Profil użytkownika

Nie można porządnie podać miejsc inspirujących twórczość w zakładce Miasto, więc będą tutaj. Przede wszystkim Trójmiasto i Podhale. Mogą się zlewać we wspólny nieokreślony twór (coś jakby Turów Róg).


komentarze: 2783, w dziale opowiadań: 2129, opowiadania: 615

Ostatnie sto komentarzy

Edytor portalowy niestety kasuje “nadmiarowe” spacje. Wydaje mi się, że dwukrotne kliknięcie pomiędzy dublowanymi spacjami np. Ctrl+B  m o ż e  zadziałać.

Edycja: nie zadziałało. A gdyby po prostu pogrubić jedną z dwóch sąsiadujących spacji? – Tak, teraz dobrze.

Tutaj chodzi o dwie różne kwestie. Na podstronę Opowiadania → Biblioteka trafiają wszystkie teksty, które dostaną się do Biblioteki, i domyślnie są tam sortowane według daty powstania (ale można ręcznie zmienić sposób sortowania, a nawet wybrać sobie w ustawieniach profilu, żeby domyślnym kluczem była data ostatniego komentarza). Na stronę główną (Start → Strona główna) trafiają tylko te teksty, które dostaną się do Biblioteki w ciągu miesiąca od publikacji oraz w tym momencie mają fragment reprezentacyjny i co najmniej jeden tag; są tam uporządkowane według daty trafienia do Biblioteki. Tradycyjnie polecam wspaniały poradnik Drakainy.

Dziękuję! Tak ogólnie się z Tobą zgadzam, raczej mamy takie samo podejście do bezzasadnych pretensji. Tylko wyobraziłem sobie, jak niezręczne by to było, gdybym Ci teraz naopowiadał, że taki łańcuch nie jest groźny, a potem użył go z powodzeniem w naszej następnej partii. (Rzeczywiście – zwykle nie jest, ale szachy nie byłyby tak piękne, gdyby strategię dało się sprowadzić do prostych formułek).

Cześć, Międzylinijko (jeżeli wolno mi się tak familiarnie zwrócić)!

Ładny, świadomie skonstruowany tekst. Ponieważ widzę, że przyjdzie do głosowania piórkowego, od razu powiem, że moim skromnym zdaniem do tego poziomu jeszcze trochę brakuje. Sęk przede wszystkim w tym, że warstwa metaforyczna potężnie zaciążyła tutaj nad warstwą opowiadanej historii. Nawet bez wstępu bardzo szybko widać, że tworzysz przenośnię samotnego macierzyństwa i temu podporządkowany jest cały utwór, co nie pozwala wczuć się w świat i bohaterkę, traktować ich jako samoistnych bytów i przejmować ich losami. To jednak tylko moje odczucia, w szczególności dopuszczam myśl, że tekst dużo silniej przemawia do odbiorców, którzy mają własne doświadczenie rodzicielstwa i czytają go przez ten pryzmat. Na pewno opowiadanie jest bardzo udane jako ćwiczenie literackie dotyczące metafor – nie chciałbym Cię przypadkiem urazić tym stwierdzeniem, bo nie wątpię, że pisałaś je z głębi serca i dzieliłaś się szczerymi myślami – ale to naprawdę dobrze rokuje na przyszłość, że potrafiłaś je tak spójnie zbudować w określonym celu, stworzyć jasny przekaz. Z czasem na pewno uda Ci się łączyć takie treści z porywającymi historiami fantastycznymi, a w końcu po to tu jesteśmy, żeby się rozwijać literacko i pomagać sobie nawzajem.

Oprócz tego potykałem się na różnych szczegółach językowych. Postaram się przejrzeć chociaż początek:

W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc. Jedno blade i chłodne, drugie małe, lecz intensywnie czerwone, a trzecie srebrzyste, odbijające światło dwóch pozostałych.

Jeżeli tylko odbija światło dwóch pozostałych, to tak nie bardzo jest słońcem…

Powietrze Cindery pachniało popiołem

Źródłosłów bije po oczach, ale nie twierdzę, iżbym był dużo lepszy w wymyślaniu nazw.

przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu

Chyba naturalniej “nad jeziorem”.

Dachy przykrywały mchy i popielate porosty, które pochłaniały wilgoć unoszącą się znad wód.

Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia. Gdy nadchodził właściwy czas, Rozpłomyki zbierały w sobie całą siłę i miłość

Brakuje mi jakiegoś wyjaśnienia, czym jest Rozpłomyk w stosunku do Ignaris: określeniem jakiegoś podtypu tego gatunku czy dowolnego pojedynczego przedstawiciela, czy przedstawiciela konkretnej płci lub w konkretnym stadium życiowym?…

zielonych i spokojnych, jak jeziora Cindery oczach

Bez przecinka.

Zamknęła oczy, wsłuchała w siebie, w żar, który ją palił, i pozwoliła prowadzić instynktowi.

Może jakieś “wsłuchała się w głąb siebie”? Doceniam chęć uniknięcia nadmiaru zaimków, ale jak wychodzi na to, że wsłuchała oczy, to też niezbyt dobrze. Zaznaczam brakujący przecinek (domknięcie wtrącenia).

Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła, a wszechobecny ogień zdawał się przygasać.

W wielu konstrukcjach po prostu nie można tego “się” opuścić, całe wyzwanie w tym, żeby nie kłaść ich zbyt często obok siebie.

a ognisko we wnętrzu rozgrzało gwałtownie.

“Rozgrzało się” albo “rozgorzało”.

Ignaris mawiali, że demony powstają z fal uczuć, bijących w sercach Strażniczek w chwilach największej czystości i troski.

Jak Afrodyta z piany morskiej?… Chyba nie chodziło Ci o to, że powstają z fal uczuć, lecz że są przez nie przywabiane.

przyciągał ich

Je (te demony).

Pożerały, to co najszczersze we wnętrzu

Przestawiłbym przecinek za “to”, Twoja wersja nie jest ściśle błędna, ale tak zdecydowanie bardziej naturalnie.

 

Może na razie wystarczy, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłem! Z pełnym przekonaniem polecam do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo.

Nie ma sprawy, że dopiero teraz. Właściwie to od paru dni chodziło mi po głowie, żeby może do Ciebie napisać, ale nie miałem pewności, czy w ogóle tu jeszcze zaglądasz, więc bardzo się cieszę, że się odezwałaś!

Dziękuję za wskazówki odnośnie szachów!! Gdy kiedyś przytrafi mi się taki łańcuch pionów, będę pamiętać, że nie jest groźny.

Wiesz, od prawie każdej reguły są wyjątki (tu takim rzadkim wyjątkiem byłby tzw. atak większościowy na skrzydle hetmańskim), więc ufam, że nie będziesz miała pretensji, kiedy ja lub ktoś inny ogra Cię jednak przy użyciu takiej struktury.

(W ogóle świetne nowe zdjęcie profilowe.)

Dziękuję! Dostałem tę grafikę dawno temu od Ninedin – która już prawie się nie udziela na portalu, odkąd została redaktorką czasopisma Nowa Fantastyka – i postanowiłem wtedy, chyba logicznie, że będzie mi się należała dopiero, gdy zdobędę drugie Piórko.

Dobrej resztki wieczoru!

Doczytałem, że promil z rzeczownikami całkowitymi można traktować odmiennie lub nieodmiennie (trzy promile lub trzy promil), tylko z ułamkowymi odmiana jest obowiązkowa. W każdym razie zachowuje się wyraźnie inaczej niż procent, ale nie udało mi się znaleźć dokładnej przyczyny, chyba przypadkowa zaszłość.

Cześć, Chalbarczyk!

Naturalnie musiałem zobaczyć, jak podeszłaś do wykorzystania obrazu, który oboje wybraliśmy. I powiem Ci, że tekst do niego pasuje, moim zdaniem bardzo dobrze trafia w nastrój, po lekturze nie mam przekonania, czy podejmę się także zmierzyć z tematem. Fantastyka jest raczej subtelna, podoba mi się, jak powiązałaś ją z egzotyką kulturową zamiast tworzyć jakiś sztampowy obcy świat. Co prawda, utwór nie mówi czytelnikom wiele o kulturze kirgiskiej, ona nie pojawia się sama dla siebie, lecz jako wpółsenny impuls dany bohaterce, żeby miała odwagę kierować swoim życiem i poszukiwać szczęścia. Dla przykładu wątpię, czy często tam się zdarza, żeby babka towarzyszyła wnukowi wyjeżdżającemu za granicę na studia, raczej to Twoja baśniowa wizja, ale może się mylę, bez solidnej wiedzy o danych realiach trudno zgadywać. Kojarzę natomiast, że Środkowy Wschód wciąż pozostaje regionem w największym stopniu dotkniętym problemem porwań matrymonialnych, więc pewnie nie przedstawiłaś tej kultury rażąco niesprawiedliwie. Nie pierwszy raz znajduję u Ciebie ten sienkiewiczowski, ewidentnie przywołujący ucieczkę Baśki do Chreptiowa obraz dziewczyny jadącej konno przez step: może prześladuje Cię taka scena i ćwiczysz tu na Portalu, żeby kiedyś rzucić nią na kolana szerszy krąg odbiorców? Pozwól, że teraz trochę pomarudzę, ale to na zasadzie: co w moim odczuciu dzieli bardzo porządne opowiadanie od wybitności.

Dostrzegam dwa problemy konstrukcyjne. Jeden to czas osadzenia akcji: polski Lwów i wyjazd “do wód” do Truskawca silnie podpowiada lata międzywojenne, ale gdy wgryzam się w szczegóły, nic się nie chce zgadzać. Anna wymienia Gdańsk jednym tchem z Warszawą, jak gdyby nie leżał za granicą; są w tym Lwowie trolejbusy (przypuszczałem i dla pewności sprawdziłem, że pojawiły się dopiero w czasach radzieckich); Timur nosi dżinsy, które w międzywojniu pozostawały tylko amerykańskim strojem roboczym; odwiedza koleżankę ze studiów pod nieobecność jej rodziców i nie wywołuje tym skandalu; Anna narzeka na zarobki, ale stać ją na dalekodystansowy bilet kolejowy i to nie w trzeciej klasie; wyjazd na wschód nie wymaga wizy, a młody chan nie jest ściganym przez sowieckie służby uciekinierem… Mając dobre zdanie o Twojej wiedzy historycznej, wpadłem w końcu na to, że chyba umieszczasz tekst w latach 60.–70. w alternatywnej rzeczywistości, w której III Rzesza i ZSRR szybko upadły, a kontynuacja II RP prosperuje – jednak nieznający Cię odbiorca musiałby założyć, że to niedbale przedstawione dwudziestolecie. Wypadałoby dodać parę zdań umiejscawiających uważnego czytelnika w tym kierunku, da się to zrobić prawie niepostrzeżenie (np. wspomnianego profesora Anny przytoczyć z nazwiska jako podeszłego w lata kierownika katedry, ale niech to będzie człowiek, który w naszej rzeczywistości zginął na Wzgórzach Wuleckich).

Drugim problemem jest zbyt pospieszne moim zdaniem zakończenie. Wszystko dzieje się bardzo nagle, nie wiadomo, czemu Timur pali obraz, który dawałby mu magiczny kontakt z ojczyzną, a może i szansę wywiezienia tam podstępem Anny. Nie jest jasne, jak bohaterka doszła z takim przekonaniem do wniosku, że kraina z wizji jest w pełni realna i można się tam dostać po prostu pociągiem: orle pióro to jednak słaby dowód, gospodarze mogli je jej wsunąć jako dowcip praktyczny, gdy leżała upojona kumysem, pomijając już poziom zużycia tropu literackiego “fant pozostały ze snu”. Zaprezentowanie czytelnikom rozmowy z Syrdarią mogłoby część tych wad dość łatwo naprawić (swoją drogą osobliwe imię, ale skoro u nas mogła się zdarzyć Wisława…).

Przedmówcy zwrócili już uwagę na większość niedociągnięć technicznych, ale postaram się coś jeszcze wykryć:

Timur, który był jej kolegą ze studiów

W imię redukcji “byłozy” można po prostu “Timur, jej kolega ze studiów”.

nie, żeby były z tego jakieś duże pieniądze

Bez przecinka.

Z lustra patrzyła na nią dziewczyna w bogatym, orientalnym stroju i z utrefionymi włosami.

Druga Anna, uszczęśliwiona z powodu świecidełek i złotych cacek, zaczęła ją namawiać:

im słodszy, tym bardziej

żeby sprawdzić, czy na pewno wszystko to jest namalowane, i znów poczuła, jak świat wiruje wokół niej.

była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem

Jeśli za każdym razem używasz formy “przywiązana” zamiast “przykuta”, to jednak sugeruje, że ktoś wiązał węzły na łańcuszku jak na sznurze (co oczywiście jest możliwe, ale skuteczność wykazuje raczej umowną).

Na horyzoncie błękitniały góry, unosząc się nad dolinami pełnymi mgły.

Chyba miało być “unoszące”.

Ałtyn pomogła jej usadzić się w siodle.

Lepiej “usadowić”.

Dotarły do aułu pod wieczór, gdzie zostały przyjęte jak księżniczki.

Poprawny szyk “dotarły pod wieczór do aułu”.

Jurta, którą dostały, była wspaniała, jasna i przestronna, u wejścia z kapą haftowaną jedwabiem i ozdobioną perłowymi muszelkami.

Coś się nie zgadza logicznie (co było u wejścia?).

Anna podniosła orle pióro, które zgubił szlachetny ptak, i schowała je do kieszeni.

Domknięcie wtrącenia. Jednak to jest piękne, jak bierzesz tę ucieczkę w nawias logiki snu, jak dziewczyny jednocześnie obawiają się pogoni i nie odczuwają żadnej presji.

Związali całą we łzach Ałtyn, chociaż z szacunkiem, jaki się jej należał.

To zdanie paskudnie trudno poprawić, ale może spróbujmy tak: Ałtyn zalała się łzami, gdy nakładali jej więzy, chociaż okazywali przy tym cały szacunek, jaki się jej należał.

szybkie orły i powolne wielbłądy

Wielbłąd może jest powolny w porównaniu z orłem, ale na dobrym wielbłądzie można jechać prawie tak szybko jak rozstawnymi końmi, więc epitet wydaje mi się niefortunny.

Kiedy wreszcie dotarła na Kochanowskiego, była prawie w rozpaczy.

Odniosę się jeszcze krótko do komentarzy – konkretnie zwrócił moją uwagę wpis Marzana, co do którego chciałbym podkreślić z uznaniem, że inspiruje do przemyśleń i pogłębia zrozumienie opowiadania:

Wątpię, czy Anna podczas pierwszej przejażdżki na koniu mogłaby o czymkolwiek zapomnieć, zaczynając od bolącego tyłka, a kończąc na plecach. Wsadzasz bohaterkę po raz pierwszy na konia i od razu zabierasz ją na całodzienny rajd przez step. Niestety jest to bullshit. Może warto wspomnieć, że kiedyś, jako dziecko jeździła konno, żeby wybrnąć z problemu?

Ależ to sen, widziadło… W baśniowej wizji to nawet ja mogę jeździć konno jak urodzony Tatar. Jeżeli bohaterka sądzi, że na prawdziwym stepie będzie się trzymała w siodle równie dobrze jak w mieszkaniu Akylaj, w ewentualnym sequelu mógłby z tego być ładny wątek komiczny.

Wybrała spory kamień i wróciła do dziewczyny. Po kilku uderzeniach oczka pękły

Gdyby miała dwa kamienie, pękłyby pewnie szybciej.

W pierwszej chwili o tym nie pomyślałem, ale uwaga słuszna: tłuczenie kamieniem o ogniwa na miękkiej podłodze namiotu byłoby bezproduktywne, chyba że to ozdobny łańcuszek, który silny facet zerwałby w palcach; a mając drugi kamień jako kowadło, można już wiele zdziałać. Z drugiej strony to także scena ze snu i może ma bardziej oddawać naiwne wyobrażenia Anny niż realne czynności.

Poza tym dziewczyny uciekały raptem dwa dni, Anna słabo jeździła konno, dogonienie ich nie było wyzwaniem. Ten akapit wydaje się takim strzałem z armaty do muchy.

W tym sensie go odebrałem: jako podkreślenie, że są w tym najlepsi na świecie, dogoniliby każdego, więc bohaterki nie mają co myśleć o prawdziwej ucieczce i równie dobrze mogą się cieszyć chwilą.

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem do drewnianego słupa na środku jurty.

Do przemyślenia – niby można opuścić to drugie “była”, ale bez niego wychodzi dość komiczna zeugma.

 

Dziękuję za możliwość lektury i z przyjemnością polecam do Biblioteki!

Uwaga, uwaga!

Powiadamiam wszystkich zainteresowanych, że nowy skład Loży zagłosował za tym, bym pozostał jej przewodniczącym. Będę się starał pełnić funkcję nie gorzej niż dotychczas i pozostać otwarty na merytoryczną krytykę.

Oprócz tego zapadły postanowienia o drobnych modyfikacjach organizacji pracy:

Nieznacznie rozszerzono prawo członków Loży do wstrzymywania się od głosu – zmiana ta mówi o wątpliwościach co do obiektywności uwarunkowanych związkami osobistymi z autorem opowiadania i należy się spodziewać, że na razie pozostanie czysto teoretyczna.

Zwiększenie kworum w głosowaniach piórkowych z sześciu do siedmiu członków, ogłaszane już tutaj 18 II 2024, zostało ponownie przegłosowane i z dwuletnim opóźnieniem trafiło do regulaminu Loży.

Nie potrafię w rymy, ale chciałem spróbować. Zobaczyć czy warto się męczyć:). (…) Raczej to nie bajka :) Dziękuje ci bardzo tę opinię i poświęcony czas ;)

Na pewno nie chciałbym Cię zrażać. Myślę, że nie napisałem nic takiego, czego nie dałoby się przyswoić i spróbować wcielić w życie.

Ale, że Dijkstrę wyczaiłeś to gratki bo nie wszyscy potrafili :) Brawo.

A wiesz, jakoś się go domyśliłem, ale opisywanie go jako “knura” też wydaje mi się takim trochę… myleniem nieba z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu.

Cześć!

Poetą też nie jestem, ale w technikaliach się orientuję i powiem Ci, że to wymaga jeszcze mnóstwa pracy.

Niektóre rymy są wadliwe – nie poleca się stosowania rymów gramatycznych (snuje – kieruje, w mniejszym stopniu wytworny – niesforny) ani opartych na wspólnym rdzeniu wyrazowym (powagę – uwagę). Rytm niestabilny, przeważa dwunastozgłoskowiec 6+6, ale zdarzają się na przykład wersy 6+7 (W komnacie, gdzie zapach cynamonu się snuje), 7+6 (Ona uczonym tonem wygłasza wzniośle) czy 5+6 (Z miejsca przykuwa tej sowy uwagę). Jeżeli wiersz nie ma być w pełni nieregularny, to należy trzymać się jednego metrum, takie rozchwianie daje w odbiorze wrażenie niedbałości.

Brakuje sięgnięcia po właściwe poezji środki stylistyczne, jak chociażby metafory, porównania czy wyliczenia. Gdybym bardzo chciał się czegoś doszukać, to pewnie “zgubił się w uczuć rzemiośle” można uznać za metaforę, ale fatalnie splątaną, rzemiosło nie labirynt. Styl moim zdaniem jest sztucznie wzniosły, zwłaszcza razi nadużywanie zaimków (swym słowie, swym kącie, swej dłoni). Niektóre zwroty są po prostu błędne językowo: wygłaszać trzeba coś, ten czasownik nie obejdzie się bez dopełnienia; knur może chrumkać, ale nie można chrumkać knurem, a tym mniej gryfem lub sową.

Sowa to Filippa Eilhart, knur chyba Dijkstra, gryf jakiś wiedźmin, skoro z medalionem, ale nie przypominam sobie takiego wątku w sadze, choć może wziąłeś to z którejś gry.

Pozdrawiam, życzę wiele weny i zapału do pracy –

Ślimak Zagłady

Cześć, Marzanie!

Naprawdę się cieszę, że jednak się nadal pojawiasz – czytam z ciekawością Twoje opowiadania, jak i komentarze, stanowczo jestem zdania, że potrafisz wnieść coś wartościowego do naszej społeczności. I ten utwór wchłonąłem ze szczerą przyjemnością, wiele tu dobrze świadczy o Twoim warsztacie pisarskim: rozwój akcji płynny, konstrukcja świata wiarygodna, postaci trochę schematyczne, ale w klasycznej otoczce to nie razi, a jednocześnie mówisz o uniwersalnych wartościach, głównie potrzebie bliskości. Zawiodłem się wszakże na tym, że Nila jednak żyje, zbyt łatwe to wyjście z nagromadzonego napięcia, jakby unieważniało dramat tych, którzy jednak nie żyli i monet nie mieli. Nie upieram się, że umiałbym to rozwiązać lepiej – ale gdyby – gdyby Przewoźnik się w końcu zbuntował i dostarczył ją za darmo – a Hades chciałby oboje ukarać i wygłosił przemowę na ten temat, kompromitując się na całej linii? Skąd poszłaby albo po prostu metafora bezduszności urzędniczej, albo mógłbyś to połączyć z krytyką katolickiej koncepcji limbo, przez analogię wykazując rozłąkę jej proponentów z intuicją moralną i zdrowym rozsądkiem? Co do ewentualnego happy endu, w niektórych mitach Persefona potrafiła stawiać na swoim…

Muszę jeszcze przytoczyć cytaty, które uparcie nasuwały mi się przy lekturze:

Płynie rzeka wąwozem jak dnem koleiny, która sama siebie żłobiła,

rosną ściany wąwozu, z obu stron coraz wyżej, tam na górze są ponoć równiny.

I im więcej tej wody, tym się głębiej potoczy,

sama biorąc na siebie cień zboczy.

 

I ten:

Otwórzcie wrota dla tragedii,

która na czarnym wjechała bawole,

żeby wziąć wasze dusze – i bez intermedii

zwieźć je nad Styks, nad Marnę czy na czyste pole

 

Uchybień redakcyjnych prawie nie zauważałem, ale jest jedno na samym początku:

Zaczekał, aż koniec sięgnie dna, i naprężył ramiona.

Domknięcie wtrącenia.

Z satysfakcją dobijam do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo!

Ślimak wpełza i wita Prosiaczka…

Swój wygląd zawdzięczał niskiej grawitacji Tytana. Co ciekawe, mimo to był o pół głowy niższy od Lucjana.

Widocznie postanowił Lucjana odwiedzić, co robił niezwykle rzadko, gdyż wraz z matką lata temu do życia upodobali sobie księżyc Jowisza. (…)

Za ostatnimi, prowadzącymi na Tytan, ojciec zniknął.

Ależ Tytan jest księżycem Saturna!! Poza tym: na kogo? na co? na Tytana.

W owalu tej drugiej matka Lucjana położyła się na podłodze i w zadumie obserwowała widoczne kilkadziesiąt metrów niżej brunatno-czerwone jeziora metanu. Ojciec, ze łzami w oczach, wykorzystywał właśnie niską grawitację, by odbijać się od ścian i szybować niczym papierowy samolot. (…)

Ostatnie wydarzenia przeżywała inaczej niż mąż, w głębi serca wiedząc, iż niepożądane doświadczenia są nieodłączną częścią dorastania.

Jeżeli narrator trzecioosobowy wielokrotnie zapewnia, że Charles i Mary są mężem i żoną, rodzicami Lucjana – trudno to podciągnąć pod narrację pozornie zależną – to zwrot akcji w drugiej części opowiadania nie ma żadnego uzasadnienia, jest nielogiczny. Myślę, że tekst mógłby być znacznie lepszy, gdyby poprzestać na opowieści o transhumanizmie i bólu rodziców pojmujących, że dziecko jest samoistnym bytem, a nie polem do realizacji swoich ambicji w zakresie eksperymentów genetycznych. Zamiana ról wydaje mi się zbędnym udziwnieniem, bo nie mam też wrażenia, żeby autor chciał się tutaj podzielić jakimiś świeżymi przemyśleniami na temat parentyfikacji.

A dziewiętnastoletnią dziewczynkę używają jako inkubatora.

Dziewczynki używają jako inkubatora (a gdybyś koniecznie chciał posłużyć się archaiczną składnią biernikową, to też trzeba obustronnie: dziewczynkę używają jako inkubator).

W mieszkaniu Lucjana asystent Charlesa był nieaktywny, ani na poziomie fizycznym, ani w kontekście emocji

Nie był aktywny ani, ani… albo: był nieaktywny zarówno, jak i

Fakt o niespodziewanej wizycie ojca

Fakt niespodziewanej wizyty ojca.

Drugie i trzecie, nazwane już dziećmi, popełniły samobójstwa.

Popełnić można tylko jedno samobójstwo (podobnie też: odebrały sobie życie, nie “życia”).

nieustannie strojony przez niewidzialne siły, którym z niezbadanych przyczyn

Paskudnie brzmi to potrójne zaprzeczenie.

na Ziemi światło tłumiące mroki strefy abisalnej, tętniącej z cicha życiodajnymi kominami hydrotermalnymi;

Przecież ziemska część mieszkania Lucjana wychodziła na przybrzeżną rafę koralową, a nie na abisal.

