Profil użytkownika


komentarze: 1293, w dziale opowiadań: 832, opowiadania: 373

Ostatnie sto komentarzy

@Finkla – dziękuję za odwiedziny. Tak tutaj gorzko w sensie dosłownym, a nie np. "gorzko! gorzko!" :)

@jfrydr – kłaniam się, rzeczywiście mam jakiś wisielczy nastrój ostatnio

@Narholt – ciekawe co napisałeś, bo właściwie jest to po prostu wymuszone formą. Ale cieszę się, bo umiejętność szybkiego budowania opisu to coś, co u innych zawsze mi imponowało. Masz całkowitą rację z "placem", pomyślę kiedyś nad poprawą.

@Młody pisarz – dzięki

@Teo Max – Dziękuję. Prawda i przyzwoitość nie są kosztowne, one są bezcenne :D A w kontekście mojego drouble – wysoką cenę płaci się nie za prawdę i przyzwoitość, a za uczynki, które potem za cenę prawdy i przyzwoitości trzeba ujawnić ;)

@Lesnylutek – na to wychodzi. Ale gdybyśmy wymienili wszystkie, wtedy z drouble zrobiłaby się wielotomowa opowieść :D

@melendur88 – heja! no, dzięki i też się cieszę, bo ostatnio z czasem u mnie bieda, a będzie jeszcze gorzej…

@beeeecki – masz rację, na pewno nie każde słowo jest konieczne. Ale użycie wyłącznie niezbędnych słów i zamknięcie się w dwustu wyrazach, to już by była ekstraklasa światowa – a ja tu, Panie, dziad kalwaryjski raczej, kapeluszem po ziemi zamiatam :) 

Moim zdaniem ta dyskusja już spełniła swoje zadanie, przynajmniej to w wersji minimum :]

Osobiście najbardziej doceniam możliwość ekspresji uczuć poprzez tworzenie, a AI nie daje mi na tym polu żadnej satysfakcji. Ale pisanie komercyjne też by mi nie dawało, więc poniekąd rozumiem. AI to nie sztuka ale model biznesowy…

Tak jest. Dla mnie dobrym porównaniem jest rozwoj silników szachowych. Na razie jesteśmy jeszcze przed epoką, kiedy Deep Blue pokonał Kasparowa… Ale postęp gna jak szalony, myślę że pisanie lepiej niż pisarska czołówka to kwestia 5-10 lat.

Musimy wziąć pod uwagę fakt, że nasze zajęcie jest dla przemysłu czymś względnie niszowym. Dlatego ogólnodostępne modele LLM nie bardzo się do tego nadają. Na razie. Ale za jakiś czas prawdopodobnie ktoś stworzy LLM, który będzie w stanie pisać bardzo dobrze, nie do odróżnienia od ludzi. Trzeba mieć to na uwadze.

Jeśli chodzi o tworzenie obrazków, to obecny Photoshop umożliwia edytowanie tylko kawałków, w kontekście całego obrazu. Powiedzmy, że jest to nieco bardziej twórcze niż po prostu wpisanie prompta…

 

Z drugiej strony – obecnie dowolny model językowy może bardzo mocno pomóc w pisaniu już teraz. 

– na etapie budowy pomysłu, poprzez generowanie setek koncepcji, które człowieka zainspirują do stworzenia czegoś ciekawego.

– na etapie budowy bohatera, poprzez podpowiadanie rozmaitych rozwiązań (eksploracja)

– na etapie stworzenia ogólnego podziału scen w opowiadaniu

– na etapie rozpisania co się dzieje w poszczególnych beatach sceny

 

W tym momencie wkracza osoba pisząca i buduje opowiadanie samemu, trzymając się z grubsza tego, co stworzyła z AI. Oczywiście jest to rodzaj oszukiwania czytelnika, bo w tym momencie złapanie kogoś za rękę jest zwyczajnie niemożliwe – pisarz faktycznie napisał tekst. I pod tym względem nie jestem purystą, mnie by to nie przeszkadzało. Do tej pory ludzie piszący czerpali inspirację z otoczenia pełnymi garściami, chociaż formalnie nie było to AI. W dodatku drukowane teksty często były efektem sesji z redaktorami, którzy potrafili głęboko interweniować w tekst. 

Nie jesteśmy święci, więc ich nie udawajmy. 

Najważniejsze, żeby nie robić ewidentnej siary i nie wrzucać tekstów surowych, wygenerowanych z jednego prompta, nieobrobionych i zwyczajnie nieprzyzwoitych w swoim lenistwie, bo to jest po prostu poniżej krytyki.

Moim zdaniem to jest narzędzie i można je wykorzystać, ale w roztropny sposób. 

Jest jeszcze aspekt “zdrowia” forum. Nowi użytkownicy widząc, że na forum NF pojawiają się teksty ewidentnie generowane / częściowo generowane, mogą zdecydować, że nie są zainteresowani debiutem w takim miejscu. Zwłaszcza, jeśli te utwory trafiają do biblioteki i są nominowane do piórka. To po prostu ośmiesza forum i obniża rangę zdobywanych na nim osiągnięć.

Wyobraźcie sobie – ktoś zamieszcza autorskie opowiadanie i przegrywa z AI slopem. Upokorzenie doskonałe.

Ale z drugiej strony AI można wykorzystać do jakichś prostych ćwiczeń mięśni palców i nadgarstka, np coś w tym stylu:

 

---

TEKST Z GEMINI:

Karczma była duża. Ściany zrobiono z grubych, drewnianych bali. Na podłodze leżały brudne deski. W środku stało dziesięć okrągłych stołów i długie drewniane ławy. Pod sufitem wisiały cztery żelazne lampy. Palił się w nich olej. W pomieszczeniu było bardzo ciemno i gorąco. Pachniało pieczonym mięsem i starym piwem.

Rycerz siedział przy stole w rogu karczmy. Miał na sobie stalową zbroję. Pił piwo z glinianego kubka. Podeszło do niego trzech krasnoludów. Byli pijani i głośno oddychali. Jeden z nich, z długą, rudą brodą, uderzył otwartą dłonią w stół rycerza. Kubek przewrócił się. Piwo wylało się na drewniany blat.

– Wynoś się stąd, wielki człowieku – powiedział krasnolud z rudą brodą. – To nasz stół. Chcemy tu usiąść.

– Karczma jest duża. Inne stoły są puste – odpowiedział rycerz. Mówił cicho i spokojnie.

– Nie rozumiesz? Masz sobie pójść! – krzyknął drugi krasnolud. Miał grubą bliznę na policzku. – Nikt nam nie odmawia.

Rycerz wstał powoli z ławy. Był wyższy od krasnoludów o ponad metr. Miał bardzo szerokie ramiona i twarde mięśnie.

– Nie odejdę – powiedział rycerz.

Krasnolud z rudą brodą wyciągnął zza paska krótki topór.

– Zabiję cię! – krzyknął.

Rycerz nie czekał. Złapał pierwszego krasnoluda za ubranie na klatce piersiowej. Podniósł go do góry jedną ręką i rzucił nim w stronę ściany. Krasnolud uderzył plecami o twarde drewno. Upadł na brudną podłogę i przestał się ruszać.

Drugi krasnolud, ten z blizną, wyciągnął miecz. Rycerz szybko uderzył go pięścią prosto w nos. Rozległ się głośny trzask łamanej kości.

– Moja twarz! – krzyknął krasnolud z blizną. Upuścił miecz, złapał się za nos dwiema rękami i usiadł na ziemi. Z jego twarzy kapała krew.

Trzeci krasnolud był łysy. Zobaczył bardzo dużą siłę rycerza. Odwrócił się i zaczął biec w stronę wyjścia z karczmy.

– Uciekam! – krzyknął łysy krasnolud.

Rycerz dogonił go w dwóch krokach tuż przed drzwiami. Podniósł prawą nogę. Kopnął krasnoluda bardzo mocno prosto w pośladki. Krasnolud stracił równowagę. Wypadł przez otwarte drzwi karczmy i wywrócił się twarzą w mokre błoto na ulicy.

Rycerz odwrócił się i wrócił do swojego stołu. Podniósł przewrócony kubek z blatu.

– Karczmarzu! – zawołał rycerz. – Przynieś mi nowe piwo i kawałek mięsa.

– Już niosę, panie! – odpowiedział karczmarz zza wysokiej lady.

Rycerz usiadł na ławie i czekał na jedzenie.

 

MOJE ĆWICZENIE: (żeby napisać to samo, ale własnym stylem)

– Jasny gwint – mruknął z niesmakiem rycerz de Broche. – Na co mi przyszło… Włóczyć się po takich ruderach…

Rzeczywiście: karczma, choć duża, wyglądała na skrajnie zaniedbaną. Grube, drewniane bale, z których wykonano ściany pokrywała pokaźna warstwa brudu i pyłu. Walające się tu i ówdzie spróchniałe deski, przywodziły na myśl bardziej zapomniany plac budowy a nie izbę, w której można się posilić i odpocząć. Na szczęście właściciel nie zapomniał o tym, że goście powinni jednak na czymś siedzieć i mieć na czym postawić miski – pośrodku izby ustawiono kilkanaście stołów i długie, drewniane ławy.

Wiszące pod powałą olejowe, żelazne lampy rzucały na izbę niemrawe światło – wystarczająco jasne, by przy odrobinie szczęścia nie złamać sobie nogi i nie wybić zębów, ale nic ponad to. Gorące powietrze przesycał zapach pieczonego mięsa nieznanej proweniencji i piwa, które, sądząc po zapachu, miało już najlepsze dni za sobą.

