Profil użytkownika

Ostatnie sto komentarzy

Cześć, solidarny z każdym fragmenciarzem na tym portalu w złudnej nadziei na wzajemność, przeczytałem.

Widzę tu potencjał, choć świat jest dla mnie, jako dla faceta, który przeżył za komuny kawał życia, niezbyt przekonujący. Za bardzo dziadowski. Utrzymanie komuny, jak każdego reżimu, musi mieć poparcie społeczne i coś ludziom dawać. Inaczej nie przetrwa. Mam nadzieję, że w kolejnych fragmentach wyjaśnisz, co trzyma tę federację w kupie, bo jakoś słabo widzę, żeby Prusak chodził pod Polakiem, a Polak pod Prusakiem. Natomiast projekt unii polsko-czechosłowackiej był poważnie rozpatrywany zaraz po II wojnie, tyle że mocarstwa zdecydowały inaczej.

Ciekawie wyglądają elementy transhumanizmu na tle zapinek na mankietach. 

Cześć Robercie, czekałem na twoje odwiedziny. Jeśli przeczytałeś książkę, to spowiednika powinieneś pamiętać. Nie jest to przenośnia, ani parapsychologia. Jest to albo modlitewna, mistyczna obecność i albo głos sumienia Krallego w postaci spowiednika, który wywarł na nim duże wrażenie.

Dzięki za uwagi. Zapraszam do początkowych części.

Witaj Prosiaczku. Stworzyłeś przejmująca rzecz. Uniwersum pozostawia wiele zagadek, gdyż jest bardziej światem przeżyć, niż realnym miejscem. Bruce już pisała o przeżyciach rodziców, którzy widzą,że z dziećmi coś dzieje się nie tak jak trzeba w nieskończoność rozpamiętują swoje błędy, zaniedbania i uchybienia. Nie pożałowałeś czasu na piękne opisy, klimatyczne i klarowne, tworzące atmosferę. Nie spodziewałem się, że mi się tak spodoba opowiadanie w którym właściwie nie ma wyrazistej historii. Będę uważniej śledził za Twoją twórczością. Klik

Pozdrowienia

 

Bruce, serdecznie dziękuję za wyjaśnienia. Będę musiał chyba kogoś nająć do czytania przed wieszaniem, bo im starszy jestem, tym mniej spostrzegawczy. :(

Piszę szmat czasu, ale ciągle w języku obcym, a że ze względu na podstawową działalność mam takie a nie inne otoczenie językowe, co rusz  gubię granice języków. Jest to żadne usprawiedliwienie, tylko stwierdzenie faktu. Stąd moja prośba o bardziej dosłowne sugestie, bo jestem często niedomyślny.

Zabawne i fajnie napisane. Trudno coś dodać do poprzednich uwag, zgodzę się, że termin przydatności jest raczej krótki, ale taki jest los satyry.

Pozdrawiam.

Bruce, myślisz, że nie czytałem? Nie raz i nie dwa. Jeszcze dzisiaj wyłapałem z dziesięć usterek.

Co do niektórych Twoich uwag, dotyczących dialogów mam pytania. Czy czasownik, powiedzmy, “ciągnęła” nie jest równoznaczny w remarkach z “mówiła”?Jeśli tak, to nie trzeba stawiać kropki w środku.

Niektórych uwag w ogóle nie rozumiem. 

Umiarkowanie zmęczony i zadowolony z czynionych postępów w opanowaniu nowej broni, uznał, że teraz może pozwolić sobie przyjemną lekturę „Laserem i rapierem”. – brak części zdania?

Czego tu brakuje?

 

Nie widzę sensu w robieniu przypisów odnośnie rzeczy szczegółowo omówionych w poprzednich częściach. Jak ktoś nie czytał, to trudno.

Hans nie bez dumy zaznaczył halabardę i glewię na poziomie bardzo dobrym, miecz jednoręczny i langesmesser na poziomie dobrym oraz włócznię i miecz bastardowy na poziomie przeciętnym. – nieco dziwne, że to uczący się sam zaznacza osiągnięte/zdobyte poziomy

Nie widzę nic dziwnego, że program nauczający zasięga informacji o umiejętnościach uczącego się z w innych, pokrewnych dyscyplinach. Przecież to nie jest rozmowa kwalifikacyjna, tylko dane do programu, który może je wykorzystać do tworzenia indywidualnego planu zajęć.

Rzucanie fragmentów też się opłaca, bo pomaga we wstępnej redakcji. Miłośnicy je przeczeszą, a zarazem za dużo osób nie przeczyta, więc nie zaszkodzi przy normalnej publikacji. Pierwszy tom Przypadków cały tu wisiał w odcinkach, póki nie poszedł do druku. Wtedy go wycofałem.

 

Uwagi przed czytaniem.

Oznaczanie tekstów jako fragmenty zazwyczaj zniechęca tutejszych czytelników. Z kolei opowiadania, nawet powiązane muszą być zamknięte w sobie, bo nie zakładają, że odbiorca musi przeczytać jeszcze to i tamto. Jedna sprawa, jeśli snujesz powieść, jak telenowelę, do niczego nie zmierzając, a co innego jeśli zmierzasz do z góry upatrzonej konkluzji. W pierwszym przypadku możesz to robić jako cykl opowiadań, a w drugim trzeba publikować fragmenty, które będą czytać tylko fani Twojego uniwersum. Osobiście jestem za drugą opcją, choć i oznacza ona marginalizację na portalu. Jest ona bardziej organiczna i można śledzić ewolucję bohaterów. Tak czy inaczej w opisie trzeba dawać linki do poprzednich i dalszych części, bo ludziska są leniwi i nie będą szukać, jeśli im pod nosem miski nie postawisz.

Bomba. Nastrojem przypomina księdza Bakę. Mojego ulubionego poetę polskiego. Może zamówię u Ciebie coś dla swojej powieści.

Czołem. Jestem z rewizytą. Ciekawe. Trochę postapo. Napisane fajnie i obrazowo, dla mnie nawet zanadto. Mam niedosyt informacji o świecie i realiach, co nie pozwala zrozumieć miejsce bohatera w kontekście otaczającej rzeczywistości. Wyszło kinowo. Tu się to chwali, ale ja tych gustów nie podzielam. Wolę styl bardziej gawędziarski. Generalnie nie lubię opowiadań, bo widzę w nich fragmenty większej całości, a całości często nie ma i za dekoracjami zieje pustka, bo autor dalej nie wymyślił. U ciebie chyba jest inaczej, ale obraz świata u mnie się nie ukształtował. Brakuje mi czegoś, co by sugerowało, dlaczego ten świat jest taki a nie inny.

