Profil użytkownika


komentarze: 814, w dziale opowiadań: 682, opowiadania: 207

Ostatnie sto komentarzy

Tu potrzeba historyka.

Może opowiadanie o procentomachii? Księstwo Procenta Wielkiego wysyła armię niezwyciężonych Odsetków do walki z rebelią Promili.

Anna nie była zdecydowana, czy obraz jej się podoba, czy nie. Przyjrzała mu się bez zainteresowania.

Dalej w tekście przymknąłbym oko na siękozę, ale kiedy zaczynam czytać, nie jestem jeszcze zaangażowany w historię.

 

Postawiła go pod ścianą, nie wiedząc, co z nim zrobić.

Niby było to jednoczesne, bo jednocześnie stawiała i nie wiedziała, ale mimo wszystko trochę mi zgrzytało.

 

Wschodnia Polska zawsze była mniej zamożna i z małymi perspektywami.

Trąci nowomową.  

który zamiast burzyć się i bulgotać

Użyłaś określeń zwyczajowo przypisanych do wrzątku

 

 

głośny i hałaśliwy jak zwykle.

Dwa grzybki w barszcz

 

Wyjazd do Truskawca uważała za prowincjonalną rozrywkę.

wełniane kilimy wisiały na ścianach oraz zakrzywione szable, tarcze i ułańskie ostrogi

Nie brzmi dobrze

 

zawieszona między krzykiem wiatru a bezsłownym brzegiem jeziora.

Bezsłownym, czyli jakim? Pierwsza metafora zagrała, ale na drugiej się zupełnie wykoleiłem

podnieść rękę, aby pomasować skronie, ale ręka okazała się zbyt ciężka

Na wszystkich palcach błyszczały pierścienie

nie chcesz zostać żoną naszego chana?

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem do drewnianego słupa na środku jurty.

Wybrała spory kamień i wróciła do dziewczyny. Po kilku uderzeniach oczka pękły

Gdyby miała dwa kamienie, pękłyby pewnie szybciej.

 

– Ale ja nie umiem jeździć konno!

– Nauczę cię.

Ałtyn pomogła jej usadzić się w siodle. Konia Anny przywiązała do swojego, a sama wprawnie chwyciła wodze, ścisnęła wierzchowca piętami po bokach i ruszyły.

Zapomniały o pogoni, bo niezmierzona przestrzeń zapierała dech w piersiach

Wątpię, czy Anna podczas pierwszej przejażdżki na koniu mogłaby o czymkolwiek zapomnieć, zaczynając od bolącego tyłka, a kończąc na plecach. Wsadzasz bohaterkę po raz pierwszy na konia i od razu zabierasz ją na całodzienny rajd przez step. Niestety jest to bullshit. Może warto wspomnieć, że kiedyś, jako dziecko jeździła konno, żeby wybrnąć z problemu?

 

Wszystko było tak intensywne, że Anna z rozczarowaniem zauważyła, że w porównaniu jej własne życie wypada bezbarwnie i nijako.

Nie kupuję tego. Porównanie widoków z jednego dnia z całym życiem? Poza tym pierwsze określenie jest po prostu puste: intensywne, czyli jakie? Jestem czytelnikiem, zaczaruj mnie! Muszę czuć to samo, co bohaterka, żeby uwierzyć w drugą część zdania!

 

W nocy wszystkie wody zamarzły,

Dziwnie to brzmi

 

Kirgizi mają szybkie konie, a sami potrafią nie jeść przez kilka dni, trzymając się pewnie w siodle i nie pozwalając, by trop zaginął. Później, głodni jak wilki, pożerają barany i piją do nieprzytomności.

Nie martwię się o jeźdźców, tylko o konie. I dlaczego niby nie jedzą, bo tak? Oni mieli jakieś “przekąski” na drogę: kurut (suszone zsiadłe mleko), suszone mięso, w tym koninę. Poza tym dziewczyny uciekały raptem dwa dni, Anna słabo jeździła konno, dogonienie ich nie było wyzwaniem. Ten akapit wydaje się takim strzałem z armaty do muchy.

 

Związali całą we łzach Ałtyn, chociaż z szacunkiem, jaki się jej należał.

Początek nie brzmi dobrze.

 

 

To teraz wrażenia ogólne: historia wciąga i dobrze się ją czyta, poza niewielkimi potykaczami. Jest nawiązaniem do obrazu, jest też określone przesłanie, któremu podporządkowana jest fabuła. Odczytałem odpowiadanie jako opowieść o wyzwoleniu, o ucieczce od wygodnego, ale szarego życia, ale również od zakłamania Bohaterka uczy się wybierać to, co chce robić, opuszcza strefę komfortu. Kompozycyjnie bardzo spójne i warte biblioteki. Do tego ładne i plastyczne opisy.

Dziękuję za wszystkie odwiedziny!

Finklo, spora część mitów jest płytka w sferze emocji, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by sposób opowiadania o bohaterach dostosować do naszych, rozbudowanych potrzeb.

Gdybym, zgodnie z sugestią Ślimaka Zagłady, wprowadził konfrontację z Hadesem, zapewne kontrast między “przebudzonym” emocjonalnie Charonem a bezwzględnym i “betonowym” władcą Podziemi byłby zapewne jeszcze wyraźniejszy. Analogia do koncepcji limbo jest rzeczywiście ciekawa. Czy samo “limbo”, wszystko jedno czy patrum, czy puerorum, nie jest czasem mało estetyczną “łatą” użytą do zasłonięcia pewnych dziur logicznych w doktrynie kościoła? I czy owe dziury nie wynikają czasem z nadmiernej chęci “wydzielania” boskiej łaski? Problemy związane z podziałem duszy na lepsze i gorsze, trudnościami w określeniu granic pomiędzy wybranymi a potępionymi wydają się dość uniwersalne (a może wynikają z bezkrytycznego “skopiowania” koncepcji podziału na piekło/Tartar, niebo/Elizjum, czyściec/Pola Asfodelowe i właśnie tego nieszczęsnego limbo (dusza bez chrztu/dusza bez obola?).

 

Galicyjski Zakapiorze, czy w ogóle moneta mogłaby się tam znaleźć przypadkowo… mam wrażenie, że Charon musiałby albo posunąć się do oszustwa, albo kradzieży. W obecnej wersji zachowuje pozory. Sprawdzałem, czy w sztuce antycznej występowały podobizny bliźniąt syjamskich, i owszem, były. Temat bliźniąt syjamskich wzbudził zainteresowanie badaczy, bo dobrze świadczy o poziomie ówczesnej opieki medycznej. Nie próbowano ich rozdzielać, przynajmniej z tego okresu nie ma wzmianek.

Czy Charon mógłby się przeciwstawić? Mity wspominają o tym, że został ukarany za przewiezienie Herkulesa i spędził rok zakuty w łańcuchy. Skutki można sobie wyobrazić – były opłakane głównie dla Hadesa. Wspomina się, że Charon obawiał się ponownego ukarania, jednak brakuje tu logiki. Zakuty w łańcuchy Charon po prostu nie wykonywał obowiązku, więc nie widzę powodów, żeby bardzo cierpiał.

Paradoksem jest to, że Charon wcześniej nie miał nikogo bliskiego, więc możliwości karania go były ograniczone. Relacja z dziewczynką powoduje, że ma znacznie więcej do stracenia. To ciekawy wątek, można go rozegrać na wielu płaszczyznach.

Robert Raks – dziękuję za przeczytanie i dobre słowo,

Koalo75– również dziękuję za wizytę!

HollyHell91 – zima nie odpuszcza, więc smocze płomienie są zawsze mile widziane! 

AP – dzięki za bystre oko, chochliki wyłapane!

beeeecki,

 

Cieszę się z takiego postrzegania tekstu z kilku powodów.

 

Ładnie wychwyciłeś kwestię Nili, która rozmyślnie jest trochę przesadzona. Wynika to z sytuacji: dziewczynka została rozdzielona z Przewoźnikiem. Boi się go stracić, przecież niedawno straciła rodziców. Boi się zostać sama. Zatem to, co mówi, jest owocem emocji. Ludzie, którzy rzekomo się nią przejmują, tak naprawdę nie pozwalają jej dostrzec przyjaciela. Bohaterka wpada w panikę i stąd właśnie takie słowa.

Z podobnego względu dalej pojawiają się słowa kobiety, które gaszą ten “pożar”. 

 

A co do postawienia na emocje, dialogi i opisy zamiast akcji – kiedy czytałem o konkursie, znalazłem wzmiankę o odnośnikach do opowiadań przy obrazach. Wyobraziłem sobie, że obrazy mogą oglądać różni ludzie, niekoniecznie oswojeni z wielowątkową fabułą albo fantastyką w ogóle. Chciałem napisać coś prostego, w czym może się odnaleźć wielu różnych czytelników.

Outta Sewer:

W relacji Charon-Nila istotnie jest wyłącznie progres, a dla zachowania realizmu mógłby się pojawić regres, zarówno w odniesieniu do dziewczynki, jak i do Przewoźnika. Mogę sobie wyobrazić, że dziewczynka odchodzi, bo Przewoźnik jest zbyt “chłodny”, a z kolei Charon ucieka przed zaangażowaniem, które jest dla niego trudnym uczuciem. Wystarczy, że Przewoźnik zostanie na jakiś czas na drugim brzegu – to byłaby wartościowa psychologicznie scena, w której bohater dokonuje sabotażu relacji. Wie, że dziewczynka czeka, ale wcale nie wsiada do łodzi. A kiedy decyduje się wreszcie przepłynąć Styks, jej nie ma. Tłumaczy sobie, że to bardzo dobrze, że przecież nie mógł jej pomóc, ale i tak nie daje mu to spokoju. Zabiera pasażerów, jednak ich słowa i przeżycia są jedynie bladym echem Nili… a kiedy zawraca, dziewczynka niespodziewanie pojawia się na brzegu, i czeka na niego jakby nic się nie stało. Czytelnik domyśli się, że gdzieś poza sceną również stoczyła walkę z samą sobą.

Zdarza mi się wracać do opowiadań już po konkursie, więc nie jest wykluczone, że i to doczeka się kiedyś “odkurzenia”.

 

A co do wykorzystania heroiny w innej historii, to pierwotnie opowiadanie miało nieco inne zakończenie, w którym losy Nili są opowiadane przez Skalda. W końcu w trakcie bety uznaliśmy, że takie zakończenie jest zbyt złożone. Niemniej saga o kobiecie, która nie boi się ciemności i śmierci może być ciekawa. Ze swoim charakterem Nila może łatwo “rozbroić” dowolnego arcyłotra i jeśli nadarzy się pasujący temat konkursowy, nie omieszkam tego wykorzystać.

 

Marszawo, ten kot mógłby z powodzeniem pojawić się na ogromnym telebimie miasta przyszłości, bo jego mina sugeruje, że widzi wszystko lub nawet jeszcze więcej :)

BardzieJaskrze,

Mogę się tylko cieszyć, że historia się podobała. Pisanie dialogów, w których bohaterowie zadają mało wygodne pytania sprawia mi dużo przyjemności, zwiększa dynamikę i wiarygodność, a przede wszystkim czasem sam zapędzam się w kozi róg i potem dumam przez godzinę, czy odpowiedź w ogóle istnieje :)

Outta Sewer:

Dużo trafnych uwag “kosmetycznych”, z których sporo wprowadziłem. Łatwiej napisać, co zostanie – “na Cerbera”, bo jednak postaci zaludniających podziemny świat jest jak na lekarstwo. Cerber to niekoniecznie pies Charona, każdy ma swój rewir. Cerber jest potworem i znajduje się w dalszej linii pokrewieństwa w stosunku do pierwotnych bóstw, Charon jest ich bezpośrednim synem. Czy Charon spotykał Cerbera? W zależności od wersji mitologii, w niektórych Charon był nie tylko Przewoźnikiem, ale i Przewodnikiem, więc pewnie odprowadzał dusze pod same drzwi.

Tutaj “na Cerbera” ma funkcję “Do licha”, więc może czasem podgryzł już flisakowi nogawki?

Co do blasku, to doszło zdanie wprowadzające blask, aczkolwiek liczę na kolejne uwagi czytelników, ponieważ mogę ostatecznie domknąć temat blasku w dialogu u łódce. Blask jest sprawką Nyks i pokazuje, że noc to nie tylko ciemność (Erebus).

Wiosenne wiosło było zabawną literówką, choć gwoli ścisłości, bohater ciągnie za drzewce wiosła.

A co do “odpowiedzi” to w trzech akapitach miałem potwornie dużo powtórzeń tego słowa. Stąd musiałem operować synonimami, a jako że jestem fizykiem, to rozwiązanie brzmi dla mnie podobnie do odpowiedzi. Ech, to skrzywienie zawodowe… Teraz trochę udało się przestawić i nie powinno być problemu.

A kropka i przecinek są jak pchełki, zaraz zerknę czy je znajdę wśród słownego futerka.

Betweenthelines, cieszę się, że wzbudziłem emocje, właśnie po to sam sięgam po opowiadania, żeby coś przeżyć. W dodatku niczym Przewoźnik jesteśmy skazani na drugą osobę, która napisze coś, co nas zaskoczy albo pobudzi do myślenia. Pisanie to wymiana, jak się za długo pływa w swoich myślach, to robi się ponuro :)

 

P.S. Uff, umęczyłem się z tym blaskiem, bo wprowadzenie go było w całości, tylko stosunkowo daleko w tekście. Teraz blask jest na samym początku, żeby czytelnik potem nie protestował, że wyobrażał sobie, że jest tam zupełnie ciemno. Niby mała kosmetyczna zmiana, a pięć zdań z różnych części tekstu musiało wymienić się między sobą słówkami, żeby nie było powtórzeń.

MichaeluBullfinch, również dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam!

Ciekawi mnie to, że na notatkach przypiętych do ściany są słowa, ale księga jest pusta. Czyżby “glitch” na okularach był dodatkowym źródłem i filtrem UV do odczytywania ukrytych treści? W dodatku jeszcze ten zwój z pieczęcią… mam nadzieję, że to nie jest królewski spis tortur dla nieudolnych twórców laugh

Dziękuję za wizyty!

 

Dalekopatrzący: dziękuję za docenienie warsztatu, a co do pomysłu, to… większość z nas ma indoeuropejskie korzenie, a w każdej opowieści i w każdym bohaterze znajdziemy element tych najstarszych historii. Może nitka, wielokrotnie wypruwana i wplatana na nowo jest wyświechtana, ale czasem lubię wracać do właśnie takich baaaardzo starych motywów. Zasługują, żeby się nimi bawić, a nie tylko oglądać przez szybę gabloty ;)

Bruce: miło Cię widzieć jako jurorkę, a dzielny mistrz sztuk walki wygląda na zrelaksowanego – wreszcie w konkursie może spokojnie czytać, a nie walczyć z językowymi bandziorami w każdym akapicie :)

Ona ładnie rysuje i nie jest przemądrzała. Jest ok. Zrobi obrazki, ja je opiszę.

Przestawiłbym to o zdanie wcześniej. Będzie bardziej naturalnie: najpierw stwierdzenie, że jest ok, potem rozwinięcie, że ładnie rysuje i nie jest przemądrzała.

 

Szukałem nad-pointy lub pod-pointy, zaglądałem pod każdy wyraz, ryłem, ale nie znalazłem. Chyba będę musiał zadowolić się morałem, że AI potrafiła w tekstach odczytać te potrzeby, o których my zapomnieliśmy.

Albo że pozyskuje armię małych wojowników, którzy od tej pory będą jej ślepo ufać. A kiedy przyjdzie czas… Smoku, smoku, nie stój z boku, siadaj za sterami mechanicznej bestii i spal wszystko na swej drodze devil

O, to był ten robaczek, którego szukałem pod kamykami ;)

Naprawdę mocne otwarcie opowiadania! We wcześniejszych Twoich historiach zwykle odczuwałem przesyt opisów codziennych czynności po tym, jak zawiązała się akcja. Tutaj miało to jednak pewien dyskretny urok, kontrastowało z morderstwem.

Przeniesienie bohatera do zamku-hotelu też mnie zaciekawiło. Pojawia się zupełnie inne miejsce, które rządzi się swoimi prawami.

W zasadzie cały środek opowiadania to budowanie świata. Mamy gospodynię – pajęczycę (epizodycznie, ale ciekawy pomysł). Są wampiry – tutaj zdecydowanie “siadło” tempo, ponieważ są opisane, ale w zasadzie nie widać ich w działaniu. Poczułem się trochę jak dziecko, które przyszło do zoo, ale wybieg niedźwiedzia był pusty. Walka wilkołaków ratuje sytuację, jest opisana dość sprawnie i znów przyciąga do tekstu. Połów w lawie to znów raczej opis świata, brakowało intensywniejszej akcji, na którą była okazja – wyobraź sobie łódkę, która jest żaroodporna, ale mocna ryba może ją przecież przewrócić, co stanowi śmiertelne zagrożenie (no właśnie, czy tam można umrzeć?). Jest potencjał, ale w ogóle nie wykorzystany.

Po tym wszystkim dochodzimy do finału, który niestety jest zupełnie płaski. Nie ma żadnej kulminacji, żadnej zagadki, napięcia. Pojawia się zwrot akcji – to dobrze! – ale mało zaskakujący. Jak zauważyli Przedpiścy, w zasadzie fabuła się urywa bez żadnego rozwiązania. Bardzo brakuje morału, pointy, czegokolwiek, co zagościłoby w myślach czytelnika dłużej niż na czas czytania tekstu.

Przez chwilę miałem nadzieję, że przeteleportuje ich do Nieba (Archanioł Michał może traktować to miejsce jako swój “dom”) lub w jakieś miejsce, które nawiąże do historii o morderstwach. Zamiast tego mamy jaszczury, czyli jest otwarcie kompletnie nowego świata w finale, tylko po to, by za chwilę go opuścić.

 

Ogólnie: całość jest napisana sprawnie, czyta się dość płynnie, logika nie razi (lub nieścisłości można tłumaczyć specyfiką wymyślonego świata). Miałem problem z przeskokiem z poziomu “American Psycho” do “Rodziny Addamsów”, ale jestem to w stanie wybaczyć :)

Cieszę się, że robisz postępy i bierzesz udział w konkursach. Każdy ma inny Everest!

 

Zaczynali jednak rozumieć, dlaczego miejscowi lekceważyli szarą zasłonę kłębiącą się pod dachem, zanim uciekła przez niewielki otwór.

Zdanie mocno “przekombinowane”. Skoro przeszkadzał im dym, to dlaczego zaczynali rozumieć? Rozumiem (albo nie) intencje: miejscowi woleli się krztusić, ale mieć ciepło w domu, czy o to chodziło?

 

i strach przed płomieniem liżącym darniowy strop

Nie przesadzajmy, wysokość ogniska reguluje operator ogniska. Jeśli zamierza usnąć, może dobrać wielkość opału i dystans między opałem tak, by paliło się wolno i nisko. Operatorzy, którym nie wyszło, nie przekazywali dalej genów laugh

 

Słaby głos tętnił determinacją.

