- Opowiadanie: Łukasz Kuliński - Przewoźnik

Przewoźnik

Coś dla fanów twórczości H.P. Lovecrafta. 

 

Tekst ukazał się pierwotnie w XIX numerze “Magazynu Histeria”. Został napisany na konkurs “Love Chthulhu II”. Jako, że “Histeria” wypuszcza dziś kolejny numer, zamieszczam tekst również tutaj. 

 

Autorem ilustracji jest Zvyrke, któremu jeszcze raz serdecznie dziękuję. 

 

Życzę miłej lektury :). 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy III, Użytkownicy IV, CountPrimagen

Oceny

Przewoźnik

 

Sądzę, że nic nie mogło mnie przygotować na to, co spotkało mnie owej przeklętej nocy. Niewiedza i ignorancja są największymi błogosławieństwami ludzkości, lecz zdrowy umysł niedoświadczony przez przerażające tajemnice podwodnych głębin nie potrafi docenić tego wielkiego daru.

Nazywam się Philip Morris i piszę te słowa w dniu mojej śmierci. Nie obchodzi mnie już nic, chcę jedynie uwolnić się od straszliwej wiedzy i świadomości, które prześladują mnie każdego dnia. Kiedy skończę sporządzać ten dokument, rzucę się z okna mojego domu przy Rouge Street i raz na zawsze zakończę dręczący mnie koszmar.

Od ponad dwudziestu lat pracuję w szeregach straży przybrzeżnej. Mój zawód wymaga ode mnie spędzania długich, samotnych godzin na pokładzie kutra i przeczesywania niedostępnych brzegów Newburyport w poszukiwaniu przemytników. Tej strasznej nocy oddaliłem się jednak od zwyczajowych okolic patroli, bowiem moja wysłużona Florette nie zdołała się oprzeć zdradliwym prądom i poniosła mnie w mroczne rejony owianej złą sławą Diabelskiej Rafy.

Stare opowieści, powtarzane szeptem wśród marynarzy, przestrzegają przed zapuszczaniem się w to niebezpieczne miejsce. Mówią o pewnych niejasnych i mrocznych sekretach skrywanych przez rodzinę Marshów, która żyje w pobliskim Innsmouth, o kontaktach z dziwnymi mocami, a nawet o paktach podpisywanych z samym Diabłem. Jako stary wilk morski znałem te historie, jednak wkładałem je między bajki i przesadzone wymysły schorowanej wyobraźni.

Po kilku godzinach walki z silnym prądem udało mi się w końcu zmusić Florette do posłuszeństwa i uruchomić jej stary, zużyty silnik, który wyłączył się jakiś czas wcześniej. Chciałem jak najprędzej oddalić się od tych niegościnnych wód i powrócić do bezpiecznego portu. Zobaczyłem jednak coś, co przykuło moją uwagę i skłoniło do pozostania na miejscu.

Oto bowiem w słabym świetle reflektora zamajaczyła mi burta okrętu. Zdziwiłem się niepomiernie, gdyż według mojej wiedzy żadna jednostka nie miała zawitać do Newburyport jeszcze przez najbliższe trzy miesiące. Nie sądziłem również, aby jej celem miało być stare Innsmouth, gdyż żadne statki nie odwiedzały tego zapomnianego miejsca.

Żałuję, że poczucie obowiązku i przeklęta, ludzka ciekawość skierowały mnie wtedy w stronę tajemniczego obiektu. Gdybym tylko mógł cofnąć czas i odwrócić bieg zdarzeń, moja Florette wróciłaby do domu, a ja nigdy więcej nie wspomniałbym o tym wydarzeniu.

Stało się jednak inaczej. Zamiast uciec, podniosłem słuchawkę radiostacji i próbowałem wywołać kogoś z okrętu. Odpowiadała mi jednakże głucha cisza, co jeszcze mocniej utwierdzało mnie w przekonaniu o tajemniczości tego zdarzenia i niejasnym przeznaczeniu statku. Podpłynąłem więc bliżej i z pomocą reflektora przyjrzałem się lepiej tej dziwnej jednostce.

Okazało się, że mam do czynienia z parowym kolosem o grubych stalowych burtach, potężnym kołem gotowym zaatakować wodę swoimi wielkimi jak łapy gigantów wiosłami oraz przysadzistym kominem wycelowanym w niebo. Z rosnącym zaciekawieniem oświetlałem okręt, aż natrafiłem na przeżarty rdzą napis, który zdradził mi jego imię: Polifem.