Rekietierzy – znajome słówko z lat 90. Bandziory wymuszający haracz. Nadałeś im charakter instytucjonalny. Rekieterat mnie dopiero rozbawił. Bandycki rektorat? Na czele stoi rekietektor? Mam nadzieję, że masz w głowie logicznie przemyślaną całość, która z czasem znajdzie swój wyraz.

Sparaliżowałem im łączność i wewnętrzne systemy. Na to nie byli przygotowani – wyjaśnił z nutą dumy stary technik. 

Przemierzali sprawnie labirynt betonowych hal i korytarzy, gdyż kompleks znali jak własną kieszeń, a do tego nocna zmiana ewakuowała się z powodu pożarów wywołanych przez predyktora w dolnych magazynach. Wreszcie dotarli do hali przeładunkowej przy nieczynnej śluzie. Pokonali rusztowania i wbiegli w betonowy przesmyk na górze

Po techniku dałbym akapit.

Nie dziwię się, że nie kojarzysz. Wałkujesz tyle tekstów. Nie możesz pamiętać każdego. Będę wdzięczny za każdą pomoc. Nie skończyłem jeszcze pisać II tomu, więc aż tak się nie pali.

Niedługo ukaże się audio wersja Fredegara w Twojej redakcji. Odsłuchałem część nagrania i powiem, że według mnie książka wygrywa czytana na głos.

I ja bardzo dziękuję, ciekawie wrócić po tylu miesiącach/latach przerwy do Twojego uniwersum. ;) 

Łapie za słowo. Może jednak wrócisz do początków Pana na zamku;)? Uczesałem chyba z pięć czy sześć odcinków. Na pewno coś jeszcze wyłapiesz, ale mam nadzieję, że nie będzie to aż taka mordęga. Będę czesał kolejne. Dla Ciebie!

wspomnianego tytułu nie kojarzę,

Opowiadanie o hrabinie informatyczce, która próbowała ratować męża. Komentowałaś. Kabestan losu

Robercie, witam w klubie miłośników Uniwersum Wielkiej Rzeszy. Jeśli podejmiesz się napisania recenzji, dostaniesz pierwszy tom na papierze. Wspomnianej hrabinie Gastaldo poświęcone są opowiadania Kabestan losu i Robokoń.

Robercie, miło że zawitałeś. Ledwo zawiesiłem, a już ktoś przeczytał. Dla fragmentów to rzadkość. Dzięki za czesanie. Uwzględniłem twoje uwagi. Zachęcam do czytania wcześniejszych odcinków.

Bruce, dziękuję za łapankę. Twoje oko jest niezawodne. Chyba jednak zadajesz sobie za dużo trudu, szukając skomplikowanych motywów moich literówek;) Ale dziękuję tak czy inaczej. heart

Jaki jest problem z aliteracją? Nigdy nie zwracałem na to uwagi. 

Famulus – historyczna nazwa studenta-sługi, który usługiwał innemu, bogatemu studentowi w zamian za opłacanie jego studiów. Ponieważ w Rzeszy studiują również kobiety, to są wśród nich famuluski. Meliane z “Kabestanu losu“ miała takich kilka. Chyba nie zwróciłaś uwagi.

 

Finklo, miło, że zawitałaś. To opowiadanie przeszło praktycznie niezauważone. Zasada działania armaty grawitacyjnej została opisana w “Burzyć– nie budować”. Czytałaś to kiedyś, ale nie musisz pamiętać. Promień działania wynosi kilkadziesiąt kilometrów i trwa nie dłużej niż jedna minuta. Wystarczająco by skok grawitacji skruszył sztywną konstrukcji, ale za mało by zabić słonia, czy złamać drzewo, najwyżej jakiś konar. Potem następuje trzęsienie ziemi, moc którego zależy od sejsmicznej sytuacji w tym miejscu.

Co do SF – masz całkowitą rację. Dla mnie fantastyka zawsze jest dekoracją.

Finklo, no to mnie oświeciłaś! Dziękuję.

Sympatyczne i pogodne, choć miejscami dyskusyjne. Błazny mi się źle kojarzą, zwłaszcza, że za dużo ich teraz w polityce. Najbardziej mi się spodobało “wyjść z siebie i stanąć obok”. Zabawnie się to kojarzy z rosyjska, gdzie wyjść z siebie oznacza się wściec. Wyjść z siebie i z boku obserwować, jak dajesz komuś w mordę, albo urządzasz demolkę laugh.

Poprawiłem w “Panu na zamku” części 1-4. Zapewne i tak dużo tam zostało, ale zawsze.

Widzę, że muszę sam przejechać wszystko z góry na dół, bo szkoda Twojego czasu, na to, co powinienem wyłapać sam. Przynajmniej na zapisy dialogów i pogubione przecinki. Napiszę do Ciebie, po przejrzeniu kilku fragmentów.

Ależ masakra! Napisałem to przed laty, czytałem 150 razy, ciągle poprawiając to i owo, ale widocznie mam tak zamydlone oczy, że nie widzę rzeczy oczywistych. Dzięki za czesanie, żeby mi taki redaktor z korektorem się trafili!

Za współczucie nie dziękuję. Nie spodziewałem się dużego zainteresowania. Fragmentów, zwłaszcza zaawansowanych ludzie nie czytają, bo trzeba jechać na początek i tak dalej. Sam się zmuszam do czytania tutejszych opowiadań z dużym wysiłkiem.

Może i dobrze, że mało kto przeczytał, skoro to takie niedopracowane.

Przejrzałem rozdział do końca, wyłapałem kupę błędów w interpunkcji.

Towarzystwo RPGowe się wysypało po tym, jak Jill uciekła z jakimiś typami, którym źle się z oczu patrzyło. – tutaj masz niepoprawne użycie potocznego powiedzenia:

Towarzystwo RPGowe się wysypało po tym, jak Jill uciekła z jakimiś typami, którym źle się z oczu patrzyło.

A jak powinno być? Nie widzę żadnej sugestii.

Jak wiesz, niemieckojęzycznych zdań nawet nie czytam, bo na szczęście nie znam tego języka… :))

Wstydziłbym się przyznać.angry

Biorę się do roboty. Niektóre powtórzenia, jak te ze skakaniem są zamierzone. Często stosuje ten zabieg. Ale większość pousuwam.

