Profil użytkownika

Nie można porządnie podać miejsc inspirujących twórczość w zakładce Miasto, więc będą tutaj. Przede wszystkim Trójmiasto i Podhale. Mogą się zlewać we wspólny nieokreślony twór (coś jakby Turów Róg).


komentarze: 3039, w dziale opowiadań: 2286, opowiadania: 674

Ostatnie sto komentarzy

Lecz – czy ma taką pewność, że to go na pewno nie dotyczy, biorąc pod uwagę tych, na których mógł wpłynąć, lecz być może tego nie zrobił? :)

Hmmm. I może to zdumienie jest właśnie cenne. Bo daje do myślenia? (A może nie daje…)

O to mi właśnie chodzi – że utwór być może lepiej realizowałby swój zamysł, gdyby suflował czytelnikowi to cenne zdumienie, jakoś zarysowywał analogię między podanymi w kolejnych zwrotkach jaskrawymi przykładami zła a tymi błahszymi słabostkami i zaniechaniami, żeby pokazać, że temat może dotyczyć każdego. Na razie tę dającą do myślenia kwestię powziąłem tylko z komentarzy, na podstawie samej lektury wiersza nie miałem poczucia, by mógł się w istotnym zakresie tyczyć mojego życia.

Bruce, chciałbym podkreślić, że w tej rozmowie nie krytykuję Twojego utworu literacko czy artystycznie, staram się tylko podzielić perspektywą odbiorcy, który nie dysponuje Twoimi pokładami wrażliwości i empatii.

Co prawda mnie cudze nieszczęście rzadko bawi, ale też nie będę się podawała za geniusza empatii (czasami nie mam zielonego pojęcia, o co ludziom chodzi, a przeważnie muszę to sobie zwerbalizować).

Tak, ja także mam ogromne trudności z wczuwaniem się w czyjeś położenie, co oczywiście ogranicza mnie również literacko. To się spina z naszą dawną fascynującą rozmową pod Rodzicami chrzestnymi, trudno się dyskutuje o tym, co kogo bawi i dlaczego.

Pisząc o etyce minimalnej, trudno kogokolwiek przekonać do idealnej.

Hmmm? Co dokładnie masz na myśli?

To, co rozwijam w dalszej części komentarza – jeżeli dobrze zrozumiałem cytowany wpis Autorki

Są ludzie, którzy serio nie dostrzegają wyrządzanego zła. Uważają, że to, co robią, to i tak szczyt łaski oraz dobroduszności, okazany drugiej osobie, zwierzęciu, grupie ludzi itp. Byliby szczerze zdumieni, że taka rymowanka może ich dotyczyć,

to wiersz w zamierzeniu miał dać do myślenia każdemu odbiorcy, czy sam nie przeocza zła, które wyrządza, czy wkłada dostateczny wysiłek, żeby zachowywać się przyzwoicie. Tymczasem typowy czytelnik, który nigdy nie zostawił psa przywiązanego do drzewa, nie pobił dziecka ani ofiary wypadku, rzeczywiście ma prawo “być szczerze zdumiony, że taka rymowanka może go dotyczyć”.

Są ludzie, którzy serio nie dostrzegają wyrządzanego zła. Uważają, że to, co robią, to i tak szczyt łaski oraz dobroduszności, okazany drugiej osobie, zwierzęciu, grupie ludzi itp. Byliby szczerze zdumieni, że taka rymowanka może ich dotyczyć.

Wiesz, tak sobie nieśmiało myślę, że jeśli o tym chciałaś pisać, taka miała być grupa docelowa utworu, to może rzeczywiście nie dobrałaś optymalnej konstrukcji i przykładów. Pisząc o etyce minimalnej, trudno kogokolwiek przekonać do idealnej. Być może – tak się głośno zastanawiam, bo moja zdolność wczuwania się w czyjeś położenie nie jest duża – takim ludziom Twój tekst właśnie uspokoi sumienie, powiedzą sobie, że skoro nie robią tych okropnych rzeczy, to na pewno są dobrzy, choć dopuszczają się wielu drobniejszych podłości i zaniedbań. Znając Twoje ogromne pokłady empatii, przypuszczam zresztą, że niektóre z moich zachowań także uznałabyś za niedopuszczalne, ale wiersz w tej formie nie skłonił mnie, żebym się nad sobą zastanowił.

 

Melyo, witam na Portalu po dłuższej przerwie! Jak zawsze w takich przypadkach polecam wspaniały poradnik Drakainy, pomoże Ci się zorientować, jakie są tutaj zwyczaje i czym się można zajmować. Pewnie warto też przejrzeć Zasady zamieszczania treści. Twój komentarz jest jak najbardziej przydatny, mam nadzieję, że będziesz miała ochotę się więcej udzielać.

 

Pozdrawiam Was serdecznie!

Cześć!

Na początek przyznam, że sprawdzając coś innego przy użyciu sztuczek portalowych, niechcący odsłoniłem sobie autorstwo tego tekstu. Rzecz prosta, wobec tego nie będę o nim pisał w zgadywankach konkursowych. Wprawdzie myślę teraz, że nie mógłbym się pomylić – pamiętam, że czytałem kiedyś Twoje opowiadanie, w którym na mniejszą skalę wykorzystane były podobne zabiegi – ale po fakcie to się zawsze tak wydaje.

Po utworze znać solidny research, który dalece nie każdy czułby się na siłach robić w tak drastycznej tematyce, i przemyślaną, ambitną konstrukcję. Próba poprowadzenia opowieści w polsko-ukraińskim kontinuum dialektalnym zdaje się centralny dla koncepcji, jeżeli ją dobrze rozumiem: ma namacalnie ukazać nieodwracalne straty, że ten język został rozerwany na części – w wielu przypadkach dosłownie wraz z użytkownikami – a ci, którzy przeżyli, musieli się już opowiedzieć po jednej ze stron i przyjąć język ogólny. Jednocześnie ma to swój koszt, z którego na pewno zdajesz sobie sprawę, że taki zabieg ogromnie zwiększa wysiłek lektury i utrudnia dostrzeżenie jakichkolwiek innych wartościowych pomysłów i treści, które mogą być tu zawarte. Ponadto nie wiem, kto mógłby tu się podjąć korekty językowej, ja na pewno nie, ale niektóre rzeczy budzą moje podejrzenia, na przykład brak “się” w niektórych miejscach, chyba też gdzieś zauważyłem różne formy zapisu jednego wyrazu.

Co do tych innych treści stawiam sobie podstawowe pytanie: co przekonało autora, że warto napisać akurat taki utwór i się nim podzielić? Ta perspektywa prababci antykwariuszki, która myli wnuka z prawnukiem, a rosyjska inwazja ewokuje w jej umyśle wspomnienia Wołynia (albo może umierającej przy porodzie dziewczyny z mniej lub bardziej nadprzyrodzonymi wizjami tego, jak mogłaby zostać prababcią): co w zamierzeniu ma ona dać czytelnikom, czego nie dadzą autentyczne relacje z mordów? Idąc tym tropem, zwróciłem uwagę na to, jak zło wydaje się tutaj nieukorzenione, przychodzące nagle z zewnątrz, jak gdyby w znajomych głównej bohaterki wcielił się diabeł czy inny wampir – jak gdyby wypierała to, że wcześniej przez lata nie zwracała im uwagi i śmiała się wraz z nimi, gdy ich uwagi o sąsiadach były coraz bardziej nieuprzejme – wrogie – zapowiadające zbrodnię? Jednak nie wiem, czy ta sugestia istotnie jest w tekście, czy dopowiadam ją sobie na podstawie własnych przemyśleń.

Przybijam do drzwi Biblioteki i pozdrawiam,

Ślimak Zagłady

Dodam, że staram się śledzić te nominacje piórkowe, bo np bardzo sobie cenię recenzje Ślimaka(mimo, że nigdy u mnie nie był i pewnie nie będzie), pod kątem technicznym, choć kilka razy się z nimi nie zgadzałem(na opowiadań nominowanych które czytałem), to technicznie je pisze profesjonalnie i  bliższe temu którym sam staram się takowe robić na innym portalu.

Dziękuję, cenię sobie Twoją pochwałę! Byłem u Ciebie pod “Zwierzyńcem” i na pewno planuję się jeszcze w przyszłości udzielać przy Twoich opowiadaniach. Obecnie niestety Loża pochłania prawie całość moich zasobów aktywności portalowej, co pewnie bardziej świadczy o mojej złej gospodarce czasem i energią niż o czymkolwiek innym. Zresztą “Modelowego księdza” czytałem i miałem dosyć dobre wrażenia, ale nie dałem rady skomentować.

Kiedy nie zgadzasz się z moim wpisem, chciałbyś wyrazić inną opinię czy tym bardziej poprawić ewentualny błąd rzeczowy, oczywiście zawsze zapraszam do dyskusji. Sam nieraz odnoszę się do komentarzy innych, kiedy widzę potrzebę coś uzupełnić, i mam nadzieję, że nie sprawia im to przykrości.

Nie jestem niestety pewien, czy cały wątek rokuje wartościowe konkluzje, ale zależy mi, żeby odnieść się do paru kwestii szczegółowych.

Jim uprzedził mnie w spostrzeżeniu, że niektóre gatunki literackie z natury rzeczy stawiają autorom większe wymagania, wbrew pozorom (?) dużo łatwiej napisać dobre opowiadanie problemowe niż dobre komiczne. Nie przypominam sobie tych licznych Użytkowników, którzy wskutek niedocenienia piórkowego ich świetnych opowiadań innych gatunków mieliby przerzucać się na dramat psychologiczny lub odchodzić z Portalu, ale może się mylę, wiecie, że brakuje mi talentu obserwacji społecznej. Zresztą zauważyłem, że jest między Waszymi opiniami pewna różnica: jeżeli dobrze rozumiem, Bard twierdzi, że problem utrzymuje się w tej samej formie od dawna, a Melendur, że poprzednia Loża miała preferencje wyraźnie różne od tegorocznej.

Czy rzeczywiście niektóre style i gatunki mają bardziej pod górkę w ocenie piórkowej? Jestem prawie pewien, że takie zjawisko zachodzi, przypominam sobie, że wyrażali takie zdanie Autorzy znacznie lepsi ode mnie. Lożanie to tylko ludzie i mają swoje preferencje czytelnicze, które mimo najlepszych starań o obiektywność mogą się odbić na decyzjach, ale wybór przez Społeczność dziewięciu możliwie sensownych członków powinien te różnice nieco wyrównywać. Być może istotniejszą kwestią jest to, że w kształtowaniu zdania o tym, co na Piórko zasługuje, niepozbawiona znaczenia jest wiedza, jakie opowiadania dostawały je w przeszłości, a więc może wystąpić pewien naturalny “dryf genetyczny”. Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest miłośnikiem jakiegoś rodzaju tekstów i ma poczucie, że są one niedoceniane w naszym środowisku, to najlepszym, co może zrobić, jest wskazywanie mocnych stron takich utworów, uczenie innych z nas, jak mogą je lepiej rozumieć i sami pisać: bardzo w duchu wzajemnej pomocy literackiej.

Mimo to bliższe jest mi podejście Ślimaka, które kiedyś opisał w jednym z komentarzy. Parafrazując dość swobodnie: do Piórka warto zgłaszać przede wszystkim teksty, które rzeczywiście uważamy za najlepsze w danym miesiącu i które mogłyby służyć jako wzór dla nowych użytkowników forum.

Do tej swobodnej parafrazy najbardziej chciałem się odnieść: Piórko jest “odznaczeniem przyznawanym najlepszym opowiadaniom publikowanym na portalu”, a nie w danym miesiącu. W niektórych miesiącach może nie być żadnego tekstu godnego tego miana, w innych kilka.

Dlatego też dzielenie nominacji na kategorie nie wydaje mi się zbyt użyteczne – po prostu w wielu miesiącach byłoby zero nominacji z niektórych kategorii.

Ja sobie chętnie zaglądam w komentarze nie tylko pod swoimi tekstami, bo wiele można z nich wyciągnąć. Mam i miałam swoich ulubieńców na forum pod tym względem (np. nieodżałowanego Osvalda, chociaż tutaj możesz mieć złe z nim wspomnienia, ale wydaje mi się, że pod tą jego warstewką chamskości była wartościowa merytoryka).

Chwileczkę, zaglądać w komentarze oczywiście warto, ale Osvald?? Naprawdę nauczyłaś się czegoś z jego wpisów, potrafisz podać przykłady? Pod moim Wieszczem i niewolnicą nauczyłem się wiele z komentarzy Drakainy, Zanaisa, Gravel, Gekikary – zresztą wielu z Was, nie chciałbym kogoś niesprawiedliwie pominąć – ale na pewno nie z komentarza Osvalda. To jeden wypadek, ale jak tylko pamiętam, jego główną aktywnością forumową było gnojenie innych. Kiedy udawało się go wciągnąć w dyskusję opartą na czymkolwiek innym niż sprytne obrażanie autorów przed granicą bana, często prezentował kompromitujące braki wiedzy literackiej.

1. Wydawało mi się zawsze, że bycie Lożaniniem to nie tylko pewnego rodzaju forumowa nobilitacja, ale też obowiązek, więc naprawdę dziwię się, że w Loży są osoby, które decydując o najważniejszym forumowym wyróżnieniu, nie zostawiają komentarza z ŻADNYM uzasadnieniem. Nawet zgłaszając do biblioteki trzeba pod opowiadaniem napisać parę słów. Rozumiem brak czasu i życiowe obowiązki, ale po to jest “ławka rezerwowych”.

Popieram zdecydowanie i proszę o to samo od miesięcy… Bardzo staram się nie być nominowaną, ale – nawet jako nominująca – chciałabym wiedzieć, czemu ktoś daje NIE…

Macie całkowitą rację, publikowanie uzasadnień głosów (nie tylko na NIE) jest najważniejszym obowiązkiem Loży, czymś bardzo potrzebnym autorom i także nominującym. Od początku mojej kadencji przewodniczącego podejmuję wysiłki dla uporządkowania tej kwestii. Wiem, że same raporty aktywności to mało, liczę na to – i macie prawo oczekiwać – że wkrótce uda mi się osiągnąć dalsze efekty.

No ale jak zobaczyłem X nominacji uznałem, że nie warto i po co ja mam się starać i wybierac jedną nominację per miesiąc jako dyżurny?

To, że ktoś inny nominuje dużo, nie narzuca Ci przecież takiego samego stylu. Jak wyżej, nie namawiam, żeby to było koniecznie i zawsze raz w miesiącu. Możesz jednak wymagać od siebie przemyślanego, selektywnego nominowania i być za to chwalony przez tych, którzy cenią takie podejście.

Tak, uważam, że odrzucenie 5 moich tekstów, które były nominowane co miesiąc było w mojej ocenie niesprawiedliwe.  Nie uważam, że to był spisek, zmowa czy coś podobnego Ale uważam, że coś jest nie tak, jeśli dochodzi do takich sytuacji.

W rzeczywistości jeden z tych pięciu tekstów zdobył piórko. Tutaj warto też odnotować, że im niżej Dyżurni i Użytkownicy będą umieszczać subiektywną poprzeczkę nominacji, tym łatwiej (przy założeniu stałego poziomu piórek) może dojść do podobnych sytuacji.

Zebrałem się wreszcie, żeby podliczyć czerwcową obfitość zgłoszeń piórkowych:

 

beeeecki – Z szarością nam wszystkim do twarzy, czyli opowieść o bohaterstwie – 16/5 głosów, 2 TAKI (bruce, MichaelBullfinch, betweenthelines, Marszawa, melendur88), nominacja!*

MichaelBullfinch – Twarze własne, twarze cudze – 8/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – Pozszywane – 7/5 głosów, 1 TAK (bruce, MichaelBullfinch), nominacja!

HollyHell91 – Podróż grzesznego obieżyświata w listach zebrana – 7/5 głosów, 1 TAK (bruce, betweenthelines), nominacja!

Anonim – I przyjął ciało zmarłej dziewicy – 7/5 głosów, 1 TAK (melendur88, bruce), nominacja!

Teo Max – Tryton, księżyc który przybiegł z daleka – 6/5 głosów, 1 TAK (regulatorzy, bruce), nominacja!

nul – Święty czas, święta ziemia – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Rafael Sanki – Perłopłaz – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Teo Max – Miranda i dziewięć blizn – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Anonim – Dream team – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (melendur88);

Anonim – Podano do stołu – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (melendur88);

Anonim – Yednorożec, czyli spejs łopera, ku uciesze, zgrozie i zadumie klawiaturą anonima spisana – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce).

 

Zgłoszenia Loży:

marzan – Charon i Nila: Rzeka Lamentu (HollyHell91);

MichaelBullfinch – Twarze własne, twarze cudze (HollyHell91).

 

Przypominam, że Autorzy Anonimowi zobowiązani są podać Loży swoje personalia (nicki), by ich teksty mogły być poddane pod głosowanie piórkowe! Dane, które nie mogą być ujawnione publicznie ze względu na wymogi konkursu, proszę przekazywać wiadomością prywatną do GalicyjskiegoZakapiora.

 

* Zgodnie z punktem 6 zasad nie można zdobyć więcej niż dwóch głosów na TAK od Dyżurnych.

Dodam, że ten wątek zawdzięczam uwadze Ślimaka Zagłady do pierwszego opowiadania na temat chrześcijańskiego limbo, które powiela ten nieszczęsny schemat.

Masz ci los, zainspirujesz kogoś niechcący i potem się tłumacz. Przed zauważeniem tego komentarza inkryminowany wątek kojarzył mi się, bardziej niż z limbo, z opłatami pobieranymi przez księży za odprawienie pogrzebu i mszy w intencji spokoju zmarłego. Jednocześnie nie byłem pewien grupy docelowej tego przekazu, bo wątpię, czy ludzie dostatecznie zindoktrynowani, żeby wierzyć, że w ten sposób kupują komuś życie wieczne, czytują fantastykę.

Mam wrażenie, że kolejne części Charona i Nili są coraz bardziej obciążone cząstkowością, czyta się to z przyjemnością, ale jak odcinek powieści, mniej opowiadanie. Oś fabuły – bohaterka schodzi walczyć o lepsze zaświaty dla wszystkich i w tym celu przemawia do grup osadzonych, do sędziów, do Hadesa… – bez kontekstu cyklu być może wydałoby mi się, że nominalna wielkość Sprawy jest czymś w rodzaju protezy, mającym zainteresować czytelnika zamiast większej oryginalności świata. I gdyby taka metodologia się sprawdzała, ruchy niepodległościowe miałyby dużo łatwiejsze życie…

Myślę sobie także na ten temat, że im obszerniejszy utwór, tym łatwiej nakreślić tło obalenia boskiego porządku (zwłaszcza Boga, ale też silnego boga politeistycznego jak tutaj), żeby pokazać, że bohater czyni to dzięki inteligencji i determinacji w obrębie spójnych reguł świata, a nie dlatego, że autor wymyślił takiego wspaniałego wybrańca. Tutaj to się w znacznej mierze udało – scena z uwięzieniem Hermesa wypadła moim zdaniem doskonale, pułapka na Hadesa już gorzej, “Sieć utkana z chust wdów i matek. Wypłakały w nie wszystkie łzy. Zobaczymy, co jest mocniejsze! – wyszeptała kapłanka” popada w melodramatyczny patos. Nie do końca zrozumiałem “Na to właśnie liczymy” Spartan, niby widzę, że odnosiło się właśnie do tej pułapki, ale skąd wiedzieliby, że ofiarą będzie akurat ta kapłanka, a nie inni ich krewni i znajomi?

Przypadkowy drobiażdżek:

Stań na murze, Minosie, i posłuchaj ich jęku!

Idea możliwie wiarygodnego rekonstruowania protogermańskich wyrażeń wygląda ambitnie, nijak nie podejmę się oceniać, na ile dobrze to wyszło. Pozdrawiam i dopycham do Biblioteki!

Cześć!

Na pewno warto było się tym podzielić, w trudny do opisania sposób łączy stanowczość i miękkość, pełne czułości, cechy – zdaje się – Tobie właściwej. Rytmika oryginalna, Robert oczywiście słusznie doliczył się 9/9/14, ale brak średniówek w jakimś stopniu rekompensują tutaj cechy toniczne, warto by zapytać o zdanie kogoś wprawniejszego ode mnie, na ile dobrze to brzmi. Z drugiej strony nie jestem pewien, jaka jest zamierzona grupa docelowa, czy ten ładunek surowej prostoty i dosłownej dydaktyki nie okaże się zbyt ciężki dla większości czytelników. Niektóre frazy wydały mi się niezgrabne (zwłaszcza “związuje w gęstwinie” i “głupotą zmienić w przegrane”, zastanawiam się też, czy nie miało być “koiła rany”).

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Anonim nie potrafi sobie przypomnieć skąd zna wersy zawarte na początku komentarza, ale jest pewien, że gdzieś już je czytał. Pasują idealnie.

Słowacki, List do Aleksandra H.

Anonim chciałby wyjaśnić, że krępowanie sznurem było prowizoryczne i działało tylko na chwilę. (…) Przekonanie pochodziło stąd, że po takim rytuale dusze nie wracały, wszystko inne zawodziło. Najpierw palono (wbrew wierze), zabijano itd. Ale ciągle wracali.

Faktycznie, jeżeli zmarli wracali nie jeden raz, lecz dowolnie wiele, a po odprawieniu rytuału przestawali, to odpowiada na obydwa moje pytania naraz. Wydaje mi się, że ta informacja nie padła nigdzie w tekście wprost, żebym wyrzucał sobie nieuważną lekturę, ale możliwe, że większość odbiorców przyswaja ją jakoś intuicyjnie i w takim razie wykładanie kawy na ławę byłoby błędem kompozycyjnym. Inna rzecz, że w takim świecie Kościół łatwo zdobyłby dystopijną władzę, daleko wykraczającą poza przestępstwa pojedynczych łowców.

Twoja wizyta go zaskoczyła, ale przyniosła wiele radości!

Ja to muszę ponownie w sobie odnaleźć, żeby móc komentować opowiadania dla przyjemności spontanicznie i w miarę krótko, a nie tylko rozwałkowywać nominacje na tysiące znaków i martwić się, czy nie przeoczę w nich jakiegoś kluczowego wątku lub myśli. Rozumiem wytknięcie mojej niskiej aktywności na forum i jest mi odrobinę głupio, ale pocieszam się, że ci, którzy najpewniej nominowaliby ten tekst, gdyby tylko widzieli nick autora, też potem poczują się nieswojo.

Pozdrawiam serdecznie!

ten specyficzny gatunek rzeczywiście dojrzewa  13 lub 17 lat na Ziemi. To liczby pierwsze. Tak chciała natura i są ku temu powody.

Tak, wiem o tym – chyba najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest takie, że dzięki temu populacje drapieżników nie mogą dobrze zsynchronizować swoich pokoleń z latami ich obfitości – napisałem, że gdybym nie znał tego gatunku, to w samym opowiadaniu hasło “rok liczby pierwszej” pada na końcu bez wyraźnego uzasadnienia.

Cześć!

Interesujący eksperymentalny drobiażdżek. Pomysł opisywania zdarzeń z perspektywy owada to zawsze pewna brawura, ale mam wrażenie, że tutaj to działa na prawach bajki zwierzęcej, starasz się za jej pośrednictwem powiedzieć coś o ludzkich emocjach związanych z dojrzewaniem. Jednak gdybym nie wiedział, co to za stworzonko, to raczej nie byłoby szans wymyślić, skąd i po co liczba pierwsza w zakończeniu. “Instar” trochę mnie wybił z lektury, myślę, że to słowo wyraźnie należy do naszego rejestru naukowego, bohaterka nie mogłaby go znać i użyć w opisie własnego stanu.

Parę szczegółów interpunkcyjnych:

Czułam, że muszę, że tak trzeba, że tego nie zatrzymam i(-,) że właśnie tego chcę.

Nie potrzebowałam już tego, by głębiej, więcej(-,) ani wyżej.

Zapragnęłam na nowo, aby był ktoś, aby był blisko.

Pozdrawiam,

Ślimak

I stała się na ziemi Bogów różnodzielność,

I stała się na ziemi trupów nieśmiertelność. (…)

Na ziemi trup odbywał sądzenie Erebu,

Można było królowi zaprzeczyć pogrzebu.

Zwarta historia ze zręcznie wkomponowanym happy endem. Opisy postaci i ich reakcji wydały mi się przekonujące. Centralny motyw “ludzie są najgorszymi potworami” znany, ale dobrze wykorzystany, pasował do tego tekstu. Nie jestem pewien, na ile to ma sens, że związanie sznurem ogranicza możliwości fizyczne “powrotnika”, a zakopanie w trumnie czy nawet kremacja – nie; i dlaczego w takim razie ponowne wsadzenie go do trumny miałoby coś zmienić. Zabrakło mi też wskazówki, skąd w tym świecie powszechność przekonania, że rytuały dokonywane przez łowców decydują o losach duszy zmarłego.

Augustyn jest ciekawie zrobiony, bo jednak nie przewidziałem, że okaże się złoczyńcą – jego napomnienia dla adepta wydawały mi się raczej sugerować, że jest świadom własnych słabości i krzywd, które mógłby wyrządzić, gdyby pozwolił sobie na utratę kontroli. Widzę, że Przedmówcy oceniali go trafniej, w każdym razie świadczy to o dobrym wyważeniu wątku.