Zbliżyłem kuter do samej burty olbrzyma i jeszcze raz spróbowałem skontaktować się z załogą przez radio. Na nic jednak zdały się nawoływania, gdyż nikt nie odpowiadał na moje wysiłki. Poczułem dreszcz niepokoju. Wydało mi się co najmniej dziwne, że skryta w ciemnościach nocy jednostka milczy i nie reaguje na moją obecność. Z pewnością do tego czasu ktoś musiał coś usłyszeć, nawet jeżeli przysnął na posterunku. Poza tym reflektor oraz rzężący silnik Florette powinny przyciągnąć czyjąś uwagę.

W końcu porzuciłem daremne próby i postanowiłem dostać się na pokład. Odnalazłem metalową drabinkę przerzuconą przez jedną z burt i zacząłem wspinaczkę. Dziwiła mnie jej obecność. Wyglądało to tak jakby załoganci zeszli po niej wprost do wody. Była mokra, a ze szczebli zwisały glony.

Jestem człowiekiem morza. W swoim długim życiu widziałem wiele i zapewniam, że niełatwo jest złamać moją żelazną wolę, zahartowaną latami spędzonymi na patrolach na wysłużonej Florette. Przysięgam jednak, że kiedy dotarłem na górę i stanąłem na pokładzie Polifema, serce podskoczyło mi do gardła, a dusza struchlała.

Ciężko jest mi wyrazić słowami przedziwny widok, który ujrzałem. Nie ma bowiem w języku ludzi słów ani pojęć opisujących zjawiska i rzeczy, które nie zrodziły się w naszym świecie. Okręt ów, jestem tego pewien, nie pochodził z naszego wymiaru. Wiem, że Czytelnik, kimkolwiek jest, nazwie mnie szaleńcem czytając te słowa. I jestem nim z całą pewnością, któż bowiem nie postradałby zmysłów widząc to co ja widziałem i doświadczając tego, czego doświadczyłem ja?

Okręt krył na swoim pokładzie przestrzeń o wiele większą niż wskazywały na to jego rozmiary. Oto bowiem stanąłem przed wejściem do cyklopowego labiryntu, którego ściany zbudowane były z nieznanej mi, obcej materii. Wciąż widziałem nad sobą niebo, znajome konstelacje gwiazd oraz srebrną tarczę księżyca oświetlającą przeklętego Polifema. Przede mną jednakże rozciągała się zagadkowa przestrzeń, mroczny korytarz nieznanego przeznaczenia. Pełen obaw podszedłem do ściany i dotknąłem jej. Natychmiast jednak cofnąłem rękę, gdy okazało się, że jest miękka. Odniosłem wrażenie, że nie dotykam kamienia, ale żywej, organicznej istoty, która poczuła moją dłoń.

Podszedłem do miejsca, które, jak sądziłem, stanowiło wejście i poświeciłem w głąb latarką. Dopadło mnie wtedy gwałtowne uczucie mdłości, a w głowie zawirowało od widoku, który rozpościerał się przede mną. Labirynt bowiem zdawał się być skonstruowany według obcych praw geometrii, których nie mogłem pojąć, a które jawiły się przede mną. Kąty i krzywizny cyklopowej konstrukcji wiły się i zmieniały tworząc niemożliwe do pomyślenia formy. Człowiek w swoim pozbawionym znaczenia, krótkim życiu poznaje tylko niewielkie fragmenty tego, co nazywamy rzeczywistością. W tamtej chwili, brutalnie uświadomiony, zdałem sobie sprawę, jak mali i żałośni jesteśmy wobec nieskończonych tajemnic kosmosu.

Czemu nie zawróciłem? Miałem przecież szansę i teraz, kiedy spisuję tę relację w moim starym, zakurzonym mieszkaniu, ponownie zadaję sobie to pytanie. Być może ocaliłbym wtedy resztki poczytalności i uznał całą sprawę za chory sen, spowodowany przemęczeniem i życiem w ciągłym stresie. Jest jednak za późno. Nie odwróciłem się bowiem i nie zszedłem po drabince na pokład kutra. Zamiast tego wkroczyłem w mroczną otchłań labiryntu.

