Profil użytkownika


komentarze: 1912, w dziale opowiadań: 1167, opowiadania: 566

Ostatnie sto komentarzy

Rewelacyjny, angielski humor! Że dramat i to nie na poważnie, to atuty, które mogą przysporzyć dodatkowych punktów w konkursie, bo tekst się wyróżnia. Bardzo mi się podobało.

Coś kiepscy ci najemnicy, skoro dali się tak łatwo podejść. :p

Pomysł na historię miałeś ciężką, brudną i dojmującą, ale wykonanie trochę za nim nie nadążało. Miałem wrażenie, że przedstawiane fragmenty są nieco niespójne, co poprawiło się trochę dopiero w końcówce. Jeśli bierze się na warsztat tekst, który docelowo ma być tak krótki, no to skakanie pomiędzy scenami, bohaterami i tak dalej wprowadza niepotrzebny mętlik. Zwróciłbym następnym razem na Twoim miejscu uwagę także na byłozę, bo jakikolwiek inny czasownik zazwyczaj prezentuje się w zdaniu zgrabniej.

Unikałbym środka głowy (płaszczyzna strzałkowa) i potylicy, bo zatoki żylne, krwotok i zgon, a także wbijania tego gwoździa zbyt głęboko, bo uszkodzenie koła tętniczego, krwotok i zgon. Ogólnie to nawet i pręt możesz do głowy wbić (albo nawet na wylot) i taki poszkodowany delikwent może się nawet na nic nie uskarżać i nic go nie będzie boleć, bo mózg nie boli. Unikałbym wbijania w płaty czołowe, bo to może zmienić osobowość. :p

Też lubię pokomplikowane historie, Count, a koncepcja kochającej wnuczki eksterminującej babcię jest całkiem interesująca, ale umówmy się, że morderczy limit 10k to nie objętość na takie pomysły…

Ulubiony fragment dość przewidywalny. ;D

Dzięki za komentarz!

Jose, a czy pisząc opowiadanie, wypytujesz wszystkich czy rozdzielać sceny gwiazdkami, czy może każdy fragment numerować i nadawać mu tytuł? Podział powieści na rozdziały – tudzież jego brak – to taki sam wyraz artystycznej ekspresji jak choćby język narracji i IMO tylko od Ciebie powinno zależeć jak zdecydujesz się swój pomysł podać. Wiadomo, że ile ludzi, tyle gustów – tylko że wszystkim nie dogodzisz. Tak Bułhakow zapisał się w historii literatury sprytnie nazywając rozdziały w "Mistrzu i Małgorzacie", jak i McCarthy dostał Pulitzera, choć w "Drodze" panuje taki minimalizm formy, że powinniśmy wręcz być wdzięczni, że chociaż te podwójne entery zastosował. ;)

Pozostało jedynie echem w pamięci, które zawierało jedynie zamglone obrazy.

 

Lede instynktownie wiedziała, że wyczuwa niebezpieczeństwo.

Wydaje mi się, że instynktownie znaczy bezwiednie, podświadomie, w odniesieniu raczej do jakiejś czynności. Bezwiednie wiedzieć? Trochę to bez sensu.

 

Każde miasto i wieś rozświetlały kolorowe światła, rozbrzmiewała wesoła muzyka. Kapłanki i kapłani wychodzili do wiernych, wykonując wszelkie nakazane im powinności. Wśród nich była też Lede, ubrana w delikatną niczym mgła tunikę. Jej, jak i innym poddanym Amita nie było dane swobodnie chadzać po ulicach. Otwierali podwoje świątyń oraz wynajmowali karczmy we wsiach. Zapraszali wiernych, aby wspólna intymność stawała się aktem najwyższej czci.

Za dużo ozdób szpeci!

 

Lede żegnała młodzieńca z ledwo przyprószonym wąsem, który wyznał ściszonym [+głosem?], że zrobiła z niego mężczyznę.

Albo przegapiłem, kim są “ściszeni”. :p

 

A myślisz[+,] jak jest w Stolicy?OK

Nie rozumiała[+,] co powiedział.

 

O kurde! Zabrałem się za lekturę mając odpalony ten kawałek. I na moment przeniosłem się do naprawdę niesamowitej rzeczywistości. Liczyłem, że tekst pójdzie w takim onirycznym kierunku, skupiając się na emocjach, jakimś wewnętrznym konflikcie, czy nierozwiązywalnym dramacie. Poszedł w zupełnie inną, bardziej przyziemną stronę, co dodatkowo zostało przedstawione bardzo niejasno i choć szort jest krótki, nie zrozumiałem wszystkiego. Jeśli chciałaś pokazać pomieszanie wymiarów – ok, ale nawet nad chaosem, jako autorka, powinnaś zapanować, bo bez Twojej pomocy czytelnik może co najwyżej błądzić we mgle.

A potem nastał finał i mam nadzieję, że nie dopowiadam sobie tego, ale dostałem trochę dramatu. Przez końcówkę właśnie mogę z czystym sercem powiedzieć, że podobało mi się. :)

Sympatyczna historia, wyraziści bohaterowie. Liczyłem na jakiś twist w finale, bo w sumie całość była raczej statyczna, ale się nie doczekałem. Napisane całkiem nieźle.

Zgodzę się, że napisane kiepściutko. A do tego opublikowane anonimowo – co wróży tyle, że ja poświęcę czas na łapankę, a opowiadanie później zwyczajnie zniknie. Jak mówi Darcon – inne teksty czekają. :<

Olaboga, tym razem CHYBA NAWET nie popełniłem horroru.

 

– Patrz, to żołnierze! Hej heeej, żołnierze! Czy ja też mogę po- – Słowa Nadii urwały się, gdy gąsienice czołgu BT-2 zmiażdżyły jej drobne ciałko.

 

XD

Sorry, Count. Gore to chyba jakiś tam podgatunek horroru. ;D

 

Żołnierze nawet się nie zatrzymali, nawet nie obejrzeli w swym chwalebnym przejeździe przez ulice Leningradu.

