Profil użytkownika


komentarze: 401, w dziale opowiadań: 334, opowiadania: 156

Ostatnie sto komentarzy

Hej!

Otagowane jako horror, więc do tagu się odniosę – horrorowate to nie do końca było, szczególnie że wrzuciłeś w tekst takie dość lekkie, sympatyczne zdanka jak: obiecał rycerz, któremu perspektywa ożenku z najprawdziwszą księżną wielce przypadła do gustu.

Gdyby jednak nie patrzeć na to przez pryzmat horroru, a po prostu jak na opowieść, to jest całkiem, całkiem. :) Mariaż Śpiącej królewny z pierwszym opowiadaniem o Geralcie. 

Zastanawiają mnie tylko te szaliki. Rozumiem, że miały stanowić zapowiedź dla wampirzycy, ale czy groźnej, polującej co noc bestii przeszkodziłby kawałek materiału na szyi? :) No chyba że rzeczona wampirzyca boi się wełny.

Niezły szorciak! 

Hej,

Po wczorajszej lekturze szorciaka, zastanawiałem się, co zrobiłeś z tym pomysłem w bardziej obszernej formie. Nie ukrywam, że sam koncept na świat, w którym twarze można zmieniać jak rękawiczki, jest bardzo inspirujący, więc pole do popisu było duże. 

Co z aktorami? Co, jeżeli można sprzedawać swoją twarz do powielenia? Jakie to uczucie widzieć siebie nie-siebie na ulicy? Jak łatwo o wyłudzenia? 

Historia, którą zdecydowałeś się opowiedzieć, także jest bardzo ciekawa, bo dotyka fundamentu człowieczeństwa, czyli miłości. A właściwie różnic między miłością a obsesją i tego, czym one są, a czym nie są. Wdzięczny motyw, a opowiadanie go udźwignęło.

Czytało się bez potknięć – język akurat taki, by być przezroczystym, co często jest najlepszą decyzją. :) 

Plot twist z Adamem, który jest Markiem, to zgrabnie wykorzystana klisza, dobrze zadziałał dla opowieści. Zastanawiałem się tylko, czy sama zmiana twarzy byłaby dla Nadii wystarczającym zabezpieczeniem, skoro Marek wiedział już o niej dość dużo, to jest znał imię i numer telefonu. Jej twarz miała jego żona, więc gdyby jakoś ją dopadł, mógłby z powodzeniem uczynić ją poprzednią Nadią. 

Marek to niesamowicie antypatyczny bohater. Chłop nie ma w sobie nic, co sprawiłoby, że da się odczuć empatię, a przez to jest wręcz odrobinę przerysowany. Rozumiem jednak, że taki był zamysł – także ze względu na objętość tekstu.

Kłopotliwy jest dla mnie jeden moment i jest to rozmowa sióstr już po tym, jak Ola oddała twarz dla żony Marka. Chodzi mi przede wszystkim o nazwanie Oli kurwą przez Nadię – zastanawiam się, czy to słowo faktycznie padłoby w takiej rozmowie. Mogę sobie wyobrazić, że użyła tego określenia, bo w jakiś sposób ją oczyszczało z wątpliwości co do swojego zawodu. Ale nie pojawiły się tego typu rozterki w opowiadaniu, wydawało się, że Nadia ze swoją pracą na kamerkach ma względny luz. Rozumiem, czemu to miało służyć, ale nie znalazłem wystarczajaco wiarygodnego podprowadzenia, żeby akurat takie określenie się pojawiło.

Jest to jednak detal, który nie wpływa na odbiór całości, a całość oceniam bardzo pozytywnie (mimo że w komentarzu dzielę się głównie wątpliwościami, co mam nadzieję mi wybaczysz :D).

– Cicho! Cicho! Cisza, ja mówię!

Okazało się, że proboszcz Kołodziejczak ma dar spełniania życzeń, bo uciszył zebranych.

<3

 

Tekst bardzo mi się podobał – prosta historia, z szybko zbudowanym i konsekwentnie utrzymanym lekkim, charakterystycznym humorem. Bohater daje się lubić, pomimo swoich przywar (lub też, w co bardziej wierzę – dzięki nim).

Wątpliwość mam w zasadzie tylko co do jednej rzeczy. Walentyn doświadczył śmierci klinicznej na 10 minut, a jednak gdy wstąpił w ciało martwej dziewicy i przedstawił się zebranym, zakrzyknięto, że mówi o naszym zmarłym organiście-pijaku! Wygląda więc na to, że w tej nogawce spodni czasu, w której powrócił, jego śmierć jednak nastąpiła? 

Może to przez niebiański burdel w papierach, ale zrobiło mi to lekki burdel w głowie. ;)

Hej,

pytałeś o opinię z wewnątrz, więc na tym się skupię. :) 

Pokazałeś dość przekrojowo mechanizmy, jakie pojawiają się na scenie. Pierwsza rzecz, blokady, czyli wrzucenie do sceny czegoś, co kompletnie nie popycha akcji do przodu, rujnuje zbudowaną platformę, ale może wywołać śmiech. Np. to, że z automatu wyleciał majonez. Strasznie głupie, gdyby to pojawiło się u mnie na warsztatach, prosiłbym, żeby zrobić scenę wokół automatu wydającego majonez – inaczej jest to po prostu błąd w sztuce i sprzedanie sceny w imię krótkiej salwy śmiechu.

Oczywiście w tekście pisanym łatwiej z tego wybrnąć, więc pojawił się kolejny zgrabny żart, a fabuła ruszyła do przodu. :D 

Druga rzecz, czyli reakcje publiki. Oczywiście, zdarzają się występy, które są czystą pogonią za komedią i śmiech jest jedyną reakcją, jakiej oczekujemy. Ale z czasem (a sądzę, że największy improwizator wszechczasów czasu i doświadczenia zdobył dosć) człowiek dużo bardziej docenia wszystkie te zdziwione coooo?!, wzruszone ooo i oburzone uuuu!, bo dzięki temu najbardziej czuć, że publiczność jest z Tobą w tej opowieści, chłonie świat, który im dajesz. Szkoda, że po tak mocnym zdaniu, publiczność nie zareagowała – wyrazy współczucia dla improwizatora! Ale też sam był sobie winien, bo co chwilę rozwalał głębię opowieści prostymi żartami .xD

Trzecia rzecz, już stricte prywatna. Chociaż istnieje improwizacja solo (polecam Solo-nowele Termosa na Youtube, choć mają koszmarne nagłośnienie…), to dla mnie kwintesencją jest jednak tworzenie czegoś organicznie w grupie, bo to w ciągłym wzajemnym zaskakiwaniu się leży najpiękniejszy element. ;) 

Ostatnia rzecz, czyli granie przez siebie. To wcale nie jest dziwne, że bohater wrzucił do sceny tyle rzeczy ze swojej prywaty. Reagując szybko, będąc tu i teraz, najłatwiej jest po to sięgnąć. Regularnie wrzucamy do naszych scen rzeczy z naszego życia, bolączki także. Prosty patent do zbudowania wiarygodnej postaci, z którą od razu łatwo się utożsamić i którą łatwo konsekwentnie utrzymać. 

Wydaje mi się, że właśnie przez to, jak bardzo to jest dla mnie naturalne, żeby w postaciach był zawsze jakiś % mnie, twist mną nie wstrząsnął, raczej po prostu pokiwałem głową. :D 

 

A poza impro – spoko patent na opowieść, motyw, żeby autoterapię przeprowadzić sobie na oczach dużej grupy nieświadomych niczego widzów, jest bardzo wdzięczny. :) 

Szykowałem się do Twarzy własnych, twarzy cudzych, ale w przedmowie zachęciłeś, aby zacząć tutaj, więc jestem.

Nie ukrywam – trochę zmartwiła mnie informacja, że tekst nosi znamiona body horroru, bo nie jestem szczególnym fanem body horroru w ogóle, a w literaturze to już zupełnie. Nie mniej, ilości są śladowe, a opowiedziana między nim historia jest naprawdę dobra. 

Zamknąłeś w nieco ponad trzech tysiącach znaków pełną historię i to taką, która zostaje na dłużej jako obrazek. (Swoją drogą, jak już o obrazku – myślę, że ta opowieść bardzo dobrze sprawdziłaby się w formie komiksu, gdyby odpowiednio zagrać pokazywaniem i niepokazywaniem twarzy w kadrze). Bardzo udany szorciak.

Zastanawiam się tylko, czy to rzeczywiście przyszłość, która ma prawo się ziścić i wydaje mi się, że nie. Po co oddawać twarze, kiedy wytworzenie syntetycznych będzie dużo prostsze i na pewno budzące mniej kontrowersji? :) (Inna sprawa – oddać twarz do powielenia, a potem oglądać siebie na innych, może człowieka zdysocjować).

No nic, tekst swoją rolę spełnił – narobił apetytu na danie główne. 

Hej,

odkopałem trochę-starocia, ale gdy wspomniałeś, że masz tu wiedźmińską serię, uznałem, że spróbuję złapać całość. :) Po lekturze tego utwierdzam się w tym przekonaniu.

Zacznę od listowanych podczas czytania rzeczy, które mnie zatrzymywały:

Koenrad czuł na sobie ten wzrok. Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie chłód, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.

Inni chłopcy go nie akceptowali.

Tutaj nieco ginie podmiot – można odnieść wrażenie, że inni chłopcy nie akceptowali tego spojrzenia, a nie Koenrada.

Swoją drogą, imię tego bohatera też mnie nieco uwiera. Z jednej strony nasz Konrad, z drugiej – inny Gryf, Coen (który w pewnym momencie też pojawia się u Wilków, przez co jeszcze bardziej gmatwa mi odbiór). Mam z tym problem, ale nie umiem go zdefiniować, więc przyjmijmy, że to mój prywatny problem. :D 

Jedynej przyjaznej duszy i jedynej dziewczynki, która była w Kaer Seren.

Wprowadziłeś ją jako dziewczynkę – zaraz potem jednak konsekwentnie mówisz, że to wielka, postawna dziewczyna. Rozważyłbym, czy nie zrezygnować ze zdrobnienia także w pierwszym określeniu, bo buduje fałszywy obraz.

(Przy okazji – spoko, że bez ogródek wpadasz z dziewczynką, która czeka na próbę traw. Na pohybel!).

Że kostucha już po niego sięga, by dołączyć do tych, co odeszli rano.

Nie pamiętam, czy w uniwersum pokutuje wyobrażenie śmierci jako kostuchy, ale wydaje mi się, że nie i przez to trochę wybiło. 

 

Jest trochę powtórzeń, przykładowo:

chłopaków, szczególnie tych silniejszych i starszych. Ci uznawali go za odmieńca, na przykład Ulfrich, starszy od niego,

Został sam. Ostatni Gryf ze swojego rocznika.

W ręku trzymał medalion z wizerunkiem Gryfa z otwartym dziobem.

W tym drugim nie jestem też przekonany, czy wizerunek gryfa powinien być pisany wielką literą – odnosi się do potwora, nie do wychowanka Szkoły Gryfa.

 

Ów legendarny założyciel cechu wierzył ongiś głęboko, że wiedźmin winien maluczkich osłaniać własną piersią, a o monecie w sakiewce dumać zaledwie w ostateczności.

Dość nagle pojawiła się ta stylizacja – wcześniej tak nie pisałeś. A że to opowiedzenie o przekonaniach, nie cytat, osobiście raczej bym zrezygnował, bo zatrzymuje czytelnika bardziej, niż powinna.

 

 

Bardzo spodobało mi się zbudowanie postaci na tym, że zamiast iść tłuc gryfa, wybiera egzamin ze znajomości księgi. Raz, że ciekawa decyzja pisarska – któż pisząc o wiedźminie, zrezygnowałby z opisu epickiej walki z gryfem? – a dwa, że bardzo obrazowy sposób na zbudowanie charakteru Koenrada.

 

Ogromna lawina pogrzebała resztki Kaer Seren.

Czyżby Filippa nie przybyła, żeby przyglądać się treningom, ale by zajrzeć do biblioteki, które to życzenie spotkało się z odmową? ;)

 

Bardzo się cieszę, że chociaż osadziłeś tekst w realiach Wiedźmina, nie wziąłeś na tapet Geralta. Ta postać to ogromny bagaż oczekiwań, bohater opatrzony i charakterystyczny. Słowem – w dobrym tekście, niepotrzebny balast. :D 

Opowieść przyjemna, choć pozostawia z pewnym niedosytem. Jest bardzo bezpieczna. Z dużych rzeczy, które się wydarzyły, przywołałeś te z kanonu (zniszczenie Kaer Seren). Mamy więc dość typowy dla fantaziaków wstęp – młodość bohatera, traumatyczne wydarzenie, które odciska piętno i kształtuje, odnalezienie nowego mistrza. Wszystko się zgadza, ale trochę mi mało. :D 

Nie mniej, skoro to po prostu wstępniak, to przyjmuję, że nic więcej mieścić tu nie chciałeś i zobaczę, co przyniosą dalsze losy Koenrada. 

