego jest też symboliczna. Zadaję po prostu pytanie, jak to jest być hitmakerem? Jakie uczucie, niedostępne “zwykłym śmiertelnikom”, temu towarzyszy. Mój bohater, ulegając metamorfozie, może to przeżyć.
Dzięki Ci, Prestidigitator, za ciepłe słowa i bardzo ciekawy głos w dyskusji.
I w muzyce, i w pisaniu chodzi o to samo: umiejętność odpuszczenia, uznania, że niedoskonałość bywa częścią całości.
To chyba mnie dotyczy. ;) Pełna zgoda.
to zawsze autorzy będą na pierwszym planie.
Prestidigitator, zobacz, jakie to wszystko niesprawiedliwe. W rozrywce liczą się wokaliści, nie producenci czy kompozytorzy – ci zawsze są w tle. W kinie celebruje się dokonania aktorów i reżyserów, nigdy scenarzystów. Jak to jest?
Co do kompozytorów jeszcze… Był sobie taki J. S. Bach. Z jego pracy korzystają pokolenia, a za życie nie cieszył się aż takim uznaniem (jeśli już, to jako organista-wirtuoz). Ludzkości dał wiele, a co ludzkość dała jemu?
piosenkę nagrywało się od początku do końca, był to zapis nie tylko dźwięku, ale niepowtarzalny wycinek chwili, emocji i pomimo, że niedoskonały, to właśnie dlatego tak wartościowy.
Pełna zgoda. Dodam: na koncertach albo się umie śpiewać / grać, albo nie. Nie ma możliwości powtarzania do momentu – aż wyjdzie.
Dzięki za ciepłe słowa, ocenę i kliknięcie, Hesket. Z tego, co widzę, muzyka nie jest Ci obca. Wy tam w Łańcucie muzykalni. ;)
Jeroh, dzięki Ci za kliknięcie i miłe słowa. Podpisuję się pod wszystkim, co napisałeś. Dodam kilka luźnych refleksji. Można poprawiać, ale w końcu trzeba przestać, bo skończy się jak Proust: ;)
Marcel Proust był znany z obsesyjnego poprawiania swoich dzieł, szczególnie monumentalnego cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wprowadzał poprawki nawet w trakcie druku, rozbudowując zdania i dodając całe akapity na korektach (tzw. "bon à tirer"), co sprawiało wydawcom ogromne trudności. Jego proces twórczy był ciągłym dążeniem do perfekcji.
Co do hitów radiowych, wg mnie one brzmią najlepiej w oryginale, mogą być niedoskonałe, ale potęga wersji oryginalnej jest przeogromna.
Co do naszej Finkli, jeśli nie kocha muzyki, to nigdy nie pokocha rytmu, wręcz melodii poezji, nie ma takiej możliwości. Ja osobiście poezji nie uprawiam, ale tylko dlatego, że jest techniczna, no po prostu trudna.
Dzięki za wizytę, Reg. :)
Rick Chertoff jest producentem znanych hitów muzycznych, takich jak “Time After Time” czy właśnie “Right Beside Yo”. Współpracował z samymi sławami: Cyndi Lauper, Joan Osborne, Sophie B. Hawkins. Bohater mojego mikroopowiadania, jadąc pociągiem, staje się owym Rickiem. Przemiana jest mentalna, fizyczna i nade wszystko symboliczna. Ma poczuć, jak to jest być kompozytorem hitu, który wszyscy mają na ustach. W tle pojawiają się pytania i kwestie generalne: jak to jest, że muzyka importowana tak dobrze odnajduje się w warunkach polskich? W jaki sposób muzyka żyje własnym życiem? Do kogo należy hit? Co to jest utwór radiowy?
Mam nadzieję, że trochę pomogłem. :)
Ale muszę Ci powiedzieć Finkla, że jesteś pierwszą osobą, z którą się zetknąłem, co nie lubi muzyki. Dla mnie to sensacja. Nie potępiam Cię, ale to sensacja.
Jest taka ciekawostaka: mój profesor od skrzypiec twierdzi, że jego kolega, również skrzypek, nie cierpi muzyki. Czyli wychodzi na to, że można grać, uprawiać sztukę i jej nie uznawać, nie lubić. Taka ciekawostka.
Ale wiesz, że istnieje zw. muzyki z matematyką? I że muzyka dobrze wpływa na rozwój człowieka – jego pamięć, abstrakcyjne myślenie… ???
Rozumiem doskonale. A ja Ciebie tylko zawalam robotą, bo piszę ostatnio niestety dużo. ;))
Czyli nie narkotyzujesz się, bo muzyka to narkotyk (doping). youtube.com/watch?v=53DgueAtsFo :)
Fantastyka jest. Cudowna przemiana narratora w hitmakera. :)
Muzyka do mnie jakoś niespecjalnie przemawia, więc i ten szort przeszedł obok.
Ta konkretna muzyczka czy muzyka w ogóle? A to ciekawe.
Kojarzy mi się to trochę z przygodami Garfielda.
A faktycznie, dobre skojarzenie Roberta.
Mnie również się podobało. Jest zabawnie, charakternie i krótko (bo to szort). I będzie, mam nadzieję, kontynuacja. :)
A mnie podoba się ekonomia słowa. Krótkie, a tyle treści. “Łopata”, o której pisał Marzan, podoba mi się mniej, ale to akurat można poprawić. Ocena: 6!
