Profil użytkownika


komentarze: 133, w dziale opowiadań: 107, opowiadania: 54

Ostatnie sto komentarzy

Słuchajcie, są dalsze informacje na temat relacji opisanej przez Koalę!

 

W indyjskim internecie znalazłem fotkę, chyba z wesela Eve i Johna. Wygląda, że zabawa była przednia. Niemniej, choć oboje małżonkowie sprawiają wrażenie szczęśliwych, pozostają pewne wątpliwości, czy doczekają dzieci. wink

No tośmy sobie, ..., polatali!

Hej, beeeecki, Marszawo!

 

Bardzo dziękuję za przeczytanie, dobre słowo i kliki. Cieszę się, że opowiadanie zagrało klimatem i napięciem.

 

Co do upychania instygatora w skórę – pełna zgoda, czy to w wilczą, czy w dziczą, nie była to operacja dla ludzi o słabych nerwach ani standardowej wyobraźni wink. Ale tak jak piszecie – to baśń i to taka, w której wcześniej wilk najpierw połknął, potem wypluł i babcię, i wnuczkę.

Nawiasem mówiąc, mój dziadek opowiadał, że przed wojną wróble były jak gołębie, gołębie jak indyki, a indyki jak strusie. Nie da się więc wykluczyć, że i wilki, i dziki bywały wówczas odpowiednio monumentalne, by pana instygatora pomieścić bez nadmiernej ujmy dla prawdopodobieństwa. W końcu ta historia też dzieje się przed wojną. wink

 

Jeszcze raz dzięki za wizytę i miłe słowa!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Takie rzeczy w sumie istnieją – i u zwierząt, i najpewniej także u ludzi – nazywamy to feromonami. Termin kojarzy się głównie z erotyką, ale zjawisko obejmuje również inne sygnały, na przykład alarmowe czy związane ze strachem. Człowiek raczej nie odbiera ich już świadomie, ale sporo wskazuje na to, że wyłapuje je podświadomość. Jeśli ktoś się boi, jego pot niesie chemiczny sygnał strachu i to może udzielać się innym osobnikom tego samego gatunku, nawet jeśli nie wiedzą, skąd nagle ten niepokój. Za to osobniki innego gatunku, w tym agresorzy, nie zawsze muszą taki sygnał odczytać równie dobrze (no i dobrze).

No tośmy sobie, ..., polatali!

Przezabawny droubbel (gratulacje) i nie mniej zabawne komentarze. laugh

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć Maćku!

 

Podoba mi się w Twoim opowiadaniu zestawienie faktów i miejsc. Z przyjemnością doczytałem sobie w Wikipedii i obejrzałem podlinkowany film na YouTubie. Imponują mi tacy ludzie jak pan Edward – zawsze się zastanawiam, jak udaje im się funkcjonować, wyglądać zdrowo i nie dać dopaść dolegliwościom, mimo tak ograniczonego dostępu do rzeczy pozornie podstawowych, jak choćby świeża woda.

Pomysł zestawienia dwóch stron Odry i dwóch bardzo odległych od siebie perspektyw zamożności jest bardzo udany. Pasuje mi też forma – poetycka, lekko oniryczna, dobrze współgrająca z takim typem opowieści.

Mam jednak jedno zastrzeżenie: momentami natłok metafor trochę męczy. Miałem wrażenie, że niektóre z nich pojawiają się bardziej dlatego, że „dobrze brzmią”, niż dlatego, że niosą konkretną funkcję albo wynikają z naprawdę mocnego skojarzenia. Na przykład:

 

Matka poprawia mu kołnierz, jakby to mogło uporządkować świat

Domyślam się, że może chodzić o próbę pomocy w oswojeniu sytuacji w nowym miejscu, o jakiś gest przywracania ładu wobec niepokoju Maćka, ale to skojarzenie wydaje się dość dalekie.

 

Woda jest mętna, jak gdyby niosła w sobie wspomnienie czegoś, co nie chce opaść na dno.

To zmaterializowanie czegoś tak ulotnego jak wspomnienia do brudnej zawiesiny, do mnie nie przemawia.

 

publiczność słuchała z zamkniętymi oczami, jakby chciała coś sobie przypomnieć

Oczy podczas koncertu przymyka się raczej po to, żeby odciąć się od bodźców wzrokowych i skupić na słuchaniu, niekoniecznie po to, żeby coś sobie przypominać.

 

To oczywiście drobiazgi i kwestia mojego odbioru, ale w tych i jeszcze w paru miejscach miałem poczucie przemetaforyzowania.

 

Bardzo wybrzmiało mi za to przesłanie o nierówności perspektyw i o niesprawiedliwym podziale dóbr, których na ziemi ewidentnie wielu ludziom brakuje, a których starczyłoby dla wszystkich, gdyby ludzie umieli żyć skromniej – choć trochę jak pan Edward. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Super tekst Koalo! Przyjemnie czyta się takie pogodne opowiadania. smiley

Aż szkoda, że to short. frown 

 

Gdyby był trochę dłuższy, to może przeczytalibyśmy, co wydarzyło się po 0,64 asterrańskiego sola (red. odpowiednik dziewięciu ziemskich miesięcy).

No i pozostaje jeszcze jedno intrygujące pytanie: czy to, co wtedy przyszło na (wszech)świat, miało dwie ręce i pachniało, cztery ręce, ale nie pachniało, czy może natura poszła na kompromis i skończyło się na trzech rękach? A jeśli tak, to ile było lewych? Bo jednak lepiej nie mieć dwóch lewych rąk (chyba, że się jest mańkutem). wink


PS. Po lekturze Twojego opowiadania kult Śiwy nabrał dla mnie znacznie więcej sensu.laugh

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć OldGuard,

Dzięki za odwiedziny.

 

To w sumie równie dobrze mogło znaleźć się w przedmowie

Kiedy pisałem opowiadanie, słowo „instygator” wydawało mi się na tyle niezwykłe, że czułem się zobowiązany wyjaśnić, co oznacza. W międzyczasie przeczytałem jednak Sezon burz Sapkowskiego i przestało mi się ono wydawać aż tak niespotykane. smiley Mimo to chcę je zostawić, bo:

pojawia się w tytule

opis odsuwa trochę myśl czytelnika od skojarzenia ze standardową historią o Czerwonym Kapturku.

– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał.

Raczej kropka i z wielkiej

Też zastanawiałem się nad tym fragmentem. Może nie ma tu czasownika „paszczowego”, ale jest opis sposobu mówienia. Kropka i wielka litera sugerowałyby, że najpierw wypowiedział swoją kwestię, a dopiero potem jego głos stwardniał. A mnie chodzi o to, że te słowa od początku zostały wypowiedziane twardszym tonem.

 

– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.

Więc lekką ręką wydaje 30 groszy?

Ha! Czyli to może wcale nie jest czeladnik barwiarski? smiley

 

Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora, bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści

5 lat i sierść przetrwała?

A bo to wiadomo jaka chemia w tych cuchnących bagnach się wyrabia? wink

 

Przecinek w tytule dodałem, przydawkę usunąłem.


Cieszę się, że wyszło ciekawie. Dziękuję za uwagi i za klika. :)

No tośmy sobie, ..., polatali!

Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał za swoje zwyczajne obrządki. → Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał do swoich zwyczajnych obrządków.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

Okołopołudniowa Regs rozsiadła się nad rzekomo dopieszczonym tekstem i zabrała do swoich zwyczajnych obrządków. Bez zbędnych ceregieli wyprostowała odmiany, wytrzebiła przydawki, naprawiła kolokacje, tu i ówdzie boleśnie uświadomiła autorowi braki w wykształceniu, a na koniec, z właściwą sobie czułością, powytykała nonsensy. wink

 

Jak to dobrze, że z nami jesteś Regssmiley

 

Bardzo dziękuję za poprawki i wskazówki – już je naniosłem 

No tośmy sobie, ..., polatali!

A te ankiety, to gdzie się pojawiają?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Pustosłowie, miło powitać nowego forowicza.

W styczniu tego roku byłem dokładnie w tym miejscu, w którym jesteś teraz – czyli założyłem konto  na NF. To jedna z najlepszych decyzji, jakie podjąłem by zacząć pisać. W ciągu tych prawie trzech miesięcy moje krzywe motywacji i nauki o pisaniu wystrzeliły. Trzymam kciuki, żeby to samo spotkało Ciebie. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

HollyHell91, większość Twoich uwag zastosowałem. Dziękuję za nie.

 

Jejku, najpierw pomyślałam, że podmiot liryczny ma takie długie włosy wyrastające z pleców ;p

Przestawiłem trzy ostatnie słowa, żaby utrudnić włosom porost na plecach wink

 

Jak to jest możliwe? Przecież jak wkładasz ręce do kieszeni, to masz je przy tułowiu, nie możesz ramion wtedy rozłożyć.

Trzeba rozpiąć kurtkę zawczasu. Dopisałem.

 

Mój kochany Kubełek.

Ale bym zjadła teraz KFC.

laugh

 

Hm, hm, hm.

Ogólnie bardzo mi się podobało, choć wykonanie mogłoby być lepsze (reg mnie zaraziła ;p)

Czym zaraziła? Reg jest znana z wielu przymiotów. smiley


Przesłanie infodu(m)pie przyjąłem na klatę już kilka komentarzy temu. wink

 

Czytałem „Wędrówkę dusz” Michael Newton. A właściwie przeczytałem jakieś 22% i utknąłem – głównie przez poczucie niewiarygodności tego, co autor próbuje udowodnić. Jego hipnotyczne „dowody” i odwołania do dość mgliście opisanych eksperymentów, są dla mnie słabym fundamentem.

Nie to jednak było największym problemem. Najbardziej uwierało mnie to, że jego koncepcja kompletnie nie tłumaczy nierówności ludzkich losów. Jeśli przyjąć, że cierpienie w kolejnym życiu jest karą za poprzednie, to logika podpowiada, że z pokolenia na pokolenie powinniśmy być coraz lepsi – ucząc się na własnych błędach. A rzeczywistość tego nie potwierdza.

Z drugiej strony mamy skrajne przypadki: ludzie, którzy wyrządzali ogromne zło i prawdopodobnie nie postrzegali swojego życia jako kary, lecz jako swoistą uciechę, oraz ci, którzy od początku trafiają w los naznaczony cierpieniem – chorobą, przemocą czy skrajną biedą. I tu pojawia się pytanie: co właściwie musiałaby „zrobić” dusza, żeby na taki los „zasłużyć”? I czy w ogóle taka koncepcja ma sens?

Próba odpowiedzi na te pytania pchnęła mnie do napisania mojego opowiadania. Wziąłem ogólną ideę wędrówki dusz – obecną nie tylko u Newtona – i „dosztukowałem” brakujące elementy tak, żeby ta wizja była wewnętrznie spójna i przekonująca (co najmniej dla mnie).

No i… wyszedł z tego infodump. ????

 

O buddyzmie niczego szczególnego nie czytałem, ale Twoje uwaga o Ajahnie Brahmie sprowokowała mnie do poszperania w necie. Nabrałem ochoty, by obejrzeć któryś z jego wykładów na YouTube. Już dawno kusiło mnie poznać więcej i spróbować majndfulnesu, a Ajahn wydaje się dobrym wyborem dla początkujących. Dzięki za sugestię. 

 

Bardzo dziękuję za przeczytania, sędziowanie, wskazanie niedociągnięć i konstruktywnie budujący komentarz.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Marzanie, każda z Twoich uwag dała mi do myślenia i prawdę mówiąc, z każdej w jakimś stopniu skorzystałem. Poza tym dodałem, że to duży odyniec był, żeby nie trzeba było Gnębyszewskiego ćwiartować. wink A Różę przywołuję jako kwintesencję kobiecości/dziewczęcości. I tak – coś mają wspólnego ze sobą obie dziewczyny. smiley

 

Cieszę się, że spodobało Ci się prowadzenie akcji. Takie uznanie, od konkursowego championa, to zaszczyt.

