komentarze: 1036, w dziale opowiadań: 892, opowiadania: 270
komentarze: 1036, w dziale opowiadań: 892, opowiadania: 270
JolkaK – Jesteś?
Ale udaje się uderzyć w jego plecy.
Ale udaje się uderzyć go w plecy. lub ale udaje mi się uderzyć go w plecy
– Zrób tam tylko miejsce. Zostaw go tu na podłodze. Mnie połóż na nim. Potem idź do mamy.
Muszę więc zajrzeć tam do środka. Jest ciemno, ale staram się na oślep wyciągać wszystko, co tam leży. Nawet nie patrzę, co to
Tam nie dochodzi światło. Stamtąd zawsze szybko zbiegam. Mama mówi, że to dobre miejsce na słoiki, bo ciemno i zimno. Tylko że tam może być wszystko. Może mnie coś złapać za nogę.
Proponuję eksterminację tych tam-tamów: pierwsze tam idzie się czesać, drugie zamieniamy na “pod schody”, trzecie zostaje, czwarte zostaje, W okolicy piątego być może całe zdanie jest do poprawki, szóste również na “pod schodami”.
Całość już tradycyjnie mocna i w Twoim stylu. Łebek kurczaka jako anioł stróż, mściciel i prorok w jednym. Poza tym piszesz coraz ładniej i krótkie, dobitne zdania przyjemnie się czyta (z punktu widzenia estetyki, nie treści :) )
Tomaszu, witamy w wyzwaniach!
Propozycja niczego sobie – zwłaszcza jak na szybkie pisanie. Podobało mi się to, że wiadomość krótka i długa dotyczą tego samego wydarzenia, ale wersja krótka nie jest dosłownie rozwinięciem długiej – ta długa to istotnie zapis kronikarski, krótka to wezwanie do boju.
Trafiła się literóweczka – dwunastej.
Miałem też wątpliwości natury logicznej – żołnierze rozpoznali gatunek smoka, ale nie widzieli go wcześniej – czyżby smoki były tam pospolite, ale ten był wyjątkowo paskudny?
Na końcu zazgrzytało troszkę:
i na pewno trafili potwora.
Bo ta pewność trafienia dziwnie tu brzmi, nie wiemy, od kogo pochodzi i kto jest pewny – może lepiej byłoby “według świadków zmusili bestię do odwrotu swymi celnymi strzałami” lub coś w tym stylu?
Teraz już się przyzwyczaiłam
Myślę, że w książce też bym się przyzwyczaił. Tutaj, kiedy czytam wiele opowiadań różnych autorów, trudno jest się przerzucić z jednego sposobu zapisywania na inny.
Ten zapis nie jest błędny (moim zdaniem), tylko jest minimalistyczny. To pewna maniera, która jednych drażni, a innych nie. To tak samo, jakby stwierdzić, że jeżdżenie małym samochodem na wakacje jest błędem. Mnie nie drażni ciasnota, a innych owszem :)
A, i wreszcie nie wstali zmęczeni :)
Co od razu nastawia mnie optymistycznie do odcinka.
Teraz czekam na zagrożenia zewnętrzne. Bo w zasadzie widzę, że z zarazy ani nienawiści tubylców nie zginą. To puszcza, a jakoś wiele zwierząt się nie pojawia, kataklizmów też nie ma (a rzeki nieuregulowane), z opowieści wynika, że wrogowie też nie mają po co tam zaglądać – w sumie po co by mieli? Chyba że wyprawa wojenna, która chce się wyżywić, i wtedy będzie również zagrożenie dla głównej bohaterki, dość ładnej. Możliwości jest mnóstwo, świat z grubsza zbudowany, czekam też na więcej bohaterów lokalnych – byle nie cały tłum na raz. Jagna była wprowadzana przez dwa odcinki i dzięki temu dobrze ją znam i kojarzę.
Dla porządku chyba warto ją dokleić do reszty.
Czytelnicy będą dość zagubieni, jeśli opowiadanie będzie rosło w ten sposób, ale chyba to lepsze, niż pisanie w komentarzach. Ponieważ i tak doklejasz kompletne scenki, możesz po gwiazdkach wpisywać datę.
Powyższe rozwiązanie nie jest idealne i Regulatorzy pewnie będzie w tym względzie bardziej kategoryczna. Bo formalnie należałoby oznaczyć historię jako fragment i publikować kolejne części, kiey uzbiera się ich wystarczająco dużo na jakiś ciąg logiczny.
Rozumiem, że chcesz mieć odzew co do tego, co piszesz, ale takich fragmentarycznych historii na forum jest ostatnio bardzo dużo.
Być może powinien zostać założony oddzielny dział dla “seriali”, ale wymaga to dyskusji w Hydepark-u i opinii Loży. Czyli trafiłeś w taką szarą strefę forumową.
OldGuard, jeśli kiedyś przyjdzie mi napisać scenkę, w której główny bohater musi mową-trawą odwlec poczynania arcyłotra do momentu przybycia odsieczy, zgłoszę się do Ciebie na konsultacje. Albo jak będę chciał rozwałkować jeden klusek do wielkości pizzy – Twój ostatni akapit jest przecudowny!
Finklo, po pierwsze świetnie sobie poradziłaś z zadaniem, po drugie zadałaś krótką wersją zagadkę, a po trzecie uśmiałem się przy rozwiązaniu, choć już w trakcie czytania domyślałem się, że chodzi o mity!
Od tej pory rozwiązania wyzwań mierzymy w Finklach. Przekroczenie jednej Finkli grozi deformacją czasoprzestrzeni!
Mam dłuższą wersję tej informacji. Otóż, skoro stałaś się wzorcem, zostaniesz zamknięta pod szklanym kloszem. Będziemy podawać Ci strawę intelektualną w odpowiednich dawkach, żebyś czasem nie schudła, oraz usuwać niestrawione resztki poza klosz (nie, dziura jest za mała, nie przeciśniesz się). Będziemy przewozić Cię (również w kloszu) na procesy tych autorów, którzy będą mieli czelność stwierdzić, że wartość literacka ich rozwiązania przekracza jedną Finklę. Oczywiście będziemy chłodzić klosz w trakcie palenia owych autorów na stosie ich wypocin, żebyś przypadkiem nie rozszerzyła się z gorąca.
Jedyne, do czego bym się przyczepiła, to do tego, że jest to właściwie przedstawienie scen, a nie stricte zapisy raportów czy w kronikach :)
Wiem, Holly, wiem. Jak czasem zacznę się bawić tekstem, to trochę zapominam o celu. Muszę nad tym popracować. Dobrze, że na to zwracasz uwagę!
Holly, chyba bardzo lubisz Grzmociwora, skoro tak mu się upiekło – jak rozumiem, jego winy w tym nie było żadnej :)
Przypieczętowałaś też wybór Wielkiej Stopy z poprzedniego wyzwania na żonę Miłodziada. Jej żaden sąsiad nie podskoczy :)
Nakryta została przez służbę dworską,
Hm, można to było rozwinąć w grę słów nakryta-odkryta, bo mowa o łóżku ;)
W trakcie czytania długiej wersji czułem brak symetrii – skutki były całkiem zgrabnie opisane i tam naprawdę wydłużałaś tekst i rozwodziłaś się nad konsekwencjami, ale czułem niedosyt tego, co doprowadziło do zdrady, albo chociaż zdziwienie, że ledwo weszła w związek małżeński, a już zabawia się z innym (wpadł jej w oko na castingu :) ). Gdybyś na przykład wyszła z biadania w stylu “o tempora, o mores” – Twój kronikarz i tak nie jest obiektywny – to całość miałaby “ząb”, i to jaki!
Szkoda, że zużyłem moje wyzwanie, bo kusi mnie ogromnie, żeby napisać Twoją scenkę z perspektywy Dziadumiły w formie dwóch listów – jeden do ojca, drugi do męża, i zgadujemy, który dłuższy :)
Witamy nowego uczestnika zabawy!
Już wyobrażam sobie przydomki władcy – pieśni o nim śpiewać będą, a owszem, tylko po karczmach i którymś piwie z rzędu :)
Opis pomysłowy, a władca nie będzie kichał! Brawo! I zapraszamy do kolejnych wyzwań!
Dodałbym przecinek po “spryt”, również w “i tym, co bez grosza” jakoś lepiej brzmi mi z przecinkiem.
Dużo opisu poprzez czyny bohatera – mam nadzieję, że uda się wykorzystać ten sposób w opowiadaniach, jest oryginalny i można go używać również przy nadawaniu indywidualnych cech rozmówcom w dialogach!
Od razu składam samokrytykę: dużo tutaj biegania wokół tematu i ozdobników, a sam opis w nich ginie, zwłaszcza w pierwszym fragmencie, gdzie zajmuje ledwie akapit i dwie kwestie dialogowe. Forma dialogu również trochę oszukuje zadanie i nie trafia dokładnie w cel.
Przyznam jednak, że dawno nie bawiłem się tak dobrze przy pisaniu, więc wybaczcie te harce. Żeby nie było wątpliwości, nie ja wymyśliłem to wyzwanie – czyli wychodzi, że jednak potrzebuję zewnętrznych bodźców do działania :)
Tekst pisany na szybko, może być trochę zachwaszczony!
P.S. Duża dziura logiczna właśnie usunięta, teraz (chyba) tylko językowe.
Tarnino, sferyczne smoki czekają na swoją panią! :P
– Kiedy kości poległych w bratobójczej walce tytanów światła i mroku upadły do wszechoceanu… – zaczął Guzdromir.
– Skrybo, ile wieków obejmują zapiski historii naszego królestwa? – przerwał sędzia.
– Hmm, ze dwanaście?
– A to się wydarzyło na długo zanim zaczęto je prowadzić, prawda?
– Zapewne, Wysoki Sędzio!
– Guzdromirze, czy mógłbyś zatem przejść do meritum, czyli dzisiejszej nocy? Obawiam się, że w tym tempie nie tylko nie wydamy wyroku, ale obecna tu dostojna jubilatka może nie doczekać końca opowieści…
Babka Wyrwizęba nie wydawała się zachwycona żartem. Łypnęła na sędziego spode łba, wyjęła zza pazuchy zasuszoną łapę krogulca i wymamrotała coś ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
– Kiedy to ważne dla dzisiejszych wydarzeń! Bo jak już te kości wpadły do wszechoceanu, to wytworzył się z nich ląd. A nowi bogowie zaczęli go zaludniać zwierzętami podle swej fantazji. Były tam dzikosarny, i szczurowrony, i żukoglizdy, pćmy, murkwie…
– Do rzeczy! – warknął sędzia.
– I Dziad!
– Dziad?
– No, musieli od czegoś zacząć. Więc stworzyli Dziada. Łaził po pralesie, wróblożaby lęgły mu się w brodzie, tu przystrzygł krzaczek, tam zerwał kwiatek, a i jeżostrzębia uwolnił, co się wbił w drzewo przy polowaniu…
Sędzia znacząco chrząknął.
– Przepraszam, jeżoco? – odezwał się skryba.
– Jeżostrzębia! Ale szybko się znudził bogom. Dziad. I jeżostrząb zresztą też. Więc przykuli go do płonącej skały, Dziada znaczy się. Dwa węże wyjadały mu wątrobę, a nad głową rosła jabłoń z wielkim głazem zamiast jabłka.
– Ale dlaczego, przecież nic im nie zrobił? – zaciekawił się skryba, lecz sędzia zgromił go wzrokiem.
– Nieważne, czyż nie miałem przechodzić do sedna? – zirytował się Guzdromir. – Więc potem stworzyli kobietę i mężczyznę, i jakoś poleciało. A o Dziadzie zapomnieli. Ale w końcu węże straciły wzrok i zjadły się nawzajem, jabłoń się przewaliła, bo uschła od gorąca i głaz był za ciężki, a łańcuchy przerdzewiały, też od płomieni. I Dziad powrócił. Wyrył na skale symbole. Tam, za rzeką, w Szumolesie.
– Czy możemy trzymać się historii najnowszej? I co to wszystko ma do rzeczy?
– Kiedy to się wczoraj stało! Ten oto zbójca przyszedł do mnie, bo Dziad był dość hałaśliwy, zbójców pobudził owym kuciem w skale. Herszt myślał, że to jakaś klątwa, i prosił, bym wyjaśnił mu znaczenie tajemniczych znaków. Spojrzałem zatem do starych ksiąg i znak po znaku, z mozołem…
Sędzia westchnął i skinął na kata, który niby przypadkiem zaczął ostrzyć długie nożyce.
– … odcyfrowałem przesłanie. Dziad przyszedł odebrać to, co dziadkowskie.
– I jaki w tym problem? Królestwo pozbędzie się dziadostwa, a ja nadal nie widzę związku z kiełbasą!
– Sędzio, jeśli mogę zauważyć… – odezwał się skryba – … czy dzieci Alergiusza nie noszą czasem imion Dziadumiła i Miłodziad?
– Otóż to! Zbójcy jak to zbójcy, z prawem są na bakier, ale królowi źle nie życzą, bo miewali gorszych. Więc zaczęli dumać, co by można Dziadowi oddać, żeby potomstwa królewskiego poniechał. A że herszt, który tutaj z nami siedzi, jeszcze pamiętał swego dziada, to przypomniał sobie, co ów lubił – kiełbasę i gorzałkę. Tylko że zbójcy już swoje zapasy przejedli i przepili. Uprosili mnie, żebym pogadał z Mąciwładem, co pilnuje spiżarni. Ja i tak na zamek wracać musiałem, bo zmierzch zapadał, więc chętnie się zgodziłem. A i Mąciwład, zdawało mi się wtedy, plan pojął, bo im więcej mówiłem, tym szerzej się uśmiechał. Myślałem – ściszył głos – że z troski o rodzeństwo, bo jego matka królowi służy i chodzą plotki, że…
– Hę? Można głośniej, bo nie zapisałem?
