Witaj Pisarzu, twoja historia ma potencjał, ale widzę szereg mielizn, więc pozwolę sobie wypowiedzieć kilka wątpliwości.
Pierwsza dotyczy Robena i jego zachowań. Trudno zrozumieć ma on 10 lat czy 14 i w jakiej epoce żyje. Zachowuje się jak współczesny rozwydrzony smarkacz. Nie wierze, żeby chowany w opisywanych realiach chłopiec, syn smoczego jeźdźca, mógł mieć mieć pretensje do ojca, że poświęca mu zbyt mało uwagi. Co najwyżej mógłby tęsknić za rodzinnym ciepłem. Za kaprysy, a tym bardziej rzucenie broni, powinien dostać od Mistrza porządne lanie bez żadnego patyczkowania i z perspektywą poprawki ze strony ojca.
Druga dotyczy fizyki lotu. Obserwując polowanie mani, ojciec kazał smokowi zawisnąć. Smok to nie ważka. Zmieniłbym na zataczanie kół.
Intryga w drugim mieście jest też niezbyt przekonująca. Ojciec dał się zbyt łatwo wyrolować swoim nowym partnerom. W ogóle nie rozumiem, po co im było go zabijać. Mieli w ręku Robena i łatwo mogli go kontrolować. Nie potrzebowali go? Mieli własnego jeźdźca, i tylko smoka im brakowało? Jeśli tak, to trzeba to powiedzieć. Czy ojciec spiskował z miejscowymi malkontentami celem przejęcia władzy z pomocą smoka? Przydałoby się to rozwinąć i wyjaśnić.
Sceny walk też budzą wątpliwości. Nie wiadomo dlaczego Roben ma “za daleko” do własnej broni, kiedy widzi w oknie zabójcę? Lepiej brzmiałoby, gdyby zabójca wskoczył przez okno do pokoju, odcinając Robena od jego broni. Potem bohaterowi udaje się zaskoczyć jednego ze strażników, a potem musi walczyć sztyletem przeciwko mieczowi. Dlaczego nie zabrał własnego, przecież miał? Ponadto zdobył broń zabitego strażnika.
Zakończenie jest niby szlachetne, ale nie przekonujące. Wraca do miasta, żeby zginąć w beznadziejnej walce. Młody, silny i ze smokiem. Mógłby przydać się gdzie indziej. Dziewczynę też pozostawił własnemu losowi, choć nietrudno się domyśleć, że nie czeka ją nic dobrego.