 

Dziękuję za klik.

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Transhumanizm dryfujący w stronę cyberpanku. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Finklo:

I kto z nas pisałby się na taką przemianę?

Z wyrachowania, czyli żeby być lepszym, mocniejszym, szybszym – pewnie niewielu, przynajmniej na razie.

Ale im bliżej końca resursu naszego biologicznego „nośnika” mózgu, tym podejrzewam, że chętnych byłoby coraz więcej.

No tośmy sobie, ..., polatali!

 

Super opowiadanie. Uwielbiam takie tematy. smiley


Nie miał już ludzkich oczu. To chyba było najgorsze. Wzmocnienia mięśni, inny kolor unerwienia, błysk skóry, niemającej już nic wspólnego z ludzką. Ale oczy okazały się najważniejsze. 

Co to kolor unerwienia?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję bruce, Marszawo, Michaelu, za wszystkie opinie jurorskie. To dla mnie najcenniejszy element udziału w konkursie – możliwość skonfrontowania tekstu z uważną, wnikliwą lekturą.

 

bruce – większość sugestii naniosłem. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że po becie i własnych poprawkach niewiele już zostało, a tu jednak całkiem sporo rzeczy do doszlifowania. Dzięki za tę dokładność.

Jeśli chodzi o formę „stałom się gotowe” – jest ona w pełni zamierzona. Szukałem świadomie takiej konstrukcji, która pozwoli wyjść poza binarność rodzaju. W tym miejscu bohaterka jest już zjednoczoną świadomością – a więc czymś, co nie podlega podziałowi na męskie i żeńskie. Ta forma ma to właśnie zaznaczyć: stan „po” i stan „przed” kolejnym wyborem wcielenia, które dopiero może przyjąć określoną formę o płci, o której jeszcze nie zdecydowało.

 

Michaelu – nie zgadzam się z oceną, że zakończenie jest niefortunne. Nie jest ono efektem prowokacji ani ozdobnikiem, tylko istotnym elementem sensu drugiej części opowiadania. Rozumiem uwagę, że tekst jest czytany „tu i teraz” i może być różnie interpretowany. Nie uważam jednak, że powinienem dostosowywać formę do aktualnych skojarzeń czy uprzedzeń części odbiorców. Tym bardziej że bezpłciowość nie jest współczesnym konstruktem ideologicznym – jest obecna w wielu systemach religijnych i filozoficznych. Nawet biblijny Adam był po stworzeniu istotą pierwotnie pełną, zawierającą w sobie oba pierwiastki. Dopiero później, Bóg wyjął Adamowi symboliczne żebro i w ten sposób powstały oba pierwiastki męski i żeński. I dokładnie o tym nieokreślonym jeszcze stanie jest moje opowiadanie, a forma „stałom się gotowe” jest próbą językowego uchwycenia właśnie tego momentu.

 

Cieszę się, że opowiadanie Wam się podobało – a przynajmniej, że spodobała się choć jedna z jego części. Fajnie, że raz była to część pierwsza, a raz druga. 

Ze wszystkimi uwagami dotyczącymi zbyt mało literackiego charakteru drugiej części oczywiście się zgadzam. 

 

Bardzo dziękuję za Wasz czas i życzę Zdrowych, Wesołych i Pogodnych Świąt, spędzonych w towarzystwie tych, którzy są Wam bliscy.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Ja również dołączam się do podziękowań.

Wpadłem do konkursu,  jak mówią myśliwi, „z przyrzutu” – ledwo założyłem konto na portalu, a tu od razu taka okazja, więc bez większego namysłu się rzuciłem. Z perspektywy czasu absolutnie nie żałuję.

Poza czystą frajdą wyniosłem z tego dużo nauki – zarówno z własnego pisania, jak i z lektury tekstów koleżanek i kolegów, a przede wszystkim z komentarzy pod nimi. To był świetny mobilizator, żeby się odważyć publikować i próbować nowych rzeczy, oraz analitycznie czytać.

Obrazy są przecudne. Dla inspiracji „Senne przestworza” towarzyszyły mi przez ostatnie tygodnie jako tapeta na ekranie i muszę przyznać, że świetnie się z nim czułem.

 

Serdeczne podziękowania dla Pani Anny Słoncz za inspirację i stworzenie tak działających na wyobraźnie obrazów, dla jej syna za wytrwałość i organizację, oraz dla jurorów za dotrzymanie swojego zobowiązania.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję Zygfrydzie za przeczytanie i komentarz. 

Życzę pogodnych Świąt Wielkanocnych. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Łaaał! Duma mię rozpiera! Dzielić miejsce z tak dużą liczbą wspaniale piszących, to ho(n/rr)or! 

 

Gratuluję nagrodzonym! Wszystkim, choć szczególnie zdobywcy drugiego miejsca. Jego praca mocno mnie poruszyła i z pewnością zostanie na dłużej w moim sercu. Mówiąc szczerze jestem zdziwiony, że żuri nie oceniło jej najwyżej. No cóż, de gus ti bus nondis put and umest!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Gdzie szukać radia Głos Literacki?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć,

 

zazdroszczę umiejętności tworzenia zabawnych i jednocześnie gorzkich ze względu na kontekst, skeczy. laugh

 

Podoba mi się strzelanka dialogowa. Choć w pewnym momencie zacząłem się gubić, która z postaci wypowiada którą kwestię, ale skonstatowałem że niewiedza nie jest przeszkadza w odbiorze sensu sytuacji/gagu.

 

Fabularnie nie pasował mi temperament brata, do wersji z zimną krwią, za którą trafia się do więzienia. W odbiorze lektury to furiat, który zabił w afekcie, ale może ta furia to tylko kreacja Improstotelesa na potrzeby gawiedzi. Jeżeli tak, to fajnie żeby to wybrzmiało, np. w scenie przed więzieniem.

 

 

Dwa spostrzeżenia:

Reflektory rzucały ostre światło na druty kolczaste, których cienie rozcinały ciemne, poranne niebo na równe kawałki.

Cienie byłoby widać bardziej na ziemii, lub na murze. Chyba, że była mgła. Może np.:

Reflektory rzucały ostre światło na druty kolczaste rozcinające ciemne, poranne niebo na równe kawałki.

 

 

Z poniższego, świetnego fragmentu, może usunąć kawanaławiczne wyjaśnienia, które czytelnik może (z satysfakcją) dopowiedzieć sobie z kolejnych słów:

Nagle poczuł fantomowy ucisk szklanego hełmu na skroniach. Mózg, przyzwyczajony do przerabiania tragedii na sztukę, zaczął wariować. Na brudnym chodniku pod jego stopami wykwitła różowawa plama. Sos tysiąca wysp. Lepki, gęsty, spływał z krawężników, wypełniał pęknięcia w betonie, aż Improstoteles poczuł, że grzęźnie w nim po kolana. Automat do kawy wył, mieląc białe, czyste wspomnienia o bracie, z krwawymi, ketchupowymi obrazami z miejsca zbrodni, wypluwając papkę prosto na niego.


Bardzo wizualny szort. Dobrze się go czyta, wciąga i daje do myślenia. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo składnie się wyraziłaś smiley

 

Jestem na tym forum bardzo krótko, bo dwa miesiące, a w kontekście tego co piszesz, już nauczyłem się dwóch rzeczy:

 

1. Z dwojga złego chyba jednak lepiej zabijać bohaterów swoich tekstów, niż ludzi na ulicach.” – (to odpowiedź na moje pytanie: “co Wy wszyscy tacy krwiożerczy jesteście?”)

2.Pisanie to też forma autoterapii :)

No tośmy sobie, ..., polatali!

Zygfrydzie, Marszawo – dziękuję za odwiedziny i miłe słowa.

 

Zygfrydzie, właśnie zaczynam się zastanawiać, jak najlepiej komponować tekst przedmowy. Już kilka komentarzy pod opowiadaniami pokazało mi, że to dość delikatna sprawa: chcąc zachęcić do lektury łatwo powiedzieć o jedno zdanie za dużo i popsuć niespodziankę, jeśli taka kryje się w tekście. Poczytam jeszcze na ten temat na NF i podrzucę pytanie w Hyde Parku, jeśli zostaną mi jeszcze jakieś wątpliwości.

 

Marszawo, masz rację – Brajan nie ma wyjścia i musi sięgnąć po „Małego podróżnika w czasie”. Nie tylko po to, żeby ratować związek, ale przede wszystkim, żeby uniknąć odwetu przyszłej teściowej. Jeśli będę świadkiem tej sceny, to oczywiście ją tutaj opiszę. wink

No tośmy sobie, ..., polatali!

Sorry, że takie długie. Chciałem skrócić, ale kompletnie nie wiem co usunąć frown Wszystkiego mi żal.

Pierwszy dzień wiosny postanowiłem uczcić przebieżką po myślęcińskim parku. Biegło się lekko. Czułem, jak z każdym krokiem schodzi ze mnie napięcie ostatnich tygodni i ciężar poprawkowej sesji, którą wreszcie miałem za sobą.

W drodze powrotnej stanąłem na przystanku linii ZaT. Pogoda, dostosowując się do wymogów marca, zmieniała się jak w garncu. Wokół mieszały się głosy, głównie ukraińskie i rosyjskie, zlewające się w szmer, z którego niewiele rozumiałem. Pierwszy raz od dawna miałem w sobie tyle spokoju, żeby zwyczajnie gapić się na ludzi.

I wtedy ją zobaczyłem.

Górowała nad resztą o dobre pół głowy. Smukłą sylwetkę otulał przewiązany szerokim paskiem ciemnozielony płaszcz, spod którego wystawała ceglastoruda sukienka. Z ramienia zwisała obszyta kolorowymi koralikami płócienna torba. Dziewczyna wyglądała, jakby próbowała ożywić zwyczajny świat ozdobami z innej rzeczywistości. Może to efekt cienkich miedzianych obręczy połyskujących na nadgarstkach albo pęku kolorowych piórek kołyszącego się przy zamku torby.

Czarne włosy miała upięte w kok. Lubię, gdy kobieta czesze się w ten sposób – widać wtedy piękno linii szyi, przechodzącej łagodnym łukiem w ramiona. Kilka niesfornych kosmyków wymknęło się z upięcia, opadły na kark i policzek, i poruszane wiatrem podskakiwały, jakby cieszyły się swobodą.

Z uszu nieznajomej wystawały białe ogonki słuchawek. Przymrużyła oczy i niemal niedostrzegalnie poruszała ustami. Lekkim kołysaniem poddawała się rytmowi. Kiedy przechyliła głowę, dostrzegłem pod uchem tatuaż – klucz wiolinowy, którego środek wypełniało czerwone serce. Przez moment zdawało mi się, że pulsuje, ale musiało być to złudzenie wywołane ruchem ciała.

Nagle niebo zasnuło się chmurami. Słońce znikło, a cień opadł na przystanek tak szybko, jakby ktoś zasunął ciężką kotarę. Jeszcze przed chwilą świat skrzył się wiosenną świeżością, a teraz poszarzał. Dziewczyna przestała się kołysać. Z zaciśniętymi ustami i bladymi policzkami utkwiła wzrok gdzieś w jednym punkcie. Nie chciałem wyjść na bezczelnego gapia, więc cofnąłem się pod wiatę. Podążyłem za jej spojrzeniem. Dwóch chłopaków, jeden w markowych ciuchach, drugi ubrany całkiem zwyczajnie, stało blisko siebie. Przekazywali sobie coś z ręki do ręki.

Przeniosłem wzrok na dziewczynę. Pod jej uchem widniał rdzawy znak, przypominający spleciony z drutu kolczastego stryczek. Osobliwie kontrastowy dobór tatuaży, pomyślałem.