Tyle baboli, że szok! Dzięki za czesanie i uznanie. O Bruce, jakże pragnę, żeby twoje niezawodne oko spojrzało na Pana na zamku…

 

Klimatycznie i makabrycznie. Widzę, że poszła seria z historii zmagizowanej. Masz tego dużo na magazynie? Mi jakoś nie idzie. Piszę kilka rzeczy równolegle i jakoś nie mogę skończyć. Fragmentów Pana na zamku prawie nikt nie czyta, a Lepszy mąż dla Luitgardy przeszedł niezauważony.

Klikam

Cześć! Ostatnio tyle publikujesz, że mogę Ci tylko pogratulować twórczej werwy. Spodobało mi się. Ciekawy obrót sprawy, choć nie do końca rozumiem jaki cel ma Nibelung (nie podoba mi się tu wyraz krasnolud, skoro mowa o starogermańskiej mitologii), wytwarzając kolejne artefakty. Jest trochę dziwne, że imię Chrystusa nie zabrzmiało ani razu, choć z pewnością było wymieniane, gdyż jest bardziej precyzyjne, gdyż każdy czcił jakiegoś Boga czy bogów. Wygląda jakby Olga promowała na Rusi islam, który mówi po prostu o Bogu.

Pozdrawiam

Sympatycznie i rodzinnie. Widzę jedną sprzeczność: czarodziejka ledwo wiąże koniec z końcem, ale ma w swojej władzy jakieś lochy na odległej Północy. Jakoś mi się to nie zgadza.

Cześć Bruce, Miło cię czytać w dobrym zdrowiu.

Fajne, lekkie i świeże. Jedynie zwrot “kompletnie podekscytowany” wydaje mi się podejrzany. Sugeruje bowiem, że istnieje jakaś norma ekscytacji, którą osiągnąć, żeby była ona kompletna.

Pozdrawiam.

Urocze. Zwykle nie czytam drabbli, ale przeczytałem ze względu na dedykację. Mam nadzieję, że zadziała.

Dawidzie, dzięki, że zajrzałeś do kolejnego fragmentu. Szkoda, że nie mogę cię przekonać do czytania od pierwszej części. Czytanie powieści od końca na wyrywki nie daje pojęcia o całości. Ty natomiast oceniasz każdy fragment jako osobny tekst, a jest on częścią powieści, w której są różne epizody, zarówno wartkie jak i powolne. Generalnie nie jest to powieść przygodowa, choć przygody w niej też znajdziesz, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach. Mógłbym napisać coś przygodowego, ale priorytetem jest powieść, bo trzeba pchać wóz do przodu, żeby między pierwszym tomem, a drugim, nie było za dużej przerwy.

Trafiło do biblioteki, zanim zdążyłem kliknąć. Spotkanie robot(ki) spragnionej człowieczeństwa i odrealnionego wirtualnie człowieka jest wyborne. Zainspirowało mnie by powrócić do dawno rozpoczętego opowiadania o podobnej tematyce.

Pozdrawiam

Cześć. Dobre opowiadanie, wzruszające. Temat wyobcowania młodego pokolenia, nie mogącej się wypowiedzieć starości jest bardzo ładnie ujęty. Pomysł przekazania przeżyć przez książki jest bardzo udany, choć dobór literatury wydaje się dość przypadkowy.

Zauważyłem kilka literówek:

że jeśli jaszcze raz

Skurzaną – skórzaną

kuzynka mieszkające dwa piętra wyżej, wykorzystały

Niezgodna liczba

Pozdrawiam

Cześć Prosiaczku!

Co do braku fantastyki, to się zgodzę z Koalą. Może zdolności wizjonerskie Marty były bardziej uwypuklone, to można byłoby za tę fantastykę uznać. Albo gdyby to świnia wszystko wiedziała i szeptała jej na ucho…

Co mi się spodobało, to wiarygodne, żywe postacie Marysi i Damiana, każdego ze swoimi karaluchami w głowie, oraz ich relacje, oglądane z perspektywy obojga. Z początku spodziewałem się horroru w stylu filmów z serii Wrong turn, gdzie bohaterowie trafiają do osady zdegenerowanych kanibali, i byłem mile zaskoczony dosyć nagłym zwrotem fabuły. Końcówka spodobała mi się mniej. Jest zanadto skondensowana i pospieszna. Na tle bogatej w opisy narracji na początku to budzi niedosyt. Nie jestem pewien, czy świnie tak bardzo zżyte ze swoimi właścicielami, tak zaraz zaczęły tak zaraz jeść ich ciała, kogoś obcego to i owszem.

Jako alternatywne zakończenie można wyobrazić sobie scenę, w której świnie atakują Damiana i Marysię, kiedy pierwszy prowadzi ją do samochodu zamordowanych gospodarzy i rozszarpują ich na strzępy. Opcjonalnie tylko złego Damiana ;)

Klikam do biblioteki.

 

Bardzo miła, pogodna, staroświecka fantastyka. Bez obrzydliwości, sztucznych udziwnień, wciskanej ideologii i międzygatunkowych eksterminacji. Człowiek i kosmos, nieznana forma życia przychodząca z pomocą i wszystko w estetycznej oprawie. Przeczytałem z przyjemnością. No i Coj! Nawet z cytatem po rosyjsku! Aż się wzruszyłem. Wspomnienia z woja. Nie byłem jego fanem, ale trudno nie zauważyć taki symbol epoki. 

Jeszcze spodobały mi się opisy działań w nieważkości. Sam popełniłem coś na ten temat w Świniobiciu. Nie jest to wprawdzie takie sympatyczne opowiadanie.

Dobry pomysł o koczownikach w kosmosie. Też na to wpadłem. W Przypadkach rycerza Fredegara pojawia się oficer floty imperialnej z planety Tengrü, który wyruszył do kosmosu z tęsknoty za trójwymiarem, a zmuszony mieszkać w ciasnym okręcie tęskni za wiatrem i biegiem konia.

Klikam do biblioteki.

Witaj Pisarzu, twoja historia ma potencjał, ale widzę szereg mielizn, więc pozwolę sobie wypowiedzieć kilka wątpliwości.

Pierwsza dotyczy Robena i jego zachowań. Trudno zrozumieć ma on 10 lat czy 14 i w jakiej epoce żyje. Zachowuje się jak współczesny rozwydrzony smarkacz. Nie wierze, żeby chowany w opisywanych realiach chłopiec, syn smoczego jeźdźca, mógł mieć mieć pretensje do ojca, że poświęca mu zbyt mało uwagi. Co najwyżej mógłby tęsknić za rodzinnym ciepłem. Za kaprysy, a tym bardziej rzucenie broni, powinien dostać od Mistrza porządne lanie bez żadnego patyczkowania i z perspektywą poprawki ze strony ojca.