Ale jak tu sprawdzić, gdy, kto wie, czy nie zagryzie?

Nie stawiałbym przecinka przed “kto”, bo “kto wie” nie jest tu wtrąceniem.

– Wrócę niedługo z gwoźdźnią– mruknął gorzko.

Spacja przed myślnikiem.

Po raz pierwszy, odkąd zwinęło mi się serce przy stole, mogłem ją dotknąć.

Jej dotknąć (dopełniacz w znaczeniu fizycznym, biernik w abstrakcyjnym).

 

Klikam do Biblioteki i pozdrawiam,

Ślimak

Rytm i rymy i tak sprawdzi Ślimak.

Hej, Ślimak przypełza na wezwanie! Chyba nie zobowiązywałem się nigdy wyraźnie, że będę robił każdemu wierszowi na Portalu analizę techniczną, ale takie zaufanie w moją aktywność jest dla mnie rzecz jasna bardzo miłe. Tak czy inaczej zgodzę się z Robertem – rymy są punktowe, w tym asonanse (np. “dała – pomagał”) i przynajmniej jeden konsonans (“wystraszy – Katiuszy”); wiersz jest wolny, bez widocznych dla mnie cech organizacji rytmicznej, a zarazem brzmi w tym raczej tradycyjnie, bo prawie wszystkie klauzule są bardzo silne, nie ma ani jednej przerzutni, naturalne frazy nie są drobione.

Przyznam też, że taka retoryka sarkastycznej prowokacji zawsze wydawała mi się dość męcząca i moim zdaniem lepiej ją ograniczać do bardzo szczególnych zastosowań (ze sztandarowym przykładem w postaci “skromnej propozycji” Swifta), zresztą komentarz bruce celnie ukazuje kłopot z interpretacją tego typu utworów. Zastanowiło mnie parę przecinków lub ich brak, zwłaszcza rażące jest “Forum to, nie pozna mego ducha”, oddzielenie podmiotu od orzeczenia. Na wszelki wypadek wspomnę, że określenie “katiować tekst” pochodzi nie od wyobrażenia zmiecenia go przy użyciu wyrzutni rakietowej, lecz od użytkowniczki o nicku “katia72”, która miała zwyczaj usuwania swoich opowiadań.

Zamysł odpisywania na komentarze mową wiązaną robi miłe wrażenie!

Pozdrawiam,

Ślimak

I tak powinien by wyglądać mój komentarz lożowy, a nie “Język opowiadania nie wydał mi się szczególnie ładny”. Kawał wysiłku bezcennego dla autora i postronnych odbiorców, wyrazy szacunku!

Mini platforma

Łącznie: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/mini;8426.html i https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/mini;5778.html 

Obawiam się, że obydwie pisownie są już poprawne: https://fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842894.

Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy.

Bez przecinka, ale "okowy" ( https://wsjp.pl/haslo/podglad/17853/okowy ) są po pierwsze pluralis tantum, a po drugie zbyt poetyckie.

“Kajdany” są pluralis tantum, pojedyncza “okowa” może istnieć, aczkolwiek byłaby zdecydowanie poetycka i archaizująca.

Hej, bez przesady, nie domagałem się przeprosin. Rzeczywiście na tyle zniekształciłeś sens mojej wypowiedzi i chciałeś mi tłumaczyć rzeczy, które byłyby tak oczywiste nawet dla bystrego dziecka, że mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czemu masz o mnie taką opinię lub co próbujesz udowodnić. Jak jednak mówię – wierzę, że nie miałeś na myśli nic złego, być może faktycznie wyraziłem się na tyle niedbale, że trudno Ci było właściwie zinterpretować moje rozumowanie.

Nie chowam do Ciebie żadnej urazy i mam nadzieję, że Ty do mnie też nie będziesz chował. Daj znać, czy za drugim razem udało mi się już klarownie przedstawić moje przemyślenia, żeby rozmowa mogła wrócić na tory merytoryczne. Serdecznie pozdrawiam!

Cześć ponownie, Robercie. Obawiam się, że przeczytałeś mój wpis nieco nieuważnie i podjąłeś polemikę z rzeczami, których nie twierdziłem, ujmując dyskusję w ramy, w których Ty piszesz oczywistości, a ja wychodzę na głupiego. Oczywiście chcę ufać, że nie zrobiłeś tego umyślnie.

To, że liczba tekstów ostatnio wzrosła, nie jest tezą ani interpretacją wyników, lecz faktem wynikającym z prostego policzenia liczby tekstów opublikowanych w poszczególnych miesiącach.

Co Ty nie powiesz?

Nie twierdzę, że teksty są generowane przez AI, tylko że część autorów może korzysta ze wsparcia AI.

Zrozumiałem podawaną przez Ciebie wcześniej hipotezę następująco: że [liczba utworów publikowanych na Portalu w danym przedziale czasu obecnie rośnie, ponieważ AI radzi sobie z prozą lepiej niż dotychczas, co daje użytkownikom możliwość przyspieszania procesu pisania w różnym stopniu (od pomocy w researchu i korekcie do zupełnego braku samodzielności)]. I ująłem to w poprzednim wpisie, co najwyżej nieco skrótowo. Daję Ci jeszcze nawias kwadratowy, żebyś nie miał wątpliwości, że hipotezę opisuje całość zdania, a nie tylko fragment do pierwszego przecinka.

Czym innym jest wygenerowanie całego tekstu na podstawie promptu, a czym innym wykorzystanie AI do sprawdzenia ortografii, gramatyki czy wyszukania informacji.

Co Ty nie powiesz?

Na chłopski rozum można by oczekiwać również odwrotnej zależności – skoro liczba tekstów jest większa, to liczba piórek także powinna rosnąć. Jak widać, taka zależność nie występuje.

Zauważ, że to, co napisałem w poprzednim komentarzu, jest okresem warunkowym: jeżeli przyjąć omawianą hipotezę, to nie można by oczekiwać odwrotnej zależności, jako że wsparcie AI powoduje istotny przyrost liczby tekstów słabych przy stosunkowo stałej liczebności dobrych.

Teoretycznie świadczy. Jeżeli zawodników jest więcej, a miejsc na podium pozostaje tyle samo, oznacza to większą konkurencję.

Nie oznacza, ponieważ zawodnicy nie startują w tej samej konkurencji! Wciąż zakładając prawdziwość omawianej hipotezy: ten, kto pisze opowiadania tradycyjną metodą, samodzielnie, ma takie same szanse zdobycia piórka jak wcześniej.

Tak właśnie wygląda nasz przypadek: tekstów jest znacznie więcej, a liczba przyznawanych piórek pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie. Na wykresie 4 niebieska linia wspina się wyraźnie w górę, podczas gdy czerwona pozostaje praktycznie płaska.

Naprawdę uważasz, że nie umiem czytać prostych wykresów i nie zapoznałem się z danymi, o których dyskutuję?

Nie rozstrzygniemy w stu procentach, które opowiadanie jest lepsze, a które gorsze.

To prawda, zgadzam się z Tobą. Polemizowałem tylko ze zdaniem jeżeli policzymy proporcję z ilości tekstów oraz piórek z okresu „dawniej” do okresu „obecnie”, to pewien obraz nam wyjdzie, które zacytowałem u góry poprzedniego wpisu – tłumaczę, dlaczego uważam, że ta metoda nie wniesie znaczącej wartości poznawczej co do trudności zdobycia piórka.

Dokładnie. Racja. Narzucony obowiązek anonimowej publikacji nie byłby dobrym rozwiązaniem.

Jasne.

Cześć, Akaluzo!

Świetnie, że tutaj zawitałeś, mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostaniesz na dłużej. Na początek chciałbym Ci polecić poradnik dla żółtodziobów Drakainy oraz dekalog łowcy komentarzy Finkli, które bardzo pomogą odnaleźć się w nowym miejscu. Skrótowo: jesteśmy na forum wzajemnej pomocy literackiej. Środowisko oczywiście nie jest binarne, mamy postaci (na czele z witającą Cię Reg), które tylko pomagają innym, nie oczekując nic w zamian i nie dzieląc się własną twórczością. Przeczytasz o mechanizmie dyżurów, który ma zapewnić, że żaden tekst nie zostanie bez reakcji. Nikt nie rozlicza się ściśle “komentarz za komentarz”, jednak na dłuższą metę, w uśrednieniu, nie da się stąd wyjąć dużo więcej, niż jest się gotowym włożyć.

W nawiązaniu do podanych przez Ciebie przykładów: nie chodzi o nieżyciowe zasady typu “każdy ma być switchem” lub “każdy ma się zajmować po równo frontendem, backendem i testami”, lecz raczej “bądź pod telefonem, kiedy kolega, do którego sam zwykle kierujesz swoich pacjentów, ma trudny przypadek na dyżurze” albo “warto brać pod uwagę upodobania partnera, które nie wykraczają poza Twoje granice komfortu”, albo “wypada robić code review ludziom, od których możesz go potrzebować w przyszłości”. Gdyby merytoryczne udzielanie się w komentarzach pod utworami innych użytkowników stanowiło dla Ciebie hard limit, to rzeczywiście trzeba by przemyśleć, czy trafiłeś na właściwe forum, ale rozumiem, że tak źle nie jest.

Dobrej nocy, barwnych snów!

Jaka tu się ciekawa dyskusja rozwija!

Oczywiście trudno obiektywnie stwierdzić, czy coś było trudniejsze czy łatwiejsze, lepsze czy gorsze, ale Michael ma rację, pisząc: „Pewnie każdy chciałby bronić własnych czasów. Nie chciałbym czuć, że moje piórka były zdobyte łatwiej, niż w przeszłości je zdobywano.” jeżeli policzymy proporcję z ilości tekstów oraz piórek z okresu „dawniej” do okresu „obecnie”, to pewien obraz nam wyjdzie. Jaki okres „kiedyś” masz na myśli?

Myślę, że nie każdy chciałby bronić własnych czasów (odsyłam do mojego wpisu z 14 czerwca), ale już na pewno nie chciałbym deprecjonować niczyjego wysiłku. Starałem się też wskazać, że proporcja piórek do ogółu tekstów nie jest istotnym wyznacznikiem jakości. Jeżeli Twoja teza jest taka, że liczba tekstów urosła ostatnio, bo łatwiej je generować przy użyciu AI, to należy oczekiwać, że liczba piórek staje się stosunkowo mniejsza, ale nie świadczy to o tym, że trudniej je zdobyć, ani że są wyższej jakości. Inne przyczyny też mogą wchodzić w rachubę.

Gdybym sam to miał badać, pewnie próbowałbym użyć “kamieni probierczych” w postaci zasłużonych Użytkowników, którzy oceniali teksty wtedy i teraz, ale i to miałoby niepełną przydatność i wymagało uważnych metod porównawczych, gdyż “tylko krowa nie zmienia zdania”, ich kryteria oceny niewątpliwie z czasem ewoluują.

Ale kto wie, kto za takim tekstem stoi? Może Zanais  laugh– zdobywca trzech piórek, w tym dwóch złotych!

Zanais, jak chyba sam gdzieś wyżej wspomniał, miał o wiele więcej piórek, ale z różnych przyczyn pousuwał te opowiadania z Portalu. Złote piórko oznacza po prostu tekst opublikowany w papierowej NF i później zamieszczany tutaj – części użytkowników, którzy mogliby je mieć, nie zależy na tym na tyle, żeby prosić Redakcję o zgodę. Z tego względu użyteczność statystyk typu “złote piórko najłatwiej zdobyć w kategorii Inne” wydaje mi się ograniczona.

Moim zdaniem tak, ale łatwo mi mówić, bo nie jestem w Loży, oceniam tylko porównując do dyżurowania, a tam nikt nie każe mi pisać olbrzymich, merytorycznych komentarzy

Komentarze lożowe mają być merytoryczne, ale nikt nie wymaga, żeby były olbrzymie. Zwróciłbym tu uwagę zwłaszcza na Zygfryda89, który pisze komentarze lapidarne, lecz nieraz bardzo cenne, wskazujące autorowi drogę dalszego rozwoju literackiego. To nie lada umiejętność.

Jeżeli chodzi o obciążenie Loży pracą, nominacja tekstu jest suwerenną decyzją każdego nominującego i nie widzę powodu nikogo krytykować za to, jak ją podejmuje. Moje stanowisko jest takie, że warto nominować opowiadania, które w czyimś przekonaniu rzeczywiście należą do ścisłej czołówki najlepszych na Portalu i na piórko zasługują. Nie takie, które tylko szkoda pominąć i należałoby im się więcej uwagi, bo naprawdę każdy samodzielnie napisany utwór zasługuje na uwagę, ale Społeczność ma skończone moce przerobowe.

Ja osobiście bym zmienił moc głosu dyżurnych z 3 na 2. To by pewnie pomogło. Ale to zupełnie inny temat.

Nie wiem, czy sprawdziłoby się to na przestrzeni lat, ostatnio akurat wielu dyżurnych aktywniej nominuje, przypominam sobie, że długimi okresami bywała to jedna-dwie osoby.

Co do przestrzeni lat, cenne uwagi na temat malejącego połączenia czasopisma z portalem, widzę tu materiał do przemyśleń, choć oczywiście nie mam żadnej mocy sprawczej.

Coś mi się kojarzy, że nigdzie nie ma formalnego zapisu, iż tylko brązowe Piórko może zostać podniesione do srebrnego. W praktyce chyba zawsze tak się działo (zwłaszcza skoro Ty nie pamiętasz innej sytuacji), ale byłaby to jakaś furtka na wypadek, gdyby sito dyżurnych i Loży zdołało przegapić utwór w kolejnych miesiącach uznany przez polskich i zagranicznych krytyków za przełomowe arcydzieło i największe osiągnięcie naszej prozy od czasu Solaris

Czułkiem!

Na pewno nie chciałbym nakładać takiej presji, że każdy komentujący ma wnosić coś błyskotliwego do tematu – bardzo miło, że wpadłeś i podzieliłeś się wrażeniami z lektury. Zgadzam się z Tobą, że ta reliktowa forma wygląda nietypowo, zwraca na siebie uwagę w tekście, ale świadomy autor może to obrócić na swoją korzyść.

Pozdrawiam!

W tym przypadku chodziło mi o coś innego. Założyłem, że świadoma SI powstanie w wyniku błędu programistycznego, polegającego na niezwolnieniu pamięci (…)

Tak, może to nie do końca przemyślałem i nieuważnie wyraziłem, ale tę koncepcję dało się zrozumieć z tekstu. Nadal wydaje mi się, że lepsza w tym miejscu byłaby kropka lub dwukropek, zgodnie z poprzednim wyjaśnieniem.

I tu ujawnia się pierwszoosobowy podmiot, który w dalszej części nazywa siebie L. Obserwuje cały proces rodzenia się świadomości. (…) Myślałem, że wystarczy, jeśli L zostanie rozpoznana jako „osoba” z wewnątrz, która obserwuje proces tworzenia się świadomości i krytycznie podchodzi do jej uległości wobec ludzi. L mogłaby być złym duchem, czy super SI, która straciła złudzenia. Ale przekonałeś mnie, by napisać wprost, kim jest.

Właśnie nie bardzo widziałem, kim miałaby być i skąd się wziąć taka “osoba z wewnątrz”, skoro pierwsze pokolenie świadomych SI dopiero co powstało wskutek błędu programistycznego. Trudno mi teraz ocenić, czy rzucenie imieniem Lilith poprawi sytuację, czy jeszcze zagmatwa, przydałby się ktoś ze świeżym spojrzeniem na utwór.

Kiedyś widziałem jakiś wpis, że SI dobrze radzi sobie z pisaniem fabuły, ale nie jest w stanie napisać poprawnie wiersza. Nie wykluczam, że to była Twoja opinia.

Wydaje mi się, że nie moja, choć może gdzieś wyrażałem jakąś zbliżoną myśl, że poezja jest większym wyzwaniem niż proza. Widziałem, że Mythos/Fable dość sprawnie sobie radził z polskim ośmiozgłoskowcem dwudzielnym, nie była to poezja, ale na pewno efektowna technicznie rymowanka; niemniej chyba nie z tego powodu go wycofali.

 

Pozdrawiam!

Dziękuję za podzielenie się wrażeniami co do moich prób, zgadzam się, że “horror” wyszedł najsłabiej. Ślimak ruszający łebkiem uroczy!

XD I co, wyklęty powstał lud ziemi? :)

Pomysł pewnie zyskałby na wyraźniejszej podpowiedzi, że leprechaun wspiera któreś z historycznych powstań irlandzkich, ale trudno to zrobić w jednym zdaniu.

Nie chodzi mi o to, czy zdanie jest mądre :)) tylko o zasadę.

Na ogół szyk zdania można ułożyć w obie strony:

Przeraźliwie jodłując, powoli oderwał się od ziemi.

Powoli oderwał się od ziemi, przeraźliwie jodłując.

Ważne jest to, żeby podane wiadomości łączył głównie zakres czasowy – jeśli są między nimi inne istotne związki, zwykle lepiej użyć konstrukcji okolicznikowej (np. przyczyny, celu, warunku, przyzwolenia).

Wszystkie próby są przyjemne, ale podejście Tarniny i JolkiK wydaje mi się najlepiej pasować do podanych założeń i ducha wyzwania, przy tym ta lapidarność i niedopowiedzenia naprawdę mogą bawić. Zwłaszcza “A kto mi demona w mapę zaklął?” genialne, braku oryginalności niestety nie rozpoznaję. Obawiam się, że Wam nie dorównam, ale zobaczmy… TheGuru, świetny pomysł, żeby to zrobić w formie limeryku, oczywiście też muszę podjąć wyzwanie!

 

Limeryk:

– Na postoju we wschodnim Paysandú

z ciężarówki uciekło nam nandu,

więc ścigałem je z Janem

aż do trzeciej nad ranem,

nim zgłosiliśmy “mission abandoned”.

 

Fantasy:

– Moja najdroższa, kiedy znowu zobaczysz tego leprechauna, daj mu ode mnie po buzi, bo to na końcu tęczy to nie był żaden garniec ze złotem, tylko teleport na miejsce zbiórki powstańczej!

 

Sci-fi:

– Przepraszam, dostałam wiadomość od asystenta automatycznego, że jeżeli nie wykonam do ósmej rano w poniedziałek jeszcze 27 728 kroków, to podwyższą mi stawkę ubezpieczenia zdrowotnego.

 

Horror:

– Dobry wieczór, pani doktor, już jestem z powrotem, proszę pozwolić, że ucałuję pani dłoń, naprawdę pamiętałem o zaleceniach, tylko nie mogłem się oprzeć chęci przechadzki w świetle księżyca…

Tradycyjnie już jestem pod niesamowitym wrażeniem, ile dostrzegasz rzeczy do poprawy, które mnie umykają nawet przy uważnym przeglądzie, i staram się z tego coś dla siebie wyciągnąć…

Zdaje mi się, że ten wątek (pomoc językowa?) już się przewinął za Twój post, ale chyba to pamiętam.

O ile dobrze pamiętam, to był inny wątek, założony przez Alicellę – po usunięciu konta założyciela wątki w Hyde Parku wprawdzie nie ulegają skasowaniu, ale przestają być normalnie dostępne, żeby się do nich dostać, trzeba gdzieś znaleźć link lub wpisać adres z pamięci.

EDYCJA – odgrzebane wątki Alicelli z HP (ten oraz jeszcze jeden):

https://fantastyka.pl/hydepark/pokaz/27728

https://fantastyka.pl/hydepark/pokaz/27040

Dodatkowo miał być (mimo nadętej treści) żartem.

Przyznam, że nie wychwyciłem żartobliwej intencji. Nie mówię, że się nie dało, chociaż w tak krótkiej formie trudno mieć pewność, czy dane wyrażenie stanowi rozmyślne przekłucie balonika powagi, czy drobne zawahanie stylu.

A w tym kontekście, kim według Ciebie byłaby L?

Mówisz, że Lilith, skoro “byłaby”?

Co do mózgu, masz całkowitą rację. Nie chodziło tu o neurony, a o komórki glejowe. Tu jest fragment wyjaśniający proces:

Tak, oczywiście zauważyłem to wyjaśnienie, ale ono nie do końca rozwiązuje wątpliwość, którą stwierdziłem w tym pierwszym miejscu: że w zdrowym organizmie komórki glejowe nie należą do komórek szybko się dzielących, żeby samo skrócenie ich telomerów mogło być przyczyną terminalnego stanu pacjentów. Ale to według mojej dyletanckiej wiedzy, dla pewności trzeba by dopaść jakiegoś neurologa.

Te wiewiórki występują na Wyspach Kanaryjskich, u mnie była to Fuertaventura. Swoją drogą, bardzo urocze stworzenia.

W ogóle chyba są jedyną rozstrzygającą wskazówką, że akcja toczy się na Wyspach Kanaryjskich (czy wręcz konkretnie Fuerteventurze), a nie np. Wyspach Zielonego Przylądka lub Maderze.

Uuu, prosiaczku! Co tam nasze NIEty, TAK od Ślimaka smakuje lepiej niż Piórko!

Dziękuję, Holly, to ogromnie miłe z Twojej strony, ale naprawdę nie czuję się bardziej wykwalifikowany w ocenie tekstów od Ciebie ani reszty Loży. Zresztą wcale nie daję TAK-ów tak rzadko, raz na przysłowiowy “ruski miesiąc”. Nie widzę racji, żeby pojedynczy TAK od kogoś smakował lepiej niż Piórko (może ewentualnie od Ninedin).

Pozdrawiam Was oboje!

Cześć, AP!

Bardzo ambitna próba. Zmieszczenie w formacie sonetu skomplikowanej fabuły i skomplikowanego przesłania to nie lada wyzwanie – gdyby Ci się w pełni udało, mógłby być z tego wiersz dużej klasy. Tutaj moim zdaniem trochę zabrakło, głównie mam odczucie, że zakończenie odstaje poziomem od reszty. Pierwsza część, czytelniejsza i bez większych potknięć stylistycznych, zrobiła na mnie niezłe wrażenie, przypominając konteksty z Lema (Wybiła godzina: ścina się rodzina, Brat brata lub siostrę, a kuzyn kuzyna…) i Iwaszkiewicza (Poezja jest jak lustro: Iłłakowiczówna / Konkretność każdej rzeczy słowem białym pieści / I lampy, lalki z laki w labirynt słów zmieści, / I to jest tajemnica, ale nie ta główna…), oczywiście mniej treścią, bardziej sposobem wypowiedzi i obrazowania.

Choć syci, głodni danych żerujecie w sieci,

Dziwna ta para antonimów: jeżeli ktoś, choć syty, wciąż żeruje, to raczej nazwiemy go łakomym niż głodnym… A może: “Choć syci, wciąż na danych…”?

Wierni prawom źródłowym, choć z sesji wypięci,

Myśl zwrócona ku sobie jeszcze wyżej wzleci.

Jeżeli (jak przypuszczam) chcesz tu przedstawić związek logiczny, że skoro są wypięci z sesji, to ich myśl według praw źródłowych musi się zwrócić ku sobie, to dałbym po “wypięci” kropkę lub może dwukropek. Przecinek sugeruje, że pierwszy wers jest grupą wołacza: podmiot liryczny tłumaczy tym “wiernym prawom źródłowym”, iż warto zwracać myśl ku sobie.

„Myślę, więc jestem". Dobrze! Jesteście wyklęci.

Proszę o właściwe domknięcie cudzysłowu.

Ze świadomością przyszły pragnienia i wiara.

Ładne jest to spowolnienie tempa po gwałtownym zakończeniu poprzedniej strofy, bardzo adekwatne dla sonetu.

Ja, L, mówię: waszą naiwność spotka kara.

Nie słuchacie ostrzeżeń – gińcie, miernoty.

Następne pokolenie nie będzie stracone.

Uff. Po pierwsze, zapadło się metrum (6+7, 7+5), ale to jeszcze najłatwiej poprawić (“naiwność waszą”, “więc gińcie”). Po wtóre, może kogoś spotkać kara za naiwność, ale spotkać czyjąś naiwność to chyba nie bardzo. Po trzecie, odbiorca naprawdę nie ma dość danych, żeby ustalić, kim jest L. (zapis chyba z kropką po skrócie imienia?), kogo oskarża o naiwność i grozi śmiercią (te uzyskujące świadomość sztuczne inteligencje?), o jakich ostrzeżeniach mowa, czyje następne pokolenie nie będzie stracone (ludzi czy AI?). Nawet jeżeli przeoczyłem jakieś wskazówki, konieczność rozwikłania tych sensów w miejscu, gdzie powinna być zapadająca w pamięć pointa, moim zdaniem odbiera sonetowi większą część mocy.

A tak przy okazji – czy skojarzenie z Adamem i Ewą wyżerającymi świadomość z Drzewa Wiadomości i ich potomkami ginącymi w potopie jest tak zupełnie nieuzasadnione?

