- Opowiadanie: Zalth - Kilka rzeczy do zrobienia

Kilka rzeczy do zrobienia

“Świetna, przygodowa historia, s*******a jakimś durnym Science-Fiction.” – moja ukochana.

Dziękuję, kochanie. :)

Podziękowania dla beta czytających. :)

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kilka rzeczy do zrobienia

 

Prolog

 

Zwiadowca poruszył się w kryjówce i przytknął oko do lunety antycznej, ale świetnie utrzymanej broni. Z satysfakcją przytulił policzek do składanej kolby, bo ciągle nie mógł uwierzyć, iż trzyma w dłoniach relikt o takiej mocy. Nawet jeśli tylko przez chwilę.

Pole widzenia obiektywu wypełniał skalisty masyw dominujący nad doliną. Nadchodził świt. Wspinał się powoli bladą poświatą nad pasmem wzgórz, ale przestrzeń poniżej stanowiska obserwatora nadal zasnuwały ciemności.

Ukryty pod maskującą siatką mężczyzna przełączył tryb aparatu i za magicznym dotknięciem, okolica ukazała swe sekrety w zieleniach noktowizji. Urwisko z piaskowca otwierało się na świat ogromną paszczą kanionu, z którego przez spiętrzenie głazów wylewał się wodospad. Mimo sporej odległości, do przewodnika docierał wyraźny szum nieustannie kotłujących się mas wody.

Kierowany pewną dłonią, przetykany zielonymi cyferkami dalmierza, stabilizowany systemem żyroskopów, krzyż celowniczy przemykał po ciemnych otworach wejść do systemu grot. Prymitywne konstrukcje, najeżone kłodami, kawałami kości i skóry, oblepiały kanion niczym pasożytnicze grzyby, tak jak jaskinie dziurawiły masyw niczym drążące padlinę robaki.

Coś drgnęło na statycznym obrazie. Zbyt szybkiego, by zarejestrować kształt, ale na tyle dużego, by karabin wytyczył rubinową trajektorię strzału.

– Panie Mart! – wyszeptał Kento, trącając łokciem pobliską kępę trawy. – Zaczyna się!

 Kępa mruknęła z niezadowoleniem, wyrwana z krótkiej drzemki i podniosła maskującą siatkę. W półmroku zamajaczyła blada, zmęczona twarz mężczyzny po czterdziestce.

– Która godzina? – stęknął Sekola, przecierając oczy.

– Świta.

– Jakieś odczyty? – Wskazał prostokątne urządzenie z krystalicznym ekranem. Ostatni raz ożyło wczoraj, namiarem o dokładności do kilometra. To bardzo dużo, jak na taki teren.

– Nic.

Zagrzmiał przeciągły ryk. Od strony urwiska chłodne powietrze niosło wibrujące wycia bliżej nieokreślonej liczby stworzeń. Kolejno zaznaczały swą obecność różnymi tonami, aż jedno z nich basowym trąbieniem obwieściło autorytet przywódcy, kończąc tym samym poranny koncert. Szum wodogrzmotu tylko podkreślał niespodziewaną ciszę.

– Kento – Sekola coś przekalkulował, czyszcząc druciane okulary – zwijamy się. To będzie długi dzień.

 

Rozdział I

 

– Odsuń się, głupku! – warknęła Jaria.

Półtonowy, niedawno ostrzyżony z runa baran tylko zarył kopytem i pochylił łeb. Dziewczyna ruszyła, by go wyminąć, kiedy spiął się na skokach i uderzył racicami w wyschniętą glinę wokół studni.

– Odsuń się, matole, bo nie dostaniesz pić! Będziesz tu stał o suchym pysku, aż zdechniesz!  – wybuchnęła złością nastolatka.

Nie była to zupełnie bezpodstawna groźba, bo równikowe słońce stało prawie w zenicie, zalewając świat falami żaru. Duszne powietrze można było kroić nożem. Pozostałe owce ukryły się w cieniu kępy krzaków i częściowo wkopanej w ziemię wiaty, by z flegmatycznym spokojem przeżuwać zjedzoną wcześniej trawę.

Jaria nie miała ochoty na utarczki z kapryśnym samcem, ale napojenie stada to był jej obowiązek. Ciekawe, co powie ojciec, gdy się dowie, że stchórzyła przed trykiem. Nie mogła też się cofnąć, bo skończy z wielkim siniakiem na tyłku, jeśli nie gorzej, przy takiej różnicy wag. Odgarnęła ze spoconego czoła niesforną grzywkę ciemnych włosów, uniosła dłonie i szerokim łukiem ruszyła do studni.

– Spokój, spokój, spokój – mruczała, zaklinając zwierzę. Tryk sapał i wiercił się niezadowolony, ale nie ruszył z miejsca, póki dziewczyna nie dotarła do ujęcia. Schowana za kamiennym ocembrowaniem poruszała ramieniem słupkowej pompy, wyciągając porcję wody. Wyczuwając wilgoć, baran bezzwłocznie dopadł do wydłubanego w pniu koryta i zaczął pić. Jaria pompowała dalej, również się napiła i obmyła twarz.

– Nie można było tak od razu? – Spojrzała z wyrzutem na upierdliwe zwierzę. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo trzęsą się jej nogi. Pozostałe owce podniosły się ociężale i ruszyły do poidła, kiedy metaliczny dźwięk gwałtownym staccato popłynął ponad terenem rolniczej doliny.

Ze starannie utrzymanych zagonów okolicznych pól podniosły się sylwetki w słomianych kapeluszach i zastygły, nasłuchując w bezruchu. Ostrzeżenie tętniło coraz bardziej wyczuwalnym rytmem. Trzy szybkie uderzenia, a po nich długa przerwa. Zdumieni ludzie wpatrywali się w zarys górującego nad okolicą wzgórza i kamienną wieżę na jego szczycie. Baryłkowaty budynek wieńczyła bańka gniazda obserwacyjnego. To właśnie z zabudowanej platformy dochodził alarmujący dźwięk rury uderzanej kawałkiem metalu.

Rolnicy, jakby na jedną, wydaną bezgłośnie komendę rzucili się do biegu w kierunku schronienia. Piaszczyste ścieżki przecinające uprawy zaroiły się od bosych stóp. Mimo pozornego chaosu, żadna z arterii nie została zakorkowana, nie słychać było przekleństw czy oznak paniki.

Jaria, klnąc bezgłośnie, zagoniła flegmatyczne ssaki do wiaty i zablokowała wierzeje solidną belką. Przeskoczyła jednym susem kamienny murek i szybko odszukała odpowiednią ścieżkę. Nawet niezdyszana dotarła do wschodniej bramy wraz z jedną z ostatnich grup.

– Co jest? – spytała pełniącego wartę kuzyna.

– Grabieżcy – odpowiedział zdawkowo Marak, próbując policzyć ludzi przechodzących przez drewniany pomost. – Czujka za rozlewiskami dała znaki. Jest jeszcze ktoś za tobą?

– Widziałeś Karisa? – Dziewczyna zignorowała pytanie.

– Nie na mojej zmianie. Może wszedł zachodnią? To jest, czy nie?

– Nie, chyba jestem ostania – odpowiedziała zniecierpliwiona. – Miał dziś pracować w zagajniku, a tędy jest bliżej.

– To może wrócił wcześniej? Nie wiem. Dobra, daj mi spokój, muszę zamknąć bramę. – Kuzyn z drugim mężczyzną zakręcił drewnianym bębnem, nawijając grube liny podnoszące pomost znad nabitej palami fosy.

Przygotowania do obrony już trwały. Drewniane, wzmocnione stalowymi okuciami wrota były jeszcze otwarte, ale w zatłoczonym holu kilku uzbrojonych w piki mężczyzn już formowało szyk. W razie walki pierwszy rząd obrońców przyklękał, zapierając drzewce o uchwyty w podłożu, drugi opierał broń na ich ramionach, tworząc najeżoną ostrzami barykadę. Z tyłu stały kobiety z kuszami, gotowe na komendę wypuścić chmarę bełtów.

Podobna formacja stała już przy zachodnim wejściu, a grupa wsparcia, złożona ze starszych kobiet i młodszych chłopaków, czekała w środkowej komorze, gotowa w razie potrzeby udzielić pomocy przy bramach, lub w najgorszym wypadku, stanowić ostatni punkt oporu.

Wszystko przebiegało zgodnie z procedurą stworzoną lata temu przez radę osady. Starszyzna i opiekunowie właśnie sprowadzali dzieci i chorych do betonowych piwnic. Technicy zabezpieczali centralną komorę i składy. Najlepiej chronione pomieszczenia mieściły wiekowy generator na alkohol, kilka obrabiarek, magazyn zasobów, archiwum oraz schron. Już jako sześciolatka, Jaria znała na pamięć punkty procedury, tak samo jak szczegółową mapę schronienia. Każde przejście, korytarz, drzwi czy kanał wentylacyjny.

Nie zwlekając, ruszyła do wnętrza wzgórza.

Wypełnione oparami i słabym światłem olejnych lamp tunele biegły w najmniej oczekiwanych kierunkach. Zakręcały, wznosiły się lub opadały pod dziwnymi kątami. Tworzyły galeryjki, estakady, rampy, hole bądź po prostu kończyły się ślepymi zaułkami. Na zmatowionych upływem czasu ścianach z kompozytu smętnie zwisały brudne od kurzu kable i obudowy lamp, bezużyteczne z braku sprawnych żarówek. Podobno kiedyś instalację uruchomiano na wyjątkowe okoliczności, ale za swojego życia Jaria nie pamiętała takiego wydarzenia. Kilku techników przebąkiwało, że miedziane kable przydałyby się do innych, ważniejszych celów, ale starszyzna stanowczo zabroniła im cokolwiek rozbierać. Jak co roku, planowali zakup żarówek, i jak co roku, karawany takowych nie dowoziły.

Z sufitu wystawały krótkie tuby systemu wentylacyjnego z leniwie obracającymi się skrzydłami wiatraków. Bez prądu były równie użyteczne co instalacja i służyły tylko do odciągania dymu z palenisk, pochodni i olejnych lamp.

Jaria nie cierpiała tych dusznych ciągów. Wolała przestrzeń. Dlatego zgłosiła się do pasterzy. Zresztą, nie miała większego wyboru. Pasterze albo rolnicy – brzmiał werdykt na ceremonii przejścia. Za słaba fizycznie na zwiadowcę czy myśliwego, za mało roztropna, by uczyć się na opiekuna, nie mówiąc już o technikach. Rodzina chyba zmartwiła się bardziej niż ona, bo dziewczyna zrobiłaby wszystko, żeby nie tkwić w tych przygnębiających wnętrzach. Nawet jeśli to oznaczało harówkę na spieczonych słońcem polach.

Przed rodzinną kwaterą czekali już rodzice. Szczupła i wysoka kobieta ze spokojem sznurowała mocowania skórzanego pancerza męża.

– Tobeszu Paret! Stój spokojnie, bo przez te luźne sznurki polecisz na pysk! – strofowała brodatego mężczyznę.  

– Przecież stoję, Jolda! – odwarknął ze złością ojciec, ale posłusznie znieruchomiał.

– Widzieliście Karisa? – spytała Jaria.

– Nie – odpowiedzieli jednocześnie rodzice.

– Łap! – krzyknęła Naja, pojawiając się na progu domostwa. Obładowana pojemnikami na bełty dziesięciolatka rzuciła jeden w kierunku starszej siostry, drugi podała matce. – Jeszcze nie wrócił – potwierdziła. – Może poszedł do warsztatu?