Chmury rozsunęły się równie nagle, jak się zbiegły, odkrywając słońce zalewające wszystko ostrym blaskiem. Dziewczyna jakby odtajała. Miękko patrzyła na młodą matkę siedzącą kilka kroków ode mnie. Kobieta trzymała na kolanach papierową torebkę, z której wystawała drożdżówka, a mała dziewczynka w różowej kurteczce i karminowej czapeczce co chwila wkładała do środka rączkę, by wyciągnąć z niej odrobinę kruszonki. Miała minę małej złodziejki przekonanej, że świat został stworzony specjalnie dla niej. Matka obserwowała ją z rozbawieniem. Dziecko promieniało.

Spojrzałem na szyję równie promieniejącej dziewczyny. Uśmiechało się z niej teraz małe słoneczko, którego pomarańczowo-żółte promyki wydawały się powiewać jak listki na wietrze. To nie mógł być trzeci tatuaż. Nad szyją jest tylko dwoje uszu, nie troje. Jeśli najpierw widziałem klucz wiolinowy, potem złowróżbny, rdzawy znak, a teraz to radosne słoneczko, znaczyło to tylko jedno: tatuaż się zmieniał. Poczułem dreszcz, choć słońce stało wysoko i grzało zaskakująco mocno jak na marzec.

Nadjechał autobus. Oczekujący ustawili się przy krawężniku, próbując odgadnąć, gdzie otworzą się drzwi. Z pojazdu wypadło najpierw kilkoro biegaczy, którzy lekko przemarznięci od razu ruszyli truchtem w stronę alejek. Za nimi wysiadły dwie kobiety z pieskami w dzierganych kubraczkach, a po nich na chodnik wyskoczył chłopak w białej koszuli, ze wstążką zamiast krawata. W kurtuazyjnym geście podał dłoń dziewczynie w czapce z puszystym pomponem. Jej oczy śmiały się ponad wielkim bukietem róż, w których zatapiała nos. Owionął mnie ich słodki, ciężki zapach. Był tak mocny, że z pewnością poczuła go też stojąca tuż przede mną dziewczyna z tatuażem.

Jej szyję zdobiła teraz narysowana jedną, nieprzerwaną linią róża w identycznym odcieniu jak te z bukietu. Tym razem nie mogłem już wmówić sobie, że to złudzenie. Ledwie rozchylone płatki poruszały się delikatnie, jakby to one roztaczały odurzający zapach. Patrzyłem urzeczony, próbując zrozumieć sens tego, co widzę, i kim właściwie jest nieznajoma.

Dam ci na imię Róża – pomyślałem, pod wpływem nieoczekiwanego impulsu.

Nagle kwiat schował się pod kołnierzem płaszcza. Zdałem sobie sprawę, że dziewczyna odwraca się w moją stronę. Spojrzała prosto na mnie. W jednej chwili zrozumiałem, że od początku wiedziała o mojej obserwacji. W jej oczach nie było wyrzutu. Lekko pochyliła głowę w moją stronę. Chciałem się cofnąć, ale nie zdążyłem.

Poczułem jej usta. Musnęły moje lekko i ciepło jak ogrzany słońcem płatek kwiatu. Trwało to zapewne ułamek sekundy, lecz miałem wrażenie, że czas się zatrzymał, że stoję na przystanku jednocześnie w świetle i w cieniu, ogrzewany słońcem i owiewany marcowym wiatrem.

Zamknąłem oczy.

Kiedy je otworzyłem, nie było autobusu. Nie było dziewczyny, biegaczy, matki z dzieckiem ani pary z różami. Tylko ja stałem na pustym przystanku pod niebem, po którym pędziły marcowe chmury.

 

Nie wiem, czy rzeczywiście pocałowała mnie dziewczyna z tatuażem, który zmieniał się wraz z tym, co działo się dookoła. Ale od tamtej soboty, ilekroć widzę kobietę z włosami upiętymi w kok, odruchowo patrzę na miejsce pod lewym uchem. Wciąż mam nadzieję, że spotkam Różę.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Hej beeeecki,

 

Animacja Soul jest na mojej liście do obejrzenia od paru lat. Zachęciłeś mnie do obejrzenia. Może tam znajdę „natchnienie” do tego jak zobrazować świadomość. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Kolory mogą odnosić się do:

– literackiego urzeczenia jurora,

– malarskiego urzeczenia jurora (w odniesieniu do obrazu).

 

Złoty – urzekł wszechstronnie, a pozostałe kolory tylko w jednej kategorii lub w żadnej?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Koalo, w każdym razie to z pewnością nie jest przypadek wink.

 

Dziękuję za lekturę i komentarz.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Czołem beeeecki,

 

dziękuję za ten komentarz i za klik. Zgadzam się z Twoimi zastrzeżeniami co do przedialogowania – i chyba powiedziałbym mocniej: ono nie jest tu lekkie, tylko całkiem zasadnicze. Tym bardziej mi miło, że mimo tego odczytałeś metafory, a przede wszystkim dostrzegłeś coś, na czym bardzo mi zależało: że ten tekst, mimo tematu, nie jest smutny. Nie chciałem, żeby był.

Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale po napisaniu tego opowiadania moje myśli o tym, co po śmierci – te, które pewnie od czasu do czasu nawiedzają każdego – stały się mniej paniczne. Między innymi dlatego chciałem się tym tekstem podzielić.

 

Kusi mnie też, żeby podjąć Twoje wyzwanie i spróbować opisać tę koncepcję bardziej przez akcję. Problem w tym, że w samym założeniu ten „nadświat” nie jest miejscem zdarzeń. To świat czystej świadomości, pozbawiony materii, ruchu, bodźców. Z tego braku zdarzeń wynika potrzeba wędrówki dusz – Pervity.

I tu mam pisarski kłopot: jak bardziej „pokazać”, a mniej „opowiedzieć”, coś, co z definicji nie tworzy obrazów, bo nie ma przedmiotów, gestów ani akcji? Co właściwie pokazać w świecie, w którym nie ma nic poza samym byciem świadomym?

Nie pytam retorycznie – naprawdę mnie to teraz ciekawi jako problem do rozwiązania. Mam poczucie, że tu jest następny krok, żebym mógł kiedyś wrócić do tej idei i napisać ją lepiej.

 

Dzięki za bardzo inspirujący komentarz.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Ambush – dziękuję i za doklik do biblioteki, i za wcześniejsze betowanie.

Wymuszona konsumpcją teściów przemiana materii mogłaby zablokować ekosystem japońskiego stawu, więc tym razem glonojadowi musiała wystarczyć Pusia. Choć kto wie – jeśli teściowa uzna, że jeziorko warto powiększyć…

 

Krzysztofie – to był moment! Pusia podeszła do stawu, by jak zwykle grzebiąc łapą w stawie straszyć rybki, aż tu nagle mięsożerna wersja glonojada…

Cieszę się, że tekst zdołał unieść kąciki Twoich ust. laugh

 

Heskecie – Dzięki za miły komentarz i cieszę się, że szort poprawił Ci nastrój.

 

Wszystkim dziękuję za przeczytanie szorta. :)

No tośmy sobie, ..., polatali!

Tytuł: Instygator czyli Czerwonego Kapturka historia prawdziwa

Znaki: 19k

Gatunek: fantasy

Tagi: groza, historia, baśń, wiedźmy, polska, proces, przemoc, las, tajemnica

 

Prawdziwa wersja baśni o Czerwonym Kapturku – bez fałszu i bez lukru. Osadzona w Polsce, w realiach procesów czarownic, oparta bardziej na napięciu i dialogach niż na klasycznej „baśniowości”.

Będę wdzięczny za uwagi dotyczące:

– stylizacji językowej (czy nie jest przerysowana / czy brzmi wiarygodnie),

– struktury opowiadania, prowadzenia napięcia i finału,

– oraz wszelką łapankę (język, literówki, potknięcia).

Każda opinia będzie dla mnie bardzo cenna. Im bardziej konkretna, tym lepiej.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dzięki za wyjaśnienie – po nim historia jest zrozumiała i zrobiła się jeszcze ciekawsza. W oryginalnym tekście bardzo dobrze zagrały klimat i tajemnica, a po Twoim komentarzu lepiej zobaczyłem, co stoi za finałem.

Niewiele brakuje, żeby to wszystko zagrało. Na przykład te kartki i notes z pudełka aż proszą się o jakiś drobny sygnał, że chodzi o coś więcej niż zwykłe notatki (zapis krwią?), żeby czytelnik miał trop, ale bez podawania wszystkiego wprost. Podobnie z Wandą: może wystarczyłby jakiś detal wcześniej, na przykład klucze, z charakterystycznym brelokiem, zauważone przez Kryśkę u nowego inwestora, a potem przekazane Kaznodziei podczas pożegnania?

 

Mam wrażenie, że winowajcą była presja konkursowego terminu. To znany problem: w głowie wszystko już jest spięte, ale czasu, żeby tekst odleżał, by spojrzeć z perspektywy mniej wiedzącego czytelnika. Świetnie działa pomoc betareadera, ale to też nie mniej niż tydzień.

 

Tak czy inaczej, to opowiadanie ma potencjał. Ma klimat, ma tajemnicę i zdecydowanie warto jest poświęcić mu jeszcze trochę czasu.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję Zakapiorze za miłą opinię o pierwszej cześci i oczywiście za klik. Zdaję już sobie sprawę z mankamentów części drugiej i wiem, że nie wszystkim taka jej postać przypada do gustu.

Większość sugestii językowych naniosłem – za nie też dziękuję. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Najbardziej podobało mi się w tym opowiadaniu umiejętne podtrzymywanie tajemnicy niemal do samego końca.

Mam jednak wrażenie, że finał nie domyka tej tajemnicy w stopniu, jakiego oczekiwałem. Rozumiem, że dokonuje się zemsta, ale nie do końca łapię jej sens, skoro ginie także syn Dalii. Podobnie w scenie końcowej trochę gubię się w logice kary: jeśli potępieni zostają sprawcy dawnego pogromu, to dlaczego obejmuje to także całe rodziny z niewinnymi dziećmi? Niejasne jest też dla mnie samo pojawienie się Dalii – w zestawieniu z czerwoną szczeliną i wonią siarki można odnieść wrażenie, że i ona wraca z piekła, co wydaje mi się trudne do pogodzenia z jej rolą ofiary.

Lubię niedopowiedzenia, ale tutaj zostało ich odrobinę za dużo. Zamiast satysfakcji z odkrycia sensu finału zostało wiele pytań. Szkoda, bo klimat i sposób budowania napięcia są naprawdę bardzo udane.

Znalazłem parę usterek (sugestii):

– Plakat? Jakiś znowu plakat?

Miało być z „ś”?

 

Oni jeszcze nie nazwaliby tego strachem, ale Kaznodzieja widział go to w ich oczach.

„go” lub „to”

 

Chłopca chroniłem, urywałem, i choć nie było to łatwe

ukrywałem

 

Czas odbył się również na nim. Już wtedy był wiekowy, a teraz zdawało się, że śmierć po prostu o nim zapomniała.

odbił

 

Poruszanie się sprawiało mu ból, ale narzekał.

A nie „nie narzekał”?


PS. A co stało się z Kryśką? To taka fajna postać smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Świetne opowiadanie. 

I nie będę się więcej mądrzył, bo wszystko mi się podobało. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo frapujący temat koegzystencji biologicznej części społeczeństwa z „syntetyczną”, coraz bardziej świadomą swojej podmiotowości. Opowiadanie jest starannie napisane i wciągające, choć fragmenty polityczne trochę mi się dłużyły. Mam wrażenie, że pojawia się odrobinę za dużo postaci, co wzmacnia poczucie nadmiaru i komplikacji, a przez to nieco utrudnia wybrzmienie przesłania.

 

Za to zakończenie uważam za udane. Czytelnik zaczyna rozważać możliwe zakończenia już w trakcie lektury. Stawką wydaje się jest prosty dylemat: czy „biologiczni” politycy uznają wkład syntetyków i przyznają im równe prawa, czy dalej będą ich wyzyskiwać. Tymczasem zakończenie przedstawia trzeci wariant: życie społeczne zostaje przeorganizowane tak, że wkład syntetyków przestaje być podmiotowy, a oni sami zostają zredukowani niemal do roli narzędzi. Problem podzielnia się prawami znika. 