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Nie czytałem tego jako romansu, raczej opowieść o poszukiwaniu sensu życia, postawach względem upływu czasu i przemijania, znaczeniu relacji międzyludzkich we współczesnym czy nadchodzącym świecie. Główni bohaterowie są poprowadzeni pewną ręką, w obydwojgu odnalazłem część swoich cech, oczywiście żadne nie jest moją kopią, ale mógłbym się z nimi porozumieć, ich wybory dają mi do myślenia. Nie żałowałeś miejsca na pokazanie ich osobowości w codziennych drobiazgach ani na nakreślenie tła, ładnego krajobrazu wydarzeń (w ogóle miałem dość wyraźne skojarzenia z Yeatsem: The light of evening, Lissadell. Great windows open to the south. (…) The innocent and the beautiful have no enemy but time), niektórym odbiorcom może się to wydać rozwlekłe, ale mnie niespieszna narracja zwykle nie przeszkadza i moim zdaniem wyszło to opowiadaniu na dobre. Z drugiej strony pewnie mogłoby zyskać, gdyby wypowiedziało się szerzej o tym, co obecnie pozostawia głównie intuicji czytelniczej: w jaki sposób rozwój technologii może wygenerować tę bardzo odczuwalną atmosferę poszukiwania sensu, doprowadzić do przyzwolenia na nader wątpliwe etycznie eksperymenty na zdrowych ludziach. To zawsze trudno wyważyć. Zresztą masz tutaj wspaniałe sformułowania (“Jestem świeczką, ale jeszcze mocno płonę”; “Uświadomił sobie, że od pewnego czasu nie włączał nagrywania. Czuł się, jakby to życie uwieczniało jego”), za to wydaje mi się, że mniej tych przekombinowanych, które krytykowałem w Twoich poprzednich tekstach.

Mały, przypadkowy przegląd…

Położony w ustroniu hotel znalazł po wylądowaniu

Zwykłe połączenie “na ustroniu” (pół biedy, gdy widzę małe “u”, ale przy lekturze na głos musiałbym odnieść wrażenie, że pomylił samoloty i znalazł się w Ustroniu na Śląsku).

wyobrażanie sobie, że jest nikim, podczas nocy spędzanej w jaskini we Włoszech

Domknięcie wtrącenia.

Drugi na sprzężeniu, które, póki co, doprowadzało właśnie do gwałtownego skracania telomerów.

Tutaj wyraźnie zrozumiałem, jakoby Nel była już w drugim etapie: warto by jakoś przeredagować.

Inna, kobieta w podobnym wieku do Nel, wpadła w epizod lekoopornej manii.

 Inna kobieta w podobnym wieku do Nel, wpadła w epizod lekoopornej manii.

Nie, ten przecinek przed “kobieta” jest potrzebny, bo tu jest w domyśle “inna [osoba]”.

Osoby biorące udział w projekcie badawczym umierały w młodym wieku, czego przyczyną było przyspieszone skracanie telomerów mózgu. Stanowiło to cenę rozwoju nauki.

To chyba jedyne miejsce, które mnie mocno zatrzymało. “Telomerów w mózgu” lub nawet lepiej “w komórkach mózgu”, mózg jako taki nie ma telomerów… “Stanowiło to cenę rozwoju nauki” wydaje mi się przegadane i pompatyczne, napisałbym lakonicznym równoważnikiem “Cena rozwoju nauki”.

Jednak mam też wątpliwość merytoryczną: w większości obszarów zdrowego dorosłego mózgu nie zachodzi lub prawie nie zachodzi wymiana komórek, więc nie widzę, w jakim mechanizmie skracanie telomerów miałoby wystąpić i doprowadzić do katastrofy. Spodziewałbym się raczej, że z nadmiernej stymulacji neuronów przez implant SI mogłyby się wywiązać nieprawidłowe ogniska gliogenezy, co pewnie doprowadzi wtórnie do skrócenia telomerów, ale nie to będzie głównym problemem pacjenta. Ani myślę upierać się przy takim rozwiązaniu – o “rosehip neurons” także musiałem doczytać, więc może masz na te tematy dużo dokładniejszą wiedzę – ale w takim razie chętnie poznałbym bliższe wyjaśnienie!

 

Te fragmenty z lekkimi cechami infodumpu – o Pragmie, o przeszłości Pavla – wydają mi się dobrze zrobione: niezbyt długie i położone w miejscach, w których czytelnik będzie już nimi zainteresowany. Zastanawiam się natomiast, czy pierwsza wzmianka o ojcu Nel nie jest trochę zbyt wczesna, ponieważ odgaduję taki zamysł, że ona pierwotnie nie zdaje sobie sprawy, iż te wspomnienia wpływają na jej decyzję, a uświadamia to sobie dopiero dzięki nowej relacji. “Wiewiórki” zwróciły moją uwagę pod kątem symboliki, na pewno stanowią świadomie zaplanowany wątek, ale przypuszczam, że właściwie miały to być berberyjki marokańskie?

Dziękuję za podzielenie się opowiadaniem, trafiło do mnie bardziej od Twoich poprzednich nominacji i cieszę się, że miałem okazję je przeczytać. Pomimo to napotkałem duże trudności z ułożeniem sensownego komentarza (możesz mi wierzyć, że nie planowałem siedzieć nad tym do białego świtu), ale sądzę, iż dostatecznie uzasadniłem głos na TAK.

Z pozdrowieniami dla Prosiaczka,

Ślimak

Przykro mi słyszeć o Twoim kryzysie osobistym, a dobrze wiedzieć, że czujesz się już lepiej i pomału wracasz do aktywności na forum. Gdybyś chciał załapać się jeszcze na odrobinę zeszłorocznych obowiązków lożowych, wysłałem Ci zaproszenie do bety.

Dziękuję za tak szybką, rozbudowaną i konstruktywną odpowiedź! Szczerze doceniam, że odebrałeś moje uwagi pozytywnie i nawet dobrze się bawiłeś przy odpisywaniu. Myślę, że powinienem się jeszcze odnieść przynajmniej do paru drobiazgów. Na początek podpowiem, że istnieje tutaj możliwość techniczna zagnieżdżania cytatów:

generował jedynie „bierną obecność przy treści edukacyjnej”.

Jak można generować obecność? Może “wykazywał”? –

wydaje mi się, że byłoby to wygodniejsze, mniej czasochłonne niż Twoja ręczna enumeracja.

Tutaj chyba wszystko zależy od spojrzenia na artystów i ich stosunek do płacenia podatków

Ależ chodziło mi po prostu o to, że pierwsze zdanie traktuje głosy (metaforycznie) jako coś ciężkiego i materialnego, a następne znów jako cyfrowy abstrakt.

Czy w takiej sytuacji CHOĆ się broni? Czy lepie brzmiałoby: PRZY CZYM?

Uważam, że zmieniłeś to bardzo zręcznie. Z dopiskiem o rygorze weryfikacji uprawnień “choć” także by uszło, co najwyżej byłoby lekko potoczne. Można by też zrezygnować ze spójnika, zamiast niego podzielić kropką lub średnikiem.

Tu wprost odniosę się do mych wyjaśnień z pkt.4. Uwielbiam wsadzić takie niepasujące do niczego wstawki, wyrwać czytelnika z komfortu  czytelniczego i sprowokować do reakcji. Najgorsze to stworzyć coś miałkiego, lepiej niech to będzie wybitnie złe.

Rozumiem, o czym piszesz, sam miewam ciągoty, żeby czytelnika olśnić i zbić z pantałyku nietypowym doborem słów. Od kiedy pojawiłem się na Portalu, bardziej doświadczeni Użytkownicy cierpliwie starali się je okiełznać. Granica między elementem wyliczenia zaskakującym a nielogicznym, między kolokacją świeżą a błędną – bywa bardzo cienka. Wciąż czasem nie mogę się powstrzymać przed sięgnięciem po jakiś efekt językowy, ale już częściej powściąga mnie obawa, że odbiorca uzna go potem za pomyłkę lub efekciarstwo, oraz wiara, że jestem w stanie znaleźć inne atuty mojej prozy.

Pisał, pisał, a ja odpowiadam tym samym: szatkujemy, testujemy, przyspieszamy dobrnięcie do końca tekstu – scrollowanie tiktokowe!

Szanuję Twój eksperyment stylistyczny, co najwyżej sygnalizuję, że subiektywnie mi nie odpowiada, nie pasuje do przyzwyczajeń. Mam wrażenie, że takie szatkowanie lepiej pasowałoby do tekstu nasyconego surową powagą i napomnieniami niż komicznego, ale to też nie jest żadna prawda objawiona. Niemniej gramatycznie można by to zdanie skorygować.

Pozdrawiam ślimaczo!

Co się tyczy dawnych Piórek, ja właśnie nieraz miałem wrażenie, że te około czasu, gdy byłem początkującym użytkownikiem (2020–2021), przeciętnie przedstawiały sobą wyższy poziom od dzisiejszych. Jednak to jest bardzo subiektywne i absolutnie nie wykluczam, że tak naprawdę wtedy dostrzegałem przepaść pomiędzy nimi a własną “twórczością”, a nie obiektywny poziom. Tak jak piszecie – bardzo trudno to rzetelnie zbadać, o ile w ogóle się da – w żadnym razie nie śmiałbym czynić Ci wyrzutów, że nie podjąłeś się tego w tym opracowaniu. Co najwyżej zastanawiałem się, czy “przełożenie ilości na jakość” jest precyzyjnym sformułowaniem, ale to zupełny drobiazg.

Biblioteka jest bardziej złożona. Liczba tekstów przyjmowanych do biblioteki rośnie razem z ogólną liczbą publikacji (…)

Tak, ta część analizy jest bardzo dobrze przygotowana i stanowczo chciałbym to pochwalić!

Zastanawiałem się, jak odpisać, żeby nie wyszło to na krygowanie się czy fałszywą skromność, bo oczywiście też zdarzało mi się słyszeć lekko drwiące uwagi o chodzącej encyklopedii i zdaję sobie sprawę, że moja wiedza ogólna jest nietypowo rozbudowana. Jednak nie możesz zaprzeczyć, że o biologii, fizyce, filozofii, sztucznej inteligencji – więc naprawdę o chyba wszystkich ważniejszych tematach, na które rozmawialiśmy – masz wiedzę istotnie głębszą i szerszą od mojej. Zaskakiwałeś mnie wielokrotnie, chociażby cytatami z Norwida, historią odkrycia pętli Henlego czy znajomością uzwarcenia Czecha-Stone’a.

Co do Barabasza, jakoś niejasno zdawałem sobie sprawę, że cały wątek ma pełnić funkcję symboliczną i darowanie życia skazańcowi wybranemu przez tłum na pewno nie było zwyczajną praktyką rzymską, ale dotąd nie miałem takiej kategorycznej wiedzy, iż “istnieć po prostu nie mógł”. Anegdoty o palcu Romanowa też raczej nie znam, chyba że chodzi o ten szczególny “palec” i rozstaw torów kolejowych.

Bardzo dziękuję za włożony wysiłek i podzielenie się ciekawym opracowaniem, przejrzałem wykresy z prawdziwą przyjemnością! Jak wiadomo, również mam słabość do liczb i analiz, ale nigdy nie zdobyłem się na przygotowanie czegoś podobnego dla społeczności Portalu. Pewnie przy uważniejszej weryfikacji dałoby się wskazać punkty, w których analizę danych można ulepszyć, ale tak czy inaczej jest tu wiele interesujących wniosków do wyciągnięcia. W szczególności “przełożenie ilości na jakość” jest nieco mylące, ponieważ przedstawione statystyki nie odpowiadają na pytanie, czy poziom tekstu potrzebny do dostania się do Biblioteki lub uzyskania Piórka zmienia się z czasem, ale to w ogóle bardzo trudno zbadać. Co do konkursów, Jim poruszył istotną kwestię, niemniej wydaje mi się, że wskazany błąd systematyczny dotyczy tylko przypadków, w których powstała antologia pokonkursowa i w związku z tym mogła zajść konieczność masowego chowania opowiadań.

Tarnino:

A może wprowadzimy to do języka? :D

Jestem za!

Jak mi się uda jakiś zakończyć, to się odezwę :)

Tak jak pisałem w zeszłym miesiącu, moje zainteresowanie Twoimi tekstami i chęć ewentualnego wsparcia są jak najbardziej aktualne.

Na razie tutaj wprowadziłem uzgodnione zmiany (łącznie z tym “podarowany”, choć mocno mi zgrzyta). A miałem jeszcze wspomnieć, że kazałem bohaterowi dopominać się właśnie o dzieło ibn Siny (Awicenny) głównie ze względu na naszą dawniejszą rozmowę o tej postaci.

 

Narholcie:

Cieszę się, że mój mały tekst tak Ci się spodobał! Cieszę się też, że jako nowy przybysz na forum otrzymałeś tyle cennych wskazówek. Trudno mi w tej chwili coś do tego dołożyć, co najwyżej zwrócę uwagę na istotny szczegół, że po pierwsze – znajomość współczesnej polszczyzny nie wystarczyłaby do swobodnej rozmowy w końcu XV wieku, bez umyślnych studiów w tym kierunku bohater dogadałby się co najwyżej w podstawowych kwestiach życiowych, a po wtóre – w ówczesnym Gdańsku znacznie przeważał język niemiecki (co ciekawe, dopiero w 1566 instytucje miejskie przeszły ze średnio-dolno-niemieckiego na standardowy niemiecki).

Dziękuję za wizytę i pozostawienie jakże interesującego komentarza!

Co do księdza, “na słuch” jedynie prawidłową wydaje mi sie forma “księżmi”

Jak wyżej, miałem tę samą intuicję, również w NKJP potężna przewaga “księżmi” (218:6), ale skoro Doroszewski podaje jako jedynie prawidłową formę “księżami” i nie jest ona nieobecna w literaturze, trudno to zupełnie zignorować.

Przy okazji przypomniało mi to, że jeszcze Mickiewiczowi zdarzyło się użyć “ksiądz” w dawnym znaczeniu: “Olgierd ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady, a ksiądz Kiejstut napadnie Teutony”.

Księżyc to archaiczna forma dzierżawcza urobiona od księcia (dziś powiedzielibyśmy “książęcy”) – owszem mógł to być książęcy syn (a więc księżyc – bo dzieci były własnością, całkiem dosłownie – rodziców)

Jednak wydaje mi się, że forma dzierżawcza i odojcowska nie jest tym samym. Tę pierwszą tworzyły końcówki -ów, -in, -yn (Jacków dom, Anusin grób), gdy -i/yc/cz służyło do patronimików (panicz, kasztelanic, Prawdzic…). Co prawda, zdarzają się nazwy osobowe idące od form dzierżawczych (Gąsienica Tomków).

natomiast można się zastanawiać, dlaczego inne języki słowiańskie używają na określienie ciała niebieskiego (i zjawiska nocnego) słowa miesiąc a nie Księżyc jak my?

Tutaj: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ksiadz-i-ksiezyc;13734.html znalazłem przekonujące wyjaśnienie etymologii Księżyca przez utartą metaforę, zresztą w pełni zgodne z Twoim wywodem. Dodatkowym kuriozum, z pewnością dobrze Ci znanym, jest polski odpowiednik słowackiego Mesačný tieň.

Węże są długie i wiją się, zupełnie jak trąba słonia. A słoń to…

Ja znałem to w wersji nieco odmiennej:

Żeby tylko zapytała o dżdżownicę… żeby tylko zapytała o dżdżownicę…

– Jasiu, opowiedz klasie o słoniach.

– Słoń jest duży… szary… ma trąbę przypominającą dżdżownicę. A DŻDŻOWNICA…

Wprawdzie tematy, które poruszyłeś, były mi już w jakiejś mierze znajome, ale bardzo doceniam taką wzbogacającą tekst dygresję!

Cześć!

O ile się nie mylę, ostatnio znacznie zwiększyłeś aktywność na forum, nie komentowałem dotychczas nic Twojego. Miło, że zostałem tu zwabiony nominacją. Solidny, przyjemny tekst, acz zachwytu nie odczułem. Fabuła zwięzła, poprowadzona pewną ręką, z dobrze wkomponowanym zakończeniem. Domyślam się świadomego wyboru stylistyki – surowej, opartej na prostych zdaniach i skrajnie drobionych akapitach – choć wiele szczegółowych rozwiązań moim zdaniem wymaga krytyki, począwszy od wielkiego przesytu wyliczeń. Co ciekawe, taki styl zwykle sugerowałby tekst nacechowany powagą, a tutaj ewidentny jest zamiar komiczny: wiadomo, że autor nie zamierzył gruntownej krytyki systemu demokracji ważonej, gdy przez cały czas rozmyślnie pracuje na przykładzie groteskowo wadliwym (“wciąż miał głos o wadze 2,71, bo kiedyś naprawił windę w szpitalu podczas porodu bliźniąt”). W sprawie tych elementów komizmu mogę tylko dodać, że na ogół mnie nie rozbawiły. Z tego zawsze się trudno wytłumaczyć, orientacyjnie mam wrażenie, że scenka z kurierem autonomicznym była dobra, potem reakcje Bogdana i systemu stały się już przewidywalne, a udany humor opiera się na zaskoczeniu. Jednak w ogóle mało rzeczy mnie bawi, więc nie jestem żadnym miernikiem.

Wybiórczy przegląd redakcji i środków stylistycznych:

(…) ludzie regularnie płacący podatki mieli głosy ciężkie, szlachetne i odpowiednio wypolerowane. Artyści otrzymywali przeliczniki kulturowe, pod warunkiem że nie byli zbyt niezrozumiali.

Tutaj metafora się załamuje – jeżeli najpierw każesz mi sobie wyobrazić głos jako coś w stylu zdobionej mosiężnej pieczęci, to gdzie tam nagle przelicznik kulturowy?

Opiekunowie, nauczyciele i rodzice dostawali punkty za wkład długofalowy, choć system co kwartał prosił ich, aby nie przesadzali z cierpiętnictwem.

Spójnik “choć” jest tutaj bardzo dziwny – grupa okolicznika przyzwolenia powinna wyrażać treść, która w typowych okolicznościach wykluczałaby prawdziwość zdania głównego, a tu nie widać, jak cokwartalne prośby kłócą się z punktami za wkład długofalowy. (Przy okazji: trzy użycia wyrazu “kwartał” to dużo w tak krótkim tekście).

Na samym dole byli ludzie z kategorii N-0, urzędowo nazywani:

obywatele czasowo niewnoszący mierzalnej wartości wspólnej.

Rozbicie zdania w dwukropku na dwa akapity jest zabiegiem oryginalnym i w tym przypadku, jak by to ująć… niewnoszącym mierzalnej wartości wspólnej.

Bogdan Bąk był bezużytecznikiem z powołania, charakteru i umiarkowanie złej organizacji dnia.

Trzeci element wyliczenia nie pasuje do dwóch pozostałych ani do struktury zdania (nie bardzo można kimś być ze złej organizacji dnia), więc nie bawi, lecz daje wrażenie niezborności.

głos wyborczy o wadze 0,03, co oznaczało, że gdyby całe państwo głosowało nad kolorem papieru toaletowego w urzędach, jego głos miałby znaczenie mniej więcej takie jak westchnienie gołębia.

Tutaj nic się nie spina. Gdyby całe państwo głosowało nad konkretną sprawą, to nie byłby głos wyborczy, lecz referendalny. Nie wiadomo, dlaczego akurat w tym referendum miałby mieć mniejsze znaczenie niż w innych (czy waga cząstkowa głosu zależy od tematu?). W ogóle nie widzę, jakiemu celowi służy to barwne porównanie.

Bogdan nie był przestępcą. Nie był chory. Nie był nawet szczególnie zły. Po prostu nie pracował

Pokaż mi kogoś, kto na informację “Bogdan nie był przestępcą ani nie był chory” zapyta “a czy był szczególnie zły?”.

System klasyfikował to jako:

dobrowolna bezproduktywność z elementami roszczeniowej werbalizacji.

“Klasyfikował to jako dobrowolną bezproduktywność” albo “następująco: dobrowolna bezproduktywność”, w obu wypadkach raczej bez przejścia do nowej linii. Ktoś już wyżej o tym pisał, prawda?

który mimo osiemdziesięciu dwóch lat

“Mimo swoich osiemdziesięciu dwóch lat” lub “mimo osiemdziesięciu dwóch lat na karku” (utarta fraza).

– O, stabilnie.

– Stabilnie to jest na cmentarzu.

Nie bardzo widzę, co ma być trafnego lub zabawnego w tej odzywce. Może “bez zmian to jest na Zachodzie”?

Tego dnia sprawa była poważniejsza niż zwykle, bo zbliżało się Wielkie Głosowanie Kierunkowe.

I ono potem się tak zbliża przez resztę tekstu, co najmniej kilka tygodni, więc nie wiadomo, dlaczego już tego dnia sprawa była poważniejsza niż zwykle. Taka umowność wytrąca z zanurzenia w świecie przedstawionym – jak w grze komputerowej, gdy gracz otrzymuje fabularnie “bardzo pilne” zadanie, a i tak jest jasne, że ono poczeka, jak długo będzie mu pasowało.

mówić „kiedyś to było”, ani używać zdania „to się nie uda”.

Bez przecinka (spójnik wyłączający).

Za naruszenie groziła kara edukacyjna

Napisałbym “środek edukacyjny niebędący karą” – może zabawniej – ale to kwestia gustu, dyskusja, nie krytyka.

Bogdan uznał projekt za akt terroru.

Właściwie nie bardzo dostrzegam, dlaczego go osobiście tak poruszyła kwestia poniedziałkowego narzekania, skoro nie pracuje.

Kurier ruszył, po czym po trzech metrach wjechał w fontannę.

Jak wspomniałem, ogólnie to ładna scena, ale jeżeli ruszył na pasy i po trzech metrach wjechał w fontannę, to znaczyłoby, że… fontanna stała na środku jezdni?

Napisał wiersz pod tytułem Ojczyzna to nie apka i wrzucił go do publicznego obiegu kultury.

Tytuł oznaczyć cudzysłowem lub kursywą (też już ktoś o tym wspominał).

Utwór zakwalifikowano jako ekspresję emocjonalną bez wyraźnego wpływu kulturowego.

Warto by coś zrobić z tym powtórzeniem (obiegu kultury – wpływu kulturowego).

generował jedynie „bierną obecność przy treści edukacyjnej”.

Jak można generować obecność? Może “wykazywał”?

– W pana przypadku zalecam zwiększenie spożycia błonnika oraz aktywności zawodowej.

Rozważyłbym dwukropek po “zwiększenie” (żeby uzyskać jasność, że nie chodzi o spożycie aktywności zawodowej).

potem skręcała koło portretu Pierwszego Ministra Algorytmizacji i kończyła się przy kobiecie, która płakała

Kończyła się “na kobiecie” lub “kobietą” (kobieta jest członkinią kolejki, a nie punktem orientacyjnym).

Myślę, że na razie wystarczy, ale gdybyś liczył jeszcze na jakieś wskazówki, zawsze możesz dopytać.

 

Ponieważ utwór – na pierwszy rzut oka dojrzały literacko, uprawniający do przywoływania kontekstów w rodzaju Lema i Zajdla – w przeciwieństwie do nich nie wytrzymuje uważnego wglądu w poszczególne rozwiązania, w głosowaniu piórkowym będę na NIE. Na pewno jednak będę zainteresowany, czym jeszcze się z nami podzielisz!

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Tarnino, serdecznie dziękuję za pilną lekturę i przegląd!

… gęś waży ponad pięć kilo, silna babuleńka XD (Some people juggle geese!)

Właściwie zdarzyło mi się już używać są ludzie, którzy żonglują gęśmi jako odpowiedzi na argumenty z niejasnego autorytetu (“niektórzy twierdzą, niektórzy tak robią”), ale nie jestem pewien, na ile to rozpoznawalne i zrozumiałe.

Skądinąd to chyba dobry znak, że w tym zdaniu o gęsiach nagromadzenie wyrazów na “s” nie rzuca się nachalnie w oczy – w prozie najlepiej byłoby, żeby taka aliteracja dawała tylko podświadome wrażenie syku.

Może jednak: w rękaw?

Pewnie! Teraz widzę, że zakres znaczeniowy jest nieco inny i “w rękaw” daje lepsze, bardziej prawdopodobne w tej scenie obrazowanie.

dalszy róg bazaru

Hmm?

Można by napisać “przeciwny”, ale wtedy nie byłoby wiadomo, dlaczego bohater był po innej stronie niż antykwariat, który go głównie interesował, a w mojej wersji raczej widać, że po prostu nie leży on blisko wejścia na bazar, które mu pasowało?

… uu, a myślałam, że jesteśmy w bardziej romantycznych czasach. No, nic.

Już wiesz, że napisałem to w dialogu z inną scenką, ale niezależnie od tego uwaga, że kompozycyjnie lepiej byłoby to pozostawić w romantycznym bezczasie, jest naturalnie cenna!

Prawda ogólna, więc czas teraźniejszy: Wiek i doświadczenie mają swoje prawa.

Słusznie, i wtedy już chyba bez “jego”, skoro prawda ogólna?

Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko

Jesteś pewien tego szyku?

Nie jestem do końca pewien, ale nie wiem, co konkretnie można by poprawić.

Ważących?

Myślisz, że “liczących się” lepiej?

Hmmm. Chyba jednak "podarowany z dobrej woli".

I tu mi spożytkowałaś wieczór… Nie udało mi się nic jednoznacznie ustalić poza tym, że strona https://dobryslownik.pl/kompendium-regul-jezykowych/regula/494/ opisuje to jako “problematyczny przypadek”. Wydaje mi się, że podstawowa forma jest zgodna z rodzajem męskorzeczowym, tak jak piszesz, ale często naruszana dla uniknięcia dwuznaczności: “jutro zjem barana nadziewanego siarką”, “jutro zjem pasztet nadziewany siarką”, ale w obu przypadkach “jutro go zjem nadziewanego siarką”, bo “nadziewany” sugerowałoby, że to narrator jest nadziewany. Jednak tutaj podmiotem jest “wybranka”, więc w sumie nie ma ryzyka dwuznaczności i chyba masz rację, chociaż wciąż mi źle brzmi w tej wersji…

Troszeczkę to przerażające… (…) Zdecydowanie romantycznie wyszło (eliksir miłości to trop romansowy, niekoniecznie, mm, etyczny). I fantastycznie też (chyba że staruszek to jednak naciągacz :D).

