Profil użytkownika

Moje pozaportalowe publikacje:

“Kilowatogodziny” – Poza Linią, nr 2, 2025, https://pozalinia.pl/post/kilowatogodziny/   

“Moja miłość” – Zakład.magazyn, nr 9, 2024, https://www.zakladmagazyn.pl/post/maria-krzywda-moja-miłość 

”Vertigo” – TY.TU.Ł Literacka wataha, nr 5, 2024, str. 120-124, https://viewer.desygner.com/SMiJWcCipWU/ 

“Wina” –  Zakład.magazyn, nr 4, 2023; https://www.zakladmagazyn.pl/post/maria-krzywda-wina

“Podarunek od M.” – w antologii “Romantyczność 2022”, Biuro Literackie, 2022

Zbiór opowiadań “Wszystko dobrze”, Biuro Literackie, 2022; tu można posłuchać (i popatrzeć ;-)), jak czytam fragmenty: https://www.youtube.com/watch?v=vTigyXd8ISA         

“Skwar” – Zakład.magazyn, nr 2, 2021 https://www.zakladmagazyn.pl/post/maria-krzywda-skwar     

“Ławeczka” – publikacja pokonkursowa; Bydgoszcz 2021, https://biblioteka.bydgoszcz.pl/dzialalnosc-dodatkowa/publikacje/        

“Kobieta Don Kichota” – Fabularie 1 (25) 2021

“J” – Krajobrazy słowa, tomik pokonkursowy, Kędzierzyn-Koźle 2020

“Osiem dni Marii” – Akcent nr 1 (159) 2020

“Słoń w Neapolu” – Fabularie nr 3 (21) 2019

“Elegia o nie moim miejscu” – Powiew Weny, tomik pokonkursowy, Wejherowo 2019

“Definicja” – Fabularie nr 2 (17) 2018

“Żyły” – Mega*Zine Lost&Found nr 23 2018, str. 201 http://lostandfound_megazine.vipserv.org/?page_id=1679             


komentarze: 3249, w dziale opowiadań: 2275, opowiadania: 985

Ostatnie sto komentarzy

Cześć!

Jak już wiesz, piórkowo byłam na NIE. Nie kupiła mnie historia ramowa tego tekstu. Cała współczesna część jest mocno pretekstowa, a Witek mało wiarygodny. Przedstawiasz go jako zblazowanego mężczyznę, którego dopiero co zwolnili i któremu właściwie wszystko jedno. Nagle budzi się w nim bohater, który wbiega do płonącego budynku, a zanim wbiegnie do mieszkania staruszki dodatkowo ma jeszcze czas na rozkminy, co pomyśleliby o nim ludzie gdyby zawrócił i jak to przez całe życie dokonywał bezpiecznych wyborów. 

 

Może gdyby to był normalny dzień, zostałby tam, gdzie stał. Człowiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kalkuluje, myśląc o tym, co może stracić. On nie kalkulował.

Piszesz że on nie kalkulował, ale cała ta scena jest bardzo spowolniona; tu nie ma dynamizmu; szybkiej decyzji i akcji po niej następującej. Niepotrzebnie dywagacjami rozwadniasz tę chwilową decyzyjność bohatera i gdzieś ta wiarygodność zwykłego człowieka, który potrafi się zdobyć na bohaterstwo w niezwykłych okolicznościach zaczyna umykać. Bo ten wydłużony opis jest bardziej zgodny z tym zblazowanym Witkiem. 

 

Kobieta obróciła się do okna i wskazała na małe boczne drzwi w mieszkaniu, które ledwo było widać zza zasłony dymu.

Zdębiał. Może nie mieszkała tam sama?

Ta scena mnie natomiast zdziwiła. To ona mieszkała w kawalerce? Skąd on mógł wiedzieć, że w mieszkaniu nie było nikogo innego? W ogóle sam fakt, że on po otwarciu drzwi od razu znalazł się w pokoju ze staruszką wydał mi się dziwny (nie kojarzę żadnego mieszkania o takim układzie). 

 

Sceny po powrocie do współczesności też wydają mi się mało prawdopodobne. Strażacy znaleźli nieprzytomnego Witka i zamiast wynieść go na zewnątrz, to sobie ucinają z nim pogawędkę. 

W całym opisie pożaru (i na początku i na końcu tekstu) zabrakło mi nagłości, poczucia zagrożenia, dynamizmu.

 

Kolejna sprawa to motywacja staruszki do pozostania w domu. O ile w części historycznej to “nie mogłam jej zostawić” ma sens, o tyle w części współczesnej jest dla mnie niezrozumiałe. Jej matka nie żyje, zdjęcie mogła zabrać ze sobą; finalnie i tak została wyprowadzona (domyślam się, że przez strażaków) z mieszkania, co więc stoi za “nie mogłam jej zostawić”? 

 

Część historyczna wypada dużo lepiej. Motywacje i działania bohaterów są zrozumiałe, rozmowy Witka z Miriam przekonujące. Szczątkowość dialogów fajnie pasuje do sytuacji.

Mam zastrzeżenia do tego, że ubiór bohatera właściwie nie stanowił problemu aż do końcowej sceny. Bardziej wiarygodnie by chyba jednak wyszło dać mu chociażby jakiś płaszcz, bo to że pierwszy Niemiec go nie zatrzymał mocno mi zgrzytnęło. 

 

Miałam też wątpliwości co do zestawienia problemów współczesnych Witka z życiem w getcie. Trochę to pachnie demagogią. Porównywanie strasznego zła z czyimiś osobistymi problemami wydaje mi się być nadużyciem, bo tego nie da się porównać. Powiedzieć, że czyjeś problemy są małe/nieistotne, bo gdzieś kiedyś/gdzieś indziej dzieją się straszne rzeczy to rodzaj emocjonalnej manipulacji. Być może czułabym inaczej, gdybyś bardziej przybliżyła życie Witka i z czego wynikało jego poczucie nieszczęścia (te kilka zdań w tekście daje bardzo niewiele informacji i nie pozwala zbudować sobie pełnego obrazu). 

 

Czytało mi się dobrze.

 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Nieszczególnie przypadł mi ten tekst do gustu. Jest bardzo enigmatyczny. Operujesz praktycznie samymi abstrakcjami, przez to bardzo trudno było mi zrozumieć zarówno świat przedstawiony, jak i zachowania bohaterów. Brakowało mi konkretów, bo tu wszystko jest rozmyte – czym jest Zamysł, ostateczny aspekt (czyli właściwie co?), rola aniołów; to że niby znają Zamysł, ale właściwie to nie bardzo, o co chodzi z latarnią (na początku myślałam, że jest ona ucieleśnieniem Zamysłu, ale przecież Lucyfer ją zabrał). Nie zrozumiałam, dlaczego Lucyfer odszedł – masz informację, że chciał chronić Zamysł przed ludźmi, ale w jaki sposób odchodząc miałby to osiągnąć? Dlaczego Michał wybrał się na spotkanie z Lucyferem, który właściwie nic nie robił, tylko siedział w twierdzy? Skąd się wzięła szczelina, która potem zamieniła się w rzekę ognia? Dlaczego Michał, który przecież dysponuje wolną wolą, scedował decyzję o zaatakowaniu Lucyfera na miecz (tam chyba nawet dwukrotnie jest o tym wzmianka, że to miecz sam składał się do ciosu). Dodatkowo zdziwiło mnie, że Michał z innymi aniołami maszerowali do Lucyfera – przecież to aniołowie, mają skrzydła, mogli polecieć. Niby drobiazg, ale to kolejna rzecz, która nie ma wytłumaczenia.

Ogólnie miałam wrażenie, że ten tekst ma sens tylko wtedy, gdy czyta się go jako retelling znanej i obecnej w kulturze opowieści i to wiedza zewnętrzna pozwala (do pewnego stopnia) śledzić fabułę, ignorować luki i nieścisłości. A ja bym chciała przeczytać tekst, który sam z siebie się broni, a warstwa retellingu jest jego dodatkowym atutem, a nie elementem bez którego tekst się sypie. Dlatego też w głosowaniu byłam na NIE. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Bardzo mi się ten tekst podobał. Łączysz wiele zdających się pochodzić z różnych porządków elementów. Byłam ciekawa, dokąd zmierza fabuła opowiadania i czy te wszystkie wątki stworzą finalnie sensowną całość. Na szczęście tak właśnie było. Jest tu warstwa psychologiczno-emocjonalna (relacja syna z ojcem), wątek technologiczny i motyw dążenia do przetrwania cudzym kosztem (ci wszyscy goście na uczcie), a także wątek wpływu przeszłych doświadczeń na teraźniejszość czy szerzej tematyka dziecięcej traumy i jej późniejszych konsekwencji. Osadzasz te wątki w bardzo ciekawej strukturze przestrzennej. Sięgasz nie tylko po figurę domu/zamku z jego poziomami (bohater jest domem sam dla siebie, ale i z wyboru dla innych), ale operujesz też pojęciami centrum (zamek) i peryferii (las dookoła), co myślę świetnie oddaje charakter podświadomości i jej roli. 