Villem de Broche rozsiadł się przy stole w rogu karczmy i obserwował otoczenie lekko mrużąc oczy. Pociągał skwaśniałe piwo z glinianego kubka, stawiając w myśli zakłady, jak długo jutrzejszego ranka dzięki temu jakże szlachetnemu trunkowi przyjdzie mu spędzić czas wychodku.

Najwyraźniej tego wieczora nie było mu dane kontemplować w spokoju, albowiem po mniej więcej kwadransie zaszczyciło go swoją obecnością trzech niekoniecznie trzeźwych, za to bardzo głośno sapiących krasnoludów.

Stojący najbliżej, posiadacz długiej, rudej brody, najwyraźniej nie był w nastroju do rozmów. Grzmotnął z całej siły w stół, przewracając przy tym kubek. Piwo rozbryzgnęło się pienistymi strugami po drewnianym blacie.

– Te, wielkolud! Zabieraj swoje manatki! – wrzasnął rudobrody. – To nasz stół, zjeżdżaj gdzieś na bok!

– Karczma jest duża, a inne stoły, jak widzę, są puste – odpowiedział spokojnym głosem rycerz.

– Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi, baranie jeden? Spieprzaj, bratku! – krzyknął drugi z krasnoludów, którego twarz przecinała potężna blizna. – Nam się nie odmawia!

De Broche powoli podniósł się z ławy. Był wyższy od krasnoludów o ponad metr. Zacisnął żylaste dłonie i spojrzał na krasnoludów spode łba.

– Powiedzmy, że zaryzykuję. Odpowiada mi ta ława. Będę tu siedział – rzucił spokojnym, ale stanowczym głosem.

Rudy brodacz wyszarpnął zza paska krótki topór.

–  Będziesz siedział, ale z odrąbanym łbem! – wrzasnął.

Villem de Broche nie czekał. Złapał rudzielca za brudną przeszywanicę, podniósł do góry i rzucił niczym tobołem w stronę ściany. Krasnolud uderzył plecami o twarde drewno, jęknął głucho, upadł i znieruchomiał.

Drugi krasnolud, ten z blizną, usiłował wyszarpnąć krótki mieczyk, ale nie zdążył. Ciężka pięść rycerza szybko ostudziła jego zapał. Rozległ się głośny trzask łamanej kości.

Napastnik jęknął, po czym złapał się za twarz  i przysiadł na podłodze. Przez jego palce zaczęła sączyć się krew.

Trzeci z krasnoludów, właściciel pokaźnej łysiny, na widok tego, co spotkało kamratów, doszedł do całkiem logicznego wniosku, że najroztropniej będzie wiać, gdzie pieprz rośnie.

– Oszczędźcie, panie! – wrzasnął, mknąc w stronę wyjścia.

Najwyraźniej rycerz de Broche nie był w zbyt życzliwym nastroju. Dogonił krasnoluda tuż przed drzwiami i wymierzył mu potężnego kopniaka w tyłek. Łysego krasnoluda aż uniosło w powietrze. Wypadł przez otwarte drzwi karczmy z wrzaskiem, lądując w kupie łajna, która przyciągała muchy przy pobliskiej oborze.

De Broche odwrócił się i spokojnym krokiem wrócił do swojego stołu. Podniósł przewrócony kubek z blatu.

– Karczmarzu?! – zawołał. – Przynieś mi nowe piwo i kawałek mięsa, ale biegiem.

– Tak jest, miłościwy panie! Już niosę! – odpowiedział karczmarz, gnąc się w pokłonach. Po chwili zniknął na zapleczu, ukradkiem zerkając na Villema de Broche, który w międzyczasie usiadł na ławie i czekał na jedzenie.

 

***

I nie mówię, że wykon ćwiczenia dobry, bo na kolanie i do chrzanu, ale miało być poglądowo – jak widać można trochę potrenować, nawet z SI :)

Obiecałem jeszcze teksty z surowego AI, dla osób, które nie znają się na tego typu twórczości.

Umyślnie staram się nie zaciemniać, tylko wyeksponować AI jak tylko się da. Więc – słabe promptowanie i zero zmian:

 

Wrzucę jeszcze raz SF, ale uprzedzam, że bez opracowania nie da się tego czytać ;D

 

PIERWSZY TEKST:

Ostatnie spojrzenie na Ziemię 

 

Kapitan Leopold Rygin zajął miejsce w fotelu akceleracyjnym. Magnetyczne zaciski natychmiast zatrzasnęły się z mechanicznym oporem, automatycznie pozycjonując i stabilizując tytanowo-kompozytowe wzmocnienia jego kręgosłupa. Miał czterdzieści dwa lata. Jego zwalista, kanciasta sylwetka została ukształtowana przez surowe warunki panujące w Workucie i dekady pracy w zmiennej grawitacji Pasa Planetoid. Powietrze wokół niego pachniało ozonem, technicznym smarem i chłodem syntetycznych powłok implantów. Twarz o surowych rysach była naznaczona siatką mikroskopijnych blizn na granicy bioskóry i interfejsów neuro-synaptycznych.

Sztuczna inteligencja statku „Columbus” rozpoczęła procedurę kalibracji systemów podtrzymywania życia. Algorytmy płynnie dostrajały dopływ tlenu do sztucznego płuca dowódcy, przygotowując jego pół-cybernetyczne ciało na zbliżające się przeciążenie.

– Raport o stanie matryc Casimira przechowujących egzotyczną materię – zażądał Rygin. Jego głos był niski, niemal mechaniczny i całkowicie pozbawiony modulacji.

System zwolnił cumy stacji w punkcie libracyjnym. Wynikające z tego mikrowibracje kadłuba zostały natychmiast przetworzone przez cybernetyczne, prawe oko kapitana, które w półmroku kokpitu jarzyło się minimalnym, błękitnym światłem. Optyczny interfejs, zintegrowany bezpośrednio ze sztuczną inteligencją okrętu, wyświetlił w jego polu widzenia błękitny strumień wektorów i parametrów naprężeń.

Uruchomienie termojądrowego napędu rakietowego NTP wygenerowało gwałtowne przeciążenie fizyczne. Ciśnienie wgniatające pół-syntetyczne ciało w fotel wyzwoliło w korze wzrokowej Rygina nieoczekiwany błąd kognitywny. Przez ułamek sekundy jego synapsy zarejestrowały krótkie wspomnienie odcięcia uszkodzonej sekcji holownika górniczego i śmierci Jakimowa w kosmicznej próżni. To ten sam koszmarny wypadek sprawił, że lekarze musieli zastąpić połowę jego własnego ciała zaawansowaną cybernetyką.

Gdy błąd systemu został skorygowany, „Columbus” oderwał się od bazy przesiadkowej. Zewnętrzne kamery przekazały sygnał telemetryczny bezpośrednio do kory wzrokowej dowódcy, ukazując obrys oddalającego się portu w przestrzeni libracyjnej. Algorytmy nawigacyjne zainicjowały obrót statku na właściwy wektor startowy, co sprawiło, że w polu widzenia optyki statku wyłoniła się monumentalna tarcza oddalającej się Ziemi. Z punktu L2 widoczna była jedynie jej ciemna strona, otoczona wąskim, świetlistym pierścieniem atmosfery.

Nagła ekspozycja na widok rodzimej planety wywołała w umyśle Rygina niekontrolowane myśli. Cyfrowe i biologiczne ścieżki nerwowe przypomniały mu o tragicznym wypadku samochodowym, w którym zginęły jego żona i córka. Sama misja badawcza okrętu, mająca docelowo osiągnąć heliopauzę i uruchomić napęd warp, stanowiła dla dowódcy jedynie formę ucieczki w głęboki kosmos i ostateczne odejście.

– Nałóż filtr telemetryczny na obraz Ziemi – wydał komendę interfejsowi AI.

Działanie to miało czysto analityczny cel: zablokować wizualizację planety, na której zginęły jego żona i córka, optymalizując w ten sposób procesy poznawcze cyborga w trakcie kluczowej fazy lotu. Optyka statku, sprawnie omijając cyfrowo zasłoniętą Ziemię, skierowana została w absolutną czerń głębokiego kosmosu, precyzyjnie celując w wytyczoną trasę do heliopauzy.

Rygin wywołał główną konsolę dowodzenia. Chłodno i beznamiętnie wprowadził do systemu log informujący o opuszczeniu strefy L2. W rejestrze odnotował formalny początek wielomiesięcznego tranzytu subluminalnego oraz ostateczne odcięcie statku „Columbus” od strefy kwarantanny Ziemi. Na sam koniec cyfrowego wpisu, kapitan precyzyjnie zalogował w systemie parametry określające punkt, w którym okręt ostatecznie powinien przejść na zasilanie zasilanymi reaktorem jądrowym silnikami VASIMR.

 

Tym razem będzie opowiadanie dla dzieci:

 

DRUGI TEKST:

Malwinka w Słodkim Zoo

 

Dawno, dawno temu, w samym sercu krainy zwanej Lukrową Doliną, znajdowało się niezwykłe miejsce. Nie było to jednak zwykłe zoo, w którym mieszkają tygrysy i słonie. To było Słodkie Zoo – magiczny dom dla ożywionych, wesołych słodyczy!

Zamiast zwykłych zwierząt, na wybiegach można było spotkać Czekoladowe Hipopotamy, które z uśmiechem zażywały kąpieli w basenach pełnych ciepłego kakao. Po lukrecjowych lianach zwinnie skakały Żelkowe Małpki, a na brzegach cukrowych rzeczek dumnie spacerowały Lizakowe Flamingi.