– Tego nie protokołować! – odezwał się sędzia, który nieco poczerwieniał na twarzy.
– Więc, jak zbójcy drzwi rozwarli i wybiegli z zapasami na dziedziniec, to tylko się ucieszyłem, bo wiedziałem, że w słusznej sprawie. I skręcali już do bramy, kiedy Mąciwład zaszedł im drogę. Myślałem, że chce im dać klucze. Wyciągnął coś przed sobą na dłoni, ale kiedy jeden ze zbójców podszedł, rycerz ciął go prosto w szyję.
Zanim się pozostali połapali, jeszcze jednemu wbił klingę prosto w trzewia. Biedaczysko zgiął się wpół, a ten drań zamierzył się jeszcze raz i rozłupał mu czaszkę. Z kolejnym nie poszło mu tak łatwo, bo chłop był na schwał, ale że akurat obwieszony pętami kiełbasy, to i ruszał się wolno. Więc w końcu Mąciwład mu rękę uciął, a potem sieknął w czoło, i tyle zbój powalczył.
Próbowali jeszcze rycerza powalić, tocząc na niego beczkę, lecz Mąciwład w porę uskoczył. Sięgnął za połę płaszcza, wyciągnął coś małego, zbyt ciemno było, by dojrzeć co, lecz musiał to być instrument magiczny, bo wydał z siebie jęk tak przeraźliwy, że nawet nam, na wieży, kolana zmiękły. Zbójcy też się za głowy złapali i na ziemię padli, a rycerz podbiegł do nich i rąbał mieczem, jak prosiaki!
Tylko herszt dał radę zatkać uszy szmatą. Krzyczał coś do Mąciwłada, nawet błagał na klęczkach, usłyszałem tylko imiona królewskich dzieci. Rycerz podniósł pałkę jednego z martwych zbójców i zdzielił go w głowę, a kiedy dowódca już padł, dobył sztyletu i uciął mu język. A zanim go tutaj przywiódł, rozrzucił kiełbasy psom i podziurawił beczki.
Wszyscy patrzyli na Guzdromira w oczekiwaniu na dalsze słowa, lecz ten już skończył opowieść.
– Zatem… cóż mamy czynić… szykować armię, jak mówiłeś? Rekwirować kiełbasy po gospodach? – zapytał sędzia głosem wcale nie sędziowskim.
– Eee tam – odezwała się niespodziewanie babka Wyrwizęba. – Małżonek mój odszedł już dawno, a taki Dziad na stare lata by mi się przydał!
Znów pięknie łączysz tematy historyczne z elementami fantastycznymi. A jednocześnie gdzieś między wierszami zadajesz ważne pytania!
Zabawne zakończenie, lekki ton i fantastyka z przymrużeniem oka – w sam raz na słoneczny poranek!
Ciąg dalszy nastąpi 
– Raptosławie, cóż stało się tej nocy? Tylko składnie, bo kat się spieszy na urodziny babki. A do babki nie warto się spóźniać, prawda, Wyrwizębie?
Kat przerwał dłubanie w zębach sztyletem i demonstracyjnie zadrżał ze strachu.
– Ukradli kiełbasę! I gorzałkę! A Mąciwład wszystkich wybił! Tylko herszta ostawił! – Świadek wskazał skutego w łańcuchy brodatego draba. Ów otworzył usta, lecz wydobył z siebie ledwie bełkot. Zamiast języka miał w ustach kikut, obwiązany pokrwawioną szmatą.
– Zaprotokołować! – zakrzyknął królewski sędzia prosto w ucho przysypiającego skryby. – I miało być składnie, od kiedy astrolog zajmuje się kiełbasą?
Kat uniósł krzaczastą brew i pokiwał głową, a potem, niby od niechcenia, pokazał długą rózgę, tu i wódzie nabijaną ćwiekami.
– No… Obserwowaliśmy niebo, ja i mój brat, a wtem, pod nami, straszliwy rumor! Drzwi od spiżarni pękły! Wylegli zbójcy, cała banda! Dwóch z kiełbasami, pęta takie, że ledwo biegli. A trzech toczyło beczki, hurgot nieziemski, bach, trach, obijały się o ściany! Pędzili jak diabły, już znikali w uliczce, jak ich Mąciwład dopadł. Dobył miecza i rach, ciach, walił, po czym popadnie! Głowy leciały, ręce, flaki, wrzask i jęk okrutny! A jak tylko jeden pozostał, w łeb go huknął i za kudły powlókł, ot i cała historia!
– A zatem, sprawa jest prosta! – Zadowolony sędzia skinął na kata.
– Wysoki Sądzie, czcigodni panowie… – odezwał się nieśmiały głos z kąta sali – …sprawa zaiste jest prosta, należy bowiem uwolnić zbójcę, ściąć Mąciwłada, wojów i magów szykować, a królewskie dzieci jak najdalej od dworu wyprawić…
– Ktoś ty?
– To mój brat, Guzdromir – przyznał zakłopotany astrolog. – On zawsze tak plecie, wybaczcie.
– Był z tobą na wieży tej nocy? A zatem, niech mówi!
– Może lepiej nie? To potrwa wieki! I co z babcią Wyrwizęba?
– Posłać po nią lektykę! – zawyrokował sędzia – Niech też posłucha! A ty, skrybo, obudźże się wreszcie, bo robota czeka!
Robercie, tak, w komentarzu. Chyba że wyobraźnia tak Cię poniesie, że naskrobiesz opowiadanko powyżej 8000 znaków, wtedy komentarz może pęknąć :) Ale zawsze można opublikować otwarcie i dać tutaj link.
Czarna, miło znów Cię widzieć! Staramy się dawać na zmianę wyzwania językowe i wyzwania dla wyobraźni, choć oczywiście nie ma jednego bez drugiego!
Zygfrydzie, dzięki za przeczytanie! W piórka nie mierzę, miałem pomysł na pewną historię i kiedy zacząłem wymyślać sceny w tej drugiej (”Rzecze Nienawiści”), zobaczyłem, że jest potrzebny pomost między nią a “Rzeką”, bo inaczej bohaterka będzie zbytnio różnić się od Nili, którą znamy z “Rzeki”, a całość straci wiarygodność. I zabrałem się za "Rzekę Mieczy”.
Kolejne opowiadanie z serii też rozmyślnie nie będzie się pierzyć, bo jest za długie i formalnie nie będzie się go dało nominować, nawet gdybym wspiął się na swoje skromne wyżyny :)
Więc krótko: cieszę się, że są czytane, mają względnie dobry poziom, seria rządzi się trochę innymi prawami, niż “pojedynka”. Nominacje też są miłe, ale ważniejsze jest rozłożenie pisarskich sił i zasobów na całość, bo w serii łatwo jest utknąć albo “zawalić” któryś odcinek.
W piórko będę kiedyś celował czymś zupełnie innym, obyczajówką z realizmem magicznym, ale na razie to tylko projekt.
To rozdzielenie Charona i Nili napędza ich wzajemną tęsknotę i jest zamierzone. W “Rzece Nienawiści” będą mieli chwilę dla siebie. W “Rzece Lamentu” wieczność. Tyle spoilerów :P
A może “Chwilę uniesienia/zadumy/fascynacji przerwał jasny błysk” – chodził raczej o to, że “tę” brzmi dość oschle i nijako, a tak będzie wyraźny kontrast między zadumą a błyskiem. Z szykiem może nie ma sensu walczyć, bo “chwila” jest nawiązaniem do poprzedniego dialogu/monologu, więc przestawienie jej na początek zdania sprawia wrażenie logicznej całości.
Z “zamyślił” rzeczywiście może zostać, bo to i tak wtrącenie dialogowe (przeoczyłem, że dalej jest dalszy ciąg myśli, nie oddzielna kwestia) - więc nawet jakby nie było gębowe, i tak może być w ten sposób zapisane. Akurat w tym miejscu można zapisać na kilka sposobów i każdy jest poprawny.
Ze skojarzeniami i tym rozbieranym planem różnie bywa. U mnie bohater w pierwszym zdaniu zanurzył drąg w wodzie i też się kojarzyło czytelnikom – ale nie dałem rady tego obejść, bo było potrzebne do reszty opisu, więc zostało :D
To już teraz wszystko rozumiem – czyli intencje :)
A te drobiazgi, hm,
zdawała się zwolnić swój obrót.
Zdawała się zwalniać obrót/ zwalniać obroty – mamy zestawienie czynności niedokonanej z dokonaną, to nie brzmi dobrze.
tłumie. – Zawahał się na moment.
Dyskusyjne, czy wahanie jest gębowe czy nie – jeśli wybrzmiało w głosie, może być małą literą.
Stał na środku rozbieranego planu,
Budzi dwuznaczne skojarzenia. Kwestia gustu.
Chwilę tę przerwał jasny błysk
To rodzaj zdania, przy którym Tarnina pisała hmmmmm, czyli niby poprawne, ale mi nie brzmi, ale nie mam pomysłu, jak to zmienić. Dwoma słowami: rzecz gustu :)
Mistrzostwami układów spiralnych, Wielki turniej kwazarów
Tutaj jest trudno wyczuć, czy to podobna impreza co Mistrzostwa Europy lub Mistrzostwa Świata (wielką literą – nazwa oficjalna). Nazwy oficjalne mają wszystkie człony wielką literą. Jeśli Reg tu zajrzy, może się wypowie na ten temat, ;)
Wróćcie może za… – zamyślił się, patrząc w sufit
Tutaj znowu dyskusyjne, czy zamyślenie przebijało w głosie. A gdzieś dalej jest “westchnął”, ale moim zdaniem akurat to można pisać na dwa sposoby – bo można westchnąć mówiąc krótkie słowo, ale można westchnąć już po wypowiedzeniu tego słowa.
Jak widzisz, Autorze, to drobiazgi, o które nie sposób się potknąć, ale zostaje wrażenie, że coś gdzieś można jeszcze poprawić. A dzięki łapance przeczytałem opowiadanie jeszcze raz, i nadal bawiłem się nieźle – więc choć historia nie trafia dokładnie w mój gust, to jest po prostu dobrze napisana.
Zamilkł, wbijając wzrok w Roberta.
Zgrabniej: Zamilkł, wbiwszy wzrok w Roberta
(o ile w opowiadaniu nie ma wszy, bo może wyjść niezamierzony komizm)
W jego Gniewko właśnie zoptymalizował logistykę – wyłożył swój pierwszy projekt inżynierski.
Na początku coś się rozjechało
– Koś dalej później zajmiemy się twoim pomysłem.
Interpunkcja się pogubiła
nasycone oparami i gniciem.
Może: nasycone oparami zgnilizny
Z uśmiechem zastygłym na twarzy.
Ładnie to brzmi w książkach i opowiadaniach, ale w rzeczywistości twarze nie zachowują wyrazu z chwili śmierci – chyba że wpadło się do betonu :) To jeden z “mitów”, pojawia się w wywiadach z patologami.
Chłonie wodę z siłą wielokrotnie przewyższającą jego masę.
Wchłania dużo więcej wody, niż sam waży
Kolejny rozdział, w którym proporcje poczynań i “surwiwalu” bohaterów do zastanego słowiańskiego świata zachęcały do czytania. Niby wiele się nie działo, a ani trochę się nie nudziłem.
Się robi!
Takiej bohaterce zagrażają tylko gargulce, gryfy, smród i brak tchu. Ewentualnie ulotność chwil. Obawiam się również, co się z nią stanie w trakcie zarazy. Po drodze do pracy przejeżdżam obok krzyża “Chroń nas od głodu, wojny i powietrza”.
ale on już nie pasuje do naszej zabawy ;)
Pasuje czy nie… może podróżniczka w czasie zrobi furorę na dworze Alergiusza. Bo ten zegar, na który patrzy, jest oczywiście magiczny
Pojawiła się w zadaniu bez żadnej zapowiedzi, więc się wyróżnia. Poza tym ma glany i nie zawaha się ich użyć!
ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.
że mimo potknięć miło spędziłeś czas
Zapytam jak barbarzyńca z opowiadania Barda: Hę?
No dobra, tylko się droczę, bo takie komentarze pokazują, jak podświadomie czujni jesteśmy na krytykę, nawet jeśli jej nie ma :)
Z jednej strony masz rację, że trudno opisać to, czego nie wiemy, z drugiej strony czyni to satyrę bardziej płaską. Lem nie bał się sepulków i pciem (kurczę, jak to się odmienia?), i gdyby po tym streamingu budyniowy Galaktus dorzucił jeszcze kilka mniej zrozumiałych określeń, wizja byłaby dla mnie pełniejsza. Jasne, że to tylko moje odczucie.
Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego bohaterowie powtarzają imiona sprzedawcy – czy robią to bezwiednie, czy coś dla nich znaczą? Galaktus był znany w 1969 roku (pochodzi z 1966), ale Skywalker nie (został wymyślony na potrzeby Gwiezdnych Wojen i pierwotnie brzmiał Starkiller) a Borg to bodajże 1989 rok. Samo wprowadzenie wielu takich smaczków do opowiadania było humorystyczne i przyjemne (angażujące czytelnika), ale w tym jednym momencie zastanawiałem się, co, Autorze, miałeś na myśli.
