Profil użytkownika


komentarze: 1099, w dziale opowiadań: 954, opowiadania: 288

Ostatnie sto komentarzy

ciekawy pomysł na Sambora w krzywym zwierciadle i pokazanie jego perspektywy 

Koniecznie jako scenariusz. AI chętnie wskrzesi Leslie Nielsena na potrzeby ekranizacji :P

 

Poza tym wymyśliłem dla Ciebie prosty, acz skuteczny twist: bohaterka rozmyślnie zaraża się wścieklizną przed spotkaniem (musi znaleźć chore zwierzę i dać się pogryźć, ale chyba jest sprytna, prawda?) Sambor po spożyciu krwi zaraża się chorobą i już na wieczność pogrąża w szaleństwie – nie może umrzeć i nie może wyzdrowieć.

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witam!

 

Gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg jego gabinetu, rozparty w ciężkim skórzanym fotelu, przyglądał mi się zdecydowanie za długo

W otwierającym zdaniu kolejność wydawała mi się mało naturalna – ważniejsze jest to, że się przyglądał, niż to, że był rozparty w fotelu

 

Nie możemy przecież pozwolić, żeby pana przełożeni uronili choć słowo z naszej rozmowy.

Sens zrozumiały, ale “uronić” sugeruje aktywność w gubieniu słów po stronie szefów

 

Ciepło pełznie po moich policzkach

Ładniej: Ciepło pełznie mi po policzkach – zestawienia zaimków z częściami ciała, np. “moich policzkach”, “mojej twarzy” “moich dłoniach” są uważane za kalki językowe (anglicyzmy).

 

Koleżanka z pracy bardzo dużo wie na temat miejsca zbrodni – czy miejscowi policjanci są aż tak bardzo gadatliwi i łamią zasady? W ich pracy to jedna z podstawowych reguł: nie paplać na temat okoliczności morderstwa, ponieważ bardzo utrudnia to potem schwytanie sprawcy.

Dodałbym zdanie o tym, skąd się dowiedziała, żeby nie było takiego zgrzytu.

 

Całość ładna i w niewielu słowach zgrabnie przekazuje założenie. Nastrój budowany oszczędnie, ale sugestywnie.

 

Widzę już sporo kliknięć, więc “dobiję” do biblioteki :)

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Jolko, szkoda, że w podręcznikach szkolnych nie ma takich tekstów – lekcje o grawitacji i astronomii byłyby ciekawsze!

Osioł, który osiągnął pierwszą prędkość ko(s)miczną szczególnie przypadł mi do gustu :)

 

Melendurze, dwie formy w jednym, też ciekawe rozwiązanie!

Właśnie miałem pisać o podróży do środka siebie – tutaj jest podróż we wspomnienia. Nie wszystkie myśli pochodzą przecież z zewnątrz, jeśli budujemy fabułę tylko na akcji, to musi być dramatycznie – a przecież misje kosmiczne nie mają aż tak fatalnej statystyki wypadków.

 

Powiedz to zwłaszcza Nancy. I dzień, w którym ją adoptowałem był najpiękniejszym dniem jaki mam w pamięci.

Bez tego “I” czyta się płynnej – choć trudno poprawiać monologi bohatera pod wpływem niedotlenienia, mogą być nieco chaotyczne!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Palce błądziły w gniazdach

Bardziej utartym związkiem jest “palce błądziły po (…)” – choć nie upieram się, bo to językowa kosmetyka, nie błąd.

 

Uśmiechnęła się, nie odpowiadając od razu

Nie brzmi dobrze. Napisałbym to jakoś inaczej – np. Uśmiechnęła się i chwilę potrzymała ich w niepewności.

 

Środek opowiadania już był kiedyś sprawdzany językowo :)

 

Ino uwiąż mocno do korzenia, inaczej woda pogna go dziesięć stajań albo i dalej.

 

Zgrabniej: Ino uwiąż mocno do korzenia, bo woda pogna go dziesięć stajań albo i dalej.

 

Jesteś dla nas taka dobra. Proszę, przyjdź do nas na kolację.

Albo wyrzucić drugie do nas, albo archaizować przez “zajdź ku nam na wieczerzę”

 

Patrzaj, Bronisławo znowu coś wyżebrała

Wstawiłbym przecinek po Bronisławo

 

Robert, widząc ją z daleka, podbiegł i przejął ciężar.

Kiedy tylko Robert zobaczył ją z daleka, podbiegł i przejął ciężar/ Zobaczywszy ją z daleka, Robert (…)

 

 

Doklejenie fragmentów “surwiwalowych” do recyklingu opowieści o tęczy brzmi dobrze, zachowana jest przez to niezła równowaga elementów mistycznych i realnych.

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Zgrabne to, lecz powtarzalne.

Wiem, że tak miało być, już po drugiej repecie widziałem, że mam do czynienia raczej z zabawą formą niż treścią. Więc czytałem ten drób i drab z radością, ale nie taką od ucha do ucha.

Van Helsing nie, ale spryt – tak. Aż się o to prosi, żeby bohaterka dokonała zagrania “szach, mat”. Nie piszę o łowczyni wampirów, która po wszystkim przeładowuje kolejny srebrny bełt do kuszy i spluwa na rozwiewane przez wiatr prochy wampira. Wystarczy bohaterka, która sama zginie, ale zatrzyma ciąg zbrodni. Albo, co ciekawsze, przejmie rolę Sambora.

Czyli również tęsknie wypatrywałem twistu. Mogę tylko napisać, że zaskoczyłaś mnie brakiem twistu, więc w sumie… czuję się zaskoczony :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tak pobetowo: wątków i magicznych artefaktów w opowiadaniu jest wystarczająco dużo na książkę. Choćby sama maska to temat na oddzielne opowiadanie, a tutaj wystąpiła ledwie raz i to w roli pomocniczej.

Dobrze, że w opowiadaniu jest wątek romantyczny – jest jak nić Ariadny, czytelnik ma się czego złapać!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witamy nowego uczestnika wyzwania! 

 

Widzę, że przez niereformowalne AI tym razem misja nawet nie zbliżyła się do Księżyca:)

 

W tekście wyczuwałem walkę realizmu z poprawnością językową (szczególnie tłumaczeń) i przepychankę stylu technicznego z literackim. Z pierwszym problemem spotykam się często w artykułach popularnonaukowych – bo te naukowe w większości są po angielsku :) – a drugie zagadnienie wymaga chyba wiele wyczucia i praktyki. Łatwo jest stworzyć tekst przesycony technikaliami, który będzie brzmiał realistycznie, ale nie będzie zrozumiały dla czytelnika. Ów czytelnik może przy pewnym stopniu nasycenia techniką po prostu się wyłączyć i zacząć traktować słowa jako tło, a szukać bardziej zrozumiałych wątków.

Tutaj nie miałem problemu z wyłowieniem sensu, więc chyba poszło nieźle. A te tłumaczenia, kalki i anglicyzmy niektórzy polubią (za pokazanie, że język misji kosmicznych jest na razie dość hermetyczny i daleki od poprawności), a niektórych będą one drażnić – za dokładnie to samo.

 

Kolejni uczestnicy będą mieli trudniej – najłatwiejszy i najbardziej “modny” wątek AI pojawił się już dwukrotnie, więc trzeba ruszyć wyobraźnię!

 

Na liście prawdopodobnych fabuł obstawiam spotkanie z obcą cywilizacją, hodowlę ziemniaków (choć skoro Ziemia dla ziemniaków, to Księżyc dla (…) ), oraz uczestnictwo w misji Mefistofelesa, który wybrał się na Księżyc w poszukiwaniu Twardowskiego.

 

A może łzawy dramat? “Księżycowe kwiaty” – wymiana korespondencji między astronautą i jego nieuleczalnie chorą córeczką, która zażyczyła sobie, żeby przywiózł jej kwiatek z Księżyca? Brak kwiatów na księżycu rozumiany jako metafora nieodwracalności śmierci… I kiedy astronauta niespodziewanie odnajduje ów kwiatek (obudzenie nadziei czytelnika) dostaje wiadomość o zgonie (twist fabularny, wszyscy płaczą jak bobry).

 

Piszcie, piszcie!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tarnino,

 

No, wreszcie jesteś sobą. Księgowość spłonęła? A może jej pomogłaś? Cicho sza, nic nie powiemy :)

 

Kuuurczę… to nie był Gumiś, prawda? 

No, optymiści mogą wierzyć, że był. I nie zaglądać do wyzwania #47 (jak tak dalej pójdzie, z wyzwań zrobi nam się książka paragrafowa). I będzie wyzwanie z książką paragrafową, muszę dopisać do pomysłów.

 

Jako pierwszy do mojej świadomości przebił się ból.

Minimalistycznie “mojej” można wywalić.

 

Niżej stały szeregami biurka, każde z elegancką zieloną lampką, każde z oparciem krzesła wystającym ponad leżącą na każdym blacie kupkę książek.

“Każde” rozbrzmiewa w tym zdaniu jak element obracającego się mechanizmu. Widzę, że jest to zamierzony efekt :)

 

pełniło obowiązki zasłony na oknie

Może zgrabniej: zasłony okiennej?

 

Pomysły nieziemskie. Labirynt biblioteczny, kot oscylujący między stanem o wysokiej i niskiej entropii, dziewczyna, która porozumiewa się za pomocą książek – bardzo pomysłowe, wciągające, działające na wyobraźnię. Przy czytaniu bardzo szybko wszedłem w przedstawiony świat i było mi żal, że tekst tak niespodziewanie się skończył!

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tarnino, wygląda mi to raczej na męki Tantala – jak dostanie się do zawartości buteleczki? ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Uzupełniłem jeszcze o komentarz Dave’a do wiadomości wysłanej do Dowództwa – bez niego motywacja AI była dość blada, pachniało “robi tak bo autor jej kazał”.

Wyzwanie do najłatwiejszych nie należy, szarpałem się między stroną bierną a narracją pierwszoosobową, bo przynajmniej dla mnie są to przeciwstawne cechy tekstu :) W końcu poszedłem w dość biernego obserwatora na początku, któremu zaczynają puszczać nerwy pod koniec. Umęczyłem się też z nawiązaniem do poprzedniego wyzwania – ten pomysł wydawał się z początku ciekawy, ale mocno ograniczał w trakcie pisania. Sami ocenicie, czy cokolwiek z tego wyszło.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Prywatny dziennik kapitana Dave’a Adamsa, misja Artemis 24

 

Dzień pierwszy.

 

04:16 UTC

Orzeł znów wylądował! Podejście do wnętrza Krateru Ciołkowskiego zgodne z planem, odchylenie od zakładanej pozycji pięćdziesiąt stóp, teren płaski, twardy, stabilny.

Po raz pierwszy tak daleko po niewidocznej stronie! Nawiązano kontakt z satelitą, wysłano zdjęcia. Góra na środku krateru majestatyczna, cień prawie sięga lądownika!

Załoga podekscytowana, sukces uczczono toastem bezalkoholowym z tubki. Anderson narzekał na kwaśny smak napoju. Żart o magicznym soku z gumijagód, żeby wyżej skakać, wywołał ogólną wesołość. Tylko Kim nie zrozumiał. Widocznie w Korei mieli inne dobranocki.

 

5:27 UTC

Uruchomiono multibota, geologa i LTV. Trwa rozładunek sprzętu, w całości pod kontrolą ArtemisAI. Zatwierdziłem wybrane przez nią miejsca wierceń. Anderson i Reiner przygotowują się do pierwszego spaceru.

 

6:34 UTC

Fotografia Andersona skaczącego ponad roverem zrobi furorę – jeśli Dowództwo Misji kiedykolwiek pozwoli ją pokazać. Chłopak ma stalowe jaja, ale w końcu to trzecia misja. Dobrze, że w tle Reiner tylko rozkłada ręce, a nie puka się w hełm.

ArtemisAI uruchomiła i przetestowała rovera. Geolog zapakowany. Czas na wyprawę do wąwozu! Wymieniliśmy z Andersonem salut przez szybę lądownika.

 

6:58 UTC

Reiner musiała wrócić. Uskarżała się na zawroty głowy. ArtemisAI zdiagnozowała błąd kalibracji pneumatyki skafandra. Anderson zaproponował samodzielne dokończenie wierceń w wąwozie. Wydałem zgodę.

 

8:42 UTC

O godzinie 8:34 utracono kontakt z Andersonem i roverem. Sygnał biometryczny milczy. Wywołania na kanale głównym i zapasowym nie dały rezultatu. Wydałem nakaz natychmiastowego przerwania prac i powrotu do safe haven, bez odzewu. ArtemisAI nie stwierdziła ruchomych obiektów w zasięgu Lidar.

Podejmujemy próby przywrócenia łączności. Ostatni kadr z kamery rovera pokazuje nieoczekiwany ruch pojazdu, dotąd stojącego w miejscu.

Zgodnie z sugestią Dowództwa wysłano bezzałogowy pojazd LTV. Nakazałem, żeby Kim przygotował się do wyjścia.

 

9:15 UTC

LTV dotarł na miejsce. Rover uszkodzony i przewrócony. Na podstawie obrazów ArtemisAI zdiagnozowała rozerwanie zbiornika ze sprężonym gazem. Brak Andersona, zidentyfikowano strzęp materiału skafandra. Ślady butów prowadzą w nieznanym kierunku. ArtemisAI zaproponowała algorytm podążania tropem na podstawie obrazu z kamer LTV. Wydałem zgodę. Kim w śluzie, czeka na rozkaz.

 

9:26 UTC

LTV wielokrotnie gubił ślad. Poszukiwania w ten sposób zajmują zbyt wiele czasu. Być może Anderson wykonuje długie skoki w przypadkowych kierunkach. Dowództwo sugeruje halucynacje pod wpływem niedotlenienia mózgu.

Pozostawili mi decyzję co do dalszego przebiegu akcji.

Wysyłam Kima. Reiner może być potrzebna do udzielania pomocy na miejscu.

 

11:23 UTC

Kim dotarł do ciała Andersona. Jest u podnóża wysokiej skały, w pozycji siedzącej, wciąż trzyma w rękach hełm. Prawdopodobnie zdjął go, kiedy zaczął się dusić. Opuchlizna i spękanie skóry uniemożliwiają rozpoznanie rysów twarzy.

Chwila straszliwa i smutna zarazem.

Nakazałem osłonić głowę workiem izolacyjnym i przytransportować ciało. Kim przymocował zwłoki do LTV. Według obliczeń ArtemisAI baterii starczy na drogę powrotną, nawet z obciążeniem.

 

14:03 UTC

Po zapakowaniu ciała do HRCU i odkażeniu śluzy zarządziłem odpoczynek dla załogi. Anulowałem wszystkie zadania badawcze i nakazałem ArtemisAI zabezpieczenie dotychczas zebranych próbek. W oczekiwaniu na określenie dogodnego okna powrotu przystąpiłem do przeglądania nagrań z wewnętrznego nośnika pamięci skafandra Andersona. Być może uda się ustalić przyczynę wypadku.

 

15:17 UTC

Zgodnie z przypuszczeniami dowództwa, Anderson był pod wpływem halucynacji. Słowa kierowane pod adresem nieistniejących gumisiów brzmią przerażająco i groteskowo.

 

Odnalazłem kadr ze zbiornikiem ciśnieniowym rovera. Na obudowie znajdują się rysy i wgniecenia. Nakazałem ArtemisAI znaleźć urządzenia, które mogły zostawić takie ślady.