Właśnie w tym radosnym miejscu, pewnego słonecznego poranka, pojawiła się Malwinka.

Malwinka nie była ani czekoladą, ani twardym cukierkiem. Była ożywioną, różową watą cukrową. Miała wielkie, błyszczące oczka z cukrowych perełek, rumieńce z malinowego proszku i uśmiech ułożony z czerwonej żelki. Była niesamowicie lekka, niesłychanie puszysta i… troszeczkę nieśmiała. To był jej pierwszy dzień w nowym domu.

Spacerując alejkami wyłożonymi chrupiącymi herbatnikami, Malwinka z zachwytem podziwiała kolorowy świat. Nagle, zza rogu, powiał rześki, wiosenny wiaterek. Malwinka, która była lżejsza od piórka, nagle oderwała się od ziemi!

– Ojej! – pisnęła radośnie, choć z odrobiną strachu, unosząc się powoli nad ścieżką.

Wiatr niósł ją delikatnie niczym różową chmurkę. Przeleciała nad wybiegiem Piankowych Owieczek, które były bardzo miękkie, ale nie potrafiły latać.

– Złapcie mnie! – zawołała Malwinka, śmiejąc się cicho.

Owieczki próbowały podskakiwać, ale były zbyt pękate od słodkiego nadzienia i mogły tylko wesoło beczeć z dołu.

Malwinka leciała dalej, aż w końcu wylądowała na najwyższej gałęzi Wielkiego Waflowego Drzewa. Usiadła tam wygodnie, sadowiąc się na liściach z opłatka. Widok z góry był wspaniały, ale Malwinka szybko zorientowała się, że ma pewien problem. Jak teraz zejść na ziemię?

Nagle usłyszała obok ciche chlipanie. Na sąsiedniej gałązce siedziała mała Żelkowa Małpka i przecierała łapkami oczy.

– Co się stało, maluchu? – zapytała ciepło Malwinka, przysuwając się bliżej.

– Zgubiłam moją ulubioną, owocową gwiazdkę – chlipnęła małpka. – Spadła na niższy liść, a ja boję się tam zeskoczyć. Ta gałązka z rurki waflowej jest bardzo krucha i mogłaby pęknąć pod moim ciężarem.

Malwinka uśmiechnęła się szeroko, a jej żelkowy uśmiech zajaśniał.

– Nie martw się! Zapomniałaś, kim jestem? Jestem watą cukrową, nie ważę prawie nic!

Różowa chmurka zsunęła się cichutko na dół. Z racji swojej lekkości, nie złamała nawet najmniejszego kawałeczka wafla. Delikatnie chwyciła owocową gwiazdkę i, podwiana przez kolejny podmuch wiatru, ostrożnie wróciła do małpki.

– Proszę bardzo! – powiedziała, wręczając zgubę.

Żelkowa Małpka zapiszczała z radości i z całej siły przytuliła Malwinkę. Okazało się, że wata cukrowa jest najwspanialszą, najdelikatniejszą poduszką do przytulania na całym świecie!

W nagrodę za pomoc, stado starszych Żelkowych Małpek szybko utworzyło długą, sprężystą drabinę ze swoich ciał i pomogło Malwince bezpiecznie zejść na herbatnikową alejkę.

Od tamtego dnia Malwinka przestała być nieśmiała. Zrozumiała, że choć jest inna i o wiele lżejsza od reszty mieszkańców Słodkiego Zoo, jej puszystość i lekkość to wyjątkowy dar.

Codziennie odwiedzała swoich nowych przyjaciół, pomagała im w trudnych sytuacjach, a kiedy tylko miała ochotę spojrzeć na Słodkie Zoo z góry – po prostu uśmiechała się i czekała na przyjazny, ciepły podmuch wiatru.

Szczerze nie miałbym odwagi napisać komuś pod tekstem, że to AI, bo nie mam prawa mieć pewności i czułbym, że moge popełnić błąd i po prostu te momenty tekstu były słabe, mechaniczne, autor ma taki styl i kogos skrzywdzę. Więc nie wiem czy namawianie do uczenia się odróżniania, kiedy na ten moment jeszcze nie da się byc pewnym (liczę, że za jakiś czas już będziemy pewni), spowoduje wzajemne oskarżenia. 

 

Ale obrzucić kogoś błotem bez posiadania dowodów, a z drugiej strony uprzejmie zapytać, to jednak dwie różne sprawy. 

 

A to co piszecie o becie, praktycznie wszyscy, to jest już dla mnie beka. Każdy wielce krytykuje, a widziałem chyba każdego z Was używającego bety. Nie fair względem samodzielnych osób? To przepraszam bardzo, rozumiem, że jak wydacie jakąś książkę, to zaznaczycie, że pod żadnym pozorem nie chcecie redaktora? Każdy Autor się doradza, ma prawo nie być czegoś pewien, ma prawo do łapanki, bo każdy z nas może przeoczyć przecinki, literówki itp, a nawet zrobić dziurę logiczną mimo świetnego pomysłu i od tego są betaczytelnicy, czy redaktorzy. 

 

Wstrzymaj konie, Michaelu. Każdy, kto publikuje na tym portalu betowany tekst, wyraźnie zaznacza, że tekst był betowany i wymienia bety z nicka. Inaczej byłoby to moim zdaniem karygodne chamstwo. A zatem czytelnik ma prawo oceniać tekst przez pryzmat tego, że opowiadanie było redagowane wspólnie i ma prawo na tej podstawie wyciągnąć adekwatną ocenę. 

Natomiast co do AI, to na razie takie informacje w przedmowie są, delikatnie mówiąc, rzadkością. Powinno się o tym wspominać na równi z betowaniem. Wtedy wszystko będzie w porządku. Właściwie czemu nie używać AI? A niech ludzie używają, od tego jest. Po prostu trzeba to wprost powiedzieć i nie walić ściemy. Proste? Proste.

Żeby było śmieszniej, takie sprzątaczki już nie raz wynajmowano. Często jest tak, że jak ktoś ma znane nazwisko, to wydawnictwu bardziej opłaca się wystawiać nowości pod znanym szyldem niż inwestować w jakieś niepewne debiuty. Nie jestem historykiem, ale zdaje się, że niezłą wtopę w tym zakresie zaliczył Dumas → wrzućcie w google Auguste Maquet

To oczywiście żadne usprawiedliwienie, ale nie jest to jakiś nowożytny precedens, tylko znana technika nabijania sobie kabzy…

Marzanie, AI to nie diabeł tylko pożyteczne narzedzie. Podobnie jak silniki szachowe. Ale zauważ, że przyjscie ze stockfishem na turniej szachowy byłoby więcej niż nietaktem. Podobnie jest w pisaniu. Są sytuacje i miejsca gdzie to wypada, a są takie, gdzie nie wypada używać wspomagania.

Rzeczywiście, nie piszesz pracy naukowej. Niemniej, jako czytelnicy zakładamy, że treści które publikujesz, są Twojego autorstwa. Musimy wiedzieć, co właściwie oceniamy. Wystarczyło o tym wspomnieć w przedmowie.

A masz gwarancję, że ktoś, kto wrzucił to równanie na X nie użył AI? W dodatku w tym przypadku jest jeszcze gorzej wizerunkowo, bo skopiowałaś czyjąś robotę z platformy X nie informując o tym czytelników…

Brawo za szczerość! Odwaga cywilna to rzadka i szlachetna cecha. Powiem tak – uwierz w siebie bardziej i nie sluchaj tego glupiego redaktora AI. Podpowiada Ci styl pisania, który może i jest gladki, ale za to pełen powtarzalnych schematów. Przez to Twoj styl traci na charakterze. Pamietaj, że na forum mamy wielu użytkowników, ktorzy chętnie pomogą w ostatecznej redakcji tekstu, to się nazywa "beta". Chętnie pomożemy!

Tak, nigdy nie postawi 100% na człowieka, żeby się asekurować. Ale moje fragmenty vs AI lub poprawiane AI zawsze zidentyfikował bezbłędnie jak do tej pory.

Teraz jasne, pozwól że zgadnę – piszesz fabułę i treść samemu, a potem używasz redaktora AI do szlifowania i ulepszania opowiadania?

Witaj Teo Max. Czy przy pisaniu tego tekstu zostało uzyte AI do wygenerowania opowiadania lub jego niektórych fraz? To proste pytanie, na które można odpowiedzieć nawet tak lub nie ;)

Owszem – może się mylić przy prozie grafomana z dużym parciem na artyzm przekazu i niewielkimi umiejetnosciami literackimi – jak u mnie. Wiele moich tekstów brzmiało bardzo AI, a na samym początku pisania miałem silne tendencje do bezsensownych metafor. To bywało dosłownie tak, że moja bohaterka "poruszała się kocim krokiem paryskiej dekadencji, a serce biło plastikowym rytmem kart kredytowych." XD LLM Silver.

Nie jesteś głupia, tylko masz inne zainteresowania. Dlatego zrozumiałe, że nie masz ochoty czytać w całości, nawet gdyby to nie był AI slop, tylko coś napisanego w tej konwencji od początku do końca przez człowieka. Zwłaszcza, że ze mnie taki pisarczyk jak z koziego odwłoka organy. 

Wrzuciłem, żeby pokazać jak może wyglądać taki tekst po przeróbkach. AI będzie pisać coraz lepiej, a jeśli dorwą się do niego ludzie, którzy faktycznie potrafią pisać, szybko narzucić swój styl, to pokusa może być spora. 