Opis jeziora pasował do Mazur – tak duże, że nie widać brzegów. Kiedyś pływałem kajakiem po Gople i sąsiadujących jeziorach, i nie miałem tam wrażenia, że tracę brzegi z oczu, a na jeziorach mazurskich owszem, stąd podejrzenie.
Z Mazur rzeczywiście legend o myszach nie kojarzę. Ale w Bingen nad Renem też mają mysią wieżę :)
Gdyby przechodzili przemianę razem, mogliby jej nie zauważyć. Potrzebny jest kontrast, a tutaj jest jeszcze zderzenie kobiety – cielesnej i wrażliwej z “mechaniczną” męskością.
Gdyby to ona przechodziła przemianę, a on pozostał w ciele, całość byłaby jeszcze bardziej wstrząsająca – bo przecież zwykle bohaterkom przypisuje się to, co nie nazwane, magię, uczucia, intuicję, delikatność, ulotność i zmienność. Mężczyznę (w opowiadaniu, nie obrażajcie się :D ) łatwiej zrobotyzować. Tylko nie można wtedy pójść w stronę oślego uporu pozostania w organicznym ciele, a opisać (między wierszami) inne pobudki – może taki “złamany rycerz”? Możliwości jest wiele.
Temat wprawdzie oblegany, ale akurat Jolka potrafi czarować słowami :D
Podwójne zakończenie jest dość okrutne. Między kolcami jest chyba dość tępo (sprawdziłem na swoim nożu, uprzedzam, że ucierpiała tylko wieprzowina z lodówki) i zatrzymuje się na co bardziej żylastych miejscach. Ale może gość był już tak rozmiękły od nadmiaru trunków, że wchodziło w niego jak w… masło.
Dość tych makabresek przed spaniem, bo będę musiał potem horror napisać :P
Słońce prażyło z zenitu.
Potocznie, bo na Kujawach zenitu nie osiąga :)
– Ten twój chłop – szarpnęła oporną witkę. – Tych dziwów… to w wielkim świecie się nauczył?
Albo Szarpnęła (wielka litera), albo taki “zaawansowany” zapis z wtrąceniem:
– Ten twój chłop… – szarpnęła oporną witkę – …tych dziwów… to w wielkim świecie się nauczył?
Próbowała sobie przypomnieć, ale pamięć uciekła.
Jeśli uda się uniknąć jednego z podobnych słów o tym samym rdzeniu (pamięć i przypomnieć) zabrzmi lepiej.
– Za moich młodych lat, tam nad wielką wodą, ludzie żyli w spokoju i sytości. Aż pewien chłop zapragnął więcej. Kmieć ów ślepiotę i wiciądzów zebrał, z wolnych ludzi porabów czynić począł. Plony zabierał, ludzi do budowy grodu pędził. Siał grozę, trwoga pętała ludziom wolę. Ale kiedy głód zajrzał w oczy, coś w nich pękło.
W tym fragmencie zbyt często się powtarza. W sąsiednich tak nie razi, tu jest dużo powtórzeń.
Tkwili w świecie przed pństwem.
Zgubiłem się.
By ród nasz syty pozostał zawsze.
Po nim stara kobieta złożyła motek wełny.
O, Panie Jasny, spójrz z wysokości,
Didaskalia zlewają się z pieśnią. Warto je oddzielić.
Ufff, na początku odetchnąłem z ulgą, bo trochę się obawiałem, że w tym odcinku będą robić podpaski. A jednak było całkiem dobrze. Po pierwsze ładny dialog z Jagną. Wprawdzie pisany dla uważnego czytelnika, który nie gubi się w tym, kto co mówi, ale i tak można domyślić się po stylu i treści. Pojawiła się ciekawa historia wędrówki – ciekawe skąd, z Mazur? A co z Galindami? Czy może oni są Galindami?
Potem było jeszcze lepiej, bo pojawiły się pieśni. Pieśni nie podejmuję się sprawdzać, bo na forum mamy od tego specjalistów, ale nie wiem, czy tutaj zaglądają. W każdym razie nie brzmiały jakoś przesadnie sztucznie, a dodatkowo kojarzyły mi się z sagami islandzkimi, w których często w tekście występują pieśni.
Jest to bardzo pracochłonny element opowiadania, a tutaj pieśni mamy wiele. Nie spodobała mi się tylko żmija drążąca kości, bo żmija raczej niczego nie drąży. Mam wrażenie, że użyliby raczej “czerwia”, ale wtedy trudno z rymem.
I na koniec wrócę do dyskusji z wcześniejszych części – jeśli traktujemy je wszystkie jako całość, jest to opowieść zachęcająca do lektury. Owszem, są dłużyzny, ale w książce można je wybaczyć. Nie da się cały czas utrzymywać szaleńczego tempa albo eskalować konfliktów, bo albo opowieść straci wiarygodność, albo będzie “przebodźcowana” :)
Uwaga: to nie jest reklama :D
https://skleprzeznika.pl/noz-do-sera-dick-8105,id1039.html
Nazwa produktu też odpowiednia do opowiadania XD
Podobała mi się mina zawiedzionego budyniu i kilka innych szczegółów. Zbudowanie komizmu na różnicy między latami sześćdziesiątymi a obecnymi było dość naciągane – jakby cały rozwój cywilizacyjny zatrzymał się właśnie teraz, a dalej już było tylko “więcej” i “mocniej”. Cóż, może taka miała być wymowa tekstu.
Całość może mnie nie porwała, ale całkiem solidnie zmierzała ku zakończeniu. Nawet jeśli jedne żarty nie trafiały, inne wywoływały uśmiech – więc miło spędziłem czas (lepsze to niż serial XD).
Epilog ładnie podsumowuje całość, podobała mi się najważniejsza myśl w ostatnim zdaniu.
Językowo też dobrze, coś gdzieś mi zgrzytnęło, ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.
Historia jest sprawnie napisana, nie było momentów, w których znacząco się “potknąłem” albo miałem problemy z logiką. Pod względem językowym warto usunąć nadmiar “się” i zwrócić uwagę na powtórzenia. Większość czytających i tak to wytknie. Ja z chęcią zerknę do tekstu jeszcze raz, żeby skupić się na mniej oczywistych przypadkach.
Niektóre metafory są przeszarżowane, czyli mało zrozumiałe lub są zbyt dużym skrótem myślowym.
Warto zwrócić uwagę na słownictwo bohaterów i epokę. Jeśli ma naśladować świat Wiedźmina, to “chędożyć” może zostać, jeśli historia ma być starosłowiańska, to powiedzenie do kogoś “chędoż się” niekoniecznie jest obrazą, tylko sugeruje, że ktoś powinien doprowadzić strój i obejście do ładu :)
Problemem jest fragmentaryczność. Jeśli chciałeś się podzielić pisaniem, można było wyciąć scenę z Pawiarzem, chyba że dotyczy ona dokładnie tego samego monstrum. Nawet jeśli tak, to śmiało można ją wyciąć, ponieważ nie wiąże się z niczym w reszcie opowiadania. Jest dobrą sceną wprowadzającą do książki, ale niekoniecznie do opowiadania, które potem opisuje przygodę kupca i jego “wybawcy”. Chyba że zamierzasz pokazywać historię w odcinkach. Wtedy warto zachować kompozycję jeden rozdział – jedna zamknięta przygoda.
A teraz najważniejszy problem: świat bardzo naśladuje uniwersum Wiedźmina. Z jednej strony to modny temat, z drugiej dość mocno okupowany, i nie mówię o Sapkowskim. Więc czytelnicy na pewno będą, ale czy po napisaniu całości będziesz, Autorze, miał satysfakcję, że stworzyłeś swój, oryginalny świat?
Takie uznanie, od konkursowego championa
Taki ze mnie champion, jak z kulawej chabety, co zobaczyła koniczynę za linią mety :) Pisanie to roller coaster, raz w górę, raz w dół, więc bynajmniej się nie przyzwyczajam. Poza tym, jeśli zwracamy uwagę na to kto co wygrał,. to szukamy na tym forum również uznania i potwierdzenia wartości. Więc zawczasu schowałem się w ogródku wyzwań tygodniowych, gdzie chodzi głównie o to, żeby uczyć się od siebie nawzajem.
A to jest po prostu dobre opowiadanie, tylko widzę, że Loża i dyżurni są przeciążeni ilością materiału do skomentowania, więc jak dotąd nikt go nie ruszył, a szkoda. Do serii “Cuiava” też nie ustawia się kolejka, a z odcinka na odcinek jest tam lepiej. Wszyscy się rozwijamy i trzeba się z tego cieszyć.
Witam!
Napisane ładnym językiem, debiut całkiem udany!
Sierp wbił się pewnie w głowę nieznajomego.
– Co do…? – Andrzej runął na ziemię. Jego ostrze… pozostało suche.
Tutaj miałem problem z tempem. Runięcie na ziemię jest czymś, czego czytelnik się nie spodziewa (bohater zresztą również nie), więc warto je zaakcentować. Wydzielenie do kolejnego wiersza na pewno pomoże. Bohater skupia się na tym, że na ostrzu nie ma krwi, a nie na tym, że padł na ziemię – mało naturalne.
– Poszukuję Ludmiły Starostowej z domu Dobrowiczów – głos nieznajomego nie tyle zabrzmiał, co rozlał się magicznie po głowach wszystkich mieszkańców osady.
Wyobraźnia nieco się zawiesiła, ponieważ “gród” i magia sugerowały raczej wczesne średniowiecze, a imiona i nazwiska późniejszy okres.
Niektóre osady w późniejszym okresie też można było barykadować, ale musiały mieć zwartą zabudowę. Gród miałby raczej swojego feudała, a nie tylko chłopów.
– A pierdol się, ty i wy wszyscy szlachetnie urodzeni
Użycie “pierdol się” sugeruje raczej barok – podobno zaczęło zmieniać znaczenie w renesansie, ale potrzebowało pewnie sporo czasu, żeby przeniknąć do słownictwa chłopskiego. Starsze przekleństwa to np. “Żryj gówno, psi synu” oraz wszelkie burzące tabu religijne lub obyczajowe. Skurwysyn jest podobno bardzo starym sformułowaniem.
Sama scenka ładna, mocna, opisana sprawnie. Zaciekawia, co będzie dalej. Dobre otwarcie opowiadania.
Warto ostrzec czytelników w przedmowie, że będą przekleństwa. Dzieci też czytają forum ;)
Holly, ja znalazłem: wspaniałe, uprawnych, młyńskie, paryskich, a ten złośliwy gość w z toporem pewnie wypatrzył też zaimek przymiotnikowy zachodzącego. Obawiam się, że list mógłby skończyć jako chusteczka do nosa Alergiusza :) Ale sam opis pomysłowy i taki był cel ćwiczenia – wyrwać się z rutyny – a to na pewno się udało!
Nie wiem, czy zauważyliście, ale niejako same wychodzą stylizacje – zdania brzmią inaczej niż zwykle i trzeba uciekać się do rzadziej używanych konstrukcji.
Na razie mamy ładne pary: kandydat Melendura i kandydatka Oldguard, Wielka Stopa i Grzmociwór. Może tak był ukryty zamysł króla – więcej dzieci, wyższe wpływy z podatków ;)
Bardzie, może posłaniec też już jest pod jej urokiem i powiedział dokładnie to, czego chciała? Takim opisem od razu stawia się w pozycji gorszej od innych kandydatek, wcale nie prosi o to, by być jedyną… ale daj jej rok na dworze królewskim, zobaczymy, kto będzie pociągał za sznurki :)
Ech, Bardzie, to Ty, a już myślałem, że jakieś nowe portalowe odkrycie :)
Ale dzięki Tobie czułem się odkrywcą, wszystko ma swoje dobre strony! 
Witam,
Powiał więc mocniej i wcisnął do wnętrza
Wcisnął co do wnętrza?
powoli wciągnęła nosem powietrze.
Jakoś nie brzmi. Może wciągnęła powietrze do nozdrzy? Albo w ogóle zrezygnować z określania, czym, skoro pojawi się w dialogu?
którą jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, a drugą wyciągała z włosów kościaną szpilę
Skoro są czynności dokonane i niedokonane w jednym zdaniu, warto to jakoś uporządkować. Może: (…) nad głowę, drugą dłonią w międzyczasie wyciągając (…) – też nie jest przepięknie, ale trudniej się pogubić.
nie wyglądała już na dziarską kobietę. Zgarbiona sylwetka podparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że wyglądała znacznie starzej.
powiedziała trzęsącym głosem
Lepiej: drżącym
Ilga odwróciła się głośno szurając i stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.
Zrozumiałem po interpunkcji, że szurała i stukała w trakcie odwracania się, czy taka była intencja?
z mocnymi rysami i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało niemal jak wyrzeźbione.
Babka zmrużyła powieki. W tym gładkim obliczu przybysza
Zastrajkowała mi wyobraźnia, bo mocne rysy odczytałem jako ostre, wyraźnie zaznaczone, a potem pojawia się ‘gładkie”
kąciki jej wąskich ust uniosły się nawet na chwilę w czymś, co od biedy można było uznać za uśmiech.
Troszkę przekombinowane jak na mój gust.
izbie wypełniła woń pasternaku
izbę wypełniła (…)
Światło z łuczyw odbijane przez metal, rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.