Mimo napięcia i przerażenia, które targały moim sercem, zachowałem resztki rozumu. Podczas wędrówki przez cyklopową konstrukcję starałem się zawsze skręcać w lewo. Miałem dzięki temu pewność, że nie zgubię się w jego odmętach i będę w stanie odnaleźć drogę do Florette.

Wraz z postępem wędrówki nasilało się we mnie osobliwe uczucie, które powodowało największy lęk. Miałem bowiem wrażenie, że od czasu do czasu coś przygląda mi się ze ścian. Kilkakrotnie odwracałem się gwałtownie i świeciłem latarką, wypatrując obserwatora, jednakże ani razu go nie dostrzegłem. Mimo to byłem przekonany, że coś czai się za moimi plecami, gdyż towarzyszyły mi ohydne odgłosy przypominające mlaskanie czy też kroki mokrych stóp na pokładzie. Pożałowałem, że opuszczając kuter nie zabrałem ze sobą rewolweru. Rugałem się w myślach za ten karygodny błąd. Po prawdzie jednak podświadomie wiedziałem, że broń nie zdałaby się tutaj na wiele. Miałem bowiem do czynienia z zagadką nie pochodzącą z naszego świata i nie sądziłem, aby broń mogła dać mi jakąkolwiek przewagę w starciu z takim niebezpieczeństwem. Wewnętrzny dialog uspokajał mnie i dzięki temu mogłem zająć myśli czymś innym niż odgłosami potwornego mlaskania za plecami.

W końcu labirynt skończył się i wyszedłem na przestronny plac. Na środku spoczywała piramidalna konstrukcja, zbudowana z kamienia. Jego powierzchnia emanowała dziwnym kolorem. Nazywam to zjawisko „kolorem” jedynie z braku lepszego określenia, gdyż nie przypominało niczego, absolutnie niczego, co kiedykolwiek oglądało ludzkie oko. Nie potrafię tego zrozumieć. Miało barwę, której nie jestem w stanie opisać, a gdy teraz staram się ją przywołać w mojej schorowanej pamięci czuję potworny ból w skroniach. Jeśli miałem wtedy jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że zetknąłem się z czymś obcym, z czymś, czego nigdy nie obejmie ludzkie pojmowanie to zostały one ostatecznie rozwiane.

Na szczycie piramidy majaczyła konstrukcja. Zdało mi się, że jest to posąg, jednakże jego oblicze skryte było za nienaturalnym kolorem, który bił w moje oczy. Z duszą na ramieniu zacząłem wspinać się po stopniach. Dostrzegłem wtedy, że na powierzchni kamienia wyryte są symbole czy też hieroglify najbardziej karykaturalnej i nieludzkiej wymowy. Przedstawiały zwierzęta żyjące w odmętach oceanów, wielkie ośmiornice, węże morskie oraz powykrzywiane polipy i skorupiaki. Wszystkie miały w sobie coś niepokojącego, jakiś pierwiastek pierwotnej grozy i szaleństwa, które przedstawiały się w ich hybrydowych formach i kosmicznych geometriach ciała, zmieniającego się na moich oczach.

Wreszcie wszedłem na sam szczyt. Nie myliłem się przy pierwszym spostrzeżeniu, rzeczywiście bowiem stanąłem przed obliczem posągu. Cóż on jednak przedstawiał? Nie potrafię stwierdzić. Była to potworna istota o głowie pełnej macek, tłustym i gąbczastym tułowiu pokrytym łuskami o niewyobrażalnych, nie mających prawa istnieć kształtach. Z jego pleców wyrastały połamane skrzydła, które otulały całą postać i nadawały jej niewymownie mroczny wygląd. Posiadał masywne, żabie nogi, zakończone długimi pazurami wbijającymi się w pokład. Najgorsza jednak była jego twarz. Ponad ohydnymi mackami umieszczone były oczy, rozłożone w trzy pary, zupełnie jak u pająka.

Kiedy na nie spojrzałem, otworzyły się i wbiły we mnie swoje wilgotne spojrzenie.