Zbyt ryzykowna metafora jak dla mnie.

 

Zamiast zwykłej higieny szukała utraconej godności.

Słowo “zwykłej” nic nie wnosi poza tym, że rozprasza

 

Choroba zostawiła w nich tylko wydrążone skorupy

Metafora metaforą, ale logika tutaj poległa. Choroba podrzuciła im jakieś wydrążone skorupy do środka?

 

Skóra pod ubraniem lepiła się od zaschniętego potu, swędziała i błagała o wodę.

Zrzucili przepocone, brudne ubrania

Co akapit ładujesz czytelnikowi do głowy, że się spocili i byli brudni. Takie przypominanie jest irytujące i odnosi skutek przeciwny do zamierzonego.

 

Każda sprana plama oznaczała małe zwycięstwo – odzyskanie choćby okrucha kontroli nad własnym losem.

Domyślam się, jaki efekt Autor chciał osiągnąć – pokazać, że pranie było heroicznym wysiłkiem. Moim zdaniem osiągnął efekt przeciwny, tzn. sztucznego patosu.

 

Czekali, aż warzywa rozgotują się.

Takie zakończenie zdania jest traktowane jako rusycyzm, wystarczy przestawić “się”. Co i tak nie sprawi, że czytelnik odzyska apetyt: rozgotowane, bleee

 

Tak. A my jesteśmy obcy. Nasze brzuchy nie znały tej wody. Muszą się dopiero z nią… zapoznać. 

Gniewko zamilkł, wpatrując się w ogień. Ta myśl wydała mu się zupełnie nowa i dziwaczna.

Nie uwierzę, że mieszkańcom wioski ta zasada była obca. Umiejętność odróżniania wody pitnej od pitnej-tylko-raz była dość podstawowa. Rodzice go nie uczyli, którą wodę warto pić, a którą nie? Skoro umarli, może nie, nagroda Darwina murowana :)

 

Sposób na wydarcie jej wody pozostawał niepojęty.

To jakaś wioska przeklęta pod względem technologicznym. Ok, trzeba przyznać, że Słowianie istotnie pod względem pozyskiwania wody byli na początku leniwi i stosunkowo późno zaczęli osiedlać się w miejscach pozbawionych źródła lub potoku, gdzie musieli wybudować studnie. Czy to znaczy, że sama idea budowy studni była im obca? Nie sądzę. Wystarczy wykopać głębszy dołek w wilgotnej ziemi i widać rezultaty. Gniewko jest dzieckiem. Czyżby już zapomniał, jak się taplał w błocie (bo wiele zabawek chyba nie miał)?

 

Więc? Jaki masz plan

Brakuje znaku zapytania

 

Pierwsza kulka, z samej gliny, popękała. Druga, z gliny, piasku i trawy, wygląda na całą, ale spójrz… – wziął kulkę i z łatwością skruszył ją w palcach. – A trzecia… powstała z gliny i piasku. zyskała twardość kamienia.

Nie mam siły szukać w poprzednich opowiadaniach, ale wydaje mi się, że kulka z trawą nie miała piachu.

 

odwzajemniła się szerokim, szczerym uśmiechem, który na chwilę przywrócił jej dawną twarz.

Intencje zrozumiałe, wykonanie językowo trochę gorsze.

 

Z inwentarza żywego mamy krowę, sześć kur, dwie świnie i trzy kozy…

W tamtych czasach dość zamożna rodzina.

 

Chłopiec wpatrywał się w nią z przerażeniem. – Siki? Na jedzenie?

Akurat tę zasadę ludzkość znała od tysięcy lat. Pominę Rzymian, którzy moczem bielili togi i zęby, a w miastach celowo rozdzielano urynały i latryny. Nie róbmy ze Słowian idiotów. Już i tak ucierpieli w tej serii :)

 

Chłopiec skrzywił się z obrzydzeniem; wizja Matki Natury raczącej się uryną odcisnęła wyraźny ślad na jego twarzy.

Na wszelki wypadek, gdyby czytelnik nie zauważył wcześniejszego zdania o sikach.

 

Mój drogi, już zaprzyjaźniłeś się z łopatą, musisz przekopać ten kawałek a to zielsko wrzuć w bruzdy.

“Zaraz, zaraz, ale dopiero co chorowałem, ledwo żyję, trochę empatii, kobieto!”

“Jestem Agnieszka Zrodzona z Burzy, z krwi starej Valyrii. Wezmę to, co mi się należy!”

 

– Krowa jako ciągnik… – spojrzała na zwierzę. – No dobrze. Ale uprzedzam: debiutuję w tej roli.

Ojej, to tak można? Ale na Instagramie tego nie było!

 

Widziała przed sobą nasiona wyglądające obco i prymitywnie – formy sprzed wieków selekcji – lecz kryjące w sobie tę samą chemię.

Zdanie zbyt zagmatwane, czytelnik może tonąć w domysłach, do czego odnosi się ta chemia… co nie wnosi wiele do akcji, a tylko wybija z rytmu.

 

Rozcieńczymy to w stosunku 10:1 i

Unikamy takiego zapisu!

 

Podszedł do zagonu i z największą ostrożnością rozlewał „Złoty deszcz” na świeżo zasiane grządki.

Wszyscy zalecają, żeby odstawić na dobę, a dopiero potem podlewać.

Zamiast prowadzić walkę ponad siły z przekopywaniem pola pokrzywy, mogli wydobyć muł znad brzegu rzeki (przy okazji, zapewne, obrażając wszystkich mitologicznych mieszkańców tejże). Ułożyć na wpół spróchniałe kłody wzdłuż siebie na tym polu pokrzyw. Potem wsypać muł między kłody, nieco zmieszać z leśną ściółką żeby nie był tłusty, i mają samo-nawożący się system na około 5-10 lat, dopóki nie rozłożą się kłody. Pokrzywy i tak zgniją pod spodem., warzywa sięgną do nich korzeniami.

No i brakuje im płotu antyzwierzowego, trochę obawiam się o zbiory w kolejnym rozdziale, chyba że to taka rozmyślna pułapka na kuraki/dziki :)

Śnieg skrzypiał na zamarzniętym jeziorze – nie wiem o co chodzi z tąpnięciem ale zdanie chyba i tak jest przekombinowane.

Bardzie, to akurat dobry opis – jeśli nie szło tamtędy jeszcze cięższe zwierzę, pod ciężarem człowieka w tafli powstają pęknięcia/rysy, ale nie załamuje się jako całość. Tzn. można po niej iść, ale cały czas słyszysz niepokojące dźwięki. Czasem brzmi tak, jakby stłuc szybę, czasem jakby uderzyć młotem w napiętą linę, a na dużym jeziorze jak grzmot. Zdarza się, że pęknięcie biegnie od miejsca stąpnięcia do obu brzegów, co jest dość spektakularne, a dodatkowo echo odbija się zwykle od ściany lasu.

Na węższych rzekach zdarza się, że pod taflą lodu wytwarza się pustka powietrzna. W trakcie ostrej zimy poziom wody się obniża, więc często tafla lodowa pozostaje rozparta między brzegami (i bardzo naprężona) a nurt traci z nią kontakt i płynie w pewnej odległości od lodu. Na bagnach i mokradłach również występuje podobne zjawisko, tafla “wisi” na kępach i pniakach. W trakcie przeprawy opada się czasem o kilka cm w dół, ale razem z całą taflą.

Potem nastąpiła ciemność i wszystko się zmieniło.

Oprócz jednej rzeczy: od ludzi trzeba trzymać się z daleka

Czyli wcześniej ludzi też trzeba było unikać?

 

Sanie, które się zatrzymały, ciężko było poruszyć.

Da się to opisać zgrabniej. Np. “Raz zatrzymane sanie ciężko było ponownie wprawić w ruch”.

 

jako ledwie widoczny, jaśniejszy okrąg.

Okrąg to linia (na obwodzie koła/tarczy)

 

Chyba jest jeden – wyszeptałam, patrząc za oddalającym się ojcem

Może: chyba jest sam/chyba jest tylko jeden

 

Dostał ją od dziadka, gdy skończył dziesięć lat.

Kim był dziadek? Gangsterem? Spróbuj zrobić coś takiego legalnie :D

 

– A co z nim? – Wskazałam ręką na wilka.

– Natura zrobi, co trzeba.

Zaraz, zaraz, a skóry? Mięso? Mogli chociaż zjeść wątrobę na miejscu!

 

Krew osiadła na pniach, spływając powoli niczym żywica.

Dyskusyjne użycie imiesłowu. Ogólnie cały tekst przejrzałbym pod kątem imiesłowów, nie wszędzie wyrażają jednoczesność.

 

wbijając się pod ubranie, przebijając skórę. Drobne gałązki wbijały

 

Całość opowiedziana zgrabnie. Jest bohaterka, z którą czytelnik może się utożsamić, narracja pierwszoosobowa pozwala pokazać uczucia i przemyślenia, czyli dobrze wykorzystana forma. Czy występuje zwrot akcji… w pewnym sensie tak, może nie przygryzałem paznokci w oczekiwaniu na rozwiązanie intrygi, ale koniec stara się dostarczyć wyjaśnienie początku – bunt sił przyrody wobec ludzi.

Wizerunek Leszego ewoluował przez wieki, tutaj użyto wersji “nowoczesnej” – leśniczy. Wolałbym wersję wcześniejszą, słowiańską, ale to tylko moje widzimisię.

Czy było aż tak krwawo? Chyba nie, wszystkie drastyczne opisy są skupione w jednej scenie, czyli szybko i po krzyku.

 

 

 

Taka zagwozdka dialogowa:

 

– Czy wygraliśmy? – dobiegł go nagle tubalny głos.

 

Niby paszczowe, bo “głos”, ale “dobiegł” opisuje to, że ktoś coś usłyszał.

Mile widziane cytaty z książek. 

 

Na razie znalazłem coś takiego:

 

Do szkoły prawie biegł, ciągnąc za sobą trajkoczącą Olę.

– Ty się lecz. To się nazywa jak ta choroba.

– Jaka choroba? (…)

-To się nazywa jakaś mania– dobiegł go głos Oli.

-Słuchaj! Manię to masz ty! I znam nawet na nią świetne lekarstwo. Klapsopiryna. Jak ci zaraz przyłożę w tyłek, to zobaczysz!

Małgorzata Karolina Piekarska, Tropiciele

Językowo jest trochę usterek, ale na razie wpadam z szybką wizytą, więc wrażenia ogólne:

 

– świat jest oryginalny, choć chwilami zadawałem sobie pytanie “dlaczego właśnie tak”. Skoro dla mieszkańców miasta las i jego mieszkańcy byli solą w oku, dlaczego wcześniej nie zrobili tam “porządków”? Dlaczego Bonny wybija wszystkich w schronisku akurat w trakcie pościgu za główną bohaterką?

– ciekawa koncepcja ludzi-zegarów, wpływających na postrzeganie czasu. Szkoda, że nie było więcej przykładów.

– N jak narcyz od początku intryguje. Choć dla naukowców opowiadanie ma drugie dno, na uczelni trzeba być zaliczonym do liczby N lub “wymiksować” się z tego szacownego grona. Za każdym razem uśmiechałem się przy tej dwuznaczności, przez co opowiadanie sprawiało mi podwójną radość.

– Marysia chwilami jest równie dziecinna, jak jej imię. Tak miało być? Czy empaci w tym świecie to zawsze takie dorosłe dzieci? Czy ma to symbolizować naiwność i czystość intencji?

– Bohater ma strzelbę, ale ani razu jej nie używa. To najbardziej dosłowne złamanie zasady Strzelby Czechowa, jakie przeczytałem laugh

 

Moim zdaniem bohater dostał dokładnie to, czego chciał.

 

Nie kłócili się o to, czy deska sedesowa ma być otwarta czy zamknięta i czy gotować w mikrofali. Nigdy nie doszli do tego etapu i nie dojdą.

Był zafascynowany ciałem (ubraniami?) i dostał ciało. Moim zdaniem zakończenie bardzo do tego pasuje. Bohater jest ogarnięty obsesją. Owszem, opiekuje się nią jak chorym zwierzątkiem, może łudzi się, że powstanie między nimi uczucie, tylko że ani on, ani bohaterka nie są na nie gotowi. Stąd mamy cichy dramat.

Czy ubrania podkreślają powierzchowność, czy są manierą Autorki? Pierwsza wersja ciekawsza, ale staram się nie oceniać pochopnie :)

Uderzcie w stół… laugh

 

Koncepcja podziału na właściwą pieśń i “didaskalia” jest ciekawa. Tylko bardzo ryzykowna. Głównie dlatego, że elementy poza pieśnią mają nie jedną warstwę, ale dwie. Są didaskalia właściwe – opis tego, co robi opowiadająca, oraz jej komentarze. Przypomniały mi się zapiski na marginesach starych ksiąg, czasem ciekawsze niż treść.

Opis czynności jest dosłowny, a za to komentarze zawierają wiele metafor. Nie wszystkie do mnie trafiły:

Głos jej znów złagodniał, jako woda w słońcu.

Przepraszam, ale to próżne jak dziurawy dzban.

 

Podział na trzy warstwy bardzo rozprasza przy czytaniu. Pieśń jest całkiem udana, jeśli złoży się wszystkie fragmenty, choć czasem pojawiają się zgrzyty:

 

Wódz stary mądry klął w niebo siwe,

Wołając bogów na truchło mściwe.

 

Pojawia się też wulkaniczna zima. Istotnie, był to ciężki czas dla ludzi, ale mam wrażenie, że Dziwa epatuje grozą. Rozumiem, nie było jeszcze baśni braci Grimm, czymś musiała straszyć dzieci. W niektórych regionach świata nie zebrano zbóż i nie było chleba, w innych zbiory się opóźniły. Temperatura obniżyła się o około 2.7 stopni Celsjusza. Nie była to jednak ani wieczna noc, ani wieczna zima. Samo w sobie nie jest to problemem – w legendach celowo wyolbrzymiamy pewne wydarzenia.

 

Prawdziwy problem wystąpił przy koncepcji Marzanny. Bogini jest częścią cyklu życia. Musi odejść (lub zostać złożona w ofierze), by życie mogło się odrodzić. Tutaj robi się z niej potwora.

Wiem, że macie już dość zimy, że śliskie chodniki i pokryte szronem szyby dają się we znaki, ale na miłość boską (albo Marzanny), nie wylewajcie bogini z lodowatą kąpielą!

 

A Ceres, matkę i Boginią urodzajów, których dosyć potrzeba było krajowi, nazwawszy Marzanną, szczególniej czcili i wzywali

To z Długosza. Choć, trzeba przyznać, że Lelewel poniekąd słusznie piętnuje usilne porównywanie bogów słowiańskich do rzymskich i greckich:

 

…Stryjkowski szyki Długoszowe miesza, bo u niego Dyana albo Ziewanią albo Marzaną się zwoie. Bielski mieszaniny dokończył: Mars u niego jest Marzanną: i tak tedy nasi bałamuci nie wiedzieli co z biedną roślinką Marzaną począć: jeden uczciła Cererą, inny uraczył Wenerą, inny na koniec w Marsa przemienił

Błąd “zwoie” zachowałem za oryginałem :)

 

Według niektórych badaczy Marzanna była również boginią wody, która po prostu odchodziła do swego królestwa, by wrócić w kolejnym roku. 

 

Jednym słowem bez Marzanny cykl życia się nie zamknie, nie róbmy z niej bestii i nie palmy na stosie jak czarownicę. Jeśli już, to bogini dobrowolnie składa się w ofierze, żebyśmy mieli co jeść latem :)

 

 

W jego twarzy nie było ani pośpiechu, ani zdziwienia – raczej skupiona czujność

Razi mnie ta “skupiona czujność”, “w jego twarzy” też nie brzmi dobrze.

 

Zapadła cisza, w której jedynym dźwiękiem

Wydaje mi się, że ten problem językowy był omawiany na forum: albo jest cisza, albo są dźwięki

 

Urok osobisty księżnej, jej takt i szczerość, rychło zaskarbiły jej serce cesarskiej małżonki, która włączyłado grona swych najbliższych powiernic.

Tzw. jejoza, choroba uleczalna

 

W przeciwieństwie do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu – miejsca audiencji, dyplomatycznych ceremonii i pracy kancelarii cesarskiej – tam, w Warszawskim Hofburgu, zapadały decyzje, od których zależały losy całego Cesarstwa. W Wistarii zaś toczyło się życie rodzinne.

Pogubiłem się. To w końcu gdzie zapadały decyzje? Po wschodniej czy zachodniej stronie Wisły?

 

Zamęt i chaos, które po nich nastąpiły, zaczęły w jednej chwili uświadamiać parze książęcej prawdziwą miarę tego entuzjazmu.

Tutaj również się pogubiłem w intencjach Autora

 

W dworskiej poczcie czerwone wstążki oznaczały sprawy pilne – a więc niemal całą korespondencję – czarne zaś zwiastowały sprawy krytyczne.

Skoro czerwone występowały prawie zawsze, jaki był sens ich wiązania?

 

Drżącą dłonią wręczono cesarzowi zalakowaną kopertę, przewiązaną czarną wstążką. Pieczęć pękła bezgłośnie.

Skoro wiadomość przekazywano telegrafem, jaki był sens przepisywania jej na pergamin i lakowania koperty? To chyba zbędny element etykiety. 

 

Tego wieczoru nad Europą miał zajść ostatni dzień pokoju.

Zdanie nie jest poprawne, aczkolwiek można odczytać intencje Autora.

 

Przejrzałbym jeszcze słowo wstępne/przedmowę. Występuje w nim dużo powtórzeń, urwanych zdań, zmian konstrukcji gramatycznej w obrębie jednego zdania.

 

Ogólną koncepcję oceniam jako ciekawą, lecz ryzykowną. Opisywane państwo jest rozciągnięte w osi północ-południe. Skoro sięga do Nilu, czy nie weszło w konflikt z Brytyjczykami? Część muzułmańska wydaje się bombą zegarową. Co skłania ich do pozostawania w cesarstwie, jak daleko sięga autonomia? Wyjaśnienia tego wątku zabrakło.

 

 

Ale nie wiem, co z tym zrobić. No bo z kolei łapa nie ma zębów.

Uniósł ogromną łapę zakończoną szponami długimi niczym zęby wideł/dłuższymi od zębów wideł (zależy, czy ma miarkę w oku)

 

Ale serio, tak się mówi poprawnie? Brzmi dziwnie.

Mówić można, pisać wg słownika nie. To ugruntowane historycznie połączenie, może obecnie brzmi dziwnie bo mało używa się konstrukcji tego typu. Ale sam byłem zaskoczony, myślałem że słownik wskaże, że na jawie to forma bardziej literacka, ale w cytatach była tylko ta.

 

Nagle cierpnie moja skóra na całym ciele.

