komentarze: 103, w dziale opowiadań: 103, opowiadania: 57
komentarze: 103, w dziale opowiadań: 103, opowiadania: 57
Bardzo dobre i w sumie dość optymistyczne – wszak jest pewność, że umarli nie odchodzą na zawsze. Dobrze opisany trudny proces godzenia się ze śmiercią najbliższych. Gratuluję!
Jerzy,
dzięki za tekst – klasyczne SF: Kosmos, kolonizacja i zetknięcie z obcymi tam, gdzie byśmy się ich nie spodziewali i po prawdzie nie chcieli. To swoją drogą ciekawy dysonans: niby ich poszukujemy, ale gdy znajdujemy, okazuje się, że zamieszkują habitaty przyjazne dla nas i wtedy zaczynają spełniać definicję chwastu ze słownika Longmana – “roślina rosnąca tam, gdzie nie chcesz, aby rosła”.
Pozdrawiam!
Jerzy,
gratuluję rzucenia palenia! Miło czytać takie dobre wieści:)
I dzięki za info o opowiadaniu. Zajrzę w tzw. wolnej chwili, która jest ostatnio towarem nader deficytowym… w każdym razie, będziesz wiedział:)
Pozdrawiam!
Finkla,
fajnie, że przeczytałaś i dzięki za pozytywny komentarz!:)
Z pozdrowieniami!
Regulatorzy,
cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu:)
Dziękuję za wszystkie merytoryczne uwagi i melduję wprowadzenie poprawek.
Pozdrawiam!
Teo Max,
zacny epigram:)
Czas by ogłosić konkurs poezji poświęconej kotom – pod szczytnym, acz pośmiertnym patronatem Jaśnie Oświeconego Xiążęcia Jego Mości Biskupa Warmińskiego Ignacego Krasickiego, autora Myszeidy. A jeśli będzie to poezja śpiewana, w takt kociej oczywiście muzyki, gdzie mistrz Filip będzie grał, to nie wątpię w końcowy sukces onego przedsięwzięcia, w skali rzecz jasna międzynarodowej. A może i międzygwiezdnej?
Hmm… w sumie książę Popiel, od myszy żarłocznych haniebnie zagryziony, też nadawałby się na patrona – jako smętny przykład tego, co stać się może i z najpotężniejszym zdałoby się człowiekiem, który w krytycznej chwili nie może odwołać się do pomocy kota.
A tak dobrze się zapowiadał!
Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze gratuluję opowiadania!:)
Nie ma za co! Uderzenie metaforyczne i bez użycia siły kinetycznej, więc czuję się świetnie, ach, jak przyjemnie!
Chociaż sytuacja w hospicjum nie napawa jakimś przesadnym poczuciem radości życia, ale udało Ci się zakończyć opowiadanie optymistycznym akcentem. I to cieszy:)
Pozdrawiam!
Betweenthelines,
cieszę się, że przeczytałaś i skomentowałaś opowiadanie:)
Fajnie, że Ci się podobało.
No tak, koci świat rządzi się swoimi prawami… i chyba jest całkiem w porządku, nieprawdaż?
Pozdrawiam!:)
Heskecie,
jaskinia Platona, chciałoby się rzec! Gość nagle odkrywa, że wszystko, czym żył, to były cienie prawdziwego świata. A zatem tracił czas (jeśli, trzymając się wrażeń ze świeżej lektury opowiadania, które napisał Macfry, to tracił także przestrzeń – skoro nie ma między nimi istotnej różnicy, dla fizyków przynajmniej). Idąc dalej, jaskinia, będąc miejscem ograniczonym i zarazem ograniczającym przebywającego w niej starca, jest metaforą ściśniętej przestrzeni (czasoprzestrzeni). Starzec przebywając w jaskini traci zarówno czas, jak i przestrzeń – bo wszak mógłby zająć się czymś pożytecznym gdzie indziej.
A zatem, rozwiąż równanie, gdzie t = czas spędzony w jaskini, zaś x, y, z oznaczają wymiary tejże…
No dobrze, nie będziemy sobie psuć zabawy:)
Dzięki za tekst i pozdrawiam!
Marcfry,
dzięki za tekst. Dobrze, że przeczytałem też komentarze, to już nie będę się czepiać o niepamiętanie jutra (od razu mnie to uderzyło). W takim razie wspomniana czasoprzestrzeń z grawitacją w komplecie postawiona jest na głowie. Co znaczy, że obrazowo wykładasz trudne rzeczy, bo ponoć dla fizyków czas nie ma tak priorytetowego znaczenia, jak dla przeciętnych zjadaczy kajzerek:)
Gratuluję i pozdrawiam!
Dzięki za opowiadanie!
Dobrze się czytało:) I jak zwykle – zaskoczenie na koniec.
Pozdrawiam!
Ambush,
dzięki za przeczytanie i sugestie!
Pozdrawiam:)
Grzesiek_W,
dziękuję za tekst i gratuluję! Bardzo dobre opowiadanie. Dwa razy rozwój akcji mnie zaskoczył – najpierw myślałem, że Milena spróbuje zgładzić technika, a potem, że technik jednak zresetuje pamięć chłopca. Gość okazał się lepszy, niż podejrzewałem:)
Pozdrawiam!
Hesket,
przyznaję, że dałem się zwieść i też myślałem po przeczytaniu opowiadania, że to Wiewiór wszystkich wykańcza. A tu okazuje się, że okazuje się on kimś na kształt “Ducha sprawiedliwości” z innego opowiadania, który poniekąd chroni chłopca przed kochasiem matki.
Chyba, że znów coś pomyliłem…:)
Pozdrawiam!
Hesket,
dzięki za przeczytanie! Miło mi, że tekst spodobał Ci się:)
Pisałem w czasie wypadu na wieś, gdzie w okolicy rzeczywiście takowy mecz rozegrano; szczegóły oczywiście pozmieniałem…
Pozdrawiam!:)
O, kurczę, ale fajny tekst! Podobał mi się:)
No i kot odpowiednio dowartościowany.
Dobry pomysł z kalibracją rzymską. Zaraz się okaże, że różne kopce Kościuszki, powstańców styczniowych etc., sypane tu i tam po różnych miastach, mają za cel główny (acz steganograficzny) doprowadzić liczbę wzgórz miejskich do wymaganej siódemki.
Dzięki za tekst!
Pozdrowienia:)
No, dobre opowiadanie! Gratuluję!