Hej!

Bardzo spodobało mi się, w jaki sposób podszedłeś do przedstawienia nam świata. Cała pierwsza scena mogłaby być uznana za ekspozycyjną, ale stawka, jaką dodałeś – troska o los Jamesona – skutecznie to zmienia. W efekcie dowiadujemy się dużo o świecie, mniej o Jamesonie, a wciąż jest to opowieść zajmująca i ludzka.

W mimo wszystko krótkiej formie z powodzeniem zbudowałeś nie tylko świat, ale także głównego bohatera, który ma swoje poglądy i wątpliwości. Moim zdaniem – pełnoprawne opowiadanie, które w pełni zasługuje na klika do biblioteki (którego pędzę złożyć).

MAC na końcu jest ładnie przewrotny. ;) 

 

Czyszczę kolejkę, więc dotarłem i tutaj. :) 

Tekst od strony językowej mi się podobał – czytało się sprawnie i bez potknięć, a opowiedziana historia jest czytelna, przesłanie jasne.

Jednocześnie przesłanie stawia mnie w pewnej kontrze do tekstu, ale to wynika z fundamentów światopoglądowych, na dyskusję o czym niekoniecznie jest przestrzeń na forum literackim. A przynajmniej ja nie czuję, aby to było potrzebne. 

Dobrze napisane!

Ależ to była podróż.

Nie ukrywam, że z początku bardzo gubiłem się w narracji i musiałem mocno przekonywać się, by iść w to dalej. Ostatecznie jednak wszystkie klocki – chyba – wskoczyły na swoje miejsce i dostałem bardzo poruszającą, ogromnie plastyczną opowieść. 

Chwycił mnie za serce ten nieoczywisty trójkąt miłosny. 

Gratuluję!

Siema, melendurze!

Serdecznie dziękuję, że znalazłeś czas i chęci! :) Zwróciłeś uwagę na ten szkopuł, który punktowało także parę osób przed Tobą, czyli pewne luki logiczne. Spróbowałem to nadrobić w drugim opowiadaniu o Corinie i Mykelu – mam wrażenie, że poszło tam znacznie lepiej. 

W przypadku tego, posypuję głowę popiołem, nie wszystko pykło i świetnie to wypunktowaliście.

Dziękuję!

Unfall – Co za dzień!

www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35380

Ładna przewrotność zmuszonych, którzy wykonywali rozkazy i wokół których zaczęły krążyć muchy.

Choć nie wiem, czy ładna to określenie, które powinno pojawić się w komentarzu do tego typu tekstu, który buduje dość makabryczny obraz przed oczami i jeszcze bardziej ponure pytania w głowie.

Gratulacje!

Tak, właśnie w tę stronę to czuć :D Pojawia się trochę waty słownej. Ale spoko, to nie są łatwe rzeczy! :)

Hej!

Ciut czuć, że była walka o drabbla, bo niektóre zdania brzmią nieco nienaturalnie. No ale po to są ćwiczenia warsztatowe jak drabble, żeby nad tym pracować. :)

Pomysł wyjściowy bardzo fajny, spodobała mi się idea, żeby wziąć coś przyziemnego jak alert RCB (przynajmniej, na szczęście, póki co doświadczamy dość bezpiecznych alertów) i podbić do ekstremum. 

Koniec nieco rozczarowujący. Szkoda, że i główny bohater, i my, zostawieni w takim zawieszeniu… ;)

 Gratuluję próby!

Dzięki serdeczne!

Może i racja, że powinni być lepiej chronieni. Ale Vale to buc i dupek – sądzę, że uznał, że związani nie będą stanowić zagrożenia, a on nie ośmieszy się „prośbą o pomoc”. Tym bardziej, że niedługo wcześniej stracił w oczach swoich ludzi, pozwalając na przestawienie sobie kolana. :D

 Cieszy, że tekst spodobał Ci się bardziej od poprzedniego! 

Gratulacje dla wszystkich nominowanych, szacun kronosie! :) Demona mam w kolejce od momentu publikacji, chyba w końcu pora się za niego zabrać… :) 

Zgadzam się z bruce, że jest w tym coś, co kojarzy utwór np. z Hunterem.

 Ale za nimi nieszczególnie przepadam, a Twój tekst całkiem mi się podoba. Sprawnie napisany.

Hej,

 

Wiatr smagał twarz wędrowca. Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem. Północ była zimna, zimniejsza niż można się było spodziewać.

Wstęp taki trochę bez polotu – nieszczególnie zainteresował, nie wyróżnił się. Jest ok, ale od wstępu oczekiwałbym ciut więcej. :)

 

Opuścił wówczas równinną krainę Prax’xa, ostatni przystanek cywilizacji, przed dziczą która czekała u podnóża gór Karaxna.

Nie jestem pewny słowa przystanek. To mógł być ostatni przystanek wędrowca cywilizacji, ale czy dana kraina jest przystankiem cywilizacji samej w sobie? Trochę mi to nie brzmi.

 

Troszkę niepotrzebnych zaimków:

Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem.

Zerknął na swoje juki.

Zabrał je jeszcze ze swej ojczyzny.

 

Trochę brakujących przecinków:

 

Przypatrywali się ciemnozłotym oczom szukając w nich kłamstwa i słabości.

Choć nie doszacował kosztów tej podróży zostało mu jeszcze nieco ozdób na barter.

 

Poza tym nie wiem, czy siadł ten twist, że wędrowiec to kobieta. Sporo o nim (niej) mówisz wcześniej, konsekwentnie używając rodzaju męskiego, a nagle, gdy inne postaci zorientują się, jakiej jest płci, zmieniasz tę narrację. Moim zdaniem – nie do końca potrzebny, karkołomny zabieg.

 

Ostatnia uwaga na minus to to, że momentami trochę powtarzasz informacje, przez co choćby początek jest rozwleczony i podróż staje się nie tyle niebezpieczna co nudna. Na przykład w tej części bardzo długo piszesz o tym, że jest zimno, a będzie jeszcze zimniej:

 

Wiatr smagał twarz wędrowca. Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem. Północ była zimna, zimniejsza niż można się było spodziewać.

Choć słońce zbliżało się do zenitu, wędrowiec raz po raz drżał w siodle, targany chłodem. Nie zaopatrzył się dobrze na tę wyprawę. Miał jedynie tunikę wykonaną z koziej skóry, lniane spodnie oraz szary, wełniany płaszcz, który ledwo sięgał mu do lędźwi. Stopy miał owinięte w grube onuce.

Koń rzecz jasna nie narzekał na ziąb, choć jeździec modlił się w duchu, aby nie było mu źle.

Wędrowiec nie przeklinał żadnych bogów, choć nie raz chciał to zrobić. Od czterech dni nie wdział żywego człowieka. Opuścił wówczas równinną krainę Prax’xa, ostatni przystanek cywilizacji, przed dziczą która czekała u podnóża gór Karaxna. Te zaczęły mu dziś majaczyć przed oczami. Daleko na horyzoncie, ośnieżone szczyty migotały słabym blaskiem.

Bał się ich. Bał się śniegu. Białego puchu, który choć wyglądał jak miękka wełna kasemickich kóz mógł przynieść śmierć samym dotykiem.

 

Z plusów to na pewno nieoczywiste, a interesujące światotwórstwo. Fajne odejście od klasyki, do jakiej przyzwyczaiły nas fantaziaki. Liczne nazwy pozwalają też szybko uwierzyć, że ten świat istnieje od dawna. (Szczególnie działa tu taki konkret jak kasemickie kozy).

No i widać, że jest tu jakiś pomysł na dalszą fabułę. Tak naprawdę dopiero końcówka w pełni obiecuje, że będzie interesująco, a stawka stanie się naprawdę wysoka.

 

Sugerowałbym dopracować przede wszystkim dynamikę i może być naprawdę dobrze :) 

 

 

Bitwo, kochanko ty moja, wciąż brzmisz mi w głowie,

Myślę, że zachowanie rytmu pierwszego wersu wyszłoby na dobre odwołaniu do pierwowzoru. Fakt, że mocno zmieniasz układ już na starcie, trochę utrudnia odbiór. Mimo 2 lat poetyki na studiach nie mam pojęcia, w jakie daktyle i trocheje to ubrać, aby było merytorycznie, więc po prostu napiszę sugestię:

 

Bitwo, kochanko moja, rozbrzmiewasz mi w głowie lub

Bitwo, kochanko moja, wciąż dudnisz mi w głowie

 

Nieco nie zrozumiałem, kim tak naprawdę był podmiot. Najpierw zwrócił się do bitwy niby prawdziwy wojak, potem jednak zaczął się zbliżać do poety, żeby znowu wrócić do bycia wojakiem, co robi mieczem. 

No ale to koniec wieńczy dzieło, a tu z odsieczą przybywa Tarnina. :D Więc końcówka przyjęta z uśmiechem, ale jednocześnie znowu z pewnym zmieszaniem, bo Tarnina poprawi Ci błędy redakcyjne, ale postawy szermierczej (chyba!) nie. :D 

Pozwól więc, marzanie, zapytać: co autor miał na myśli? (A potem sprawdzimy z kluczem odpowiedzi… :P).

Spoiler na głównej! :D 

No ale nie było szans, przynajmniej dla mnie, odgadnąć Lux Deada. :) 

Ambush, 5 sierpnia:

Jury skomentuje wszystkie teksty biorące udział w konkursie. 

Tylko wygląda na to, że nieprędko;)

:D 

Grzesiek_W, miło mi, że wpadłeś! :) Cieszę się, że bohaterowie przypadli ci do gustu. W tej opowieści, w sumie dość teatralnej, stanowili fundament. Dzięki!

Reg, a na pewno jest jeszcze ktoś, kto czyta na głos (i fortepian) i gubi rytm w mojej wersji. :D Nie dogodzisz! 

Zgadzam się natomiast, że zarzucenie takiej nogi może być zbyt dynamiczne. Rozważę położenie, choć w zarzuceniu widzę też pewne atuty – niezgrabność tego ruchu, stukot deski o blat, pomoc sobie rękoma. Dam temu odleżeć. :D

Hej!

Hmm… Nie jestem przekonany, na ile mi się spodobało. Lektura zostawiła mnie z nieco mieszanymi odczuciami.

Na plus na pewno zdolność przedstawienia całkiem złożonej sytuacji w bardzo oszczędnej formie. Choć tekst jest szortem – i to, hehe, krótkim szortem – ma wszystko, czego było potrzeba, by się opowiedzieć. Jest świat, jest kontekst, jest bohater, jest jego problem i reakcja na niego. 

Językowo także dobrze – nic nie zgrzytnęło, czytało się płynnie.

A jednak czegoś mi brakuje. (I to już całkowicie moja, subiektywna opinia, więc jak najbardziej do zignorowania w razie czego). Myślę, że tym czymś jest pewna głębia w opowieści. Ten szort to sprawnie napisany obrazek, na którym zrezygnowany, oszukany facet mści się na oszustach, którzy odebrali mu sens. Nie zaskakuje, dziś niestety także nieszczególnie wstrząsa.

Dlatego, moim zdaniem, jest to opowieść raczej na ciut dłuższą formę, gdzie możemy zobaczyć drogę bohatera, jego zawód i wywołany nim upadek, aż do finalnej decyzji. 

Gratuluję, choć z pewnym niedosytem. :)

Aha! Bardzo dobry tytuł – zajrzałem głównie ze względu na niego. :)

barniusz,

usunęłam to moichmojej. Nad wstępem się jeszcze zastanowię. Na pewno przeredaguję, tylko dłużej pomyślę :)

Widzę, że ostatecznie wstęp także udało się przeredagować. Super! Teraz, gdy sam początek nie zatrzymuje już uwagi i można się rozpędzić w lekturze, klikam z przyjemnością.

Hej, reg,

 

bardzo dziękuję za lekturę i wskazówki. Jak zwykle w dużo w nich mądrości. Nie wszystkie zapamiętam od razu, ale wskazywanie czegoś, a nie na coś, spróbuję zakodować, a listę czasowników didaskaliowych wklikuję do ulubionych w przeglądarce. :)

by polepszyć życie swojeswojej małej siostrzyczki. → Czy drugi zaimek jest konieczny?