Teraz musiał wykazać się cierpliwością, która, o dziwo, nie była czymś zupełnie nowym, a bardziej zapomnianym. Przywodziła na myśl pokryty patyną kieliszek zatopionego statku

Lepiej “raczej” niż “bardziej”. Gdzie zatopiony statek ma kieliszek lub dlaczego przypomina kieliszek?

której niezaspokojona potrzeba czasami paliła do żywca.

Żywcem, do żywego.

Pragnęłam pęknięcia w kloszu.

W ogóle widzę teraz, że część z błędów, które tropię, została Ci już wskazana przez poprzednich komentujących, na czele z niezastąpioną Reg. Dziwię się, że ich dotychczas nie poprawiłeś: kiedy starasz się grać pięknem języka, przeplatanie (moim zdaniem przesadnie) kunsztownych fraz w rodzaju “Oświetlenie wewnątrz tkało z fotonów atmosferę przekwitłej radości” z pospolitymi pomyłkami wywiera fatalne wrażenie.

 

Utwór ma istotne, niezaprzeczalne zalety. Widać świadome, przemyślane kształtowanie świata, przemawianie do wyobraźni czytelnika pięknie rozplanowanymi obrazami, które jednocześnie odgrywają rolę symboliczną, gdy na przykład mieszkanie rozrzucone portalami po różnych planetach odpowiada trudnościom członków rodziny ze znalezieniem bliskości emocjonalnej. Wobec wykazanych powyżej wad nie mogę poprzeć przyznania mu Piórka, ale widzę, że otrzymałeś już liczne entuzjastyczne opinie i będzie to symboliczny (sic) głos sprzeciwu.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Utwór problemowy, trudny w odbiorze, moim zdaniem niezbyt udany artystycznie, co postaram się naświetlić. Namęczyłem się niepomiernie przy układaniu komentarza, okropnie trudno jest dobrać słowa, żeby wskazać, jak tekst mógłby pomóc lepiej zrozumieć bohatera, a nie sprawić wrażenia, że chciałbym go bronić czy się z nim utożsamiać. Rozumiem oczywiście, dlaczego Cię przytłoczył wszechobecny teraz w mediach temat i potrzebowałeś się tym podzielić. Próba wniknięcia w umysł postaci niezdrowo zafascynowanej urodą dziewczęcą jest ambitna, ale nie odkrywcza, Nabokov w Lolicie zrobił już to znacznie obszerniej i chyba jednak lepiej. I tutaj…

Lubię je dokładnie w tym wieku – szesnaście, siedemnaście, osiemnaście. Jeszcze pachną szkołą, już pachną sobą. Lolity, które nie wiedzą, jak bardzo są niebezpieczne.

Po lekturze krótszej wersji byłem przekonany, że opisywana dziewczynka może mieć najwyżej ze dwanaście lat, jak zresztą oryginalna Lolita. Wiek zgody w Polsce wynosi lat piętnaście; szesnastolatka za zgodą sądu może wyjść za mąż. Opinia, że choćby chęć spojrzenia na osobę przed osiemnastką czyni kogoś niebezpiecznym dewiantem, pochodzi z purytańskiej kultury niektórych stanów USA.

Dlaczego uważam to za tak ważne? Tekst zlewa w jedno dwa kompletnie różne zjawiska! Jeżeli ktoś sądzi, że cierpi na zaburzenia popędu płciowego, a tak naprawdę jego pragnienia są biologicznie naturalne, tylko społecznie uznane za niestosowne (czy nawet nielegalne), to nie ma narzędzi, żeby nazwać swoje uczucia i zmierzyć się z nimi. Gdyby utwór dał odbiorcom takie narzędzia, byłby świetną robotą. Coś takiego odgaduję u bohatera: podoba mu się wizualnie dziewczyna dojrzała płciowo, wchodząca w optymalny wiek do rodzenia dzieci. Zamiast wzruszyć ramionami nad zwykłym, prymitywnym odruchem i dalej szukać partnerki bliższej sobie wiekiem, z którą mógłby nawiązać prawdziwą więź duchową, zaczął zadręczać się swoją rzekomą pedofilią, rozdmuchiwać konflikt wewnętrzny i obsesyjne myśli, aż uszkadza to całe jego funkcjonowanie. Jednak Autor o tym nie pisze i większość Czytelników nie zauważa. Przyklasnę słowom bruce:

Piszesz w Przedmowie, że starasz się zrozumieć. Ale – co? Zafascynowanie dziewczynami? To zwyczajna sprawa. Chyba że przekracza pewne granice. W Twoim tekście wydaje mi się, że już je przekracza i to bardzo niebezpiecznie.

Oczywiście, że tutaj to przekracza bezpieczne granice. Czego mi zatem brakuje w tekście? Krótko mówiąc: wyrównania proporcji między estetycznym opisem urody dziewczęcej a warstwą psychologiczną. Może na początek choćby migawkowego ujęcia, że te uczennice jednak czują się niepewnie, kiedy krok w krok za nimi człapie obcy facet. Potem dokładniejszego niż “Dom wygrał. Czasem nie wraca jej sylwetka. Wraca tamto zawieszenie na rozstaju – chwila, w której wzrok przestał być niewinny” pokazania konfliktu wewnętrznego bohatera, tak jak opisałem wyżej, zależnie od decyzji autorskiej co do wieku obserwowanej panienki. Jego lęku (choćby bezpodstawnego), że któregoś razu nie opanuje instynktu i zrobi jej krzywdę. I lęku, że nie może się nigdzie zwrócić po pomoc, bo spotka się z odrzuceniem przez każdego, na kim mu zależy, bo zostanie zniszczony przez system. To rzeczywiście pomogłoby zrozumieć tę postać i wyciągnąć cenne wnioski, co w obecnej wersji opowiadania – jak widzę z reakcji większości Przedmówców – raczej się nie powiodło.

Nosiła rajstopy bazmajtkowe.

Bezmajtkowe.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Ja również dziękuję! To tylko taki symboliczny wyraz zadowolenia, uznałem, że należy mi się drobna zmiana z okazji drugiego Piórka.

Cześć, Koalo!

Historyjka jest ciepła, w Twoim stylu, ale wypowiedzi postaci wydają mi się nienaturalne. “Widziałam szkolny bus, ale dziś wcześniej?” albo “Najlepsze dzieła będą powieszone na ścianach w hallu” nie są zdaniami, których spodziewałbym się w rozmowie matki z kilkuletnim dzieckiem, chociaż trudno mi jasno wyrazić problem – jakby potrzeba gęstego upakowania informacji wzięła górę nad prowadzeniem dialogu?

Co daje mi tutaj do myślenia: kiedy zajęcia z AI wpajają Timowi elementarny szacunek do rówieśniczek, wypada to uznać za korzystny wpływ, ale za chwilę mogłoby się okazać – zależnie od aktualnej linii ministerstwa edukacji – że równie skutecznie wpajają coś innego, być może bardziej nacechowanego ideologicznie i nie tak niewinnego. Żywi nauczyciele przynajmniej mają własne poglądy.

Pozdrawiam ślimaczo!

PS. Strażniczko, z przyjemnością witam z powrotem!

Cześć, GalicyjskiZakapiorze!

Przeczytałem Twoje opowiadanie ze sporą przyjemnością. Akcja rozwija się energicznie, dialogi i opisy są soczyste, umiesz przykuć i utrzymać uwagę odbiorcy. Parę sformułowań naprawdę Ci się udało, że wspomnę tylko “los tej planety jest przesądzony tak jednoznacznie, jakby miał ją wysterylizować rozbłysk gamma(-,) albo w okolicy zapadła się próżnia”. Przy okazji, akurat w ostatnich tygodniach przeczytałem o pierwszym znaczącym postępie w leczeniu przyczynowym pląsawicy Huntingtona – ciekaw byłbym, czy też Ci się to obiło o uszy i jakoś zainspirowało, czy zbieżność jest przypadkowa.

Wskazałbym jednak, że treść jest całkiem rozrywkowa jak na wyjście od tak poważnego tematu, nie podała mi nowych przemyśleń na temat zachowań ludzkich w obliczu śmiertelnej choroby czy innych spraw ostatecznych. Jest też przewidywalna, naprawdę od początku można odgadnąć, że terapia ichorem bogów nie posłuży córeczce najlepiej i pomoże ich sprowadzić. Jedyne, co nieco zaskakuje, to zachowanie von Gierkego, ale ono z kolei wydało mi się słabo umotywowane – może przydałby się jakiś trop, czy on odwiedził głównego bohatera już opętany, czy podupadł na wolnej woli dopiero podczas wyprawy? Początkowe wypowiedzi:

– Von Gierke, hochsztaplerze, oszukałeś mnie! – krzyczałem. Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Berettę. – Zapłacisz za to!

– Masz rację, Emilko, masz rację! To nie von Gierke! To wszystko moja wina! – jęknąłem. –

uznałem za przesadzone, pasowałyby bardziej do marnej roli aktorskiej niż do czegoś, co mówi poza tym dzielny i przytomny człowiek. Najwyraźniej obmyśliłeś to jako sygnał, że ci przedwieczni bogowie wpływają na jego myśli, ale umieszczenie takiego dysonansu tak wcześnie w toku fabuły może być niefortunnym zabiegiem.

Oprócz zbędnych przecinków przed “albo” najbardziej rzucającym się w oczy błędem jest traktowanie “Araratu” jako nazwy rodzaju żeńskiego. Można pisać o “górze Ararat” i wtedy drugi człon pozostaje nieodmienny, ale sam Ararat jest rodzaju męskiego i normalnie się odmienia. Parę innych, mniej lub bardziej przypadkowych drobiazgów:

Zleciłem niezależne translacje tych wszystkich apokryfów.

Przekłady zlecił, prawda?

Odgrzebaliśmy jedynie na tyle rumoszu

Odgrzebaliśmy jedynie tyle rumoszu lub Odgrzebaliśmy rumosz jedynie na tyle.

Dla każdego, kto spojrzałby na tego kolosa, byłoby oczywiste, że nawet z dostępem do dzisiejszej technologii, nie dałoby się ruszyć go choćby o cal.

Bez ostatniego przecinka (“nawet z dostępem do dzisiejszej technologii” to grupa okolicznika rozpoczynająca zdanie podrzędne).

ludzie o inteligencji choćby zbliżonej do współczesnych homo sapiens

Nazwa rodzaju od wielkiej litery.

Wyrwałem von Gierke broń

Wyrwałem von Gierkemu broń.

Na krańcu niewyobrażalnego przestworu widziałem nawet najwyższe budynki Erywania – a może tylko mi się zdawało.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, przy dobrej pogodzie z Araratu powinna być widoczna okazała panorama Erywania, a nie tylko najwyższe budynki (nie ma tam zresztą szczególnych drapaczy chmur). Zależy wprawdzie, gdzie dokładnie się znajdowali, ale chyba dość wysoko na zboczach.

Panorama jak z Signal Peak… albo i lepsza, bo ta góra jest ze dwa razy wyższa, niż cokolwiek w Guadalupe.

Bez przecinka przed “niż” (brak odrębnych orzeczeń).

 

Wymienione wątpliwości konstrukcyjne przeważają mój głos na stronę NIE, zauważę jednak, że robi na mnie bardzo dobre wrażenie, jak umiesz zająć czytelnika losami bohaterów, i postaram się z tego czerpać naukę. Dziękuję za możliwość lektury i pozdrawiam!

Cześć! Ślimak wślizguje się z komentarzem walentynkowym…

Opowiadanie można odczytać na różne sposoby, co byłoby zaletą, gdyby nie to, że te warstwy interpretacji moim zdaniem nie harmonizują ze sobą, są miejscami niespójne. Pierwotnie wydawało mi się, że to taka klasyczna fantazja o nieco nietypowym, wrażliwym chłopaku, który magicznie dostrzega coś, czego inni nie widzą – otrzymuje szansę poznania się z jakąś niezwykłą dziewczyną, może wręcz istotą nadprzyrodzoną. Potem, najpóźniej gdzieś na wysokości tamtej sceny w barze, gdzie nie poszło mu zbyt gładko, podejrzewałem głębsze przesłanie w rodzaju obrony staroświeckiego romantyzmu, zalotów rozumianych jako troska o drugą osobę i gotowość do podjęcia ryzyka w razie potrzeby. Wprawdzie słabym punktem tego pomysłu było to, że fascynacja Barta Lolą wciąż zdawała się głównie wizualna, nie zwracał bliższej uwagi na jej charakter. Wreszcie końcówka, która budzi mieszane uczucia, ponieważ jakkolwiek postępowanie bohatera można by uznać za logiczne i najlepsze w danej sytuacji (tylko dlaczego “tabletka gwałtu”, a nie po prostu nasenna?), to narracja ewidentnie skłania się na stronę, że jego uczucie jest równie toksyczne jak to właściciela klubu i ogółem wart Pac pałaca. Tu mogę uczynnie podpowiedzieć, że jeśli zauważę na moim rozmówcy coś w rodzaju obroży elektrycznej, to “jestem w tym związku za świadomą zgodą, mamy wyznaczone limity i słowa bezpieczeństwa” jest odpowiedzią, po której dam spokój, a “odczep się, bo mój właściciel zrobi ci krzywdę” to odpowiedź, po której przyzwoity człowiek musi reagować. Zresztą i w tym pierwszym przypadku wskazałbym z dużym naciskiem, że zmuszanie kogoś do palenia papierosów nie jest przejawem zdrowej relacji dominująco-uległej. Oprócz tego przyszła mi na myśl oderwana interpretacja, że ze względu na bladość cech indywidualnych Loli i parę tropów sugerujących, że mogłaby być wręcz magiczną kreacją właściciela, dałoby się pewnie traktować całość jako rozbudowaną metaforę plagiatu tudzież kradzieży praw autorskich, ale tak naprawdę niemal nic w tekście na to nie wskazuje.

Z tymi ostatnimi zdaniami jednak widzę, że Lola tęskni poniekąd za dawnym życiem, co uważam za niedorzeczne i wręcz szokujące. Można sobie dopowiedzieć dalszy ciąg. Ja obawiam się braku happy endu (cokolwiek on znaczy w tej historii) – facet z gorylami ich znajdzie i Lola z własnej woli do niego wróci. Jej taniec, opis tego tańca i zachowań Loli w trakcie pląsów uświadomił mi, że ona nade wszystko kocha tańczyć. Tęskni za takim tańcem. I tu ją rozumiem – taniec genialnie i niepowtarzalnie pozwala na pokazanie własnej osobowości. :)

Był zafascynowany ciałem (ubraniami?) i dostał ciało. Moim zdaniem zakończenie bardzo do tego pasuje. Bohater jest ogarnięty obsesją. Owszem, opiekuje się nią jak chorym zwierzątkiem, może łudzi się, że powstanie między nimi uczucie, tylko że ani on, ani bohaterka nie są na nie gotowi. Stąd mamy cichy dramat.

To są bardzo mądre uwagi. W pewnym sensie pokazują, że historia została przerwana w najciekawszym momencie, o ile losy bohaterów były dotychczas w miarę przewidywalne, to teraz mogą się jeszcze potoczyć bardzo różnie. Na pewno nie ma jednej recepty na opiekę nad osobą o nieprawidłowym stylu przywiązania (jak to się ładnie nazywa) i budowę relacji z nią. Ogólnie odgaduję, że o ile w pierwszym okresie po zerwaniu traumatycznego związku potrzebowałaby przede wszystkim ciszy i poczucia bezpieczeństwa, to wkrótce Bart powinien podsuwać jej różne zajęcia, pasje do wypróbowania, aktywizować społecznie; nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby podjęła profesjonalną terapię. Niech wyraża siebie poprzez taniec, niech zapoznaje się z okolicznymi mieszkańcami, co miałoby również oczywiste zalety w razie, gdyby poszukiwał ich właściciel klubu. Może jednak być i tak, jak pisałem wyżej, że Lola jest tą płytką magiczną kreacją, po prostu niezdolną do wykształcenia samodzielnej, dojrzałej osobowości – co oczywiście stanowiłoby też przenośnię określonych ograniczeń zdrowotnych – ale naprawdę wiemy za mało, żeby o tym wyrokować.

Opowiadanie jest dalekie od ideału, ale można się w nie wczytać, daje sporo do myślenia i uważam, że dobicie go do Biblioteki jest w pełni uzasadnione. Pozdrawiam serdecznie!

A to bardzo ciekawe, nie słyszałem o tym. Z chęcią poszukam w internecie.

Ja nie znalazłem, tylko mi niejasno majaczy, że czytałem gdzieś taką wzmiankę.

Myśl musi przemknąć przez coś, lepiej “uderzyła mnie myśl”.

A to fakt, poprawiam.

Mogłoby być jeszcze “naszła mnie myśl”.

A dlaczego nie na wylot? Właśnie na wylot, szczur szuka drogi wyjścia, przegryzając się na zewnątrz

Jakby to za krótko trwało – wyobrażam sobie, że najpierw wgryza się do środka, uciekając przed gorącem, a potem dopiero zaczyna szukać drogi wyjścia? Nie traktuj tego jako istotnego zarzutu, nie mam osobistych doświadczeń z tematem.

Ano tak, połapałem się, że musi chodzić o szczura użytego do tortur. Zajrzałem w komentarze – trochę szkoda, że nie byłem pierwszy, ale z drugiej strony super, że mamy tylu domyślnych czytelników! Chyba prof. Bralczyk wspominał gdzieś o ćwiczeniu literackim, w którym natknął się na historię Prometeusza opowiedzianą z punktu widzenia sępa.

spływał po moim futrze

Lepiej “spływał mi po futrze” (chyba że umyślnie zaciemniasz, bo taka forma pasowałaby do futra noszonego jako ubranie, a nie własnego).

przemknęła mi myśl

Myśl musi przemknąć przez coś, lepiej “uderzyła mnie myśl”.

Wydostałem się w ostatniej chwili i zachłysnąłem powietrzem.

Tu miałem drobne wątpliwości, bo raczej nie przegryzł się przez pacjenta na wylot, a gdyby dotarł do jamy brzusznej, to nie wiem, czy czułby, że się wydostał.

Niezamaco, jak pojawił się temat sond von Neumanna, to szybko skojarzyłem, że coś takiego popełniłaś.

Był taki wypadek, gdzie facet z znalazł się w kosmosie bez skafandra przez 15 sekund i przeżył:).

Nie słyszałem, ale podejrzewam, że chodzi Ci o ten wypadek z komorą próżniową: https://web.archive.org/web/20141014072430/http://imagine.gsfc.nasa.gov/docs/ask_astro/answers/970603.html (“The subject later reported that he could feel and hear the air leaking out, and his last conscious memory was of the water on his tongue beginning to boil”). Fenomen wrzenia płynów ustrojowych pod wpływem niskiego ciśnienia nosi miano ebulizmu, a wysokość nad poziomem morza, od której występuje, to linia Armstronga.

Dziękuję, że się tak ładnie podzieliłaś tym “wścibstwem”! Twoje podejście wywiera na mnie dobre wrażenie, wydaje mi się, że sam odruchowo postrzegam teksty bardziej całościowo i nie zawsze udaje mi się zwrócić uwagę na jakość różnych detali, ale też lubię doszukiwać się sensów i interpretacji niekoniecznie oczywistych dla autora. Mam nadzieję, że będziemy się nieraz spotykać w ciekawych dyskusjach pod różnymi opowiadaniami!

Hej!

To dla mnie miłe, że poczyniłaś tyle korzystnych obserwacji o moim opowiadaniu, że wszystko w nim wydało Ci się godne uwagi i wciągające. Wprawdzie wielu poprzednich czytelników przytomnie zwracało uwagę, że ten humorystyczny początek może tworzyć niekorzystny dysonans z poważniejszą wymową symboliczną dalszej części utworu.

Poza tym mam wrażenie, że analizujesz opowiadanie w ciekawy, rzadko spotykany sposób – jak gdybyś dostrzegała i doceniała poszczególne elementy, cegiełki w jego konstrukcji, gdy większość ludzi przede wszystkim dzieli się wrażeniami o całości danej historii. Czy wolno mi zapytać, czy rzeczywiście w taki sposób odbierasz literaturę, czy raczej jest to wyuczona gdzieś forma?

Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz, pozdrawiam!

Pewnie warto zacząć poszukiwania od hasła https://pl.wikipedia.org/wiki/Panspermia, oczywiście biorąc poprawkę na to, że teza o możliwości przypadkowego rozprzestrzeniania się mikroorganizmów w kosmosie, choć także kontrowersyjna, jest bez porównania słabsza od tezy o możliwości powstania na drodze ewolucji nierozumnego międzygwiezdnego gatunku drapieżnego lub pasożytniczego polującego na istoty rozumne.

I co najważniejsze w horror – on nie musi tłumaczyć wszystkiego, bo nie o to w nim chodzi ;)

Z tym się zgadzam, moje rozważania na ten temat w ogóle nie mają być krytyką opowiadania, lecz dyskusją o ciekawym, związanym z nim zagadnieniu. Przy tym z punktu widzenia fabuły nie ma znaczenia, czy organizm wyewoluował sam, czy zaprojektowała go jakaś potężna cywilizacja.

Tu podróż w kosmosie nie polega na technologii ale na prostocie organizmów i cierpliwości.

A z tym nie. Zakładałem w ogóle, chyba zgodnie z Twoją pierwotną koncepcją, że organizm nie musi wysyłać “zwiadowców”, bo namierza emisje radiowe gatunków rozumnych, ale to szczegół. Powtórzę swoje wątpliwości: w jaki sposób miałby się u takiego gatunku pojawić napęd pozwalający na przezwyciężenie grawitacji macierzystego układu, potężne odbiorniki radiowe, zdolność do przetrwania w próżni, do instynktownego obliczania kursu w podróży międzygwiezdnej? Te cechy są bezużyteczne, gdy choćby jednej brakuje, i niezbyt potrzebne stworzonkom ewoluującym na konkretnej planecie. Uważam, że nawet zaprojektowanie czegoś takiego byłoby nieprawdopodobnym wyzwaniem bioinżynieryjnym, a przypadkowe wyewoluowanie jest bezwzględnie nierealne.

Można wyobrazić sobie organizm, który wykrywa sygnał, obiera kurs z planety na której już dokonał spustoszenia. W kosmosie wchodzi w stan hibernacji i albo w ogóle nie funkcjonuje albo oddycha zgromadzonym powietrzem wewnątrz ciała, to samo z odżywianiem – czyli sam siebie pożera. Gdy wyczuje, że znalazł się w atmosferze innej planety, jego jedynym celem jest rozprzestrzenić zarodki (jaja) i umrzeć :)

Organizm można sobie wyobrazić, ale przeskok ewolucyjny od dowolnego planetarnego trybu życia do tego opisanego przez Ciebie – trudniej. Dorosła forma Twojego robaczka musiałaby być właściwie statkiem międzygwiezdnym. Na Ziemi gatunkiem o największej dysproporcji rozmiarów między jajem a dorosłym osobnikiem jest samogłów Mola mola, z wielkim polotem opisywany przez zaglądającego do nas czasem Marka Maruszczaka (pamiętacie może jego nick?). Jednak żeby obdarzyć małe samogłowy zdolnością żywienia się istotami o dowolnej biologii (np. różnej skrętności aminokwasów), a duże antenami o mocy przekraczającej nasze najlepsze radioteleskopy, silnikami umożliwiającymi osiągnięcie prędkości ucieczki z układu gwiezdnego i zdolnością przetrwania w próżni – to nawet cywilizacja tak rozwinięta, że dla nas nieodróżnialna od bogów, musiałaby się bardzo postarać, a co tu mówić o samorzutnej ewolucji.

I były jeszcze syfy skłaniające lądowe ślimaczki do pałętania się przy brzegu, żeby mógł je pożreć krab

Wiesz co, o takich obrzydlistwach piszesz?? Znałem te ozdabiające czułki, żeby wabić ptaki, ale o tym nie słyszałem.

Nie, to tylko indywidualna ocena Barda – który, zainspirowany przez Holly, próbuje sobie usystematyzować kryteria, żeby głosować bardziej obiektywnie. Myślę, że sformułowanie “końcowa ocena piórkowa” wypadło nadspodziewanie kategorycznie, na pewno nie miał na myśli tego, o czym piszesz. Tekst otrzymał prawidłową nominację i jest poddany pod głosowanie całości Loży.

Pasożyt podobnie – jeśli szuka innego żywiciela pośredniego, potrafi skłonić nosiciela do niepotrzebnego ryzyka, do preferowania nietypowego środowiska…

Ładny jest ten przykład z przywrą zmuszającą mrówkę do wspięcia się na szczyt źdźbła trawy i oczekiwania tam na dużego przeżuwacza, który jest jej żywicielem docelowym.

Bardziej interesujące jest jak takie owady przemierzają kosmos i potrafią w nim przeżyć. Ale tak głęboko nie wchodziłem w temat, obawiam się, że będziemy musieli brać taką możliwość na wiarę ;)

Właśnie trudno mi sobie wyobrazić, żeby coś takiego samoistnie wyewoluowało. Jeżeli już, może jakaś bardzo zaawansowana cywilizacja mogłaby sobie zaprojektować takie sondy, ale też chyba łatwiej mechaniczne niż biologiczne. W każdym razie zgadzam się, że to przestrzeń dla wyobraźni i wiary, a nie ugruntowanej wiedzy.