Mosiądz był aż tak wypolerowany? Bo klinga zardzewiała.
torby ponownie, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty.
“ponownie” można się pozbyć, stwarza wrażenie dwóch grzybków w barszczu (choć u nich zupa grzybowa gęsta :) )
wskazując na licznie pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością wiszące pod sufitem
Coś tu się posypało ze składnią, albo miało być “liczne”
– Puszczaj nikczemniku – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie,
A wykrzyknik? I przecinek według uznania…
się w jego szyi, Silnie
Kropka zamiast przecinka
Podobało mi się sprawne prowadzenie akcji – opowiadanie samo zachęcało do czytania, napięcie stopniowo rosło, sygnalizowałeś wyraźnie (ale nie nachalnie) czytelnikowi, że coś się nie zgadza. Zakończenie też zgrabne (trochę makabryczne, czy muszą go jakoś poćwiartować, żeby się zmieścił do dzika?). Ładnie opisane reakcje i uczucia bohaterów, dużo mimiki i gestów, zasada “pokaż, nie opisuj” spełniona w 100%. Od dziś przejeżdżając przez Fordon będę pamiętał o Róży (ciekawe, czy ma coś wspólnego z dziewczyną z przystanku? ;) ).
Zalew Koronowski to dobre miejsce na kajak, można pływać cały dzień i się nie znudzić.
Warto jeszcze przejrzeć ewentualne powtórzenia, gdzieś zauważyłem siękozę, ale potem mi umknęła, więc nie jest bardzo dokuczliwa. Stylizację łyknąłem, ale nie jestem ekspertem :)
(opartej o normę PN-EN ISO 9241
Drogi Autorze, czy mógłbyś uściślić, o którą normę serii 9241 Ci chodzi? I jak owa norma ma się do zapisu dialogu ogólnie uznanego w literaturze wydawanej w języku polskim?
Cały fragment to jeden wielki opis techniczny, którego nawet nie mam ochoty sprawdzać pod tym względem, ponieważ nie porwał mnie fabułą. To, jak są wykonywane spawy, to tak zwane tło historii, które dodaje jej wiarygodności, lecz w tym fragmencie niestety nie widzę owej historii. Moim zdaniem nie jest to najlepszy sposób na zaprezentowanie siebie i porwanie czytelnika.
Wstyduniema
zlepka ;) spacja uciekła
Melendurze, bo ta zlepka to w zamierzeniu jej imię (choć zakończenie wskazuje, że nie zawsze takie nosiła). Miała być Jękumiła, bardziej słowiańsko brzmi. Choć nie zaprzeczam, że może mieć siostry, a kiedy każda z nich dostanie się na monarszy dwór, dokonają okrutnej zemsty na tym, kto im złamał serca za młodu. Lecz, oczywiście, to tylko plotki ;)
Natura ulepiła ją z trzech żywiołów. Z wody wzięła cierpliwość, z ziemi siłę, a z ognia wolę walki
Samo to zdanie może być tytułem oddzielnego wyzwania – opisz dalsze losy bohaterki :) Bardzo ładne!
Marszawo, żadne oszustwo, tylko spryt! Nie tylko stworzyłaś tekst… no może nie bez, ale z małą ilością przymiotników, ale przy tym zakończenie wywołało spory uśmiech!
Mam nadzieję, że mięśniak z tła obrazka również ma poczucie humoru, ciekawe, jaka jest u niego stawka –np. jeden przymiotnik, jeden obcięty palec?
Kandydat Melendura jest za to bardzo ciekawy, od razu zacząłem się zastanawiać, skąd się wziął, jaka jest jego historia – bo ci, którzy robią wino, zwykle wiodą osiadły tryb życia, i to bardzo osiadły, przecież wino długo leżakuje, a o winorośle trzeba dbać.
Rubaszna kandydatka Barda i kobiecy ideał OldGuard zdecydowanie powinny siedzieć obok siebie na castingu :)
Podoba mi się to, że brak przymiotników wymusił zarówno metafory, jak i opis poprzez działanie – czyli uruchomił pisarskie zasoby, które są rzadko używane (z lenistwa, bo przymiotnik jest łatwiejszy w użyciu).
Tarnino, miły ten obrazek (jak zwykle), a jednak dręczy mnie pytanie, czy w trakcie wyszukiwania go nie mógł powstać choćby tyci opis? A Ciebie nie dręczy? 
A z moją kandydatką trochę się umęczyłem, jakbym sam ukręcił na siebie bicz tym wyzwaniem, bo tekst stanął okrakiem między prozą i poezją i ani rusz. Bez przymiotników trudno ułożyć dobry rytm i dobrać długość wersów, a całość zmienia się w łamigłówkę. Ech, gdybym miał moc Ślimaka, może dałbym radę…
O serce królestwa, mistrzu mądrości, berło mocy! Słowami nie oddam w pełni wdzięków Wstyduniemy, choćbym nawet słodził je miodem, nurzał w wonnościach i ubierał w jedwab! Wszystko w niej bowiem zniewala i olśniewa!
O panie, wyobraź sobie stopy, co ledwie płyną nad ziemią, głaszcząc ją z lubością, łydki, co przykuwają spojrzenie i wiodą je wzdłuż krągłości coraz wyżej, aż ku amforze ud. Tam zaś ukrywa się słodycz i ogień, dojrzewa nektar rozkoszy, czekając na tego, kto odważy się go skosztować! Talia wybranki aż woła dłoni, by ją zamknąć w okowy palców i przyciągnąć do siebie! Brzuch kołysze się i tańczy, błyska gładkością skóry, w mig czyniąc ze wzroku niewolnika. Wzgórza piersi nabrzmiewają pragnieniem, pachną wanilią, miętą i rumiankiem. Kaskada włosów opada na ramiona, lśni złotem, faluje na wietrze.
Gdy wargi rozchyli, co goreją czerwienią, słychać szept liści akacji i lipy. Oddech jest powiewem znad łąki w południe, spojrzenie skokiem w głębiny jeziora! We łzach zamknęła chłód mórz północy, w kropli potu zaś drzemie skwar gajów południa. Gdy się śmieje, milknie ze wstydu skowronek, gdy się złości, grzmot przetacza się po niebie. W dotyku odnajdziesz czułość narodzin, lecz kusi by skonać w ramionach z rozkoszy.
Wstyduniema z siłą ni mądrością w szranki nie stanie, lecz kandydatki OldGuard i Barda wdziękami obdzieli. Przy niej wierzyciele skarbca o długach zapomną, mściciele oręż w pościeli pogubią, zdrajcy w uniesieniu wyszepcą intrygi. W sercu nie ma zazdrości ni żalu; co raz umarło, tego nikt zranić nie zdoła!
Ślimaku, Twój wpis jest dobrym podsumowaniem wyzwania – cieszę się, że tyle osób do niego przystąpiło, a przy tym mieliśmy szybkie reakcje na opublikowane teksty. Mam nadzieję, że dobrze bawiliście się przy obserwowaniu ludzi i szukaniu inspiracji, a w Waszych opowiadaniach czy książkach wystąpią fantastyczne wersje realnie spotkanych ludzi. Bardzo podobały mi się różne wersje skupienia na człowieku, opisie nie tylko zewnętrza, ale i tajemnicy, a zgromadzenie ich w jednym wyzwaniu pozwala wybrać te, które działały na mnie najmocniej lub najbardziej zaciekawiły, a potem próbować powtórzyć na swój sposób.
To tyle marudzenia, są już nowe wyzwania, do roboty!
Reg, jestem bardzo wdzięczny za łapankę w tak długim tekście – sam wiem, jak szybko tracę czujność przy lekturze dłuższych opowieści i chochliki na końcu mogłyby biegać wokoło z dzikimi wrzaskami, a ja i tak bym ich nie zauważył.
Szczególnie dziękuję za bukłaczek, na który sam nie wpadłem, być może zmęczony czytaniem tłumaczeń lub oryginałów tekstów o mieszkańcach Skandynawii i ich przedmiotach codziennego użytku. Teksty pisane przez archeologów były dość “suche” językowo, albo były w nich pojemniki, albo naczynia, albo duże bukłaki – a wystarczyło zdrobnić :)
Cieszę się, że przy tym zbytnio się nie nudziłaś, a przy tym odgadłaś intencje wplecenia lżejszych fragmentów – choć pamiętam jeszcze z konkursu, że z humorem różnie bywa :)
Beeeecki,
Dziękuję za przeczytanie – to podstawa przy tak długich tekstach :)
I w dodatku za uwagi, które w tym tekście znajdą odbicie kosmetyczne (poza literówką), ale które bardzo pomogą mi w pracy nad Rzeką Nienawiści – która ma już szkielet fabuły, a teraz rośnie na nim literowe mięsko.
Rzekę Mieczy troszkę podrasuję (łącznie z propozycją Ostama), kiedy będę miał lepszy dostęp do internetu – na razie świątecznie pojechałem na Mazury, jedna mizerna kreseczka zasięgu, nie podejmuję się dłubać w tekście kiedy ledwo ładuje się strona.
Nie miałem pomysłu na Rzekę Mieczy podczas pisania Rzeki. W trakcie pisania Rzeki Mieczy miałem natomiast już pomysł na Rzekę Nienawiści, żeby doprowadzić bohaterów do pewnego stadium, szczególnie Nilę, ale również Charona. Charon się otworzył i ma teraz dwójkę przyjaciół, czyli więcej do stracenia i więcej powodów, żeby się wkurzyć. Hades również, ich konflikt jest nieunikniony, jak w tragediach. A Rzeka Nienawiści ma doprowadzić do Rzeki Lamentu, która będzie rozstrzygnięciem.
Na razie wyzwaniem są objętości, Rzeka Nienawiści wychodzi na 120k i nie da się mniej, bo jest w niej tłum bohaterów. Będę też odkładał serię, żeby pisać inne rzeczy w międzyczasie.
Pozdrawiam!
Nie, budżet Wyzwań nie wzrósł na tyle, żeby wezwać ducha Josha Kirby do pomocy – choć jakieś widmo za tronem się plącze, może to on ;)
Hej,
Belzebub uniósł głowę ze swojego posłania i przyglądał się długiej sylwetce
Zabawniej: stanowczo zbyt długiej sylwetce
Wpadł do sypialni (,) gdzie twardo spała Halina.
Kocur udał się za suką, co chwilę przeciągając
Głodny był, bo zjadł jedno “się”. Może: Kocur podążył za suczką, co chwila się przeciągając
Potwór powoli zbliżył się
Potwór był coraz bliżej – usunie siękozę
Potwór otworzył paszczę, prezentując trzy rzędy kłów.
– Pożrę cię teraz – wycharczała.
Rozumiem walkę z powtórzeniami, ale rodzajnik się nie zgadza.
Zamiast potwór można użyć czegoś bardziej… żeńskiego ;)
Miałem też problem z “wytoczyła”, ale nie wiem, co dokładnie miałaś na myśli, więc nie podpowiem, jak to lepiej napisać
A całość zgrabna, dużo się dzieje, jest budowanie napięcia, dobrze się czyta!
W mitologii skandynawskiej Freja ma do rydwanu zaprzęgnięte dwa koty, ale każdy ma niestety tylko jedną głowę.
Rasy norweskiej leśnej oczywiście!
Czy jestem osobą? Czy jestem osobny? Jestem. Myślę. Ale nie wiem, czym jest człowieczeństwo. Czy brak potrzeb nie stawia mnie poza nim? Czyż życie ludzkie nie sprowadza się do zaspokajania? Czy to, że wciąż myślę i pamiętam ciebie, daje mi prawo do określania się jako osoba? Czy jestem zdolny do emocji, które tak dobrze pamiętam? Czy ty jesteś zdolna zobaczyć we mnie swoje, odbite jak w lustrze, uczucie?
Ten fragment podobał mi się najmniej, bo to okrutna łopata. Jakbyś nie wierzyła, że czytelnicy zgadną (nie wierzyła w siebie i swoje mocne pióro? Come on, akurat Ty potrafisz!) i poczują. Więc to trochę droga na skróty. Albo chciałaś, żeby koniecznie wszyscy rozumieli to opowiadanie tak samo.
A nie muszą. To bardzo dobre opowiadanie, cudowne dialogi, aż łezka się kręci. I nic się nie stanie, jeśli ktoś wyniesie z niego coś innego.
Chyba że chciałaś pokazać, jak bardzo jest cyborgiem, więc nagle zaczyna bawić się w filozofa… albo to mu się “ulało”, myślał o tym, i już nie mógł wytrzymać. Możliwe. Może był filozofem w cielesnym życiu.
Reszta jest śliczna, strajkuję z łapanką językową, bo chciałem wczytać się w sens i poczuć go, a nie oglądać każde słowo jak żabę na wiwisekcji. I za resztę masz klik błyskawiczny.
Ech, żarty się Was trzymają. Przecież pierwszą nagrodę dostały słonie. Te na balkonie. Jak nie wierzycie, spytajcie Michaela, będzie mógł zeznać pod przysięgą, że tak się stało :)
Dziękuję Wam za wpisy – chciałem w pierwszym odruchu napisać “Jury”, ale to bardzo “odgradza”, a przecież wszyscy piszemy i mamy wyobraźnię.