Faktycznie można się przywiązać do różnych rzeczy nawet, nie mówiąc o ludziach, zwierzętach i miejscach. “Stare żelazko było lepsze”, nawet jeśli nowe ma więcej funkcji i technicznie jest lepsze (przykład z głowy). Pewnie dlatego, że sami nadajemy sens naszemu otoczeniu, “uczłowieczamy” je….
Zauważyłem, że bardziej porusza zniknięcie czegoś z krajobrazu – nawet rozebranie starej rudery – niż pojawienie się czegoś nowego. Bo z ruderą są związane nasze wspomnienia (przechodziłem zawsze koło niej, idąc do szkoły i to były stare, dobre czasy… itp.:)
Pozdrawiam!
Melancholio,
sądzę, że wielu autorów nawet nie podejrzewa, co “miało na myśli”:)
“Ja tu tylko tak dla rymu pisałem…” – a tu głębokie sensy i interpretacje, że głowa mała!
Pozdrawiam serdecznie!:)
Melancholio,
dziękuję za przeczytanie i miłe słowa:)
Staram się nie popadać w zbytnią powagę, bo ta – jak wiadomo – zabija powoli…
Pozdrawiam!:)
Bruce,
dzięki za przeczytanie i wszystkie fachowe uwagi, jak zawsze! Ile by człowiek nie sprawdzał, zawsze coś umknie. Przejrzę jednak pod wskazanym przez Ciebie kątem i poprawię, co trzeba.
W kwestii fantastyczności – prawdziwe (no, rozumiemy:) są wszystkie opisane wydarzenia. Część przekazana w formie wspomnień bohaterów, część w bezpośredniej narracji, a więc owa złowroga głowa, mara męcząca konia, dwugłowy żółw etc.
Teo Max i Melancholio,
dzięki za przeczytanie. Fajnie, że Wam się podobało:)
Co do głowy, to faktycznie z życia wzięte (tylko oryginalnie głowę pozyskano ze starego, opuszczonego cmentarza niemieckiego; tu trochę udramatyzowałem…).
Pozdrowienia dla wszystkich!
Finkla,
dzięki za przeczytanie i komentarz. No tak, Staś jako chłop – podobnie jak kot – do wyższych celów stworzonym jest…
Pozdrawiam!:)
PS białej rasy, rzecz jasna… sorki za literówkę:)
Dzięki za tekst!
Oglądałem był kiedyś w tv takowy program naukowy, w którym za pewne udawano, że człek białej rady odczuwa mimowolny niepokój w obliczu np. Murzyna i vice versa. Ergo zetknięcie się z lekarzem tej samej rasy ma być mniej niepokojące niż w przypadku, który tu został opisany.
Zatem, zakodowana “w genach” obawa przed obcym (inżynier Mamoń kłania się:)
Pozdrawiam!
Dzięki za opowieść!
Dobrze, że jeszcze mamy świadomość istnienia AI. Może kiedyś przyjdzie dzień, że oficjalnie zostanie “skasowana”, ludziom zwróci się “wolność”,, a nieoficjalnie AI będzie działać dalej, z ukrycia… żeby nie sfrustrować ludzi nagłym spadkiem możliwości poznawczych i kreatywnych. Myślisz wtedy, że to ty jesteś taki mądry, a tu, prawdaż, AI, specjalnie sprofilowana właśnie dla ciebie, będzie ci we wszystkim pomagać i prowadzić. Wersja dla krawcowych, budowlańców, hydraulików, kierowców ciężarówek etc. “Kowalski wydawał się być stworzonym do bycia kierowcą. Jakby urodził się z kierownicą w rękach!” mówili. A tymczasem AI wybrała go sobie na kierowcę i od urodzenia sterowała rozwojem jego zainteresowań i umiejętności w tym właśnie kierunku. Nowy, lepszy świat!
Pozdrawiam!
Melancholio,
dziękuję za przeczytanie. Miło mi, że Ci się spodobało:)
Regulatorzy,
jak zwykle wielkie dzięki za fachową poprawkę. “Cłoziekoziu się zdaje, ze uni godoć i psisać po polsku”, że odwołam się do gwary, a tu proszę – nic bardziej mylnego!
No i cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu:)
Z pozdrowieniem dla Was obu!:)
PS W sprawie zwierzęcej tożsamości mam “w zanadrzu” małą niespodziankę…
No, nie wiedziałem, że na krańcach Układu Słonecznego tak wiele się dzieje!
Piękne, ciepłe opowiadanie (zważywszy na niskie temperatury w tamtejszej okolicy, tym cieplejsze:) i z pozytywnym przesłaniem. Gratuluję! Czytało się przyjemnie i zostawiam je sobie w głowie na noc. Jeszcze tylko rzut oka na rozgwieżdżone niebo przydałby się, aliści dzisiaj dżdżyste chmury stoją temu na przeszkodzie. No nic, Neptun i familia nie uciekną…
Pozdrawiam!:)
Bardzo ciekawy tekst! Podobał mi się:)
Duch Sprawiedliwości działa jak szatan z opowieści ludowych – wymierza sprawiedliwość, ale okrutnie i idąc “po trupach” do celu.
Polityka trochę szkoda, bo ostatecznie jego upadek niewiele zmienił. Ten i ów dostał odszkodowanie, ale system się obronił.
O marnym końcu poczciwego sierściucha już i nie wspominam…
No i wreszcie najbardziej wyrafinowany sposób uśmiercenia społecznego: zrobić z kogoś wariata. Całkiem jak u Sowietów, kiedyś. I u nas dziś, acz w bardziej zawoalowany sposób.
Pozdrawiam!:)
Teo Max, Grzesiek_W i Prestidigitatorze,
dziękuję za przeczytanie i komentarze. Miło mi, że tekst Wam się spodobał:)
Tak, koci świat rządzi się swoimi prawami…
Co do wątków pobocznych – faktycznie, wrócą w kolejnym odcinku. Tu niektóre sprawy dopiero sygnalizuję.
Pozdrawiam serdecznie!
Po pierwsze, nie szkodzić!
Stara maksyma medyków wiecznie żywa:)
No i jak rozumiem, teraz to już na dobre możemy pożegnać się z obiecanymi telefonami od lekarza, pytającego zawczasu o nasze zdrowie…:)
Gratuluję pomysłu i pozdrawiam!
I bądź tu człowieku (czy kocie) uczynny!