– Nie przechodził przez bramę. – Jaria złapała skórzany pas i wyćwiczonym ruchem przymocowała zasobnik na talii.

– Znajdzie się, wie co robić. – Ojciec, już ubrany w ochronny strój, splunął w dłonie i chwycił podaną przez matkę trzymetrową pikę z zębatym ostrzem. – Zakładaj buty, bierz kuszę i idziemy, córcia.

 

*

 

– Co za gówno!

Złośliwe kółko zębate po raz kolejny wyskoczyło z mechanizmu, doprowadzając do furii młodszego technika Karistera Pareta. W przypływie frustracji mężczyzna z całej siły cisnął niesfornym trybikiem w burtę koryta. Pocisk odbił się od deski i pechowo zrykoszetował w kierunku głowy rzucającego. Karis zrobił unik, ale stracił równowagę i wylądował tyłkiem w pyle wydeptanej ziemi.

Przeklinając donośnie, walił pięściami w ziemię niczym kapryśny bachor, aż w końcu, zdyszany wybuchem, opadł na plecy i zamknął oczy. Żar lał się z nieba, w oddali ktoś pracowicie uderzał w metal, brudna, przepocona koszula kleiła się do ciała, a wokół uwijała się chmura natrętnych owadów. Chyba czas na przerwę – stwierdził. Z rezygnacją poczłapał do ławki ukrytej w cieniu rozłożystego drzewa, i wbijając mordercze spojrzenie w mechanizm i porozrzucane w nieładzie narzędzia, pociągnął z bukłaka solidny łyk rozcieńczonego wodą wina.

Napędzana wiatrakiem pompa pamiętała czasy jego pradziadka i wyraźnie dogorywała. Doraźne naprawy niewiele pomagały, bo niektóre zębatki były już tak wyrobione, że ślizgały się, nie przekazując siły. W obecnym stanie, należałoby kupić nowe urządzenie.

Jasne. Kupić. Może jeszcze gwiazdkę z nieba? – wyszydził w myślach głupią zachciankę. Najbliższa huta i odpowiednio wyposażone warsztaty były w oddalonym o dwa tygodnie drogi Lansaj, a do tego porządna stal była potwornie droga. Taki trybik może kosztować nawet ze dwa worki ziarna. Chyba że zagada ze starszym osady, a ten odpali coś ze wspólnych oszczędności.

Parsknął śmiechem na niedorzeczność tego pomysłu. Dziadek Sygen nigdy na to nie pójdzie. Znając życie, odeśle go do głównego technika, a ten zapewne nakaże zeszlifować i dopasować jakieś zamienne gówno, które i tak później będzie wypadać przy każdej możliwej okazji.

Gdzieś z boku rozległo się głośne prychniecie i ciche stąpanie. To pewnie głupkowaty chłopak Brasków przyprowadził bydło do wodopoju.

– Derio, mówiłem, że pompa nie działa. Idź d… – przerwał w pół słowa.

Skrzydlate stworzenie wielkości pociągowego konia przechyliło wąski łeb osadzony na wdzięcznie wygiętej szyi i zaświergotało wysokim dźwiękiem. Bestia przyczaiła się nisko na czterech łapach, napięte mięśnie wyraźnie odznaczały się pod brązową, łuskowatą skórą, złożone na grzbiecie skrzydła drżały z podniecenia.

Karis zamarł ze strachu. Momentalnie dotarło do niego znaczenie wcześniejszych, tłumionych przez ścianę lasu dźwięków. Skoncentrowany całkowicie na pracy, nieświadomie zignorował sygnał alarmowy.

Gadoid, samiec, dorosły – rozpoznał jasną kryzę wokół łba i pas delikatnych piór wzdłuż grzbietu. Doskonałą budowę intruza psuła szeroka blizna, biegnąca poprzez prawą stronę pyska, oczodół, pokryte bielmem oko i skroń. Mięsiste wargi na szczęce podniosły się, odsłaniając rząd imponujących kłów, różowe dziąsła i zakotwiczone w nich cienkie, blade wici wibrysów.

Niech to szlag! – Te ostanie najbardziej przeraziły chłopaka, poczuł jak kilka kropelek moczu uciekło w bieliznę. Jeden kontakt z wypustkami i będzie po nim. Wiedział jak polują te bestie. Spadają z nieba na ofiarę, wciskając ruchliwe wąsy pod pancerz. Kontakt z tkanką oznaczał dostarczenie potężnego wyładowania elektrycznego porażającego na jakiś czas mięśnie i nerwy. Dla ogromnych stepowych roślinożerców oznaczało to częściowe unieruchomienie, ale dla kogoś wielkości człowieka – pewną śmierć. Jeżeli ten drań będzie chciał go zabić. Równie dobrze może tylko sparaliżować dla zabawy. Niektóre osobniki podobno miały paskudny zwyczaj igrania z ofiarą.

– Spokojnie, kolego – przemówił chłopak, zdobywając się na zimną krew. Powoli wstał z ławki. Gadoid przekręcił łeb, zaświergotał coś gardłowo. – Tak, spokojnie. Może się dogadamy? – Negocjował, jakby zwierzę rozumiało ludzką mowę. – Ty pójdziesz sobie w cholerę, a ja schowam się do jakiejś nory i nie wyjdę przez tydzień. I wszystko będzie dobrze. – Uspokajał bardziej siebie, niż stworzenie. – Będzie dobrze, co?

Samiec ponownie przechylił łeb i słuchał z zaciekawieniem. Zagwizdał przeciągle, jak czajnik z wrzącą wodą. Technik wykonał drobny krok w kierunku marnej osłony krzaków.

Błąd.

Bestia nastroszyła kryzę i syknęła ze złością. Skoczyła. Chłopak rzucił się w tył, ławka uderzyła go pod kolana. Wibrysy wystrzeliły jakby obdarzone własnym życiem, delikatnie muskając bark człowieka. Trzasnęło, zapachniało ozonem, Karis padł nieprzytomny.

 

*

 

1552 m – wskazał dalmierz, kiedy cyfrowy celownik namierzył sylwetkę gada przyczajonego na szczycie kamiennej wieży osady klanu Paret. Obciążone łupem stado powoli zbierało się do odlotu. Bestie wzbijały się w powietrze, mozolnie mieląc powietrze skrzydłami.

– Miałeś rację, panie – stwierdził z uznaniem Kento.

– Czasem wolałbym nie mieć – westchnął Sekola, obserwując przez lornetkę zasnutą dymem okolicę.

– Wy się nie mylicie – zapewnił przewodnik.

– Oby – mruknął ponuro Martin. – Nic tu po nas, wracamy.

Z widocznym żalem przewodnik opuścił broń, by przygotować ją do drogi. Zdjął układ celowniczy, złożył kolbę i odkręcił lufę, układając poszczególne części karabinu w dopasowanym etui. Przewiązał pakunek szerokim skórzanym pasem, by przytroczyć do siodła wierzchowca Badacza. Zaniepokojone wilkaty powarkiwały cicho, wyczuwając pobliskie zagrożenie. Dwa smukłe, jakby stworzone do pokonywania wielkich odległości drapieżniki, posłusznie warowały w trawie, doskonale zlewając się z otoczeniem za pomocą chromoforów w sierści.

– Nie. – Sekola łagodnym gestem powstrzymał towarzysza, wskazując na pudło. – Weź go, na stałe. Masz lepsze oko, a ja wyszedłem z wprawy. Zresztą, wam bardziej się przyda. – Uśmiechnął się.

Przewodnik zaniemówił z dumy. To był jeden z artefaktów Badaczy. Broń, o której opowiadano legendy, a teraz on, Kento Frid z Korpusu Zwiadowców dostąpił zaszczytu, by ją dzierżyć. Opadł na kolano z szacunkiem pochylając głowę.

– Dziękuję, panie.

– Przestań, chłopaku. – skrzywił się wyraźnie zakłopotany Martin. – To tylko spluwa. Wstawaj. – Wskoczył na siodło, by przerwać niezręczną sytuację. Kento poderwał się i zastygł, mrużąc oczy.

– A to co? Jakiś szaleniec? – Wskazał szybko poruszający się kształt.

– Hmm… Ten sam kierunek. – Stwierdził badacz, obserwując pędzącego na złamanie karku jeźdźca. – Podąża za stadem. To może być ciekawe. Jedziemy!

Zniecierpliwione wilkaty raźno wyrwały naprzód, pochłaniając kilometry skąpanej w słońcu sawanny.

– Panie Mart? – spytał po pewnym czasie przewodnik. – Tak się zastanawiam, po cholerę im ten chłopak? Przecież go nie zjedzą.

– To proste, Kento. Są bardziej podobne do nas, niż ci się wydaje – odpowiedział Sekola, całkowicie skupiony na tym, by utrzymać się w siodle. Naprawdę wyszedł z wprawy.

– Nie bardzo rozumiem…

– Zżera je ciekawość.

 

Rozdział II

 

Ta szaleńcza pogoń, to chyba najgłupsza decyzja w jej życiu. Jaria doszła do tego wniosku, szczękając zębami z zimna między konarami potężnego wielkodrzewa. Ledwo tam się wdrapała, walcząc ze śliską korą i szybko zapadającym zmrokiem, ale miała dobrą motywację w postaci stada skrzeczozębów za plecami.

Na początku nie było trudno, bo grabieżcy zanadto się nie spieszyli. Oszczędzali siły, korzystając z mas ciepłego powietrza unoszących się nad rozgrzanymi równinami. Z zadartą głową podążała za stadem, aż do zmierzchu. Czasu drapieżników.

Biedny koń. Podarował jej kilka chwil, zanim dopadła go wataha jaszczurów. Zeskoczyła z pędzącego ostatkiem sił wierzchowca, nie złamała przy tym karku, co było nie lada wyczynem, przetoczyła się i sprintem ruszyła w kierunku wielkodrzewa. Obrała je za cel wcześniej, kiedy w promieniach zachodzącego słońca zauważyła zwinne kształty, przemykające w bujnej trawie.

Wysokie nawet na dwieście metrów wielkodrzewa, z pniami o średnicy niejednej osady, rosły samotnie, niczym wyspy na zielonym morzu i zazdrośnie strzegły swego terytorium. Rozciągające się na wiele kilometrów korzenie wydzielały toksyny, zdolne wytrzebić każdą roślinę, która chciałaby zagarnąć ich wodę. Zaledwie kilka gatunków flory wykształciło mechanizmy obronne przed zaborczym instynktem tych chciwych olbrzymów.

Zmierzch szybko przerodził się w duszną noc. Powietrze zawisło w bezruchu, zwiastując wieczorną, właściwą dla pory deszczowej, burzę. Ponad równinami niosły się ryki roślinożerców, a w kontrapunkcie wycia polujących drapieżników. W ciemnościach zatańczyły iskry elektrostatyki, zgromadzonej na pancerzach zbliżającego się stada grzmotorogów. Ciężkie stąpnięcia wprawiały w drgania liście i konary. Najeżone rogami, gargantuiczne sylwetki przesuwały się majestatycznie, aż rozpłynęły się w mroku, gdy wygasły wzbudzone różnicą potencjałów wyładowania. Świat utonął w miękkim szumie, kiedy nie poprzedzone nawet pojedynczą kroplą, z nieba spadły kurtyny ciepłej wody.