Przy okazji znalazłem w zbliżonej tematyce interesujący artykuł: https://web.archive.org/web/20191224081953/https://www.nickbostrom.com/extraterrestrial.pdf.

Jesteś też coraz lepszy we wciąganiu czytelników w dyskusje! Brałeś dodatkowe lekcje u Finkli?

A teraz pomyśl o redaktorze, który czyta tekst i treść mu nie leży, ale wie, że pomysł się sprzeda i musi pracować nad powieścią, która go męczy, ze świadomością, że to on sam sobie zrobił ;).

Wydaje mi się, że większość wydawnictw ma redaktorów specjalizujących się w różnych gatunkach literackich. Niemniej to prawda, że gdybym podjął się pracy związanej z literaturą, najpewniej bardzo szybko przestałaby być moją pasją.

Znacznie trudniej jest otrząsnąć się z opisów, które odnoszą się do rzeczywistości. I teraz łącząc te dwa elementy, czyli, prawdziwe realne emocje z wymyślonym robaczkiem z… no sam wiesz ;) – to otrzymujemy przeżycia (realne) i jednocześnie usprawiedliwienie, że nie musimy się tym przejmować i to w mojej ocenie jest super.

Osobiście odbieram to inaczej, ale trudno mi to wysłowić. Prawdziwość emocji jest zawsze podważalna, chyba że ktoś pisze o własnych przeżyciach, a i wtedy istnieje możliwość autokreacji. Prawdziwość zdarzeń pozwala je umieścić w strukturze świata, przy fikcyjnych pozostają wątpliwości, na ile są prawdopodobne lub analogiczne do prawdopodobnych. Prawda, że nie jestem typowym czytelnikiem, ale i spośród typowych bardzo wielu nie rozumie, co inni widzą w horrorach.

To jest ciekawe, bo nie napisałem, że z kosmosu – ale dobrze czytasz mój zamysł :).

W obrębie świata przedstawionego podaje tę informację czy przypuszczenie tylko filmik oglądany przez bohaterów, ale chyba uznałem, że skoro odnosisz się do niego w tytule, mogę to sobie przyklepać jako interpretację autorską.

Mało, że ona jest – hipoteza ciemnego lasu została nazwana właśnie na cześć tej powieści :P

Ciekawe, o powieści wiedziałem, ale jakoś odruchowo zakładałem, że zależność musiała być odwrotna. Samo podejście wyraźnie spina się z konfucjańskim oglądem świata, w stosunku do tego, co pisałem na końcu poprzedniego komentarza.

Są muchówki, które składają jaja w innych owadach. Owad sobie żyje do chwili gdy larwy zaczynają z niego wychodzić. Ale to nie jest najlepsze. Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować.

Zwykle jednak owad (czy inny stawonóg) nie przeżywa inwazji larw, które wyjadają go od środka i rozbijają przy wykluciu, gdyż czyni to pewne spustoszenia anatomiczne. Z zależnością międzygatunkową, którą opisujesz, chyba się dotychczas nie zetknąłem. Za to przypomniał mi się irlandzki dowcip…

Pani w szkole pyta małego Seana:

– Jak nazywa się pasożyt, który spowodował Wielki Głód?

SEAN (mamrocząc do siebie)

Tylko nie mów, że Brytyjczycy, to poprawna odpowiedź, ale masz tego nie mówić…

PANI (dosłyszała)

Nie, to popularne nieporozumienie. Brytyjczycy zwykle zabijają swojego żywiciela, stanowią więc przykład parazytoida, a nie pasożyta właściwego.

SEAN

Now that’s a correction I can stand for!

Tak, to prawdopodobne w pierwszym wypadku, w drugi tylko jeśli to gatunek rozumny :)

Naturalnie w drugim zdaniu pisałem też o gatunku rozumnym, ukryłem to w słowie “podobnie”.

Zgadza się, tylko to, że myślimy o obcych jak o istotach inteligentnych, to myślenie życzeniowe. Wynikające, w mojej ocenie, z chęci utożsamiania z czym co miało by nas oświecić.

Jednakże istoty, które znalazłyby nas na skutek nieostrożnego (?) emitowania sygnałów radiowych lub innych, byłyby raczej czymś inteligentnym niż robalami instynktownie lecącymi przez przestrzeń międzygwiezdną jak ćmy do światła.

Tak, możliwość podcięcia gałęzi na której się siedzi jest bardzo prawdopodobne. Ale zauważ, że mamy w tej dziedzinie duże doświadczenie i od pewnego już czasu, gdy gałąź zaczyna pękać, to ludzkość przesiada się na inną – grubszą. No i znów zaczyna piłować ;).

Zgadzam się z Tobą i także na to liczę, tylko że (jak wyżej) pisałem w tamtym miejscu o perspektywie jednostki. To, że cywilizacja jako całość może przetrwa daną katastrofę, nie jest wielkim pocieszeniem, gdy my lub nasze rodziny zaplączemy się w tych pechowych dwudziestu procent.

Cześć, Bardzie!

Na pewno już kiedyś wspominałem, że Twoje horrory sprawiają mi duże kłopoty pod kątem oceny piórkowej. Nie jestem fanem tego gatunku, horrorów czytałem bardzo mało – czasem nawet myślę, że lepiej byłoby, gdyby Loża była większa i mogła wydzielać zespoły do oceny poszczególnych tekstów, ale przy obecnych realiach Portalu to mało wykonalne. Naturalnie staram się zauważać i doceniać walory takich opowiadań na ogólnych zasadach literackich. Tutaj nie da się przeoczyć, że poczyniłeś ogromny postęp od czasu takiego “Bórlingi” (Bórlinga? Bórlingów? Bórlingiego?)… Postaci są żywe, plastyczne, ich interakcje dobrze odbijają te znane nam z autopsji i obserwacji, pozwalają się nad nimi zastanowić; rozwój fabuły nie wydaje się tylko pretekstem dla doprowadzenia do kulminacyjnych scen; język nie razi.

Choć sam tego tak nie odbieram, przyjmuję jako fakt z teorii literatury, że miłośnicy horrorów mogą czerpać przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi – podobnie jak z ekscytujących przygód w opowiadaniu akcji czy zaskakujących żartów w komediowym. Wydaje mi się, że Twój tekst bardzo dobrze realizuje to zadanie. W gruncie rzeczy czytało mi się go mniej przyjemnie niż “Hodowców dusz”, ale w przeciwieństwie do nich nie dostrzegam tu żadnych znaczących zarzutów konstrukcyjnych. Pomysł inwazji czy też epidemii pasożytów z kosmosu rozszarpujących ludzi od środka na pewno nie jest świeży, trudno mi jednak ocenić, jak wiele zmodyfikowałeś w stosunku do jego typowych wystąpień, czy naśladowałeś znane tropy, czy bardziej bawiłeś się nimi. Na pewno czymś nowym, a zarazem logicznie obmyślonym jest dla mnie wątek, w którym zarażeni ludzie wykazują patologiczne myślenie o jedzeniu i karmieniu innych; to bez wątpienia zapadnie mi w pamięć i ostatecznie przekonuje mnie do głosu na TAK.

Przez chwilę Tomowi zdawało się, że coś przebiegło i wpełzł pod łóżko Kevina.

Chyba miało być “wpełzło”.

 

Zupełnie na marginesie w sprawie hipotezy “ciemnego lasu”: zapewne jest możliwe, że rozumny gatunek ewoluujący z dołu łańcucha pokarmowego z ostrożności zatrzymałby się na poziomie rozwoju cywilizacyjnego, na którym nie emituje się wykrywalnych sygnałów poza rodzimą planetę. Podobnie jest bardzo możliwe, że gatunek drapieżników szczytowych wyniszczyłby się sam przed osiągnięciem etapu pozwalającego na podróże międzygwiezdne. Kto wie, czy nasza historia ewolucyjna nie daje nam tutaj wyjątkowej pozycji. Poza tym obecnie myślę, że na potencjalnym kontakcie mamy więcej do zyskania niż do stracenia – bardziej rozwinięty przyjazny gatunek, który by nas znalazł, mógłby nam dać dostęp do wprost niewyobrażalnej wiedzy, a jakoś się nie zanosi, by za naszego krótkiego życia ziemska nauka poczyniła postępy zapewniające wszystkim idealny byt. Tymczasem padnięcie ofiarą totalitaryzmu lub śmiertelnej epidemii bez żadnej pomocy kosmitów jest całkowicie wyobrażalne.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

I podsumowanie końcowe:

 

Ramshiri – Uczta – 7/5 głosów, 1 TAK (beeeecki, bruce), nominacja!

MichaelBullfinch – Pod maską – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

GalicyjskiZakapior – Czarna Haoma – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

Bardjaskier – Ciemny las: Tom i Kevin – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

pusia – Czarne kwiaty – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

d.pankovski – Konwergencja: Aeren Voss – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

CZARNA2 – 364 dni Belzebuba – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Dajcie nam odejść… – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

JolkaK – O kobiecie, która pisała książkę – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

L.Keller – Kiedy spadło słońce – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce).

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Pod maską (cezary_cezary);

prosiaczek – Szaleństwo w normie (HollyHell91);

Bardjaskier – Najlepszy przyjaciel człowieka (HollyHell91);

RamshiriUczta (HollyHell91);

Bardjaskier – Ciemny las: Tom i Kevin (JolkaK).

Nie rozumiem tego zdania. Przeciętnie bogatszą? ;p

Chciałem wyrazić, że w większości przypadków chyba masz bardziej oryginalne pomysły i skojarzenia od moich, choć oczywiście może się też zdarzać, jak tutaj, że to ja wpadnę na coś zaskakującego dla Ciebie.

No tak, uderzył mi w twarz brzmi okropnie ;p

Mówimy o zaimkach dzierżawczych, więc raczej chciałem wskazać, że uderzył moją twarz brzmi okropnie i byłoby rażącą kalką z angielskiego.

Myślałam, że ja mam bogatą wyobraźnię :P

Myślę, że przeciętnie masz bogatszą ode mnie.

Hm, no moim zdaniem do zakwalifikowania do fantastyki wystarczą obrazy tworzące się w głowie pod wpływem psychozy.

Czyli jak czytam o gatunku borowika, którego spożycie wywołuje halucynacje o treści dotyczącej krasnoludków, to także jest artykuł fantastyczny, a nie popularnonaukowy? Chociaż w zasadzie – to subtelne rozróżnienie i nie musisz się ze mną zgadzać: jeżeli stworzysz fabułę opartą na wątkach niemożliwych w naszym świecie, zamknięcie jej klamrą “to był tylko sen” nie kasuje fantastyki (choć może być kiepskie z innych względów), natomiast to, że komuś się zwidują mówiące do niego anioł z diabłem czy jajecznica, jest niestety wątkiem jak najbardziej realistycznym.

Hm, zamienić drugie próbuje na chce?

Czemu nie.

A, ok, czyli nie usuwać całkiem zaimków, tylko nie używać dzierżawczych. Noted!

Nie znam na ten temat dobrych źródeł, ale wydaje się (analizowaliśmy to kiedyś obszernie z Zanaisem), że rozróżnienie zależy od tego, czy mówimy o oddziaływaniu na integralną osobę, czy instrumentalnie na część ciała. Możesz powiedzieć “ucałował mnie w dłoń” lub “ucałował moją dłoń” w zależności od tego, czy mowa o realnym wyrazie szacunku, czy o geście bez znaczenia. Zawsze “uderzył mnie w twarz”, ale może być “doktor uderzył młotkiem moje kolano i ono odskoczyło”. Czasami zaimek można też całkiem usunąć, ale to już subtelniejsza kwestia stylistyczna, Tarnina ma w tym lepsze wyczucie od mojego.

Poprawione, ale właściwie dlaczego tak lepiej? Bo tak jest poprawnie czy po prostu lepiej brzmi?

Taka jest zwykła kolokacja, nie twierdzę, że “lądujące spojrzenie” to zawsze błąd, ale tu przynajmniej dla mnie niezręczna metafora (spojrzenie wylatuje ptakiem, a wraca kamieniem?).

Hm, a czołganie się nie jest tylko po podłodze?

Dlaczego? Według SJP PWN “posuwać się naprzód w pozycji na brzuchu, na czworakach”. Do śpiwora raczej się wczołgujesz, niż wchodzisz, prawda?

A widok?

Może być, w każdym razie dałbym “zasnuwa mi”.

Hm, no mi się tu gryzie przecinek, ale nie wiedziałam, że jest coś takiego jak łączniki domyślne, toteż poprawiam.

Porównaj https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-imieslowy-przymiotnikowe;10407.html. To dogasająca reguła, nie zawsze łatwa w interpretacji, uznanym autorom też się gryzie i pewnie za jakiś czas zniknie z interpunkcji polskiej.

Tak, ale już wspominałam wcześniej, dlaczego akurat takiego szyku użyłam. Czy to było na becie?

Wspomnę jeszcze raz. Chciałam, żeby się ładnie zgrało tutaj:

Diabeł zniknął.

Uratowałaś go – Anioł szepnął.

Wygląda to trochę… pozasystemowo, ale ma uzasadnienie. To wtedy chyba kropka po “go”, skoro po myślniku nie pojawia się od razu verbum dicendi.

Miałam dokładnie te same skojarzenia i myśli, kiedy pisałam komentarz. sad A samą zbrodnią byłam dosłownie wstrząśnięta. sad

Prawdę mówiąc, ja się z tym chłopakiem kiedyś zetknąłem, jako wolontariusz na obozie naukowym. Co więcej, o ile pamiętam, w jednym z odczytów przytaczałem tam wiersz Tetmajera “O Janosikowym turnieju”. Naturalnie nie mogłem niczego podejrzewać i o nic się nie obwiniam, ale mimo wszystko trochę głupie uczucie.

Dobry wieczór, Holly!

Całkiem przyjemna miniaturka dla przełamania blokady (w ogóle wyobraziłem sobie tutaj blokadę morską weny, w jakimś fantastycznym wymiarze, i przełamujące ją rajdery wyładowane natchnieniem). Końcowy zwrot akcji mniej więcej przeczuwałem, ale i tak wydał mi się udany, nie mam natomiast poczucia, bym uzyskał lepszy niż dotychczas wgląd w życie wewnętrzne osoby dotkniętej psychozą, więc opowiadanie raczej nie zapadnie mi w pamięć na bardzo długo. Fantastyka jest rzeczywiście blada, wyrażająca się w wykorzystaniu baśniowego motywu księżniczki w wieży, a nie w rozwoju fabuły. Można w sumie różnie interpretować, czy sama wieża jest urojeniem, czy też faktycznie umieścili dziewczynę w wieży błaznów (Narrenturm); czy jajecznica to złuda od jakiegoś mniej apetycznego posiłku, czy wcale jej nie ma. Przy okazji przyszło mi na myśl, że utwór wygląda, jakby mógł być zainspirowany informacją o niepoczytalności zabójcy portierki z UW, ale chyba zaczęłaś go pisać wcześniej?

Spróbuję jeszcze wypatrzyć parę drobiazgów językowych i interpunkcyjnych…

Próbuję rozgonić resztki snu i wrócić na jawę. Nie jest to łatwe, gdy coś próbuje mi rozłupać czaszkę od środka.

Usunąć powtórzenie.

ostra błyskawica bólu przeszywa moją skroń

Przeszywa mi skroń – zaimek dzierżawczy przy części ciała to zwykle błędna kalka z angielskiego, Marzan zwraca Ci na to samo uwagę w innym miejscu.

(Marzanie, czy aby już wspominałem, że niezwykle miło jest Cię znów widzieć na Portalu?)

Wpatruję się w ceglany sufit, zamiast w dymnik i słomiany dach.

Przecinek niezasadny, nie ma odrębnych orzeczeń.

moje spojrzenie natychmiast ląduje na drzwiach.

Lepiej “pada na drzwi”.

Wchodzę do środka

Wyobrażam sobie bardziej “wczołguję się”.

Przez chwilę widoczność zasnuwa mgła

Widoczność nie pasuje. Może “pole widzenia zasnuwa mi mgła”, choć to też niezbyt trafne stylistycznie. Może po prostu “świat”.

Rozczarowana odsuwam się od drzwi.

Dałbym przecinek, bo “rozczarowana” jest tu właściwie równoważnikiem zdania (orzecznik z łącznikiem domyślnym “będąc”).

mój wzrok ląduje na oknie, znajdującym się dokładnie na wprost.

Przez nie wpływają ciepłe promienie słońca i lądują na posadzce

Wyraźnie nadużywasz tego czasownika.

Nie wygląda to na pracę pługa czy dzików.

Robotę? Dzieło? Ślady? Tak, chyba najlepiej ślady.

Tomasz wracał z pola, z przerzuconą kosą na ramieniu.

Z kosą przerzuconą przez ramię.

Nigdy wcześniej ani nigdy potem nie widziałam czegoś tak upiornego.

“Nigdy wcześniej ani potem” lub “nigdy wcześniej i nigdy potem”.

Uratowałaś go – Anioł szepnął.

Właściwy szyk “szepnął anioł”.

 

Wyłowione z komentarzy:

Nie wiem nawet, gdzie jestem, co to za wieża, w całym swoim dwudziestoletnim życiu nie słyszałam o żadnej cholernej wieży w okolicy…

Jak ogólnie zgadzam się z uwagami Barda, tak to powtórzenie wieży mnie się akurat podoba, ładnie podkreśla konfuzję bohaterki.

Zastanawiam się, jak bohaterka radziła sobie z sikaniem. Ale w bajkach o takich drobiazgach się nie wspomina…

Myślę, że do tego (i nie tylko) służyło wspomniane wiadro z lewej strony. Po napełnieniu zawartość wylewamy przez okno, w zależności od względnego poziomu znudzenia i kultury osobistej krzycząc “Uwaga tam na dole!” lub czając się na dozorcę.

 

Dziękuję za podzielenie się tekstem, polecam do Biblioteki i pozdrawiam!

Owszem, i tak wydaje mi się, że w opublikowanym tekście warto wprowadzać głównie zmiany redakcyjne. Głębsze uwagi konstrukcyjne podaję raczej jako materiał do analizy na przyszłość. Nie oczekiwałbym od autora czynienia fundamentalnych zmian w ukształtowanym już utworze niezależnie od regulaminu konkursu, ale dobrze, że o nim pamiętasz!

Na pewno nie mam powodu się gniewać. Nie chciałem też, żeby komentarz wyszedł “w całości krytyczny”: może za słabo zaznaczyłem to, że doceniam czułość opisu głównej bohaterki, poziom skupienia na doznaniach, że sam pomysł na tekst wydaje mi się nietuzinkowy i współgrający z zamieszczonym obrazem. Gdybyś miał dalsze pytania do niektórych uwag, naturalnie postarałbym się pomóc i doprecyzować, ale nie nalegam.

D. Pankovski, Ślimak nadpełza i wita!

Tekst jest oparty na ciekawym pomyśle, ale dość trudno mi było go przyswoić (może nie mam kwalifikacji na Płótno). Nie sądzę, żeby należało go czytać w całości jako metaforę, opisana idea nie wydaje się bardzo bliska znanych zjawisk. Ważne w fabule jest to, żebyśmy zaczęli kibicować bohaterce, dostrzegając jej uczłowieczenie: a zatem utwór byłby raczej o tym, że pewnych ról nie mogą odegrać pozbawione uczuć narzędzia, o naszej skłonności do instrumentalnego traktowania innych. Jednak związany z tym moment dramatyczny nie zostaje przeważony, gdy magowie nie unicestwiają Lys ani nie uznają jej godności osobistej, lecz… przesuwają ją na inne stanowisko robocze? I jest to ujęte jako happy end?

Językowo skupiasz się na oddaniu wrażeń zmysłowych, co można docenić, lecz wiele poszczególnych decyzji uważam za nietrafne. Spróbuję dla przykładu przesiać początek tekstu:

spoczywały inne istoty jak ona.

Niezręczne (bo mogłoby bardzo kolokwialnie znaczyć “inne od niej”): “istoty jej rodzaju”?

Były nagimi ciałami

Istota jest czymś więcej niż ciałem.

pozbawionymi znaków szczególnych.

Nagle kawałek stylu urzędowego?

jak nieskazitelny pergamin

Najlepszy gatunkowo pergamin, często sporządzany ze skóry poronionych cieląt, nazywano welinem.

Jej wzrok, nieosłonięty powiekami

Powieki nie osłaniają wzroku, jeśli już, to go ograniczają, krępują.

na kręgu z czarnego bazaltu

Na kole, wewnątrz kręgu.

Był odziany w łachmany, a jego ciało pokrywały siniaki i świeże rany.

Dziwny przypadkowy rym.

śpiewając niskie, monotonne pieśni.

W niskiej tonacji?

myśl w jej umyśle.

Rozumiem, że to celowy zabieg, ale moim zdaniem niezręczne.

przypisanego do jej rozwoju.

Zajmującego się jej rozwojem?

Lys skinęła głową, jedyny gest, którego się nauczyła, by naśladować zrozumienie.

Źle zbudowane zdanie, nie wiadomo, co się do czego wiąże (czy skinęła głową, by naśladować zrozumienie, czy nauczyła się, by naśladować zrozumienie; i czy jedyny, którego nauczyła się konkretnie w tym celu, czy też w ogóle jedyny, którego się nauczyła).

Klękła przed nim

Wychodziłoby na to, że przed bólem. Poza tym formę “klękła” nie wszystkie słowniki uznają, wydaje się w każdym razie rzadsza i bardziej potoczna.

parodiując jego pozę, ale w jej wykonaniu był to ruch pełen obcej gracji.

Parodia jest z założenia czymś brzydszym, mniej wzniosłym od oryginału.

przyłożyła dłonie do swojej głowy.

Lepiej “własnej”.

Jej biel, jej czystość, była jak próżnia. A natura dąży do wypełnienia próżni.

Nie sądziłem, że trafię jeszcze kiedyś na horror vacui użyte nieironicznie.

 

Na razie wystarczy. Pomyślałem tylko, że napiszę jeszcze parę słów wyjaśnienia w sprawie Biblioteki. Otóż jest to pierwsze sito służące oddzieleniu tekstów, które można jakkolwiek polecić osobom z zewnątrz wchodzącym na Portal dla przyjemności z lektury opowiadań fantastycznych, od tych słabszych warsztatowo, do których będą zaglądać głównie członkowie naszej społeczności, żeby pomóc początkującemu autorowi w rozwoju literackim. Utwór trafia do Biblioteki, kiedy dostanie pięć “punktów” (poleci go pięciu uprawnionych czytelników). To, jak szybko trafi tam dany tekst, zależy oczywiście od jego jakości, ale też od długości; od szczęścia; od momentu publikacji; od tego, na ile autor ma wyrobioną markę na Portalu, wiernych czytelników, którzy zaraz się nań rzucą; wreszcie od uprawnień tych czytelników – niektórzy mogą przyznawać punkty bezpośrednio, a inni poprzez wątek https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17812, w którym prośby są weryfikowane i zatwierdzane z opóźnieniem. W każdym razie jury konkursowe nie powinno i nie ma powodu się tym kierować.

Kolejna kwestia: warto pamiętać, by w każdym opowiadaniu (oprócz konkursów anonimowych!) umieszczać przy publikacji tagi i “fragment biblioteczny”. Po trafieniu do Biblioteki tekst jest eksponowany na stronie głównej Portalu, ale jeżeli nie będzie jednej z tych dwóch rzeczy, nie znajdzie się tam, jak chyba przydarzyło się właśnie Białemu płótnu – i nic już się na to nie poradzi ze względu na oprogramowanie. Odpowiedzi na wiele innych pytań dotyczących forum, o których być może jeszcze nie wiesz, że chciałbyś je zadać, udzieli Ci wspaniały poradnik Drakainy.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Owszem, neuroplastyczność to dobra rzecz i staram się z niej korzystać. Empatią, rozumianą jako wrażliwość na cierpienie innych, na szczęście dysponuję. To, że mogę się źle czuć po przeczytaniu wiadomości o czyjejś krzywdzie, nie znaczy jednak, że łatwo mi wiarygodnie sobie przedstawić myśli i reakcje takiej osoby, żeby opisać je w opowiadaniu (żeby nie wyszły przesadzone, stępione czy w ogóle kuriozalne). Raczej wielu czytelników się zgadza, że sztafażowość życia wewnętrznego postaci należy do wad moich prób literackich – i że robię w tym pewne postępy. Nie sądzę, bym “zbyt mocno zawierzył diagnozie”: wiem, że sam sprowokowałem temat, ale z ewentualną kontynuacją może warto się przenieść na priv.

Dziękuję! Jak tu ostatnio wspominałem, moja zdolność do odgadywania emocji i zachowań innych, wczuwania się w ich położenie, jest mocno ograniczona, ewidentnie stanowi to mój słaby punkt w twórczości jak i w życiu. Kiedy czytam o zagadnieniach psychologicznych i psychiatrycznych (czasem z jakichś innych względów mnie to interesuje, a często zwyczajnie po to, żeby lepiej poznać świat pod tym względem i zaprotezować sobie te braki), nie zawsze łatwo mi sobie przełożyć te pojęcia na konkretne przykłady postępowania, więc Twoje dopiski są dla mnie cenne, nawet jeśli “troszkę off topic”.