Podobało mi się to, że te wątki stopniowo się ze sobą zazębiają. Coś co na początku wydawało się być chaotycznym zlepkiem pomysłów, wraz z rozwojem fabuły konsekwentnie się ze sobą splata i nabiera sensu. 

Zakończenie dość mocno grające na emocjach, ale nie ckliwe – dzięki temu, że nie doszło do ostatniego spotkania ojca z synem jest odpowiednio gorzkie, ale i prawdziwe. 

Szkoda, że tekst nie dostał piórka. Byłam na TAK. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Przyjemna lektura. Niespieszna fabuła, odpowiednio stopniowana ekspozycja świata, ciekawe niejednoznaczne postacie. Treść nie jest może jakoś szczególnie odkrywcza, ale pełnokrwiści bohaterowie, którzy żyją własnym życiem sprawiają, że ten świat jest wiarygodny.

Siła oddziaływania historii na czytelnika zasadza się na operowaniu tonami szarości – nie idziesz w emocjonalny szantaż (choć może odrobinkę się o niego miejscami ocierasz). Bohaterowie i ich motywacje nie są czarno-białe. To są ludzie, którzy mają wady i zalety. Przykładowo, rodzicom Flory zależy jednocześnie na dobru córki, ale też na poprawie własnego bytu. Wstydzą się swojej biedy (bardzo ludzkie), złoszczą się, próbują ratować sytuację – dzięki wachlarzowi różnych reakcji nabierają życia i łatwo jest sobie zbudować ich obraz w głowie. U Flory z kolei fajnie, że dostosowałeś nie tylko poziom intelektualny, ale i poziom dojrzałości emocjonalnej do jej wieku. Świetnie to pokazuje chociażby  scena jej rozmowy z jednostką medyczną po kłótni w pralni, kiedy Flora myśli, że kupi każdej dziewczynie po migaczu.

Zadbałeś zarówno o postacie pierwszoplanowe, jak i te z tła. Podobał mi się chociażby delikatny foreshadowing przy pani Russo (spostrzeżenia Flory nt. jej kolan). 

Z rzeczy które uważam za szczególnie udane jest też to, że eksperyment na Florze się udał, co podkreśla perfidię całego procesu pozyskiwania danych medycznych z niższych warstw społecznych. Sama końcówka ładnie podsumowuje historię. 

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to do postaci Tiberiusa. Wydał mi się dość typowym, nieco kreskówkowym złoczyńcą. Koniecznie w garniturze i koniecznie z wąsem ;) Z wszystkich postaci wypadł najsłabiej. 

Od strony językowej czytało mi się dobrze.

Piórkowo byłam na TAK. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Bardzo specyficzny tekst, którego rubaszność, czy chwilami wręcz wulgarność nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie miejscami raziła, ale z punktu widzenia fabuły częściowo mnie ona przekonuje. Pomysł, że “mieszkańcy” dzieł sztuki, żyjący od wieków są tacy bardzo przyziemni, sarkastyczni i bezczelni ma sens. Żyją bardzo nietypowym życiem ukrytym przed wzrokiem człowieka, jednocześnie stale się ludziom przyglądając (czy nawet bardziej podglądając), co sprawia, że znają naturę ludzką od podszewki. W jakiś sposób zdają się przynależeć do porządku karnawału. Żyją nocą, wyjęci spod praw ludzkich i się na nie nieoglądający. 

Ta wulgarność przestaje się sprawdzać w części pozamuzealnej. Osłabia charakter życia muzealnego, ale też zaczyna zwyczajnie męczyć i razić. Nie widzę dla niej wystarczającego uzasadnienia fabularnego. Scena masturbacji Łukasza i jego pierwsza rozmowa z Damą jest niezbyt przekonująca, jakbyś na siłę próbował jeszcze tę wulgarność wyeksponować – tylko nie wiem po co. Rozumiem, że chłopak umiera i wszystko mu jedno, ale nie wyszło to według mnie najlepiej. W ogóle Łukasza i jego relację z Damą uważam za najsłabszą część tekstu. Łukasz jest dość nijaki, a sama relacja bardzo papierowa, powierzchowna, miejscami niepotrzebnie sztucznie sentymentalna (drżące ciało, przytulanie do piersi, łkanie), brakuje głębi i porządnego zbudowania więzi między bohaterami. Dodatkowo miałam wrażenie, że tekst dość wyraźnie próbuje  szantażować czytelnika emocjonalnie historią Łukasza. 

Sama postać Damy ciekawa, choć już historia jej klątwy nie do końca chciała mi się skleić w całość. Skoro Śmierć została uwięziona, to kto przejął jej rolę? Skoro to ona zaczęła rozdawać marzenia ludziom, to po jej uwięzieniu dlaczego wciąż marzyli? Kara za postąpienie wbrew regułom świata wychodzi przekonująco. 

Najciekawiej i najbardziej realistycznie wypadła relacja Damy z Japonką. Budujesz przyjaźń między nimi stopniowo; zestawiasz ze sobą dwie bardzo różne osobowości i bazując na konflikcie (ale też niejako wspólnej niedoli) pokazujesz, kim te kobiety dla siebie są, co czują i co mogą sobie nawzajem dać. Zdecydowanie najmocniejsza część tekstu. 

Finalnie byłam na NIE, bo osią fabularną jest jednak historia Łukasza i Damy, która mnie zupełnie nie przekonała. 

There's no medicine for regrets.

Jedno i drugie było w tekście od początku.

 

Tak, tylko że

Pytanie, na co chcemy położyć akcent.

mój zarzut jest taki, że tego akcentu na koniec za bardzo nie widać – ani na upadek moralny bohatera, ani na związek cerkwi z ochraną. Jak coś jest obecne przez cały/większość  tekstu to powtórzenie tego w końcówce kolejny raz, tylko że w bardziej zwięzłej formie nie daje mocnego wydźwięku. 

To oczywiście tylko moje odczucie, nie próbuję cię do niczego przekonać, tylko jaśniej przedstawić swój punkt widzenia. 

There's no medicine for regrets.

Jednak ten letni finisz był mi potrzebny do podsumowania skutków sojuszu tronu i kościoła bardziej niż do pokazywania dna moralnego Dymitra.

To dla mnie to nie wybrzmiało, czy raczej było oczywistą konkluzją, która mnie nie zaskoczyła. Już w momencie, w którym Leonid zaproponował bohaterowi pracę w ochranie zaświeciła mi się w głowie lampka łącząca cerkiew z aparatem władzy. I tak, końcówka rzeczywiście ładnie podsumowuje ten wątek, ale jest właściwie tylko powtórzeniem tego, co już w tekście było.

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Podoba mi się ten tekst. Jest bardzo sprawnie napisany i wystylizowany. Czyta się lekko i przyjemnie. Historia jest przesiąknięta swoistą ironią i przekąsem, a także podszyta humorem; rosyjskość świata przedstawionego przekonuje. Postacie są jednocześnie typowe i żywe. Jednak typowość postaci i model akcji na “równię pochyłą” sprawiają, że opowieść jest bardzo przewidywalna. Przez większość tekstu nie ma tu żadnych zaskoczeń czy odejścia od raz obranego wzorca. Wyjątkiem jest finał, który jest bardzo letni i zostawił mnie z poczuciem rozczarowania i braku rozwiązania historii. Jakbyś na końcu zrezygnowała z obranej konwencji – co mogłoby się udać, gdyby proporcje w tekście były nieco inne. Bo masz 11 sekcji, które konsekwentnie rozpędzają ci w dół kulę akcji i degenerację moralną bohatera, a w sekwencji końcowej całkowicie wytracasz tę prędkość. Końcówka tak naprawdę nic nowego nie wnosi.

Podsumowując – to jest tekst, w którym umiejętnie żonglujesz  literackimi motywami i bawisz się konwencją. Jednak do TAK-a zabrakło mi czegoś, co sprawiłoby że ten tekst zapadnie mi na dłużej w pamięć. 

 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Przyjemny, łatwy w czytaniu tekst, który niczym się nie wyróżnia. Historia jest prosta i dość przewidywalna. Mamy dwie bohaterki, ale tak naprawdę tylko jedną przybliżasz czytelnikowi. Mimo trzecioosobowej narracji przez tekst prowadzi nas perspektywa Nawoi. O Mojmirze wiemy bardzo niewiele. Nawoja jest dość naiwna, co pasuje do jej wieku, a przy tym, niestety, bardzo typowa. To połączenie sprawia, że przynajmniej w moim odczuciu jest mało atrakcyjną bohaterką dla dorosłego czytelnika. Zabrakło mi w niej jakichś indywidualnych cech, które uczyniłyby ją postacią z krwi i kości, osobnym żywym człowiekiem, a nie tylko reprezentacją młodzieńczej naiwności. Nie miałam poczucia, że ona ma osobowość.