Dzięki Ośmiornico. No widzisz, jak to ze mną jest: z nostalgią przez życie. ;)
Dzięki Reg. Zawsze niecierpliwie czekam na Twój komentarz, a gdy wreszcie się pojawi, po naniesieniu sugerowanych poprawek, odkładam tekst już ukończony do “szuflady”. Dopiero wtedy – nigdy wcześniej. :)
Witaj Robert,
dzięki za docenienie. Lubię akurat to opowiadanie, bo ukazuje świat, którego już nie ma. Zawsze powtarzam, że jestem coś winny ludziom, których kiedyś znałem…
Serdeczności – MZ :)
Oj, tak, Leśmian uprawiał prozę, poezję i zajmował się też tłumaczeniami, ale mnie on kojarzy się z poezją najbardziej.
Pana Edgara też trzeba cenić. My współcześnie mamy więcej możliwości straszenia, nie to, co kiedyś.
Oczywiście, masz rację, chodziło mi o rajtuzy. Facet jak to facet: nie odróżnia spódnicy od sukienki. :)
Wesołołych, Finkla, Świąt! Smacznego jajka.
Dzięki, Marność Marność,
widzę, że też miałabyś o czym pisać: :)
u nas, skąd pochodzę, bo to niemalże inna epoka, chyba wszystko było prostsze, dzieciaki sie tłukły, bawiły i znowu tłukły, a co działo się za krzakami? Wiadomo, jadło się agrest garściami…
Pozdrawiam – MZ
II wersja (bez fantastyki, ale bardziej klarowna, z dobrym rytmem)
Nie mówiliśmy o dziewczęcości ani o kobiecości. Nie znaliśmy takich słów. Mówiliśmy: „ale kino”. To wystarczało. W tym jednym okrzyku mieściło się wszystko – zdziwienie, rozbawienie, coś na kształt pierwszego zachwytu, który jeszcze nie wiedział, czym jest.
Przedszkolne dni rozgrywały się między żywopłotami, przy drzewach z małymi, cierpkimi jabłkami. Chowaliśmy się tam całymi godzinami, znikaliśmy sobie z oczu, wracaliśmy po śladach śmiechu. Wszystko wydawało się proste i naturalne, nawet wstyd miał w sobie więcej niewinności niż ciężaru. Świat był blisko, na wyciągnięcie ręki, a rzeczy działy się jakby same – bez nazw, bez znaczeń, tylko jako obrazy.
Czasem ktoś znikał za krzakami na chwilę dłużej. Ktoś inny coś zobaczył, albo tylko mu się wydawało, i nagle padało to jedno zdanie: „ale kino”. I wszyscy wiedzieli, że wydarzyło się coś ważnego, choć nikt nie umiał powiedzieć co.
Najlepsze kino było jednak w ruchu.
Huśtawki.
Skakanka.
Gra w klasy.
Rytm, który wracał. Nogi odbijające się od ziemi. Materiał, który na moment unosił się wyżej, niż powinien. Światło łapiące się na rajstopach – gładkich, napiętych, czasem matowych, czasem błyszczących – i puszczające je zaraz potem. Wszystko działo się szybko, w krótkich ujęciach, które znikały, zanim zdążyło się je dobrze zobaczyć.
Siadało się gdzieś z boku i patrzyło.
Nie na coś jednego. Na całość.
Na ruch. Na powtarzalność. Na to, że coś się odsłania i zaraz znów ukrywa.
Uwielbiałem rajstopy. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Wiedziałem tylko, że kiedy się pojawiały – napięte na kolanach, rozciągnięte w skoku, łapiące światło – wszystko inne przestawało mieć znaczenie. To nie były jeszcze myśli, raczej przyciąganie. Coś, co kazało patrzeć dłużej niż wypadało.
W domu stał telewizor. Ciężkie pudło, które udawało okno. Odbierało Czechy, więc świat przychodził trochę przesunięty, trochę nie nasz. Siadałem na podłodze, bardzo blisko ekranu, i patrzyłem, jak kobiety poruszają się w rytmie muzyki – rajstopy, nogi, powtarzające się układy aerobiczne.
Próbowałem to przechytrzyć.
Podchodziłem bliżej.
Zaglądałem z boku. Z dołu.
Wydawało mi się, że jeśli zmienię perspektywę, zobaczę więcej. Że obraz się uchyli, zdradzi coś, czego nie widać z daleka, czego nie widać w ogóle.
Nic z tego.
Obraz pozostawał taki sam – jak spojrzenie Mony Lisy, które trafia w ciebie, gdziekolwiek staniesz. To było jedno z pierwszych odkryć: że nie wszystko daje się podejrzeć, nawet jeśli bardzo się chce.
Do szkoły poszedłem już z tym doświadczeniem patrzenia – uważnego, trochę natrętnego. Schody, korytarze, boisko. Najwięcej działo się tam, gdzie ruch wracał w rytmie. Skakanka sprawdzała się najlepiej. Wystarczyło usiąść gdzieś z boku.
Reszta działa się sama.
Skok.
Powrót.
Skok.