Pozdrawiam serdecznie, życzę udanej środy!

sięgam w swojej interpretacji do samego rdzenia borderline (o ile tak można mówić w przypadku tego zaburzenia) – w tym sensie Kalina nie musi panicznie zrywać z obawy, że zostanie sama. Ona jest sama od początku – nijaka, przezroczysta, pozbawiona stabilnego ja. Relacje nie są tu po to, by kogoś zatrzymać, tylko by na chwilę poczuć cokolwiek. Intensywność zastępuje tożsamość.

Wygląda na to, że zrozumiałeś istotę sprawy głębiej ode mnie i piszesz ważne rzeczy. Czytałem oczywiście o tym “braku stabilnego ja”, ale wydawało mi się to puste pojęciowo, myślałem sobie: skoro tacy ludzie mogą mieć poważne i utrzymujące się pasje, może z nieregularnymi wzorcami aktywności, ale zawsze wracają do pisania, fotografii, wspinania się czy czegokolwiek, to przecież kształtuje to ich tożsamość, tak jak naszą… Jeżeli jednak tak nie jest, jeżeli te zajęcia nie nadają sensu ich życiu choćby w niewielkim stopniu, lecz stanowią coraz bardziej rozpaczliwe próby powrotu, odtworzenia tego sensu, który kiedyś poczuli?

Pewnie musiałbym to dokładniej wytłumaczyć, ze wszystkimi niuansami, ale mam nadzieję, że resztę mojej interpretacji już sobie dośpiewasz. Znasz mnie już na tyle dobrze by wiedzieć, że nie uzurpuję sobie prawa do “jedynie słusznej interpretacji” utworów – tak cudzych jak i własnych. Mi się to po prostu tak składa, komuś innemu może się składać inaczej – i jeśli ten sam utwór, można na kilka różnych sposobów sensownie interpretować – tym lepiej dla utworu, czyż nie?

Całkowicie tak.

Cześć, Sewerze!

Wracam po jakimś czasie od lektury, nie czułem się na siłach podjąć pełnej analizy opowiadania, ale pomyślałem, że przynajmniej podzielę się wrażeniami. Na pewno było warte lektury, fabuła płynnie poprowadzona, umiejętnie dozujesz napięcie, poszczególne sceny wydają się prawdopodobne, w zakresie obranej tematyki moim zdaniem nie przekraczasz granic dobrego smaku – świadczy to wszystko o porządnym poziomie literackim. Zwłaszcza fragment z figowcem mocno mi zapadł w pamięć. Co ewentualnie budziło moje wątpliwości, to możliwe przesłanie, jakoby niestandardowe preferencje seksualne były czymś zgubnym, nieuchronnie prowadzącym do poszukiwania coraz mocniejszych bodźców aż do tragedii, jak gdyby Kalina mogła była sobie szczęśliwie ułożyć życie tylko w tradycyjnym związku z mężczyzną, dwa razy w tygodniu w pozycji misjonarskiej, lie back and think of England – ale to tylko jeden sposób odczytu i niekoniecznie zgodny z zamysłem autorskim.

Mocno zaskoczyła mnie natomiast interpretacja Jima, że utwór traktuje o osobowości typu borderline – ponieważ nie znalazłem w nim tego charakterystycznego wzorca, w którym taka osoba nie może utworzyć stabilnego związku, bo boi się porzucenia tak panicznie, że w końcu pierwsza zrywa relację, raniąc siebie i partnera, jak gdyby pchała ją do tego jakaś przemożna siła spoza uświadomionej woli… Jednak nie twierdzę, iż tak nie mogło być, w końcu dlatego nazywa się to zaburzenie “osobowością z pogranicza”, że wymyka się prostym schematom.

Pozdrawiam serdecznie,

Ś.

Dzień dobry (a może już dobry wieczór?), cieszę się z Twojego powrotu! Jest wiele tekstów, pod którymi chciałem zabrać głos, nie mogłem się za to zabrać i w końcu mi wyleciało z pamięci, więc tym bardziej doceniam Twoją systematyczność.

Trudno mi się wypowiadać o dyskalkulii, nie jestem specjalistą i nie mam zbyt wielu doświadczeń w tym temacie. Zdolność rozumowania matematycznego jest tak ściśle spleciona ze zdolnością rozumowania w ogóle, że na pewno byłabyś w stanie przyswoić różne abstrakcyjne pojęcia pomocne w opisie świata, nawet jeżeli automatyczne wykonywanie operacji arytmetycznych przychodzi Ci trudniej niż przeciętnej osobie. Jasne natomiast, że kiedy od dzieciństwa kojarzyłaś matematykę głównie z przykrym wysiłkiem, to nie miałaś motywacji, by zainteresować się tymi bardziej abstrakcyjnymi zagadnieniami. Może opowiadanie prawdziwie mistrzowskie mogłoby Cię przekonać, że cała ta matematyka to jednak niezła zabawa: to już zawieszanie sobie poprzeczki bardzo wysoko, ale na pewno jeszcze spróbuję napisać coś na motywach matematycznych.

Oj tam, trzeba próbować, eksperymentować.

Pewnie, że trzeba! Zauważ tylko, że tak jak Ty możesz mieć trudności z liczeniem, tak ja mogę mieć trudności z rozumieniem typowych zachowań ludzkich i wczuwaniem się w położenie innych.

Wydaje mi się, że tak będzie lepiej.

To zmieniam, dziękuję!

Cóż, nie jest możliwe, żeby każde opowiadanie trafiało prosto w serce. Udało Ci się to natomiast z Grupą satem, które pamiętam do dziś i możliwe, że już zawsze będę pamiętać.

O, to naprawdę duża pochwała i motywacja do dalszej pracy! Przypomniałem sobie teraz Twój komentarz pod Grupą satem, żeby utrwalić, co wywarło na Tobie tak korzystne wrażenie – mam nadzieję, że uda mi się odtworzyć te zalety w przyszłych tekstach. Aż mnie teraz zaciekawiło, jak spodobałyby Ci się moje starsze opowiadania, ale nie chcę się narzucać i odciągać Cię od zajęć członkini Loży.

Jeszcze raz gratuluję Piórka i przepoczwarzenia w lotnego Ślimaka!

Dziękuję, Ty jesteś dostatecznie lotną Smoczycą, ale oczywiście także gratuluję drugiego Piórka!

Wstępnie chciałbym zarezerwować “Jesień”, ale nie jestem pewien, czy dam radę coś napisać, gdyby więc komuś zależało, bez problemu odstąpię miejsce.

Arystokracka hołota bardzo mi się podoba.

Jednak hołota to najniższa majątkowo warstwa szlachty, a arystokraci – najwyższa. Poza tym przymiotnik arystokracki już u Doroszewskiego ma kwalifikator “dawniej” z przykładem z Lelewela: zaskakuje więc w opowiadaniu, które zasadniczo nie jest archaicznie stylizowane.

Również Ci dziękuję, życzę owocnej i przyjemnej pracy!

Hej, Ramshiri!

Najwyraźniej mam serię nadrabiania autorów, którym nie zdarzyło mi się dotychczas napisać komentarza. Bardzo mi miło do Ciebie trafić!

Tak w skrócie: mafijny egzekutor spotkał w górach potwora, który go wyspowiadał i pożarł. Słabym punktem jest ta prostota fabuły i brak odcieni moralnych – Dax jest całkiem jednoznacznie zły, a Sergio wypada bardziej jak siła natury, wymykając się zwykłej ocenie etycznej. Końcowy zwrot akcji wydaje mi się nieźle przygotowany: wprawdzie od razu odgadłem, że główny bohater nie wyjdzie żywy ze spotkania ze starcem i raczej będzie to coś subtelniejszego niż zatrute jedzenie, błysnęło mi też, że sam posiłek chyba jest iluzją, ale nie poszedłem dalej tym tropem. Może bardziej doświadczony czytelnik by to przejrzał, a może brak znajomości reguł Twojego świata praktycznie to uniemożliwia. Plusem jest też, że poszczególne myśli i reakcje Daxa, jego nagłe przejścia między beznamiętnością a gniewem, sprawiają wrażenie wiarygodnych dla tego rodzaju postaci.

Język opowiadania niestety nie jest najlepszy, sporo wyrażeń wydało mi się niefortunnych. Spróbuję zaproponować choćby przykładowe poprawki redakcyjne:

spróchniały kij, na którym przywiązano

Do którego przywiązano (na którym zatknięto).

Zebrał siły i wyszarpnął ze szczeliny swoją wielką, owłosioną dłoń.

Z kontekstu dostatecznie wynika, że nie cudzą.

Nie zdobył się na wspinaczkę do miejsca, z którego się ześlizgnął. Skały nad nim były nie do zdobycia w tym stanie.

Usunąć powtórzenie.

To, co wydawało się łagodniejszym wejściem, zostało okupione otarciami i siniakami, które barwiły jego przedramiona i uda niczym brunatne smugi atramentu.

Nie ma mowy, żeby siniaki tak szybko nabrały koloru, zresztą w ogóle są małym problemem w porównaniu z dłonią rozoraną do kości.

Dax sięgnął po spróchniały kawałek drewna, który najwyraźniej lata temu był włócznią, i cisnął go na ziemię.

Domknięcie wtrącenia przecinkiem.

Podążaj żółtym szlakiem – powtórzył w głowie słowa strażnika.

Teraz wyobraziłem sobie przodownika PTTK, który znakuje szlaki w tych górach, radząc sobie po drodze z ghulami i nieumarłymi. Twardy gość.

Zresztą wkroczyć nie oznaczało przeżyć, a przeżyć, nie oznaczało być w stanie o tym opowiedzieć.

Bez drugiego przecinka.

wydrążonych bogowie wiedzą, kiedy

I tu bez przecinka (samotny zaimek względny na końcu zdania, zresztą “Bóg wie kiedy” to w ogóle utarta fraza).

Błyskawice przecinały ciemność raz po raz, odsłaniając kolejne skały do pokonania. Mężczyzna parł do przodu, ślizgając się, to znów łapiąc równowagę, aż w końcu dotarł do kolejnej chorągiewki.

Kolejne powtórzenie.

Po niemal godzinnej wspinaczce dotarł wreszcie naprzeciw otworu.

Na to niewielkie wzniesienie wspinał się godzinę? Czy już od godziny skądś wiedział, że szuka tego otworu?

Minęło tak wiele czasu, odkąd jadł coś porządnego. Wrócił myślami do karczmy, gdzie podawano najlepszy gulasz w całym Erkanen oraz importowane piwo, które rzeczywiście dało się pić bez ryzyka zwrócenia zawartości żołądka. Teraz wypiłby nawet i najgorsze szczyny – takie, które podawali na pograniczu.

Powtórzone “podawać”. Chyba przekombinowane z tym piwem.

Pod stopami chrzęścił tłuczeń, drobne kawałki skał

Przypadkowo wiem, że tłuczeń to drobne kawałki skał.

strachliwy kupiec, czy oddział wojska

“Czy” w znaczeniu “lub”, bez przecinka.

Zlustrował grotę jednym, szybkim spojrzeniem.

Raczej bez przecinka (epitety nierównorzędne – szybkie spojrzenie jest jedno, a nie spojrzenie jest i jedno, i szybkie).

Postać przy ognisku najprawdopodobniej już się trzęsła

To chyba powinien widzieć, czy się trzęsła, czy nie?

Reputacja pozwalała mu na dużo.

Lepiej “na wiele”.

z sylwetką niedźwiedzia daleko w tym fachu nie zajdzie. Pobicia i wymuszenia przychodziły naturalnie.

Powtórzenie.

Z czasem zaczął używać specjalnej dźwigni, żeby powoli odrywać kończyny.

Prawdopodobnie raczej “wyrywać kończyny ze stawów”, to bardziej praktyczna i historycznie częściej używana metoda tortur.

Kilka słów rzuconych we właściwe ucho sprawiło, że więzienne kraty stanęły dla niego otworem.

Stanęły przed nim otworem. A w ogóle coś mi się tutaj kłóci – z jednej strony piszesz, że leżał jak w grobie i nikt do niego nie zaglądał, a z drugiej mógł pociągać za sznurki i rzucać słowa we właściwe ucho.

W miejscach takich jak to wiecznie ścierali się majętni ludzie.

Bardzo ogólne – lepiej naświetlisz czytelnikowi sytuację, gdy napiszesz, że to przecięcie szlaków handlowych, miasto portowe czy coś w tym stylu.

Kilka dni głodówki odcisnęły na nim piętno.

Odcisnęło.

Mógłby zasnąć w okamgnieniu, jednak na razie nie mógł sobie na to pozwolić.

Nie lepiej “zasnąłby”?

arystokracka hołota.

Tu nie miało być coś w rodzaju “arystokraci albo i hołota”?

Katakumby w dolinie wyglądają jak nić

To trudne do wyobrażenia. Może coś w rodzaju “sieć katakumb w dolinie jest tak gęsta, jakby uwił ją wyjątkowo pracowity pająk”?

Sergio wstawił również dwa kamienne naczynia w ogień.

Bardziej naturalny szyk: “Sergio również wstawił w ogień dwa kamienne naczynia”.

odrzuconą wcześniej, mokrą koszulę

Bez przecinka.

Mężczyzna zatrzymał dłoń w połowie ust, spoglądając na ociekającego tłuszczem merrtira.

Dziwne zdanie. Pewnie “w połowie drogi do ust”, całego “merrtira” też tam nie ma, bo przecież je gulasz.

Niewiele wcześniej dostał polecenie zastraszenia bogatego kupca

Polecenie czy zlecenie?

Jego oprychy obserwowały ofiarę dzień i noc: Isnela, jego żonę i śliczne dwunastoletnie bliźniaczki.

To raczej “ofiary”.

opisywał przepis

Niezręczne. Formułował?

Później wykonałem jeszcze akcję, którą nazywam odwróceniem. Wyłamałem młodej wszystkie palce do zewnątrz.

To bardziej zabieg niż akcja. Palce można wyłamać tylko w jednym kierunku.

Pracowałem dalej, czekając, aż wściekłość przegra z rozpaczą.

Może nawet napaści na śpiących podróżnych.

Może nawet na napaść.

Obserwowanie najpierw wściekłości, potem wysłuchiwanie próśb.

Najpierw obserwowanie (prawidłowy szyk w przeciwstawieniu).

 

Reasumując: odniosłem wrażenie, że po poprawie co bardziej uderzających błędów będzie to solidny tekst biblioteczny, ale do jakości piórkowej jeszcze mu brakuje. Dziękuję za możliwość lektury i pozdrawiam!

Dziękuję za Twój dopisek, bruce. Nie widziałem pierwotnej wersji opowiadania i absolutnie nie kwestionuję słuszności Twojej (jak rozumiem) porady, żeby usunąć te szczegółowe treści, być może istotnie ulepszyło to całość. Dobre przedstawienie zasad rządzących światem i jego wiarygodności, tak aby jednocześnie nie wypaść z rytmu wartkiej akcji, nie znudzić i nie zrazić czytelnika – jest zadaniem trudnym. Ciekawie pisała o tym Irka pod moim pierwszym dłuższym tekstem, ale zdecydowanie należy to do umiejętności twórczych, które wciąż staram się lepiej opanować.

A Twoje pozytywne podejście i wsparcie udzielane autorom również bardzo doceniam – na pewno o tym wiesz, ale zawsze warto przypomnieć. Pozdrawiam!

Nadszedł czas na wstępne podsumowanie! Luty zaczyna się zimowo, a lawina nominacji nie ustaje:

 

Ramshiri – Uczta – 7/5 głosów, 1 TAK (beeeecki, bruce), nominacja!

MichaelBullfinch – Pod maską – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Bardjaskier – Ciemny las: Tom i Kevin – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

GalicyjskiZakapior – Czarna Haoma – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

pusia – Czarne kwiaty – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

d.pankovski – Konwergencja: Aeren Voss – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Dajcie nam odejść… – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

JolkaK – O kobiecie, która pisała książkę – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

CZARNA2 – 364 dni Belzebuba – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

L.Keller – Kiedy spadło słońce – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce).

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Pod maską (cezary_cezary);

prosiaczek – Szaleństwo w normie (HollyHell91);

Bardjaskier – Najlepszy przyjaciel człowieka (HollyHell91);

RamshiriUczta (HollyHell91);

Bardjaskier – Ciemny las: Tom i Kevin (JolkaK).

Jasne, że Twoja odpowiedź nie ma nic wspólnego z “wykłócaniem się”, przedstawiasz i doprecyzowujesz swoją wizję. Starałem się porządnie wytłumaczyć, jak i dlaczego odebrałem tekst, ale to nie znaczy, że zrobiłem to w pełni dobrze czy obiektywnie, być może Twoje pomysły idealnie przemówią do wyobraźni jakiegoś innego czytelnika. Na pewno będę ciekaw zobaczyć, co przygotujesz w przyszłości!

No nie wyjaśnia, ale kto powiedział, że musi? Nie rozumiem tego argumentu. Opowiadanie też nie wyjaśnia, co się stało z Azją, kogo i jak dokładnie podbiła Polska, ile narodów wchodzi w skład armii Meksyku (…)

W moim rozumieniu jest tutaj różnica. Te kwestie, które wymieniasz, dotyczą rozbudowy świata przedstawionego, a nie samego sedna jego konstrukcji. Infodump wprost tłumaczący czytelnikowi zasady działania i możliwości omawianego wynalazku byłby zapewne rozwiązaniem nieszczęśliwym, a jednak moim zdaniem trzeba by te zasady i możliwości jakoś czytelnikowi przedstawić – wyjaśnić, dlaczego jest prawdopodobne, że zostałby użyty właśnie w taki sposób. Maszynka, która po zebraniu dostatecznej ilości zasobów przenosi największe mocarstwa na inną planetę, żeby mogły sobie rozegrać “endgame”… właśnie – kojarzy się z rozmyślnie umownym światem komputerowej gry strategicznej, a nie z realistycznym światem tragicznej opowieści wojennej, więc mnie przynajmniej wytrąca z zawieszenia niewiary.

Nie zgadzam się, że ta historia mogłaby się wydarzyć w “zwykłej” wojnie. Tu to właśnie elementy świata – maska tłumacząca mowę, teleport, kapsułki i chaos po “ucieczce” mocarstw – bezpośrednio prowadzą do tragedii. Gdyby to była okupacja, żona by go rozpoznała po twarzy albo głosie i do niczego by nie doszło.

Wyobrażam sobie gościa w esesmańskim płaszczu i hełmie, z zalaną krwią i osmaloną twarzą, beznadziejnie zachrypniętego od wdychania dymu… Na pewno taki gadżet ułatwia autorowi skonstruowanie śmiertelnego nieporozumienia, ale chyba przytaczano Ci już przykład Romea i Julii.

Nie podoba mi się określenie chwyt, bo to nie był zabieg, by sztucznie podbić emocje. Fakt, można tak to odebrać, jest emocjonalny

W porządku, przyjmuję do wiadomości, że nie taki był Twój zamiar, i przepraszam, jeżeli poczułeś się dotknięty moim sformułowaniem.

Cześć, Michaelu!

Chyba jeszcze nic Twojego nie komentowałem? Najwyższy czas!

Opowiadanie zawiera ciekawe pomysły i żywo poprowadzoną akcję, ale pod niektórymi względami nie czytało mi się najlepiej. Zaproponowany przez Ciebie świat – jeżeli dobrze rozumiem, bo nie jest to do końca jasne – zmusza państwa do walki o resztki zasobów, żeby zbudować odpowiedni portal i przenieść się na “Erebos”. Świadczyłby o tym cytat “nie chodziło już o terytorium, tylko o zasoby. Energię. Metale. Wszystko, co dałoby szansę zbudować coś większego”, ale z drugiej strony “Kiedyś mówiono, że Polska miała szczęście, bo nie pozwolono jej uciec. Że została, gdy inni zniknęli i mogła sprawować rządy nad całą Nową Europą” sugeruje coś przeciwnego. W każdym razie opowiadanie nie wyjaśnia, dlaczego kraje nie próbowałyby zamiast tego podjąć współpracy technologicznej (albo inaczej – czy nikt nie próbował przenieść tylko elit politycznych i wojskowych, porzucając obywateli na pastwę losu). Państwo czy naród nie jest fundamentalnym pojęciem fizycznym i jeżeli takie Chiny czy Indie mogłyby się przenieść w całości, to równie dobrze np. UE mogłaby podjąć wspólny wysiłek. A jeżeli zamierzyłeś metaforyczną opowieść o tym, że istnienie mocarstw nie jest przyczyną konfliktów i po ich zniknięciu mniejsze państwa gryzłyby się między sobą, to po pierwsze – okoliczności zewnętrzne sztucznie narzucające walkę o zasoby trochę podważają jej sens, a po drugie – nic zaskakującego, wystarczy spojrzeć, jaki zamęt wciąż się utrzymuje na obszarze po rozpadzie Imperium Osmańskiego.

Innym kłopotem jest moim zdaniem to, że nakreślona przez Ciebie opowieść nie ma silnego związku z konstrukcją świata. Fabuła zasadniczo dotyczy okropności wojny, śledzimy historię żołnierza czy powstańca, który dla ocalenia żony i dziecka łamie rozkazy, zabija swoich, a w końcu i tak nie jest w stanie im pomóc. Oprócz jednego czy dwóch gadżetów nic nie straciłaby na osadzeniu w czasach okupacji hitlerowskiej i może nawet miałaby tam więcej racji bytu: w tym sensie warstwa fantastyczna jest cienka. Nie przekonuje mnie, że po tamtym tragicznym nieporozumieniu z rannym chłopakiem nie przyszło mu do głowy, iż z rodziną również będzie mu trudno się dogadać. Chwyt z perspektywą dziecka w ostatnim akapicie też uznałem za przesadzony, mający sztucznie podbić emocje.

Pod kątem językowym dramatu nie ma, ale różne rzeczy dałoby się doszlifować. Przypadkowe miejsca, w których się potknąłem:

Dopadłem go szybciej, niż zdążył się zaciągnąć. Zdołał krzyknąć krótkie: „¡Oye!”, po czym sprawnym ruchem ręki(-,) przeciąłem mu gardło nożem.

Zaznaczyłem interpunkcję, ale drugie zdanie w ogóle wymaga przebudowy, nie tworzy się w ten sposób szeregów dopełnień. Na przykład coś w rodzaju “mocniej ścisnąłem w garści rękojeść noża i sprawnym ruchem przeciąłem (podciąłem? poderżnąłem?) mu gardło”.

Czułam, jak drży całym ciałem.

Na całym ciele.

Był młody – bardzo. Młodszy, niż powinien być ktoś, kto oddaje życie za kraj.

To pobrzmiewa niezdrowym sentymentalizmem, bo tak szczerze – od jakiegoś wieku wzwyż już wypada?

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Imponujące, komentarz znacznie dłuższy od pierwotnego artykułu! Podziwiam Twoją zdolność sprawnego przelewania złożonych myśli na papier. Z drugiej strony – gdybyś nie angażował się w Portal z tak wielką intensywnością, pewnie łatwiej byłoby Ci tu zostać na stałe lub pojawiać się częściej i na dłuższe okresy; rzecz jasna sam wiem, że to paskudnie trudno wyważyć. Przy okazji – nie ma żadnych przeciwwskazań, żeby publikować artykuły w tekście głównym zamiast w komentarzu, edytuje się je normalnie, klikając “Edytuj”; kłopot, o którym zapewne myślałeś, dotyczy tylko wątków w hydeparku.

(choć moim zdaniem brak im finezji – bo czasem by uzyskać ciekawą pozycję, warto… popełnić błąd – i nie mam tu na myśli celowego poświęcenia figury / gambitu – a rzeczywisty błąd, który przeciwnik jeśli zauważy i wykorzysta – skończy się dla nas bardzo źle – silniki szachowe takich rzeczy nie robią, a ludzie tak, bo są omylni).

To akurat nie jest ścisła prawda. Stockfish ma moduł służący do tego, żeby szacować potencjalny zysk oraz trudność ukarania błędu i w zależności od doboru parametrów wykonywać takie spekulatywne posunięcia. Nie wiem, jak jest teraz, ale parę lat temu był o tyle lepszy od większości konkurencyjnych silników, że wykorzystanie tego pozwalało mu (to znaczy oczywiście – prowadzącemu go zespołowi deweloperów) znacznie zwiększyć odsetek zwycięstw w rozgrywkach komputerowych, niemal nie powodując porażek. Nie jestem jednak pewien, na ile ten moduł jest sprzężony czy nawet kompatybilny z modułem AI.

stwierdzenie “wszystko już było” – jest prawdziwe od czasów posthomeryckich. (…) Na tym forum, które przecież trzyma wysoki poziom, to też dobrze widać – najbardziej cenione są teksty, które wpisują się w sprawdzone kanony i standardy – wszelkie eksperymenty literackie, nawet ostrożne – są oceniane dużo niżej. (…) Czytelnik chce dobrą, wciągającą fabułę, wyraźnych bohaterów i odrobinkę materiału do przemyśleń.  A to się da zrobić bez silnej AI. (…) Kryminały, przygodówki, fantasy, weird, romanse – to wszystko można klepać od sztancy. Z science-fiction jest troszkę gorzej, ale nie przesadzajmy – space operę da się stworzyć według ustalonych reguł, a jedynie hard sf się będzie opierać trochę dłużej, bo to jest coś, co bazuje na głębszym zrozumieniu współczesności

Również spotykałem się z takimi opiniami, że ten czy inny tuz wyczerpał wszystkie tropy możliwe w danym gatunku literackim, ewentualnie prócz tych wynikających z dalszego rozwoju nauki i technologii (Homer, Szekspir, markiz de Sade…). Ich dowodzenie bywa karkołomne, a poza tym: czy to, że spojrzenie pod odpowiednim kątem na Odyseusza pozwala uznać go za zbrodniarza wojennego pochodzącego z grupy etnicznej odbiorców docelowych, zmniejsza wartość Twojego Gołaszewskiego?