Dobry, śmieszny kawałek! Dziękuję i gratuluję!:)
Swoją drogą, czy dobrze rozumiem, że tytułowy Tadeusz bynajmniej nie wybaczył nikomu żadnej z krzywd, które doznał (może i mniemanych, w niektórych przypadkach?), co spowodowało, że stał się podatny na wpływ złej mocy. I gdy spotyka się z nosicielem onej mocy, łatwo jej ulega i faktycznie staje się jej niewolnikiem – z radością śpieszy po zemstę, która da mu w efekcie jakąś satysfakcję (w pierwszej kolejności), a potem…? Dalsze uzależnienie? Jeśli dyspozytor złej mocy zażąda odeń spłaty rachunku (zobacz, pozwoliłem ci się zemścić na twych wrogach), co w zamian Tadeusz będzie musiał zrobić?
Alternatywnie, zło jest bezosobowe i Tadeusz sam jest jego dysponentem, skoro nieoczekiwanie i być może przypadkowo znalazł doń dostęp (choć Tolkienowsko pasowałoby, żeby artefakt “pozwolił się znaleźć” przygotowanemu doń duchowo człowiekowi). W takim przypadku może rosnąć w siłę i szaleć dalej, aż do starcia z godnym siebie przeciwnikiem…
Tak sobie dywaguję:)
Pozdrawiam!
Ciekawy tekst, z zacięciem eschatologicznym (tak przynajmniej go odczytuję). Podobało mi się fiasko użycia czarnej magii, która wiele obiecuje, ale w efekcie przynosi nieszczęście. Ostatecznie uciekająca się do niej osoba ginie w ogniu (wiecznym?).
Pozdrawiam!
Wymagające, ale i wciągające. Musiałem nad tym nieco podumać…
Pozdrawiam!:)
Teo Max,
dzięki za śmieszny szort! Porządek w aktach (kuchni) musi być, bez względu na ustrój (i galaktykę).
Tak trzymać!:)
Pozdrawiam!
Regulatorzy,
dziękuję za zachętę! Mam nadzieję sprostać wyzwaniu:)
Jerzy,
fajnie, że przeczytałeś:) Rzuć palenie i jedz orzechy! (a propos, mój dziadek zastąpił fajki landrynkami, po czym przytrafił mu się przypadek z osą, która też miała na nie chrapkę… hmm… może to opisać?)
Hesket,
dzięki za dobre słowo! Cieszę się, że opowieść Ci się spodobała.
Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do lektury “Myszy”.
Regulatorzy,
dziękuję pięknie za Twoją opinię:)
Tak, mam w zanadrzu dwa opowiadania z udziałem Stasia et consortes i jak tylko osiągną stan pozwalający na ich publikację, wrzucę je do poczekalni.
Pozdrawiam serdecznie!
Ciekawe ujęcie tematu:)
“Zająłbyś się czymś poważnym”, chciałoby się rzec o każdym, kto musi pisać (albo czytać:)
W czasach przed wynalezieniem pisma byli pewnie tacy nałogowi opowiadacze, którzy snuli przy ognisku różne wymyślone historie. Bez tego “bajania” nie byłoby jednak kultury, która w gruncie rzeczy jest poświęcaniem czasu i sił na robienie różnych “zbędnych” rzeczy.
Opowiadajmy i piszmy więc!
Pozdrawiam:)
Poruszające opowiadanie.
Odczytuję je również jako opowieść o bezsilności zmarłych, którzy tyle chcieliby jeszcze przekazać, ale nie mogą…
Pozdrawiam!
Kronos.maximus,
dzięki za przeczytanie i komentarz!:)
Pozdrawiam!
Grzesiek_W, Teo Max i CZARNA2,
dzięki za przeczytanie! Fajnie, że tekst Wam się spodobał. Kontynuacja jest już w komputerze, ale jeszcze oszlifowania wymaga. Koming sun…
A szczegółowo:
Grzesiek_W,
ciekawy pomysł – gdyby tak “przesądy ludowe” w konkretnym przypadku stawały się faktem, byłaby to rzeczywiście fantastyka. Do zapamiętania i wykorzystania, dzięki!:)
Teo Max,
dzięki za podpowiedź w sprawie “dorośle”; rzeczywiście brzmi lepiej i już poprawiłem:)
Pozdrawiam wszystkich!
Najpierw myślałem, że chodzi o nieboszczyka. A tu – pomnik. Dobre!
Pozdrawiam!
Na wysypiskach nie tylko Godzille się rodzą, jak widać…
Dzięki za opowiadanie – dobrze się czytało!
Pozdrawiam!
jfrydr i chalbarczyk,
dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że tekst Wam się spodobał:)
Hmm… rycerz mógł raczej żałować, że nie dał drapaka razem ze smokiem (jego myśli wszak krążyły czasem wokół bestii), ale że palił się do żeniaczki, a kasztelanka nadobną wielce była, tedy w sumie narzekać nie uchodziło. A że chwilami ckniło mu się i rad by wrócił do przygód z kawalerskich czasów, to już chyba zwykła rzecz:)
Pozdrawiam serdecznie!
Drodzy,
zbiorczo odpowiem, jeśli pozwolicie:)
Dziękuję za wszystkie komentarze i poprawki (wprowadziłem:). W Ortelsburgu rzeczywiście zagnieździła się literówka… Wyspa wskazana:)
Ha, nie spodziewałem się, że jedno słówko taką dyskusję wywoła, ale w rzeczy samej – rycerz kazał się prowadzić do kasztelana, jako że nie uchodzi samemu się wpraszać. Stąd owo “wieść”.
Pozdrawiam serdecznie!
Nie wiem, czy to zamierzone, ale trudności ze zorientowaniem się “w cziom dieło” oddają stan skacowania głównego bohatera…
Pozdrawiam!
Robercie,
dziękuję i gratuluję! W dobie szalejącej (szaro się gęszącej?:) sztucznej inteligencji warto przypomnieć, czym może skończyć się niekontrolowana symbioza człowieka z maszyną…
Pozdrawiam!
Grzesiek,
trochę kultem jednostki zalatuje:)
Wszak Sojuz nieruszymyj pozbywszy się religii, stanął wobec takiego problemu i zaczął tworzyć jej parodię – mauzoleum “wiecznie żywego Lenina”, pieśni na cześć i ku czci; słynne obchody setnej rocznicy urodzin wodza rewolucji z obowiązkowym medalikiem z wizerunkiem “dzieciątka Lenin” w klapie itd. irp.