Ale wracając na Ziemię – Myślę, że w niedzielę wrzucę tekst w dwóch wersjach – jeden surowy AI, a drugi przerobiony, żeby porównać. Teraz niestety mam za mało czasu, jutro mam robotę.  

Wrzucam pierwszy fragment AI. Ten tekst został najpierw wygenerowany, a następnie poprawiony przeze mnie. Dużo bzdurek pozostało, ale założenie było od początku takie, żeby poprawić tylko najbardziej oczywiste babole. 

 

“Fotel akceleracyjny był zimny, a polimerowy żel amortyzujący powoli dopasowywał się do krzywizny mojego kręgosłupa. Zapiąłem uprząż kompresyjną, czując, jak pasy bezlitośnie wbijają się w moje obojczyki. Jako główny pilot Kopernika, pierwszego w historii ludzkości statku międzygwiezdnego, nie mogłem pozwolić sobie na dekoncentrację, choć świadomość tego, na czym siedziałem, przyprawiała o suchość w ustach.

W module napędowym statku, w kriogenicznych pułapkach Penninga, schłodzonych do ułamków stopnia powyżej zera absolutnego, zawieszone było nasze paliwo. Antyprotony. Zaledwie kilkadziesiąt gramów, ale to wystarczyło, by w razie utraty powłoki magnetycznej zamienić statek i pobliską stację orbitalną w krótki, oślepiający błysk promieniowania gamma.

– Kopernik, tu Kontrola Lotu na orbicie księżycowej. Jesteście na wektorze. Zezwolenie na zapłon w fazie podświetlnej, do osiągnięcia punktu transferu. Powodzenia, Jeffrey.

– Zrozumiałem, Kontrola. Rozpoczynam sekwencję startową – odpowiedziałem. Mój głos brzmiał nienaturalnie spokojnie w ciasnym hełmie skafandra.

Palce przesuwały się po panelach haptycznych, budząc do życia kaskadę zielonych wskaźników na interfejsie siatkówkowym. Pułapki magnetyczne trzymały sto procent stabilności. Radiatory termiczne pracowały nominalnie, a reaktor anihilacyjny był gotowy do synchronizacji.

Zainicjowałem zapłon. Po chwili przez tytanowy szkielet „Kopernika” przebiegła głęboka wibracja o niskiej częstotliwości. Zacisnąłem zęby. Poczułem ucisk w klatce piersiowej.

Komora reakcyjna zaczęła karmić się antymaterią. Pojedyncze strumienie antyprotonów zderzały się z wodorem. Anihilacja uwalniała niewyobrażalną energię, wyrzucając z magnetycznych dysz statku strumień mezonów i promieniowania z prędkością bliską prędkości światła.

Przeciążenie uderzyło sekundę później.

Trzy G. Cztery. Pięć.

Przez chwilę zabrakło mi tchu. Skafander natychmiast zareagował: pneumatyczne opaski zacisnęły się na moich udach i łydkach, wtłaczając krew z powrotem do mózgu, by zapobiec utracie przytomności. Wzrok zawęził się, jakbym podróżował w tunelu, a na obrzeżach pola widzenia tańczyły mroczki.

– Parametry ciągu stabilne – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, walcząc o każdy oddech. Systemy statku kompensowały mikroskopijne odchylenia trajektorii. Lecieliśmy na krzywej kursowej, prosto w pustkę za orbitą Neptuna, oddalając się od studni grawitacyjnej Słońca.

Otaczająca nas przestrzeń zaczęła się zmieniać. W miarę jak nabieraliśmy ułamków prędkości światła na potężnym ciągu, światło gwiazd przed nami zaczęło ulegać aberracji, przesuwając się powoli ku fioletowi.

Mimo wspomagania implantami cybernetycznymi, moje ciało wciąż balansowało na krawędzi biologicznej wydolności. Miałem wrażenie, że czas dłużył się w nieskończoność.

Wreszcie, po osiemnastu godzinach nieprzerwanego, miażdżącego kości ciągu, osiągnęliśmy punkt graniczny. Przeciążenie spadło do łagodnego jednego G, gdy reaktor przeszedł w tryb jałowy. Wziąłem głęboki, świszczący oddech. Mięśnie drżały ze zmęczenia, ale prawdziwy test dopiero się zaczynał.

– Kontrola, tu Harris. Jesteśmy w bezpiecznej odległości od heliopauzy. Brak interferencji grawitacyjnych. Inicjuję zasilanie.

Ciepło z reaktora anihilacyjnego zostało przekierowane z dysz napędowych bezpośrednio do masywnego pierścienia z włókien węglowych i egzotycznych nadprzewodników, który opasywał kadłub Kopernika. Antymateria była jedynym źródłem energii wystarczająco potężnym, by zasilić generatory gęstości ujemnej i oszukać fizykę.

Monitory telemetryczne zaświeciły się na pomarańczowo. Pobór mocy rósł logarytmicznie. Ciszę w kabinie przerwał wysoki, niemal ultradźwiękowy pisk cewek ładujących. Włosy stanęły mi dęba od ładunków elektrostatycznych gromadzących się wewnątrz kadłuba, a w ustach poczułem silny, metaliczny smak ozonu.

Przed dziobem przestrzeń zaczęła się wyginać. Za rufą rozszerzała się w kontrolowanej, stabilnej ekspansji.

Z zewnątrz musieliśmy wyglądać jak rozmywająca się soczewka grawitacyjna. Dla mnie, w kokpicie, wszechświat po prostu oszalał. Gwiazdy z przodu skurczyły się w oślepiający, niebiesko-biały punkt z powodu ekstremalnego przesunięcia ku fioletowi. Z tyłu nastała absolutna ciemność – fotony nie miały już szans nas dogonić.

– Bąbel czasoprzestrzenny uformowany i szczelny – zameldowałem, czując, jak moje tętno dudni w skroniach. – Pierścienie Alcubierre'a pracują w harmonii z reaktorem.

Nie było żadnego gwałtownego szarpnięcia, żadnego poczucia pędu. We wnętrzu bąbla spoczywaliśmy teraz nieruchomo względem naszej lokalnej czasoprzestrzeni. Zmieniliśmy jedynie geometrię samego wszechświata wokół nas.

Spojrzałem na wyświetlacz główny. Prędkość efektywna powoli przekraczała 1,0 c. Oddzieleni od reszty kosmosu ścianą zagiętej grawitacji, unoszeni na fali anihilacji antymaterii, opuszczaliśmy Układ Słoneczny.”

Ja akurat przyznam, że nie lubię czystego AI, ale jak już masz taki tekst i wiesz na czym mniej więcej polega pisanie, to mozna taki tekst wziąć jako bazę do napisania czegoś znacznie lepszego. Mózg ludzki jest naprawdę niezły w wyszukiwaniu wzorcow w chaosie. Kiedyś malowałem i żeby się "odpalić" wrzucałem na początek kilka różnokolorowych plam i zastanawiałem się, co w tym widzę. Możliwe że za jakiś czas podobnie będzie wyglądał proces twórczy w pisaniu – przez poprawianie tego slopu do konsystencji czegoś co ma ręce i nogi?

Ja uszanuję Twoją anonimowość, Klaudiuszu. Dodam, że jestem w komfortowej sytuacji – nie dość że nie mam już żadnych zapędów pisarskich, więc ja np. mogę swobodnie być gościem od AI.

Ja podeślę, z opisami, co było robione. Wrócę do domu, to wkleje. Mógłbym teraz, ale na telefonie wszystko się rozjedzie do sciany tekstu…

Jak coś, to jak wrócę z pracy, mogę wkleić dwa krotkie przyklady tekstu wygenerowanego przez AI. Poza tym większość chyba poprawia te teksty, żeby wyglądało po ludzku…

Dla mnie numerem jeden są absurdalne metafory, które wynikają chyba z tego, że AI ma wysokie wagi prawdopodobieństwa dla pojawienia się tego słowa, ale niekoniecznie jest to efekt jakiegoś logicznego rozumowania, a częściej powszechności jakiegoś sformułowania. Przykładowo AI mogłoby napisać "był przyobleczony w czapkę gorejącego wstydu", co by wzięło z powiedzonka "na złodzieju czapka gore". Ogólnie takie zdania, które nieźle brzmią, ale jak się nad nimi zastanowić to wszystko jest w nich postawione na głowie od strony logicznej. No i te nieśmiertelne potrojne wyliczanki, oraz stwierdzenia że coś nie bylo x, bo bylo Y.

Przejrzałem nowe opowiadania na portalu. Chyba jak zwykle niepotrzebnie nadmiernie zacząłem roztrząsać proste sprawy. Patrząc na ilość "geminizmów" w tych tekstach, widzę, że inni się nie przejmują, tylko biorą jak swoje, bez kombinowania :) A inni albo udają, że tego nie widzą, albo są osobami starej daty i tego nie wyczuwają… Tak czy owak wychodzi na to, że ten wątek to takie strzępienie języka na próżno.

A, w takim razie nie do mnie – ja ostatnio tylko bawię się w komentującą, przemądrzałą purchawkę. 

Melendurze, masz na myśli publikowane komentarze czy nowe opowiadania na portalu?

Wiesz, Vacterze, może to się nie sprowadza do jakości i szybkości, tylko do tego, z jakiego powodu piszemy. Bo gdybym chałturzył i pisał wbrew sobie jakieś kowbojskie SF w galaktyce far far away i zarabiał na tym pieniądze, to chyba nie wahałbym się używać AI. Bo i tak pisałbym coś, z czym się nie identyfikuję, dla kasy i bez zaangażowania.