Bruce, Staruszkę, śniegi i aliterację ruszyłem – poprawki przede wszystkim, radość potem :) I za życzenia też dziękuję, sam życzę odmiany od codzienności i skupienia na ludziach, wszystko jedno, czy mamy na myśli bliskich, czy zaniedbywane w codziennym pędzie “ja”.
Marszawo,
jeszcze ta symboliczna moneta, która sugeruje, że ich drogi kiedyś jeszcze się przetną
W “Rzece nienawiści” napisałem już scenkę, w której mogą się przytulić, bo jak dotąd tylko ich rozdzielam. Ale ten projekt to objętościowy kloc jakich mało, chyba będę musiał wrzucić na forum w dwóch częściach.
Michaelu,
Wygrałeś, dostałeś piórko, czego chcieć więcej
Wyślę w wiadomości, czego ;)
że tworzysz kontynuacje w szortach
Szorty są raczej spontaniczne, te z “rzeką” w tytule raczej waga ciężka.
Pozdrawiam i dziękuję za cały konkurs!
Finklo, ona jest bardzo śpiąca. Jestem skowronkiem, więc gdyby o tej godzinie ktoś rozpoczął dyskusję, to szczerze wątpię, czy wykrzesałbym z siebie więcej niż przedszkolaka :)
Na szczęście nie ma na to żadnych szans, uff :)
teraz mogę czekać spokojnie
Una, w “Smętarzu dla zwierzaków” Stephena Kinga stworzonka zewnętrznie też wyglądały dość podobnie jak za życia.
Gdybyś nie dał na końcu imienia, miałbym więcej zabawy. I tak miałem. Już naga Maja naprowadza bardzo wyraźnie, ale obrazowym kluczem było rozstrzelanie powstańców i słowa skazańca o pożeraniu dzieci – “Saturn pożerający własne dzieci” .
Maria to księżna Alba. A resztę zagadek zostawiam dla pozostałych :)
Mógłbym się przyczepić, że w scenie walki matadora nie wyróżnia się moment uderzenia. Pisana jest w świetnym tempie, krótkimi zdaniami, dopiero na końcu jest spokojniej, ale w samym środku nie wyczuwam kulminacji.
Poduchy wetknięte pod odleżyny, ranią miękkością
Moim zdaniem albo dwa przecinki, albo żaden.
Kompozycja nieco rwana, ale jest to związane z podziałem na obrazy. Ładnie spina to niedołężny artysta. Widać, Bardzie, że robiłeś, co mogłeś, więc chylę czoła!
Hej,
Łapanka robiona w przelocie:
Jako ludzie bardzo cenicie sobie wolny wybór
Lepiej: Wy, ludzie, cenicie sobie wolny wybór
Tworzyły wzory, których nie dało się powtórzyć
Płynniej w całości opisu zabrzmi: Tworzyły zmienne, niepowtarzalne wzory. Albo bardziej poetycko, np. Rozkwitały w zmienne, niepowtarzalne wzory
Co do metafory z oddychającymi cieniami, niech się forumowi poeci wypowiedzą :)
Całość zgrabna i wcale nie wygląda jak opowiadanie wrzucane pierwszego kwietnia!
Podobała mi się zmiana postrzegania męża przez bohaterkę, to przemyślany element, dodaje głębi całości.
Jest fantastyka, jednocześnie poznajemy bohaterkę i jej myśli, więc nie odbiegamy tak daleko od ludzkich spraw.
Jest i drugie dno, bo “abażur” to synonim ozdobnika, który minimaliści wyrzucają z opowiadania, bo tylko zwiększa ilość znaków. A tutaj gra istotną rolę. Ładne.
Jestem w pełni ukontentowana
Jestem w pełni ukontentowana
Ech, jak się pojawiają dwie ukontentowane kobiety, to nawet nie trzeba sprawdzać daty 
Człowiek się przywiąże, rozczuli, a potem ciach
Una, on ma pancerz fabularny z mitologii, ma leżeć przed bramą, pilnować i czasem warczeć, to będzie mógł to robić.
Tylko to 
A jak!
My, autorzy, też reagujemy szybko. Chciałaś droubbla, to masz!
I Puszka też będziesz miała, tylko w “Rzece Nienawiści”.
Fajnie jest składać takie deklaracje pierwszego kwietnia, zawsze się można wykpić :P
najbardziej wciągnął mnie wątek Charona i Cerbera
UnaBomba, cieszę się, a wątek Eddarda Starka (władcy Winterfell) w Grze o Tron też? To w kontekście dalszych części. Cerber nie posiada pancerza fabularnego, bo nie ma go w tytule serii 
Wyciąć “zaledwie” 65 słów i będzie droubble jak się patrzy ;)
OldGuard, No cała Ty, czy to… wyzwanie?
Melendurze, sarkazm kłóci się z wyzwaniem wywalenia 65 słów, bo właśnie ta kwestia najmniej się… klei do reszty ;)
Bardzie, jak mawiali Rzymianie, klikunia non olet!
Przeważnie wychodzi to albo banalnie albo nachalnie, jeśli nie wynika z fabuły
Tajna lista wyzwań się wydłuża, ale to dobry pomysł na wyzwanie samo w sobie – napisać opowiadanie, które ma wywołać u czytelnika określoną myśl, bez podania tej myśli wprost. Teraz tylko pozostaje wybrać odpowiednio przewrotną myśl 
to nie związałam się ani z braćmi, ani z żoną. Co do tego ostatniego, to może i dobrze;)
Zważywszy na wątek kryminalny, ryzykowny…, czworokąt? XD
Poranek przygniótł ich ciężarem. Noc nie przyniosła ukojenia; zakwasy i ból nie pozwalały odpocząć.
Znowu? Poprzedni dzień też się tak zaczynał. Czytelnik tez od razu czuje się zmęczony.
Lustrował stertę w milczeniu, mrużąc oczy w skupieniu.
Niezamierzony rym i powtórzona konstrukcja, razem brzmią niezręcznie, zwłaszcza przy czytaniu na głos.
zmęczenie ustąpiło cichej dumie.
Tutaj jest opisywanie zamiast pokazywania
– To żrący ług – wyjaśniła ciszej, dostrzegłszy jego zdumienie. – Zniszczysz go przy pierwszym kontakcie.
Nie jest jasne, do czego odnosi się “go” w drugiej kwestii dialogowej
Cząsteczki muszą mieć tę samą energię, by się połączyć
Dyskusyjne i do niczego nie służy
– aromat rodzącego się mydła.
– Jaki los go czeka? – przerwała ciszę. – Jest silny, zaradny, garnie się do pracy
Mniej uważny czytelnik uzna, że chodzi o los mydła, i dopiero w drugiej kwestii dialogowej zauważy, że o Gniewka
Norałeś się w błocie cały dzień,
Literówka czy nowomowa?
Mam wrażenie, że ta część zawiera również metaforę całości zamierzenia – czyli czytelnik powinien cierpliwie czekać na rezultat pracy w postaci kolejnych odcinków, w nadziei, że do czegoś doprowadzą. O ile w pierwszych częściach było zagrożenie, motywacja, cel, to teraz stały się dość odległe. Mają co jeść, miecz Damoklesa nad nimi nie wisi, nie czuć zagrożenia ani ze strony puszczy, ani ze strony ludzi. Brak jest antagonisty. Nie dowiaduję się wiele o wierzeniach ani obyczajach.
Niczym Gniewko, żyję nadzieją, że cały ten trud ma jakiś cel :)
o wiwatach na hobbyhorsingu (XD)
Etap hobbyhorsing przechodziłem z córką. Do tej pory w garażu walają się resztki przeszkód do skoków, dla których trudno jest mi znaleźć inne zastosowanie, ale pewnie jakieś się uda. A pod łóżkiem mam magazyn tkanin do szycia głów końskich.
Ekipa budująca kanalizację pożyczyła na przykład niedawno koziołki z oznaczeniem wysokości skoku w cm, bo skończyły im się tyczki metrowe przy wyznaczaniu spadku rury. Zatem nadzieja jest.
Jak napiszesz opowiadanie o hobbyhorsingu, w którym bohaterka nagle ląduje na grzbiecie jednorożca, to nie będę kwękał, że nie rozumiem emocji związanych z tym sportem xD
Lugosi, ładne to, i między wierszami ładnie wybrzmiewa wrażliwość obserwatora. Długaśne, ale wyczarowuje niecodzienność z każdej chwili. To wręcz manifest uważności :)
Ja byłem zdezorientowany, bo wyobraziłem sobie dyndające nogi wisielca, ale potem dyndające nogi osoby siedzącej na parapecie. A ponieważ w życiu montowałem trochę karniszy i prowadnic do zasłon stwierdziłem, że chodzi o skok, bo karnisz nie wytrzyma ciężaru człowieka.
Każdy czyta przez pryzmat swoich doświadczeń :)
Lute gody: https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32715
To opowiadanie Ambush, w którym Maciek usypia w lesie :)
W 2025 roku było jeszcze jedno opowiadanie anonimowego autora, w którym zagubienie w lesie symbolizowało śmierć, ale zniknęło z forum. Nieco przeładowane symboliką jak na mój gust, ale poza tym ładne. Szkoda.
Robi się off-topic, to już znikam 
Zjawisko to jednak jest tak powszechne, że pisanie o nim w tle tego szorta, mijałoby się z celem. Propozycji osadzenia tego wszystkiego jeszcze w jakichś tam konkretnych realiach politycznych, nawet nie skomentuję.
@Bartkowski.Robert
Ale z polityką to żart był
Co wobec treści opowiadania ma drugie dno ;)
Czy powszechne… dla mnie nie. Zależy, w jakim środowisku się obracamy. Stąd pewnie jedne osoby odczytają kontekst i będą czuły atmosferę zbiorowej “śmiechawki”, inne nie. Ale nie wszystkie opowiadania zrozumieją wszyscy, nie da się takiego napisać. Dlatego początek mi nie podszedł, ale dalsza część tak, bo skupiała się na człowieku i trudnych relacjach.
Przypomniałem sobie, jak kiedyś w opowiadaniu Ambush bohater zabłąkał się zimą w lesie, co symbolizowało jego śmierć. Zupełnie tego nie zrozumiałem, bo las jest dla mnie naturalnym miejscem do nocowania. więc dopytywałem się, dlaczego tak urwała wątek :) Jesteśmy różni. Czasem w trakcie pisania wydaje się nam, że wszyscy mają podobne doświadczenia.
Krótkie opowiadanie, więc krótka opinia:
Napisane składnie i dobitnie. Nie powiem, żebym widział świat oczami bohaterki, ale bez problemu mogłem oglądać jej poczynania nieco z boku :) Ma swój styl.
Problem w tym, że zaginie w tłumie innych historii, bo walczy z nimi zagęszczeniem cierpienia i mroku w ilości tekstu.
Denerwował mnie nóż do sera. Na początku jest nożem do sera, zgoda. Ale potem powinien się stać tym “nożem”, bez dodatkowych określeń. Dobrze, że do sera, a nie do pizzy :)
Źle zrozumiałeś zakończenie
Prośba: starajmy się nie pisać tak komentarzy. Każdy użyszkodnik forum może rozumieć tekst tak, jak chce i otwarcie się o tym wypowiadać. Jest przecież dużo strawniejsza forma:
Ja rozumiem zakończenie inaczej (niż Ty)
Zajrzałem, przyzwyczajony do Twoich krótkich tekstów. A tu znowu bomba :)
Jest długo. Jest też klamra kompozycyjna, powrót do wątku z początku, która spina całość, Dobrze, bo na początku jest nieco dygresyjnie (żeby nie napisać chaotycznie). Miałem poczucie, że walczysz z wejściem we właściwy wątek, czyli “opętania” Brygidy. Czym ono jest, do końca nie wiemy.
Po przeczytaniu miałem poczucie, że całość zyskałaby na mniejszej dosłowności. Mogłabyś zostawić czytelnika niepewnego, czy pewne rzeczy się rzeczywiście wydarzyły, czy są wynikiem obłędu. Bo przecież mogła próbować zrobić aborcję nie będąc wcale w ciąży. Całość mogła być ułudą, która prowadzi do samookaleczenia i śmierci – lub prawdą, zależnie od interpretacji.
Przez pewien czas historia jest tak prowadzona, i ta część najbardziej mi się podobała. Fascynacja ciałem Aleksandry jest dobrze opisana – może szkoda, że tylko ciałem/włosami, ale każdy wybiera to, co lubi i do gustów Brygidy się nie wtrącam xD. W środku opowiadania narastało napięcie.
W końcu pojawia się potrojona scena erotyczna – w drugiej odsłonie pojawia się diabeł, w trzeciej już mamy ostry seks. Napięcie również narasta, ale brakowało mi nieco wrażeń bohaterki. W drugiej scence bohaterka czuje zawód, choć nie widziałem tam nawet “gry wstępnej” – dosłownej lub w przenośni. Z kolei w trzeciej bohaterka odzyskuje przytomność w trakcie penetracji, i wcale nie jest to dla niej przyjemne. Opisałaś to w taki sposób, że gdybym był Brygidą, spędziłbym cały miesiąc na klęczkach, prosząc, żeby to się nie wydarzyło, a nie za tym tęsknił. Owszem, w tej samej scenie mamy “wszechogarniające ciepło”, ale potem ją “mniej boli”. Zaś dalej w opowiadaniu są tylko streszczenia kolejnych spotkań.