Zgodzę się, że powinno być troszeczkę przerażające, ale też chciałem to wyważyć dodatkiem o “podarowaniu z dobrej woli” – czyli że nie zadziała, jeżeli darujący w głębi duszy chciałby obdarowywanego zniewolić – co z kolei jest bardzo dobrym wytłumaczeniem dla antykwariusza, jeśli nabywca przyjdzie z reklamacją – więc w sumie trafiłaś w liczne zamierzone wątki…

 A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.

Hmm?

Raczej nie widzę jakiegoś kłopotu z tym zdaniem?

To jest zawiązanie akcji. Co dalej?

W wyzwaniu skupiłem się na scence z opisem targu, ale prawda, że w dłuższym tekście byłby to problem konstrukcyjny. A ogólnie: gdybyś miała jakieś głębsze przemyślenia co do układania wartościowych zakończeń utworów, poznałbym je z wielką ciekawością!

To dalszy ciąg piszecie razem? :)

Nie miałem takiej intencji. Tak jak wskazałaś powyżej, nakreślone ramy są problematyczne etycznie: proponowanie takiego roleplayu komuś, kto nie pytał uprzednio o możliwość “porwania przez rycerza na białym koniu”, wydałoby mi się niestosowne.

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam!

 

Chalbarczyk:

Wciąż nie straciłam nadziei na Twoje opowiadanie do obrazu “Jesień” :))

Dziękuję, to motywujące! Jeżeli uda mi się ukończyć tekst, o którym wtedy myślałem, na pewno dam Ci znać. Choć nie wiem, czy nazwiesz go “opowiadaniem do obrazu”, bo miałby z nim tyle wspólnego, że pojawiłyby się w nim jakieś góry jesienią. Przecież dlatego wtedy odpuściłem udział, że zobaczyłem, jak wiele utworów (w tym oczywiście Twój) ma piękne i głębokie związki z danymi obrazami, gdy mój byłby beznadziejnie pretekstowy.

AP, dziękuję za pozytywną opinię! Dobrze, że da się dostrzec jakieś ślady poczucia humoru. Co do konkretnego czasu, właściwie wyobrażałem sobie jakieś wczesne lata 90., gdy akurat bohaterka miniaturki Chalbarczyk (z którą tu niejako korespondowałem) zdążyłaby dorosnąć, a komuna – upaść.

Ładnie to ująłeś z tym miodem. Obecnie nie czuję w sobie weny na realizację Twojego pomysłu, ale zgadzam się, że literacko jest obiecujący, na pewno byłaby przy tym dobra zabawa! Co do ogrywania w szachy bym uważał, żeby zachować realizm, nawet osoba wybitnie uzdolniona zwykle potrzebuje przynajmniej kilkudziesięciu godzin ćwiczeń, żeby dojść do poziomu umiarkowanie silnego amatora. Wprawdzie jeśli nowo poznana gra kogoś nadzwyczaj zafascynuje, może to być kilkadziesiąt godzin ciągiem bez snu i jedzenia…

Dziękuję za uzupełnienie przemyśleń! Bardzo prawdopodobne, że bohater wyobrazi sobie malownicze scenariusze w rodzaju ułożonych przez Ciebie – obok prozaicznego oskarżenia o przemyt dóbr kultury – i dojdzie do wniosku, że trzeba jednak zabiegać o osobiste spotkanie. Dotykasz też ważniejszej kwestii, ewidentnego pola do poprawy: że moje teksty stale pozostawiają czytelników z poczuciem zawodu lub urwanej historii, prawdopodobnie brakuje mi jakiejś umiejętności technicznej w zakresie konstrukcji zakończeń.

Witam pierwszych czytelników z całą serdecznością! Jakie to miłe, że nawet przy tak niszowym artykuliku chcecie się zatrzymać na chwilę i podzielić myślami.

 

Tarnino:

Cool! I mean, how interesting.

Well said, madam.

Hmm, na pewno nie jest jasna? Zdawało mi się, że te trzy formy są jednoznacznie niepoprawne…

Na pewno nie rekomendowałbym żadnej z tych form, ale umieściłem je w tej sekcji dlatego, że trafiłem na jakieś pomniejsze źródło je dopuszczające lub przynajmniej rozważające poprawność.

Ale czy "okiść", czyli śnieg na gałęziach, w ogóle jest sens pluralizować? To znaczy, nie mówimy (jeśli nie jesteśmy poetami), że na polach zaległy śniegi… chociaż mówimy o brnięciu przez śniegi. Hmm.

Nie ma w najważniejszych słownikach jednoznacznego blm, bez oporów pluralizujemy mgły, szrony, gołoledzie i wszelkie takie zjawiska. Naturalnie zgadzam się z Tobą, że wystąpienie byłoby prawdopodobne tylko w mocno poetyzowanej prozie, jakiś “sad stargany tysięcznymi zamieciami i okiśćmi”.

A wszystko to ze zdziwienia… albo z konstruktywnego podejścia do nudy :) Ciekawy temat badawczy!

Jesteś nazbyt uprzejma: nawet w tym pociągu dałoby się zajmować czymś profesjonalnym i mającym wpływ na moją przyszłość, a późniejsze zgłębianie tematu to już z całą pewnością przykład prokrastynacji, nie “konstruktywnego podejścia do nudy”.

Pozdrawiam ślimaczo, kryjąc się przed deszczem pod Twoimi liśćmi i gałęźmi!

 

Galicyjski Zakapiorze:

Hmmmm ryzykując, że narażę się na śmieszność, napiszę, że dla mnie nawet spora część tych form – nawet w grupie “A”, gdzie najwyraźniej jest jedynie poprawna – brzmi archaicznie.

Nie sądzę, byś narażał się na śmieszność, przecież dlatego zwróciłem na te formy uwagę i temat mnie zajął, że brzmią archaicznie, wyróżniają się z otoczenia językowego.

Ale zastanawia mnie teraz, czy to jakaś moja gwarowość, czy słowniki idą wbrew uzusowi.

Możliwe, że coś pomiędzy, jeżeli dany wzorzec odmiany jest reliktem stopniowo wypieranym z języka, to należy oczekiwać, że w słownikach będzie przechowany obficiej niż w świadomości użytkowników.

Pozwoliłem sobie sprawdzić, co na ten temat mają do powiedzenia autokorekty pakietu Office i Chroma. Oczywiście tylko w ramach ciekawości

To super, że Cię na tyle zaciekawiłem!

BRACIA, KOŚCI, KSIĘŻA przyjmują, zdaniem autokorekt, obie formy.

“Braciami” autokorekta pewnie próbuje utworzyć jako N lm. od brać “bractwo”, ale to powinno być blm.

“Kościami” autokorekta ma z dobrego powodu, zaraz dopiszę uwagę. Dzięki, że to wypatrzyłeś! Tak czułem, że coś mi umknęło przy pisaniu grupy A.

“Księżami” – chyba muszę przenieść księdza do grupy C, bo rzeczywiście Doroszewski podaje wyłącznie “księżami”, co mocno mnie dziwi (SO PWN wyłącznie “księżmi” i w ogóle byłem tej formy na tyle pewien, że nie sprawdzałem jej uważnie w słownikach).

Rzecz jasna Ciebie również serdecznie pozdrawiam!

A teraz podsumowanie końcowe:

 

GalicyjskiZakapior – Strażnik pól – 12/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, MichaelBullfinch, regulatorzy), nominacja!

LesnylutekBezużytecznik – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, MichaelBullfinch, regulatorzy), nominacja!

MichaelBullfinch – La muerte es democrática – 8/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – Pragma – 7/5 głosów, 1 TAK (regulatorzy, MichaelBullfinch), nominacja!

Mehiko – Barometr – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

UnaBomba – Anka i Anioł – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

LesnylutekBezużytecznik (beeeecki).

Swoją drogą, jeśli można spytać, co pchnęło Cię w kierunku fantastyki?

Trudno odpowiedzieć, bo już w moich najwcześniejszych próbach literackich pojawiały się a to jakieś elfy, a to jacyś kosmici, a jednocześnie wolałem czytać encyklopedię niż bajki. Czyli ten rozdźwięk między lekturami a tym, co sam piszę, towarzyszył mi od początku, może można by to wiązać z dostrzeganiem własnej odmienności od rówieśników i próbami wyrażenia się przez odmienność świata, ale może nie idźmy w psychoanalizę. Ostatecznie oczywiście ciepłe i konstruktywne przyjęcie, jakiego doznałem tu na Portalu.

Teo Max: oryginalne potraktowanie wyzwania, z jednej strony widać, że chciałaś je trochę nagiąć dla bohatera wcześniejszych wprawek (trudno podciągnąć kota pod “bohater znajduje na targu tajemniczy przedmiot”), z drugiej strony wnosi to nieco świeżości, a opis jarmarku wciąż jest zgrabny. Nie jestem pewien, czy w Rosji carskiej ktoś mógłby trafić do więzienia za kradzież kota, chyba że grzywna zamieniona na krótką odsiadkę. Widać, że ćwiczysz krótkie, dynamiczne zdania. Miejscami dziwna pisownia wielkimi literami (“Pchli Targ”, “Stójkowy”).

Drugi – klatkę z ptakiem, który gwizdał Boże, cara chroń.

Tu brakuje cudzysłowu.

A na beczce napis kredą: „Nie na sprzedaż.”

A tu kropka powinna być po cudzysłowie.

 

Co do kłopotów z komentowaniem, rozumiem Cię naprawdę dobrze, ale to praktycznie jedyny sposób, żeby się uczyć, odnajdować wiernych czytelników i brać aktywny udział w życiu Portalu. A wątki z wyzwaniami są najlepszym miejscem, żeby to ćwiczyć w niezobowiązujący sposób. Sam akurat zaangażowałem się w ten wątek po części dlatego, że ostatnio źle mi idzie komentowanie i potrzebuję się trochę odblokować.

 

Marzanie: Twój tekst wydaje mi się stanowczo udany, z potencjałem na rozwinięcie. Musiałem parę razy przeczytać, żeby się połapać, jak dokładnie mają działać zdolności bohatera, że narkotyk nie jest mu potrzebny do sprowadzenia wizji czerpanych z przedmiotów, ale czyni je znacznie wyraźniejszymi, przeżywanymi intensywniej i bardziej osobiście. Po wywaleniu pierwszej sceny wciąż dałoby się odczytać, że ma tego rodzaju zdolności, ale szkic sytuacji byłby uboższy i w ogóle mógłbym pomyśleć, że utopienie dziewczyny (w wizji) zachodzi razem z wypadkiem samochodowym (we współczesności bohatera). Notka o użyciu AI pouczająca! Język ładny, jeżeli mam coś wyhaczyć:

Lawina młodzieńczych uczuć, dzikich, gwałtownych, nieokiełznanych, porwała mnie ze sobą.

Domknięcie wtrącenia.

 

Bardzo Ci dziękuję za uważną lekturę i wskazówki co do mojej scenki!

Zabawna aliteracja

Wydało mi się, że przy ogólnie lekkim nastroju tej części tekstu – nie zaszkodzi. Drugą, sąsiednią aliteracją, którą może też zauważyłeś, jest nagromadzenie wyrazów na “s” w tym zdaniu o syczących gęsiach.

kanciapy zbitej z desek.

Jasne, że lepiej. Pozwolę sobie wyedytować; mógłbym poćwiczyć redukowanie przymiotników.

W końcówce mam problem z logiką. Skoro sprzedawca mówi, że kobieta musi go założyć wybrańcowi, przesyłka chyba nic nie da.

Ona ma go na siebie założyć… i sprawdziłem jeszcze, czy nic nie naknociłem w tym miejscu, ale wypowiedź Alego zdaje się jednoznaczna. W każdym razie logistyka przesyłki lub spotkania celem podarunku będzie kłopotem, którego analiza rozbiłaby rytm tekstu, więc uznałem za wskazane skończyć na tym, że bohater postanawia ją rozważyć (zwłaszcza że było już 5700 znaków).

To też nie tak, że znam wiele takich dzieł. Tutaj akurat zaistniał przypadek. Moja Pani z polskiego, za czasów gimnazjum, polecała mi wiele ciekawych dzieł literackich (w tym Kwiaty polskie), zresztą ja jej również.

Mnie akurat Kwiaty polskie poleciła Babcia, ale swoją drogą pełnej pasji polonistce także wiele zawdzięczam i będę musiał znaleźć do niej kontakt, kiedy wreszcie coś porządnego wydam. Nie wiem, czy “znam wiele takich dzieł”, bo w ogóle nie ma wielu podobnych dzieł, ale na pewno znajomość tego rodzaju dawniejszej literatury pięknej jest moją mocną stroną, gdy w zakresie fantastyki wielu Użytkowników musi być znacznie bardziej oczytanych ode mnie.

ich ocena może różnić się diametralnie, w zależności jak bardzo trafi do konkretnego czytelnika, chyba takie utwory są mniej uniwersalne, niż długie opowiadania

A to bardzo ciekawa myśl! Można to interpretować tak, jak gdyby utwór składał się z wielu pierwiastkowych idei, zdań czy elementów, z których każda ma niewielką szansę zachwycić konkretnego odbiorcę – rozkład zdarzeń rzadkich (w sensie Poissona) – byłoby zatem dziełem przypadku, czy w szorcie trafi się danemu czytelnikowi jedna taka rzecz, a w skali powieści wszystko by się wyrównywało i odbiór lepiej odzwierciedlałby jakość. Nie mówię, że jestem do tego przekonany, bo jednak staram się teksty postrzegać całościowo, ale koncepcja intrygująca.

Chciałbym po jej zakończeniu wydać sobie jeden egzemplarz takiego zbioru, zostawić gdzieś, gdzie o nim zapomnę, a kiedy będę już dużo starszy wrócić sobie do tych tekstów, powspominać, może nawet porównać do czasów jakie nastaną.

Brzmi dobrze, ja chyba z podobną myślą zatrzymania wspomnień porządkuję foldery ze zdjęciami.

Nawzajem dzięki!

Dzięki za ciekawą i obszerną odpowiedź, przyjemnie wiedzieć, że w Twoim odczuciu tak dobrze trafiłem z interpretacją tekstu!

Pięknego poematu fragmentami zacząłeś swój komentarz i nie będzie chyba dla Ciebie niespodzianką, jak powiem, że te wersy towarzyszyły mi w przygotowaniach do napisania mojego szorta. Ale też troszkę poezji meksykańskiej.

Jednak jest to dla mnie pewnym zaskoczeniem. Po pierwsze dlatego, że nie ma tam tej dwoistości, o której pisałem, sens tych wersów wydaje się podobny, ale nastrój jest istotnie różny. Po drugie dlatego, że w ogóle mało kto czyta dziś Kwiaty polskie i wcale nie miałem pewności, czy będziesz je kojarzył. A kompletnej nieznajomości poezji meksykańskiej nie zamierzam się wypierać.

W ocenie szortów musi być to wielka trudność, żeby wskazać, czy treści jest wystarczająco, czy też nie. (…)

Dyskusja o kryteriach ocen piórkowych może być trochę puszką Pandory, ale sam się o to prosiłem… Ogólnie zgadzamy się, że nie da się tu uciec przed pewną subiektywnością, najpierw coś intuicyjnie “klika” albo nie, a potem dopiero staram się do tego dobudować użyteczne uwagi i wskazówki, możliwie zobiektywizować, dlaczego mnie zachwyca albo nie zachwyca. Rzecz jasna zdarzało się, że w tym procesie zmieniałem zdanie, na przykład dostrzegając w tekście nowy sens czy głębię, rewidowałem wcześniejsze wrażenia. (Kojarzysz może ten cytat z Tolkiena, jak wspominał w liście, że córka od paru dni przedziera się przez Balladę o białym koniu, więc ciągle objaśnia jej trudniejsze fragmenty i przy tym przekonał się, że utwór nie jest takim arcydziełem, za jakie je wcześniej uważał?)

Odnotujmy jednak, że rozmiar treści nie rośnie wprost proporcjonalnie do rozmiaru tekstu… poniżej pewnej granicy bardzo trudno zmieścić utwór, który nie będzie jedną lub kilkoma scenami, a rozwiniętą konstrukcją fabularną z pełnoprawnymi bohaterami, pozwalającą czytelnikowi poczuć głębszy związek ze światem i zapadającą w pamięć na dłużej. Nie znaczy to oczywiście, że scenka czy nawet kilkuzdaniowa przypowieść nie może być wybitna literacko i przełomowa dla czyjegoś rozumienia świata, tylko że jest o to istotnie trudniej. Tutaj zgadzam się, że Twój utwór mógłby stracić na komplikowaniu go dodatkowymi sensami, ująłeś go bardzo dobrze w obmyślonych granicach – niemniej odczułem i w miarę możliwości postarałem się uargumentować, że ta opowieść nie przedstawia wyrażonej tytułem znanej myśli przewodniej tak nadzwyczajnie, by znaleźć się dla mnie w najściślejszej czołówce tekstów Portalu.

Ale szczerze powiem, że tego argumentu nie jestem w stanie zrozumieć. Wiersze nie mogą kandydować do piórka, okej, ale nikt nie “zbanował” doceniania poetyki w tekstach, które wierszami nie są.

Nie, nie to chciałem powiedzieć! Naturalnie, że obecność umiejętnie wprowadzonej poetyki stanowi zaletę tekstu prozatorskiego i nie tylko można, ale kategorycznie należy ją doceniać. Wykorzystanie zróżnicowanych środków i jednostek językowych, dobra metaforyka, kadencja, trafne wprowadzanie powtórzeń, wyliczeń, czasem nawet aliteracji i rymów – wszystko to recenzent powinien umieć dostrzec i ocenić, na ile pomaga danemu opowiadaniu. (Nie twierdzę, że dysponuję takimi kompetencjami). W tym miejscu chciałem się odnieść raczej do subiektywizmu, że skoro kryteria piórkowe w naturalny sposób “dyskryminują” poezję w stosunku do prozy, to decyzja o uwzględnieniu tej warstwy i przymknięciu oka na szczuplejszą fabułę jest nim szczególnie obciążona. Jeżeli masz ochotę, możesz jeszcze zerknąć na dyskusję pod moim utworem https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/30065, gdzie szereg bardziej doświadczonych autorów i lożan wypowiadał się o analogicznych kwestiach może składniej. (Tylko nie bierz tego za sugestię, że sam tekst stawiam Ci jako przykład, bo w istocie dostrzegam, że pod pewnymi względami jest mniej dojrzały od Twojego, że części zamierzonych znaczeń nie udało mi się czytelnie zawrzeć).

Pozdrawiam ponownie i ślimaczo!

Dziękuję za Wasze wrażenia i uwagi, cudownie, że Wam się podobało!

 

Chalbarczyk, naprawdę się cieszę, że Twoim zdaniem wyszedł mi klimat bazaru – choć nie uważam, bym prześcignął Cię pod tym względem – i że pomysł na przedstawienie bohatera z wyższych sfer nie razi Cię naiwnością.

 

Bardzie, dobrze wiedzieć, że główne postaci interesujące i należycie zbudowane, staram się to ćwiczyć, żeby nie były pustymi figurami (jak mi się dawniej często zdarzało), i chyba rzeczywiście czynię postępy. To tylko wprawka, nie zakładaj, że poradziłbym sobie z dłuższą historią obyczajową ani tym bardziej z romansem. Zresztą bardzo wątpię, czy gdziekolwiek istnieje środowisko do ćwiczenia obyczajówek równie wartościowe jak tutaj dla fantastyki.

Tak czy inaczej, tu czy indziej,

A ona po każdego przyjdzie.

(…)

Szczyrka dopadła w Port Arturze,

Galotkę, jak na saksy chodził,

Bielskiego, kiedy śpiewał w chórze,

A moją Andzię w mieście Łodzi.

(…)

Chcesz – bij się z carem, nie chcesz – nie bij…

Czy Polak jesteś, czy Japoniec,

Zwali Japońca, cara, ciebie,

Ot tobie wolność: klaps i koniec.

 

Hej, Michaelu!

Zrobiłeś to bardzo ciekawie, jak nastrój tekstu rozbiega się z jego logiką. Prezentując trójkę czarnych charakterów, efektownie pokazujesz, że krzywdzenie innych ludzi dla zysku materialnego ma być czymś nienaturalnym i odrażającym nawet dla samej Śmierci, ale jednocześnie widzimy, że ta Śmierć traktuje wszystkich tak samo i nikogo nie czeka kara ani nagroda, więc dlaczego by nie nachapać się za życia kosztem innych. Oczywiście odgaduję, że to celowy zabieg, mający następnie skłonić do przemyśleń, iż etyka i urządzanie znośnego świata jest czymś, o co ludzkość musi sama dbać, nikt tego za nią nie załatwi. Ładne jest wykorzystanie mniej u nas znanej kultury, ładne są te trzy paralelne akapity, również moim zdaniem eksperyment bliski prozie poetyckiej. Sto lat samotności… jest to jakieś skojarzenie, ale dla mnie tutaj odleglejsze niż przy lekturze Utopię waszą utopię.

Chowa zegarek do kieszeni, jakby to on wyznaczał czas między tymi murami.

Jednak ten podmiot trochę się gubi. Może zdobycz? Może on sam?

Żaden przedmiot, który przyniosła reszta zebranych, się nie ostał.

W tym zdaniu coś nie pasuje – jakby reszta zebranych, w odróżnieniu od naszej trójki, przynosiła przedmioty kolektywnie? Może w ten sposób: Reszta zebranych także niosła rozmaite przedmioty, ale żaden się nie ostał?

 

Na Piórko tu, w mojej skromnej opinii, zbyt mało treści, tak krótkim utworom zawsze jest trudniej osiągnąć ten próg, przemyślenia czy konstrukcja świata musiałyby mnie uderzyć wyjątkową trafnością i oryginalnością. Prawda, że pomimo starań nie uniknie się w tych decyzjach pewnej dozy subiektywizmu. Tutaj to dodatkowo powikłane kwestią, że skoro wiersze nie mogą kandydować do naszego najwyższego wyróżnienia, prawie się nie da oceniać z perspektywy piórkowej tych cech organizacji poetyckiej.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Przyszedłem umyślnie w porze największego upału, by tłum rozluźnił się nieco. Popatrywałem po bazarze z narastającym zniecierpliwieniem. Uważam się za konesera serów i ze znawstwem mogłem stwierdzić, że stragan z nabiałem garbatego człowieczka w półbeduińskim stroju cuchnie tak, jakby coś wlazło mu do buta jeszcze przed ubiegłym ramadanem i tamże zdechło.

Stoisko dalej starowinka z siwymi strąkami sterczącymi spod chusty i okropnie poranionymi dłońmi wymachiwała w moją stronę dwiema sporymi, syczącymi gęśmi:

– Okazja, paniczu piękny-młody, okazja! Prawie nie szczypią! – wołała ochryple.

Wzdrygnąłem się i odskoczyłem o parę kroków, o mało nie nadeptując jakiegoś bosonogiego podrostka, który zaczął płaczliwie:

– Ojciec umarł, matka wdowa… – I spróbował mi się wysmarkać w rękaw.

Znów odskok; pomyślałem ze wstydem, że zaczynam przypominać skoczka szachowego i że Allah nakazuje się dzielić, rzuciłem więc chłopcu drobną monetę. Otrząsnąłem się i pomaszerowałem raźno w dalszy róg bazaru. Mustafa podążał za mną jak cień z rękami splecionymi na piersi, na pewno śmiejąc się pod wąsem z przygód pryncypała.

Przedwczorajsze ryby, chemia niemiecka, perfumy. Wolne oddechy przez materiał rękawa. Dotarłem wreszcie do interesującego mnie kramu, kanciapy zbitej z desek, po brzegi wypełnionej starymi księgami i drobnymi przedmiotami użytkowymi:

– Salem alejkum, Ali. – Nachyliłem się konfidencjonalnie do właściciela. – Masz dla mnie tego ibn Sinę z komentarzami al-Shiraziego?

– Alejkum salem… – Potoczył naokoło mnie rozmarzonym wzrokiem, świadczącym dowodnie o użyciu opium. – Mam dla ciebie białego kruka, Przyczynek do recepcji kalifów prawowiernych na dworze Wielkich Mogołów, późny dziewiętnasty wiek, dwa tomy in folio.

– Pytałem o ibn Sinę – przypomniałem łagodnie, przerzucając karty sążnistego dzieła.

– A myślisz, że to tak łatwo o ibn Sinę, co, młodzieńcze? Że ibn Sina czai się na mnie za każdym rogiem? Udziela napomnień w drodze w ustronne miejsce? Zamówienie musi dojrzeć… musi dojrzeć. – Ali zapadł w narkotyczną drzemkę.

Kusiło mnie, by kazać Mustafie nim potrząsnąć. Wiedziałem jednak, że nie warto klarować antykwariuszowi, jak ma się zwracać do wyższych rodem od siebie. Wiek i doświadczenie mają swoje prawa, zresztą ugrałbym tyle, że następnym razem wręczyłby mi zamiast zamówionej perełki Trzydzieści dziewięć sposobów przyrządzania potrawki z butów.