Ale gdybym miał pisać coś, co jest projekcją moich osobistych przeżyć, prozę terapeutyczną, albo takie “dla siebie i przyjaciół”, to używanie AI do czegoś więcej niż po prostu eksploracji już mniej mnie przekonuje. Po prostu bez AI łatwiej byłoby mi wyrzucić z siebie to, co we mnie siedzi. A jeśli już piszę, to często o to mi chodzi. To bardziej takie wiersze prozą, dziennik mentalny niż pisarskie wannabe.

Z drugiej strony – uważam, że nie ma co rwać z głowy jeśli ktoś użyje AI i zrobi karierę. Wciąż uważam, że z punktu widzenia jakości tekstu – może to być bardzo korzystne. Ale takie teksty siłą rzeczy nie będą osobiste. Tylko od lat zauważam, że naprawdę niewielu czytelników umie to zobaczyć i docenić.

Nie poszedłbyś – a przynajmniej większość ludzi by nie poszła – do galerii podziwiać wygenerowanych obrazów, ani na AI-koncert delektować się kunsztem prompta z Suno.

 

Taki jesteś pewny, że współczesne utwory nie są generowane lub w dużym stopniu kompozycja nie opiera się na generowanej treści? Przecież zespół może wygenerować mnóstwo kawałków w czymś na kształ Suno (bo tych generatorów jest mnóstwo), a potem dokonać selekcji, tak żeby były w miarę spójne, wprowadzić niezbędne przeróbki  i potem wykonać te kompozycje w swoim stylu, lubianym przez publiczność. Nie masz najmniejszych szans, żeby im to udowodnić, chyba że ktoś z otoczenia “zacznie sypać”. 

Argument dodatkowo o tyle nie trafiony, że znaczna część muzyki rozrywkowej ostatnich dekad opiera się na ponownym przetwarzaniu już istniejących treści, w stopniu, który osobiście uważam za tzw. “jechanie po bandzie”, cynizm i bezczelność. Radio emituje utwóry które są dosłownie zbudowane z muzyki lat 60-70, gdzie części utworów są ze sobą posklejane, poodwracane, zwolnione lub przyspieszone – i do takiej poszatkowanej pulpy tańczy gawiedź. I to tańczy zawzięcie! 

Na sam koncert Suno by nie poszli, bo mają zakodowane, że to jest złoooooo! ZŁOOOOO!!

Ale sami najczęściej nie wiedzą, w jaki sposób była wyprodukowana muzyka ich muzycznych idoli. 

Przemysł rozrywkowy to… no nie będę używał słów niecenzuralnych. Ale może pamiętasz aferę z “Milli Vanilli”? On wpadli, bo to już była kompletna farsa, ale przewałów na nieco mniejszą skalę jest tam pełno. 

Przy okazji – akurat Twój argument jest trochę, jakby to powiedzieć, kula w płot, bo owszem, lubię sobie posłuchać muzyki generowanej przez AI. Według mnie często i tak jest znacznie lepsza od tego pojękiwania i postękiwania, rzekomo stworzonego przez stahsów, które to utwory obecnie promuje się w radio i w sieci (na siłę) :P Nie mam z tym najmniejszego problemu. Muzyka to muzyka. Nie jest dla mnie istotne, czy autor rzucał kością, żeby wymyśleć kolejne takty (co ponoć miało już miejsce w czasach klasycznych ;P), czy tarzał się w błocie i rozmawiał z duchami przodków, albo czy zapuścił generator AI. Co to zmienia w kwesti jakości utworu? Może zmieniać w kwesti praw autorskich, ale czy to znaczy, że AI nie może wygenerować genialnego kawałka? Oczywiście, że może – co więcej, uważam, że ma w tej kwestii rosnącą przewagę nad białczakami :)

 

Dlaczego zatem ktoś miałby tracić nieskończenie więcej godzin ze swojego krótkiego życia na przeczytanie siedmiotomowej serii fantasy od czata giepete? Albo siedemnastotomowej, bo skoro już mamy prompta, to po co się ograniczać?

 

Powiedz to ludziom, którzy kupują dwusetną książkę z serii X. O przygodach kogośtam ;D

No weź, przecież takiej makulatury jest po prostu pełno na rynku i ma swoich wiernych fanów. Często polega to na tym, że jest sztab piszących asystentów i jeden mistrz, który im rozpisuje, o czym mróweczki mają pisać, a potem dokonuje poprawek i selekcji. Czym to się niby różni od pisania pojedynczych scenek przez AI pod dyktando usera?

 

A obrazy wielkich mistrzów z dawnych czasów, gdzie duże nazwiska miały swoje pracownie i czeladników? Jak myślisz, ile pracy w sensie włożonego czasu wkładał czeladnik, a ile mistrz, że swoimi korektami i poprawkami?

 

Powiem wprost – gawiedź z ulicy ma prawo być naiwna, ale ludzie piszący już nie.

 

EDIT: Tu dodam, że cała ta sytuacja z genialnymi twórcami, zapatrzonymi tęsknym wzrokiem w kominek lub zachód słońca nad morzem i wypisująca gęsim piórem złote zgłoski na pergaminie wiedzy, przypomina trochę opowieści dziwnej treści środowisk związanych z kulturystyką, którzy w latach 70-90 cisnęli zaaferowanej młodzieży żałosne historyjki o byciu naturalnym bodybuilderem. A rzeczywistość jak skrzeczała tak skrzeczy.

POBUDKA!

EDIT2: To, co napisałem, dotyczy szeroko rozumianego przemysłu rozrywkowego. Chcę to zaakcentować.

A może sztuka nigdy w rzeczywistości nie była tym, czym jest w naszych wyobrażeniach? Może dlatego ludzie reagują na teksty AI z tak gwałtownym protestem, bo tego typu tworzenie “sztuki" kłóci się z naszym wyobrażeniem o niej samej. Ale czy kłóci się z rzeczywistością? 

Bądźmy szczerzy, wszyscy tutaj wiemy, czym jest ghostwritting. Ale jako że ten temat jest środowiskowym tabu, trochę jak doping w sporcie, wszyscy wielcy tego świata będą zaprzeczać, jak kobiety  mężczyźni w skeczu Monthy Pythona o kamienowaniu bluźniercy. 

Może jesteśmy jak te dziewczyny, które podsuwają swojemu chłopakowni brukowiec, w którym opisane jest jak znany aktor w pół roku wyhodował sobie 15kg mięśni… i krzyczą na tego biednego chłopaka, dlaczego jest taki leniwy – skoro aktor potrafił, to chłopak też. Dla chcącego nic trudnego. 

Zrobić sobie sylwetkę supermana w błyskawicznym czasie, złapać wystrzeloną kulę zębami, zrobić karierę od pucybuta do miliardera, napisać kilkaset książek w serii… Czemu ludzie są tacy leniwi i tego wszystkiego nie robią?! :D

A może sztuka chodzenia na skróty to też sztuka? 

Myślę, że byśmy się zdziwili, jakimi spryciarzami potrafili być niektórzy artyści. Tylko od lat wychodzili z założenia, że najlepiej jak konsument nie wie, jak się robi kiełbasę :D

Dzień dobry, Rybaku. 

Ze względu na pewne niedostatki własne wyrażanie, rozumienie i opisywanie ludzkich emocji nie jest dla mnie równie łatwe, co dla reszty “ludziów”, ale staram się nadrabiać miną :) Cieszę się, że mimo wszystko Ci się podobało. Mógłbym próbować się bronić, że wymusiła to tematyka konkursu itp. ale nie ma po co, bo sam widzę, że moje postacie to “papier”.

Ja sugeruję nie czytać wcale. Czytanie jest niebezpieczne – można zacząć myśleć samodzielnie.

Wydaje mi się, że znaki “–” są w LibreOffice defaultowo zliczane jako słowo. Ale jest opcja, żeby to wyłączyć. 

Szkoda, Bardzie. Mam nadzieję, że nadal będziesz aktywnym uczestnikiem forum…

W porządku, Slimaku. Przyznaję się do błędu i dodam, że moja wiedza z fizyki jest nadzwyczaj skromna. W zasadzie ogranicza się do śledzenia najnowszych doniesień z zakresu odkryć astronomicznych, publikowanych przez popularyzatorów nauki. I raczej się to nie zmieni, jako że mam spory "backlog" zadań, które mają bardziej wymierny wpływ na moje życie osobiste i zawodowe. Jeśli moje wypowiedzi kogoś oburzyły, to slusznie – można rzucać pomidorami. Jeśli komuś nie szkoda pomidorów. Wątek opuszczam i pozostawiam dalszą dyskusję forumowym specjalistom z zakresu fizyki. Bóg z wami ;)

Jeśli więc nie teoretyzujemy – modele nie powstaną. Jeśli nie mamy modeli – nie jesteśmy w stanie niczego zbadać, bo mówiąc w uproszczeniu: nie rozumiemy, tego co widzimy.

 

Masz rację. Jednak powinieneś dodać, że to się sprawdza tylko wtedy, kiedy mamy obserwację i na jej bazie budujemy jakiś model teoretyczny. Model ten lepiej lub gorzej opisuje to, co widzimy. Potem pojawiają się kolejne obserwacje i sprawdzamy, czy nasz model do nich pasuje. Jak nie pasuje – to model idzie do kosza, a my staramy się wymyśleć nowy. Jeśli pasuje, albo lepiej, da się za jego pomocą przewidzieć kolejne obserwacje, wtedy jest fajnie, bo najprawdopdobniej ten model jest bliski rzeczywistości. Chyba, że przyjdą kolejne obserwacje, które mu zaprzeczą i wtedy… proces się powtarza.