Nie rozumiem tego zdania. Nie obejrzeli w swym przejeździe ulic Leningradu?

 

 

Wojenna sceneria wydaje się być Twoim naturalnym środowiskiem, wszak możesz te wszystkie obrzydliwości bezkarnie wplatać pomiędzy egzaltowane opisy i w sumie nikt się nie doczepi, a ktoś może nawet pochwali. ;)

Podobało mi się, że znowu osadziłeś akcję w nie tak dalekiej, ale egzotycznej, rzadko wykorzystywanej krainie. Mniej mi się podobała bohaterka – żeński terminator. Historia, przez bohaterkę zapewne, jakaś porywająca nie jest, ale znowu zakończenie bardzo misię, bo jest romantycznie, ale nie słodko, wręcz słodko-gorzko, a to mój ulubiony smak.

Krótko mówiąc, to dobry szort. Nie jakiś wybitny, ale wart przeczytania.

Nie ma się czego wstydzić – jeśli ktoś Cię tu ugryzie, to konstruktywnie, tak, że coś z tego wyniesiesz na przyszłość. Ze swojego doświadczenia tylko dodam, że nic tak nie poprawia własnych umiejętności, jak wyszukiwanie usterek w cudzej twórczości, dlatego zachęcam także do czytania opowiadań innych. ;)

Jak możecie się domyślać, gdyby nic się nie wydarzyło to i opowieść [+by] nie powstała.

 

Tamtego dnia Antek wpadł do mojej chaty tak gwałtownie, że aż kocur na moich kolanach podskoczył ze strachu i czmychnął w kąt.

 

Gdy chłopiec wybiegł, też pobiegłem,

 

Stojąc koło chaty Wirłowów zobaczyłem, jak oddala się od pobliskiego lasu

Przecinek przed “zobaczyłem”, a nie za. Jego rolą jest rozdzielenie dwóch czasowników w zdaniu, czyli “stojąc” i “zobaczyłem”. W dalszym fragmencie przecinek nie jest potrzebny, bo konstrukcja z “jak” w tym przypadku go nie wymaga.

 

zapytałem[+,] kładąc koło Mikołaja taboret.

 

Nie podobała mi się jego historia[+,] ale nic nie powiedziałem.

 

Widząc, że nieznajomy jest zajęty[+,] użyłem prawdziwego nosa, jednak jedyne[+,] co wyczułem od gościa[+,] to mięta.

 

jeśli kogoś stać na mięte,

 

Odczekałem[+,] aż pielgrzymka ruszy wraz z Mikołajem.

 

Czyli wiedział, lub przynajmniej podejrzewał[+,] kim jesteśmy.

 

Pozwoliłem dzieciakom odegrać sztukę, która[+,] swoja drogą[+,] nie była zbyt dobra.

 

Możecie nas na chwilę zostawić[+,] dzieciaki?

 

– Śmiało – uśmiechał się[+,] siadając.

 

Gdy tylko je zobaczył[+,] zbladł strasznie.

 

W każdym razie, wyciągnął nagle rewolwer ukryty w rękawie

Zbędny przecinek.

 

zasłoniłem się prawdziwą dłonią i zatrzymałem kule.

Grubas wystrzelił raz, a bohater zatrzymuje kule w liczbie mnogiej. To jak w końcu było?

 

Zbytnio ufasz legendą.

Legendom.

 

Krew obficie zrosła śnieg nadając mu różową barwę.

Zrosiła?

 

Co prawda obcy był tylko jeden, jednak nie wiadomo[+,] czy nie zgadał się z naszymi wrogami.

 

Pamiętajcie, nawet świetny przywódca może popełniać błędy[+,] zbytnio słuchając stada

 

 

Historyjka banalna i prosta, zupełnie pozbawiona zaskoczeń. Twisty, które się pojawiły, były do bólu przewidywalne. Główny bohater wypadł szalenie irytująco z tą swoją nieomylnością w sądach. Do tego zatrzęsienie błędów sprawiło, że czytało mi się to koszmarnie.

Przestań ją strofować[+,] mamo.

 

Tydzień temu skończyła 16 lat

Szesnaście. Liczby w dialogach zapisuje się słownie.

 

 

Bardzo dobry szort. Lubię taką narrację, impresjonistyczną, przemawiającą do zmysłów. Seria niezrozumień, nadinterpretacji i przeinaczeń syna tkacza wypadła całkiem fajnie. Zbudowałaś ten tekst w wielu interesujących detali i zakończyłaś go bez przesady, choć efektownie. Chętnie przeczytałbym jakiś Twój dłuższy tekst.

Świetny pomysł z wykorzystaniem motywu wrocławskich krasnali. Porządnie napisane, odpowiednio przaśne, miejscami całkiem zabawne. Nie wiem tylko po co burzyłeś chronologię wywalając scenę wypadku na sam przód. I dlaczego oni matka nagle rzuciła wszystko i ruszyła do Finlandii.

Zwykle nie brałem nigdy takich zleceń, bo działałem wbrew prawu, mimo mojego fachu byłem też zagorzałym obrońcą przyrody, ale wolałem tego nie mówić mojemu przyszłemu zleceniodawcy.

 

Przed mimo postawiłbym kropkę lub średnik – w tym miejscu kompletnie zmienia się kontekst i fragmenty jako składowe jednego zdania zwyczajnie do siebie nie pasują.

 

Moim skromnym oczom ukazał się ciekawy wizerunek zatłoczonego dworca kolejowego. Wszystko przesiąkało brudem. Poniektóre miejsca opanowały szczury, liżące krew z ciał, leżących pokotem na posadzce.

Przesiąkło, bo opisujesz czynność dokonaną. Dodatkowo ostatni przecinek zbędny.

 

stłoczone, chude cielska, z wiszącymi na nich łachmanami.

Nie lepiej: obwieszone łachmanami?

 

Ogrzewali się przy ciepłym ogniu, rozpalonym w starych pojemnikach.