Jednym słowem, Twoja wizja jest bardzo prawdopodobna:)
I zgadzam się, że to dobry zadatek na coś większego.
Pozdrawiam!
No to jesteśmy we współczesnym Circus Maximus.
W świecie, gdzie bardziej dba się o zwierzęta niż o ludzi.
Obyś nie wykrakał!:)
Bo ogólnie, pomysł przedni!
Pozdrawiam
Seria niefortunnych zdarzeń. Wszystko, co robimy, może mieć swoje nieoczekiwane konsekwencje w bardzo odległej przyszłości. Hmm…. zarazem śmieszne, jak i z przesłaniem.
Ufajmy, że Twoje opowiadanie będzie miało dobroczynne skutki!
Pozdrawiam!:)
No, a potem pacjent udaje się do dentysty. Ten do niego:
– Potrzebne kanałowe, podam znieczulenie.
Gdy zaczyna działać, gość widzi, że dentysta to żywy trup…
Pozdrawiam!:)
Dobrze, wprowadziłem poprawki:)
Co do “wieść” – jako bezokolicznik od “wiodę”. O “coby” pisałem. A, jeszcze złotem muszę obdarować. OK, to komentarz zamieszczam i zaraz wracam do edycji…:)
No, i dzięki za wyłapanie literówki w Ortelsburgu!
Z pozdrowieniami:)
Bruce,
dziękuję za przeczytanie, dobre przyjęcie i fachowe uwagi. Język celowo archaizowany (np. coby jako żeby tudzież zachowanie nazw miejscowości, jakie nosiły w opisywanych czasach – akcja dzieje się w XIV w.; zatem obecne Szczytno to Ortelsburg, komtur ostródzki to osterodzki itd.). Oczywiście poprawię ewidentne pomyłki, choć już nie dziś chyba…
Alicjo,
wielkie dzięki za przeczytanie i miły komentarz:) Cieszę się, że Ci się spodobało.
Pozdrowienia dla Was!:)
Wypisz, wymaluj: Anioł Stróż!
Ha! Tekst pasuje do zdjęcia profilowego Autora.
No, rzeczywiście – zaczyna się dość niewinnie, a tu ni z tego, ni z owego, jakbym się znalazł w Ubiku. Gratuluję pomysłu i wykonania!:)
Możliwe, o ile uda się załatwić trochę czasu (może na czarnym rynku?:)
Póki co trzeba doszlifować co innego, a ta myśl niech sobie dojrzewa… aż przyjdzie jej pora.
Z pozdrowieniami!:)
Dzięki wielkie!:)
Czas to towar deficytowy, jak się okazuje. Przychodzi mi do głowy myśl: człowiek, który handlował czasem. Miał wolny na zbyciu i oferował w necie; cena do uzgodnienia w zależności od zamawianej ilości i pory dnia, bądź nocy, kiedy był potrzebny. Po zakupie np, dodatkowej godziny czas wokół ciebie spowalnia (w tempie zgodnym z zamówieniem – im bardziej, tym cena wyższa). Powiedzmy, że w ciągu godziny, jaka mija w realu, kupujący ma do dyspozycji dwie i może dwa razy więcej zrobić, albo się zdrzemnąć:)
To na podstawie filmu o tym, jak przetwarza czas mucha – ponoć cztery razy szybciej niż człowiek. Dlatego trudno ją złapać. Zatem, można by rzec, w ciągu naszej minuty mucha ma do dyspozycji cztery…
Pozdrawiam serdecznie!:)
Dzięki i też pozdrawiam!:)
Regulatorzy,
poprawione. Nic nie umknie Twojej uwadze:)
Sierota z idiotą zostają – ten rym bym zachował.
Pozdrawiam serdecznie!
PS Jak zwykle, kiedy myślałem, że nie będę mieć czasu za dnia, ów się znalazł…
Regulatorzy,
dziękuję za przeczytanie, przychylną ocenę (cieszę się:) i jak zwykle fachowe poprawki. Usiądę do nich pewnie jakimś późnym wieczorem i dam znać, gdy zakończę wprowadzanie.
Pozdrawiam serdecznie!
Bruce,
dzięki za przeczytanie i dobre słowo:)
No i oczywiście za uwagi techniczne. Wezmę się za nie.
Pozdrawiam serdecznie!
Dobry tekst.
Skojarzenie z Greyem także u mnie się pojawiło:)
Podoba mi się to, że bohaterka staje się ofiarą mocy, która działa niezależnie od niej. Ciekawe, czy smok coś z tego ma? Czy co jakiś czas przenosi się na inną ofiarę?
Pozdrawiam!
No, to tym bardziej ciekawe, że pomysł całkiem niezależny!
Hmm… a jeśli karacenowa zbroja Jana III jest tajemnym artefaktem, pełnym mocy niezwyczajnej (ekstraordynaryjnej, rzekłby król Jan), w której łuskach (naturalnie syreniego pochodzenia) zaklęci są “uśpieni rycerze”? Mają powstać, gdy przyjdzie na nas ostatnia godzina…
Tak sobie dywaguję…
Pozdrawiam serdecznie!
Bruce,
ciekawy tekst – gratuluję! Przypomniał mi się od razu Kadmos i wojownicy wyrośli z zębów smoka. A może to zamierzone nawiązanie?
Pozdrawiam!:)
Dzięki, SPW!
Miło mi, że przeczytałeś:)
Pozdrawiam!
Słowa się materializują…
No i bądź tu dobrym policjantem!
Fajny tekst. Pozdrawiam!
Za mało narzekania w komentarzach. Czyżby nikt nie chciał podnieść sobie punktacji? Ludzie, obudźcie się!
Pozdrawiam:)
Toż to bunt maszyn!
Zamiast wykonać polecenie, oszczędza skazańca (a potem, kto wie, może i uwalnia?), po czym oboje wchodzą w komitywę i zaczynają naprawianie świata. Jak to się skończy?
Lepiej od razu wyciągnąć jej wtyczkę… i wezwać serwisanta:)
Ogólnie – bardzo ciekawe, podobało mi się.
Pozdrawiam!
Ostam,
dzięki za przeczytanie i uwagi. Cieszę się, że ogólnie Ci się podobało:)
Co do Janusza, wplotłem informację o profesji w związku z Paszczakiem, w którym ówże gra jedną z głównych ról. Akcja Trawnika dzieje się wśród tych samych pięknych okoliczności przyrody i z udziałem niektórych spośród bohaterów, którzy zmagali się ze złowieszczą gąbką.