Teoretycznie nie, praktycznie – powiedziałem sobie to zdanie na głos i bez drugiego zaimka zupełnie mi nie brzmi w rytmie.

odłożył pióro, zarzucił nogi na blat… → Zarzucił na blat także tę kontuzjowaną nogę usztywnioną deską???

Tak. Pisałem to, siedząc z zarzuconą nogą po naderwaniu na koszu więzadeł w kolanie. Było zdecydowanie wygodniej, gdy miałem ją w górze. :D 

 

Wszystkie pozostałe uwagi wprowadziłem, aby nie powstrzymywać Cię dłużej przed klikiem, za którego jednocześnie bardzo dziękuję! :) 

Skąd decyzja, żeby w tytule posłużyć się długą pauzą? Ciekawy wybór artystyczny, którego kontynuacji brak we właściwym tekście. :( 

Hej!

Ponad dwadzieścia lat czekałam na Wróżkę Zębuszkę. Kiedy pod poduszką chowałam świeżą trójkę, marzyłam o złotówce. Mogłabym sobie kupić w szkolnym sklepiku żółtą oranżadę i słodką bułkę. Rano spotkało mnie rozczarowanie. Nie było ani zęba, ani złotówki.

Tutaj troszkę bym dopracował. Zaczyna się tak, jakbyś pisała o czynności, która działa się przez dłuższy czas w przeszłości, a potem dość nagle przechodzisz do jednostkowej sytuacji. Osobiście zmieniłbym np. spotkało na spotykało

 

Już miałam w myślach oskarżać walniętego byłego męża o nieśmieszne żarty, gdy zza moich pleców usłyszałam cienki głos.

Moich chyba jest tutaj zbędne. :) Tym bardziej, że kawałek dalej masz moją twarz.

 

Stworzonko było wielkości mojej dłoni.

Także tutaj zaimek dzierżawczy jest zbędny. 

 

– Słuchaj mnie uważnie. Może i jestem małą wróżką z durnym imieniem, ale wiem jedno – jak pijesz, jesz i robisz zwykłe rzeczy, masz zwykłe życie. Chcesz mieć magiczne życie, rób rzeczy piękne. Zacznijmy od dobrej kawy.

Ale ładne! Kawę z cynamonem i kardamonem odkryłem na wyjeździe do Kotliny Kłodzkiej kilka lat temu i od tego czasu rzeczywiście życie stało się nieco bardziej magiczne. ;)

 

Zatkało mnie.

Damn, mnie też. Co za niespodziewane przejście od magicznej przyjaciółki do szalonej morderczyni! :D

Niesamowite, jak gwałtownie i skrajnie tekst tekst się zmienia. Wróżka trochę jak gremlin, co to na początku jest brokatowym słodziakiem, ale jeden nieodpowiedni krok i pokaże prawdziwą naturę. ;) Fajnie ta zmiana klimatu potrząsa czytelnikiem, podobało mi się.

 

 

 

 

 

Hej!

Z początku miałem, raczej oczywiste ze względu na scenerię, skojarzenia z Królem Szczurów, ale szybko je pogrzebałeś. :D 

Podobało mi się, już od pierwszej sceny budujesz konkretną, obrazową narrację. Krótka rozmowa zdań na początku ustawia bohaterów i ich relację, a płynne przejście od humoru do opowiadania o śmierci na zasadzie mówienia o czymś, co jest codziennością i statystyką, bez ogródek pokazuje czytelnikowi, jakim okolicznościom będzie się przyglądać.

Z rzeczy do przemyślenia:

 

Porucznik James Holger, pilot Hellcata zestrzelonego jeszcze wiosną ‘42 nad Filipinami, wyczuł nadchodzącego Franka jeszcze zanim ten otworzył usta.

– Z całym szacunkiem, generale – odparł Jim – ale po co mówić o tym mnie? To brzmi jak nieco przydługa ekspozycja antagonisty w powieści grozy. Domyślam się, że i tak nie opuszczę tego namiotu żywy.

Wprowadziłeś metażart, który rozumiem, ale on trochę nie rozwiązuje problemu – tylko pokazuje, że Ty też, jako autor, jesteś go świadom. :D Bo faktycznie, ekspozycja jest w tym fragmencie spora. A może Jim nie musiał dowiadywać się wszystkiego?

 

– Na Dionizosa, prawdziwa szkocka… – szepnął Jim nabożnie. – Ile?

Pojawiły się u mnie wątpliwości, czy amerykański żołnierz przywołałby Dionizosa w takiej sytuacji. Wątpliwości byłyby mniejsze, gdyby był to żołnierz z któregoś z krajów europy Zachodniej, gdzie zdaje się mitologia grecka mocniej zakorzeniła się w codziennym myśleniu. (Acz to tylko moje przypuszczenia, niepoparte researchem).

Jako horror raczej nie przestraszyło, ale jako opowieść jak najbardziej się broni, więc klikam bez cienia wątpliwości.

Hej,

z sensem trochę się minąłem, ale widzę, że tekst otagowany jako absurd, więc ani ja nie mam o to pretensji do tekstu, ani niech tekst nie ma pretensji do mnie. :D 

Z uwag, które mogą cokolwiek wnieść, to:

Kiedyś, w środku dnia, coś małego pędziło z dworca kolejowego w stronę rynku.

Jak na zdanie otwierające – jest mocno niekonkretne. Kiedyś, coś. Trudno wejść w tekst z jakimś konkretnym wyobrażeniem. Gdyby zacząć od tego, że Piotrek odskoczył, bo kiedyś coś, byłoby ciut łatwiej.

No a poza tym, cóż, pozostaje się cieszyć, że Piotrek podczas obchodu trafił na sarnę, a nie dziki przy śmietniku. :) 

Hej,

zabieg z narracją drugoosobową ostatecznie okazał się mi nieco obojętny, jeśli chodzi o odbiór tekstu, natomiast uśmiechnąłem się na początku, gdy okazało się, że tym razem to ja będę udawać reptilianina, a nie odwrotnie. :D

Teraz wojska przybyłe z Mlecznej Drogi miały swoje bazy tutaj

Mam wrażenie, że w tym akapicie nieco posypało ci się panowanie nad czasem. ;)

Sam tekst jest w jakimś stopniu interesującą miniaturą, ale przyznaję, że nico zmyliło mnie wykorzystanie właśnie reptilian, którzy mają swoją dość konkretną charakterystykę w popkulturze. Czyli są przede wszystkim istotami podszywającymi się pod ludzi i sekretnie panującymi nad światem.

Czy było Twoją intencją, aby wziąć to przyzwyczajenie czytelnika i pokazać ten gatunek jednak z kompetnie innej strony, czy z jakiegoś innego powodu zapadła decyzja, by wziąć się właśnie za reptilian?

O kurde, dopiero przeczytałem tylko wstęp, a w połowie byłem już przekonany, że źle wkleiłaś treści i czytam faktyczne opowiadanie. Ależ wycieczką była ta przedmowa. :D

W całym jej chaosie, wypatrzyłem sobie jedno zdanie, które mnie ubawiło. Ale poza tym, pogoń za sensem przybrała tak wysokie tempo, że do początku opowiadania dotarłem cokolwiek zmęczony.

O, tutaj to rozbawiające zdanie:

 

 

Na ostatnich zawodach zajął w tej konkurencji trzecie miejsce, od końca, zwyciężając jedynie nad Gerwazym i Gerwazym  – za pierwszym razem Gerwazemu poszło tak źle, że pozwolono mu spróbować raz jeszcze.

 

Kolejne tutaj:

 

Rudy woźny, zwany raczej nieprzypadkowo Gerwazym – tak miał na imię

 

Absurd nie jest moim typem opowieści, więc wybacz, ale ograniczę się właśnie do wskazania, gdzie naprawdę trafił do mnie humor. :) Do komentowania historii nie jestem odpowiednią osobą.

 

Pozdro! :)

Hej,

stylistycznie – dużo lepiej od poprzedniego tekstu, a przynajmniej mnie zdecydowanie bardziej się podoba, choć pewnych błędów nie brakuje. Wierzę, że wynikają z Twoich niedopatrzeń. 

Zanim o błędach – podoba mi się obraz, jaki przedstawiasz. Tak jak w poprzednim, tak i w tym tekście budujesz bardzo konkretne, plastyczne sceny przed oczami. Za to szacun, wymaga to odpowiedniej wrażliwości.

 

Pulsowało – cicho, miarowo – jak serce zakopane płytko pod ziemią.

Chyba moje ulubione zdanko.

Nocą wiatr nie przechodził obok niego swobodnie – zatrzymywał się, jakby musiał wysłuchać szeptów, które nie należały do żywych.

Tutaj wiatr wydaje mi się nieco nad wyraz spersonifikowany. Byłoby mi to łatwiej przyswoić, gdybyś opisał, co się dzieje faktycznie i jak (personifikując) ludzie to sobie wyjaśniają. Na przykład: w tej części pola wiatr niemal nie przestawał świstać. Zdaniem wielu, zatrzymywał się tu, by wysłuchać szeptów nieżywych.

 

Drewno nie było martwe. Pulsowało – cicho, miarowo – jak serce zakopane płytko pod ziemią. Musnąłem go i poczułem pod palcami drżenie,

Krzyż nie jest tutaj podmiotem, aby go muskać – jest nim drewno.

 

Ale przecież ja nie mam imienia. Kiedyś miałem – jak wszystko, co żyje.

Tutaj mnie zgubiłeś. Bez tych dwóch zdań całość byłoby mi dużo łatwiej zinterpretować. A tak – nie wiem, kim jest i co się stało z bohaterem. Chętnie się dowiem! :) 

 

 

 

Hej, Anonimie,

wracam, ponieważ sytuacja nie dawała mi spokoju. Wybacz, że po takim czasie, ale nie udało mi się wcześniej znaleźć dość przestrzeni, by wczytać się bardziej w omówienia naukowych tez, które wybrzmiewały w Twoim tekście. Jednocześnie nie chciałem znowu wykazać się ignorancją.

Zacznę od tego, że podtrzymuję przeprosiny z poprzedniego komentarza, przy czym teraz chciałbym odnieść się do tego nieco szerzej. Może wyniesiesz z tego coś wartościowego dla Twojego pisania, a jeżeli nie – no cóż, mnie przynajmniej będzie lżej, że próbowałem wyjaśnić. 

Druga ważna rzecz to to, że absolutnie nie dążę do eskalacji, wręcz przeciwnie, chciałbym to wyjaśnić i, mam nadzieję, zamknąć. Wolę to dodać, bo ze względu na wcześniejszy komentarz, nie zdziwiłbym się, gdybyś był z gruntu źle nastawiony do wszystkiego, co napiszę.

 

Skoro wstęp mamy za sobą, to do merytoryki.

Przede wszystkim – doczytałem. Oczywiście, nie był to jakiś szalenie głęboki research, nie nadrobię wielu lat ograniczenia się ze znajomością fizyki do dwóch kanałów popularnonaukowych na Youtube w jedno popołudnie, ale na ile się dało, na tyle spróbowałem przybliżyć sobie poszczególne elementy z Twojej wizji.

I tu jednoznacznie zwracam honor oraz raz jeszcze przepraszam za nazwanie ich antynaukowymi. Wyszedłem na głąba i nieuka (i niech tak zostanie, stąd nie edytuję poprzedniego posta). Sporo z tego, co napisałeś, ma podstawy w nauce (bardziej lub mniej solidne, ale ma). Chyba tylko o odfiltrowaniu fotonów znalazłem informacje, które poniekąd przeczą temu, że to by działało (według danych, które wynotowałem, wnętrze gwiazdy to optycznie nieprzeźroczysta plazma, więc to nie sama intensywność fotonów stanowiłaby tu problem). Nie zmienia to faktu, że mój komentarz był chybiony i krzywdzący.

Jeżeli chodzi o obraz naukowca po trzydziestce, to nie, absolutnie nie chodziło mi o to, że naukowiec musi być stary, siwy i brodaty, żeby być dobrym naukowcem. Wiem, w jakim wieku najwięksi dokonywali najwiekszych odkryć. Nie wiem natomiast (i chętnie bym się dowiedział, ale na research w tym temacie nie starczyło mi już czasu), czy ci sami dwudziesto– trzydziestolatkowie, którzy dokonują przełomowych odkryć, decydują o pracy innych, przydzielają budżety itp.