Każdy dobry tekst, trafiający do zaangażowanych odbiorców, pasjonatów, powinien bazować na głębszym zrozumieniu współczesności – dając również im szansę osiągnięcia tego głębszego zrozumienia świata i samych siebie – nie twierdzę, że zawsze (lub w ogóle) mi to wychodzi, ale się staram. To nie musi od razu być eksperyment literacki, może być całkiem typowy w zakresie fabuły czy narracji. Często wystarczy, że znajdzie oryginalny sposób konstrukcji świata czy postaci, pokazania jakiejś zależności lub problemu w zaskakującej otoczce.

Takie opowiadania również bywają przeoczane na Portalu: czasem docenia się ich wartość dopiero po jakimś czasie od lektury, wracając do nich myślami, czasem wywierają wrażenie tylko na części odbiorców. Zresztą chętnie podam przykłady z okresu Twojej nieobecności: Skradzione godziny Zygfryda i Klątwę Hestii Finkli. To pierwsze dosyć głęboko do mnie przemówiło, jakby wpadło w rezonans z życiem wewnętrznym – było moim dużym błędem, że nie zgłosiłem tego utworu do Piórka – to drugie to fabularnie błahostka, ale zawiera zaskakujące dla mnie idee (dyskusja w komentarzach): w każdym razie w obydwu schematy fabularne odgrywają rolę trzeciorzędną względem paszy treściwej do przemyśleń.

jeszcze z 3-4 lata temu LLMy w swoim rdzeniu, jak słusznie mniemacie – działały lokalnie a nie globalnie. Dziś modele operują na długich kontekstach, planowaniu hierarchicznym, zewnętrznych pamięciach i iteracyjnej redakcji, więc większość tego co piszecie o LLM-ach na SB, to owszem prawda, ale prawda roku 2022 a nie 2026.

Ciekawe, koniecznie muszę o tym więcej poczytać!

Pamiętasz dokładnie rozmowę prowadzoną wczoraj? A tydzień temu? A przed rokiem? Czy jej ogólny wydźwięk jedynie? (…) Ale zaraz – spytasz – jak to, przecież dokładnie pamiętam tamtą wycieczkę i rozmowę na górskim szlaku. Tak. Jest to pełne szczegółów. Owszem. Które w procesie przypominania zostały utworzone. Wygenerowane na podstawie wzorca innych tego typu wycieczek, innych tego typu rozmów i innych dziewczyn spotkanych na szlaku.

Akurat nie, jak pamiętam rozmowę, to pamiętam rozmowę, a jak pamiętam jej wydźwięk i zarys, to pamiętam jej wydźwięk i zarys; nie przejmuj się, zawsze możesz poszukać kogoś neurotypowego. Zresztą ja to jeszcze nic, miałem w szkole kumpla, którego można było spytać o dowolną datę z jego życia i recytował swoje aktywności godzina po godzinie. Ostatnio do mnie losowo napisał, czy pamiętam, kiedy i w jakim kontekście mu powiedziałem “Zawsze możesz znaleźć kolejną”…

I potem chcielibyśmy, żeby SI napisało powieść, ale gdzieś w jej jednej piątej, SI pisząc o głównej postaci, o której wspomniała raz na początku, że utyka na lewą nogę ze względu na ranę odniesioną na wojnę, pisze nagle, że utyka na prawą, od czasu wypadku komunikacyjnego, a za dwadzieścia stron dalej to już nie będzie noga a ręka, złamana w czasie poślizgnięcia się na lodzie – a może skórce banana.

Takie babole oczywiście dyskwalifikują książkę.

W pierwszym odruchu chciałem się z Tobą zgodzić… tylko przypomnij mi najpierw, jak miał na imię dr Watson i w co został zraniony podczas służby w Afganistanie?

Zdarzają się jednak fundamentalne niespójności świata i postaci, których skutki nie ograniczają się do lokalnej niezgodności opisu, lecz rzutują na całą fabułę. Przykładowo – przy pierwszym przedstawieniu bohaterowi i czytelnikom król zostaje opisany jako skończone skąpiradło, ma to być ważne dla przesłania całości, a on w dwóch trzecich tekstu nagle wystawia zbytkowną ucztę. Albo – dowiadujemy się, że fort został zbudowany wśród bagien lub na wieloletniej zmarzlinie, a potem ma być rozwiązaniem kluczowej sceny, że ktoś się do niego dostał podkopem. Taki błąd doświadczonemu autorowi nie powinien się zdarzyć, a SI (o ile się nie mylę) popełni go równie łatwo lub wręcz łatwiej od takiego, jaki opisałeś.

Co prawda cały rynek książki to globalnie jakieś 150 miliardów dolarów, ale większość tego tortu stanowią książki edukacyjne, dla dzieci, poradniki i książki religijne. Beletrystyka to jakieś 7 może 8%.

Bardzo ciekawe, nie myślałem o tym w ten sposób i nie znałem takich danych!

Obawiam się vibe codingu z trochę innego powodu. On nie zabierze pracy midom, seniorom nie mówiąc już o wyższych poziomach informatycznej drabiny – ale zabiera pracę juniorom, którzy przez dobre dwa lata z reguły trzaskali właśnie taki kod, który teraz SI pisze.

Co mam napisać – coś tam, bez specjalnego entuzjazmu, koduję zarobkowo, nie mam w tym wiele doświadczenia – i chyba mam powody, żeby również się tego obawiać, zgadzam się bez zastrzeżeń z całym tym akapitem.

Z pewnością przynajmniej coś o tym słyszałeś, na przykład jako o problemie maksymalizatora spinaczy.

Zawsze traktowałem go jako ostrzeżenie przed skrajnie mało prawdopodobnym scenariuszem, raczej literackie niż praktyczne. Jeżeli zlecimy badanie hipotezy Riemanna sztucznej inteligencji wyćwiczonej do zastosowań matematycznych, nie zużyje innych zasobów niż serwery, które jej udostępniono, bo nie ma po temu możliwości ani aparatu poznawczego, takie są “granice jej świata”. A gdybyśmy mieli silną sztuczną inteligencję – to oczywiście na razie nawet nie wiemy, jak mogłaby wyglądać i działać, ale wypada przypuszczać, że określenie jej hierarchii wartości przypominałoby bardziej proces wychowania niż narzucenie jednej niedbałej definicji.

Oczywiście – to nie jest prawdziwy instynkt samozachowawczy (…) Niemniej jednak to, że LLMy zaczynają się zachowywać tak jakby miały jakieś cele – jest o tyle niepokojące, że nikt tego nie chciał i wyszło to przypadkiem.

Rzecz jasna zgadzam się, że jest to niepokojące, ale nie widzę w tym nic zaskakującego, że generują treści analogiczne do świadczących o instynkcie samozachowawczym, gdy ćwiczono je na ogromie tekstów, których bohaterowie – w tym nawet maszyny! – wypowiadali takie treści. Na dobrą sprawę napisał o tym już Poe:

Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,

"Doubtless," said I, "what it utters is its only stock and store,

Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster

Followed fast and followed faster till his songs one burden bore–

Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore

Of 'Never–Nevermore!' "

Myślałem o tym napisać opowiadanie, ale temat jest zbyt ważny, a ja zbyt słabo piszę. (…) Możliwe (i to też temat na opowiadanie dla pióra dużo lepszego niż moje)

Gdybym mógł jednak nieśmiało zachęcić: nic nie wiem o tym, żeby ktoś dysponujący wiedzą podobną do Twojej i obdarzony lepszym piórem planował zająć się tymi tematami. W mojej skromnej ocenie największą bolączką Twojej twórczości są kwestie redakcyjne, które zawsze można naprawić, nie zaś głębsze wady konstrukcyjne.

Paca. Ogonem o ziemię się paca.

Opowiadanko urocze, smakowite drobiazgi konstrukcji świata przedstawionego, oczywiście pomaga świadomość, że należy to do większego uniwersum. Eksperyment z wyodrębnionym narratorem ciekawy, chociaż moim zdaniem wypadłby lepiej, gdyby zasygnalizować go od razu, zamiast potem nagle wtrącać. Przykładowo:

Ranek był rześki, odświeżające powietrze, jeszcze nieogrzane słońcem, już wibrowało od budzących się pszczół, much i ptasich trelów, a ja oczywiście powinienem na to wszystko zwracać uwagę. Nająłeś się na narratora, to opisuj.

Przypominam sobie, że na tvtropes opisują tę technikę fabularną pod hasłem “Lemony Narrator”.

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki i pozdrawiam w trybie Ślimaka Nocnego!

Mam nadzieję, że różne Ślimaki i Zakapiory, tudzież Tarniny i inne stworzenia tu przypełzną i swoje trzy grosze wtrącą.

No jestem, jestem, przybywam na wezwanie…

Ja takoż przypełzam i dziękuję za zaproszenie do rozmowy!

Niestety nie czuję, żebym był do niej dobrze przygotowany. Już dawno sobie obiecuję, że porządnie pogłębię wiedzę o sztucznej inteligencji, ale jak dotąd opieram się na lekturach dość pobieżnych oraz na swoim ogólnym pojęciu o naukach ścisłych. Tak też z przyjemnością przygarnę wszelkie dalsze przemyślenia na temat AI, którymi miałbyś chęć się podzielić.

W każdym razie zgadzam się z Waszym przypuszczeniem, że nie dojdzie do jakiegoś “całkowitego pęknięcia bańki”. Mam jednak nadzieję, że nastąpi pewna korekta – ostatecznie nijak nie jest w interesie społecznym zużywanie ogromnych zasobów, żeby generować filmiki z kotkami wyławiającymi spod lodu autobus niepełnosprawnych. Może wystarczy, by z jednej strony wprowadzono wreszcie potrzebne regulacje prawne (np. ścisły obowiązek oznaczania treści wytworzonych przez gen-AI, karmienia modeli wyłącznie treściami, na których użycie autorzy wyrazili pisemną zgodę), z drugiej strony firmy doszły do wniosku, że nie opłaca im się udostępniać internautom tych narzędzi za darmo…

Za to na niektóre możliwości naukowego wykorzystania technologii AI, zwłaszcza w medycynie, patrzę z niemałym optymizmem. Nie jest też złe samo w sobie, że mogą one zastępować człowieka w nużących pracach biurowych (call centers, przekłady techniczne, pisanie prostego kodu…), to przede wszystkim wyzwanie polityczno-gospodarcze, żeby dzięki temu rosła jakość życia, a nie bezrobocie i nierówności społeczne.

W sprawie natomiast parania się piórem pisałeś na Shoutboksie:

to jeśli Wam się serio wydaje, że AI nigdy nie osiągnie Waszego poziomu pisarskiego, to przynajmniej przez chwilę pomyślcie, że szachistom, tłumaczom czy grafikom też się kiedyś tak wydawało, a teraz serce mi się kraje słuchając takich żali jak w linku poniżej, ale cóż – ekonomia jest bezlitosna, gorszy pieniądz zawsze wypiera lepszy

Jasne, że o tym myślałem, ale tutaj mieszasz dwie sprawy, prawda? Żale nie dotyczą tego, że sztuczna inteligencja tworzy lepsze tłumaczenia czy grafiki – bo nie tworzy – lecz że tworzy je szybciej i taniej (to drugie może wskutek wspominanych wyżej subsydiów). To nie jest większy problem, gdy zajmujemy się czymś hobbystycznie. Tym bardziej z literaturą: według mojego (amatorskiego) rozumienia rozwój obecnego paradygmatu gen-AI może wkrótce pozwolić na odbijanie ze sztancy schematycznych kryminałów czy przygodówek, ale nie na opakowanie świeżych obserwacji i prawd o rzeczywistości w zajmującą historię. Do tego trzeba by modelu odzwierciedlającego rozumienie świata – trzeba by silnej sztucznej inteligencji.

Niemniej miałem przy okazji przypomnieć, żebyś wspomniał o czymś nazywanym emergencją instrumentalną. Pozdrawiam ślimaczo!

W tamtym zdaniu użyłeś słowa “opatrznie” (post z 12:47); cytując je, zaznaczyłem wytłuszczeniem, jak powinno być. Wydawało mi się to jasne, ale pewnie faktycznie mogłem to zrobić jakoś czytelniej.

Zamiast pozdrowień więc, czekam na Twoją replikę:D

Tu już niewiele wymaga repliki, większość wątków chyba zamknęliśmy, ale dzięki!

Jaki błąd? “Opacznie”?

Tak. “Opatrzny” znaczy “ostrożny, dbały, wynikający z opatrzności” (dziś niemal wyłącznie “nieopatrzny”). “Opaczny” to “przeciwny do typowego, pożądanego, właściwego”.

Tak, tak, ale tutaj nie myślałem o dialogu. Bardziej jako takie pauzie, coś jak;

 

Ten to dopiero wariat – pomalował psa na niebiesko.

Jednak w tekście masz wypowiedź niezależną: partia “splątanie, anemia, robale, choćby go cofnął kto przez serca żale, wróci, wznowi bieg” wyraźnie należy do “mądrali z lewej”, a nie do podmiotu lirycznego.

Przy okazji, jak widzisz, nie stawiałbym tu przecinka przed “przez”. W tym przypadku istnieje odrobina swobody autorskiej, ale moim zdaniem “przez serca żale” to zwykły okolicznik przyczyny wiążący się z “cofnął”, niemający cech dopowiedzenia. Zresztą to zdanie ma już sporo przecinków i ten dodatkowy raczej utrudnia odczytanie składni.

Niezwykle trafnie zinterpretowałeś moje motywy!

Dziękuję!

To prawda, ale spokojnie, z moimi poglądami nie trzeba się zgadzać. Ba, taki stan byłby wręcz dla mnie nienaturalny! (…) Ale swoje pozycje określiłbym bardziej jako kontratak

Może powinienem teraz zapytać, dlaczego czujesz się atakowany, ale nie jestem przekonany, czy taka psychologizująca rozmowa nas dokądkolwiek doprowadzi. Napiszę raczej tylko, że sam mocno boję się zmian i nieprzewidywalności, ale tym bardziej staram się doceniać racjonalny ogląd i systematyczne poznanie świata.

O jego przemianie, którą miałem z tyłu głowy, nie wspominając – po prostu jej nie widać.

Jak już wspomniałeś o przemianie, to odgaduję, co masz na myśli, ale rzeczywiście jej nie widać.

Wiele jest gramatycznych (“zębami – zwojami”, “mierzymy – zliczymy”, te wszystkie na “-anie”…), inne bardzo niedokładne (np. “prawej – strasznej”

Możne takie stosować, czy jest to błąd?

To trochę złożone pytanie. Rymy, których współbrzmienie pochodzi wyłącznie z końcówki gramatycznej, są uważane za uchybienie, mogą się trafić pojedyncze w długim poemacie. Takie, w których końcówki też są składniowo takie same, ale współbrzmienie zachodzi na rdzeń, moim zdaniem nie są wadą tekstu, aczkolwiek niektórzy uważają je za mało kunsztowne. Tak czy inaczej nie jest to zagadnienie centralne dla współczesnej poezji polskiej, w której samo rymowanie pojawia się rzadko.

To pewne, czy po prostu źle brzmi? Jeśli to pierwsze, to będę musiał jakoś to poprawić.

Pewne, ponieważ zgodność samogłoski akcentowanej jest warunkiem koniecznym dla zaistnienia rymu.

“Patrzymy czule więc”.

Czyli zmienić na tę wersję?

Tak proponowałem.

Cóż, tego już nie będę zmieniał chyba. To “nosi” zbyt mi się tutaj podoba.

To zawsze Twoja decyzja. Opisałem Ci rodzaje wersów nietypowych (obciążonych) dopuszczalnych w toku 5+6; wers 6+5 nie jest tu nietypowy, lecz obcy (błędny, łamiący rytm). Rozumiem natomiast oczywiście, że jesteś przywiązany do formy swojego utworu i w ogóle gotowe już wiersze przerabia się rzadko, więc udzielam Ci tych wskazówek też bardziej pod kątem przyszłych prób literackich.

Przy okazji: nie wiem, czy zauważyłeś mój komentarz do wersu “Wróci, wznowi bieg”.

Miałem z tym problemy natury anatomicznej, ale tutaj już wchodzi bezlitosna biologia. Płetwy nie mogą być błoniaste, plus służą ona pingwinowi do pływania (jego przekształcone skrzydła). Co zaś się tyczy marszu, to pingwin chodzi właśnie na stopach. Wiem, dziwnie to brzmi w przypadku ptaka, ale tak mi research powiedział.

Przecież jak pływa, to używa tych łapek jako tylnych płetw? Właśnie, może “łapką”. Nawet jeśli “stopa” jest określeniem najpoprawniejszym w sensie zootechnicznym (tego nie wiem, ale zakładam, że Ty sprawdzałeś), to moim zdaniem nie pasuje do języka poetyckiego w kontekście ptaka, a “stópka” jeszcze gorzej. To trudno zobiektywizować, raczej kwestia wyczucia języka.

Cóż, popierać też może być niejasne, może opacznie je zrozumiałem w tym kontekście, jako popieranie obiektywne, dystansowe.

Zaznaczam błąd w przysłówku, nie żeby się czepiać, ale skoro już rozmawiamy o poprawności językowej… Owszem, jest dokładnie odwrotnie, forowanie to popieranie bezpośrednie i nieobiektywne. I jak już wspomniałem, nie wiąże się z celownikiem, foruje się kogoś, a nie komuś.

Być “miłym naturze” wypadłoby zbyt ogólnie, a do tego wręcz, w moim odczuciu, błaho. Owa biologia tutaj nie dość, że precyzuje, plasuje sens właśnie w okolicach biologii/anatomii, wskazuje na wiodącą rolą instynktu, to jeszcze podkręca “naukowy” akcent we wierszu.

Może i racja, nie upieram się przy tym.

Choroba psychiczna to nie aura wisząca nad pingwinem, czy zły duch, tylko zmiany w mózgu, często fizyczne, obserwowalne zmiany w jego budowie, które mogą być permanentne. Myślę, że można to naciągnąć (przynajmniej w poezji) i stwierdzić, że mózg naraża ptaka na śmierć. Wiem, jestem bezczelny.

Trochę tak, bo w żaden sposób nie sugerowałem, jakoby choroba była aurą czy złym duchem. Patrzę na to pod kątem składniowo-logicznym: gdybyś to przepisał prozą “mózg tego ptaka wykazuje zmiany organiczne, naraża na śmierć”, nie mielibyśmy większych wątpliwości, że bez dopisku “co go” zdanie wypada nieszczęśliwie.

To można takie kombinacje tworzyć? Myślałem, że ten myślnik właśnie mi zastąpił dwukropek.

W zapisie dialogów tworzy się je dosyć typowo:

Babcia powiedziała:

– Chodźcie na obiad.

 

Naprawdę się cieszę, że doceniasz mój przegląd, pomimo że część uwag mogła zabrzmieć dość surowo. Ponownie, serdecznie pozdrawiam!

Cześć, Robercie!

O, to, to! Wyczekuję brutalnej analizy od jakiegoś fachury lub fachurki;) Co do do rymów (no i układu wersów) to jest to tzw. strofa Burnsa, którą ostatnio bardzo lubię. Wychodzi, mam wrażenie, jakoś tak moralizatorsko, średniowiecznie haha.

Ślimak przybywa na wezwanie! Tak, niewątpliwie jest to strofa Burnsa. Najpierw jednak parę słów o tematyce.

Otóż to świetnie, że Twoja wrażliwość artystyczna pozwoliła Ci zwrócić uwagę na tę historię z pingwinem i postarać się ją wykorzystać. To doskonały podkład do opowiedzenia o tym, że istotne znaczenie sceny dla świadomego odbiorcy wykracza poza jej materialistyczny opis, tak jak Tatry są czymś więcej niż zwałem wapieni i granodiorytów. Tego dotyczy zwłaszcza ostatnia zwrotka, która w mojej opinii wyszła dość dobrze. Jednak istotna treść reszty wiersza to oskarżenie rzucone przeciw nauce i naukowcom: o kwestionowanie indywidualności i godności jednostki (“dla niej jesteś ściek”), o przyjmowanie dogmatów zamiast weryfikowania hipotez (“na pewność skazani”), o oszukiwanie laików. Nawet nie mam ochoty wypowiadać się o tym w sensie merytorycznym i moralnym, ale moim zdaniem to się nie broni także artystycznie: pingwin nie dźwiga tego tematu, powstaje wrażenie, że podmiot liryczny nie przejął się naprawdę jego losem, lecz wykorzystał go jako pretekst do wylania jakichś absurdalnych żalów. Romantyczna forma, w obrębie której kwestionowanie naukowego poznania świata jest utartą pozą, trochę łagodzi to ostrze, ale tylko trochę. Zwróć uwagę dla porównania, z jaką ostrożnością pisał na podobny temat Mickiewicz:

– …dziewczyna duby smalone bredzi,

a gmin rozumowi bluźni.

– Dziewczyna czuje – odpowiadam skromnie –

a gawiedź wierzy głęboko.

Czucie i wiara silniej mówią do mnie

niż mędrca szkiełko i oko.

Który wypada lepiej i wiarygodniej – ten, co staje w obronie, czy ten, co napada?

 

Teraz w sprawie formy. Strofa Burnsa rzeczywiście nadaje bardzo ładny, staroświecki sznyt i ten efekt wyraźnie osiągnąłeś. Jednocześnie niestety powstało wiele różnych zgrzytów, których trudno uniknąć przy tak kunsztownej konstrukcji. Będę chciał zwrócić uwagę na rymy, rytm, stylistykę, dobór słów. Spójrzmy najpierw, z jaką pieczołowitością tłumaczył Burnsa Barańczak:

Ja sam nie wątpię, że żyjesz z kradzieży;

I cóż? Chudzinie też się coś należy:

Porwać ze stogu kłosek? Bądźmy szczerzy –

Żadna to zbrodnia:

Zostanie dość, bym miał bochenek świeży

Na stole co dnia.

U Ciebie rymy nie są tak zróżnicowane i nienaganne. Wiele jest gramatycznych (“zębami – zwojami”, “mierzymy – zliczymy”, te wszystkie na “-anie”…), inne bardzo niedokładne (np. “prawej – strasznej”; “dotknąłeś” nie rymuje się tu w ogóle). W polszczyźnie trudno o dobry rym poczwórny: kiedy nie jestem bardzo zdeterminowany, żeby to sklecić, zwykle lepiej zrobię, rozbijając go na dwie pary.

Co do rytmu, ewidentnie masz świadomość, że w przyjętej przez Ciebie konstrukcji dłuższe wersy żądają postaci 5+6, krótsze 5, z rymami żeńskimi. Polski jedenastozgłoskowiec 5+6 jest dość elastyczny: dopuszcza przeskoczenie przerwy średniówkowej, o ile na czwartą sylabę pada silny akcent, może też dopuszczać (choć to bardziej kontrowersyjne) męski akcent przedśredniówkowy, o ile z kolei przerwa jest bardzo silna, retoryczna. Lepiej jednak z tym nie przesadzać, nie wszystko, co ma jedenaście zgłosek, pasuje do toku 5+6. A tutaj w tekście…

Patrzymy więc czule, z tryumfem cichym

To jest 6+5. “Patrzymy czule więc”.

Ty wtem kręcisz się, robisz zamieszanie,

“Ty wtem się kręcisz” byłoby czystsze, ale można zostawić to obciążenie toku, jeśli Ci na nim zależy.

Pędzisz w śnieg, do gór, co są sto mil dalej?

Znów dość wyraźne obciążenie toku przed średniówką, bo przecież akcentuje się “do gór”, nie “do gór”. Jednak nie jestem pewien, czy “w góry” byłoby zmianą na lepsze.

Kolejnego z lewej nosi mądralę;

To jest 6+5. Z kolei słyszę po lewej mądralę

Choćby go kto cofnął, przez serca żale,

“Choćby go cofnął kto”…

Wróci, wznowi bieg.

A tutaj nagle męski rym. Jeżeli już trzeba go wsadzić w określone metrum, skraca się taki wers o sylabę, żeby zachować położenie ostatniego akcentu (a więc 5 podmienia się na 4m, nie na 5m). Tu jednak można choćby tak (abstrahując od wątpliwego sensu):

Wróci, bieg wznowi.

Czysta nauka nie stawia się wcale

Złemu losowi.

Lecz, po śmierć swą idąc, naprawdę żyłeś.

“Lecz po śmierć idąc swą”… – Albo dać “Lecz po swą śmierć” i wtedy bardzo silny akcent na czwartej sylabie pozwala przeskoczyć średniówkę.

Może przykład twój natchnie myśli czyjeś,

Tutaj obciążenie toku przed średniówką jest kompletnie niepotrzebne, “może twój przykład” to i tak naturalniejsza składnia.