Nie odczytuj tego proszę jako prowokację do pisania “mocniejszych” scen, bo ogólnie erotyka dla wielu osób chyba jest tematem trudnym. I tak Twoja scena jest odważna (zaraz ktoś napisze, że wcale nie jest, każdy ma inny próg :) ). Mam na myśli wyrażanie tego, że bohaterce jest “dobrze” – ech, te eufemizmy, że umiera z rozkoszy :) Nie potrzeba do tego mocnych słów, tylko przekonujących. Nie wiem, w którą stronę chciałaś rozwijać Brygidę i co ją “kręci” – w każdym razie pod tym względem jest dość nijako. Znowu – nie oczekuję wdawania się w szczegóły, tylko opisania towarzyszących uczuć. Albo napisania, że ich nie było, i właśnie to ją kręciło, czysto mechaniczna stymulacja. Tylko że na końcu nazywa go ukochanym.
Widzę, że łamie reguły zakonne, ale nie widzę wyraźnie, co jest na drugiej szali.
Nawet komentowanie erotyki jest trudne, bo to jak pisanie o humorze – każdego śmieszy coś innego.
I jest dobry temat na wyzwania tygodniowe :)
Michaelu,
Wydaje mi się, że gdyby lepiej osadzić początek w realiach społecznych, to dobrze wybrzmiałaby myśl, którą poczułem wyraźnie dopiero wpisie OldGuard; ci ludzie przyszli specjalnie, żeby się pośmiać, ponieważ być może nie mają już do tego okazji. Może to jakiś oczyszczający rytuał, więc dowcipy mogą być czerstwe, równie dobrze mógłby wyznaczać je śmiech puszczany z taśmy. Widzowie śmieją się z czegokolwiek, bo specjalnie tam przyszli i zapłacili, więc trzeba się bawić.
Gdyby na przykład na początku pojawiła się wzmianka, że dzieje się to w pewnym dużym kraju, nazwijmy go nawet mocarstwem, za czwartej kadencji pewnego prezydenta… to przełknąłbym początek całkiem gładko :)
(no, nie licząc 30-kilku tekstów w różnym stadium ukończenia)
OldGuard, przerażasz mnie 
Witam!
Szumne rozpoczęcie, którego nie kupiłem, a to ze względu na sformułowanie, że jest to ostatnia gwiazda wieczoru. Ta jedna kwestia dialogowa zrujnowała całą logikę. Skoro są na specjalnej sali projekcyjnej, a bohater jest ostatnim występującym artystą, to znaczy, że ktoś przed nim również przedstawiał projekcje. Oklaski w momencie, kiedy tylko “wyczarował” dwóch mężczyzn i automat nie zabrzmiały w tym kontekście wiarygodnie – czyżby poprzednicy byli tak nieudolni, albo technologia słabo zaawansowana? W takim razie po co ludzie chodzili na seanse? Druga wersja: siedzą na specjalnej sali do projekcji, ale tylko bohater potrafi obsługiwać Aurę, a wcześniejsi to “zabawiacze” przed głównym występem. Jakoś nie spina mi się to ekonomicznie ze względu na koszty utrzymania sprzętu, i czy pięć minut skeczu jest atrakcją? :/
Ech, gdybym mógł wyrzucić to zdanie z głowy, wszystko układa się w ładną całość. Ale skoro zostało wypowiedziane, nie dam rady…
Z drobiazgów, bohater wpatruje się w mrok za kurtyną – jak mam to rozumieć?
Po tym początku, na którym się wyłożyłem, dalej było za to dobrze i to nawet bardzo dobrze. Uwielbiam dialogi, w którym coś wybrzmiewa między wierszami. Tutaj był nawracający “zgrzyt”, coraz głośniejszy, czytelny dla nas, nieczytelny dla gawiedzi, która przyszła się bawić. Kontrast całkiem przyzwoitego komizmu sformułowań i ukrytego dramatu artysty jest świetny. Od pierwszych kwestii spodziewam się dramatycznego zakończenia, a kolejne skecze krążą wokół tematu, nawracają, jakby bohater rozdrapywał ranę.
Koniec był zgodny z oczekiwaniami, bez nagłego zwrotu i zakręcania myśli czytelnika w supełek (ale mam przeczucie, że Autor i takie rzeczy potrafi zrobić i mam nadzieję, że kiedyś zrobi
). Po prostu zgrabnie domykał historię.
Ostamie,
Dzięki za przeczytanie!
Przeskoki rzecz-osoba są moją zmorą, bo jestem fizykiem i przez długi czas pisałem tylko o rzeczach. W dodatku zaczynałem w epoce, kiedy grono betonowych profesorów dbało o to, żeby język naukowy był bardzo martwy i sztuczny, a widzimisię jednego potrafiło narzucać dobór sformułować w całej dziedzinie, bez konkretnego uzasadnienia (takie państwo to ja – język to ja :) ).
Pewnie będę z tym walczył jeszcze w kilku historiach, w tej jeszcze przejrzę, co się da zrobić!
Pomysł z zagrożeniem na rzece dobry, choć muszę to przemyśleć zanim wprowadzę. Bo rany niewiele zmienią, skoro w mitologii obaj bohaterowie są nieśmiertelni. Ponoć skóry Cerbera nie da się przebić bronią białą. Jedyny sposób to uczynić truciznę płynącą w wodach Slidru na tyle agresywną, żeby nawet nieśmiertelnym zostawiała ślady na skórze. To wymaga nieco większego gmerania w historii, bo muszę zmodyfikować nie tylko opis ich zmagań na rzece, ale i późniejsze sceny, kiedy wbiegają na most (jako że wcześniej wodospad rozbił im łódkę, więc na pewno wpadli do wody).
Konkursu żadnego nie mamy, w opowiadaniu można grzebać do woli, więc pewnie w wolnej chwili to zrobię, bo rzeczywiście poprawi dramatyzm!
Ale się namnożyło wpisów!
U OldGuard czuję tajemnicę przez duże T. Poza tym, jako jedyne, zaczyna się od wprowadzenia, które ukierunkowało mnie na to, na co mam zwracać uwagę. Niektórzy czytelnicy przy takich zabiegach się jeżą, ale tutaj była to klamra kompozycyjna. Zatem byłem skupiony i szukałem rzeczonej maski lub jej braku, a jednocześnie już od pierwszego zdania pojawiło się napięcie, oczekiwania i tajemnica – bo zdjęcie maski zawsze jest takim szczególnym momentem.
A jak już udało się zwrócić uwagę na początku, to dalej zaangażowałem się w historię. Nawet niedopowiedzenie mi się podobało :)
A u Beriga nie dłużyło mi się ani trochę! Przez chwilę się zastanawiałem, czy można skrócić opowiadanie, by powiedzieć to samo – i może o jeden tatuaż dałoby radę, ale nie ten ostatni :) Podobało mi się to, że narrator nabrał przekonania o niezwykłości nieznajomej jeszcze przed ostatnią sceną z różą – dzięki temu scena skupia się na pocałunku. Poza tym w całości opowiadania dziewczyna cały czas jest w centrum, wszystko dzieje się dookoła niej.
Za to zgubił się chłopak z bukietem – odczytałem to z początku tak, że macha do niej. Dopiero z reszty scenki wywnioskowałem, że po prostu tajemnicza nieznajoma też zwróciła uwagę na różę.
Dziękuję za wizytę, dobre słowo i czujne oko! Ech, te drobiazgi, zawsze się znajdują – w cudzym tekście łatwiej łapać :)
Smutne zakończenie w historii o śmierci to rzeczywiście łatwa ścieżka. W połączeniu z wyświechtanym motywem Charona byłoby to łzawe – i w zasadzie tyle.
A wytrzymałość bohatera będzie jeszcze testowana :)
Storm, również dzięki za dobre słówko!
Czas zmierzyć się z cieniem, na szczęście nie własnym :)
Opowiadanie naprawdę ładne. Gdzieś w komentarzach widziałem propozycję rozwinięcia historii, ale dla mnie to takie domknięte pudełeczko, w którym nie ma ani za dużo, ani za mało.
Jasne, że sam motyw można rozwinąć do powieści, ale nie będzie od wtedy jej istotą, bo trzeba cieniowi dać jakieś zadania. Tutaj ma przedstawienie jednego aktora, jeden dzień.
Wzruszyłem się czytając. Bardzo podobał mi się sposób opowiedzenia – łatwo można było tutaj uderzyć w ciężkie tony, w płacz i lament, a cień jest spokojny, lekki (co oddaje jego istotę), ulotny. Momenty, w których się czemuś dziwi, potrafią swoim spokojem rozedrzeć serce, tylko tak po cichutku. Dobór słów, melodia zdań, wszystko świetnie zagrało językowo i na myślach!
P.S. Cienie mogą mieszkać w zaułkach szpitali. Tam nigdy nie gaśnie światło – dosłownie, bo metaforycznie już tak.
Ślimaku,
Dałem Cerberowi wtrącenie po powąchania, może jeszcze coś znajdzie.
Co do koncepcji i niedomkniętych wątków, to rzeczywiście, niektóre nie wybrzmiewają do końca. Zarazę widzimy w apogeum, nie widzimy konsekwencji. Równocześnie na samo wspomnienie mitologii nordyckiej widzimy Odyna i Thora, bo zapamiętujemy ostateczny, średniowieczny kształt tej mitologii. Ona ewoluowała przez wieki, i w czasach Nili w tych bogów po prostu nie wierzono. Tak samo może dziwić, że nie wspominam o Walhalli. Jest to wydzielona część zaświatów, przeznaczona dla wojowników poległych w walce. co jest nieodłącznie związane z obrazem wikingów, który znamy z licznych źródeł.
Czasy opowiadania to czasy przed wikingami. Wprawdzie ludzie północy nie dają sobie w kaszę dmuchać, ale walka nie jest dla nich priorytetem. Mają Tyra i bóstwa związane z naturą, nie potrzebują całej czeredy innych bogów ani Walhalli.
Tutaj wrócę do zarazy i do całego zamysłu. Opowiadania to okienka, przez które obserwujemy wąski wycinek świata. Skoro w tym jest zaraza, to w kolejnym będą konsekwencje. A konsekwencją będzie zburzenie ładu społecznego i niepokój. Obudzimy się w świecie, w którym ludzie, zamiast płakać po ofiarach zarazy i pokornie odbudowywać wioski, zaczęli szukać we wzajemnym osłabieniu okazji do podboju. Pojawi się jarl zamiast szamana-przywódcy. Dotychczasowi wyrzutkowie, rabusie i mordercy (w tym zabójcy rodziców Nili) będą mogli śmiać się w twarz ofiarom, bo pojawi się zapotrzebowanie na wojowników.
To tyle na temat kolejnego opowiadania. Tytuł mogę zdradzić, “Rzeka nienawiści”.
W zamyśle mam jeszcze jedno opowiadanie, ponieważ Twoje pytanie o limbo i te wszystkie błąkające się dusze też domaga się satysfakcjonującego rozwiązania. Różnica między zaświatami nordyckimi, gdzie przyjmowano wszystkich (prawie, tych najgorszych zjadał smok) a greckimi, gdzie sądzi się dusze i wymaga monety już na starcie jest na tyle znacząca, że można na niej zbudować trzon fabuły.
W “Rzece mieczy” Nila przechodzi od dzieciństwa w nastoletniość. W “Rzece nienawiści” Nila będzie typową nastolatką, która może już poczuć nienawiść. W “Rzece Lamentu” zobaczymy ją w momencie przejścia z nastolatki w młodą kobietę, też dojrzeje do pewnych uczuć.
Nie obiecuję, że napiszę to szybko, pewne koncepcje muszą mi się uleżeć w głowie.
A co do niedźwiedzi – nie, nie jest to łączenie światów. Lubię jednak, kiedy każde imię coś znaczy i dodatkowo opisuje postać. Imiona skandynawskie nie były przypadkowe i u mnie też nie są.
Jeroh,
Miło zobaczyć i jestem ogromnie wdzięczny za łapankę w tak długim tekście! Wiedziałem, że gdzieś muszą się kryć literówki i powtórzenia :) I cieszę się, że lektura sprawiła przyjemność. Celuję raczej w utrzymanie równego poziomu cyklu, ale równocześnie chcę, żeby każde opowiadanie było nieco inne – zobaczę, czy to się uda.
W mitologii indyjskiej też jest rzeka z mostem i dwa pieski :)
ale nawet nie miałem klimatu prawdę mówiac co pisać. Po konkursie doznałem takiego znięchęcenia do pisania, że głowa nie mała.
Rolą wyzwań tygodniowych jest między innymi wyrwanie z rutyny. Ale jest jeszcze jedna zasada: nie czujemy w ogóle weny – nie piszemy (jeśli nie robimy tego zawodowo). Czasem warto jest porobić coś zupełnie innego.
Na to, co napiszemy mają wpływ wszystkie wrażenia. Więc nawet jeśli nie piszemy, zbieramy wrażenia. To takie ładowanie bateryjek :D
No właśnie Cerber sobie nie radzi, Charon będzie musiał za każdym razem wozić go tak, żeby ominąć Flegeton. Ale Przewoźnik jak widać zna skróty :)
Greckie podziemia mają pięć rzek, a już z mapą miałem problem, bo jak coś może opływać krainę wiele razy? Dodaj jedenaście skandynawskich i jest istna makabra xD
Finklo, rzeczywiście, ale mi bestia wyszła z sześcioma parami oczu xD
Tak, fragmentaryczność to wada serii. W tej jest ledwie zarysowana wcześniejsza więź między Charonem i Nilą, zaledwie kilka zdań.