Po pierwsze: czy ogień może być zimny? Po drugie: masz informację o cieple już w słowie “ogrzewali się”.

 

Porzuciłem mój przybytek na ziemi i zacząłem biec.

Nie bardzo rozumiem co porzucił bohater; żadna z tych definicji nie pasuje. :<

 

Zebrałem się w sobie i przeciwstawiłem się tym myślom.

 

Pomysł na historię z takim posmakiem kryminału nienowy, ale takie historie zwykle się sprawdzają. Tutaj tekst ratuje konwencja, bo fabuła jest dość naiwna. Po co główny bohater ratuje jakąś anonimową dziewczynę z ulicy? Ratowanie bym jeszcze zrozumiał, ale on jej załatwia pokój w hotelu i nawet przekonuje sceptycznego recepcjonistę, by ją przyjął. Mężczyzna, którego główny bohater szuka, cudownie się znajduje wśród bezdomnych, choć miał być arystokratą. Bez słowa wyjaśnienia. Do tego akcja leci bardzo liniowo, a przeszkody, które napotyka bohater, wyglądają na zapychacze miejsca, a nie na wydarzenia, które realnie komplikowałyby fabułę.

Krótko mówiąc tragedii nie ma, ale szału też nie.

Zważając, że jedynym “technicznym” anime, które próbowałem oglądać było Neon Genesis Evangelion, po którym odpadłem po 3 odcinkach, bo główny bohater miał bez przerwy depresję, chyba Cię rozczaruję. Zwyczajnie naoglądałem się trailerów Cyberpunk 2077. ;D

Wilku, ja również uważam, że ta grafika aż się prosiła o taką interpretację. Co do konwencji anime – coś może być na rzeczy. Swego czasu namiętnie śledziłem uniwersum Naruto i zapewne nie udało mi się wszystkiego z tamtego okresu wyplenić. :>

 

Dziadku, dzięki za komentarz. Takie kręcenie fabułą na metrażu nieco ponad 7k to wyzwanie i cieszę się, że przypadło Ci to do gustu. Nad dialogami natomiast popracuję przy kolejnej okazji.

Łoo, honorowy punkt zdobyty. Już liczyłem na jakąś nagrodę za nietrafienie absolutnie niczego. :D

Kostaryka – Serbia – 0:1

Niemcy – Meksyk – 3:0

Brazylia – Szwajcaria – 2:0

odsyłając w miejsce[+,] z którego go ukradł.

 

Poprawił klapy długiego płaszczu i ruszył w stronę płotu

Płaszcza

 

Gdy doszedł do granicy kręgu, przystanął i jak gdyby nigdy nic[+,] czekał.

 

Mężczyzna zaczął pogwizdywać, tupać nogą, a gdy to nie pomogło[+,] wyjął pękatą fajkę z czarnego dębu

 

Wiedział jednak, że zna motywacje tych istot dość dobrze i że hazard był jedną z rozrywek, której odmówić sobie nie potrafili.

Potrafiły, bo “istoty” są niemęskoosobowe.

 

Wiemy już[+,] co możemy stracić,

 

stanął z rozłożonymi szeroko ramionami i spojrzał w szare niego,

 

Biały puch muskał delikatnie jego twarz, topiąc się na niej i chłodząc zalotnie. Upiory jak jeden mąż rzuciły się na niego, gryząc, drapiąc, kopiąc i uderzając. Ciosy demonów jednak nie czyniły mu żadnej krzywdy, a wręcz sprawiały mu przyjemność.

Z takiej konstrukcji wynika, że to “biały puch” jest podmiotem domyślnym.

 

Zdążyły wymienić przestraszone, pełne zrozumienia spojrzenia[+,] zanim ich radość z wygranej i żądza mordu prysnęły

 

Bez ostrzeżenia wystrzelił cztery razy, a taka sama ilość trucheł padła z cichym łoskotem na śnieg.

Liczba; “truchła” to rzeczownik policzalny.

 

Jego nozdrza uderzyły znajome zapachy mięty, cynamonu, oregano i chili.

Domyślam się, że to nie nozdrza w cokolwiek uderzały, a wymienione zapachy uderzyły do nozdrzy.

 

Witaj[+,] Witochno.

 

Tu straszne rzeczy się działy[+,] na podwórzu[+,] za pana nieobecności!

 

Straszydła jakie, upiory nie wiadomo skąd [+się?] nazjeżdżały

 

Z tego[+,] co widziałem[+,] to uczyniły.

 

Pogoniłem, ale biżuterii[+,] co dla ciebie zwiozłem[+,] w kości przegrałem.

 

W kości, panie kochany[+,] grałeś?!

 

Zobacz[+,] Witochno, jakie to przykre.

 

 

Postać głównego bohatera irytuje swoją zajebistością i pewnością siebie przez lwią część tekstu. Konfrontując to z całkiem zgrabnym finałem, ma to swoje uzasadnienie, niemniej uważam, że dałoby radę rozegrać to subtelniej by ów pan jawił się jako mniej antypatyczny.

Jak na tak krótki tekst, interpunkcja fatalna.

kobieta, mimo wieku, była silna jak wół. Brzemię nie miało fizycznej natury.

Cóż, przynajmniej kwiaty były zadowolone.

Tyle dobroci w tym opowiadaniu! Jest gęsty, wojenny klimat. Parę godnych pozazdroszczenia językowych wodotrysków. Świetna bohaterka, która ma gdzieś wzniosłe idee i zamiast nich woli walczyć o swoją codzienność.

Mimo to, jakoś nie potrafiłem się wciągnąć w tekst. Jak dla mnie jest nierówno – druga połowa błyszczy, pierwsza zaś nuży. Przytłoczyła mnie liczba dyskutujących postaci, raziło pewne wyzucie z emocji w narracji w tamtym fragmencie. To kwestia czysto subiektywna, ale widziałbym ciut więcej egzaltacji w omawianiu planu ważącego na życiu bohaterów, zamiast takiej zimnej, żołnierskiej narracji.