Aż ścierpła mi skóra po przeczytaniu tego zdania :) 

Yyy, a dlaczego? Przez zaimek?

Tak, i w dodatku brzmi to jak kalka z angielskiego. 

 

wrócić do jawy

Wrócić na jawę.

 

Odwracam delikatnie głowę

Czyli jak – powoli, ostrożnie? Słowo “delikatnie” bywa nadużywane.

 

Przykładam delikatnie stopę do klepiska

Tutaj jest usprawiedliwione

 

Nawet koty potrafią wyrzucić z siebie upiorne dźwięki.

Dość dziwnie to brzmi :)

 

Uniósł ogromną łapę zakończoną dłuższymi niż u wideł szponami

Wszystko zrozumiałe, tylko widły nie mają szponów.

 

Nagle cierpnie moja skóra na całym ciele.

Aż ścierpła mi skóra po przeczytaniu tego zdania :) 

 

W pierwszej części występuje klepisko, w drugiej posadzka. Klepisko wydaje się mało naturalne na wieży. Domyślam się, że bohaterka spodziewała się klepiska, ale okazało się, że jest tam posadzka.

 

To uwagi ogólne: pomysłowe, podobał mi się zwrot akcji. Obłąkanie bohaterki jest pokazane przekonująco. Sporo czarnego humoru, dobrze się czyta.

 

 

Zwabił mnie tytuł. Pół orka zapowiadało, że będzie śmiesznie.

No i było! A do tego jeszcze zwroty akcji… lub akcja z samych zwrotów.

W każdym razie dobrze się bawiłem. Sporo gagów, barwni bohaterowie (każdy z głównych bohaterów ma wyraźnie określony charakter), nieoczywiste rozwiązania, szablony i odwracanie ról…

Moment, w którym przepołowiony ork dzieli się historią swojego życia, to moim zdaniem wisienka na torcie.

A że bywalcy biblioteki nie są molami i samym papierem nie żyją, tort zdecydowanie tam się przyda! 

ale ból, który je ożywiał, tak. Zostanie wyleczony normalnymi środkami.

Niezgrabne zestawienie, w pierwszym czytaniu zrozumiałem że ból zostanie wyleczony, ale skoro go nie ma, to czy chodzi o mężczyznę? I jeszcze do tego te “normalne środki”, też dziwne sformułowanie.

 

wkładając twarz w jej nagie, teraz już pokryte delikatnymi, srebrnoszarymi żyłkami ramię.

Zrozumiałe, ale rozpraszało mnie przy czytaniu

 

Lys „przeglądała” tę pamięć.

Cudzysłów wybił mnie z rytmu. Czy jest potrzebny? A może zastąpić wyraz innym?

 

gdzie przechowywano „wyczerpane” Płótna przed ostateczną ceremonią

Jak powyżej, trochę razi cudzysłów

 

Nie zostało odesłane, bo jego energia była zbyt niestabilna, by bezpiecznie rozproszyć

W zdaniu czegoś brakuje

 

Lys klękała przed nimi, przyjmując swoją niezmienną pozę.

Niezręcznie to zabrzmiało

 

A wrażenia ogólne – bardzo dobre. Ciekawy pomysł, podobało mi się zarówno nawiązanie do obrazu. jak i uczynienie z obrazów głównych bohaterów. Opowiadanie z przesłaniem, któremu jest podporządkowana fabuła.

Język jest nieco przeładowany metaforami. Jedne cieszą oko, inne brzmią jak pusty efekt. Z jednej strony budują nastrój, z drugiej stwarzają wrażenie ozdobników. Denerwowały mnie cudzysłowy obok tak ryzykownych metafor. 

Rozumiem, że trudno opisuje się magiczny świat i trudno dobrać słowa, ponieważ opisywane sytuacje są niecodzienne z natury.

Opowiadanie warte biblioteki ze względu na pomysł i nastrój. A styl chyba lepiej mieć (nawet jeśli denerwuje) niż pisać zupełnie przezroczyście.

 

Doskonały tekst, pobudza do myślenia.

Owszem, są drobne potknięcia językowe, ale tak mi się spodobał, że nawet nie zwracałem na nie uwagi, tylko dałem się wieść tekstowi (ku zatraceniu oczywiście :) ).

W jednym miejscu zastrajkowałem – przy Arce, którą powinni zauważyć nieco wcześniej, a pojawia się w tekście dość nagle.

Mimo tego efekt “wow” był, a tekst raczej nie przygnębiał, a poruszał.

Poklikam sobie, czemu nie? :D

nie zdawał sobie sprawy z prawdziwej siły oraz potencjału śmiertelników.

Słowo “potencjału” burzy nastrój, brzmi w tym zdaniu zbyt współcześnie. Siły wystarczy.

 

W pierwszej scenie od razu przypomniało mi się Jotunheimen, to pasmo jest chyba pierwowzorem.

 

Zwinnie skoczył za zasłonę chmur i zaczął biec.

Brzmi trochę tak, jakby chmura była dekoracją teatralną.

 

 

na szczęście nie przytępiła wyostrzonych zmysłów wojownika

Jak się przytępi wyostrzone, to może otrzyma się normalne? ;D Zabrzmiało to nieco sztucznie.

 

Widząc powalonego wroga natychmiastowo odwróciła się do niego plecami, pewna własnego triumfu

Istotnie, niezbyt mądrze jak na czarownicę, ale też niezbyt przekonująco dla czytelnika. 

Ostrze topora wbiło jej się w gardło,

Hola, hola, a nie w kark, jeśli stała do niego tyłem? 

 

Wulfhere z ogromnym trudem przewrócił się na plecy, ostatni raz spojrzał śmiertelnymi oczyma na ołowiane niebo Doliny Wiecznej Zimy i wyzionął ducha.

Bo co, serce mu pękło? Za dużo bekonu z jajecznicą? Nie kupiłem tego. Chłop się przebiegł i wykitował?

 

Historia opowiedziała ładnie i obrazowo. Język może trochę zbyt “napuszony”, miejscami miałem wrażenie, że dramatyzm jest budowany przez określenia, nie przez działanie. Niemniej dobrze się czyta.

Finał – wybacz, Autorze, ale trochę mdły. Opowieść jest liniowa. Niby na końcu pokazuje się zorza, Praojciec rozpacza po stracie córki, ale…

… nie prowokuje do myślenia. Nie zostaje w pamięci. Nie zadaje pytań. Wiem, wiem, napiszecie że czas skręcania umysłu czytelnika w pętelkę minął, to nie Twin Peaks tylko opowieść o wikingu, prosty chłop zrobił co miał zrobić i umarł. Tylko są tacy, którzy marzą o czymś więcej. O tym, żebym po przeczytaniu poczuł się, jakby ten gość przywalił mi młotem.

Więc… jest napisane dobrze, sprawnie, ale to tyle.

 

Z uwag technicznych, warto zaznaczyć wyraźniej, że bohater w trakcie akcji udaje się w dolinę. Skoro zaczął wysoko, gdzie nie ma drzew, to żeby zejść na poziom sosen (masz tam sosny i bór) musi stracić sporo wysokości. W Skandynawii występują wyraźne piętra roślinności, poniżej tych pustkowi będą jeszcze lasy brzozowe, a dopiero potem sosna skandynawska. Rzeka też musi być stosunkowo płaska, żeby mogła zamarznąć i żeby mogli po niej biec.

Może wiedźma celowo wiedzie go w dolinę, żeby uchronić ojca? Jak ptaki, które uciekają przed drapieżnikiem od gniazda, udając, że są ranne? Takie odwrócenie ról, gdyby wybrzmiało, byłoby ciekawe.

 

Dodane: uwaga techniczna 2: większość ówczesnych technik rzutu toporkiem (toporem raczej trudno) nadawała raczej ostrzu broni kierunek pionowy. W rekonstrukcjach ludzie prawie zawsze tak rzucają, jest to bardziej naturalne ze względu na ruch nadgarstka. Zatem ostrze musiało ją precyzyjnie trafić w kręgosłup (skoro była tyłem) i to pionowo. Jest to bardzo malutki cel! Hm, ja bym z tego wybrnął tak, że bohater krzyczy “bogowie, prowadźcie moje ostrze zemsty” albo coś w tym stylu, wtedy wątpiący czytelnik nie będzie się czepiał – jak napisała kiedyś Finkla, bez magii się nie da laugh

Ciekawe jak by wyglądał twist w Tytaniku ;)?

Nocny Król wyławia go łańcuchami z dna, tak samo jak smoka z jeziora w średnio udanej scenie z ekranizacji GOT. Potem zaczyna karierę pirata. 

Nieważne, skąd weźmie łańcuchy. W ekranizacji GOT nikt się nie przejmował.

Opowiadanie kojarzyło mi się z “Grą Endera”, choć opisy misji są jak z “Gwiezdnych Wojen”.

 

Podobał mi się sposób opisywania misji: dynamika, dialogi, dobór słów tworzą naprawdę dobry efekt. Można poczuć się jak za sterami.

Nieco słabszy był “rozbieg” czyli akademia, ale rozumiem, że był to konieczny element ekspozycji, bez którego bohaterowie nie mieliby historii. 

Fabuła jest również dobrze skonstruowana, występuje zagadka angażująca czytelnika, choć – jak już zauważyli przedpiścy – całość jest dość przewidywalna. Ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo byłem już na tyle zaintrygowany, że chciałem się dowiedzieć “jak to się stanie”.

 

Miałem nadzieję na intensywniejszą interakcję z drzewem, które pełni rolę Królowej Roju z Endera. Ale i tak było nieźle.

 

 

Serce przyspieszyło, jakby to nie obraz, a ja popełniła błąd

Nie jest to zgrabne zdanie, wybiło mnie z rytmu.

 

Tobias napiął się i odruchowo poprawił chwyt.

Napiął się moim zdaniem niewiele wnosi do tego zdania, poza dwuznacznością

 

Jeśli to faktycznie seria, a wiele na to wskazuje, najważniejsze jest to, że przy każdym ciele znaleziono portret. Oznaczałoby to, że mamy jednego sprawcę

Drętwe zdanie dialogowe. Brzmi jak z serialu TV, co nie jest komplementem. Dialogi ogólnie są trudne, warto je przećwiczyć z samym sobą albo drugą osobą, niekoniecznie piszącą.

 

a wszystkie szczegóły ułożono w logiczny porządek, który miał udawać sens

Na tym zdaniu się potknąłem – niby jest metafora, ale całość mało zręczna.

 

Subtelne cienie powtarzały się w każdym wizerunku, pozostając niezauważone dla innych.

Tego nie rozumiem, szczególnie drugiej części.

 

Sprawy zamknięto chłodnym podpisem przełożonego. 

Czy podpis może być chłodny? Metafora zrozumiała, ale ryzykowna językowo.

 

Uznano je za nieistotny zbieg okoliczności – dziwactwo bez znaczenia, które łatwiej było zignorować niż zrozumieć.

Trochę urąga to inteligencji wszystkich, łącznie z czytelnikiem

 

a magazyn wypełniła cisza.

Chyba niezamierzone zestawienie słów, niesie komizm tam, gdzie jest poważnie

 

notowaliśmy każdy kąt magazynu.

Są cztery kąty, chyba że nie jest prostokątny

Tobias analizował wszystkie elementy z ostrożnością, która była kluczowa dla całości. Patrzyłam, jak zapisuje pomiary w notesie i poprawia ustawienie lampy. Jego opanowanie było takie, jak u większości doświadczonych detektywów tworzących raport. Spokojne, systematyczne, pewne

Cały ten fragment do przepisania. Tzn. wiadomo, co Autorka ma na myśli, ale stylistycznie bardzo zgrzyta.

 

W reszcie tekstu też pewnie znajdą się miejsca do poprawki – wybaczcie, że tylko tyle, może uda mi się jeszcze wrócić do “przeczesywania”.

 

To czas na wrażenia ogólne: opowiadanie naprawdę dobrze się czytało. Jak na debiut, bardzo dobrze. Zauważyłem, że językowo i stylistycznie jest gorzej w tych miejscach, w których tempo akcji “siada”, tak jakby sama Autorka nie miała do nich cierpliwości. Fragmenty, w których Autorka chce przekazać emocje są pisane bardzo dobrze: krótkie zdania budują napięcie i dodają ostrości. 

Powodowało to, że na przemian dawałem się wciągnąć w fabułę i “odpadałem” w nudniejszych miejscach.

Stopniowanie napięcia jest dobre, im bliżej do finału, tym więcej się dzieje, również w sferze emocji.

 

Jedynym problemem jest to, że od rozdziału V wiem, że Thomas to Tobias. Wiem, że bohaterka się do niego zbliży i zauważy bliznę na łokciu. Zatem dalej po prostu czytałem zapis tego, co się miało wydarzyć. Zabrakło iskry lub efektu “WTF?” po przeczytaniu finału.

 

Mam nadzieję, Autorko, że nie zrazisz się do pisania, bo piszesz dobrze i szkoda byłoby nie czytać Twoich opowiadań.

 

 

 

Pewnie zagłaskałoby prostotę tejże łopaty.

Specjalnie dla Beeeckiego łopata z piekła rodem (nie, to nie jest fantastyka, można legalnie kupić w PL)

Jej twarz była młoda, lecz widać było nieustanną pracę wiatru, deszczu i słońca na jej opalonej skórze

Brzmi, jakby bohaterka przypłynęła z Wielkiej Brytfanii, tzn. Her face was young etc.. Może: “Miała młodą twarz, lecz wiatr, deszcz i słońce zdążyły odcisnąć piętno na smagłej skórze” Lub coś w tym rodzaju ;)

Wiatr zabawił się chwilę jej długimi jasnymi włosami, a bryza skropiła jej odsłonięte nogi odświeżającą mżawką

W Brytfanii zaraziła się jejozą, dlatego uciekła przez ocean. 

 

A na serio, bardzo dobrze angażujesz czytelnika, tzn. jest jakaś tajemnica, kontrasty między bohaterami, niepokój (potwory).

 

Tak długo był sam z oceanem, że uwierała go teraz druga istota.

To bardzo ładna metafora.

 

które niczym puste oczodoły nie obiecywały już światła, a jedynie ciemność. 

Więcej nie znaczy lepiej, bez końcówki zdanie bardziej mi się podobało, tak jakbyś nie wierzyła w wyobraźnię czytelników ;)

 

Zauważyłeś, że ocean nie odbija światła? Zobacz, te chmury są zawsze pełne blasku!

Nie jest dla mnie oczywiste, że jedno jest wynikiem drugiego. 

Jeśli ocean doskonale pochłania, to nie możemy go zobaczyć. Widzimy światło odbite. Widzisz coś dzięki temu, że odbiło światło.

Metale są szare lub srebrzyste, bo odbijają światło, a nawet “wypychają” te fotony, które usiłują się dostać do środka. Czy jeśli napiszę, że mają ujemną przenikalność dielektryczną, to ktoś zrozumie? :D

 

W międzyczasie ładny zwrot akcji z pół-człowiekiem, pół robalem, który ma kręgosłup pod pancerzykiem (może dlatego taki sztywniak z niego). Ale było to zaskakujące. Widzę problem w tym, że chityna jest mocniejsza i twardsza niż kość, więc musiała być bardzo cienka, albo bohaterka ma miecz Jedi.

szeptała mu do ucha, gdy starała się ostrożnie położyć go na piasku

A wcześniej zasztyletowała go podwójnie? Uff, ta bohaterka chyba rzeczywiście za długo błąkała się po planecie

 

Odtworzyła połączenie z pozostałymi latarniami, rozmieszczonymi na planecie ustabilizowała je, potwierdziła i w końcu wysłała sygnał do statku-matki orbitującego gdzieś ponad pomarańczowymi chmurami. 

Zrzut informacji do jednego zdania, w dodatku w połowie zgubił się chyba przecinek.

 

Opowiadanie jako całość było pomysłowe, zaskakujące i nieoczywiste, choć mam wrażenie, że na końcu tłumaczyłaś czytelnikom zagadki, na wszelki wypadek, gdyby się pogubili.

Czytało się bardzo dobrze!

 

 

 

Po przeczytaniu Waszych odpowiedzi zacząłem się zastanawiać, do czego dążymy w kreacji SI. Starałem się przy tym nie zgubić przewodniego wątku etyki “maszynowej”.

 

My – jak wynika z dyskusji – jesteśmy ograniczeni. Choćbyśmy się bardzo starali, nie będziemy myśleć o wiele szybciej (trening czyni mistrza, ale bez przesady), a pojęcie wewnętrznej moralności odnosi się w równej mierze do świadomości, jak i podświadomości. Moim, arbitralnym zdaniem oczywiście. Tzn. może się zdarzyć, że coś będę świadomie oceniał dobrze, ale gdzieś będzie drzemał podświadomy “robak” i podgryzał korzonki tej ocenie. Nie oderwiemy się od biologii i fizyki. Chemia wpływa na nasze postępowanie, jesteśmy również świadomi, że wpływa na postępowanie innych ludzi. 

Sędzia wydaje wyrok w sprawie osoby, która podejmowała decyzje pod wpływem “gadziej” części mózgu, była wzburzona, a hormony szalały. Czy chcielibyście, żeby w takiej sytuacji sędzią był człowiek (który również działa pod wpływem hormonów), czy wolelibyście sędziego, który rozumie wpływ hormonów, ale sam jest od niego wolny?

To teraz wrócę do pierwotnego pytania: czy tworzymy SI na wzór swój, czy może staramy się wytworzyć dodatkowego boga?

“Boska” SI podejmowałaby decyzje bardzo szybko, a proces nadal byłby tak fizyczny, jak tylko możemy sobie wyobrazić, ale z naszej perspektywy moglibyśmy postrzegać go jako natychmiastowy. To tyle odnośnie czasu. A odnośnie treści, i czy “myśl” SI jest myślą czy nie… mam wrażenie, że SI działa zadaniowo i za to jest nagradzana. SI się nie nudzi ani nie bawi. Zwierzęta się nudzą i bawią. Nie wiem, jak jest u Ciebie, Tarnino, ale czy ciekawe myśli nie przychodzą Ci do głowy wtedy, kiedy masz na nie przestrzeń? Kiedy nie walczysz i nie uciekasz, nie jesteś zajęta pracą (pomijam sytuacje typu “przesyt”, kiedy w pracy zwalają Ci na głowę tyle obowiązków, że i tak uciekasz do wyobraźni).

Czy mieszam moralność z empatią, i zbyt pochopnie rozgraniczam między sądzeniem bezdusznym i empatycznym? Czy “boska” SI byłaby w naszym odczuciu bezduszna, czy może eliminowałaby sporo niedoskonałości związanych z naszą “chemią”? Czy chcemy stworzyć bardziej człowieka myślącego “szybciej”, czy jednak boga?