Początkowy dylemat zostaje zastąpiony nowym: czy to jest rzeczywiście lepsze rozwiązanie? Czy lepiej mieć upodmiotowionych syntetyków, którzy współdzielą odpowiedzialność, ale i prawa, czy raczej taki porządek, w którym nie ma potrzeby dzielenia odpowiedzialności, a wraz z nią znika też potrzeba dzielenia się prawami?

 

Sceneria opowiadania jest pięknie dopasowana do obrazu pani Anny. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Myślałem o tym, i bez większego wysiłku można spróbować zamienić to na “wstęgę krwi” – czy wtedy mniej kojarzy się z barwą? Inny sposób na obejście problemu to skaleczyć Charona wcześniej, kiedy akcja jest spokojna, tam pokazać kolor krwi, a wtedy w tej scenie może już być złota wstęga. Dodatkowa scenka wymaga jednak zamknięcia konkursu i nominacji.

Sprytne. Czytanie Twoich komentarzy, marzanie, jest wielce pouczające. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Był już Czechow, teraz Dostojewski… Fiu, fiu… Nie wiem, czy powinnam czekać z zapartym tchem na Tołstoja. ;-)

Wystarczą dwie krótkie linijki: wink

 

13. Twoja nieprawość spadnie na twoją głowę

Masza spakowała walizki i udała się na dworzec… 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo fajne opowiadanie, dobrze się czyta. Napisane przejrzystym, eleganckim językiem, bez przesady z ozdobnikami.

Historia też ciekawa. Początkowo kibicowałem Dymitrowi i cieszyłem się, że trafiła mu się dobra praca, odpowiednia do jego kwalifikacji u wyrozumiałego pracodawcy i że los wreszcie się do niego uśmiechnął. Dopiero z czasem zacząłem łapać, że on się gotuje jak ta żaba w wodzie – powoli, niby niewinnie, krok po kroczku, aż w pewnym momencie stał się rozgotowanym kąskiem w zupie.

 

Trochę w stylu opowiadań Czechowa, które bardzo lubię. 


Naszłem dwie oszibkiwink

 

4. W każdej pracy jest zysk, a gadanie na próżno do niedostatku

Nie brakuje jakiegoś czasownika po przecinku? Albo "a w gadaniu na próżno – niedostatek"?

 

Pracu u Leonida Martinowicza okazała się bardzo przyjemna. 

literówka 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo dobre opowiadanie – nieprzegadane, nieprzepoetyzowane, napisane ładnym, czystym językiem. Czyta się je z przyjemnością i chce się dojść do samego końca.

Podoba mi się odwrócenie stawki głównego bohatera: od początkowej chęci ukrycia własnej zbrodni do finałowej decyzji, która okazuje się obroną przed czystym złem (chcę wierzyć, że obraz, który odtworzył na końcu opowiadania, był zapisem pamięci, a nie kreacją zwodniczej wyobraźni).

 

To opowiadanie jest świetnym materiałem na studencką etiudę filmową – bardzo obrazowo piszesz Zakapiorze. Sceny same układają się w kadry.

 

Czytając, chciałem mieć wrażenie, że to XIX wiek. Z tego powodu słowa takie jak gazrurka, rolety czy Glock wyrywały mnie z tych pionierskich klimatów. Ale to kwestia mojej wyobraźni.


Złapałem jeszcze kilka innych drobiazgów, które na moment odciągnęły moją uwagę:

 

Piszę, by uspokoić sumienie ojca Joego Rowleya, który, przeczytawszy o mojej zbrodni w gazetach, niechybnie grzeszy teraz, sięgając po kolejną flaszkę. Joe, Pan widzi, że próbowałeś.

Może zastąpić ojca wielebnym? Aż do kolejnego wystąpienia w opowiadaniu byłem przekonany, że chodzi o rodzonego ojca bohatera.

 

Koledzy widzieli mnie potem, wychodzącego z klasy chwiejnym krokiem, z twarzą czerwoną i pomazaną ciemną szminką. Wiem, że zadbała, by tak było – gdybym po czymś takim zaczął opowiadać, co widziałem w lesie, czy choćby najbliższy przyjaciel mógłby dać wiarę?

A dlaczego nie? Koledzy (podobnie jak czytelnik) raczej podejrzewają „ekscytującą” scenę erotyczną, a nie satanistyczne rytuały.  Chyba że celowo chcesz tym zdaniem zasiać wątpliwość u czytelnika, że może to nie chodziło o seks w tym lesie?

 

bo przed oczyma widzę obrazy z tej nocy w lesie, wyraźne, wyświetlane na siatkowkach jak film w kinie.

literówka


Szkoda, że nie mogę ani kliknąć, ani zagłosować, bo zrobiłbym to z przyjemnością.smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Twój tekst, beeeecki, skłonił mnie do myślenia.

W sporej części moich tekstów wprost mam zawarte zdanie, które wyraża, że myślenie to niebezpieczna czynność. Teraz nie wiem, czy na powyższe należy napisać ‘przepraszam’ czy ‘dziękuję’.

 

Ani „przepraszam”, ani „dziękuję” – przecież nie jesteś odpowiedzialny za to, czy czytelnik podejdzie do tekstu refleksyjnie, czy bezrefleksyjnie.

Za to z mojej strony odpowiedź jest prosta: dziękuję. smiley Bowiem myślenie należy do największych przyjemności w życiu. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Finklo, dziękuję za przeczytanie i za miły komentarz. 


Oczywiście nie mam problemu z teściowymi, o ile są 100km ode mnie :) 

Niektórzy twierdzą, że dwa metry pod ziemią też wystarczy… ;-)

To ile Ty masz żon, Melendurze?

Babska logika rządzi!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Marzanie, dziękuję za ten komentarz – sprawił mi dużą przyjemność.

 

To, że druga część jest słabiej oparta na fabule i bardziej „zawieszona”, było zamierzone. Chciałem pokazać stan po drugiej stronie jako rzeczywistość niemal pozbawioną wrażeń, ruchu i zdarzeń, w której jedynym „dzianiem się” pozostają świadomość oraz kontakt z jej drugą, wyższą częścią. Po lekturze wielu komentarzy widzę, że chyba powinienem przedstawić bardziej „fabularnie” – przez alegorię albo metaforę. Z drugiej jednak strony istotą Pervity jest właśnie to, że w swoim naturalnym, pozaziemskim środowisku nie niesie ona przeżyć, zdarzeń ani emocji. Tych ostatnich szuka dopiero w świecie materialnym, gdzie coś się dzieje. W tym sensie taka forma wydawała mi się uzasadniona, choć przyznaję, że dla czytelnika może ona miejscami okazać się zbyt statyczna.

To, że kwestia wiary nie wraca w drugiej części, jest logiczną konsekwencją tego, co rozstrzyga się w pierwszej. Bohaterka odpowiada tam sobie na pytanie o istnienie Boga – i z jej punktu widzenia odpowiedź brzmi: nie. Nie tylko nie wierzy, ale też nie godzi się na „zakład Pascala”, do którego namawia ją mąż. Dlatego po śmierci nie szuka już Boga, tylko próbuje zrozumieć, czym jest to, czego właśnie doświadcza.

Druga część nie miała więc wracać do pytania „czy Bóg istnieje?”, tylko próbować odpowiedzieć na inne: jeśli nie Bóg, to co w takim razie?

 

Chciałem też, żeby w pierwszym odruchu pytanie „kim jesteś?” zadane na początku drugiej części zabrzmiało zwodniczo – jako pytanie o Boga. Ale jego prawdziwy sens jest inny: chodzi o to, czy po drugiej stronie czeka już na nią mąż. I dlatego odpowiedź przynosi jej ulgę, bo skoro to nie on, to znaczy, że jego czas jeszcze nie nadszedł.

 

Dziękuję Ci za uważną lekturę i za to, że chciało Ci się wejść w ten tekst tak głęboko. heart

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dla mnie najciekawsze w tym opowiadaniu jest pytanie, do którego mnie doprowadziło.

Przyjmujemy niemal bezrefleksyjnie, że rola aniołów jest wobec człowieka służebna, bo taki jest religijny porządek. A przecież wcale nie jest oczywiste, dlaczego byt wyższy miałby służyć istocie słabszej, omylnej i od siebie odmiennej. Nigdy się nad tym naprawdę nie zastanawiałem. Jaka jest motywacja Michała?

Twój tekst, beeeecki, skłonił mnie do myślenia.smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Czytałem z zainteresowaniem. Wciągnął mnie konflikt pomiędzy starymi i nowymi bogami. Nie wiedziałem, że Rod występuje również pod imieniem Rok.

 

Ładne opisy, ciekawa struktura rozdziałów. Trochę zawiedziony jestem zakończeniem, bo chciałbym dowiedzieć się więcej. Nie tylko kto jest ojcem, ale co działo się z Mojmirą i co dalej się z nią stanie, jak ułożą się relacje między przyjaciółkami. No chyba, że opowiadanie jest pilotem dalszych części i ma wzbudzić zaciekawienie. Jeżeli tak, to udało Ci się :).

Wyłapałem kilka usterek:

gdzie Prorokinie wydawały sądy w imię Roka, a lud prosił o go błogosławieństwa, by dopełnić rytuału kupalnego.

przestawienie: go o

 

psem u boku, kotem w objęciach i myszą polną na ramieniu, Doła była opiekunką ogniska domowego

literówka

 

Miałą graniczące z pewnością przeczucie, że widzi go po raz ostatni i to przeczucie ją przerażało.

literówka

No tośmy sobie, ..., polatali!

Lubię zagadki, więc najpierw zmartwiłem się, że się spóźniłem. Potem mi przeszło, bo moje braki w znajomości mitologii nie pozwoliłyby mi na rozwiązanie. Pocieszeniem jest konieczność nadrabiania. 

 

Nie znam koncepcji zwiastowanego cyklu, ale już mi się podoba. smiley

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Ha! Wiedziałem, że jest jeszcze jedna wieża. Teraz mam na to dowód czarno na białym. 

Wszak Winfred nie przybył ani z wieży mewy (ta wychodzi na pustynię), ani wieży jaskółki (ta prowadzi do Anglii). Zatem co to za wieża, która wychodzi pod Poznaniem, Melendurzewink

 

Bardzo fajnie się czytało – przyłączam się do głosów doceniających tę dawną stylizację językową. Tekst ma swój klimat i czyta się gładko.


Natknąłem się tylko na jedno drobne powtórzenie:

Gdym dzieckiem jeszcze była, dom nam tu z nadania dano, a jemu urząd bakałarza powierzono

 

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

CZARNA2

Komplement odnośnie czarnego humoru z Twoich ust (palców) ma podwójną wartość. smiley

 

Reg, Outta Sewerze

Do Biedronki tylko w golfie i korzystamy z kas samoobsługowych.

Sie wie!

 

Heskecie, OldGuard

Dziękuję za odwiedziny i budujące komentarze.

 

melendur88

Każdy humor z teściową w roli głównej dla mnie zawsze na propsie.

W takim razie zapraszam do lektury szortu Reklamacja. Teściowa odgrywa w nim co prawda drugoplanową, ale dość kluczową rolę. wink

No tośmy sobie, ..., polatali!

Przeczytałem z dużą przyjemnością. Bardzo ujął mnie język – ładny, precyzyjny, taki, który sprawia, że tekst właściwie czyta się sam.

Gdy tylko klimat skojarzył mi się z książkami Bereniki Miszczuk, różne elementy zaczęły układać się na swoich miejscach. Choć przyznam, że – podobnie jak kilku poprzednich komentujących – chwilami miałem poczucie, że nie do końca łapię kontekst, zwłaszcza jeśli chodzi o przeszłość bohaterów i różne artefakty. Podejrzewam jednak, że wynika to z nieznajomości prequela Last Christmas.