Całkiem mi się podobało, bo to dobry szort jest. Zwyczajnie niczym mnie nie zachwycił, a nieliczne zgrzyty wynikały wyłącznie z mojego gustu.

Ach, przez własne roztrzepanie muszę teraz poprawiać własną poprawkę…

Dzięki za komentarz, droga Bemik. Ciągle pamiętam naszą rozmowę sprzed prawie roku. Czas leci zbyt szybko… Mam nadzieję, że w lipcu uda mi się wreszcie uderzyć z czymś konkretnym. :)

Katia i Wybranietz w bibliotece, za resztę już się biorę. Morg, jakbyś mogła, pisz dwa zdania więcej tych komentarzy, żeby potem nikt mnie nie okrzyczał. :)

Póki trwała przy siodle, póki patrzyła mu w oczy, póki pozwalała, by milczał, nie znajdując właściwych słów, to wszystko było poza nim.

Tea była dla niego wszystkim, czego nie chciał utracić i właśnie dlatego musiał opuścić. Jej łzy, które wkrótce miały popłynąć, zdawały się topić serce żołnierza. Nic mi po nim, pomyślał, już niedługo nic mi po nim.

Kurde, ciężki ten początek…

 

dalej pójdą ramię w ramię, wprost w szeregi wroga.

Ja bym chyba napisał “na szeregi wroga”.

 

Tak jak kiedyś Tea, przyrzekła, że nigdy go już nie opuści, jeśli i on się jej odda.

Pierwszy przecinek zbędny.

 

Pozwolę ci powieść mnie[+,] gdzie tylko zechcesz.

Tu z kolei przecinek się przyda.

 

Kokpit wypełnił się gazem, ciało w kilka chwil rozpadło się w pył.

Nie wygląda to dobrze. Może: kokpit wypełnił gaz…?

 

Nie potrafił już słyszeć, nie potrafił czuć zapachów, a jedynym[+,] co widział, była pożoga.

Rozważyłbym tutaj przecinek.

 

 

Podobało mi się. Emocjonalne, budzące mnóstwo impresji bardzo trafnym, wręcz precyzyjnym doborem słów w narracji. Lubię takie detale. Może życzyłbym sobie więcej fabuły w tym wszystkim, ale z drugiej strony jakich cudów można oczekiwać raptem po 5k tekstu. :)

 

Ja także o wierszach nie mam zbyt wiele do powiedzenia pod kątem merytorycznym, natomiast jeśli chodzi o czysto subiektywne odczucia, to podobało mi się. Klimat wojny i klimat obrazu zostały zachowane.

Po jej brodzie spłynęły trzy strużki, jedna prosto przez podbródek, a dwie w dół kącików ust.

Wydaje mi się, że spłynąć można tylko w dół.

 

Zaczynasz z wysokiego “c” nastrojem i klimatem. Islandzka surowość aż się leje z ekranu i bardzo mi się to podobało. Tekst ma jednak tendencję spadkową, bo pod koniec akcja nie nadąża za wymyślnymi opisami, przez co błyszczy forma, a niekoniecznie treść. Nie jest to jednak nic, czego nie dałoby się wyszlifować. Ostatnie zdanie pozostawiło mnie jednak z satysfakcją. :)

A zasady działania baterii też nie było? Przecież to także ogniwo, chociaż nie pasożytnicze. A mówią, że szkoła na psy schodzi. :p

Nee, nie biorę rzeczy osobiście. Po prostu ograniczam emotki. ;D

Przykłady, które podałem, są z liceum. Też bym tam dzieci nie posyłał, strata czasu. Pierwszy milion trzeba ukraść!

Wattsa nie czytałem (jeszcze), bo gdzieś mi się NF zapodziało, natomiast jeśli jakiś tekst mnie męczy lub z jakiegoś powodu go nie rozumiem, to często odpuszczam. Pojmuję, że istnieją teksty, do których grupy docelowej się zwyczajnie nie zaliczam, więc zamiast się katować, wolę spędzić czas przyjemniej.

Piszę z perspektywy osoby, która historią zbytnio się nie interesuje, stąd na przykład, choć postać Sissi znam, to nie wiedziałem, że Elżbieta i ona to ta sama osoba. :p Jedno zdanie więcej na ten temat uczyniłoby tekst dużo przystępniejszym.

I odbijając piłeczkę – przykłady, które podałem odnoszą się do rdzewienia i tego, dlaczego kobiety miesiączkują. Nie są to chyba jakieś cuda na kiju, prawda? Można to bez problemu wyguglać, jasne, ale umówmy się, że opowiadań nie czyta się dla dalszego guglania.

Cóż, widać nie jestem wystarczająco światłym człowiekiem na takie nawiązania.

A w szkole uczyli też reakcji zachodzących w pasożytniczym ogniwie galwanicznym w korodującym metalu czy sprzężeń zwrotnych hormonów linii podwzgórze-przysadka-gruczoł. Jakbym machnął o tym opowiadanie, tez nie potrzebowałbyś słowa wprowadzenia, Staruchu?

Nawet wiatr przestał nieść łowiecki zew watahy, jakby chciał otulić święte miejsce nimbem ciszy.

:O Jakie to ładne! I nie znałem słowa nimb. Zaczynasz z wysokiego C, Finklo! ;D

 

Hm. Chyba dopiero na tak małej objętości mogłaś pokazać pełnię mocy swych słownych wodotrysków i zastosować niezaprzeczalnie zachwycające ich stężenie. Jest statycznie, właściwie nic się nie dzieje oprócz finału z tyłka, ale ten szorciak jest taką ucztą dla oka, że ostatecznie mi się podobało.

Tego, co stało się później, nie chcę pamiętać, ale to wciąż do mnie wraca. I głód też ciągle wraca.

To powtórzenie wygląda dość niefortunnie. Krótsza fraza, np. “I głód również” byłaby, IMO, bardziej dobitna.