Z Mojmirą jest inny problem – jest bardziej szkicem postaci niż pełnoprawną bohaterką. Wszystko widzimy oczami naiwnej Nawoi, w dodatku to co widzimy o Mojmirze jest bardzo neutralne emocjonalnie. Brakuje informacji, na podstawie których mogłabym sobie w głowie zbudować żywy obraz tej postaci. Bo ja zupełnie nie wiem, jaką osobą jest Mojmira. W finale dowiaduję się, że zdradziła przyjaciółkę, ale nie mam poczucia, że ta zdrada jest odpowiednio umocowana w tekście. Brakuje sygnałów, które by ją zapowiadały. Mojmira zdaje się być bardziej postacią z tła, co też niestety negatywnie rzutuje na realizm przyjaźni obu bohaterek. Dodatkowo ta zdrada mnie zupełnie nie obeszła, bo w żaden sposób się do żadnej z tych postaci nie przywiązałam. 

Językowo opowiadanie jest w miarę poprawne. Nie męczyłam się przy czytaniu, ale też nic mnie szczególnie nie urzekło. 

Piórkowo byłam na NIE. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Bardzo podobała mi się historia ramowa tego tekstu. Postać Nilasa jest ciekawa; fajnie, że wprowadziłeś ją dynamicznie (w działaniu i ruchu), a nie statycznym opisem. To zabieg, który angażuje czytelnika od razu na dwóch płaszczyznach – bo jednocześnie przybliża postać bohatera i świat przedstawiony. Dodatkowo to zaangażowanie podbija poczucie nagłości, które towarzyszy bohaterowi i udziela się czytającemu. Wprowadzenie zarysu historii elementów świata (wieże; informacje o syntetykach) wypadło naturalnie – ilość informacji i to ile miejsca im poświęcasz w tekście były dobrze zrównoważone; łatwo mi się te informacje przyswajało.

Niestety potem wchodzi część polityczna i zaczyna się chaos. Trudno było mi się połapać kto jest kim, z jakiej frakcji, dlaczego chce tego, czego chce. Przeskakujesz od postaci do postaci, ale zupełnie nie dbasz o to, żeby czytelnik wiedział z kim ma do czynienia. No i tkasz sobie tę polityczną sieć, a ja z każdym akapitem staję się tym tekstem coraz bardziej zmęczona. Cały środek opowiadania to takie gadające głowy – postaci masz dużo, ale zlewające się w jedno. W którymś momencie się poddałam i przestałam się nawet starać spamiętać kto jest kim. I o ile byłam w stanie zrozumieć polityczną sytuację świata w ogóle, to w szczególe ani trochę. 

W końcówce na szczęście znów pojawia się Nilas i tempo podaży informacji wraca do przyjemnie strawnego trybu. 

Podsumowując – byłam na NIE, bo od strony kompozycji jest to tekst bardzo nierówny. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Po przeczytaniu tekstu, normalnie byłam na Ciebie zła, AP. Wymyśliłeś wciągającą historię z rewelacyjnym bohaterem i potem wszystko zepsułeś zakończeniem deus ex machina. Foreshadowing i zakończenie są zszyte tak grubymi nićmi, że aż boli; nie ma żadnego przekonującego uzasadnienia zakończenia, które miałoby podbudowę w tekście – null T_T.  Przez większość tekstu konsekwentnie prowadzisz historię, bohater kieruje się wewnętrzną logiką; świat przedstawiony, mimo że absurdalny, to działa według skrzywionych, ale jednak zasad wynikania; jest przyczyna i skutek; działania bohatera mają sens – widzę, czym on się kieruje, co go napędza, ale też jaki jest. A potem przechodzimy do foreshadowingu:

 

Od początku, kiedy regularnie zacząłem przebywać w nowym mieszkaniu, odczuwałem niepokój. Wszystkie konieczne prace, które wykonałem, nie zniwelowały tego uczucia. Wcześniej miałem nadzieję, że po wykonaniu niezbędnych napraw to doznanie ustąpi.

 

W końcu uświadomiłem sobie charakter uczucia, które było źródłem niepokoju. Czułem się obserwowany.

I tu sobie pomyślałam: o, fajnie, idziemy w stronę zabawy tożsamością; rozdwojeniem bohatera, mieszkaniem/byciem w sobie. Ale nie, niestety. Wyjaśnienie okazało się tak rozczarowujące, jak nieprawdopodobne:

 

Wszystkie drzwi w domu były wyposażone w gałki jednego rodzaju. Kupiłem je w jakiejś hurtowni zabawek. Wyglądały jak oczy.

Jak bohater, który tyle czasu poświęcił na budowę, przebudowę, przemeblowywanie, kupowanie części, dopieszczanie swojego wewnętrznego domu, który od któregoś momentu przecież się od środka widzi, jednocześnie zapomniał i nie zauważył, że kupił gałki z oczami?! Dlaczego dom, który wcześniej nie wykazywał żadnych oznak samoświadomości nagle ją uzyskał?

I nawet nie chodzi o sam fakt wykorzystania tych nieszczęsnych klamek z oczami (same w sobie pasują do historii) – a o brak odpowiedniego wprowadzenia i przygotowania tego motywu. Przypadkowość zakończenia zepsuła mi przyjemność z lektury :( Gdybyś albo rozbudował końcówkę, albo wcześniej odpowiednio przygotował pod nią grunt, myślę że mój odbiór byłby zupełnie inny. 

Napisane bardzo fajnie. Gratuluję piórka!

 

PS. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe nieco zrzędliwy ton tego komentarza ;)

There's no medicine for regrets.

Ale czy aby na pewno takie fantastyczne? Żyjemy w świecie AI, drukarek 3D.

Kiedy ten tekst powstawał, AI była na trochę innym etapie niż dziś XD Drukarki 3D też już dużo więcej potrafią. Szybko się rzeczywistość ostatnio starzeje. 

 

Dzięki, że wpadłeś! Cieszę się, że się podobało. 

There's no medicine for regrets.

W końcu się doczekałam komentarza od Ciebie i bardzo się cieszę, że na mnie padło :)

Wiem, że wiszę Ci jeszcze komentarze piórkowe – powolutku wygrzebuję się z zaległości, więc na pewno dotrę i tam. Przepraszam za zwłokę.

 

A czy to jest takie kluczowe w tym tekście?

Nie jest ;) Staram się wypisywać rzeczy, większe, mniejsze i te całkiem małe, które mnie w tekście zatrzymały lub wywołały wątpliwości. Co autor(ka) z nimi zrobi, to już tylko jego/jej sprawa ;)

 

Również pozdrawiam :)

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Podobało mi się. Bezosobowa i sprawozdawcza narracja w czasie teraźniejszym bardzo fajnie się w tym tekście sprawdza. Buduje ci kontrast między pozbawioną emocji rzeczywistością “taką, jaka jest” a ludzkim odbiorem czytelnika. Bo tak naprawdę, to co przedstawiasz jest “tylko” stanem faktycznym. W tekście nie ma czynnika ludzkiego – emocji, uczuć, oceny moralnej (czy w ogóle jakiejkolwiek oceny) – odpowiedzialność za stworzenie sobie tej warstwy przerzucasz w całości na czytelnika. I ten zabieg tutaj działa. W dłuższym tekście byłby bardziej ryzykowny, bo grozi monotonią; w krótszym daje odpowiedni efekt. 

Tytuł bardzo fajny, ze słodko-gorzkim wydźwiękiem. Z jednej strony czas przyszły i pokazanie ciągłości cyklu natury; mogący też sugerować nadzieję. Z drugiej, po przeczytaniu wiadomo, że nawet jeśli te drzewa zakwitną, to już bez człowieka. 

Z rzeczy, które nie do końca mnie przekonały – scena początkowa jest mało czytelna. Czytając ją, jeszcze nie znam świata tekstu, nie wiem, czego się spodziewać. Dlatego też trudno było mi sobie wyobrazić to, co zostało przedstawione. Robot zaplątany we włosy kobiety, która zajmuje całe pomieszczenie (ja jeszcze nie wiem, ani jak duży jest robot, ani jak duża jest kobieta, ile miejsca zajmują jej włosy i jak duże jest pomieszczenie) i moja wyobraźnia skręciła w gargantuiczne rejony (w ogóle skojarzyło mi się to z mangą “Gyo” J. Ito – tam jest taka scena, w której bohaterka jest bardzo napuchnięta). I musiałam później sobie tę początkową scenę na nowo w głowie poukładać, przez co trudniej mi się w ten tekst wchodziło. 

 

Nie ma możliwości, żeby zauważyć skórę kobiety gęsto usianą ropiejącymi krostami.

To zdanie kłóci mi się logicznie z resztą tekstu, bo sugeruje, że gdyby robot miał możliwość zauważyć krosty, to coś by to zmieniło. Sugeruje wpływ zauważenia krost na działanie robota, a z dalszej części tekstu nic nie wskazuje na rozumność robotów. 

 

Zgrzytnęły mi też jarzeniówki. Już teraz większość oświetlenia jest LED-owa, wątpię, aby w przyszłości ktoś jeszcze z jarzeniówek korzystał. Zastanowiły mnie też nazwy sklepów i marek – czy za te czterdzieści lat na pewno będą istniały? Ale to nie tyle zarzut, co wątpliwość.

There's no medicine for regrets.

Ach, te skrzypce. To jedyny instrument, który nie pozostawia mnie obojętnym. Kocham go i nienawidzę. Od dziecka. Nie grałem na nim przez 10 lat, a potem znów zacząłem… się męczyć, bo tak… ćwiczenia bywają męczące, a gra – stresująca. 