Fujarowatość Tomka zupełnie mi nie przeszkadzała. Raczej czekałem na moment, w którym ta wiecznie fukająca na niego Helena w kluczowej chwili stanie jednak po jego stronie i pokaże lojalność godną kochającej osoby. Ten patchwork ich charakterów całkiem fajnie pracuje w tekście.

Podobało mi się też to, że historia – mimo całej swojej zagmatwanej konstrukcji – zmierza jednak w stronę happy endu.


 

Wyłapałem też kilka drobnych literówek i usterek – wrzucam je poniżej.

 

uszyła zasłonki w misie, ale jeszcze ich nie powiesili. 

W pierwszym czytaniu wyskoczyła mi duża misa, a w niej maszyna do szycia laugh

 

Wyspana na pewno będzie mieć lepszy humor – pomyślał.

Nic jeszcze nie wiemy o ewentualnym złym humorze Heleny. Może wystarczy dobry?

 

Oddech stare kobiety cuchnął mułem i myszami. 

literówka: starej

 

Zraniłem cię?! Przecież ja nigdy! Żadnej kobiety, a ciebie to już całkiem. Helenko, kochanie… 

wcale pasuje ciut lepiej

 

Wreszcie spakowała tajemniczy koszyk i kazała zwieść się na rozstaje.

zawieść – literówka 

 

Szmat czasu żyłam przy mężu i pracowałam w HR– ach.

zbędna spacja po półpauzie, która powinna być dywizem

 

Tomasz siadał w ogrodzie i godzinami patrzył na śpiącą Anastazję. Helena testowała nowe przepisy i dziwne smaki.

Może dodać że kulinarne te przepisy? :)

 

Rozległy się pojedyncze tąpnięcia,

Czy tąpnięcia się rozlegają?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Temat jest ciężki. Po przeczytaniu musiałem dać sobie dobę, zanim zdecydowałem się napisać komentarz.

Ten problem funkcjonuje w literaturze i filozofii jako dylemat wagonika. Sam kiedyś sporo go wałkowałem, pisząc opowiadanie, które akurat nie było science fiction. Dużo wtedy o tym myślałem i dlatego ten tekst mnie poruszył.

Odwrotnie niż sugerują niektóre komentarze, mnie się wydaje, że odruchem wcale nie bywa poświęcenie jednego życia. Sądzę, że w odruchu będziemy raczej ratować każde życie. Ewentualna chłodna analiza, odarta z emocji, może doprowadzić do wniosku, że lepiej dopuścić jedną śmierć niż dwie.

Ale nawet gdyby kalkulacja wskazała na takie rozwiązanie, to zostanie mnóstwo „a może…”. Może nawet gdyby dziecko zdradziło kryjówkę, wcale nie musiałyby z tego wyniknąć dwie śmierci? Może tylko jedna? A może żadna? Tego nie da się wiedzieć. Dopiero zimna kalkulacja prawdopodobieństwa – przy dużej liczbie pewnych danych i małej liczbie niewiadomych – może prowadzić do takiej brzemiennej decyzji.

Twój Kazik jest w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo jest emocjonalnie związany z Frankiem. Zna go, lubi, jest dla niego kimś w rodzaju bohatera. To wszystko dodatkowo podnosi stawkę i sprawia, że późniejsze wyrzuty sumienia wybrzmiewają mocniej. W moim opowiadaniu sytuacja była pod tym względem łatwiejsza, bo osoba, którą trzeba było poświęcić, była dla bohatera kimś neutralnym. Pomimo to, gdy skończyłem pisanie, miałem poczucie czegoś w rodzaju wyrzutów sumienia "autora" indecision.

 

Poruszyłeś niełatwy problem. Do tego świetnie wykorzystałeś obraz pani Anny – nie tyle inspirując się nim, co wręcz absorbując go do opowiadania.

Na pewno długo będę pamiętał Twoje opowiadanie.

Gratuluję, Outta Sewerze

No tośmy sobie, ..., polatali!

lugosi, dziękuję za komentarz – intrygujący tok myślenia wink

 

Reg, Pusia dziękuje Tobie za klik. smiley

 

cd4093, trudno odmówić Ci racji. Dziękuję za uwagi (które naniosłem) oraz za komentarz. 

Pusia poświęcona na ołtarzu dramaturgii brzmi dużo dostojniej niż pożarta Pusia.

 

Koalo, dziękuję za odwiedziny, komentarz i za klik. blush

No tośmy sobie, ..., polatali!

Świetny droubbelek! 


 

Widziałam szkolny bus, ale dziś wcześniej?

Ciut uwiera to ale. Może:

 Widziałam szkolny bus. Dlaczego dziś wcześniej?

No tośmy sobie, ..., polatali!

No tak, Reg, Twoje oko jest niezawodne. smiley

 

Oczywiście masz rację – niby wiedziałem, że w dialogach liczebniki zapisujemy słownie, wielokropki nie powinny mieć spacji, a do sylabizowania używa się dywizów, ale jakoś mi to umknęło. Już poprawione. Dzięki za czujność i zwrócenie uwagi.

 

PS. Też mam nadzieję, że zestaw „Mały podróżnik w czasie” pomoże Pusi wrócić do żywych. Zwłaszcza że jej właścicielka – prawie-teściowa – wraca jutro z Seszeli. Co prawda nie do żywych, tylko do willi… ale i tak sytuacja robi się napięta.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Mam wrażenie, że potraktowałeś forum „Nowej Fantastyki” trochę jako pretekst do wyrażenia własnej frustracji zastanym porządkiem rzeczy.

Dopóki opowiadanie trzymało się tej warstwy nadnaturalnej – wglądów w przeszłość, wizji, kontaktu z czymś spoza codzienności – czytałem je z zaciekawieniem. Kiedy jednak skręciło wyraźnie w stronę społeczno-politycznej bańki (raczej nie mojej), poczułem się podobnie jak przy lekturze portali informacyjnych i komunikatorów, od których właśnie chciałem tu odpocząć.

Natomiast podobała mi się warstwa językowa. Tekst jest sprawnie opowiedziany, zrozumiały i płynny. Od strony formy widać, że potrafisz pisać.

 

Kłania się przedstawiciel hordy inżynierów i barbarzyńców wink

No tośmy sobie, ..., polatali!

Choć za oknem zrobiło się już plus piętnaście stopni Celsjusza i po niedawnej „wiecznej zmarzlinie” nie ma śladu, mroźny klimat opowiadania nadal działa równie przejmująco jakbym czytał je te dwa tygodnie temu.

Podoba mi się też poziom językowych ozdobników – wycyzelowany i dobrze wyważony. Ani ich za dużo, ani za mało, a te, które się pojawiają, są trafne i budują nastrój zamiast go przytłaczać. W efekcie tekst czyta się bardzo przyjemnie i płynnie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Świetna miniatura. smiley

 

Odegranie tej scenki jako skecz. mogłoby być pomysłem na scenariusz początku lekcji o modernizmie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Michaelu, moja sugestia dotyczyła bardziej ewentualnej zamiany czasownika ominęłoumknęło. Odmiana rzeczownika dozorca jest tylko konsekwencją tej propozycji. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć Between!

 

Bardzo podoba mi się wykorzystanie obrazu – nie tylko jego tematu, ale także formy malarskiej. W fabule znalazło się uzasadnienie nawet dla tych szerokich pociągnięć pędzla, które rozmazują zarys głowy dziewczyny białą farbą i jakby wycierają jej twarz z płótna. Dzięki temu te malarskie gesty zaczynają pełnić funkcję narracyjną. Pani Anna Słoncz zastosowała ten zabieg tylko w tym jednym obrazie – a Ty potrafiłaś go twórczo wykorzystać w tekście. Chapeau bas.

 

Z zarzutem, że bardzo wcześnie da się zidentyfikować Tobiasa jako Thomasa, bardziej się nie zgadzam niż zgadzam. Rzeczywiście pierwsza podpowiedź pojawia się już w trzecim rozdziale, w scenie, gdy Tobias mówi o podobieństwach między sprawami, a Tessa reaguje zaskoczeniem:

– Poprzednie sprawy wyglądały podobnie – odezwał się Tobias, przerywając milczenie. – Pozycja ciała, brak śladów walki, ustawienie sztalugi. Schemat ten sam.

Spojrzałam na niego, lekko zaskoczona.

Gdyby ostatnie zdanie usunąć albo osłabić, podejrzenie wobec Tobiasa dałoby się odroczyć. Ale nawet w obecnym kształcie rodzi się tu raczej podejrzenie niż pewność. Podobnie w późniejszym fragmencie, kiedy przygląda się płótnu: nie zdradza się, czy widzi to samo co Tessa. Pewność przychodzi dopiero później i moim zdaniem nie dlatego, że czytelnik jest taki przenikliwy, tylko dlatego że nie ma nikogo więcej do podejrzewania, bo w krótszej formie nie ma miejsca na szeroką galerię mylących tropów i podejrzanych, jaką można wbudować w powieść. Dla mnie ten aspekt warstwy kryminalnej działa jak najbardziej dobrze – napięcie jest, podejrzenie narasta, a rozwiązanie nie wypada ani sztucznie, ani zbyt wcześnie.

 

Natomiast przy zakończeniu najpierw trochę westchnąłem, bo liczyłem na klasyczny finał kryminału: taki, w którym złoczyńca ponosi karę, a protagonista doprowadza sprawę do końca. Szybko pogodziłem się z tym jednak i mam ku temu dwa powody.

Pierwszy to taki, że kryminał jest tu formą podrzędną wobec horroru (forum NF + zasady konkursu mają swoje wymagania). Po drugie, ostatni rozdział w pełni mi to wynagrodził. Monolog z perspektywy mordercy uważam za świetny pomysł: dobrze domyka wątek kryminalny, a przy tym jest napisany językiem spokojniejszym, nieprzerysowanym, właśnie takim, jaki lubię najbardziej. O ile wcześniej miejscami uwierały mnie, jak na mój gust, nieco przekombinowane zabiegi stylistyczne (pasujące do horroru, ale mniej do kryminału), o tyle finał bardzo mi się spodobał.

 

Po lekturze przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, że chętnie zobaczyłbym opus magnum Tobiasa/Thomasa, czyli portret Tessy. Mimo całej plastyczności opowiadania obawiam się, że zmaterializujemy bohatera, by nakłonić go do namalowania obrazu wink.

W tej sytuacji ciekawym eksperymentem byłoby odwrócenie ról: tak jak my piszemy opowiadania do obrazów pani Anny Słoncz, to może pani Anna namalowałaby obraz inspirowany tym opowiadaniem – portret Tessy, policjantki ścigającej mordercę, uchwyconej w chwili, gdy na twarzy pojawiają się zdziwienie i zrozumienie, że partner w pracy i w życiu osobistym okazuje się tym, kogo ścigała? laugh


 

Zauważyłem tylko dwa mini-zgrzytnięcia:

 

– Stała tu od dawna? – spytałam, starając się ocenić, czy dozorcę coś ominęło.

A może: dozorcy coś nie umknęło

 

– Byłem u ciebie, ale cię nie było – powiedział zmartwionym tonem. – Tak myślałem, że tu jesteś. Jest trzecia trzydzieści, Tessa. Nie przesadzasz?

Chodzi o trzecią po południu czy nad ranem? Jeżeli po południu, to nie powinien zarzucać Tessie przesady – to normalny czas pracy. Jeżeli nad ranem, to po co przynosi jej kawę, skoro zaraz ją przepędzi do domu, by się poszła wyspać?

No tośmy sobie, ..., polatali!

Przesympatyczne! smiley

Miałem zasugerować, żeby było tego więcej, ale właśnie zorientowałem się, że to już jest seria. Super!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo mi się podoba Twoje opowiadanie, Bardzie. Odwrotnie niż u wielu komentujących mi przypadła do gustu pierwsza część. Może dlatego, że nie trafiłem wcześniej na tym forum takiego klasycznego science fiction w starym stylu, a tu je znalazłem.