Co ja zrobiłam? – wyrzucała sobie Jaria, próbując utrzymać równowagę na śliskim konarze. Czekała w korytarzu, z grupą obrońców, gdy za bramą grasowali grabieżcy. Coś masywnego uderzyło we wrota, sprawiając, że mężczyźni mocnej zacisnęli dłonie na drzewcach, a kobiety podniosły kusze do ramion. Ryk, kolejne uderzenie, huk pękającego drewna. Trzasnęło donośnie, niczym uderzenie gigantycznego bata, z sufitu posypały się drobinki kurzu. Bramą zatrzęsło, pojawił się dym, zaśmierdziało spalenizną i ozonem. Jedna z lin podnoszących pomost zwiotczała, zapewne wyrwana z mocowania. Od zagrożenia oddzielał ich twardy kompozyt i warstwa ziemi, ale na zewnątrz musiało być piekło.

Karis, gdzie jesteś? – Niepokoiła się. Atak przybierał na sile, ludzie krzyczeli, podpierając skrzydła wrót grubymi belkami. Coś się paliło. Walczyła jeszcze przez chwilę ze strachem i poczuciem obowiązku po czym, korzystając z zamieszania, pomknęła do jednego z tuneli ewakuacyjnych. Wzmocnione drewnem, wąskie chodniki prowadziły poza schronienie, stanowiąc ostatnią deskę ratunku w razie tragedii. Jeden z nich kończył się przy studni w zagajniku.

Ostrożnie podniosła klapę maskującą. Gęsty, biały dym palącego się siana drażnił nozdrza, ale też dawał osłonę. Wyszła na zewnątrz, rozejrzała się i szok odebrał jej zdolność do jakiegokolwiek działania. Kilkanaście kroków dalej dorodny samiec właśnie obwąchiwał bezwładne ciało ubrane w spraną, żółtą koszulę Karisa. Delikatnie chwycił ofiarę w przednie szpony, rozłożył skrzydła i potężnym wyskokiem z tylnych łap wzbił się w powietrze. Przeleciał tylko kilka metrów nad jej kryjówką. Głowa chłopaka zwisała bezwładnie, ale na ciele nie zauważyła żadnych widocznych ran.

Żyje! – pomyślała z nadzieją. Nie zastanawiając się, pobiegła do najbliższej zagrody, wybrała pierwszego z brzegu konia i ruszyła w pogoń.

Na początku wydawało się to właściwym pomysłem. Z perspektywy całego dnia i strug wody spływających z liści na głowę, sytuacja nie wyglądała już tak korzystnie. Ładunek wyzwalany przez wąsy mógł zabić istotę wielkości człowieka. Karis mógł być martwy. Mogła ścigać trupa. Jedyna nadzieja wynikała z opowieści o ludziach, którzy przeżyli bliskie spotkania z gadoidami.

Ilu takich znasz? Odpowiedź nie była zadowalająca, bo nikogo. Osobiście nikogo, ale dziadek opowiadał kiedyś o myśliwym z sąsiedniej osady. Gady dopadły go na polowaniu i bawiły się nim przez kilka dni, zanim zostawiły w stepie, żeby zdechł. Mimo ciężkich ran, zdołał dotrzeć w zamieszkałe okolice, gdzie przypadkowo trafił na karawanę. Przeżył, ale amputowali mu rękę, stracił oko i nigdy już się nie odezwał. Wzdrygnęła się, że taki los może spotkać jej ukochanego braciszka.

Burza ustała i tylko z wyższych gałęzi spadały zimne krople. Drzewo zagrało rytmem nocnej aktywności. W rozległej koronie szemrało, ćwierkało i popiskiwało. Cały ekosystem istot zamieszkujących szereg poziomów olbrzymiej rośliny prowadził walkę o przetrwanie. Jakieś zwierzę wielkości dziecka przemknęło po gałęziach, w pogoni za zdobyczą. W koronach wielkodrzew żyły również drapieżniki. Może nie tak duże, jak te z równin, ale mogły być równie niebezpieczne dla samotnej nastolatki.

To naprawdę był zły pomysł. Opuściła osadę, nie mówiąc nikomu co robi. Wylądowała sama, w ciemnościach, na sawannie, zagubiona, bez jedzenia, tylko z małym nożem przy pasie. Nie wyglądało to dobrze.

– Proszę, idźcie sobie – wyszeptała, wtulając się głębiej między konary. – Proszę, jestem nikim. Nie jestem smaczna – powtarzała jak mantrę, ściskając nóż.

Nigdy tu nie zasnę.

 

*

 

Lot zapamiętał jak koszmarny sen. Wycie wiatru, przejmujący chłód i przerażająca wysokość. Kiedy pierwszy raz odzyskał przytomność, wpadł w panikę. Krzyczał przeraźliwie i szamotał się w stalowym uścisku łap. Niezadowolona z wierzgającego ładunku bestia warknęła, zawinęła giętką szyję, wysunęła wibrysy i poraziła go prądem.

Za drugim razem był już bardziej przezorny. Kiedy wróciła świadomość, ponownie uderzyły chłód i zimno. Cienkie ubranie szarpały podmuchy porywistego wichru, wysysając resztki ciepła. Długo czekał, zanim zdecydował się podnieść powieki i gdyby nie częściowy bezwład mięśni, pewnie zdrętwiałby ze strachu. Połacie stepu uciekały setki metrów pod nim. Fascynujące i przerażające zarazem doświadczenie dla istoty spędzającej całe życie na powierzchni. Mijały minuty, a on powoli przyzwyczajał się do niezwykłego widoku.

Jednak było mu niewygodnie. Wisiał głową w dół, przytrzymywany niczym upolowana zdobycz między łapami grabieżcy. Paraliż po porażeniu powoli odchodził, robiąc miejsce mrówkom odrętwienia, maszerującym z miejsc, które zakleszczał uścisk gada. Czekał, bojąc się poruszyć, do momentu, kiedy ból stał się tak silny, aż mięśnie odmówiły posłuszeństwa i bezwarunkowym odruchem skurczu, szarpnęły ciałem.

Samiec wyczuł ruch. Zawinął szyją, a Karis spojrzał w głębię przeciętej pionową źrenicą szmaragdowej tęczówki. Szarpnęło, kiedy wykręcony gad stracił balans. Opadli kilkadziesiąt metrów, zanim stwór ustabilizował lot. Ryknął, mlasnęły wibrysy, a Karis ponownie stracił przytomność.

Przez resztę lotu bestia porażała go profilaktycznie, utrzymując zdobycz w stanie odrętwienia. Ostatnie przebudzenie nastąpiło pod wpływem uderzenia w twarde podłoże, w ciemnym, smrodliwym miejscu. Była to najgorsza ze wszystkich chwil, bowiem niosła ze sobą świadomość, że dotarli na miejsce i to może być dla niego koniec życia.

 

*

 

Obudził się, kiedy było jeszcze ciemno. Leżał z policzkiem wtulonym w chłodny piasek. Nasłuchiwał, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Gdzieś w tle świszczały podmuchy wiatru, kapała woda. Śmierdziało padliną, piżmem i spalenizną.

Odgłos kropel dotkliwie uświadomił mu, jak bardzo jest spragniony. Paradoksalnie, w tym samym momencie dał o sobie znać przepełniony pęcherz. Walcząc z pragnieniem, bólem kończyn i coraz bardziej natarczywą fizjologią, dźwignął się na nogi i z ulgą oddał mocz na skalną ścianę. Jak ma umierać, to na pewno nie w obszczanych gaciach. Oblizał spierzchnięte wargi, przełknął gęstą ślinę i rozejrzał się.

Światło poranka wpadało przez osłonięte załomem wejście, odbijało się od ścian z czerwonawego piaskowca i uwidaczniało coraz więcej szczegółów. W jaskini przypominającej odwróconą miskę zgromadzono masy odpadków. Było coś niepokojącego w tym chaotycznym śmietniku. Ociężały ze zmęczenia umysł powoli rejestrował nienaturalną regularność. Kości różnej wielkości, proste i zakrzywione, ułożone na oddzielnych kupkach. Sterty siana, trzcin i patyków w zagłębianiach ścian. Kamienie, od kawałków o prostokątnych kształtach, do idealnie okrągłych potokowych otoczaków, ułożone w podłużne sterty. Kawałki gałęzi i kłód, jedne proste i twarde, inne miękkie i bardziej przypominające próchno.

I narzędzia.

Starannie posegregowane, ewidentnie skradzione ludziom przedmioty. Motyki, grabie, łopaty, kawałki drutu, drewniane skrzynki, kupki gwoździ, plecione lub tkane płachty materiałów i ubrań. Metalowe pręty, wręgi, płaskowniki, kątowniki, kawałki pomp, przekładni i niezidentyfikowanych mechanizmów.

Jedną ze ścian zdobiła ciemna wilgotna smuga. Z pęknięcia w sklepieniu sznurem lśniących koralików przesączała się woda, znikając w szczelinie na poziomie podłogi. Dopadł do skały i przysysając się wargami, spijał życiodajny płyn. Woda miała metaliczny posmak i po kilku łykach z niepokojem stwierdził, że może zawierać jakieś trujące związki chemiczne. Co za różnica? I tak ma przerąbane. Ugasił bez dalszych obaw pragnienie, chociaż nie tak łapczywie. Było już całkiem jasno. Z groty prowadziły dwa wyjścia. Jedno, skąd wpadały promienie słońca – zapewne na zewnątrz, drugie – mroczniejsze, w głąb leża.

 Stąpając ostrożnie między kopczykami, zajrzał w ciemny otwór, do trochę mniejszej jaskini, zajętej przez sterty śmieci i olbrzymie legowisko z trawy. Minął załom drugiego korytarza, osłonił dłonią oczy i stanął na skraju przepaści.

Urwisko opadało przez sześćdziesiąt metrów, aż do kamienistych piargów koryta wartkiego strumienia, pędzącego z hukiem po dnie kanionu. Po drugiej stronie, odległa o rzut kamieniem, wznosiła się równie wysoka ściana. Miedziany piaskowiec dziurawiły otwarte paszcze jaskiń. Na skalnych występach, okalających wejścia, sterczały sękate kłody, na których powiewały kawałki wyschniętych skór, szczerzyły zęby czaszki, a nawet błyskały metalicznie jakieś przedmioty.

Od strony wzgórz strumień zakręcał, tworząc wąski przełom, a z drugiej tworzył otwartą na zachód formację zakończoną przez naturalny próg wodospadu. Za wodogrzmotem teren obniżał się łagodnie, przechodząc w rozległą dolinę przetykaną zagajnikami i formacjami zerodowanych skał. Rzeka wiła się srebrzystą wstęgą jeszcze przez wiele kilometrów, by zniknąć gdzieś na rozległej sawannie, za którą majaczył szary masyw odległych wzgórz.

Nie było drogi ucieczki. Próba odzyskania wolności oznaczała śmiertelnie niebezpieczne zejście po pionowej skale albo skok. Zrezygnowany lichymi perspektywami, Karis wpatrywał się w imponującą rozmachem panoramę, kiedy nad horyzontem zauważył ruch. Na tle błękitnego nieba szybko nabierały kształtów skrzydlate sylwetki. Wiatr przyniósł odległe ryki, a za chwilę wokół zapanował chaos. Z jaskiń huknęły wysokie, niemal bolesne dla ludzkich uszu piski, potęgowane dodatkowo odbijającym się echem.

Przestraszony nagłym jazgotem, potknął się tłukąc kolano i na czworakach ruszył do groty. Wrócił do kąta i zamarł, oczekując na przybycie gospodarza.