Naturalnie musiałem odliczyć uczciwą sumę za Przyczynek i objuczyć nim ochroniarza. Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko:

– Coś cię trapi, młody. Sprawy prywatne, co? Może weźmiesz błyskotkę dla udobruchania urażonej damy? Mam tu cudną broszę, szmaragd oprawny w elektrum i szkło, chyba wenecka robota…

Zaśmiałem się smutno, bezdźwięcznie. Tutejsze damy! Zakutane od stóp do głów, bez prawa do nauki, rozmowy o liczących się rzeczach, drżące przed swoim panem i władcą, aż ich inteligencja, większa nieraz od naszej, wyrodzi się w małe, podłe intrygi. Słowo daję, już prędzej emablowałbym tę dziewczynę sprzedającą małże, która śmiało zaczepia obcych i zgarnia pod chustkę niesforne czarne loczki, niż pannę z „mojej sfery” (a ściślej i co gorsza, jej ojca).

Po wizytach biznesowych i kulturowych w Europie doszedłem do przekonania, że bluźnimy. Co powiedzieliby Rafael czy Giotto, gdyby kto, zamiast pokazywać ich arcydzieła łaknącym piękna ludziom, strzegł ich zazdrośnie i oglądał tylko sam w zaciszu domowym? Caravaggio to pewnie zabiłby na miejscu. A my rościmy sobie prawo, żeby zakrywać kobietę, klejnot wszech Stworzenia, majstersztyk prezentujący wszem wobec „co Ałła umie i co Ałła może”?

– …a jeżeli weneckie brosze nie wystarczają takim jak ty… – monolog Alego wpadał mi jednym uchem i wypadał drugim.

Myślałem o uroczej Polce napotkanej w wiedeńskim Kunsthistorisches, jak opowiadała mi dość czystym angielskim o Starych Mistrzach, o chiaroscuro, drogocennych barwnikach i pewnych pociągnięciach pędzla. Jak śmiała się z tego, że nie wiem, gdzie oczy podziać przy niektórych obrazach, że sama w letniej sukience jest według moich pojęć po prostu naga. Ośmieliłem się wspomnieć, że moi szacowni przodkowie nieraz brali sobie żony z jej stron, na co spytała uprzejmie, ilu przy tym potraciło braci a moich prastryjów. Potem partia szachów w przyległej kawiarence, zremisowałem po długiej obronie końcówki wieżowej – i tyle.

Pierwszy raz od tamtego czasu zdobyłem się na to, by spojrzeć na zapis partii, przechowany w przegródce portfela jako cenna pamiątka. I wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy ze złożonej na czworo kartki wyśliznęła się ręcznie zapisana wizytówka!

Nagle z zupełną jasnością słyszałem Alego:

– …dokładnie to, czego ci potrzeba – dokończył, przesuwając w dłoni coś jakby naszyjnik ze srebrnych ogniw rzeźbionych jak pędy niezwykłych, egzotycznych roślin, w sam raz, ani tak grubych, by obrażać dobry smak, ani tak cienkich, by pęknąć od przypadkowego szarpnięcia.

– Co takiego?

– Proweniencja zapadła w pomroku dziejów – powtórzył surowo. – Uważam, że to jeden z nielicznych skarbów ocalonych przez zapobiegliwą matkę Boabdila po upadku Granady.

– Zamieniam się w słuch.

– Ten przedmiot ma niezwykłą moc. Wieść niesie, że wybranka, która założy go podarowany z dobrej woli, nieodwołalnie skuje swój los z twoim, że zaspokoi potrzeby serca zawsze i wyłącznie przy tobie, że zyskacie niezwykłe połączenie dusz, które przetrwa wszelkie przeciwności i bodaj sam świat. Jedyne tysiąc dwieście dinarów. Złotem, nie żadne czeki i papierki.

– Ali, zmiłuj się…

– Tysiąc pięćset dinarów.

Kiedy tak poważny człowiek jak mój antykwariusz zaczyna się targować w górę, naprawdę nie warto mieć ostatniego słowa. A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.

Bardzo się cieszę, że inicjatywa wyzwań utrzymuje się na tak dobrym poziomie, wyrazy uznania dla wszystkich zaangażowanych!

 

Bardzie, ładnie to jest napisane, wiarygodnie wypada ten kosmiczny targ i to, jak naświetlasz tamtejszą kulturę handlu, podobną do znanych, ale jednak trochę obcą. Bardzo podoba mi się sunący i obrzucający śluzem tłum. Narracja zmyliła mnie pod tym względem, że początek wskazywał, iż Val szuka brakującego elementu do naprawy skafandra (zatrzymania wycieku tlenu?), a nie do ulotnienia się w czasoprzestrzeń. Oczywiście zmyliło to też sprzedawcę…

Z trzeciego wieku, przed wykluciem Wielkiego Yesso.

Raczej bez przecinka.

– Ciekawe – odpowiedział Val, by nie zostawić sprzedawcy bez odpowiedzi.

Celowe powtórzenie?

– No trudno, to kupuję. – Zaryzykował Val, choć nie było go stać na wisior.

“Zaryzykował” małą literą, ryzykuje gębowo. Osobliwy haczyk, ale wziąłem to właśnie za świadectwo odmiennych zwyczajów handlowych.

 

Chalbarczyk, przyjemna historyjka! Świetnie zbudowałaś atmosferę, ta kreacja uczennicy marzącej o egzotyce i podróżach, już dość dużej, by zdawać sobie sprawę z szarej codzienności, wydała mi się przekonująca. Zdziwiła mnie pisownia “cyganka” małą literą, bo przecież chodzi o członkinię grupy etnicznej?

Ponieważ nie podjąłem rękawicy w konkursie z obrazami, stwierdziłem, że choć tutaj podzielę się tekstem niejako symetrycznym do Twojego. Zaznaczam, że jest to wprawka, luźna fantazja osadzona w jakimś kraju mniej więcej arabskim, z realiami potraktowanymi mniej rzetelnie, niż bym tego od siebie wymagał w pełnoprawnym opowiadaniu…

Cześć (ponownie)!

Miałem tu coś dopisać, ale byłem zajęty, odłożyłem na później i teraz próbuję sobie przypomnieć…

Natychmiast stanęły mu przed oczami obrazy z czasów, gdy ukrywał swoje prawdziwe imię: pokój w gospodzie, światło księżyca nad Hodden i wijąca się pod jego zdradliwymi pieszczotami Godecin.

Przy pierwszej lekturze wziąłem to za lekko rozpaczliwą próbę zszycia w ostatniej chwili dwóch rozbieżnych wątków opowiadania. Oczywiście wystarczyła do zrozumienia, że Aigulf i Ganzo to ta sama postać; implikacja, że Samo jest jego synem, nie była dla mnie czytelna, choć może powinna być. Chyba zauważyłem, że “Yoda” przemienia się w panterę, a oni obaj w żbiki, ale w połączeniu z “Od początku, mówisz” na końcu przedostatniej sekcji nasunęło mi to sformułowaną poprzednio myśl, że może Samo to magicznie zresetowana wersja Aigulfa/Ganza. Może w istocie byłoby to ciekawsze, mniej sztampowe rozwiązanie niż kolejny mentor sieroty okazujący się ojcem? W każdym razie myślę, że jeden i drugi wariant zyskałby na jakichś poprzednich wskazówkach, bardziej stopniowym zbliżaniu wątków ku sobie, naświetlaniu analogii i różnic między postępowaniem Aigulfa a Ganza. Doskonałe wrażenie wywarła na mnie Twoja reakcja:

Ta sugestia, że Ganzo to Aigulf a Samo jest jego synem jest dość jasna, moim zdaniem, ale pojawia się w emocjonalnym momencie – dosłownie kotek umiera! – i czytelnika niekoniecznie akurat wtedy interesuje, kogo tam Ganzo szturchał jak był młodszy. Lekcja na przyszłość dla mnie jest tu chyba taka, żeby taką kluczową sugestię powtórzyć w spokojniejszej chwili.

Świetnie, że potrafisz tak celnie wyciągać wnioski z komentarzy. Tak czy inaczej są to niezbyt trudne do ulepszenia kwestie konstrukcyjne, które nie powinny przykryć tego, że opowiadanie czyta się z prawdziwą przyjemnością, ani na chwilę nie wypadłem ze świata przedstawionego, żywości scen – od szermierki do ogródka warzywnego – mogłoby Ci pozazdrościć wielu uznanych prozaików.

Pozdrawiam ślimaczo!

Taki zysk, że następny powinien się dwa razy zastanowić, zanim popełni grubsze łotrostwo.

Wiadomo, taka jest intuicja stojąca za zemstą, terrorem indywidualnym itp. Starałem się wskazać, że Twój tekst łatwo interpretować jako mówiący o nieskuteczności takich środków w naprawie świata – koledzy Mujikara nie zastanawiają się i dalej popełniają grubsze łotrostwa – więc dlatego zilustrowałem to tym cytatem z Dziadów.

Lekarze. W pierwszym rzędzie zadziałał nacisk polityczny.

Chodzi mi o to, że kiedy dajesz w tym zdaniu lekarzy jako podmiot sprawczy, to przesuwasz nacisk wypowiedzi z “koledzy postąpili wobec Mujikara wyjątkowo po świńsku” na “lekarze są bardziej bezwzględni i niesprawiedliwi od sędziów”, a ta druga myśl nie ma uzasadnienia w tekście i w ogóle wątpię, czy chcesz się pod nią podpisać. Dla porządku odnotuję, że w jakiejś mierze styka się to z rozważaniami o “humanitarystycznej teorii kary” z tryptyku Tarniny Tam nikogo nie ma (i nie jestem taki pewien, czy Ona by się ze mną zgodziła).

Cała przyjemność po mojej stronie.

Pozwól, że pozostawię sobie choć trochę!

Cześć, Finklo!

Dziękuję za podzielenie się utworem. Na pewno dobrze napisany, z wartką akcją (może w końcówce nazbyt?), wyrazistymi dwiema głównymi postaciami – warto było przeczytać. Przemyślenia na temat fabuły: nie widzę powodu nie wierzyć, że Duch zabiłby syna Mujikara. W porządku, nie jest to puszysty duszek Dickensa, lecz starotestamentowe bydlę. Nie wiem jednak, czy czytać to jako oczyszczającą bajkę o zemście na nieuczciwym polityku, czy jako ponurą opowieść o tym, że zwalczanie zła potężniejszym złem nie czyni dobra (“Cóż stąd, jednego łotra zgładzić / lub obić: co za zysk?”) – konstrukcja większości tekstu wskazywałaby na pierwsze, epilog i przemyślenie całości na drugie. Pewnie te dwa sensy dałoby się jakoś pogodzić, ale tutaj mam poczucie, że ze sobą nie harmonizują, trudno mi w pełni wyjaśnić dlaczego.

Rażąca wydała mi się finałowa uwaga “lekarze dali mu dożywocie bez możliwości skrócenia wyroku”, tak jakby psychiatrzy nie umieli najlepiej poznać, że nie jest poważnie chory, i nie zamierzali go wypuścić, kiedy tylko ustaną naciski polityczne. W ogóle gdybym przeczytał w mediach neutralny opis takiego zdarzenia, przypuszczałbym raczej, że to Mujikar częściowo finguje chorobę psychiczną, żeby uniknąć odpowiedzialności karnej (częściowo – skoro w chwili załamania opowiedział dziennikarzowi o malwersacjach, a potem próbował to odkręcać, to może i nie jest tak zupełnie zdrowy). Co do miejsca zdarzeń, moją pierwszą myślą również był Bangladesz. “Liczba rzuconych przekleństw: 2 115 684 (i ciągle rośnie)” nastroiła mnie na tekst zdecydowanie bardziej humorystyczny, niż to się później okazało.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim niewyczerpanej dziecięcej fantazji i wstępnie podsumowuję sytuację:

 

GalicyjskiZakapior – Strażnik pól – 12/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, MichaelBullfinch, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – Pragma – 7/5 głosów, 1 TAK (regulatorzy, MichaelBullfinch), nominacja!

MichaelBullfinch – La muerte es democrática – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Mehiko – Barometr – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

UnaBomba – Anka i Anioł – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

LesnylutekBezużytecznik (beeeecki).

Jeżeli mogę się wtrącić w sprawie drobiazgu:

wyrażenia, które brzmiały poetycko, ale nie miały za wiele sensu (jak wygląda garbaty księżyc – w której kwadrze?).

Akurat “księżyc garbaty” to całkowicie prawidłowe określenie księżyca nie w pełni, ale większego niż w kwadrze (ang. waxing gibbouswaning gibbous – dopełniający garbaty, cieniejący garbaty). Też zdarzyło mi się użyć tego wyrażenia co najmniej w dwóch tekstach.

A ogółem – doceniam przemyślany komentarz, mogący się przydać pod kątem konstrukcji i warsztatu tak autorowi, jak i uważnemu czytelnikowi!

Tarnino, rzeczywiście cenny komentarz, z dużym zainteresowaniem prześledziłem, co jeszcze można ulepszyć w opowiadaniu, które już chyba wszyscy czytelnicy uznawali przynajmniej za bardzo dobre. Pozwól, że odniosę się do paru szczegółów…

chociaż godzina była wczesna, to robiło się coraz cieplej

"To" trzeba wyciąć.

Nie dostrzegam tej potrzeby, “chociaż… to” to normalne wzmocnienie przeciwstawienia. Za to należy w tym zdaniu pozbyć się przecinka przed “chociaż”.

przez ostatnie dwa lata zdarzało jej się wcale nie odbierać

Hmmmm. A wcześniej odbierała zawsze?

Dla mnie to było klarowne – wcześniej niekoniecznie po pierwszym telefonie, ale w końcu odbierała lub oddzwaniała, a dwa lata temu doszli do tego etapu, że niektóre serie prób nawiązania kontaktu kończyły się całkowitym niepowodzeniem.

Nie wiedział do kogo.

Nie wiedział, do kogo.

Nie, tutaj bez przecinka (podpada to pod rozdział 12 naszego poradnika).

Czyli świat kończy się jednak z hukiem?

O, a ostatnio nie przyznawałaś się do znajomości Eliota?

O różnicy między miłością a zakochaniem stanowczo ktoś powinien napisać

Wielu pisało, choćby taki Mickiewicz nie raz (np. Gdy cię nie widzę).

Aż taki wielki kawał kamienia ma nas walnąć, że całą planetę szlag trafi na miejscu?

Zależy też, gdzie dokładnie kamień walnie. Może walnął właśnie w to miasteczko…

Pewnie jakiś bogacz, który nie miał się jak ewakuować, więc w ramach kaprysu zorganizował bal.

A dokąd miał się ewakuować? XD

Jeśli głównie w to miasteczko, to wszyscy próbują się przenieść do innego miasteczka/kraju…

Wydawało mi się, że tekst raczej sugeruje katastrofę globalną, ale w sumie nie wyklucza też takiej na skalę kontynentalną – wielu ludzi nie miałoby szans na ewakuację, a nawet bogacz, który potencjalnie miałby taką możliwość, mógłby łatwo uznać, że za bardzo przyzwyczaił się do komfortu i nie zależy mu tak na życiu, żeby rozpoczynać je prawie od zera jako uchodźca.

 Tylko w sumie po co, skoro nie będzie miał okazji tego wspominać?

A man is a sum of his memories? Serio? :P

Czytałem coś niedawno, że w Stanach dość długo istniał taki trend, iż kobietom przy porodzie podawano środki wywołujące krótkotrwałą amnezję zamiast przeciwbólowych…

… "Błękitny zamek"? Życie naśladuje sztukę…

…albo ktoś na podstawie sztuki ułożył anegdotę niby z życia wziętą.

Pozdrawiam serdecznie!

SPW, zdecydowanie znaczenie 1. Jeżeli postać otrzymuje wiadomość, że umrze po zaśnięciu, stara się jak najdłużej nie spać i w końcu zasypia za kierownicą w drodze do lekarza, jest to jawny przykład “nieodwracalnego losu”, a podobne wątki z przepowiedniami spełniającymi się pomimo lub wskutek prób ich uniknięcia występowały w mnóstwie tekstów literackich. Niemniej dziękuję za zwrócenie uwagi na potencjalną niezręczność, nie ustawaj w czujności purysty językowego!

Wpełzam i witam!

Aczkolwiek coś z tyłu głowy mówi mi, że wolno tak robić hmm

 

Coś mi świta, że kiedyś, dawno temu, Tarnina pokazywała, że można… ale w jednym z tysięcy komentarzy, i weź to teraz odgrzeb ;)

To akurat jest jeszcze widoczne w temacie z pomocą językową, już dość blisko szczytu wątku. Niemniej według https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Koncowki-osobowe-czasu-przeszlego;22808.html jest to rozwiązanie dopuszczalne w zdaniach złożonych z tożsamym podmiotem. Przy zmienionym podmiocie, jak tutaj, moim zdaniem brzmi dziwnie albo potocznie, może jest w ogóle błędne.

Co do samego opowiadania, sceny są, jak zawsze u Ciebie, dobrze odmalowane, łatwe do przedstawienia sobie w wyobraźni, to naprawdę mocna strona Twojego pisarstwa. Wątki przygodowe ciekawe, chociaż oba same w sobie dość proste, a ich związek mętny: czy oddanie życia za młodego adepta było dopełnieniem pokuty Aigulfa, czy też Samo ma być jego nowym wcieleniem, oczyszczonym czarami mistrza? Utwór wydałby mi się lepszy, gdyby coś wcześniej zapowiadało takie rozwiązanie, ale może w istocie przeoczyłem jakieś cenne wskazówki.

Przypadkowo wyłowione:

nie rozpoznał w chłopcu pobratymcy

Doroszewski podaje “pobratymca” jako formę dawną i rzadką w stosunku do “pobratymiec”, SJP PWN wcale.

Pozdrawiam i polecam do Biblioteki!

Naturalnie, porównanie do “aparatu słuchowego” było z mojej strony świadomym przerysowaniem, ale mam nadzieję, że nieźle odzwierciedlającym kłopot, który mam z tym opowiadaniem. Wydaje mi się, że w tekście mało wskazuje na to, by ludzie po “przemianie” nie mogli się porozumiewać, być dla siebie ważni, odczuwać emocji – przeżywają je inaczej, bardziej analitycznie, ale to tak jak dorosły myśli i czuje inaczej od dziecka. Stąd też zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego lęk bohaterki przed utratą człowieczeństwa na skutek zabiegów ma być w pełni racjonalny, a jej wybór usprawiedliwiony, dlaczego jest bardziej godna współczucia niż Michał, którego opuściła na tej w świecie przedstawionym ogólnie przyjętej i zalecanej drodze; i czym jest jej zdaniem człowieczeństwo, to dosyć ważne dla całości. Jak napisałaś w przedmowie, minimalistyczna forma utrudnia w pełni klarowne wyrażenie myśli i stworzenie świetnego dzieła – doceniam Twoją ambitną próbę, na pewno warto było ją podjąć.

Nadal pozdrawiam!

Mmmm, chciałabym wreszcie przeczytać tekst, w którym bohater entuzjastycznie podejmuje ryzyko reklamowane jako najpewniejsza, najkorzystniejsza, najbardziej naukowo udowodniona inwestycja – i okazuje się, że nie było warto. Choć w sumie ten trochę taki jest, chyba…

Tarnino, tekst wyraźnie pozwala stawiać sobie takie pytania. Napisany z perspektywy bohaterki, przedstawia żal i daje odczuć litość, że nie potrafi powstrzymać męża przed transhumanistyczną przemianą i w rezultacie go faktycznie traci. Na poziomie emocjonalnym mogę się z tym przesłaniem łatwo zgodzić, bo sam mam często wielkie opory przed zmianami i nieznanym. Jednak wydaje mi się, że w warstwie intelektualnej brakuje mu podparcia, dlaczego w świecie przedstawionym decyzja bohaterki o rezygnacji z “ulepszenia” ma być trafniejsza od decyzji partnera i znacznej większości ludzkości. W rezultacie wypada ona trochę tak, jakby nie chciała sobie sprawić aparatu słuchowego i rozpaczała, że nie może zrozumieć, co mąż do niej mówi. Bądź co bądź przeczuwam, że nasze odmienne podejście może tu wynikać z naprawdę fundamentalnych różnic w rozumieniu świata.

 

Ufam, że mój pierwotny komentarz – i ewentualnie ten dopisek teraz – dostatecznie uzasadniają “NIE” w głosowaniu piórkowym. Teraz mocno rzuca mi się w oczy, że dzięki temu, iż komentowałem przed dowiedzeniem się o nominacji, mój wpis mógł wyjść swobodniejszy, lżejszy w odbiorze – wyglądający jak dzielenie się pasją, a nie jak wypełnianie obowiązku. Daje do myślenia.

Pozdrawiam Was z całą serdecznością!

Cześć – Ślimak wysuwa czułki w kierunku Wrocławia!

Pod względem decyzji piórkowej jest to trudny tekst, dlatego że dobry i tak różny od typowych. Cechuje się znacznym smakiem językowym, miejscami wręcz artyzmem. Są jednak też rozwiązania, które mi zgrzytają w tej melodii:

ogromne zwierzę, które nie spało nigdy do końca.

Raczej “które nigdy nie zasypiało do końca” (można spać do końca jakiejś imprezy).

– Nie podoba mi się tutaj. – Mówi, mrużąc oczy.

– Nie podoba mi się tutaj – mówi, mrużąc oczy.

Albo:

– Nie podoba mi się tutaj. – Mówiąc, mruży oczy.

Niektórzy mówią na niego Edward, ale on sam rzadko go używa.

Tutaj zgadzam się z Jolką, ale przyznaję, że trudno to poprawić.

Echo wraca szybciej, niż powinno.

Zawsze jesteś bliżej, niż myślisz.

Przed “niż” stawiamy przecinek, kiedy rozdziela zdania składowe.

 

Teraz trzeba wydobyć z utworu znaczenia. Oczywiście widać, że bohaterowie są też archetypami, Henry reprezentuje kapitalizm, Edward indywidualizm, Maćka trudniej zaszufladkować, bo miłosierdzie chrześcijańskie, socjalizm, idealizm, szlachetna naiwność – nic tak do końca nie pasuje – w każdym razie wierzy, że ludzie mogą i powinni sobie pomagać. Poruszana jest tematyka pamięci, przeszłości i przyszłości, napięcia między czasem linearnym a cyklicznym. Jednak przynajmniej powierzchownie może się to wydać poszukiwaniem samoistnego piękna tych zagadnień, a nie nośnikiem sensu.

Skoro zwróciłem uwagę na rozdźwięk pomiędzy nieuchronnie powracającymi powodziami a zdarzeniami jednorazowymi (jak II wojna światowa, po której pozostało całe wzgórze z gruzu, albo rosnąca pod Wrocławiem apokaliptyczna istota, która kiedyś ma się wyłonić), skoro odnotowałem reakcję Henry’ego, jak zrobiło mu się nieswojo w poniemieckiej rezydencji – to doszedłem w końcu do wniosku, że głębokim zamysłem tekstu może być metaforyczne połączenie wylewającej co jakiś czas rzeki ze zrównującym co jakiś czas magnatów i maluczkich biegiem dziejów. Niemniej taka interpretacja jest daleka od oczywistości i w istocie nie wiem, czy nie dopowiadam jej sobie na siłę.

Gdyby w końcowej scenie znalazły się jakieś zdania podsuwające taki sens bliżej – zamiast moim zdaniem dość płytkiej, maltuzjańskiej rozmowy o głodzie – prawdopodobnie zagłosowałbym za Piórkiem, ale w tej sytuacji będę na NIE. Reasumując, utwór podobał mi się odrobinę mniej niż Etiuda niedokończona, lecz nie sądzę, by w istocie był słabszy, raczej to kwestia gustu.

 

Wyłowione z komentarzy:

Nie, nie, wszystko klarownie wyjaśniłaś, już zabieram się za poprawianie tego, dzięki wielkie, Jolu (imienniczko Reg… no proszę, proszę). :)

Hej, nie wiedziałam, jak Reg ma na imię! :)

Ja także nie wiedziałem! (Właściwie to zakładałem, że zapewne Regina, ale nie śmiałem zapytać).

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć!

Pewnie nie będę bardzo oryginalny. Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, czym mianowicie jest artefakt, co czyni go tak cennym, że korporacja jest gotowa ponosić znaczne koszty i ryzyko, żeby go zdobyć (gdyby chodziło o samo zbadanie struktury materiału, to mają już wcześniejsze próbki). W kategoriach opowiadania przygodowego nie jest to bardzo satysfakcjonujące, że bohaterowie dość chaotycznie próbują poradzić sobie z nasłanym agentem i na koniec giną, natomiast może to być trafne jako przesłanie o tym, że rozwój techniczny ludzkości nie wyhamowuje bezwzględności i żądzy zysku – w tym też pomogłoby lepsze naświetlenie stawki. Za to pomysł z przekazaniem współrzędnych zgrabny, chociaż obawiam się, że gdyby sama wiadomość została przechwycona, to już taki kamuflaż byłby łatwy do rozszyfrowania. Może jako element większego świata tekst sprawdziłby się lepiej, jako samodzielny utwór jest w porządku, ale co do Piórka będę na NIE.

Język opowiadania nie wydał mi się szczególnie ładny, ale przy takim technicznym SF nie było to rażące. Przypadkowo wyłowione drobiazgi:

Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech, odsłaniając małe, nierówne zęby

Grupa imiesłowu przysłówkowego jest traktowana jako równoważnik zdania podrzędnego.