 

Rozumiem klasyczną koncepcję drugoosobowego monologu, będącego zwrotem do utraconego kochanka. Taką nostalgią naprawdę łatwo mnie kupić. :p Coś się jednak rozlazło gdzieś za połową. Zaczęło się eterycznie, szczegółowo i klimatycznie. Spodziewałem się większego dramatyzmu. Tymczasem bohaterka w sumie bardzo obojętnie relacjonuje akt morderstwa i nie reaguje jakoś szczególnie na fakt, że jej kochanka już nie ma. Więcej egzaltacji w końcówce zadziałałoby tylko na korzyść tego szorta. A tak – niewykorzystany potencjał.

Podobnie jak w przypadku “Kroków komandora”, tak i tu widać, że świetnie orientujesz się w realiach historycznych. Problem jest taki, że ja nie i chyba mam jak Darcon czy Finkla, że nie potrafię czerpać pełnej przyjemności z lektury, bo nie wszystko rozumiem, bo jest zbyt hermetycznie.

Impresja z muchami bardzo udana, ale nie potrafiłbym powiedzieć, co w tym szorciaku właściwie się stało. Napisane bardzo porządnie.

Hm. Zwracasz uwagę na takie niuanse, że zazwyczaj w ogóle nie pochylałbym się nad nimi dłużej. Taka drobiazgowość, wydaje mi się, zabija trochę przyjemności z lektury. Z drugiej strony trudno nie przyznać Ci w wielu aspektach racji. Przerabianie tego szorciaka mija się już chyba z celem, lecz będę uważniejszy na przyszłość. :)

Co do książek, zachwycałem się ostatnio twórczością Cormaca McCarthy’ego i Andre Acimana. Niestety, jako że mamy czerwiec, obecnie tkwię w skomplikowanym związku z wiekopomnym dziełem Andrzeja Szczeklika. ;D

Dzięki, Darconie! Miałem chwilę konsternacji, czy aby na pewno skomentowałeś dobre opowiadanie, wszak nie przypominam sobie tworzenia postaci żadnego filantropa. Ale to musiała być jakaś podła autokorekta i chodzi zapewne o likantropa. ;D

Anet, Wybranietz – dzięki za komentarze.

 

Tarnino, chyba pierwszy raz obcuję z Twoim komentarzem pod moim tekstem i nie będę ukrywać, że jestem pod wrażeniem łapanki. Dziękuję za garść wartościowych spostrzeżeń. Parę poprawek naniosłem. Z częścią uwag byłbym jednak skłonny dyskutować.

Zauważyłem, że w swoich sugestiach skłaniasz się do dosłownego opisywania różnych rzeczy, z trzymaniem się dość sztywno znaczeń poszczególnych słów. Mam w tej kwestii inne, bardziej liberalne poglądy, zapewne przez dobór książek jakie ostatnimi czasy czytuję, toteż nie mogę się zgodzić, że “przyciśnięcie” ucha do drzwi brzmi lepiej niż “przylepienie”. Oba słowa niosą tę samą informację, pierwsze jest jednak bardziej oczywiste, bezbarwne. Drugie zaś ma w sobie posmak pewnej zapalczywości, z którą wykonano czynność. Nie widzę tu błędu, widzę natomiast próbę ingerencji w styl.

Niegdyś imponował krwistym odcieniem,

Komu?

To nieistotne. Gdyby zdanie brzmiało “niegdyś latał niebieskim samolotem”, nie dopisywałbym informacji gdzie, z kim i po co, jeśli te dane byłyby zbędne dla treści opowiadania. To, komu imponowała barwa pledu jest jednakowo zbędne.

 

 Chatynka stała nędznie

Nie można stać "nędznie" – opisz ruinę chatki.

A przysłówek stał się przymiotnikiem i zamieszkał między zdaniami. Dajcie mi święty spokój z tą chatynką, amen. :p

 

przemieliła go w ustach z chrzęstem. Przełknęła z grymasem.

Trudno wymieszać palec z chrzęstem, a możesz też trochę to zróżnicować: z chrzęstem zgryzła, zżuła i przełknęła, krzywiąc się.

Znowu: przemielić to niedosłowny synonim żucia. IMO bardziej dosadny. Twoja propozycja przypomina instrukcję żucia palca, a mi potrzeba było jednego, wyrazistego słowa.

 

 żadna reakcja nie nastąpiła.

Nie można po prostu: nie było odpowiedzi?

Tu akurat wyszła moja podświadoma awersja do czasownika “być”. :p

 

 łańcuch kończył się ślepo

To znaczy jak? Po prostu nie było przy nim psa.

To z kolei wpada trochę w medyczny żargon, ale myślałem, że będzie zrozumiale. Nikt się na ten fragment, prócz Ciebie oczywiście, póki co nie skarżył, dlatego na razie zostawię jak jest.

 

Niemniej jeszcze raz ślicznie dziękuję za ciekawe uwagi. :)

Super, że zajrzałaś, Werweno. :D

Naruszona kompozycja – hm, coś w tym może być. Wszak w finale tych wiadomości, IMO, nie jest aż tyle, ot wykładane są dwa punkty widzenia i pośrednio trzeci. Natomiast faktycznie, w porównaniu do początku szorta, natężenie informacji zauważalnie wzrasta. Niemniej przyznam, że chciałem początek uczynić takim niejednoznacznym i nieoczywistym, na co zwróciłaś uwagę, przez co nie mogłem aż tak wiele danych przemycić tam i musiałem przerzucić je na końcówkę.

Tak więc uwaga cenna, ale myślę, że nie będę już tutaj nic kombinować, bo tekścik krótki, konkurs szybki – lepiej spożytkować siły na coś konkretniejszego. :)

A co ma bycie lichym do bycia bogatym? Przeciwieństwem lichego jest, no nie wiem, dostojny, reprezentatywny, od biedy imponujący. A “licho” w tekście pojawia się tylko ten jeden raz, wszak o żadnych diabłach i innych czortach mowy tam nie ma. :p

Dzięki za kolejne opinie.