Materiał napinał się i rozluźniał. Światło ślizgało się po powierzchni. Kolory migały, znikały, wracały. Wszystko było na granicy widzenia – trochę za szybko, trochę za krótko – i właśnie dlatego tak mocno zostawało w pamięci. Obrazy zapadały w pamięć nie dlatego, że były zakazane, ale dlatego, że były nowe.
To było nasze małe kino.
Bez słów, bez fabuły. Złożone z ułamków sekund i rzeczy, których nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.
Myślę, że to nie jest historia o tym, na co wtedy patrzyłem, tylko o samym patrzeniu. O chwili, w której ciekawość wyprzedza język, a ciało wie coś wcześniej niż głowa. O świecie, który odsłania się fragmentami – i nigdy do końca.
Zanim ktokolwiek usłyszał o Tarantino – ech, ten rym do „kino” – my już dawno mieliśmy swoje.
Bez wielkich słów.
Bez efektów specjalnych.
Wystarczał ruch.
Światło.
I rajstopy.
I już leciał film.
Najpiękniejszy na świecie.
Mały, cichy, trochę wstydliwy erotyk.
A potem przyszła miłość.
Platoniczna.
Cielesna.
Szczęśliwa.
Nieszczęśliwa.
I zdrada.
Ale to już materiał na inną opowieść.
Cześć Hesket!
Dzięki za ciepły komentarz i wysoką notę. Szykuję niespodziankę: mimo że z wiekiem łatwiej o reminiscencje, to ja postaram się napisać coś o butelkomatach i współczesnym folklorze z tym związanym. Będzie się działo. Trzymaj kciuki. :)
Tymczasem mamy tu “Ale kino” – rzecz wcale nie tak łatwa do napisania, bo wstydliwa, ale chyba się udało. :)
Pozdrawiam – MZ
Dzięki, Storm. A wiesz, że mam na swym koncie takie creepypasty, których się wstydzę. Możliwości są dwie: albo pisać nowe, lepsze, staranniejsze, ale zrobić krok do tyłu i poprawiać starocie.
Co do Poe: uwielbiam “Portret owalny” w tłum. Leśmiana. Rewelacja – tak oryginał, jak i tłumaczenie. Leśmian był w ogóle mega wszechstronny.
Fajnie, bardzo fajnie. Storm, dzięki Ci wielkie. Tyle kręcę się po tych i innych górach, górach takich i owakich, i cały czas się głowię, jak opisać to coś między drzewami, co nas straszy.
Pozdrawiam z Gór Kaczawskich – Krainy Wygasłych Wulkanów!
Dzięki za klin, jak mówisz, symboliczny, ale dla mnie ważny. I za miłe słowa. Nie jest to moje ulubione dziecko (a wręcz nie lubię tej “Etiudy”) – planuję napisać coś bardziej muzycznego i bardziej horrorowatego. Lovecraft pokazał, że można. Serdecznie pozdrawiam. :)
Dzięki, Storm, za wizytę tutaj. Pisać filmowo – to moje marzenie.
Wczoraj oglądałem kryminał francuski z elementami właśnie folk-horroru. Tytułu nie pamiętam. Klimat był niesamowity – góry, lasy i dawne wierzenia.
Cieszę się, że przywołałeś “Wija”. Niby nic takiego – Gogol, jak to pisał, sięgnął do folkloru. Ciekawe, ile dodał od siebie i które wątki są oryginalnie jego? “Wija” uwielbiem. :) Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję.
Dzięki. Lubię zarówno króliki, jak i mnożące się nieskrępowanie pomysły.
Dzięki Reg, dzięki Bruce za wizytę tutaj. No dobrze, to już ostateczna wersja. Naniosłem poprawki połapankowe i ustaliłem (sam ze sobą) tytuł. Jest gitarra, czy może raczej guitarra. ;)
Reg, z radością donoszę, że fantastyka została w tekst wpleciona. Wyszła bardzo ciekawa mieszanka gatunkowa, bo i pojawił się realizm magiczny, i naturalizm, i proza wspomnieniowa. Schulz był znany z tego, że ożywał materię martwą albo pozwalał ludziom zmieniać formę (ojciec – ptak). Dawało to niesamowite rezultaty: proza stawała się kolorowszy, bardziej niesamowita i zaziemska. :))
Hesket, za ocenę (6) również dziękuję. :)
Khomaniac, dzięki. Cieszy mnie to, co napisałeś.
Może to dlatego, że z tym, że “Tylko jakoś nikt już nie czeka na nic tak naprawdę.“ nie do końca się mogę zgodzić, chociażby słuchając moich synów.
Ha, no właśnie, ja nie mam dzieci. I w tym tkwi ból.
A potem dorosłem i nie zostałem kamerzystą. I wiecie co? Może to i dobrze. Bo dziś każdy ma kamerę w kieszeni. Tylko jakoś nikt już nie czeka na nic tak naprawdę.
Chodziło mi m.in. o skrolowanie (spolszczam). Ludzie się nudzą. Nie potrafią wysiedzieć w ciszy, skupić się na własnych myślach. Nagroda ma być teraz, zaraz, natychmiast. Musi się coś dziać (twitter, tiktok, YT).