 

15:38 UTC

Z nieznanych przyczyn ArtemisAI nie podejmuje prób dopasowania i od razu informuje o niepowodzeniu. Rozpocząłem ręczne przeglądanie nagrań.

 

16:48 UTC

W trakcie rozładunku zbiornik rovera nie był uszkodzony. Krytycznym momentem wydaje się przeniesienie geologa do części bagażowej rovera. Przy załadunku wiertło geologa nie było w pełni cofnięte i mogło zawadzić o zbiornik podczas przejazdu po nierównościach podłoża. To niedopatrzenie autonomicznego systemu prawdopodobnie doprowadziło do śmierci Andersona.

Wysyłam dokumentację do dowództwa z komentarzem. Wypadek podważa dotychczasowe zaufanie do systemu ArtemisAI. System pracuje wydajnie, lecz bagatelizuje widoczne zagrożenie i próbuje ukryć błędy. Ocenę możliwości wyrugowania tych zachowań bez restartu i ponownego uczenia systemu pozostawiłem Dowództwu.Utrata dorobku wyuczonego przez system w ostatnich misjach byłaby stratą, lecz jeszcze boleśniejsza jest utrata ludzkiego życia.

 

17:01 UTC

Wiadomość nie została wysłana. ArtemisAI informuje o zakłóceniach w komunikacji z satelitą. Burza magnetyczna. Będę ponawiał próby.

 

17:31 UTC

Wysłałem wiadomość tekstową w trybie awaryjnym, by przetestować komunikację. Działa bez zarzutu. Dowództwo pyta o symboliczny pogrzeb i wsparcie psychologiczne. Na razie wolę, żeby załoga sama się uspokoiła. Potrzebują snu. To był długi dzień.

Nakazałem ArtemisAI wysłać LTV i zebrać fragmenty szczątki zbiornika ciśnieniowego. Zabierzemy je do Houston, przyczyna tragedii powinna zostać wyjaśniona. Lądownik ma zapas paliwa na przewiezienie próbek geologicznych.

 

19:01 UTC

LTV powrócił, lecz zatrzymał się niedaleko lądownika i nie załadował kawałków zbiornika do luku bagażowego. ArtemisAI informuje o rozładowaniu baterii pojazdu. Na żądanie wysłania multibota dostałem komunikat o braku dostępności.

 

19:07 UTC

Przywrócono komunikację szerokopasmową z dowództwem. Dogodne okno dostępne teraz i zamknie się za trzy godziny.

Dlaczego wcześniej o tym nie wspomnieli?

Wysłałem prośbę o potwierdzenie w trybie awaryjnym.

Brak odpowiedzi.

 

19:23 UTC

Sam przytaszczę ten cholerny zbiornik. Skafander to jakieś pół godziny, śluza w tę i z powrotem kolejne pół. Spacer tyle co za próg. Zdążę. Obudziłem Reiner. Zaasekuruje mnie ze śluzy, ubrana w skafander. Zabieram log ze sobą, będę nagrywał.

 

20:12 UTC

Załadowałem zbiornik do luku. Ostatnie spojrzenie na Ciołkowskiego i do domu. Do widzenia, Księżycu. Przykro, że tak się skończyło. Muszę kończyć nagrywanie, Reiner znów narzeka, że ją skafander ściska.

 

20:45 UTC

Nie słyszę Reiner. Ostatnio mówiła że się dusi. Nie mogę dobudzić Kima. Stoję jak głupek przed śluzą, a ta ani drgnie. Siłowniki nie działają. Uchwyt awaryjny uszkodzony, nie zauważyłem tego, wychodząc. Te same ślady, co na zbiorniku.

Tak, teraz pamiętam, metaliczny zgrzyt i drgnięcie lądownika, kiedy próbowałem się porozumieć z dowództwem.

ArtemisAI, żądam otwarcia śluzy!

 

20:46 UTC

Przykro mi, Dave, obawiam się, że nie mogę tego zrobić.

 

<Zapas tlenu: 6%. Uwaga! Możliwa dalsza utrata ciśnienia>

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Melendurze, starałem się zostawić z wyzwania samą esencję i uspójnić pewne kwestie – mam nadzieję, że o to chodziło :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Oldguard, bardzo sprawnie opisane wydarzenia, które doprowadziły do katastrofy – przyjemny styl, “gładki” w czytaniu, bez przynudzania, z dobrą dynamiką. A próba porozumienia… hm, w miarę rozsądna. Brakowało mi troszkę jakiegoś “pazurka”, ale może szukam dziury w całym ;)

Tarnino, skoro Tardis tak na Ciebie działa, będzie go więcej :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witam!

 

Zakrzepła bryłka żywicy była żywa, co więcej inteligentna i sprytna, zdolna zapewne do przybrania dowolnego kształtu.

Mam wrażenie, że wkradł się jeden z częstych błędów – kiedy piszemy historię, wiemy, co będzie dalej, ale czytelnik nie. W tym miejscu chyba wyprzedziłaś znacznie fabułę. To nie tylko złamanie zasady “pokaż, nie opisuj” ale popsucie dramaturgii opowiadania – przypisujesz figurce cechy, które się jeszcze nie ujawniły w żaden sposób. Na razie figurka zmieniła kształt, nawet nie opisałaś, na jaki. Jeśli świeca roztopi mi się na gorącej blasze, nie świadczy to o jej sprycie ani inteligencji, a również zmieniła kształt.

Poza taką “wpadką” czytało się całkiem nieźle.

 

Tekst trzeba oznaczyć jako fragment. Jak rozumiem, rozpięcie biustonosza nie jest zamierzoną pointą i będzie ciąg dalszy :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Melendurze, widzę, że zaraziłeś się od Tarniny! Można jeszcze było pójść w Autostopem przez Galaktykę, tam pewnie znalazłoby się wielu tubylców, z którymi trudno się porozumieć. Nawet będąc w posiadaniu rybki.

Z prób porozumienia zauważyłem znak zapytania. Ciekawe, jak by go zinterpretował prawdziwy Zulus? Wąż, który za chwilę zje jajko? Za to akcja była wartka, pokazywanie również gdzieś tam się przewijało – powiedzmy, że odległa wariacja na temat. Sok z gumijagód za to grał główną rolę :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

W słońcu migocze złota nić łącząca nasze dłonie. Ty jej nie widzisz, ale ona tam jest. Pociągam za nią, a z twojego serdecznego palca znika pętelka. Nić opada na granitową płytę i zamienia się w proch. Kolejny podmuch szybko go rozwiewa.

Brak mi jednak na niego pomysłu. Szczególnie pierwsze zdanie gryzie mi się z rytmem, bo jest takie… miękkie? Ile razy tego nie przeczytam, tyle razy coś znajdę :)

Hm… to zdanie zmiękczył imiesłów przymiotnikowy. A dobry imiesłów to martwy imiesłów devil

Potraktowałem to jako wyzwanie inżynierskie, dodałem utwardzaczy i wyszło cuś takiego:

 

W słońcu lśni złota nić. Wiąże nasze nam dłonie. Nie widzisz jej, ale ona tam jest. Pociągam mocno, aż pęknie i uwolni serdeczny palec. Nić spada na granit i zmienia się w proch. Kolejny podmuch rozwiewa go bez śladu.

 

Niestety, jak to z polepszaczami bywa, wypaczają produkt, w dodatku na końcu powstała “ryzykowna” metafora, bo zwykle występuje jako “rozwiać się bez śladu” – Reg pewnie ma lepsze wyczucie, czy taka licentia poetica przejdzie.

P.S. edytowane, zmieniłem drugie zdanie na krótsze. A potem poprawiałem w nim anglicyzm ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Dziękuję!

Mam nadzieję, że jeśli pod obrazami będą QR kody, więcej osób zajrzy do tej historii i znajdzie w niej coś dla siebie. 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Bruce –dziękuję za wizytę i uśmiech. A ponieważ – jak w Twoim podpisie – pecunia non olet, przedsiębiorczy starożytni pewnie zmieniliby problem w interes i znaleźli zastosowanie dla produktów pieseczka – więc może bieganie z łopatką wcale nie jest takie poniżające.

 

Robercie Raks, W mitologii niestety nie podali, co ograniczało przepustowość Cerbera – mordki, żołądek czy jelita :P Aczkolwiek można przypuszczać, że za rzucanie się na jedzenie odpowiedzialne były głowy, a reszta ciała musiała nadążyć – może dlatego opisywali go jako żarłoka.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Nastrojowy tekst, pisany z sercem i trafiający do serca!

 

Niech ci powiesi wreszcie ten kwietnik, o który tyle razy prosiłaś. W szafie jest wiertarka. Wyrzuć wreszcie moje ubrania.

Któreś “wreszcie” można zamienić na “w końcu” – szczery, naturalny styl będzie zachowany, a unikniesz powtórzenia.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Sprytny ten kocurek! A pan Schroedinger potrzebuje lepszych pudełek, bo co z tego, że nie widać, jeśli słychać. I oby nie wpadł na pomysł potrząśnięcia pudełkiem, bo wtedy eksperymentator ma szansę doświadczyć stanu na wpół żywego ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Przecież już na samym początku podkreślam, że podmiot liryczny jest facetem:

Nie wiem, jak się tu znalazłem.

Oj, kogoś fantazja ponosi! :P

Holly, masz absolutną rację, nie zwróciłem uwagi na końcówki osobowe – gapa ze mnie! Teraz wszystko wygląda inaczej. Chyba. Któż zna miejscowe obyczaje?

 

Uf, dobrze, że historia się zakończyła pozytywnie i Bunia uratowała gumisia :)

No… niezupełnie… bo to nie jest gumiś. W tekście są wskazówki, co naprawdę się dzieje. Ale może zostańmy przy Twojej, optymistycznej wersji wydarzeń :) Fajnie, że choć raz udało mi się stworzyć tekst, który można odczytać optymistycznie i pesymistycznie. Lub może tak go zawikłałem, że zagadka jest zbyt trudna. Miało być jeszcze jedno zdanie na końcu, które jednoznacznie określało stan tego kotka Schroedingera. Mam je dodać?

 

A wyzwanie jest bardzo fajne, i tak wszyscy rozwiązują je przez show don’t tell, a perspektywa porozumienia się z kimś obcym stymuluje do wysiłku twórczego. Dwie pieczenie na jednym ogniu, i pojawiły się naprawdę ciekawe teksty!

 

Może nie zawsze trzeba wszystko ściśle formułować w wyzwaniu, pisanie to nie nauki ścisłe :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Leniwy początek jak zwykle był ciszą przed burzą!

 

Jestem ciekawy, czy po takim pokazie do mieszkania Haliny nie zawita egzorcysta :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Przyznam, że wyzwanie do najłatwiejszych nie należy, bo doszedłem do wniosku, że wypada opisać pokazywanie :)

 

W historyjce Holly są fragmenty… co najmniej zastanawiające :P Miejscami wydaje się, że bohaterka ma zdolności telepatyczne – szczególnie pierwsze zdanie z tego fragmentu:

 

Nagle czuję, że tubylec mnie rozumie. Dostrzega moje spocone włosy i niepokój w oczach. Słyszy mój ciężki oddech (…) Obserwuje koszulę przesiąkniętą potem, może nawet go czuje…?

Kiedy bohater płci męskiej gapi się na przepoconą koszulkę bohaterki, różne rzeczy mogą się wydarzyć ;)

Tubylec zatrzymuje wzrok na moich popękanych ustach (…) Posłusznie idę za nim. Niczego innego nie pragnę teraz, jak uczucia wilgoci w ustach. Może tubylec poczęstuje mnie kokosem?

Jak raz zaczęło mi się kojarzyć, to nie mogłem się pozbyć tego wrażenia aż do końca :)

Pokazywanie było w formie “spójrz na mnie” – i tę część odczytałem jako odpowiedź na wyzwanie. Gadania nie było, ale przegadanie próbowało się podstępnie wkraść w kilku miejscach :)

 

Odpowiedź JolkiK podobała mi się najbardziej jako trafiona w punkt odpowiedź na wyzwanie. Po przeczytaniu musiałem zmienić swój pomysł, ponieważ był zbyt podobny (tylko u mnie zniecierpliwiony bohater miał w końcu pożreć tubylca i wypić jego krew). Wydaje mi się, że monolog lub elementy monologu są zgrabnym rozwiązaniem.

 

Wersja Kurojatki jest za to bardzo zabawna. Wprawdzie sok chyba nie przeterminowany, tylko mocno sfermentowany i wysokoprocentowy, ale objawy działania są opisane genialnie, a przy nieporadnych próbach pytania o drogę śmiałem się od ucha do ucha, podobnie jak przy kwestiach dialogowych misia. Bardzo pomysłowe ominięcie problemu z wyzwania i świetna historia!

 

W odpowiedzi Kronosa jest dużo pokazywania i świetnie opisana próba przełamania bariery językowej. Dużo humoru, dobra pointa i pomysł na całą historię. Niech się jeszcze autorka wyzwania wypowie, ale moim zdaniem założenie spełnione w 120% – mimo, że to nie bohater jest zagubiony, ale jego “rozmówca”.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

<Zapas tlenu: 6%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Sok. Wszystko przez ten głupi sok. A przecież byłem najlepszym z gumisiów. Skakałem z gałęzi na gałąź, odbijałem się łapkami od pni i konarów, coraz wyżej i wyżej. W końcu docierałem nad korony drzew, pod samo niebo, nocne, rozgwieżdżone. Czemu chciałem więcej? Co mnie podkusiło, żeby skoczyć jeszcze wyżej, tam, gdzie nie był nikt inny?

Pamiętam to wyraźnie: skradałem się na paluszkach, by nikogo nie obudzić, słyszałem chrapanie, rozbrzmiewające echem o ściany naszego drzewnego domu. W końcu dotarłem do spiżarni, otworzyłem zamek, znalazłem kocioł, lecz był prawie pusty. Na dnie pływały resztki, mętne i ciemne, a jednak wypiłem do dna. Płyn miał dziwny smak – metaliczny, słony, niepodobny do niczego, co wcześniej miałem w ustach.

A potem obudziłem się tutaj, na tym ciemnym, zimnym pustkowiu. Nie ma lasu, zielonych wzgórz, rzek, tylko skały i kratery, aż po horyzont. Dlaczego mam na głowie szklaną bańkę? Czy to kara złego czarnoksiężnika?

 

<Zapas tlenu: 5%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Nadal mogę skakać!  Wprawdzie strój, w którym zamknęły mnie czary, nieco przeszkadza, i nie widzę łapek, ale po kilku próbach opanowałem nawet salta. Gdy ląduję, podnosi się szary pył.

 

<Zapas tlenu: 4%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Pić. Chce mi się pić. W szklanej bańce jest rurka. Na początku ciekła z niej woda, kiedy przygryzłem zębami. Teraz wyschła. Język mam jak kołek. Burczy mi w brzuchu, żołądek chyba zwinął się z głodu w supeł. Nawet nie mogę się podrapać po brzuszku przez ten dziwaczny strój.

Czy tak chce mnie załatwić czarnoksiężnik? Zaczekać, aż umrę z wycieńczenia? Czy ten głupiec nie wie, że my, gumisie, zawsze zwyciężamy? Mamy pancerz fabularny, każdy odcinek zaczynamy przecież w tym samym składzie.

