Profil użytkownika

Literacko lubię twory przygodowe i fantastyczne – szczególnie dark fantasy. 

Zainteresowania ogólne to historia (szczególnie historia wojskowości i II wojna światowa), astronomia, muzyka i szeroko pojęta wiedza o świecie. Uwielbiam góry, podróże i naturę.


komentarze: 1077, w dziale opowiadań: 848, opowiadania: 448

Ostatnie sto komentarzy

Dobry.

Prośba o wpisanie mnie do dyżurowania od sierpnia. Dzień dowolny (chociaż mam sentyment do czwartków).

Sparafrazuję myśl Sørena Kierkegaarda:

Są opowiadania, którym piórka przynoszą zaszczyt i opowiadania, które przynoszą zaszczyt piórkom.

Wolałbym trzymać się tej drugiej części. 

Chociaż wizualizacja brązowego kałamarza bardzo mi się spodobała, tak nie widzę sensu nadmiernego rozdawnictwa nagród i nagród publiczności. Nie osiągniemy "sprawiedliwości", bo jedna osoba rozdałaby pięć piórek a druga żadnego. Nagrody dla każdego to brak wysokiej jakości tekstów.

Wolałbym aby piórka pozostały pewnym wyznacznikiem i śrubowałbym wymagania w ich otrzymaniu. Co jeśli moje ulubione opko autora X nie dostało piórka? Jakoś to przeżyję, akceptuję wybory loży. Jeśli się nie podoba, to patrz punkt pierwszy: akceptuję wybory loży.

Co do kategoryzowania opowiadań i zarzutów, że dany typ/tematyka opowiadania jest częściej nominowana – wszystko rozbija się o emocje, bo o to chodzi w pisaniu i sztuce ogólnie. Wystarczy spojrzeć na ranking Filmwebu i sprawdzić ile komedii jest w pierwszej setce pozycji – prawie ich tam nie ma. Zrobienie systemu gdzie np. wybieramy najlepszy horror mija się z celem także z innych względów – ludzie zaczęliby pisać pod kategorie mniej uczęszczane to raz, a dwa, trudno jest napisać dobry horror. Na portalu jest to gatunek, który ma najwięcej słabych opowiadań. 

Jeśli ktoś chce mieć większy wpływ na to jakie teksty będą piórkowane to niech zdobędzie zaufanie użytkowników, a następnie głosy w wyborach. Ale to opcja trudna i psująca zabawę. ;)

Korneliusz, trwają prace związane z nową wersją portalu dlatego nie można wrzucać tekstów. Ale pewnie niedługo to przywrócą. ;)

Cześć!

 

Tekst szczególny dla mnie, bo pierwszy od czterech lat. 

Tytuł: <jeszcze brak>

Znaki: 20000~23000

Gatunek: Fantastyka w XX wieku

Tagi/charakterystyka: wojna, egzystencjalne wątki.

 

Aktualnie  nie można wrzucać tekstów na portal więc do czasu przywrócenia opcji – beta na dysku google. Ale się dostosuję. Zachęcam, zapraszam, będę wdzięczny!

Pomysł w założeniach może i ciekawy, ale wykonanie – hmmm…

Nie przekonuje mnie ten pies. Nie ma balansu w jego psim pojmowaniu. Części rzeczy niby nie rozumie, ale potem doskonale rozumie fizykę sznura. 

Trochę nie kumam też dlaczego kierowca zginął. Efekciarska śmierć? 

Hm. W przeciwieństwie do “Chcę napisać wiersz” to tutaj do mnie nie trafiłaś. I wydaje mi się, że brakuje mu szlifów w strukturze, aby czytając, brzmiało sprawniej.

Celnie tutaj stworzyłeś satyrę, w której kosmita staje się lustrem dla ludzkich oczekiwań, a nie bohaterem z klasycznego sci-fi. Humor także na plus. Forma czasem była trudna w czytaniu, np. podczas wymienianek.

Po komentarzu Finkli rapowałem ten tekst. Upuściłeś mikrofon po końcowym wersie?

Jedyne co bym dał na przyszłość, to też inne wariacje rymów.

Cześć, Sagitt! Fajnie, że wróciłeś :)

Powoli wracam, ale to miłe z Twojej strony. :)

 

Ok, to już druga tego typu uwaga, więc coś w tym jest.

Hm, hm. A gdybym dodała proste:

→ Zdziwił się, gdy na lotnisku międzyplanetarnym Stultus pozostawiono go samemu sobie.

to by wystarczyło?

Myślę, że tak. Jest jasne wskazanie miejsca akcji.

!!! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że do głowy przyszło Ci skojarzenie z tym dziełem. Mnie z kolei sama końcówka się skojarzyła z Orwellem, bo tutaj też postać przestała walczyć i się poddała systemowi.

W sumie racja, tutaj też jest podobieństwo.

 

Na początek garść zatrzymań.

Dep­ta­ne owady pę­ka­ją pod bu­ta­mi, zdra­dza­jąc oto­cze­niu in­for­ma­cje o ko­lej­nych kro­kach. Nie­wia­ry­god­ne, plaża wy­da­je się żywa. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem tro­chę mniej.

Owady na plaży? Na pewno, ale raczej byłoby słychać deptanie po skorupiakach, które owadami nie są. Wytłuszczone powtórzenia.

Fale roz­bi­ja­ją­ce się o na­brze­że po­now­nie uszczu­pli­ły gra­ni­cę ziem Kró­le­stwa Sło­wian

Raczej chodzi o wybrzeże.

Się­gam po niego, wy­czu­wam, że to pa­mięt­nik. Jest w ka­wał­kach, nie­któ­re stro­ny są po­nisz­czo­ne, wy­bra­ko­wa­ne, inne leżą luzem w po­bli­żu. Otwie­ram, przy­kła­dam dłoń do za­pi­sków i pró­bu­ję wy­czuć, co autor miał na myśli.

Bohater czuje, że to pamiętnik a nie książka kucharska? Czy jednak ma jakieś obserwacje, a nie czucie?

Tak mnie po­strze­ga­ją lu­dzie o kró­li­czych ser­cach, my­siej od­wa­dze i braku am­bi­cji. 

Są dwa fajne zwierzęce porównania i trzecie zwykłe. Zgrzyta mi to.

Jego chłod­ny blask kon­tra­stu­je z drżą­cym pło­mie­niem świe­cy, która rzuca kosz­mar­ne cie­nie na dę­bo­wy stół i mapę.

Świeca nie może rzucać cienia.

Roz­ma­so­wu­ję dłoń, chcę po­znać dal­szą hi­sto­rię. Czy­ta­nie jest wy­ma­ga­ją­ce dla ciała, ale jesz­cze bar­dziej dla umy­słu. 

Trochę nie łapię dlaczego.

 

Opowiadanie epistolarne jest trudne, natomiast pomimo nie do końca możliwych do odczytania listów udało się łączyć fakty. Ogólnie historia ma potencjał, natomiast pojawiło mi się kilka zgrzytów. Jedno, że postać głównego bohatera i kapitana trochę mi się zlewają. Wiem, kiedy jest o jednym a kiedy o drugim, natomiast charakterologicznie mało się różnią, takie mam wrażenie. 

Drugie – nic nie ma o tym, że kapitan posiada Księżycówkę, a bohater odziera jego zwłoki właśnie z niej.

Trzecia kwestia, chyba najbardziej problematyczna, bo podważająca fabułę i szukanie drogi do Szwecji. Jest napisane, że bezpieczna żegluga była możliwa tylko niedaleko od brzegu, na płytkich wodach. Zastanawia mnie więc, dlaczego nikt nie płynął do Szwecji płynąc wzdłuż ziem Słowian, a potem wzdłuż Danii, aby przepłynąć przez cieśniny duńskie w najwęższym miejscu? Szybki okręt mógłby sprawnie pokonać cieśniny, aby znaleźć się z powrotem na bezpiecznych, płytkich wodach – jednak już po stronie szwedzkiej. 

Ciekawy pomysł na historię, choć kilka rzeczy mi tutaj zgrzytnęło. Jedno, że w dobie AI i tworzenia obrazów, bohater dość szybko uwierzył dziewczynie z przyszłości. Druga kwestia z którą się nie zgadzam, to pewne kwestie fizyczne. Kontakt z przyszłą cywilizacją jest spoko, w podróże w czasie nie wchodzę, ale co do grawitacji, to tutaj przedstawiona teoria nie ma sensu. Biorąc temat wedle tej logiki, to cała przestrzeń kosmosu musiałaby być wypełniona grawitonami. Po drugie, wytłumaczenie grawitacji nawet wedle nowej teorii na podstawie dwóch ciał jest skrajnym uproszczeniem, bo w skali układów planetarnych, galaktyk i zbiorów galaktyk sytuacja mocno się komplikuje. Co jeśli w którymś miejscu będzie więcej fal pomiędzy galaktyką x i y niż pomiędzy galaktyką x i z? Wtedy x i y zaczną się odpychać?

I ta teoria statków na morzu mocno przeczy temu, że pole grawitacyjne to pole typu centralnego. 

Zrobiłem tutaj dość długi opis wątpliwości, ale biorąc się za sci-fi albo postawiłbym mocno na sci (co jest bardzo wymagające) albo zrobiłbym nacisk na fi, gdzie wielu rzeczy nie da się czepiać. ;)

Nie mniej, historia napisana dość sprawnie. Było trochę błędów językowych, które wyłapała Tarnina, natomiast strukturalnie jest nieźle i sam pomysł też jest fajny.

Pozdrawiam.

Poetycko, jak zawsze, dobrze stopniujesz klimat, natomiast zakończenie jakoś pozostawia niedosyt. Demon zostawia ślad, ale co poza tym? Trudno mi wywnioskować jaka jest jego logika postępowania. Bohater ma poczucie, że zostanie pochłonięty, natomiast to jego odczucia, nie musi się wydarzyć.

Trochę zbyt dużo opisujesz z tego, co czytelnik może wyciągnąć sam. Tak jak na początku – ciemna, głucha noc mówi sama za siebie, nie trzeba dodawać, że to czas idealny do przemytu. 

Był środek nocy, chmury zupełnie przykryły tarczę księżyca. Ciszę poleskich bagien przerywało jedynie kumkanie żab w wysokiej trzcinie i plusk wody. Panowała całkowita ciemność – idealne warunki dla finalizacji transgranicznej transakcji przemytniczej.

Tutaj zdradzasz co się wydarzy, takich rzeczy się nie robi. ;) Panuje ciemna noc, jakieś dwie łodzie nadają sobie sygnały latarką i zbliżają się do siebie. Czytelnik zaczyna się zastanawiać. A pisząc w ten sposób ucinasz wszelkie napięcie, bo wiemy, co się wydarzy.

Z doświadczenia łódkowo-kajakarskiego – moim zdaniem trudno byłoby zrobić prowizoryczny stół pomiędzy dwoma łodziami. Ale to mniejsza. Podobnie jak Finkla uważam, że w takich sytuacjach nie ma czasu na pogadanki.

Dość klimatyczna opowieść, ale brakuje mi tutaj czegoś w stylu strzelby Czechowa – gdyby na początku któryś z bohaterów obserwował wodę i opowiedział historię, że jeszcze jego dziadek wierzył w utopce lub “złe duchy” na bagnach, to końcówka miałaby solidne umocowanie. 

 

Film został już przejęty przez odpowiednie służby i usunięty z platformy Ajtivi. Chcielibyśmy wiedzieć, co panu strzeliło do tego durnego łba i czemu pogrążył pan siebie, całą firmę oraz branżę naukową i medyczną. – Dyrektor błyskawicznie przeszedł z oficjalnego do obraźliwego tonu.

Ta wstawka wydaje się niepotrzebna – wynika wprost z wypowiedzi.

 

Mieszko był tak osłupiały, że nawet nie próbował się bronić, gdy dwóch smutnych panów podeszło do niego i wzięło pod ręce. Ruszyli korytarzem.

Patrzył na swoje czarne, drogie buty stąpające po marmurowych płytkach korytarza. Nagle wszystko zaszło mgłą i uświadomił sobie, że pierwszy raz w życiu płacze.

 

 

Zdziwił się, gdy na lotnisku międzyplanetarnym pozostawiono go samemu sobie. Całą drogę przebył w przekonaniu, że zamkną go w jakimś więzieniu. Jednak smutni panowie w garniturach tylko odprowadzili go do budynku i wrócili od razu do poduszkowca.

 

Tutaj się zgubiłem, bo zupełnie nie zarejestrowałem przeskoku na inną planetę. Dopiero kawałek później się zorientowałem, ale musiałem wrócić i przeanalizować jeszcze raz. Jakoś, choćby minimalnie, określiłbym w drugim akapicie, że jest już po podróży na drugą stronę.