Druga dotyczy fizyki lotu. Obserwując polowanie mani, ojciec kazał smokowi zawisnąć. Smok to nie ważka. Zmieniłbym na zataczanie kół.

Intryga w drugim mieście jest też niezbyt przekonująca. Ojciec dał się zbyt łatwo wyrolować swoim nowym partnerom. W ogóle nie rozumiem, po co im było go zabijać. Mieli w ręku Robena i łatwo mogli go kontrolować. Nie potrzebowali go? Mieli własnego jeźdźca, i tylko smoka im brakowało? Jeśli tak, to trzeba to powiedzieć. Czy ojciec spiskował z miejscowymi malkontentami celem przejęcia władzy z pomocą smoka? Przydałoby się to rozwinąć i wyjaśnić.

Sceny walk też budzą wątpliwości. Nie wiadomo dlaczego Roben ma “za daleko” do własnej broni, kiedy widzi w oknie zabójcę? Lepiej brzmiałoby, gdyby zabójca wskoczył przez okno do pokoju, odcinając Robena od jego broni. Potem bohaterowi udaje się zaskoczyć jednego ze strażników, a potem musi walczyć sztyletem przeciwko mieczowi. Dlaczego nie zabrał własnego, przecież miał? Ponadto zdobył broń zabitego strażnika.

Zakończenie jest niby szlachetne, ale nie przekonujące. Wraca do miasta, żeby zginąć w beznadziejnej walce. Młody, silny i ze smokiem. Mógłby przydać się gdzie indziej. Dziewczynę też pozostawił własnemu losowi, choć nietrudno się domyśleć, że nie czeka ją nic dobrego.

 

Cześć Dawidzie! W sumie fajne, ale jest kilka wątpliwych momentów.

Jeśli stwór potrzebuje krwi, to powinien ją wytaczać, a nie pożerać ciała. 

Jak istota z innej planety może koniecznie potrzebować ludzkiej krwi, skoro na jej planecie nasz gatunek nie występuje? Jeśli może spożywać mięso człowieka, to może równie dobrze spożywać każde inne. Pod tym względem człowiek nie jest wyjątkowy.

Jeśli ktoś chce utrzymać jakieś miejsce w tajemnicy to nie przywozi tam kupionej otwarcie biżuterii, chyba że chce sprowadzić złodziei. Dla Ciebie jest to wygodne, ale kompletnie nie trzyma się kupy.

Po co włamywacze wywołują mieszkańca piwnicy, może tam siedzi ochrona?

Stwór, ryzykując życie, każe włamywaczom wysadzić budynek, zamiast zaprosić ich do środka i zjeść, pozbywając się świadków. Z hakerem mogliby łatwo znaleźć sposób otworzyć drzwi.

Jeśli chodzi o gatunek, to bardziej science fiction. Horrorem toto z pewnością nie jest.

Tylko w społeczeństwie, w którym faceci wiodą prym, wybitna kobieta ma szanse, bo inne kobiety jej takiej nie dadzą nigdy. Polecam opowiadania Grzędowicza o wiedźmach. Pozdrawiam.

Cześć, Tygrysico! Jako że sam najczęściej wieszam tu fragmenty powieści, to uważam, że powinienem wspierać innych fragmenciarzy, choć moje nadzieje na wzajemność zazwyczaj okazują się płonne.

Teraz do rzeczy. Wyłaniające się z tego fragmentu uniwersum wygląda na bogate i skomplikowane. Jest to dobra zapowiedź, jeśli jest dokładnie przemyślane pod względem przyczynowo-skutkowym. Jeśli nie, to pogubisz się, a czytelnik szybko wyczuje, że zostało sklecone na kolanie. W opowiadaniu to może ujdzie, ale w powieści wylezie niechybnie. Nie musisz podawać wszystkich odpowiedzi, ale znać je trzeba koniecznie.

Co do batalistyki, to faktycznie jest trochę śmieszna. Nad tym trzeba popracować. Radziłbym pooglądać trochę filmików szermierczych z Hemy.

Nieprzeciętne umiejętności bohaterki we władaniu bronią i samo jej posiadanie w połączeniu ze strategicznie ważnymi zdolnościami magicznymi najwyraźniej kłócą się z jej niskim statusem społecznym i rodzinnym. Powinni traktować ją jak bóstwo, dogadzać i umizgać przed nią. Oczywiście jednocześnie mogą jej nie lubić i bać się. Dla rodziny powinna być źródłem dochodów i zaszczytów. Osobiście odwróciłbym role ojca i matki. Ojciec znalazł ją podczas polowania i zmusił swoją głupią i wredną żonę, by ją przyjęła. Baba jej nie kocha, a rodzeństwo jest zazdrosne o względy ojca. Ojciec jest człowiekiem twardym i szorstkim, ale wierzy w swoją przybraną córkę i stara się zapewnić jej edukację.

Przeniósłbym walkę na początek. Najpierw opis najazdu i jatki, gdzie pojawia się dziwna, wyróżniająca się dziewczyna z mieczem. Potem opowiadałby jej prehistorię przekładając akcją w teraźniejszości.

Powodzenia

Sally miała znajomość rilgerdzkiego na poziomie przeciętnego Polaka, który przeżył kilka lat pod okupacją niemiecką. Była w stanie zrozumieć proste polecenia, znała nazwy niektórych przedmiotów, mogła zadać najprostsze pytania, niektóre rzeczy kojarzyła przez ogólnogermańskie podobieństwo z angielskim.

Witaj Prosiaczku!

Lekceważenie cierpienia starszego mężczyzny, samemu będąc w cudownym stanie niemalże nierealnego szczęścia, było jeszcze większą niemożliwością.

Zmieniłbym lekceważenie na lekceważyć, bo teraz to wygląda jakoś nieforemnie.

wreszcie puściły ten śmieszny materiał zwany rodziną

Chyba puścił

 

Interesujące opowiadanie. Świetnie ukazuje wadliwość poszukiwania “szczęścia” zwłaszcza jako w kategoriach emocjonalnych. Dla mnie szczęście istnieje jedynie jako kategoria eschatologiczna. W tym świecie to abstrakcja. Twoje opowiadanie doskonale ilustruje wynaturzenie, do jakiego prowadzi. Samopoczucie jest oderwane od realnego stanu wewnętrznego człowieka i jest obiektem manipulacji.

Nie bardzo rozumiem, co ma do tego genetyka. Może zapewne decydować o pewnych predyspozycjach i chorobach psychicznych, ale stan duszy formuje się raczej pod wpływem przeżyć i pracy wewnętrznej.