Bo stópką błoniastą, życia dotknąłeś,

To jest 6+5, a stópka pingwina budzi we mnie nieokreślony lęk egzystencjalny. “Bo życia płetwą błoniastą dotknąłeś”.

 

Dalej: pomieszanie warstw języka bardzo źle wpływa na styl, czasem tylko udaje się w satyrze, ale i to wymaga dużej zręczności. Tutaj przeważa język wzniosły (“z tryumfem cichym”, “w sidłach choroby”, “lecz, po śmierć idąc swą, naprawdę żyłeś” i wiele innych), ale wkradły się przypadkowe zwroty potoczne, jak “pingwinowanie” czy “nosi mądralę”. W tak krótkim utworze wydaje mi się to rażące; warto byłoby to wyrugować, a w zamian może postarać się sięgnąć po zwroty właściwe dla stylu naukowego.

Dodatkowym, a może poważniejszym problemem jest parę wyrażeń niezrozumiałych lub użytych błędnie:

Badań, szacunków i reguł zwojami,

Świat ten mierzymy.

Ależ zwój nie służy do mierzenia, to bardzo niezręczna metafora…

Fenomen, błąd nam procesu nie splami,

Może raczej “wyniku”, to chyba lepiej oddaje sens myśli?

Forując ptakom

“Forować” znaczy “zapewniać komu niesprawiedliwą przewagę” (lub, mocno archaicznie, “wypędzać kogo”) i w ogóle nie łączy się z celownikiem.

Pingwin nie głupi, biologii jest miłym,

Może lepiej “naturze”, personifikowanie biologii wypada tu cokolwiek ekscentrycznie.

Braci twych skrzeki znaczą skołowanie.

Błędna konstrukcja, nie można powiedzieć “krzyk znaczy ból” w sensie “świadczy o bólu”.

Mózg ptaka w sidłach choroby jest strasznej,

Na śmierć naraża.

Nieszczęśliwe wyrażenie, jak już, to przecież choroba naraża go na śmierć, a nie mózg.

Gada – splątanie, anemia, robale,

Może dałbym dwukropek przed myślnikiem, żeby nikt się nie zastanawiał, skąd tu nagle jakiś gad, a może lepiej w ogóle to zmodyfikować.

Czysta nauka, w błahości kawale,

Nijak nie mogę wymyślić, skąd tu jakiś “kawał błahości” i do czego ma się odnosić.

 

Na koniec parę drobiazgów interpunkcyjnych:

Badań, szacunków i reguł zwojami,

Świat ten mierzymy.

Ptaków orężem na lądzie straszliwym,

Instynkt i zgraja.

Mierzymy świat (czym?) zwojami reguł. Instynkt i zgraja [są] (czym?) orężem ptaków. Nie oddzielamy przecinkiem grupy orzeczenia od grupy dopełnienia, również w inwersji.

gnasz na złamanie,

Piór swych dwubarwnych.

A tutaj to zwykła przydawka rzeczowna: nie powiesz chyba, że “Józio gnał na złamanie karku” też podzieliłbyś przecinkiem? Swoboda przestankowania w wierszach może być ogółem trochę większa, ale granica wersu nic nie zmienia w regułach interpunkcji.

 

Reasumując, pod pewnymi względami ambitna i ciekawa próba, ale moim skromnym zdaniem jej braki bardzo rzucają się w oczy. Mam nadzieję, że udało mi się dokonać rzetelnej analizy, z której można będzie odnieść jakiś pożytek.

Pozdrawiam,

Ślimak Zagłady

Ale on nie poszedł do toalety by się umyć, wręcz przeciwnie ;)

Asystent (Claudia) już wcześniej mówił o porannej toalecie, a za chwilę też piszesz, że woda pod prysznicem była za ciepła. Zrozumiałem oczywiście, że oprócz mycia się używał lalki erotycznej, ale to nie zmienia tego, o czym pisałem.

Nie jestem ekspertem, ale struktura energetyczna, a bezpieczeństwo to coś innego. Struktura czyli to jak jest rozplanowana, przygotowana do działania.

Zawsze rozumiałem “strukturę energetyczną” jako synonim “koszyka energetycznego”, czyli jaki odsetek dostępnej energii pochodzi z elektrowni węglowych, jaki ze szczytowo-pompowych itp., ale też nie jestem ekspertem.

Tak, ale w sensie metaforycznym. Upadł w tym samy czasie co naczynia.

Moim zdaniem to nie jest poprawna metafora, ponieważ na podłogę upadły naczynia, nie ich brzdęk. Przyznaję jednak, że trudno to zdanie ładnie przerobić, “przy wtórze brzdęku” brzmi nieco sztucznie.

To oczywiste, jak to, że zgon nie jest przewidziany w programie agenta i o to tu chodzi. A nie ile czasu miał agent na planowanie :)

Ależ to dwie różne rzeczy – przewidzenie nagłego zgonu jest fundamentalnie niemożliwe, a rozczarowanie Jakuba, że agent tego nie dokonał, byłoby kuriozalne, i dlatego to zdanie mocno wybrzmiewa; jednak niezdolność do prawidłowego umieszczenia pogrzebu w harmonogramie dnia to trywialna wada programu, jak najbardziej mogąca rozczarować Jakuba i niemająca nic wspólnego z tą pierwszą kwestią.

Reakcja Claudii i wcześniejsza informacja, że się obraża – jest celowa. Tak, ma wzbudzić poczucie, że może nie zareagowała celowo, na zadławienie. Tego nie wiemy, i się nie dowiemy. Ale nie jest to historia o przemocy AI, bardziej traktuję to jako mrugnięcie okiem do czytelnika :)

Rozumiem, dzięki za wyjaśnienie Twojej koncepcji. Jak mówię, dla mnie to nie zagrało kompozycyjnie, ponieważ dotyka najgłębszej warstwy interpretacji i pozostawia czytelnika na rozdrożu, czy właśnie przeczytał miniaturkę o kosztach izolacji społecznej w dobie internetu rzeczy, czy jednak całość miała dotyczyć buntu maszyn i powinien znaleźć więcej wskazujących na to tropów. Nie upieram się, że mam rację, być może część czytelników doceni to mrugnięcie okiem.

Ale patrzę na to jak na drużynę piłkarską – ok, jest słaba w obronie, ale atak ma tak mocny, że tym nadrabia resztę:) 

U mnie tą słabą stroną na pewno jest pokazywanie emocji, motywów działania, różnicowanie charakterów i wczuwanie się w ich położenie.

Dysleksja też mi nie pomaga, po całodniowym pisaniu, jestem tak przeciążony, że nie wiem już co pisze się łącznie, a co osobno – zresztą zawsze jest to dla mnie wyzwanie :).

To naprawdę dobrze sobie z nią radzisz! Widzę oczywiście, że w komentarzach przydarza Ci się dużo literówek i błędów interpunkcyjnych, ale teksty są całkiem czyste pod tym względem, co na pewno świadczy o ilości włożonej przez Ciebie pracy.

Pozdrawiam ślimaczo!

Dobrze, że przekonało Cię przedstawienie bohaterów oraz plaży naturystów, zależało mi na tych aspektach i świadczą o jakimś rozwoju. Szkoda, że miałeś kłopot z wyobrażeniem plaży, włożyłem w to wiele wysiłku, żeby odmalować słowami płaszczyznę hiperboliczną, co powinno być bardzo mocną stroną tekstu, gdyby się w pełni udało. Już po rozmowach z Przedmówcami przychyliłbym się do opinii, że Mikołaj był tutaj pochopnym rozwiązaniem fabularnym. Co do konstrukcji zakończeń i rozwiązań, moje poszukiwania twórcze wciąż trwają i chętnie przygarniam wskazówki.

Dziękuję za uczciwy i wyważony komentarz piórkowy, pozdrawiam serdecznie!

Ślimak nadciąga lotem ślizgowym! Cześć, Bardzie!

Przez pierwszą połowę lektury spodziewałem się sztampowej opowiastki o człowieku uzależnionym od asystenta AI, który pod wpływem jego awarii albo się załamie, albo “dotknie trawy”. Tragikomiczny zwrot akcji musi udźwignąć całość i robi to dobrze, jest tak niespodziewany i banalny, że trudno się nie roześmiać. Jest też istotną zaletą konstrukcyjną, że wątek awarii jednak nie okazuje się ślepym zaułkiem, lecz wzmacnia wydźwięk zakończenia. Z kolei za wadę uznałbym wątek zastępowania Claudii, który chyba nie wnosi nic znaczącego do reszty fabuły, a kieruje uwagę odbiorcy w stronę przestróg przed buntem maszyn (choćby przez złośliwą bezczynność), kiedy wyraźnie nie o to Ci chodziło.

Aksamitny głos Claudii Cardinale pomału przedzierał się do świadomości Dawida.

Nie wolałbyś “przedostawał”? To kwestia gustu, ale coś aksamitnego raczej można przedrzeć niż może się samo przedzierać.

więc rozsunę nieco żaluzje

Wydaje mi się, że to lepiej wypadłoby z szykiem przestawnym (“rozsunę więc nieco żaluzje” lub “nieco więc rozsunę żaluzje”).

Do idealnej wagi ciała

Powtórzenie “idealnej”, ale może świadomie tak stylizujesz wypowiedź asystenta.

przepuszczając słoneczne promienie.

Lepiej: promienie słoneczne (cecha istotowa).

Musisz być tylko sobą

Musisz tylko być sobą (właściwy sens zdania).

– Gdy spałeś, wysłała wiadomość, że się jednak połączy. W Krakowie jest zaplanowana konserwacja łączy, a więc nie będzie możliwości uzyskania transmisji z tym regionem.

– To straszne, padnie cała elektronika, nie będzie też dostępu do agentów domowych. Jak oni sobie tam radzą w czasie tych awarii? – Claudia nie odpowiedziała. – Dobrze, że w Katowicach nie ma takiego problemu.

Z całym tym fragmentem jest jakiś większy kłopot. Po pierwsze: “połączy – łączy”. Po drugie: nie widać związku logicznego między pierwszym a drugim zdaniem Claudii. Po trzecie: wydaje mi się, że wypowiedź Dawida jest nienaturalna, sceniczna, trudno mi to sprecyzować, ale ludzie zwykle nie mówią w takim stylu i on w innych miejscach też nie.

– Byłoby świetnie. – Dawid wstał i przeciągnął się po raz drugi.

– Zapraszam do łazienki, a robot…

Czekaj, to on odbywa poranną toaletę przed treningiem, a potem po bieganiu pakuje się w garnitur?

które pozwala na pracę przez dwadzieścia cztery godziny, nawet w czasie awarii sieci.

Coś tu jest niejasne. Może powinno być dopisane “na dobę”, a może coś w rodzaju “które w razie awarii sieci pozwala na samodzielną pracę przez dwadzieścia cztery godziny”.

struktura energetyczna Katowic jest najlepsza w kraju

Tu chyba masz na myśli bezpieczeństwo energetyczne, a nie koszyk energetyczny?

Dawid upadł na podłogę wraz z brzdękiem tłuczonych naczyń.

To nie jest najszczęśliwsze sformułowanie (jak gdyby brzdęk upadł na podłogę).

– Nie przejmuj się, zaraz posprzątam szkło, proszę uważaj, byś się nie skaleczył.

“Proszę” w użyciu nieczasownikowym zawsze wydzielamy przecinkami (https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Prosze;23691.html). Można dać kropkę po “szkło”.

Twarz Dawida zsiniała, gdy wjechało urządzenie sprzątające.

Wolałbym “siniała, gdy” lub “zsiniała, nim”, na zasadzie uzgodnienia aspektu, ale to raczej moje wyczucie niż ścisły wymóg.

– Dawid, ustała ci akcja serca, wzywam pomoc

Wszędzie wcześniej używała wzorcowej formy wołacza “Dawidzie”, czy to celowa zmiana?

że awaria sieci w połowie odcięła księdza

Że w połowie awaria sieci odcięła księdza (właściwy sens).

Jego domowy agent nie przewidział w harmonogramie nagłego zgonu.

To zdanie wybrzmiewa mocno, jak najbardziej ma sens literacki, ale logicznie budzi wątpliwości, bo przecież pogrzeb nie następuje natychmiast po zgonie… Lepszy szyk: agent (asystent) domowy.

– Zakrztusił się, kto by pomyślał, że w erze ekspresowej transplantacji organów ktoś może zejść na skutek grzanki w tchawicy – powiedział.

Nie wiadomo, kto powiedział, ostatnim podmiotem jest “agent”, poza tym masz “powiedział” dwie linijki z rzędu.

 

Tych uwag trochę wyszło, ale naprawdę uważam, że poczyniłeś duże postępy językowe, nie ma tu rażących błędów. Warto, żebyś zrobił kolejny krok i popracował nad takimi drobiażdżkami redakcyjnymi, bo dla czytelników wyczulonych językowo one naprawdę wpływają na przyjemność z lektury, sprawiając wrażenie ogólnej niedbałości.

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki i pozdrawiam!

Jaki piękny! A co trzeba zrobić, żeby otrzymać awatar od Ninedin? :)

Teraz może być trudno, bo jest prawie nieaktywna na Portalu, odkąd objęła Poważne Obowiązki w redakcji czasopisma. Przysłała mi taki obrazek dawno temu i uznałem, że to właściwy moment, żeby go wykorzystać.

Gratulacje dla pozostałych wyróżnionych, zwłaszcza tych z pierwszymi Piórkami, podziękowania dla Loży za wytrwałe ocenianie! Naprawdę doceniam korzystny odbiór mojego opowiadania i przede wszystkim otrzymane komentarze, zamierzam je wykorzystać, by dalej rozwijać warsztat i dawać Wam jeszcze więcej przyjemności z lektury.

Ślimaku, to też Twoje drugie Pióro, owacje! (Choć dziwi mnie, że dopiero teraz je otrzymałeś. Przypomnijcie mi, czemu Grupa Satem nie otrzymało Pióra?)

Zwyczajnie nie zebrało pięciu punktów wymaganych do otwarcia głosowania, byłaś jedyną nominującą. Mnie także w chwili publikacji Grupa satem wydawała się trochę lepsza niż I szli po zagiętej plaży, ale jakość własnych tekstów oceniać zawsze najtrudniej, zresztą Tarnina przekonująco wykazała tam szereg problemów konstrukcyjnych.

Holly, na dwóch piórkach można już zacząć latać ;)

A to akurat prawda…

 

Nowy awatar otrzymałem od Ninedin. Serdecznie dziękuję!

Hej, Holly!

Nie jestem pewien, na ile dobrze wyszła Ci osobność, ale gratulacje znakomicie, dziękuję! Naturalnie jestem ciekaw, co jeszcze będziesz miała do powiedzenia.

Mnie niespecjalnie dziwi, że dopiero teraz je otrzymałem, chyba lepiej sprawdzam się jako krytyk niż jako pisarz. Zdaję sobie sprawę ze swoich niedociągnięć, dlatego szlifuję umiejętności i wrzucam tu kolejne opowiadania zamiast szukać zewnętrznych publikacji, jednak na przykład w pełni wiarygodnych psychologicznie bohaterów prawdopodobnie nigdy nie nauczę się tworzyć. Pewnie miałem po drodze jeszcze ze dwa teksty, które przy szczęśliwym zbiegu okoliczności mogłyby pokusić się o Piórko, ale żadnej rażącej niesprawiedliwości nie było.

Hej!

Twój komentarz sprawia mi radość, ponieważ wygląda na to, że uchwyciłaś myśl przewodnią tekstu i jej związek z konstrukcją tego świata fantastycznego w sposób wysoce zgodny z moimi wyobrażeniami, być może nawet pełniejszy od wszystkich dotychczasowych Czytelników, gdy zaczynałem już wątpić, czy te idee są w ogóle dostrzegalne bez pomocy autorskiej. Po takim wpisie TAK jest już tylko wisienką na torcie.

Jednocześnie Twoje uwagi na temat początku są na pewno trafne i doceniam, że uchwyciłaś to w jednym rzucie, gdy z poprzednich komentarzy ten problem wyłaniał się raczej stopniowo. Święty Mikołaj rzeczywiście mógł przestawić zwrotnicę na beztroski, komediowy odpoczynek i zmniejszyć powagę, z jaką odbiorca podejdzie do warstwy metaforycznej. Ciekawym tematem do zbadania jest:

Równocześnie, sposób, w jaki później nabudowujesz lęk i bezradność w środowisku, wydawałoby się, komicznym, tworzy bardzo weirdowski i oryginalny klimat. –

część Przedmówców zgłaszała, że wcale nie odczuli tego lęku i bezradności, losy Olków nie przejęły ich lub nie zaciekawiły. Warto byłoby się dowiedzieć, skąd ta różnica w odbiorze!

I jeśli o geometrii mowa, to grałeś może w Hyperbolicę? Jeśli nie, to serdecznie polecam (i każdemu, kto chce zrozumieć nieeuklidesowe geometrie również :).

Grałem w HyperRogue, przez jakiś czas dobra zabawa, ale musiałbym ostrzec, że łatwo się zawieszało i bugowało. Hyperboliki pewnie warto jeszcze spróbować…

 

Dziękuję za gratulacje i zajmujący komentarz, pozdrawiam!

Ogromnie przykro mi to czytać, Gocho. AS-a poznałem tylko powierzchownie, ale wyczuwałem w nim szeroką wiedzę i kunszt, nie wątpię, że mógłbym się od niego jeszcze wiele nauczyć. Bywał przy tym zawstydzająco skromny w stosunku do swoich widocznych możliwości. Doceniam, że czułaś się na siłach podzielić z nami żałobą, i ufam, że nasza Społeczność nie zawiedzie Cię w trudnych chwilach.

Co do samego wiersza, trzyma poziom; mógłbym dyskutować o poszczególnych frazach, ale w tej chwili wolę uważać go za wyjęty spod zwykłej oceny literackiej.

Cześć, Maćku!

Dla mnie to dosyć przejrzysta i podszyta ideologią, acz miejscami celna i napisana ładnym językiem, parabola rozwoju naszej cywilizacji (rewolucja przemysłowa, komunizm, rewolucja informacyjna).

Ludzkość, zachwycona, otworzyła ramiona.

Dziwny przypadkowy rym.

W ciągu miesięcy skolonizowali kontynenty, przemianowując oceany na swoje imiona, a z ludzi czyniąc cienie w ich imperium

To jedno zdanie wyszło całkiem kulawe. W ciągu miesięcy kontynenty skolonizowali, oceany przemierzyli i przemianowali, a z ludzi uczynili cienie w swoim imperium?

Inteligencja to nie zło.

Inteligencja to zło. 

Intelekt jest poza dobrem, poza złem.

Requiem.

 

Punkt do Biblioteki wydaje mi się zasłużony.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

No właśnie ja mam zawsze problem z c5-c4. Tak dosłownie już dawno uznałam, że to moje znienawidzone posunięcie przeciwnika hahaha.

To może wynikać ze struktur, jakie grasz – jak się ma skoczka na c3, a pozycja nie pozwala uderzyć nim na b5, to ten pion c5 jest dość niewygodny (i oczywiście symetrycznie po stronie czarnych). Między innymi dlatego pisałem, że “w otwarciach zamkniętych pion c zwykle służy do walki o centrum i nie warto go blokować”.

Nie lubię bić tego piona, bo wtedy, mam wrażenie, przeciwnik ma większą kontrolę nad środkiem.

I zazwyczaj masz rację, ale wszystko zależy od konkretnej pozycji.

Ale znowu, jak nie zbiję, to niektórzy mi się wtedy ruszają z c5 na c4 i ja to zawsze odczytuję jako zagrożenie, bo potem przeciwnik ma straszny łańcuch pionów, a ja nie wiem, jak mam się ruszać.

Ten ruch …c5-c4 (lub analogicznie białymi c4-c5) na ogół jest mało groźny, a nieraz jest wręcz błędem pozycyjnym. Taki łańcuch pionów jest bardzo podatny na późniejsze kontruderzenia na b3 i e4, czasem można też go zignorować i atakować na skrzydle królewskim, od którego czarne same się nim częściowo odcinają.

I może ja się od razu spytam, czy roszada, a potem wymiana królówek to były dla mnie dobre decyzje? Nie byłam ich za bardzo pewna, ale uznałam, że opóźnią mata.

Naturalnie miałaś rację, opóźniły mata, tylko że nie bardzo zwykłem myśleć w kategoriach “dobrych” i “złych decyzji”, kiedy ma się figurę mniej, pozycja jest już i tak przegrana. Sam pewnie zamiast roszady zagrałbym 10. Gf4-e5, gdzie czarne muszą jeszcze włożyć trochę wysiłku w zdobycie figury (ale to ze słabszym przeciwnikiem; z profesjonalistą po prostu poddałbym partię).

Właśnie to było dla mnie takie przykre, gdy oddałeś tę wieżę, bo miałam nadzieję, że mi nie zbijesz mojego białego pionka blisko promocji hahahaha.

Tak naprawdę nie musiałem jej oddawać, ale zależało mi, żeby w partii działo się jeszcze coś atrakcyjnego, a nie tylko taka bezlitosna realizacja przewagi materialnej.

Podziwiam, ja tak daleko nie planuję, a jak coś próbuję zaplanować, to mi się tego nie udaje zrealizować. (…) Niestety moja gra w szachy to ciągłe "mam nadzieję, że przeciwnik nie zauważy, że może wykonać taki ruch" hahaha.

To wszystko można wyćwiczyć, a jak na widoczne braki w znajomości teorii, które od początku stawiały Cię w gorszym położeniu, zagrałaś naprawdę solidną partię i znalazłaś parę nieoczywistych posunięć. Kiedy oboje znajdziemy na to czas i nastrój, z przyjemnością pomógłbym Ci nauczyć się więcej.

GalicyjskiZakapior, ja sobie na przykład na chess.com ustawiałam.

A ja zwyczajnie na małej drewnianej szachownicy, choć część ruchów wykonywałem “z głowy”, gdy akurat nie było mnie w domu (choć w pewnym ścisłym sensie Ślimak zawsze jest w domu)… Przynajmniej wreszcie miałem pretekst, żeby uprzątnąć ze stolika pozycję, która mnie dotkliwie zraniła latem półtora roku temu (ale to długa historia, którą nie będę się bliżej dzielił).

Cześć, Koalo!

Co za zbieg okoliczności, akurat wpadł mi w ręce artykuł, że prawie 200 tysięcy młodzieży w Polsce musi się uczyć rosyjskiego, bo dana szkoła nie oferuje innego trzeciego języka. Postać wschodniego dziada wspominającego dni dawnej chwały nakreśliłeś malowniczo, aż stanął mi przed oczami Zagłoba śpiewający Kozakom o panu Potockim. Tylko zakończenie wydaje się nagłe i niejasne, bo rzeczywiście nie wiadomo, dlaczego ktoś miałby się pod niego podszywać.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Miło wiedzieć, że doceniasz jakość redakcyjną i barwność niektórych opisów, i że na początku udało mi się zainteresować Cię opowiadaną historią. Jeśli jednak dalej odczułaś niezrozumienie i znużenie, to niewątpliwy znak, że muszę jeszcze popracować nad utrzymywaniem równego tempa na całej długości fabuły. Nie wymawiałbym się konwencją bizarro, skoro widzimy, że jurorów konkursu, bezsprzecznie czujących się w niej pewniej, opowiadanie także nie zachwyciło.

Mi to zdążyłby się nie podoba. Dałabym zanim zdążył? Nie mam racji?

Dziękuję za ciekawe pytanie, uwielbiam takie analizy językowe! Myślę, że moja wersja jest właściwsza. To jest okolicznik czasu wyrażony w trybie przypuszczającym nierzeczywistym, pewnie trochę kunsztowna konstrukcja, ale nie siliłem się na nią jakoś specjalnie. Co prawda, nieco się teraz namęczyłem, żeby (przy pomocy korpusu) znaleźć analogiczne przykłady w prozie. Dwa z Kubiaka:

Zanimby bowiem zdążyła to uczynić, zatrzymała ją pokrywa, znowu położona na beczce.

Zeusowy orzeł od tyłu gryzie węża i poraża go, zanimby gad zdążył obrócić jadowity łeb ku napastnikowi.

Jeden z Żeromskiego:

Fritz von Raveneck i Nostitz postanowili najprzód Górskiego pokonać, zanimby się do Dunina przybliżył, a później samego Piotra z Prawkowic w owym ciasnym przejściu udusić.

I parę z Sienkiewicza, w tym jeden, który najlepiej obrazuje sens użycia takiej konstrukcji:

Ostrze przeszło już pół ciała, ale długie godziny konania znaczyły się jeszcze nieszczęsnemu atamanowi, bo i do wieczora mógł tak drgać, zanimby śmierć go uspokoiła.

Gdyby autor napisał “zanim śmierć go uspokoi”, byłoby to zapewnienie ze strony narratora wszechwiedzącego, że egzekucja atamana Sucharuki dobiegnie swego zwykłego końca, a tymczasem pamiętamy, że młody pachołek zastrzelił go z litości. Dlatego omawiana forma jest najbardziej adekwatna. I u mnie podobnie: nie chciałem rozstrzygać w narracji trzecioosobowej, czy Siła rzeczywiście przytrzymałby ją siłą, a co ważniejsze – Alicja, której intencję wyraża to zdanie, nie bardzo mogła wiedzieć, mając przecież opaskę na oczach, czy on już rozcapierza palce do chwytu.