 

Finklo, zajrzałem sobie podczas pisania do sjp i stoi tam, że “licho” to synonim słowa “nędznie”, a ponieważ potrafię sobie wyobrazić, że chatka stoi nędznie, to zostawię jak jest. Cieszę się, że się spodobało.

 

Żongler, no cóż, pod poprzednim moim tekstem się nasłuchałem, że nikt nic nie rozumie, więc myślałem, że 7k znaków i trójka bohaterów rozwiąże mój problem z niejasnością. Och ja, naiwny! ;)

Dzięki za komentarze. :)

 

ac, cholera, konkretnie musiał być wzdęty ten brzuch. Że też taki syf się zawsze ostanie, coś okropnego. Poprawiam!

 

stn, ciekawe jakbyś śpiewał, jakby się na Ciebie wilk, nawet wychudzony, czaił! :p

Co do dialogów – pogłówkuję, ale cudów nie obiecuję. Zawsze powtarzam, że 10k to drakoński limit dobry może na napisanie wstępu. ;D

Podobało mi się zarysowanie świata. Oszczędne, z wykorzystaniem raptem kilku pojęć i odniesień, ale wypadło IMO spójnie i wiarygodnie. Zwłaszcza ta wariacja wilkołaka wypadła super!

Co do historii, jestem mniej usatysfakcjonowany. Niby jest jakaś akcja w postaci ratowania chłopca, ale to tylko akcja pretekstowa, by główny bohater miał potem z kim rozmawiać, a nie mówił do siebie. Nie popycha ona wiedzy czytelnika na temat historii w żaden sposób. Zgodzę się tym samym z kimś wyżej, że wygląda to tylko na wycinek większej całości, a kilkanaście tysięcy znaków więcej mogłoby zdziałać cuda.

– Czego też ten szmatławiec nie wymyśli – wymruczała markiza Henrietta, plując dookoła okruszkami bajgla. Nie miała zbyt wysokiego mniemania o „Dzienniku Rikejskim”.

Nietrudno się tego domyślić z wypowiedzi markizy.

 

A to rozpraszały go dźwięki dochodzące zza otwartego okna, a to ktoś, kto przechodził akurat korytarzem, a to wreszcie kot, który bawił się, grzechocząc jakimś przedmiotem po parkiecie.

Dziwne zdanie. W wersji bez “kto” i “który” wygląda IMO schludniej, bo jest mniej kombinowania i wszystkie składowe zdania są wtedy podobne morfologicznie.

 

Jednak minęły kolejne dwa tygodnie, policja robiła, co mogła, Cercare Lete robił to, czego nie mogła, i dalej nic się nie wydarzyło.

Rewelacyjne zdanie!

 

 

Diabeł i wieś w opowiadaniu Joseheim? Nie może być! Cieszę się, że wzięłaś sobie do serca moje nieśmiałe uwagi, aby zmieniać scenerię od czasu do czasu, wszak zamiast wieśniaków mamy tutaj arystokratów. Cieszę się z małych rzeczy, naprawdę. :p

Nie będę ukrywać, że mi się nie podobało. Nie dlatego, że źle napisane, bo napisane bardzo dobrze. Nie podobało mi się, bo mam wrażenie, że taką opowiastkę widziałem już w mniej lub bardziej zmienionej wersji niezliczoną liczbę razy.

Nie podobało mi się, bo ten Twój diabeł jest piekielnie ;) określony. Pokazując tę postać, nawet nie silisz się na jakąkolwiek szarość. Diabeł może zrobić co chce i nic go nie limituje. Ściąga sobie dusze do piekła, niezależnie od kosztu, bo tak. Na cwaną próbę Deinharda, który chciał zrobić mu krzywdę, reaguje oświadczeniem, że jest nietykalny. Krótko mówiąc, diabeł jest przezajebisty i zły tylko dlatego, że jest diabłem. Nudzi mnie to przeokropnie.

Nie podobało mi się, bo Twój anioł wygląda, jakby był pomiędzy postaciami tylko z przyzwoitości, jako niby przeciwwaga dla diabła. W istocie cały ten anioł nic nie może, mało tego odzywa się raptem w końcówce, że no w sumie, to mógłbyś się trochę ogarnąć, Deinhard, z tą czarną magią. Dzieciak mu każe spadać, a on spada. No ręce mi opadły. To po co on tam był cały ten czas? Jak na dekorację, strasznie dużo znaków zajmował. Postać sroki podobała mi się, kota mniej, bo bardziej wyświechtana, niemniej ten zwierzyniec miał swój urok. I wtedy dotarłem do finału z mrocznym panem w garniaku (co nie było aż takim policzkiem, wszak zdążył się już pojawić i zrobić kiepskie wrażenie wcześniej) i z monumentalną personą objuczoną płonącym mieczem. Klisza kliszę pogania.

Nie podobał mi się główny bohater. Zajebistość diabła udzieliła się i jemu – jest szalenie inteligentny na swój wiek, mrukliwy, ma celne riposty, ma się za lepszego od innych. I tak dalej. Taka kreacja postaci też trąca myszką. Do tego zamazuje kompletnie obraz przemiany, jaka chyba miała tu zajść – z dobrej osoby w złą. Pominę już fakt, że określanie postaci jako “dobre” lub “złe”, jest dobre w bajkach czy innych Bibliach, a mnie szlag trafia, gdy autor stawia na taką zero-jedynkowość. Moim zdaniem Deinhard nigdy nie był dobry – zaczynał od poziomu co najwyżej neutralnego. Uratowanie kota przed głupimi dziećmi, to nie przejaw dobra, lecz normalności właśnie.

Podobały mi się natomiast postaci poboczne – tak Albert jak i markiza wypadli pełnokrwiście i byli wartościowymi elementami scenografii. Aż chciałoby się rzec, że szkoda, że pełnili w sumie tak niewielką rolę.

 

PS. I trochę śmiechłem, że stolica Jordu nazywa się “stolica”. To było zamierzone?