Nie do końca zrozumiałem, jak Marcin doprowadził do przerobienia Juliana bez jego zgody.

Klik ode mnie.

 

Dawidzie, miło, że zajrzałeś. Radziłbym zacząć od pierwszego fragmentu, gdyż czytając na wyrywki niewiele zrozumiesz. To jest długa powieść, więc są w niej różne odcinki, w jednych jest więcej akcji, w innych więcej rozmów, refleksji, czy czegoś tam jeszcze. Linki są w opisie.

Pozdrawiam

Maczeta nie jest bronią, tylko sprzętem rolniczym na plantacjach trzciny cukrowej. Jako broń jest używana od biedy. W arsenale powinni mieć tasaki i kordy

Wreszcie powiesiłeś fragment. Czyli ma być kontynuacja. Zakładam, że wszystkie wydarzenia, jak to przybycie pojazdu latającego i najazd żaboludów są jakoś związane i to się wyjaśni później.

Nie rozumiem kilku rzeczy:

Półwysep istnieje jakby w próżni, choć z zasady jest połączony z większym lądem. Zatem kraina albo ma sąsiadów, albo komuś podlega. W obydwu przypadkach powinno tam stacjonować jakieś wojsko, a ja tu nie widzę nawet zakichanej straży miejskiej.

Z jednej strony kraina wygląda na zadupie świata, a z drugiej ma aż cały uniwersytet.

Ucieczka kutrami rybackimi, która może zabić podróżników, tak bardzo podatnych na chorobę morską jest wątpliwym ratunkiem przed latającym przeciwnikiem.

Żaboludy są uzbrojone tylko w białą broń, dlaczego mieszkańcy nie umacniają się w budynkach? Mam nadzieję, że znasz odpowiedzi na te pytania.

Skończyło się, zanim pojąłem, o co chodzifrown.

Przyciężkie. Z trudem pokonałem pierwszą część. Generalnie nie jestem przeciwnikiem długich zdań, jeśli tylko są dość zgrabne. Te nie są. Sprawę pogarszają braki w interpunkcji, brak cudzysłowu przy myślach bohaterów. Ciężko jest połapać się kto jest kim. Trudno zrozumieć, czy Gustav i Skała są jedną osobą, czy jednak ojcem i synem. Brakuje przejrzystości. Odnoszę wrażenie, że chcąc uniknąć podania informacji bezpośrednio przez narratora, nadmiernie skomplikowałeś prosty w istocie przekaz. Brakuje mi opisów otoczenia, w którym dzieje się akcja, przez to trudno wyobrazić sobie scenę, a to zniechęca czytelnika. Uważam, że może coś z tego być, ale wymaga gruntownej przeróbki.

Z fragmenciarskim pozdrowieniem Nikolzollern

Cześć! Jako doświadczony fragmenciarz, radzę umieszczać w opisie odnośniki do poprzednich i następnych części. Ludzie są leniwi i nie będą szukać.

Z pisaniem bywa u mnie bardzo różnie. Dużo zależy od tego, czy pisany fragment od dłuższego czasu tkwi w mojej głowie w postaci “filmu”, czy jest łącznikiem między takimi częściami, wymyślonym jedynie z grubsza, albo ledwo zaznaczonym. Część, która dzieje się na stacji powstała jednym ciągiem i dosyć płynnie. Akcja na statku powstaje powoli i z bólem. Mam do przekazania dużo informacji przy mikrej intensywności wydarzeń. Mordeńga. Staram się ożywić tempo historiami wtrąconymi, takimi jak Szaber i Świniobicie, które wisi na portalu jako osobne opowiadanie, bo jego kolej na włączenie do powieści jeszcze nie przyszła.

Barwnie i nastrojowo napisane. Przesłanie bardzo mi się podoba. Człowiek, który chce poprawiać rzeczywistością trafia w łapy “poprawiaczy”, którzy krok po kroku obdzierają go z jego rzeczy. Można pomyśleć, że z kawałków jego osobowości.

znalazł pana boga

To chyba powinno być z dużej litery.

 

Klikam do biblioteki

Wiesz, kucharkę pisałem z natury. Była taka jedna w moim życiu. Jak wydam drugi tom, to jej podaruje. Jestem ciekaw, czy się rozpozna. Musi zostać.

Może opis załogi faktycznie jest zbyt monotonny. Pomyślę jak go skrócić, albo urozmaicić. Efekt obrazu jest generalnie do przyjęcia, jeśli jest to okolicznościowy portret grupowy.

Korekta tekstu oczywiście będzie.

Koalo, dzięki za przeczytanie. Jeśli chodzi o niedociągnięcia, to je usuwałem (właśnie tak, w formie niedokonanej), ale nie wiem, czy wszystkie usunąłem. Miło mi, że lektura sprawiła przyjemność.

Miło mi, że się spodobało. Te wstawki mają ożywiać moją senną narrację.

Na temat ojca będzie teraz dużo.

Myślałem, że Orson ma to samo nazwisko, co Herbert, pisarz.

Chyba przeskoczyłeś przez odcinek 5.

Z tymi zgłoskami to chyba masz rację, zastanowię się jak to przerobić, bo ani to specjalnie zajmujące, ani informatywne.

Alvaro odtąd będzie przybierał na znaczeniu. Znajdzie się w kolizji zarówno z Fredegarem, jak i z Krallim.

Dzięki za wyłapanie niezgrabności. Czasami zaczniesz przerabiać jakiś akapit i zapomnisz usunąć zbędny wyraz. Wyłapałem przy okazji więcej takich baboli.

Cieszę się, że nadzieje i obawy Sally i Klary nieco zaspokoiły Twój głód kontrowersji i zmiennych stanów emocjonalnych. To chyba najbardziej uczuciowy fragment z dotychczas napisanych.

Będę bronił pierwszego dialogu o modlitwie. Jeśli, jako ksiądz z dwudziestosiedmioletnim stażem, i jako chrześcijanin wychowany w rodzinie ateistycznej, coś wiem o nawróceniach z niewiary do wiary, to wygląda to po części tak, że w życiu nagle pojawia się decydujący czynnik, który wywraca dotychczasowy obraz rzeczywistości i wymusza działania interwencyjne, często zupełnie nowe i obce, ale traktowane ze śmiertelną powagą, jak powiedzmy podpieranie walącego się sufitu. Sally właśnie uświadomiła sobie Boga, więc zabiera się do modlitwy jak do naprawy reaktora nuklearnego, bez żadnych kwalifikacji, z samą instrukcją użytkowania. Ben, który ją dobrze zna nie ryzykuje żadnych “jak to się mówi”.