Kiedy obserwacji nie ma, a modele budujemy według tego,  jak nam się wydaje, że jest, to w teorii wychodzi, że mucha ma osiem nóg, a we wszechświecie furgają sobie etery, flogistony i człony kosmologiczne.  

Cześć Gary…. yyy, znaczy Jerry :) 

Jak widzisz, krytykując innych można zostać forumowym debiutantem po piętnastu latach. Poradniki dla żółtodziobów już Ci zasugerowano, to może idźmy siłą rozpędu i od razu czytanki dla pierwszoklasistów – jak to było? “Ala ma kota”? Nie wiem, dawno to czytałem :D

Ogólnie cieszę się, że się pojawiłeś, bo Twoje teksty były jednymi z niewielu, które ze mną zostały. Jakimś zbiegem okoliczności dziś wspominałem ten tekst, gdzie bohater, własność AI, rozmawiał z kobietą wyhodowaną jako “mądra rasa”, czytaj – z wielkim łbem. I był przepełniony radością, po swojej niekoniecznie upragnionej reinkarnacji :)

Ten short powyżej jest inny niż to co pamiętam. Moim zdaniem bardziej literacki. Taki bez obowiązującego na tym forum przytupu. Fajnie się to czytało, ale tekst zdecydowanie nie forumowy ;) No, usterki są, ale ogólne odczucie solidnie na plus. Ale wiem, że dopiero się rozgrzewasz, więc wyciągam popcorn i czekam na więcej.

Rany, to jest rewelacyjne. Świetnie piszesz! I powiem Ci, że jako czytelnik mam gdzieś (nie obraź się!) czego tam dotyczą jakieś chwasty czy nie, bo tworzysz tu świetne klimaty i nie chcę się zastanawiać, tylko czytać. I czytam! Z dużą satysfakcją. Nie ma tu skomplikowanej historii, ale atmosfera jest po prostu niesamowita. Powinieneś te miniaturki kiedyś zebrać i wydać. To jest jak te króciaki Topora, ale moim zdaniem lepsze :)

Oczywiście, że biblioteka, nie mam żadnych wątpliwości.

O rany. Ale to było pokręcone! :) 

Podobało mi się, naprawdę czuć ten gęsty, mroczny klimat. Technicznie bardzo dobrze, aczkolwiek momentami miałem wrażenie, że w tekście jest za dużo porównań. Tak jakbyś starał się za bardzo, a miejscami jednak trzeba odpuścić. Mimo to moje wrażenia są bardzo, ale to bardzo pozytywne (o ile takie mogą być przy horrorze ;) i klik biblioteczny należy się tu, jak psu miska. 

I tak jak przedpiścy – nie lubię odwiedzać dentystów. No ale czasem trzeba. Prawda?

Prawda?…

Wiesz, chodzi o to, że może brakuje jakiegoś zamknięcia, takiego przytupu na koniec? Krótkie teksty lubią mocniejsze puenty, chociaż spotkałem się z przeciwną opinią, że nie każdemu to odpowiada. 

Powodzenia w pisaniu!

Sympatyczny, krótki żart, który bardzo do mnie przemówił. Przynajmniej na początku, bo potem nie miał już jak :)

Zastanawiam się też, czy redukcja przymiotników nie jest aluzją do podręcznikowego pisania tekstów. Jeśli tak to odbierać, tekst ma ciekawe drugie dno. Mam tylko nadzieję, że nie skończymy redukcji opowiadań tak, jak to przedstawiono w shorcie -trnąć i wywalając tak wiele, że nie zostanie już nic…

Z uwag – doceniam umiejętności językowe autora, od pierwszych zdań łatwo rozpoznać sprawne pióro!

Udaję się do klikarni.

Wygląda na to, że jednak przeceniłem swoje możliwości zaangażowania w forum i czas wolny. Niestety.

Czołem Krzysztofie! Zupełnie przyzwoicie jak na początek. Scena jak scena, mogłaby być wstępem do czegoś dłuższego. Nie czytało się jednak tego źle, chociaż wciąż widać tu i ówdzie trochę niedociągnięć. Jak to mówią – pierwsze koty za płoty. Pisz, ucz się, rozwijaj na forum, a efekty przyjdą z czasem. 

O rany, nie wiedziałem, że władca much tak nisko upadł. Najwyraźniej pierwszy upadek (ten z niebios) nie wystarczył. 

No i byłem pewien, że autorka ma kota, bo zwyczaje i osobowość zwierzątka uchwycone mistrzowsko. Swoją drogą ciekawe, jakiej rasy jest nowa lokatorka? Basset? Myślałem też o jamniku, ale one chyba są bardziej żywiołowe…

E tam.

Według mnie tekst jest naprawdę dobry. I każdy literat, doszukujący się ukrytych znaczeń tam gdzie ich nie ma, wyłapie ironię – “follow the white rabbit” ;)

Tym razem nie, żeby sprawdzić jak głęboka jest królicza nora, ale jak wygląda szpital od środka…

Może i powinny, ale trzeba uważać, żeby nie zmieniło się to w polowanie na czarownice. 

Jako czytelnik obserwuję to forum od wielu lat, przynajmniej od dekady, i pamiętam naprawdę dużo tekstów napisanych dziwacznym językiem. Nie oszukujmy się, proporcja tekstów napisanych słabo do tych, które są napisane świetnie, zawsze będzie na korzyść tych pierwszych. Na tym to polega, że coś, by wyróżniało się na plus, siłą rzeczy musi być rzadkie. 

Ale niektórzy piszą, bo lubią, chociaż niespecjalnie im to wychodzi. No i co im zrobisz? :) Lepsze to, niż siedzenie pod budką z piwem. 

A nawet czymś mniej, czymś w rodzaju widza / obserwatora?

 

Mortym grającym w Roya :D

 

Tak czy siak, przywykłem do tego, by sprawdzać wielokrotnie, czy to, co widzę / słyszę / czuję – jakkolwiek się pokrywa z rzeczywistością czy też nie bardzo.

 

Ale w idealnej symulacji może być tak, że rzeczywistość będzie podążać za aktualnym stanem umysłu obserwatora. Na przykład dzisiaj Twój ręcznik będzie w ciapki, ale jutro, jeśli nie będziesz na 100% pewny, czy był w ciapki czy paski, może akurat być w paski i nie zauważysz, że to jest coś dziwnego ;D Mało istotne detale mogą być renderowane ad hoc i jeśli nie byłbyś pewny, że byłoby tak czy inaczej, to może być randomowo (w jakiejś chmurze prawdopodobieństwa). 

 

Swoją drogą, może pisanie tekstów lepiej załatwiłoby ai w postaci agentów, pliku pdf z kontekstem i podziałem na role…i

Wiesz, ja od dawna zakladam jako jedną z ewentualnosci, że jestem AGI w symulacji historycznej. Więc moje wypowiedzi przypominajace AI miałyby w tym momencie całkiem racjonalne wytłumaczenie… ;)

Może być fajne. Niektóre utwory muzyczne wygenerowane przez AI podobają mi się bardziej niż te w wykonaniu prawdziwych zespołów. Ludzie nie rozumieją, że AI prędzej czy później ogarnie akcyjniaki, a to z czym będzie mieć problem, to literatura przeżyć, emocji, pelna refleksji i introspektywna. Ale cóż, gawiedź woli walki osiłków na miecze i strzały z lasera. Zawsze tak było, od czasów gladiatorów.

Tylko na naszym forum pozytywne opinie to raczej społeczny standard – ja pochwalę Ciebie, to Ty pochwalisz mnie…

Ja mogę potwierdzić, że używając często AI, zaczynam uczyć się jego zwrotów i samemu ich potem używać.

Dla mnie to prosta sprawa – piszesz "ręcznie", a AI jest jedynie inspiracją i komentatorem/ researcherem – tekst wciąż jest Twój.

Przede wszystkim, jako autor chciałbym coś przekazać. Albo chociaż zbudować. Co to za przyjemność – kliknąć w przycisk i dostać gotową historię, ale… nie moją! 

Rany, to nie jest jakaś gra o złote kalesony. Jeszcze mógłbym zrozumieć, gdy ktoś na tym zarobkuje. Ale pisać za darmo, dla ludzi i generować historie? To się mija z celem. 

Do tego, żeby AI estetycznie budowało zdania, trzeba by je wytresować na datasecie z książkami najlepszych autorów w formie elektronicznej. Ewentualnie trenować wycinkowo, na konkretnych autorach, wg własnego uznania. Może wtedy przynajmniej będzie pisać nieco ładniej, chociaż ciągle bez sensu :)

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ludzie robią takie rzeczy…

Ech…

Nie wiem co Ci napisać Jimie. 

Bohater jest dla mnie tak odstręczający, że momentami miałem z czytaniem pod górę, mimo że tekst jest krótki i technicznie bardzo sprawny. Czytanie o przemocy jest dla mnie nie lada wyzwaniem, a już o przemocy wobec kobiet – szczególnie. Zwłaszcza, że bohater jawi mi się w wyobrazni jako jakiś zwyrodnialec z wybałuszonymi oczami i satanicznym uśmiechem przylepionym do twarzy, z ust toczący strużkę śliny :) Albo jakiś podekscytowany, sadystyczny kundel, który wskoczył człowiekowi na udo w celu wiadomym i nie chce się odczepić.