Cieszę się wielce, Reg. Motywujesz mnie do pracy jak mało kto. Myślę właśnie, co zrobić z tą fantastyką, której tu nie ma. Pomysły są.
Witaj, Czarna. Dzięki. Może schowam ten szorcik do szuflady, a jak ją znowu otworzę – pojawi się UFO. Właśnie wymyśliłaś, co zrobić, by naprawić “Pianę”. Ale myślę, że albo pokombinuję coś z Zenkiem (i tak jest przerysowany, więc wszystko jedno), albo coś z samą pianą (Tomek i Adam jako jej ofiary).
GalicyjskiZakapior, dzięki. Pamięć jest zawodna. Niby coś tam człek pamięta, ale… Gdybym wtedy wiedział, że będę brał pałną garścią, tobym robił notatki. Tak na zaś. :)
To chyba nie ta herbatka? nowa.herbatkauheleny.pl Ciekawe. :)
A czy uważacie, że coś trzeba poprawić, pogłębić bohaterów, dopowiedzieć kilka rzeczy itp.?
No nic, to trzeba będzie usunąć. Ale dzięki za ciepłe słowa, co do wartości prozy jako prozy.
Hesket, powinieneś to opisać. Powstałby tekst podobny do mojego, może lepszy, może gorszy, ale na pewno chciałbym go przeczytać.
Dzięki za kliczek i miłe słowa.
Dzięki, 12. Puenta chyba najważniejsza. Daje do myślenia.
Finkla, jakieś symboliczne elementy jej są. :)
Dzięki, Jeroh. Poprawiłem usterki – byłoza zniknęła.
Wydaje mi się, że ta wersja krótsza jest lepsz. Co sądzicie?
„Piana i obietnica telewizji”
Racławice pachniały gorącą trawą, lipami i smarem kolejowym. Miałem osiem lat i świat był wtedy wyraźniejszy: ludzie – nawet najstarsi – wydawali się piękni, dziewczyny prześliczne, a wszystko miało to miękkie, złote obramowanie.
Tego dnia poszliśmy z ojcem na festyn za szkołą. Nikt nie nazywał tego festynem – „Kaczuszki” z adaptera, Koło Gospodyń w tle, mecz na boisku i Ochotnicza Straż Pożarna w roli gwiazdy wieczoru.
Staliśmy przy linii bocznej. I wtedy to powiedział:
– Do Racławic przyjedzie dziś telewizja. Cieszysz się?
Serce mi stanęło, a potem ruszyło galopem. Ojciec czasem żartował, ale tym razem brzmiał poważnie.
– A wie w ogóle, gdzie to jest? – zapytałem.
W głowie miałem już gotową mapę: lewy dolny róg Polski, granica z Czechosłowacją, miejsce, którego nie da się przeoczyć.
Od zawsze chciałem być kamerzystą. Zrobiłem sobie obiektyw z rolki po papierze toaletowym. Na zjazdach rodzinnych kuzyni wołali:
– Maciuś, filmuj to, filmuj tamto!
Przykładałem tekturę do oka i kręciłem wyimaginowaną korbką.
Ojciec zobaczył, że odpłynąłem, pochylił się i szepnął:
– Telewizja wie wszystko.
– Telewizja wie wszystko – powtórzyłem jak w transie.
– Telewizja widzi wszystko.
– Telewizja widzi wszystko – potwierdziłem z powagą.
Wtedy podszedł gruby Zenek z wąsem, który wyglądał, jakby sam go sobie wyhodował dla efektu dramatycznego. Spojrzał na nas, mrugnął jednym okiem i zagaił:
– Słuchajcie. Ekipa przyjedzie. Chyba. Albo zabłądzą. A może już byli i uciekli przerażeni tym, co tu widzieli! – mrugnął, machnął ręką na cały świat i odszedł.
– Naprawdę przyjedzie – potwierdził ojciec i wrócił do oglądania tego całego meczu. Uspokoił mnie. Wystarczyło czekać.
Postałem chwilę i pobiegłem na pokazy strażackie.
Chłopaki z OSP najpierw opryskali trawę pianą – niby ją gasząc. Potem spuszczali się na linach z dachu szkoły. Jednemu zjechały gacie do kolan. Pokaz mnie nie porwał. Ale piana… była inna, baśniowa. Ocean białego puchu, w którym znikał świat.
Po pokazie zostało jej mnóstwo. Zlecieli się Adam i Tomek z Ogrodowej.
– Patrz, Maciuś, robię zamek!
– Zamek? To jest czołg, baranie! Ognia!
Rzucił we mnie garścią. Odwinąłem mu się podwójnie. Skoczyłem w pianę jak w zaspę śnieżną.
Próbowaliśmy zrobić zamek – runął. Próbowaliśmy czołg – rozsypał się. W końcu po prostu tarzaliśmy się, ciskaliśmy pianą i śmialiśmy się do rozpuku. Mokre gacie, białe włosy, w ustach smak chemii i czystego szczęścia.
Cały czas jednak kołatało: przyjedzie czy nie przyjedzie?
W końcu oderwałem się od nich i wróciłem do ojca.
Stał przy boisku, rozmawiał z łysym wuefistą – tym, co rzucał dzieciakom piłkę, a potem szedł na piwo. O sporcie, o pucharach i o tym całym pocie, który trzeba zostawić na boisku. Albo pod sklepem.