 

Ogólnie podobało mi się. Tekst czytało się gładko przy takiej długości. Rzeczywistość na obu planetach przedstawiłaś w sposób bardzo przekoloryzowany. Zasady planety geniuszy przypominały mi trochę Rok 1984, chyba ze względu na sztywność zasad i szybkie skazywanie bez wchodzenia w szczegóły. 

 

Na planecie głupoty, poziom wypowiedzi sprawiał “bul i rzal”… ;)

 

Dobre zaskoczenie fabularne, bo o ile podejrzewałem, że może być coś z jego byłą, to z drugiej strony nie wierzyłem, że będzie to takie proste, aby Świętosława tutaj załatwiła mu bilet w jedną stronę. Zakończenie też dobre i zastanawiające. Paradoksalnie sens można znaleźć nawet w beznadziejnych okolicznościach.

 

Z minusów – czasami za dużo opisujesz, tak jak we wcześniej przytoczonym fragmencie. Bohater coś robi i mówi, z tego już wynika jakiś wniosek, który potem i tak opisujesz (przykładem jest także wejście do mieszkania i opisywanie posprzątania i przewietrzenia). Nie jest to duża rzecz i częsta, natomiast tekst bez dodatkowych opisów żyłby dalej dobrym życiem.

Ambush, mnie chyba pominęłaś, a wedle moich statystyk się wyrobiłem. :P

Cześć

O ile historia nie porwała mnie jakoś zbytnio (chyba brakowało mi choćby nakierowania, dlaczego dom żyje – a może to duch po zmarłej lub cokolwiek innego), to klimatu nie można odmówić. Aż poczułem ten zapach starych babcinych mebli i szpargałów. Opisałeś wszystko bardzo obrazowo, więc lekturę kończę z małym plusem w ocenie.

Czołem. 

Trudno mi napisać coś więcej, bo fabułę chyba widziałbym to jako opowiadanie 15-20 tys znaków niż jako szort. Bohater nie wyróżnia się niczym, przez co mógłbym go zapamiętać. Co do zakończenia – nie jestem fanem tego typu wielokropków, bo bardziej akcja powoduje we mnie napięcie niż półsłówka.

Pomarudziłem trochę, ale trzymam kciuki. Wpadnij tu jeszcze z innymi tekstami.

W Twoim tekście jest dużo potencjału na rozwój poruszonych zagadnień, ale to chyba tylko tyle. Stwierdzenie o życiu niewolnika, przez rozumienie “szarego Kowalskiego” to motyw dość oklepany i kojarzący mi się z ludźmi pokroju: “ONI chcą byś tak żył”. Tekstowo też nie ma fajerwerków, w moim odczuciu to streszczenie i naszkicowanie postaci aniżeli pełnofabularny tekst. Nawet szersze opisanie kontrastu pomiędzy światem obcych a bohaterami z papierem i ogniskiem w praktyce, dodanie jakichś napięć na tej linii dodałoby tutaj bardzo dużo.

Nie mniej fajnie, że wrzuciłeś swój tekst i postaram się wpaść jeśli zobaczę coś nowego od Ciebie.

 

Przyjemny tekst w klimacie, ale puenta nie okazała się spektakularnym wystrzałem. 

Cóż, cezary_cezary może mieć swoje zdanie. Uważam podobnie, więc może pojechaliśmy razem a może i warto poświęcić temu zagadnieniu chwilę i zastanowić. Indywidualne wycieczki i oceny są tu zbędne. 

Moja żona głaszcze wszystko co się nawinie i na szczęście niczego jeszcze nie odczarowała.

Przyjemny szorcik.

Przyjemny szort. Chociaż nagłych śmierci może być więcej niż w tekście – w końcu każdy kot lubi się rozciągnąć i ostrzyć pazurki. A jak uda mu się wbić i pójdzie nitka… to dalsze przychodzą bardzo szybko. ;)

piotrek5 – fragmenty nie cieszą się tutaj zainteresowaniem, więc możliwe, że spotkasz się z nikłym odzewem. Z perspektywy kilku lat na portalu – lepiej wrzucać opowiadania, krótsze lub dłuższe, które stanowią całość. Fragmenty mają ten problem, że najczęściej autorzy ostatecznie nie wrzucają wszystkiego bo: patrz punkt 1, nie cieszą się zainteresowaniem i rezygnują.

“japońskie” oznacza wszystko, co trzeba zaimportować do nas i do zachodniej kultury, czy to ma sens, czy nie. Żeby to haiku miało chociaż jakieś znaczenie i trzymało się tego, co oryginalna forma chciała przekazywać…

Niech będzie czwartek. Czwartkowi dyżurni kiedyś byli słynni… ;)

Bry. Po długiej nieobecności chciałbym wrócić do dyżurowania. Dzień bez znaczenia.

Twój tekst jest trafnym przedstawieniem dlaczego literatura nigdy się nie nudzi.

Nie ma tu zbyt wielu nowości – postępujący proces rozkładu ciała i zastępowania go sztucznymi mechanizmami i narządami to coś najbardziej oryginalnego, natomiast cała reszta nie jest rewolucyjna.

Ograny motyw z porami roku przedstawiającymi kolejne etapy życia, który tutaj wypadł klimatycznie, kłótnie i postawy charakterystyczne w sytuacji opieki nad starszymi. Część osób na pewno widziała coś podobnego w swoich rodzinach. Reprezentacja postaw także jest życiowa.

 

Ale!

 

Tutaj wrócę do pierwszego zdania.

Pomimo, wydaje się, ogranych motywów, przedstawiłeś historię z punktu swojej wrażliwości, emocji i perspektywy i wyszło to klimatycznie. Naprawdę mi się podobało, postacie były żywe i ich zachowanie skłaniało do refleksji, czy warto żyć czymś nierzeczywistym czy może pozwolić komuś po prostu odejść. Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź, bo trudno poruszać się po takich kwestiach wyłącznie logicznie. I w sumie nie narzucasz czytelnikom co powinni sądzić, więc też dobrze.

Pozdrawiam!

 

 

Chuj ci w dupę, czytelniku.

 

A poważnie – pierwszy akapit mnie odrzucił, ale próbowałem dalej, przez kolejne akapity. Niestety, to nie mój styl a i liczba wulgaryzmów mnie trochę przerasta, choć nie jestem ich przeciwnikiem w literaturze. Widziałem też pozytywne głosy, natomiast ilość prostackiego języka narratora i jego styl (pretensjonalne zdania po angielsku jako tytuły poszczególnych części) mnie trochę powalają.

Także to nie tak, autorze, że tekst jest dla mnie jednoznacznie zły. Po prostu od początku pokazuje mi, że to nie będzie czas w którym będę mógł oderwać się od rzeczywistości, bo w tej internetowej podobnych sformułowań (tyle, że na poważnie) jest bez liku.

PS. Mam pewne podejrzenie autorstwa, ale poczekam na odtajnienie. :P

Maria próbowała Draco przekonać,

Moim zdaniem lepiej będzie:

Maria próbowała przekonać Draco, […]

 

Po za tym fajne, przewrotne. :D

Kamyczek do mojego koszyczka jest taki, że mogłem opisać jak wygląda (nie każdy musi przecież kojarzyć serię Obcego).

Nie wyszukiwałem konkretnie tego modelu spawarki, w sumie mogłem to zrobić. Miałem dużo spawalnictwa na studiach po prostu, a tam nie ma takich cudów. xD Dzięki za wyjaśnienie.

W normalnych tak, natomiast w sytuacji, w której statek ma ulec za chwilę zniszczeniu… najbezpieczniej (w końcu to forma szalupy ratunkowej) oddalić się jak najszybciej.

No dobra, z takim zamierzeniem można to tak potraktować.

Hmm nigdzie nie wspominam, że okręt Billa Drugiego orbituje czy też wylądował na innej planecie. W zamyśle okręt kolonialny przechwycił kapsułę gdzieś w kosmosie. Celowo nie wspominam gdzie ani jaki konkretny czas później (żeby uniknąć nawarstwiających się komplikacji logicznych). Przy tej okazji warto wspomnieć, że Ellen Ripley dryfowała w kosmosie 57 lat! W każdym razie, nawet jeśliby orbitował, to też nie wyklucza to sytuacji, że okręt Billa Drugiego najpierw przechwycił kapsułę gdzieś w przestrzeni międzyplanetarnej i dopiero wszedł na orbitę.

Masz rację. Wypowiedź:

Okręt kolonialny planety Tanakawa NW

automatycznie przypisałem do tego, że okręt Billa drugiego orbituje wokół tej planety. Tak jak orbiter marsjański nie orbituje wokół Księżyca, tak to zinterpretowałem. ;)

Dzięki za odwiedziny, Sagicie! (Zakładam, że podwójne t redukuje się w odmianie, tak jak w przypadku Traugutta).

Tak wygląda najbardziej naturalnie, ale nie obrażam się za ewentualne przekręcenia. ;)

Mnie chyba też się bardziej podoba. Ciekaw jestem, czy Portugalczyk użyłby tu słowa saudade, ale w przeczytanych omówieniach się nie natknąłem, więc może jest za bardzo pozytywny i zbyt mało nostalgiczny.

Ciekawe. Może to jakieś moje narodowe zboczenie z tą nostalgią, dziedzictwo mickiewiczowskiej dzięcieliny. :D

Cześć Dawidzie,

Kilka drobnych błędów:

– Jak to się stało, że w po­bli­żu Marsa po­ja­wi­ła się nowa pla­ne­ta?

21 mln kilometrów od Ziemi to bliżej Ziemi niż Marsa, bo:

– średnia odległość Ziemi do Słońca ~ 150 mln kilometrów

– średnia odległość Marsa do Słońca ~ 227 mln kilometrów.

Roz­gląd­ną­łem się. 

Rozejrzałem się*

W każ­dym bądź razie

W każdym razie* albo bądź co bądź.

Często kuleje szyk zdania w opowiadaniu.

 

Ogólnie, to faktycznie pechowa podróż dla bohatera, nie zobaczył już rodziny, choć z drugiej strony miał okazję zakładać całkiem nową, wielogatunkową cywilizację. :P Taki Robinson Cruzoe w wersji galaktycznej.

Na początek łapanka:

Spra­wia­ły wra­że­nie bez­sen­sow­ne­go beł­ko­tu, pod któ­rym znaj­do­wał się głę­bo­ko za­ko­pa­ny sens. 

Niestety nie potrafię sobie tego wyobrazić. Sprawiały wrażenie pięknych, gdyby nie to, że były brzydkie. Rozumiesz? :P

Feir wol­nym i ostroż­nym kro­kiem zbli­żał się do szafy.

Wystarczyłoby "ostrożnym". Nie da się iść szybko i ostrożnie.

Feir cof­nął się, prze­wra­ca­jąc z wia­dro. 

Jakaś literówka się tu wkradła.

Zło­ci­sta sub­stan­cja po­pły­nę­ła po scho­dach ni­czym farba po płót­nie. 

Nie rozumiem tej metafory. Farba wsiąka w płótno, więc jakoś tego nie widzę.

Zła­pał za rę­ko­jeść mie­cza.

Jeśli nie złapał za ostrze, to domyślnie chwycił za rękojeść. Czyli po prostu – za miecz.

– Ucie­kaj! Szyb­ko! Mo­że­my Ci pomóc! Za­ufaj! – w gło­wie eks­plo­do­wa­ły szep­ty.

"Ci" to forma grzecznościowa w korespondencji, tutaj z powinno być z małej litery.

– Dla­cze­go nie czu­jesz się tu do­brze? – wrza­snę­ła – Dla­cze­go Ci się nie po­do­ba?

Jak wyżej.

O ile w końcu dowiadujemy się o motywach głównego bohatera, tak nie są one zbyt oryginalne. Ot, historia o tym, że gość chce żyć leniwie i w luksusach, a potem przestaje mu się to podobać.

Czekam na kolejne teksty, postaram się wpaść. ;)

Technicznie ok ale zabrakło mi tu jakiegoś rewolucyjnego podejścia do tematu. AI na poziomie pisania książek, więc zastanawia mnie, dlaczego bohater musiał robić i nadzorować raporty, które są rzeczą bardzo powtarzalną. Dla niektórych może to być ponura wizja przyszłości, natomiast nie sądzę, aby AI pisało kiedyś naprawdę dobre książki. Bestsellery może i owszem – ale 365 dni pomimo bycia totalnym gniotem też nim został, więc tylko czasem to wyznacznik czegokolwiek. Sztuczna publiczność wychwalająca dzieła autora? W sumie od czego są boty, prawda?