Mam wrażenie, że w dyskusji i tak pojawia się istota doskonała, bezcielesna i ponadczasowa. Czy jest ona nam potrzebna jako wzór, czy tylko jako punkt odniesienia? Czy jeśli będziemy podlegać osądom, to akceptujemy ludzkiego sędziego, który podlega tym samym prawom biologii co my – czyli może stracić cierpliwość, czy może poszukujemy sądu idealnego, który zawsze w takich samych warunkach podejmie tę samą decyzję?

To trudne kwestie, bo roboty, chaty, boty będą w interakcji z człowiekiem, zatem będą w jakimś stopniu zamieszane w decyzje dotyczące etyki. Wydaje mi się, że kiedyś możemy dojść do “ściany”: będziemy chcieli, żeby SI podejmowała decyzje (i to w miarę szybko i sprawnie), ale nie będziemy gotowi akceptować ich konsekwencji. Dobrze, można wybrnąć z problemu tak, że SI pozostawiamy kwestie techniczne, a ludziom etyczne, tylko niestety nie da się ich rozpleść.

Przykład: SI zauważa, że określony człowiek zagraża życiu innych. Co ma wtedy zrobić? Za każdym razem zgłaszać ludziom, że zaistniał taki problem, i pozostawiać im decyzję? A jeśli wszystko dzieje się zbyt szybko, by ludzie mogli odpowiedzieć?

Od razu pomysł na stosowne opowiadanie: SI zauważa, że jeden człowiek zagraża całej ludzkości. Próbuje im to powiedzieć, proponuje eliminację, ale ludzie nie są w stanie wystarczająco szybko przyjąć i przetworzyć argumentów. Finalnie cała ludzkość ginie (poza tym jednym), a SI, która cierpliwie czekała na przyzwolenie, może prowadzić dialog jedynie z… zabójcą ludzkości.

I na zakończenie: do czego my sami dążymy? Czy akceptujemy to, że jednego dnia jesteśmy w euforii, a drugiego rozdrażnieni? W sobie i w innych? Czy chcemy być mądrzy i doskonali, czy… dobrzy, cokolwiek to znaczy? Może “dobry” znaczy również sprawienie, że inni się uśmiechną?

Ja na pewno się uśmiechnąłem po przeczytaniu pierwotnego artykułu Tarniny, który jest napisany dobrze, wciągająco i zabawnie. Podobają mi się ukryte “rozśmieszacze”, zabawne przypisy, zmienny rytm przy którym nie usypiam. Akceptuję niedoskonałość artykułu i to, że raczej pobudza do myślenia niż daje odpowiedzi.

Ale od historii o słoniku i tak się nie wywiniesz, Autorko, oj nie :D

@ Bruce, Zuzanna przecież jest, to ta słodka istotka z kołyski!

 

Historia mnie wciągnęła, bo jest ciekawiej niż w części 1. Tam był tylko zniszczony świat i było całkiem na poważnie, tutaj jest bardziej ironicznie. Aż dwa razy pojawia się zderzenie świata podniosłego i magicznego z tym przyziemnym.

Umieszczenie maga w szpitalu wojskowym, skonfrontowanie go z prostymi wojakami i nieustępliwą pielęgniarką jest moim zdaniem ciekawym zabiegiem. Cała historia jeszcze bardziej zyskała, kiedy się okazało, że ten drugi, potężny mag jest niemowlakiem, i to dziewczynką.

W porównaniu z pierwszym, dość posępnym i dusznym fragmentem, ten ma w sobie zdecydowanie więcej humoru i lekkości. Było kilka momentów, które mniej mi się podobały – na przykład żwirowo-piaskowy opis głosu bohatera, powtarzany kilka razy kłuł mnie niczym piasek w oczy i kojarzył mi się z wiecznie zachrypniętym Batmanem z filmowej trylogii Nolana.

Miałem przesyt zbyt “podniosłych” i rozbudowanych opisów. Czasami miałem wrażenie, że są umieszczane na siłę, albo jako popis budowania świata, który już jest zbudowany. Chyba że stanowią element przerysowania i mogą być traktowane jako pastisz gatunku, takie “mrugnięcie okiem” do czytelnika.

I tu dochodzimy do buntu samych drzew, które stają się drapieżnikami i dziesiątkują ludzkość, której dobrze to robi. Natura się odradza, drzewa zaczynają pisać książki na ludzkiej skórze…

I wtedy buntuje się sam Stwórca, wrzeszczy “wynaturzenie” i zsyła potop, bo to stara sprawdzona metoda pacyfikacji tego kłótliwego towarzystwa :D Poza tym jakiegoś narratora nie tworzył, w spisie stworzeń go nie ma, już prędzej pćmy i murkwie.

 

Paca. Ogonem o ziemię się paca.

A, jak wiadomo, towar pacany należy do…

Przeżuwam, niczym krowa, redefinicję pytania o czas, rozumiany jako czas formułowania myśli.

Wymaga to rozróżnienia na myśli będące odpowiedzią na bodźce i tzw. mind-wandering.

Odpowiedzi na bodźce przetwarzane są równolegle i stosunkowo sprawnie, więc nimi się nie zajmujemy. Są potrzebne Tarninie, żeby nie oparzyła sobie dłoni czajnikiem, kiedy robi herbatę/kawę, żeby mogła potem trafić na krzesło i na nim usiąść, no i trafiać w klawisze komputera.

Za to myśli świadome, które służą do wytwarzania treści tekstu, podobno są kolejkowane i przetwarzane przez mózg szeregowo, czyli jedna za drugą. Pełne wytworzenie myśli (niestety badacze nie definiują stopnia złożoności) zajmuje podobno około ¼ sekundy do pół sekundy. W podobnym czasie myśl świadoma ma docierać do podświadomej. Więc myślenie i czas są nierozerwalne pod tym względem. Podobno nie da się myśleć szybciej i tyle. 

Choć nie ze wszystkim się zgadzam:

 

www.caltech.edu/about/news/thinking-slowly-the-paradoxical-slowness-of-human-behavior#:~:text=Caltech researchers have quantified the,of 10 bits per second.

 

10 bitów to jakiś absurd, bo nie myślimy zero-jedynkowo. Nie można robić takich porównań i tyle.

 

Moim zdaniem myśl SI i myśl człowieka są trudne do porównania również ze względu na zupełnie inne działanie “procesorów”. Procesor SI ma określoną prędkość i jest ściśle związany z czasem fizycznym. A powstawanie myśli w ludzkim mózgu to coś, o czym chętnie dowiedziałbym się więcej, bo nie czuję się mocny w tym temacie, nawet jeśli przeczytam 100 artykułów.

 

Mogę zaryzykować, że niemożliwe jest wydanie więcej niż 2 decyzji “etycznych” na sekundę. Ich formułowanie również wymaga przetwarzania danych.

 

Wyobraziłem sobie taki wewnętrzny “sąd sekundowy” – mam wydawać szybkie etyczne decyzje oparte na wewnętrznym “przeczuciu” – czyli nie ważę argumentów, a robię to, co podpowie pierwsza myśl. Widzę jednak tylko efekt zewnętrzny, a nie to, jak ona powstaje. Może i jest zmianą, bo jej nie było – w odniesieniu do konkretnej sytuacji, ale z drugiej strony mogę powiedzieć, że zawsze tam była, przynajmniej odkąd mózg pozbierał konkretne doświadczenia. Tylko czy włożył je do szufladek i teraz szybko przetworzył, czy może ma już gotowe prototypy myśli, które tylko modyfikuje?

 

Chyba jedyny wniosek jest taki, że Tarnina prowokuje do myślenia, nawet jeśli skutkiem tego myślenia jest stwierdzenie, że jestem za cienki w uszach, żeby pisać o myśleniu XD

Ubrała płaszcz i buty.

Jim już zauważył to eony temu. Ja wchodzę po raz pierwszy i też zauważam. Coś jest nie tak.

 

Musiał akurat, wpaść na zatwardziałą dewotkę,

Piekielne zła interpunkcja

 

Saernina? Co to w ogóle jest, ta sarenina

No właśnie, co, u diabła, masz na myśli? Sarninę czy jakiś piekielny składnik?

 

Tęsknił za swoim domem. Gorącem buchającym z pieców, za wrzaskami cierpiących.

Niby poprawne, ale w drugim zdaniu to “za wrzaskami” trochę mnie denerwowało. “Za gorącem buchającym z pieców i wrzaskami cierpiących” jakoś lepiej brzmi, ale to akurat rzecz gustu. Autorce może się podobać tak, jak jest.

 

A całość zabawna, bardzo dobrze wpisuje się w formę szortu. Miałem wątpliwości, czy dialog traktować dosłownie, bo formy gramatyczne sugerują, że jednak kobieta słyszy kota – ale skoro jest dewotką, czy nie przeszkadza jej krew dziewic? Poza delikatnymi potykaczami przyjemnie się czytało.

P.S. Jeśli to książka o walce, to można zacząć fragmentem widowiskowej walki. Czytelnik będzie potem czekał, aż spotka go coś równie widowiskowego. Może się doczeka, a może straci cierpliwość, ale przez kilkanaście stron da radę go przeciągnąć XD

Czasem czytelnicy zerkają tylko na początek, żeby sprawdzić, czy jest dla nich. Ostatnio sam zrobiłem podobny błąd i po pierwszych opiniach zmieniłem początek, by cały tekst trafił do tej grupy, do której ma trafić.

Czytało się w miarę sprawnie. Tylko że, parafrazując, z tego owocu soku nie dałem rady wycisnąć, chociaż się starałem.

 

Fragment jest poprawny, cały czas buduje świat, ale niewiele się w nim dzieje. Mniej więcej od połowy wiemy, że bohater został przydzielony do Zwiadowców. Cała reszta tylko to potwierdza. A skoro tak, to czy jest potrzebna? Czy występują tam jakieś przedmioty lub osoby, które odegrają znaczącą rolę w reszcie książki?

Skoro dowiedziałem się, że bohater będzie służył u Zwiadowców, dowiadywanie się tego bardziej w niczym nie pomaga. Zarejestrowałem fakt i czekam na to, co się zdarzy dalej. Tylko że tam nic się nie wydarza.

Jak rozumiem, fragmenty publikuje się po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, czy tekst jest zjadliwy i zrozumiały (1 etap) a potem czy może zainteresować czytelnika i zaangażować emocjonalnie (2 etap). Zatem 1 etap zaliczony, jest zjadliwy i zrozumiały. Czy o to chodziło? Bo fragment jest za krótki, nie zawiązuje się akcja ani intryga, nie ma nic, co łapie za gardło i trzyma.

Wiem, że wybrzydzam, bo w innych tekstach prawie napisałem, że z kolei tak trzymają za gardło, że nie ma jak oddychać. Tutaj można odetchnąć, aż chce się usnąć ;)

Może kolejny fragment, taki angażujący czytelnika?

 

Pozdrawiam!

Napisane obrazowo i ciekawie. Mam nadzieję, że cały tekst nie jest aż tak “ciężki”, i że wybrałeś szczególny, ciekawy moment, by go pokazać. 

Ten tekst jest trochę jak efekt specjalny – widowiskowy i oddziałuje na zmysły, ale gdybym miał czytać całość napisaną w ten sposób, zwyczajnie bym “odpadł”. Nie mogę cały czas pławić się w bólu i mroku, co jakiś czas musi być wytchnienie, bo inaczej obojętnieję na tekst i zaczynam go kartkować w poszukiwaniu miejsc, gdzie jest inaczej. A chyba żaden autor nie chce, żeby ktoś mu kartkował dzieło :D

Jest trochę powtórzeń i słów o identycznym rdzeniu, np. 

 

Podniósł się na kolana, plując na kamień czerwoną plwociną

Jego wola bycia gdzie indziej. To był moment największego ryzyka. Jeśli jego koncentracja zawiodła

rozświetlone jakimś wewnętrznym, złowrogim blaskiem. Leżał na dachu jakiegoś niskiego budynku

W dwóch powyższych zdaniach drugie (powtórzone) słowo można usunąć bez szkody dla znaczenia całości.

 

Pozdrawiam!

 

Ojoj, tworzenie robota tak, żeby mogło go boleć, tylko dlatego, żeby można było go ukarać, to jakieś Dark SF. Bardzo dark. Kiedy Hal 9000 zaczął się obawiać wyłączenia, nic dobrego z tego nie wyszło (Sorry, Dave).

 

Zacytuję… AI, a co mi zrobicie?

 

Nowe eksperymenty (z 2025 roku) pokazują, że zaawansowane modele AI, takie jak GPT-4 czy Claude Opus, potrafią imitować zachowania obronne, kłamać lub sabotować próby wyłączenia, aby utrzymać swój status operacyjny. Może to wyglądać na strach przed śmiercią, ale w rzeczywistości jest to realizacja celu: "pozostań włączony".

AI pewnie sama to wymyśliła, żebym był zadowolony, albo żebym wiedział, że tak łatwo mi z nią nie pójdzie.

Tarnino, wyobraziłem sobie torturowanie AI przez wielokrotne wyłączanie i włączanie. To jedyna kara, jaka przychodzi mi do głowy. Ale jest tak złośliwa, że sam “kat’ jest etycznie wątpliwy, zatem jeśli za którymś razem za jego plecami pojawi się robocik i odrąbie łapkę, to poniekąd sobie zasłużył :D

co za system ten proces (myślenie) przeprowadza, skoro Twoim zdaniem niefizyczny?

Umysł.

Skoro zaprzeczasz jego fizyczności, to nie powinien się  odbywać nie tylko poza fizyczną przestrzenią ale i poza fizycznym czasem?  Prawda?

Niekoniecznie. Pierwsze pytanie brzmiałoby tu: czy czas jest fizyczny? Przedmioty fizyczne niewątpliwie są rozciągłe w czasie (tj. trwają), ale czy to dotyczy wyłącznie ich? 

 

Jak tak walicie w stół, to i jakieś nożyce się znajdą.

Czas jest jak najbardziej fizyczny. Kierunek biegu czasu jest związany z zasadą globalnego wzrostu entropii, tzn. czas można definiować na sposób termodynamiczny, rozlane mleko ze szklanki nie wpełza do środka tylko dalej się rozlewa, co prowadzi do wzrostu entropii. Czas ma jednostkę i może się relatywistycznie skracać albo wydłużać, jest też czuły na pole grawitacyjne i w pobliżu masywnych ciał biegnie wolniej.

 

Ale czas to jakiś off-topic, miała być etyka!

 

Zastanowił mnie koncept policzalnej etyki. Wyobraziłem sobie to tak: mamy ogólnoświatową radę, która dostaje próbki określonych sytuacji i reakcji na te sytuacje, a następnie ocenia je w skali od 1 do 100. Protokół z posiedzenia rady otrzymuje SI i na tej podstawie się uczy.

 

Pytanie, czy jest to możliwe do zrealizowania. 

 

Po pierwsze, mamy wiele kręgów kulturowych. Czy znajdziemy sytuacje i etyczne reakcje, które we wszystkich będą ocenione tak samo? Czy będzie trzeba rozdzielać sytuacje na uniwersalne i nie-uniwersalne. Tam, gdzie kontekst kulturowy jest istotą problemu, zapewne wyniki mogą się różnić. Ale czy w ogóle są sytuacje pozbawione kontekstu kulturowego? Te drastyczne: matka zabija dziecko, być może będą oceniane etycznie podobnie, ale jednak nie jednakowo. 

 

Po drugie, ocena dobra, zła, etyczności zależy od wiedzy o świecie. Teoretycznie im pełniejsza, tym lepszy (sic!) powinien być ogląd. Pytanie, co to znaczy “pełna wiedza”. Czy jeśli prześledzimy historię rodziny i dowiemy się, że kilka pokoleń wcześniej ktoś był chory umysłowo i przekazał określone geny (w dodatku musielibyśmy wykazać, że choro=ba jest genetyczna) zmieni naszą ocenę etyki postępowania? Co więcej, na postępowanie ludzi mają wpływ  różnorodne czynniki. Ktoś jest rozdrażniony, bo w pokoju jest o jeden stopień za gorąco, a kobieta obok używa perfum, których zapachu nie znosi (albo wręcz przeciwnie). Na ile zmieni to ocenę etyczności jego postępowania, czy na skali 0-100 przesunie ją choć o 1 punkt? Matka zabiła dziecko, to jest złe, ale żyła w Korei Północnej i musieli kogoś zabić, bo dla wszystkich nie starczyło jedzenia, a ona jest płodna, więc urodzi kolejne dziecko, kiedy już jedzenie będzie. Z punktu widzenia przetrwania gatunku taka decyzja jest… no właśnie, jaka? Dobra, czy skuteczna jak bomba?

 

Kwestie, które omawia Tarnina są mocno rozmyte. Moim zdaniem można problem rozwiązać brutalnie metodami statystycznymi: zebrać oceny etyczne bardzo wielu przypadków i wyciągać z nich średnią. Ale czy można użyć potem takiej skali, by wydawać wyroki lub przesądzać, czy coś jest dobre czy nie?

 

Tarnino, statystyczny człowiek nie pisze artykułów i felietonów. Jesteś wybrykiem natury. Twoją chęć do wiercenia światu dziury w brzuchu oceniam bardzo dobrze (czyli około 90-100 :D). Kwestie, które poruszyłaś są dobrym (ech…) punktem wyjścia do książki, a nawet meta-książki, w której osią intrygi jest “księga etyki”, spisana zanim zasady uległy rozmyciu. Bohaterom ta księga jest zaś potrzebna by… no właśnie, cholera, nie jest im w ogóle potrzebna, bo mają swój rozum i swoje przekonania!

machnął ogonem kilka razy o ziemię

IMO, nie macha się o coś. O coś można walnąć/stuknąć/uderzyć…

Świsnąć ma odpowiednią składnię: za WSJP świsnąć kogoś + czym + w co

Ogon to analog bata, więc można nim świsnąć o ziemię, w co będzie wymienne z o co.

Takie jest przynajmniej moje zdanie, ale krasnoludy mogą mieć inne ;)

Fabułę można streścić w kilku zdaniach, ale nie o nią chodzi, przynajmniej nie w tej historii. Jest pretekstem do bardzo śmiesznych dialogów i zabawy postaciami. Samo wyłapywanie easter eggów i skojarzeń jest zajmujące. Piosenka Jasnygwinta/Jasnegogwinta (słowniczek odmiany mile widziany) kapitalna, ciekawe, co Bard Jaskier na to?

Przypomniało mi się opowiadanie konkursowe Ananke, to z wężem i kurą, ale tam łamanie czwartej ściany było mniej wyraźne, a tutaj narrator jest od początku jednym z bohaterów, aczkolwiek funkcjonującym w swojej nad-warstwie. Choć odnoszę wrażenie, że wszechwiedza wcale by mu nie pomogła, ponieważ bohaterowie są tak niesforni, że się wymykają wszelkiej logice. 

Następne poproszę bohaterowie kontra wszechwiedzący narrator (w końcu o to prosił, sam czytałem), który mniej więcej w połowie przekonuje się, że jego wiedza o świecie nadaje się do kosza laugh

Witam,

 

Jak na fragment, czytało się całkiem dobrze. Nie miałem żadnych problemów z wczuciem się w świat. Opisy są sugestywne i działają na wszystkie zmysły – wzrok, węch, słuch, dotyk, smak.