Na horyzoncie widzę jakieś skały… a może to zamek Ightorna? Tak, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem – dotrę do naszego arcywroga i jakoś zmuszę go, by uwolnił mnie od czaru. Może uratuję też resztę? A potem siądziemy w naszym przytulnym domku i będziemy się z tego śmiać?

Muszę zwolnić. Mam mroczki przed oczami. Tak, małymi kangurzymi susami też dotrę do celu.

 

 <Zapas tlenu: 3%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Sani? Skąd się tu wzięłaś? Uciekłaś z zamku? Dlaczego tylko się uśmiechasz? Nie słyszysz mnie, prawda? Wszystko przez tę okropną bańkę. Sani, spójrz, pokażę ci… tylko jak to zrobię tymi grubymi paluchami? Mniejsza o to… Widzisz rękawicę? Tak, skup się na niej, proszę. Mój pyszczek, widzisz go? Cały suchy. Ziaję jak pies, widzisz? Czego potrzebuje zziajany piesek? Nie, nie wystawiaj swojego języczka, to nie zabawa w lusterko. Dobrze, pokażę inaczej. Widzisz? Trzymam w rękawicy butelkę, wyobraź ją sobie. Palce zagięte na szyjce. A teraz podnoszę do góry, odchylam łepek do tyłu, i przełykam…

Przepraszam, zachwiałem się. Naprawdę potrzebuję wody. Dlaczego się tak uśmiechasz? Źle pokazałem? Myślisz, że jestem pijany? Tak wypiłbym cokolwiek, wino, wódkę, nawet własne szczyny! To jeszcze raz: składam rękawice w łódeczkę, widzisz? Klękam i nabieram ze źródełka. Potem zginam łapki do siebie i spijam wodę… Chryste, jaka tak bańka jest zimna, dobrze, że język taki suchy, bo by przymarzł.

Co to “chryste”? Dlaczego tak powiedziałem? Jakieś zaklęcie? Nieważne… Sami? Czemu odwracasz łepek? Nie, nie zostawiaj mnie, proszę!

 

<Zapas tlenu: 2%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia. Uwaga! Bateria systemu ogrzewania wyczerpana>

 

Zami? Ty też uciekłeś? Przepraszam, ledwo cię widzę, to przez cholerną parę! Ty wszystko wiesz, na pewno mi pomożesz. Zobacz, nałożyli mi bańkę. Teraz w nią pukam rękawicą. Nie, nie stukaj się w głowę, nie o to chodziło. Zajrzyj do ksiąg, tam na pewno napisali, jak zdjąć zaklęcie. Księga. Spójrz na rękawice, ułożone, jakbym ją trzymał. A teraz wodzę oczami po słowach, widzisz? Czemu kręcisz łepkiem? Zabrali księgę? Kto?

Nieważne. Pić. Przez to magiczne szkło nie mogę pić ani jeść. Tu, gdzie pokazuję palcem. Pyszczek. A teraz patrz na rękawicę, dobrze, wędruje na brzuszek, pokazuje palcem do środka. Pusty! Widzisz, jak rozkładam łapki? Nic tam nie ma. Potrzebuję jeść i pić. I jakoś mi tu duszno. Widzisz, jak oddycham? Chwytam pyskiem powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.

Cholera, znów zaparowało. Skąd ta para, jak mam gardło suche jak wiór? To jeszcze raz, patrz na rękawicę: pyszczek i brzuszek. Nic nie ma.

Rozkładasz ręce? Zami, przecież ty zawsze pomagasz! Czemu odchodzisz? Ty głupi staruchu, a idź do diabła, sam pokonam księcia! Tylko złapię oddech.

 

<Zapas tlenu: 1%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia. Uwaga! Bateria systemu ogrzewania wyczerpana>

 

Bunia? Co ty tu robisz? Buniu, jest mi zimno, straszliwie zimno. Widzisz, jak cały drżę? Trzęsę się jak osika. I kulę, obejmuję się łapkami. A teraz spójrz na mój pyszczek, tu, gdzie pokazuję rękawicą. Wiem, że przez szron ledwo widać. Pić. Jeść. Duszno. Otwieram go i zamykam, ale nic nie łapię do środka.

Dzięki, że mnie przytuliłaś. Teraz cieplej, naprawdę. Nawet za gorąco, ale nie mogę tego zdjąć. Co robisz z moją rękawicą? Dokąd ją prowadzisz, chcesz mi coś pokazać? Na szyi? Tak, czuję go, taki twardy guziczek. Drugą rękawicę też mam dać na szyję? O, znalazłem drugi. Boże, ale ty masz ciepłe łapki, i łagodne, czuję je nawet przez rękawice.

Co mam zrobić? Przekręcić? Jak w słoiku? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem!

To przecież takie proste.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Hm, to już pełnoprawne opowiadanie!

I rzeczywiście trudno skrócić, żeby zachować pozory realizmu, ponieważ uśpienie czujności Lysanthira wymagała zarówno czasu, jak i zmęczenia przeciwnika :)

Skuteczność fortelu i tak wymaga od czytelnika przymrużenia oka. Jestem jednak zdania, że mity greckie znały intrygi szyte znacznie grubszymi nićmi, nie wspominając o europejskich baśniach.

 

Dopiero teraz, wieczorem, udało mi się wejść na nasz wątek i przeczytać, ale nie żałuję! Naprawdę świetny recykling, z takiego fragmentu zrobić cudeńko.

Są gdzieniegdzie powtórzenia, ale świetnie się czyta!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ja bym nie studził jego emocji, bo to akurat dobrze zagrało, tylko dał mu jeszcze jakiś powód, żeby nie było zderzenia refleksyjnego zakończenia poprzedniego akapitu z wesołą końcówką. Można wspomnieć, że jeszcze w coś się bawili przed snem, będzie naturalniej.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Przesunęłam palcami po stronach, jakby witając się z dawno niewidzianą przyjaciółką

Może bardziej osobowo, co w dodatku pozwala usunąć “się”: jakbym witała dawno niewidzianą (…)

 

Jeden komentarz nie pasował w ogóle do innych

“W ogóle” jest ładne, lekkie i potoczne, więc nadaje naturalności reakcji. Można również nawiązać do książek, zachowując potoczny ton – Jeden komentarz był z innej bajki. Żeby zachować liczbę słów może być “z zupełnie innej bajki”.

 

Moja wyobraźnia działa dziś na opak, więc przypomniał mi się otwarty konkurs Tarniny na historię o świecie, w którym przetrwało mało książek – nie pamiętam już, czy miała być jedna, czy może trzy? Wyobraziłem sobie świat, w którym w ogóle nie ma książek. Jest samotna bohaterka, która siedzi w bunkrze i pisze, a potem jest jedyną czytelniczką swoich dzieł. Tam nie byłoby stosu wstydu.

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Gotowali zupę łzawiąc i dławiąc się

Niezamierzony rym. Łzawiąc można zamienić na ze łzami w oczach

 

– Twoja kolej, mądralo – Robert zmierzwił chłopcu włosy. – Wymyśl coś trudnego.

Moim zdaniem pierwsza kwestia dialogowa zakończona kropką.

 

W zadymionej izbie zaległa ciężka cisza

Zamieniłbym “ciężka” na “niezręczna”, co dodatkowo usuwa aliterację.

 

Leciałbym, aż do dusz matki, ojca, Sławomira i Mileny.

Dodawanie imion rodziców przez chłopca nie brzmi naturalnie.

 

Robert stłumił uśmiech, widząc jego powagę.

Zgrabniej: Robert stłumił uśmiech, zobaczywszy poważną minę Gniewka

 

Koniec pogodny, ale zestawienie śmiechu z ostatnią scenką wytrąca z rytmu czytania. Domyślam się, że nastąpiło jeszcze coś, co go rozbawiło, ale miałem wrażenie przeskoku nastroju. Gdyby po ostatnim, refleksyjnym zdaniu poprzedniej scenki ktoś z nich zaproponował jeszcze jedną zabawę, nawet bez jej opisu, łatwiej odnalazłbym się w zakończeniu. 

Rozdział, w którym niewiele się dzieje, ale buduje wiarygodność zżycia się bohaterów w rodzinę, czyli konieczny wypełniacz fabularny, żeby potem czytelnik nie narzekał, że za szybko się zgrali. 

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tarnino,

 

Oj, potrafisz wyrwać ze stanu “to nie jest dzień na pisanie” i “zamknąłem się w hobbiciej norce, proszę nie pukać”. Wprawdzie mam wrażenie, że poprawianie i pisanie to trochę coś innego, ale każdy pretekst jest dobry :)

 

Tu i ówdzie poprawiłem. Zdarzyły się jednak fragmenty, których nie było ani tu, ani ówdzie.

Zauważenie, co robi gryzoń, tuż przed zasłonięciem klatki, opisane w czasie teraźniejszym – czy to nie mieści się w praesens historicum, czasie teraźniejszym historycznym?

Rzeka lodu opada, bo nie jest prawdziwą rzeką, która po prostu wlewa się (wpada) do morza. Lodowiec płynie, ale bardzo wolno, więc obserwatorowi może się wydawać, że zastygł w owym opadaniu. Dodałem dodatkowe określenie.

Nad którymś “hm” jeszcze myślę, bo na razie tylko sobie pomruczałem, tak jak Ty w komentarzu – wprawdzie takie wspólne mruczenie bywa słodkie, ale akurat przy poprawkach niewiele z niego wynika :)

 

A co do wątpliwości natury ogólnej – szorcik jest elementem cyklu, więc bez znajomości cyklu wypada słabiej i tego nie przeskoczę (nie wiem wprawdzie, czy gdybyś znała resztę cyklu, napisałabyś coś innego , to trochę jak z kotem Schroedingera). Zawsze mam wątpliwość, czy pisać historie oderwane od siebie, ale za to zamknięte jak ładne pudełeczko, czy też nieco koślawe, ale budujące cykl.

 

No i miło mi, że zajrzałaś!

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Będę miał teraz wyzwanie, napisać kolejne opowiadanie bez żadnego :P Najgorzej w dialogu przerywanym didaskaliami, tam puryści chcą wielokropki.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

OldGuard,

 

Jestem pod wrażeniem, że nie straciłaś czujności i wyłapałaś wszystkie te drobiazgi… 

 

Babuleńka najlepiej pasowała w ostatnim zdaniu opisu, wcześniej też pozamieniałem. Najdłużej męczyłem się z tym “że” – aż zacząłem rzęzić, ale się udało. Wielokropków rzeczywiście sporo, hm, sprawdzę jeszcze, czy to moja maniera, przywara czy już może choroba nieuleczalna.

 

No i dobrze zauważyłaś, że opowiadania trochę mnie uwierają, jak za ciasna skrzynka. W konkursach mniej więcej wiem, ile zdarzeń i ilu bohaterów dam radę upchnąć w limicie bez stosowania streszczeń. Bez konkursu trochę się bawię tekstem. Ale masz rację, warto ćwiczyć minimalizm na bieżąco. Choćby dlatego, że wiele osób zagląda tutaj, by przeczytać coś “w biegu”.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ładne stylistycznie i językowo.

 

Miałem odczucie, że opowiadanie balansuje na granicy między mocnym tekstem a wyciskaczem łez. Już słowa wypowiadane przez matkę w trakcie spaceru brzmią tak, żeby wywołać w czytelniku niepokój i zasygnalizować “będzie coś mocnego”. Matka nieco “filozofuje”, kwestie dialogowe ocierają się o patos, na szczęście można je również interpretować przeżytą depresją i wtedy nabierają sensu.

W kolejnej scenie domyśliłem się, że Lila umarła, więc w zasadzie czytałem resztę, żeby dowiedzieć się, jak. Może będzie to zaskakujące po tym, co napisałem na początku, ale kruk jako anioł śmierci mi się spodobał, a jego kwestie wcale mnie nie drażniły. Czytałem je po dwa lub więcej razy, za każdym razem wydobywając nieco inne znaczenie – żeby nie psuć wrażenia, nie przechodziłem w opowiadaniu dalej :) Kruk jest poniekąd strażnikiem tej krainy śmierci, nie może się zbytnio spoufalać (Charon z mojego powiadania zanadto się zbliżył i ma teraz same kłopoty :P ). Jego kwestie dialogowe podkreślają “zimno” otoczenia, są zbyt trudne dla dziewczynki w tym wieku. Bardzo dobitnie pokazywały mi, że śmierć jest nieodwracalna.

Zastanawiałem się, czy opowiadanie można było zakończyć w momencie, kiedy Lila w zaświatach znajduje jeziorko. Pewnie tak, ale ja bym się wkurzył, gdybym w kolejnym opowiadaniu znalazł domysł dziecko+woda=śmierć, więc dziękuję, że utopiłaś bohaterkę “na wizji”. Bo mam dość historii, w których bohater idzie do lasu i domyślnie się gubi/umiera, dziecko idzie samo nad wodę i autor również przyjmuje, że umarło, więc zostawia to w domyśle.

Więc w końcu stwierdziłem, że granicy kiczu/łopaty/wyciskania łez nie przekroczyłaś, czułem emocje, czasem miałem wrażenie, że podpowiadasz, co mam czuć, ale nie było to nachalne.

I zaklikam do biblioteki, bo tekst jest dobrze napisany.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

cieszę się, że zaglądasz, bo naprawdę dużo ciekawych spostrzeżeń zostawiasz

No ja też się cieszę niezmiernie z całej serii opowiadanek utrzymanych na dobrym, acz ciągle rosnącym poziomie. Mi też serce rośnie, jak je czytam. Mam nadzieję, że szykuje się coś większego (wiem, że dokręcam śrubę, albo kołowrót łoża Inkwizycji, ale trudno – im lepiej piszesz, tym bardziej wybredni są czytelnicy :) )

No i w wyzwaniach tygodniowych Twój humor też by się przydał ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie 

Nie gadaj za głośno, bo twórcy Pokemon GO to podchwycą i będzie siać zgorszenie na ulicach XD

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Szkoda, że nie można ciągnąć fragmentów, które ktoś napisał ciągnąć wczęśniejszy

Melendurze, będzie historia kolektywna… cierpliwości :)

 

Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy

Unabomba, tutaj się uśmiałem. Wcześniej zresztą też! Cieszę się, że dołączyłaś do wyzwania!

 

Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce miał przywiązane

Jakiś kocur tam również grasował, może krewniak Belzebuba?

 

szarpnął się tak mocno, że wywrócił się wraz z krzesłem na podłogę

Typowe objawy siękozy. Egzorcyzmy zacząłbym od wymiany wywrócił się na upadł

 

chyba sobie jakąś kupię do kolekcji i zawieszę jak pozostałe na ścianie

Czarna, zaczęłaś kolekcjonować w trakcie pandemii? ;) Z maskami trzeba uważać:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32936

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

– Gniewko – odezwała się Agnieszka, przerywając ciszę. – Powiedz mi, co z tymi kurami… – Ptaki z zapałem wydziobywały z ziemi każdy kąsek, który udało im się wydrapać pazurami.

Drugie didaskalia (Ptaki (…) lepiej w osobnej linii.

 

– Nie zapominaj, że jestem prostym chłopakiem ze wsi, podpatrzyłem to i owo u sąsiadów… – mrugnął do niej.

Tutaj Gniewko mówi jak dorosły i w dodatku bez stylizacji.