Wiem, że tak miało być, ale wolę jednak czytać o osobach, z którymi choćby w minimalnym stopniu mógłbym się zindentyfikować. Z taką kreaturą – nie potrafię. I to akurat chyba dobrze. 

Natomiast to, co mi się podoba, to zarysowanie rzeczywistości, o której w tekscie nie wspominasz.

W malarstwie czy rysunku formę można zasugerować cieniem. Tutaj ciekawe jest to, o czym nie napisałeś, ale co rzuca na tekst swoisty “cień”. To, że kosmita ze swoją wiedzą i możliwościami, był w stanie posługując się jednym człowiekiem zmienić całą historię ludzkości. Taki efekt motyla, ale celowo, kalkulując, niewielkim nakładem sił zmieniając koryta rzek, którymi biegnie historia. To wyszło świetnie.

Powiem tak – gdybyś był mniej obrazowy i nie posadził narracji w głowie zboczeńca tak dosadnie, to podobałoby mi się bardzo. Tak – jestem usatysfakcjonowany jedynie częściowo. 

Postać Iksana naprawdę ciekawa i prowokująca. Pomysł dobry, ale to, o czym zdecydowałeś się pisać, a co przemilczeć – zdecydowanie nie w moim guście.

 

W takim razie może powinieneś naprowadzić czytelnika na właściwy trop tagami? Oniryzm, sen, realizm magiczny, tajemnica, weird itd? Zauważyłem, że tego typu pisanie na naszym forum ma jakąś tam reprezentacje, ale ludzie nie zawsze rozumieją, w którą stronę będzie zmierzał tekst. Czasem, z ich punktu widzenia, zmierza w jakieś niezrozumiałe maliny, stąd frustracja. 

Kojarzy mi się z przyśpiewką o Maćku, który umarł i leży na desce ;) Fajny drabelek. Nie doszukuję się tu głębszego sensu, traktuję to jako emocjonalną impresję i w takim ujęciu mi się podoba.

Jeżeli tekst opowiada o tym, że mężczyzna usiłuje wyciągnąć od kobiety jakieś sekrety Loży forum NF poprzez romans, ale okazuje się, że dziewczyna to zwykła świeżynka – to moim zdaniem jest napisany w sposób nieprzejrzysty i niepotrzebnie skomplikowany. Prawdopodobnie wychodzisz z błędnego założenia, że każdy tekst należy udziwniać i przedstawiać rzeczy nie wprost. O ile Twoim celem artystycznym nie jest czytanie tekstów w języku aramejskim wspak, stojąc na drabinie i nosząc na głowie plastikowe wiadro, to chyba nie jest najwłaściwsza forma przekazu…

Gratulacje! Niby minęły już czasy, kiedy najbardziej kozacka okładka książki SF decydowała o moich zakupach, ale tutaj bym się zatrzymał przy półce… :) W każdym razie – minimum przekartkował.

Ja też się cieszę, chociaż nie brałem udziału w tym projekcie. Dla niektórych to mógł być papierowy debiut, więc tym bardziej serdeczne gratulacje. To wasze, autorów, święto!

Duch ochoczy, ale ciało mdłe. Niestety mój stan zdrowia wyklucza udział w konkursie, i chyba będę musiał też ograniczyć obecność na forum. :(

Nie chciałem nikogo obrazić. Po prostu zrobiło mi się przykro. Zdałem sobie sprawę z tego, że operuję zupełnie innymi kodami kulturowymi niż większa część środowiska, a w tym przypadku z pisaniem będę miał mocno pod górę. No ale cóż, czas nas nie oszczędza. Tym bardziej, że mnie dodatkowo kształtowała kultura, ktora już za moich mlodzienczych czasów byla archaiczna. Jeśli ktoś się poczuł urażony – przepraszam.

Nie no, nie wierzę własnym oczom. 

Po prostu nie wierzę. Po co ja czytałem te komentarze?

Jaki pastisz, jaki komizm? To jest nieprawdopodobne, jak biegunowo odmienne mogą być opinie czytelników. Chyba to już mój PESEL daje znać o sobie, ale mówię uczciwie – kompletnie zbaraniałem czytając opinie malkontentów. I podwójnie odechciało mi się powrotu do pisania. Po raz pierwszy – po przeczytaniu tego tekstu. Poziom obrazowania w narracji, gęstość, dynamika – po prostu wybitne. 

A potem te komentarze… I ja ze swoim karłowatym warsztatem? Jeśli takie teksty, za przeproszeniem, obrywają śledziem w przysłowiowy ryj, to może z moim “pisaniem” powinienem sie od razu zakopać w tym rumoszu skalnym i poczekać na przylot obcych?

 

Ludzie, to jest KONWENCJA. Kiedyś tak się pisało, poczytajcie chociażby Grabińskiego. I ta stylizacja na starszy tekst nie dość że jest tutaj po prostu mistrzowska, to jeszcze dodaje grozy, bo skoro ten tekst jest stary, to… może ONI są już tuż, tuż. I nie przeraziło. Jasne. Bo klaun przeraża, ale zagłada ludzkości już nie. Rany… …

 

Sorry, spurchawiłem się zdrowo, ale ten tekst jest piórkowy. Może wrażenie po czasie jest lepsze, bo autor wprowadził korekty, które zasygnalizowały nieocenione Reg i Bruce. Tego wykluczyć nie mogę.

Ale cóż – mam to w nosie. Jestem szczerze zachwycony tym opowiadaniem, idę do nominowalni i niech się dzieje wola loży :P

Jeśli chodzi o mnie, to nie musisz się niczym przejmować, Koalo. W rzeczywistości to tylko taka słowna fanfaronada z mojej strony, dla czystej zabawy rodzimym językiem. Jestem głupszy od popularnych LLMów. Ale staram się przy tym dobrze bawić :)

 

…za co została wyśmiana na skalistym forum, bo jak coś może chodzić po czymś tak płynnym i zmiennym jak grzbiet skalny :D

 

W duchu Lema, uśmiechnałem się :)

https://www.frontiersin.org/journals/physics/articles/10.3389/fphy.2020.525731/full

 

To czytałeś? He,he podobieństwa pomiędzy strukturą mózgu i kosmiczną siecią?

A może wszechświat to taka Dukajowa inkluzja ultymatywna, którą jakcyś Sznipsowie czy Mindrigorianie zapuścili, żeby oglądać na niej analogi naszych “śmiesznych kotów”? 

W tej sytuacji nasze istnienie byłoby dość łatwo wytłumaczalne. Jeśli cały system ma się organizować w stronę supersieci neuronalnej w skali makro, to my bylibyśmy takimi mini fraktalikami tej supersieci, w jej wnętrzu. Nieuniknionym zanieczyszczeniem, bo prawa muszą działać zarówno w skali makro jak i mikro…

Trochę mało nośne literacko, bo wręcz wchodzi koncepcyjnie w kliszę. Silver, jak to świat jest kosmicznym mózgiem? Było milion razy! Siadaj – niedostateczny.

No ale może właśnie dlatego jest? Diabli wiedzą. Tylko tutaj impulsy przechodzą w tak odmiennej skali czasowej, że w ogóle nie ma o czym gadać… No ale dla nas – przestrzeni kieszeniowej. Na “zewnątrz” w nasz miliard lat może mijać sekunda. Albo w ogóle upływ czasu wygląda inaczej / nie wygląda wcale?

 

Skala rozwoju psychicznego cywilizacji Jima jest podobna:

 

Co jest uderzające – moglibyśmy się w jakikolwiek sposób komunikować tylko ze szczebelkiem niżej i BYĆ MOŻE ze szczebelkiem wyżej, ale tutaj pewnie ich “jestestwo” byłoby nam na tyle obce, że problemy byłyby kardynalne. Jak próby gadania z oceanem z Solaris.

Bytów zasadniczo odległych moglibyśmy wręcz nie dostrzegać, podobnie jak pierwotniak żyjący w moich bebechach nie zdaje sobie sprawy z istnienia jakiegoś adwenta, który pisze głupoty na forum NF :)

 

bo jedne byty są bardziej świadome niż inne.

 

No tak. Nawet jeden i ten sam byt może mieć różne poziomy świadomości w zależności od etapu życia i stanu organizmu.

 

Co ciekawe, można być w takim stanie, w którym się jest świadomym, ale nie świadomym własnego ja (coś podobnego jak u Wattsa) – więc świadomość ja i świadomość są rozdzielne.

 

Słynna pomroczność jasna :D

 

Myślę, że ciekawą sprawą, jeśli chodzi o byt, który byłby bardziej świadomy niż my, byłoby danie mu wielowątkowości.

 

A to zależy. Bo w sumie jesteśmy wielowątkowi, nawet mamy dwa core’y, ale na poziomie nieświadomym. Po rozcięciu ciała modzelowatego powstaną dwie odrębne osobowości. Według mnie dobrą analogią jest system procesów w systemie Linux – Jaźń to proces init PID 1. Wydaje mi się, że posiadanie przez nas jednego i niepodzielnego procesu świadomości było bardzo korzystne ewolucyjnie. Wyobraź sobie sytuację, kiedy stworzenie o osobowości wielorakiej musi podejmować konsensus, czy uciekać przed drapieżnikiem, czy może raczej atakować :D 

 

 

Trudno nam sobie nawet wyobrazić, jak funkcjonowałaby taka istota

 

Mogłaby mieć poważne problemy z normalnym funkcjonowaniem. Zauważ, że ludzkie myślenie napędza język – wydaje mi się, że jego konstrukcja jest bardzo dostosowana do reszty biologii, która stanowi jakby “hardware”. Myślę, że gdyby człowieka zmusić do takiej pracy, pojawiłyby się konflikty. System jako całość byłby niespójny.