 

Sama nie gram, ale zgadzam się, że skrzypce mają w sobie coś przyciągającego i magicznego. Jak w historii  powstania sonaty z diabelskim trylem Tartiniego  :D

 

A tak swoją drogą, to dawno temu też zdarzyło mi się popełnić skrzypcową miniaturkę – jeśli miałbyś ochotę przeczytać, to zapraszam tu: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20130

There's no medicine for regrets.

Hej,

napiszę krótko, tylko żeby komentarz był. Podoba mi się klimat tekstu – udało ci się oddać w odczuwalny sposób nastrój niepokoju. Szczególnie fajnie wypadły fragmenty z “bojaniem się”. Językowo ładnie, czytałam bez większych potknięć, z wyjątkiem może błędów interpunkcyjnych tu i ówdzie. 

Tekst nie przekonał mnie fabularnie. Świat i sytuacja, w której znalazł się bohater (czy raczej bohaterowie) są mocno schematyczne – po prostu klasyczne postapo, ani nie uwiera, ani nie zachwyca. To co było w tekście ciekawsze niestety rozczarowało w finale. Postać Kronosa była straszniejsza, dopóki czaiła się w mroku. Bohater dał się podejść bardzo łatwo. Nie zrozumiałam, dlaczego jego towarzysz nie mógł po prostu sprawdzić, kto lub co znajdowało się na końcu każdej z rur. Nie wiem, też kim był. Tytuł sugeruje, że duszą, ale zostałam z poczuciem braku ważnych fragmentów układanki, żeby móc sobie ułożyć tę historię w przekonującą całość. 

There's no medicine for regrets.

Cześć!

Podoba mi się język i klimat tego tekstu. Łączysz utarte obrazowanie i motywy (np. jesienne miasto pachnące deszczem; główny bohater jako jedyny słyszący jakiś dźwięk/widzący zjawę) ze szczegółami, które ci ten tekst konkretyzują i nadają mu indywidualny charakter (np. dźwięk kropel waleriany; sukienka z metką z wypożyczalni) i dodatkowo osadzasz to wszystko w miejscu akcji oraz ramach czasowych, które funkcjonują zarówno w świecie odbiorcy (czytelnika), jak i obojga bohaterów. Dzięki temu nadajesz tekstowi intymny (nie w znaczeniu zmysłowy, a prywatny) charakter.  Sprawnie łączysz dwie linie czasowe życia mężczyzny i kobiety i podlewasz to wszystko sosem niesamowitości i grozy.

Odzwierciedlenie niemożności poradzenia sobie z żałobą po stracie matki w postaci bloku twórczego to zabieg prosty, ale bardzo skuteczny. Ładnie pokazuje i podkreśla wagę straty bohatera. Połączenie czasu śmierci matki ze śmiercią dziewczyny splata ci poszczególne wątki i uzasadnia, dlaczego to akurat bohater zobaczył zjawę. Z kolei skrzypce łączą ci bohatera z dziewczyną. Efekt jest taki, że wszystkie wątki i postacie przekonująco się zazębiają. Zakończenie przyjemnie ambiwalentne i podbijające nastrój grozy.

Z miejsc, które mi zgrzytnęły, to opis dziewczyny trzymającej skrzypce i jednocześnie patrzącej na swoje stopy – wydaje mi się to technicznie trudne (choć nie niemożliwe); w każdym razie potknęłam się przy czytaniu. 

Podsumowując lekturę, tekst zostawił mnie z poczuciem, że wszystko w tej historii jest po coś. Ode mnie będzie więc TAK. 

 

There's no medicine for regrets.

Holly, Cezarze, dzięki :)

 

Bardzie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za rok zorganizować trzecią edycję ;D

There's no medicine for regrets.

Chciałam Wam bardzo podziękować za uczestnictwo w zabawie. Dzięki Wam pod 16 tekstami 15 autorów zagościły komentarzowe prezenty heartheartheart.

 

Wyniki losowania “zwycięzców”:

Po komentarzu ode mnie dostaną: HollyHell91, Ramshiri oraz Cezary_cezary

Komentarz od Darcona wylosował GalicyjskiZakapior

Podajcie, proszę, w komentarzu linki do własnych tekstów o długości do 45 tyś. znaków.  Komentarze pojawią się do 14. lutego. 

 

Dokumentacja zdjęciowa: 

 

 

There's no medicine for regrets.

Zabawne i okolicznościowo prawdziwe. Choć jak bohater  zje tę szynkę z zeszłego tygodnia, to może kolejnego oświecenia doznać ;D

There's no medicine for regrets.

Super. Dodałam serduszko :)

Dziękuję DD za tę akcję, inicjatywę!

Cieszę się, że znalazła uznanie w twoich oczach heart I że tyle osób się zgłosiło :D

 

There's no medicine for regrets.

Hej, Zygi_Sonarze,

wpadam z polecenia beeeeckiego w ramach zabawy “Komentarz w prezencie”.

 

Zacznę od uwag technicznych – tekst niedomaga interpunkcyjnie i od strony leksykalnej, tj. nie zawsze używasz słów zgodnie z ich znaczeniem; zdarzają się też miejsca wątpliwe składniowo. Przez to czytało mi się umiarkowanie dobrze. 

Od strony treści – zastanawiają mnie proporcje, tzn. ile miejsca poświęcasz na poszczególne wątki tej historii. Zabrakło mi trochę rozbudowania wątku samego AIOLI i ewentualnie szerszego nakreślenia przeszłości głównej bohaterki. Dużo miejsca poświęcasz na codziennostki Melindy – i to jest fajne. Tylko że osadzasz to w bardzo skąpo zarysowanej rzeczywistości, przez co zostałam z poczuciem niedosytu i takiego urwania samej historii. Za mało się dowiedziałam o bohaterce, żeby się przejąć jej losem. Zanim zdążyłam się emocjonalnie zaangażować w tekst, to już się skończył. Sam świat w tle wydaje się być ciekawy, ale znowu, jest go mało. 

Nie przekonała mnie scena ze śmieciarką. Wcześniej rysujesz obraz zakorkowanych ulic, więc miałam zgrzyt poznawczy – jak w takiej sytuacji cokolwiek mogło wjechać na rondo z dużą prędkością. 

Samo zakończenie bardzo mi się podobało. Wniosek o optymalizacji wydatkowania energii przez aplikację ładnie podsumowuje stan świata, w którym funkcjonuje bohaterka.

Zastanowił mnie tytuł tekstu. Aioli to sos czosnkowy. To przypadek? Czy nazwa miała coś sugerować?

 

Przykłady usterek:

 

wieczorowa atmosfera. – to słowo używa się w odniesieniu do pory/ stroju; na czym polega wieczorowość atmosfery? 

 

Rezygnując ze spotkania kolejny raz wytłumaczyła sobie, – brakuje przecinka; przy tym zapisie nie wiadomo czy rezygnowała ze spotkania kolejny raz, czy może kolejny raz sobie wytłumaczyła

 

Nie wnikając w szczegóły co klika, – brakujący przecinek po szczegóły

 

przedstawił odbijającą się od brzegu falę – wątpliwe stylistycznie; może przedstawił cofającą się falę? Odbijająca się sugeruje raczej wysoki brzeg – coś od czego woda mogłaby się odbić, a nie piasek na plaży. 

 

zapytał mężczyzna przenikliwym wzrokiem i subtelnym, pełnym zrozumienia grymasem na ustach. – wątpliwe stylistycznie i leksykalnie; z kontekstu wynika, że on to po prostu powiedział (fizycznie wymówił); pisanie, że zapytał wzrokiem sugeruje coś przeciwnego; słowo “grymas” sugeruje nieprzyjemny wyraz twarzy, słowa “subtelny, pełny zrozumienia” wręcz przeciwnie

There's no medicine for regrets.

Rybaku, “Komentarz w prezencie” to zabawa komentarzowa, nie konkurs na recenzję. Na czym polega, możesz przeczytać w poście głównym. 

Co do recenzji napisanej przez AI – myślę, że odpowiednim miejscem na jej zamieszczenie będzie komentarz pod tekstem, którego dotyczy. 

 

Vacterze, w poście głównym jest lista tekstów, które uczestnicy uznali za warte polecenia do przeczytania innym. Zachęcam do zapoznania się :)

There's no medicine for regrets.

Gratulacje, Holly!

Gratki również dla pozostałych nominowanych, kimkolwiek są (+ cezary) ;D

There's no medicine for regrets.

Bruce, chłopaki, dzięki :)

 

Tak starego, że nawet napisy po grecku? :D

A co! A tak serio, nie mogłam w GIMPie znaleźć czcionki, która by mi się podobała w wersji alfabetu łacińskiego  ;D

W sumie mogę wrzucić wersję z napisami po polsku, ale to jakoś dopiero po świętach.

There's no medicine for regrets.

Lista już zaktualizowana. Wszyscy mają przydzielone teksty :D Czas na ich skomentowanie – do końca roku (31.12.). Kto już skomentował, może się zgłosić po serduszko heart

There's no medicine for regrets.