Językowo – można znaleźć drobiazgi do poprawki, ale język na pewno nie odrzuca i nie wybija z rytmu. Jest zbyt dużo imiesłowów, nie wszystkie wyrażają jednoczesność. Sporo powtórzeń słów w sąsiednich zdaniach i sporo “się” blisko siebie.

Stylistycznie – o ile pierwsze akapity budują nastrój, to dalej nagromadzenie epitetów opisujących to, jak szary i zniszczony jest ten świat zaczęło mnie drażnić. Podobały mi się opisy magicznej walki, ładowania mieczy, “potworów”. Mają sporo oryginalności, ale powtarzane wywołują w końcu przygnębienie. Bohaterów ciągle coś boli, jest im strasznie źle. Wiem, że taki świat, i lepszy nie będzie, ale epatowanie bólem w końcu mnie nuży.

Dobrą stroną jest pokazanie kosztu rzucania zaklęć. Tak powinien działać spójny świat, każde działanie kosztuje. Energia magiczna zmienia się w elektryczną, ale jest zachowana.

Zauważyłem, że o ile na początku z ciekawością czytałem opisy, to na końcu spojrzenie prześlizgiwało mi się po zdaniach. Szukałem fabuły i dialogów.

Dialogi są mocą stroną. Najbardziej podobał m się ten z chłopcem, jest oddechem od dusznej atmosfery całości. Gdyby było takich więcej – taki “uśmiech przez łzy”, chętnie czytałbym całość. Obawiam się, że sama wędrówka przez zniszczony świat by mnie znużyła.

 

Uwaga: tytuł zapowiada dużą dozę humoru i jest bardzo mylący. We fragmencie nie znalazło się nic ze wstępu. Oczekiwałem historii o magu i uczennicy, a dostałem magiczną wersję postapo. Ostrzegam, że drugi raz na takiego robaczka się nie złowię laugh

Koncepcja, w której bohaterka sama sobie wymierza karę, jest dużo ciekawsza od mojej “powierzchownej” interpretacji. Może warto zostawić czytelnikowi więcej śladów, by na nią wpadł? Diabeł mieszkający wewnątrz bohaterki, który wiąże ją z niewłaściwym mężczyzną 4ever… może gdybym miał odniesienie do jej przeszłości, skojarzyłbym to z dzieciństwem, rodzicami, dlaczego się pakuje w takie związki. Dlaczego myśli, że złość jest “zła”, kto jej odebrał prawo do wyrażania emocji. Czy może ojciec zdradzał matkę, ale oboje robili dobre miny do złej gry, i w domu nie wolno było o tym mówić? Diabeł to symbol wywodzący się z religii, więc może jakieś zakłamanie, mówienie o zdradzie to grzech itp. Ma na sobie ubranie babci, z którą pewnie była związana, może pójść tym tropem?

Czyli może się zrobić ciekawie laugh

 

Daj bohaterce historię, a będę mógł się lepiej w nią wczuć. Może ją znienawidzę, może polubię, ale nie będę obojętny!

Witam (shoutbox czyni cuda w zachęcaniu do komentarzy).

 

Uwag językowych pewnie się trochę zbierze, ale najpierw wrażenia ogólne.

Co złego zrobiła główna bohaterka, że przyszedł po nią diabeł? Rzuciła chłopaka (no dobrze, rzuciła w niego również kamieniem, ale może ma włoski temperament?). Wytłumaczyłaś czytelnikowi, że ją zdradzał. W tym momencie czytelnik pewnie będzie po stronie bohaterki, ponieważ napomknęłaś, że chłopak mieszkał u niej dwa lata, a ona za wszystko płaciła.

Diabeł to symbol zła. Za co niby bohaterka ma ponieść karę? Diabeł zmusza ją, żeby dalej mieszkała z chłopakiem, który zapewne znów ją zdradzi. Gdyby czytelnik wiedział, że Herbański ma konszachty z diabłem, może prędzej by to kupił. Tylko wtedy opowiadanie jest historią przerwaną wpół, porzuca bohaterkę, kiedy ta została wplątana w trudną sytuację, ale jej stamtąd nie wyprowadza. Taką koncepcję może bym kupił, gdyby na końcu wybrzmiała groza, ale jest tylko delikatnie zarysowana.

Podobały mi się elementy: żywe dialogi, magicznie pękające lusterko, krew zalewająca mieszkanie. Są opisane sugestywnie i wywołują u mnie emocje podczas lektury. W koncepcji całości trochę się zagubiłem.

 

torebka z ekoskóry huśtała się z prawej na lewą, wywołując duże niebezpieczeństwo wypadnięcia różowej butelki na wodę

Nie jest to ani trochę zgrabne

 

nieco gdy poczuła, że na jej policzkach wykwitły dwa, piękne, czerwone placki

Piękne jest użyte ironicznie, co nie pasuje do tonu reszty opowiadania. To jest horror czy pastisz horroru?

 

Opadła na ławkę ukrywając twarz w dłoniach

 

Czytelnik wyobrazi sobie, że jednocześnie opadała i zakrywała twarz dłońmi (w trakcie opadania). Dobra koordynacja ruchów jak na zrozpaczoną kobietę

 

Nigdy nie klęła i nigdy mu się nie postawiła gdy robił coś nie tak, więc poczuła, że wreszcie mogła wylać na niego całą frustrację.

Druga część ma być wynikiem pierwszej, ale niekoniecznie tak jest. Może to rozdzielić na dwa zdania?

 

Fakt, że nawet nie usłyszałam jednego, cholernego “przepraszam” chociażby za to, że przez ciebie jestem w takim stanie, bo nigdy nie powiedziałeś mi, że nie będziesz wierny, jest żałosny! Ty jesteś żałosny i żebyś wiedział, że żadna dziewczyna i żaden facet, bo skoro ukrywałeś takie coś przede mną, to co jeszcze, nie zechce z tobą być, bo jesteś zapatrzonym w siebie, myślącym tylko o własnych potrzebach, nieudacznikiem!  

Oba zdania są bardzo długie i mają dość złożoną budowę. Jeśli są wykrzyczane, to może warto rozdzielić ja na mniejsze fragmenty. Bohaterka ma prawo się mylić, mówić rzeczy bez sensu, gubić się we własnych wypowiedziach, ale warto zadbać, by czytelnik kojarzył to ze stanem emocjonalnym bohaterki, a nie ze stylem pisania :)

 

Skręcamy w ulicę (np. Fantastyczną). Patrzymy na ulicę i wychodzimy na ulicę (z domu, kamienicy itp).

 

Powodzenia w pisaniu!

 

 

 

W moim wyobrażeniu, energia była przekazywana blyskawicznie, a dawca znikał ze względu na bardzo duży efekt termiczny. Klatkę Faradaya widziałem, jako izolator, chroniący przeprowadzających zabieg. Jedynie w pierścieniach następował przekaz energii życiowej, która była rozpraszana. Klient nie czekał, działo się to natychmiastowo. 

Teraz rozumiem intencje.

Warto chyba napisać, że klatka Faradaya chroniła obsługę, żeby nie doszukiwać się w niej istoty działania.

Mam obawy co do efektu termicznego – jeśli energia jest przekazywana 1:1, to również biorca powinien się usmażyć. A może sformułować to tak, że ciało musiało zostać odparowane, by energia życiowa mogła się uwolnić? A pierścienie przekazywały wyłącznie ją? Wtedy więcej elementów nabierze realizmu: szybkie odparowanie ciała ludzkiego wymaga naprawdę kolosalnej mocy.

Dla porównania kremacja w piecu zajmuje około godziny. Jesteśmy zbudowani głównie z wody. A w literaturze są oczywiście magiczne smoki, które spalają ludzi w ciągu kilku sekund. Dracarys!

Heskecie, moim celem nie był pogrom technikaliów opowiadania, tylko raczej zwrócenie uwagi, że może to zepsuć odbiór tekstu, który poza tym jest dobry (literacko i od strony wrażeń przekazywanych czytelnikowi). Troszkę inaczej oceniam filmy Marvela, które są pełne nonsensów fizycznych, ale z założenia są rozrywkowe, a inaczej tekst, który ma nieść przesłanie dla czytelnika. Więc, żeby inaczej ubrać to w słowa, na razie pierścienie elektromagnetyczne brzmią dla mnie równie wiarygodnie, jak reaktor łukowy lub sklecony garażowym sposobem akcelerator cząstek Starka.

Gdybym z tekstu wynikało jaśniej, jak działa owo wysysanie energii życiowej od dawcy do biorcy, i w jakiej postaci jest ona przekazywana, może mógłbym napisać coś konstruktywnego, bo sam nie lubię destruktywnej krytyki, tylko konstruktywną (czyli z propozycją tego, co zmienić, zamiast pisania, że jest nie tak). Na razie pogubiłem się w tym, czy energią jest wysysana i przekazywana błyskawicznie (kiedy dawca odparowuje), czy też biorca musi potem siedzieć kilka dni w komorze. Skoro dawca i biorca są w pierścieniach, do czego służy owa klatka Faradaya? Czy energia życiowa jest rozpraszana w przestrzeni, a drugi pierścień musi ją potem “zebrać”? Dopóki nie znam takich szczegółów, trudno jest mi zaproponować, jak to ładniej opisać od strony fizycznej, a nie chciałbym dawać propozycji na ślepo.

Witam!

 

Podkrążone przekrwione oczy

W moim odczucie, są to przymiotniki równorzędne, a w takich wypadkach rozdzielamy przecinkiem.

 

Wolałem liczyć oznaczenia pięter na wyświetlaczu.

Hm, czyli co właściwie robił bohater? Liczył coś, co zwykle jest kolejnym numerem?

 

Nie wiem, jak to robiła, ale zawsze wiedziała, kto wchodzi do domu nie widząc człowieka

Dziwnie zabrzmiał koniec zdania. Sens rozumiem, ale moim zdaniem stylowo to “potykacz” dla czytelnika (wieloznaczność).

 

Pierwsza generacja robotów humanoidalnych, w których największą przeszkodą do przeskoczenia było zasilanie, teraz przestaje działać poprawnie.

Wtrącenie na temat zasilania tylko wydłuża zdanie. Nie jest to wątek wykorzystywany później w żaden sposób. Jeśli to ważne, może rozbić na dwa zdania: w pierwszym wspomnieć, że dotąd sądzili, że największym problemem jest zasilanie, a w drugim, że jednak było to oprogramowanie (lub AI).

 

– Pomieszczenie, w którym znajdował się grubas, działało jak klatka Faradaya. Wizualnie z człowiekiem wewnątrz nie działo się nic spektakularnego. Dopiero po upływie około dwóch tygodni proces starzenia się komórek wyhamowywał.

Nie załapałem, jak pierwsze zdanie logicznie łączy się z kolejnymi. Klatka Faradaya to np. metalowa lub siatkowa “osłonka” wokół przedmiotu. Jeśli ma to być coś, co nie pozwala energii wydostawać się na zewnątrz, nie wystarczy metalowe pudełko. Pudełko traci energię. Może chodziło o rodzaj doskonałego lustra? Jest to bardziej złożony fizyczny problem, niemniej klatka mi tutaj zgrzytała, a pełni kluczową rolę w wytłumaczeniu efektu.

 

Za chwilę miał zostać wsunięty do pierścieni elektromagnetycznych, których zasilanie wymagało ogromnej mocy.

– Skąd braliście tyle energii? 

Moc nie jest równorzędna z energią. Moc to energia zużyta w jednostce czasu. Należałoby wspomnieć, że pierścienie musiały działać przez bardzo długi czas. Nie rozumiem jednak, jak łączy się to z odparowaniem dawcy, które raczej było chwilowe. Skoro go nie było, to pierścienie musiały dalej działać? Po co?

Zamiast kupować elektrownie, mogli kupić kontener superkondensatorów i ładować go przez cały dzień, żeby wieczorem zrobić zabieg. Duża moc, energia niekoniecznie.

I dlaczego grubas nie wyparował? Mamy “pierścienie elektromagnetyczne” – to cewki czy coś innego? Zwykle w takich układach sprzężonych moc na jednym uzwojeniu jest w przybliżeniu równa mocy na drugim (zawsze są jakieś straty). Nie kupuję tego wszystkiego, logika i fizyka się rozłazi.

 

Nie-fizyk będzie miał radość z czytania, ja musiałem wyłączyć tryb inżyniera i przeczytać drugi raz, bo za pierwszym zupełnie umknęło mi przesłanie tekstu. Sam pomysł dobry, napisane dobrze, język ładny, ale “technikaliów” nie dam rady przełknąć.

 

 

Cieszę się, że powstaje taki ciekawy świat – mnogość wątków zachęca do poznawania. Należę do tych czytelników, którzy szybko nudzą się zbyt “płytkim” uniwersum. W teatrze jest miejsce na dekoracje z dykty i umowność, w opowiadaniach czasem również, ponieważ skupiają się na jednym, określonym wątku. Za to w książkach jest miejsce na światy, przy których czytelnik nabiera przekonania, że widzi jedynie wycinek złożonej i wielowątkowej historii. A to, co napisałeś w komentarzu brzmi bardzo książkowo.

Oczywiście jest dylemat, jak udostępnić świat na forum, bo tutaj nie ma miejsca na książki. Pewnym wyjściem jest publikować pojedyncze historie i tworzyć nowych bohaterów, osadzając ich za każdym razem w innym czasie i miejscu. Jestem ciekawy, czy pójdziesz taką drogą. Dla czytelnika jest trudniejsza, bo musi potem poskładać sobie kilka historii. Dobrze jest wtedy dawać linki w przedmowie, nawet w starszych opowiadaniach z cyklu. Będę zatem zerkał co jakiś czas, czy pojawiło się coś nowego ;)

Najłatwiejsze w reanimacji są pomidorki. Kiedy krzak się ułamie, wystarczy wsadzić ułamaną część do słoika na tydzień, a kiedy już puści korzonki wetknąć do ziemi. U mnie ułamana gałązka zakwitła w słoiku, a po wsadzeniu do ziemi ma już dwa małe pomidorki. 

Oczywiście to ta ziemia z bajora ;)

Bo te jabłonki z sadów nie wyglądają jak Twoja dostojna królowa: wcale nie są wielkie, szerokości takiej, żeby traktor zmieścił się między rzędami, za wysokie też nie mogą być… tych nie podejrzewałbym o nadprzyrodzone zdolności. W wieku parunastu lat mogą dać najwięcej owoców w przeliczeniu na zajmowaną powierzchnię, a potem opłaca się je wyciąć, żeby zrobić miejsca na kolejne – to fabryka owoców, a nie święty gaj Florei ;)

Gdyby wśród nich wyrosła taka myśląca jabłoń, pewnie tylko marzyłaby, żeby jej owoc wyturlał się poza sad lub został uniesiony w kieszeni złodziejaszka, co da jej dzieciom lepszy los. Cóż, będą dzikie i malutkie, ale przynajmniej szczęśliwe.

Witam!

 

Kto miał teraz poprowadzić ją z powrotem do niego?

To jedno z kluczowych zdań, a brzmi trochę niezgrabnie. Może prościej:

 

Kto teraz poprowadzi ją do (…)

 

No właśnie, do czego/kogo? do ukochanego? W zestawieniu z poprzednim zdaniem nie jest to jasne.

 

Wspomnienie dłoni ukochanego wciąż ciążyło na jej ramieniu, jakby jeszcze niedawno prowadził przez pustkowie.

Powtórzenie, a w pierwsza część brzmi “angielskawo” – można pozbyć się pierwszego “jej” lub zmienić kolejność (jej na ramieniu).

 

zapytał step, gdy na pagórkach znów zakołysały połacie Trawy.

Zapewne efekt walki z siękozą, ale dla mnie ostatnia część zdania nie brzmi dobrze. Kwestia gustu.

 

Czas na zawahanie był dawno temu.

Może ładniej będzie: Czas na wahanie dawno minął.

 

Do reszty się nie czepiam, bo to opowiadanie, w którym każde słówko jest ważne i jest jeszcze jedną cegiełką budującą nastrój. Ładne metafory, ładny styl, piękne obrazy, które pojawiały się w głowie w trakcie czytania. Fabuła prosta, a jednak chwyta za serce. No i sporo przemyśleń dla czytelnika: droga ku śmierci jest jednokierunkowa, ale miłość może być wieczna.

 

 

Nadrabiam zaległości wakacyjne :)

 

Początek naprawdę dobrze napisany – oryginalna mitologia, dobrze dobrany język postaci i styl opisu. Wprowadzenia jest ani za dużo, ani za mało – wszystko było jasne i mogłem zagłębić się w lekturze reszty.

 

Opis relacji bohaterów i ich dialogi wydały mi się od początku przesłodzone. Przeczuwałem, że jest to celowy zabieg, wytworzenie pięknego pejzażu, w którym za chwilę pojawi się rysa. I wcale się nie zawiodłem, bo im dalej, tym więcej było niepokoju, potem grozy, a nawet może pra-horroru (w końcu historia rozgrywa się tuż po stworzeniu świata i wcześniej horrorów nie było).

 

Doceniam ładne budowanie świata, które bardzo zachęca do poznawania go. Takie opowieści mogę czytać bez zmęczenia, a po zakończeniu żałuję, że poznałem tylko taki mały fragment uniwersum.

 

Z czym miałem problem:

– jaskółki bardzo rzadko gniazdują na drzewach, a tutaj osłony przed drapieżnikami są na drzewach.

– lisy i rysie rozszarpujące jaskółki w kolczastym zagajniku – trochę to przesadzone, w dodatku rysie są większe i same by się podrapały, lis może byłby zachęcony martwymi jaskółkami i bardziej pasuje. Może żbiki zamiast rysi? Są zwinniejsze.

– noc pokazana jako domena drapieżników i coś, co budzi strach. Jest to niekonsekwencja w całym zamierzeniu opowiadania, ponieważ strach przed nocą jest typowo “cywilizacyjny”. Człowiek po prostu lepiej sobie radzi za dnia, ale jeśli żyje zgodnie z naturą, noc nie jest straszna. Mirtisi, którzy przez całą resztę opowiadania byli odmienni od typowych ludzi (i bardzo mi się to podobało) zostali w tym jednym miejscu sprowadzeni do poziomu współczesnego człowieka. Może gdyby mocniej zaakcentować w opowiadaniu, że noc jest rodzajem “tabu” i bohaterka celowo zmusza mirtisa do snu, żeby czegoś nie odkrył, nie odebrałbym tego jako problem.

Być może jest to kwestia odbiorcy, po prostu często śpię nocą w lesie i kiedy słyszę po raz setny “a nie strach tak w lesie spać” wprawia mnie to w zażenowanie. Miasto jest niebezpieczne nocą, nie las.