Usłyszałem wtedy krzyk, który dobył się z mojego ściśniętego gardła. Chyba zatoczyłem się do tyłu i upadłem, gdyż następne, co pamiętam, to plątanina mrocznych obrazów przetaczających się przez mój zagubiony umysł, kiedy leciałem w dół schodów. Nie wiem jak udało mi się podnieść i zmusić sparaliżowane ciało do ucieczki. Nie wiem również jak długo biegłem. Przez nieokreślony czas, który mógł trwać zaledwie chwilę, kilka minut lub godzin, błąkałem się w potwornym labiryncie we wnętrzu Polifema.

Dotarłem do miejsca, które wydało mi się znajome. To tutaj powinna być drabinka, a pod nią stara Florette, której pokład był jedynym ratunkiem. Nim jednak zdołałem do niej dobiec, zobaczyłem coś jeszcze.

Dziękuję Bogu za to, że w trakcie panicznej ucieczki przez wnętrze labiryntu zgubiłem latarkę. Dzięki temu upiorne postacie otaczających mnie koszmarnych istot widziałem oświetlone jedynie słabym blaskiem księżyca. Oto bowiem stała wokół mnie załoga przeklętego Polifema. Ich pokraczne, humanoidalne sylwetki przypominały ludzi tylko z pozoru. Wiedziałem jednak, że z pewnością nimi nie są. Oślizgłe ciała tych marynarzy pokryte były śluzem. Kończyny zakończone mieli płetwami, a z twarzy wielu z nich wyrastały pokraczne macki, na wzór i podobieństwo ich mrocznego patrona, którego posąg widziałem wcześniej.

Po raz kolejny tej nocy wrzasnąłem i rzuciłem się do panicznej ucieczki. Przeskoczyłem przez burtę i po drabince ześlizgnąłem się na pokład Florette. Machinalnymi ruchami odpaliłem silnik i z całą mocą, na jaką stać było wysłużony kuter, popłynąłem przed siebie. Nim oddaliłem się na bezpieczne, znane wody, tylko jeden raz obejrzałem się za siebie.

Polifem odpłynął. Na własne oczy widziałem jak otworzyło się przed nim oko portalu, a on, wydając miazmatyczny wyziew z wycelowanego w niebo komina, wskoczył w zapraszające objęcia obcego wymiaru. Widziałem podwodne, cyklopowe miasto pod powierzchnią oceanu, które musiało być portem dla tego demonicznego okrętu. Widziałem przeklęte, nienazwane istoty, które oczekiwały jego przybycia, śpiąc przez niezliczone eony czasu w swym ukrytym domu.

Od tamtego czasu co noc słyszę ich szepty. Wiem, że Polifem znów przypłynie, aby jego załoga mogła dopełnić mrocznych paktów podpisanych z Marshem i mieszkańcami Innsmouth. To wszystko prawda! Przeklinam tych ludzi, przeklinam ich wszystkich!

Nie mogę już dłużej znieść głosów w mojej głowie. Wiem, że zbliża się czas powrotu. Gwiazdy znów ustawią się w odpowiednim układzie, a Polifem pojawi się w porcie. Tym razem jednak znajdzie mnie i zabierze ze sobą, a ja dołączę do jego załogi.

Słyszę go teraz. Przemawia do mnie.

 

 Ph'ngluimglw'nafhCthulhuR'lyehwgah'naglfhtagn.

 IaCthulhu! IaDagon!

Koniec

Komentarze

Coś dla fanów twórczości H.P. Lovecrafta. 

Cóż, Łukaszu, pierwsze zdanie przedmowy jasno określa odbiorców opowiadania, a ponieważ fanką rzeczonego autora z pewnością nie jestem, Przewoźnik, niestety, nie przypadł mi do gustu. Opowiadanie zdało mi się bardzo wtórne, mało odkrywcze i raczej nudne.

W lekturze przeszkadzał mi nadmiar zaimków.

 

Sądzę, że nic nie mogło mnie przy­go­to­wać na to, co spo­tka­ło mnie owej prze­klę­tej nocy. […] Na­zy­wam się Phi­lip Mor­ris i piszę te słowa w dniu mojej śmier­ci. Nie ob­cho­dzi mnie już nic, chcę je­dy­nie uwol­nić się od strasz­li­wej wie­dzy i świa­do­mo­ści, które prze­śla­du­ją mnie każ­de­go dnia. Kiedy skoń­czę spo­rzą­dzać ten do­ku­ment, rzucę się z okna mo­je­go domu przy Rouge Stre­et i raz na za­wsze za­koń­czę drę­czą­cy mnie kosz­mar. Od ponad dwu­dzie­stu lat pra­cu­ję w sze­re­gach stra­ży przy­brzeż­nej. Mój zawód wy­ma­ga ode mnie spę­dza­nia… – Przykład nadmiaru zaimków. Czy wszystkie są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykro mi, że opowiadanie Cię znudziło, Reg. Mimo wszystko dziękuję za wizytę i komentarz. 