Bo to właśnie o to mi chodziło, że w sumie co jego kolegom po fachu po jego krytycznej opinii, kiedy własne badania prowadzą nie dzięki jego przychylności, a dzięki zgodzie i środkom z góry

Ale możliwe, że także tutaj się mylę i ośrodki badawcze nie są skostniałymi instytucjami, na których może nie naukowiec, ale decydent ma długą, siwą brodę i swoje lata.

 

Wreszcie spróbowałem się zastanowić, skąd w ogóle wziął się we mnie aż tak silny osąd, bo zwykle staram się być powściągliwy w tematach, na których się nie znam. Myślę, że padłem ofiarą błędu poznawczego, działającego tak, że ze względu na to, że nie przypadła mi do gustu jakość tekstu, niską jakość przypisałem od razu także zawartym w nim faktom. Duży błąd i duża lekcja dla mnie.

Gdybym miał wskazać na to, co najbardziej pozytywnie przełożyłoby się dla mnie na odbiór Twoich pomysłów, to byłoby to zdecydowanie pewne rozwinięcie ich, danie im więcej przestrzeni, by wybrzmiały. O tym pisałem już w pierwszym komentarzu, że mamy tutaj spory infodump i nie za bardzo obserwujemy rzeczy w akcji. Sądzę, że oferując tym pomysłom więcej przestrzeni, łatwiej trafiłbyś do laików. W tym momencie strzelasz tymi rzeczami jak z karabinu, więc łatwo (czego jestem przykładem) o odbiór no, powiedziano wiele mądrze brzmiących słów, ale nic z nich nie wyniknęło.

Oczywiście możliwe, że totalnie nie zależy Ci na docieraniu z pisaniem do osób, które się nie znają. Wtedy całą ostatnią część mojej wiadomości możesz pominąć. 

 

Pozdrawiam, wyrażając nadzieję, że między nami spoko. 

No niestety! ;)

Screen z jakiegoś powodu się nie ładuje, więc rzucam linkiem:

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/10886

Hej,

bardzo mi się podobało. Z mojego punktu widzenia to dobrze, że zamiast równych statusem (widzący, słyszący, czujący?), wziąłeś bohaterów, którzy prezentują narastające etapy obcowania z jakimś tematem. Widzieć to nie wiedzieć, wiedzieć – to nie rozumieć. Obrazowo przekazane przesłanie, więc limit słów uważam za wykorzystany umiejętnie i bez wolnych przebiegów. :)

Jedyna rzecz mnie trochę wybiła. Nie zwróciłbym na to uwagi w bardziej zwyczajnym tekście, ale w tym przypadku wkroczyłeś na tereny, gdzie każda fraza skupia uwagę. 

Widzący widział.

Wiedzący wiedział.

Rozumiejący rozumiał.

Szkoda, że rozumiejący jest tak długim słowem. W zestawieniu z dwiema poprzednimi, ta cząstka bardzo źle leży na języku.

Upewnię się, czy drabble można klikać i jeżeli tak, to idę do Bibliotekarza. :D 

Edit: Nie można. No trudno. Do mojej biblioteki drabbli, w każdym razie, trafia! :P

Dobre to jest. Co prawda przedmowa, wskazująca na okoliczności powstania, od razu zdradza, kim są rzeczone dwie noblistki i twist z trzeciej sceny nie jest już twistem, ale wciąż – przyjemny tekst. :) 

Historia poprowadzona raczej po sznurku, a końcowa scena, choć fajna, jest dość przewidywalna, więc pod kątem opowieści zachwytów brak, jest po prostu ok. 

Z połączenia historii, która jest po prostu spoko i jakości tekstu, która jest całkiem wysoka, powstaje on, klik.

Bardzo dobra decyzja, żeby wrzucić to na betę i dać sobie czas na obróbkę! :) 

Bolly,

spróbowałem przepisać nieco pierwszą scenę – mam nadzieję, że teraz jest zrozumiała. :)

Niesiony Twoją pewnością siebie, doczytałem o związku zgody między przydawką a rzeczownikiem i wygląda na to, że przez wiele lat żyłem w błędzie, błędy tym samym popełniając. Dzięki!

 

Robercie,

!!! :)

Aaa, kurcze, masz rację! Spróbuję jutro delikatnie to przepisać, bo faktycznie teraz jest zaplątane.

Bardzo się natomiast cieszę z tego, że

Nie stanowi dla ciebie, jak widać, problemu zagranie suspensem! :) 

Dobra, mnie wpadło do głowy skojarzenie, a że poza skojarzeniami nie mam zbyt wielu argumentów, zaryzykuję:

Ja to mam łeb – UnaBomba.

 

A mnie, dla odmiany, bardzo się spodobało. Możliwe, że to przez mocniejsze w ostatnim czasie wejście w lore Assassin’s Creed – trafiłeś z tym tekstem w odpowiedni moment mojego życia. Z uśmiechem (czy na pewno?) nałożyłem na MindSyc skórkę Abstergo, a wizje Adama wyjaśniłem sobie bleeding effectem. :) 

Odstawiając na bok serię od Ubisfotu, przede wszystkim doceniam jakość wykonania. Piszesz naprawdę dobrze, czyta się płynnie, jest obrazowo, sceny wewnętrznie się kleją. Gratuluję, jakość godna pozazdroszczenia (w każdym razie – ja zazdroszczę).

Co do oceny samej opowieści, nie będę daleko od GalicyjskiegoZakapiora – nie dzieje się tu szczególnie dużo, a to, co już się dzieje, jest nieco nazbyt rozciągnięte i niektóre akapity czytelnik zdąży już sobie wyobrazić, zanim do nich dotrze, ale styl i przyjemność, jaką dawało mi czytanie, mi to wynagradzały.

Klikam, dając równocześnie znać, że gdzieś tak do połowy tekstu zastanawiałem się nad dwuklikiem. :)

Hej, Bolly

Dzięki za wizytę. Niezmiernie mi miło, że tekst sprostał Twoim oczekiwaniom. 

Zgadzam się, jeżeli chodzi o uwagę o niewiele didaskaliów w dialogach. Ten brak to po części moja nadzieja, że z samej wypowiedzi da się wywnioskować, co zostało powiedziane ironicznie, co gniewnie, a co cicho. Ale bez ściemniania, drugi powód jest taki, że brakuje mi czasem tej kompetencji filmowca, żeby unikać gadających głów. 

Bardzo długo ćwiczyłem to w teatrze improwizowanym, żeby na scenie po prostu nie stać i gadać, tylko dać swojej postaci jakieś zajęcie. Tam jakoś to idzie. Może i w pisaniu uda mi się to dodać. :) Brzmi jak jedna z rzeczy, którą spróbuję zaopiekować w kolejnych tekstach.

Wskazane przez Ciebie błędy są poprawione. (Podeszew mnie zaskoczyło, bardzo).

 

IMO bardziej naturalnie brzmiałoby: “twoją pogodą ducha i wylewnością”.

Mnie też to brzmi bardziej naturalnie, ale wydaje mi się, że to błąd. Kiedyś tłuczono mi, że jeżeli wymienia się kilka rzeczy, to należy także je zapowiedzieć w liczbie mnogiej. No ale tutaj chyba muszę poczekać, aż regulatorzy albo Tarnina zajrzą do tekstu i rozwieją wątpliwości, bo nawet nie wiem, jak to googlać.

 

Nie rozumiem. Dlaczego odmowa wzięcia jednego ze zleceń – tego od kapitana straży – automatycznie wyklucza spotkanie z Erisą Ors? Może akurat ona miałaby zadanie w sam raz dla Schodzącego?

Masz rację – mogła mieć. Na ile jednak znam Corina, wydaje mi się, że od początku tak się uparł, że nie będzie śledczym, że z miejsca całkowicie skreślił wszystko, co mogło mieć związek z Vennarem i jego sprawą . A jakoś nie podejrzewał, żeby Erisa miała jakiś zupełnie inny temat, skoro właśnie dowiedział się, że jej brat wylądował w więzieniu z zarzutem potrójnego morderstwa. :) 

Siema, le_flex

Fajnie, że wpadłeś. Zostań na dłużej. :)

 

(Swoją drogą, nick taki, że albo jesteś szybki, ale trochę seplenisz, albo szpanujesz, ale na francuską modłę :D).

Skomentowanie 80% tekstów pozwalało na przekroczenie górnego limitu liczby znaków (25k) o 5k znaków, a zatem wrzucić tekst do 30k znaków :)

To są wewnętrzne wytyczne tego konkursu, do znalezienia w tym wątku (choć niestety nie w poście otwierającym), więc mogłaś przegapić :)

Syn koleżanki twojej mamy.

 

Edit: W sensie, on dopiero co skończył studia, mając przy okazji na koncie dziesięcioletni staż pracy. A nie że on zna odpowiedź. :D 

Hej,

gratuluję debiutu! :) 

 

Zacznę od rzeczy, które rzuciły mi się w oczy podczas lektury, podsumowanie na koniec.

 

którą z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej odkrywali, jednocześnie zostawiając za sobą na pastwę losu.

Po pierwsze, solidna aliteracja na początku – którą, każdym, kolejnym krokiem.

Po drugie, dziwnie brzmi dla mnie stwierdzenie, że ciemność można zostawić na pastwę losu. Sugeruje to, że coś teraz tej pozostawionej za plecami ciemności grozi. A chyba tak nie jest?

 

nie mówiąc o węchu, niezdolnym nawet do odczuwania zapachów.

Rozumiem, co chciałaś przekazać, ale jeżeli węch nie był zdolny do odczuwania zapachów, to znaczy, że w sumie odór mu już nie przeszkadzał. Czyli pozytywnie. :D

 

Szli prostą drogą od kilku godzin, wdychając kłęby fetoru.

Sugeruję, aby to zdanie zaczynało nowy akapit.

 

 

Początkowo obrzydzało ich zdejmowanie mięśni z poturbowanych ciał leżących na ziemi, a następnie ich pieczenie, lecz gdy skóra na ich ciałach zaczęła coraz bardziej zaciskać się na kościach, pozbawili się wszelkich skrupułów.

 

Przez to z ich dziąseł regularnie siąpiły krople krwi, które chętnie zlizywali z nadwrażliwych zębów, a na ich ramionach rozrastały się bolesne pęknięcia. 

Trochę nie rozumiem ciągu logicznego, prowadzącego prosto od jedzenia wyłącznie mięsa, do bolesnych pęknięć na ramionach. Zęby tłumaczę sobie szkorbutem czy inną tego typu chorobą, ale o co chodzi z ramionami? 

 

 “obiedzie”

Dolny cudzysłów na początku (tu i dalej w tekście).

 

Daleko? – zagaił pierwszy z nich, szorstkim świszczącym głosem przypominającym charczenie

Dialog powinien rozpoczynać się od: – 

 

przypominającym charczenie

Zabrakło kropeczki na końcu.

 

dodał po chwili

Tutaj też.

 

kilkadziesiąt wylegujących się zwłok

Nie jestem przekonany, czy zwłoki mogą się wylegiwać, ponieważ to jest związane z odpoczynkiem i leniuchowaniem, czego zwłoki z poderżniętymi gardłami raczej nie robią. No dobra, mają wieczny odpoczynek. ;)

 

dotarli do miejsca, z której ją rozpoczęli. 

Z którego.

 

Oglądając tę obrzydliwość, czuli ,jak kwas z pustych żołądków podchodzi im do gardło, jednak dziarsko zaciskali pięści, nie pozwalając, by do tego doszło.

Po pierwsze – dziarsko w tym kontekście nie pasuje. W sensie, nie umiem sobie wyobrazić, żeby oni byli dziarscy. Zdeterminowani, mobilizujący resztki sił itp. to jeszcze.

Po drugie, kwas z żołądków trudno kontrolować – podejdzie, to podejdzie. Da się jakoś wpłynąć na to, czy człowiek zwymiotuje. 

 

Ok, powyżej sporo rzeczy, do edycji których chciałbym Cię zachęcić. Z kwestii problematycznych, trochę przeszkadzało mi jeszcze nazywanie bohaterów jako pierwszy i drugi, choć błędem nie jest – stanowi to jakiś sposób odczłowieczenia, kiedy nawet imię przestaje się liczyć.

Natomiast, co ważne, chociaż wykonania nie oceniam szczególnie wysoko, to opowiedziana historia mi się spodobała, a przywołane w głowie obrazy, będące krzyżówką Metra (na początku) i Mad Maxa (w drugiej połowie), zostawiają mnie z fajnymi wrażeniami.