Nie chciałbym Cię wkurzać tym skojarzeniem, bo widzę, że Ci się ono nie podoba, ale mnie ta sceneria momentami też przywołała na myśl Gwiezdne Wojny. Być może w trochę innym sensie niż u pozostałych. Czytając Twój tekst pomyślałem, że udało Ci się pokazać coś, czego w kanonie dziewięciu części sagi GW brakuje – psychologiczny background żołnierzy Imperium.

U Ciebie Szturmowce są statkami, ale ich załogi to przecież odpowiednik żołnierzy Imperium. W filmach schowani są za hełmami i maskami, nie mają twarzy i wydaje się, że niemal nie mają życia. Wszyscy strzelają do nich bez wahania, jakby byli tylko elementem scenografii bitwy. A przecież tam są ludzie – z emocjami, wątpliwościami i historią.

Czytając Twój tekst miałem wrażenie, że właśnie to zobaczyłem: jak mogłoby wyglądać ludzkie oblicze bezwzględnej kampanii wojennej.

 

Dla mnie to była bardzo satysfakcjonująca lektura. smiley

 

 

Trafiłem dwie drobne, kosmetyczne wątpliwości.

Po tym fragmencie:

Joe zakończył serię podciągnięć na drążku. Opuścił się na materac i zachwiał. Opanował mdłości. Wiedział, że znów zwymiotuje – jak nie teraz, to później. Oby tylko nie na odprawie.

– Tim, musimy iść! – zawołał.

Prysznic pomagał. Gdyby tylko mógł, spędziłby pod natryskiem cały dzień.

– To oni – powiedział Tim.

na moment zgubiłem orientację – kto właściwie chciał spędzić dzień pod prysznicem: Joe czy Tim?

 

Druga rzecz to szczegół techniczny. W tym fragmencie:

Joe zjechał w zupełną ciemność. Gdzieś z tyłu usłyszał trzask. Zamknięto śluzę.

Joe siedzi już w swoim Szturmowcu, w masce tlenowej, po sprawdzeniu szczelności kokpitu. Domyślam się więc, że na zewnątrz jest już próżnia charakterystyczna dla stacji orbitalnej, z której odlatują. Bez atmosfery dźwięk się nie rozchodzi, więc trudno usłyszeć z tyłu trzask zamykanej śluzy.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Witaj Sewerze,

 

Sama Pervita, przynajmniej w założeniu, miała kojarzyć się raczej z „przejściem przez życie” niż z suplementem diety (czy filmami dla dorosłych – co wyszperał lugosi).

Ok. Skąd wziąłeś to słowo? Jaka jest jego etymologia? Ciekaw jestem, bo czasem ktoś użyje jakiegoś ładnego neologizmu, jak na przykład J.P. Farmer na duszę w cyklu Świata Rzeki (wathan), albo Vonnegut w Kociej kołysce, tworzący bokononizm.

 

Chciałem stworzyć neologizm. Sytuacja rozmowy z drugą częścią własnej świadomości jest przecież fikcyjna, wręcz fantastyczna, więc zależało mi na słowie, które też będzie trochę „zmyślone”. Jednocześnie chciałem, żeby z kontekstu dało się mniej więcej odczytać, o co chodzi – czyli o przeżycie wstępnie zaplanowanego fragmentu czasu w świecie materialnym.

Zacząłem więc grzebać w pamięci za łacińskimi skojarzeniami typu via vitae, curriculum vitae, samo vitae jako „życie” itd. Potem po prostu doklejałem coś z przodu i z tyłu, patrząc, co jak brzmi i czy niesie jakieś intuicyjne skojarzenie.

W którymś momencie wyszło mi pervita i wydawało mi się, że to właśnie taki wygodny, pół-zmyślony twór: brzmi łacińsko, coś tam sugeruje, ale nie istnieje w mowie potocznej (jeszcze wink).

 

 

Ale też podejrzewam, że polscy tłumacze Pamiętników Mordbota (i chodzi mi zarówno o cykl ksiązkowy, jak i serial) na dukaizmach się wzorowali, zamiast wymyślać koło od nowa. Sam użyłem kilku dukaizmów w jednym z opowiadań, w którym pojawia się bezpłciowe Min i ono tak mówi.

 

No proszę. I znowu człowiek się czegoś dowiedział – tym razem o dukaizmach i o genezie tłumaczenia w Pamiętnikach Mordobota. Dzięki! smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Melendurze – mam wrażenie, że skany, które pokazałeś, w gruncie rzeczy naprowadzają na trop tego, dlaczego podobne konstrukcje w wykonaniu AI często wyglądają efektownie, ale przy bliższym czytaniu sprawiają wrażenie dziwnych albo pustych.

 

W Twoich przykładach te zabiegi stylistyczne są bardzo mocno zakotwiczone w kontekście fabuły.

 

U Sapkowskiego zdanie nie jest tylko efektowną figurą językową. Nawiązuje do wcześniejszej krwawej historii Renfri jako Dzierzby, więc działa również znaczeniowo – przypomina czytelnikowi coś, co już wiemy o tej postaci.

 

Podobnie u Pratchetta. Fragment o wodzie, która „nie była powolna ani ujarzmiona. Była pionowa”, ma sens w kontraście do zdania powyżej, gdzie mowa o rzece płynącej dookoła, spokojnej i ujarzmionej. A zaraz potem dostajemy potwierdzenie, że rzeka faktycznie wznosi się w górę. To nie jest ozdobnik – to skrótowy, obrazowy opis sytuacji.

 

Drugi cytat z Pratchetta działa tak samo. Księga jest przykuta łańcuchem „nie dlatego, żeby ktoś jej nie ukradł, ale żeby nie uciekła”, a w następnym zdaniu dowiadujemy się, że rzeczywiście ma własną świadomość i może działać. Znowu – efektowna figura stylistyczna, ale bezpośrednio wynikająca z realiów świata przedstawionego.

 

Wszystkie te przykłady są więc ściśle powiązane z fabułą i kontekstem sceny.

 

Natomiast w tekstach AI często pojawiają się podobne konstrukcje typu „nie X, lecz Y”, które brzmią literacko, ale są wstawione bez związku z tym, co faktycznie dzieje się w opowiadanej scenie. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak popis warsztatu, ale przy bliższym czytaniu okazuje się dość jałowe.

Mam wrażenie, że bierze się to z tego, że modele uczone są na dobrych tekstach i rozpoznają takie konstrukcje jako charakterystyczny element dobrego stylu literackiego. Potrafią więc je naśladować. Natomiast wciąż gorzej radzą sobie z tym, co dla autora ludzkiego jest naturalne – czyli z powiązaniem takiej figury stylistycznej z kontekstem sceny, świata przedstawionego i wcześniejszych wydarzeń w fabule.

Dlatego efekt bywa taki, że zdanie wygląda bardzo literacko, ale nie niesie tej dodatkowej warstwy sensu, którą mają przykłady z Sapkowskiego czy Pratchetta.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nie zgadzam się, Silverze, z twierdzeniem, że SI „prędzej czy później ogarnie akcyjniaki, a to, z czym będzie mieć problem, to literatura przeżyć, emocji, pełna refleksji i introspektywna”.

 

Jak opisał wyżej Jim, SI układa tekst słowo po słowie (raczej komponuje, niż „tworzy”), starając się, aby każde kolejne pasowało do:

a. wiedzy, na której zostało wytrenowane (w tym także do tekstów z forum NF),

b. kontekstu – zarówno wcześniejszych czatów, jak i tego, co podamy w prompcie.

Model wybiera kolejne słowa tak, aby jak najlepiej pasowały do wzorców, które zna z danych treningowych. W efekcie powstaje tekst podobny do takich, które w sieci często występują albo są dobrze odbierane.

 

Ponieważ „literatura przeżyć, emocji, pełna refleksji i introspektywna” jest zwykle wysoko oceniana, LLM chętnie będzie próbował pisać właśnie w takim stylu. Jeśli prompt nie ograniczy metafor, to akcyjniaki, romanse i teksty „emocjonalne” potrafią być przez modele jednakowo faszerowane efektownymi przenośniami – często w tych potrójnych konstrukcjach, o których była mowa na początku wątku.

Autor może się na początku zachwycić: „jak to ładnie napisane”. Tyle że gdy się wczytać, okazuje się, że może co dziesiąta metafora jest naprawdę trafna, a reszta tylko wygląda na wyrafinowaną.

 

Dlatego sądzę, że coraz łatwiej będzie uzyskać z SI tekst, który na pierwszy rzut oka wydaje się wysmakowany, ale przy bliższym czytaniu okazuje się trochę bełkotliwy.

Paradoksalnie trudniejsze może być coś innego: tekst o stonowanej ozdobności, w którym element poetycki działa jak dobra przyprawa – podkreśla smak fabuły, zamiast ją zagłuszać.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Witaj bracie lugosi! smiley

 

Dzięki za przeczytanie i za komentarz.

 

Bardzo ładnie opisałeś omamy i wolność od bólu. Mniej więcej właśnie tak sam bym to sobie wyobraził.

Część szpitalna wyrosła z własnych przeżyć związanych z operacją i pełną narkozą, w której byłem wyłączony ze świadomości przez prawie dwadzieścia godzin. To, co opisałem wcześniej, jest dość bliskie temu, co wtedy czułem i pamiętam.

Druga część powstała osobno, choć niedługo po pierwszej, i od razu była pomyślana jako kontynuacja. Jest pokłosiem późniejszych przemyśleń: próbą ułożenia sobie koncepcji wędrówki dusz bez mankamentów, które mnie uwierają.

A kiedy pojawił się konkurs i zobaczyłem ten obraz Pani Anny, od razu pomyślałem, że stanowi świetny pomost między tymi dwiema opowieściami.

 

Ksiądz nie był ważniejszy od Kubełka. W opisanej scenie duchowny nabrał znaczenia, bo akcja toczy się wokół religii. Wierzący Kuba przyprowadził księdza, bo chciał wygrać zakład Pascala (jakby to opisał Outta Sewer wink) dla swojej niewierzącej żony. Stąd może Twoje wrażenie.

 

 

 

Outta Sewerze, Twój krytyczny komentarz sprawił mi wielką przyjemność. Dobrze poznać szczerą opinię kogoś, kto przeczytał tekst niespiesznie i spróbował wejść w to, co chciałem nim powiedzieć (zwłaszcza że robił to o drugiej w nocy surprise).

 

Za „Kubełka” przepraszam wink – kiedyś usłyszałem to zdrobnienie, a jego właściciel był nim zachwycony, więc tylko bezczelnie pożyczyłem je z rzeczywistości. Ale to oczywiście sprawa bardzo osobista. Nawet nie próbuję przyznawać się, jak zdrobnia moja ukochana, bo podejrzewam, że niejednemu współimiennikowi zgrzytnęłyby od tego zęby. laugh

 

W stu procentach zgadzam się z Twoją oceną wątku religijnego (nie wiedziałem wcześniej, że to nazywa się zakładem Pascala – dzięki za poszerzenie horyzontów).

 

Co do drugiej części – tak, dotarła do mnie już wcześniej jej problematyczna infodumpność. To chyba najważniejsza lekcja, jaką wyniosłem z opublikowania tego tekstu.

 

Sama Pervita (nie Pervit wink), przynajmniej w założeniu, miała kojarzyć się raczej z „przejściem przez życie” niż z suplementem diety (czy filmami dla dorosłych – co wyszperał lugosi). Podobnie jak Ty, odbieram tę koncepcję jako kuszącą i nie obraziłbym się, gdyby okazała się faktyczną wersją rzeczywistości pośmiertnej. smiley

 

Bardzo Ci dziękuję za budującą opinię, za konkretne uwagi i oczywiście za klika. smiley

 

Odnośnie postscriptum: jak zwał, tak zwał – Mordobot czy phoebe, chodzi o tę samą ideę niepłciowej istoty. Chciałem posłużyć się autorytetem zewnętrznego dzieła, żeby łatwiej przekonać Tomasza. Mordobota mam jeszcze w pamięci, bo oglądałem w zeszłym roku, a Perfekcyjnej niedoskonałości Dukaja nie czytałem (jeszcze).