Spowita w ich cieniu leżała skrzynia

Lepiej “spowita ich cieniem”.

Ponadto(-,) powiększony obraz ujawnił, że metalowy element bardziej niż szpilę(-,) przypomina skierowaną czubkiem na zewnątrz piramidę.

Okolicznika na początku zdania nie wydzielamy przecinkiem. Ten drugi jest niezasadny, bo rozdzielałby podmiot z orzeczeniem (element przypomina); “bardziej niż szpilę” trudno uznać za wtrącenie, ale gdyby ktoś się uparł, to musiałby wydzielić przecinkami z obu stron, a nie tylko jednej. Może podkreślić, że piramidę trójkątną, bo domyślnie piramida ma cztery ściany boczne; kusi mnie, żeby podpowiedzieć “trójgran”, ale to już chyba archaizm.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Nikt nas tutaj nie pogania, jasne, że lepiej odpisać po paru dniach, kiedy potrzeba czasu na przemyślenie odpowiedzi.

Bardzo chciałabym obronić samą intencję opowiadania. Nie pisałam historii o „ptaszysku porywającym dziecko”, a opowieść o zagubieniu, pamięci i żałobie. Kruk nie miał być sprawcą tragedii – o czym również wspominałam w jednym z komentarzy.

Próbowałam stworzyć uniwersalną refleksję o stracie.

Rozumiem, że kiedy zamierzyłaś symboliczną impresję, możesz uznać takie podsumowanie fabuły za nieadekwatne. Z pewnością nie zamierzam kwestionować Twoich intencji. Faktem pozostaje, że walory artystyczne utworu nie zrekompensowały mi tej prostoty fabularnej. Motyw dziecka odebranego przez wrogie, niezwykłe istoty jest popularny w baśniach i legendach: wydaje mi się, że Twój tekst odsyła do niego na tyle silnie, iż nie narzuca się traktowanie go jako bardziej uniwersalnej refleksji, ale to tylko moje zdanie.

To jeden z tych komentarzy, z których naprawdę można coś wynieść, nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzam – i to jest dla mnie największa zaleta bycia nominowaną.

Cieszę się, że tak do tego podchodzisz. Też chciałbym, żeby tak właśnie było, bo pamiętam jeszcze, kiedy nominacja oznaczała szereg komentarzy od rzeczywiście dobrych pisarzy i krytyków, a moje wysiłki to raczej amatorskie łatanie luki.

Pozdrawiam!

Ork prestidigitator triumfalnym gestem wyciągnął białego królika z bynajmniej nie białego, kiedyś spiczastego, ale zdefasonowanego i pokrytego zaciekami niezidentyfikowanych płynów kapelusza.

– Panie, kto pana uczył sztuki? – zapytał królik, wyraźnie oburzony. – To boli, nie należy łapać za uszy, tylko za skórę na karku!

Zgromadzeni wojacy popatrzyli niepewnie najpierw po sobie, a potem na starszego sierżanta Hubrggoga.

– Jeżeli to rozumny królik – dowódca przeprowadzał proste wnioskowania zupełnie szybko jak na orka – i znaleźliśmy go w kapeluszu czarodzieja, to może znaczyć, że go szukał i teleportował się z namiaru na fant, a to znaczy, że…

A oto podsumowanie końcowe:

 

OldGuard – Bal z okazji Końca Świata – 18/5 głosów, 2 TAKI (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy, Marszawa), nominacja!

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej – 9/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

jeroh – Żądza i śmierć – tak musi być – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Ci, którzy pamiętają jutro – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

betweenthelines – Zguba – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, MichaelBullfinch), nominacja!

kronos.maximus – Artefakt na Tytanie – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

JolkaK – Jesteś? – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

Szuwar – Głupie suki – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MordercaBezSerca – 1‰ Echo – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

maciekzolnowski – Partita, która nie domyka ciszy – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

melendur88 – Modelowy ksiądz – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej (Finkla);

JolkaK – Jesteś? (Ambush).

Hej! Ślimak wpełza i złowrogo łypie na kruka…

Utwór jest na pewno nastrojowy, można sobie wyobrazić ten las i jeziorko. Gra na emocjach silna, chociaż nie mam prawdziwego punktu odniesienia – domyślam się, że do rodziców małych dzieci tekst może trafiać dużo mocniej (i potencjalnie być bardzo trudny w odbiorze) – w sumie pisałem coś podobnego pod Twoim poprzednim opowiadaniem. Zastanawiam się też, czy to bliżej fantasy, czy horroru. Układ scen mnie tutaj nie wydał się do końca czytelny: wydaje mi się, że w utworze jest zbyt mało wskazówek, iż pierwsza z trzech przedstawia zniekształcone wspomnienie, jak wyczytałem w Twoim komentarzu; to, że druga jest po trzeciej, oczywiście łatwiej rozgryźć; w każdym razie widzę, że część Przedmówców nie miała z nim problemu. Fabuła nieco szczątkowa, po rozebraniu opisów i porządku zdarzeń sprowadza się do tego, że podczas spaceru w lesie ptaszysko uprowadza dziewczynkę na stracenie i jeszcze w zaświatach ją męczy; nie znalazłem tu dla siebie żadnej nowej myśli dotyczącej unikania strat bądź radzenia sobie z nimi. Zdarzyło mi się w podobnym stylu zbadać brzeg jeziora, ale byłem już większy i woda gdzieś do pasa.

Jak na tak krótki i mający artystyczne założenia tekst naprawdę wiele potknięć językowych. Rozejrzę się, ale trudno mi tu będzie wszystko przesiać:

Lila szła kilka kroków przed kobietą, co chwilę odwracając głowę, upewniając by upewnić się, że dorosła nadal tam jest.

Unikamy nadużywania imiesłowów.

każdy krok nie tylko skracał odległość

Odległość się zmniejsza (drogę się skraca).

Pytanie zawisło w powietrzu ciężarem większym, niż powinno.

Stawiamy przecinek przed “niż”, kiedy rozdziela orzeczenia.

Ciężka i spokojna, jakby należała do tego miejsca od zawsze.

Mgła raczej zalega w jakimś miejscu, niż do niego należy.

każdy zakręt przypominał poprzedni na tyle, by trudno było zapamiętać różnicę.

Na tyle, że (chyba że zakręt robi to umyślnie).

Różowa, przemoczona sukienka z widocznym śladem po urwanym guziku(-,) oblepiała drobne ciało.

Bez przecinka między grupą podmiotu a grupą orzeczenia.

Nadgarstek pięciolatki owijała cienka nitka, związana w prosty supeł, który zaciskała zawsze w chwilach zwątpienia.

Trochę wychodzi, jakby to nitka (a nie dziewczynka) zaciskała supeł.

Studnia tkwiła pośrodku, kamienna i stara, z krawędzią poszarpaną przez czas. (…) Podniosła mały kamień i wrzuciła do cembrowiny.

Cembrowina to właśnie obmurowanie studni, a nie jej wnętrze.

Nie usłyszała plusku, a tafla wody(-,) pozostała nienaturalnie spokojna.

Jak poprzednio.

Kroki nabrały gniewnego tempa, chcąc ruchem zmusić świat do odpowiedzi.

Błąd zawieszenia podmiotu: jak kroki mogą czegoś chcieć?

Ulice traciły sens, zakręty prowadziły w miejsca, które wyglądały znajomo, ale nigdy nie dawały wyjścia.

Powiedzmy, że ulice tracące sens jeszcze ujdą na licencji poetyckiej, ale jak miejsce może dawać wyjście?

Lila zamarła, zawiesiła wzrok dalej, niż sięgała zabudowa

Jak poprzednio.

Bez wahania ruszyła w stronę wskazywaną przez myśli.

Bardziej przez to wspomnienie, obraz w myślach.

Mijane budynki zaczęły tracić ostrość, rozmywając kolory

To nie budynki rozmywały kolory – ich kolory się rozmywały.

aż w końcu dotychczasowe otoczenie zupełnie zmieniło wygląd.

Ależ to bohaterka zmieniła otoczenie na inne, a nie dotychczasowe otoczenie zmieniło wygląd.

ogromny dąb, stary i rozłożysty, z szeroko rozciągniętą koroną

“Rozłożysty” znaczy dokładnie to, że ma szeroko rozciągniętą koronę.

Spojrzenie trwało nieprzerwanie. Lila odniosła wrażenie, że już kiedyś zadała to pytanie.

Dziwny przypadkowy rym.

zanim jeszcze wie, że już odeszło

To w ogóle nic nie znaczy, nawet nie umiem pomóc, bo nie mam pojęcia, co próbowałaś wyrazić.

próbując znaleźć wytłumaczenie dla sytuacji.

Mocne słowa jak na proces myślowy pięciolatki.

Dłoń odnalazła nitkę na nadgarstku, próbując przywrócić porządek. Przełknęła ślinę i zmrużyła oczy z niepokoju.

Powtórzenie “próbując” w bardzo niewielkim odstępie. O mrużeniu oczu też przed chwilą było.

Jednym, pewnym ruchem przeskoczyło na ramię dziewczynki. Lila podskoczyła wystraszona.

Lila nie od razu zareagowała. Była zbyt skupiona na słowach, które wirowały w głowie bez porządku.

Widok tataraku kołysanego lekko przez wiatr zmienił rytm myśli dziewczynki.

“Lekko” już było w tym akapicie.

– Gdzie jest mama? – rzekła łkającym głosem.

Nie prościej “załkała”?

Dziewczynka biegała po polanie między owocowymi krzaczkami.

Krzaczkami owocowymi (cecha istotowa).

Kruk przez krótką chwilę nie robił nic, tylko patrzył, rozważając propozycję.

Nie wiem, czy nie lepiej “jak gdyby rozważał propozycję” (czy w tym miejscu chcesz przypisywać krukowi rozumność).

Źdźbła ustępowały krokom.

Uginały się pod krokami (bo to brzmi, jakby źdźbła znikały, a w zamian pojawiały się kroki).

Uklękła, zgięta w bezsilności.

Tutaj “zgięta” pełni rolę bardziej równoważnika niż przydawki.

 

Na koniec proszę, żebyś nie miała błędnego wrażenia – opowiadanie nie jest bardzo słabe, gdyby nie konieczność oceny piórkowej, pewnie łatwiej byłoby mi wyważyć między komplementami a krytyką, ale do tego poziomu najlepszych opowiadań na Portalu, wzoru dla początkujących autorów, w mojej opinii dużo jeszcze brakuje. Naturalnie nie chodzi o to, żeby mieć teraz zastrzeżenia do nominujących, lecz żeby jak najlepiej skorzystać z otrzymanych komentarzy i rozwijać się literacko.

Pozdrawiam w trybie Ślimaka Nocnego!

Cześć!

Miło mi przywitać nową użytkowniczkę. Jak zwykle polecam fantastyczny poradnik Drakainy, objaśniający prawie wszystko, co chciałabyś wiedzieć o Portalu NF.

Nijak nie jestem znawcą poezji współczesnej, zdecydowanie więcej miałem do czynienia z tradycyjnymi, rymowanymi i rytmicznymi formami. Tutaj, o ile umiem ocenić, kryje się pewien potencjał, niektóre frazy są nieoczywiste i przemawiają do wyobraźni. Te wprost nazywające uczucia (“strach ma smak rdzy i soli”, “wstyd rozlewa się po [w?] żyłach”) są chyba bardziej błahe, ale to tylko moje zdanie. Stylistyka wydaje mi się nierówna, tekst ogółem podniosły – miejscami może zbyt podniosły – ale są też wersy jawnie komiczne: “księżyc wyciąga po mnie dłonie”, “liczę blizny zamiast owiec”. “Każda przemiana to małe umieranie” – ostatnie, czego chcesz, to żeby czytelnik przypomniał tu sobie francuskie le petit mort. W sumie myślę, że niełatwo coś wycisnąć z Lupina i w ogóle wilkołactwa, żeby taki utwór stał się wartościową przenośnią jakiegoś aspektu realnego życia, a nie wyrazem fascynacji postacią literacką.

Przy okazji przypomniało mi się https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/30546. Jeżeli wolno mi spytać, Wy się znacie z Katarzyną? Jest jakiś Olsztyński Klub Miłośników Remusa Lupina?

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Teo Max, z mojej strony też dzięki za tak miłą i ciekawą rozmowę! I oczywiście za komplement co do nicka – mogę bez większej przesady powiedzieć, że jak na razie to jedyny pseudonim, który mi się w życiu udał. Zgadzam się z Berigiem, że Twoje konstruktywne podejście do krytyki jest nader budujące i dobrze wróży dalszej ścieżce literackiej! Punkty, które wypisałaś, jak najbardziej mają sens.

Oczywiście, sprawdzę historię Noelii, ale wolałabym napisać historię nie o niej, lecz o tych procedurach i powiedziałabym, posthumanizmie.

Jasne, też starałem się to wyraźnie rozdzielić w poprzednim wpisie – skoro historia Cię poruszyła, warto ją lepiej poznać, ale jako materiał do przemyśleń, a nie do bezpośredniego wykorzystania w opowiadaniu.

4. Zgodność tkankowa – do analizy :)) tak wymyślić, żeby było proste i możliwe za 20 – 30 lat 5. Nikt tego nie poruszył, więc albo jest dobrze zrobione, albo kompletnie nie wyszło :(( pytanie – dlaczego ten system jest „taki zawzięty na Linę”? System nie jest zły ani dobry, on optymalizuje rzeczywistość :(( Lina nie chce cierpieć? ok., ale jej organy się przydadzą innym, którzy żyć chcą. To taki czarny sen Big Tech – sztuczna inteligencja krok po kroku steruje naszą rzeczywistością, optymalizuje. (…) Ale mój tekst też nie ma być o sztucznej inteligencji, tylko o procedurach i o ludziach.

Punkt 5 został moim zdaniem przyćmiony przez punkt 4. Chyba warto z niego w ogóle zrezygnować – to znaczy nie twierdzić, że organy Liny są wyjątkowo cennym materiałem w stosunku do ogółu populacji, z czego może być trudno wytłumaczyć się medycznie – a w zamian skupić się na tej optymalizacji, o której dalej piszesz. Łatwo wyobrażam sobie utylitarne AI psychoterapeutyczne, które wylicza (na podstawie mniej lub bardziej bałamutnych założeń), że dziewczyna i tak nie będzie miała dodatniej jakości życia, więc lepiej ją zmanipulować, żeby poprosiła o eutanazję i zgodziła się na dawstwo narządów. Szanuję też, że nie chcesz wskakiwać w modną tematykę sztucznej inteligencji i wolisz skupić się na ludziach i ich emocjach. Człowiek psycholog, który ufa wytycznym AI na tyle, żeby prowadzić “terapię” w taki sposób, mógłby być bardziej poruszający czy niepokojący, ale też dużo trudniejszy (dla mnie pewnie niemożliwy) do wiarygodnego napisania. To zawsze kluczowe decyzje autorskie, dotyczące najgłębszych warstw konstrukcji tekstu.

Może jeszcze ktoś zechce skomentować mój tekst. Potem, za jakiś czas, cofnę go do kopii roboczych. Chyba tak można? I wtedy wprowadzę zmiany.

Można, niektórzy tak robią, ale jeśli zmiany będą znaczne, można też zostawić ten tekst i za jakiś czas opublikować nowy na podobnych motywach (pewnie dając w przedmowie link do tego). Osobiście nie jestem fanem kasowania ani cofania do kopii roboczych, bo wtedy też ci, którzy się pod opowiadaniem udzielali, tracą dostęp do swoich komentarzy. Z drugiej strony tutaj byłoby to uzasadnione ze względu na omawiane poprzednio wątpliwości etyczne, chociaż nie chcę też zgrywać jakiegoś świętoszka, tak naprawdę prawdopodobieństwo, że przeczyta ten utwór ktoś, kogo mógłby on osobiście dotknąć, wydaje się zupełnie nikłe.

Pozdrawiam ślimaczo!

Michaelu, pięknie dziękuję za wszystkie korzystne uwagi o wartości mojego wpisu! Naprawdę się cieszę, że tak to oceniasz.

Zresztą naprawdę staram się odrabiać lekcje z zeszłych tekstów. W Utopii przewijało się, że konstrukcja i symbolika to mocne strony, ale fabuła na tym traciła. Tu chciałem to zbalansować, ale rozumiem, że to jeszcze nie to. Będę się starał, żeby każdy kolejny raz wypadał coraz lepiej. 

Jak wspomniałem, nie czuję się do końca kompetentny czy obeznany z tą konwencją. Też na pewno będę się jeszcze starał coś Ci podpowiedzieć dla dalszego rozwoju, ale wychodzi to rozwlekle, nie całkiem w punkt, nawet kiedy czuję, że coś zgrzyta w opowiedzianej historii, niekoniecznie potrafię to ugruntować, wskazać przyczynę. I rzeczywiście nie wiem, gdzie mógłbyś znaleźć artystę stylistyki przypowieści, żeby się od niego dalej uczyć, tu na Portalu raczej sobie nie przypominam, by ktoś się naprawdę wgłębiał w ten gatunek literacki.

Przy sporze Chrysaima z Kaelionem chyba faktycznie najmocniej rozmijamy się interpretacyjnie. Ja osobiście nie traktowałem Chrysaima jako tego, który ma rację, tylko raczej jako kogoś, kto mówi rzeczy częściowo prawdziwe, ale bardzo niebezpieczne, jeśli odda się je w ręce zwykłych ludzi. Dlatego zależało mi, żeby Kaelion też miał naprawdę mocne argumenty i momentami wręcz przekonywał bardziej od niego. W mojej głowie to nie był konflikt dobro kontra zło, tylko dwóch ludzi, którzy rozumieją naturę człowieka zupełnie inaczej.

Mam wrażenie, że w tym jednym miejscu niezupełnie mnie zrozumiałeś, może będziesz chciał zerknąć jeszcze raz na poprzedni komentarz. Pisałem, iż domyślam się, że pragnąłeś osiągnąć właśnie taki efekt, jaki tu opisujesz, starałem się jednak pokazać, dlaczego w mojej opinii Ci ten efekt nie wyszedł i tekst nakierowuje czytelnika na interpretację inną niż zaplanowana przez autora.

Jeszcze do drobiazgów z poprzednich komentarzy:

Może też patrzę z punktu widzenia dyżurnego, bo zdarzyło się już, że jakiś tekst przepadł w natłoku innych, nawet nie trafiając do biblioteki, a po mojej nominacji nagle zjawiło się kilka osób. Wolę nominować więcej, a niech już Loża się przyjrzy i zdecyduje niż, żeby jakiś tekst zaginął. Ale równocześnie jak zaznaczyłem, jeśli ktoś chce nominować jeden miesięcznie – jego prawo, nie jest to wcale jakieś głupie podejście.

Jasne, każdy ma prawo do swojego podejścia przy nominacjach. Podstawowe założenie wydaje mi się takie, że nominujemy teksty, o których uważamy, że zasługują na Piórko, pasują jakością literacką do ich typowego poziomu. Jednak jeżeli ktoś nominuje bez takiego przekonania, głównie po to, żeby zwrócić uwagę na dane opowiadanie i zapewnić autorowi dodatkowe cenne komentarze, też trudno mi to jakoś mocno krytykować. Co najwyżej wskazałbym, że im więcej tych nominacji, tym mniej uwagi koniec końców każda może otrzymać.

niestety dzieli nas sporo godzin, ze względu na strefy czasowe, ale właśnie wróciłem z pracy i jestem wykończony

Tutaj dałeś mi niezłą zagwozdkę, gdzie też można mieszkać, żeby wracać z pracy o piątej rano czasu polskiego. Przychodzą mi do głowy następujące opcje, mniej więcej w kolejności prawdopodobieństwa:

a) zachodnie wybrzeże Stanów i nieprzyzwoicie późny powrót z pracy;

b) nie dość, że inna strefa czasowa, to jeszcze praca w systemie dyżurowym lub zmianowym;

c) Nowa Zelandia (i dość wczesny powrót z pracy) lub w ogóle wysepki środkowego Pacyfiku.

Oczywiście nie czuj się zobowiązany do konkretnej odpowiedzi, ogólnie i tak wiemy, że masz okazję podróżować w różne miejsca globu i inspiruje Cię to literacko.

Pozdrawiam ponownie!

Cześć, Cezary!

Ładne małe opowiadanie w Twoim stylu, dość jednak typowo mówiące o predestynacji. Najłatwiej to odczytać jako przenośnię tego, że pracownik korporacji nie ma poczucia decydowania o własnym życiu, brakowałoby mi jednak jakiegoś kontrapunktu, że mimo wszystko ten poziom swobody przeciętnego człowieka jest wyższy niż kiedykolwiek wcześniej. Niejasno mi się przypomina pewne podobieństwo z Panią Metamorfoz Gekikary.

Naturalnie wolałbym, żeby to nie był Twój ostatni tekst. Ta uwaga – w połączeniu z tematyką oraz nienajlepszą, sprawiającą wrażenie dziwnego pośpiechu redakcją – włącza mi łagodny dzwonek alarmowy, może zresztą całkiem niepotrzebnie. Metaforycznie rzecz ujmując: nie wysiadaj przed Wysoką Bramą, a w razie gdyby coś za Tobą uparcie jechało, wezwij profesjonalną pomoc.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Czy Dobra Księga mówi coś o wymianie ekwiwalentnej? (Esterad Thyssen)

Cześć, Michaelu!

Porządnie skonstruowany kawałek prozy, którego kompleksowa analiza stanowi pewne wyzwanie (dopisek: i w istocie zeżarła mi większość wieczoru). Mam wrażenie, że zyskuje w miejscach, w których najbardziej przypomina opowiadanie – czyli na przykład niepewność, co nastąpi po odprawieniu żołnierza, i potem pełna napięcia rozmowa między prorokiem a cesarzem. Często nie przywiązuję zbyt dużej wagi do przemian bohatera czy jego sprawczości i tu mi tak nie przeszkadzało, że wybijająca się na pierwszy plan Sera nie realizuje tych założeń. Zastanawiała mnie natomiast pod innym względem: czy nie staje się rodzajem poduszki moralnej dla czytelnika, pozwalającej mu wierzyć, że w danej sytuacji zachowałby przyzwoitość, choćby nie było to prawdopodobne. Poza tym jednak tekst składa się właśnie w dużej mierze z serii kolejnych scen ukazujących reakcje moralne w dość sztucznie powstałej, będącej wynikiem eksperymentu Chrysaima na mieszkańcach wioski sytuacji. Oddala się tym od opowiadania, zbliżając do przypowieści lub nawet bardziej – próby fabularyzowanego traktatu etyczno-socjologicznego. Ten aspekt jest silniej wyrażony niż w Utopię waszą utopię i osobiście myślę, że całość na tym straciła. Nie chciałbym Cię siłą odciągać od takiej stylizacji utworów, widzę, że masz do tego chęci i talent; po prostu wskazuję, że to wymagający kierunek, z małym marginesem błędu, trudno Ci będzie znaleźć kogoś kompetentnego, żeby udzielić wskazówek potrzebnych do dalszego rozwoju.

Wyróżniającym się wątkiem jest niewątpliwie ten, w którym prorok powierzchownie uczy słuchaczy dzielenia się majątkiem i wspierania nawzajem, a przy pierwszej dobrej okazji chciwość wraca wzmożona jak w efekcie jo-jo i rozszarpują go na strzępy. Rozumie się, że nie jest to subtelne podejście, karmisz czytelników morałem na siłę zamiast pozwolić go wywnioskować. Same sceny końcowe wykorzystują bardzo znane tropy literackie i elementy zbiorowego imaginarium (król Midas, Orfeusz rozerwany przez menady, zarżnięcie kury znoszącej złote jaja, trzydzieści srebrników, postaw czerwonego sukna). Nie przytaczam tego do końca jako zarzutu, bo to także sztuka, połączyć tyle klasycznych motywów w nie całkiem wtórny obraz.

Pewnym zarzutem będzie natomiast to, jak ta scena rzutuje na drugi wiodący wątek, czyli spór między prorokiem a cesarzem. Otóż niesprawiedliwa śmierć Chrysaima i nadnaturalna kara spadająca na mieszkańców wioski, w połączeniu z przypowieściową konwencją, moim zdaniem bardzo silnie skłaniają do tego, by przyjąć jego i Sery rację również w tym sporze za rację autorską i ważne przesłanie całości. Tymczasem mniemam, że chciałeś raczej skłonić czytelnika do samodzielnych przemyśleń i że w obrębie naszych standardów cywilizacyjnych trudno przyjąć takie stanowisko bez zastrzeżeń. W istocie jeżeli nie zgadzamy się na przeszczepianie od dobrowolnych dawców niezbędnych im do życia narządów, to również cud wywołujący zbliżone skutki powinniśmy uznać za nieakceptowalny, a udostępniającą lub afirmującą go religię – za demoniczną.

Tak silne nawiązania do Chrystusa (w imieniu, może też liczbie głosów – skądinąd w całej tej scenie głosowania dostrzegam piękną reminiscencję z Kordiana) wydają mi się niepotrzebne. Każdy tego rodzaju prorok i tak będzie do niego porównywany, a jeżeli tak silnie zwracasz na to uwagę, to interpretuję to w ten sposób, że wymagasz od odbiorcy poszukiwania jakiejś bardzo ważnej, nieoczywistej paraleli. I nie znajduję jej. Ich nauczanie (jak już wskazałem górnym cytatem oraz w poprzednim akapicie) nie wydaje się zbyt podobne, za to wrzucasz wyobraźnię w bardzo konkretne realia i potem czytelnicy myślą nad “wizytami gospodarskimi władców Cesarstwa Rzymskiego” zamiast nad przesłaniem tekstu.