 

Fajnym motywem jest to, że książka napisana ręką człowieka wzbudziła taką niechęć. To trafna obserwacja, bo już teraz żyjemy w cukierkowym świecie ludzi sukcesu, a co dopiero będzie później…

Cześć grzelulukas,

 

Zacznijmy od drobnej łapanki:

– Szyb­ciej! – wy­krzy­czał Gery. W prze­krwio­nych oczach me­cha­ni­ka po­kła­do­we­go od­bi­ja­ły się roz­grza­ne do czer­wo­no­ści dro­bin­ki me­ta­lu przy­po­mi­na­ją­ce mi­nia­tu­ro­we roz­bły­ski zim­nych ogni.

Czy gość gapił się na łuk elektryczny? :P (Edyta: potem się wyjaśnia w sumie, dlaczego był do tego zdolny).

Bill, in­ży­nier po­kła­do­wy, trzy­ma­ją­cy w dłoni chro­po­wa­ty uchwyt ręcz­nej spa­war­ki ME3 sku­piał wzrok na łą­cze­niu dwóch po­łó­wek drzwi. Nagle coś po­ru­szy­ło się w kil­ku­mi­li­me­tro­wej szcze­li­nie sta­lo­wych płyt. Cień padł na kra­wędź szpa­ry. Tak przy­naj­mniej wy­da­wa­ło się Ge­re­mu, który przy­lgnął do kom­po­zy­to­wej ścia­ny uzbro­jo­nej w ciągi rur przy­po­mi­na­ją­cych czar­ne żyły gi­gan­tycz­ne­go mon­strum.

Scenariusz raczej nierealny. Łuk elektryczny przy spawaniu oślepiałby (nawet bez bezpośredniego patrzenia), uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek w takiej szparze. Po drugie: daje tak jasne światło, że coś z drugiej strony musiałoby dawać jeszcze mocniejsze, aby cień istoty był dostrzegalny.

W końcu spaw za­mknął się ni­czym zamek bły­ska­wicz­ny.

Dużo problemów przy tym jednym zdaniu.

Spaw to określenie bardzo potoczne. Lepiej: spoina. 

"zamknęła się" mi tu nie brzmi, spoina złączyła skrzydła drzwi aniżeli sama się zamknęła. Albo zamknęła drzwi trwale.

Co do zamka błyskawicznego – tak szczelnie? Do końca nie rozumiem.

 

Technologia i manewry kosmiczne spowodowały największy zgrzyt. Po wykryciu zagrożenia statek "opuszcza orbitę" – czyli albo deorbituje, albo przyspiesza i rusza w kosmos. Wydarzyła się druga opcja. W trakcie lotu przez kosmos bohater wchodzi do kapsuły i odpala silniki, które pracują przez minutę w pełnym ciągu, aby jak najszybciej oddalić się od statku. W normalnych warunkach, silniki pracujące jedynie w warunkach próżni kosmicznej pracują długo i mają stosunkowo mały ciąg – dzięki temu efektywność takiego silnika może zostać podkręcona na maksa. Ponadto są one praktyczne jeśli chodzi o korekty toru lotu. No ale dobra, może nawet przymknęlibyśmy na to oko, ale…

Bohater później budzi się i znajduje się na statku orbitalnym na innej planecie. Pomijając czas podróży kosmicznej (ile by nie trwała) i ciągły sen – aby znaleźć się na stałej orbicie innej planety, kapsuła ratunkowa musiałaby w jej pobliżu znacznie zmniejszyć prędkość. Czy kapsuła ratunkowa posiadałaby wystarczającą ilość paliwa, aby dokonać takiego manewru? Dopiero wówczas mogłoby dojść do jej przechwycenia przez okręt orbitalny i przeniesienia nieszczęśnika do rekonwalescencji. Moim zdaniem wątpliwe, bo chyba nie była projektowana do podróży międzyplanetarnych.

Nie bardzo orientuję się w klimacie Obcego, kojarzę wątek rozwoju istoty w ciele żywiciela, ale po za tym to słabo. :P Tekst nawet spoko, pomijając aspekty techniczne. Ciekawy wątek z kolejnymi wersjami androida.

Dzięki za ten tekst Ślimaku. Niby kojarzyłem, że taka rewolucja była, natomiast po przeczytaniu poczułem chęć, aby zgłębić wiedzę. ;)

No i to dobra odskocznia od naszych rodzimych tekstów o wolności. Klimat bardziej mi się podoba – jest trochę nostalgiczny, natomiast nastraja pozytywnymi emocjami, a nie zrywem do przelewania krwi i śmierci.

Hm. Dość ponura wizja świata, choć nieszczególnie oryginalna. Odwzorowanie, że ludzie i tak wrócą do polityki, układów, interesów wyszło za to bardzo realistycznie. Czuć, że tekst przeszedł przez "układ optyczny" Twoich poglądów, Rybaku. :P

Mieszanie odbieram Twój tekst, może delikatnie na plus. Warsztatowo i koncepcyjnie fajnie. Nie rozumiem, jaką motywację miała Joanna (może chciała sprawdzić jak zachowuje się mąż, lecz powinno to gdzieś wybrzmieć) i w konsekwencji trudno mi skleić ją z plot twistem. Przedstawienie Mariusza za to bardzo dobre – w sytuacji, w której ma do czynienia z czymś potencjalnie słabszym od siebie, stopniowo posuwa się w skali bycia cyberzwyrodnialcem i można zauważyć te etapy.

Postaram się wpaść przy okazji następnych tekstów ;)

Pozdrawiam!

Do wi­ru­ją­cej w próż­ni czar­no­ści chwiej­nym kro­kiem wszedł przy­sa­dzi­sty ró­żo­wy słoń, Balgo. “Oj, cóż to było za nie­zdar­ne stwo­rze­nie!” – każdy by tak po­wie­dział o Balgo. I słusz­nie, bo słoń ten, ledwo co drzwi do ni­co­ści prze­kro­czył, a już zdą­żył za­ha­czyć trąbą o nie­byt i po­tknąć się o nie­ist­nie­ją­cy próg. I po­tknąw­szy się już o próg, spadł z nie­wi­dzial­nych scho­dów na samo dno, które, ku nie­za­do­wo­le­niu Balgo, było także górą.

– Nie cier­pię tej ro­bo­ty! – za­trą­bił ża­ło­śnie, wy­ma­chu­jąc trzy­ma­nym w dłoni pa­pi­ru­sem.

Balgo przy­su­nął pa­pi­rus bli­żej oczu. 

– Wil­helm Gre­ate­man, spad­ko­bier­ca Go­odLo­ve’a, do­wód­ca w bi­twie nad Odet­tą – prze­czy­tał. – Szu­kam Wil­hel­ma Gre­ate­ma­na!

Balgo po­drep­tał nieco w prawo, i pro­sto, ro­zej­rzał się po ota­cza­ją­cych go ko­ro­wo­dach za­pa­dłych we śnie gwiazd. 

– Szu­kam Wil­hel­ma Gre­ate­ma­na! – po­wtó­rzył. – Herbu Ostro­krze­wu, z domu Lwów Nad­mor­skich.

Spójrz, bohater w tym krótkim fragmencie jest wymieniony aż pięć razy. Potem nie jest lepiej. Nie ma tutaj tłumu postaci, których istnienie by tego wymagało.

PS. Lwy Nadmorskie brzmią jak Lannisterzy… ;)

Cisza niby prze­rwa­na lek­cja mu­zy­ki. W tle sły­chać było je­dy­nie ka­pa­nie nie­ist­nie­ją­cej wody.

W tle ciszy? Albo jest cisza albo jest dźwięk. ;)

 Nie cier­pię zdjęć! Wolę już nie wi­dzieć żad­ne­go świa­tła w tu­ne­lu, ani­że­li uj­rzeć iskrę, i oba­wiać się, że to flesh.

Jeśli chcesz użyć spolszczonej formy błysku z lampy: "flesz" (oryginalnie flash).

 

Krótki tekścik, który mam wrażenie miał za zadanie nakreślić świat aniżeli coś więcej opowiedzieć. Chciałbym zobaczyć coś dłuższego.

Teraz rozumiem tę narrację – sam bym tak nie napisał, ale podejścia są różne. :P

Co do sądzenia bohaterów razem, to po prostu ojciec Arthura zadbał, by syn uniknął procesu. Cały ten wątek wzorowany jest na procesie sądowym Oscara Wilde’a i podobnie jak w opowiadaniu kochanek pisarza nie stanął przed sądem. Został wydziedziczony przez rodzinę i był zmuszony wyjechać z Anglii, a to Wilde’owi postawiono wszystkie zarzuty. 

Mam wrażenie, że powinno to bardziej wybrzmieć, bo wydaje się jakby zostało to w Twojej głowie, gdzie wszystko się uzupełnia. Dla czytelników niekoniecznie, a nawiązania do Wilde’a niestety nie miałem prawa znać.

Fakt, wypychacz stoi nieco na boku, chyba skupiłem się za bardzo na Brownie.

Tutaj tylko brnę do tego, że wypychacz jest osobną, myślącą jednostką i szkoda go sprowadzać tylko do roli narzędzia w tej historii. ;)

PS. Widzę, że uległeś w kwestii tytułu. Ale tak jest lepiej. :)

Świę­to­wa­no Noc Ku­pa­ły. Zwy­kle ciem­ne skle­pie­nie zie­mio­nie­ba skrzy­ło się szkar­łat­nie, bo w całym cy­lin­drycz­nym świe­cie pło­nę­ły ogni­ska, uda­jąc nocne niebo pełne gwiazd. Miesz­kań­cy nie przej­mo­wa­li się tym, że na po­kła­dzie stat­ku ko­lo­ni­za­cyj­ne­go nie było ty­po­wych zja­wisk astro­no­micz­nych, które uza­sad­nia­ły­by takie świę­to. Per­spek­ty­wa nocy peł­nej ra­do­ści przy­ćmie­wa­ła szcze­gó­ły tech­nicz­ne.

Bardzo mi się podoba ta myśl, że pomimo zaawansowanego postępu technologicznego ludzie nie zatracili potrzeby przeżywania.

Je­dzie­my na we­se­lę.

Wesele*

– Pięk­nie! Chęt­nie spo­tkam mło­dych. Chcę im zło­żyć gra­tu­la­cje. Po­wiedz, gdzie ich mam szu­kać.

[…]

– Są na końcu…

– Wiem. Zgod­nie ze zwy­cza­jem…

Trochę nie rozumiem dlaczego pyta, wójt mu odpowiada, że go zaprowadzi, po czym Gwiazdowid wie gdzie są.

Bardzo przyjemne opowiadanie, jak na warunki kosmiczne, wręcz sielankowe. Podoba mi się transformacja Światowida w twór kosmiczny. Zgodzę się z przedmówcami – jest go trochę za mało, tym bardziej, że pojawia się późno będąc główną postacią.

Nominuję do biblioteki. Pozdrawiam!

Cześć Storm,

 

 […] zalał Fran­cu­za falą pytań na temat tak­sy­der­mii, w prze­ci­wień­stwie do Ar­thu­ra nie zwra­ca­jąc na mnie naj­mniej­szej uwagi. Z mło­dym Fin­ne­ga­nem łączy mnie nie­zwy­kła więź. Poza tym obaj nie wi­dzie­li­śmy się przez długi czas […]

Zmiana czasu narracji.

Za­pi­su­ję to w środ­ku nocy, gdyż wy­da­rzy­ło się coś dziw­ne­go. Mogło to być zwy­kłe złu­dze­nie lub inny tego typu majak,

Znów zmiana czasu narracji.

Je­stem pe­wien, że nie był to senny kosz­mar. Po­tra­fię od­róż­nić sen od stanu świa­do­mo­ści.

"Senny" wydaje się w tym wypadku zbędnym dopowiedzeniem, ponieważ:

koszmar

1. «przygnębiający, przerażający sen»

2. «coś bardzo nieprzyjemnego, strasznego»

 

Boję się. Lecz nie o sie­bie, a o cie­bie. Ja nie zo­sta­nę uka­ra­ny z po­wo­du za­ka­za­nej mi­ło­ści. Oj­ciec mnie zbije, ale na tym się skoń­czy. Tobie jed­nak­że może przy­tra­fić się coś znacz­nie gor­sze­go. Wy­lą­do­wa­łeś w Pen­to­nvil­le z mojej winy. 

No właśnie się zastanawiam – dlaczego nie byli sądzeni razem? Akurat w tym wypadku trzeba dwojga, a tylko główny bohater trafił na roboty.

Ręce mia­łem po­pla­mio­ne krwią, obok leżał za­krwa­wio­ny nóż.

Powtórzenie.