Sam pomysł z procesją śmierci, która kroczy, aż nie dorwie każdego żywego na danym terenie, jest mega klimatyczny i z powodzeniem mógłby znaleźć zastosowanie także w dłuższej formie, jako wiszący nad bohaterami straszak, który w końcu się ziszcza.

Ostatnie zdanie świetnie dopełnia ten obraz i wyjaśnia, o co chodziło z tą całą procesją – dzięki samemu ostatniemu zdaniu tekst bardzo dużo zyskuje, dobre zamknięcie.

Spodobała mi się także scena nad puszką – bardzo prosta, a równocześnie pełna napięcia. Fajnie podprowadzona wcześniejszą rozmową o tym, że zjedliby się nawzajem i podbudowana pojawiającym się w kadrze nożem. 

Warsztatowo jest sporo przestrzeni do rozwoju, ale wierzę, że na tym debiucie się nie zatrzymasz i będziesz się z nami dzielić kolejnymi tekstami. Widzę potencjał. :)

PS. pozdro do Słubic, mieszkałem tam parę lat. :)

 

Siema, Nomado!

Bardzo dziękuję, cieszę się, że się spodobało. Jeżeli faktycznie chętnie przeczytałbyś ich kolejne przygody, to mam dobre wieści – są tutaj! :)

Bardzo ucieszył mnie artykuł poświęcony fantastyce w polskim rapie, który faktycznie dość szeroko zarysował zjawisko. Doceniam, że przywołani zostali artyści z bardzo dalekich rejestrów – twórczość choćby Słonia i Bisza dzieli przecież mnóstwo. Wyrazy uznania także za to, że pojawiły się postaci mniej znane na scenie jak choćby Golin. 

Jako że w artykule tego typu nie sposób wymienić wszystkich, podrzucę dla zainteresowanych jeden album, którego obecności tam szczególnie bym sobie życzył: Oxon – Supermoce, czyli krążek stojący przede wszystkim nawiązaniami do superbohaterskich komiksów.

Pozwól, że zamiast kazać Ci czekać, przeproszę za ignorancki komentarz.

Cześć, Robercie!

Dzięki za lekturę i dobre słowo. Bardzo się cieszę, że udało mi się Cię zachęcić – ale jeszcze bardziej, że udało mi się nie rozczarować. :)

 

Bruce, wybacz, nie znalazłem jeszcze momentu, kiedy równocześnie ja miałem moc na poprawki, a portal akurat nie szwankował. :D Daję znać, bo wiem, ile roboty wykonałaś, listując te potknięcia. 

 

Natomiast, decydując się na zakończenie swojego istnienia, zupełnie nie myślał o żadnych „przesłankach” i „możliwościach” istnienia zaświatów.

W tym akapicie rozjechało Ci się formatowanie. :)

 

Nie lubiano go za notoryczne krytykowanie pomysłów i postulatów naukowych kolegów. To oczywiście dobrze, że wskazuje jakieś tam luki, przyznawano nieszczerze. Ale z drugiej strony podcina nam skrzydła, nie pozwala zacząć. Dusi w zarodku pomysły, które mogłyby okazać się wartościowe, przełomowe nawet.

Komentarze naukowca po trzydziestce, a więc dość młodego, były w stanie aż tak stłamsić kolegów badaczy?

 

Opowieść dostarczyła mu niezbędnego luzu i dystansu do rzeczywistości.

Mam wrażenie, że to dość niefortunny dobór słów jak na zdanie zastępcze dla postanowił popełnić samobójstwo. ;)

 

Od razu więc odpowiem na najważniejsze pytania, a potem przejdziemy do twoich pytań.

Chyba zatem nie odpowie na początku na pytania, tylko powie o najważniejszych rzeczach.

 

W przestrzeni przed nimi pojawił się model jakiegoś stworzenia wyglądającego trochę jak potwór z gier fantasy.

To mogło być skojarzenie Raviego, ale w ustach narratora brzmi jak leniwy opis.

 

– Jak zawsze wnikliwy – rzekła i uśmiechnęła się serdecznie.

Z jednej strony to, a z drugiej:

I co ciekawe, masz możliwość zobaczenia wnętrza akurat tej, którą w swojej symulacji często oglądałeś od zewnątrz i nazywałeś Słońcem.

– Mówisz o Słońcu w Układzie Słonecznym, w Drodze Mlecznej? W sensie o moim Słońcu?

– Tak – Pia spojrzała na niego z ukosa. – Mówię o twoim Słońcu.

:D 

 

dziesięć do potęgi dwustu szesnastej

A nie dwieście szesnastej

 

Jesteś naukowcem, więc nie muszę ci wyjaśniać, że liczba z ponad dwustoma zerami to diabelnie dużo.

XD Dobrze, że w kręgach naukowych można posługiwać się fachowym, precyzyjnym językiem. Laik by nie skumał!

 

Kurczę, przykro mi, Anonimie, ale mam z tym tekstem sporo problemów i z żalem stwierdzam, że raczej mi się nie spodobał. Podzielę się dwoma największymi zastrzeżeniami, mając nadzieję, że uznasz je za przydatne w przyszłości (albo zignorujesz, bo takie też twoje prawo).

Przede wszystkim, całość to w zasadzie jeden wielki monolog objaśniający. Niby chłop umarł, niby zmieniło mu się ciało i sposoby doświadczania, niby leci na jakimś turbonowoczesnym statku, niby przebija się przez sam środek gwiazdy… A to wszystko jest zagadane na śmierć (nomen omen) przez Pię. 

Po drugie, Pia mówi bardzo dużo rzeczy, które mają brzmieć bardzo mądrze, ale średnio trzymają się kupy. Nie jestem orłem z fizyki i nie wymagam od science fiction, żeby było mocno science, bo bardzo szybko osiąga poziom już dla mnie nieweryfikowalny. Uwierzę, że możliwe są podróże w czasie i teleportacja, nie doczepię się do wykorzystania w napędzie paliwa, które nie dałoby rady dostarczyć wystarczającej mocy, nie skrzywię się na wchodzenie w nadświetlną. Ale Pia gada i gada, a każda kolejna jej wypowiedź brzmi antynaukowo. 

No nie siadło, przykro mi.

Pozdrawiam serdecznie!

Hm, dziwne to połączenie – erotyka z obrzydliwą brutalnością. Decyzja, żeby zbudować na nim całe opowiadanie, jest odważna, bo trzeba się liczyć z tym, że dużo ludzi się odbije. Ja, niestety, się odbiłem, nie mój klimat.

Choć muszę przyznać – napisane obrazowo, kadry wyświetlały mi się przed oczami, a ich powidoki zostały jeszcze po lekturze. :)

Hej!

Zacznę od uwag do konkretnych fragmentów, na koniec podsumowanie. :)

 

„mgła gęsta jak oko wykol”

To nie jest przysłowie. :)

 

Nie było jednak słychać znajomych odgłosów rozcinania tętnic i oddzielania mięsa od kości, towarzyszących zazwyczaj takim pojedynkom.

Mam wrażenie, że mało które cięcie jest zadane w ten sposób, by oddzielić mięso od kości. Dodatkowo, mimo wyczulonych wiedźmińskich zmysłów, odgłos rozcięcia akurat tętnicy wydaje mi się mało prawdopodobny do wychwycenia w czasie walki. 

 

W zasadzie nie było słychać nic poza pracą stóp na miękkim podłoże oraz głuchym porykiwaniom dochodzącym spośród mgły, bo nawet świst miecza ginął gdzieś w jej wnętrzu

Po pierwsze, na miękkim podłożu. Po drugie, [poza] głuchymi porykiwaniami dochodzącymi…

 

Zaraza, pomyślał Geralt, nienawidzę mglaków. Natura stworzyła na tym świecie wiele okropieństw, często odstręczających samym swoim wyglądem lub nietypowymi obyczajami. Z mglakami jednak posunęła się o krok dalej, kreując monstra, które nie dość że szkaradne, pozostawały dla większości śmiertelników zupełnie nieuchwytne. Oczywiście dopóki nie zatopiły swoich szponów w czyichś plecach.

Mglak, mimo wszystko, jest potworem dla wiedźmina dość niegroźnym (to jest – w zestawieniu z innymi potworami).

 

Tak, natura tworzy straszne rzeczy, ale on przecież również jest jej częścią.

Czy zmutowany wiedźmin jest na pewno częścią natury? Oraz czy jej częścią są potwory, które trafiły tu w wyniku koniunkcji? Ja nie mam odpowiedzi, ale zostawię nas wszystkich z tymi pytaniami. :D

 

Wiedźmin błyskawicznie wykonał unik przed kolejnym rzucającym się na niego przeciwnikiem, chwycił miecz ostrzem do dołu i pchnął nim za plecy, prosto w serce biegnącego pokurcza.

Czuję z tego opisu, że ten, który dostał w serce, to inny niż ten, przed którym Geralt wykonał unik (chyba że mglak bardzo szybko zawrócił). Jeżeli tak, dobrze byłoby dodać innego pokurcza.

 

by pojawić się za plecami swojego adwersarza, próbując swojego szczęścia

Oba swojegi można z powodzeniem wywalić, zdanie zyska.

 

Po jakimś kwadransie było już po bitwie.

Mało wiem o fechtunku, ale trwający kwadrans pojedynek wydaje mi się niezwykle długim – zawsze wyobrażałem sobie wiedźmińskie walki jako znacznie krótsze i bardziej intensywne.

 

schował go za plecy.

Do pochwy na plecach (?). Obecnie brzmi, jak gdyby go ukrywał za plecami.

 

przynajmniej jak na tę część kontynentu

Kontynent wielką literą – w wiedźmińskim świecie to nazwa własna.

 

Coś podobnego, przeszło przez myśl wiedźminowi, że też ludzie znajdują jeszcze czas i ochotę na takie zabawy.

Myśli powinny być zapisane kursywą. (Tu i w kolejnych miejscach, w których występują).

 

do jego uszu dobiegły odgłosy pogodnej muzyki, dobiegające z otwartych drzwi karczmy.\

Pod balkonem okazałej, pomalowanej na czerwono kamienicy z obwiedzionymi białym tynkiem oknami stał młody rycerz w jedwabnej tunice z wyszytą na pomarańczowo głową tygrysa.

To nie błąd, ale słowo obwiedzione jest na tyle charakterystyczne, że zwróciłem uwagę na użycie go dwukrotnie w obrębie trzech czy czterech akapitów. Tak daję znać. ;)

 

Rycerz wziął do rak lutnię

Rąk.

 

– Przyznaję, na północ od Touissant bardziej urokliwego miejsca nie przyszło mi do tej pory odwiedzić.

Kurczę, toć Touissant jest bardzo, bardzo na południu Kontynentu. Mega mocna deklaracja!

 

Wiedźmin milczał. Po części dlatego, że wciąż był zdumiony wielką serdecznością burmistrza, a po części że coś mu tu coraz bardziej nie pasowało. Ludzie normalnie się tak nie zachowują. Potrafią co prawda od czasu do czasu zrobić coś razem dla wspólnego dobra, a nawet okazać serce bliźniemu, ale społeczność, w której wszyscy by się kochali i myśleli tylko o tym, jak kogoś uszczęśliwić, nie miała szans zaistnieć w tym brutalnym świecie. Takich zwierząt po prostu nie było.

Trochę nazbyt tłumaczysz, że Geralt jest zdziwiony. Mocna łopatologia.

 

Fragment walki z wilkołakiem mnie zatrzymał. Nie ma, zdaje się, w wiedźmińskim lore wilkołaków, które jednocześnie potrafią przybrać postać pięknej kobiety i rzucać uroki. 

W ogóle nico zgubiłeś mnie w tym opisie, bo dajesz bardzo konkretne nazwy. Najpierw wilkołak odpowiada na atak. Potem Geralt spogląda w kierunku zjawy. Wilkołak zjawą nie jest. A gdy jeszcze na koniec okazuje się, że to jakaś krzyżówka z biesem, to już w ogóle tracę orientację.

 

Wiedźmin, niczym armatni pocisk

Nie jestem mega znawcą uniwersum – były już wówczas armaty, żeby takie porównanie było zasadne? Wydaje mi się, że broń palna w ogóle nie występuje.

 

Czymże tym razem zawdzięczam waszą wizytę?

Czemuż (?).

 

– Wyzwolić was w końcu z tej iluzji.

Brakło mi nieco zrozumienia powodów, dla których Geralt się zaangażował. 

 

– A cóż takiego się panience stało, jeśli wolno spytać?

– Naprawdę panienka uwierzyła w jego słowa? Jestem pewien, że składa podobne deklaracje każdej napotkanej kobiecie, która wpadnie mu w oko.