 

Jeśli chodzi o zaimki to nie wszystkie są konieczne. Jednak nie uważam ich również za zło i pozostawię tak, jak jest. 

 

Pozdrawiam serdecznie. 

To Twoje opowiadanie, Łukaszu. Wyłącznie od Ciebie zależy, jaki słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie znam już z Histerii. Czuć klimat Samotnika z Providence, widać że autor dobrze czuje się w takiej formie opowieści. Może mało jest straszenia i ogólnej grozy, ale czytało mi się całkiem przyjemnie. No i świetna ilustracja, uwielbiam taki styl rysowania :)

Dziękuję serdecznie za opinię i klik, Belhaju. 

Hmmm. Myślę, że naśladownictwo Lovecrafta udało Ci się aż za dobrze. Za dobrze, bo Jego teksty do mnie nie trafiają. I na Twój reagowałam podobnie.

To samo, wiele znaków trwające, obiecywanie czegoś strasznego, co w końcu okazuje się nie aż tak straszne, bo bohater wyszedł z historii bez większego szwanku. Fizycznego przynajmniej. Przewyższyłeś pierwowzór o tyle, że tekst nie jest strasznie przewidywalny, a zakończenie oczywiste.

Przeskakując przez burtę, po drabince ześlizgnąłem się na pokład Florette.

Taka konstrukcja zakłada jednoczesność wydarzeń, co wydaje się mocno problematyczne.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, że wpadłaś, Finklo. 

Tekst jest, nazwijmy to, prywatnym hołdem oddanym Lovecraftowi. Wiem, że jego teksty są mocno przewidywalne, że tak naprawdę nie straszą itd. Ale zawsze ujmują (przynamniej mnie) klimatem i specyficznym językiem, którego nie znajduję u innych autorów. Jeśli uznałaś, że “Przewoźnik” przypomina styl Lovcrafta to, mimo że go nie lubisz, cieszę się bo udało mi się napisać to tak, jak chciałem. Opowiadanie miało być takie, jakby to sam Samotnik je stworzył. 

 

Pozdrawiam :). 

Przypomina, przypomina… ;-)

Babska logika rządzi!

Fanem Lovecrafta nie jestem, ale opowiadanie sprawiło, że mam ochotę odświeżyć sobie parę opowiadań.

Szału nie robi, sensu za wiele nie ma, ale bez tego “braku sensu” nie byłoby klimatu. Tylko że ten klimat został stworzony już przez Lovecrafta. Rozumiem, że tekst pisany na konkurs, ale nawet wzorując się na kimś, można dać coś od siebie. Polecam Ci Niecenzurowane rozmowy z Bogiem-idiotą. Tam inspiracje są potraktowane nieco luźniej. 

Szkoda, że nie chcesz poprawić nadmiaru zaimków. Mnie także one przeszkadzały, a w wielu miejscach można by ich łatwo uniknąć. Gdyby nie to, kliknąłbym bibliotekę, ale jednak to za duża usterka. Brakowało też paru przecinków. 

Ogólnie nawet przyjemna, klimatyczna lektura, ale do szybkiego zapomnienia. 

 

PS W nowej Histerii jesteśmy “sąsiadami” ;)

Dziękuję za opinię, Fun. 

Szkoda, że te zaimki tak drażnią, ale zostaną tak jak są ;). “Niecenzurowane rozmowy…” czytałem, ale odpuściłem gdzieś w połowie. Pamiętam, że coś mi się nie spodobało i już nigdy nie wróciłem. 

Które opowiadanie z majowej Histerii jest Twoje?  

Po prostu na przyszłość staraj się unikać zaimków. 

“Diabeł albinos i brudny człowiek” – to. 