 

Czasem jest tak, że mała z pozoru rzecz potrafi dużo napsuć – w tym wypadku tytuł bardzo dużo sugeruje, co moim zdaniem psuje klimat tajemnicy. Jest jakiś obłęd bohatera, jest jego “motanie się”, to na plus, tak samo na plus jest klimat epoki/narracji w którym osadziłeś opowiadanie. Z minusów – mam wrażenie, że czasem bohater bardzo dużo chce przemycić i robi się infodumpowo. Brakuje mi motywacji samego wypychacza, bo jakkolwiek był on zaburzony, to nie ma jego "logiki".

Opowiadanie ogólnie na delikatny plus. Postaram się wpaść do Twoich kolejnych historii.

Pozdrawiam!

Nie chodzi mi o tłumaczenia, dwa razy byłem w odwiedzinach i po prostu takich sal nie widziałem. Realia mogą być też inne.

 

Nie wskazałem, że Ty ich odczłowieczasz, ale kiedy wchodzą lekarze, a dziesięć osób nie reaguje, to trochę jak rośliny. :P A pacjenci są różni, ale żeby wszyscy tak samo nie zwracali na nich uwagi?

Mam problem z Twoim tekstem. Początek – genialny, wprowadzenie, ekspresja formy. I od tego momentu wrażenia spadają. Im dalej, to historia przez większość czasu wydaje się stać w miejscu tylko jest opisywana na inne sposoby. Rozbudowane zdania są fajne, lecz później zaczęły mnie nieco nużyć – w przypadku długości o których pisał Basement.

Postacie – myślałem, że to o relacji ojca z synem, a tu pojawia się trzecia, której znaczenia nie rozumiem. Kolejne pokolenie?

Zakończenie – nie załapałem wątku konteneryzacji uczuć i pustego statku, a w zasadzie tego, jak doszło do zrzucenia tego całego ciężaru.

Na sali numer 3 znaj­do­wa­ło się dzie­się­ciu pa­cjen­tów. 

Dziesięciu pacjentów? Sporo jak na jedną salę. Ponadto, czy cała dziesiątka byłaby tak "odczłowieczona"? Pacjenci w szpitalach są różni, natomiast nie wszyscy są w stanie psychicznej wegetacji.

Opko o niewykorzystanym potencjale. Sceny przedstawiłeś bardzo jasno, fajnie, że stworzyłeś otwarte zakończenie, natomiast brakuje w tekście motywacji ducha do prześladowania właśnie tej lekarki. Z punktu widzenia fabuły nic mu nie zrobiła.

Muszę przyczepić się do początku – wymienione są wszystkie elementy porannej rutyny, które nie mają żadnego znaczenia dla fabuły oraz nie są intrygujące – nie ciągną czytelnika do tego, aby podążać za tekstem. Typowy poranek można rzec, a chcąc wprowadzić czytelników w świat w ten sposób to można to zrobić po prostu krócej.

Postaram się wpaść do kolejnych tekstów. Pozdrawiam!

Zgodzę się z przedmówcami, że z jednej strony zakończone zbyt szybko, a z drugiej są części, które nic nie wnoszą. Akurat w takich formach kryteria, co powinno pójść pod nóż, powinny być mocno wyśrubowane.

Nie powaliło. Sceny walki takie sobie, bardzo dużo ozdobników w tekście, co go rozmywało. Nawtykane wulgaryzmy – nie, że nie może ich być, natomiast tutaj nie ma umiaru i jest rzucanie mięsa same dla siebie. Poza tym ktoś tak choleryczny na drodze samuraja? Hm…

Racja. Tylko nie przychodzi mi do głowy, jak inaczej ten ogrom określić? Na przykład “biblioteczka sięgająca do sufitu…”? Chociaż wtedy mógłbyś zadać pytanie, jak wysoki jest ten sufit :)

Byłoby to już jakieś wyobrażenie, nie mam miarki w oku, że ten sufit to 2,60 jak nic. Nie czepiałbym się. ;)

A mi właśnie takie zabiegi wydawałyby się cliché…

No cóż, rozumiem. Tutaj nie mam już argumentów na dalsze drążenie, bo weszliśmy na poziom indywidualnego odbioru. :D

Jako je­dy­na w oko­li­cy osoba z drew­nia­nym pu­dłem na gło­wie

Pudło wedle definicji jest kartonowe, aniżeli drewniane. Może skrzynka?

 

Jest żal losu Pana Ślimaka, natomiast moment kulminacyjny w zakończeniu wydaje się… mało kulminacyjny. Myślałem, że będzie jakoś rozszerzony wątek dziewczynki, która jako jedna z nielicznych wykazała się troską, a tu nastąpiło urwanie akcji i ucieczka.

Hej HollyHell

Drżą­cy­mi rę­ka­mi wy­krę­ci­łam numer po­go­to­wia i przy­ło­ży­łam do ucha słu­chaw­kę.

To nie jest błąd, ale jeśli pousuwać zbędne dopowiedzenia to można oszczędzać znaki. Tak jak tutaj – "do ucha" jest niepotrzebne, bo wiadomo, że słuchawka trafi właśnie tam. :) Podobnie jakby napisać "chwycił klamkę dłonią", "rozgryzł zębami" itp.

Ogrom­ny, dę­bo­wy mebel wy­da­wał się naj­lep­szą kry­jów­ką. Przez chwi­lę czu­łam się względ­nie bez­piecz­nie. Wtedy przy­po­mnia­łam sobie o córce.

– Sara…! – wy­mam­ro­ta­łam i już chcia­łam się wy­rwać, ale Kevin mnie po­wstrzy­mał. Tuż przed moim nosem wy­lą­do­wa­ła ogrom­na bi­blio­tecz­ka.

Powtórzenia. I jakby się nad tym zastanowić, to niewiele to mówi. Ogromna biblioteczka = 3 x 2 metry? Nie chodzi mi, że muszą być wymiary, ale dla każdego to będzie znaczyło co innego.

Ze­rwa­łam się z krze­sła, aby nalać sobie wody i w tym samym mo­men­cie Kevin rów­nież się po­de­rwał. Pod­biegł do scho­dów, ale po wej­ściu na stop­nie zwol­nił. Szedł jak na ścię­cie.

Zerwała się z krzesła do tak prozaicznej czynności? Mąż również się zerwał, jakby się czegoś przestraszył. W takim zestawie czasowników dziwnie to brzmi, bo nie pojawiło się nowe zagrożenie. Może wstała? Również się podniósł?

Bardziej mi to przypomina moje koty – jednego z nich zaskoczy koszulka leżąca na podłodze, przestraszy się, a drugi od razu za nim. xD

 

Opowiadanie klimatem w pierwszej części przypomina mi trochę Kolor z przestworzy Lovecrafta, które bardzo dobrze wspominam. I mam pewien problem z zakończeniem – nie chodzi o sposób poprowadzenia i wytłumaczenia, bo jest zaskakujące, a raczej o to, że w moim odczuciu jest zbyt oderwane. Myślę, że wartym rozważenia zabiegiem mogłoby być dodanie unoszącego się, duszącego, chemicznego zapachu gdy Kevin traci oczy czy cichego chichotu, gdy bohaterka upada i skręca sobie kostkę. Takie elementy, które w zakończeniu "oświecają" czytelnika składając fikcję i prawdę jeszcze ściślej.

Pozdrawiam!

Kiedy wspo­mi­nam wła­sne wy­stęp­ki z daw­nych lat, wciąż nie mogę się na­dzi­wić ich do­bro­ci serca: po­mi­mo tych wszyst­kich wy­stęp­ków po­zo­sta­wi­li mi po sobie spory ma­ją­tek. 

Powtórzenie. Ponadto "własne" jest zbędne – o innych nie ma mowy, więc to zbędne dopowiedzenie.

 

Czytało się dobrze, choć końcówka trochę mnie zawiodła – była może zbyt oczywista w przekazie, w zasadzie nie zostawiając pola do większej interpretacji. Największym plusem jest klimat – całkiem dobrze oddałeś fascynację głównego bohatera w stosunku do śmierci.

Nie zostało to napisane, że uwierzył, natomiast podczas takiej rozmowy naturalnie pojawiłyby się jakieś reakcje słuchacza. Kiedy dziennikarz tylko zapisuje i nie ma nawet ironicznego grymasu to sprawia wrażenie jakby wierzył.

No mam zamiar przeczytać jeszcze inny tekst dla porównania.

Hej, kam_mod

 

Podobało mi się. Nie tak, jak np. Lady Łazarz, ale o powodach (powodzie) za chwilę.

 

Fajnie żonglowałaś mitologią słowiańską we współczesności. Lubię wtrącenia z zachowaniami społecznymi i obserwacjami zjawisk – tak jak w przypadku facebookowych "nagrobków". Humorystyczne wstawki też są na plus, szczególnie z diagnozą raka. :P Końcowe sceny musiałem przeczytać dwa razy, aby jakoś połączyć sobie równoległe rzeczywistości. No i jestem fanem pani Tereski.

 

Poza tym – totalna pierdoła, ale Witek zmienia tabletki w ciągu kilku godzin:

W apteczce znajduję ibuprofen, wyciskam dwie tabletki na dłoń i popijam wodą.

[…]

Tym bar­dziej teraz, gdy głowa boli mnie mimo dwóch ta­ble­tek pa­ra­ce­ta­mo­lu, a moż­li­wo­ści ma­new­ru lewej ręki koń­czą się na jej swo­bod­nym zwi­sa­niu.

Coś, co średnio przypadło mi do gustu – struktura. Całość opowiadania jest dość dynamiczna w swoich krótkich lub bardzo krótkich scenach, natomiast tekst wydaje mi się za bardzo poszatkowany. Tutaj przykład:

Nie, nie będę się bać byle de­mo­na. Uno­szę ful­gu­ryt w zdro­wej dłoni i rzu­cam się przed sie­bie.

***

Bies po­ru­sza się szyb­ko, o wiele szyb­ciej niż po­wi­nien w tym wiel­kim ciel­sku. Le­d­wie robię krok do przo­du, znika i po­ja­wia się za moimi ple­ca­mi. Od­wra­cam się i ata­ku­ję, ale nóż prze­ci­na po­wie­trze, a bies po­py­cha mnie od tyłu. Przy zde­rze­niu z zie­mią moje ramię za­czy­na pul­so­wać bólem. Prze­krę­cam się i nie­mra­wo pod­no­szę na nogi, które demon pod­ci­na jak ja dawno temu pew­nej po­łu­dni­cy.

Pomiędzy końcem poprzedniej sceny, a początkiem kolejnej mogło minąć co najwyżej kilka sekund, więc nie widzę sensu dzielenia tego. 

Nie mniej, to kwestia indywidualnych preferencji. Wolę bardziej "płynące" teksty, w których będę miał chociaż chwilę na rozeznanie w miejscu, czasie i bohaterach. Nie przeszkodziło mi to jednak w przyjemnym czasie z lekturą, więc to jest najważniejsze.

Pozdrawiam!

  1. Misja: Tulipan widnieje w grafiku, a ma prawie 93k znaków.
  2. Dobrze byłoby zaktualizować regulamin, aby zmienić Dzień Rozliczenia z siódmego na dziesiąty dzień miesiąca, skoro loża uchwaliła to jakiś czas temu. :)

Po kilku mi­nu­tach do­je­chał do wschod­niej czę­ści pa­li­sa­dy. Ze­bra­ła się już przy niej duża grup­ka ha­ła­śli­wych osob­ni­ków naj­róż­niej­sze­go po­kro­ju. Tło­czy­li się oni wokół war­tow­ni­ka, od­dzie­la­ją­ce­go ich od drzwi.

[…]

Han­gwir nie cze­kał na dal­szy roz­wój sy­tu­acji. Pod­je­chał do drzwi i wi­dła­mi roz­wa­lił lichy zamek. Straż­ni­cy zaj­mo­wa­li się pa­cy­fi­ka­cją tłumu i nie zdą­ży­li go zła­pać. 

Nie rozumiem. Przecisnął się na koniu, czy wleciał pełnym pędem tratując ludzi po drodze?

Młody męż­czy­zna po­wo­li czoł­gał się w stro­nę lasu. Są­dził, że jak tam doj­dzie, to bę­dzie ura­to­wa­ny.

Lepiej: dotrze. Bohater się czołga, a dojście jest związane z chodzeniem.

Jed­nak po prze­by­ciu kil­ku­na­stu me­trów za­czął do­strze­gać w chasz­czach przy­cza­jo­ne po­sta­cie. Dużo przy­cza­jo­nych po­sta­ci.

Żołnierze siedzieli w krzakach, aby obserwować przedpole. Strzelali z łuków przy otwarciu bramy, więc musieli widzieć bohatera. Po czym po chwili, po frontalnym podejściu, Hangwir ich zaskakuje. Jak dla mnie nie ma to sensu.

Mło­dzie­niec do­sko­czył do prze­ciw­ni­ka i wal­nął so­lid­nie lewym sier­po­wym.