No tośmy sobie, ..., polatali!

Tekst mocno działa na wyobraźnię i ma „filmowy” rozmach. Dobrze się go czytało. Ciekawe, że postać z obrazu wyciągnęła nas obu w temat choroby/szpitala/śmierci, ale każdy poszedł inną drogą – i to jest super. laugh Twoje opowiadanie plastycznie buduje sceny, momentami aż „widziałem” to muzeum i Damę. 

 

Gratuluję! :)

 

 

Poniżej parę kosmetycznych drobiazgów, które mi się napatoczyły.

 

Najbardziej jednak pragnęła obstawy o pałkach, które trzeszczały mocą i nie wymagały „powiększenia”.

Chodzi o „obstawę z pałkami”?

 

Japonka upuściła kielich. Czerwone wino rozlało się na marmurze niczym świeża plama farby. Przypadła do niej, więżąc ją w ciasnym, niemal siostrzanym uścisku.

„Przypadła do niej…” przez moment sugeruje, że ktoś przypadł do plamy wina, a pewnie chodzi o Japonkę.

 

Spojrzał na mnie z troską, ale odgoniłem go gestem dłoni – czas gonił mnie nieubłaganie

Powtórzenie.

 

A te zdania mnie zauroczyły:

Aparatura rzęziła miarowo, odmierzając czas skradziony przeznaczeniu.

… ból bycia podziwianym, ale nigdy dostrzeganym…

No tośmy sobie, ..., polatali!

Pusia na zawsze w naszych sercach broken heart

 

Dziękuję betweenthelines za miły komentarz i przeczytanie szorta blush

No tośmy sobie, ..., polatali!

Michaelu – dzięki za klik do biblioteki.

 

Jerry – też się zastanawiałem, czy końcówka nie jest trochę zbyt kawę na ławę. Jeśli coś skracać, to faktycznie w miejscu, które wskazujesz. Chyba jednak nie będę już ruszał tego opowiadania, ale Twoją uwagę zapamiętam na przyszłość.

Może faktycznie short wyszedł trochę slapstickowy – ale w zasadzie taki miał być.

 

kronos.maximus – dzięki za wyłapanie przecinka, poprawione. Z krewniakiem byłby problem, żeby zmieścić się w tych czterech kilogramach, chyba że przemiana materii byłaby naprawdę horrendalna.

Dysleksja miała tu tylko tę rolę, że pozwalała bohaterowi poprzestawiać litery i nie zauważyć, że zamiast genu zwiększającego metabolizm pokarmu roślinnego uruchomił gen zwiększający metabolizm białka zwierzęcego.

 

OldGuard – przepraszam za uśmiercenie Pusi frown, ale może pociechą będzie to, że prawie-teściowa Bryana jest jednak kociarą, a nie np. psiarą, co to powiększa lobby miłośników kotów.

Tym bardziej dzięki za klika. laugh

PraktycznaEdukacja.com, dzień dobry

czy jeśli to część mówiona, nie powinno być „kropka com” albo „dot com”?

Pewnie mogłoby tak być. Mam wrażenie jednak, że czytać (zwłaszcza na głos) będzie łatwiej, gdy zapis zostanie taki jak w URL-u. W sumie ciekawe, co sądzą inni językoznawcy?

 

khomaniac – skorzystałem z sugestii i przepisałem nazwy genów kursywą.

 

Finn Katera, lugosi – dzięki za miłe komentarze.

 

Dzięki wszystkim za przeczytanie szorta. :)

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję za wszystkie kliknięcia, a Michaelowi także za to ostatnie dokliknięcie.

 

Mam sporą radochę z wprowadzenia mojego pierwszego opowiadania do biblioteki. Zdaję sobie sprawę, że debiutant bywa czasem traktowany nieco ulgowo, więc tym bardziej jestem wdzięczny za wszystkie konstruktywne uwagi.

Po publikacji, lekturze komentarzy i późniejszych poprawkach nauczyłem się naprawdę dużo – nie mniej niż w trakcie samego pisania. Dziękuję!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję AmbushMichaelu za cenne uwagi oraz miły komentarz. Dzięki Waszemu pozytywnemu odbiorowi będzie łatwiej mi się zmierzyć ze spodziewanym odwetem ze strony lobby miłośników kotów, które na tym forum jest bardzo silne wink.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Też miałem skojarzenie z Doliną Muminków przez sympatycznego bohatera i łagodną, baśniową narrację, która nawet w momentach zagrożenia nie traci ciepła. Scena na granicy walki nie psuje tego wizerunku, bo Wędruch jest z jednej strony bezradny, a z drugiej konsekwentny w swoim pomaganiu. Świat oglądany jego oczami robi się mniej brutalny.

 

Zastanowiło mnie jedno zdanie:

Zejście z przełęczy jest bardzo strome, prosto potknąć się na lodzie i zrobić sobie krzywdę.

Czy nie naturalniej brzmiałoby tu „łatwo potknąć się na lodzie”?

 

Bardzo sympatyczna lektura smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Super drabble, z bardzo fajną puentą. laugh

Jedyna drobna wątpliwość: skoro mówią jednocześnie, to skąd drugi wie, że ma zaprzeczyć pierwszemu, a trzeci – obu poprzednim? Może jednak się słuchają? Może nie wszystko stracone? wink

No tośmy sobie, ..., polatali!

Od lat próbuję przekonać się do horrorów – z przerwami raczej dłuższymi niż krótszymi. Skoro tylu czytelników je ceni, zakładam, że musi w nich być coś, czego jeszcze do końca nie uchwyciłem.

Po Twoim opowiadaniu nadal nie wiem, czy zostanę fanem gatunku, ale bardzo doceniam przemyślaną koncepcję hotelu. To miejsce ma klimat, pełne jest drobnych smaczków i z przyjemnością towarzyszy się bohaterom w jego tajemniczych przestrzeniach.

Zabrakło mi jedynie mocniejszego domknięcia w wymiarze sprawiedliwości. Owszem, finał przynosi karę w postaci odebrania sprawcom wolności, ale dla mnie druga połowa sensu kary to satysfakcja po stronie pokrzywdzonych – a tej, zarówno w przypadku Kuby Rozpruwacza (o którym zresztą krąży ciekawa hipoteza o polsko-żydowskich korzeniach), jak i Michała, trudno się dopatrzyć.

Mimo moich zastrzeżeń Twoje opowiadanie Dawidzie, to jedna z tych prób kontaktu z horrorem, po których myślę, że może jednak jeszcze się przekonam.smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nie ukrywam, że dla mnie w tym tekście jest za dużo metafor. Wiele z nich jest bardzo wyrafinowanych, a mimo to albo może przez to, momentami miałem poczucie nadmiaru. Wolę, gdy metafora działa jak przyprawa: nadaje smak, ale nie dominuje całej potrawy. Tutaj chwilami miałem wrażenie, że zupa składa się głównie z przypraw.

Natomiast sam pomysł uważam za znakomity. Kiedy zastanawiałem się nad wyborem obrazu, Akt również przykuwał moją uwagę – ale nie ośmieliłem się po niego sięgnąć. I chyba dobrze, bo cokolwiek bym wymyślił, z pewnością nie znalazłbym interpretacji równie trafnej jak Twoja.

Gratuluję naprawdę świetnego pomysłu d.pankovski.laugh

No tośmy sobie, ..., polatali!

Tytuł: Reklamacja

Znaki: 8,5k

Gatunek: szort SF

Tagi: humor, genetyka, praca, zwierzęta, biotechnologia, absurd

 

Humorystyczny (przynajmniej w założeniu) tekst osadzony w realiach korporacyjnej infolinii sprzedażowej.

 

Zależy mi na ocenie kompozycji (czy tekst prowadzi do puenty bez dłużyzn), wiarygodności logicznej oraz dynamiki dialogu. Chętnie przyjmę również łapankę językową i wskazanie miejsc, w których żart nie wybrzmiewa tak, jak powinien.

 

Wiem, że lada chwila zacznie się przedkonkursowa gorączka, ale ponieważ to krótki tekst, a deadline został przesunięty o tydzień, mam nadzieję, że może komuś uda się wygospodarować chwilę na betowanie. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cieszę się, Gryzoku, że historia Cię wciągnęła.

Koncepcja wędrówki dusz jest starsza niż buddyzm, więc jej nie wymyśliłem. wink Pervita to moje określenie na jeden cykl wcielenia. W tradycji indyjskiej mówi się o punarjanma, w greckiej o kolejnym bios, ale nie ma jednego precyzyjnego słowa obejmującego cały „odcinek doświadczenia”.

Mój jest natomiast pomysł na cel takiego cyklu. W hinduizmie służy on ucieczce z kręgu wcieleń (do nirvany), u Greków oczyszczeniu duszy i zasłużeniu na „lepszą wersję” następnego życia. Ja chciałbym widzieć w tym wyższy cel – przetrwanie świata świadomości.

Znałem dobrych ludzi, których w życiu spotkało nieszczęście, na które nie zasłużyli. Dlatego bliższa jest mi wizja, w której nawet trudne życie ma sens – a czasem bywa wręcz zaplanowane. Taka konstrukcja wymagała dwóch założeń:

– istnienia wyższej, trwalszej niż jedno życie, świadomości „po drugiej stronie”,

– braku pewności co do tej nieśmiertelności w trakcie życia.

I o tym w gruncie rzeczy jest to opowiadanie.

 

Po Twoim komentarzu widzę, że sama idea potrafi zaciekawić – i to mnie cieszy. Widzę też, że forma dialogu wykładającego koncepcję wprost nie dla wszystkich jest strawna. Traktuję to jako dobrą lekcję na przyszłość.

Dziękuję za przeczytanie i za budującą opinię. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cieszę się Reg, że lektura przyniosła Ci przyjemność, pomimo oniryki, za którą nie przepadasz. smiley

Ta opowieść nie miała być przygnębiająca. Rzeczywiście krąży ona wokół tematów kojarzących się ze smutkiem (hospicjum), ale druga część została pomyślana właśnie jako próba przełamania tego tonu. Chodziło mi o przesunięcie perspektywy – od lęku ku spokojowi. Jeśli to przełamanie było odczuwalne, to znaczy, że tekst zadziałał tak, jak zamierzałem.

Z perspektywy czasu (i komentarzy) widzę, że tekst mógłby łatwiej dotrzeć do czytelnika, gdyby miał mniej esejowy charakter.”

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Z przyjemnością przeczytałem Twoje opowiadanie, Adeksie, bo porusza szczególnie mi bliski temat tego co może być po drugiej stronie ziemskiego życia. Obaj napisaliśmy konkursowe teksty inspirowane obrazami Pani Anny, choć natchnęły nas różne prace. Być może to sprawka onirycznego tonu, który sygnalizują tytuły obu malowideł.

W naszych opowiadaniach można odnaleźć zarówno wyraźne podobieństwa, jak i istotne różnice – w samej koncepcji wędrówki dusz, ale też w formie narracji. Twoja interpretacja poszła w stronę poetyckości, moja – w stronę eseju. Mam wrażenie, że obaj momentami przesadziliśmy: tam, gdzie mój tekst bywa zbyt esejowy, u Ciebie pojawia się nadmiar metafory.

Właśnie dzięki tym różnicom Twoje opowiadanie okazało się dla mnie inspirujące. Pokazało mi, że o sprawach niematerialnych nie zawsze trzeba mówić wprost – czasem metafora oddaje je trafniej niż najbardziej logiczny wywód. To cenna lekcja, za którą Ci dziękuję. laugh

No tośmy sobie, ..., polatali!

Wybrałeś, marzanie, jeden z dwóch obrazów, które najbardziej mi się spodobały. Przy obu obawiałem się, że nie uda mi się wymyślić historii pasującej do klimatu, a przy tym nieprzekombinowanej. Tobie wyszło to znakomicie – gratuluję. smiley

Historia mnie zauroczyła.