Mało Geraltowo brzmią te wypowiedzi. 

 

– Dzięki za gościnę. Mam nadzieję, że nie nabroiłem zbytnio. – Miał oczywiście na myśli swoją nocną przygodę.

A to to już w ogóle nie brzmi jak Geralt.

 

Eliksir działał jednak na pełnych obrotach,

Niefortunnie dobrany opis dla działania eliksiru. To nie maszyna.

 

Jak również swoich przekonań, których również próbujesz mnie pozbawić.

Zamień pierwsze również na i. :)

 

Ale Ty dopuściłeś się czynu hańbiącego, z zimną krwią skrzywdziłeś tą nieszczęsną niewiastę, gdyż nic, co od ciebie wychodzi, nie jest prawdziwe.

Ty małą literą.

 

Tego typu mniejszych potknięć jest pewnie więcej, ale z uwagi na objętość tekstu, nie wypisywałem każdego jednego znaleziska. :)

Ogólnie rzecz biorąc, jest w miarę dobrze. Myślę, że największym problemem tego tekstu jest to, że jest o Geralcie. Decydując się na opisanie przygód tego charakterystycznego wiedźmina, wziąłeś na siebie przy okazji cały ciężar oczekiwań, jaki wobec wiedźmińskich tekstów występuje.

Jedna rzecz to styl – wiadomo, nie każdy musi pisać Sapkowskim, opowiedzenie historii Geralta po swojemu jest możliwe, ale poprzeczka jest zawieszona wysoko. W tym opowiadaniu, choć ogólnie piszesz nieźle, językowo było jak dla mnie ciut za prosto. Ale najbardziej przeszkadzało mi chyba, że przytaczałeś nam wprost myśli Geralta. Dawno nic z Wiedźmina nie czytałem, ale wydaje mi się, że tego tam nie było (i rozumiem dlaczego).

Druga rzecz, i tutaj niestety nie ma za bardzo pola do polemiki, to Geralt sam w sobie. To, jak mówi, jak się zachowuje. Nie przekonałeś mnie, że twoja postać to Geralt. Szczególnie jego kwestie dialogowe nie dawały tego wrażenia. Poza tym motywacje, ugruntowanie decyzji. Geralt, a przynajmniej Geralt moich wyobrażeń, które oczywiście też mogą być błędne, przed zaangażowaniem się, wszedłby głębiej w temat i znalazł powód, który naprawdę nie pozwoli mu pozostać neutralnym.

Ostatnia rzecz to złożoność intrygi, a właściwie kwestia jej moralności. Miałeś bardzo fajny pomysł z tym życiem w iluzji dobrobytu. Dałoby się na nim zbudować naprawdę ciekawy konflikt, rozdarcie moralne. Trochę przegalopowałeś przez tę rozmowę i przez osądzenie maga jako jednoznacznie złego. Może ktoś powinien chcieć Geralta powstrzymać? Może ta iluzja dla kogoś była lepsza niż prawda i pragnąłby ją zachować? Jest kilka pytań, których zadanie mogłoby dodać więcej głębi opowieści.

Zatem – szkoda, że to Geralt, bo od razu oczekiwałem bardzo dużo.

A dostałem rzecz niezłą. Taką, która gdyby nie próbowała być Wiedźminem, chętnie kliknąłbym do biblioteki. Piszesz w porządku, narrację budujesz logicznie i zrozumiale (choć czasem za bardzo wyjaśniasz), intryga jest ciekawa (choć mogłaby być pogłębiona), a bohaterowie pojawiają się po coś (choć celu tej sceny seksu w karczmie nie skumałem, o tym, że w mieście wszystko przychodzi łatwo, już nam kilkukrotnie opowiedziałeś). 

Czekam na coś od podstaw Twojego, przeczytam z chęcią!

 

 

 

Zygfrydzie, dzięki za miłe słowa! :) Potencjał również dostrzegłem, stąd opublikowane w piątek kolejne opowiadanie z serii

Pozdrawiam, kłaniam się! :) 

Dzięki, ac!

Widać cierpię na pisarski odpowiednik krótkiej kołderki – jak dodam w jednym miejscu, to w innym zaczyna brakować. :D Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości wyjedzie mi z warsztatu większa kołdra. ;)

Sugestia, aby rozpocząć historię w innym miejscu, jest równocześnie prosta i genialna – gdy wspomniałeś mi o tym pierwszy raz, rozwaliło mi głowę – teraz przeczytałem ten komentarz i rozwala ją znowu. Bardzo dużo okazji do zbudowania napięcia sobie odebrałem, zaczynając, gdy było już pozmiatane. 

Pozdro!

Serdecznie dziękuję, Marszawo! :)

Słabsze elementy, na które zwróciłaś uwagę, spróbowałem poprawić w nowym opowiadaniu o Corinie i Mykelu. Jeżeli kiedyś tam zajrzysz, mam nadzieję, że ocenisz je lepiej pod tymi względami.

(TeleZakupy mode on: Zajrzyj teraz i nie przegap okazji na klika! Oferta limitowana czasowo!)

Pozdrowionka!

Słowem wyjaśnienia: swoją próbką nie chciałem wyrazić obaw i lęku przed AI. Chciałem skomentować mindset, jaki tworzy się w niektórych głowach, a który wydaje mi się najbardziej destrukcyjny, jeżeli chodzi o negatywne konsekwencje AI. 

(Choć czy bardziej niż wykorzystywanie wody? Niż dążenie do strasznego buntu maszyn? Niż… :D).

Anyway, nie chciałem tu otwierać dyskusji, która toczy się już w kilku innyc miejscach, więc kończę spamować marzanowi offtopem. :) Miałem dziesięć minut przed snem, stąd ten tekst, nie wybieram się na barykady. :D 

Oj, trudne. :D Na ten moment postawiłem na głupawkę, ale skoro wyzwanie trwa dwa tygodnie, to może jeszcze znajdę przestrzeń na coś bardziej na serio. :)

 

Prompto! Slopizno moja! Ty jesteś jak powiem.

Ile mniej trzeba starań, ten szybko się dowie,

kto spróbuje. Dziś piękność twą w całej ozdobie,

Widzę i nadpisuję, bo wreszcie też mogę.

 

Ziemio śnięta, co z każdym słowem znów się tworzysz

I przyklaskujesz na nie! Ty, co trud znikomy

Poczyniony przyjmujesz jakoby był cudem!

Jak mnie dajesz uwierzyć, że świat stworzyć umiem.

(Gdy wśród doczesnej męki pod Twoim adresem

Zagentowany, twórczą zacząłem uciechę

I zaraz mogłem, pisząc, do Twych świątyń promptu

Iść, za natchnienia łaskę podziękować kodu).

Hej!

Otto poczuł szarpnięcie za ramię, które pozbawiło go resztek i tak płytkiego snu.

Rozważyłbym przepisanie, bo w tym momencie można to odebrać także tak, że to ramię pozbawiło go resztek snu. Jako że jest to zdanie otwierające tekst, dobrze, żeby czytelnik się o nie nie potykał.

 

Dłońmi, całymi pokrytymi pyłem, przetarł sklejone powieki

Bardzo dużo słów na p w tym zdaniu. Może: Dłońmi, całymi w pyle, przetarł sklejone powieki?

 

dostrzegł między nimi list od Katrin, zręcznym ruchem otwierając go scyzorykiem.

Zakładam, że najpierw dostrzegł, a potem otworzył – forma, którą wybrałeś, sugeruje, że zrobił to równocześnie.

 

kilkoro żołnierzy

Czy wśród pchających były kobiety lub dzieci? Jeżeli nie – kilku.

 

W budynku było widać poruszenie.

Sugeruję zmianę było widać na panowało.

 

– Moja rodzina – zaczął z wolna. – Przeniosła się…

Rozważyłbym: Moja rodzina… – zaczął z wolna – przeniosła się…

 

Czy byli bezpieczni. – rzekł

Zbędna kropka.

 

były nieprzyzwoicie duże, czasem zastępując całe ściany

Czasem zastępowały (?).

 

Zginął. Pod koniec września czterdziestego drugiego roku mama dostała zawiadomienie ze sztabu polowego o jego śmierci w Wołgogradzie.

Wołgograd to nazwa wprowadzona dopiero w latach 60., a gdy mowa o bitwie, prawie zawsze mówi się o Stalingradzie. Zastanawiam się, czy i tutaj nie byłoby lepiej użyć tej drugiej nazwy.

 

– Chciałbym… chociaż czy na to zasługuję? Nie potrafię powiedzieć jak jest mi żal tego, co zrobiłem mojej rodzinie. Co zrobiłem innym ludziom, a także i sobie. Już niczego nie jestem pewien.

O, tę samą myśl mam na koniec! :) Początkowo zakładałem, że podróż z Gabrielą miała mu pokazać, że na froncie, wykonując rozkazy, wyrządzał okrucieństwa, skazywał innych na cierpienie. Słowem – robił złe rzeczy. W końcu wyruszyli, aby jakoś przygotować go do procesu.

Ostatecznie jednak Otto, zdaje się, nie zmienił zdania na temat zła wojny, tylko stracił fundament, na którym budował uzasadnienie jego słuszności. Znaczy, gdyby Niemcy wygrały, byłoby git. Gdyby żona umarła, tęskniąc i myśląc o nim stale, byłoby git. 

Dobrze, że pojawia się ta refleksja na końcu, bo gdybyś, Anonimie, zakończył to puentą o rozgrzeszeniu Ottona (coś nie mogę się przemóc do formy Otta), miałbym tej puencie sporo do zarzucenia.

Dobry tekst i myślę, że zasługuje na kliknięcie.

Hej!

 

śmiercionośny PROLOŻEK

Drugi raz widzę to zdanie, drugi raz czytam PIEROŻEK. XD

 

No, także walnął mnie tramwaj.

Tak że. Chyba że walnęło w niego coś jeszcze. :)

 

Swoją drogą, co za idiota kładzie torowisko tuż przed wejściem na uczelnię

Tylko dzięki temu, że na Fredry w Poznaniu przystanek tramwajowy jest 2 metry od drzwi uczelni, nie spóźniałem się na zajęcia! :) W każdym razie – nie na wszystkie.

 

wyglądał kropka w kropkę, jak ja

Zbędny przecinek.

 

Jak każdy, tu się sporo światów zazębia.

Sugestia – chyba lepiej pasowałyby tu średnik lub kropka, bo są to w zasadzie dwa odrębne zdania.

 

– O Jezu! Dziękuję bardzo! – Uścisnął mi oburącz dłoń.

Wybiło to O Jezu! – i nie wiem, czy to celowe, czy z rozpędu, bo pozostawione bez komentarza. :)

 

Rafał urwie mi jajca!-

Brak spacji, dywiz.

 

Dopij, i idziemy.

Zbędny przecinek.

 

Thats life!

That’s.

 

Wiesz co tam jest?

Wiesz, co tam jest?

 

Te zazębianie światów,

To zazębianie lub te zazębiania.

 

Grat pędził, jak pendolino!

Zbędny przecinek.

 

Secret Society

Zjedzona spacja.

 

Przeczytałem całość, bawiąc się dobrze! Nie zastosowałem się do rady odnośnie słuchania piosenek, ponieważ raz, że momentami kolejne tytuły wyskakiwały co parę zdań, a dwa, że przy lekturze wolę ciszę. (Kiedyś myślałem, że umiem robić wiele rzeczy równocześnie i nadal jest to prawda, pod warunkiem, że akurat każdą z nich mogę robić źle).

Bardzo sprawnie napisana i – kto by pomyślał – przyziemna wizja zaświatów. Bohaterowie konkretni, z charakterem. Narracja utrzymana w sympatycznym tonie, tak że głównego bohatera da się od razu polubić.

Wspaniale, że na końcu wsiadł i pojechał dalej. Bo o ile cały tekst jest spoko, o tyle bez tej ostatniej decyzji pozostawiłby nas z: i co? Tyle czytania, bo Anonim chciał nam opisać swoją – ładną, kolorową, ale nie znowu jakoś pieruńsko oryginalną – wizję zaświatów? A jednak wsadziłeś go, Anonimie, do tego tramwaju, sprawiając, że kończę lekturę z zainteresowaniem. 

Bez tego tekst byłby dobry, z tym – jest bardzo dobry.

Klikam z przyjemnością! 