 

*

 

Łopot olbrzymich skrzydeł, głuche stąpnięcie lądowania, oddechy z klatki piersiowej o rozmiarach miecha kowalskiego. Kilka świszczących sapnięć, jakby węszenie; drobne wibracje masy przesuwającej się po podłożu i wrażenie przerażającej obecności, która zawisła nad jego głową.

Karis zacisnął powieki tak mocno, że przed oczami zatańczyły mu kolorowe plamy. Desperacko zaklinał rzeczywistość, udając martwego. Dobrze, że wcześniej opróżnił pęcherz. Coś delikatnie szturchnęło go w udo. Mlasnął rozwijany wibrys.

O cholera…

Trzasnęło elektrycznie. Wrzasnął dziko i wierzgając zaparł się o grunt. Natrafił plecami na ścianę i w jakimś atawistycznym odruchu odwrócił się ku oprawcy. Przed nim unosiło się martwe zwierzę. Jakieś truchło stepowego roślinożercy zwisało ze szczęk bestii.

Gad zrzucił ładunek, zakręcił się po jaskini, znalazł odpowiedni kawałek podłoża i usiadł, podkulając łapy. Łeb na długiej szyi sterczał z korpusu i złożonych skrzydeł, a zielona tęczówka zdrowego oka lekko opalizowała w półmroku.

Masując zdrętwiałe udo, Karis bezmyślnie patrzył na upolowaną zwierzynę, to na gadoida. Mijały minuty, żołądek chłopaka zaburczał donośnie na myśl o jedzeniu, z drugiej strony zrobiło mu się niedobrze na myśl o żuciu surowego mięsa.

– I co, do cholery? – wypalił powodowany narastającą frustracją. Bestia przekręciła lekko łeb, zaciekawiona dźwiękami. – Na surowo mam to żreć? – Z wyrzutem wskazał na truchło.

Minęła kolejna chwila. Bestia skoczyła. Zanim zdążył zareagować jedna z przednich łap chwyciła go w pasie, druga unieruchomiła ramię, przygwożdżając do ściany niczym stalowa obręcz. Śmierdzący padliną pysk znalazł się kilkanaście centymetrów od jego twarzy. Mięsiste, pokryte drobnymi łuskami wargi uniosły się, odsłaniając komory wibrysów.

Chłopak wrzasnął, ale ucisk na korpusie natychmiast pozbawił go oddechu i ochoty na krzyk. Trzy obrzydliwe, zalatujące zepsutym mięsem macki siłą rozwarły mu usta, a czwarta pełzała po zębach. Gad skończył badanie, sapnął, puścił technika i potruchtał do legowiska. Karis opadł na kolana i zwymiotował.

W mniejszej grocie coś runęło z hukiem, rozległ się syk. Bestia przytruchtała z powrotem i upuściła coś na miękki piasek. Chłopak potarł załzawione oczy i skupił wzrok na plamie u stóp.

Nóż. Pordzewiały nóż z drewnianym trzonkiem.

Ale to nie był koniec. Samiec zakręcił się po jaskini, potężną łapą zagarnął kawałki najbardziej wysuszonego drewna i ułożył w niewielki stosik. Stanął na tylnych łapach i z wysoko położnej półki ściągnął garść suchej trawy. Dokonał ostatnich poprawek, po czym wyprężył grzbiet, podnosząc skrzydła aż pod sklepienie. Strosząc krótkie pióra, pokrywające górne powierzchnie nośne, zadrżał, pocierając je w szybkich ruchach. Na skrzydłach, korpusie i szyi stworzenia pojaśniała siatka elektrocytów, gadoid wetknął wibrysy w stos. Błysnęło, trzasnęło, zapachniało ozonem.

W stercie zapłonął ogieniek. Karis wiedział, co to znaczy, ale jego rozum jeszcze nie chciał uwierzyć w to, co oglądały oczy. Gad rozpalił ognisko…

Szczęka mężczyzny powędrowała w dół.

 

*

 

– Halo!

Jaria oderwała policzek od chropowatej kory. Poranek przebijał się przez zasłonę z liści, malując wnętrze korony świetlistą mozaiką. Jasność zakłuła dziewczynę w oczy, a zmęczone po upiornej nocy kończyny dały o sobie znać bolesnym odrętwieniem.

– Halo! Panienko! – krzyknął ktoś u podstawy pnia.

 Bandyci – Przemknęło jej przez myśl. Strach przegonił resztki sennej dezorientacji. Po równinach szwendały się grupy banitów, o których krążyły niezbyt przyjemne dla młodych dziewcząt historie. Przywarła do konara bezcelowo starając się ukryć, bo i tak już została zauważona.

Wyjrzała zza osłony. Nad morzem traw unosiła się delikatna mgiełka nocnej wilgoci, błyskawicznie rozpraszana przez szybko rosnącą temperaturę. W rozległym cieniu wielkodrzewa stała dwójka jeźdźców na wilkatach…

Wierzchowce z dalekiej północy były rzadkie, drogie i niebezpieczne w utrzymaniu, ale też ciche, wytrzymałe, zwinne i czujne, a teraz dwa, wielkie niczym konie drapieżniki, gapiły się na nią, jak na przekąskę. Zadrżała, bo wystarczy kilka chwil, aby te wspinające się po skalnych ścianach bestie wdrapały się na pień. Jeden z jeźdźców, jakby wyczuwając jej obawy, pstryknął palcami wydając komendę. Objuczone sakwami wilkaty posłusznie przywarły do ziemi, zlewając się z otoczeniem.

Otworzyła ze zdumienia buzię i schowała się szybko. Tylko jedna grupa używała takich wierzchowców – Zwiadowcy z Landsaj!

Pierwszy z przybyszów, starszy, ponad czterdziestoletni mężczyzna, wesoło przypatrywał się dziewczynie. Niewysoki, miał długie, spięte w kucyk, posiwiałe na skroniach włosy, kwadratową twarz i dziwne, okrągłe druty ze szkiełkami zawieszone na nosie. Drugi, znacznie młodszy, był jego przeciwieństwem. Wysoki, szczupły, ciemnowłosy i ciemnoskóry wyniośle trzymał się w siodle, czujnie lustrując okolicę.

– Halo! – powtórzył starszy. – Panienko! Wszystko w porządku? Jesteś ranna? – Zatroskał się.

– Kim jesteście? – Jaria zdobyła się na odwagę i piskliwie wychrypiała pytanie. Zabrzmiało to bardziej strachliwie, niż chciała.

– My, moja droga, jesteśmy ekologami – odpowiedział siwy, z rozbawieniem spoglądając na towarzysza. Ten parsknął, odsłaniając wyjątkowo białe zęby. Miał może ze dwadzieścia kilka lat i wyglądał całkiem sympatycznie, pomimo wystającego znad ramienia drzewca krótkiej włóczni, długiego noża przy pasie i przytroczonej do siodła kuszy. Drugi nie posiadał żadnej widocznej broni, ale obydwu okrywały luźne ubrania w pastelowych kolorach sawanny, mogące ją ukrywać. Strojów dopełniały odrzucone na plecy szerokie kapelusze z rzemykami, ochronne gogle na szyjach i wysokie do kostek, sznurowane buty.

– Kim? – Nie znała tego słowa. – Kolegami?

– E-K-O-L-O-G-A-M-I – przeliterował głośno i wyraźnie.

– A co robią ekolodzy? – dopytywała podejrzliwe. Za tym mogło kryć się wszystko. Od szalonych czcicieli Zakazanego, poprzez bandytów czy chciwych kupców porywających dziewczęta dla zysku.

– Jakby ci to powiedzieć… – Niższy podrapał się po zarośniętym policzku i spojrzał na towarzysza. Ten wzruszył ramionami, obserwując sawannę. – Jeździmy po świecie i szukamy interesujących gatunków. Widziałaś gdzieś takie?

– Gatunków?

– A ty, maleńka, należysz chyba do gatunku przedrzeźniaczy. – Zaśmiał się, poprawiając druty na nosie. – Wszystko powtarzasz?

– Powtarzam?

– No właśnie, o tym mówię. Słuchaj, będziesz tam siedziała cały dzień, czy zejdziesz? Kark mnie boli od zadzierania głowy, a twoja rodzina na pewno ucieszy się, że jesteś cała.

Co gorszego może ją spotkać, niż śmierć z głodu na drzewie? – pomyślała. Zeszła, z pewną obawą zerkając na wilkaty, ale zdyscyplinowane komendą, nie zawracały na nią uwagi.

– Nazywam się Martin Sekola. – Biały mężczyzna zsiadł z wierzchowca podając dziewczynie manierkę z wodą. – A to Kento Frid. – Wskazał kciukiem towarzysza.

– Jariadonna Paret. – Dygnęła z gracją, jak to uczyła ją matka, po czym efektownie zemdlała ze zmęczenia i emocji.

 

*

 

Ślepy coś budował.

Tak jednookiego samca przezwał Karis. Chłopak zjadł przypieczone mięso i siedział w swoim kącie, obserwując zwierzę. Na czas posiłku i największego skwaru zostawiło go w spokoju, ucinając sobie drzemkę w chłodnym legowisku, a natychmiast po przebudzeniu zajęło się swoimi sprawami, nie zwracając uwagi na więźnia.

Samiec wybierał ze stert materiały. Zaczął od grubych niczym ludzkie ramię drewnianych belek. Chwytał je przednimi łapami, przygryzał do odpowiedniej długości i układał pośrodku jaskini w stożek o wysokości dorosłego człowieka.

W jednej z kamiennych niecek leżała zgromadzona jakaś miękka żywica. Urywał bryłę, wkładał do pyska, przeżuwał chwilę, po czym oblepiał miejscowo powierzchnie niektórych elementów. Stroszył skrzydła zbierając potencjał, po czym dotykał wibrysami spoiny. Pod wpływem ładunku substancja natychmiast twardniała w sztywne łączenie.

Następnie przyszła kolej na kawałki kości. Tą samą metodą, co wcześniej, gadoid przymocował je do cieńszych, drewnianych poprzeczek i ostrożnie wsunął pomiędzy belki. Na końcu wygrzebał pordzewiałą łyżkę od łopaty, obejrzał ją ze wszystkich stron, sapnął i odrzucił. Potruchtał do legowiska, by wrócić z krótkim jak palec kawałkiem wypolerowanej rurki i pękiem patyków. Zadziwiająco precyzyjne operując chwytnymi wąsami, umieścił metal na stelażu z cienkich prętów w centralnym punkcie konstrukcji.

Zafascynowany Karis z niepokojem obserwował ten proces, bo to, co wyczyniał Ślepy, wyraźnie wychodziło poza ramy zwierzęcych instynktów. Wiedza o gadoidach opierała się na niejasnych, często podkoloryzowanych opowieściach myśliwych. Podobnie jak niektóre gatunki śpiewających ptaków, które budowały prymitywne konstrukcje z błyskotek, mające zwabić potencjalne partnerki, grabieżcy ozdabiali siedziby trofeami z polowań, by ugruntować pozycję w stadzie, a tym samym do rozrodu. Upodobały sobie szczególnie błyszczący metal i szkło, praktycznie nie występujące w naturze w przetworzonej przez ludzi formie.