Wahałam się przy tym tekście w głosowaniu piórkowym, finalnie byłam na NIE. Z jednej strony jest to sprawnie poprowadzona historia z ciekawymi, złożonymi bohaterami. Z drugiej fabularnie nie do końca mnie ten tekst przekonuje.

Zarówno kniaź, jak i Lamia wypadli przekonująco. Spodobało mi się, jak połączyłeś naiwność z uprzywilejowaniem u Lamii, z kolei u kniazia uwypukliłeś arogancję i poczucie wyższości, które stworzyły martwy punkt w jego widzeniu świata i w konsekwencji doprowadziły do jego zguby. To lekceważenie połączone z rodzajem quasi-rodzicielskiego afektu w stosunku do Ratka udało ci się bardzo fajnie oddać.

Konstrukcja postaci Ratka jest dla mnie najbardziej problematyczna. Nienawiść do rasy władców połączyłeś z cynizmem i obojętnością. Ratko wykorzystuje Lamię w sposób bardzo wyrachowany – tę część jego osobowości kupuję. Dajesz wystarczająco dużo informacji, żeby zrozumieć, dlaczego tak bardzo nienawidzi władców i dlaczego mógł tę nienawiść również przenieść na Lamię – nawiązuję tutaj do fragmentu o rodzicach. Widzę pewną paralelę między faktem, że matka bohatera została zagryziona, a losem Lamii. Coś w stylu oko za oko – twoja rasa zabiła moją matkę, to ja wykorzystam i upokorzę twoją córkę.

To, co mocno mi zgrzyta w postaci Ratka, to jego kompletny brak planu ucieczki. Jak na kogoś, kto był w stanie przyczynić się do powstania powstania i kogoś, kto przez lata udawał przyjaźń w stosunku do Lamii i podległość i wdzięczność wobec kniazia, kogoś, kto wszedł w układ z przemytnikami, to głupota w przeprowadzeniu ucieczki (kompletne zdanie się na los i łut szczęścia) poraża. 

Ratko wiedział, że Lamia nie piła dwa lata. I nawet jeśli jej nie uwierzył, to to że kompletnie zlekceważył możliwość tego, że nie będzie mogła latać, jest mało prawdopodobne. Dalej, nieprzygotowanie żadnego ubrania, które pozwoliłoby się im nie wyróżniać w porcie. Zero uwzględnienia, że coś mogłoby pójść nie tak. To że on pozwolił się jej ugryźć, co mogłoby od razu zniweczyć wszystko. Człowiek planuje zemstę od lat, a nie uwzględnia najoczywistszych rzeczy. Dlatego dla mnie Ratko jest niespójny. Trudno było mi uwierzyć w tego bohatera. Jest to mój największy zarzut wobec tego tekstu i dlatego że jest on główną osią tej historii, byłam na nie. 

Z rzeczy, które jeszcze mi się podobały – wykorzystanie różnych kulturowych motywów. Połączenie wilkołactwa z wampiryzmem. Rewelacyjna końcówka z ujawnieniem pełnego imienia Lamii. Fajnie też, że dałeś w kilku miejscach delikatny foreshadowing zdrady Ratka wobec Lamii (te fragmenty o tym, że on widzi, czym ona jest). Językowo bardzo sprawnie, ciekawe fragmenty stylizowane. Jedyne co, nie do końca przekonuje mnie twoja interpunkcja. Mam wrażenie, że przynajmniej w kilku miejscach oprzecinkowujesz określenia (co prawda złożone z kilku słów), które dopowiedzeniami nie są, albo są na zasadzie “jak się uprzeć, to niech już będzie”. Przeszkadzało mi to w czytaniu. 

 

Edytka. Tak jeszcze tylko dodam, że miejsce akcji tekstu skojarzyło mi się z Petersburgiem. 

There's no medicine for regrets.

Wszystko pododawane :) Zamieszanie z autorami na literkę “b” wyjaśnione :)

 

Wiele osób, których opowiadania brałem pod uwagę, wydają się już nie być aktywne. Nie odpowiadają na komentarze czytelników pod swoimi tekstami.

Też się trochę musiałam zastanowić, czyj tekst dać. Ale tak patrząc na Wasze polecenia, to się lista ciekawych tekstów robi :D

There's no medicine for regrets.

Bo Beeeecki to trochę troll z tymi tagami ;)

A na pewno wkleiłeś dobry link? Bo mnie odesłało do tekstu Barda, Ciemny las…

There's no medicine for regrets.

Kurczę, spojrzałam na tagi, a tam groza, przemoc i wulgaryzmy XD Więc trochę się przestraszyłam, że chcesz biednego Koalę wpuścić w maliny ;)

There's no medicine for regrets.

Cezarze, misiu prosił żeby to nie był horror T_T. Uprzejmie proszę o jakiś nie-horror dla misia.

 

Pozostałe teksty dopisane :)

There's no medicine for regrets.

Widzę, że to tekst piórkowy, więc teoretycznie wbrew zasadom, ale że jest starszy i nie ma jakiejś zawrotnej liczby komentarzy, to myślę, że może być :) Dopisałam do listy. 

There's no medicine for regrets.

Tylko jeśli mogę, to poproszę o link, bo wyszukiwanie na stronie działa kijowo :/

 

O, dzięki!

There's no medicine for regrets.

Wrzucamy tutaj, będę uzupełniać listę u góry, żeby wszyscy wiedzieli kto komu co przydziela :)

 

Już oczywiście się pośpieszyłem i wysłałem na priv :D.

Myślę, Bardzie, że Marszawa ci wybaczy :D

 

There's no medicine for regrets.

UWAGA, UWAGA!

​Maszyna losująca wylosowała następujące przydziały (zgodnie z ruchem wskazówek zegara): 

 

Czytelną listę wrzuciłam w komentarz główny zabawy. Teksty przydzielamy tu w komentarzach (poproszę o linki). Będę uzupełniać listę w poście głównym :)

I sprawdźcie też, czy przypadkiem osoba wam przydzielona już tego tekstu nie skomentowała. 

There's no medicine for regrets.

Zacznę od technikaliów. Anonimie, nadużywasz zaimków “mój” i “to”, a także spójnika “ale” (szczególnie w pozycji słowa rozpoczynającego zdanie). Jest sporo akapitów, gdzie powtórzenia, nawet jeśli celowe, sprawiają wrażenie nieporadności językowej. Takiego podkreślania na siłę, że narracja jest z punktu widzenia bohatera. Sam fakt tego, że narracja jest pierwszoosobowa ci to podkreśla – wielokrotne używanie zaimków w bliskiej od siebie odległości jest redundantne. 

Kolejną sprawą są “mocne” określenia typu: zgwałcona fizyka, oko demona, miasto potworem (to ostatnie jeszcze ujdzie) – ocierasz się tu, Anonimie, o groteskę, a myślę, że nie taki był zamiar. Te wyrażenia odstają od reszty tekstu, zdają się przynależeć do innego rejestru języka. Tekst utrzymany jest w klimacie niepokoju, od strony językowej wykorzystujesz raczej określenia bardziej subtelne. Nie walisz czytelnika po oczach słowami o dużym ładunku emocjonalnym (dodatnim czy ujemnym) – a te wyżej wymienione słowa dają taki efekt.

Ogólnie jest w tekście trochę różnych niezgrabności językowych, miejsc wątpliwych stylistycznie, czy składniowo. Czytało się dobrze, choć mogłoby lepiej.

Przykłady zgrzytów:

 

Jestem archiwistą dźwięków, których nikt nie chce. Ale taśma, którą znalazłem w skrzynce pocztowej, była inna. – ten fragment jest mało czytelny. Nie widzę tu wynikania. Od strony składniowej użycie “ale” nie ma sensu. Ten spójnik wprowadza przeciwstawienie, zaprzeczenie. A tu nie wiadomo,  od czego właściwie taśma była inna i w jaki sposób? Bo przeciwstawiasz taśmę dźwiękom, których nikt nie chce. Czyli wynikałoby, że taśma była dźwiękiem, który ktoś chce? Logicznie się te zdania nie kleją. Mam wrażenie zastosowania zbyt dużego skrótu myślowego. 

 

Owady omijały to miejsce szerokim łukiem. – on widział, jak te owady omijały to miejsce szerokim łukiem? ;) Bo używane metaforycznie to wyrażenie stosuje się raczej do ludzi. 

 

Wrzucam ją do pierwszej lepszej skrzynki pocztowej sąsiada. – to brzmi jakby jeden sąsiad miał kilka skrzynek na listy.

 

Treściowo mi się podobało. Pomysł na dźwiękową mapę i bohatera, który cierpi na sensoryczne przebodźcowanie świetny. Spodobała mi się też końcowa klamra z wrzuceniem taśmy do skrzynki pocztowej sąsiada, która od strony fabularnej ładnie wiąże się z początkiem, i jest pretekstem do rozpoczęcia wędrówki głównego bohatera. Scena zobaczenia brata w studni dość stonowana; w ogóle ten tekst ma bardzo wyważony ładunek grozy. Co, w zależności od oczekiwań czytelników, może być i plusem, i minusem. Mnie akurat przypadło do gustu. Myślę, że też fajnie pasuje do motywu białego szumu. Tę niewerbalną dźwiękowość mapy, ale też otaczającej bohatera rzeczywistości, udało ci się przekonująco oddać. 