 

– Sól – rzuciła nagle. – Bez niej nie zakonserwujemy mięsa.

– I żelazo – dodał, skupiony na glinie. – Nóż to za mało. Potrzebujemy siekiery… i czegoś do gotowania z metalu, te gliniane garnki wiecznie nie wytrzymają.

Czeka ich handel albo wycieczka. Żelazo od biedy z rud darniowych, nad niektórymi rzekami są powszechne. Na działce rodziny gdziekolwiek nie wbiję łopaty, wykopuję całe bryłki rudy. 

 

W nurtach rzeki zostawił brud

Lepiej: w nurcie (liczba pojedyncza).

 

Na szczyt dotarli z ciężkim oddechem,

Na szczyt dotarli dysząc z wysiłku

 

– Jakie wyjście? O czym ty mówisz? – zaniepokojona podeszła bliżej.

Zaniepokojona wielką literą (podchodzenie nie jest gębowe)

 

Jak najmniejszą bliznę na tkance tego świata.

Omiótł wzrokiem dziką, nietkniętą dolinę. Przez moment dostrzegał w niej widmo utraconego, świetlistego świata,

Drugie można zamienić na “krainy”.

 

Ładna, dynamiczna scenka dialogu między dwójką bohaterów i kawałek przyzwoitej SF. Dobrze opisane zachowania bohaterów, emocje w słowach i w gestach, a i sam wątek ucieczki przez śmierć zostawia ślad w głowie.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

gdyż kolokwium z prawa pracy wisi nade mną jak katowski miecz:((

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych. No i po co komu te sprawdziany, po co, pytam? Samo zło!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

a dym z palonych lawendowych kadzidełek smużkami oplatał kasetonowy sufit

Minimalizm :)

 

za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec.

Trochę niezręczne, bo świece są elementem mało mechanicznym. Podręcznikowo to “zespół świec”, ale to z kolei zbyt techniczne, “kompozycję świec” zbyt artystyczne, “baterię świec” archaiczne – ale tak mówiono jeszcze w XIX wieku. Jednym słowem zadałeś mi ćwieka :)

 

„Klient” zaczął chwytać narzędzia położone na otwartym sekretarzyku, a to dla Magistra byłoby równe z obmacywaniem jego żony, gdyby nie nazywała się ona „Alchemia”.

Zdanie ma duży ładunek humoru, ale jest trochę przekombinowane. Może rozdzielić na dwa zdania? i drugie na przykład “Dla każdego szanującego się Magistra byłoby (…)

 

To zakład sztuki, tutaj wykonuję utwory, których malarze i pieśniarze mogą zazdrościć, bo nigdy mnie nie dościgną

Nie lepiej “zakład artystyczny” ?

 

i miałaś powód, chociaż mógł być bardziej subtelny niż tak prymitywna magia bitewna

Trochę przekombinowane.

 

układał podczas wagarów ze wszystkich lekcji i wykładów dotyczących magii bitewnej, osobowej i leczniczej.

Lekcja to również wykład. Może “ze wszystkich wykładów i ćwiczeń”? Teraz to się nazywa laboratoria :)

 

Odwrócił się a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust,

Metafora pomysłowa i zabawna, ale trudno się to czyta. Jest dla mnie jasne… a może ciemne?… że porównujesz twarz do obrazu, okolonego ramą kaptura. Ilekroć to czytam, potykam się.

 

Całość bardzo zgrabnie napisana, lekko się czyta. Mnóstwo dobrego humoru, w zasadzie każdy żart do mnie trafiał. Językowo, poza miejscami przekombinowanymi, też pomysłowe. Ma unikalny styl, dobór słów, także tych rzadziej używanych. Już komuś to pisałem w komentarzu – wolę teksty pisane specyficznym dla autora stylem, nawet jeśli oznacza to szorstkość, niż “przezroczyste”. Maniery pisarskie mi nie przeszkadzają. Biblioteka w pełni zasłużona :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

PS. Czy ja mogę dopisywać czyjeś fragmenty? Bo potem znów musiałabym wrzucić swój. Co prawda mam ich mnóstwo, ale nie wiem w sumie, czy pierwszą wrzutką nie wyczerpałam puli ;)

 

PS2. O ile znam naturę trolli (lubią kminek ;)) i pół-trolli, to nie wiem, czy braki w kulturze by ich zawstydzały ;)

OldGuard, mam wrażenie, że Twoja wyobraźnia i kreatywność i tak wpędza innych w kompleksy. Nie sądzę, żeby ten stan mógł znacząco się pogorszyć od kolejnego Twojego tekstu, więc pisz śmiało. Użyszkodnikom nic się nie stanie, jeśli będą musieli powiedzieć “wow” kilka razy więcej :)

 

A troll pół krwi dotarł do twierdzy w towarzystwie ludzi, więc możemy się tylko domyślać, że spędził sporo czasu w ich towarzystwie. Skoro był taki nieszczeciński i niewarszawski, to pewnie wyśmiewano go za wszystko, co robił. Bo gdyby był trollem pełną gębą, to pierdnięcie tylko zagrzałoby go do boju (może nawet dosłownie, bo to przecież istotki częściowo mineralne, więc taki gaz ziemny czy wodór mógłby mieć wybuchowy efekt).

 

Czarna, skarpetkowa ściepa dla Enrike wywołała u mnie szczery uśmiech. Niepokojące jest natomiast to, że to kolejny troll. Czy skarpety będą z kminkiem? I co się stanie, kiedy urośnie? Już wyobrażam sobie skruszonego nastoletniego Enrike, który przeprasza, że odgryzł komuś całą nogę ze skarpetką. Jedyna nadzieja w tym, że zatrudnią go do recyklingu odzieży… 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

I moje wykopalisko ze sterty rozpaczy:

 

– Haniu, jeszcze dziesięć minut do wyjścia! Czy mam ci w czymś pomóc?

– Nie mogę znaleźć skarpetki!

– Przedwczoraj prałam, masz je w koszyku.

– Jest tylko jedna szara i jedna fioletowa.

– Poszukaj głębiej!

Kusiło ją, żeby poprosić o koszyk, ale się powstrzymała. Zbyt wiele słyszała ostatnio o wyręczaniu dzieci. Kursy dla rodziców nie wydawały się jednak zauważać, że córka nie może jechać do szkoły bez skarpetek.

– Na święta dostałaś te grube, z reniferem.

– Mamo, dzisiaj wuef. Nie mogę ich założyć, są obciachowe.

– W szufladzie masz czarne, dwie pary.

– Jedną parę, i lewa ma dziurę.

– Prosiłam, żebyś mówiła o takich rzeczach! Co z tymi skarpetkami, jakiś potwór je zjada?

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ciąg dalszy akapitu Melendura

 

– Dobrze. Jak wchodzić, to z przytupem. Grebo, drzwi! – zakomenderował.

Nieforemna, acz obficie umięśniona istota wytrzeszczyła oczy ze zdumienia – jeśli mogła wytrzeszczyć je bardziej, a potem podrapała się po łysej głowie. Pisk towarzyszący czynności był zapewne słyszalny nawet z wierzchołka murów.

– On nie rozumie kontekstu – westchnęła. – Musisz mówić wyraźnie: rozwal drzwi.

Grymas, który pojawił się na twarzy istoty, przy odrobinie wyobraźni mógł wyrażać uśmiech. Istota zamierzyła się do ciosu, lecz przy okazji pierdnęła głośno. Zawstydzona, opuściła potężne ramiona.

– Grebo, nic się nie stało – zapewniła, lekko pokasłując i słaniając się na nogach od smrodu. – Spróbuj jeszcze raz!

– On jest półkrwi trollem? – zapytał ją ściszonym głosem.

– No, tak gadają.

– A myślałaś, jak do tego doszło? W sensie, wyobraź sobie, że troll… no tego… nie przechodzą cię ciarki na samą myśl?

– Jego matka była trollem, nie ojciec. – Uniosła brew i posłała mu znaczący uśmiech.

– Studiujecie anatomię, czy może szturmujemy twierdzę? – odezwał się ktoś za ich plecami.

Tymczasem rozległo się głuche „łup!”, po czym wrota, framuga i część muru wpadły do wnętrza budowli.

– Do ataku! – zakrzyknął, choć wszyscy i tak wiedzieli, co robić. No, może poza Grebo.

Wbiegł do środka z mieczem gotowym do ciosu. O dziwo, zamiast dziedzińca jawiły mu się gigantyczne, kręcone schody, prowadzące w mrok. Nie przypominał sobie, żeby budowla była aż tak wysoka. Cóż, pozory mogły mylić.

– Szybko! Dorwijmy ich, dopóki jeszcze nie wygrzebali się z łóż!

Zachęcił resztę ruchem ręki, po czym ruszył żwawo, przeskakując po dwa, trzy stopnie. Doświadczenie podpowiadało mu, że towarzyszka i tak go zaraz wyprzedzi, a z chwały bitewnej pozostanie mu sprzątanie szczątków posiekanych przez nią wrogów.

Po dłuższej chwili zaniepokoił się, bo oprócz stukotu własnych, podbitych żelazem buciorów nie słyszał kompletnie nic. Spojrzał przez ramię.

Schody były puste. Nie widział ani rozwalonej bramy, ani kobiety, ani reszty wyprawy. Kamienna spirala zdawała się nie mieć początku.

– Hej, gdzie jesteście?! – zakrzyknął, a echo głosu wędrowało pomiędzy kolejnymi zwojami nieskończonej konstrukcji.

– Tutaj! – rozbrzmiał głos towarzyszki. – Ale co ty robisz pod schodami?

Jej głowa wychyliła się zza krawędzi. Coś zwróciło jego uwagę, ale na początku nie mógł sobie uzmysłowić, co. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że włosy kobiety zwisają do góry.

– Jak nie spadasz?

– Jak ty nie spadasz? I gdzie jest reszta?

Głowa zniknęła na chwilę.

– Cholera, nie ma ich!

– Jak to nie ma? Jesteśmy tu, do diaska! Ile jeszcze mamy leźć po tych schodach? I Grebo się boi!

Spojrzał w stronę, z której dobiegał głos, ale zbytnio raził go płomień własnej pochodni. Schował ją za krawędź schodów i spróbował jeszcze raz. Kiedy wzrok już przyzwyczaił się do ciemności, dojrzał kolejną konstrukcję. Również była spiralna, ale oś biegła poziomo –niczym wielka sprężyna, w której ktoś złączył oba końce i zagiął w obwarzanek. Dostrzegł kilka małych sylwetek i jedną większą. Wszystkie ustawione poziomo, mozolnie pięły się po schodkach, choć tak naprawdę okrążały go. Mógł się założyć, że jeśli poczeka wystarczająco długo, zobaczy ich w tym samym miejscu.

Zapewne przegrałby zakład, bo gdzieś daleko rozbłysło światło pochodni. Kiedy dłużej przyjrzał się malutkiej postaci, rozpoznał charakterystyczne ruchy. To był on sam.

– Hej, gdzie jesteście? – rozbrzmiało z oddali.

– Tutaj! Ale co ty robisz pod schodami? – odezwał się drugi głos.

– Dość! To pułapka! – krzyknął. – Nie wiedziałaś, że mają maga?

Zza krawędzi wychyliła się głowa towarzyszki, znów z włosami zwisającymi do góry.

– A kto wymyślił tę wyprawę? Nie chciało się czytać w księgach, co?

– Jestem od machania mieczem, nie od ślęczenia przy pergaminie!

– To sobie teraz machaj. We wszystkich możliwych kierunkach.

Dziękuję, że przyprowadziliście mi syna.

Głos rozbrzmiał niespodziewanie i tłukł się wewnątrz czaszki jak kamień wrzucony do kociołka.

– Syna? Chodzi o Grebo? – wrzasnął. – Jesteś jego ojcem? Zachciało się eksperymentów na trollach…

Odpowiedź omal nie rozłupała mu głowy.

Ojcem? Żartujesz? Ten łapserdak dawno zwiał, jak wszyscy z waszej nędznej rasy. Jestem wielka Ar’gnaka, ostatnia z rodu diamentowych trolli.

– Miło mi! – odrzekł, choć mocno rozminął się przy tym z prawdą. – To, eee, jak już nacieszysz się synem, uwolnisz nas? I jakaś nagroda? Mały diamencik, albo cuś?

Tacy jesteście, wiecznie chciwi, wiele żądacie, nic nie dajecie… W życiu i w miłości dokładnie tak samo. Tak, otrzymacie nagrodę, lecz najpierw musicie coś dla mnie zrobić. Sprowadźcie ojca. Niech syn się nim nacieszy.

– Nie ma sprawy, nie takie rzeczy robiliśmy. Uwiniemy się w mig – odrzekł, w głębi duszy ciesząc się z jej naiwności – bo nie zamierzał więcej postawić stopy w tym zakazanym miejscu.

Macie rok. Potem pozwolę ludzkim ciałom zgnić.

– Ciałom?

Nie jestem głupia, choć za takie nas uważacie. Zresztą sami się przekonacie, jak to jest. Dam wam powłoki, z których dawno uleciała dusza. Są ich tu setki: zastygłych w bezruchu, zimnych, obrośniętych mchem. Ciała trolli. W nich wyruszycie i w nich wrócicie.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

To ja właśnie ogarniam zdobywców twierdzy :)

 

Będzie bifurkacja, wątek rozdzieli się na dwa. Melendur rozłupał rzeczywistość. I dobrze, w końcu to fantastyka!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Hm, widzę, że w wątku odbył się desant dwóch historii Melenedura, ale gdzie dalsze losy Lysanthira i Zumry z fragmentu OldGuard?

Bo ideą recyklomatu było rozwinięcie historii z akapitu poprzednika, a dopiero potem wklejenie swojej “sierotki”. A ja nadal nie wiem, czy Lysanthir i Zumra to jeden gość, czy imię i rasa – i co zrobi z nieskończoną mocą?

 

Teraz, żeby to naprostować, będzie trzeba rozwinąć i akapit Melendura, i akapit Oldguard. Ech, i kto to ogarnie?

 

Może coś mi się przyśni, ale liczę na inwencję pozostałych…

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

List znaleziony w ruinach wieży zamkowej:

 

“Odchodzę. Adieu, stary niedźwiedziu, głodny wilku, przebiegły lisie i wy, gadatliwe papugi! Żegnam was, lecz przyłóżcie ucho do ziemi i słuchajcie!

 

Dziadumiła”

 

Na odwrocie:

 

“Niedźwiedziu! Ryczałeś tak głośno, że nie słyszałeś moich słów. Zawsze wiedziałeś lepiej, czego potrzebuję – ja, delikatna istota, skryta w potężnym cieniu. Wybierałeś, zanim spytałam, dawałeś, zanim poprosiłam. Budowałeś gawrę z kamienia i żelaza, lecz drżałam w niej z zimna. Wydałeś mnie w obce ramiona, poskąpiwszy swoich, byłeś marmurowym posągiem, kiedy tak pragnęłam ciepłego pluszu.

 

Wilku, tropiłeś moje zmysły, aż padły z wyczerpania. Rzuciłeś się na mnie i pochłonąłeś myśli, wyrwałeś je z piersi i bez wahania pożarłeś. Poszłam za tobą w ciemny las pożądania, lecz biegłeś za szybko. Zostałam tam, sama, drżąca, rozerwana. A ty krążyłeś wokoło, słyszałam szelest twych łap, przeciągłe wycie wewnątrz głowy, gdy się budziłam i gdy zasypiałam. Wracałeś, by uszczknąć kolejny kęs, zawsze drapieżny, zawsze głodny. Uczucia znikały w twym żołądku, aż został tylko szkielet, zimny i twardy.