Rajdy traktowano jako przykrą okoliczność, komplikującą i tak ciężkie życie osad. Potencjalne szkody w dobytku równoważyły bilans w ofiarach, bowiem jedyną jak dotąd, skuteczną taktyką było wczesne ostrzeganie i ewakuacja do schronienia. Najcenniejsze mechanizmy i urządzenia przechowywano w schronach, więc łupem zwykle padały nieskomplikowane do odtworzenia narzędzia. Cena, którą można zaakceptować, póki nie znajdzie się sposób, by skutecznie walczyć z osiemsetkilową maszynką do zabijania. Grabieżcę można było zabić, ale koszty takich działań w ludzkim życiu bywały ogromne. Źle wymierzone pociski z kusz po prostu odbijały się od grubej skóry, bądź raniły ją nieznacznie, tylko rozdrażniając i tak niebezpieczne stworzenie. Grupa włóczników w zwartym szyku potrafiła skutecznie przygwoździć napastnika, ale zdarzało się to niezmiernie rzadko, zwykle w ograniczonej przestrzeni korytarza lub tunelu, kiedy to gady dostawały się do wnętrza osady. Ale wtedy osada była już stracona…

Późnym popołudniem Ślepy skończył kreację dzieła. Przyjrzał się mu jakby krytycznie, coś poprawił, wyszedł na półkę i ryknął donośnie. Wrócił, zlizał trochę wody ze ściany i usiadł, oczekując na efekt. Podobnie jak Karis.

Z kanionu dobiegł furkot szybko uderzających skrzydeł, a chwilę potem do groty wpadł huragan. Tuzin młodych, ledwo sięgających człowiekowi do pasa gadoidów, popiskując, przetoczył się po pomieszczeniu. Zwierzaki rozbiegły się, wtykając łeb w każdy możliwy kąt. Jedna z ułożonych z pietyzmem stert śmieci runęła pod naporem ruchliwych istotek. Trójka z nich wpadła do kąta, zajmowanego przez więźnia. Bez zbytniej bojaźni pierwszy mały zbój porwał kawałek ogryzionej kości, drugi rozrzucił węgle wygasającego ogniska, a trzeci boleśnie ugryzł człowieka w łydkę.

– Hej! – wrzasnął Karis. Maluchy zamarły. Gestem widzianym wcześniej u Ślepego z zaciekawieniem przekrzywiły łebki na długich, kształtnych szyjach, szybko mrugając powiekami.

Ślepy syknął przeciągle. Strwożone gady zbiły się w chaotyczną gromadkę, po czym w jakiś niewyjaśniony sposób uformowały kolejkę. Na znak samca pierwszy osobnik, ostrożnie manipulując wibrysami, wyciągnął oznaczony kością kawałek drewna, tak by nie potrącić luźnych części konstrukcji.

To coś jak bierki – Karis skojarzył ludzką grę zręcznościową.

Maluchy zamieniały się, aż zostały najcieńsze pręty i kawałek metalu. Rozgrywka była już chyba poważna, bo jak wcześniej zdarzały się ciche popiskiwania i pomruki, tak teraz w jaskini panowała grobowa cisza. Robiło się ciemno, kiedy zwycięski maluch z rurką w pysku wydał tryumfalny pisk. Powarkująca reszta musiała zadowolić się kilkoma kawałkami kości.

Ślepy ziewnął i zamiatającym ruchem ogona popędził stadko. Bez pośpiechu rozwalił konstrukcję, segregując materiały na odpowiednie sterty. Przypomniał sobie o więźniu, posłał mu długie spojrzenie, warknął coś i udał się do legowiska.

Karis w ponurym nastoju zaszył się w kącie. To, co dziś zobaczył, nie wróżyło dobrze ludziom. Te stworzenia były inteligentne, a co gorsza, potwornie inteligentne.

 

*

 

– Bo są inteligentne – stwierdził Sekola z pełnymi ustami.

Jechali przez cały dzień. Poza krótką instrukcją, co ma robić, aby przeżyć, mężczyźni prawie się nie odzywali. Młodszy czujnie obserwował niebo, a starszy horyzont. Czasem zatrzymywali się, przywierając do ziemi pod ukryciem wysokich traw. Jaria zmieniała wierzchowce, ulokowana w niewygodnej pozycji za siodłem i posłusznie wypełniała wszystkie polecenia.

Nadchodził zmierzch, kiedy zatrzymali się w podmokłej dolinie, u podnóża masywu rdzawych wzgórz. Pora deszczowa rozmiękczyła grunt, więc chwilę im zajęło, zanim znaleźli odpowiednie miejsce na obóz. Kento rozsiodłał wierzchowce, podał jeden z pakunków Martinowi, a ten energicznym wyrzutem ramion rozłożył niewielki, półkolisty namiot, który natychmiast stopił się kolorem z otoczeniem. Sekola wrzucił do środka ekwipunek i gestem zaprosił dziewczynę, która dotąd z fascynacją obserwowała nieznany sobie sprzęt.

Wolne od ciężaru wilkaty zniknęły bezszelestnie w wysokiej trawie, podobnie jak przewodnik. Jaria otworzyła usta, ale badacz uciszył ją wściekłym sykiem. Obrażona, objęła nogi ramionami i skuliła się w kącie. Sekola wyjął z juków racje i metalową butlę z okrągłym sitkiem. Przytknął do niego metalowe pudełeczko. Pstryknął kilka razy, aż z urządzenia buchnęły błękitne płomyki. W milczeniu zajął się posiłkiem.

Po zmierzchu pojawił się Kento. Sekola podał mu zupę w kubku i podpłomyk. Następną porcję wydał dziewczynie, kiedy lunął tropikalny deszcz. Szum kropel stłumił wszelkie odgłosy z zewnątrz.

– To o co chciałaś spytać? – zagaił Martin, głośno siorbiąc odżywczy płyn.

– Co z moim bratem? – wypaliła nerwowo. To pytanie dręczyło ją przez całą drogę, ale siedziała cicho, zdając się na doświadczenie dwójki podróżników.

– Żyje – zapewnił spokojnie Sekola.

– Skąd ta pewność?

– To Badacz – wtrącił Kento z przekonaniem o nieomylności towarzysza. Irytował ją ten ponury typ. Odzywał się niewiele, właściwie tylko do badacza, całkowicie ignorując jej obecność.

– Z wiekowego doświadczenia. – Uśmiechnął się Martin. – Widzisz, dziecko, tylko szczęśliwym zrządzeniem biochemii możemy trawić miejscowe formy białka, ale w drugą stronę, to już tak nie działa. Bakterie powodujące rozkład jeszcze sobie radzą, ale dla szczytu łańcucha pokarmowego jesteśmy niesmaczni, wręcz toksyczni. Podobnie jak przywiezione przez nas zwierzęta domowe. Drapieżniki, w tym grabieżcy, uczą się i nas nie tykają. Dały sobie spokój, kiedy po spożyciu paru ludzi cały klan srał pod siebie prawie przez tydzień. To jak zjedzenie zepsutego mięsa – można to zrobić, ale zwykle tyko raz. – Zaśmiał się. – Oczywiście, mogą nas uśmiercić, przychodzi im to nadzwyczaj łatwo, ale uwierz mi, kwestie kulinarne nie wchodzą w grę.

– To po co im Karis? – spytała ponuro. Perspektywy ratunku oddalały się z każdą minutą bezproduktywnego siedzenia w namiocie. Zresztą, co ona sobie myślała? Że ci przemądrzali kolesie wjadą na wilkatach i go odbiją? Naprawdę była głupia.

– Bo są inteligentne – stwierdził Sekola z pełnymi ustami.  

– Przecież to zwierzęta! – Niemal wybuchnęła płaczem. Jej brat walczy o życie, a ten sobie je kolację.

– Czyżby? – Badacz uniósł brew. – Są na etapie czegoś w rodzaju górnego paleolitu. Nasze przybycie tylko przyspieszyło ich rozwój. Obserwują i szybko się uczą. Bardzo szybko, bo już pierwsze sekcje wykazały, iż ich mózgi mają niepokojąco skomplikowaną budowę, przewyższającą w niektórych aspektach ludzką. Jeszcze sto lat temu potrafiły tylko żreć, rozmnażać się i walczyć. Dziś mają własne stada, hodują je na równinach. Znają lecznicze właściwości ziół i potrafią je stosować w razie chorób. Powoli uczą się używać prymitywnych narzędzi. To na razie społeczeństwo zbieracko-łowieckie, ale to tylko chwila, zanim przejdą do innej formy. – Sekola zrobił przerwę na łyk zupy. Jaria, jako prosta dziewczyna z pól – nie to, co jej uczony na technika brat – nie do końca rozumiała używaną przez badacza terminologię, ale w milczeniu chłonęła wiedzę, która tylko pogłębiała jej obawy.

– Mają już ugruntowaną kulturę społeczną, opartą na klanie rodzinnym – kontynuował Martin. – Kilka klanów tworzy plemię. Ci zamieszkujący tę okolicę to plemię Czerwonych Wzgórz. Miałem z nimi kiedyś do czynienia i uwierz mi, nie były to przyjemne przejścia. Co więcej, nabrały świadomości gatunkowej. Zabicie jednego może pociągnąć za sobą zemstę innych. Tak stało się trzydzieści lat temu w Piaskowym Brzegu. W odwecie za wybicie wyjątkowo agresywnego klanu zmasakrowały trzy osady, zanim udało nam się je powstrzymać. Tak, potrafią się zjednoczyć i zaplanować wspólny atak, a wiedz, że na tym kontynencie może być ich nawet dwieście tysięcy. To mniej więcej tyle, co nas, tylko, że każdy jest cztery razy większy i silniejszy. Dlatego skradamy się niczym złodzieje przez ich terytorium, zamiast wjechać silnym oddziałem i odebrać co do nas należy. – Zdyszany Sekola zakończył tyradę nagłym atakiem kaszlu. Wyjął mały pojemnik, włożył do ust i nacisnął. Syknęło cicho, mężczyzna opadł na posłanie.

– Przecież tu nic nie ma – zdziwiła się dziewczyna. – To pustkowie! Tylko trawy, skały i woda.

– No właśnie problem w tym, że nie tylko – odpowiedział pobladły z wysiłku badacz.

 

Rozdział III

 

Słońce już dawno wstało, kiedy Ślepy wypełzł z legowiska. Ziewnął, przeciągał się, po czym przegnał przestraszonego człowieka na półkę jaskini. Chwycił szponami więźnia i uniósł w powietrze. Lot nie trwał długo, zaledwie kilka minut. Wylądowali pośród bagien u zbiegu dwóch strumieni. Z płaskiego jak stół podłoża wystawały dwa niewysokie wzgórki pokryte roślinnością.

Gad pchnął Karisa potężnym łbem w kierunku jednego z nich. Chłopak powoli rozgarnął kobierzec z liści. Pod spodem zajaśniał, pożółkły wieloletnim brudem, kompozyt. Technik zamarł z wrażenia, po czym szarpiąc gorączkowo, wyrwał resztę pnączy.

Legendarne kontenery z Albacory!

Sto trzydzieści dwa lata temu SDZ „Albacora” wchodząc w atmosferę, uszkodził poszycie i stracił sterowność. Ratując statek, kapitan uwolnił ładunek pięćdziesięciu sześciu kontenerów, rozrzucając je na przestrzeni trzech i pół tysiąca kilometrów, zanim płonąca maszyna wpadła do oceanu, po drugiej stronie kontynentu. Do tej pory odnaleziono niewiele ponad połowę bezcennych dla kolonistów, prawie niezniszczalnych kontenerów, a tu są aż dwa! Karis aż usiadł z wrażenia.

Zniecierpliwiony Ślepy przepchnął się i odtrącił chłopaka. Ryknął i z całym impetem masy uderzył przednimi łapami w kompozyt. Walił i drapał z furią gładką powierzchnię, aż zadyszany spojrzał na chłopka i wskazał szponem pojemnik.