Trochę nie łapię linii czasowej wydarzeń. Na początku myślałam, że bohater się zamknął w mieszkaniu po zniknięciu brata, ale wychodzi na to, że jednak nie. 

Zdanie końcowe – choć podług sztuki gatunku – do mnie nie trafia. Mam wrażenie, że jest nadmiarowe i niepotrzebnie burzy czwartą ścianę. Szczególnie że jest to jedyne miejsce, w którym masz zwrot bezpośrednio do czytelnika. 

 

Koniec końców – podobało mi się. Zagłosuję na TAK. Przede wszystkim dzięki pomysłowi na tekst i konsekwencji fabularnej w jego realizowaniu (choć kwestia linii czasowej jest do dopracowania). Od strony kompozycji tekst jest dobrze przemyślany. Przekonująco też oddajesz warstwę odnoszącą się do zmysłów. Strona techniczna ciągnie ci ten tekst w dół, ale są to usterki, które stosunkowo łatwo da się naprawić. 

There's no medicine for regrets.

Nie jestem fanką tego typu historii. Niby śmiesznie, a jednak seksistowsko. I to że główny bohater jest niewydarzony niewiele tu pomaga. Wiem, że satyra często posługuje się karykaturą, tylko że tutaj nie wiem, na co ten tekst jest satyrą. Nie złapałam, w co ten tekst jest wymierzony. Każda z postaci jest stereotypowa i przerysowana; może z wyjątkiem Tatarzyna, który jest właściwie tylko rekwizytem i sam w sobie nie ma żadnych właściwości (nie wiem, dlaczego kilkukrotnie podkreślasz jego skośnookość?). Wąsy jako synonim męskości – no okej, ale co w związku z tym? Moje skojarzenia poszły tutaj w dwie strony – movember, którego symbolem są wąsy, i drugie skojarzenie – to moda “na drwala”. Ale nijak nie potrafię tych skojarzeń połączyć sensownie z tekstem, więc zakładam, że nie o to chodziło. Dodatkowo podlewasz to wszystko humorem toaletowym. 

Myślałam, że może chodziło o mylenie atrybutów fizycznych z męskością, na co wskazywałaby końcówka. Ale znowu w samym finale masz “mądrość” o kaprysach żony… Oprócz tego pojawia się nawiązanie do wiersza Tuwima. No nijak nie wiem, co chciałeś tym tekstem powiedzieć. 

Napisane sprawnie. Czytało się lekko i szybko, choć ze znakiem zapytania na twarzy ;) W głosowaniu będę na NIE. 

 

There's no medicine for regrets.

Przybywam z bardzo spóźnionym komentarzem piórkowym. Byłam na TAK. Przede wszystkim dlatego, że udało ci się zgrabnie połączyć abstrakcję z konkretem. Figura muru odgrywa rolę metafory i jednocześnie ma wymiar czysto fizyczny, który ci tę metaforę urealnia i zamocowuje ją w historii. Sprawia, że tekst ma fabułę, a nie jest tylko graniem abstrakcyjnymi konceptami. Podoba mi się finał opowiadania, mimo że łatwy do przewidzenia, to jednak udało ci się uniknąć banału. Poprzedzająca finał konfrontacja wędrowca z ludźmi z wioski wypadła przekonująco. Fajnie, że poszłaś w prostotę dialogu, za którą też idzie pewna prostota/jednoznaczność emocji i rozwiązań fabularnych – co kontrastuje z sytuacją, w której znaleźli się ludzie z wioski. Konfrontujesz klarowność komunikatu wędrowca z obsesyjnością i ograniczoną perspektywą ludzi z wioski. 

Podoba mi się też oniryczny klimat tekstu. Nieprzedobrzona niedookreśloność sytuacji i to, że  podkreślasz cykliczność poprzez zmianę pokoleń ludzi z wioski, przy jednoczesnym uwzględnieniu czasu linearnego. Świat w wiosce pod murem funkcjonuje według czasu cyklicznego (co też fajnie zbliża ci tekst do obszarów mitu), rzeczywistość spoza wioski, reprezentowana przez wędrowca, funkcjonuje według czasu linearnego. 

To, co podobało mi się mniej, to początek – jak dla mnie, obrazowanie z pierwszego akapitu ociera się o banał – kwiat róży, motyle, elitarność nocy – “tylko ona ci powie”. No, pachnie mi to taką trochę mocno wyeksploatowaną poezją. 

Nie do końca przekonuje mnie też użycie motywu ślepej nocy. Do samego motywu nie mam jakichś dużych zastrzeżeń, ale zabrakło mi ściślejszego połączenia go z resztą tekstu. Bo przecież mieszkańcy wioski walczą z murem dzień i noc. Ślepota nocy z fabularnego punktu widzenia nie ma uzasadnienia – to, że ta noc jest ślepa z niczym się w tekście nie wiąże, nic z tego nie wynika. I tak trochę miałam wrażenie, że jedyną funkcją tego motywu jest sprawienie, żeby tekst brzmiał bardziej poetycko. 

I ostatnia, drobna, rzecz, która mi zgrzytnęła, to postacie, które przestały walczyć z murem (zielarka, jeden z kowali i kobieta, z którą rozmawiał wędrowiec) – skoro wszyscy mieszkańcy wioski obsesyjnie walczą z murem, to dlaczego oni już nie? Rozumiem, że te postacie były ci potrzebne z fabularnego punktu widzenia, jednak trochę miałam wrażenie sprzeczności. 

There's no medicine for regrets.

Misiu, Jasnostrony, cieszę się, że Was tu widzę :)

 

skomentowania niemerytorycznie (bo nie potrafię merytorycznie)

Misiu, każdy komentuje, jak umie – to wystarczy :) Zaznaczę twoje preferencje w przydziałach. 

There's no medicine for regrets.

Witam na pokładzie kolejnych darczyńców :)

 

I małe ogłoszenie parafialne:

Panie i Panowie, w puli nagród pojawił się komentarz od Darcona! 

 

There's no medicine for regrets.

Witam na pokładzie. Super, że dołączyłyście :) Jolka, jeśli zapomnisz, to ja się przypomnę ;)

There's no medicine for regrets.

Super drużyna się zbiera :D

 

Chyba ja lepiej wiem, czym będę czytał xd

To musi być unikalny proces czytania XD

There's no medicine for regrets.

Zabawa KOMENTARZ W PREZENCIE vol.2

 

Serdecznie zapraszam na drugą edycję zabawy komentarzowej wszystkich użytkowników gotowych podarować w prezencie komuś jeden swój komentarz. 

 

Zabawa będzie polegała na skomentowaniu przez każdego z uczestników jednego tekstu o długości od 5 do 25 tys. znaków*. Nicki uczestników chętnych do zabawy wrzucę do magicznego słoika i wylosuję przydziały. Każdej z osób zostanie przydzielony użytkownik lub użytkowniczka, której wyznaczycie cudzy tekst do skomentowania. Tekst może być biblioteczny lub z poczekalni, tegoroczny lub starszy, osób biorących udział w zabawie, jak i tych, którzy się nie bawią. W zabawie nie biorą udziału teksty piórkowe, anonimowe, fragmenty i wiersze.

 

*Jeśli ktoś czuje się na siłach skomentować tekst dłuższy, niech to zaznaczy w komentarzu wyrażającym chęć uczestnictwa, podając górny limit znaków. Jeśli ktoś nie życzy sobie dostać tekstu z wulgaryzmami, także proszę to zaznaczyć w komentarzu. 

 

Przykład:

 

Jeśli użytkownik Vacter wylosuje użytkowniczkę HollyHell, a HollyHell wylosuje Cezarego, to Vacter przydziela Holly do skomentowania wybrany przez siebie dowolny tekst  (np. tekst Barda), a Holly przydziela do skomentowania dowolny tekst Cezaremu (np. tekst GalicyjskiegoZakapiora). Itd.

 

Na skomentowanie tekstów będzie tydzień i dwa dni ;). Komentarze proszę oznaczać dopiskiem KOMENTARZ W PREZENCIE. 

 

Nagrody: portalowa chwała. Oprócz tego wśród uczestników wylosuję 3 osoby, którym skomentuję merytorycznie tekst o długości do 45 tys. znaków (komentarze pojawią się do 14 lutego). Dodatkowo jeden uczestnik lub uczestniczka dostanie komentarz od Darcona :).

Jeśli ktoś ma ochotę dorzucić swój komentarz do puli nagród, do czego gorąco zachęcam, proszę o wiadomość prywatną. 

 

Terminy:

13.12. – 19.12. godz. 20:00 – zgłaszanie się do udziału w zabawie (zgłoszenia w tym wątku w komentarzach); 19.12. do końca dnia ogłoszę wylosowane przydziały

20. – 21.12. – przydzielamy teksty

22.12 – 31. 12. – komentujemy!

01.01. lub 02.01.26 – ogłoszę wylosowane 3 osoby, których teksty skomentuję. 

