Przyszedłem umyślnie w porze największego upału, by tłum rozluźnił się nieco. Popatrywałem po bazarze z narastającym zniecierpliwieniem. Uważam się za konesera serów i ze znawstwem mogłem stwierdzić, że stragan z nabiałem garbatego człowieczka w półbeduińskim stroju cuchnie tak, jakby coś wlazło mu do buta jeszcze przed ubiegłym ramadanem i tamże zdechło.
Stoisko dalej starowinka z siwymi strąkami sterczącymi spod chusty i okropnie poranionymi dłońmi wymachiwała w moją stronę dwiema sporymi, syczącymi gęśmi:
– Okazja, paniczu piękny-młody, okazja! Prawie nie szczypią! – wołała ochryple.
Wzdrygnąłem się i odskoczyłem o parę kroków, o mało nie nadeptując jakiegoś bosonogiego podrostka, który zaczął płaczliwie:
– Ojciec umarł, matka wdowa… – I spróbował mi się wysmarkać w rękaw.
Znów odskok; pomyślałem ze wstydem, że zaczynam przypominać skoczka szachowego i że Allah nakazuje się dzielić, rzuciłem więc chłopcu drobną monetę. Otrząsnąłem się i pomaszerowałem raźno w dalszy róg bazaru. Mustafa podążał za mną jak cień z rękami splecionymi na piersi, na pewno śmiejąc się pod wąsem z przygód pryncypała.
Przedwczorajsze ryby, chemia niemiecka, perfumy. Wolne oddechy przez materiał rękawa. Dotarłem wreszcie do interesującego mnie kramu, kanciapy zbitej z desek, po brzegi wypełnionej starymi księgami i drobnymi przedmiotami użytkowymi:
– Salem alejkum, Ali. – Nachyliłem się konfidencjonalnie do właściciela. – Masz dla mnie tego ibn Sinę z komentarzami al-Shiraziego?
– Alejkum salem… – Potoczył naokoło mnie rozmarzonym wzrokiem, świadczącym dowodnie o użyciu opium. – Mam dla ciebie białego kruka, Przyczynek do recepcji kalifów prawowiernych na dworze Wielkich Mogołów, późny dziewiętnasty wiek, dwa tomy in folio.
– Pytałem o ibn Sinę – przypomniałem łagodnie, przerzucając karty sążnistego dzieła.
– A myślisz, że to tak łatwo o ibn Sinę, co, młodzieńcze? Że ibn Sina czai się na mnie za każdym rogiem? Udziela napomnień w drodze w ustronne miejsce? Zamówienie musi dojrzeć… musi dojrzeć. – Ali zapadł w narkotyczną drzemkę.
Kusiło mnie, by kazać Mustafie nim potrząsnąć. Wiedziałem jednak, że nie warto klarować antykwariuszowi, jak ma się zwracać do wyższych rodem od siebie. Wiek i doświadczenie mają swoje prawa, zresztą ugrałbym tyle, że następnym razem wręczyłby mi zamiast zamówionej perełki Trzydzieści dziewięć sposobów przyrządzania potrawki z butów.
Naturalnie musiałem odliczyć uczciwą sumę za Przyczynek i objuczyć nim ochroniarza. Gdy jednak mieliśmy już wracać do biura, niespodziewanie Ali uchylił jedno oko:
– Coś cię trapi, młody. Sprawy prywatne, co? Może weźmiesz błyskotkę dla udobruchania urażonej damy? Mam tu cudną broszę, szmaragd oprawny w elektrum i szkło, chyba wenecka robota…
Zaśmiałem się smutno, bezdźwięcznie. Tutejsze damy! Zakutane od stóp do głów, bez prawa do nauki, rozmowy o liczących się rzeczach, drżące przed swoim panem i władcą, aż ich inteligencja, większa nieraz od naszej, wyrodzi się w małe, podłe intrygi. Słowo daję, już prędzej emablowałbym tę dziewczynę sprzedającą małże, która śmiało zaczepia obcych i zgarnia pod chustkę niesforne czarne loczki, niż pannę z „mojej sfery” (a ściślej i co gorsza, jej ojca).
Po wizytach biznesowych i kulturowych w Europie doszedłem do przekonania, że bluźnimy. Co powiedzieliby Rafael czy Giotto, gdyby kto, zamiast pokazywać ich arcydzieła łaknącym piękna ludziom, strzegł ich zazdrośnie i oglądał tylko sam w zaciszu domowym? Caravaggio to pewnie zabiłby na miejscu. A my rościmy sobie prawo, żeby zakrywać kobietę, klejnot wszech Stworzenia, majstersztyk prezentujący wszem wobec „co Ałła umie i co Ałła może”?
– …a jeżeli weneckie brosze nie wystarczają takim jak ty… – monolog Alego wpadał mi jednym uchem i wypadał drugim.
Myślałem o uroczej Polce napotkanej w wiedeńskim Kunsthistorisches, jak opowiadała mi dość czystym angielskim o Starych Mistrzach, o chiaroscuro, drogocennych barwnikach i pewnych pociągnięciach pędzla. Jak śmiała się z tego, że nie wiem, gdzie oczy podziać przy niektórych obrazach, że sama w letniej sukience jest według moich pojęć po prostu naga. Ośmieliłem się wspomnieć, że moi szacowni przodkowie nieraz brali sobie żony z jej stron, na co spytała uprzejmie, ilu przy tym potraciło braci a moich prastryjów. Potem partia szachów w przyległej kawiarence, zremisowałem po długiej obronie końcówki wieżowej – i tyle.
Pierwszy raz od tamtego czasu zdobyłem się na to, by spojrzeć na zapis partii, przechowany w przegródce portfela jako cenna pamiątka. I wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy ze złożonej na czworo kartki wyśliznęła się ręcznie zapisana wizytówka!
Nagle z zupełną jasnością słyszałem Alego:
– …dokładnie to, czego ci potrzeba – dokończył, przesuwając w dłoni coś jakby naszyjnik ze srebrnych ogniw rzeźbionych jak pędy niezwykłych, egzotycznych roślin, w sam raz, ani tak grubych, by obrażać dobry smak, ani tak cienkich, by pęknąć od przypadkowego szarpnięcia.
– Co takiego?
– Proweniencja zapadła w pomroku dziejów – powtórzył surowo. – Uważam, że to jeden z nielicznych skarbów ocalonych przez zapobiegliwą matkę Boabdila po upadku Granady.
– Zamieniam się w słuch.
– Ten przedmiot ma niezwykłą moc. Wieść niesie, że wybranka, która założy go podarowany z dobrej woli, nieodwołalnie skuje swój los z twoim, że zaspokoi potrzeby serca zawsze i wyłącznie przy tobie, że zyskacie niezwykłe połączenie dusz, które przetrwa wszelkie przeciwności i bodaj sam świat. Jedyne tysiąc dwieście dinarów. Złotem, nie żadne czeki i papierki.
– Ali, zmiłuj się…
– Tysiąc pięćset dinarów.
Kiedy tak poważny człowiek jak mój antykwariusz zaczyna się targować w górę, naprawdę nie warto mieć ostatniego słowa. A jeszcze będę musiał zastanowić się nad przesyłką.