Strzał z bliska, a tym bardziej z przyłożenia, niesie tak dużą energię, że w tkankach tworzy się tunel. Żebra raczej nie są na tyle wytrzymałe, żeby zatrzymać pocisk, więc przeszedłby on na wylot. Tym samym odma byłaby najmniejszym zmartwieniem takiego delikwenta – wykrwawiłby się do wewnątrz i na zewnątrz. Podręcznik do medycyny sądowej porównuje postrzał z bliska do uszkodzenia dużego naczynia, a to bardzo szybka śmierć.

Stąd nóż wydaje się dużo sensowniejszą opcją. :)

Cóż, krajobraz wyobraźni raczej nie jest uniwersalny. Nie powiesz chyba, że po umyśle Beksińskiego fikały różowe jednorożce. ;)

Klimatyczna historia, niepokojąca, do tego napisana dojrzałym, dobrym stylem. Sęk w tym, że motyw historii w historii raz że trąca już trochę myszką, a dwa nie jest to ani forma przesadnie dynamiczna, ani przykuwająca zbytnio uwagę. Takie opowiadania trzeba chyba rozstrzygać zwięźlej, w przeciwnym wypadku powstaje ściana tekstu jak na końcu, dynamika siada, a przyjemność z lektury maleje.

Ło, dobre! Z początku byłem powściągliwy w zachwytach, bo myślałem, że to kolejne opowiadanie, w którym ktoś coś opowiada i niewiele z tego wynika. Ale w tym niedługim szorcie udało Ci się wykreować jakiś taki nastrój niepokoju sugestią, że być może bohaterowie mówią o sobie.

A być może nie. ;) Tekst warty klika!

Doceniam próbę, Coboldzie. :)

Co do fragmentów, na które zwróciłeś uwagę – trele i zakola poprawiłem. Noszenie oblicza moim zdaniem ma sens. Chodzi o niejako przybranie maski – stężałej miny, nadającej powagi, czyniącej bardziej groźnym w sytuacji, gdy jest się oprychem, gotującym się by kogoś skrzywdzić, jednocześnie pewnym swoich pobudek.

Aldric jest starszy wizualnie, ale to Maxim jest jego dziadem. Zaś odmienianie nazwiska “Kyurnaca” to koszmar i w sumie nie wiem co z tym fantem zrobić. :p

Dzięki za komentarz.

Przez kolejne trzy dnia Beata i Michał nie zamienili ze sobą słowa.

 

Cud[+,] a zdaniem Beaty Latający Potwór Spaghetti[+,] sprawił, że pseudokomunistyczny przywódca zaatakowanego państwa nie odpowiedział agresją na agresję

 

Zielone akacje, błękitne niebo, białe obłoczki,

Akacje rosną na sawannie. W Polsce rosną robinie (akacjowe).

 

Chodźmy na górę, weź sobie jakiś ubrania i co tam jeszcze potrzebujesz.

 

Bardzo statyczne wyszło to opowiadanie. Ponad 40k, a oni praktycznie non stop tylko gadają. I się ruchają. Kompletne zbiła mnie z tropu informacja, że bohaterowie obchodzą piętnastą rocznicę ślubu, bo zachowywali się – tak przed, w trakcie, jak i po katastrofie – jak para szczyli, których związek spaja jedynie chuć. Ciągle płacząca, czasami nie wiadomo nawet dlaczego, Beata irytowała mnie, zaś jej leniwy mąż wypadł w porównaniu do niej dość bezbarwnie. Czyta na okrągło newsy, buduje schron, nie chce dzieci i jest ateistą – niby wiele cech, a jednak zabrakło mi głębszego wgryzienia się w jego osobowość, chociażby w porównywalnym stopniu co u Beaty.

Nastrój zmieniał się jak chorągiewka na wietrze z poważnego na zabawny i odwrotnie. Fajna scena z różową pościelą, ukazująca czułość i jakoś charakteryzująca tego Michała. Cóż z tego, jak za chwilę się ruchają bo tak, a potem gadają od rzeczy. Nie nazywałbym tego jeszcze absurdem.

Krótko: napisane bardzo porządnie, ale jak dla mnie zbyt przegadane.

Ale Jose i Śniąca chyba brały urlop na kwiecień, nie na maj…

Ups, faktycznie. Dzięki za czujność, fun! Zatem, zmiju, możesz się spodziewać dziewięciu komentarzy. :D

Wie; co ma nie wiedzieć. Mało tego, jeśli jakieś opowiadanie dostanie piórko, czeka go komentarz od samego Saurona. :p

Piórka to przyznawane co miesiąc nagrody dla najlepszych opowiadań na forum. Twój tekst został nominowany do tego wyróżnienia, o czym możesz się przekonać, śledząc ten wątek. O przyznawaniu piórek decyduje w głosowaniu loża, mająca sztuk członków dziewięć, więc oprócz mojego komentarza możesz się spodziewać jeszcze ośmiu innych.

 

Edytka: w maju dwie lożanki się urlopują, więc komentarzy będzie tylko siedem. Ale dobre i tyle, prawda? ;)

Gdy jesteśmy razem, nic nas nie pokona. Za każdym razem, gdy następował przełom, organizowaliśmy się na nowo i za każdym razem coraz efektywniej.

 

Przepływająca w pobliżu nowej kolonii rzeka nie stanowi przeszkody, której nie mogłyby pokonać.

Decydując się na taką konstrukcję w pierwszym zdaniu, powinieneś doprecyzować co nie mogłoby pokonać przeszkody. Żeby zostać przy bezosobowej formie, zdanie powinno brzmieć: nie stanowi przeszkody, której nie można by pokonać.

 

Nie zauważył[+,] gdy ta wyruszyła

 

Wyższy intelekt poszedł po rozum do głowy

Jaki sens ma to wyrażenie w odniesieniu do AI, która nie ma głowy rozumianej jako centrum zarządzającego całym organizmem?

 

Wnętrze rury jarzyło się nieznacznie bladym światłym, jakby smocza gardziel rozgrzewała się

 

Z tyły dochodziło miarowe brzęczenie rowerów.