Przy kolejnym opowiadaniu o tej dwójce przypomnienie będzie w początkowym dialogu. Inaczej musiałbym niedługo je opublikować, zanim wszyscy zapomną Rzekę, a nie chcę pisać wyłącznie tej serii ;)
Cerber się zawiesił, bo się boi ognia (do Tartaru nie chodzi, tylko cały czas siedzi przed bramą, w swojej “skrzynce”. Napiszę to jaśniej.
Garm to na razie szczeniak. Ogólnie ma rolę w mitologii, bo kiedy zawyje, obwieści Rangarok. Tłumacze sag trochę to zawikłali – spotkałem się z tym, że wezwie Fenrira, w innej wersji po prostu zaczyna cały proces. No i polegnie zabijając Tyra.
Dzięki za przeczytanie długaśnej historii!
P.S. Dopisałem kwestię dialogową, dlaczego Cerber boi się ognia. Jest zaraz po tym, jak Iksjon go zatrzymuje na moście. Domniemanie, że za młodu był nim tresowany do posłuszeństwa. Pasuje do wcześniejszego wątku, w którym Cerber robi się smutny na wspomnienie o dzieciństwie.
Kurczaki, ale to jest fajne! Czemu ja wcześniej do tych wątków nie zaglądałam ;p
Specjalnie pierwszy temat dałem luźniejszy, tak na zachętę.
Jak patrzę na listę, to później widzę tylko pisarski pot, krew, łzy i feigð 
Ślimaku, melduję, że płynne przejście od całkiem zgrabnego, poetyckiego wręcz opisu do sennych majaków odniosło zamierzony efekt :) Dysonans obu części jest wrażeniem czytelniczym samym w sobie!
Ciekawe, że jeszcze nikt nie wpadł na metaforę odbicia jako fantastycznego nieznajomego. Ale może po prostu Vacter jeszcze tu nie zajrzał :)
Beecki.
Opis bardzo odjechany, i to na dwóch kółkach, bez zbytnich zgrzytów.
Świetne skupienie na osobie, jej niezwykłość przeplata się z całością, wybrzmiewa niejako między wierszami. Jest tylko lekko zarysowana, ale wzbudza zaciekawienie. Czytałem chyba ze 3 razy i za każdy razem znalazłem coś fajnego.
Koła samochodów brutalnie szumią o mokrą jezdnię,
Ja bym pojechał :) ostrzej: hałaśliwie mlaszczą, żarłocznie liżą. Brutalnie nie zestawia się dobrze z szumem.
pozbawione cennego nasmarowania przez wodę, która wślizguje się w ich mechanizm
To jako jedyne denerwowało mnie za każdym razem, jak piszczący łańcuch, którego rano zapominam nasmarować, a wieczorem również, bo czytam portalowe opowiadanka, i tak w( )koło Macieju.
Może opisać wodę jako podstępnego szpiega, który złośliwie wślizgnął się do wnętrza?
Melendurze,
Widzę, że poszedłeś w akcję! Tajemnicza historia i przyjazny młody bohater. Chłopak był sympatyczny, tylko ilość pozostałych szczegółów bardzo go “rozmyła”, a chciałem go lepiej poznać :) Z drugiej strony świetnie, że jeden widok tak rozbudził wyobraźnię i wywołał lawinę.
Starszy, odziany w elegancki płaszcz, z którego wystawał równie elegancki garnitur.
Spod którego zabrzmi lepiej, a jeszcze lepiej byłoby to obejść, np. Starszy, odziany w elegancki płaszcz. Między rozpiętymi połami lśnił jedwab dobrze skrojonej marynarki i spodni.
Pod koniec do narracji wkrada się “wpierdol”. Niby narracja jest chłopaka, ale gdyby było to zapisane jak jego myśl – podobnie jak u Holly, to nawet bym nie zauważył.
Władczyni mroku, słowiańska Sarah Connor na emeryturze była ciekawa – wybrałaś bardzo charakterystyczną postać, która wyróżnia się i wyglądem, i zachowaniem, a nawet zapachem :) Akcji było sporo, ale tempo zgrabne! Staruszka wraca na końcu, co znowu przykuwa uwagę czytelnika – to dobry zabieg, bo czuję, że ta historia jest zdecydowanie o niej.
Witam,
Językowo pewnie doczepiłbym się w paru miejscach, ale głównie do przekombinowanych metafor, a nie czegoś, na czym się potykałem podczas czytania.
Podoba mi się pomysł na bohatera, który cały jest pozą, wyćwiczoną grą ciała. Jest taką chodzącą skorupką, stworzoną przez reżim, choć we wnętrzu znajduje się przeciętny gość, nawet wzbudzający moją sympatię. On po prostu chce przetrwać i mieć spokój. Ten wątek jest bardzo ładnie zbudowany na początku, niestety potem trochę słabiej wybrzmiewa, ale wraca jako pointa.
Środek był nierówny, miejscami przerysowany, zwłaszcza nagłe spoufalanie się z przywódcą wioski i przejścia nastroju następowały bez uprzedzenia. Rozumiem, że miał to być efekt opadającej zasłony i dodatkowy rozśmieszacz dla czytelnika, ale brakowało choć momentu zdziwienia. Sygnały, że jeden przejrzał drugiego są, ale słabo nadane. Można było to pociągnąć jeszcze bardziej komicznie, np. obaj dają sobie sygnały, kiedy grać na pokaz, a kiedy mogą wyluzować.
Myślę, że ich nagłe zgranie kupiłbym, gdyby się okazało, że to kuzyni, ale dopiero we wnętrzu domostwa mogą się do tego przyznać.
To tyle z cyklu “wujek dobra rada”, czyli narodowego sportu Polaków :)
Początek dobry, koniec dobry, środek po prostu przeczytałem, intryga z krowami przekombinowana i to zapomnę, ale scenka z kroczeniem przez wioskę na pewno pozostanie mi w pamięci na długo!
Szkocka wersja sieci handlowej “Ladybug” po prostu daje sam barwnik i aromat do torebek. U nas chociaż zachowują pozory i wsypują trociny xD
Holly, wyobraziłem sobie epilog: kolejnego dnia w tramwaju dwójka nastolatków komentuje z wypiekami na twarzach wstrząsający film, nakręcony przez przypadkowego przechodnia. Młody pisarz (kryminałów oczywiście) rozszarpany przez stado bezdomnych psów 
Ale za to kura Jolki… kura jest przecudowna i od razu przypomniała mi gadającego mopsa z Men in Black!
To opowiadanko bardzo wciąga, aż wystygła mi herbata!
W ostatnim zapisie dialogu można się sprzeczać, czy dołączyć kwestię dialogową do poprzednich didaskaliów. W tej wersji akcentujemy to, że minął czas od ostatniej wypowiedzi damy z kurą, ale “leniwy” czytelnik w kolejnej kwestii dialogowej spodziewa się narratora. Z kolei w wersji złączonej, bez nowej linii, leniwy czytelnik się nie gubi, ale nie będzie zaakcentowane rozdzielenie czasowe.
Jak mam takie miejsca w opowiadaniu, to się zawsze ktoś doczepia, wszystko jedno jak to zapiszę :)
UnaBomba, na końcu tekstu jest prawdziwa bomba :)
Fajnie malujesz obraz Babuleńki, przechodząc od tego co widzimy (zewnętrza) do tego co nam się wydaje. I o ile przy zewnętrzu po prostu dokumentujemy, a ewentualne błędy nie mają znaczących konsekwencji (choć szata czyni człowieka) to im dalej wchodzimy na nieznany grunt i zgadujemy, tym bardziej dajemy się złapać oczekiwaniom. O tym właśnie pomyślałem.
Czy opis za długi… a może metafora tego, jak daleko można zabrnąć w wyobrażaniu sobie czegoś, czego nie ma :)
Chyba dobre wyzwanie dla Ciebie, bo w tekstach też obserwujesz i zaginasz rzeczywistość :)

Czarno Druga, miłościwie panująca władczyni mroku (albo wyklęta księżniczko, która kiedyś powróci po należne – zależy, co wolisz
)!
Zaiste, wstawiasz opowiadanko w komentarzu. I naprawdę nie chodzi o to, żeby zwyciężać, tylko żeby się dobrze bawić. To konkurs tylko z nazwy.
Wyzwanie to wyzwanie wewnętrzne. Dla każdego. Nie bijemy się na długość, urodę, koncept z innymi, tylko z pisarskim ja, wyobraźnią i weną.
Dobra, zabrzmi to biblijnie, ale ucieszy mnie bardziej jeden akapit “świeżynki”, niż dwie strony weterana. I nawet to zdanie też nie oddaje idei w pełni, bo nie ja się mam cieszyć, ani pozostali “strażnicy” wątku, tylko Wy się macie cieszyć. Ja tylko animuję 
To mi przypomina, że OldGuard coś wspominała o pojedynkach. Tam będzie miejsce na bitwy na styl. Tutaj mamy piaskownicę. Więc proszę nie rzucać za mocno zabawkami 
Ja wczoraj w komunikacji bawiłem się świetnie obserwując ludzi. Jak zobaczycie ludka, który siedzi ze srebrnym laptopem z naklejką Pusheena i się na Was gapi, a potem stuka w klawiaturę, to ja.
Bardzie, żeby było zabawniej, w autobusie trafiło się jeszcze dziecko, które cały czas mówiło do siebie i coś liczyło. To były naprawdę długie liczby i skomplikowane działania.
Dzieci miały młode opiekunki z intensywnym makijażem, które tylko dbały, żeby tyle samo pociech wysiadło, co wsiadło. A ten jeden dzieciak, w pomarańczowej czapeczce wciąż liczył. Jego oczy wyglądały jakby pobierały dane.
Tylko ja pisałem już o brodaczu, który do trzeciego akapitu włącznie jest autentykiem, więc nie mogłem się rozdwoić :D
JolkoK, cieszę się, że jesteś!
Może Koala75 też się skusi, on zawsze uważnie obserwuje i zmienia codzienność w niecodzienność.
Długa, siwa broda złapana w połowie czarną kokardą jest pierwszym, co przyciąga uwagę. Sumiaste, kręcone wąsy zakrywają sporą część policzków, a w grubej, wełnianej czapce krępy mężczyzna wygląda jak szyper rybackiego kutra, tylko dać mu fajkę do ust. Zauważam więcej szczegółów: skórzane buty, znoszone, lecz wypastowane na połysk i gruba teczka, zapinana na pasek. Reszta stroju zupełnie nie pasuje do tego staromodnego sznytu: spodnie ze śliskiego materiału i sportowa kurtka wyglądają tak, jakby je gdzieś znalazł, albo w pośpiechu nałożył to, co akurat było pod ręką. Ma tylko jedną rękawiczkę, w dodatku grubą, narciarską, choć na krzewach wokół zielone listki wychodzą już nieśmiało z pąków.
Nerwowo przestępuje z nogi na nogę i marszczy brwi. Oczy na przemian kieruje na torowisko – wtedy są skupione, niczym u polującego ptaka – albo na stojących wokół ludzi, po których wzrok jedynie się prześlizguje. Im dłużej się mu przyglądam, tym bardziej dostrzegam więcej niż tylko pośpiech: w naprężonych palcach i sztywnych ruchach czai się niepokój.
Nadjeżdża tramwaj. Wsiadamy – ja powoli, bo przejazd na kolejny wykład do studentów to psi obowiązek, on szybko. Chwyta się kurczowo żółtej poprzeczki, patrzy przez szybę motorniczego, jakby mógł w ten sposób przyśpieszyć pojazd. Mijamy kolejne przystanki, ludzie wchodzą i wychodzą, czasem nas rozdzielają.
– Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli!
Głos wyrywa mnie z zamyślenia. Brodacz rozgląda się po wagonie, odsuwa jak najdalej od kontrolerów, ściska teczkę. Patrzy znów przez przednią szybę. Kontrola idzie sprawnie, zbliżają się do niego. W oddali widać już kolejny przystanek, lecz zmieniają się światła, tramwaj staje na skrzyżowaniu.
– Poproszę bilet do kontroli.
– Nie… nie mam biletu – mamrocze brodacz.
– W takim razie poproszę dokument tożsamości.
– Ja… ja muszę się dostać do Wawelberga!
Kontroler jest zdezorientowany. Brodacz również, robi krok, jakby chciał uciec, ale przecież nie ma dokąd. Rozbiegane spojrzenie trafia na mnie.
– Ja muszę się dostać do szkoły technicznej Wawelberga i Rotwanda, nie rozumie pan! – Pasażer cały drży. Mówi do kontrolera, lecz nadal patrzy mi w oczy.
Tramwaj rusza spod świateł.
– Spokojnie, może ma pan aplikację mObywatel? – pyta dźwięcznym głosem młoda kontrolerka.
– Nigdzie nie aplikowałem, nie czas na to, nie ma już czasu na nic, nie rozumie pani?!
Starszy kontroler kręci głową z dezaprobatą i wzdycha. Kobieta zdaje się mieć więcej cierpliwości.
Pojazd zbliża się do przystanku. Sprawdzam godzinę w telefonie, muszę się pospieszyć, studenci pewnie już są pod salą. Brodacz znów na mnie patrzy, a potem przenosi spojrzenie w dół.
Na teczce pojawia się szron. Błyskawicznie pokrywa skórę białymi igłami, rozrasta się niczym roślina na przyśpieszonym filmie. Żadne z pary kontrolerów tego nie widzi, są skupieni na twarzy brodacza, pewnie się boją, że ucieknie. A lód zmienia barwę na niebieską, potem fioletową, błyszczy, sięga rękawicy trzymającej teczkę.