 

Lisie, wślizgnąłeś się do kurnika, choć cię nie zapraszałam. Nie mnie szeptałeś do ucha, bym cię wpuściła, lecz niedźwiedziowi, nie moje oczy, nozdrza i dłonie cię wybrały. Ukradłeś mnie i oskubałeś z pierza, zaniosłeś do swej brudnej nory, lecz nie starczyło ci sił, by skończyć, coś zaczął. Dałeś mi piękne ubrania, lecz wciąż byłam naga, dałeś słodkie frykasy, lecz czułam w nich robaki. Przyciskałeś mnie do łoża, a ja patrzyłam na ziarenka piasku, przesypujące się w klepsydrze.

 

Aż wypadło ostatnie i nadszedł mój czas.

 

Papugi, zamknęłyście mnie w wieży, bym potulnie czekała na los, który wymyślicie. Bym podrygiwała niczym kukiełka, cierpliwie czekała, aż pociągniecie za sznurki. Żądni wyzwań, głodni zabawy, mocni tylko w piórze.

 

Drapałam szczeliny w kamieniu, aż połamałam paznokcie i zdarłam skórę, do mięsa i do kości. Wreszcie ją wydobyłam – prastarą księgę, ukrytą przez tę, którą tak pochopnie skróciliście o głowę. Nieraz obserwowałam czarodziejkę, widziałam tajemnicze światełko na wieży, które paliło się całą noc, słyszałam szepty dochodzące z małego okienka.

 

Rozłożyłam księgę, narysowałam kredą znaki, wyszeptałam słowa zaklęcia. A kiedy ten, którego przywołałam, rozprostował plecy, pękły mury, a kamienie runęły wodospadem na uśpiony pałac. Wspięłam się na ramiona, złapałam za rogi. Pobiegniemy w mrok, tam, gdzie sama wybieram drogę.

 

Przyłóżcie ucho do ziemi. Poczujcie, jak drży pod kopytami Minotaura. Niedźwiedziu, lisie, papugi, wszyscy jesteście tylko szprychami w kole. Nie zatrzymam koła. Złamię je!”

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

A co stoi na przeszkodzie? Przecież to ćwiczenia. Pisz!

Sama się prosiłaś, Holly :)

 

zrobiliśmy z tego mały RolePlay

A i Ty dorzuciłeś kamyczek, Melendurze, aż uzbierała się mała górka :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Jolko, osiągnęłaś bezpieczne 0.99 Finkli!

(czyli bardzo ładna zagadka w wersji krótkiej, i wywołujące uśmiech rozwiązanie w długiej).

A przy okazji mam wreszcie gdzie posłać trolla z piwnicy, będzie miejsce na graty!

 

Prestidigitatorze, poszedłeś w ślady czarnej owcy (albo barana) – Jolka może się wypowiedzieć :) czyli mojej zwariowanej historii, przez co “regulaminowe” dla wyzwania fragmenty trzeba wyławiać z tekstu… ale podczas czytania miałem przednią zabawę, a Ty podczas pisania chyba również, bo zabawa słowem wybrzmiewa z wierszy i spomiędzy nich. Opis alergii jest świetny!

 

Melendurze, intrygi dworskie godne R.R. Martina, a ponieważ ów twórca ostatnio nieco szwankuje, z taką wyobraźnią obalenie mistrza jest tylko kwestią czasu. A wyzwanie też ładnie spełnione, czytało się z uśmiechem!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

W domu panowała cisza, której można doświadczyć tylko podczas tych kilku krótkich chwil przed wschodem słońca. Zwiewna, obiecująca dobry dzień.

Ha, myślisz, że zaraz napiszę, jaki tu znalazłem błąd? Żadnego. Podobało mi się. Choć bez “tych” też by mi się podobało.

 

ale jak wiedziało się, gdzie patrzeć, to trudno było przestać. Wzrok wracał do niej sam, tak jak język wraca do bolącego zęba

Też ładne.

 

a ich sylwetki stały się czarnymi wycinankami na tle niebieskawej pożogi.

Jeszcze ładniejsze.

 

omyślał: to jest, czego mi brakowało przez całe życie.

Pomyślał: to jest nieludzko, potwornie niesprawiedliwe.

Kobieta oparła głowę na jego ramieniu. Delikatnie, z taką naturalnością, jakby robiła to przez całe życie

A tu… masz powtórzonko. Błagam, zrób coś z tym, bo to finał.

 

No dobrze… już w “Cienie umierają dwa razy” czułem “coś” szczególnego – dobór słów, budowanie nastroju, metafory, które nie drażnią, tylko wywołują skojarzenia. Przede wszystkim umiejętność wywołania u czytelnika określonego nastroju, utrzymania jego uwagi, przyciągnięcia. Od “Cieni” jeszcze się odrywałem.

Ale przy tym opowiadaniu równie dobrze mógłbym mieć apokalipsę za oknem, a i tak bym jej nie zauważył, bo przeczytałem całość jednym tchem. Zupełnie wsiąkłem w opowiadanie i totalnie miałaś moją uwagę przez trzydzieści minut, Autorko.

 

Motyw tak wyświechtany w literaturze i filmie, że tylko osnowa z niego została. Ale podałaś go prześlicznie i zupełnie oczarowałaś.

 

I na koniec coś zabawnego. Przeglądałem forum. Zajrzałem do nominowalni i pomyślałem właśnie o tym, że bardzo chciałbym zobaczyć tam Twój tekst, i że ucieszyłabyś się z piórka. A chwilę potem natknąłem się na to opowiadanie. 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Wasz błąd polega na tym, że nie dokarmiacie tego trolla w piwnicy. Ja tam rzucę od czasu do czasu jakieś resztki, podrapię za uszkiem albo za ego (trolle mają delikatniejsze ego niż uszy – w ucho można dać im prztyczek, a spróbujcie tylko w ego!). I coś tam stęka po swojemu, ale nie jest taki groźny.

Wprawdzie nie mogę go jeszcze wyprowadzić na spacer, chyba że w środku nocy (nie chodzicie wtedy na spacer, mam nadzieję? bo jak mi się ostatnio zerwał z łańcucha… dobrze, że akurat tyle newsów o wojnie, jakoś się upiekło).

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ale udaje się uderzyć w jego plecy.

Ale udaje się uderzyć go w plecy. lub ale udaje mi się uderzyć go w plecy

 

– Zrób tam tylko miejsce. Zostaw go tu na podłodze. Mnie połóż na nim. Potem idź do mamy.

Muszę więc zajrzeć tam do środka. Jest ciemno, ale staram się na oślep wyciągać wszystko, co tam leży. Nawet nie patrzę, co to

Tam nie dochodzi światło. Stamtąd zawsze szybko zbiegam. Mama mówi, że to dobre miejsce na słoiki, bo ciemno i zimno. Tylko że tam może być wszystko. Może mnie coś złapać za nogę.

Proponuję eksterminację tych tam-tamów: pierwsze tam idzie się czesać, drugie zamieniamy na “pod schody”, trzecie zostaje, czwarte zostaje, W okolicy piątego być może całe zdanie jest do poprawki, szóste również na “pod schodami”.

 

 

Całość już tradycyjnie mocna i w Twoim stylu. Łebek kurczaka jako anioł stróż, mściciel i prorok w jednym. Poza tym piszesz coraz ładniej i krótkie, dobitne zdania przyjemnie się czyta (z punktu widzenia estetyki, nie treści :) )

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Tomaszu, witamy w wyzwaniach!

 

Propozycja niczego sobie – zwłaszcza jak na szybkie pisanie. Podobało mi się to, że wiadomość krótka i długa dotyczą tego samego wydarzenia, ale wersja krótka nie jest dosłownie rozwinięciem długiej – ta długa to istotnie zapis kronikarski, krótka to wezwanie do boju.

 

Trafiła się literóweczka – dwunastej.

 

Miałem też wątpliwości natury logicznej – żołnierze rozpoznali gatunek smoka, ale nie widzieli go wcześniej – czyżby smoki były tam pospolite, ale ten był wyjątkowo paskudny?

Na końcu zazgrzytało troszkę:

i na pewno trafili potwora.

Bo ta pewność trafienia dziwnie tu brzmi, nie wiemy, od kogo pochodzi i kto jest pewny – może lepiej byłoby “według świadków zmusili bestię do odwrotu swymi celnymi strzałami” lub coś w tym stylu?

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Teraz już się przyzwyczaiłam

Myślę, że w książce też bym się przyzwyczaił. Tutaj, kiedy czytam wiele opowiadań różnych autorów, trudno jest się przerzucić z jednego sposobu zapisywania na inny.

Ten zapis nie jest błędny (moim zdaniem), tylko jest minimalistyczny. To pewna maniera, która jednych drażni, a innych nie. To tak samo, jakby stwierdzić, że jeżdżenie małym samochodem na wakacje jest błędem. Mnie nie drażni ciasnota, a innych owszem :)

 

A, i wreszcie nie wstali zmęczeni :) 

Co od razu nastawia mnie optymistycznie do odcinka.

 

Teraz czekam na zagrożenia zewnętrzne. Bo w zasadzie widzę, że z zarazy ani nienawiści tubylców nie zginą. To puszcza, a jakoś wiele zwierząt się nie pojawia, kataklizmów też nie ma (a rzeki nieuregulowane), z opowieści wynika, że wrogowie też nie mają po co tam zaglądać – w sumie po co by mieli? Chyba że wyprawa wojenna, która chce się wyżywić, i wtedy będzie również zagrożenie dla głównej bohaterki, dość ładnej. Możliwości jest mnóstwo, świat z grubsza zbudowany, czekam też na więcej bohaterów lokalnych – byle nie cały tłum na raz. Jagna była wprowadzana przez dwa odcinki i dzięki temu dobrze ją znam i kojarzę.

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Dla porządku chyba warto ją dokleić do reszty.

Czytelnicy będą dość zagubieni, jeśli opowiadanie będzie rosło w ten sposób, ale chyba to lepsze, niż pisanie w komentarzach. Ponieważ i tak doklejasz kompletne scenki, możesz po gwiazdkach wpisywać datę.

 

Powyższe rozwiązanie nie jest idealne i Regulatorzy pewnie będzie w tym względzie bardziej kategoryczna. Bo formalnie należałoby oznaczyć historię jako fragment i publikować kolejne części, kiey uzbiera się ich wystarczająco dużo na jakiś ciąg logiczny.

Rozumiem, że chcesz mieć odzew co do tego, co piszesz, ale takich fragmentarycznych historii na forum jest ostatnio bardzo dużo.

 

Być może powinien zostać założony oddzielny dział dla “seriali”, ale wymaga to dyskusji w Hydepark-u i opinii Loży. Czyli trafiłeś w taką szarą strefę forumową.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

OldGuard, jeśli kiedyś przyjdzie mi napisać scenkę, w której główny bohater musi mową-trawą odwlec poczynania arcyłotra do momentu przybycia odsieczy, zgłoszę się do Ciebie na konsultacje. Albo jak będę chciał rozwałkować jeden klusek do wielkości pizzy – Twój ostatni akapit jest przecudowny!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Finklo, po pierwsze świetnie sobie poradziłaś z zadaniem, po drugie zadałaś krótką wersją zagadkę, a po trzecie uśmiałem się przy rozwiązaniu, choć już w trakcie czytania domyślałem się, że chodzi o mity!

 

Od tej pory rozwiązania wyzwań mierzymy w Finklach. Przekroczenie jednej Finkli grozi deformacją czasoprzestrzeni!

 

Mam dłuższą wersję tej informacji. Otóż, skoro stałaś się wzorcem, zostaniesz zamknięta pod szklanym kloszem. Będziemy podawać Ci strawę intelektualną w odpowiednich dawkach, żebyś czasem nie schudła, oraz usuwać niestrawione resztki poza klosz (nie, dziura jest za mała, nie przeciśniesz się). Będziemy przewozić Cię (również w kloszu) na procesy tych autorów, którzy będą mieli czelność stwierdzić, że wartość literacka ich rozwiązania przekracza jedną Finklę. Oczywiście będziemy chłodzić klosz w trakcie palenia owych autorów na stosie ich wypocin, żebyś przypadkiem nie rozszerzyła się z gorąca.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Jedyne, do czego bym się przyczepiła, to do tego, że jest to właściwie przedstawienie scen, a nie stricte zapisy raportów czy w kronikach :)

Wiem, Holly, wiem. Jak czasem zacznę się bawić tekstem, to trochę zapominam o celu. Muszę nad tym popracować. Dobrze, że na to zwracasz uwagę!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Holly, chyba bardzo lubisz Grzmociwora, skoro tak mu się upiekło – jak rozumiem, jego winy w tym nie było żadnej :)

Przypieczętowałaś też wybór Wielkiej Stopy z poprzedniego wyzwania na żonę Miłodziada. Jej żaden sąsiad nie podskoczy :)

 

Nakryta została przez służbę dworską,

Hm, można to było rozwinąć w grę słów nakryta-odkryta, bo mowa o łóżku ;) 

 

W trakcie czytania długiej wersji czułem brak symetrii – skutki były całkiem zgrabnie opisane i tam naprawdę wydłużałaś tekst i rozwodziłaś się nad konsekwencjami, ale czułem niedosyt tego, co doprowadziło do zdrady, albo chociaż zdziwienie, że ledwo weszła w związek małżeński, a już zabawia się z innym (wpadł jej w oko na castingu :) ). Gdybyś na przykład wyszła z biadania w stylu “o tempora, o mores” – Twój kronikarz i tak nie jest obiektywny – to całość miałaby “ząb”, i to jaki!

 

Szkoda, że zużyłem moje wyzwanie, bo kusi mnie ogromnie, żeby napisać Twoją scenkę z perspektywy Dziadumiły w formie dwóch listów – jeden do ojca, drugi do męża, i zgadujemy, który dłuższy :)

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witamy nowego uczestnika zabawy!

Już wyobrażam sobie przydomki władcy – pieśni o nim śpiewać będą, a owszem, tylko po karczmach i którymś piwie z rzędu :)

Opis pomysłowy, a władca nie będzie kichał! Brawo! I zapraszamy do kolejnych wyzwań!

Dodałbym przecinek po “spryt”, również w “i tym, co bez grosza” jakoś lepiej brzmi mi z przecinkiem.

 

Dużo opisu poprzez czyny bohatera – mam nadzieję, że uda się wykorzystać ten sposób w opowiadaniach, jest oryginalny i można go używać również przy nadawaniu indywidualnych cech rozmówcom w dialogach!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Od razu składam samokrytykę: dużo tutaj biegania wokół tematu i ozdobników, a sam opis w nich ginie, zwłaszcza w pierwszym fragmencie, gdzie zajmuje ledwie akapit i dwie kwestie dialogowe. Forma dialogu również trochę oszukuje zadanie i nie trafia dokładnie w cel.

Przyznam jednak, że dawno nie bawiłem się tak dobrze przy pisaniu, więc wybaczcie te harce. Żeby nie było wątpliwości, nie ja wymyśliłem to wyzwanie – czyli wychodzi, że jednak potrzebuję zewnętrznych bodźców do działania :)

Tekst pisany na szybko, może być trochę zachwaszczony!