Ojciec spojrzał na mnie i westchnął:
– Synu, wracamy. Telewizja nie przyjedzie.
– Nie przyjedzie… – powtórzyłem cicho, jakby ktoś zgasił mi światełko w środku.
Po tygodniu dowiedziałem się, że koło Góry Świętej Anny wylądowało UFO i ekipa z Warszawy pojechała właśnie tam.
A potem dorosłem i nie zostałem tym kamerzystą – może to i dobrze.
Bo dzisiaj każdy ma kamerę w kieszeni, a ja… wciąż mam w głowie tamtą pianę, tamten rechot i dwóch małych łebków, którzy wrzeszczeli:
– Maciuś, patrz, UFO!
I to mi wystarczy.
Jak to dobrze, że dziś jest sobota. I że czytam – jak co tydzień – tekst Koali. Taki rytuał. Lekko i zabawnie. Brawo. :)
Dzięki za ciepłe słowa, Silver. Mam sentyment do tej historii. Starałem się ją opisać sprawnie i plastycznie, oczywiście na miarę własnych możliwości.
niech pisze ile dusza zapragnie, najcześciej ku zadowoleniu czytelników.
Cieszę się, Reg, że tak mówisz. Właśnie napisałem nowy tekst o Racławicach. Może ci się akurat spodoba… :)
Gdyby ktoś gdzieś znalazł strzępki białego futerka, gdyby znikała marchewka…
To są bardzo fajne pomysły, Finkla. Jeśli chodzi o ten tekst, to nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Wrócę do niego. Sentymentalny kawałek… :)
Bardzo fajny, zgrabny tekst. Historii nie znałem, biję się w pierś. Pora to nadrobić.
Było inaczej – biednie, skromnie, ale też zwyczajnie i przyjaźnie.
Bruce, mamy bardzo podobne wspomnienia. To były zaiste piękne czasy. Teraz jest zupełnie inaczej. A na horyzoncie już widać czarne chmury. No dobrze, może nie czarne chmury, ale z pewnością nie jest już tak optymistycznie jak dawniej.
Dzięki za ciepłe słowa. Serdecznie pozdrawiam. :)
Hesket i Jerry, dzięki za ocenę. :)
może intensywniejszy płomień jest po prostu symbolem odejścia kobiety do zaświatów…
Przychylam się do Twojej interpretacji, Storm. Dzięki za wizytę tutaj, za ocenę. :)
Dzięki, Reg, za mini-łapankę i miłe słowa. Ciężko napisać jest dobre opowiadanie. To tutaj ma dwie wielkie wady: 1) jest przegadane, 2) miesza realizm z realizmem magicznym i fantastyką, miesza literaturę z esejem (to pod koniec) i głosem moralizatorskim. Pod koniec opowiadanie nie pozostawia miejsca na interpretację i “głos” czytelnika, wszystko “piknie” dopowiada. Ale mimo wszystko cieszę się, że Ci przypadło do gustu i że wady nie przeszkadzały w odbiorze, w czytaniu. :)
Dzięki, Jerry. Szykuję coś o Wrocławiu. Cierpliwości. :)
Mógłbym to bardziej ufantastycznić. ???
Finkla, a królik? :)
Dzięki, cieszę się, Hesket. Pamiętam wszystkie te rzeczy, o których mówisz: lody w kubku za grosze, worek wypchany sianem itp. To były inne, lepsze czasy. :)
Dzięki, Czarna, Starałem się. Szkoda, że tak mało już pamiętam. :(
Moja babcia nie miała palca wskazującego, zawsze jak pytaliśmy odpowiadała, że odgryzł jej pluszowy królik…
Czyli pomysł nie jest aż tak oryginalny, jak się wydaje. Istnieje więcej osób – ofiar pluszowego królika. ;)
No spoczko: może być wiersz-horror, może być polit-wiersz. Ale tagi faktycznie brzmią zabawnie. ;)
Ja tam wolę ład. Nawet w wyrazie “ładny” można go odnaleźć.
Misiu, jak dla mnie, to jesteś prawdziwym artystą-humanistą. :)
Mój ojciec dodaje Maggi nawet do kompotu, a tak na poważnie… placki ziemniaczane z Maggi są ekstra. Popieram, Hesket. :)
Dodam: Una-ksywa bardzo mi się… Ale T. Kaczyński to chyba nie Twoja rodzina? ;)
Ciekawe. Dom jako mapa przemocy i strachu. Bardzo dobra atmosfera, wyraźna struktura przestrzeni, silna symbolika. Świetne jest stopniowanie napięcia, świetny jest finał, narracja z perspektywy dziecka – rewelacja. Jest też klamra symboliczna w postaci lodu – łez. Lecę kliknąć.
Dzięki, Finkla. A już chciałem lecieć. Poprawiać, szlifować i dopowiadać… :)
Finkla, gdzie to można przeczytać? Podlinkujesz? Z góry dzięki.
Jako ciekawostka. Z tej wersji startowałem. Potem naskrobałem II, w której skończyłem z gadulstwem. Wklejam starą, bo ciekawa jest teoria plotki.