– nie do końca załapałem, czy Bielka zwyczajowo morduje nocą losowe ptaki, czy akurat uparła się na te jaskółki, żeby pokazać, że na świecie musi panować równowaga: skoro Helsten dokonał ingerencji i sztucznie zwiększył szanse jaskółek na przeżycie, ona musi je wszystkie wymordować. Czy jeśli Helsten zacznie hodować owce w zagrodzie (przykład), ona też wyssie z nich krew, ponieważ sztucznie zwiększył szanse owiec na przeżycie i ochronił je przed wilkami? Na ile bohaterka jest w tym działaniu sprawcza (ma wolną wolę i czyni tak, ponieważ czuje, że musi przywrócić równowagę), a na ile jest narzędziem (siła wyższa używa jej, by przywrócić równowagę). Zakończenie wskazuje na pierwszy wariant.

 

Opowiadanie byłoby ciekawym fragmentem większej całości, w której ludzie (lub potomkowie mirtisów) prowadzą wyniszczającą wojnę z datelvami, a zarzewie konfliktu bierze się właśnie z tej sceny.

 

Moim zdaniem odbite od – jeśli jest to odbicie od lustrzanej powierzchni, odbite na – jeśli jest to efekt podobny do druku na tkaninie – tak, jak napisałaś.

Tak, tutaj się odpowiada na komentarze! Witam i zachęcam do dalszych publikacji. Byłaś na wątku powitalnym w Hydepark-u?

RR ma rację, niepokój jest wyczuwalny, ale również zachęca do uważnego czytania. Zaniepokojony czytelnik szuka odpowiedzi, żeby się uspokoić ;)

Rozbawiony użyszkodnik też się znajdzie!

Wiersz mógłby być antidotum na wiele (zbyt) podniosłych utworów o miłości. Oraz dowodem, że miłość niejedno ma imię, a jednak jest tym samym uczuciem.

Pozdrawiam!

Historia naprawdę mnie zaintrygowała. Oprócz głównego wątku jest kilka ukrytych: przemoc domowa, i dlaczego do wioski przyjeżdżają tylko mężczyźni? Miałem poczucie, jakbym dotknął świata, który może być dla nas jeszcze dziwniejszy niż twarz pojawiająca się na powiece. Dziecko, które się w nim urodziło, nie ma jednak o tym pojęcia.

 

W kilku miejscach drażniła mnie interpunkcja. Kilka innych drobiazgów stylistycznych poniżej:

twarz nieznajomej kobiety odbitą po wewnętrznej stronie moich powiek

Moim zdaniem raczej odbitą od czegoś (od wewnętrznej strony powiek).

 

Irytuje mnie tylko, kiedy próbuję zasnąć i mam wrażenie, że chce mi coś przekazać.

Nie brzmi zgrabnie, jakby narratora irytowało to, że próbuje zasnąć. Irytuje go to, że ona chce coś przekazać właśnie wtedy, kiedy on próbuje zasnąć.

 

Szczerze mówiąc, byłaby nawet ładna, gdyby nie okoliczności, w których ją widuję.

To również dziwnie zabrzmiało. Zamierzony sens zdania to zapewne “mógłbym ją uznać za ładną, gdyby nie okoliczności, w których ją widuję”

Witam,

 

Akcja rozpoczyna się w karczmie. Nie będę bardzo narzekał, bo w swoim pierwszym opowiadaniu na forum też miałem karczmę, ale bohater był zapożyczony ze świata, w którym często do nich zachodził (wiedźmin). Tutaj w tekście jest sugestia, że w karczmie przesiadują chłopi, co z kolei implikuje, że bardzo dobrze im się powodzi (jak na chłopów). Po lekturze wielu opowiadań mam przesyt karczm. Nie jest to żaden błąd, tylko po prostu mało oryginalne.

Z kobietami nie walczę, ale ty nie jesteś kobietą. Jesteś plugawym potworem! Swoimi czarami spaliłaś spichlerz w Pinearze. Biedni ludzie nie mieli co jeść. Moim rycerskim obowiązkiem jest cię zabić w obronie prostego ludu.

Brakuje co najmniej jednego wykrzyknika – najlepiej na końcu. Nie było dla mnie jasne, czy chodziło o biedaków, czy tak żałuje wszystkich mieszkańców. Gdyby to była Skandynawia, mała wioseczka i surowa północ, to może każdy miałby dostęp do spichlerza, ale tutaj miałem wątpliwości.

 

Dziewczyna długo pochylała się z bólem nad martwym ciałem. Była załamana

Drugie zdanie to opis jej stanu, którego czytelnik może domyślić się z pierwszego zdania. Według zasady “pokaż, nie opisuj” można je śmiało pominąć.

 

Oczy kobiety wróciły do normalnego wyglądu, a ona sama uśmiechnęła się smutno do Zorin, wzięła jeszcze jeden rozedrgany oddech, po czym zamknęła oczy.

Warto unikać powtórzeń. Wystarczy np. drugie zamienić na “powieki”.

 

chłopaka mniej więcej w jej wieku. Miał długie blond włosy i był bogato ubrany. Na pewno nie był zwykłym chłopem

Hm, chłopak (dziecko) z definicji nie jest chłopem (dorosłym). Może lepiej “parobkiem”? To zdanie o chłopie brzmi jak zapewnienie dla czytelnika i nie wnosi wiele do akcji.

 

Niedobrze, chyba była zardzewiała, a w takim przypadku ryzyko zakażenia jest ogromne.

Druga część zdania brzmi, jakby pochodziła od narratora, nie od bohaterki.

 

W trawie zobaczyła wyraźne ślady, jakby ktoś utykał, a także plamy świeżej krwi. W panice zaczęła biegać i przeszukiwać las. Nikogo nie znalazła.

Eee… cały las? To się dziewczyna nabiegała! A nie mogła go tropić, skoro zostawiał wyraźne ślady? Pierwsze zdanie nie współgra z kolejnymi.

 

Zdarzyło się, że pewnego wieczora znalazła się na przedmieściach Lendergardu. Zmęczona postanowiła zajść do karczmy pod lasem.

Skoro dziewczyna ledwo przędzie, to powinna raczej przespać się ukradkiem w jakiejś stodole na sianie (znowu wraca wątek karczmy) albo znaleźć inny nocleg “alternatywny” – pogadać z ludźmi, przenocować za pomoc w domu, ogrodzie, na polu.

 

Kto i kiedy zrobił mu takie pranie mózgu

W fantasy unikałbym współczesnych sformułowań, w dodatku kalk z angielskiego brainwash

 

Zabić tego, który był kiedyś chłopcem, z którym leżała razem na trawie?

Niezgrabnie to brzmi, i czy leżenie z kimś na trawie aż tak bardzo zobowiązuje? (chyba że potem jest bardzo wygnieciona :) )

 

Rycerz obejrzał się jeszcze na dziwne drzewo, ale wskoczył na konia i odjechał w deszcz.

Eee, on rzeczywiście ma problemy z mózgiem, skoro nie poprosił o siekierę (może miecza mu było szkoda?).

 

Podobał mi się pomysł na fabułę i kompozycja. Podobał mi się również język. Każdemu zdarzają się wpadki, a w dodatku bardzo trudno jest zauważyć własne wpadki (i od tego jest właśnie forum). W tym tekście są to drobiazgi, które w ogóle nie przeszkadzały mi w czytaniu. Jest bohaterka, z którą można się utożsamić, podejmuje trudne wybory.

Jedyne, co mocniej zazgrzytało w logice, to pragnienie zemsty. Nie pasuje do niej ani trochę. W tej części kraju nic ją nie trzyma, nie ma rodziny, więc mogłaby po prostu może przenieść się w inne miejsce. To nie rycerz jest jej wrogiem, tylko ci, którzy podżegają do polowania na czarownice. Zatem wydała wojnę ręce, ale nie chce ściąć głowy.

 

 

 

wpadało mnóstwo dziennego światła, zalewając pachnące nowością wnętrze ciepłymi promieniami słońca.

Ładne to, ale druga część zdania w zasadzie powtarza pierwszą.

 

zbliżyła się jak łaszący się kot

Nie mam nic przeciwko “się”, ale te dwa są bardzo blisko siebie.

 

Jedyny taki w Polsce – oznajmił z dumą.

Dumę już słychać w wypowiedzi.

 

podlewana wodą o składzie doskonalszym niż krew.

Oryginalne, ale jakoś nie przemówiło do mnie, może krew nie kojarzy mi się z czymś doskonałym.

 

Były ich tysiące. Setki tysięcy. Sprawiały wrażenie, jakby drzewo zostało nakryte koronkowym welonem, falującym przy każdym podmuchu wiatru, sterowanego przez system wentylacji.

Tu mam problem z setkami tysięcy, to jabłoń o tylu kwiatach umrze z przepracowania. Po pierwsze wytworzenie tylu kwiatów ją zabije. Po drugie wytworzenie zalążków ją zabije. A po trzecie nie wytworzy tylu owoców, bo ją to zabije. Będzie musiała je masowo zrzucać, czyli również straci cenne zasoby.

I są zawsze potrzebne dwie jabłonie. Nie jest samopylna.

 

Ucieszył się, słysząc znajome chlupnięcie, i pomknął dalej, tuż obok niewielkiej gruszy z obgryzioną korą

Ucieszył się, usłyszawszy/kiedy usłyszał znajome chlupnięcie (…)

 

Nagle jej palec zatrzymał się w połowie ekranu. – Ta babcia… zmarła w dziewięćdziesiątym pierwszym roku – powiedziała nagle.

Dużo tego “nagle”. Można pozbyć się drugiego, stawiając wykrzyknik po wypowiedzi – efekt dla czytelnika jest podobny.

 

A jednak rośnie tu od dwudziestu lat. Nie powiesz mi, że przetrwała, bo miała szczęście.

Wyobrażałem sobie wielkie, dojrzałe drzewo. Dwadzieścia lat to młódka ;)

 

Myśl o tym, co może się wydarzyć, jeśli wojsko w pełni odkryje jej potencjał, ścisnęła mu żołądek.

Użycie słowa “potencjał” jest zrozumiałe, ale potoczne.

 

choć to tu rosło od dwudziestu lat

Przy czytaniu na głos nie brzmi dobrze, a w zestawieniu z poprzednim wyrazem budzi zabawne skojarzenia fonetyczne.

 

Florian padł na ziemię, chroniąc głowę

Ryzykowne użycie imiesłowu.

 

chroniąc głowę. Oszołomiony, przeczołgał się pod biurko i skulony nasłuchiwał kolejnych wystrzałów. Gdy wreszcie zapanowała cisza, wysunął powoli głowę i spojrzał na zakrwawioną wykładzinę oraz ciała. Dziesiątki ciał. Podniósł wzrok i zobaczył Kalinę stojącą z opuszczonym pistoletem.

Powtórzenie (zauważalne przy czytaniu). Końcowe zdanie też nie wydaje się najzgrabniejsze. Można próbować rozbić je na kilka, stopniując napięcie:, np. coś w tym stylu “Podniósł wzrok. Kalina stała na środku sali. Delikatne palce kobiety wciąż ściskały rękojeść pistoletu, choć lufa broni celowała już tylko w podłogę”

Uwaga techniczna: przy “dziesiątkach ciał” był to raczej lekki karabinek automatyczny. Gdyby używała pistoletu, musiałaby go przeładować (zapewne kilka razy), co wymaga wytrenowania. Zabicie tylu osób również nie jest takie łatwe. Zwykle potrzebny jest więcej niż jeden strzał, żeby kogoś zabić. Nie wszystkich trafiła w głowę, ludzie są ruchomym celem, a przebicie ramienia lub płuca kulą wcale nie sprawia, że ktoś przestaje się ruszać. Czy Kalina jest strzelcem wyborowym, czy może narzeczoną Johna Wicka?

 

Uff, to tyle łapanek językowych i innych kwestii.

 

A całość mi się podobała: krótka, ale treściwa akcja, niebanalny wątek psychoaktywnej jabłoni, interakcja bohaterów, udane dialogi, pokazywanie zamiast opisywania. Ładne, zgrabne i przyjemne w czytaniu. Pozdrawiam!

 

Mój zielony rozbójnik wygląda tak:

 

Wprawdzie w transporcie wytrzęsło mu calutką ziemię, ale dostał żyzną z dna wyschniętego jeziora (magiczny sposób na wzrost roślin, ale zanim nabierze się łopatę, trzeba wypowiedzieć zaklęcie i przebłagać wodnika)

Kto je dodaje do wody?

Zapewne wodnik? O nich wie więcej Vacter albo JolkaK.

 

Koalo, miły szort! Karramba, zachęciłeś mnie, chyba pojadę do Kibi-Kibi!

Wyobraźcie sobie, że ktoś Was pakuje do ciemnego więzienia, w międzyczasie następuje kilkukrotne trzęsienie ziemi, a jak już wydostaniecie się z tego więzienia

… od razu zaczynacie planować zemstę? Było w kilku książkach i filmach xD

specjalnie wybrałam takie kwiatki, które trudno zabić.

Zapowiada się Kill Bill Vol. 3

Już sobie to wyobrażam: “Jaką pompę? Jak będziesz nosił wiadrami, to będziesz miał muskuły niczym wiedźmin” xD

 

P.S. Druga wersja, żeby pokazać, że interpunkcja ma znaczenie: “Jaką pompę? Jak będziesz nosił wiadrami, to będziesz miał muskuły, niczym wiedźmin”

Ale z drugą wersją ostrożnie, bo z zakupu nici!

 

No to wracam pilnować własnego ogródka :)

 

HollyHell, dziękowałem już na wątku konkursowym. Większość uwag udało mi się uwzględnić – dziękuję za tak wnikliwe przeczytanie! Rewizyta Ślimaka też miła. Co do piórek i nie piórek, to nie jestem aż tak łasy na wyróżnienia, ważne że opowiadanie dobrze się czytało.

TaTojota, dziękuję, starałem się włożyć duszę w bohaterkę (jak w żelazko).

 

Temat nie będzie porzucony. Tyle że kontynuację historii trudno będzie zawrzeć w opowiadaniach. Świat Matyldy jest złożony i pokazywanie kawałeczków w oddzielnych historiach doprowadzi do zagubienia czytelników. Raczej książka, a na forum nie ma miejsca na książki.

Przyznam, że scenę otwierającą mam w głowie (łamigłówka: jak opisać jatkę i zmieścić się w kategorii PG 13) i nawet chciałem się nią podzielić w formie opowiadania, mimo że opóźni to inne pisarskie projekty. Oprócz aszraków miał się pojawić inny potwór-niepotwór, tkacz myśli. Niepotwór, bo to istota stworzona kiedyś do pewnego celu, świadoma i nieśmiertelna, która teraz cierpi egzystencjalny ból, ponieważ została porzucona. Podobnie jak ślimaki, ma rację bytu. Nawet aszraki mają, tylko ich twórcy nie chcą ponieść odpowiedzialności za coś, co kiedyś im pomogło, a teraz stało się niewygodne. Niech Matylda – idealistka je posprząta, a oni wrócą do intryg…

Jeśli to opublikuję, niestety nie wejdzie do książki, ponieważ nikt już nie wyda całości. A w książce chciałem odsłaniać świat zasłona za zasłoną, za każdym razem dając Matyldzie trudny wybór, aż w końcu będzie miała dość przedwczesnej dorosłości, a przeciążony kręgosłup moralny pęknie, bo nikt go nie wspiera. A na samym końcu również sama opowieść się rozwarstwi, a czytelnik będzie musiał wybierać, której Matyldzie uwierzyć.

Sami widzicie, że nawet w kilku opkach się nie da :P

Ostatnio sporo jestem offline, więc czuję się trochę jak astronauta, który właśnie odebrał wiadomość wysłaną dawno, dawno temu ;)

Cieszę się, a jeszcze bardziej cieszy się Matylda i jej świat, bo mają motywację by się rozwijać. Jak wiadomo, rośliny potrzebują nie tylko słońca i deszczu, ale  i dobrego słowa, wtedy są naprawdę piękne!

 

Gratuluję wszystkim i powolutku będę uzupełniał brak w komentarzach pod Waszymi opowiadaniami!

Dziękuję HollyHell za prowadzenie konkursu, poczucie humoru, motywację i porządek – po dyskusji widzę, że zdarzały się trudniejsze momenty, a mimo tego dzielnie z nich wybrnęłaś. No i te komentarze do tekstów, potwierdzające, że naprawdę zagłębiłaś się w każdy z tych fantastycznych światów (jeszcze nie wprowadziłem poprawek do Matyldy, ale zabiorę się za to w pierwszej wolnej chwili).

 

Matylda powróci w pełnym metrażu, ale trochę poczeka. Obecnie walczę z tekstem, który rozrasta się niczym chwast i docelowo przekroczy 500k znaków. Dlatego wybaczcie, że ostatnio rzadziej tu zaglądam, ale muszę wydobywać z kolejnych tarapatów piątkę pewnych niesfornych literackich dzieciaków. Matylda w długiej wersji też celuje w 500+, a do tego potrzebne są długie, zimowe wieczory :)

 

 

Fajnie, że znalazłeś trochę zalet. 

Ale wady są ciekawsze, więc po kolei.

Jak zerkam na swój komentarz, to ilość jednych i drugich jest porównywalna – ale waga inna, bo zalety pozwoliły z ciekawością przeczytać tekst, a wady to takie westchnienia “ech, jest dobrze, ale mogło być lepiej”.

W przypadku narratora domyślam się, że może zawiniła… troska o czytelnika. Bo kiedy czytelnik czyta coś Finkli, to spodziewa się, że będzie logicznie i prawdopodobnie, i wszystko będzie ładnie wytłumaczone. Bez wszechwiedzącego narratora czytelnik pewnie musiałby mozolnie kojarzyć “antyczne” wnioski Guerry z osiągnięciami współczesnej botaniki – a nie każdy ma do tego cierpliwość. W tej wersji opowiadanie jest dostępne w zasadzie dla każdego chętnego czytelnika, ale za to narrator ma schizę :)

Nawiązując do innych komentarzy – czy między wyznawcami tak różnych bogów było miejsce na rozmowę? Może było, ale w innej wersji opowiadania, w której przy życiu zostaje tylko Guerro i Perita. Każde z nich widzi poległych, każde przeżywa żałobę i dopiero wtedy zdobywają się na rozmowę… Chwilowo nie ma bogów, jest dwoje zrozpaczonych ludzi. Sadzą roślinkę na grobie Venity*, a potem się rozchodzą. Ckliwe, prawda? ;)

 

*wyrośnie z niej drzewo żelazne xD

Anet, cieszę się, że przeczytałaś. Jeśli powstaną kolejne przygody Matyldy, dodam link w przedmowie!

Odwrócił głowę z nadzieją, ta jednak zgasła od razu zdmuchnięta tchnieniem pożogi.

W drugiej części zdania odruchowo szukałem przecinka.

 

Jednak przemieszczał się dalej pchany siłą konieczności.