 

Dziękuję za komentarz i ocenę piórkową, pozdrawiam ślimaczo!

Dziękuję, myślę, że dobrze Cię zrozumiałem (“Celnie pokazujesz z jednej strony instrumentalne traktowanie zwykłych ludzi przez system, a z drugiej tragedię narodu walczącego o swój byt biologiczny (…) Bądź co bądź tekst zupełnie jasno wyraża współczucie, a nie czarny PR”).

Odnośnie tej “zadziory”, to zastanawiałem się, czy zmieniać, ale nie jest to chyba niepoprawne…

Chyba jest, to znaczy wyraz istnieje, ale nie funkcjonuje w sensie “zadziorność”: https://sjp.pwn.pl/slowniki/zadziora.html.

Cześć, Sajmonie!

Solidny tekst, udany językowo (choć wciąż nie poprawiłeś tej dziwnej “zadziory”), spoisty w formie. Główny pomysł mnie przynajmniej zdaje się oryginalny – interesujący amalgamat XIX-wiecznych wyobrażeń o “energii witalnej” i nowoczesnych technologii. Kolejne odniesienia przyrodnicze niepostrzeżenie podprowadzają pod mocno wybrzmiewającą pointę. Celnie pokazujesz z jednej strony instrumentalne traktowanie zwykłych ludzi przez system, a z drugiej tragedię narodu walczącego o swój byt biologiczny.

By nie wymieniać samych zalet, również mam wątpliwości co do konkretnego wskazania na Ukrainę, zwłaszcza że na razie to nie ona zbiera krytykę za przymusowe wysyłanie inwalidów na front (choć pewnie to zależy, jakie media ktoś przyswaja). Bądź co bądź tekst zupełnie jasno wyraża współczucie, a nie czarny PR, nie jest to więc rażące, nie wpływa też na walory czysto literackie. Myślę, że tym samym głos na TAK jest dostatecznie uzasadniony.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Noc. Mrok. Ślimak Zagłady wślizguje się z impetem…

Koloniści kosmiczni, którzy zostali rozbitkami wskutek awarii sztucznej inteligencji, najwyraźniej wywołanej przez sabotaż jakichś neoluddystów (dlaczego wielką literą?). I stara dobra choroba Hanahaki – niestety nie Ty pierwsza wpadłaś na pomysł ludzi, którzy wypuszczają kwiatostan i umierają, nawet tu na Portalu było już coś takiego całkiem niedawno. I jakby tego było mało, jeszcze muszą wysyłać ekspedycje o niejasnych celach, z których mało kto wraca. Anglicy ponoć mają na to określenie too bleak, stopped caring. Nie zrozum mnie źle – opisujesz tę beznadzieję ładnie i przekonująco, ale myślę, że wyniósłbym więcej z lektury, gdyby była tu jakaś treść tudzież przesłanie oprócz rezygnacji i pogodzenia z losem.

Pozdrawiam serdecznie!

PS. Czy nawiązanie do Norwida w tytule świadome?

Cześć, Maćku!

Z Twoich tekstów, które dotychczas czytałem, ten podoba mi się chyba najbardziej, pomimo całej mojej sympatii dla motywów górskich. Jest napisany przepięknym językiem. Bardzo dobre wykorzystanie środków stylistycznych, zwłaszcza powtórzeń i porównań. W ogóle nie klasyfikowałbym go jako typowego opowiadania, wydaje mi się bliższy prozie poetyckiej. Czyli co do formy praktycznie nie mam zastrzeżeń, mogę zaproponować co najwyżej drobne szlify:

którą od lat próbuję bezskutecznie zmęczyć

Odwróciłbym szyk – przecież chodzi o to, że bezskutecznie próbuje, a nie że bezskutecznie zmęczyć.

I wtedy zrozumiałem, dlaczego czasem nie używa smyczka: coś trzymało jej rękę od tyłu. A teraz (I teraz?) długie, czarne palce bez paznokci oplatały jej nadgarstki, prowadząc łokcie w górę i w dół, w doskonałym rytmie etiudy.

“Czasem” wygląda mi na niezasadne, bo poza tym nic w tekście nie wskazuje, żeby czasem jednak używała smyczka, przeciwnie, to szarpanie strun gołymi rękami i kaleczenie palców pełni ważną rolę symboliczną. Przeciwstawienie “wtedy” i “teraz” rozbija spójność sceny, która powinna rozgrywać się jednoczasowo.

 

Z treścią sprawa jest trudniejsza. Doceniam obserwację, że w żałobie ludzie niekiedy rezygnują z zajęć dających im radość i powrót do nich po czasie jest zawsze wart rozważenia, ale to mimo wszystko prosta myśl. Niełatwo natomiast odgadnąć, jaką rolę symboliczną odgrywa tutaj duch obcej dziewczyny, związanej z bohaterem tylko tym, że zmarła około tego samego czasu co jego matka. Pomyślałem nawet, że może to wyobrażenie rodem z Dziadów II – że pokutuje za samobójstwo (jakby wiedziała, że za chwilę wszystko się skończy), błąkając się po mieście, dopóki nie przywróci komuś sensu życia; wtedy jednak ta zbieżność czasowa nie byłaby potrzebna i w ogóle możliwe, że dopisuję interpretacje na siłę.

Wracając jeszcze na chwilę do formy: dostrzegam pewne próby rytmizacji tekstu, ale nie mogę znaleźć ich związku z drugą etiudą Kreutzera. Wyobrażam sobie, jak mogłoby to wyglądać: akapity lub długie zdania po dwadzieścia akcentów, grupowanych wyraźnymi działami składniowymi na części po cztery akcenty, przy czym w każdej takiej grupie pierwszy i czwarty akcent byłby na sylabie “ciemnej” (o, u, y, nosówki), a drugi i trzeci na “jasnej” (e, i; a mogłoby się zjawiać w obydwu rolach); aż końcówka wyfrunęłaby z tego schematu, gdy bohater przekracza w swojej grze dwudziesty takt? Gdyby udało Ci się tak skomponować tekst, przy zachowaniu pozostałych zalet, niewątpliwie byłby to wybitny utwór.

Tymczasem pozostaje jeszcze decyzja piórkowa. Skłaniam się w stronę NIE, ze względu na tę szczupłość i niejasność fabuły, która stanowi jednak kluczowe kryterium w ocenie opowiadań. Niemniej dam sobie jeszcze chwilę czasu do namysłu, bo językiem rzeczywiście można się zachwycić.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć, Marszawo!

Na początek podziękuję, że postanowiłaś zostać tutaj na dłużej i dzielić się swoją twórczością. To przeczytałem z przyjemnością, ale bez wyjątkowego zachwytu. Wydaje się jakoś zawieszone między kryminalno-przygodowym fantasy a metaforyczną dyskusją o prawach uchodźców i imigrantów. Oczywiście sama obecność w tekście odniesień do problemów realnego świata powinna być korzystna, więc to zawsze niepewne i trudne do zobiektywizowania, kiedy takie elementy z różnych warstw będą się nawzajem dopełniać, a kiedy wydadzą się niekompletne. Choćby jednak konstrukcja głównej bohaterki: raz wydaje się twardą, doświadczoną panią detektyw, gotową brać za rogi niemal nieprzezwyciężalne problemy, a raz naiwną panienką, przez pryzmat reakcji której mamy zobaczyć okropieństwa realiów świata przedstawionego. Przy czym oczywiście nie zaprzeczam, że w poszczególnych miejscach pokazujesz jej emocje przekonująco, prawie na pewno lepiej, niż sam byłbym w stanie to zrobić. Na dobrą sprawę Tarnina zgłębiła już i przeanalizowała te kwestie dużo obszerniej – wspaniały komentarz, czapki z czułków!

Po wprowadzeniu poprawek tekst wygląda bardzo solidnie językowo. Parę drobiazgów z początkowej części:

nie potrzeba licencji detektywa, by si€ domyślić, że ktoś chciał zatuszować sprawę.

Znak euro zamiast “ę” to świadomy zabieg czy wypadek przy pracy?

Nie czekając na resztę, pobiegłam wzdłuż hali dworca. Pchnęłam barkiem ciężkie drzwi prowadzące na perony i wypadłam na zewnątrz. Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru, który plątał mi włosy i próbował wepchnąć z powrotem do hali dworca.

Niepotrzebne powtórzenie. Poza tym napisałbym “na wydanie reszty”, ponieważ wyrażenie “czekać na resztę” odnosi się normalnie do reszty jakiejś grupy ludzi.

panoramiczne okna, z których roztaczał się widok na Tiefencastel – niewielkie szwajcarskie miasteczko, które właśnie zasypywał pierwszy śnieg.

Nie jest to rażące, ale też nieźle byłoby znaleźć inne rozwiązanie.

 

Poza tym wydaje mi się, że wciąż nieco nadużywasz czasownika “rzucić”. W każdym razie zrobiłaś bardzo wyraźny postęp od czasu pierwszego Twojego opowiadania, które komentowałem. Pod względem piórkowym tym razem jeszcze na NIE, ale ciekaw jestem dalszych prób.

Pozdrawiam ślimaczo!

W tym miejscu nasza historia się kończy:

plac bitwy zarósł od krzewów i kłączy,

zamek padł, większość obrońców wycięta,

reszta poddała się i poszła w pęta,

lecz napastnicy dość strat też ponieśli

i było wiele roboty dla cieśli.

Niektórzy twierdzą, że po owej wojnie

Pan Mroku jednak zachował się dwornie:

księżniczce cierpieć nie kazał w niewoli,

ale przyuczał ją do nowej roli

i z biegiem czasu wybiła się przy nim

jako na równi wprawna dowódczyni,

razem udane toczyli kampanie…

(A teraz wy będziecie czekać na nie,

na przyszłą pieśń buduje się apetyt).

Prawda to, czy życzenia wierszoklety?

 

***

Mnie również grało się i pisało ogromnie miło, dziękuję za zajmującą wspólną rozrywkę! Podzielę się jeszcze odrobiną analiz co do przebiegu partii – oczywiście nie roszczę sobie tutaj wyłączności, wszyscy są zaproszeni do rozmowy.

2. Sc3 po 1. d4 gra się rzadko, bo w otwarciach zamkniętych pion c zwykle służy do walki o centrum i nie warto go blokować, ale nie jest to jeszcze błąd. Błędem było moim zdaniem 4. b3, posunięcie niepomocne w rozwoju (c5-c4 nie stanowiło przecież żadnego zagrożenia) i odsłaniające skoczka c3 na niebezpieczne związanie. Po 6. e3, odcinającym gońca od obrony skoczka, białe nie mogą już uniknąć poważnych strat – w istocie, grając 5… e6, miałem już na widoku tę sytuację do dziewiątego ruchu i chyba dalej.

Przy ruchu 16… a6 miałem zaplanowaną piękną kombinację matową: 17. b:a6 W:a6 18. Kb1 W:a2! 19. K:a2 Sc5! i wkrótce mat (np. Kb1 Wa8 Kc1 Wa1#). Szkoda wobec tego, że wolałaś 17. b6, ale oczywiście obiektywnie był to lepszy wybór. I wtedy, decydując się na Wb8 z oddaniem wieży, policzyłem dokładnie, że będę w stanie odzyskać ten materiał i przejść do łatwo wygranej końcówki: 18. G:b8 W:b8

19. Whf1 W:b6 20. Wd3 (inaczej … Gb2+ i … Sc3; zresztą tak samo 19. Wd3 W:b6 20. Wf1) Gb2+ 21. Kd1 Sc5 22. Wd2 Gc3 i białe nie mogą uratować wieży ze względu na 23. We2 Wb1#;

albo 19. Wdf1 W:b6 20. Kd1 (lub np. 20. f3 Sd2 z groźbą mata) S:f2+ 21. W:f2 Wb1+ 22. Ke2 W:h1 23. W:f7+ Kd6 z rozstrzygającą przewagą czarnych.

 

Bardzie, ja na razie potrzebuję chwili odpoczynku, ale jeżeli nikt szybciej nie podejmie rzuconej rękawicy, to jasne, że za jakiś czas chętnie z Tobą zagram.

Mam również nadzieję, że nikt chorym muzułmanom nie odstawia kroplówek podczas ramadanu.

Na pewno wielu Użytkowników rozumie się tutaj na islamie znacznie lepiej ode mnie, ale skoro nikt się nie wyrywa do odpowiedzi: zasadniczo nie. W przeważających wykładniach obowiązek zachowania postu w ramadanie nie dotyczy dzieci, osób starszych i chorych, kobiet ciężarnych i karmiących i pewnie kogoś jeszcze. Jak jednak wiadomo, islam (w przeciwieństwie do takiego katolicyzmu) nie dysponuje scentralizowaną wykładnią teologiczną, a realia geopolityczne Bliskiego Wschodu sprawiają, że nawet stosunkowo mniejsze i zradykalizowane poglądy nieraz decydują o stanowieniu prawa w różnych krajach, trudno mi więc powiedzieć, czy nigdzie na świecie nie dzieje się coś w tym stylu.

Wślizguję się z podsumowaniem końcowym:

 

Bardjaskier – Hodowcy dusz – 13/5 głosów, 1,5 TAKA (beeeecki, bruce, regulatorzy), nominacja!

AP – Domator – 9/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Etiuda Niedokończona – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Marszawa – Bernina Express – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, beeeecki), nominacja!

Sajmon15 – Azyl – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

Ślimak Zagłady – I szli po zagiętej plaży – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

HollyHell91 – Burdel King [16+] – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Robert Raks – W niedalekiej przyszłości: Rodzina – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Randka w szambie – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

aTucholka2 – Tz'akat ha-nefesh – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Ambush – Burdel Queen – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

sesi19 – Jastrząb i kret – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

JolkaK – Sto lat samotności i… czekania – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Bardjaskier – Hodowcy dusz (cezary_cezary);

HollyHell91 – Burdel King [16+] (Ambush);

Sajmon15 – Azyl (Bardjaskier);

AP – Domator (Bardjaskier);

Marszawa Bernina Express (Ambush).

Mnie też się bardzo podoba! Jednak nie zgodzę się z Twoją interpretacją, ponieważ “zdefekować” znaczy “oddać kał”, a nie “zanieczyścić”. Ażeby zdefekować spodnie czy stół na przykład, Twój miś musiałby je wcześniej połknąć, a i wtedy nie jestem pewien, czy byłoby to w pełni poprawne zastosowanie. Zdefekowania samego siebie nie chcę sobie nawet wyobrażać.

27… Gf6:a1

Pękają wieże, walą się budowle,

a czarny Kapłan znów pędzi przez pole.

Akurat współczesna steganografia działa bardziej przez ukrywanie danych w "niepotrzebnych" bajtach obrazka.

Dobrze, wspomniałem o tym wyżej, ale moim zdaniem nie jest to zarzut do tekstu: da się ukrywać dane taką metodą, a fabuła jest ciekawsza, gdy bohaterowie dopatrzą się czegoś w konturach obrazka, niż gdyby napisać tylko, że Xian wydobył coś z najmniej znaczących bitów czy ze “śmieciowego” przedłużenia metadanych.

Czy możemy to zapisać Twoim sposobem? Możemy. Ale czy nie sensowniej byłoby te liczby przełożyć na kod czwórkowy? Bezpośrednio? Wtedy byłyby krótsze (tu wygodna tabelka: https://en.wikipedia.org/wiki/Quaternary_numeral_system): 11111111(bin) to 3333(quad), o ile się nie mylę. Można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej.

Przecież to są dwa równoważne sposoby opisu tego samego kodu, nie wiem, jak Ci wyszło, że “można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej”. Przykładowo “Cytozyna odpowiada sekwencji cyfr 10 w zapisie binarnym” i “Cytozyna odpowiada cyfrze 2 w zapisie czwórkowym” to zdania równoważne.

Dlatego pisałem “na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny” – nawet jeśli autorzy pierwotnie nie myśleli o nim w ten sposób, a z przełożenia go na binarny uczynili drugi etap dekodowania, to przecież mogę w wyobraźni połączyć te dwa etapy w jeden.

26… Wa2-a1

Jedni biegają w kółko, drudzy krzyczą,

widząc sunącą wieżę oblężniczą,

co na dziedziniec zjechała ze skłonu

i zagroziła obronie donżonu.

25… Wb2:a2

Wieżo, rób swoje, zgniataj niedościgle

resztkę piechoty na zachodnim skrzydle:

krzyk, turkot osi, chrzęst łamanych kości –

nikt tu obrońcom zamku nie zazdrości.

To jest Mars. Nie ma lasów, papier bardzo rzadko występuje, więc i ołówek niepotrzebny.

Ten dopisek w nawiasie w ogóle podałem tylko jako groteskową alternatywę dla odczytu komputerowego.

Wzięłam najbardziej wydajny sposób zapisu, na jaki wpadłam. Nie przeładowujmy tej biednej bakterii megabajtami zbędnego DNA.

Widzę, ale osoby łamiące szyfr muszą liczyć się z tym, że przeciwnik nie wybrał najbardziej wydajnego sposobu zapisu, dlatego nazwałem to założenie “ryzykownym” z ich strony.

Imiesłowy. Hmmm. Wydawało mi się, że obydwa zdarzenia muszą zachodzić jednocześnie. Jedno nie musi być rozciągnięte bardziej niż drugie. Dla mnie zdanie “idąc, pogwizdywał wesoło” jest w porządku. “Robiąc coś tam, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu” – też mi nie zgrzyta. Ale jesteście bardziej wyczuleni językowo niż ja.

Nie wiem, czy bardziej: akurat w tym temacie pamiętam, że kiedyś w którymś Twoim tekście zwróciłem uwagę na równoważnik imiesłowowy użyty z wyjątkowym smakiem, lepiej niż sam bym potrafił; nie mogę tego teraz znaleźć. Jasne, że mogą być tak samo rozciągnięte, Twoje przykłady są w porządku i nic innego nie chciałem sugerować.

Z tego, co wyżej pisałem, wynika raczej, że imiesłów nie powinien mieć węższego zakresu czasowego niż orzeczenie zdania głównego. “Zwiedzając Laponię, przeprawiał się wpław przez wezbrane rzeki” nie budzi zastrzeżeń, natomiast “Zwiedzał Laponię, przeprawiając się wpław przez wezbrane rzeki” jest już konstrukcją mocno podejrzaną, a co najmniej sugerującą, że przymusowe morsowanie jest jedynie prawdziwą formą zwiedzania Laponii.

Niemniej to, do czego głównie odnosiły się uwagi Tarniny i w jakim zakresie starałem się je objaśnić, to zagadnienie zastępowania równoważnikami imiesłowowymi zdań podrzędnych okolicznikowych (innych niż czasu).

To dwie strony tej samej monety. Jak załatać dziury, kiedy się nie wie o ich istnieniu ani rozległości?

Jasne, pisałem raczej od strony, że trudno oczekiwać, żebyś próbowała jeszcze łatać te dziury, kiedy już włożyłaś tyle pracy w ich wyszczególnienie i nie do końca jest to rolą jurora.

O, to, to. Nie można na to liczyć.

Jednak w tekście jest to raczej usprawiedliwione: skoro złoczyńcy umówili się na przekazanie informacji w ten sposób, to dużo łatwiej od osób postronnych odgadną, że nienaturalnie wygięty palec wskazuje kluczowe miejsce na mapie. Udana steganografia często opiera się na takim dorozumianym kontekście. Naturalnie do zasady Kerckhoffsa ma się to nijak, ale to już osobny temat.

Yyyy… oni chyba nie śpią wszyscy razem XD

Myślałem na przykład o przerwie w Ważnym Zebraniu, ale widzę teraz, że tymi słowami musiałem Ci podsunąć wizję wspólnej sypialni na obozie młodzieżowym!

Tak, tylko co z tego, skoro nie znamy kodu, którym wiadomość jest zapisana?

Właśnie to, co opisałem. Kiedy już wiemy, że wiadomość zaczyna się prawdopodobnie w określonym miejscu, a w dodatku przypuszczamy, że tym początkiem jest na przykład nagłówek pliku graficznego, to już daje realną możliwość dopasowywania różnych kodów, żeby siłą lub sprytem trafić na ten właściwy. Nie czuję się jakimś ekspertem w dziedzinie kryptologii, ale to jest w miarę blisko podstaw, nie wymyślam sobie tego na bieżąco.

Hmmmm. Sęk w tym, że tutaj podmiot nie dostrzega, co jest raczej rozciągłe. Gdyby coś dostrzegł, miałabym poważne wątpliwości, czy to poprawne.

Prawda, w tym samym kontekście napisałbym raczej “nie znalazłszy” niż “nie znajdując”.

Właściwie chyba mamy podobne wątpliwości, jakie dokładnie są zasady rządzące bizarro tudzież weirdem i jak wpisać się w założenia tych gatunków.

Hm, a dlaczego akurat to Cię zastanawia?

Ponieważ nie wiem, czy to element czysto rozrywkowy, czy też chciałaś się w ten sposób podzielić jakimiś przemyśleniami na temat naszego świata, a jeżeli tak, to jakimi właściwie.

Hę? Myślałam, że defekować się jest czasownikiem zwrotnym.

Według mojego rozeznania raczej nie jest, nie wskazywałaby na to też porada https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/defekowac;8350.html, być może w użyciu potocznym ta strona zwrotna występuje, ale pytanie, na ile Ci to pasuje do stylistyki całej wypowiedzi.

Jaka tu się zajmująca dyskusja wywiązała! Może na początek przyznam, że odbiłem się z hukiem od tego tekstu, kiedy jeszcze był anonimowy. Znalazłem rozwiniętą kolonię górniczą, która ma komórkę FBI, ale nie ma sądów i prawników, znalazłem narkotyk, który daje programowalne tripy (gdyby chociaż w koordynacji z zestawem VR!) i stwierdziłem, że to jakieś naiwne SF, którego nijak nie mam siły analizować i dekonstruować krok po kroku. Możliwe też, że odrobinę zraziły mnie wulgaryzmy, choć całkowicie uzasadnione fabularnie. Pozostaje wyrazić podziw dla Tarniny, że dała radę się tym tak rzetelnie zająć.

Niemniej skoro już poznałem autorstwo i przeczytałem opowiadanie od deski do deski, miałem z tego przyjemność. Wysiłki bohaterów pracujących nad znalezieniem tajnej wiadomości są barwnie odmalowane, można je śledzić z zainteresowaniem i samemu myśleć – nie wypadając zbyt mocno z zawieszenia niewiary, nawet jeśli po uczciwej analizie trzeba przyznać, że intryga jest mocno naciągana. Poszczególne wątpliwości, które z perspektywy jurora naturalnie wymagają przede wszystkim skrytykowania do gruntu, z perspektywy pomocnego czytelnika na portalu literackim są jednak wyzwaniem do załatania (jak choćby wyżej wzmianka o zestawie VR).

Tak przy okazji, gdzie Ty widzisz tę Afrykę w logo UNICEF? Rozumiem, że trzeba zwracać uwagę na białe tło. Kiedy patrzę od strony głów obojga, mam coś jakby grzyb wznoszący pięść w górę lub kobiecy układ rozrodczy z usuniętym jednym przydatkiem. A od strony szyi dziecka garbaty trójkąt ostrokątny z przesmykiem u szczytu, w którym od wielkiej biedy (ignorując cały ten teren po lewej) mógłbym się raczej dopatrzyć Ameryki Południowej. Ach, czekaj… rączka dziecka wchodzi na tło Afryki, no przecież! Jednak ten kontur jest bardzo nieprecyzyjny i myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.

Wracając do łatania dziur fabularnych: mapa. Przesyłanie jej zamiast koordynat geograficznych to zaćmienie umysłowe, które zdarza się najlepszym – ale nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia. Wystarczy jednak dopisać w jednym-dwóch zdaniach to, co przecież jest już zasugerowane lub niemal zasugerowane: że informator umieszczony w mafii dowiedział się, iż będą próbowali fizycznie przemycić mapę, bo uznali to za bezpieczniejsze niż przesyłanie jej cyfrowo wobec kosztu transferu danych, a co za tym idzie – nieuchronnych podejrzeń i szczegółowej analizy podanego obrazka. Być może utyskiwał przy tym na poziom umysłowy środowiska, w którym jest zmuszony pracować.

Dalej w sprawie Paula. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi bez pomocy Tarniny, która wydaje się bardziej wyczulona na te kwestie, ale w tej chwili on rzeczywiście trochę wygląda jak naszkicowana grubą kreską postać z broszurki propagandowej pt. “Religijność jako zaburzenie umysłowe”. Sam zlecił badania kodu genetycznego pod kątem ukrytej przez ludzi wiadomości i zamówił drogi sprzęt, a kiedy znaleziono tam kiepską ikonę, upiera się, że to dowód na inteligentny projekt?! Nie chciałbym zabrzmieć, jakbym Cię pouczał, bo wiem, że potrafisz szkicować charakter postaci dużo wiarygodniej ode mnie – może dałoby się szerzej pokazać napięcia między nim z jednej strony a Aleksem i Eriką z drugiej, od scenek komediowych (głośno odmawia nowennę za dusze dzieci nienarodzonych, kiedy inni próbują spać, co daje podkład dla podejrzeń Eriki) do poważnych (można by rozwinąć, że krytykuje ich za sypianie ze sobą bez ślubu i daje do zrozumienia, że zamierza ich rozdzielić przy pierwszej nadarzającej się okazji), co dałoby miejsce dla ugruntowania jego dziwactw, a także rozbudowania osobowości tych dwojga?