Wielki rwetes dziś u Basi
Od rana już je widziałem. Stały i robiły to, co udawało im się robić najlepiej i co nie wymagało z ich strony żadnego wysiłku, a mianowicie plotkowały. Tematów nigdy nie brakowało. Czasem były to nic nieznaczące błahostki, czasem sprawy wręcz zmyślone, niemające żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jednak tym razem wydarzyło się coś, co spowodowało, że całe Racławice zaczęły huczeć od plotek, którymi miały żyć przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. Z transportu uciekł mianowicie jeden z więźniów i obrał sobie szopę starej Prusychy na nocleg. Nie mógł lepiej trafić. Przeczekał parę godzin, ukradkiem śpiąc jak lord na sianie, a gdy tylko dzień nastał, dał nogę do pobliskiej Czechosłowacji, bo tu niedaleko granica, české jídlo i české pivo. Stałem i widziałem, jak od samego rana nawija makaron na uszy pani Paluszkowa – kobieta o czerwonych, spracowanych dłoniach i o silnym zapachu, tak silnym, że jak się jej dotknęło, na przykład pocałowało w rękę, to człowiek potem pachniał przez kilka godzin tak jak ona, pachniał nią. No więc widziałem, jak nawija ten makaron i nawija, miele językiem i miele…
– Pani Żonowska – mówiła skrzeczącym głosem Paluszkowa – jakie to szczęście, że nikomu nic złego się nie stało, że ten bandyta nikogo nie napadł i nie zadźgał, bo podobno był uzbrojony i, przyparty do muru, mógłby zachowywać się agresywnie i niebezpiecznie; mógłby którąś z nas zgwałcić, a potem zamordować. Chyba nie muszę pani przekonywać, pani Żonowska, jakie to wielkie szczęście. Bóg najwyraźniej czuwa nad nami grzesznymi.
– Tak, mógłby zgwałcić – powtórzyła kuma Żonowska, która może i sama chciałaby być zgwałcona, bo przecież wszystkiego w życiu trzeba spróbować i gwałtu również, nie?
– A patrz pani, jaki sprytny – ciągnęła Paluszkowa. – Jak skutecznie milicji czmychnął i jakie gniazdko sobie znalazł, skubany. Patrz pani, jaka zaraza zaradna – ubolewała mistrzyni od ubolewania i płaczka pogrzebowa na etacie w jednej osobie, a przy okazji też jedna z ulubienic, bo miał ich wiele, księdza proboszcza.
Tymczasem równolegle do toczącego się dialogu dorosłych, odbywały się też rozmowy dzieci. Polne Jaśki i wiejskie Małgośki o włosach spłowiałych od słońca stały przed wejściem do stodoły i wskazywały młodszym, w tym również mnie, zionącą otchłań wypełnioną sianem:
– O patrzcie tam, małe bumcyki, patrzcie w górę – perorował Adaś, najstarszy. – To właśnie tam pod strzechą uwił sobie posłanie. Jak chcecie, to wam pokażę. No już, smrodki! Właźcie do środka, właźcie jako pierwsi. No szybciorem; na co, cwele, czekacie?
Ale my z Tomeczkiem wcale nie zamierzaliśmy wchodzić w czeluści, wpływać w odmęty poniemieckiej rozwaliny, pełnej szczurów, pająków, wijów i Bóg wie, czego jeszcze. Zresztą wejście znajdowało się strasznie, strasznie wysoko (jakieś dwa metry ponad ziemią) i zwyczajnie miałem pietra wspinać się po ceglanej, nieotynkowanej, osypującej się tu i ówdzie jajeczną zaprawą ścianie, a wciąż tkwiły mi w pamięci nasze czerwcowe wygibasy w koronach czereśni, które mogły się dla niektórych skończyć tragicznie. Może miałem lęk wysokości albo po prostu byłem wciąż jeszcze zbyt malutki na takie harce. Nie tylko zresztą ja miałem tak zwanego cykora. Spojrzałem na Tomeczka i dostrzegłem strach w jego wiecznie szeroko otwartych i zdziwionych oczach.
Tymczasem Adaś co chwila wchodził i wychodził z zionącej tajemnicą czarnej dziury, jak jakiś wiewiór kręcący się wkoło własnej dziupli i popisujący się przed samicą. On miał za nic wije, kosarze i inne plugawe robactwo. Złaził do nas na klepicho po to tylko, by już za chwilę z powrotem się gramolić, jakby czerpał przyjemność z mini-alpinistyki. W tę i z powrotem po ceglanym murze dreptały też mrówki – moje ulubione owady. Być może to właśnie z nimi, bo innego wytłumaczenia nie ma, konkurował w jakimś dziwnym konkursie o żywotność.
Patrzyłem z podziwem, jak wkłada szpice popularnych w peerelu trampek w większe szpary między cegłami; jak zwinnie przebiera nogami, niczym jakiś przystosowany do wspinaczki egzotyczny robal (hm, nie wiem, czemu powiedziałem: „egzotyczny robal”?).
– To właśnie tam pod strzechą uwił sobie posłanie bandyta – kontynuował Adaś.
– To nie był żaden bandyta… – sprzeciwiłem się. – To nie był żaden bandyta, tylko kosmita. Dziadek mi powiedział, a dziadek pracuje w NIK-u i jest zawsze świetnie poinformowany – tłumaczyłem.