Je­dy­ne jego do­świad­cze­nie w walce po­cho­dzi­ło z po­dwór­ka, na pię­ści i kije. Lecz to wy­star­czy­ło. Głowa złego czło­wie­ka nie miała jak po­le­cieć do tyłu – znaj­do­wa­ło się za nią drze­wo – więc ule­gła czę­ścio­wej de­for­ma­cji. Wy­star­czy­ło dobić i spra­wa za­ła­twio­na.

Trochę poszalałeś z fantazją. Gość uderza go z pięści, a siła jest tak duża, że uderzona głowa się deformuje o drzewo? Druga kwestia, gość tutaj walczy, wszystko powinno dziać się szybko, a mimo to znajdujesz czas na wtrącenia o przeszłości.

Usły­szał sze­lest i od­ru­cho­wo wy­ko­nał unik. Nie­ste­ty za­miast od­su­nąć się w bok padł na zie­mię, a pe­cho­wa włócz­nia także zo­sta­ła po­sła­na z góry. Na szczę­ście dla niego, a na nie­szczę­ście dla nie­przy­ja­cie­la jedna z ga­łę­zi za­trzy­ma­ła drzew­ce tuż nad ple­ca­mi Han­gwi­ra. Młody męż­czy­zna ob­ró­cił się, chwy­ta­jąc broń na­past­ni­ka i pod­ciął go. Ob­ró­cił zdo­bycz­ne na­rzę­dzie mordu w dłoni i prze­bił Er­da­na.

Czy ten żołnierz siedział na drzewie z włócznią?

Nie­da­le­ko za­uwa­żył dwóch ludzi na ko­niach. Jeden pro­stak mel­do­wał coś ofi­ce­ro­wi na czar­nym, bo­jo­wym ru­ma­ku. Do­oko­ła za­uwa­żył tylko kilku in­nych żoł­nie­rzy i to tro­chę od­da­lo­nych. Mło­dzie­niec po­my­ślał, że to jego je­dy­na szan­sa – zdo­być wierz­chow­ca i uciec, zanim się zo­rien­tu­ją. Póź­niej nie po­tra­fił stwier­dzić, dla­cze­go zde­cy­do­wał się wła­śnie na ten plan – mógł prze­cież dalej prze­kra­dać się wśród drzew.

Pod­szedł na od­le­głość kil­ku­na­stu me­trów i rzu­cił dość cięż­ką włócz­nią. Mel­du­ją­cy wo­jow­nik za­chwiał się w sio­dle, ale nie spadł. Chło­pak w kilku su­sach był przy nim i po­mógł mu zle­cieć na zie­mię. Od­wró­cił konia, wsko­czył na niego, po czym po­pę­dził na wschód. Przy­naj­mniej chciał.

Trafił jednego włócznią, Hangwir przebiegł kilkanaście kroków, zrzucił pierwszego konnego i zajął jego miejsce. Czy drugi konny był w tym czasie statystą? Uderzenie włóczni o pancerz byłoby słychać, tak samo jęk rannego, a żołnierze wokół zdaje się, jakby przestali istnieć. Drugi konny powinien go dawno zabić.

– Olej go­to­wy?! – spy­tał sze­re­go­wych, od­po­wie­dzial­nych za ostu­dza­nie wrząt­kiem za­mia­ry wro­gich żoł­nie­rzy.

zamiarów*

Jeśli On jest w sta­nie i tutaj tak po pro­stu po­zba­wić ich przy­tom­no­ści

Dlaczego on jest z wielkiej litery?

 cią­gle ob­le­wa­ni i ob­sy­py­wa­ni przez ludzi Mo­re­na. 

Czym obsypywani?

Nie zwró­ci­ła uwagi, że inni ban­dy­ci za­ba­wia­li się w tym cza­sie z jej słu­żą­cą i są­siad­ką. 

Braliby się za gwałty, gdy bitwa o miasto dalej trwała?

Jed­nak gdy horda na­past­ni­ków ru­nę­ła na mia­sto, We­ldom­czy­kom nie było do śmie­chu.

No nie, to strasznie infantylne.

Ata­ku­ją­cy na­pie­ra­li z taką siłą, że w kilku miej­scach pa­li­sa­da za­czę­ła się prze­wra­cać – każdy pchał tego przed nim, a ci z przo­du chcąc nie chcąc pcha­li pa­li­sa­dę. 

No nie, palisada to grube bale drewna wbite głęboko w ziemię i wzmacniane, a nie tyczki.

Po dro­dze pa­li­li, mor­do­wa­li, ra­bo­wa­li i gwał­ci­li. 

Znów – w trakcie walk o miasto mieliby czas rabować i gwałcić? Oficerowie za coś takiego nabiliby ich na pal. Po rozumiem, ale w trakcie…

Nagle spo­strzegł bli­sko sie­bie po­stać na koniu. Jak umrzeć, to tak, by mnie za­pa­mię­ta­li – my­ślał upusz­cza­jąc miecz i wy­szar­pu­jąc zza pasa mi­ze­ri­kor­dię. Rzu­cił nią. Czar­na po­stać ob­ró­ci­ła się w jego stro­nę w mo­men­cie rzutu. Nie zdą­ży­ła nic in­ne­go zro­bić. Szty­let wbił się jej w szyję. Śmierć pra­wie na­tych­mia­sto­wa. Po­mi­mo iż w tej chwi­li Gum­miar­tig do­stał to­po­rem, potem mie­czem, a na ko­niec włócz­nią, to od­cho­dził z tego świa­ta z uśmie­chem na twa­rzy.

Kolejna hollywoodzka wstawka. Wcelowany był.

 

Generalnie, to oprócz opisów mordów i walki, to praktycznie nic tu nie ma. Losy zbioru niepowiązanych ze sobą postaci. Zła armia jest jedynie od tego, aby być zła i aby mordować (i ginąć w znacznych ilościach). Obrońcy są prawi i pokrzywdzeni i zostali przedstawieni w zasadzie tylko po to, aby zginąć. Logika starcia i szybkość zdobywania nie trzymają się kupy.

Sam pomysł wydaje się dość ciekawy do rozwinięcia, napięcie narasta, jednak długie wywody policjanta mnie nie przekonują, bo przekazuje historię wręcz z chirurgiczną precyzją. Wiem, że na akta sprawy składał się dziennik, który mógłby być źródłem wielu informacji, natomiast chyba nie wyobrażam sobie funkcjonariusza, który po iluś latach służby zapamiętałby sprawę w takich szczegółach. Pojawia mi się też inne pytanie: dlaczego dziennikarz miałby mu wierzyć? Historia jest dziwna i bardzo abstrakcyjna z punktu widzenia kogoś z zewnątrz, a on przyjmuje to dość bezkrytycznie.

Dwu­ty­siąc­let­nie pań­stwo z długą hi­sto­rią i całą chwa­łą za­czę­ło chy­lić się ku upad­ko­wi. 

Masło maślane, dwa tysiące lat to długo, nie trzeba tego dodawać. Ponadto zaczęło się chylić dużo wcześniej.

Był gru­dzień, śnieg po­krył naj­wyż­sze szczy­ty. 

Kilka akapitów wcześniej zostało wskazane, że akcja dzieje się w grudniu.

Za kilka ty­go­dni będą świę­cić Boże Na­ro­dze­nie, więc obec­ne dni sło­necz­ne są naj­krót­sze, a noce są bar­dzo dłu­gie. 

To jest tak oczywiste, że nie wiem, po co tłumaczyć.

– Nie dzi­wisz się, że tu je­stem? – Za­py­tał pod­grze­wa­jąc jeden z dwóch bu­kła­ków za­wie­ra­ją­cych wino.

Jak grzali skórzane bukłaki? Na ogniu? Nie rozumiem.

Ogólnie ten dialog pasterzy (ludzi prostych i często żyjących na odludziu) jest dla mnie zbyt "światowy". Trudno powiedzieć, skąd mieliby mieć taką wiedzę.

Spo­śród skał i wy­so­kich traw wy­pełzł wąż. Ogrom­ny i mrocz­ny za­sy­czał cicho tak, że Kon­stan­tyn go nie usły­szał. Zie­lo­ne oczy uj­rza­ły ich obu i zbli­żył się do konia. Po­ta­jem­nie do­cie­ra­jąc do celu sko­czył w kie­run­ku kopyt, aż zwie­rzę się wy­pło­szy­ło. Pod­nio­sło przed­nie nogi do góry ze stra­chu. Koń wy­rwał lejce z rąk Kon­stan­ty­na i po­biegł w prze­ciw­nym kie­run­ku. Męż­czy­zna na krót­ką chwi­lę uj­rzał węża i zro­zu­miał, co go wy­pło­szy­ło. Z obawy przed ja­do­wi­ty­mi kłami węża i z gnie­wu wy­cią­gnął miecz.

– Ty dia­ble! Przez cie­bie koń mi uciekł! A masz! – Mach­nął bro­nią w kie­run­ku węża, ale było już tak ciem­no, że nie mógł do­kład­nie tra­fić ucie­ka­ją­ce­go wroga i mu­siał się pod­dać.

Dużo tego węża tutaj.

Wąż, który spło­szył konia, wy­pełzł z za­ro­śla i czoł­ga­jąc się, wszedł do ja­ski­ni. 

Prędzej "wpełzł" niż "wszedł".

Za­sta­na­wiał się, co na niego czeka? Czy ciem­ność, która na­dej­dzie, bę­dzie czę­ścią jego życia? My­ślał o swo­ich żo­nach. Pierw­sza zmar­ła zanim do­tar­ła do Kon­stan­ty­no­po­la. Taka młoda i nie za­zna­ła w pełni życia. Druga ode­szła ro­dząc wspól­ne pierw­sze dziec­ko, które też nie prze­ży­ło. Był jesz­cze młody i chciał zna­leźć ko­lej­ną żonę, jed­nak suł­tan ogra­ni­czył moje moż­li­wo­ści. Ma harem. Mło­dych chłop­ców i ko­bie­ty do wy­ko­rzy­sta­nia, a mnie ska­zu­je na sa­mot­ność i bez­dziet­ność. Nie mam dzie­dzi­ca. Braci i bra­tan­ków nie mógł­bym wy­brać, po­nie­waż nie mają od­wa­gi rzą­dzić Im­pe­rium Rzym­skim. Jedni sprze­da­li­by tytuł za bo­gac­twa, dru­dzy od­da­li­by swe usłu­gi suł­ta­no­wi, a inni to mier­no­ty nie­war­te uwagi. Są jesz­cze Pa­le­olo­dzy z Mont­fer­ra­tu, ale mają swoją zie­mię i wła­sne zmar­twie­nia. Nie mogę kazać im po­rzu­cić bez­piecz­nej przy­sta­ni i za­miesz­kać w roz­pa­da­ją­cym się pa­ła­cu.

Tutaj się zawiesiłem i zdziwiłem. Nie dość, że nastąpiła zmiana narratora z trzecio na pierwszoosobowego, to również zmienił się czas narracji z przeszłego na teraźniejszy.

 

Błędów jest niestety jest dużo więcej i zostały wymienione przez przedpiśców.

Ogólnie to w tekście jest bardzo dużo faktów i bardzo mało fabuły. Fakty same w sobie najczęściej nie popychają akcji. Spotkanie z tajemiczą kapłanką można byłoby rozpisać inaczej – praktycznie po samym spotkaniu następuje zakończenie, więc o aurze tajemnicy i napięciu nie może być mowy, a szkoda. Bardziej czułem się, jakbym czytał artykuł z wikipedii ze wstawką fabularną.

Nie jestem fanem takiej formy opowiadania historii (takie narratorskie ADHD), więc niestety, nie podobało mi się. Nie mniej, to nie tak, że sama historia mnie odrzuciła – pisząc, potrzeba sporo gimnastyki i otwartej głowy do interpretacji emocji i planów czajnika. ;)

Ciekawe opowiadanie, a szczególnie podobało mi się nowe podejście do kuriera. To taki motyw wyciągnięty z piwnicy i odrestaurowany. ;) Twoja historia potwierdza też pewien trend – bohater chce zrobić coś ostatni raz i przejść na emeryturę, lecz ostatecznie wszystko się komplikuje. Tutaj wyszło naturalnie, więc postrzegam to pozytywnie.

Z minusów, to opowiadanie trochę "biegnie", fabuła idzie od punktu do punktu po linii prostej. Nie ma zróżnicowanego tempa, które mogłoby wyjść tekstowi na dobre. Ponadto chyba popracowałbym nad dialogami/postaciami – taka Vail wykazuje żywe zainteresowanie głównym bohaterem, nie widzę jednak dlaczego tak bardzo wpadł jej w oko – czy wręcz jest tak, że bohaterka tak traktuje mężczyzn?