অসমীয়াত লিখা পাঠ্যৰ দ্বাৰা আপুনি চিনি পাব। ;)

Hej,

dziwna to była lektura. :)

Najpierw opis przeżywanych tortur, ale podany z dystansem i lekceważeniem, jakby przypalanie boków i poszczucie przerażonym szczurem, którego jedyna droga ucieczki przed gorącem wiedzie przez bebechy torturowanego, było igraszką. Przez to już na początku trudno było mi wejść w klimat.

Nawet jeżeli był to bad trip, to dlatego tak się je nazywa, że są brutalne dla głowy. 

Potem część druga – bohater budzi się, orientuje się, że był to przegięty sen po psylocybinie i musi iść do lekarza. Część bardzo rozwleczona, jak na to, że gość po prostu gdzieś dotarł, a potem odbył krótką rozmowę ze Świętym Piotrem (który przedstawia się jak James Bond :D). Znów nieco wytrąciła mnie informacja, że grzybki go zabiły, bo to – zdaje się – absolutna rzadkość. Ale dobra, skoro były z nieznanego źródła, to może kupował sproszkowane i ktoś mu wcisnął do tego muchomory. Niech będzie.

Nagle babcia Jadzia, która spoza kadru ratuje bohatera przed wieczną męką.

I wreszcie to, czego każdy dobry tekst potrzebuje – niespodziewana puenta, zaskakująca i zostawiająca ze szczeną na ziemi. Donald, kurde, Trump. XD Co tu się wydarzyło, skąd pomysł, żeby go nagle wcisnąć w to opowiadanie?

Anonimie drogi, opowiedziałeś przedziwną historię, która cała brzmi jak jeden wielki trip po grzybach i zaczynam podejrzewać, że scena z pobudką wcale nie skończyła fazy. Opowieści tu za bardzo nie ma, bo kolejne wątki nie łączą się ze sobą niemal wcale, a bohater bierze je tak na chłodno, z takim reporterskim dystansem, że mam wrażenie, że to, co mu się dzieje, zupełnie go nie obchodzi – więc dlaczego miałoby obchodzić mnie?

A co, też zakończę niespodziewaną puentą.

DONALD TRUMP!!!

Często mijam się z poezją, bo to nie moja wrażliwość. Tutaj nieco wybija mnie z odbioru druga część. Wynika to z tego, że całość jest raczej zawieszona w przestrzeni, emocjonalna, a obraz Dalego bardzo to konkretyzuje i narzuca się z, nomen omen, obrazem.

Chyba ładne. Na pewno zostawia z myślami. :) 

To ja może nie o tekście, tylko do autora, bo oprócz opowiadania przeczytałem też komentarze. :)

 W skrócie: uszy do góry i pisz dalej. Pisanie, jak wiele rzeczy na świecie, jest trudne i nawet wrodzony talent zwykle nie wystarcza, by od początku być niezłym. Skoro debiut portalowy to także Twój debiut pisarski w ogóle, to swoją najważniejszą rolę ten tekst już spełnił i zrobił to dobrze. Pozwolił Ci coś napisać i się tym podzielić, a o to przecież chodzi na początku.

 Kolejny krok to wczytać się w uwagi i robić kolejne wprawki, starając się, żeby każda kolejna była ciut lepsza. Trzymam kciuki, żebyś się nie zniechęcił i pracował nad tym dalej. I publikował, bez obawy o krytyczne uwagi, bo od pochwał rośnie głównie ego, a nie skill – zwłaszcza na starcie.

Powodzenia!

(I pamiętaj, że nie ma co skręcać w kuszące, zawłaszcza na początkuj, AI. Sławnym ani bogatym od kilku pozytywnych komentarzy na Fantastyce się nie staniesz, więc nie ma co siebie i innych oszukiwać).

 Pozdro :)

Z telefonu, więc bez łapanki. Ale zachęcam do zrobienia własnej, bo tu i ówdzie zabrakło spacji, w jednym miejscu znalazła się chyba też podwójna.

Bardzo fajny koncept. Przy kobiecie w parku byłem nieufny – dlaczego ona ma z tym wszystkim (względny) luz? Gdy okazało się, że tak działa ten świat, po prostu ma m zacząłem się cieszyć pomysłem. Trochę In time, ale, o ironio, przesunięte w czasie.

 Motyw zalatanego syna i bardziej od niego pomocnych przypadkowych ludzi tak samo przykry jak wyświechtany, więc nie zrobił większego wrażenia. Ale sama uczynność ludzi przedstawiona bardzo sympatycznie, więc na niej się skoncentrowałem.

 Zakończenie, mimo pitej wódki, wcale nie takie gorzkie. :)

Kliknę, a co!

Ach, w takim razie ta rozpiska dyżurnych, która wyświetla się pod wstępem na górze opka, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. :D Nie wiedziałem, że to też nie działa! :)

Skojarzenie oczywiste – też nuciłem, tylko nie oryginał, a utwór, gdzie oryginał posłużył za sampel. https://youtu.be/y137SVzvgEg?is=pQrOkyErTgnkcyuh

 

Szpiegowanie przez niebo jest spoko, aureola jak najbardziej to wyjaśnia. Widać byłem nieprecyzyjny w komentarzu. Chodziło mi o coś, co bardziej wpłynie na bohatera, wybije go poza spodziewany tor. :) Bo że dziejącą się wokół niego opowieść jest skonstruowana ciekawie i swoje zakręty ma, to nie ulega wątpliwości. 

Dzień dobry, bruce!

Przyznaję, że gdy po publikacji rzuciłem okiem na listę dyżurnych i nie zobaczyłem na niej Twojego nicku, naszła mnie myśl, że teraz to już nikt nie przeczyta tekstu na 40k+. Tym bardziej cieszę się z Twojej wizyty i bardzo za nią dziękuję! :)

Do poprawek połapankowych usiądę jutro, bo dziś dzień z dala od komputera, a edycją z telefonu więcej bym namieszał niż naprawił. 

Miło mi, że proces schodzenia Ci się podoba. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jest mi w pewnym sensie bliski, więc z przyjemnością czytam, że przypadł do gustu. :)

 Dzięki za klika!

Hej,

 czytane z telefonu, więc bez łapanki, ale też muszę przyznać, że nieszczególnie było co łapać. Zgubiłeś kilka przecinków, a raz rozpocząłeś zdanie małą literą (po „ dzień dobry”).

 Bardzo sprawnie napisany tekst. Oceniam go wysoko, jakościowo wyróżnia się na plus.

 Historia od początku do końca poprowadzona tak, jak tego chciałeś – nic się nie rozjeżdża.

Nawiązania czytelne, co też uważam za plus, bo czytelnik lubi myśleć, że jest błyskotliwy, bo potrafi łączyć kropki. (Sam lubię). I wiadomo, są rzeczy bardzo wprost – Twarowski, klapa w podłodze. Są o jeden poziom (krąg?) bardziej złożone, jak Asia Roth. W końcu takie, które cieszą najbardziej – i co do których jestem ciekaw, ile przeoczyłem, jak przywołanie marki szpilek słynącej ze swoich charakterystycznych kolorów. 

W tym kontekście poczułem tylko zawód, kiedy napisałeś o skracaniu imienia Lucjusz do Lucy. Lucjusz Fer jest całkowicie czytelny, nie musiałeś. Trochę mnie to zatrzymało. :)

Historia, jak mówiłem, cały czas pod kontrolą. Zabrakło mi tylko trochę stawki, zaskoczenia, przełamania postaci. Bo tak naprawdę co tu mamy? Znany i bardzo czytelny trop, czyli skuszenie przez diabła i podpisanie cyrografu. Sam Twarowski zatacza pełne koło – staje się tym, kim był na początku tekstu.

Szkoda, że nie złamałeś tej opowieści, dodając jakiś twist, bo w tym momencie jest to bardzo dobrze napisana, przyjemna opowieść, którą od początku do końca już znałem. 

Idę kliknąć.

Duże gratulacje się należą!

 

Hej,

jeżeli Twoją intencją było uchwycenie klimatu sielskich wakacji, to myślę, że jak najbardziej Ci się udało. Czuć w tekście klimat starych młodzieżówek, że aż sięgnęłoby się po Bahdaja. :) Przyjemna historia o wyprawie, która z pozoru nie mogła być niczym więcej niż spacerem – a jednak!

Bohaterowie są bardzo konkretni. Masz marzyciela, piłkarza, młodego… Niby to dobrze, bo tekst jest stosunkowo krótki, więc oetykietowanie ich na starcie pozwala się nie pogubić, ale stają się przez to ciut nadto jednowymiarowi.

Jeżeli miałbym wskazać, co mnie w tym opowiadaniu uwierało, to byłoby to przede wszystkim rozwlekanie w miejscach, które można by spokojnie nieco skondensować. Choćby sceny od drugiej do piątej – wymieniasz dzieciaki, dając każdemu ekspozycyjny spotlight. Zastanawiam się, czy nie wypadłoby to lepiej, gdyby na dzień dobry tę wyliczankę nieco przyspieszyć, a więcej miejsca poświęcić bohaterom już w akcji, prezentując ich przede wszystkim przez działania.

No i trochę przykro, że tak długo wyczekiwany obcy okazał się pretensjonalno-moralizatorski. Pogadał, pouczył i poleciał. :D

Jest ok, ale mogło być lepiej! 

Hej,

zacznę od fragmentów listowanych na bieżąco, na końcu będzie podsumowanie. :)

 

Wyniki są…, że tak powiem… nietypowe

Nietypowa jest również decyzja, aby po wielokropku postawić przecinek. :D 

 

 

nietypowe – serce stanęło mi i mojej żonie w gardle.

Po pierwsze, zapis dialogu. 

nietypowe. – Serce

Po drugie, aktualnie z tego zdania wynika, że mieli jedno serce. Bardzo romantyczna wizja!

 

lekarz wpatrywał się w nas z żalem

– państwa synowie – kontynuował

Zabrakło kropki po żalu i wielkiej litery przy państwie.

 

(Ogólnie tekst jest dość niechlujny, jeżeli chodzi o wielkie litery na początku zdań, brakujące spacje i tak dalej – w dalszej części nie skupiam się już nad tym, żeby nie psuć sobie przyjemności z lektury, bo historią jestem, póki co, zainteresowany!)

 

Podoba mi się koncept na robiących te same gesty chłopców, budzi skojarzenie z Kabuki Twins z Cyberpunka. Natomiast w pewnym momencie mnie zgubiłeś.

Z jednej strony piszesz, że lekarze zorientowali się, że doszło do mutacji, ponieważ na USG dostrzegli, że dzieciaki wykonują identyczne ruchy. To jest mocne, obrazowe, bardzo fajne. Tylko że później pojawia się taki fragment:

Z początku nasza rodzina funkcjonowała zgoła normalnie. Nie dostrzegaliśmy mutacji chłopców – żyli jak wszystkie dzieci – normalnie. Zdarzył się nawet taki okres, że zapominaliśmy o szpitalach i lekarzach neurologach, ale wtedy dzwonił do nas telefon albo przychodził sms z przypomnieniem o wizycie i fikcja idyllicznego domu legła w gruzach. 

I ja z niego rozumiem, że to nie jest stały element ich codzienności (skoro mutacji można nie dostrzegać). Czy w takim razie w czasie życia płodowego mutacja dawała silniejsze efekty? 

W skrócie: zastanawiam się, jak coś, co dało się dostrzec na USG, mogło być niezauważalne po porodzie.

Dopiero później przywołujesz scenę, w której jeden z chłopców rozbija sobie głowę i drugi to czuje. Od tego czasu staje się dla mnie jasne, że ta przypadłość działa raczej wyrywkowo, w co bardziej intensywnych momentach. I spoko, jestem w stanie to kupić i czytać dalej z zainteresowaniem tekst, w którym bliźniacze współodczuwanie jest podkręcone do ekstremum, ale wolałbym, żeby informacje od lekarza z początku były dużo bardziej zdawkowe – lub żebyś we wczesnym etapie tekstu dodał fragment, gdzie te mocne słowa lekarza (obrazem i faktami!) osłabiasz, mówiąc, że jednak nie było tak źle, szybko przekonaliśmy się, że mutacja…

Tyle lat oddawałem ci uczucia, żebyś poczuł się jak człowiek. Do śmierci taty tak robiłem. Teraz chcę odzyskać siebie. Teraz chcę uczucia z powrotem.

Bardzo mocne wyznanie. Szkoda, że niezbyt nabudowane wcześniej.

 

No dobra, to teraz o ogólnych wrażeniach. Ujmując rzecz najkrócej – bardzo dobry pomysł i niedorastające mu wykonanie.