Pozdrawiam!:)
Regulatorzy,
jak zwykle celna uwaga językowa, dzięki!
Zmartwiłaś mię tym brakiem wizyt, ale może w świecie paszczakowo-trawnikowym coś da się zrobić?:)
Z pozdrowieniami:)
Hmm… widzę, że nawet w komentarzach dopuszczam się powtórzeń. Na gorąco pisane…
Przynajmniej jednak po wielokropku nie dałem przecinka:)
Pozdrawiam!
Bruce i Regulatorzy,
mam nadzieję, że wprowadziłem wszystkie Wasze poprawki. Jeszcze raz dziękuję!
Kronos,
a propos Twojego pytania o sposób namierzania zmian pogodowych przez Adama. Na tym etapie opowiadania nie wydało mi się konieczne precyzyjniej to określać, bo chciałem się skupić na intrydze kolejnych porwań etc. Intuicja jest dobra, choć w moim wyobrażeniu miało to wyglądać nieco inaczej.
A zatem, gość odczuwa zmianę pogody na coraz większym obszarze z każdym kolejnym złamaniem – jeśli z lewej strony ciała, to wyczuwa pogorszenie, jeśli z prawej, poprawę. Powstają coraz większe kręgi, w jakich odczuwa zmiany, ale kręgi te formują się wokół niego – dlatego np. będąc w bunkrze w Berlinie, wie, jaka jest pogoda tam, ale nie wie, że jest w Berlinie.
Na początku jest prosto, ale wraz ze wzrostem liczby złamań coraz trudniej jest precyzyjnie określić, która właściwie kość go boli. Tu zakładam, że każda kolejna odpowiada za coraz dalszą sferę (okrąg), jaki możemy zakreślić wokół Adama. Dla uproszczenia, mamy w kolejności złamań palce 1, 2, 3, 4 i 5 lewej ręki i – dla odróżnienia – A, B, C, D i E prawej ręki. Jeśli boli go jednocześnie 1 i C, to znaczy, że w strefie pierwszej, w której on się znajduje (nawet nie wiedząc, gdzie jest), pogoda się pogarsza, a w strefie trzeciej właśnie się polepsza.
Im więcej złamań, tym trudniej, zatem – co było w opowieści – konieczna staje się aparatura do precyzyjnego mierzenie, co go właściwie boli i z jaką siłą (im mocniej, tym zmiana pogody gwałtowniejsza). Możemy przyjąć, że złamanie dużej kości, np, udowej, ma większą moc stwierdzania zmian pogody niż złamanie paliczka u dłoni.
Kolejny problem – ból w 1 czy A oznacza pogorszenie bądź poprawę pogody w najbliższym otoczeniu Adama (rzeczone kilkanaście km). Jednak 5 i E oznaczają okręgi dość oddalone od miejsca pobytu, mogące dla przykładu obejmować Pragę, Poznań, Szczecin, Magdeburg itp., jeśli Adam jest w Berlinie (darujcie, jeśli przy ocyrklowaniu Berlina te miasta nie znają się na linii okręgu – to tylko przykład). Zatem jednoczesny ból w 1 i E może oznaczać, że w Magdeburgu zbiera się na deszcz, a w Poznaniu właśnie się rozjaśnia. To wiedza dość niepewna i stąd potrzeba jej dalszego uściślenia. Ergo aparatura i namierzanie, gdzie dokładnie w kliku– lub kilkunastokilometrowej strefie okręgu o danym promieniu, oznaczonym przez ból ściśle określonej kości, pogoda się poprawi bądź pogorszy.
To byłby temat na dalszy ciąg opowieści. Zarys fabuły: po przewiezieniu do Moskwy Adam trafia w ręce specjalistów z GIM-u (Gosudarstwiennyj Instytut Meteopatologii im. Ławrientija Iwanowicza Łamignatiewa), gdzie zaczynają się wstępne rozmowy w duchu:
– Otkuda ty znał, kakaja pogoda w Moskwie?
– Zgadywałem.
– Łżesz, sobaka! Prawdu gowori!
Po czym postulat poddania gościa kontrolowanym złamaniom dla przywrócenia mu zdolności meteorologicznych i zarazem sprawdzenia, gdzie dokładnie i jak ma się pogoda zmienić. Ponieważ Adam owe zdolności utracił po ciosie Mustafy, wzywa się paleometeopatologa, lecz i on niewiele jest w stanie poradzić.
Wtedy jeden z pracowników popiwszy sobie wygadał się żonie, jakiego to ptaszka mają. Ta okazała się przyjaciółką Wiery, żony popa i osobistego spowiednika archimandryty z Ławry Troicko-Sergiejewskiej pod Moskwą. Ławra przeżywa kryzys finansowy, bo wiernych coraz mniej, datków mało, a utrzymanie kosztuje. W dodatku Putin wszystko wydaje na wojnę i obcina subwencję. Pop zwierza się archimandrycie i razem ustalają, że taki cudotwórca przydałby się im w Ławrze. Zaczynają zatem podchody na Kremlu, że to nie po chrześcijańsku i w ogóle, a wreszcie rzucają pomysł, że zdolności Adama to sprawka demoniczna i oni tu w Ławrze mają tęgiego egzorcystę, który już połowę dawnego KC KPZR uwolnił od złego ducha i on musi wybadać, w czym rzecz. Bo pewnikiem to, że teraz nic nie gada i odporny na wdrażane metody, to właśnie z pomocą diabła czyni, który zwykł swych podopiecznych chronić (na co w aktach inkwizycji katolickiej mamy niezbite dowody). Niech go tedy dadzą do Ławry, a oni tu sprawdzą go i sprawią, że znów zacznie pogodę przepowiadać.