Fantastyka jako sen jest dla mnie dość mocno naciągana, ale niech będzie. Jednak zgodzę się z przedmówcami – nie bardzo wiem, co chciałaś przekazać. Zakończenie, na które nie było żadnych poszlak, było zbyt zaskakujące.

Nigdzie nie napisałem, że tekst musi być dynamiczny pod kątem akcji, z pościgami i tym co wymieniłeś. O klasycznej strukturze też nigdzie nie wspomniałem. Znasz swój świat i Tobie się wszystko składa, ja mam po lekturze więcej pytań i "białych plam". Po prostu uważam, że opowiadanie, nawet będąc częścią większego świata, jest czymś w czym czytelnik musi się rozeznawać. Nie wiem, co mogę napisać więcej – szanuję Twoje zdanie i podejście, nie ze wszystkim się zgadzam, a nie chcę też by to przeszło w przerzucanie się na podejścia. Jestem ciekawy odbioru innych. Pozdro.

 

Nie wiem, co bohater miał (…), że sam w sumie jest prostakiem, zamiast zwyczajnie podziękować.

Bohater nie „robi sceny” trzem nieznajomy, przecież oni go zaczepili. Po czym wnosisz, że jest prostakiem? Czy w zacytowanym przez ciebie zdaniu nie próbuje dowiedzieć się, z kim ma przyjemność?

Wiesz, w moim rozumieniu, to gdybym usłyszał na zdrowie w odpowiedzi na moje kichnięcie, to podziękowałbym osobie nieznajomej, nie mając najmniejszej potrzeby dowiedzenia się kim jest. A ten zaczyna jakieś mowy i nie robi tego w sposób naturalny.

Galopującego konia słychać z daleka, a tu pojawia się mocno niespodziewanie.

Miejscem akcji jest coś w rodzaju kanionu, a trakt przebiega obok jego wylotu. Powiedzmy, że takie „T”. Jeśli Klejnias galopował traktem („daszkiem”), a potem wjechał do kanionu, to pojawił się właśnie dość niespodziewanie, w szczególności, że akcja ma miejsce blisko wyjścia.

To jeździec widział sytuację (a musiał, skoro pojechał i tak zareagował)i nie było go słychać mimo to? Nie kupuję tego.

Szyk zdania tutaj kuleje: Stanęli na wzniesieniu, skąd rozciągał się widok na miasto leżące w dolinie, otoczone masywnymi murami.

To, że miasto było otoczone murami, to jakaś cecha, a zaczynasz od cechy, zamiast od podmiotu.

W powyższym zdaniu Beltram jest wręcz podwójnym podmiotem

Czy to błąd?

Można to zdanie napisać krócej i z takim samym sensem.

Strojniś/piękni/człowieczek/nasz bohater (użyte wiele razy) itp – nie wiem, ale te określenia psują mi klimat.

Ja lubię takie określania. Jeśli nie są to twoje klimaty, nie zmuszam do czytania.

Jasne, tylko duża część akcji opowiadania kręci się wokół trupów, w tym trupa syna jednego z bohaterów. Jak dorzucasz pięknisiów i podobne słownictwo, to dla mnie trup zostaje przypudrowany i poperfumowany. Ale to po prostu mój odbiór.

Jeden był rzemieślnikiem, co pod względem politycznym i tak wyglądało słabo, a drugi był tylko synem rzemieślnika. Dlaczego mieliby być politycznymi przyjaciółmi? Jakie znajomości czy wpływy mogliby mieć?

Akcja dzieje się w polis o ustroju demokratycznym. Obywateli jest tam może półtora tysiąca. Może mniej. Na głosowania i tak zapewne przychodzi jeszcze mniej. Arystarch to przypuszczalnie syn jakiegoś dorobkiewicza, przedstawiciel „złotej młodzieży”. Dajloch z kolei to rzemieślnik, zapewne jednak posiada niewolników, którzy na niego pracują, sam zaś zajmuje się filozofowaniem i polityką. Jeden i drugi są w stanie zwerbować kilkanaście lub więcej osób, czy to mało?

Dlaczego mieliby być politycznymi przyjaciółmi?

Dlatego, że łączy ich jedynie wspólny interes? Są jak koledzy posłowie.

Napisałeś tutaj kilka rzeczy, których w tekście nie było = nie mam prawa tego wiedzieć. Piszesz o ustroju, o którym nie było większej mowy (albo nie wyczytałem tego w mrowiu znaków). Dobra, są obywatelami i mają prawo głosu. Ale ja to widzę tak: syn garbarza. Garbarz był brudnym zajęciem z nizin, do tego stopnia, że osoby trudniące się tym zawodem w niektórych kulturach zaliczani byli do najniższych kast. Więc gość, który co prawda jest obywatelem, który jest tylko synem człowieka wykonującego parszywe zajęcie – dla mnie jest nikim. Dosłownie nikim.

Logika tego zdania dla mnie: jestem bezbronny i zależny od nich – nie mają powodu mnie atakować. No nie ma to sensu.

Trafnie je odczytałeś, ale nie dostrzegam tu braku logiki. Jeśli jest bezbronny i zależny od nich, to po co mają go atakować? Przecież realizuje ich cele. Gdzie tu błąd?

Wiesz, w polityce i w relacjach społecznych niestety jest tak, że osoby bezbronne są narzędziem w rękach mocniejszych i ci mocniejsi chętnie to wykorzystują. Tym bardziej w Twoim świecie, gdzie są niewolnicy.

Szyk zdania – Biesiadnicy się zamyślili.

Znów nie rozumiem dlaczego. Patrząc na cały akapit, jakoś mi to nie pasuje.

Konstrukcja zdania – od podmiotu zaczynając.

Nie starałem się bardzo różnicować ich mów. Może i jest to wadą, ale nie chciałem „przedobrzyć”, nie zaćmić tego, co istotne, czyli treści wypowiedzi. Jeśliby szukać jakiegoś uzasadnienia w świcie przedstawionym, to zwracam uwagę, że mamy do czynienia z demokracją, a w tej „wszystko” dąży do jakiegoś „środka”. Obecnie także trudno poznać, czy rozmawiamy z politykiem, studentem, czy robotnikiem – każdy krzyczy „wyp***dalać”

No, tylko ta demokracja ma niewolnictwo więc co do tego, do czego dąży, można się spierać.

Opowiadanie jest zdecydowanie zbyt długie i można byłoby je odchudzić o dwadzieścia (przynajmniej) tysięcy znaków, aby zachować sens i zagęścić to co się wydarzyło.

Tak, wycinając ucztę, która jest istotą tekstu.

No możesz krytykować, ale dla mnie tekst mógłby być treściwszy, bo coś już tam przeczytałem i mam porównanie. Bardzo dużo pisarzy mówi o tym, że trzeba ciąć, by wydobyć więcej mięsa, że tak to kolokwialnie ujmę.

Ten tekst to fabularyzowane wprowadzenie do świata. Z takim założeniem go pisałem. Jest on drugim z cyklu planowanego na kilka opowiadań. Jeśli szukasz czegoś bardziej klasycznego, gdzie starałem się wprowadzić głównego bohatera i brałem pod uwagę „przeskok” pomiędzy naszą, a tą fantastyczną rzeczywistością, to zapraszam do pierwszego tekstu o tytule „Beltram”. Opowiadanie dostało się do biblioteki, zyskało kilku czytelników, więc chyba „chwyciło”, choć nie obeszło się bez pewnych wad, które starałem się poprawić.

Na temat tamtego tekstu nie mogę się wypowiedzieć, bo go nie czytałem i jego odbiór może być diametralnie różny.

Jeśli zaś sam mam braki warsztatowe, to co ja pomogę w becie?

Zdziwiłbyś się. Błędy innych widzi się dużo lepiej, niż swoje. To też nauka jeśli ktoś chce.

Na wstępie łapanka. Błędów jest więcej, jest trochę literówek, więc poniżej przykłady:

Po­grą­żo­ny w smut­ku po­czął roz­bi­jać pro­wi­zo­rycz­ny na­miot gdy nagle po­sły­szał dziw­ne krzy­ki. Do­cho­dzi­ły z głębi lasu. Bez więk­sze­go za­sta­no­wie­nia Men­dus po­dą­żył za nimi aż w końcu jego oczom uka­za­ła się duża, zie­lo­na po­la­na. Na jej środ­ku stał jakiś męż­czy­zna od­wró­co­ny doń ple­ca­mi. Coś nie­wy­raź­nie wy­krzy­ki­wał. Jego głos był słaby i skrze­czą­cy jak nie­do­stro­jo­ny in­stru­ment. Kra­sno­lud wy­szedł z krza­ków i pod­szedł bli­żej aby co­kol­wiek zro­zu­mieć

Po przeczytaniu tego fragmentu pomyślałem, że czekam na opowiadanie, w którym bohater po usłyszeniu dziwnych dźwięków zacznie uciekać, zamiast sprawdzać. W sumie zawsze musi leźć… A czy musiał w tym wypadku? Może był poszukiwany listem gończym i właśnie trwała na niego obława?

Men­dus był prze­ra­żo­ny. Był pewny, że na­po­tkał sza­leń­ca z po­dwój­ną oso­bo­wo­ścią. Czy­tał o tym kie­dyś w książ­ce. 

Złodziej i oszust czytający książki o psychologii? :P

Był to wy­so­ki chło­pak o mło­dej, nie­opie­rzo­nej twa­rzy. 

Nieopierzony może być ptak, do twarzy to mi zupełnie nie pasuje.

Odzia­ny był w starą skó­rza­ną zbro­je. 

"ę"

W lewej ręce dzier­żył miecz. Wy­ry­te były na nim dziw­ne rysy, które od razu zwró­ci­ły uwagę Men­du­sa.

Może lepiej runy?

Rysy które za­uwa­żył na mie­czu nie były w isto­cie me­ta­lo­wy­mi a twa­rzo­wy­mi. 

Nie rozumiem tego zdania.

Ura­żo­ny kra­sno­lud ob­wią­zał miecz so­lid­ną tka­ni­ną aby wię­cej mu nie ubli­żał i wło­żył go do du­że­go ple­ca­ka. 

Biorąc pod uwagę długość mieczy, nawet tych krótkich, to musiałby tym plecakiem ciągnąć po ziemi.

Men­dus do­tarł do mia­sta póź­nym wie­czo­rem. Wszedł do je­dy­nej karcz­my gdzie po­pro­sił od razu o naj­lep­szy pokój. Gdy karcz­marz za­py­tał go o pie­nią­dze ten wy­cią­gnął miecz twier­dząc że za­pła­ci jutro kiedy sprze­da ten okaz za górę złota. Za­pew­niał rów­nież że po zdo­by­ciu pie­nię­dzy wy­ku­pi on wszyst­kie trun­ki z karty. Wła­ści­ciel karcz­my był już nie­mal prze­ko­na­ny do­pó­ki miecz nie za­czął ubli­żać jemu, jego ro­dzi­nie oraz trzem po­przed­nim jej po­ko­le­niom. Men­dus znów mu­siał spę­dzić noc na bruku.

Spójrz na logikę tego fragmentu. Krasnolud ma miecz, który jest narzędziem do obrony i ataku. Nic lepszego przy sobie nie ma na wypadek starcia, a jest przestępcą, więc z niejednym ma na pieńku. Przekonuje karczmarza, że mu zapłaci, jak tylko sprzeda miecz – swój najprzydatniejszy przedmiot. To karczmarza przekonuje (nie wiem dlaczego), a zaczyna się obrażać, gdy miecz zaczyna go wyzywać. Na jego miejscu zdziwiłbym się, gdyby miecz zaczął do mnie mówić, a nie wyrzucałbym jego właściciela.

Oprócz tego że ona sama stra­ci in­te­res swego życia, w mie­ście zo­sta­ną tłumy nie­za­spo­ko­jo­nych męż­czyzn.

Tak, bo faktycznie po to zakładała burdel. By służyć ludziom.

Zwró­cił się także do dziew­cząt, iż za­wsze po­win­ny z uwagą słu­chać star­szych gdyż ich słowa czę­sto za­wie­ra­ją w sobie nie­zwy­kle cenną ży­cio­wą mą­drość, która ob­ja­wia się czło­wie­ko­wi tylko w toku zdo­by­wa­nia do­świad­cze­nia. 