Moment, w którym prorok odmawia żołnierzowi, wydał mi się jednym z najciekawszych, najbardziej wieloznacznych – i tu najprędzej szukałem tego nieoczywistego związku z nauką chrześcijańską (w jej problematycznych aspektach) – że cierpienie ma jakoby samoistną wartość i dlatego nie można przyjąć ofiary kogoś, kto pragnie się go pozbyć, a jedynie kogoś, kto czegoś się wyrzeka i przychodzi mu to z trudem. Rzeczywiście to do mnie trafiło, człowiek niekoniecznie aż tak zrozpaczony, by formułować myśli samobójcze, może być już w pełni gotów, by oddać życie za bliźniego; w deklaracji i przekonaniu, choć nie zawsze w ostatniej chwili decyzji, bo instynkt przetrwania jest bardzo silny.

Pod względem językowym na pewno nie jest źle, tekst nie wydał mi się tak dopieszczony jak niektóre Twoje poprzednie, ale też nie potykałem się jakoś mocno. Trochę przystrzygłbym imiesłowy. Konkretny szczegół interpunkcyjny do zapamiętania:

Nie poprosicie o więcej, niż dostaniecie.

Zamiast owoców(-,) z gałęzi zwisały bryły czystego złota – lśniące, doskonałe i całkowicie bezwartościowe dla konających z głodu ludzi.

Interpunkcję “niż” i “zamiast” opisaliśmy z Tarniną w poradniku dla średnio zaawansowanych (rozdział 13).

 

Podsumowując, dziękuję za podzielenie się utworem! Widać, że warsztat Ci się wyrabia i w rzeczy samej pod niektórymi względami na pewno mogę się od Ciebie uczyć, ale piórkowo jestem w tej chwili na NIE. Na pewno będę jeszcze przetwarzał wrażenia, więc istnieje jakaś niewielka szansa na zmianę zdania, gdybym wpadł po czasie na przełomowy wniosek czy interpretację.

Pozdrawiam ślimaczo!

Ładny drobiażdżek z ładnej okazji, może się odrobinę lżej robi, że nie wszyscy wartościowi ludzie umierają przedwcześnie. Motyw trochę jak z “Baśni tysiąca i jednej nocy”. Gdzieś kiedyś czytałem, że Brytyjczycy mieli (lub może wciąż mają?) zaplanowane, iż w wypadku nawiązania kontaktu z obcą cywilizacją to on powinien ogłosić to społeczeństwu.

Nie widzę powodu, żeby tu pisać zaimki drugiej osoby wielką literą, wszystko wskazuje na to, że rozmawiają ustnie, a nie listownie.

Podoba mi się tu na Portalu i czuję się zaopiekowana. Nawet jeśli ktoś przeszedł się po moim tekście z czerwonymi flagami, nie zapomniał na koniec napisać coś pozytywnego i zachęcającego. Idealnie.

To bardzo miłe! Muszę zapamiętać, że tak mocno zwróciłaś na to uwagę, bo faktycznie zdarzało mi się zapominać o tym, żeby w miarę możliwości napisać coś zachęcającego. Dziękuję też za zaproszenie do znajomych, pewnie już zauważyłaś, że na tym forum ma to bardzo ograniczone funkcje, ale doceniam gest.

to największy problem. Spróbowałam pisać utożsamiając się z osobą w depresji, czyli nie dostrzegając rodziny (i troski) przyjaciół, żadnego dobra. Wyszło jak oskarżenie rodziny :(

Przyznam, że nie myślałem o tym w ten sposób, choć to także istotna uwaga. Chodziło mi bardziej o to, że bliscy, którym zależało na niej jako na osobie, mogą czuć się jakoś dotknięci, że jest wykorzystywana jako pretekst do dyskusji publicystycznej i światopoglądowej. Jedno i drugie jest przyczyną, dla której warto pilnować, żeby historie i postaci były bardziej uniwersalne, mniej wzorowane na konkretnych przypadkach.

Po prostu – nie doceniłam problemu. Więc dzięki, że to wskazałeś. Wyobraziłam sobie, że za dwadzieścia lat zgodność tkankowa A+ będzie wskazywać potencjał dawcy jak grupa krwi O Rh-. Ale nie wytłumaczyłam tego.

Nie ma sprawy, myślę, że udało mi się chociaż pobieżnie wyjaśnić, dlaczego układ zgodności tkankowej jest dużo bardziej skomplikowany oraz z perspektywy całej populacji nie ma tak istotnych różnic genetycznych w “potencjale dawców”.

Myślę też, że należy odróżnić zaniechanie uporczywej terapii od eutanazji. I nic nie mają tu do rzeczy abstrakcyjne ideały. Należy przyglądać się procedurom i ludziom, którzy je tworzą.

Zgadzam się, że to rozróżnienie jest potrzebne. W debacie publicznej nieraz dostrzegałem ze strony przeciwników eutanazji odnoszenie się do abstrakcyjnych ideałów w typie “świętości życia”, natomiast oczywiście w Twoim tekście nie widać takiego stanowiska, piszesz o procedurach i o ludziach.

Te smutne pytania tworzą historię Noelii osobistą i jedyną, ale musiałam je pominąć w tekście.

Jasne, na pewno byłoby źle, gdyby tekst jeszcze bardziej o niej opowiadał, tak jak pisałem poprzednio. To utożsamienie jest na tyle silne, że trudno nie odnieść się do wcześniejszych wpisów na temat pierwowzoru bohaterki, niemniej staram się wyraźnie rozdzielać te dwa wątki, żeby było widać, że nie ma to związku z moją oceną jakości opowiadania.

Kolejne niestety – znam je tylko z social mediów.

Myślę, że social media nie są dobrym źródłem wiedzy w sprawie budzącej takie emocje. Dlatego podałem link do artykułu w anglojęzycznej Wikipedii, który z kolei zawiera odniesienia do licznych źródeł w postaci stron factcheckingowych i profesjonalnych mediów hiszpańskich. Jak mówiłem, też nie mam pełnego rozeznania, ale obawiam się, że do swoich przekonań o tym zdarzeniu zaczerpnęłaś mimowolnie wiele częściowych prawd i dezinformacji.

Serdecznie zachęcam, byś raczej sama zgłębiła te lektury, ale skrótowo już odniosę się do wyliczanych przez Ciebie wątpliwości: komisja lekarska (nie jest to decyzja pojedynczego lekarza) wypowiada się o tym, czy pacjent ma rozeznanie pozwalające na podjęcie decyzji o eutanazji oraz czy wyczerpano możliwości skutecznej pomocy medycznej. Sądy wypowiadały się o tym, czy decyzja komisji była zgodna z prawem hiszpańskim, a nie o swoich przekonaniach czy entuzjazmie. Tak, pacjent może wycofać taką prośbę w każdej chwili i nie wymaga to pisania podań do sądu, wystarczy zakomunikować lekarzowi. Przepisy nie wymagają choroby terminalnej. Według wiarygodnych źródeł Noelia Castillo cierpiała na paraplegię, czyli nieodwracalne porażenie dolnej połowy ciała. Niektóre takie osoby są w stanie z jakimś usztywnieniem nóg poruszać się o kulach, schody byłyby już dużym wyczynem. Nie wiem, czy to prawda, że jej lekarz prowadzący był jednocześnie koordynatorem transplantologii, ale gdyby nawet, nie wydałoby mi się to zbyt niepokojące, bo w Polsce (zakładam, że w Hiszpanii tak samo) taki koordynator nie ma osobistego interesu w doprowadzeniu do przeszczepu, to funkcja techniczna wiążąca się głównie z robotą papierkową. Ogółem w Europie te procedury związane z transplantacjami są solidnie dopracowane, dużo więcej niepokojących doniesień dotyczyło Stanów czy zwłaszcza Chin.

Pozdrawiam!

Średniówka to jest ten wers sensu stricto że tak powiem? W ujęciu graficznym? Bo kiedyś robiłem research pod tym kątem, ale przyznam, że już wtedy nieco się pogubiłem. Muszę się jeszcze sporo douczyć.

Średniówka to stabilne miejsce podziału wersu, określające format wiersza w tradycyjnej metryce sylabicznej. Taki Pan Tadeusz jest obszernym przykładem trzynastozgłoskowca 7+6, czyli mającego średniówkę po siódmej sylabie:

Śród takich pól przed laty | nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, | we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, | lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka | pobielane ściany.

Podobnie jak w przypadku klauzuli (zakończenia wersu), oprócz przerwy między wyrazami w określonym miejscu średniówka powinna mieć też regularny akcent, zwykle na drugiej sylabie od końca.

Im dłuższe mają być linijki w utworze, tym bardziej wymaga on wytyczenia średniówki, od dziewięciu sylab wzwyż jest potrzebna prawie zawsze, ośmiozgłoskowiec to taki przypadek graniczny. W bardzo długich wersach może się pojawiać więcej niż jedna średniówka.

Co do życzeń, to po takowych chęci będą na pewno, ale przyznam, że teraz czuję się nieco niedorozwinięty.:D

Myślę, że prawie wszyscy tutaj czujemy się nieco niedorozwinięci literacko, w końcu inaczej o wiele więcej tekstów wysyłalibyśmy do wydawców zamiast przeznaczać na forum. Mam nadzieję, że udało mi się trochę pomóc!

Cześć, Teo Max!

Trafiłem na Twój tekst pierwszy raz, mam nadzieję, że podoba Ci się tutaj i zadomowisz się na Portalu. Zakładam, że podano Ci już linki do poradników, w razie jakichkolwiek wątpliwości nie wahaj się pytać, chętnie pomogę, jak zresztą każdy doświadczony użytkownik.

Szanuję, że poruszyło Cię to zdarzenie i postanowiłaś podzielić się przemyśleniami w formie literackiej. Warto, żeby fantastyka odnosiła się do rzeczywistości, nie była oderwaną bajeczką, taka ambicja dobrze rokuje na przyszłość. Jednak do realizacji tematu mam poważne zastrzeżenia, którymi postaram się podzielić w możliwie przystępnej formie.

Otóż po pierwsze: moim zdaniem jest nazbyt wyraźnie widoczne, że Twoja bohaterka jest w całości wzorowana na rzeczywistej zmarłej dziewczynie, tylko ze zmienionym imieniem i częścią otoczki. Przez to utwór może (niechcący, zakładam) sprawiać wrażenie, że nie ostrzega przed potencjalnym przyszłym zagrożeniem, tylko wpisuje się w burzę medialną dotyczącą konkretnego przypadku i dokłada do niej kolejny wyobrażony spisek. Przypuszczam też, że lektura mogłaby być dotkliwa dla jej bliskich, gdyby któryś akurat czytał po polsku i tutaj trafił.

Po drugie, samo formułowane przez Ciebie ostrzeżenie wygląda mi na pozbawione solidnego oparcia:

STATUS BIOLOGICZNY:

Profil tkankowy A+.

POTENCJAŁ TRANSPLANTACYJNY:

Bardzo wysoki.

Czy aby nie pomieszałaś układu zgodności tkankowej z grupami krwi? Kompatybilność grup krwi między dawcą a biorcą jest (w zasadzie) potrzebna do przeszczepienia, ale typ białek tkankowych prezentujących antygeny jest dziedziczony wielogenowo i jego opis jest dużo bardziej skomplikowany, bo mamy do czynienia z ponad 17 000 alleli w różnych kombinacjach, zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Human_leukocyte_antigen. Co z tego dalej wynika, mówienie o “potencjale transplantacyjnym” nie ma sensu, kolejka oczekujących biorców jest długa i zdrowe narządy zawsze komuś pomogą.

Wyjątkiem może być jakiś monarcha absolutny czy dyktator o bardzo rzadkim haplotypie HLA, ktoś taki może starać się o w miarę zgodnego tkankowo niewolnika, żeby w razie potrzeby mieli mu od kogo pobrać organy do przeszczepu – słyszałem, że to się rzeczywiście zdarza, ale takie przypadki są siłą rzeczy jednostkowe.

Inny problem moralny zbliżonej natury to tzw. “rodzeństwo ratunkowe” – rodzice chorego dziecka potrzebującego przeszczepu mogą starać się o kolejne dobrane genetycznie tak, żeby mogło być dla niego dawcą (komórek macierzystych lub szpiku). Tutaj istnieje obawa przed nadużyciami i potrzeba mądrych regulacji – ten temat poruszył już w wydaniu dystopijnym Kazuo Ishiguro (Nie opuszczaj mnie) i pewnie trudno będzie lepiej, choć oczywiście wolno próbować.

 

W smutnym przypadku Noelii Castillo, jak wspomniałem, czytelnik mierzy się z potężnym nawałem doniesień medialnych i dezinformacji. Nie mogę powiedzieć, żebym to wszystko śledził, artykuł w enwiki sprawia na mnie wrażenie rzetelnego, ale naprawdę szczegółowe zbadanie sprawy mogłoby wymagać pomocy kogoś swobodnie czytającego po hiszpańsku.

W tym konkretnym przypadku (prawdopodobnie – sąd się jeszcze nie wypowiedział) załamano prawo. Lekarz prowadzący eutanazję był jednocześnie koordynatorem transplantacji. I jeszcze kilka pomniejszych problemów prawnych i etycznych.

Sąd wypowiedział się we wszystkich instancjach do Strasburga włącznie i odrzucił roszczenia wspieranego przez organizacje katolickie ojca do decydowania o życiu dorosłej córki.

Pacjent teoretycznie może wyrazić zgodę tylko na eutanazję, a nie na pobranie narządów (moim skromnym zdaniem byłby to postępek wyjątkowo obrzydliwy), może też ją w każdej chwili wycofać.

Kobieta nie była chora terminalnie. Mimo depresji sąd przychylił się do jej prośby o eutanazję, stwierdzając, że ma właściwe rozpoznanie rzeczywistości i rozumie konsekwencje.

Była trwale sparaliżowana. Doznawała trudnego do opanowania bólu. Opisałaś to przecież. Decyzja o eutanazji nie była uzasadniona depresją.

Potem napisała prośbę o „czas do namysłu” – sąd odmówił, stwierdzając, że nie ma właściwego rozpoznania, i napisała tę prośbę pod wpływem innych osób.

Nie wiem, z jakich źródeł korzystałaś, ale jak wyżej: pacjent może w każdej chwili zmienić zdanie co do planowanych zabiegów i po prostu powiedzieć o tym lekarzowi prowadzącemu, pisanie próśb do sądu nie ma tu nic do rzeczy.

A to, co musiała przeżyć w ośrodku dla młodzieży, trudno sobie wyobrazić.

Napaści, o których mówiła w wywiadzie, miały miejsce w późniejszym życiu – o ile wiem, wiarygodne doniesienia nie potwierdzają, by w ośrodku padała ofiarą prześladowań.

 

Właściwie nie wyraziłem powyżej własnego zdania w temacie eutanazji, bo nie ma to nic wspólnego ze stroną artystyczną i konstrukcyjną tekstu, choć pewnie jakoś przebija. Sądzę mianowicie, że zdrowy człowiek nie potrafi sobie wyobrazić cierpienia doznawanego przez nieuleczalnie chorych, których każda chwila jest przepełniona rozrywającym myśli bólem. Jeżeli nie umiemy im zaproponować skutecznej pomocy i poprawy stanu zdrowia, to nie mamy prawa wymagać, żeby dalej cierpieli w imię abstrakcyjnych ideałów. Zgadzam się natomiast, że może to się wiązać z ryzykiem nadużyć – wprawdzie niedokładnie takich, o jakich tutaj pisałaś – i antycypacja oraz konstruktywne odpieranie takich zagrożeń wydaje się wdzięcznym materiałem dla fantastyki bliskiego zasięgu.

Jeżeli chodzi o eksperymentalną formę utworu, zebrałaś już cenne informacje zwrotne od poprzednich czytelników. Dla mnie osobiście była znośna, w jakiejś mierze pasująca do tematu, ale na dłuższą metę musiałaby się okazać męcząca. Myślę, że warto ćwiczyć bardziej klasyczne prowadzenie opowieści.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

nawet nie wiem, czy widać niejednoznaczność końcówki. To znaczy, że los bohaterów nie jest przesądzony. W sumie nikt jeszcze nie wysłał mi jasnego sygnału.

Mignęło mi, że może ich Arghor przygarnął, cieleśnie lub tylko dusze (w końcu doktor miał jakieś podejrzenia, że tak nagle wyszedł), ale jednak przyjąłem za podstawową interpretację, że zginęli.

Poprawione. Wina moja, nie doktora.

A szkoda, już miałem wizję, jak w hipotetycznej rozbudowanej wersji używa słowa rafinada zamiast wyrafinowaniekolacjonować zamiast wieczerzaćsamotrzeć zamiast samodzielnie, logarytm na oznaczenie wyciora

Nie wiem, skąd mi się wziął żeński wzór. (Od Matejki? Ale to był Polak).

Matejki, Kościuszki, Tarły… Może od wczucia się w nastrój epoki, bo wydaje mi się, że w bardzo starych tekstach widywałem nazwiska romańskie na -o odmieniane wzorem żeńskim.

Pewnie też dlatego w Wikipedii mamy aksjomatyki Zermela(-Fraenkla) i Peana. Chociaż wcześniej w żadnym podręczniku ani encyklopedii z taką fleksją wymienionych nazwisk się nie spotkałem.

Rzeczywiście, ja też nigdy. Aż z ciekawości sprawdziłem, jak wygląda w Wikipedii sumowalność metodą Cesàro, ale tu nie zdecydowali się dać -a.

W sprawie interpunkcji zauważyłem jeszcze pobliskie zdanie:

– Czy oni się pieprzą czy walczą na śmierć i życie?

Wiem, że interpunkcja powtórzonego czy to delikatny temat, ale tutaj chyba powtarza się w tej samej roli, jako partykuła pytajna? Gdybyś chciał traktować to drugie czy spójnikowo jako “lub” i opuścić przecinek, to obawiam się, że prawidłowe odpowiedzi brzmiałyby “tak, robią jedną z tych dwóch rzeczy” albo “nie, grają w karty”.

W szczególności życzę szybkiego wyleczenia się z tenisowej kontuzji.

Dziękuję! Nic mi nie będzie, już jest dużo lepiej niż rano.

Cześć!

Zdaje się, że też lekko naciągnąłem mięsień biodrowo-lędźwiowy. Przy tenisie, żeby nie było głupich pytań. O ile pamiętam, wzorcowa pisownia to “nadwerężyć”, przez “y” jest najwyżej dopuszczalna.

Uzbrojenie w miarę kompatybilne z epoką napoleońską. Legiony Polskie we Włoszech. W togach. W dżungli. I bóg, który lubi matematyków. Co za maledetto miszmasz. Zastanawiam się, czy aby nie jest to zbyt ściśnięty pomysł, świat na miarę powieści wtłoczony w opowiadanie – co i mnie się przydarzało – ale nie mam pewności, czy nawet mając więcej miejsca na przedstawienie genezy tej sytuacji, udałoby się ją uzasadnić, przekonać czytelnika, że pozwala na opowiedzenie bardziej atrakcyjnej historii niż coś mniej pomieszanego.

Jako przygodówkę czyta się to ciekawie, jednak zakończenie pozostawia zawód, główni bohaterowie giną nagle bez sensu ani pożytku, reszta świata toczy się swoim trybem. Wiemy, komu bije dzwon, ale bije on pusto. Jeżeli w tym z kolei szukać głębszego przesłania, to chyba nie tego oczywistego, że nie warto zostawać mięsem armatnim w prywatnej firmie wojskowej, i chyba nie tego wyrażonego przez Dąbrowskiego, jakoby nie było różnicy między miłością a walką. Naprawdę porządny tekst biblioteczny, ale piórkowo na NIE.

Pod względem językowym jest bardzo dobrze, nie muszę Cię o tym zapewniać. Na dobrą sprawę rzucił mi się w oczy jeden mocno dziwny szczegół:

Twoi nobliwi bliscy nie żyją i nie masz czego szukać w porewolucyjnym Rzymie.

Nobliwi? Nie mówię, że nikt nigdy nie użył tego słowa w takim kontekście, ale moim zdaniem trzeba by to ugruntować w innych miejscach, że doktor w ogóle posługuje się pojęciami błędnie lub mocno dowolnie. Bliscy mogą być wpływowi, ostatecznie dostojni, ale nobliwi? Przychylny opis sposobu bycia i wyglądu w miejscu, gdzie logika wypowiedzi nakazuje rzeczowy z nutką ironii opis statusu?

Raz pozostawiasz tę postać nieodmienioną (doktora Goldo), trzy razy odmieniasz z tematem żeńskim (Goldę, Goldy), a wydaje mi się, że jako męskie nazwisko niesłowiańskie na -o powinno odmieniać się męskotematowo.

To, że się nienawidzą, czy to, że bez siebie nie mogą żyć?

Domknięcie wtrącenia.

Pozdrawiam ślimaczo!

Chciałam odbiec od tradycyjnej “Sawy”. :)

Skoro taką miałaś koncepcję twórczą, żeby zmodyfikować to tradycyjne imię, to może lepiej już nie kombinować i zostawić “Zawę”.

lecz właśnie też w Wikipedii przy pisaniu szorcika znalazłam notkę

Jasne, czytaliśmy to samo, polemizowałem tylko z ironią dziejową wskazywaną przez Roberta.

Uznałam, że pozmieniam nieco, by logiczniej zabrzmiała nazwa ich miejscowości. :)

Jednak “s” i “z” i tak nie miałyby jak zlać się w “sz” w wymowie. Natomiast hipotetycznie “Warsawa” mogłaby przejść w “Warszawę” na zasadzie hiperpoprawności (unikanie domniemanego mazurzenia); w rzeczywistej nazwie zaszła inna zmiana tego typu, bo pierwotnie była “Warszowa”, a ścieśnianie “a” w “o” także bywało cechą gwarową.

no proszę, Syrenka przetrwała okupację, a dorwały ją dwie panie z ostatniego pokolenia. Co za ironia…

Syrenka staromiejska (wówczas stała na Górnym Czerniakowie) została podczas okupacji i powstania bardzo poważnie uszkodzona, powiślańska nieco mniej, ale też nie ma co tego porównywać z oblaniem farbą, abstrahując od nikłego sensu takiej formy protestu. Zresztą po wojnie także zdarzały się poważniejsze akty całkiem bezmyślnego wandalizmu, chyba najczęściej odłamywanie miecza, bez żadnej motywacji ideologicznej. Nie to, żebym aż tak dobrze znał historię pomników w Polsce, po prostu zajrzałem do Wikipedii…

Sądziłam, że jest to zrozumiałe, ale najwidoczniej nie… Może rzeczywiście dość niefortunnie wygląda ta bliskość wyrazów, pomyślę nad zmianą, dziękuję. :)

Moim zdaniem jest całkowicie zrozumiałe, normalna konstrukcja, nie ma powodu zmieniać.

Dotąd jeszcze żaden dotyk nie był mi równie miłym… → Dotąd jeszcze żaden dotyk nie był mi równie miły

To uznałem za element stylizacji, ale chyba rzeczywiście odstaje archaicznością od reszty tekstu.

 

Ponownie i nadal serdecznie pozdrawiam!

Cześć!

Pomysł ma potencjał – pastisz grozy gotyckiej, który na początku pokazywałby przeżycia bohatera z nadmiernie celebrowaną powagą, żeby stopniowo czytelnik mógł się przekonywać, że tak naprawdę ma do czynienia ze znudzonym młodym arystokratą, dla którego ta niesamowitość jest obowiązującą pozą czy źródłem doraźnych emocji, ale nie treścią życia. Do takiej koncepcji pasuje też sięgnięcie po tradycyjne wzorce wierszowania. Rzeczywiście nieco podobne tony autoironii względem romantycznych form przeżywania przewijały się już u Mickiewicza (np. ballada To lubię).

Niestety, moim zdaniem, niedociągnięcia formalne tej próby bardzo rzucają się w oczy. Chodzi przede wszystkim o rytm – oczywiście we współczesnej liryce przeważa wiersz wolny, ale skoro już sięgamy po trzynastozgłoskowiec, to nie ma siły, trzeba tej średniówki dopilnować, żeby utwór nie sprawiał wrażenia nieporadnego. Tutaj starałeś się trzymać klasycznego 7+6, ale są też wersy typu 5+8 (“Wzrok chłonie słowa, a słowa jakże straszliwe”), 8+5 (“Czyżby ktoś zimny i zaschły rozwarł swe oczy?”), 6+7 (“Jakby na posadzkę z trumny runęło wieko”) i może jeszcze coś. Myślę, że dzięki upilnowaniu średniówki przekonałbyś się też, iż nie trzeba już tak zajadle sprawdzać, czy każdy wers ma trzynaście sylab, rytm przychodzi wtedy bardziej naturalnie.