Adam pod czułą i dyskretną opieką ludzi z FSB, przebranych za mnichów, zostaje więc skierowany do Ławry, gdzie ma odzyskać – zdaniem archimandryty – swoje dawne zdolności. Egzorcyzm nic nie daje, bo złego ducha jako żywo tu nie ma. Tymczasem Adam przymusowo zapuszcza brodę i włosy i robi za “dziada-cudotwórcę”, który mimo licznych złamań (wystawa fotografii rentgenowskich dostępna zwiedzającym) cudownie się zrósł i teraz w Ławrze pokutuje. Mnisi puszczają plotkę, że dotknięciem ręki uzdrawia złamania, bo skoro sam może, tedy i na innych moc ona spłynąć koniecznie musi. Trzeba jeno być głęboko wierzącym i hojnym dla Cerkwi, bo inaczej nic z tego. Paru podstawionych gości zaświadcza swe rzekomo cudowne uzdrowienia (faktycznie opłaceni pacjenci rządowych szpitali, albo i mnisi po złamaniach). Biznes zaczyna się kręcić, bo oczywiście mało kto doznaje cudownego zrośnięcia kości, ale za to zgromiony przez popów, że niecnotliwie snadź żyje, jako pokutę ma łożyć hojnie na Cerkiew. Aż tu pewnego dnia jakiś zatwardziały ateista i oszust, chcąc zdemaskować fałsz, z udanym złamaniem (fotka rentgenowska i zaświadczenie lekarskie kupione na lewo) przybywa do Adama, by ten go uleczył. Wyciąga doń rzekomo złamaną rękę, Adam jej dotyka i ręka pęka dokładnie w tym miejscu, w którym miała być rzekomo złamana. Facet pada z krzykiem na posadzkę, ogólna konsternacja, aż po dochodzeniu odkrywa się prawdę o oszuście. Mnisi tryumfują, że grzesznik pokarany (który rzecz jasna zaczyna mieć przemyślenia, czy to rzeczywiście nie cud i nie warto by się nawrócić), a lud zachwycony wali drzwiami i oknami do Ławry.
No, daruj, żem się trochę rozpisał, ale tak by to mogło wyglądać…
Dobrego dnia, pozdrawiam!
Michael,
dzięki za przeczytanie. Cieszę się, że opowiadanie Cię rozbawiło
Pozdrawiam!
Regulatorzy,
dziękuję za wszystkie uwagi i poprawki. Powoli wprowadzam, zaczynając od zgłoszonych przez Bruce.
Pozdrawiam!
Dzięki Michael,
cieszę się, że Ci się spodobało. Szkoła pojawia się jeszcze tu i tam; chodzi mi też coś nowego po głowie, jak onemu Gnomowi, więc może jeszcze usłyszymy dzwonek na kolejną lekcję.
Pozdrawiam!
Drodzy,
dziękuję wszystkim za komentarze i uwagi techniczno-ortograficzne. Fajnie, że Wam się podobało. Odpiszę szerzej i poprawię, co trzeba, gdy uda mi się znaleźć tzw. wolną chwilę:)
Na szybko – Mustafa wziął Adama za Ahmeda, widząc go w ubraniu swego podwładnego, ale oczywiście oberwało się Adamowi.
Już po pierwszym zdaniu przyszło mi skojarzenie z filmem “Tysiąc słów” (Eddie Murphy w roli głównej). A drugie – to logowanie: “Udowodnij, że nie jesteś robotem”.
Ciekawy pomysł.
Pozdrawiam!:)
Dzięki, Kapibaro!:)
Robercie i AP,
dzięki za przeczytanie i uwagi. Każda coś mi daje.
Ogólnie – chciałem zostawić Czytelnika w niepewności co do tego, czy nadprzyrodzona groza w istocie pojawia się, czy też mamy kolejny zbieg okoliczności. Każdy interpretuje po swojemu (ja też i zgodnie z Hesketem), a niedopowiedzenia mają zostawić bohaterów (i poniekąd czytelników) w obliczu dylematu: wierzyć czy nie? Mogę spać spokojnie, czy mam się czego bać?
Myślę, że taka niepewność jest na swój sposób dręcząca i zmusza do przemyślenia, z czym my tu naprawdę mamy do czynienia. I czy jest coś poza zasięgiem naszych zmysłów?
Druga sprawa, którą lubię poruszać, to nie do końca uświadomione nawiązywanie kontaktu z tym, co nadprzyrodzone i niekoniecznie dobre. To “coś” tylko czeka na okazję, by wejść w nasze życie. Przytrafiło się to tytułowemu Autorowi z poprzedniego opowiadania (który sam wykorzystał ten motyw w napisanej przez siebie powieści) i teraz trafia się Michalakowi.
Tak więc poruszamy się po granicy, za którą czają się nieprzyjemne rzeczy (istoty), których ignorowanie nie chroni przed nimi, a których nieopatrzne przyzywanie może je sprowadzić.
I możemy w to wierzyć, albo i nie.
Niech każdy sam sobie odpowie:)
No, to tyle skróconej egzegezy.
Pozdrawiam serdecznie!
No, to oczywiście puszczanie wodzy fantazji – do swobodnego wykorzystania:)
Gdy już czytelnik upewni się, że bohater ma zwidy, wtedy znów zwrot akcji. A więc spotkanie z lekarzem, rozmowa o zapomnieniu wzięcia leków etc. Rany, ledwo zdążyliśmy, bo by się pan poharatał! Ma pan kłopoty ze wzrokiem, prawdaż, za mało luteiny, a jest pan namiętnym czytelnikiem. Zamarzyło się panu urządzenie do czytania bez korzystania z okularów. Zresztą, spójrz pan na swoją bibliotekę – okazuje się, że pacjent ma takową i to nieźle zaopatrzoną. Wśród wielu książek “Neurobook i inne opowiadania” autorstwa Lesnegolutka. To stąd pan pewnie wziąłeś pomysł. No, pora na proszki i będzie dobrze. Idziemy spać, kochany.
Po czym w półśnie gość znów słyszy głos z neurobooka, ostrzegający go, że “centrala” zwęszyła, co się święci i przejąwszy kontrolę nad neurobookiem poleciła mu wytworzyć projekcję choroby psychicznej, lekarza itd. To nie dzieje się naprawdę, ja ci to podałem. Jeśli teraz zaśniesz, centrala skończy konfigurację neurobooka i przejmie całkowitą kontrolę nad tobą. Ja (neurobook) zdołałem jakoś obejść zabezpieczenia, ale to nie potrwa długo. Decyduj się teraz i wycinaj mnie, ale to już!
No i gość znów jest w kropce…:)
Pozdrawiam!
Niezły heartbreaker z tego Sambora! Po tylu latach i wciąż miał branie. Hmm…, a może to kwestia wprawy? Zachował zdrowy dystans do swych kolejnych wielbicielek.