 

Jedna drobna sugestia:

– Zaraz, ty s a m a ich pogrzebałaś?

Dodatkowa spacja przed „s” i po drugim „a” ułatwiłaby wyłuskanie słowa „sama” w zdaniu.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Niepokojąca wizja istnienia świata „pomiędzy”, w której dominuje perspektywa kobiet, a męska pozostaje podrzędna i mało pozytywna. W kontekście tytułu wydaje się to zabiegiem uzasadnionym – to opowieść o kobiecym doświadczeniu straty, winy i macierzyństwa.

Atmosfera zostaje w pamięci mimo zagubienia w relacjach między bohaterami.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Moral opowiadania – nie zabieraj roboty do domu. Podobało mi się. smiley

Ruszył w stronę lodówki. Tak jak przypuszczał, żona i córka spały już dawno, przyzwyczajone, że ostatnio często wraca późno.

Trochę to brzmi tak, jakby żona z córką spały w lodówce. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

 

Jolko, Kronosie, dziękuję za przeczytanie opowiadania i podzielenie się wrażeniami. Wasze komentarze sprawiły mi dużą radość – dają mi nadzieję, że przesłanie zawarte w tekście może być czytelne.

Przyjmuję Wasze zastrzeżenia dotyczące kompozycji drugiej części. Szczerze mówiąc, sam miałem obawy, że wyszła zbyt esejowo. Pewnie należałoby nad tym jeszcze popracować, choć mam wrażenie, że nie powinienem – tekst przeczytało już całe szanowne jury (MichaelBullfinch, bruceHollyHell91, Marszawa), za co każdemu z osobna serdecznie dziękuję.

Poza tym, zabrakło mi trochę pomysłu, jak bardziej pokazać zamiast opisać coś, co istnieje całkowicie poza materią.

Pozdrawiam serdecznie.

 

PS. Gdy zobaczyłem Twój nick Kronosie, wstąpiła we mnie nadzieja, że komu jak komu, ale Tobie ma szansę przypaść do gustu takie opowiadanie wink Dziękuję za “klika”.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Podoba mi się pomysł z początkowym odrzuceniem obrazu przez Annę. Czytałem dalej z ciekawością, zastanawiając się, w jaki sposób malunek do niej powróci.

Również poczułem się zagubiony w czasie. Wschodnia Polska ze Lwowem przywodziła mi na myśl okres międzywojenny, podczas gdy trolejbusy kojarzą się z dekadami późniejszymi. Dopiero po lekturze komentarzy zwróciłem uwagę na odniesienia do alternatywnej historii zawarte we wprowadzeniu. To cenna lekcja dla mnie – warto czytać tagi i wstęp przed samą lekturą.

Uwiódł mnie pomysł, że oniryczne przeżycia bohaterki tak wyraźnie wpłynęły na jej życiowe decyzje. Z tego powodu pozostał pewien niedosyt – chętnie dowiedziałbym się, jakie konsekwencje przyniesie azjatycka wyprawa Anny.

Bardzo udało Ci się powiązanie tego obrazu ze swoim opowiadaniem. Gratuluję. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

betweenthelines – wszystkie Twoje komentarze są jak miód na moje serce. Bezbłędnie udaje Ci się odczytać to, co chciałem przekazać. broken heart

W drugiej części opowiadania chciałem zbudować i opisać mój wariant nadziei na to, jak może wyglądać nasze życie po życiu. Nie było moim zamiarem skręcać w stronę filozofowania, ale skoro odniosłaś takie wrażenie, to sygnał dla mnie, że powinienem to napisać jaśniej.

Bardzo dziękuję za cenny komentarz. laugh

Pozdrawiam

 

Hesket

Czy możesz mi wytłumaczyć, o co chodzi w zwrocie Stałom się gotowe?

Jasne. To próba zapisu czasownika “stać się” w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego rodzaju nijakiego. W języku polskim istnieją formy:

– rodzaj męski: stałem się

– rodzaj żeński: stałam się

– rodzaj nijaki: ?

Inspiracją dla mnie był serial Pamiętniki Mordbota 2025 (polecam). Protagonista, robot ochronny płci nijakiej, używa takich form: zrobiłom, widziałom, zastrzeliłom. Ma to sens – byt pozbawiony płci biologicznej nie operuje kategorią męskie/żeńskie.

W moim opowiadaniu, rozdwojona na czas życia na Ziemi (Pervity) świadomość jednoczy się po biologicznej śmierci, by wybrać kolejne wcielenie. To wcielenie może przybrać dowolną formę życia, na dowolnej planecie i – rzecz jasna – dowolnej płci, jeśli w ogóle będzie miało płeć. Stwierdzenie Stałom się gotowe oznacza gotowość zjednoczonej świadomości do wyboru kolejnego wcielenia.

 

tomaszg

Przeczytałem do końca i nie do końca wszystko zrozumiałem, natomiast w ostatnim zdaniu odrzuciło mnie to:

Stałom się gotowe.

W tym momencie cały tekst odszedł w niebyt. Sorki, ale skojarzenie z wrzucanymi nam na siłę ideologiami jest zbyt silne. Wiem, że fantastyka to otwartość na wszystko, ale jednak.

 

Tomaszu, rozumiem, że to zdanie mogło wywołać konkretne skojarzenia. Zapewniam jednak, że nie miało ono żadnych intencji ideologicznych – wynika wyłącznie z konstrukcji świata przedstawionego (w odpowiedzi do Hesketa powyżej, znajdziesz bardziej szczegółowe wyjaśnienie). Jeśli forma okazała się zbyt zaskakująca, to znak, że powinienem wcześniej lepiej przygotować na nią czytelnika.

Dziękuję za szczery komentarz i uwagi redakcyjne.

 

bruce, Koala75, Marszawa – dziękuję, że przeczytaliście moje opowiadanie. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo dziękuję Melendurze za przeczytanie opowiadania i za tak budujący komentarz.

I nie mniej dziękuję za klika smiley.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Świetnie czytająca się krótka forma.

Przyznam jednak, że po wstępie zapowiadającym odniesienie do „(wyolbrzymionych) utyskiwań” spodziewałem się raczej głosu rozsądku niż podbicia tematu smiley  

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dziękuję regulatorzy za wnikliwą korektę, krytyczne spojrzenie na tekst i komentarz.

 

Uwagi językowe i redakcyjne przeanalizowałem i zastosowałem w tekście – dziękuję za ich precyzyjne wskazanie. 

 

Przyjmuję ze zrozumieniem ocenę samego opowiadania i traktuję jako cenną wskazówkę na przyszłość. Każda taka opinia pozwala lepiej zobaczyć, jak tekst funkcjonuje w odbiorze czytelnika.

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć Zakapiorze!

 

Dziękuję za komentarz skupiony na narracji i konstrukcji fabuły. Po licznych uwagach technicznych taka perspektywa daje inny, nie mniej cenny rodzaj wiedzy. Wiele Twoich spostrzeżeń – zwłaszcza dotyczących początku, który jest zbyt mało tajemniczy jak na kryminał, a jednocześnie zbyt rozbudowany jak na ekspozycję – trafia w moje własne wątpliwości. Tym bardziej doceniam zarówno analizę, jak przyznanego mimo to klika.

 

----

Był wtedy około czterystu stóp nad ziemią.

A czego w stopach?

Żargon, czy raczej międzynarodowy standard lotniczy (ICAO). Wysokościomierze wskazują najczęściej w stopach.

 

 

Wtorek, 21 listopada 2034, 12:23

To jest bardzo “wedle uznania”, ale IMO datowanie kolejnych scen zazwyczaj bardziej szkodzi niż pomaga.

Z dwóch powodów, zastosowałem datowanie + miejsce akcji:

– to częsta praktyka w kryminałach (zwłaszcza skandynawskich – a gość, jakby nie było, leciał nad Szwecją wink)

– było to przygotowanie do tego, żeby w dalszej cześci opowiadania w ten "zgrabny" sposób pokazać przeskok o ponad 500 lat w przód.

 

 

Hmmm a skąd pomysł, że system ewidencji będzie działać “aż do końca”? Ludzie jako gatunek mogliby spokojnie przetrwać upadek cywilizacji technicznej. 

To sensowne pytanie potencjalnego klienta eArth skierowane do Zaremby. Grodecka nie przesłuchuje jednak klientów systemu, a Zaremba – przynajmniej na obecnym etapie – nie zakłada upadku cywilizacji technicznej. smiley

 

 

Z pozostałych uwag skorzystałem. Dziękuję.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Rzeczywiście lepiej brzmią formy z przysłówkami po czasowniku. Obie formy wydają się przydatne, bo w trzecim przykładzie najlepiej brzmi:

– Wieczorny zastrzyk – informuje pielęgniarka niemal kusząco.

natomiast w czwartym, lepszy efekt powstaje z:

– Wieczorny zastrzyk – informuje niemal kusząco pielęgniarka, gdy już nawiązujemy kontakt wzrokowy.

 

Dziękuję Wam Finklo jerohusmiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Kolejna zagwozdka, która nie daje mi spokoju – proszę o ekspertyzę.

 

Czy (a jeżeli tak – od którego przykładu) poniższy zapis przestaje być poprawny i powinien zostać zastąpiony formą z kropką, i wielką literą po półpauzie?

– Wieczorny zastrzyk – informuje pielęgniarka.

– Wieczorny zastrzyk – kusząco informuje pielęgniarka.

– Wieczorny zastrzyk – niemal kusząco informuje pielęgniarka.

– Wieczorny zastrzyk – niemal kusząco informuje pielęgniarka, gdy już nawiązujemy kontakt wzrokowy.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo poetyckie – czytało się naprawdę przyjemnie.

Lubię teksty, w których dostrzega się jasną stronę śmierci: jako wybawienie, pomoc, przejście do kolejnego etapu.

 

Nawiasem mówiąc, codziennie odkrywam na forum coś nowego (kurczę, czyżbym zajechał prezydentem? wink). Przy tym szorcie, uzmysłowiłem sobie, że lektura opowiadań idealnie łączy przyjemne z pożytecznym: po miłej lekturze tekstu dostałem pouczającą porcję wiedzy w komentarzach.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo plastyczny opis.

Mój wyjazd na narty jeszcze przede mną, więc dziękuję za cudną zajawkę – już teraz poczułem klimat ośnieżonych stoków. 

Świetnie się czyta do Nick’a Cave’a – robi się z tego płynny zjazd, niemal jak w transie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Tytuł: Drżę mniej z każdą chwilą (roboczy)

Znaki: ok. 20k

Gatunek: fantastyka obyczajowa

Tagi: choroba, clerical fiction, miłość, oniryzm, religia, sen, śmierć, weird(?)

 

Tekst na konkurs „Między płótnem a słowem” (do obrazu Senne przestworza). 

Opowieść o miłości, chorobie i wierze – prowadzona w formie lekko nieklasycznej.

 

Będę wdzięczny za uwagi dotyczące struktury opowiadania. Szczególnie zależy mi na opinii o drugiej części: czy jest zrozumiała, czy nie staje się zbyt zawiła lub esejowa, oraz czy zachowuje napięcie.

Chętnie usłyszę też, czy tekst jako całość utrzymuje emocjonalne zaangażowanie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cześć betweenthelines!

 

Bardzo dziękuję za tak sympatyczny komentarz. Chciałem, żeby opowiadanie zostało odebrane dokładnie tak, jak to opisałaś.

Taka budująca wiarę w siebie opinia jest potrzebne początkującemu autorowi, nie mniej od tych rzeczowych i praktycznych.

 

Pozdrawiam serdecznie.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Cieszę się smiley

 

Jeszcze tylko przypadek się rozjechał:

potykając o wystające korzeniache

No tośmy sobie, ..., polatali!

Bardzo fajnie czyta się opowiadanie, w którym bohater zmaga się z wątpliwościami. yes

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nowa Fantastyka