– Ta, akurat – drwił ósmoklasista. – A zresztą nawet gdyby tak było, nie dowiedzielibyśmy się o tym, nie? Milicja, wojsko i tajniacy zadbaliby o to, byśmy się o niczym nie dowiedzieli, o leśnej obławie, przeczesywaniu okolic Osobłogi i w ogóle. Zresztą co niby miałby robić ten twój ufoludek po choćby i nawet udanej ucieczce, no co!? Bez swoich, bez możliwości powrotu na Planetę X…
– Pomyśl tylko – wtrącił przyjezdny z Kędzierzyna-Koźla Boguś, mój rówieśnik. – Gdyby przejęli go Czesi, to przynajmniej pożyłby sobie do końca żywota jako sám král, a u nas w Polsce jest zawsze tak smutno i szaro. My, Polacy, nie mamy Szwejka ani Żwirka i Muchomorka; mamy za to bohaterów dramatów filmowych i żołnierzy niezłomnych.
– To prawda, nie ma to, jak czechosłowackie pohádky – przytaknąłem. – Inny świat, ale… przynajmniej mamy porucznika Klossa i Pana Samochodzika, a zresztą komu jak komu, ale mnie nie jest smutno, no może tylko czasami, gdy jestem sam i nikt się nie chce ze mną bawić, na przykład ty, Adaś.
Zmieszał się.
– Mam swoje obowiązki domowe i jako ministrant i po prostu nie zawsze mogę się bawić. Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz.
Dalsza rozmowa nie miała sensu, bo w końcu stało się to, co musiało się stać. Nastąpił przesyt tematem zbiega, kimkolwiek był, i nasz dialog małych łebków z zalanej słońcem ulicy Ogrodowej dobiegł końca, a Adaś wyszedł z „dziupli” i zeskoczył na ziemię.
Tylko kumy nadal stały i nadal rozprawiały. Starały się najprawdopodobniej zaklinać rzeczywistość, czyli robić wszystko, by przedłużyć bandycie jego pięć minut sławy.
– Pani Żonowska to, pani Żonowska tamto – leciało bezustannie.
Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek o tym pisał, ale szczerze wątpię, więc może ja stanę się tym pierwszym, który się na ten temat wypowie, już jako dorosły. Chodzi mi tu o zaklinanie rzeczywistości, o różne etapy, fazy, okresy każdego zdarzenia postrzeganego jako sensacyjne. Pożar, wypadek samochodowy, incydent kolejowy, napaść, rabunek i wszystkie inne zdarzenia losowe istnieją w świecie ludzi jako pewne powtarzające się rytuały, które mają swoje okresy: fazę początkową (zaistnienie sensacji), fazę środkową (plotkowanie i szukanie na siłę sensacji) i fazę końcową (koniec plotkowania, czyli plotkarska czkawka). Pojawienie się zbiega w Racławii wpisuje się znakomicie w te trybalistyczne rytuały, które dane nam było obserwować:
– Pani Żonowska to, pani Żonowska tamto.
– Pani Paluszkowa to, pani Paluszkowa tamto – słyszało się nieprzerwanie.
Kobiety zachowywały się, jak gdyby słynna racławicka ucieczka rozgrywała się na ich oczach w czasie teraźniejszym. W końcu i one przejadły się tematem i poczęły z wolna się rozchodzić, bo dom, bo ogród, bo zakupy i obiadek, bo kury i króliki, krowy i świnie i inne obowiązki na nie czekały. I ich mężowie mieli już za niedługo wrócić z roboty.
Wygląda na to, że szort nadaje się na test psychologiczny…
Finkla, myślisz, że to dobrze czy źle? Sam mam mieszane uczucia. :/
Witaj Khomaniac,
Schulz to mój idol największy. Tym bardziej cieszą miłe słowa. O odmalowanie klimatu Brochowa bardzo się starałem.
Również pozdrawiam!
Dzięki wielkie, Reg; poprawiłem błędy – kawy mi nie brakło. ;)
O, jeszcze Wam nie podziękowałem – dopiero teraz się zorientowałem. Dzięki, Strażniczko. Dzięki, Fascynatorze. Również pozdrawiam!
Świetne, sympatyczne, mam tylko dwie małe uwagi:
była szybka i bez problemów –
może tak – była szybka i bezproblemowa?
Marek odpowiadał na pytanie: Jaka to rasa?, że nowość: Koto-pies.
może tak – (…) Jaka to rasa?, że to nowość…
He, jest weekend, więc czekałem na Twój tradycyjnie weekendowy tekst. I się doczekałem. Dziękuję. :)
Pozdrawiam serdecznie – MZ
Co to, ku***, jest pardwa? Pamiętacie ten fragment z “Poranku kojota”? Tylko że tam chodziło o świerzopa.
Zabawne, dobrze napisane, treściwe – czego więcej chcieć? :)
Wydaje mi się, że to dobrze, że tekst jest na tyle “elastyczny”, iż dopuszcza tak wiele różnych interpretacji. To jego siła, choć – z drugiej strony – mógłby być bardziej precyzyjny.
Tu macie wersję bardziej cielesną – horror cielesny – jest to wersja, która nie pozwala na zbyt wiele interpretacji, ale za to jest bardziej horrorowata:
nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/30424
lektura, choć przygnębiająca, nie była żadną przykrością.