Jakby to wyglądało z jego strony, zastanawiam się…
“Ja tu tylko wpadłem na herbatkę, a córka gospodarzy nie spuszcza mnie z oka. Wychodzi człowiek raz na kilkadziesiąt lat do ludzi, żeby się przewietrzyć i zawsze to samo. Już widzę, że młoda chce ze mną uciec. I co niby miałbym z nią robić? Zestarzeje mi się i będzie gderać, że ja się dobrze trzymam i jak ja to robię, i że w ogóle jakiś dziwny jestem, i że złamałem jej serce, a mogłam wyjść za syna sąsiadów itp. To już lepiej zawczasu jej się pozbyć. A potem znów ukrywać się w jakiejś zatęchłej piwnicy… Co one we mnie widzą?”
Pozdrawiam!
No, muszę przyznać, że o tej porze musiałem trochę podumać, by to rozgryźć. Jak się domyślam, powieszono gościa w ofierze bóstwu morza i odczytano przy tym stosowną modlitwę. Akcja dzieje się gdzieś w średniowieczu. Odkurzacz z Pepco jest zabawnym zgrzytem, wybijającym z pogańsko-średniowiecznego klimatu. Pachnie Monty Pythonem. Ja bym zostawił:)
W kolejnym odcinku proponuję pławienie ofiary w darze bóstwom wiatru… Skoro już mieszamy żywioły, to czemu nie?
Z pozdrowieniami!
Ciekawy pomysł – osaczenie przez technologię. W dobie AI całkiem na czasie. Czy to ja piszę ten komentarz, czy edytor tekstu (odpowiednio zaawansowany) podpowiada mi go? Wybieram to, co chcę, czy to, co mam chcieć? Podprogowe sugestie reklamowe chyba już nami co nieco sterują (ponoć). W sumie, mechanizm uzależnienia od używek to podobna sprawa. Zjadłbym ciacho, czy muszę je zjeść, bo coś we mnie (powiadają niektórzy, że bakterie jelitowe:) chcą tego ciacha.
Druga warstwa tekstu, jaką odczytuję – nie ma żadnego neurobooka, jest schiza. I facet za chwilę sam się uszkodzi (na ile trwale?) zwalczając wyimaginowane niebezpieczeństwo. Jeśli będzie ciąg dalszy i w tle pojawi się pielęgniarka, to ta hipoteza się uprawdopodobni.
Gratuluję!
Z pozdrowieniami:)
Szort profilaktyczno-ostrzegawczy. Dzięki!
I w sumie, nie wiemy, co grozi bohaterce – niechciane spotkanie nastąpiło i resztę możemy sobie dopowiedzieć. To mi się akurat podoba.
Pozdrawiam!
Ciepły i suchy maj – czytam opowiadanie, jest styczeń, myślę: dobrze, będzie orzeźwienie. Miła odmiana. Nic z tego! Jest duszne osaczenie, czające się niebezpieczeństwo, bezradny małżonek…
Dobrze, że choć za oknem wiosna, ciepły maj…
Gratuluję i pozdrawiam!
Cześć wszystkim!
Dzięki za Wasze komentarze i – Bruce – jak zwykle za fachowe uwagi.
Cieszę się, że Wam się spodobało:)
Pozdrawiam!
Regulatorzy,
dzięki za dobre słowo i jak zwykle konkretne wskazówki językowe! Siądę do nich mniej wieczorową porą…
Kronos.maximus,
miło mi, że opowieść Ci się spodobała. Dzięki!
“wieje jak w Kieleckiem” – łagodnie powiedziane:)
Ciekawe, jak ów leśny człowiek wspominałby partyzantów i wojenne harce po lasach? No i co sądzi o leśnikach? Może ma dla nich więcej zrozumienia? A nuż właśnie wracał z wizyty w leśniczówce i to go przychylniej nastroiło do ludzi w ogólności. Bo wszak ledwo na nogach się trzymał, prawdaż…
Miło się czytało, dzięki!
Darz bór!
Smutne, ale dobre. Są emocje. I odkrywanie nowej, zaświatowej rzeczywistości. Wciągnęło (kurczę, dobrze, że nie pod wodę!)
Gratuluję!
No, to przed nami kolejny, tytułowy wręcz problem. Jeśli Asterrianie mają przeludnienie, to pewnie szukają miejsca do kolonizacji i nieoczekiwana wizyta Ziemianina przypomniała im ten kierunek. Rozważana interwencja z powodów humanitarnych otrzymuje kolejną motywację. Świeży małżonkowie otrzymują propozycję wyjazdu w podróż poślubną na Ziemię, gdzie mają rozejrzeć się w miejscowych warunkach i przygotować grunt pod inwazję. Dla ułatwienia misji mają lądować w Indiach, gdzie Eve ma odegrać rolę bóstwa, a jej mąż kapłana-proroka, zapowiadającego rychły powrót bogów. W Delhi entuzjazm, bo oto mamy naoczne potwierdzenie prawdziwości religii hinduistycznej. Konsternacja w obozie monoteistów. Chrześcijanie, muzułmanie i Żydzi łączą siły w zgodnej próbie zdyskredytowania Eve jako bogini i zdemaskowania hinduskiej “prowokacji”. Świat staje na krawędzi wojny, bo Delhi zapowiada, że będzie bronić bogini jak niepodległości – no i czeka na dalszą pomoc z nieba. Tymczasem grupa agentów, przeszkolonych przez CIA, Mosad i Hezbollah, podejmuje karkołomną próbę porwania Eve…
Pozdrawiam!:)
Jakby tak się przyjrzeć, to z punktu widzenia kota, zamkniętego w pudełku, Schroedinger też znajduje się w superpozycji – dopóki kot nie wyjdzie z pudełka nie ma pewności, czy jego pan żyje, czy nie?
Regulatorzy,
jak nie zachwyca, skoro zachwyca?:) Wszak autor “Literata” wielkim Autorem był!:)
A poważnie – dzięki za merytoryczne wskazówki językowe.
Skądinąd ciekawe, że opowieść o autorze, którego dzieło przeszło bez echa, sama również nie wzbudza zainteresowania. Może by tak realne komentarze czytelnicze dołączyć do samego tekstu. Opatrzyć go krytycznym wstępem i przypisami? Czy zwiększyłoby to jego zasięg? Hmm…, wolę nie wyciągać wniosków:)
Dobrego dnia!