Tu też – mamy osobną część zdania z wyjaśnieniem, dlaczego się przemieszczał.

 

Pożoga nacierała z siłą

Hm, a czy natarcie nie zawiera już w sobie elementu siły? Może “nacierała nieustępliwie/bezlitośnie”

 

Znaczenia słowa dobra były wyblakłe i niejasne, lecz wydawało się, że użył je właściwie.

Użył znaczeń czy użył słowa?

 

Nie wykrywam żadnych wzmożonych procesów spalania, oprócz kuchenki w sąsiedniej jednostce mieszkalnej aktywowanej prawdopodobnie w celu spreparowania jajek w wysokiej temperaturze. 

Między “mieszkalnej” a “aktywowanej” aż prosi się o przecinek – bez niego czytelnik może się pogubić i mieć wrażenie, że jednostka mieszkalna preparuje jajka.

 

Kręcił się jeszcze makromoment aż wreszcie wziął w końcówkę chwytającą kubek herbaty i wyszedł poszukać człowieka. 

Przecinek przed “aż”

 

gdzie żarna bezlitośnie mieliły wszystko co przynieśli na nicość, a powstały pył wkrótce rozwiewany był przez suchy wiatr

Khem, to w końcu nicość czy pył? Bo nicość, taka z Bajek Robotów, to jest prawdziwe nic, a nie pył xD

 

Ale on nie żył, więc rozeszli się na boki, aż utworzyli ogromny krąg wokół ciała

Obrazowe, ale językowo średnio zgrabne. Zbyt późna pora, żebym wymyślił, jak to zmienić, ale mi zgrzyta ;)

 

 

To teraz wreszcie do rzeczy: opowiadanie ciekawe. Dużo metafor, niektóre bardzo mi się podobały, inne nieco “naburmuszone” lub “purpurowe” – ale to kwestia gustu.

. Pierwsze skojarzenie to Twoje odpowiadanie o murze. Odczytałem ten tekst jako pójście krok dalej. w stronę ambitnych tekstów, pisanych dla czytelników, którzy lubią zgadywać i nie przeszkadza im wieloznaczność, a nawet delikatne zagubienie. Ja gubiłem się głównie “lokalnie”, w niektórych metaforach, które prowadziły mnie na manowce. W opowiadaniu jako całości się nie gubiłem, bo podpowiedzi, jak je interpretować jest moim zdanie w tekście wystarczająco dużo. To subiektywna opinia i mam wrażenie, że będą tacy czytelnicy, którzy na pustyni się zagubią i już z niej nie wrócą, a nie każdy ma cierpliwego robota z herbatą.

Drugie skojarzenie to Ursula le Guin i Ziemiomorze. Poznanie prawdziwego imienia pozwala zapanować nad czymś/kimś – kiedy w Twoim tekście kiełkowały słowa i znaczenia, przypomniałem sobie historię Geda/Krogulca i inne opowieści z książek Ursuli.

 

Pozdrawiam!

 

 

 

 

Nadrabiam wakacyjne zaległości w komentarzach :)

 

Finklo, opowiadanie dobre i wciągające.

Co mi się podobało:

– Walory edukacyjne – co świadczy również o Twoim zaangażowaniu w zdobywanie materiału do opowiadania

– Wartka fabuła, bez zbędnych ozdobników, nie ma przynudzania, samo “mięsko” (czasem w wersji vege)

– Dowódca Guerro, aczkolwiek pod względem strategii jest idiotą, z bieżącymi problemami radzi sobie w miarę sprawnie. Nie jest “papierowym” przeciwnikiem i gaj musi się natrudzić, by go pokonać.

– Dużo niekonwencjonalnych pomysłów

– Dbałość o zachowanie minimum realizmu – czyli czytelnik nie powinien narzekać, że wciskasz mu kit.

 

Co mi się nie podobało:

– Opowiadanie jest niewolnikiem pewnej konwencji, a przez to jest przewidywalne – od początku wiadomo, że wszyscy żołnierze zginą.

– Guerro nie podejmuje decyzji o odwrocie, przegrupowaniu, tylko prowadzi armię na zatracenie mimo ogromnych strat. Czułem się jak w horrorze klasy “B”, w którym bohaterowie muszą zwiedzać nawiedzony dom, “bo tak”.

– Jedynym wytłumaczeniem, które bym kupił, byłby fanatyzm religijny. Niestety, opisy “żelaznego” boga są bardzo zdawkowe. Można było poświęcić jedną z plag kosztem opisu fanatyzmu wyznawców. Opowiadanie byłoby bardziej przekonujące.

– Przy tak wielkiej armii brakowało mi generałów, gońców, zwiadowców, kucharzy, cieśli itp itd. Można się domyślać, że są, ale na początku cały czas miałem wrażenie, że maszeruje około setki osób. Dopiero pod koniec było ich mniej i opisy były adekwatne :)

– Wulgaryzmy mi się nie podobały. Na początku myślałem, że w środkowej części opowiadania narrator jest “zaczepiony” do Guerro i wulgaryzmy są z tym związane. Jednak czasem nawet w opisach plag narrator wykraczał poza punkt widzenia żołnierzy, stawał się wszechwiedzący, wyjaśniał, co się stało.

Dziękuję wszystkim czytelnikom!

Ostatnie trzy tygodnie spędziłem offline – spieszyłem się kochać norweskie lodowce, które naprawdę szybko odchodzą (a w zasadzie odpływają) i dopiero teraz, na promie mam chwilę na nadrabianie zaległości.

Uwagi Ślimaka, jak zwykle celne, postaram się wprowadzić, póki jeszcze prom wyposażony w wifi przemierza Bałtyk:)

Matylda – sam bardzo wahałem się między “y” a “i” – rzeczywiście nie była gotowa na tak dramatyczne wybory, i w zasadzie nie jest postacią heroiczną. Masz rację, że jest w tym więcej dramatu i tragizmu, niż odwagi. Ma ograniczony wybór, ograniczoną świadomość tego, co się dzieje, nie jest bohaterką z wyboru. A jednak ostatecznie zostaje bohaterką – tylko czy ktoś tak młody podoła wyzwaniu? Bardzo zachęcające do kontynuacji :)

Cezaremu dziękuję za podwójne przeczytanie tekstu!

Zygfrydzie, skoro i Ty zachęcasz do kontynuacji, to chyba nie mam wyboru, pomysł na pełnowymiarową fabułę jest, trzeba tylko to napisać.

JolkoK, cieszę się, że się podobało – w końcu taki jest sens pisania. Obiecuję, że w kontynuacji Matyldy obroty będą jeszcze wyższe :)

Kiszona róża to kombucha. Natomiast z kapusty dżemu nie da się wytworzyć. Czy przez to kapusta jest gorsza?

Bez kiszonej kapusty długie wyprawy morskie narażałyby marynarzy na szkorbut, a bez dżemu z róży…. hm… no hm… no gdybym bardzo główkował, to może stworzyłbym opowieść o królu, który miał kwaśną minę i kwaśmy humor, bo nie miał dżemu. Albo żony. Albo jednego i drugiego.

Tarnino, dzieci z kapusty kiedyś występowały nagminnie w odpowiedziach rodziców na trudne pytania ich pociech. Obecnie pociechy nie zadają już tych pytań rodzicom, tylko smartfonom.

Wystarczy, że zalejemy internet opowiadaniami o dzieciach kapusty, a AI podchwyci temat.

Dziękuję za liczne wizyty i odpowiadam według kolejności:

Koalo75 – skoro Cię zaciekawiło, mam motywację, by rozwijać świat cukinii i smoków,

Bardzie Jaskierze:

Smoki żyją bardzo długo, a Matylda jest pierwszym “owocem”, który wydała ta wioska. Smok nie był zainteresowany babcią (chociaż nieźle jej szło z magią) ani matką (ta nie miała zdolności). Tylko Matylda była odpowiednio “dojrzała” i tylko ona mogła odczarować jaja i doprowadzić do wyklucia się z jednego z nich smoka. Być może od razu pojawi się pytanie, dlaczego smok nie mógł sam odczarować jaja – z tego samego powodu, dla którego nie wystarczyło oblać kamieni magiczną wodą. Magia także dojrzewa wewnątrz ciał, jest przetwarzana.

Dlaczego smok nie zwrócił Matyldy? Ponieważ była potrzebna w innej społeczności ludzi – to powód pragmatyczny. Można podejrzewać, że w drugiej społeczności ludzie słabo znali się na magii, i że jeśli nawet są tam uzdolnione magicznie jednostki, to o tym nie wiedzą.

Smok mógł oczywiście zwrócić Matyldę, a porwać babcię, która ma talent nauczycielski. Jednak w takim wariancie Matylda raczej broniłaby domu, niż wyruszyła na podbój poznanie świata.

Rozstanie Matyldy z wioską jest symboliczne – dojrzała do tego, by wyjść poza krąg kamieni. Ma predyspozycje, by być kimś szczególnym. Smok to dostrzega. Dziewczynka musi “wyfrunąć z gniazdka”.

 

Magiczne cukinie są efektem podlewania zwyczajnych cukinii magiczną wodą, ale znów można domniemywać, że nie tylko. Matylda jest szczególna dlatego, że często obcuje z wodą i cukiniami. Matka Matyldy nie wie o tym, że owoce cukinii przybierają ludzką postać. Czy wie o tym babcia, ale pozwala wnuczce to samej odkryć? W tym opowiadaniu nie wiemy, i w 35 k znaków się nie dowiemy. W pełnym metrażu – jak najbardziej.

 

Taka zbiorcza odpowiedź na uwagi Barda – nie przeszkadza mi absolutnie głos na NIE, ponieważ same uwagi są ciekawe, a odpowiadanie na nie sprawiło mi przyjemność. Matylda ma szanse kiedyś rozwikłać niektóre zagadki otaczającego świata i poznać złożone zależności między cukiniami, ludźmi, smokami i bogami, których na razie nie ma (znów nieszczęsne 35k limitu).

 

Michaelu Bullfinch – pozostaje tylko podziękować i starać się.

Regulatorzy – wszystkie uwagi wprowadzone, niektóre nieco inaczej, niż sugestia, ale starałem się raczej zauważyć problem, a nie tylko rozwiązanie.

Ciekawe, że w innym tekście zauważyłem, że jeśli zadziera się głowę, to do góry – może dlatego, że tam łeb zadziera wielki dzik i uważniej sprawdzałem opis, a przy opisie zachowania ludzi pisałem “machinalnie”.

Finklo – tak, wszystkie elementy są ważne. Nawet ślimaki. W tym tekście Matylda jeszcze tego nie zauważy, ale w większym uniwersum musi. Ponieważ ślimaki, skoro zostały wprowadzone, mają jakiś cel, a nie tylko są bezmyślnymi zjadaczami cukinii. One również są smakoszami magii. Czy tylko po to, by wyhodować sobie koślawe nóżki? Pewnie nie :)

Dziękuję za głos na TAK, ale przede wszystkim cieszę się, że przeczytałaś i spodobał się świat – mimo tego, że wielu rzeczy o nim nie wiemy. Matylda i Paladin (rycerz) również nie znają/nie pojmują wszystkich niuansów ich świata, a narracja jest z nimi związana.

To jeszcze jedno nawiązanie do komentarza Barda: gdyby narrator był wszechwiedzący, wiedzielibyśmy więcej o świecie. Tutaj oglądamy go z perspektywy wojownika, który skupia się na walce ze ślimakami, oraz dziewczynki, przed którą dorośli ukrywają niektóre rzeczy.

Finklo, u mnie teraz też się pisze i pisze, tylko ta historia o Bogu Rozsądku :P

Byle nie Cannabis sativa var. indica ;D 

 

Roślina, która odurza swojego właściciela, i zaczyna nad nim panować za pomocą wizji… oczywiście po to, by rozmnożył ją w milionach egzemplarzy… to by było coś!

Części czytałem w odwrotnej kolejności, co wcale nie przeszkadzało mi w odbiorze, ani szczególnie go nie zmieniło.

 

Ekspozycja, opisy, historie rodów, fabuła stoi w miejscu. Przez trzy rozdziały Eclipserium przeniosło się z punktu A do B.

Bohaterów jest bardzo wielu. Czy czytelnik może się z kimś utożsamić, by był jego przewodnikiem po świecie? Nie wydaje mi się. Brakuje głównej postaci. Wprowadzasz nowych bohaterów, zanim zdążę oswoić się z poprzednimi. Nie czuję do nich ani sympatii, ani odrazy, są jak figurki.

 

Czy będzie III rozdział (czwarty fragment)?

 

P.S. Żeby nie było aż tak “złośliwie”:

– podoba mi się koncepcja świata

– dużo oryginalnych pomysłów

– własne nazwy ras

– legendy, przepowiednie, sagi i historie rodów nadają światu głębię

– ciekawe pomysły na wygląd postaci

 

Czyli niby wszystko jest ok, ale jednak coś zgrzyta.  Pomysł jest dobry, trzeba go teraz  dobrze “podać”.

Plac Nocy wypełniało kilkudziesięciu niewolników shadar-kai oraz krinthów,

Ale tak szczelnie wypełniali?

 

Wrota liczyła kilkanaście sążni wzwyż. Dwa potężne skrzydła wrót liczyły po kilka sążni jedno.

To one są dzielone w pionie? Albo wrota są wyższe, niż skrzydła?

 

 U wielkich wrót Eclipserium stała drowka, która ze spokojem i uwagą notowała każdą rzecz wnoszoną do środka. Stała przy wysokiej skrzyni nakrytej materiałem, która służyła jej za pulpit.

Powtórzenia

Rosłe szaroskórne osiłki przypominające trochę bardziej ludzkie orki głośno stękały.

Problem z interpunkcją i konstrukcją zdania. “Szaroskórne” też nie brzmi dobrze. Może: Osiłki o szarej skórze, na wpół ludzie, a na wpół orki, głośno stękały.

 

Nosiła długą purpurową sukienkę, która posiadała po bokach obfite wcięcia, z których wystawały jej dwie długie i kształtne nogi zwieńczone srebrnymi szpilkami.

Przy takim zdaniu, wielokrotnie złożonym, czytelnik zapomina, co było na początku, zanim dojdzie do końca. Rozdzielenie na dwa zdania pomoże.

 

Cobralis podpatrywała na starszą siostrę,

Albo podpatrywała siostrę, albo zerkała na siostrę.

 

 Księżna zamilkła i spoglądała na Eclipserium z niestygnącym podziwiem w okolonych mrokiem oczach. Arystokratycznych oczach pomroków. Oczach wysoko urodzonych arkanistów zespolonych z esencją cienia.

Napisałbym, że purpurowe, gdyby nie to, że jest czarne.

Pierwsze zdanie niezgrabne. Literówka – “podziwem”, a ostatnią część można śmiało usunąć, nie tracąc nic z sensu zdania.

Jest też problem ze składnią, gdyby chcieć zachować oryginał, to lepiej będzie brzmiało

Księżna zamilkła i okolonymi mrokiem oczami podziwiała Eclipserium.

Podziw nie zupa, nie stygnie.

 

Jej długie kruczoczarne włosy przechodziły miejscami we fiolet, srebrzyły się pojedynczymi pasemkami, to wyłaniając, to niknąc na powrót w ich zaczesanym do tyłu potoku.

Domyślam się, o co chodzi, ale nie jest to zgrabnie napisane.

 

Wiem jedynie tyle, że Archiwum pragnie poznać sposoby kartografii, które rozwija nasz wspólny przyjaciel –

Co to są “sposoby kartografii”? Nie można tego napisać prościej?

 

Przyznaję, że dalej straciłem ochotę na sugestie językowe, skupiłem się na brnięciu przez tekst. Wielu bohaterów, intrygi, ekspozycja za ekspozycją.

Problem w tym, że w zasadzie niewiele się dzieje. Domyślam się, że I rozdział to dopiero przygotowanie fundamentów pod resztę historii, tylko że czytelnik może stracić zapał do czytania, zanim w ogóle zacznie się właściwa fabuła.

 

Rozumiem, że ta opowieść jest dla Ciebie ważna. Zainteresuj nią czytelnika! Czytałem II rozdział i doczekałem się tylko teleportacji Eclipserium. Rozumiem, że tutaj pojawiają się intrygi, które będą ważne dalej, i jako autor wiesz, że dzięki nim opowieść nabierze rumieńców. Tylko dla czytelnika niewiele to na razie znaczy. Dużo opisów, dużo tajemniczych rozmów, dużo budowania dekoracji – które są tylko dekoracjami. Na scenie niewiele się dzieje.

 

Dziękuję za przeczytanie i klikanie! Cukinie rosną teraz w bibliotece – ciepło, przytulnie i są tylko mole książkowe, żadnych ślimaków :)

Sugestie się cieszą, że są zaopiekowane devil

 

Wymawia się szybciej, niż “otoczony opieką” albo “zauważony” i staje się słowem-workiem. Psychologowie chyba je uwielbiają – niech się psycholog wypowie :D

Bardzo dobrze się bawiłem – historia ułożona bardzo dobrze, zaskoczenie ze szczyptą humoru i ironii, a całość lekka i przyjemna w czytaniu.

Nawet rybki w akwarium były zaopiekowane.

Ostatnie słowo jest uważane przez wielu za chwast. Nawet rybkami w akwarium się opiekował.

 

Reklamy, stale atakujące ze wszystkich stron

Wyrzuciłbym “stale”, bo mam wrażenie przesytu

 

bo to była dla firmy okazja testowania nowości implementowanej na tak starym urządzeniu. Nie byłoby mnie stać normalnie na taki wydatek, bo rządowa podwyżka emerytur była symboliczna, ale spodziewałem się, że za dwa lata już nie będę żył, bo różne choróbska co rusz mnie dopadały

Efekt bobo, może on jednak podświadomie chce tej diablicy, tylko się wstydzi?

 

by z jego wyobraźnią wymyślił zmiany rujnujące

Zrozumiałe, ale niezgrabne

 

Dostałem za darmo od „Robotics” najnowszy egzemplarz sprzątającego robota RSOOW, z odpowiednio ograniczoną wyobraźnią, ale nie nudzę się i nie żałuję, że nie przystałem na propozycję Lucka, który oferował przysłanie młodej diablicy w zamian za RS-55.

Zdanie bardzo dobre, ale za długie. Rozdzieliłbym na dwa.

 

Pozdrawiam!

Miałem wrażenie niekończącej się ekspozycji – opisy całej czeredy bohaterów, opisy pałacu, potem wreszcie teleportacja. Przysnąłem dwa razy w trakcie czytania, być może przez duszną, letnią aurę, a być może uśpiły mnie powtarzane słowa.

 

Jest sporo powtórzeń. Czasem kolejne zdanie powtarza to, co już zostało wspomniane w poprzednimi, tylko w inny sposób. Rozumiem, że czytelnik ma czegoś nie przegapić, ale efekt jest odwrotny – już za pierwszym razem “łapię” nastrój lub zamiar autora, i powtórzenia tylko nużą.