Nawrócenia z letniej, osłabionej wiary na bardziej gorącą, mają inny mechanizm.

Nawiasem mówiąc, amerykańscy politycy, w odróżnieniu od europejskich, często mówią o modlitwie, niezależnie od tego jakie siły reprezentują.

W zdaniu z mewą dałem ryby w liczbie mnogiej. Chcę zachować ten obraz.

Z ludźmi ze stacji trzeba coś począć. Będą potrzebni w trzecim tomie, ale jakiś epizod trzeba im poświęcić bliżej końca. Na razie nie mam pomysłu.

Zgadzam się, wieszać tutaj fragmenty powieści warto, jak już masz zrobiony spory kawał. Na przykładzie Przypadków i Pana na zamku widać, że uczestników dyskusji raczej za dużo nie będzie. Przy pierwszym czy drugim fragmencie jeszcze jest tłoczno, a dalej pozostają, tylko ci, których naprawdę wkręciło. Mnie bardziej ciekawi odbiór pewnych idei i pomysłów. Niewiele rzeczy przerobiłem pod wpływem krytyków z portalu, ale trochę rekomendacji zachowałem na przyszłość.

Generalnie widzę taki rozwój swojej historii: w pierwszym tomie jest generalnie sielanka przyprawiona batalistyką. Jest tylko jeden dysonans, zapowiadający przyszły konflikt. Prawdopodobnie tego nie zauważyłeś. Jest to spotkanie z donią Izabel, babcią Fredegara. W drugiem tonie sielanka zaczyna się rozpadać, choć bardzo powoli. W trzecim bohaterowie zostaną poddani próbie, która wywróci ich życie do góry nogami.

Dzięki za świeże spojrzenie. Niektóre rzeczy poprawiłem, nad innymi się zastanowię. Masz rację, jeśli chodzi o tą mało ciekawą jednomyślność. Jestem strasznym dyletantem, piszę tak jak mi się to wymyśla, a nie tak, jak byłoby ciekawiej.

Nie będziesz prezentował tu swojej powieści? Spaleniem to raczej nie grozi. We fragmentach i tak niewielu to przeczyta, ale można doszlifować to i owo.

Grüß Gott!

Wiesz, dotychczasowe doświadczenie nauczyło mnie, że redakcja nie zawsze dobrze robi swoją robotę. Więc, jeśli wyłapiesz jakieś błędy i przeoczenia, to będę się tylko cieszył, choć oczywiście to nie jest największa korzyść, jakiej się spodziewam od Twojego czytania.

Co do seriali, to nie bardzo mam, czym je zastąpić. Powiem tak, prawie każdy interesujący się fantastyką coś z tego oglądał, albo obejrzy. Są mi potrzebne dla pokazania perspektywy, z jakiej mieszkańcy stacji, ludzie nam współcześni, przywykli patrzeć na kosmicznych zdobywców. Wydaje się być zabawne. Ale dzięki za spostrzeżenie.

Konflikt w tym tomie się pojawi, choć nie w takiej postaci, żeby wokół niego wszystko się kręciło.

Dzięki za uwagi i czekam na następne.

Cześć Feniksie. Jestem miłośnikiem batalistyki, ale bardziej szczegółowej i ludzkiej w sensie większej uwagi poświęcanej ludziom w zmaganiach wojennych, ich przeżyciom i decyzjom. Tutaj niestety postaci wcale nie widać. Sama goła akcja i to niezbyt atrakcyjnie napisana. Wyliczasz dużo rodzajów broni, ale ich nie opisujesz. Akcji masz na pięciokrotnie większy tekst, w którym zmieściłoby się więcej dialogów, charakteryzujących postacie, opisów statków, chociażby kilkoma pociągnięciami. Wojna jest ciekawa pod wieloma względami i tych względów masz tu zdecydowanie za mało. Radziłbym pomyśleć o rozbudowie.

Mam sporo batalistyki w “Przypadkach Fredegara” (na papierze) Z tego co jest na portalu są małe sceny batalistyczne w “Burzyć nie budować” i “Kabestanie losu”.

Świetną batalistykę znalazłem ostatnio u Riverte. Tego od  “Kapitana Alatriste”. Ma też powieść o bitwie Trafalgarskiej. Jak gość przeniknął taktykę statków żaglowych. Cymes. I ma bardzo wiarygodne, żywe postacie. Oficerów, marynarzy, na siłę wcielonych rzezimieszków. Wszystko pięknie osadzone w historii i kulturze.

Dla mnie jest to zapowiedź ciekawego uniwersum i nie chce się wierzyć, że zostało stworzone dla jednego tylko opowiadania. Uniwersum nadawałoby się dla cyklu powieściowego, z historią, polityką, techniką, bestiariuszem i różnymi kulturami. Nawet w tym krótkim tekście są barwne dialekty i charakterystyki różnych etnosów. Poczułem coś bałkańsko-węgierskiego nałożonego na klasyczne fantasy. Mam nadzieję, że cała para nie pójdzie w gwizdek. 

Styl jest dla mnie trochę zbyt filmowy. To co szanowny Bardjaskier uważa za zaletę, postrzegam raczej jako wadę. Nie jestem zwolennikiem opierania się na dialogach i opisach, brakuje tutaj mi tego, co na portalu nazywają gawędziarstwem. Najlepiej odbieram rzeczy bardziej zbalansowane.

Jeśli chodzi o fabułę, to jest nieco sprasowana i pozbawiona puenty. Bohaterowie, oprócz głównego nie mieli szans, by przejawić swoją osobowość. Ukochana jest praktycznie nijaka, bona jest nieco ciekawsza. Może ich rola jest raczej przedmiotowa, ale chciałoby się czegoś więcej.

W akcji dostrzegam przynajmniej jeden wątpliwy moment: Maszynista pozwala bohaterowi tak spokojnie rozwalić pociąg. Nawet jeśli zrazu cofnął się wystraszony, to nic nie uczynił, kiedy bohater uderzył po hamulcach. Nawiasem mówiąc, Fridyes mógł odpuścić hamulec, potem jak wroga zmiotła siła bezwładu, przecież chciał ratować ukochaną, ale jakoś o niej nagle zapomniał.

Niemniej rzecz wartościowa. Klikam

 

taranując wraki spalonych samochód.

Kolejne wagony mijał peron

niezgodność liczb.