Miło mi to słyszeć. Dzięki, Reg. :))
Hesket, dzięki. Obdarowałeś mnie tylom komplementami, że aż nie wiem, co napisać.
Ciebie chce się czytać.
Czy duch kobiety “uwolnił się” po uratowaniu mężczyzny przed pędzącym autobusem (ulga na jej twarzy, nowy znicz i silny płomień)?
Może tak być, Kronos. Dobry uczynek uwalnia ducha, który idzie do Nieba. Dzięki za docenienie i interpretację. :)
Cieszę się, że opowiadanko przypadło Ci do gustu, Keller. Dzięki za przeczytanie.
szczególnie urzekł mnie opis wypadku, w którym zginęła kobieta.
O tak. :-)
Finkla, dzięki, no rewelacja, bardzo fajna interpretacja (sorry za rym):
kobieta uratowała narratora. Być może nie tylko jego i znicz przyniósł ktoś inny.
Cześć Drake! :)
Wielkie dzięki za ogromną pracę jaką wykonałeś. Postaram się w miarę możliwości usunąć usterki z tekstu w ciągu najbliższych dni.
Wyszło bardzo git pod względem klimatu i emocjonalności, jednak dla mnie nielogiczności często ciężko jest pominąć…
Cieszę się, że klimat przypadł Ci do gustu. Podoba mi się też Twoja interpretacja (bohater stał się duchem). Nie chcę wypowiadać się, co do mojej. Zakończenie jest otwarte, niedopowiedziane.
Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam – MZ
Witaj Bruce,
dzięki za komentarz, kliczek i Twoją interpretację. Też jest interesująca i możliwa, więc ją tu przywołam:
Myślę, że każdego z nas tak czasem coś ochroni, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Interpretacji jest wiele: dla jednych bohater stał się duchem, dla innych – stał się “ofiarą” “utopca”, ale przeżył, dla jeszcze innych – to duch miejsca go uratował. Nie chcę podawać swojej interpretacji i Was ograniczać.
Pozdrawiam!
Ambush, bardzo podoba mi się Twoja interpretacja. Sa zaiste takie duchy – te utopce skądś się przecież wzięły. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam! :)
Swoją drogą fajny pomysł na opowiadanie, Finkla – opowiadanie stworzone z samych tylko komentarzy, które to komentarze stanowią właśnie to opowiadanie.
O tak, popieram, Reg i Tarnina jak już coś robią, to na 100%. Rozkładają tekst na czynniki pierwsze. Ja bym tak nie umiał ani by mi się nawet nie chciało. :-)
Hej, witak Galicyjski,
miło Cię tu widzieć. Dzięki za miłe słowa. O klimat (kanikularny) mi właśnie chodziło. Obiecałem też sobie, że w następnym opowiadanku, jakie napiszę, fantastyki będzie aż nadto. I tak też się stało.
Pozdrawiam – MZ:)
Jest parę rzeczy, które trzeba by było poprawić. Też się zastanawiam, jak to jest, że nikt nie zauważył śmierci. Dzięki, Dziewczyny, za wizytę tutaj i komentarz. :)
Wierzę i wierzyć nie przestanę w Waszą wyobraźnię…
Amen. :)
czymże one są bez Waszych opowiadań. Niczym.
Są tak samo ważne jak nasze opowiadania, czasem (często) są ciekawsze i lepiej napisane.
A co by było, gdyby po jakiejś bliżej nieokreślonej katastrofie zachowały się tylko komentarze, a wszystkie opowiadania by nagle przepadły? Ja czytałbym te komentarze i na ich podstawie budował sobie obraz opowiadań. Wyobraźnia by pracowała na najwyższych obrotach. :)
Dzięki, Jerry_gainer, za miłe słowa, za zrozumienie intencji. Dość mocne mnie tu “zlali”, tym bardziej cieszą pozytywne słowa. Temat istotnie trudny, ale trzeba rozmawiać, trzeba pisać.
Pozdrawiam – MZ
Choć kulawy język potrafi zniechęcić do najlepszej fabuły…
Może też być odwrotnie – piękny język, piękny styl, zero fabuły. A tekst mimo wszystko coś w sobie ma, no nie wiem, klimat, przesłanie, czyste piękno języka… Chyba najlepiej jak jest wszystko: i forma, i treść.
inteligentny człowiek się nie nudzi…
Tata miał rację.
zawsze może sobie zapalić…
Można. Z nudów rodzą się pomysły. Współczesny człowiek nie potrafi się nudzić – klika, skroluje, włącza muzykę…
No dobra, żartowałem z tym patriotyzmem. W sumie patriotyczna pieśń by pasowała, ale raczej nie “Hej, sokoły”. Za Ukrainą i Ukraińcami nie tęsknię. Za Polską – zawsze, zwłaszcza z hiszpańskiej (czyli obcej) perspektywy.
Parafrazując: nikt nic nie czyta, bo wszyscy piszą. Powtórzę za Szanownym Fascynatorem: misię też. ;)
W takim razie zapraszam tutaj: nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33779 . Wycieczki mogą się ze sobą zlać, więc polecam czytać na raty, jako pojedyncze szorty. ;)