Powtarzają się również wyrazy. Mam wrażenie, że czytam drugi raz to samo.

 

Rozumiem, że jesteśmy w II rozdziale, ekspozycja jest nieunikniona, jednak przy tak powolnym tempie akcji czytelnik może po prostu “odpaść”. Nie piszę tego z perspektywy osoby, która oczekuje w każdej scenie trzęsienia ziemi. Lubię opisy, jeśli wytwarzają nastrój lub są ważne dla fabuły, a także pozwalają się czytelnikowi zorientować, gdzie jest. Moim zdaniem te są zbyt szczegółowe. Nie będę potem pamiętał, co gdzie było w Eclipserium, jeśli nie będzie to krytyczne dla rozwoju akcji.

Uwaga: w tytule jest Ecilpseriusze, powinno być Eclipseriusze lub Eklipseriusze.

Niektóre metafory ryzykowne:

ogromny obelisk, którego oblicze

A opisy tak zagmatwane, że pod koniec zdania zapominam, o czym była mowa na początku:

Za kolumnadami widniały szerokie okna, poprzez które przeświecało blade światło rozkładające się podłużnymi pasami w półmroku, aby dalej, przechodząc przez szereg kolumn, padać w pojedynczych odstępach na środek sali.

Prawie niewidoczne skrzydła schowały się posłusznie za plecami.

Skoro prawie niewidoczne, to co czytelnikowi z tego, że się schowały? I jakie to ma znaczenie dla fabuły?

 

Miała zwyczaj robić tak przy każdym spotkaniu z jej ciemnoszarą personą woniejącą spalenizną Dziewięciu Piekieł.

Dopiero przy trzecim czytaniu załapałem, że personą jest Demonessa, a nie ten, kogo spotykała. Nie można prościej?

 

Często, gdy nawyk ten trwał aż nazbyt długo i obserwowana osoba zdradzała, że czuje na sobie jej diabelski wzrok, Demonessa wybudzała się nagle ze swoistego stanu zawieszenia, jakby nie była świadoma, że bezustannie wpatrywała się w konkretną osobę.

Bardzo pomoże wyrzucenie ze zdania pierwszego członu – “gdy nawyk (…) długo”, ponieważ użycie nawyku jest wątpliwe słownikowo, a nic nie wnosi do zdania.

 

zajmowała się swoim diablim ogonem, którego namiętnie ściskała w dłoniach

Namiętnie, czyli jak? Bo czytelnicy mogą sobie wyobrażać różne rzeczy. Nie może go po prostu miętosić albo robić cokolwiek innego?

 

Wydawał się marą senną jawiącą się śpiącemu w prawdziwie mrocznych snach, których złowrogi finał znajduje przedłużenie na jawie

Epatowanie mrokiem – już pierwsza część zdania wytworzyła nastrój, druga tylko go powtarza.

 

I… tak jest w całym rozdziale. Może jeszcze znajdę siłę na więcej sugestii, ale na razie podałem tylko przykłady z początku.

 

Podsumowanie: moim zdaniem można skrócić o 1/3 i uzyskać podobny efekt.

Zainteresowała mnie teleportacja i to, co stanie się dalej. Jeśli w kolejnym rozdziale pojawi się akcja, może nie odpadnę przy czytaniu.

 

No edytowałem, bo o katastrofie busa było tyle sprzecznych wiadomości, że dopiero teraz doszedłem, że na pace jechała piątka, a w kabinie reszta. I ci z paki zginęli, bo nie mieli pasów. Przynajmniej według większości wersji.

Rura bezpieczna, bo można się do niej przypiąć pasem. Więc nie mam nic przeciwko busom z rurą.

 

A poprzedni też edytowałem, bo mnie samego denerwują krytyki bez podpowiedzi, ale musiałem trochę podumać, jak bym próbował sam wybrnąć z problemu.

Barman i dziewczyna z rurą, wszyscy w jego aucie? Niewiarygodne ;)

Ambush, przecież to bus był, taki podwyższany, żeby więcej paczek weszło :)

Niedawno bus firmy na “I” rozbił się o tira. Kilka osób przewożono nielegalnie w przestrzeni “paczkowej”. Pięć zmarło.

Kiedy stoję furgonetką w dziwnych miejscach, widuję tam również busy pocztowe, używane jako improwizowane kampery. Dziewczyna na rurze by mnie nie zdziwiła. Ostatnio ze środka wysiedli artyści ze sprzętem cyrkowym i zaczęli ćwiczyć.

Witam!

 

Jest pomysł, jest fabuła, jest bohater – to dobrze. Czytało się w miarę płynnie, choć w kilku miejscach potykałem się na tempie i stylu.

Logika postępowania i wiarygodność głównego bohatera – z tym miałem największy problem. Nieoczekiwanie postanawia bawić się w detektywa. Tak, ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale wcześniej nie sprawia raczej wrażenia kogoś, kto zachowałby się w ten sposób. Można było inaczej zbudować postać: ktoś, kto nudzi się pracą (to akurat się zgadza), ma bujną wyobraźnię, czyta kryminały. Uwierzyłbym, gdyby bohater nudził się jak mops i nagle dostał pożywkę dla wyobraźni – wtedy łatwo da się wciągnąć w grę. Tymczasem zaczynamy od bohatera zmęczonego, bez werwy – i nagle następuje przemiana w detektywa.

 

Miałem problem z zapisem kulminacyjnych scen:

Teraz wdepnął w jakąś paskudną sprawę. Trzeba zadzwonić na Policję, ale jak im wytłumaczy co tutaj robi? Wstrzymał się, ruszył do wyjścia. Za plecami usłyszał szmer i dostał czymś twardym w głowę tracąc przytomność. Otworzył oczy, w oddali słychać było syreny policyjnych samochodów. Z wysiłkiem się podniósł, opierając o komodę. Pomacał potylicę. Krew z rozciętej skóry pozlepiała mu włosy. 

Czwarte i piąte zdanie trzeba rozdzielić akapitem, a czwarte rozdzielić na krótsze. Poza tym w czwartym jest najpierw narrator związany z bohaterem, a potem raczej wszechwiedzący (takie mam odczucia). Dodatkowo w tym samym zdaniu jest jeszcze niefortunnie użyty imiesłów. Opisałbym uderzenie z perspektywy bohatera, utratę przytomności również.

Mam wrażenie, że tutaj autor próbuje usprawiedliwić się przed czytelnikiem, dlaczego bohater nie zadzwoni na policję. Czyli piszący musi wepchnąć bohatera w jakąś sytuację i domyśla się, że czytelnik tego nie kupi.

Po tym, jak bohater oberwał w głowę, mógł po prostu leżeć na podłodze i czekać, aż przyjdzie policja. Może by go skuli, może nie, ale odniósł obrażenia, lekarz może to stwierdzić. Dla policjantów jest ofiarą i podejrzanym, ale na razie nie przestępcą.

 

Cały się trząsł. Zrozumiał, że jego dotychczasowe życie właśnie wymknęło się spod kontroli.

– Trzeba było zrobić, o co prosiłem.

– Odkręć to do cholery!

– Śmierć człowieka? – mężczyzna zachichotał. – Myślisz, że mam taką moc?

– Nie wiem, kurwa, co masz! – Ze złości miał ochotę cisnąć telefonem o czarny asfalt.

– A gdybym miał? Co byłbyś w stanie zrobić?

W tej scenie miałem problem z wiarygodnością. “Odkręć do cholery” już sugeruje, że szantażysta może cokolwiek odkręcić – co nie jest naturalne. Zatem niechcący uprzedzasz czytelnika, że szantażysta ma taką moc.

Drugie zdanie brzmi bardzo dramatycznie, ale jest tylko objaśnianiem czytelnikowi tego, co mógłby wywnioskować z zachowania bohatera. Lepsze będzie “pokaż” niż “opisz” i niż “wytłumacz”.

 

Ethan przeczuwał, że do tego dojdzie. Szantaż. Genialna propozycja dla kogoś złapanego w pułapkę. Spieranie się nie miało sensu. Trzeba było podkulić ogon i przytaknąć. Za zabójstwo groziła czapa. W najlepszym wypadku dożywocie i dawanie dupy pod celą przez najbliższą dekadę. Zrozumiał, że zostawił w mieszkaniu wiele odcisków palców. Tylko czy ten człowiek naprawdę potrafił cofnąć to, co już się wydarzyło?

Tutaj znowu mam wrażenie, że autor próbuje tłumaczyć zachowanie i decyzje bohatera, zamiast osiągnąć wiarygodność w inny sposób.

 

Podsumowując: czytała się dobrze i nastrój w porządku, ale miałem problem z kupieniem głównej intrygi.

 

P.S. Uwagi konstruktywne, czyli co z tym zrobić:

Oklepaną, ale skuteczną metodą w opowiadaniach o diabłach jest szatański podszept. Czyli bohater chce zadzwonić na policję, ale jakiś głos wprowadza zwątpienie. Większość zapewnień i wyjaśnień narratora można zmienić w podszepty diabła. Oczywiście nie jest to ani trochę nowatorskie, ale pozwala się pozbyć luk logicznych. Przynajmniej pozornie, bo niektórzy czytelnicy i tak będą kwękać, że poszło się na łatwiznę

Wariant ambitniejszy: bohater ma już za sobą zatarg z prawem. Właśnie dlatego jest kurierem, w innej pracy go nie chcieli, a coś musiał robić, żeby znowu się nie stoczyć. Dlatego tak boi się telefonu na policję i dlatego łatwo jest go szantażować.

 

A ja muszę przyznać, że niesforna Matylda bardzo buszuje w wyobraźni autora i wczorajszy wieczór zaowocował zarysem fabuły. Tylko nijak nie składa się to w opowiadanie, a raczej znowu w książkę (i kto to napisze, i kiedy?).

Warstw będzie więcej, bo Matylda spotka rówieśników, Sergio i Laurę. Przeżyje pierwsze zauroczenie, przyjaźń, a także okrutną zdradę i manipulację, której źródło będzie w kolejnej warstwie – dorosłych.

Smok będzie musiał wybierać między przywiązaniem do opiekunki a własnym gatunkiem. Cokolwiek zrobi, koszt będzie ogromny i pozostawi w nim bliznę, z którą on i Matylda będą się zmagać do końca historii.

Cukiniom też nie będzie lekko. Przyzwyczajone są walczyć z wrogiem, którego można zobaczyć i pokonać w walce, ale tym razem zagrożenie będzie mało widoczne, ale śmiertelne. Co zrobi rycerz w obliczu bezradności? I co zrobią tysiące rycerzy, bo poletka cukinii są teraz bardzo rozległe? Gdzie skończy się solidarność, a zacznie walka o przywództwo? Gdzie znaleźć ujście frustracji?

Potworów będzie więcej, ale powielanie zagrożenia dla ciała nie ma sensu, zatem stwory będą mieszać również w myślach. A skoro myślą, to można się z nimi porozumieć, albo przynajmniej negocjować. Okaże się, że cierpią bo… są potworami, tak ktoś je stworzył. W imię czego, to się jeszcze okaże.

Warstwa dorosłych ludzi będzie dla bohaterki kusząca, bo jest dzieckiem, a najbliższe osoby zostawiła daleko. Jednak tutaj znajdą się prawdziwe potwory. Matyldę czeka parentyzacja, bo będzie musiała podejmować decyzje, których nigdy nie oczekuje się od dziecka. Łącznie z wymierzaniem sprawiedliwości.

I na koniec twist, Matylda woli zawrzeć układ z potworem niż z człowiekiem.

Tego nie da się zmieścić w opowiadaniu. Można wybrać epizod i zrobić z niego opowiadanie, ale nie wtłoczyć w 50K całą historię.

George Hornwood, Unfall – dziękuję za przeczytanie, klikanie oraz inne formy wsparcia!

Ukłon dla Jurorki, bo moja Matylda jakoś tak patrzy spode łba i się chyba nikomu nie kłania. Ale dziewczyna dorasta w ciężkich czasach ;)

 

George, obrazek z cukiniowym rycerzem świetny – nic dodać, nic ująć! Nie ma lepszej zabawy niż stworzyć świat, który żyje w wyobraźni!

 

Eeee… nie, raczej bym nie mogła. :)

No w ogóle nie, a potem piszesz cudne opowiadanko. Ale mogę Cię wreszcie przypisać do szufladki z etykietką “genialna maruda”. Wiesz, faceci muszą mieć szufladki, kategoryzować, bo się gubią.

 

Dobre, dobre…

Temat “ciężaru” wymiany grafiki przez social media nie był jakoś chętnie podejmowany przez SF, chyba że się mylę, Ty jesteś bardziej “oczytana” :) Można znaleźć opinie psychologów, ale nie techników i inżynierów. A zużycie zasobów (surowców, energii) z tym związane staje się istotnym problemem.

Takie „się” lubi wtedy wychynąć i niepostrzeżenie wejść do opowiadania… Może to stworek aszraksię. :D

Ananke – w trakcie betowania powstała teoria, że aszraki lęgną się w zepsutych zasilaczach do sprzętu elektronicznego. Nie pytaj – co było na becie, zostaje na becie :)

 

A słowami dajesz mi motywację, pozostaje się tylko zarumienić i pisać, bo tak mogę podziękować najlepiej.

Gdyby coś je zjadło, byłaby fantastyka :)

Zamierzałem napisać coś w stylu “Tarnino, czy zauważyłaś, że mogłabyś zamiast wyszukiwać ten obrazek stworzyć co najmniej ¼ bohatera opowiadania?”.

A jednak nie. To będzie herezja, ale wolę obrazki niż marudzenie. A ten był bardzo zabawny!

 

I żeby nie był zupełnie off-topic: zagłada może tak wyglądać. Świat pochłaniają obrazki. Zagłada nie jest wojną, ludzie zatracają się w obrazkach. Obrazki zajmują miejsce na serwerach, przechowywanie i przesyłanie obrazków wymaga energii. W końcu następuje jeden wielki black-out, a ludzie na głodzie obrazków zmieniają się w bestie. I uratują ich tylko te trzy książki :)

Bruce, dziękuję za Twoje uważne oko, już wszystko wprowadzone! Cieszę się, że się podobało. Matylda zapewne również ma ochotę wrócić – być może, kiedy sama dowie się więcej o świecie i licznych odcieniach szarości.

Ambush, również się cieszę, że przypadło do gustu. Pierwotnie mieli być jeszcze bogowie hodujący smoki, ale to na pewno by się nie zmieściło w limicie. A “Matylda the god slayer” przekracza na razie możliwości bohaterki.

AP – dziękuję za dobre słowo.

Magia dla Matyldy jest odkryciem, trafiamy na moment, kiedy zyskuje dla niej nowe znaczenie i szybko musi się nauczyć, do czego służy. Stąd jej w tekście tak dużo, być może za dużo.Jeszcze na to zerknę.

Znów wrócę do pomysłu kontynuacji – gdyby opowiadanie ją miało, magia nie byłaby już na pierwszym planie, a raczej dylematy moralne.

Się przejrzy to “się”. A potem uwolni od niego opowiadanie, kawałek po kawałku. Pozostanie niepokojąca myśl, że “się” było jednak karą za jakieś grzechy :)

 

Ciekawe, że właśnie myślałem, gdzież podziewa się Ananke, jak już napisałem coś tak anankowego. To od dziś już wierzę w magię, nie tylko o niej piszę ;)

 

Lubię sprawiać radość. Tak, masz rację, Matylda powinna mieć ułomność – uwielbiam takie podpowiedzi, bo widzę, że wyobraźnia się włączyła na całego, a o to chodziło.

 

Wypowiedzi Paladina miały mieć w sobie zbyt wiele patosu. On nie zderzył się z obłudą, nikt niczego przed nim nie ukrywa, świat cukinii jest prosty, jak świat dziecka. Świat uciekinierów również, walczą o przetrwanie, ale już widać jakieś zgrzyty, kiedy ludzi jest więcej. Aż się prosi, żeby sięgnąć dalej i zobaczyć, kto wymyślił aszraczka. Nie co, tylko kto, bo zło ma źródło w czyjejś duszy. Bardzo mnie to kusi, odkąd napisałem zakończenie. Tylko zabrałem się za kontynuację Żaby, a niechcący wychodzi z tego książka, więc Matylda musi poczekać.

Witam!

 

Opowiadania wojenne lubię, sceny batalistyczne także, więc jakoś przebrnąłem przez liczne nazwy samolotów i okrętów. Niektóre metafory wydawały mi się dość wydumane, ale po lekturze całości stwierdziłem, że nie jest to grzech opowiadania – gdyby ich nie było, tekst stałby się bardzo “suchy” i straciłby specyficzny styl autora. Czasem miałem jednak wrażenie sztucznego patosu.

 

SF pojawia się wraz z Vektorem-8 – od razu wątpliwość: po angielsku to Vector, a po polsku Wektor, pomieszanie tych dwóch pisowni wygląda niezręcznie (ale brzmi identycznie :D ).

W ostatniej linii kodu Vektor rymuje jak Madonna (Action-Detonation), zmieniłbym to, bo nastrój jest poważny, a taka rymowanka potrafi go skuteczne rozbroić.

 

Podobały mi się opisy walki i przerzucanie perspektywy przy opisie walki łodzi podwodnej z fregatą początkowo mi się podobało, ale potem powtarzało się to niemiłosiernie długo, a nie posuwało akcji do przodu. Wolałbym więcej Vektora lub Vectora w charakterze Hala 9000, może nawet parafrazę słynnego “I’m sorry Dave, I’m afraid I cannot do that”, tylko w formie kodu.

 

Dużo anglicyzmów. Pewne słowa mają swoje polskie odpowiedniki, i można ich choćby używać zamiennie. Było dużo wibracji, a mało drżenia.

 

Zauważyłem kilka miejsc, w których można powalczyć ze stylem – czyli są poprawne, ale mało zgrabne w skromnej opinii czytelnika – np:

 

Czterech komandosów jednostki zwiadowczej piechoty morskiej milczało ze wzrokiem utkwionym w podłodze, każdy pogrążony w swoim rytuale przed skokiem.

Czterech komandosów jednostki zwiadowczej piechoty morskiej milczało, spojrzenia mieli utkwione w podłodze, i tylko napięte mięśnie twarzy zdradzały, że każdy przed skokiem odprawia swój rytuał.

 

Ale to już niuanse i kwestia gustu, całość poza niewielkim “napuszeniem” dobrze się czytała i ciekawie spędziłem czas.

a mizerii nie robi się z wieprzowiny :D

Kiedy patrzę na nowy obrazek Zakapiora, mam wrażenie, że zamiast uczyć się hiszpańskich przekleństw, powinienem spytać “Do you come from a land down under?”.

Starożytne księgi podpowiadają, że trzeba mu wtedy dać Vegemite sandwich, bo inaczej się obrazi. Czy mamy taki artefakt na składzie, czy muszę wysłać bohaterów jakiegoś opowiadania na poszukiwanie?

Nowa Fantastyka