P.S. Duża dziura logiczna właśnie usunięta, teraz (chyba) tylko językowe.

 

Tarnino, sferyczne smoki czekają na swoją panią! :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

– Kiedy kości poległych w bratobójczej walce tytanów światła i mroku upadły do wszechoceanu… – zaczął Guzdromir.

– Skrybo, ile wieków obejmują zapiski historii naszego królestwa? – przerwał sędzia.

– Hmm, ze dwanaście?

– A to się wydarzyło na długo zanim zaczęto je prowadzić, prawda?

– Zapewne, Wysoki Sędzio!

– Guzdromirze, czy mógłbyś zatem przejść do meritum, czyli dzisiejszej nocy? Obawiam się, że w tym tempie nie tylko nie wydamy wyroku, ale obecna tu dostojna jubilatka może nie doczekać końca opowieści…

Babka Wyrwizęba nie wydawała się zachwycona żartem. Łypnęła na sędziego spode łba, wyjęła zza pazuchy zasuszoną łapę krogulca i wymamrotała coś ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.

– Kiedy to ważne dla dzisiejszych wydarzeń! Bo jak już te kości wpadły do wszechoceanu, to wytworzył się z nich ląd. A nowi bogowie zaczęli go zaludniać zwierzętami podle swej fantazji. Były tam dzikosarny, i szczurowrony, i żukoglizdy, pćmy, murkwie…

– Do rzeczy! – warknął sędzia.

– I Dziad!

– Dziad?

– No, musieli od czegoś zacząć. Więc stworzyli Dziada. Łaził po pralesie, wróblożaby lęgły mu się w brodzie, tu przystrzygł krzaczek, tam zerwał kwiatek, a i jeżostrzębia uwolnił, co się wbił w drzewo przy polowaniu…

Sędzia znacząco chrząknął.

– Przepraszam, jeżoco? – odezwał się skryba.

– Jeżostrzębia! Ale szybko się znudził bogom. Dziad. I jeżostrząb zresztą też. Więc przykuli go do płonącej skały, Dziada znaczy się. Dwa węże wyjadały mu wątrobę, a nad głową rosła jabłoń z wielkim głazem zamiast jabłka.

– Ale dlaczego, przecież nic im nie zrobił? – zaciekawił się skryba, lecz sędzia zgromił go wzrokiem.

– Nieważne, czyż nie miałem przechodzić do sedna? – zirytował się Guzdromir. – Więc potem stworzyli kobietę i mężczyznę, i jakoś poleciało. A o Dziadzie zapomnieli. Ale w końcu węże straciły wzrok i zjadły się nawzajem, jabłoń się przewaliła, bo uschła od gorąca i głaz był za ciężki, a łańcuchy przerdzewiały, też od płomieni. I Dziad powrócił. Wyrył na skale symbole. Tam, za rzeką, w Szumolesie.

– Czy możemy trzymać się historii najnowszej? I co to wszystko ma do rzeczy?

– Kiedy to się wczoraj stało! Ten oto zbójca przyszedł do mnie, bo Dziad był dość hałaśliwy, zbójców pobudził owym kuciem w skale. Herszt myślał, że to jakaś klątwa, i prosił, bym wyjaśnił mu znaczenie tajemniczych znaków. Spojrzałem zatem do starych ksiąg i znak po znaku, z mozołem…

Sędzia westchnął i skinął na kata, który niby przypadkiem zaczął ostrzyć długie nożyce.

– … odcyfrowałem przesłanie. Dziad przyszedł odebrać to, co dziadkowskie.

– I jaki w tym problem? Królestwo pozbędzie się dziadostwa, a ja nadal nie widzę związku z kiełbasą!

– Sędzio, jeśli mogę zauważyć… – odezwał się skryba – … czy dzieci Alergiusza nie noszą czasem imion Dziadumiła i Miłodziad?

– Otóż to! Zbójcy jak to zbójcy, z prawem są na bakier, ale królowi źle nie życzą, bo miewali gorszych. Więc zaczęli dumać, co by można Dziadowi oddać, żeby potomstwa królewskiego poniechał. A że herszt, który tutaj z nami siedzi, jeszcze pamiętał swego dziada, to przypomniał sobie, co ów lubił – kiełbasę i gorzałkę. Tylko że zbójcy już swoje zapasy przejedli i przepili. Uprosili mnie, żebym pogadał z Mąciwładem, co pilnuje spiżarni. Ja i tak na zamek wracać musiałem, bo zmierzch zapadał, więc chętnie się zgodziłem. A i Mąciwład, zdawało mi się wtedy, plan pojął, bo im więcej mówiłem, tym szerzej się uśmiechał. Myślałem – ściszył głos – że z troski o rodzeństwo, bo jego matka królowi służy i chodzą plotki, że…

– Hę? Można głośniej, bo nie zapisałem?

– Tego nie protokołować! – odezwał się sędzia, który nieco poczerwieniał na twarzy.

– Więc, jak zbójcy drzwi rozwarli i wybiegli z zapasami na dziedziniec, to tylko się ucieszyłem, bo wiedziałem, że w słusznej sprawie. I skręcali już do bramy, kiedy Mąciwład zaszedł im drogę. Myślałem, że chce im dać klucze. Wyciągnął coś przed sobą na dłoni, ale kiedy jeden ze zbójców podszedł, rycerz ciął go prosto w szyję.

Zanim się pozostali połapali, jeszcze jednemu wbił klingę prosto w trzewia. Biedaczysko zgiął się wpół, a ten drań zamierzył się jeszcze raz i rozłupał mu czaszkę. Z kolejnym nie poszło mu tak łatwo, bo chłop był na schwał, ale że akurat obwieszony pętami kiełbasy, to i ruszał się wolno. Więc w końcu Mąciwład mu rękę uciął, a potem sieknął w czoło, i tyle zbój powalczył.

Próbowali jeszcze rycerza powalić, tocząc na niego beczkę, lecz Mąciwład w porę uskoczył. Sięgnął za połę płaszcza, wyciągnął coś małego, zbyt ciemno było, by dojrzeć co, lecz musiał to być instrument magiczny, bo wydał z siebie jęk tak przeraźliwy, że nawet nam, na wieży, kolana zmiękły. Zbójcy też się za głowy złapali i na ziemię padli, a rycerz podbiegł do nich i rąbał mieczem, jak prosiaki!

Tylko herszt dał radę zatkać uszy szmatą. Krzyczał coś do Mąciwłada, nawet błagał na klęczkach, usłyszałem tylko imiona królewskich dzieci. Rycerz podniósł pałkę jednego z martwych zbójców i zdzielił go w głowę, a kiedy dowódca już padł, dobył sztyletu i uciął mu język. A zanim go tutaj przywiódł, rozrzucił kiełbasy psom i podziurawił beczki.

Wszyscy patrzyli na Guzdromira w oczekiwaniu na dalsze słowa, lecz ten już skończył opowieść.

– Zatem… cóż mamy czynić… szykować armię, jak mówiłeś? Rekwirować kiełbasy po gospodach? – zapytał sędzia głosem wcale nie sędziowskim.

– Eee tam – odezwała się niespodziewanie babka Wyrwizęba. – Małżonek mój odszedł już dawno, a taki Dziad na stare lata by mi się przydał!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Znów pięknie łączysz tematy historyczne z elementami fantastycznymi. A jednocześnie gdzieś między wierszami zadajesz ważne pytania!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Zabawne zakończenie, lekki ton i fantastyka z przymrużeniem oka – w sam raz na słoneczny poranek!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

– Raptosławie, cóż stało się tej nocy? Tylko składnie, bo kat się spieszy na urodziny babki. A do babki nie warto się spóźniać, prawda, Wyrwizębie?

Kat przerwał dłubanie w zębach sztyletem i demonstracyjnie zadrżał ze strachu.

– Ukradli kiełbasę! I gorzałkę! A Mąciwład wszystkich wybił! Tylko herszta ostawił! – Świadek wskazał skutego w łańcuchy brodatego draba. Ów otworzył usta, lecz wydobył z siebie ledwie bełkot. Zamiast języka miał w ustach kikut, obwiązany pokrwawioną szmatą.

– Zaprotokołować! – zakrzyknął królewski sędzia prosto w ucho przysypiającego skryby. – I miało być składnie, od kiedy astrolog zajmuje się kiełbasą?

Kat uniósł krzaczastą brew i pokiwał głową, a potem, niby od niechcenia, pokazał długą rózgę, tu i wódzie nabijaną ćwiekami.

– No… Obserwowaliśmy niebo, ja i mój brat, a wtem, pod nami, straszliwy rumor! Drzwi od spiżarni pękły! Wylegli zbójcy, cała banda! Dwóch z kiełbasami, pęta takie, że ledwo biegli. A trzech toczyło beczki, hurgot nieziemski, bach, trach, obijały się o ściany! Pędzili jak diabły, już znikali w uliczce, jak ich Mąciwład dopadł. Dobył miecza i rach, ciach, walił, po czym popadnie! Głowy leciały, ręce, flaki, wrzask i jęk okrutny! A jak tylko jeden pozostał, w łeb go huknął i za kudły powlókł, ot i cała historia!

– A zatem, sprawa jest prosta! – Zadowolony sędzia skinął na kata.

– Wysoki Sądzie, czcigodni panowie… – odezwał się nieśmiały głos z kąta sali – …sprawa zaiste jest prosta, należy bowiem uwolnić zbójcę, ściąć Mąciwłada, wojów i magów szykować, a królewskie dzieci jak najdalej od dworu wyprawić…

– Ktoś ty?

– To mój brat, Guzdromir – przyznał zakłopotany astrolog. – On zawsze tak plecie, wybaczcie.

– Był z tobą na wieży tej nocy? A zatem, niech mówi!

– Może lepiej nie? To potrwa wieki! I co z babcią Wyrwizęba?

– Posłać po nią lektykę! – zawyrokował sędzia – Niech też posłucha! A ty, skrybo, obudźże się wreszcie, bo robota czeka!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Robercie, tak, w komentarzu. Chyba że wyobraźnia tak Cię poniesie, że naskrobiesz opowiadanko powyżej 8000 znaków, wtedy komentarz może pęknąć :) Ale zawsze można opublikować otwarcie i dać tutaj link.

Czarna, miło znów Cię widzieć! Staramy się dawać na zmianę wyzwania językowe i wyzwania dla wyobraźni, choć oczywiście nie ma jednego bez drugiego!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Zygfrydzie, dzięki za przeczytanie! W piórka nie mierzę, miałem pomysł na pewną historię i kiedy zacząłem wymyślać sceny w tej drugiej (”Rzecze Nienawiści”), zobaczyłem, że jest potrzebny pomost między nią a “Rzeką”, bo inaczej bohaterka będzie zbytnio różnić się od Nili, którą znamy z “Rzeki”, a całość straci wiarygodność. I zabrałem się za "Rzekę Mieczy”.

Kolejne opowiadanie z serii też rozmyślnie nie będzie się pierzyć, bo jest za długie i formalnie nie będzie się go dało nominować, nawet gdybym wspiął się na swoje skromne wyżyny :)

Więc krótko: cieszę się, że są czytane, mają względnie dobry poziom, seria rządzi się trochę innymi prawami, niż “pojedynka”. Nominacje też są miłe, ale ważniejsze jest rozłożenie pisarskich sił i zasobów na całość, bo w serii łatwo jest utknąć albo “zawalić” któryś odcinek.

 

W piórko będę kiedyś celował czymś zupełnie innym, obyczajówką z realizmem magicznym, ale na razie to tylko projekt.

 

To rozdzielenie Charona i Nili napędza ich wzajemną tęsknotę i jest zamierzone. W “Rzece Nienawiści” będą mieli chwilę dla siebie. W “Rzece Lamentu” wieczność. Tyle spoilerów :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

A może “Chwilę uniesienia/zadumy/fascynacji przerwał jasny błysk” – chodził raczej o to, że “tę” brzmi dość oschle i nijako, a tak będzie wyraźny kontrast między zadumą a błyskiem. Z szykiem może nie ma sensu walczyć, bo “chwila” jest nawiązaniem do poprzedniego dialogu/monologu, więc przestawienie jej na początek zdania sprawia wrażenie logicznej całości.

 Z “zamyślił” rzeczywiście może zostać, bo to i tak wtrącenie dialogowe (przeoczyłem, że dalej jest dalszy ciąg myśli, nie oddzielna kwestia) - więc nawet jakby nie było gębowe, i tak może być w ten sposób zapisane. Akurat w tym miejscu można zapisać na kilka sposobów i każdy jest poprawny. 

Ze skojarzeniami i tym rozbieranym planem różnie bywa. U mnie bohater w pierwszym zdaniu zanurzył drąg w wodzie i też się kojarzyło czytelnikom – ale nie dałem rady tego obejść, bo było potrzebne do reszty opisu, więc zostało :D

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

To już teraz wszystko rozumiem – czyli intencje :)

 

A te drobiazgi, hm,

 

zdawała się zwolnić swój obrót.

Zdawała się zwalniać obrót/ zwalniać obroty – mamy zestawienie czynności niedokonanej z dokonaną, to nie brzmi dobrze.

 

tłumie. – Zawahał się na moment.

Dyskusyjne, czy wahanie jest gębowe czy nie – jeśli wybrzmiało w głosie, może być małą literą.

 

Stał na środku rozbieranego planu,

Budzi dwuznaczne skojarzenia. Kwestia gustu.

 

Chwilę tę przerwał jasny błysk

To rodzaj zdania, przy którym Tarnina pisała hmmmmm, czyli niby poprawne, ale mi nie brzmi, ale nie mam pomysłu, jak to zmienić. Dwoma słowami: rzecz gustu :)

 

Mistrzostwami układów spiralnych, Wielki turniej kwazarów

Tutaj jest trudno wyczuć, czy to podobna impreza co Mistrzostwa Europy lub Mistrzostwa Świata (wielką literą – nazwa oficjalna). Nazwy oficjalne mają wszystkie człony wielką literą. Jeśli Reg tu zajrzy, może się wypowie na ten temat, ;)

 

Wróćcie może za… – zamyślił się, patrząc w sufit

Tutaj znowu dyskusyjne, czy zamyślenie przebijało w głosie. A gdzieś dalej jest “westchnął”, ale moim zdaniem akurat to można pisać na dwa sposoby – bo można westchnąć mówiąc krótkie słowo, ale można westchnąć już po wypowiedzeniu tego słowa.

 

Jak widzisz, Autorze, to drobiazgi, o które nie sposób się potknąć, ale zostaje wrażenie, że coś gdzieś można jeszcze poprawić. A dzięki łapance przeczytałem opowiadanie jeszcze raz, i nadal bawiłem się nieźle – więc choć historia nie trafia dokładnie w mój gust, to jest po prostu dobrze napisana.

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Zamilkł, wbijając wzrok w Roberta.

Zgrabniej: Zamilkł, wbiwszy wzrok w Roberta

(o ile w opowiadaniu nie ma wszy, bo może wyjść niezamierzony komizm)

 

W jego Gniewko właśnie zoptymalizował logistykę – wyłożył swój pierwszy projekt inżynierski.

Na początku coś się rozjechało

 

– Koś dalej później zajmiemy się twoim pomysłem.