 

Zabawa ruszy, jeśli zbierze się przynajmniej 10 komentarzowych darczyńców!

 

 

PRZYDZIAŁY – ( osoba z lewej kolumny przydziela tekst osobie z prawej kolumny):

Teksty przydzielajcie tutaj w komentarzach (tytuł, link) – będę o nie uzupełniać poniższą listę. Zerknijcie tylko, czy przydzielona wam osoba już wybranego przez was tekstu nie skomentowała. 

 

Jolka K → MrBrightside heart, Burdel Queen

MrBrightside → Bardjaskier heart, Nadzorca

Bardjaskier → Marszawa heart, Ballada o wędrownym uzdrowicielu

Marszawa → Cezary_cezaryheart, Priorytety, czyli co dzieli rodzinę na pół, http://nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33354

Cezary_cezary → Koala75 heart(miś prosił o coś krótszego i nie horror), Krótka opowieść o…

Koala75 → GalicyjskiZakapior heart, Kolacja z kosmitąhttps://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34161

GalicyjskiZakapior → HollyHell91 heart, Świetlana przyszłość

HollyHell91 →  dawidiq150 heart(do 65 tys.), Tatuażysta

dawidiq150 → beeeecki heart, Prawdziwa wolność

beeeecki → dogsdumpling heart, W matni algorytmów

dogsdumpling → Ambush heart, Psotnik

Ambush → Ramshiri heart, Pojedynek ulicznych surferów

Ramshiri → Asylum heart, Jak Puchatek na wojnę szedł

Asylum → AP heart, Neoliberalna egzaltacja

AP → Darcon (do 80 tys.) heart, Za garść srebrników

Darcon → Jolka K heart, Dar martwoty

 

There's no medicine for regrets.

Widzę, że wierszami obrodziło :)

Pierwszy wierszyk bruce sympatyczny, tylko wilków szkoda ;)

Bombki Barda – wszystkie świetne, a pierożkowa cudna <3

Szort Bruce – bardzo altruistyczne.

Szort Barda – biedny Lovciu; no ale ktoś okna musi umyć, a czasu do Świąt coraz mniej ;D Leciutkie i zabawne. 

There's no medicine for regrets.

Dziękuję :)

Tarnino, proszę się nie topić, tylko pisać!

There's no medicine for regrets.

Gratulacje!

Bardzie, opowiadania mroczne, to i obrazki mroczne. Pasują :)

There's no medicine for regrets.

Coś w tym tekście bardzo mi przypomina klimat gry Baldur’s Gate II ;D Spodobał mi się alchemiczny anturaż opowiadania i konsekwentnie prowadzona fabuła. Postacie też wypadły przekonująco; fajnie, że dodałeś chociażby taki szczegół jak niepiśmienność Igora. Tkanie golemicy na krosnach skojarzyło mi się z drukarkami 3D – bardzo fajny pomysł. Igor z kolei przypomina trochę Quasimodo z Dzwonnika z Notre Dame. Całość sprawia wrażenie zamkniętego i dobrze przemyślanego wycinka z większego świata. Nie jestem tylko pewna, czy dobrze zrozumiałam zakończenie. O co chodziło z tymi odpadami niebezpiecznymi?

 

Mistrz, wrzaskiem, wyrwał go z marzeń o ciasnych objęciach wybraku. – te przecinki to chyba tylko po to, żeby liczba znaków się zgadzała ;)

 

Zazgrzytało mi też użycie słowa prywaciarz w tekście. Brzmi współcześnie. 

There's no medicine for regrets.

Napisane lekko i zgrabnie. Jednak kastracja, nawet zakończona przeszczepem, niezbyt pasuje mi do literatury erotycznej. Brzmi raczej jak horror ;D 

I koza biedna. 

There's no medicine for regrets.

Ambush, ja się spodziewałam makabrycznego finału po Twoim ostatnim drabblu o skorupiakach ;D

There's no medicine for regrets.

Zrozumiałam, że rolą ojca było stać się obiadem. Makabryczne, ale świat owadów często taki jest ;) Bohater jest jakimś konkretnym gatunkiem? 

There's no medicine for regrets.

Tak jeszcze dopisuję, bo tymczasem się połapałem w uzasadnieniu Twoich wątpliwości – przyjęłaś naturalne przecież założenie, że mówiąc “nam”, podmiot liryczny ma na myśli całą zbiorowość, ogół Polaków.

Tak było ;) 

Pozdrawiam.

There's no medicine for regrets.

Hej, Ślimaku!

 

Dzięki za obszerną odpowiedź. 

 

które niekoniecznie są mi znajome (Canticum Canticorum?)

Podejrzewam, że jednak znajome, tylko może nie łacińska nazwa. Canticum Canticorum to Pieśń nad Pieśniami ze Starego Testamentu; w dosłownym tłumaczeniu Pieśń Pieśni. Skojarzenie wzięło mi się z użytej u Ciebie formy “den dnem” (choć żeby być pedantycznym to odpowiednikiem byłoby dno den, ale mój mózg czasami uruchamia skojarzenia bez mojego świadomego udziału;)) i tego, że pieśń (w dodatku miłosna) i góry mi się ładnie zgrywają, a jak do tego dodać kontekst boski to robi się z tego dość często używane zestawienie pojęć. Pomyślałam sobie, że może użyłeś tej formy na zasadzie kontrastu. Tylko nie mogłam tego wkomponować w resztę treści. 

 

Kontrastuję to z dzisiejszymi tłumami turystów, którym trzeba tłumaczyć, że w nocy będzie ciemno, w parku narodowym nie ma latarni, a przy ośmiu stopniach na plusie nie wchodzimy na lód. Jeżeli ten sens pierwszej strofy nie okazał się czytelny,

Globalne ocieplenie i turyści gdzieś mi tam w głowie zamajaczyli. Zupełnie nie wychwyciłam perspektywy patrioty inteligenta. Więc tylko dopytam, co na tę perspektywę wskazuje? Bo początek sytuuje Ci podmiot liryczny we współczesności (TPN, zmiana klimatu).

There's no medicine for regrets.

zażyć ayahuasce – zjadło ogonek

trekking w himalaj – tu też chyba coś zjadło

 

Spotęgował.

Tu pomyślałam sobie o silni, ale fabuła skręciła w inną stronę ;)

 

Musiałam sprawdzić, co to jest trt, żeby załapać, o co chodzi w tekście, ale czytało się lekko i dobrze. Nie zrozumiałam tylko dlaczego wszystko inne nagle zaczęło być znośne, a batyskaf nie?  

There's no medicine for regrets.

Nie da się przerwać mówienia bez mówienia, więc i samo przerywanie mówienia jest częścią aktu mówienia ;D 

Ale to już mam wrażenie idzie w performatywność języka XD (jakby co trochę żartuję :P)

There's no medicine for regrets.

Nie chodzi tu o użycie ust, bo ust używamy nie tylko do mówienia, ale też do chrupania, lizania, gwizdania, całowania, trzymania szpilek i innych czynności.

Pewnie za mało precyzyjnie to napisałam – Tarnino, tak, ale w przykładzie jest to przerywanie mówienia, a nie tych wszystkich innych czynności, które wymieniłaś… (vide: moja wcześniejsza wypowiedź). 

Ja się nie upieram, że moja wersja jest tą właściwą, ale jak na razie argumenty za jak i przeciw brzmią równie słusznie i opierają się na tym, co się komu bardziej wydaje ;)

There's no medicine for regrets.

milcząc, więc to jest pozagębowe.

Milczenie może i jest pozagębowe, ale sam akt przerywania mówienia wymaga użycia ust, bo przestajesz nimi ruszać, więc dla mnie jest gębowy. Trzeba by kogoś mądrzejszego zapytać XD

There's no medicine for regrets.

Nic z tych rzeczy.

To moje podwórko i okoliczną dzieciarnię to doświadczenie ominęło ;D Ja pamiętam bitwy na szyszki w lesie i łażenie po drzewach i drabinkach. I w ogóle jak się teraz zastanawiam, to nie kojarzę żadnych krzaków pokrzyw w okolicy – może to dlatego XD

There's no medicine for regrets.

Pogubiłam się. Pierwsze trzy zwrotki – górski obrazek i nostalgia za przeszłością. Ale co potem – nie wiem. Potknęłam się o daktyle – mocno wyróżniają się na tle  reszty słownictwa. Skąd dni gniewu? To nawiązanie do Kasprowicza? Najpierw jest o tym, że dawnych zim już nie ma; a teraz nagle wizja gniewu przyrody?

kiedy ich chłód koił nam wiek niewoli, – może to tylko moje wyobrażenie, ale czy wtedy zimy nie były czasem trudnym do przetrwania? A w czasach zawieruchy politycznej jeszcze trudniejszym? Skąd to kojenie? 

Potem fizyka i zero bezwzględne połączone ze zwrotem do czytelnika. Nie wiem, do kogo odnosi się ten fragment: chciał pomóc ludziom, niech ginie, Pomyślałam sobie o ratowniku górskim, ale dlaczego miałby zginąć? Bo chciał pomóc ludziom? 

bo człowiek jest człowiekowi dnem, den dnem, – to skojarzyło mi się z “człowiek człowiekowi wilkiem”, ale nie bardzo wiem, jak to połączyć z resztą treści. Ewentualnie pomyślałam też o Canticum Canticorum ze względu na formę zestawienia rzeczowników, ale to tym bardziej nie pasuje. Na koniec jeszcze te boginie.