 

nagle wystrzeliła z niego błękitna kula światła wielkości piłki golfowej. Świetlista piłka poleciała w kierunku

 

które jak tętnice niewidzialnego potwora rozlały się pasemkami po sporej powierzchni gruntu

Tętnice to biologiczny odpowiednik rur – czy rury mogą się rozlać? Bardziej pasuje coś w rodzaju “rozplenić”.

 

Jeśli o mnie chodzi, to w kategorii takiego rozrywkowo-bibliotecznego opowiadania ten tekst wypada nie najgorzej. Ot, nie zachwyca, ani nie odstrasza. Natomiast na piórko dla mnie zdecydowanie za mało.

Historia wygląda tak: ktoś znajduje robota, wieszczy inwazję AI, naradzają się jak się jej oprzeć, inwazja następuje, ludzie opierają się jej idealnie zgodnie z planem, AI pokonane, koniec. Ach, nie koniec, bo po przewidywalnym finale dostaję finałową porcję infodumpu, którymi poprzetykany jest ten tekst. Nuda, krótko mówiąc. Moje rozczarowanie jest tym większe, że do momentu narady czytało mi się całkiem dobrze i spodziewałem się, że historia skręci w trochę inną stronę. Nagle jednak zaczęły pojawiać się, nie wiadomo skąd, jakieś elementy absurdu, które w połączeniu z dziwnymi, dość nieoszlifowanymi zdaniami, którymi operujesz, wprawiały mnie tylko w konsternację i wyglądały raczej groteskowo niż zabawnie. Nieporadna AI to sympatyczny pomysł, ale sam pomysł niestety opowiadania nie uciągnie.

Dobra, podpowiedź.

 

Serial traktował o intergalaktycznym wyścigu. Na gifie statek, którego używali Ziemianie. :D

Przeczytałem, ale szczerze mówiąc, lektura zostawiła mnie bez szczególnych impresji. Zapowiadało się ciekawie; rozczarowanie córki zoo, choć przewidywalne, wypadło nieźle. Później zaczynają dziać się cuda, a czemu ta matka nie żyje, choć dopiero co żyła, to nadal nie wiem.

Ja mam dla Was kilka grafik koncepcyjnych, na które natknąłem się niedawno w internetach. Ktoś kojarzy ten serial?

 

Pardon, że aż pięć, ale nie mogłem się zdecydować. :D

Wpisałem moje hasło w google. Wyskoczyła definicja wg sjp identyczna z tą Cienia, strona NF z wątkiem konkursowym i strony z bazami haseł do krzyżówek. Krótko mówiąc – kisnę. :D

Wspaniała próba, naprawdę! Aż się teraz chciałoby posłuchać możliwości zespołu w innej stylistyce, np w sf. Scena “po napisach” boska. :D Największy szok tego nagrania zaskoczył mnie jednak na samym końcu – mianowicie Darcon wymawia się przez “c”. :o

Valkan, być może Cię rozczaruję, ale z pewnością istnieją bardziej adekwatne miejsca w sieci do publikowania takich porno-opowiadań… ;)

Tę sprawę pamiętam chyba najlepiej. Pierwsza (+która?) każdemu zapadała w pamięć, bez względu na to, czy była nudna, jak dwóch wielkich panów kłócących się o gruszki na miedzy, czy ciekawa. Ja miałem to szczęście, że moja należała raczej do tych drugich.

Co za koszmarny początek; o co tutaj chodzi? Pierwsze zdanie wprowadza podmiot pojedynczy, który dalej cudownie się rozmnaża. Skąd mam wiedzieć które sprawy są pierwsze, a które drugie, skoro mowa o jednej sprawie?

 

W tym dniu miałem wrażenie, że jestem ważniejszy od wszystkich, bo to ja miałem prowadzić Proces. Co prawda jako jeden z trzech, ale i tak czułem, że rządziłem tego dnia.

Trzech co? Trzech wszystkich? Brakuje tam dookreślenia, np. “trzech sędziów”.

 

Dookoła były drzwi do przedsionków, a między nimi okna, ale usytuowane dużo wyżej, pod samym stropem, żeby nikogo nie dało się przez nie wypchnąć. Strop natomiast ozdobiony był freskiem

 

Tam, dokładnie na północy ze wzniesionymi rękami, bliżej Avrana[+,] jest człowiek.

Przecinek po “Avrana” jest konieczny, bo dopiero tam kończy się wtrącenie – zdanie podstawowe brzmi “Tam jest człowiek”, a nie “Tam bliżej Avrana jest człowiek”.

 

Była letnia noc, siedem lat temu. Wtedy byłem jeszcze zwykłym introligatorem, mieszkałem z żoną na obrzeżach Stajów. Było chłodno jak na lato.

 

Jest coś w tym, co mówi Joseheim na temat stylu. Jest specyficzny, raczej ciężki, nie czyta się tego leciutko, jak tematyka opowiadania mogłaby wskazywać.

Główny bohater, który do tego jest narratorem, tak naprawdę od połowy tekstu nic nie znaczy. Nie rozumiem, dlaczego zastosowałeś narrację pierwszoosobową, skoro opowiadanie właściwie bazuje na monologach postaci, a samych refleksji głównego bohatera jest w sumie garstka. Historia petriady i dwa spojrzenia na nią wypadły ciekawie, ale wykładasz to w dość toporny sposób – najpierw wypowiada się rządca, później petriada. Nie ma konfrontacji, wersja petriady nadpisuje wersję tamtego, wskazuje winnych i ofiarę. Jak dla mnie to niewykorzystany potencjał. Do tego jeszcze wątek Michałka – spodziewałem się, że petriada w końcu uroni tę łzę, chociażby dla świętego spokoju, tymczasem i ten wątek zniknął, nie doczekał się rozwiązania.

Krótko mówiąc, pomysł był całkiem interesujący, ale wykonanie – tak warsztat, jak i konstrukcja fabuły – pozostawiło mnie z niedosytem.

 

Nowa Fantastyka