Interpunkcja się pogubiła

 

nasycone oparami i gniciem.

Może: nasycone oparami zgnilizny

 

Z uśmiechem zastygłym na twarzy.

Ładnie to brzmi w książkach i opowiadaniach, ale w rzeczywistości twarze nie zachowują wyrazu z chwili śmierci – chyba że wpadło się do betonu :) To jeden z “mitów”, pojawia się w wywiadach z patologami.

 

Chłonie wodę z siłą wielokrotnie przewyższającą jego masę.

Wchłania dużo więcej wody, niż sam waży

 

Kolejny rozdział, w którym proporcje poczynań i “surwiwalu” bohaterów do zastanego słowiańskiego świata zachęcały do czytania. Niby wiele się nie działo, a ani trochę się nie nudziłem.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

 

Się robi! 

Takiej bohaterce zagrażają tylko gargulce, gryfy, smród i brak tchu. Ewentualnie ulotność chwil. Obawiam się również, co się z nią stanie w trakcie zarazy. Po drodze do pracy przejeżdżam obok krzyża “Chroń nas od głodu, wojny i powietrza”.

 

ale on już nie pasuje do naszej zabawy ;)

 

Pasuje czy nie… może podróżniczka w czasie zrobi furorę na dworze Alergiusza. Bo ten zegar, na który patrzy, jest oczywiście magiczny laugh Pojawiła się w zadaniu bez żadnej zapowiedzi, więc się wyróżnia. Poza tym ma glany i nie zawaha się ich użyć!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.

że mimo potknięć miło spędziłeś czas

Zapytam jak barbarzyńca z opowiadania Barda: Hę?

No dobra, tylko się droczę, bo takie komentarze pokazują, jak podświadomie czujni jesteśmy na krytykę, nawet jeśli jej nie ma :)

 

Z jednej strony masz rację, że trudno opisać to, czego nie wiemy, z drugiej strony czyni to satyrę bardziej płaską. Lem nie bał się sepulków i pciem (kurczę, jak to się odmienia?), i gdyby po tym streamingu budyniowy Galaktus dorzucił jeszcze kilka mniej zrozumiałych określeń, wizja byłaby dla mnie pełniejsza. Jasne, że to tylko moje odczucie.

Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego bohaterowie powtarzają imiona sprzedawcy – czy robią to bezwiednie, czy coś dla nich znaczą? Galaktus był znany w 1969 roku (pochodzi z 1966), ale Skywalker nie (został wymyślony na potrzeby Gwiezdnych Wojen i pierwotnie brzmiał Starkiller) a Borg to bodajże 1989 rok. Samo wprowadzenie wielu takich smaczków do opowiadania było humorystyczne i przyjemne (angażujące czytelnika), ale w tym jednym momencie zastanawiałem się, co, Autorze, miałeś na myśli.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Opis jeziora pasował do Mazur – tak duże, że nie widać brzegów. Kiedyś pływałem kajakiem po Gople i sąsiadujących jeziorach, i nie miałem tam wrażenia, że tracę brzegi z oczu, a na jeziorach mazurskich owszem, stąd podejrzenie.

Z Mazur rzeczywiście legend o myszach nie kojarzę. Ale w Bingen nad Renem też mają mysią wieżę :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Gdyby przechodzili przemianę razem, mogliby jej nie zauważyć. Potrzebny jest kontrast, a tutaj jest jeszcze zderzenie kobiety – cielesnej i wrażliwej z “mechaniczną” męskością.

Gdyby to ona przechodziła przemianę, a on pozostał w ciele, całość byłaby jeszcze bardziej wstrząsająca – bo przecież zwykle bohaterkom przypisuje się to, co nie nazwane, magię, uczucia, intuicję, delikatność, ulotność i zmienność. Mężczyznę (w opowiadaniu, nie obrażajcie się :D ) łatwiej zrobotyzować. Tylko nie można wtedy pójść w stronę oślego uporu pozostania w organicznym ciele, a opisać (między wierszami) inne pobudki – może taki “złamany rycerz”? Możliwości jest wiele.

Temat wprawdzie oblegany, ale akurat Jolka potrafi czarować słowami :D

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Podwójne zakończenie jest dość okrutne. Między kolcami jest chyba dość tępo (sprawdziłem na swoim nożu, uprzedzam, że ucierpiała tylko wieprzowina z lodówki) i zatrzymuje się na co bardziej żylastych miejscach. Ale może gość był już tak rozmiękły od nadmiaru trunków, że wchodziło w niego jak w… masło.

Dość tych makabresek przed spaniem, bo będę musiał potem horror napisać :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Słońce prażyło z zenitu.

Potocznie, bo na Kujawach zenitu nie osiąga :)

 

– Ten twój chłop – szarpnęła oporną witkę. – Tych dziwów… to w wielkim świecie się nauczył?

Albo Szarpnęła (wielka litera), albo taki “zaawansowany” zapis z wtrąceniem:

 

– Ten twój chłop… – szarpnęła oporną witkę – …tych dziwów… to w wielkim świecie się nauczył?

 

Próbowała sobie przypomnieć, ale pamięć uciekła.

Jeśli uda się uniknąć jednego z podobnych słów o tym samym rdzeniu (pamięć i przypomnieć) zabrzmi lepiej.

 

– Za moich młodych lat, tam nad wielką wodą, ludzie żyli w spokoju i sytości. Aż pewien chłop zapragnął więcej. Kmieć ów ślepiotę i wiciądzów zebrał, z wolnych ludzi porabów czynić począł. Plony zabierał, ludzi do budowy grodu pędził. Siał grozę, trwoga pętała ludziom wolę. Ale kiedy głód zajrzał w oczy, coś w nich pękło.

W tym fragmencie zbyt często się powtarza. W sąsiednich tak nie razi, tu jest dużo powtórzeń.

 

Tkwili w świecie przed pństwem.

Zgubiłem się.

 

By ród nasz syty pozostał zawsze.

Po nim stara kobieta złożyła motek wełny.

O, Panie Jasny, spójrz z wysokości,

Didaskalia zlewają się z pieśnią. Warto je oddzielić.

 

Ufff, na początku odetchnąłem z ulgą, bo trochę się obawiałem, że w tym odcinku będą robić podpaski. A jednak było całkiem dobrze. Po pierwsze ładny dialog z Jagną. Wprawdzie pisany dla uważnego czytelnika, który nie gubi się w tym, kto co mówi, ale i tak można domyślić się po stylu i treści. Pojawiła się ciekawa historia wędrówki – ciekawe skąd, z Mazur? A co z Galindami? Czy może oni są Galindami?

Potem było jeszcze lepiej, bo pojawiły się pieśni. Pieśni nie podejmuję się sprawdzać, bo na forum mamy od tego specjalistów, ale nie wiem, czy tutaj zaglądają. W każdym razie nie brzmiały jakoś przesadnie sztucznie, a dodatkowo kojarzyły mi się z sagami islandzkimi, w których często w tekście występują pieśni.

Jest to bardzo pracochłonny element opowiadania, a tutaj pieśni mamy wiele. Nie spodobała mi się tylko żmija drążąca kości, bo żmija raczej niczego nie drąży. Mam wrażenie, że użyliby raczej “czerwia”, ale wtedy trudno z rymem.

 

I na koniec wrócę do dyskusji z wcześniejszych części – jeśli traktujemy je wszystkie jako całość, jest to opowieść zachęcająca do lektury. Owszem, są dłużyzny, ale w książce można je wybaczyć. Nie da się cały czas utrzymywać szaleńczego tempa albo eskalować konfliktów, bo albo opowieść straci wiarygodność, albo będzie “przebodźcowana” :) 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Podobała mi się mina zawiedzionego budyniu i kilka innych szczegółów. Zbudowanie komizmu na różnicy między latami sześćdziesiątymi a obecnymi było dość naciągane – jakby cały rozwój cywilizacyjny zatrzymał się właśnie teraz, a dalej już było tylko “więcej” i “mocniej”. Cóż, może taka miała być wymowa tekstu.

Całość może mnie nie porwała, ale całkiem solidnie zmierzała ku zakończeniu. Nawet jeśli jedne żarty nie trafiały, inne wywoływały uśmiech – więc miło spędziłem czas (lepsze to niż serial XD).

Epilog ładnie podsumowuje całość, podobała mi się najważniejsza myśl w ostatnim zdaniu.

Językowo też dobrze, coś gdzieś mi zgrzytnęło, ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Historia jest sprawnie napisana, nie było momentów, w których znacząco się “potknąłem” albo miałem problemy z logiką. Pod względem językowym warto usunąć nadmiar “się” i zwrócić uwagę na powtórzenia. Większość czytających i tak to wytknie. Ja z chęcią zerknę do tekstu jeszcze raz, żeby skupić się na mniej oczywistych przypadkach.

Niektóre metafory są przeszarżowane, czyli mało zrozumiałe lub są zbyt dużym skrótem myślowym.

Warto zwrócić uwagę na słownictwo bohaterów i epokę. Jeśli ma naśladować świat Wiedźmina, to “chędożyć” może zostać, jeśli historia ma być starosłowiańska, to powiedzenie do kogoś “chędoż się” niekoniecznie jest obrazą, tylko sugeruje, że ktoś powinien doprowadzić strój i obejście do ładu :)

 

Problemem jest fragmentaryczność. Jeśli chciałeś się podzielić pisaniem, można było wyciąć scenę z Pawiarzem, chyba że dotyczy ona dokładnie tego samego monstrum. Nawet jeśli tak, to śmiało można ją wyciąć, ponieważ nie wiąże się z niczym w reszcie opowiadania. Jest dobrą sceną wprowadzającą do książki, ale niekoniecznie do opowiadania, które potem opisuje przygodę kupca i jego “wybawcy”. Chyba że zamierzasz pokazywać historię w odcinkach. Wtedy warto zachować kompozycję jeden rozdział – jedna zamknięta przygoda.

 

A teraz najważniejszy problem: świat bardzo naśladuje uniwersum Wiedźmina. Z jednej strony to modny temat, z drugiej dość mocno okupowany, i nie mówię o Sapkowskim. Więc czytelnicy na pewno będą, ale czy po napisaniu całości będziesz, Autorze, miał satysfakcję, że stworzyłeś swój, oryginalny świat?

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Takie uznanie, od konkursowego championa

Taki ze mnie champion, jak z kulawej chabety, co zobaczyła koniczynę za linią mety :) Pisanie to roller coaster, raz w górę, raz w dół, więc bynajmniej się nie przyzwyczajam. Poza tym, jeśli zwracamy uwagę na to kto co wygrał,. to szukamy na tym forum również uznania i potwierdzenia wartości. Więc zawczasu schowałem się w ogródku wyzwań tygodniowych, gdzie chodzi głównie o to, żeby uczyć się od siebie nawzajem.

A to jest po prostu dobre opowiadanie, tylko widzę, że Loża i dyżurni są przeciążeni ilością materiału do skomentowania, więc jak dotąd nikt go nie ruszył, a szkoda. Do serii “Cuiava” też nie ustawia się kolejka, a z odcinka na odcinek jest tam lepiej. Wszyscy się rozwijamy i trzeba się z tego cieszyć. 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witam!

 

Napisane ładnym językiem, debiut całkiem udany!

 

Sierp wbił się pewnie w głowę nieznajomego.

– Co do…? – Andrzej runął na ziemię. Jego ostrze… pozostało suche.

Tutaj miałem problem z tempem. Runięcie na ziemię jest czymś, czego czytelnik się nie spodziewa (bohater zresztą również nie), więc warto je zaakcentować. Wydzielenie do kolejnego wiersza na pewno pomoże. Bohater skupia się na tym, że na ostrzu nie ma krwi, a nie na tym, że padł na ziemię – mało naturalne.

 

– Poszukuję Ludmiły Starostowej z domu Dobrowiczów – głos nieznajomego nie tyle zabrzmiał, co rozlał się magicznie po głowach wszystkich mieszkańców osady.

Wyobraźnia nieco się zawiesiła, ponieważ “gród” i magia sugerowały raczej wczesne średniowiecze, a imiona i nazwiska późniejszy okres. 

Niektóre osady w późniejszym okresie też można było barykadować, ale musiały mieć zwartą zabudowę. Gród miałby raczej swojego feudała, a nie tylko chłopów.

 

– A pierdol się, ty i wy wszyscy szlachetnie urodzeni

Użycie “pierdol się” sugeruje raczej barok – podobno zaczęło zmieniać znaczenie w renesansie, ale potrzebowało pewnie sporo czasu, żeby przeniknąć do słownictwa chłopskiego. Starsze przekleństwa to np. “Żryj gówno, psi synu” oraz wszelkie burzące tabu religijne lub obyczajowe. Skurwysyn jest podobno bardzo starym sformułowaniem.

 

Sama scenka ładna, mocna, opisana sprawnie. Zaciekawia, co będzie dalej. Dobre otwarcie opowiadania.

 

Warto ostrzec czytelników w przedmowie, że będą przekleństwa. Dzieci też czytają forum ;)

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Holly, ja znalazłem: wspaniałe, uprawnych, młyńskie, paryskich, a ten złośliwy gość w z toporem pewnie wypatrzył też zaimek przymiotnikowy zachodzącego. Obawiam się, że list mógłby skończyć jako chusteczka do nosa Alergiusza :) Ale sam opis pomysłowy i taki był cel ćwiczenia – wyrwać się z rutyny – a to na pewno się udało!

Nie wiem, czy zauważyliście, ale niejako same wychodzą stylizacje – zdania brzmią inaczej niż zwykle i trzeba uciekać się do rzadziej używanych konstrukcji.

 

Na razie mamy ładne pary: kandydat Melendura i kandydatka Oldguard, Wielka Stopa i Grzmociwór. Może tak był ukryty zamysł króla – więcej dzieci, wyższe wpływy z podatków ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Bardzie, może posłaniec też już jest pod jej urokiem i powiedział dokładnie to, czego chciała? Takim opisem od razu stawia się w pozycji gorszej od innych kandydatek, wcale nie prosi o to, by być jedyną… ale daj jej rok na dworze królewskim, zobaczymy, kto będzie pociągał za sznurki :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ech, Bardzie, to Ty, a już myślałem, że jakieś nowe portalowe odkrycie :) 

Ale dzięki Tobie czułem się odkrywcą, wszystko ma swoje dobre strony! laugh

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witam,

 

Powiał więc mocniej i wcisnął do wnętrza

Wcisnął co do wnętrza?

 

powoli wciągnęła nosem powietrze.

Jakoś nie brzmi. Może wciągnęła powietrze do nozdrzy? Albo w ogóle zrezygnować z określania, czym, skoro pojawi się w dialogu?

 

którą jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, a drugą wyciągała z włosów kościaną szpilę

Skoro są czynności dokonane i niedokonane w jednym zdaniu, warto to jakoś uporządkować. Może: (…) nad głowę, drugą dłonią w międzyczasie wyciągając (…) – też nie jest przepięknie, ale trudniej się pogubić.

 

nie wyglądała już na dziarską kobietę. Zgarbiona sylwetka podparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że wyglądała znacznie starzej.

powiedziała trzęsącym głosem

Lepiej: drżącym

 

Ilga odwróciła się głośno szurając i stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.

Zrozumiałem po interpunkcji, że szurała i stukała w trakcie odwracania się, czy taka była intencja?

 

mocnymi rysami i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało niemal jak wyrzeźbione.