– Tty… Ttty chcesz, żebym ci to otworzył… – wyjąkał technik w nagłym olśnieniu.

– Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić! – rozległo się gdzieś z tyłu. Równie zaskoczony co gad, Karis obrócił się w kierunku źródła dźwięku. Trzymając ręce nad głową, z traw wyszedł niski mężczyzna.

– Pamiętasz to, sukinsynu? – Sekola podniósł nabój, drugą ręką przejechał po oczodole i skroni. Gadoid wlepił wzrok w lśniący czubek pocisku, po czym zasyczał, przywierając do ziemi w poszukiwaniu osłony. – Tak… – zamruczał zadowolony z efektu demonstracji badacz. – Na pewno pamiętasz, dupku. Miałeś szczęście, że w Piaskowym Brzegu skończyło się tylko na oku.

– Gdzieś tam jest mój opiekun. – Badacz zatoczył gestem krąg za plecami. Gdzieś tam, pod maskującą siatką leżała Jaria i zwiadowca z długim na półtora metra karabinem. Od rana obserwowali leże, czekając aż gad wykona ruch i zaprowadzi ich do kontenerów. – Strzela znacznie lepiej ode mnie i tym razem możesz się nie wywinąć. Oddawaj chłopaka! – Sekola wskazał technika.

Ślepy myślał. Ogon i skrzydła zadrżały nerwowo, napiął mięśnie przywierając do ziemi. Gad rozważał, w swój pokrętny dla człowieka sposób, bilans zysków i strat, aż instynkt zwyciężył.

Szybki był. Skoczył, szeroko rozkładając skrzydła. Huknął strzał. Kula trafiła zwierzę w skrzydło i tylko dzięki temu Sekola uniknął ciosu potężnych szponów. Upadł, przetoczył się, po czym ponownie upadł, powalony nagłym atakiem kaszlu. Technik rzucił się do ucieczki, ale gad śmignął ogonem, podcinając mu nogi. Kolejnym skokiem przyszpilił chłopka do ziemi i przeciągnął za osłonę kontenera.

– Nie! – wrzasnęła przerażona Jaria. Ściskając w ręku nóż rzuciła się do biegu. Obok pędziły wilkaty. Na odgłos wystrzału znad wzgórz podniosły się wściekłe ryki. Zaraz zrobi się jeszcze goręcej. Kento klnąc przeładował broń, nie miał czystego strzału.

Wilkaty wyprzedziły ją o kilka długości. Pierwszy zaatakował nogi gada, drugi szyję. Bestie zwarły się w kotłowaninie kłów, pazurów i zębów. Trzasnęły wibrysy, bojowe wierzchowce przezornie odskoczyły od przeciwnika. Karis przetoczył się i wstał.

– Przepraszam – wysapała Jaria, obejmując brata. Zwinnym wymykiem przeszła mu za plecy, chwyciła za włosy i przystawiła nóż do gardła.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – jęknął zaszokowany.

– Stój! – wrzasnęła. O dziwo, zwierzęta przerwały walkę. Samiec zamarł. Przenosił wzrok z dziewczyny na nóż, analizując gadzim umysłem zaistniałą sytuację. Sekola zanosił się kaszlem. Podniósł głowę, spotkał spojrzenie dziewczyny. Kiwnął w potwierdzeniu, plan działał. Co mówił Sekola? „Twój brat jest dla nich bezcenny, ze względu na umiejętności, których one nie posiadają. Są ciekawskie z natury. A teraz znalazły coś, z czym nie potrafią sobie poradzić, zrozumieć. Bez człowieka nie rozwiążą zagadki, a to je po prostu zeżre. A my to wykorzystamy”.

Jaria pociągnęła brata w bok. Ślepy ruszył.

– Zabiję go! – wrzasnęła piskliwie, dociskając nóż. Kropla krwi spłynęła po jej palcach.

– Pojebało cię?! – Karis krzyknął z bólu, łapiąc dłonią za ostrze.

– Zamknij się! – syknęła Jaria. – To nasza jedyna szansa.

Gad zarył pazurami w glebę. Nozdrza pracowały ze świstem, wyczuwając krew, szeroka źrenica wypełniała oczodół czarną furią emocji. Jaria zrobiła krok. Gad zakręcił się w miejscu i ryknął jak zraniony, ale nie atakował. Rodzeństwo znów się przesunęło. Sekola wstał, zerknął na wzgórza. Z masywu poderwały się skrzydlate sylwetki. Badacz sięgnął do kieszeni i ścisnął ostateczność – granat termiczny.

Samiec ucichł. Zastygł w totalnym bezruchu, niczym ludzie, których spotka nagłe olśnienie. Pobiegł w pobliskie krzaki i wygrzebał owinięty w zielony materiał pakunek. Chwycił go w pysk i cisnął pod nogi technika.

– Cco jest…

Karis zerknął na rozsypaną zawartość. Narzędzia. Brudne i podniszczone, ale niezbyt odbiegały stanem od tych używanych w osadzie. Ślepy zaświergotał na ten gest, położył się na brzuchu i podpełzł do kontenera. Pocierając szyją o kompozyt, wydawał głębokie gardłowe pomruki.

– Czego on chce? – spytała zdezorientowana Jaria. Gad wywalił się na grzbiet, odsłaniając jasne podbrzusze. Sapnął wydając ciche, ale przyjemne dla ucha mruczenie. Furczał, aż ziemia drżała.

– On… On ci oddaje przywództwo… – szepnął zdumiony Sekola.

 

*

 

Na niewielkim wzniesieniu stał namiot. Na derce, przed wejściem, siedziała chuda dziewczyna, pogryzając podpłomyk. Cztery dorodne gady, obwiązane wyciągniętymi z czeluści jaskiń, a skradzionymi wcześniej ludziom linami, próbowały wyciągnąć z bagniska długi na dwanaście metrów kontener. Pokrzykując i wspomagając się gestami, pracę nadzorował młody mężczyzna, ubrany w brudną, piaskową koszulę. Jej brat.

Karis cały poprzedni dzień montował coś na kształt końskich uprzęży. Gadoidy boczyły się początkowo, ale zdyscyplinowane przez podgryzanie i gniewne ryki Ślepego, w końcu dały założyć sobie te prowizoryczne chomąta. 

Niedaleko rosła sterta kamieni i drewnianych belek, przeznaczonych na budowę trwalszego schronienia. Mniejsze osobniki ściągały z okolicy kępy kolczastej roślinności, budując ochronny wał wokół obozowiska. Pośrodku prowizorycznego koralu stały gotowe do podróży wilkaty.

– Jesteś pewna? – spytał oparty o łęk siodła Sekola.

– Jestem. Karis też.

– Będziecie zdani tylko na siebie. Do najbliższej osady jest dzień jazdy – drążył temat.

– Wiem – westchnęła. – Zostajemy. Rozmawialiśmy o tym w nocy. Do czego mamy wracać, panie Mart? – Zrobiła poważną minę i zmieniła ton na niższy. – „Myślałaś co czeka nas w osadzie? Harówka na polach? Kolejna naprawa zdezelowanej pompy? Szlifowanie starych trybików? Nuda. A tu spoczywają bezcenne urządzenia, o których tylko czytałem. Przecież im tego nie zostawię, żeby ozdobili sobie jaskinię!” – Skończyła przemowę, w udany sposób naśladując brata.

Sekola zamyślił się, obserwując pracujących wspólnie przedstawicieli dwóch inteligentnych gatunków. Wyjął oprawiony w skórę notatnik, coś zapisał, wyrwał kartkę i podał dziewczynie.

– Co to? – spytała, patrząc na prosty schemat i rzędy cyfr.

– Rozwiązanie. Brat się ucieszy.

– Dzięki – schowała kartkę.

– Jeszcze jedno. Naprawdę byś go…? – Nie dokończył znacząco.

– To mój brat, czasem mam ochotę – wyszczerzyła się Jaria.

– No tak – zaśmiał się Martin. – Skoro zostajecie, to nie mam więcej pytań.

– Jak to stwierdził Karis, jest tu jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. – Zamyśliła się, spoglądając na Ślepego, który z wsuniętym jęzorem przekręcał w łapach metalowy rupieć. Niedaleka obecność stworzeń powodowała przyjemnie mrowienie gdzieś w środku. Zamknęła oczy. Czuła je, grzały niczym promienie słońca.

Będzie dobrze.

 

Epilog

 

Lansdaj śmierdziało z daleka. Dym manufaktur, kuchni, odchody i przepocone ciała – kwintesencja zapachowa cywilizacji. Stolica wybrzeża przycupnęła w zatoce pomiędzy wrzynającymi się daleko w morze skalistymi cyplami.

Sekola wjechał do miasta w eskorcie Korpusu Zwiadowców. Tam, gdzie się pojawił, ruch uliczny zamierał na chwilę. Niektórzy klękali z czcią, inni stali w bezruchu, paru splunęło ukradkiem.

Nic dziwnego. W Landsaj, a raczej, jak to właściwie powinno się wymawiać, w „Land Site”, był żywą legendą. Jeszcze żywą – Sekola skrzywił się na kolejny atak mdłości i kiepską gierkę słowną. Przez ostatni tydzień objawy „sennej choroby” pogłębiły się znacznie. Wyczerpany wysiłkiem organizm prawie nie reagował na stymulanty. Badacz przetrwał drogę tylko dzięki troskliwej opiece Kento. Zafrasowany przewodnik robił co mógł. Czuwał przy posłaniu, kiedy pan mamrotał coś do zaciśniętej dłoni, pilnował godzin zastrzyków, przygotowywał posiłki i dbał o niezbyt forsowne tempo. Nawet teraz trzymał się strzemię w strzemię, gotowy w każdej w chwili podtrzymać swojego podopiecznego w chwili słabości.

W popołudniowym upale okrążyli zabudowania portu, wspinając się do Cytadeli ukrytej w masywie cypla. Strażnicy zasalutowali z szacunkiem, wpuszczając ich do twierdzy. Długi, oświetlony elektrycznie tunel prowadził do centralnego szybu schronienia. Wydrążony w skale za pomocą dawnych technologii cylinder, o średnicy trzydziestu i wysokości osiemdziesięciu metrów, stanowił serce miasta. Zabezpieczone barierkami kondygnacje mieściły kwatery pierwszych kolonistów. Kiedy wzrosła populacja, część z nich musiała przenieść się na zewnątrz i liczyć na nie zawsze skuteczną ochronę murów.

Z poziomu podłogi w głąb twierdzy prowadził system ciągów komunikacyjnych. U wylotu jednego z nich czekała grupka urzędników ubranych w archaiczne garnitury. Pewne rzeczy, jak upierdliwi politycy, nie zmieniają się przez wieki.

– Panie. – Skłonili się, przemawiał najstarszy rangą. – Zmierza tu Rada. Pragnie osobiście wysłuchać raportu…

– Raport złożę Królowej, osobiście – przerwał mu bezceremonialnie zmęczony Sekola. Absolutnie nie miał ochoty na formalne spotkania. – Zadbam, aby Rada Miasta otrzymała go jak najszybciej – dodał zapobiegliwe. Ostanie czego mu trzeba, to konflikt interesów z najważniejszą instytucją, ale był bardzo zmęczonym badaczem. Wolno mu.

Bez słowa uścisnął dłoń Kento. Takie było przepisowe pożegnanie, taka była tradycja przewodników. Bez emocji, bo nigdy więcej mieli się nie spotkać. Nie lubił tego. Nie cierpiał takiego przedmiotowego traktowania ludzi, od których zależało jego życie, dlatego, za każdym razem łamiąc zasady rytuału, żegnał się z nimi wcześniej, zanim wjechali do miasta.