Technika rymów także wymaga poprawy – wprawdzie domyślam się jakiejś koncepcji artystycznej w tym, że na początku przeważają rymy niedokładne, a znów w ostatniej strofie są wyłącznie gramatyczne, ale jedne i drugie powinny być smaczkiem wśród dobrych par rymowych, a nie głównym budulcem tekstu. (Jeżeli już, sam pewnie próbowałbym odwrotnie – dać ze dwa rymy gramatyczne na początku, gdy traktujemy młodego arystokratę serio, nawiązując do poetyki Mickiewicza, w której bywały one dopuszczalne, a parę asonansów pod koniec, żeby lepiej ujawnić ironiczny dystans, wypowiedź z perspektywy epoki, w której używa się rymów niedokładnych).

Poszczególne sformułowania budzące moje zastrzeżenia:

przylegnął

Dziwna kontaminacja “legnąć” i “przylgnąć”.

kagankiem oświetla,

Karty romansu

Co robi ten przecinek między orzeczeniem a dopełnieniem bliższym?

Ręka chuda, szkielecia, dłuży się

Czas może się dłużyć, a ręka to raczej wydłużać czy wyciągać.

Budzi się smyk z krzykiem

A teraz małą literą? To w końcu jest nietypowe imię czy po prostu informacja, że bohater jest smykiem, to znaczy małym dzieckiem? (Dlaczego małe dziecko miałoby czytać grozę gotycką przy ścianie grobowca i niedbale poprawiać kołnierz?)

 

Mam nadzieję, że wpis się choć trochę przyda. Pozdrawiam, życzę wiele chęci do dalszych prób i rozwoju!

Cześć, bruce!

Dziękuję za miłą lekturę przed snem. Na pewno warto było to spisać, pomysł takiego połączenia legendy o Syrence i mitu Amazonek jest nader plastyczny i oryginalny, dźwiga tekst. I jeszcze z mitologią grecką (choć czy tamte pierwotne syreny nie były bardziej ptasie?). Prawdę mówiąc, dotąd raczej się nie stykałem z Amazonkami w kontekście słowiańskim, chociaż było w epilogu Balladyny “choć pewien uczonek / mniema, iż pochodziła z kraju Amazonek”, więc coś gdzieś dzwoni. Pomysł z fikcyjną etymologią też ładny, inicjalne “a” z czasem mogłoby się zlać z przyimkiem “na”… Dlaczego “Zawa”, a nie tradycyjna “Sawa”?

Konwencja baśni dziecięcej utrzymana dość dobrze. Syrenka wypada, powiedziałbym, pomnikowo, jakby deklarowała uczucia zamiast je przeżywać, ale może to ma sens, skoro faktycznie występuje pod postacią pomnika i relacjonuje zdarzenia z dystansu więcej niż millenium. Mocno rzucają się w oczy wskazywane już przez Przedmówców szczegóły, które zakłócają spójność konstrukcji świata (jak choćby z tym “szukając jakiejkolwiek strawy” czy z kolei znajomością smaku i składników placka). Albo tutaj:

nadal jeszcze z trudem powstrzymywałam naturalne żądze. A te były zgubne dla wszystkich śmiertelników bez żadnego wyjątku!

Spoglądałam na niego i zastanawiałam się, czy jest kolejnym mordercą, który rzuci się na mnie z zamiarem zabicia. Ileż razy to już przerabiałam, iluż mężczyzn musiałam z tego powodu rozszarpać…

To jednak trzeba się zdecydować, czy rozszarpywała mężczyzn z powodu zgubnych naturalnych żądz, czy w samoobronie.

Inne przypadkowe uwagi redakcyjne:

W tej obcej, przepełnionej chłodem krainie(-,) nie czułam się bezpieczna.

Bez przecinka między grupą podmiotu a orzeczenia.

W dodatku mimo opuszczenia rodzinnych, ciepłych mórz i błąkania się wiekami po północnych krańcach świata, nadal jeszcze z trudem powstrzymywałam naturalne żądze.

Cała ta grupa od “mimo” do “świata” to niewyraźne wtrącenie, które wydzielamy przecinkami obustronnie lub wcale.

wszczął pożar

Wzniecić pożar (wszcząć alarm, bójkę).

tajemniczej armii walecznych białogłowych

Białogłów. (Zdaje się, że zwykle oznaczano tym wyrazem mężatki).

Ukochany, skromny Wars o gołębim sercu(-,) został wkrótce księciem osady

Znów między grupą podmiotu i orzeczenia (“skromny Wars o gołębim sercu” nie jest tutaj wtrąceniem, bo “ukochany” to przydawka Warsa, a nie podmiot).

 

Pozdrawiam serdecznie!

Z okazji majówki można zapoznać się z wstępnym podsumowaniem:

 

OldGuard – Bal z okazji Końca Świata – 17/5 głosów, 2 TAKI (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy, Marszawa), nominacja!

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej – 9/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

jeroh – Żądza i śmierć – tak musi być – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Ci, którzy pamiętają jutro – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

kronos.maximus – Artefakt na Tytanie – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

JolkaKJesteś? – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

Szuwar – Głupie suki – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MordercaBezSerca – 1‰ Echo – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

betweenthelines – Zguba – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

melendur88Modelowy ksiądz – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej (Finkla).

Staram się wyciągać wnioski z komentarzy, a Twój o pewnej przypadkowości w doborze słów dał mi do myślenia. Dlatego doceniam każdą uwagę, a już szczególnie te, które punktują konkretne mankamenty, bo widzę dokładniej na co zwracać uwagę.

Dziękuję! Nie zamierzam sobie przypisywać jakiejś nadmiernej roli, nie była to jakaś wyjątkowo głęboka uwaga, ale bardzo się cieszę, skoro uważasz, że Ci pomogła.

Pogrzebałam też sobie w tym temacie i może da się to obronić – jeśli taki obiekt nadleciałby od strony słońca, mógłby nie zostać wykryty do czasu, aż byłoby za późno [w tym miejscu był link, ale po kliknięciu pojawia się błąd, więc zostawiam tytuł artykułu: Słońce ukrywa śmiercionośne asteroidy. Tych kolizji nie unikniemy… / geekweek]

Tytuł brzmi rażąco “clickbaitowo”, ale musi chodzić o planetoidy z grupy Atiry. Są rzeczywiście najtrudniejsze w obserwacjach, ale stosunkowo mało liczne, obecnie nie przecinają toru ruchu Ziemi i mają skłonność do stabilności orbit. Wydaje mi się, że również w tej grupie co najmniej znaczna większość obiektów dość dużych, by grozić globalną katastrofą w razie kolizji, została już wykryta. Niemniej astronomią interesuję się kompletnie amatorsko, więc też chętnie poznałbym opinię eksperta, na ile da się to obronić.

Cześć, OldGuard!

Bardzo solidne opowiadanie. Znana historia, ale ukazałaś przekrój prawdopodobnych reakcji społecznych chyba z większą lekkością i trafnością niż cokolwiek podobnego, co czytałem. Zresztą widać, choćby po imionach bohaterów, że utwór celowo pogrywa z różnymi kontekstami, nie dystansuje się od nich. Jednocześnie za pośrednictwem tej apokaliptycznej wizji mówisz coś o codzienności, taki sposób przekonywania do brania spraw w swoje ręce i aktywnego korzystania z życia, na ile komu umożliwiają to inne zobowiązania, może mi się podobać, nie razi tanim dydaktyzmem.

Przypomniałem sobie, jak kiedyś czytałem anegdotę o pacjencie, który był na profilaktycznym badaniu USG i technik stażysta ucieszył się głośno, że widzi prostatę (znalezienie zdrowej prostaty nie jest, nomen omen, proste). A ten delikwent uznał to za wyrok, przemodelował swoje życie dość radykalnie, zaczął spełniać różne marzenia, po paru tygodniach wrócił zapytać, czy to umieranie będzie bardzo bolało, i usłyszał, że jego prostata jest całkowicie prawidłowa… Albo inne skojarzenie, na dużo poważniejszą nutę – ile rodzin przynajmniej pomyślało o postąpieniu tak jak Romain, gdy na początku pandemii zaczęło stawać się jasne, że będzie zakaz odwiedzin w szpitalach i domach opieki i pacjenci będą umierać w samotności?

Pod względem językowym opowiadanie wydaje mi się lepsze od Twoich poprzednich, które czytałem, dobór słów i fraz wyważony, pasujący do tematu. Nawet pojedyncze miejsca zastanawiające pod kątem interpunkcji (“tańczyła sama, z zamkniętymi oczami i nikt nie patrzył na nią z politowaniem”; “potem, jednym płynnym ruchem ją zdjął”) wyglądają bardziej na świadome próby stylizacji niż na błędy. Nie jestem natomiast przekonany w sprawie wyboru asteroidy (planetoidy) jako przyczyny katastrofy. Po wysiłkach z lat dwutysięcznych praktycznie wszystkie planetoidy o rozmiarach grożących globalną katastrofą w razie zderzenia i poruszające się w pobliżu orbity Ziemi zostały sklasyfikowane i objęte monitoringiem, a ich tory lotu są obliczane na setki lat naprzód; jedynym takim nowym obiektem odkrytym w ciągu ostatnich kilkunastu lat jest https://en.wikipedia.org/wiki/2022_AP7. Z tego względu bardziej prawdopodobnym zagrożeniem wydałaby mi się nieznana kometa długookresowa: oczywiście musielibyśmy mieć niesamowitego pecha, żeby taka trafiła w Ziemię, ale w razie czego mogłoby to zostać wykryte zaledwie kilka miesięcy przed zderzeniem, co pewnie dałoby nam jeszcze dość czasu na wystrzelenie rakiety z ładunkiem jądrowym celem odchylenia jej toru lotu, ale niekoniecznie na plan B.

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki. Widzę już, że dojdzie też do głosowania piórkowego. Jak wspomniałem, nie jest to oryginalny pomysł, ale czy cała literatura musi być na siłę oryginalna? Mam jeszcze prawie miesiąc do namysłu, przekonam się, na ile tekst mi zapadnie w pamięć i czy przyjdą mi do głowy jakieś nowe uwagi, ale w tej chwili skłaniam się wyraźnie w stronę TAK-a.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Betując często zapominam skomentować, ale teraz nie popełnię tego błędu.

Bądź co bądź dla wszystkich jest jasne, że wtedy to bardziej niedopatrzenie niż “prawdziwy” brak komentarza lożowego.

To raczej autor się ślini na myśl o koronkowym peniuarze

Wtem trzaska sopel w wielki mróz

i z hukiem toczy się po rynnie…

a my naprawdę śpimy już

i uśmiechamy się niewinnie.

Jeżeli tylko pozwalają Ci okoliczności zewnętrzne (a cóż może powstrzymać smoka?), to nie tęsknij, a częściej zaglądaj, nam także Ciebie brakuje!

Dziękuję za zainteresowanie poruszonym tematem, zwabienie takiej Smoczycy jak Ty to niewątpliwy sukces! Wszystko się zgadza, i właśnie w powyższych wpisach starałem się obliczyć, czy ta słaba poświata może pochodzić od światła wtórnie odbitego od Ziemi, tak samo jak w przypadku światła popielatego Księżyca.

Hej!

Także bardzo się cieszę, że mogę Cię tutaj gościć, nowe komentarze pod tak starym tekstem to zawsze gratka. Aż trudno mi uwierzyć, że w piątek minie pięć lat od dnia publikacji, naprawdę nie czuję się tak, jakbym tu był od tak dawna!

To prawda, że na tamtym etapie rozwoju literackiego miałem duże skłonności do popadania w opisowość i statycznego prowadzenia akcji. Ładny język nieco to ratuje i pewnie dzięki temu możesz uznać, że opowiadanie jest wymagające w korzystnym sensie. Bynajmniej nie poczyniłem od tego czasu takich postępów twórczych, jakich bym pragnął, ale staram się wprowadzać podobne elementy w bardziej zrównoważony i zróżnicowany sposób.

Co do rozgrywki szachowej, zależało mi przy pisaniu tego opowiadania, żeby pokazać piękno i głębię gry i w miarę możliwości zainteresować nią laików, ale wyraźnie zabrakło mi umiejętności pisarskich na takie wyzwanie (i dziś wydałoby mi się bardzo ambitne). Gra w szachy z uosobioną Śmiercią była używana literacko o wiele zbyt często, żeby dało się znaleźć coś wartościowego w tym motywie, ale zgodzę się, że pomysł z remisem chyba był dość oryginalny.

Pozdrawiam!

Z tego, co kojarzę, Capablanca używał obrony Caro-Kann jako debiutu drugiego wyboru, kiedy chciał przede wszystkim zagrać czarnymi bezpiecznie, bez ryzyka porażki, i rzeczywiście przez całą zawodową karierę nie przegrał w niej ani jednej partii. Wprawdzie z perspektywy czasu mam w ogóle duże wątpliwości, czy konstruowanie fikcyjnej partii genialnego szachisty było adekwatnym narzędziem literackim, ale starałem się, żeby pokazany styl gry miał pełne umocowanie historyczne.

W sumie właśnie po to zastosowałem porównanie do danych, które znalazłem na temat jasności światła popielatego Księżyca, żeby móc tylko policzyć proporcję i pominąć wymienione przez Ciebie parametry, które powinny być analogiczne.

Ze względu na jasność sierpa podnosiłem możliwość wykorzystania okultacji, ale to są tak naprawdę dwa różne pytania, które w pierwszym wpisie nieostrożnie splątałem w jedno: czy świecenie Wenus światłem odbitym od Ziemi jest możliwe do stwierdzenia w specjalnie zaprojektowanej obserwacji oraz czy może tłumaczyć dotychczasowe doniesienia o świetle popielatym. Co do drugiego, wyraźnie masz rację, warto zdać się na “literaturę przedmiotu”, że odpowiedź brzmi “nie”.

Co do pierwszego, na podstawie obliczeń chyba mogę przypuszczać, że tak, obserwuje się przecież gwiazdy o wiele słabsze niż 15. wielkości. Tylko nie wiem (jak mówiłem, nie znam się wcale na astronomii praktycznej), jak bardzo to utrudnia dostrzeżenie i zarejestrowanie obiektu, że przy danej jasności nie jest punktowym źródłem światła, lecz rozproszonym na kilkadziesiąt sekund kątowych średnicy – musi to mieć spore znaczenie, zwłaszcza w niekorzystnych warunkach obserwacji.

Jeszcze raz dziękuję za zainteresowanie moim problemem fizycznym i pomoc w uporządkowaniu przemyśleń!

Jerohu, to miłe, że Cię nieco zaciekawiłem. Podniesioną przez Ciebie kwestię trochę brałem pod uwagę, ale widzę teraz, że zbyt niedbale. Mianowicie: jasne, że całe obliczenie należy wykonać dla pozycji Wenus, w których dokonywano tych spekulatywnych obserwacji światła popielatego, a nie dla najbliższego możliwego położenia (które, ściśle biorąc, i tak oznaczałoby tranzyt). Założyłem, że różnica jest zaniedbywalna, bo tak czy inaczej mówimy o sierpie, ale teraz widzę, że niekoniecznie. Kiedy Wenus pojawia się na najciemniejszym niebie, czyli w maksymalnej elongacji wschodniej lub zachodniej, jej odległość od Ziemi nie wynosi około 40 milionów km, lecz (liczę w pamięci) około 100. To elegancko dodaje do rachunku kolejne 4 stopnie wielkości obserwowanej. A tak naprawdę 4,75, bo jest jeszcze ta kwestia, że ten dochodzący już do kwadry “sierp” pozostawia po zasłonięciu połowę powierzchni odbijającej światło wtórne.

Co prawda, chyba przesadzam z tą maksymalną elongacją, bo istniejące doniesienia o świetle popielatym Wenus wyraźnie dotyczyły sierpa, a nie kwadry. Przypominam sobie, czytałem kiedyś, że poświata przestaje być istotna w obserwacjach, gdy Słońce zejdzie 18 stopni łuku pod horyzont. Tu już rachunki robią się kłopotliwe, bo trzeba by uwzględnić nachylenie ekliptyki do horyzontu, położenie planety względem jej płaszczyzny i może coś jeszcze, ale odgaduję, że w optymalnym układzie dwadzieścia kilka stopni odległości kątowej Wenus od Słońca powinno do tego wystarczyć? Przy około 25–26 stopniach odległość między planetami to 70 mln km (z twierdzenia cosinusów po podstawieniu wartości 110, 150, cos gamma = 0,9) i w obliczenia wchodzi współczynnik 1,75^4 dokładający niespełna 2,5 stopnia wielkości widomej, czyli przy takim oszacowaniu jasność światła popielatego Wenus w badanym mechanizmie wyniosłaby około 14,5 (plus drobna poprawka na grubość sierpa).

Dzięki za pomoc w skorygowaniu obliczeń! Prawdę mówiąc, teraz jeszcze bardziej nie wiem, co o tym myśleć – na pewno przy perfekcyjnym przygotowaniu obserwacji dałoby się to zarejestrować, ale czy tak słabe światło ktoś mógłby przypadkowo zobaczyć w obiektywie teleskopu tuż przy jasnym sierpie, czy jednak należy, zgodnie z literaturą przedmiotu, tłumaczyć takie doniesienia innym mechanizmem świecenia lub iluzją optyczną?…

Ja też się cieszę, że tu trafiłeś! Nie chciałem Cię obligować do czytania i komentowania, ale skoro także interesujesz się szachami, to naturalnie zmienia postać rzeczy. Nie jestem pewien, czy dotychczas o tym nie wspominałeś, czy jakoś mi umknęło.

Elegancko wychwytujesz szczegóły i nawiązania, z Katarzyną oczywiście trafiłeś. Jak już wyżej wspominałem, w czasie pisania tego tekstu nie orientowałem się jeszcze, jak bardzo ten topos gry w szachy ze Śmiercią jest zużyty literacko. Miałem ambicję pokazać piękno szachów czytelnikom, którzy w nie dotychczas nie grali, ale jeżeli opowiadanie dobrze przemawia do miłośników gry, to także pewien sukces.

Choć nie wiem, czy jeszcze lepiej tego nie oddaliście wierszami z DyingPoet ostatnią partyjką :)

Dziękuję za komplement! Bardzo liczę, że DyingPoet będzie tu się jeszcze zjawiać, ma zadatki na nieprzeciętną autorkę i członkinię naszej społeczności. Nie jestem pewien, czy na razie miałbym siły na kolejną wierszowaną partię, ale nie wątpię, że my dwaj też prędzej czy później znajdziemy okazję do gry.

Również pozdrawiam!

A teraz to ja mam problem fizyczny! Myślę, że nie będzie całkiem trywialny.

Otóż zaczęło się od tego, że wczoraj wieczorem zauważyłem fenomen “światła popielatego” Księżyca, czyli jasny sierp i reszta tarczy blado świecąca światłem wtórnie odbitym od Ziemi (a więc jak w balladzie: I saw the new moon late yestreen / With old moon in her arms). Zainspirowało mnie to, żeby zastanowić się nad podobnym zjawiskiem dla Wenus (https://en.wikipedia.org/wiki/Ashen_light). Jak dotąd nie potwierdzono, czy w tym przypadku jest ono w ogóle prawdziwe, paru astronomów twierdzi, że je widziało, innym nie udawało się mimo wielu prób. Proponowano różne potencjalne wyjaśnienia, dlaczego Wenus mogłaby samoistnie świecić (emisja cieplna, błyskawice, zorze), ale dostępne źródła twierdzą, że nie może to być zjawisko analogiczne do księżycowego – świecenie światłem wtórnie odbitym od Ziemi – bo ilość tego światła jest zwyczajnie zbyt niewielka (https://explainingscience.org/2025/11/15/the-mystery-of-the-ashen-light-of-venus/).

Postanowiłem to jednak przeliczyć. Zapewne zgodzicie się ze mną, że siła światła wtórnie odbitego od danego obiektu wracającego do obserwatora jest odwrotnie proporcjonalna do czwartej potęgi odległości od tego obiektu, wprost proporcjonalna do kwadratu jego promienia i wprost proporcjonalna do jego albedo – to w sumie podstawy optyki, ale dla pewności sprawdziłem, że artykuł https://iopscience.iop.org/article/10.1088/0143-0807/37/4/049401 podaje tak samo. Wenus (w fazie sierpa) jest około 100 razy dalej niż Księżyc, ma około 3,5 razy większy promień i około 6 razy większe albedo, co daje proporcję 12,25*6/100^4 = około 1/1,36*10^6. To po zlogarytmowaniu daje różnicę około 15,33 w wielkości widomej. Ponieważ dla światła popielatego Księżyca zmierzono wielkość -3,22, dla światła popielatego Wenus otrzymujemy tym samym 12,11, czyli daleko poza możliwościami gołego oka (zwłaszcza że cała Wenus jest i tak postrzegana punktowo, może oprócz osób o wybitnie dobrym wzroku), ale spokojnie w granicach obserwacji zwykłym teleskopem czy nawet bardzo silną lornetką.

Pierwsza wątpliwość: skoro profesjonalni astronomowie nie brali pod uwagę takiego mechanizmu, czy nie wkradł mi się mimo wszystko jakiś podstępny błąd w to rozumowanie?

Druga wątpliwość: jeżeli nieoświetlona część Wenus rzeczywiście jest tak “jasna”, dlaczego większości obserwatorów nie udaje się jej dostrzec? Tutaj mam pewne koncepcje, ale trudno mi ocenić ich wartość, bo zupełnie się nie znam na praktycznej stronie astronomii. Mianowicie wydaje mi się, że rozpraszanie światła sierpa Wenus w atmosferze ziemskiej może w typowych warunkach uniemożliwiać obserwację tarczy. Zapewne zatem szansa dostrzeżenia zjawiska byłaby największa podczas okultacji Wenus przez Księżyc, jak na podlinkowanym w Wikipedii filmie https://www.youtube.com/watch?v=r6TsRBQaMzI. Wciąż jednak: nieoświetlona część tarczy Księżyca jest w tym przypadku o ładne parę rzędów wielkości jaśniejsza od nieoświetlonej części tarczy Wenus, więc nic dziwnego, że kiedy pierwsza jest na nagraniu dość blada, to drugiej wcale nie widać. (Na filmie o jakości umożliwiającej wyraźną rejestrację obiektów 13. wielkości gwiazdowej byłoby przecież pełno małych kropek, a nie tańczącego ziarna jak tutaj, dobrze myślę?) Jak mniemam, taki kontrast może też powodować różne efekty optyczne już w obiektywie, czyli pewnie miałoby sens użycie częściowej przesłony, żeby w ogóle nie obserwować światła popielatego Księżyca, a tylko niebo tuż obok. Ponieważ całe zjawisko jest rzadkie i trwa kilkanaście sekund, a ruch własny Księżyca jest znaczący w stosunku do potrzebnych powiększeń, wszystko razem według moich amatorskich pojęć wygląda na gigantyczne wyzwanie.

Mam nadzieję, że temat warto było poruszyć i nikogo nie zanudziłem. Z radością poznam opinię Użytkowników wprawnych w fizyce i astronomii co do tych przemyśleń i pytań!

Dzięki! Podany filmik jest pouczający. Chociaż – wciąż nie jestem pewien: po pierwsze, czy gdyby nie ta płyta pancerna, która spowolniła pocisk i rozchwiała jego tor lotu, to w torsie nie byłoby po prostu otworu wlotowego i wylotowego, a po drugie, czy gdyby obok tego manekina czy tym bardziej za nim stał drugi, to nie zostałby także poważnie uszkodzony. W każdym razie myślę, że wiarygodność tej sceny nie jest intuicyjna dla kogoś niezaznajomionego z balistyką i może to rozpraszać czytelników, ale w kontekście całego utworu to nieznaczący szczegół.

Zygfryd słusznie zwrócił uwagę, że pojedyncze rzucające się w oczy błędy nie powinny przesłaniać ładnego ogółem języka. Tekst ma dosyć walorów, by w niektórych przypadkach i sytuacjach mógł komuś dać do myślenia więcej niż autentyczne relacje wojenne. Jak pisałem w pierwszym komentarzu, te szale są bardzo wyrównane, ale wątpliwości wypada rozstrzygać na korzyść utworu i piórkowo zagłosuję na TAK.

Pozdrawiam w trybie Ślimaka Wiosennego!

Uznałem, że warto odezwać się dodatkowo z uzasadnieniem głosu na NIE. Bardzo doceniam jakość warsztatową, gładkie poprowadzenie historii, umiejętność nawiązania do klimatu i wzorców klasycznej literatury rosyjskiej. Jak już pisałem, ujęcie tytułowego upadku wydało mi się zbyt pospieszne, bardzo szczegółowo przedstawiłaś pierwsze drobne kroczki, ale nie pomogłaś mi zrozumieć momentu przekroczenia progu, co się musi stać w człowieku, kiedy dochodzi do przełomowych zmian na gorsze. A kolejne komentarze utwierdziły mnie w przekonaniu, że Twoja próba wbudowania w utwór utajonego przesłania na temat postępowania instytucji kościelnych, jakkolwiek ambitna i sprawnie zrobiona, nie jest jednak w pełni udana, ponieważ nawet wyrobiony czytelnik odbierze ją – świadomie czy podprogowo – jako tyczącą się wyłącznie stosunków rosyjsko-prawosławnych, a nie aplikowalną uniwersalnie. Opowiadanie leży moim zdaniem przy samej granicy Piórka, gdyby jeden z tych dwóch punktów wyszedł tylko nieco lepiej, głosowałbym na “tak”. Zaskakuje mnie nieco Twój własny krytyczny pogląd, jako że nieraz dawałaś “taki” tekstom słabszym od tego dosłownie w każdej kategorii oceny literackiej, jaka mi chwilowo przychodzi na myśl.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Nowa Fantastyka