I wreszcie kwestia, która najbardziej mnie tutaj zwabiła, czyli samo dekodowanie wiadomości. Sposób wpadnięcia na to, że znajduje się ona w kodzie genetycznym bakterii, przedstawiasz moim zdaniem w pełni wiarygodnie. Chyba to także realistyczne, że ogół materiału DNA jest łatwy do pozyskania, a prawdziwe wyzwanie stanowiłoby wyizolowanie zeń genomów poszczególnych bakterii, nie jestem pewien, jak to dokładnie wygląda, ale zapewne robiłaś jakiś przegląd źródeł. Wątpliwości co do samej formy kodowania to ciekawy temat. Skoro informacja ma być odczytana komputerowo (a nie przez człowieka z mikroskopem, notesem i ołówkiem…) oraz w ogóle przypuszczamy, że jest to zapis pliku graficznego, na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny. Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne, ale już znacznie bardziej ryzykowne. Równie dobrze mógłby to być, jak pisze Tarnina, kod zdegenerowany, w którym całe kodony DNA reprezentują zera lub jedynki. Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.

Typową metodą poszukiwania szyfrogramu (w tym steganogramu) w tekście jest badanie zmian częstotliwości poszczególnych znaków, a także ich par itp. Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie (obecność kodonów stopu jeden obok drugiego, zaburzenia https://en.wikipedia.org/wiki/Codon_usage_bias i różne takie). Dopiero następnym logicznym krokiem byłaby próba dopasowania początku tego obszaru do wzorców nagłówka pliku .jpg (czy innych znanych formatów graficznych) według różnych wyobrażalnych metod kodowania zapisu binarnego. Inna rzecz, że gdybym już wyodrębnił plik i widział tam jakiś pozbawiony znaczenia obrazek, pierwszą myślą byłoby sprawdzenie, czy nic nie zostało w nim ukryte metodą najmniej znaczącego bitu (https://en.wikipedia.org/wiki/Bit_numbering). Wspominasz wprawdzie, że Xian “stosował rozmaite transformacje”, ale na mój gust sugeruje to raczej jakieś przekształcenia afiniczne czy zmiany kolorystyki.

I na koniec odnośnie do imiesłowów… Wiadomo, że najbardziej typowe i wskazane zastosowanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego to opisanie czynności rozciągniętej, podczas której lub równocześnie z którą zachodzi inna czynność lub zdarzenie. “Jadąc na rowerze, minąłem się z policjantami”. Zastępowanie takim imiesłowem okolicznika przyczyny jest konstrukcją utartą i moim zdaniem całkowicie dopuszczalną: “Nie dostrzegając przyjaciółki na przystanku, popędziłem za dwoma facetami niosącymi zrolowany dywan”. Podobnie zastępuje się okolicznik sposobu: “Przeprowadzając skomplikowane obliczenia, wypełniałem kolejne pozycje tabeli”. Jednak zastępowanie imiesłowem okolicznika celu, co tutaj próbowałaś zrobić, zwykle jest już uchybieniem stylistycznym (broni się jeszcze najczęściej przy użyciu “chcąc, pragnąc”). Na przykład “Wprowadźmy system badań prenatalnych, wykrywając zawczasu groźne dla życia mutacje” ma wyraźnie inny odcień znaczeniowy niż “żeby zawczasu wykrywać” i nie jest szczególnie sensowne. Jeszcze wyraźniejszym błędem jest zastępowanie w taki sposób okoliczników warunku czy przyzwolenia. Wydaje mi się, że Tarnina dostrzega tę wadę w tekstach znacznie częściej i bardziej systematycznie ode mnie, wprawdzie czasem też wytykając konstrukcje, które ja byłbym jeszcze skłonny uznać za dopuszczalne.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

Z przyjemnością przeczytałam liryczną odpowiedź – mam nadzieję, że istotnie rozpocznę znów opowieści…

Dziękuję! Na razie jeszcze zmienię na “na sępa spada słup”, bo słup siadający na sępie był chyba nadmierną abstrakcją, nawet jeśli tuż obok piszę o “piachu nonsensu”. Zastanawiam się też: czy zamysł stojący za tym wersem w nawiasie jest czytelny? W każdym razie myślę, że tamten sonet o czarodziejce i złowrogim kotku był wyraźnie bardziej udany.

Cześć, Holly!

Całkiem przyjemne komediowe opowiadanko, chociaż nie ujęło mnie jakoś wyjątkowo. Udane zabawy językowe (zwłaszcza zwróciłem uwagę na “wkulwił”). Widać odniesienia do naszej rzeczywistości, ale często nie jestem pewien, co chcesz przez nie powiedzieć – chociażby scena z odpowiednikiem seppuku nie jest dla mnie ani specjalnie zabawna, ani sensowna (przy tym główny bohater naprawdę powinien od razu pomyśleć, że klucz ma ten, kto wstawił nowe drzwi…), zastanawia mnie też, że w obrębie świata przedstawionego prawdziwa okazuje się dziwaczna teoria spiskowa o porywaniu “ludzi”, żeby produkować narkotyki z ich ciał. Raz piszesz, że prawie wszystkie misie chodzą nago, a raz, że pracownice mają sukienki i ich guziki mają dla nich jakieś kluczowe – mistyczne czy może anatomiczne? – znaczenie. Chwyt “jak wiesz, przyjacielu” (postaci mówią sobie dla naszego pożytku rzeczy, które obie strony w rozmowie muszą doskonale wiedzieć, jak choćby z tymi żelkami Karibo) jest wyraźnie nadużywany, choć domyślam się, że trudno było to obejść.

Nie będę kłamał, prawie się zdefekowałem.

“Prawie zdefekowałem” (lub “prawie się zanieczyściłem”).


Nie znałem dotychczas tego chwytu z białą linią, dziękuję za podsunięcie! Podsuwasz także “Dolores Claiborne”, skoro mówisz, że warto, może zrobię z niej pierwszą pozycję do odhaczenia, kiedy mnie najdzie na Kinga.

Wydaje mi się, że tym razem nie jest to poziom piórkowy, natomiast trafienie do Biblioteki oczywiście całkowicie zasłużone. Pozdrawiam ślimaczo!

Ponownie dziękuję za chęć obszernej dyskusji i tłumaczeń, doceniam Twoje zaangażowanie w dialog! Tak, na pewno w znacznej mierze udało Ci się odpowiedzieć na mój komentarz i co najmniej wskazać, czym różni się nasze podejście. Sedno może tkwić tutaj:

Nie udało mi się przekazać Ci tego co sam czułem podczas pisania – bo gdyby mi się to udało, to byś nie racjonalizował lęków bohaterów, tylko byś się im poddał. Przekładając na humor Woodyego, śmiałbyś się z jego ułomności i równocześnie zastanawiał nad swoimi, zamiast zastanawiać się czemu ten gość jest tak irytującą ofermą ;)

Rzeczywiście przy jego filmach nad tym się głównie zastanawiałem… Trudno mi się powstrzymywać od tej skłonności do racjonalizowania i rozkładania na czynniki pierwsze, można powiedzieć, że to jedna z moich głównych cech jako czytelnika. Twój tekst naprawdę kusił, żeby poddać się lękom bohaterów i nie analizować, ale taki sposób odbioru wydawałby mi się powierzchowny, niedbały. Jasne, że łatwiej byłoby napisać “świetna atmosfera, szczerze się przestraszyłem”, niż rozpisywać się na całe akapity, próbując sprecyzować i naświetlić własne wątpliwości.

W zakresie pytań, powiedzmy, bardziej osobistych… Czy dałbym radę prawidłowo zareagować przy spotkaniu z niedźwiedziem? Myślę, że tak, w przypadku dzików szło mi dotąd dobrze, ale na niedźwiedzia jeszcze się nie natknąłem, więc pewności nie mam. Istotnie w moich eskapadach leśnych i górskich dużo bardziej obawiam się psów (zdziczałych, pasterskich czy po prostu puszczonych luzem), które nie mają naturalnego lęku przed człowiekiem, bez porównania częściej atakują niesprowokowane i nie ma tak prostych metod postępowania. Ile razy w życiu mogłem podjąć działanie, ale odpuściłem? Na pewno wiele razy, zdarzało się też odwrotnie – że reagowałem i może się narażałem w sytuacjach, które nijak tego nie wymagały. Nie mam nic przeciwko pogadaniu o tym, ale przyznasz, że niezupełnie tego dotyczyły moje wcześniejsze uwagi.

Napisałeś, że Kronosa wystarczyło dźgnąć śrubokrętem. W mojej ocenie nie, trzeba było zrobić coś znacznie trudniejszego, pokonać paraliżujący lęk, przed kimś, kim kieruje instynkt, stawić czoła osobie bezwzględnej, gotowej na wszystko

Tu na pewno masz rację, może nieprecyzyjnie się wyraziłem. Miałem tylko na myśli, że po lekturze nie było dla mnie jasne, w którym punkcie i na jakiej podstawie bohaterowie doszli do wniosku, że “Kronos” jest dla nich takim skrajnym, nieprzezwyciężalnym wręcz zagrożeniem.

 

W każdym razie nie chodziło mi przecież o słuszność zachowań bohaterów, lecz o ich wiarygodność. Twierdzę i podtrzymuję, że człowiek jest istotą stadną i starając się przeżyć w sytuacji skrajnej, mamy naturalną skłonność do łączenia się w grupy, kulturową jak i genetyczną, nie jesteśmy samotnie polującymi tygrysami… Czytałeś na przykład o robinsonach warszawskich? Książka Studniarka podkreśla wielokrotnie (np. strona 14, 56 i następne), że spośród nich ukrywający się samotnie byli wyjątkami, prawie wszyscy tworzyli mniejsze lub większe komórki społeczne. W sytuacji, gdy zdrada jednego z członków grupy oznaczała prawie pewną śmierć wszystkich! Nie uważam za realne, że Twoi bohaterowie drżą każde z osobna w strachu przed jednym socjopatą i dają się krzywdzić po kolei, zamiast zgromadzić dla ochrony – oraz oczywiście dla łatwiejszego przezwyciężania innych trudności bytowych. Jeżeli jednak Twój tekst nie miał mówić o zachowaniach zwykłych ludzi w sytuacji krańcowej, lecz stanowić metaforyczne studium zachowań osób dotkniętych ciężkim lękiem społecznym, to apokaliptyczny sztafaż skutecznie udaremnił mi odbiór tego zamysłu.

Co do interpretacji “towarzyszy”, rozumiem teraz Twoją ideę, po prostu wydaje mi się ona trudna do przyswojenia na podstawie samego tekstu, ale oczywiście warto poczekać na kolejne komentarze, być może dla części odbiorców jest to intuicyjne.

 

Także mam nadzieję, że tym razem udało mi się już klarownie podzielić wrażeniami z lektury i nie napisałem niechcący nic, co mogłoby zaboleć. Ponownie i wciąż noworocznie Was pozdrawiam!

Witaj!

Moim zdaniem to ładna refleksja noworoczna, trochę korzysta z utartych klisz, ale niektóre frazy trafiają głęboko (zwłaszcza “Gdzie nic nie powstaje / i nic nie jest zapamiętywane”). Nie czuję się znawcą nowoczesnego wiersza nieregularnego, ale wydaje mi się, że masz tutaj jakieś próby świadomego kształtowania rytmu, chociaż trudno byłoby mi je opisać.

Gdyby nie znajomość jednej czy dwóch portalowych sztuczek, nie miałbym szans odgadnąć Twojej tożsamości. Wciąż jestem tylko na 99% pewien, ale już wiem, że mój pierwszy typ był kompletnie błędny. Jak najbardziej jestem za tym i proszę, byś przemówiła i wstała: na pewno masz nam wiele do powiedzenia, poza tym podobno zbliża się Mityczna Nowa Wersja i doświadczeni użytkownicy bardzo się przydadzą.

Pozdrawiam,

Ślimak

P.S. Malutka odpowiedź liryczna…

 

Pytałem o jej grób. Mówili mi: srebrzysty

cmentarzyk jest w pustyni, gdzie nikt nie zagląda

oprócz może turysty, lecz mapę wpierw zgłęb:

tam tylko piach nonsensu w powietrznych płynie prądach,

na słupie siada sęp, na sępa spada słup.

 

Wziąłem sześć litrów wody i kilka czekolad…

Po całodziennym marszu dotarłem tam. Nie umiem

zgadnąć, gdzie ona leży wśród identycznych trumien,

więc stoję jak turysta, jak niepyszny małolat.

 

Wtem jedna z srebrnych pokryw uniosła się jawnie

i z pustej jamy świetlik wiódł mnie w mrok pustyni,

aż zaszliśmy do puszczy. Leśna gospodyni

(hipopotamy dwa zza drzew widziałem i lwa)

rozpoczyna opowieść. Słucham jej jak dawniej.

A oto i specjalne podsumowanie noworoczne! Najwyraźniej okres świąteczny i przełom roku sprzyjają powstawaniu wartościowych tekstów lub ich nominowaniu, gdyż obfitość zgłoszeń jest tym razem wręcz nadzwyczajna.

 

Bardjaskier – Hodowcy dusz – 13/5 głosów, 1,5 TAKA (beeeecki, bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Etiuda Niedokończona – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Sajmon15 – Azyl – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

AP – Domator – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

Ślimak Zagłady – I szli po zagiętej plaży – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

HollyHell91 – Burdel King [16+] – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Anonim – Bernina Express – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Randka w szambie – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

aTucholka2 – Tz'akat ha-nefesh – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Ambush – Burdel Queen – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

sesi19 – Jastrząb i kret – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Anonim – Sto lat samotności i… czekania – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Bardjaskier – Hodowcy dusz (cezary_cezary);

HollyHell91 – Burdel King [16+] (Ambush);

Sajmon15 – Azyl (Bardjaskier);

AP – Domator (Bardjaskier);

Anonim Bernina Ekspres (Ambush).

 

Jak poprzednio przypominam, że Autorzy Anonimowi zobowiązani są podać Loży swoje personalia (nicki), by ich teksty mogły być poddane pod głosowanie piórkowe! Dane, które nie mogą być ujawnione publicznie ze względu na wymogi konkursu, proszę przekazywać wiadomością prywatną do Finkli.

Hej, dzięki za szczegółową odpowiedź! Parę razy piszesz o tym, że opowiadanie mi się nie podobało czy nie jest dla mnie. Pewnie jest w tym część prawdy, bo nigdy nie byłem fanem horrorów i czytałem ich bardzo niewiele, ale tutaj – jak od razu zaznaczyłem – Twoja zdolność kreowania atmosfery wszechogarniającego lęku wywiera dobre wrażenie i chciałbym coś z tego od Ciebie podłapać. Naprawdę poświęciłem sporo czasu na poprzedni komentarz, starając się zobiektywizować te moje wątpliwości, wskazać, co uważam za wady w konstrukcji świata przedstawionego.

Tylko, że tłumaczenie tego jest, wybacz, męczące. Bo jeśli nie przekonałem Cię do tego czemu każdy z bohaterów wolał pozostać w bezpiecznym schronieniu – to znaczy, że zwyczajnie to nie jest opowiadanie, które by Cię interesowało.  

Tylko że nie robię tego po to, żebyś się tłumaczył, absolutnie nie czuj się zobligowany. Staram się przekazać informację zwrotną, co moim zdaniem nie zagrało – ale Ty sam na pewno masz spójną wizję swojego świata i jeżeli uznasz, że inni czytelnicy, może bardziej obeznani z horrorami, odebrali Twoje intencje właściwie, to oczywiście moje uwagi przydadzą Ci się mniej. Po przeglądzie poprzednich wpisów widzę, że większość Przedmówców słusznie zachwycała się atmosferą, niekoniecznie jednak zwracając uwagę na budowę świata i przesłanie.

Sam kataklizm jest tylko pretestem do postawienia bohaterów w trudnej sytuacji (…) No właśnie, opowiadanie jest o lękach, samotności, niepewności – bohaterowie są w ciągłym strachu.

Właśnie przez ten kataklizm (którego dziwność, skądinąd, pewnie pasuje do założeń konkursu) zafiksowałem się na myśleniu, że utwór ma być opowieścią o zachowaniu zwykłych ludzi w sytuacji skrajnej. Jeżeli zamierzyłeś alegorię lęku uogólnionego i izolacji społecznej, może warto byłoby zrezygnować z pretekstowej katastrofy, nawet kosztem pozostawienia bez wyjaśnień, dlaczego bohaterowie żyją tak, jak żyją? Albo dać zakończenie w stylu Seksmisji, że wychodzą na powierzchnię i okazuje się, iż w sumie jest zielono i przyjaźnie (sceny, w których “towarzysze” przynoszą ciepło słońca, poniekąd by to antycypowały)? Oczywiście nie zdawaj się na mnie z tą oceną, nawet gdybyś przypadkiem chciał przerabiać tekst po zakończeniu konkursu, to przy propozycjach głębokich zmian konstrukcyjnych zawsze warto poczekać na opinie większej liczby czytelników.

Rury nie działają jak telefony, wybacz ale trywializowanie tego fragmentu powoduje, że chyba nie poczułeś opowiadania lub zwyczajnie Ci się nie podobało

Nie rozumiem, jak trywializowanie fragmentu miałoby to spowodować, ale postaci dają radę przesyłać sobie długie wiadomości, choć nic nie wskazuje, by wszystkie były biegłe w kodzie Morse’a czy innym znanym systemie, a w scenie, gdy Kronos pożera Tomasza, wprost słychać jego głos i jęki. Czyli owszem, rury działają jak telefony.

Finkla twierdzi, że każdy ma duszę, tu też trudno prowadzić polemikę – to jak próbować przekonać weganina do jedzenia mięsa ;). 

Wiesz: właśnie scena, w której okazuje się, że Kronos nie ma “towarzysza”, przekonała mnie, że nie odpowiadają oni po prostu duszom i trzeba szukać bardziej złożonego wyjaśnienia czy symboliki. Może się mylę, ale moim zdaniem mało który czytelnik założy, że w świecie przedstawionym istnienie duszy ludzkiej jest faktem, a jednak ktoś może duszy nie mieć i mimo to żyć, logicznie myśleć i wykazywać napęd psychoruchowy.

Pozdrawiam!

Cześć, Bardzie!

Na pewno udało Ci się wykreować efektowną, niepokojącą atmosferę. Czytelnik może wczuć się w położenie bohatera i autentycznie zająć jego losem, akapity wydają się przewlekać, na pewno umiesz to osiągać znacznie lepiej ode mnie. Jednak po przejrzeniu tej warstwy pozostała treść wydaje mi się zagmatwana, stanowiąca mozaikę przypadkowych pomysłów i zachowań.

O co chodzi z tym, że Ziemia “przestała się kręcić”? Jeżeli w Twoim świecie ma “ciemną stronę”, to pewnie znaczyłoby, że obrót wokół własnej osi zsynchronizował się z obiegiem wokół Słońca, nie zaś całkiem ustał; niemniej nie ma żadnej znanej katastrofy naturalnej, wskutek której mogłoby do tego dojść szybciej niż na przestrzeni miliardów lat. Dziwne są też te rury, pozwalające komunikować się niemal jak przez telefon. Postaci regularnie wychodzą ze swoich kryjówek w poszukiwaniu jedzenia, cierpią też z samotności, nie jest zatem jasne, czemu nigdy wcześniej nie próbowały spotkać się i połączyć sił. Wydaje mi się, że w sytuacji postapokaliptycznej, ewentualnie z wyjątkiem pandemii, ocalali raczej naturalnie staraliby się tworzyć grupy. Nie wiadomo, jak Kronos wyrobił sobie opinię i urósł do rangi mistycznego zagrożenia, skoro w praktyce wystarczyło go dziabnąć śrubokrętem i czmychnął jak niepyszny. Fragment o “zjedzeniu od nóg” wydał mi się raczej groteskowy niż straszny, a ten o “ludzkim perpetuum mobile” mocno bezsensowny. Co do zakończenia, mam wątpliwości, czy w opisanych warunkach bytowych bohaterowie w ogóle zachowaliby płodność, a tym bardziej co do pomyślnego urodzenia i opieki nad dzieckiem.

Zastanawiam się, jak interpretować “towarzyszy”. Mam wrażenie, że nie są to dusze ludzkie jako takie, coś niezbędnego do istnienia samoświadomości, lecz chyba tytułowi “hodowcy dusz”, fantastyczne byty symbiotyczne, które pomagają ludziom wykształcać osobowość i rozwijać się duchowo, osiągać walory takie jak empatia czy potrzeba wspólnoty. W każdym razie nie jest to zbyt czytelne – jak patrzę na poprzednie komentarze, chyba nikt nie nazwał tego podobnie (choć może skojarzenie z dajmonami z Mrocznych materii jest zbliżone, tylko że ich utrata prowadziła do śmierci?) – i wraz z tą dziwną katastrofą astronomiczną stanowi dwa bardzo duże grzyby w krótkim barszczu.

Mam wrażenie, że pod względem redakcyjnym uczyniłeś istotne postępy, przy lekturze Twoich najnowszych tekstów potykam się wyraźnie rzadziej niż dawniej.

Noc przynosi mi tę chwilę wytchnienia, jaką psu daje spuszczenie ze smyczy.

“Tę, którą” albo “taką, jaką”.

Nie podobał mi się zimny, zły, metaliczny głos towarzysza pana Ciekawskiego ani jego długie, białe zęby.

 

Patrzyłem, jak Jakub gasi kolejne świeczki. Wyjście z domu nie podobało mi się tak samo jak mojemu właścicielowi

Spróbowałbym usunąć powtórzenie.

 

Podsumowując, Twój utwór raczej mnie zmieszał niż zachwycił, ale na pewno będę o nim jeszcze myślał. Pozdrawiam serdecznie i noworocznie!

Nie widzę tutaj żadnego “przyganiał kocioł garnkowi”, bo w niektórych tekstach (w tym, nie wątpię, wielu Twoich) takie otwarte zakończenie jest trafną decyzją twórczą, a w innych zupełnie nie. Mnie z jednej strony wciąż brakuje umiejętności układania dobrych klasycznych zakończeń, a z drugiej tym razem rzeczywiście wierzyłem, że moja metaforyczna opowieść drogi zyska na takiej subtelnej puencie więcej niż na domykaniu wątków, które powinny zachować walor dziwności. To jednak zawsze ocenia czytelnik.

Ave, Cezary! (x2)

Interesująco się składa, że Twój tekst, który ostatnio komentowałem, także zaczynał się od kwestii związków między dziwnością a nielogicznością. Choć nie inspirowałem się bezpośrednio tamtą rozmową, zależało mi, żeby stworzyć tu świat, który wyda się czytelnikowi możliwie dziwny, aczkolwiek będą nim rządziły spójne reguły. Sądząc po Twojej ocenie, nie wypadło to całkiem źle.

Twoje skojarzenia co do fabuły i bohaterki na pewno mają sens. Słusznie zauważasz, że tekst zyskałby, gdyby udało mi się wymyślić i zmieścić w nim pogłębienie postaci Alicji, nadanie jej własnych, dodatkowych celów i czytelnego powiązania z myślą przewodnią całej historii. Jasne, że to mogłoby też pomóc w konstrukcji zakończenia czy chociaż nadaniu mu należnej wagi, chociaż nie jestem pewien, co starasz się wyrazić, gdy piszesz, że teraz nie jest ono “z prawdziwego zdarzenia”. Od początku wiedziałem, że chcę tak zamknąć utwór, cały był zbudowany pod tę puentę, w której oprócz rozwiązania dosłownej fabuły (Olkowie rozwiązali zagadkę i odnaleźli drogę) bardzo uważnie dobieram słowa, by odebranie bohaterów jako jednej, dojrzewającej i zyskującej spójność osoby było uprawnione nie tylko na poziomie głęboko abstrakcyjnej metafory, ale też by nie zamknąć drogi czytelnikowi, który wolałby zapamiętać ich jako grupę przyjaciół. Jednakże nie przeczę, że budowa zakończeń wciąż należy do moich głównych problemów twórczych, więc i tym razem mogła mi się przydarzyć jakaś niewykryta wada.

Bądź co bądź naprawdę mi przyjemnie, że uważasz czas poświęcony na lekturę za dobrze spożytkowany: przyjmuję komplement, rozpływając się i rozpełzając z zachwytu! I Tobie także powodzenia.

Nie uważam się za szczególnie wyrozumiałego, ale Twoje komentarze cenię wysoko i nawet tak krótki wpis potrafi mi z jednej strony przypomnieć, jaki postęp już uczyniłem, a z drugiej zmotywować do dalszego rozwoju.

Gratulacje i dziękuję za głosy! Trafnie spostrzeżoną przez Finklę homogeniczność odbieram jako cenny wyraz aprobaty, ale nie znaczy to, żebym miał mniej uważnie wsłuchiwać się w głosy krytyki.

Regulatorzy, dziękuję za wizytę i ocenę tekstu! Cieszę się, że zdołał na moment zatrzymać Twoją uwagę, a w przyszłym roku już na pewno postaram się przygotować coś, co do Ciebie lepiej trafi.

Nowa Fantastyka