Wszedł do odpowiedniej windy i wbił kod znany tylko ośmiu osobom. Zjechał dwanaście kondygnacji w dół, na przedostatni poziom. Niżej był tylko jeden z trzech działających na planecie reaktorów fuzyjnych. Pierwszy zasilał mizerną infrastrukturę Land Site, drugi znajdował się na dalekiej północy, na małej wyspie pod kołem podbiegunowym. Trzeci, ukryty w mrokach tajemnicy, znajdował się gdzieś na drugiej półkuli.

Winda otworzyła się z cichym klaśnięciem. Krótki korytarz kończył pancerny właz. Wstukał kolejny kod, tym razem znany tylko czterem osobom, zeskanował siatkówkę i wszedł do pogrążonego w półmroku, nowoczesnego kompleksu mieszkalnego.

Jego domu.

Walcząc z zawrotami głowy, opadł na wygodny fotel. Przez chwilę gapił się bezmyślnie w sufit z kompozytów, stanowiący kiedyś część kajuty statku międzygwiezdnego.

– Królowo, aktywacja – wydał polecenie, ściągając buty.

– Dzień dobry, Martinie. – W pokoju zmaterializował się półprzeźroczysty hologram ubranej w wieczorową suknię brunetki. Władczyni Land Site nie posiadała ani jednej ludzkiej komórki. Wystarczył jej nadzór nad bezcennym reaktorem, jednym sprawnym satelitą i bazą danych, by od półtora wieku w imieniu badaczy decydować o wszelkich ważniejszych dla miasta sprawach.

– Taki sobie – odpowiedział zgryźliwie sztucznej inteligencji, zrzucając jednocześnie spodnie i przepoconą koszulę.

– Jak wyprawa?  

– Kolejny fałszywy alarm, sprawdziłem numery. Sprzęt górniczy. Jakiś gadoid naładował nadajnik i stąd cała awantura.

– Coś o N?

– Nic. – Sekola z rezygnacją machnął ręką. Pieprzony kontener. Wypełniony zaawansowaną, nawet jak na standardy badaczy bronią, zdolną wytrzebić wszelkie życie na planecie, nigdy nie powinien się tu znaleźć i stanowił bezpośredni powód ciągłości tej misji. Ktoś przecież musi umieć rozbroić to gówno.

– Raport masz na padzie, podyktowałem po drodze. – Nalał sobie drinka z miejscowego odpowiednika brandy, skrzywił się na smak, i kontynuował ze szklaneczką w ręku: – Obrób to tak, aby te ćwoki z góry nie posrały się w gacie. Nie wspominaj o tej dwójce i manifeście kontenerów. Przyjmij, że zawierały jakieś materiały budowlane. Czas zacząć pracę nad konkurencyjnym ośrodkiem dla Land Site, bo popadają w stagnację. Przygotuj mi kąpiel.

Odżył pod prysznicem. Zmywał brud i zmęczenie pod ciepłymi strumieniami pachnącej świeżością wody. Automat Hospitalizacyjny zaaplikował mu końską dawkę środków wzmacniających, błyskawicznie stawiając na nogi. Z kabiny sanitarnej przeszedł do dekontaminacji, a potem dalej, do działu H.

 Stanął nagi pośrodku dziesięciometrowej sterylnej bańki, zatopionej w skale pięćdziesiąt metrów pod poziomem morza. Aparatura kontrolna i komputery pracowały z cichym, uspokajającym szumem. W półkolu pod ścianą stało pięć komór hibernacyjnych. W błękitnych płynach unosiły się ciała. Dwóch mężczyzn i kobieta.

Podszedł do pustej kapsuły i ze smutkiem dotknął presuglasowej osłony. Dwadzieścia sześć lat temu choroba hibernacyjna w końcu zebrała swoje żniwo. W tych warunkach i tak dość długo zdołali bawić się z nią w kotka i myszkę, a teraz została ich tylko czwórka. Uśmiechnął się krzywo – co za epicki patos. Kwartet półżywych legend na straży ludzkiej cywilizacji, w tym zapomnianym zakątku kosmosu.

Wszedł do przypisanej mu kapsuły i czekał, aż systemy dostosują się do parametrów ciała. Parę odczytów przybrało niepokojący kolor, ale nakazał obejście procedury i w końcu coś piknęło potwierdzająco.

– Królowo, jestem gotowy.

– Dobranoc, panie Sekola.

 

Koniec

Komentarze

Fajne! Nie wiem czemu, ale trochę skojarzyło mi się z Tomkiem Wilmowskim. W każdym razie – wciągające, interesujące, z niebanalną legendą. Mi się bardzo!

To plusy. Bo podobałoby mi się jeszcze bardziej, jakbym się nie potykał na niedoróbkach:

– “pomost z nad” – znad;

– “Drewniane wrota, wzmocnione stalowymi wręgami” – wręgi to elementy konstrukcyjne statku albo ula. Bramy nie należą do żadnej z tych kategorii;

– “Najeżaną” – “Najeżoną”;

– “instalacja elektryczna nie działa z braku sprawnych żarówek” – akurat instalacja może być sprawna nawet, gdy nie ma żarówek. Może “oświetlenie”?;

– “Z sufitu wystawy” – wystawały;

– “użyteczne instalacja” – użyteczna instalacja;

– “oparów z palenisk, pochodni i olejnych lamp” – opary, jak sama nazwa wskazuje, składają się z pary. U ciebie to raczej dymy;

– “udezrał” – uderzał;

– “nie przekładając siły”– przekazując siły;

– “Nic to po nas” – Nic tu po nas;

 – “Z resztą”– zresztą (gdzieś dalej też jest tak samo);

– “za nadto” – zanadto;

“ wiekodrzewa” – wielkodrzewa;

– “Bramą zatrzasnęło” – zatrząsło;

“ kończył się przy tuż przy”;

– “zostawiały” – zostawiły;

– “miedzy konary” – między;

– “rożnej wielkości” – różnej;

– “spajał życiodajny płyn” – spijał;

– “Było już było całkiem jasno”;

 – “na czworaka” – na czworakach;

– “stąpniecie” – stąpnięcie;

– “Jasność zakuła” – zakłuła;

– “przytoczonej do siodła kuszy” – przytroczonej;

– “praktycznie nie występujące w naturze w przetworzonej przez ludzi formie” – tu kompletnie nie wiem, co poeta miał na myśli;

– “przykra okoliczność, komplikującą” – przykrą;

– “Szum kropel stłumił wszelkie odgłosy z zewnątrz” – przecież te krople były na zewnątrz namiotu?;

– “Są na etapie czegoś w rodzaju plejstocenu” – plejstocen trwał 2,5 mln lat, mógłbyś sprecyzować, o co ci chodziło;

– “tle samo silniejszy” – tyle samo; aczkolwiek to sformułowanie wydaje mi się niezgrabne;

– “przegnał przestraszonego człowieka go półkę jaskini” – na półkę;

– “bilans zysków i start” – strat;

– “powalany nagłym atakiem kaszlu” – powalony;

– “jęknął szokowany” – zaszokowany;

– “wilkaty i samiec przerwały walkę. Samiec zamarł” – tu masz powtórzenie;

– “To nasz jedyna szansa” – nasza;

– “ale nie zbyt odbiegały” – niezbyt;

– “pan mamrotał coś pięści” – gadał do ręki?;

– “znajdował się na daleko północy” – dalekiej północy.

Oraz – jeśli to klimat równikowy to owce i barany albo by dawno straciły runo, albo powymierały. I jeszcze co do zwierząt – jakoś nie zauważyłem roślinożerców, tylko same drapieżniki.

 

Miejsce na Twoją reklamę!

O Fuck. Pośpieszyłem. Tyle na razie powiem.

Idę poprawiać. :(

 

Edit: Dzięki Staruchu, chyba już wszystko wprowadziłem. A taki miałem dobry humor.

Ehhh… :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Oraz – jeśli to klimat równikowy to owce i barany albo by dawno straciły runo, albo powymierały. I jeszcze co do zwierząt – jakoś nie zauważyłem roślinożerców, tylko same drapieżniki. – Z emocji nie zdążyłem Ci odpowiedzieć. Owce akurat są gatunkiem przywiezionym przez ludzi. Z roślinożerców są grzmotorogi i posiłek dla Karisa, bo na więcej limitu nie starczyło.

 

Jeśli chodzi o Plejstocen, to masz rację, Sekola nie wyraził się precyzyjnie.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Że owce są przywiezione przez ludzi, tego się domyśliłem. Ale dalej jestem zdania, że w klimacie równikowym nie dałyby rady przeżyć.

O grzmotorogach rzeczywiście zapomniałem – mea culpa!

Miejsce na Twoją reklamę!

Bo to genetycznie zmodyfikowane owce. \m/

Coś jakby kudłate krowy (taki tam mój wymysł). Baran waży pół tony. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Na te pół tony to zwróciłem uwagę :). Niech będzie, że zmutowane, ale z wełną na grzbiecie strasznie wydajny muszą mieć system odprowadzania ciepła. Dobra, tyle z mojej strony :).

 

EDIT: Dopiero teraz zauważyłem, że popsułem ci humor. Nie taki był mój zamiar, wybacz!

Miejsce na Twoją reklamę!

Dzięki za wizytę i komentarz!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ech, nie zdążyłam doczytać i sprawdzić wszystkiego. Dopiero zaczęłam…

Babska logika rządzi!

To moja wina. Tak jak mówiłem, myślałem, że wszytko OK i pospieszyłem. :/

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

W paru miejscach zabrakło mi przecinków, ale nie chciałam się odrywać, bo dobrze mi się czytało.

Nie zrozumiałam tego zdania:

Czuwał przy posłaniu, kiedy pan mamrotał coś pięści,

Ale ogólnie mi się podobało :)

Dzięki, Anet. Poprawiłem. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Mi też się ogólnie podoba. Wypełniło mi egzystencjalny niedosyt po “Jak wytresować smoka?” ; D Ale zrobię kilka uwag, bo jest co poprawiać w tekście. 

i w jakiś atawistycznym odruchu masochizmu odwrócił się ku oprawcy.

 Przyznam szczerze, że nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co to jest; według mojej najlepszej wiedzy, masochizm nigdy nie jest atawizmem, a już na pewno nie odruchem – to jest głęboko wystudiowana postawa ; D przejrzyj tekst i usuń wszystkie słowa typu “jakiś”, “jakąś”, “jakieś” – to trzeba pozamieniać na rzeczowniki, bo tekst traci na mocy i czasem miałem wrażenie, że sam nie wiesz, jak wygląda to, co opisujesz; innymi słowy, czasem te opisy to sztuka dla sztuki i nie służą fabule. Przykład:

Strwożone gady zbiły się w chaotyczną gromadkę, po czym w jakiś niewyjaśniony sposób uformowały kolejkę.

Jeden z głównych bohaterów jest ciężko chory przez całą fabułę, ale nie daje mu się to we znaki ; D niedrożność układu pokarmowego to nie bajka ; D

Karis opadł na kolana i zwymiotował żółcią. 

Nad morzem traw unosiła się delikatna mgiełka nocnej wilgoci, błyskawicznie rozpraszana przez szybko rosnącą temperaturę.