Zbudowałeś sobie punkt wyjścia, z którego naprawdę można zajść w bardzo interesujące miejsca. Przy czym nie mówię tutaj o gadce lekarza o mutacji, bo ona wg mnie więcej gmatwa niż pomaga. Chodzi mi o moment, w którym dzieciak dostaje w głowę, a drugi odczuwa to tak mocno, że aż upada. O tym, że bliźniaki się wyczuwają w jakiś sposób, pisano już sporo mniej lub bardziej naukowych rzeczy. Wzięcie tego jako fundament i postawienie sobie pytania a co, jeżeli zwiększyć moc współodczuwania? to idea z ogromnym potencjałem.

Później miałeś jeszcze kilka dobrych fragmentów, gdzie oczywiście na pierwszy plan wybija się miłość obu do tej samej dziewczyny. Konflikt idealny, wyprowadzony z ciekawego twistu – na samym tym byłbyś w stanie napisać długi, mięsisty tekst.

Mam wrażenie, że najgorzej dla tekstu przemawia (poza niechlujnym wykonaniem) próba uchwycenia zbyt wielu wątków. W efekcie za szybko gnasz z akcją. Rozważ skupienie się na tym, co może być motorem opowieści i pozostawienie temu więcej miejsca. Na przykład ani ojciec, ani matka, nie są w tej historii interesujący, niczego do niej nie wnoszą. Pierwsze, moim zdaniem, rzeczy do wycięcia to cały wstęp poprowadzony przez ojca, z rozmową z lekarzem na czele (scenę z rozbitą głową należy zachować!). 

Choć z komentarza może to do końca nie wybrzmiewać, lektury nie żałuję! :) 

Hej,

w przyszłości chyba lepiej mimo wszystko poczekać na możliwość wrzucenia tekstu w poprawnej formie. Doceniam, że jest krótki, ale po pierwsze – faktycznie trudnawo się go czyta, po drugie – sporą część komentarzy zajmie pewnie zwracanie uwagi na formę. (Np. tego komentarza).

Wiesz Asia..

Zabrakło trzeciej kropeczki w zestawie.

 

wprawił swój napój w ruch wirowy.

Bardzo techniczny opis jak na tak prozaiczną rzecz.

 

Stąd ten pomysł..

Tu z kolei o kropkę za dużo. Dobrze się składa – zabierz stąd i dołóż tam, zachowasz równowagę!

 

Przecież wiesz jaka jest góra..

Dobra, jak już będziesz dostosowywać formę tekstu, to przeleć wzrokiem wszystkie te kropki, bo mieszasz w nich notorycznie. Tutaj jeszcze zabrakło przecinka. :)

 

żydzą na wszystkim.

Obrazek kamieni robiących: uuuuuu] ????

 

 

Miłość nie jedno ma imię:).

Ależ ekspresyjny ten Stefan, że mówi emotkami. :D

 

Tekścik bardzo krótki – właściwie jedna scenka ekspozycyjna i szybki przeskok do puenty. Czyli co, AI + seks = człowiek? :)

Opisujesz to jako fragment, więc zapytam, czy docelowo ma to być jakaś większa satyra na rynek wydawniczy w dobie AI? 

 

 

Jednak osobistych przytyków nie toleruję.

Fakt ten, jak również sposób mówienia o tym koledze, wyraźnie wskazuje, że mamy tutaj do czynienia z nieprzepracowaną traumą i sytuacją podobną jak przy rozwodzie

Chłopie, ale wybierz jedno XD

 

Co do samych problemów technicznych – są zastanawiające, może to zastanowienie zahacza nieco o zażenowanie, ale byłbym strasznym hipokrytą, wieszając na kimś psy za jakiś fuckup przy robocie.

Róbcie, co trzeba. Może poza wyłączeniem możliwości pisania tutaj, bo gdyby to wydarzyło się znów, to może nowego portalu nie będzie już dla kogo stawiać. 

 

Uprzejmie dziękuję za wizytę, Kronosie! Szalenie mi miło, że tekst ci się spodobał.

Uwagom przyjrzę się w pierwszej wolnej chwili, ale nastąpi ona zapewne dopiero po ukończeniu – tadaaam! – kolejnej przygody o Schodzącym i Strażniku.

Wielkimi krokami zbliżam się właśnie do 40k znaków. Mam nadzieję, że zamknę całość jeszcze w pierwszej połowie sierpnia, a potem wprowadzę tu poprawki. :) 

Gratulacje – jesteś więc mistrzem mimikry, bo tekst wygląda jak żywcem skopiowany, a przy okazji znacząco różni się od Twoich poprzednich tekstów, które przejrzałem po lekturze tego i które oceniam znacznie wyżej. 

Ba! Nawet w komentarzach w tym wątku napisałeś zdania, które w moim odczuciu są znacznie lepsze niż styl, na jaki zdecydowałeś się w tekście. Chociażby to:

Wibracja jedna, jakby świat znał tylko jeden sposób drżenia. Tempo raz uciekało przede mną, raz ja przed nim.

No cóż, pozostaje mi zaufać, że są tu dorośli emocjonalnie i odpowiedzialni za swoje słowo ludzie i uznać, że przewrotnie tym razem sam się oszukałem i przeoczyłem wykorzystanie białkowego autora w tekście. (Choć jest to zdanie rzecz jasna naciągane, bo o ile styl całkowicie do mnie nie trafia, o tyle sam pomysł na tekst i prezentowaną na głębszym jego poziomie wrażliwość doceniam). 

Gdyby ktoś mnie przejrzał, też bym tak mówił! :D 

A serio, no cóż – raz chciałem strzelić i nawet w konkurs nie trafiłem, bywa. ;)

Cześć, Maćku,

wybacz, zacznę od pytania, czy i w jakim stopniu wspierałeś się AI? W trakcie lektury naszły mnie takie przypuszczenia, dlatego uznałem, że zanim wejdę w dyskusję o samym tekście, upewnię się, czy jest warto.

Jeżeli tekst jest całkowicie Twój, chętnie zamieszczę kolejny komentarz. :)

Poniżej kilka cytatów, żeby uzmysłowić, dlaczego o to pytam. Wylistowuję te, które rzucają się w oczy najbardziej. Pomijam kilka trącących AI metafor, bo ostatecznie skądś się ich uczył – może jest to czyjaś wrażliwość.

 

Kilka godzin później obudził go metaliczny huk. Nie był głośny. Był nieodwołalny.

Tym razem nie był to rozkaz.

Była to decyzja.

Nie dlatego, że muzyka mogła ich uratować.

Dlatego, że wciąż byli ludźmi.

I wtedy poczuł coś dziwnego.

Nie obecność.

Nie czyjąś dłoń.

Raczej pewność, że wszystkie godziny spędzone z tym instrumentem – samotne ćwiczenia chłopaka ze wsi, koncerty, lata pracy – prowadziły właśnie do tej chwili.

Grała przy bramie.

Nie dla publiczności.

Nie dla sztuki.

Dla rozkazu.

Następnego ranka wyczytano jej numer.

Nie krzyczała.

Nie prosiła.

Zdjęła skrzypce z ramienia i podała je starszemu muzykowi.

Anonimowy nabywca kupił skrzypce za fortunę.

Nie oddał ich muzykom.

Nie wystawił ich w sali koncertowej.

Zamknął je w stalowym sejfie.

No dobra, jednak odważę się na jedną zgadywankę. O autorstwo Emerytury sierżanta podejrzewam Bruce. ;) 

A jeżeli wróżymy z komentarzy, to przychylam się do Waszych typów, że Program telewizyjny to dawidiq150.

Reszta pozostaje dla mnie nieodgadniona. :D 

Rozumiem. W takim razie – postawiłaś przed sobą trudne wyzwanie, żeby utrzymać uwagę czytelnika bohaterem, który z niefajnego zmienia się w jeszcze bardziej niefajnego. :D NIe mówię, że taki zabieg jest niemożliwy, ale na pewno jest to dużo bardziej wymagające niż w przypadku bohaterów, na których odbiorcy zależy. :) 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Czy jury będzie udostępniać swoje opinie o wszystkich tekstach, czy skoncentruje się jedynie na zwycięzcy / top 3? 

Dzień dobry, 

zacznę od tego, co wynotowałem podczas lektury.

 

Pociąg Zbąszynek-Poznań bardzo późno zajechał na stację. Dwugodzinne opóźnienie spowodował wypadek na trasie. Dla niego, w odróżnieniu od reszty pasażerów, była to komfortowa sytuacja.

Dla pociągu? :D

 

Od trzech lat widniał jako osoba bezdomna

Gdzie tak widniał?

 

Szlajał się bez celu, zbierał złom, butelki, właściwie cokolwiek, co się dało. Większość wydawał na alkohol.

Tutaj może być, że już się czepiam nad miarę i taki skrót myślowy jest ok, ale z tego tekstu wynika, że na alkohol wydawał nie pieniądze, a złom i butelki. Sugeruje dodać: Większość zarobionych z tego pieniędzy wydawał na alkohol. 

 

Niewiele istot przemierza perony dworca tak późną porą.

Słowo istoty w tym miejscu wzbudza ciekawość. Komentuję na bieżąco podczas lektury, więc daję znać, że oczekuję, że faktycznie nasz bohater na dworcu spotyka się z jakimiś istotami, a nie jest to po prostu synonim dla ludzi. (Edit: kurczę, szkoda!)

 

Uważał się za wolnego ducha. Z wyboru. Miał w życiu swoje problemy, więc postanowił się od nich odciąć.

Raczej: Miał w życiu problemy, od których postanowił się odciąć.

 

Podmuch chłodnego wiatru wymusił wtulenie się w wyświechtaną kurtkę. Jedyna pozostałość z dawnego życia

Może: Jedyną

 

Szedł znaną sobie trasą.

Szedł znaną trasą / Znał tę trasę.

 

Chciał uciec, szczególnie od świateł i hałasu dobiegających z pobliskich Targów.

Nie jestem pewny, czy światła mogą dobiegać. Poza tym mieszkam w Poznaniu od lat, ale nigdy nie spotkałem się z hałasami z Targów tak głośnymi, aby było je słychać przy wyjściu z Zachodniego. Przynajmniej o tak późnej porze. Zakładam, że mogło mnie nie być w okolicy, gdy odbywały się jakieś koncerty, ale wzbudziło to moją wątpliwość.

 

Co chwilę przechodził na drugą stronę ulicy, głęboko chowając ręce w kieszeniach, by omijać innych

Głogowska ma dwie dwupasmowe jezdnie, a pośrodku torowisko. Serio przechodził przez nie co chwilę? Mam problem z uwierzeniem z tę scenę.

 

Wciągnął zimowe powietrze i ze zdziwieniem odkrył brak pary z ust.

Dopiero by się zdziwił, gdyby para pojawiła się przy wciąganiu powietrza. ;) Przy wypuszczaniu to jeszcze. Nie wiem też, czy brak można odkryć. Może raczej zdał sobie sprawę?

 

Spokojnym krokiem starszego człowieka parł przed siebie.

Przecież co chwilę przechodzi na drugą stronę ulicy – nie leży to blisko spokojnego kroku straszego człowieka.

 

Pierwsza myśl była jedna.

Zwykle tak jest. ;)

 

Ulice Poznania stopniowo zalewały się wodą.

Zrezygnowałbym ze wskazywania na Poznań (wiemy już, gdzie dzieje się akcja) oraz chyba lepiej brzmiałoby, że ulice zalewała woda, a nie, że zalewały się.

 

Przyznaję, że resztę tekstu raczej przeskanowałem, niż przeczytałem. Do tego fragmentu nie pojawiło się nic, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Nie polubiłem bohatera, bo i nie za bardzo miałem za co. Szkoda, bo doświadczony przez życie alkoholik to postać z potencjałem, w której można wprowadzić jeden interesujący twist, żeby zatrzymać przy nim odbiorcę. Tutaj przez pierwszą połowę tekstu mamy do czynienia z chłopem, który ucieka od odpowiedzialności za siebie, sprawczosć go przerasta, a sam ocenia wszystkich z góry i gardzi cudzymi porażkami. Wypisz wymaluj, stary, co nie musi iść na terapię. :P 

Mam wrażenie, że to zalanie miasta wodą wydarza się dość nagle i zostaje opisane w taki sposób, że nie wiem, czy to kataklizm, czy co innego. Trochę mamy Ślepnąć od świateł w domu… 

Chociaż tekst mi się nie spodobał, chętnie dowiem się, jaką historię chciałaś opowiedzieć? Przede wszystkim – kim miał być Twój bohater na początku, a kim miał się stać na końcu opowieści?

Nowa Fantastyka