Filozofia w burdelu? Hmmm…

Bur­del­ma­ma nie mogła ukryć wzru­sze­nia. Łzy na­pły­wa­ły jej do oczu i spły­wa­ły po­wo­li po zmę­czo­nych tru­dem życia po­licz­kach. Ko­bie­ta uświa­do­mi­ła sobie że do­pie­ro po czter­dzie­stu sied­miu la­tach nędz­nej eg­zy­sten­cji po raz pierw­szy ktoś ją usza­no­wał. Szka­rad­ny kra­sno­lud po­czął zda­wać jej się naj­pięk­niej­szym męż­czy­zną na świe­cie. Po­dzię­ko­wa­ła mu z głębi serca i zło­ży­ła czuły po­ca­łu­nek na jego spo­co­nym czole. Nie mogła wy­do­być już z sie­bie wię­cej słów gdy krysz­ta­ło­we łzy znów za­go­ści­ły na jej twa­rzy. Młod­sze dziew­czę­ta ofia­ro­wa­ły jej swe chu­s­tecz­ki i po­cie­sze­nia. Wzru­sze­niom nie było końca.

Dość patetycznie jak na miejsce i czas. Bardzo mi się to gryzie.

Prze­dłu­ża­ją­ce się unie­sie­nia strasz­nie znie­cier­pli­wi­ły Rexa. Nie cze­ka­jąc długo zdzie­lił bur­del mame w jej ku­rew­ską morde. 

Dlaczego narrator zaczął się zachowywać jak główny bohater?

 

Nie jestem zadowolony z lektury. O ile w jakiś sposób jest ona przewrotna, tak nie zaskakuje, jest bardzo wulgarna (nawet, gdy sytuacja tego nie wymagała) i bazuje na prostym schemacie – głupi krasnolud marzył o typowych rzeczach i fabularnie musiał dać się nabrać. Niestety trudno mi napisać coś więcej.

Przyjemnie się czytało, chociaż zestawienie mojego niezrozumienia kim jest podmiot i Twojego zamysłu – nie wiem, ale mi nie gra. :P Bardziej samotna, acz pełna życia panna, takie miałem skojarzenia.

Na wierszach się nie znam i nawet nie próbuję dorastać do pięt analizy Ślimaka. Bo ta pięta, paradoksalnie jak na ślimaka, jest bardzo wysoko.

Przeczytałem. Jest dużo błędów, niejasności, zdarzają się literówki. Poniżej łapanka przykładów:

– A psik! – kich­nął pra­wie na­tych­miast.

– Na zdro­wie! – Usły­szał w od­po­wie­dzi, ocie­ra­jąc ciek­ną­cy nos. – Po­wie­dzia­łem: „Na zdro­wie!” – po­wtó­rzył bro­da­ty czło­wie­czek w za­ku­rzo­nym chi­to­nie, wy­cho­dząc zza skały. – Głu­chy je­steś?

– Czy my się znamy? – za­py­tał zja­dacz grze­chów, pa­trząc z góry na na­trę­ta i jego dwóch po­dej­rza­nie we­so­łych kom­pa­nów. – Chciał­bym wie­dzieć, komu po­dzię­ko­wać.

Nie wiem, co bohater miał tutaj przedstawić czy fabuła została wymuszona aby iść w tę stronę. Robi głupią scenę trzem nieznajomym, okazuje się, że sam w sumie jest prostakiem, zamiast zwyczajnie podziękować.

– Precz stąd, ob­dar­tu­sy! – za­głu­szył bro­da­te­go jeź­dziec ga­lo­pu­ją­cy od stro­ny trak­tu, krę­cąc młyń­ce mie­czem. – Precz, bo ubiję!

Dość… szybko. Galopującego konia słychać z daleka, a tu pojawia się mocno niespodziewanie.

Sta­nę­li na wznie­sie­niu, skąd roz­cią­gał się widok na oto­czo­ne ma­syw­ny­mi mu­ra­mi mia­sto le­żą­ce w do­li­nie.

Szyk zdania tutaj kuleje: Stanęli na wzniesieniu, skąd rozciągał się widok na miasto leżące w dolinie, otoczone masywnymi murami.

Pierw­sze przy­wi­ta­ły Bel­tra­ma dwa psy o ob­cię­tych ogo­nach, które po­rzu­ciw­szy we­so­łą go­ni­twę mię­dzy sto­ła­mi, pod­bie­gły do no­we­go go­ścia z wy­wie­szo­ny­mi ję­zy­ka­mi.

W powyższym zdaniu Beltram jest wręcz podwójnym podmiotem (jako on sam i jako nowy gość). Po prostu: do niego.

Stroj­niś/pięk­ni/człowieczek/nasz bohater (użyte wiele razy) itp – nie wiem, ale te określenia psują mi klimat. Generalnie klimat, jak na zagadnienia, które zostały poruszone, jest przegadany, lekki i momentami bajkowy. Antagonista jest przerysowany – brakuje tylko złowieszczego śmiechu i wykrzyczenia: "patrzcie, jaki jestem zły!", przez co trudno traktować go poważnie.

tym­cza­sem go­spo­darz przed­sta­wił po­zo­sta­łych dwóch gości. Pierw­szy był synem gar­ba­rza, drugi – fa­bry­kan­tem lir. Obaj za­li­cza­li się do po­li­tycz­nych przy­ja­ciół pana domu.

Jeden był rzemieślnikiem, co pod względem politycznym i tak wyglądało słabo, a drugi był tylko synem rzemieślnika. Dlaczego mieliby być politycznymi przyjaciółmi? Jakie znajomości czy wpływy mogliby mieć?

– Byłem im cał­ko­wi­cie po­wol­ny. 

???

To, że te ich par­szy­we ko­ra­bie cu­mu­ją w na­szym por­cie, który jest wła­ści­wie także ich, to moja za­słu­ga! Wie o tym każdy w mie­ście i oni wie­dzą, że ja nie mogę się od nich od­wró­cić, że bez nich nie ist­nie­ję. Nie mają po­wo­du mnie ata­ko­wać.

Logika tego zdania dla mnie: jestem bezbronny i zależny od nich – nie mają powodu mnie atakować. No nie ma to sensu.

Za­my­śli­li się bie­siad­ni­cy.

Szyk zdania – Biesiadnicy się zamyślili.

– O to mu­sisz za­py­tać Klej­nia­sa. – Od­wró­ci­ła się tyłem do niego i po­de­szła do okna. – Jest w po­ko­ju na górze. Bar­dzo chciał z tobą po­mó­wić. Wie­rzył, że wsta­niesz przed zmro­kiem. Chcesz go zo­ba­czyć? – Mil­cza­ła krzty­nę, po czym rze­kła ła­mią­cym się gło­sem: – Ran­kiem może nie być już oka­zji.

Dziwi mnie, że nie zareagował na te słowa.

Był skrom­nym, ma­lut­kim droz­dem. Nie po­my­lił­byś go jed­nak ze zwy­czaj­nym droz­dem. W jego oczach nie było gnie­wu, czy nie­na­wi­ści.

No normalnie drozdy to takie agresywne sukinkoty? :P Potem niby się wyjaśnia, ale w tym zestawie to sens jest zachwiany.

 

Podsumowując, gubiłem się czytając. Wprowadziłeś bardzo wiele pojęć religijno-społeczno-kulturowo-geograficznych, które nie miały (w moim odczuciu) wielkiego wpływu na fabułę, a jedynie mnie dezorientowały. Bohaterów nie ma zbyt wielu, ale mam podobnie jak Reg – czasami ich nie rozróżniałem. Wypowiadali się bardzo podobnie i praktycznie każdy z nich był gadułą. Swoją drogą, nie tak wyobrażam sobie spotkanie kilku facetów, te dialogi i przeskakiwanie wątków nie zagrało. Nie znam wszystkich motywów bohaterów – w przypadku głównego bohatera praktycznie do końca nie wiedziałem, dlaczego to wszystko robi. Wydarzenia nie wynikały z ciągu przyczynowo-skutkowego, a raczej sprawiały wrażenie odgórnie zaplanowanych. 

Opowiadanie jest zdecydowanie zbyt długie i można byłoby je odchudzić o dwadzieścia (przynajmniej) tysięcy znaków, aby zachować sens i zagęścić to co się wydarzyło.

 

Ze swojej strony proponuję pójść w stronę krótszych opowiadań, w których łatwiej będzie kontrolować tempo akcji i bohaterów oraz w stronę betowania i czytania innych. Wyobraźni Ci nie brakuje, natomiast warsztat można sobie wypracować za co trzymam kciuki.

Powodzenia!

To uczucie, kiedy jesteś setkowym, elitarnym dyżurnym po przeczytaniu i skomentowaniu dwóch tekstów… xD

Cześć Rybaku,

Mam mieszane uczucia. Tekst ogólnie mi się podoba, szczególnie bogactwo świata, natomiast całość wydaje mi się lekko zbyt przegadana.

Co do zgrzytów, to mam dwa:

Fakt, są prze­cież dzie­ci. Jakoś tak stale ich przy­by­wa­ło.

Trochę parsknąłem, bo gość brzmi, jakby nie wiedział skąd się biorą. Albo nie miał z tym nic wspólnego.

Kolejna sprawa – jeśli przeoczyłem to wybij mnie z błędu, natomiast gdy małżeństwo siada do kolacji, to Ania bierze wino. Chwilę później “rośnie” jej brzuch z ciążą bliźniaczą. Było o tym wspomniane wcześniej?

Postawiłeś przed czytelnikiem próg wejścia nie do przeskoczenia. Te wszystkie neologizmy miałyby sens, gdybyś jakoś wprowadził czytelnika w świat. Wymieszał nowe z czymś, w czym czytelnik może się poruszać, aby zaczął przyjmować to co nieznane.

 

Nie podobała mi się szarpana narracja i akapity po kilka linii, bo to raczej wskazuje na brak pomysłu na jakąś strukturę opowiadania. Część z tych wtrąceń nie ma większego wpływu na fabułę.

Dobry tekst.

Część ze znikającym mieszkaniem skojarzyła mi się trochę z opowiadaniem Muzyka Ericha Zanna Lovecrafta, natomiast wątek monety przywiódł mi na myśl Ludzi Bez Twarzy z Braavos.

Spodziewałem się, że gość ostatecznie odmelduje się z tego świata, natomiast skutecznie odwlekałeś ten moment i lawirowałeś, by wzmocnić ciekawość czytelnika.

Akcję opisałeś płynnie i obrazowo – meblościanka, stara kanapa czy boazeria dawały wyobrażenie – nie tylko wizualne – warunków mieszkaniowych Michała. Podobnie jest ze scenami w barze.

Jedyne, nad czym bym się pochylił, to postać głównej bohaterki – widziałbym więcej jej inicjatywy i celów działania, żeby fabuła była popychana większym udziale Anki w stosunku do innych postaci.

Napisałbym więcej, ale bycie facetem z gorączką to poważny stan… ;)

 

Daję polecajkę do biblioteki.

Pozdro!

Witaj, Basement, dobrze Cię widzieć (jak i całą resztę) :D

BK rzadko bo rzadko ale jestem. Choć tak, długo mnie nie było.

Poprawię się w marcu.

Nie przypadło mi do gustu niestety. Niektóre fragmenty sprawiają wrażenie “efekciarskich” choć niewiele z nich wynika. Ponadto zabrakło mi tu jakiegoś balansu w tempie narracji – często dłuższe zdania są wtedy, gdy coś dzieje się szybko, a krótkie zdania występują przy chwilach mocno statycznych, cichych, ciemnych. Dłuższe zdania w takich sytuacjach mogłyby moim zdaniem dać fabule płynąć.

Dużo tu zbędnych opisów, a sama historia jest raczej jedną z tych, że wydarzenia po prostu musiały nastąpić po sobie. Sama fabuła nie jest jakoś najbardziej wciągająca.

Niestety, ale widziałem Twoje lepsze opowiadania. :P

Napisane z jakąś dozą humoru i ironii. W sumie każdy wpis to krótka "podhistoryjka" i jak na tekst z taką ilość znaków to całkiem sporo się dzieje. Ogólnie przyjemne, natomiast zabrakło mi czegoś, przez co zapamiętałbym tekst na długo.

Dzień dobry

 

Zgłaszam się do dyżurowania. Dzień bez znaczenia.

Hej Gerladzie!

Dzięki za opinię do opowiadania z zaznaczeniem lepszych i gorszych stron. Realizm mógł trochę kuleć ze względu na limit znaków, ale to tylko moje odczucie.

No i te zdanie, jak dla mnie złoto. Piękne. Nie mam pojęcia co aż tak mi się w nim podoba ale do mnie przemawia. 

Pozostaje mi tylko cieszyć się, że “siadło”. ;)

Chciałbym czasowo zrezygnować z dyżurowania.

Nagromadziło mi się trochę spraw, a przede wszystkim ruszam z wykończeniem mieszkania, a to proces siło– i czasochłonny.

Za parę miesięcy powinno być lepiej, więc rozważę powrót.

Wybaczcie obsuwę, ale ostatnio mało mnie było na portalu.