Czytało się nieźle. Obrazy bardzo sugestywne. Szczególnie scena z Karłem i parafianami w wagonie mięsnym. Wprawdzie uciekający ksiądz w sutannie budzi wątpliwości. Marks i Lenin wyglądają jakoś anachronicznie. Teraz mordują się za inne rzeczy.

Świetna rzecz. Choć długa, a przeczytałem jednym tchem. Dużo szczegółów przydających wiarygodności narracji. Potem pojawia się horror z elementami kryminału, co mi się bardzo spodobało. Jeszcze ujęło mnie to, że horyzont moralny nie został tu utracony, jak to się często dzieje w opowiadaniach o tej tematyce. Demon jest demoniczny – kłamliwy i próżny manipulator, a służące mu osoby nabierają jego cech. Jedyne, co wydało się nie do końca przekonujące, to, że bohater stawia czoło demonowi bez Boga, co jest wprawdzie typowe dla horrorów, ale dalekie od rzeczywistości. Człowiek dla demona to żaden przeciwnik, tak jak demon dla Boga.

Klikam

Fajne, staromodne opowiadanie. Lubie takie. Przeoczyłem, że chłopiec ma 10 lat i w mojej wyobraźni miał 7 i to było w porządku. Chociaż teraz infantylizm postępuje i dziesięciolatek może być taki dzidziusiowy.

Finał zapowiada odkopanie diabelskiej lokomotywy. Dopiero jazda się zacznie;) Czekam na cd.

Uwaga merytoryczna: Ilja to żadną miarą nie Idzi, tylko Eliasz (hebr. Eliahu). Idzi to Egidiusz (Egidij), imię na Wschodzie prawie nieznane. Kto jak kto, ale proboszcz powinien o tym wiedzieć.

Klikam

 

Finklo, dzięki za dotarcie. Przypadki (I tom) dostępne na papierze, a drugi w dużej mierze jest tutaj (Pan na zamku) Hans tam też działa. To opowiadanie jest jego wspomnieniem, do wstawienia we właściwym miejscu.

Nie podobają mi się fantastyczne utwory o demonach i aniołach, w których z jednej strony przyjmuje się niby przyjęty przez wiarę chrześcijańską obraz rzeczywistości, a z drugiej buduje się kompletnie sprzeczny z nią świat. Jeśli ma być to rzeczywistość wiary chrześcijańskiej, to demony muszą mieć co najmniej tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy lat. Nie mogą się też rodzić, ani umierać, ani wcielać się. Nie są odrębnym gatunkiem bytów, tylko upadłymi, złamanymi aniołami, nienawidzącymi własnego istnienia i całej reszty. U aniołów nie istnieje coś takiego jak pokrewieństwo, stworzone jednym aktem są istotami całkowicie odrębnymi. To samo dotyczy demonów. U ciebie piekło wygląda jak miejsce w którym można się bawić i odpoczywać, nie czuć przerażającej depresji tych istot upadłych. Przypomina obrazki z Heroes V.

Na plus: historyjka zainteresowała. Wygląda jak fragment zapowiadający ciekawy rozwój fabuły.

Jest generalnie przekonująca wizja, z jednym wyjątkiem. Kraje posiadające bardziej tradycyjną gospodarkę rolną, ludy żyjące bliżej ziemi , w sytuacji podobnej pandemii będą bardziej żywotne, z tym się zgadzam. Ale ta naparzanka atomowa w Afryce jest jakaś niewiarygodna. Dla obsługiwania broni nuklearnej potrzebne są wyszkolone kadry i technologie. Mało zdobyć wyrzutnię rakiet. A poza tym po co robić taką rozróbę? Skutki są do przewidzenia. Nie są przecież głupsi od Europejczyków.

Dawidiq, dzięki, że zajrzałeś, a nawet przeczytałeś. Nie dziwię się, że cię nie porwało, bo nie zauważyłeś, że to fragment, a nie opowiadanie. To jest rozdział ze środka drugiego tomu powieści. Żeby cokolwiek zrozumieć trzeba czytać chociażby od początku tomu. . Linki do poprzednich części są w opisie. Pierwszy tom jest dostępny na papierze. Pozdrawiam

Finklo, dzięki za dotarcie. Generalnie się z Tobą zgadzam. Nie potrafię pisać zamkniętych opowiadań. Są to w zasadzie puzzle, które można rozpatrywać osobno, a można połączyć w jedną całość. Planuje stworzenie takiego cyklu mozaikowego. Robokoń jest powiązany z trzema innymi opowiadaniami.

Witaj Feniksie! Dziękuję za odwiedziny i apologię. Niektórzy interpretują gatunki fantastyki bardziej kostiumowo, niż merytorycznie. Są rycerze – więc to fantasy. Jeśli chodzi o technologie, to dla mnie są czymś podrzędnym, tworzącym tło czy kontekst dla idei lub ewolucji bohaterów. Nie wierzę, żeby mogły zmienić istotę człowieka, czy jego duchową kondycję.

Miło, że podeszło ci tempo narracji. Może spodoba ci się coś jeszcze. Zapraszam.

No niezłe, Rybaku, kosmos podbijają wielodzietne rodziny, pokonując walniętych ekoaktywistów pospołu z robotami zaprogramowanymi przez krytyczną teorię rasową. Aż chce się wierzyć w taką wizję przyszłości. Wątpliwe tylko, żeby to byli ludzie z anglosaskimi nazwiskami, mierzący długości jardami.

Klik ode mnie.

Może ci się spodobać Uniwersum Wielkiej Rzeszy, na przykład w Robokoniu i opowiadaniach powiązanych.

Cześć Bardzie, przeczytałem i generalnie mi się spodobało, choć pewnej rzeczy nie rozumiem: Susan została wskrzeszona przez wprowadzenia specyfiku. W jaki sposób został wskrzeszony Daan? Więcej środka chyba nie było, ani ona o nim nie wiedziała. Czy to był Tom, który przeżył zastrzyk?

SPW, masz rację. Kiedyś cały pierwszy tom i spora część drugiego wisiała tu na portalu. Po wydaniu pierwszego tomu wszystko schowałem, poza jednym rozdziałem (Burzyć – nie budować). Teraz, w trakcie pracy nad drugim tomem znowu go udostępniam, bo to pomaga przy wstępnej obróbce redakcyjnej. Jeśli jesteś zainteresowany pierwszym tomem, a nie chcesz kupować książki ;) mogę ci to udostępnić jako zaproszenie do bety. Uniwersum odsłania się powoli, a systematyczne rozjaśnienie nastąpi dopiero w drugim tomie i jest teraz w trakcie pisania.