Jak przeczytam Twoje, napiszę, co sądzę, na privie. Ale już teraz gratuluję wygranej w konkursie ;)

Ha, zgadłem! Twój styl ;)

Mocny klimat Lovecrafta, dobry kawałek, choć też nie ucieka poza standard. Niestety mnie także raziły te nadmiarowe zaimki. W moim odczuciu burzą klimat, bo mi kojarzyły się z tymi mewami z Gdzie jest Nemo? wiecznie wołającymi “moje, moje” ;) Poza tym reszta na miejscu, napięcie powoli budowane i w końcówce dobrze wykorzystane. Dobra, przyjemna lektura, choć bez wielkich fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za wizytę i komentarz NoWhereMan.

To ja jeszcze dodam, że Lovecraft jak w mordę. Co, paradoksalnie, jest jednocześnie największym plusem i minusem opowiadania. ;)

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dziękuję za komentarz, Elenarze ;).

Zgodzę się całkowicie z Elanarem. Od początku towarzyszyła mi myśl, że mógłbyś powiedzieć, że to figiel taki i tak naprawdę wkleiłeś autentyczny tekst Lovecrafta, a ja bym uwierzył. No, prawie. Niektóre elementy fabuły wydały mi się jednak nieco podejrzane, jak na twórczość człowieka, który opisywał, co znał. Np. dlaczego straż przybrzeżna patroluje w pojedynkę? Jak radziłby sobie taki pojedynczy funkcjonariusz z jednoczesnym wypatrywaniem i łapaniem przemytników oraz sterowaniem łodzią? Naprawdę żaden statek miał nie wpłynąć do portu przez 3 miesiące? Że żaden bocznokołowiec to rozumiem. W czasach Lovecrafta już ich zdaje się nie było (z Maine mi się, szczerze mówiąc, w ogóle nie kojarzyły, ale sprawdziłem i mieli przynajmniej jeden, więc punkt dla Ciebie).

Tak więc zgadza się, Lovecraft jak się patrzy, ale ja Lovecrafta już czytałem. Coś nowego poproszę. Stary Howard podobał mi się bardziej, niemniej i ten tekst technicznie jest całkiem w porządku.

Cieszę się, że wpadłeś, Vargu! 

Tekst był pisany na Lovecraftowski konkurs, stąd takie nastawienie na jego styl. Jest to jedyny fanfik, który popełniłem i nie zamierzam popełniać kolejnych. Cthulowego konkursu zwyczajnie nie mogłem sobie odmówić bo uwielbiam Lovecrafta. 

Pozdrawiam serdecznie.

Całkiem przyjemnie mi się czytało. Potrafiłeś stworzyć fajny klimat i chociaż może jakąś wielką fanką Lovecrafta nie jestem, to Twoje opowiadanie mi się spodobało. Ale zgadzam się z przedpiścami – zaimków tu tyle, co macek Cthulhu ;) Wiem, pisanie w pierwszej osobie do najłatwiejszych nie należy, ale da się. 

Nieźle :)

Bardzo się cieszę, że wpadłaś i zostawiłaś opinię, Iluzjo :). Sądziłem, że opowiadanie zniknęło już w odmętach Poczekalni. 

Pozdrawiam.

Przybywam późno (nie dość że po drugiej, to jeszcze tyle dni po publikacji…), ale przybywam!

 

I jestem bardzo zadowolony :)

Klimacik gęsty, niepokojący, akcja toczy się powoli, ale nieubłaganie i te dwa ostatnie wersy… Cholernie odpowiednie.

Tekst krótki, a zdołałeś zawrzeć w nim odniesienia do Lovecrafta, zajmującą historię i jeszcze szczyptę kosmologii Cthulhu. Szkoda, że na portalu jest niewielu amatorów takiej literatury – moim zdaniem tekst na bibliotekę z pewnością zasługuje.

 

Z minusów – porządek opowieści wskazuje na to, że bohater opuści statek bezpiecznie, co nieco zmniejsza dramatyzm. No i przecinki trochę szwankowały.

 

Dzięki za fajną opowieść przed spaniem, trzym się!

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję serdecznie za miły komentarz, Hrabio. Do usłyszenia przy kolejnym tekście ;). 

Super opowiadanie. Klimat tekstów Samotnika z Providence jak najbardziej wyczuwalny, oby tak dalej.

„Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn”. H.P. Lovecraft

Dziękuję ;)

Nowa Fantastyka