 

Ambush, dzięki za przeczytanie. :) Może nieco pośpieszna, nie przywykłem do pisania szortów, ten w sumie był pierwszy. Co do smrodu, oryginalnie bohaterka przechowywała kochanków w piwnicy, więc może w chłodnym i suchym nie było aż tak źle, jeśli trumny przez pierwszy okres były zamknięte?

 

Dzięki i Tobie Koalo.

Ma­rze­nie wy­ra­sta­ło wprost z tę­sk­no­ty, ży­wio­ne ro­dzin­ny­mi awan­tu­ra­mi, po­bu­dzo­ny­mi do wzro­stu przez białe odłam­ki roz­bi­ja­nych za­staw, gdy matka do­wia­dy­wa­ła się o zdra­dach ojca.

Co było po­bu­dza­ne do wzro­stu odłam­ka­mi por­ce­la­ny? IMO po­win­no być ma­rze­nie, a mam wra­że­nie, że są ro­dzin­ne awan­tu­ry.

 Tak, chodziło o marzenie.

Luca spo­czął w trum­nie u boku Ni­co­lae

Obaj w jed­nej? ;) 

Powinno być obok*, fakt.

Po­de­szłam pod ścia­nę, gdzie w pół­mro­ku leżał wy­cią­gnię­ty Lo­ren­zo.

Syna też za­ła­twi­ła? I czemu się żali, że od niego wszyst­ko się za­czę­ło?

Tam potem występuje, że czuje się przez niego zdradzona, tyle, że na inny sposób.

Fakt, smród cią­gnął­by się do gra­nic Błu­ga­rii, albo i dalej. Opo­wia­dasz o zdra­dzo­nej żonie, która wzię­ła spra­wy w swoje ręce, a femme fa­ta­le ko­ja­rzy mi się ra­czej z tą trze­cią, z ko­bie­tą, która wy­ko­rzy­stu­je męż­czyzn. Ale niech Ci bę­dzie, skoro w końcu za­czy­na sama uwo­dzić ;) Fan­ta­sty­ka, no… de­li­kat­na, ale przyj­mij­my, że jest.

Opko przy­da­ło­by się wy­szli­fo­wać, widać tutaj pre­sję czasu ;) Ale lep­sze niż prze­ciw­ni­ka :)

Dzięki Irko. ;) Oryginalnie nikt przez długi czas się nie zorientował, że potrzebowała tylu trumien, ale szort to chyba nieodpowiednia forma do tłumaczenia tego.

Amonie:

Zbyt po­spiesz­nie, zbyt pur­po­ro­wo, pom­pa­tycz­nie. Po­czą­tek bar­dzo prze­kom­bi­no­wa­ny ję­zy­ko­wo i opo­wia­da­nie na tym traci. Hi­sto­ria mo­dlisz­ki, która mor­du­je swo­ich ko­chan­ków, bo nie są jej wier­ni to nawet cie­ka­wy po­mysł, ale uwa­żam, że przy­da­ło­by Ci się odro­bi­nę wię­cej zna­ków do na­le­ży­te­go przed­sta­wie­nia hi­sto­rii. Albo tyle, ile wy­no­sił limit, gdy­byś przy­ciął tro­chę te kwie­ci­ste i nie­po­trzeb­ne wy­ra­że­nia na po­cząt­ku opo­wie­ści :P

Opko różni się od opo­wia­da­nia opo­nen­ta tym, że nie po­sta­wi­łeś na jakiś twist, za­sko­cze­nie, i na tym polu mu ustę­pu­je. Uwa­żam jed­nak Twój tekst za lep­szy, no i tro­chę le­piej na­pi­sa­ny. 

Nie pisałem dotychczas szortów i trudno było mi się odnaleźć w takim limicie szczerze mówiąc. Co do pompatycznie – taki w sumie był zamysł na tę narrację, więc trudno to uznać za wadę. ;)

MaLeeNo:

Bio­rąc pod uwagę praw­dzi­wą hi­sto­rię Very, chyba jed­nak nie śmier­dzia­ło tru­pem aż tak bar­dzo. Przy lek­tu­rze zde­cy­do­wa­nie dało się wy­czuć pre­sję licz­by zna­ków.

O, to to. 

Pew­ne­go dnia w dro­dze na rynek do­rwa­ła mnie Olga, żona mo­je­go ostat­nie­go ko­chan­ka – Ser­giu.

Dama tak mówi?

Dama w emocjach myślę, że tak.

Dzięki za odwiedziny. ;)

Po­zdra­wiam!

 

Dzięki za Twoją wierną służbę Krokusie. ;)

Pa­trząc na wątek po­je­dyn­ko­wy, my­śla­łem, że „Co cię kręci, Vero Ren­czi?” to tylko hasło, które miało wpro­wa­dzić do te­ma­tu przed­sta­wie­nia po­sta­ci bę­dą­cej femme fa­ta­le, tym­cza­sem obaj po­sta­no­wi­li­ście przed­sta­wić Verę (a Sa­gitt ści­śle wg. prze­pi­su z Wi­ki­pe­dii) na swój spo­sób.

Wiem, że to trochę wedle przepisu, choć zależało mi w tym, aby wczuć się w narrację szalonej kobiety.

 Finklo:

Hmmm. Jak dla mnie – za mało fan­ta­sty­ki. Kur­czo­wo trzy­ma­łeś się fak­tów, na osło­dę do­rzu­ci­łeś tylko duchy, które nie od­gry­wa­ją żad­nej roli w fa­bu­le.

Dziw­ne, że tak długo nikt baby nie po­dej­rze­wał…

No to jest w sumie ciekawe, że ponad trzydzieści ofiar i nic, dopiero potem na jej trop wpadła policja.

I jak wyżej wspomniałem, najbardziej zależało mi na przedstawienie obłąkańczej wersji z perspektywy narracji pierwszoosobowej.

 

Regulatorzy:

Ot, taka sobie opo­wiast­ka o ba­becz­ce bez­względ­nie wy­ma­ga­ją­ce wier­no­ści i tru­ją­cej nie­wier­nych part­ne­rów. Przy­pusz­czam, że tylko fan­ta­sty­ce można przy­pi­sać to, że za­zna­wa­ła przy­jem­no­ści prze­sia­du­jąc w śmier­dzą­cej piw­ni­cy peł­nej roz­kła­da­ją­cych się tru­pów.

Wy­ko­na­nie nie uła­twia­ło lek­tu­ry.

Szkoda, że historia się nie spodobała. Dla mnie elementem fantastycznym były widma i zwidy głównej bohaterki. A co do preferencji głównej bohaterki. Cóż. O gustach, nawet tych dziwnych się nie dyskutuje, bo historia została oparta na faktach.

Poprawię wskazane błędy.

 

Outta Sewer

Dzięki za opinię. ;)

to ro­zu­miem jej fik­sa­cję, to jak jej kuku eska­lo­wa­ło, ale są tutaj mo­ty­wy, które budzą moje wąt­pli­wo­ści. Fan­ta­sty­ka jest szcząt­ko­wa i bar­dzo pre­tek­sto­wa, w za­sa­dzie w ogóle jej nie ma. Opo­wieść nieco mi sie cią­gnę­ła, ten jed­no­staj­ny rytm nie po­ma­gał w po­czu­ciu ja­kiej­kol­wiek emo­cji w trak­cie lek­tu­ry.

Jak myślisz, co mogłoby to zmienić? Jakaś większa akcja, zmiana tempa?

Co do fa­bu­lar­nych spraw: co ona miała za piw­ni­cę? Skoro dała radę tyle tru­pów w niej trzy­mać to mu­sia­ła być spora, ale jak to jest, że te ciała nie gniły? W trak­cie lek­tu­ry od­nio­słem wra­że­nie, że pi­szesz, że te ciała były wy­schnię­te. Czy tam nie śmier­dzia­ło tymi tru­pa­mi? Czy nikt nie na­brał po­dej­rzeń, że za­wsze zni­ka­ją fa­ce­ci, i to w więk­szej licz­bie, któ­rzy spo­ty­ka­ją się z bo­ha­ter­ką? No i co z dziec­kiem, które tam gdzieś pła­cze po dro­dze? Zbyt wiele nie­ści­sło­ści, nie­do­po­wie­dzeń, po­ury­wa­nych mo­ty­wów.

Limit i po­spiech nie za­dzia­ła­ły tutaj na ko­rzyść tek­stu.

W prawdziwej historii Very faktycznie trzymała kochanków w piwnicy. Może to nie wybrzmiało, ale Vera w mojej wersji otwierała trumny dopiero po jakimś czasie, jak zgniło to co miało zgnić i reszta wyschła. Może dzięki takiemu postępowania mogła tam przesiadywać… 

Niestety, nie jestem specjalistą od gnijących ciał… :P

 Pozdrawiam!

 

Asylum

Po­do­bał mi się po­mysł, no i Bu­ka­reszt, szko­da że jego było tak mało. Mam pewne wy­obra­że­nie, tro­chę skraw­ków z pa­mię­ci: lu­dzie, oto­cze­nie. Prze­dziw­ne miej­sce.

Po­mysł w tek­ście jest, może nie jest wiel­ce ory­gi­nal­ny, ale dla mnie wpa­so­wu­je się w tamte, za­pa­mię­ta­ne kli­ma­ty oraz pod­kre­śla je w jakiś spo­sób rów­nież zapis, może przez spo­sób frag­men­to­wa­nia. Uryw­ko­wość i słowa.

A dziękuję, fajnie, że te akcenty tak w Tobie wybrzmiały.

Warsz­ta­to­wo chyba tekst wy­ma­gał­by jesz­cze do­pra­co­wa­nia: kli­mat, mniej­sza po­spiesz­ność i może licz­ba, ja­kieś kiksy typu "woda z mie­dzy" czy prze­ci­nek w : “Gdy za­bie­ra­li mnie do wię­zie­nia (+,) nie wiem”.

Kiedy patrzę na tekst po tym czasie widzę te błędy.

Dzięki!

 

Golodhu:

Niby do­brze na­pi­sa­ne, ale fa­bu­ła nie do końca się klei, szcze­gól­nie w dru­gim akcie, tj. od razu z dru­gie­go mor­der­stwa prze­cho­dzisz do mor­do­wa­nia wszyst­kich. Bra­ku­je mo­ty­wa­cji/prze­mia­ny bo­ha­te­ra i przez to żal na końcu jest tro­chę nie­wia­ry­god­ny.

Czy to żal za innych? Raczej żal do losu, że tak się potoczył, kiedy przecież chciała tylko dobrze żyć. Może lekko makabryczne, ale cóż.

Poza tym gdzieś zgu­bi­łeś jej synka:P

Zginął przecież… :P

Ob­sta­wiam au­tor­stwo Sa­git­ta (i zdzi­wił­bym się, gdy­bym się mylił).

Trafiony. ;)

 

Po­do­ba­ła mi się ta opo­wieść. Za­czy­na się jak ty­po­wa oby­cza­jów­ka, ale za­ska­ku­je zwro­tem akcji. Tro­chę zbyt po­spiesz­nie opo­wie­dzia­na, lecz nie ode­bra­ło to przy­jem­no­ści z lek­tu­ry. Po­stać bo­ha­ter­ki wy­pa­dła wia­ry­god­nie. Do­kład­nie wy­ja­śniasz, dla­cze­go wier­ność była dla niej bar­dzo ważna i z ja­kie­go po­wo­du na­stą­pi­ła jej prze­mia­na. 

Tekst do­brze się czy­ta­ło, pi­szesz sty­lem “przy­ja­znym dla czy­tel­ni­ka”. 

Dzięki, że wpadłaś i przeczytałaś ANDO. Miło jest widzieć dobre głosy. ;) Co w Twojej ocenie to styl przyjazny dla czytelnika?

 

Ogólnie, to fajne opowiadanie z kilkoma mankamentami, które nie tyle utrudniały lekturę, co ich zmiana spowodowałaby jeszcze lepszy odbiór.

Brakuje mi tu informacji, dlaczego Odo był wybrańcem – tutaj nie pada nic konkretnego co dla mnie jest minusem. Odnośnie akcji – mam mieszane uczucia jeśli chodzi o strukturę – punkt zwrotny pojawił się i rozegrał dość szybko. Jakieś wątpliwości i po chwili nie było naszego bohatera. Dziwi mnie to nieco też ze względu na fakt, że miał obok siebie zjawy, które musiały wyczuwać obecność jeszcze kogoś dodatkowego i go powstrzymać. A nawet jeśli nie powstrzymać, to po prostu całość wydarzyła się bardzo szybko.

Na plus jest na pewno sam zamysł historii, szlachetność głównego bohatera chociażby w końcówce oraz to, że świat, który zbudowałeś, jest łatwoprzyswajalny. Jest Twój, ale wykreowałeś go w taki sposób, że absolutnie nie było problemem łączenie wątków, miejsc i postaci.

Nowa Fantastyka