SPW, dzięki za łapankę. Jest to faktycznie fragment. Zapomniałem to zaznaczyć. Wcześniejsze części są też dostępne – linki są w opisie. Jeśli Koala pragnie całości to zapraszam. Wprawdzie pierwszy tom jest tylko na papierze.

Dobrze wiem kim jest senior, a kim wasal. Stettenowie są kosmicznymi wasalami lądowego seniora, dona Pedro de Gilliomar, który z kolei jest wasalem kurfirsta planety Kowandong, który jest z kolei wasalem cesarza Wielkiej Rzeszy. Zapraszam do pierwszego tomu, albo przynajmniej do pierwszego odcinka. Dla swoich poddanych Fredegar oczywiście jest seniorem.

Zygfrydzie, dzięki za odwiedziny. Rycerz nie jest z przeszłości, tylko z innej planety, z wielkiego imperium kosmicznego, zwanego Wielką Rzeszą. Kobieta jest jego konkubiną, z którą żył, będąc szpiegiem w czasie przygotowania inwazji. Wszystkie moje teksty na portalu dotyczą tego uniwersum. Inne opowiadanie o podboju Ziemi nazywa się Szaber sakralny .

O genezie broni grawitacyjnej jest mowa w Burzyć – nie budować

 

Realuc, żyjemy w upadłym świecie i mrok w nim jest wszechobecny, jak i w nas upadłych istotach. Nie jest on jednak niezwyciężony. Jest pasożytem pozbawionym własnego bytu, lecz czyhający nieustannie, by zawładnąć cudzym. Jak powiedział ktoś mądry, świat bez gówna jest niewiarygodny. Na tym buduje się dramat egzystencji.

Nie piszę lekkiego fantasy. Pomysły mam raczej twarde, choć moim zdaniem nie mroczne.

gdy ktoś wdziera się subtelnie pod kołdrę.

Trudno sobie wyobrazić ten proces. Subtelne wdzieranie się. Może lepiej wsuwanie?

 

Trzeba powiedzieć, że roztaczanie mrocznych wizji wyjątkowo dobrze Ci wychodzi. Mi ciągle wychodzi, choć brutalna, ale utopia.

To że coś jest nie tak zrozumiałem od razu z tej dziwacznej religii, gdzie Bóg zwie się Haram (czyli grzech po arabsku), a po tradycyjnych religiach nie ma śladu. Gdyby ludzkość poharatał taki kataklizm jak Rozbłysk, religia i kultura ucierpiałyby raczej powierzchownie, no chyba że ludzkość już wcześniej tak zdegradowała, że mało co z nich zostało.

Przekonująca jest ewolucja antybohatera od nie pozbawionego sumienia badacza do sadysty i degenerata, który przepił sumienie i po świńsku korzysta ze swojej władzy, nawet swoją rolę gra niechlujnie. Według mnie temat został potraktowany nieco zbyt zdawkowo.

Ciekaw jestem świata na powierzchni. Czy ten podziemny obóz mięsny jest jeden, czy jest ich cała sieć? Czy istnieje jak hitlerowskie obóz zagłady, o których ludzie wiedzieli i nie wiedzieli zarazem? Przypuszczam, że ze społeczeństwem na powierzchni też dzieje się coś niedobrego. Jako osoba nie lubiąca opowiadań, lubię patrzeć na podobające mnie teksty, jako na fragmenty większej całości, chciałbym więc przeczytać coś więcej z tego uniwersum.

Generalnie mi się spodobało. Każde śmieszne i absurdalne dzieło powinno mieć w sobie dramat. Idea, że opisana droga rozwoju ludzkości w stronę stopniowej zamiany samego człowieka w elektroniczny gadżet prowadzi do powszechnej sraczki jest mi bliska. Mizantropijne odczucia bohatera są nieobce mojemu “lepszemu mężowi”. Klikam

SPW, Fantasy, nawiasem mówiąc, też ma swoje ramy gatunkowe i spychanie tam wszystkiego, co, twoim zdaniem, nie jest science-fiction, uwłacza temu poczciwemu gatunkowi. Skoro nie ma tu żadnej magii, smoków i krasnoludów, ani innych atrybutów fantasy, to według pojęć tego portalu jest to science-fiction. Zgodziłbym się na neutralne określenie “fantastyka”, ale tu takiego nie ma. A jak ci to nie pasuje, to życzę powodzenia w próbach przekonania moderatorów, by wprowadzili zmiany.

Adamie, dzięki za odwiedziny i rzeczowy komentarz. Miło, że ktoś nowy zajrzał do Uniwersum Wielkiej Rzeszy. To opowiadanie komponuje się z dwoma drugimi, w których logika jego konstrukcji jest lepiej wyrażona. W dużej mierze jest to utopia, choć dosyć twarda i szorstka w dotyku.

 

SPW, nie mogę się doczekać, kiedy coś napiszesz, żebym zobaczył jak wygląda prawdziwe science fiction.

Mówienie o starych i młodych aniołach, to nieporozumienie. Zostały stworzone jednym aktem, więc są w tym samym wieku. W ogóle nie lubię antropomorfizowania tych nieskończenie odmiennych istot. Kiedy czytałem, miałem nadzieję szybko zacząłem podejrzewać, że chodzi o nie, ale miałem nadzieję, że będzie inaczej. Niestety wyszło 404.

Miłe opowiadanko. Właściwie bajka. Tylko dzieciom raczej nie podejdzie, bo nie ma żadnego napięcia. Dodać trochę kłapiących szczęk, jakiś szkielet w szafie…

ujrzała, że podwójne drzwi mają zamek na kłódkę, której nie było.

Zamek nie może być na kłódkę, bo kłódka to rodzaj zamka.

Sugeruję: ujrzała, że podwójne drzwi zamykają się na kłódkę, ale jej nie było.

Zaczyna się banalnie i nagle wpływa groza. Nagłe powołanie na cyborga, mającego żelazną ręką zaprowadzać sprawiedliwość harmonizuje z dziecięcym marzeniem o roli szeryfa. Dziwi trochę, że bohater nie odczuł odruchowego zainteresowania propozycją: byłby znowu młody i silny, na dodatek obleczony władzą. Nie byle jak pokusa. Chyba niezręczna propaganda odstraszyła go tą niefortunną “dyktaturą dobra”. A potem wszystko wraca do banalności.

Z moją niechęcią do opowiadań jako takich, wolę patrzeć na nie jako na fragmenty. W takim układzie ten sympatyczny szort można potraktować jako początek historii, w której uspokojony bohater potem odkrywa, że faktycznie został cyberszeryfem…

Nowa Fantastyka