Robercie,
no tak, oczywiście! Dałem się podpuścić upodobaniu do opowiadania o własnych dziełach! Dobre!:)
Swoją drogą, pytanie jak traktować sprawy religijne – jako fantastykę, czy nie? Bo dla mnie rzeczywistość nadprzyrodzona jest jak najbardziej rzeczywista (w ujęciu chrześcijańskim), więc można by uznać, że pod fantastykę nie podpada, w przeciwieństwie do smoków, wróżek itp. wytworów wyobraźni. Z drugiej wszak, wykracza poza tzw. przyziemną codzienność. Hmm… do przemyślenia.
Z pozdrowieniami! Dobrego dnia!
Betweenthelines,
dzięki za komentarz! Miło mi, że tekst Ci się spodobał.
No tak, szkoła uczy przetrwania…
Pozdrawiam!:)
Robercie,
dzięki za przeczytanie i wszystkie uwagi. W rzeczy samej, bohaterem jest tytułowy Autor (księgowy), a tematem – pokusa diabelska. Księgowy pisze książkę o niewydarzonym literacie (Giermku), który zapragnął kariery pisarskiej nie mając po temu talentu. Z “pomocą” przychodzi diabeł, z czego ateista Giermek nie zdaje sobie sprawy – a raczej nie chce zdawać sobie sprawy, bo coś mu jednak mówi o tym. Diabeł pobiera opłatę w postaci stopniowego niszczenia życia Giermka (na razie doczesnego i rodzinnego zarazem), ale kariera się rozwija. W pewnym momencie wskutek modlitwy wstawienniczej diabeł musi ustąpić, Giermek traci talent, popada w rozpacz etc. W celi więziennej zostaje uświadomiony o prawdziwym stanie rzeczy i przyczynie swego talentu. Gdy już ma się nawrócić, diabeł kontratakuje i powoduje odesłanie go do innego zakładu, gdzie znów literat jest wystawiony na pokusę.
Po czym Autor-księgowy, napisawszy taką umoralniającą powieść, skoro ta okazuje się wydawniczą klapą, sam zostaje wystawiony na analogiczną pokusę.
Pozdrawiam i dobrego dnia!:)
Odechciewa się wyjazdów na wieś!
Dzięki za wciągające opowiadanie!
Przypomina się trochę Lafertowska Makownica z diabolicznym kotem jako dziedzicem i panem na włościach. Chociaż tamten przynajmniej starał się być miły, a ten tutaj to od początku szwarccharakter.
Pozdrawiam!
Witaj Bruce!
Jak zwykle dziękuję za przeczytanie tekstu i fachowe uwagi. Kilka poprawek (ściślej biorąc, dwie – Stefan by rzekł “dwie poprawce”) już wprowadziłem, ale że dzisiaj niedziela, więc nie chcąc brać przykładu z tytułowego Autora, zostawię resztę do dnia roboczego:)
Pozdrawiam serdecznie!
A po kilku latach synek zapyta:
– Tatusiu, a dlaczego ty masz dwie ręce, a mama cztery?
– Bo pracuje dwa razy więcej niż ja.
– Dziewczyny zawsze tak mają?
– Oczywiście.
– Kurczę, dobrze że jestem chłopakiem.
A po kilku wiekach:
Na sympozjum naukowym stwierdzono, że nieoczekiwane połączenie ras, do jakiego doszło wskutek pojawienia się Ziemianina na Asterr doprowadziło do powstania nowej, trzeciej rasy, w której przedstawicieli obu płci można odróżnić po liczbie rąk – mężczyźni mają jedną parę, kobiety dwie (dlatego faktycznie są trudne do odróżnienia od kobiet starej rasy asterskiej).
Jeszcze później – wysłano na Ziemię misję, oczywiście złożoną z samych mężczyzn trzeciej rasy, żeby nie rzucali się za bardzo w oczy. Jeden z nich postanowił zostać. Urodziła mu się córka – z czterema rękami. Wszyscy wstrząśnięci okropną mutacją. Tylko ojciec zachowywał niezmącony niczym spokój.
– W naszej rodzinie to norma – rzekł.
Pozdrawiam i dzięki za fajny tekst!:)
Cieszą mnie konkretne wskazówki, bo wydaje się, że pisać każdy może, a tu proszę – łatwo się potknąć!:)
Żeby jednak Mszę pisać obligatoryjnie jako mszę, to aż nie mogłem uwierzyć i musiałem sprawdzić w SJP. I faktycznie. Anglicy mają tu – zdaje się – więcej wyczucia.
Muszę też przyznać, że po pierwszych komentarzach zacząłem zwracać uwagę na zapisy dialogów w powieści, którą akurat czytałem…
Z pozdrowieniami!
Dzięki za przeczytanie, komentarz i poprawki. Przysiądę do nich:)
Z pozdrowieniami!
Cześć!
Dzięki za pozytywny komentarz i klik:)
Tak, chłopakom zamiana nie wyszła, mimo dobrych chęci obu. Jaś sądził, że wszystko zostanie po staremu, tylko straci Gnoma, który wróci do siebie. Nie spodziewał się żadnych negatywnych konsekwencji. Gnom z kolei wiedział, że osoba obciążona winą nie może wrócić do Skrzaciego Lasu. Przeniesienie kary wygnania na Jasia wydawało mu się dobrym rozwiązaniem, umożliwiającym powrót do domu. Zaklęcie działało skutecznie: winny zostaje, niewinny wraca. Prostoduszny Jaś nie mógł jednak zostać obciążony winą Gnoma i w efekcie zaklęcie odesłało do Skrzaciego Lasu Jasia, a winnego Gnoma pozostawiło w naszym świecie, dając mu tylko wygląd Jasia. Zyskał tyle, że nie musiał kryć się za szafą i przyjął na siebie rolę Jasia. Poniekąd obaj zyskali, choć nie to i nie tak, jak to sobie wyobrażali.
Pozdrawiam!
Drodzy,
dziękuję Wam za przeczytanie tekstu, jego życzliwe przyjęcie, no i wszelkie uwagi i poprawki stylistyczne. Wezmę je pod uwagę i doszlifuję opowieść w tzw. wolnej chwili (hmm…, kiedyż ona przyjdzie?).
Tymczasem gwoli wyjaśnienia – faktycznie, Gnomowi nie udało się skrócić czasu wygnania i dobroduszny Jaś zastąpił go w Skrzacim Lesie, a on sam pod postacią Jasia pozostał w naszym świecie. Nie poszło po ich myśli, ale generalnie żaden nie mógł zbytnio narzekać.
Pozdrawiam!