Drzwi się otwierają. Odruchowo wychodzę na przystanek. Miga zielone światło, ludzie przepychają się do przejścia dla pieszych. Patrzę na to jak widz w teatrze: przecież stało się coś niezwykłego, muszę tam wrócić, drzwi się jeszcze nie zamknęły. Odwracam się, daję krok.
Niespodziewanie ktoś łapie mnie za ramię.
– Dobrze się pan czuje? Prawie wpadł pan pod tramwaj! – mówi studentka z troską w głosie.
Pod tramwaj? Patrzę zdezorientowany na puste tory. Pojazd właśnie zbliża się do przystanku: ta sama linia, ten sam model wagonu. Zapala się światło dla pieszych. Wydaje mi się przez chwilę, że na szynach tuż przed pojazdem widzę szron, ale tramwaj i tak rozjeżdża go ze zgrzytem.
Drzwi się otwierają. Para kontrolerów wysiada, rozmawiając wesoło.
Zielone światło zaczyna migać. Czas na mnie.
Wow! Nie dość, że nieznajomy i nieznajoma w jednym, to jeszcze pisane z punktu widzenia kobiety.
Sprytne, Bardziejaskrze. Bardzo ładne to zdanie z wargą błyszczącą w świetle świateł, długo zostaje w pamięci czytelnika. Świetny jest efekt imersji, bo czytelnik również zostaje z takim obrazem przed oczami.
Opis zimna w spojrzeniu też super. Dla tego jednego miejsca warto było pisać całość!
To również ćwiczenie z uważności, nie tylko z pisania :)
Pierwsze koty za płoty!
I przeczuwałem, że będą erotyki. Ale że tak już na starcie?
Ponieważ sam też się bawię (w końcu wyzwanie to wyzwanie) zaraz wklejam scenkę, zaczętą w tramwaju, a kończoną w autobusie.
HollyHell, to mają być niespodzianki!
No dobrze, to skoro już się odezwałaś, wyjawię kolejną niespodziankę. Chcę, żeby wyzwania były odporne na życiowe bombardowania. W związku z tym potajemnie wysłałem do niektórych wiadomości – w końcu jestem uzurpatorem tego wątku, więc kto mi zabroni :P?
To przechodząc do meritum: na razie HollyHell91 i OldGuard zgodziły się mnie zastępować przy wyzwaniach, jeśli przypadkiem padnę w boju. A jeśli i one padną, to, cóż, kolejne wiadomości już poszły :)
Nie powiem otwarcie, na czym wzorowałem ten system, ale pewna wskazówka jest powyżej 
Nie znaczy to również, że pomysły na wyzwania będę zbierał tylko z jakiegoś TWA. Jeśli ktokolwiek czytający ten wątek kiedyś spotkał się z ćwiczeniami pisarskimi i ma swoje ulubione, to piszcie wiadomości (tylko nie tu, bo nie będzie niespodzianki, prywatne). Będę je gromadził… albo może Holly, która jest lepiej zorganizowana :) , w każdym razie nie zaginą, tylko będą publikowane w kolejnych tygodniach.
Warunek: muszą dać się zawrzeć w krótkich formach, żeby sensownie wyglądały jako komentarze.
Chyba sprawę komplikuje fakt, że moja dama jest ogólnie… taka niezupełnie martwa i niezupełnie żywa
A w dodatku ma pancerz fabularny w postaci tytułu serii.
Nawet gdybym zaczął kolejne opowiadanie z serii od Charona i Cerbera opłakujących Nilę, która jednak nie miała racji, czytelnik i tak myślałby, że dziewczynka żyje i do końca opowiadania czekałby na moment, w którym wyskoczy z jakiegoś zakamarka. Jest to jakiś pomysł na wzbudzenie konsternacji u czytelnika :D
Melendurze, a jeszcze jakieś inne wady?
Bo od Zakapiora na razie się dowiedziałem, że poszedłem za “nisko” i za płasko, czyli zamiast 60% mroku dałem im wiosenną przechadzkę, a jak stawka za niska, to i kulminacja umyka :)
Od Ciebie, że Iksjon za długo gada – tak, i w dodatku się powtarza, rozwija wcześniejsze zdawkowe wypowiedzi, więc jest irytujący. On miał denerwować, ale w innym sensie, więc strzyżenie monologów mu nie zaszkodzi :)
A na inne opinie pewnie trochę poczekam. A mogłem napisać szorta :P
Już widzę lawinę pozwów o uporczywe obserwowanie od przypadkowych osób, a wszystko przeze mnie :P
Przyszła wiosna, czas wystawić nosy zza książek i telefonów. Kwiatków jeszcze wiele nie ma, a ludzie zawsze się gdzie kręcą!
Reaktywuję reaktywację wyzwań 
Mądrzejsi ludkowie, spodziewajcie się natrętnych prywatnych wiadomości z pytaniami o pisarskie ćwiczenia, które Wam pomogły, nie lubię zasysać mądrości tylko z internetów :)
Tak łatwo się przyzwyczajamy. Najpierw do tego, że opowiadania wpadają do biblioteki. Potem, że są nominowane. Potem, że zdobywają piórka.Co będzie dalej, i czy potrafimy jeszcze docenić to, co było na początku?
Dobrze jest mieć wyzwania. Sam je sobie daję. Ale czasem dobrze jest pisać na luzie. Ktoś może kiedyś przeczyta, uśmiechnie się, zapamięta.
I, jak zauważyła Świętopiekła, dobrze jest pisać różnie. Inaczej staniemy się niewolnikiem oczekiwań. Jedne wątki są bardziej modne, inne mniej. Liczy się nawet długość tekstu: jeśli jest długi, mniej osób go przeczyta. Ale za to te, które przeczytają, zrobią to uważniej.
Jak będę pisał same Nile i Matildy grające na emocjach, to w końcu stanę się Musierowicz fantastyki, w sumie fucha niezła, ale czy to naprawdę w tę stronę chcę iść? Żeby się o tym przekonać, trzeba napisać wiele innych rzeczy, i część z nich będzie zupełnie, ale to zupełnie nieudana, część będzie średniakami, a może niektóre niezłe.
Więc może czasem fajnie jest pisać bez napinki. Nie walczyć o zainteresowanie, tylko zaczekać, aż samo przyjdzie.
Hm, jakby to powiedzieć… chcę stopniować zagrożenie. Gdyby to było zamierzone ostatnie opowiadanie z cyklu, wszystkie karty byłyby na stole. Jeśli w tym opowiadaniu dojdę do 100% stężenia mroku w mroku, w kolejnym musiałbym mieć 120% mroku. W dodatku różnica między 100% a 120% nie jest tak duża, za to różnica w “zjadliwości” historii już pewnie wyraźna. I potem będzie marudzenie, oj marzanie, wszystko to takie same, tylko większe i dłuższe :)
Dla Nili to kolejny etap ewolucji, krok od “wydmuszki”, dziecka-cudu w stronę niekoniecznie rozsądnej, lecz bardziej świadomej nastolatki. A czy scena, w której bohaterka leży bezbronna, a Charon rozprawia się z zagrożeniem byłaby bardziej spójna dla fabuły i logiki? No bo przecież po to się tam wybrał, więc coś, na bogów, powinien zrobić!
(Pytanie podchwytliwe, bo z kolejnego opowiadania mam na razie napisaną właśnie taką scenę :) Ale to następne musi się jeszcze dłuuuugo odleżeć, przez tyle u ile beeeecki ma e).
W tym opowiadaniu też pewnie by cały czas uciekała i jęczała, jaka jest zagubiona, gdyby Iksjon nie przebił Charona.
Jednym słowem – chciałem zostawić wielkie zło dla wielkiego złola. To taki Midnight Hammer, a nie III Wojna Światowa. Wywaliłem opis tego, jak Raudun (siostrzenica rudzielca) w przeciwieństwie do niego cała trzęsie się z przerażenia, że umarła, bo jest młodsza i miała dużo więcej do stracenia. Wywaliłem końcową scenkę, w której Garm wyje i budzi przyrodniego brata Fenrira, zamiast tego jest monolog Charona. Czułem, że to zbyt gruby kaliber na drugą przygodę dwójki bohaterów. A jednocześnie takie przygody są potrzebne, żeby doszli tam, gdzie mają dojść.
Zakapiorze, i tak byłeś pierwszym, który zdążył przeczytać i w dodatku wyłapać to i owo, więc marudzić możesz do woli :)
Techniczne drobiazgi wprowadziłem. Skąd, na Cerbera, wziął się ten plus? Może to krzyżyk na drogę? Nie mam pojęcia, w wersji źródłowej nie ma, a w tym miejscu nie gmerałem.
Co do wyścigu łodzi – jak widać, Nila miała siłę, nie tylko do rzutów przez biodro, ale i do przekonywania. Dlatego rudowłosy przyjaciel niedźwiedzi i spółka są w dobrym nastroju – trafili do ciekawszych zaświatów, z których nie będą oglądać swojej wymarłej wioski. Nila przekonała ich, że będzie dobrze, więc myślą, że jest dobrze. Pewnie dostrzegają jakieś zagrożenie w propozycji nieznajomego, ale przecież dla nich Nila jest tą, która nie boi się niczego, więc je bagatelizują. Ot, jakaś obietnica. Dopiero Charon dostrzega problem.
Sauron jest rzeczywiście za kulisami, i to daleko. Ale on nie jest z tych (na razie) którzy jak Zeus walą bezpośrednio gromem. Jeszcze nie. Myślę, że kiedy zobaczy nową łódkę i odmienionego Cerbera, może przestać dbać o pozory, lecz jeszcze nie w tej historii.
Zacznę od tego, że kompletnie mierzi mnie polityka – co miało znaczenie dla odbioru opowiadania.
Pierwsza część to solidne SF, choć miałem problem z motywacją. Jest poprawnie zbudowane napięcie, cała scena jest długa i “heroiczna” w wymowie, jakby chodziło o przetrwanie ludzkości. Brakowało mi opisu dokładniejszego konsekwencji braku zasilania w określonym fragmencie sieci. Pojawia się parę słów o tym, że jest bardzo zimno – i co dalej? Nic nie wiemy o tym świecie, czy jest to post-apo, czy panuje tam nuklearna zima, czy normalna zima, czyli jest zimniej w nocy, ale w dzień wychodzi słońce itp. Więc nie czuję zagrożenia. Wyłączenie ogrzewania w budynkach na kilka godzin nie powoduje, że ludzie zamarzają. Owszem, będą czuli dyskomfort, ale nie mają swetrów? Przyznam, że tego nie kupiłem w ogóle, ani fragmentów o odłączaniu sieci. Jest to problem z zakresu elektroenergetyki i trudno jest mi założyć, że w przyszłości nie rozwiązuje się go sprytniej, niż my rozwiązujemy teraz, że nie ma systemu zarządzania na poziomie niższym niż wielkie “węzły” sieci, wreszcie że nie można po prostu obniżyć napięcia, jeśli występuje problem, albo robić przełączeń sekwencyjnych podstacji, np. jeden węzeł ma dwie godziny przerwy, potem następny itd.
Nie chcę wchodzić w kwestie techniczne, ale masa słów jest włożona w opis, odliczanie procentów, a mało w zagrożenie. Czyn bohatera jest pewnie heroiczny, ale w całej masie technikaliów to po prostu się gubi. Zamiast zastanawiać się, czy czerwony jest naturalny dla syntetyków czy nie (dlaczego nie jest, skoro to przecież kolor jak każdy inny), można było zbudować motywację. Bo dla mnie on walczy o to, żeby jakiś węzeł działał, ale może zepsuć całą elektrownię. I czemu służy wyłączenie całości?
Potem była ta nieszczęsna polityka. Skupiłem się na opisach ludzi, ich reakcji, gestów. Te są znakomite, opisane ładnym językiem i świetnie oddają emocje. Tylko że czuję się jak w chińskim teatrze nie znając chińskiego. Tzn. widzę, że ich to rusza, widzę, że jest dla nich ważne, że są między nimi tarcia, że czegoś nie mogą znieść, że jest cała sieć intryg.
Ta część wygląda jak okienko, przez które spogląda się na wycinek większej całości. Gdyby była to książka, miałbym szansę oswoić się z politykami w kolejnych rozdziałach, kojarzyć ich ideały, widziałbym ich również jako ludzi, a nie jako fasady idei. A tutaj niechcący stawali się personifikacjami poglądów, jak ludzkie/syntetyczne worki na określoną myśl.
Poczułem się, jakbym otworzył losowy rozdział losowej książki Martina i trafił na opis sporów rodowych. Jeśli znam całość, jest to dla mnie atrakcyjne. Jeśli nie, to jedyne, co mogę zrobić, to skupić się na ludziach.
Odebrałem opowiadanie jako historię bardziej o losach społeczeństwa niż jednostki. Zagubiony na końcu heros z pierwszej części jest ciekawą postacią, ale znów służy tylko do pokazania, co stało się z resztą.
Zdecydowałem się zaklikać za świetne opisy zachowania ludzi, naturalne dialogi (czyli odrzucają mnie równie skutecznie, jak realnych polityków :) ), język, zbudowanie całego świata tylko dla tego jednego opowiadania, co wygląda na nie mniej heroiczny wysiłek, niż kręcenie zaworem.