 

Oczywiście to nie jedyne opcje – te pomysły, które opisywałeś o świecie przyszłości na SB, nasunęły mi pytanie, którego w końcu nie zadałem – czy czytałeś może Ocalonych 1?

 

Nie czytałem.

Jeśli dobrze rozumiem Twój pomysł – to ten Twój solipsyzm na sterydach, można streścić też tak:

Świat zewnętrzny istnieje

Mam świadomość

Nikt inny nie jest świadomy

 

Przede wszystkim – to nie jest nie tyle mój pomysł, co moja naiwna interpretacja a wręcz popłuczyny tego, nad czym pracują teraz niektórzy naukowcy. Np.  Carlo Rovelli (Relacyjna Mechanika Kwantowa RQM) albo Dawid Deutch. Ja tego po prostu nie rozumiem, bo jestem na to obiektywnie za głupi. Ale jak słucham albo czytam, co mówią ci ludzie, to mi mózg wykręca. 

I Twoja lista nie jest zgodna z moją interpretacją. To w ogóle nie jest żadna teoria, po prostu postawiłem to jako ciekawy przykład, że tak MOŻE być, ale równie dobrze może być inaczej.

Problem tkwi w punkcie trzecim. Każdy jest jak najbardziej świadomy. Po prostu przy tych założeniach każdy obserwator, z każdą swoją decyzją produkuje nieskończoną ilość kopii siebie w tym multiwersum. Wszyscy jesteśmy w sensie fizycznym chmurami prawdopdobieństwa. Ale intuicyjnie – jest coś, co wyróżnia to, którą ścieżką poszła ta wersja, która akurat to czyta. Dla Ciebie ten wybór się odbył i przeżyłeś bardzo konkretny ciąg przyczynowo skutkowy, w odróżnieniu od innych wersji Ciebie, które mogą być w innym miejscu chmury. Teraz pytanie – czy każda z tych wersji ma “punkt obserwacji”. Teoretycznie – nie musi. Może być tylko jeden obserwator i nieskończona liczba filozoficznych zombie. Ja w wypowiedzi powyżej poszedłem w tę stronę. Gdyby każdy człowiek miał tylko jednego “obserwatora” to szansa na spotkanie jakiegokolwiek innego “obserwatora” w jego świecie byłaby praktycznie równa zeru. Ale – z drugiej strony nie można wykluczyć, że z każdą chwilą produkuje się nieskończona liczba tych obserwatorów w nieskończonej liczbie światów. Nie wiem która wizja jest bardziej pokręcona, stawiam, że obie na równi :D

 

Co do testu lustra, to mam złe wieści. Oczywiście naczelne, delfiny, słonie i krukowate nie są aż takim zaskoczeniem, ale niedawno przeszły go… mrówki. I to z powtarzalnością wykluczającą błąd – na 24 testowane mrówki aż 23 ścierało sobie plamkę z łebka, widząc swoje odbicie w lustrze. Albo mrówki są świadome, albo ten test jest do kitu. Jedno z dwóch…

Świetny short. Klimat super gęsty, a interpretuję jako narrację o atomizacji społeczeństwa, samotności i problemach z komunikacją między ludźmi.

To w takim razie, nadal nie wiem, w jaki sposób pozbyć się draculi raz na zawsze :-)

 

Wiesz, to chyba zależy od tego, jaki system przyjmiemy :) Ja zakładam, że nawet wampir z czasem może zostać unicestwiony, w ten czy inny sposób. Niewykluczone, że sam nie będzie w stanie znieść bólu istnienia i wyjdzie na światło słoneczne…

Powiedzmy sobie szczerze, że w tej odsłonie solipsyzm jest faktycznie dość absurdalny, bo z “myślę, więc jestem” można wyciągnąć też to, że istnieje jakiś ośrodek materialny, zdolny do wyprodukowania tej myśli.

Ale co by było, gdyby świat był nieskończonym zbiorem kwantowych chmur prawdopodobieństwa i dopiero obserwator decydował, w którą stronę ma nastąpić kolaps funkcji falowej każdej cząsteczki w jego okolicy? Ale powtarzam – DLA NIEGO. Co by to oznaczało? Że oprócz obserwatora istnieje nieskończona ilość potencjalnych “filozoficznych zombie”, w których co prawda nie ma punktu obserwacji, ale nie da się tego stwierdzić? To dopiero solipsyzm na sterydach :) Każdy obserwator miałby swój własny świat, który umierałby razem z nim. Albo i nie? :D

@Prorok T2

Dzięki! Myślę, że dłuższej formie mogłoby być zbyt ciężkie. Co do kursywy, zaraz poprawię.

 

@Hesket

Jasna sprawa, Heskecie. Dlatego też nie chciałem zadręczać czytelników dłuższą formą w tym wydaniu. Jeśli chodzi o język, to raczej eksploruję rozmaite style w ramach ćwiczeń. Poniżej masz króciutki tekst, w którym wypowiadam się nieco inaczej :) Możesz zajrzeć, jeśli jesteś ciekaw, tylko 2k znaków. 

 

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/29994

 

A tutaj jeszcze inny (3,8k):

 

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/27355

 

Wybacz, jeśli odbierasz to jako chamską autoreklamę, ani nie czuj się “wywołany do tablicy”. Po prostu chciałem pokazać, że na razie raczej “szukam stylu” niż go “mam” :)

Humor rzecz indywidualna, ale mnie najbardziej rozbroiło, że w niecałych siedmiu tysiącach znaków udało Ci się przedstawić aż cztery pelnokrwiste postacie, z których każda miala wyrazisty charakter. No, to jest naprawdę imponujące.

jakby był ciut egocentryczny

 

Nawet nie tylko ciut, GalicyjskiZakapiorze :)

Jestem gotów pomóc przy dyżurach. O ile znajdzie się dla mnie miejsce.

@Krzesimir I

No tak, sama refleksja nie. Z przemijaniem już tak różowo nie jest. Ale cóż począć :)

 

Silvo, poproszę o BMW w kolorze przeźroczystym. Optymalnie byłoby, żeby cały pojazd taki był – łącznie z podwoziem, kołami i deską rozdzielczą. Chciałbym zobaczyć miny innych uczestników ruchu drogowego, kiedy jechałbym takim samochodem po autostradzie z prędkością 130 km/h.

@Bolly 

Masz rację, policzy, ale ma jakąś dziwaczną logikę liczenia znaków interpunkcyjnych. Być może jest to kwestia konfiguracji programu. Miło, że wpadłeś :)

 

@beeeecki @melendur88

Czołem! Taki miał być :) Niczym “Wędrowiec nad morzem mgły” C.D. Friedricha, chociaż tutaj, co jasne, w nieco innym wydaniu :)

I owszem, liczę na powrót do pisania :)

 

@JolkaK

Dzięki za odwiedziny i klika. “Fizis” jeszcze przemyślę! Czy nie widać przerwy? Oj, ja ją czuję, zwłaszcza w tempie pisania.

 

@Silva

Mnie też! XD Ale ten króciak to taka zabawa archetypem, więc chyba to dlatego. Poza tym – może przedawkowałem gadanie z AI? Wszak wiadomo, że jeśli zbyt długo patrzysz w otchłań, to ona zaczyna też patrzeć też na ciebie :D

Niesamowicie klimatyczne. Naprawdę świetny tekst. 

Taki, przy którym nie warto już nic dodawać ani ujmować, bo brzmi czysto niczym koncert na wietrze.

To nie jest o muzyce.

To jest muzyka. 

To prawda z tymi rezerwacjami. I nie ukrywam – mea culpa – zdarzało mi się być takim “hamulcowym” konkursów. Ale nie “tą razą”, o nie :)

Tylko dla pewności: jak próbowałem kiedyś wstawić grafiki, to portal szalał z kalkulacją ilości znaków. Czy dalej tak jest?

Zima, to ludzie w domu siedzo i z nudów piórka piszo! Moje gratulacje, tyle pierza na głównej dawno nie widziałem XD

Dzień dobry, mr.Marasie.

Dobre to było, serio. Pamiętam, że w trakcie lektury Dzieci Marii trochę przeszkadzało mi, jak pokazałeś relacje między partnerami. Tutaj udowodniłeś, że potrafisz to zrobić znakomicie, a zarazem przewrotnie. Szczerze powiem, że mnie “wkręciłeś” z tym jaśkiem :D chociaż foreshadowing był klasa. Widzę tutaj sporo rzemiosła stojącego “na zapleczu”, ale to raczej komplement niż przytyk. Niezły hak, który ciągnął mnie przez tekst, strzelby Czechowa wypaliły jak trzeba, a twist się udał, bo do końca myślałem, że chodziło o zwykłą zdradę. Bardzo dobrze opisany strach tego gościa.

No i – szybko przeczytane 50k znaków, a to oznacza, że były też dobrze napisane. 

Ogólnie – mam wrażenie, że jest też postęp w samym operowaniu językiem w porównaniu do tekstów, które kiedyś tu wrzucałeś. Taki “level up!” i to nie o jedno oczko :) 

Może to dziwne skojarzenie, ale ten tekst mocno mi Kingiem pachnie, chociaż anturaż cyberpunkowy. Nie wiem, jak się z tym porównaniem czujesz, ale tak to widzę. 

Nowa Fantastyka