Nie zrozumiałam niestety :( Chyba za dużo chciałeś przekazać, albo mnie brakuje erudycji, żeby rozgryźć treść :(

 

There's no medicine for regrets.

Nie chciałbym, broń Boże, zabrzmieć seksistowsko, ale to chyba trzeba być facetem, żeby zrozumieć ideę patyka…

Myślę, że to kwestia bardziej osobnicza niż płci. Ja podczas spacerów podziwiam kamyki, szyszki i żołędzie ;D I liście też :3 Chyba że chodzi o to, że mężczyźni na widok patyków mają jakieś falliczne skojarzenia???

 

Bicie pokrzyw kijem przypominającym miecz to kwintesencja bycia chłopcem w latach 90 ;]

To chyba musi być regionalne XD Nie pamiętam, aby moi koledzy bawili się w ten sposób.

There's no medicine for regrets.

Chyba nie zrozumiałam XD To było dziwne… Początek łączy mi się bardzo luźno z resztą – oni chodzili na terapię dla par? Oboje niezbyt sympatyczni – ona stereotypowo zrzędząca i niezadowolona; on – właściwie mocno nijaki, może taki trochę Piotruś Pan oderwany od rzeczywistości. I do tego ten patyk :D Jak przeczytałam tytuł, to pomyślałam sobie o misiach-patysiach z Kubusia Puchatka i w sumie u Ciebie rejony też bajkowe, tylko w wersji dla dorosłych. I po co on chodził w te pokrzywy?!

Czytało się dobrze, choć po lekturze zostałam z poczuciem zdezorientowania. 

 

Każdej nocy zabierał Monikę w rejs ku oceanowi rozkoszy

– użycie “ku” oznacza proces zdążania do, a niekoniecznie dotarcia do. Dałabym raczej rejs po oceanie

There's no medicine for regrets.

Cześć, Outta!

 

Przybywam z bardzo spóźnionym komentarzem piórkowym, za co przepraszam. Byłam na NIE z dwóch powodów. Po pierwsze strona finansowo-przestępcza, po drugie czytelność (czy raczej jej brak) równoległego wątku pisanego kursywą. 

Lampka sygnalizująca problem z zawieszeniem niewiary zaczęła mi migotać przy kwestii kupna wszczepu. Cena za dom plus hipoteka na mieszkanie – dużo dla “zwykłego” człowieka, mało dla ludzi, którzy żyją z przestępczej działalności na skalę kontynentalną z kontaktami na całym świecie. I to że bohater kupił jeden z dwóch istniejących w Europie wszczepów za takie pieniądze nijak nie chciało mi się skleić w prawdopodobny scenariusz. Dodatkowo uwierała mnie przez całą lekturę enigmatyczność zleceń w darknecie. Może to kwestia mojego braku wyobraźni i wiedzy, ale właśnie dlatego że ich nie mam w tym temacie, brakowało mi konkretu, na którym mogłabym sobie tę, bardzo ważną skądinąd, część fabuły oprzeć. Na czym polegały te zlecenia, jaka była skala finansowa tego przedsięwzięcia – miałam wrażenie zawieszenia całej operacji w próżni, gdzie w różnych miejscach tekstu wysyłasz mi sprzeczne sygnały (np., super rzadki wczep, a jednak finansowo osiągalny dla dość “szarego” człowieka, który jest w stanie się zwrócić po trzech zleceniach, a jedno zlecenie to wartość samochodu, nie podajesz co prawda jakiego, ale nic nie sugeruje modelu za miliony).

Kolejna rzecz, która mnie nie przekonała, to człowiek, który nie ma pojęcia o wszczepach, a jednak steruje całą przestępczą operacją. Nie chodzi o to, żeby był specjalistą, ale u Ciebie wyszedł na gościa, który naprawdę bardzo mało wie o swoim własnym towarze, dla mnie za mało, żeby był w stanie być tak ważnym graczem na czarnym rynku. Wyszedł taki trochę oldschoolowy gangster, bardziej pasujący do kina lat 90-tych niż świata przyszłości rządzonego przez technologię. 

Zastanawiałam się też, dlaczego Michał był tak ważny dla tego człowieka już po odkryciu mechanizmu działania wszczepów u osób z Alzheimerem – bo co go powstrzymywało przed powieleniem tej procedury z wykorzystaniem innych osób/naukowców? Typ ma środki finansowe, dojścia, całą sieć informacyjno-operacyjną. W takiej sytuacji, bohater powinien stać się zastępowalny. Nie chodzi o to, żeby go zabić, tylko, znowu miałam problem, żeby poukładać sobie w głowie fabułę od strony skali. Bo niby przestępczość na skalę światową, a tu taki trochę chłopek-roztropek Michał, który jest centrum całej operacji. Mój mózg po prostu wyrzucał mi w trakcie czytania komunikat “error”, bo dostawał sprzeczne informacje ;)

Druga sprawa, czyli (nie)czytelność wątku pisanego kursywą. Treść sugeruje, że są to zapiski/relacja Neurocide. Tylko że fragmenty kursywą pojawiają się w tekście na długo zanim tę postać wprowadzasz. Przy pierwszym przeczytaniu tekstu myślałam, że to są zapiski Michała, dopiero po drugiej lekturze zaczęłam mieć wątpliwości – i szczerze, dalej mi towarzyszą i negatywnie wpływają na odbiór tekstu i zaciemniają rozumienie treści. 

 

No dobra, teraz co dobrego. Na pewno strona językowa; pomysł na wykorzystanie choroby jako “zalety” – odwrócenie perspektywy; przekonująco i realistycznie wypadł motyw z matką – to że doświadczenie choroby u bliskiej osoby  wcale nie musi pójść w stronę współczucia; główny bohater wyszedł Ci bardzo ludzki. Wątek farm ludzkich – nie jest to nic nowego, ale uważam, że wyszło fajnie i podobało mi się to, że wzmiankowałeś brak świadomości, ale też i zainteresowania społecznego tym tematem. Zagrało mi to od strony socjologicznej. 

To by było na tyle ode mnie :)

There's no medicine for regrets.

Czytało się dobrze, fabularnie się pogubiłam. Najpierw masz o tym, że połowa ludzkości wzgardziła wynalazkiem i że tylko ci, którzy byli podpięci do IF poszli na współpracę z obcymi. Na końcu zaś okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie i tylko nieliczni kultywują “stare” bardziej realne wartości. 

 

Ale obcy mieli coś w zamian. Stworzyli refugium, autonomiczną ostoję bezpieczeństwa i nieograniczonej konsumpcji. Teraz już naprawdę nie trzeba było nic robić. Ani myśleć. Każdy miał wszystko to, co chciał.

– enigmatyczne. Przydałby się jakiś konkret, jak to właściwie wyglądało. Bardzo trudno mi było sobie wyobrazić, czym właściwie jest refugium i jak działa. 

There's no medicine for regrets.

Jak zawsze sympatycznie :) Duchom podglądaczom mówimy nie ;D

 

Zdanie, które już wskazała Ambush, zgrzyta od strony składniowej. 

 

Może by dać tak:

Wolno było straszyć tylko osoby, które wierzyły w duchy i chciały być straszone, i to w taki sposób, żeby nie spowodować ich zejścia. 

 

Z początku było frustrujące, gdy ludzie przechodzili przeze mnie albo auta przejeżdżały, – tutaj też trochę niezgrabnie z tym “przeze mnie” w środku, które odnosi się i do przechodzenia, i przejeżdżania, ale nie mam pomysłu, jakby to ładniej napisać. 

 

There's no medicine for regrets.

szydełkowaną serwetką – raczej szydełkową

 

Grą świateł trudno jednak było wytłumaczyć, towarzyszące mu miłe odczucie – bez przecinka po wytłumaczyć

 

Kiedy wrócił, Agnieszka dorzuciła jeszcze,

 – Tak, tego zegara – dwukropek zamiast przecinka po jeszcze. 

 

Czytało się dobrze, choć historia jest dość przewidywalna. Dużo miejsca poświęcasz na wstęp – opis mieszkania, przygotowania do kolacji, informacje o poprzednich miłościach bohatera – a mniej na clou całej historii, czyli wydarzenia w trakcie kolacji. W dodatku wszystko, co straszne, dzieje się za kulisami. Informujesz czytelnika po fakcie, co się przydarzyło Agnieszce. Siłą rzeczy czytelnik nie boi się o jej los, bo w momencie opowiadania, wie, że to już się wydarzyło. Dostaje tylko relacje z zakończonych wydarzeń; nie widzi akcji ze strony porcelanowej figurki. Przez to sam pozbawiłeś tekst scen, które budują napięcie. I finalnie, czytało mi się dobrze, ale od strony emocji, tekst nic ze mną nie zrobił. 

There's no medicine for regrets.

Nowa Fantastyka