Babka zmrużyła powieki. W tym gładkim obliczu przybysza

Zastrajkowała mi wyobraźnia, bo mocne rysy odczytałem jako ostre, wyraźnie zaznaczone, a potem pojawia się ‘gładkie”

 

kąciki jej wąskich ust uniosły się nawet na chwilę w czymś, co od biedy można było uznać za uśmiech.

Troszkę przekombinowane jak na mój gust.

 

izbie wypełniła woń pasternaku

izbę wypełniła (…)

 

Światło z łuczyw odbijane przez metal, rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.

Mosiądz był aż tak wypolerowany? Bo klinga zardzewiała.

 

torby ponownie, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty.

“ponownie” można się pozbyć, stwarza wrażenie dwóch grzybków w barszczu (choć u nich zupa grzybowa gęsta :) )

 

wskazując na licznie pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością wiszące pod sufitem

Coś tu się posypało ze składnią, albo miało być “liczne”

 

– Puszczaj nikczemniku – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie,

A wykrzyknik? I przecinek według uznania…

 

się w jego szyi, Silnie

Kropka zamiast przecinka

 

 

Podobało mi się sprawne prowadzenie akcji – opowiadanie samo zachęcało do czytania, napięcie stopniowo rosło, sygnalizowałeś wyraźnie (ale nie nachalnie) czytelnikowi, że coś się nie zgadza. Zakończenie też zgrabne (trochę makabryczne, czy muszą go jakoś poćwiartować, żeby się zmieścił do dzika?). Ładnie opisane reakcje i uczucia bohaterów, dużo mimiki i gestów, zasada “pokaż, nie opisuj” spełniona w 100%. Od dziś przejeżdżając przez Fordon będę pamiętał o Róży (ciekawe, czy ma coś wspólnego z dziewczyną z przystanku? ;) ).

Zalew Koronowski to dobre miejsce na kajak, można pływać cały dzień i się nie znudzić.

 

Warto jeszcze przejrzeć ewentualne powtórzenia, gdzieś zauważyłem siękozę, ale potem mi umknęła, więc nie jest bardzo dokuczliwa. Stylizację łyknąłem, ale nie jestem ekspertem :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

(opartej o normę PN-EN ISO 9241

Drogi Autorze, czy mógłbyś uściślić, o którą normę serii 9241 Ci chodzi? I jak owa norma ma się do zapisu dialogu ogólnie uznanego w literaturze wydawanej w języku polskim?

 

Cały fragment to jeden wielki opis techniczny, którego nawet nie mam ochoty sprawdzać pod tym względem, ponieważ nie porwał mnie fabułą. To, jak są wykonywane spawy, to tak zwane tło historii, które dodaje jej wiarygodności, lecz w tym fragmencie niestety nie widzę owej historii. Moim zdaniem nie jest to najlepszy sposób na zaprezentowanie siebie i porwanie czytelnika.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Wstyduniema

zlepka ;) spacja uciekła

Melendurze, bo ta zlepka to w zamierzeniu jej imię (choć zakończenie wskazuje, że nie zawsze takie nosiła). Miała być Jękumiła, bardziej słowiańsko brzmi. Choć nie zaprzeczam, że może mieć siostry, a kiedy każda z nich dostanie się na monarszy dwór, dokonają okrutnej zemsty na tym, kto im złamał serca za młodu. Lecz, oczywiście, to tylko plotki ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Natura ulepiła ją z trzech żywiołów. Z wody wzięła cierpliwość, z ziemi siłę, a z ognia wolę walki

Samo to zdanie może być tytułem oddzielnego wyzwania – opisz dalsze losy bohaterki :) Bardzo ładne!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Marszawo, żadne oszustwo, tylko spryt! Nie tylko stworzyłaś tekst… no może nie bez, ale z małą ilością przymiotników, ale przy tym zakończenie wywołało spory uśmiech!

Mam nadzieję, że mięśniak z tła obrazka również ma poczucie humoru, ciekawe, jaka jest u niego stawka –np. jeden przymiotnik, jeden obcięty palec?

Kandydat Melendura jest za to bardzo ciekawy, od razu zacząłem się zastanawiać, skąd się wziął, jaka jest jego historia – bo ci, którzy robią wino, zwykle wiodą osiadły tryb życia, i to bardzo osiadły, przecież wino długo leżakuje, a o winorośle trzeba dbać.

Rubaszna kandydatka Barda i kobiecy ideał OldGuard zdecydowanie powinny siedzieć obok siebie na castingu :)

Podoba mi się to, że brak przymiotników wymusił zarówno metafory, jak i opis poprzez działanie – czyli uruchomił pisarskie zasoby, które są rzadko używane (z lenistwa, bo przymiotnik jest łatwiejszy w użyciu).

Tarnino, miły ten obrazek (jak zwykle), a jednak dręczy mnie pytanie, czy w trakcie wyszukiwania go nie mógł powstać choćby tyci opis? A Ciebie nie dręczy? laugh

 

A z moją kandydatką trochę się umęczyłem, jakbym sam ukręcił na siebie bicz tym wyzwaniem, bo tekst stanął okrakiem między prozą i poezją i ani rusz. Bez przymiotników trudno ułożyć dobry rytm i dobrać długość wersów, a całość zmienia się w łamigłówkę. Ech, gdybym miał moc Ślimaka, może dałbym radę…

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

O serce królestwa, mistrzu mądrości, berło mocy! Słowami nie oddam w pełni wdzięków Wstyduniemy, choćbym nawet słodził je miodem, nurzał w wonnościach i ubierał w jedwab! Wszystko w niej bowiem zniewala i olśniewa!

O panie, wyobraź sobie stopy, co ledwie płyną nad ziemią, głaszcząc ją z lubością, łydki, co przykuwają spojrzenie i wiodą je wzdłuż krągłości coraz wyżej, aż ku amforze ud. Tam zaś ukrywa się słodycz i ogień, dojrzewa nektar rozkoszy, czekając na tego, kto odważy się go skosztować! Talia wybranki aż woła dłoni, by ją zamknąć w okowy palców i przyciągnąć do siebie! Brzuch kołysze się i tańczy, błyska gładkością skóry, w mig czyniąc ze wzroku niewolnika. Wzgórza piersi nabrzmiewają pragnieniem, pachną wanilią, miętą i rumiankiem. Kaskada włosów opada na ramiona, lśni złotem, faluje na wietrze.

Gdy wargi rozchyli, co goreją czerwienią, słychać szept liści akacji i lipy. Oddech jest powiewem znad łąki w południe, spojrzenie skokiem w głębiny jeziora! We łzach zamknęła chłód mórz północy, w kropli potu zaś drzemie skwar gajów południa. Gdy się śmieje, milknie ze wstydu skowronek, gdy się złości, grzmot przetacza się po niebie. W dotyku odnajdziesz czułość narodzin, lecz kusi by skonać w ramionach z rozkoszy.

Wstyduniema z siłą ni mądrością w szranki nie stanie, lecz kandydatki OldGuard i Barda wdziękami obdzieli. Przy niej wierzyciele skarbca o długach zapomną, mściciele oręż w pościeli pogubią, zdrajcy w uniesieniu wyszepcą intrygi. W sercu nie ma zazdrości ni żalu; co raz umarło, tego nikt zranić nie zdoła!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ślimaku, Twój wpis jest dobrym podsumowaniem wyzwania – cieszę się, że tyle osób do niego przystąpiło, a przy tym mieliśmy szybkie reakcje na opublikowane teksty. Mam nadzieję, że dobrze bawiliście się przy obserwowaniu ludzi i szukaniu inspiracji, a w Waszych opowiadaniach czy książkach wystąpią fantastyczne wersje realnie spotkanych ludzi. Bardzo podobały mi się różne wersje skupienia na człowieku, opisie nie tylko zewnętrza, ale i tajemnicy, a zgromadzenie ich w jednym wyzwaniu pozwala wybrać te, które działały na mnie najmocniej lub najbardziej zaciekawiły, a potem próbować powtórzyć na swój sposób.

To tyle marudzenia, są już nowe wyzwania, do roboty!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Reg, jestem bardzo wdzięczny za łapankę w tak długim tekście – sam wiem, jak szybko tracę czujność przy lekturze dłuższych opowieści i chochliki na końcu mogłyby biegać wokoło z dzikimi wrzaskami, a ja i tak bym ich nie zauważył.

Szczególnie dziękuję za bukłaczek, na który sam nie wpadłem, być może zmęczony czytaniem tłumaczeń lub oryginałów tekstów o mieszkańcach Skandynawii i ich przedmiotach codziennego użytku. Teksty pisane przez archeologów były dość “suche” językowo, albo były w nich pojemniki, albo naczynia, albo duże bukłaki – a wystarczyło zdrobnić :)

Cieszę się, że przy tym zbytnio się nie nudziłaś, a przy tym odgadłaś intencje wplecenia lżejszych fragmentów – choć pamiętam jeszcze z konkursu, że z humorem różnie bywa :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Beeeecki,

 

Dziękuję za przeczytanie – to podstawa przy tak długich tekstach :)

I w dodatku za uwagi, które w tym tekście znajdą odbicie kosmetyczne (poza literówką), ale które bardzo pomogą mi w pracy nad Rzeką Nienawiści – która ma już szkielet fabuły, a teraz rośnie na nim literowe mięsko.

Rzekę Mieczy troszkę podrasuję (łącznie z propozycją Ostama), kiedy będę miał lepszy dostęp do internetu – na razie świątecznie pojechałem na Mazury, jedna mizerna kreseczka zasięgu, nie podejmuję się dłubać w tekście kiedy ledwo ładuje się strona.

Nie miałem pomysłu na Rzekę Mieczy podczas pisania Rzeki. W trakcie pisania Rzeki Mieczy miałem natomiast już pomysł na Rzekę Nienawiści, żeby doprowadzić bohaterów do pewnego stadium, szczególnie Nilę, ale również Charona. Charon się otworzył i ma teraz dwójkę przyjaciół, czyli więcej do stracenia i więcej powodów, żeby się wkurzyć. Hades również, ich konflikt jest nieunikniony, jak w tragediach. A Rzeka Nienawiści ma doprowadzić do Rzeki Lamentu, która będzie rozstrzygnięciem.

Na razie wyzwaniem są objętości, Rzeka Nienawiści wychodzi na 120k i nie da się mniej, bo jest w niej tłum bohaterów. Będę też odkładał serię, żeby pisać inne rzeczy w międzyczasie.

Pozdrawiam!

 

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Nie, budżet Wyzwań nie wzrósł na tyle, żeby wezwać ducha Josha Kirby do pomocy – choć jakieś widmo za tronem się plącze, może to on ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Hej,

 

Belzebub uniósł głowę ze swojego posłania i przyglądał się długiej sylwetce

Zabawniej: stanowczo zbyt długiej sylwetce

 

Wpadł do sypialni (,) gdzie twardo spała Halina.

Kocur udał się za suką, co chwilę przeciągając

Głodny był, bo zjadł jedno “się”. Może: Kocur podążył za suczką, co chwila się przeciągając

 

Potwór powoli zbliżył się

Potwór był coraz bliżej – usunie siękozę

 

Potwór otworzył paszczę, prezentując trzy rzędy kłów.

– Pożrę cię teraz – wycharczała.

Rozumiem walkę z powtórzeniami, ale rodzajnik się nie zgadza. 

Zamiast potwór można użyć czegoś bardziej… żeńskiego ;) 

 

Miałem też problem z “wytoczyła”, ale nie wiem, co dokładnie miałaś na myśli, więc nie podpowiem, jak to lepiej napisać

 

A całość zgrabna, dużo się dzieje, jest budowanie napięcia, dobrze się czyta!

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

W mitologii skandynawskiej Freja ma do rydwanu zaprzęgnięte dwa koty, ale każdy ma niestety tylko jedną głowę.

Rasy norweskiej leśnej oczywiście!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Czy jestem osobą? Czy jestem osobny? Jestem. Myślę. Ale nie wiem, czym jest człowieczeństwo. Czy brak potrzeb nie stawia mnie poza nim? Czyż życie ludzkie nie sprowadza się do zaspokajania? Czy to, że wciąż myślę i pamiętam ciebie, daje mi prawo do określania się jako osoba? Czy jestem zdolny do emocji, które tak dobrze pamiętam? Czy ty jesteś zdolna zobaczyć we mnie swoje, odbite jak w lustrze, uczucie? 

Ten fragment podobał mi się najmniej, bo to okrutna łopata. Jakbyś nie wierzyła, że czytelnicy zgadną (nie wierzyła w siebie i swoje mocne pióro? Come on, akurat Ty potrafisz!) i poczują. Więc to trochę droga na skróty. Albo chciałaś, żeby koniecznie wszyscy rozumieli to opowiadanie tak samo.

A nie muszą. To bardzo dobre opowiadanie, cudowne dialogi, aż łezka się kręci. I nic się nie stanie, jeśli ktoś wyniesie z niego coś innego.

Chyba że chciałaś pokazać, jak bardzo jest cyborgiem, więc nagle zaczyna bawić się w filozofa… albo to mu się “ulało”, myślał o tym, i już nie mógł wytrzymać. Możliwe. Może był filozofem w cielesnym życiu.

 

Reszta jest śliczna, strajkuję z łapanką językową, bo chciałem wczytać się w sens i poczuć go, a nie oglądać każde słowo jak żabę na wiwisekcji. I za resztę masz klik błyskawiczny.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ech, żarty się Was trzymają. Przecież pierwszą nagrodę dostały słonie. Te na balkonie. Jak nie wierzycie, spytajcie Michaela, będzie mógł zeznać pod przysięgą, że tak się stało :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Dziękuję Wam za wpisy – chciałem w pierwszym odruchu napisać “Jury”, ale to bardzo “odgradza”, a przecież wszyscy piszemy i mamy wyobraźnię.

Bruce, Staruszkę, śniegi i aliterację ruszyłem – poprawki przede wszystkim, radość potem :) I za życzenia też dziękuję, sam życzę odmiany od codzienności i skupienia na ludziach, wszystko jedno, czy mamy na myśli bliskich, czy zaniedbywane w codziennym pędzie “ja”.

Marszawo,

jeszcze ta symboliczna moneta, która sugeruje, że ich drogi kiedyś jeszcze się przetną

W “Rzece nienawiści” napisałem już scenkę, w której mogą się przytulić, bo jak dotąd tylko ich rozdzielam. Ale ten projekt to objętościowy kloc jakich mało, chyba będę musiał wrzucić na forum w dwóch częściach.

Michaelu,

Wygrałeś, dostałeś piórko, czego chcieć więcej

Wyślę w wiadomości, czego ;)

że tworzysz kontynuacje w szortach

Szorty są raczej spontaniczne, te z “rzeką” w tytule raczej waga ciężka.

 

Pozdrawiam i dziękuję za cały konkurs!

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Finklo, ona jest bardzo śpiąca. Jestem skowronkiem, więc gdyby o tej godzinie ktoś rozpoczął dyskusję, to szczerze wątpię, czy wykrzesałbym z siebie więcej niż przedszkolaka :)

Na szczęście nie ma na to żadnych szans, uff :)

teraz mogę czekać spokojnie

Una, w “Smętarzu dla zwierzaków” Stephena Kinga stworzonka zewnętrznie też wyglądały dość podobnie jak za życia.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Nowa Fantastyka