Pełno mowy zależnej: “błyskawicznie rozpraszana przez…” – tego typu konstrukcje mają prawo się pojawić dwa, trzy razy w tekście, bo inaczej siada napięcie i wszystko zaczyna zgrzytać. W tym wypadku dodatkowo dochodzi sprzeczność, bo mgiełka jednocześnie się i unosi i błyskawicznie znika ; D

mężczyzna, wesoło przypatrywał się dziewczynie.

Takich rzeczy też jest dużo w tekście. Ja nie umiem sobie wyobrazić, czym się różni wesołe przypatrywanie od rubasznego. Pokaż, nie mów: mężczyzna wyszczerzył zęby do dziewczyny, puścił jej oczko, cmoknął na nią jak na konia ; D nie wiem, to Twoja robota mi opowiedzieć tę historię.

 

Jeszcze jedno, związane z narracją:

– No właśnie, o tym mówię. Słuchaj, będziesz tam siedziała cały dzień, czy zejdziesz? Kark mnie boli od zadzierania głowy, a twoja rodzina na pewno ucieszy się, że jesteś cała.

Co gorszego może ją spotkać, niż śmierć z głodu na drzewie?

Ciekawa rodzina. Takie przejścia od dialogu do narracji wypadają kiepsko i czasem narrator zaczyna mówić głosem bohatera, tak jak tutaj. Z takich rzeczy rób myśli, czyli: “Co gorszego może mnie spotkać, niż śmierć z głodu na drzewie? – pomyślała)

Tym sposobem dochodzimy do końca, a na końcu powiem: usuń połowę przymiotników. Tekst jest naszpikowany niepotrzebnymi, mało konkretnymi słowami:

Samiec zakręcił się po jaskini, potężną łapą zagarnął kawałki najbardziej wysuszonego drewna i ułożył w niewielki stosik.

potężna łapa = łapa, łapsko, graba; kawałki najbardziej wysuszonego drewna=suche drwa; niewielki stosik=stosik. I od razu lepiej brzmi i jest mocniejsze: 

“łapą zagarnął suche drwa i ułożył z nich stosik.” Krótko, jasno i na temat. Czy się różni niewielki stosik od stosika? Służ wyobraźni czytelnika. Przymiotnik od czasu do czasu w porządku, ale nie tyle!

 

Ogólnie na plus, tylko trzeba wziąć brzytwę i nadać kształt tej powodzi słów ; D bez litości ogolić brodę tzw. mowy-trawy.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Mi też się ogólnie podoba. – A mi oraz mniej, jak się patrzę na poprawki. Wezmę się za to jutro, jak mi złość na siebie przejdzie. ;)

Dzięki za wizytę!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Najciekawszy jest świat – z obcym życiem, nieznanymi drapieżnikami… Dobrze go opisujesz, stopniowo odsłaniasz ciągle nowe aspekty.

Fabuła nieco przewidywalna. Decyzja dziewczyny jest tak głupia, że mogła się skończyć tylko w jeden sposób. Na szczęście droga do tego zakończenia ma kilka efektownych zakrętów. Zastanowiłam się, jak to rodzeństwo zamierza się rozmnażać. No i nawet nie zadzwonią do rodziców? Wyrodne dzieci…

Legenda nie jest jakoś szalenie ważna, ale jest.

Technicznie – tekst jeszcze wymaga szlifowania. Literówki, przecinki, powtórzenia, czasem miałam wrażenie, że zgubiłeś jakieś słowo…

Jako sześciolatka, Jaria potrafiła wyrecytować punkty procedury, tak samo jak narysować szczegółową mapę schronienia.

Sześcioletnie dzieci potrafią tak dobrze rysować, żeby oddać w szczegółach abstrakcyjną mapę?

Babska logika rządzi!

Ja tekstu na razie nie czytałem, ale zawiesiłem oko na komentarzach i muszę się wtrącić, bo znów mi się nóż w kaburze otworzył, gdy czytałem “Instrukcję poprawnego pisania” pióra Marlowa.

Część rad i owszem, ma sens, ale sporo tutaj też materiału nie mającego nic wspólnego z prawdą i, moim skromnym zdaniem, szkodliwego. A wszystko podane w sposób ordynarnie wręcz autorytatywny, co też uważam za bezprawie (w dodatku nielogiczne, bo komentarz, do którego nawiązuję, jest zaprzeczeniem słów: (…)to Twoja robota mi opowiedzieć tę historię, właśnie z niego pochodzących).

Tak się bowiem składa, że nikt, ale to nikt nie ma upoważnienia, by mówić innym, jaka literatura jest dobra, a jaka nie. Jaki styl jest poprawny, a jaki błędny. Które zdania są ładne, a które brzydkie. Bo i skąd miałby je mieć? Żaden Bóg, rząd, instytucja ani kosmici nigdy nikomu nie sprezentowali świstka upoważniającego do wygłaszania podobnych tez ex cathedra (jeśli nie mam w tej materii racji i ktoś mi to udowodni, to z chęcią przyznam się do błędu i przeproszę).

Nie mówię tu oczywiście o sztywnych regułach rządzących językiem – ortografia, gramatyka, interpunkcja, etc. (o ile jakieś “etc.” jeszcze jest). Cała reszta natomiast to już cudownie wolna amerykanka. I to jest właśnie w literaturze najpiękniejsze – każdy może, a nawet powinien, szukać własnego stylu: własnego sposobu wyrażania myśli, tworzenia opisów, pisania dialogów, dobierania słów czy kreowania fabuły; własnej drogi rozwoju dla swojego talentu. Gdyby było inaczej, literatura, jako wtórna i liniowa, a przez to koszmarnie brzydka i nudna, już dawno dokonałaby żywota w żałosnym staropanieństwie.

Czytelnik z kolei (przynajmniej ten dobrowolny), jaki by nie był wykształcony, inteligentny, mądry i obyty, ma prawo do własnego zdania – to MI się podoba, a to MI się nie podoba – oraz do dokonywania na jego podstawie oceny (napisałbym, że subiektywnej, ale to już w zasadzie pleonazm) i do w sumie zero-jedynkowych wyborów: czytam albo nie. Nic ponadto.

Dlaczego? Bo każdy ma swój własny, absolutnie unikatowy gust, więc mówienie “za innych”, jako czysta abstrakcja, działać zwyczajnie nie może i nie będzie.

Dla przykładu:

Tym sposobem dochodzimy do końca, a na końcu powiem: usuń połowę przymiotników. Tekst jest naszpikowany niepotrzebnymi, mało konkretnymi słowami:

Samiec zakręcił się po jaskini, potężną łapą zagarnął kawałki najbardziej wysuszonego drewna i ułożył w niewielki stosik.

potężna łapa = łapa, łapsko, graba; kawałki najbardziej wysuszonego drewna=suche drwa; niewielki stosik=stosik. I od razu lepiej brzmi i jest mocniejsze: 

“łapą zagarnął suche drwa i ułożył z nich stosik.” Krótko, jasno i na temat. Czy się różni niewielki stosik od stosika? Służ wyobraźni czytelnika. Przymiotnik od czasu do czasu w porządku, ale nie tyle!

Zupełnie się z tym nie zgadzam. Jestem zdeklarowanym entuzjastą zdań barokowych, rozbudowanych, wielopiętrowych i bogatych w słowo, szczególnie, jeśli ktoś potrafi tym słowem widowiskowo żonglować (a Zalth, generalnie, potrafi), więc z reguły bardziej podobają mi się właśnie zdania pełne niepotrzebnych, mało konkretnych słów. I, cokolwiek twierdzą na ten temat inni, mam niezbywalne ku tej sympatii prawo.

Dlatego też nie zamierzam milczeć, gdy ktoś znów próbuje wmówić mi, że jest inaczej; że nie może podobać mi się to, co akurat mi się podoba (bo to w jakiś sposób złe), albo że nie wolno mi pisać tak, jak pisać chcę, lubię i umiem (bo to w jakiś sposób niewłaściwe). Ergo – że mój gust jest “gorszy”, może nawet (uwaga, eufemizm) po prostu do bani. Bo do tego właśnie wszystko się sprowadza.

 

I teraz nie wiem, co bardziej przykre: fakt, że znów straciłem trochę bezcennego czasu na powtarzanie tego zlepku truizmów, czy to, że robiąc coś tak niedorzecznego sam wszedłem w ton, na polemikę z którym ów czas straciłem – co z kolei czyni mnie hipokrytą – i przy okazji zapewne okazałem się Cieniem Gównoburzy, która być może rozpęta się pod niniejszym wpisem.

No cóż, za pewne rzeczy muszę przeprosić Was – szczególnie Zaltha, któremu napaskudziłem tu spamem (wybacz, Stary) – a za resztę przepraszać mogę tylko siebie, więc, po niezbyt długim namyśle, muszę przyznać, że jednak wiem, co jest gorsze.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

@Finkla

Decyzja dziewczyny jest tak głupia, że mogła się skończyć tylko w jeden sposób. – Świat byłby nudny, bez głupich decyzji. ;)

Zastanowiłam się, jak to rodzeństwo zamierza się rozmnażać. – A kto mówił o rozmnażaniu rodzeństwa? surprise Mają za zadanie zbudować pomost między gatunkami, a to już historia daleko wybiegająca za limit znaków.

No i nawet nie zadzwonią do rodziców? – Nie mają telefonu. :( Korpus Zwiadowców będzie nad nimi czuwał, Sekola zostawił instrukcje.

 

@Marlow

Przemyślałem uwagi i z częścią się zgodzę (i zapewne jakieś, jakoś wprowadzę), a z częścią – nie (i nie wprowadzę). :)

 

@Cieniu

No cóż, za pewne rzeczy muszę przeprosić Was – szczególnie Zaltha, któremu napaskudziłem tu spamem (wybacz, Stary) – Ależ absolutnie nic się złego tu nie stało. Wysmarowałeś bardzo interesujący komentarz, a w przypadku “potężnej łapy” i “stosika”, stanę z Tobą ramię w ramię, ponieważ podoba mi się to zdanie. O!

 

Ogólnie dziękuję Wam wszystkim z odwiedziny. Co do kwestii technicznych, to tekst można wskazywać jako legendarne skopanie sprawy przed publikacją. Dziękuję.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dlatego też nie zamierzam milczeć, gdy ktoś znów próbuje wmówić mi, że jest inaczej; że nie może podobać mi się to, co akurat mi się podoba (bo to w jakiś sposób złe), albo że nie wolno mi pisać tak, jak pisać chcę, lubię i umiem (bo to w jakiś sposób niewłaściwe). Ergo – że mój gust jest “gorszy”, może nawet (uwaga, eufemizm) po prostu do bani. Bo do tego właśnie wszystko się sprowadza.

Przykro mi Cieniu Burzy, że tak odebrałeś mój komentarz. Ton moich uwag, być może jest odrobinę “autorytatywny” – głównie dlatego, że to mój komentarz do tekstu, ale zapewniam, że nie zamierzałem nikomu mówić, co ma mu się podobać, a co nie, ani co komu wolno pisać, a co nie, a już na pewno nigdzie nie stwierdziłem, że “twój gust jest do bani”. Cała ta reakcja, wydaje mi się przesadzona.

Cieniu Burzy, nie powinienem przepraszać, za Twoją interpretację, tego, co napisałem, ale przeproszę. Przepraszam, bo gdybym wiedział, że krytyka w komentarzach dozwolona jest jako li tylko lubię/nie lubię – nie marnowałbym czasu, żeby napisać Zalthowi o tych kilku szczegółach, które wymagają szlifowania, bo wymagają – a co Zalth z tym zrobi, jest sprawą Zaltha, nie Cienia Burzy i nie Marlowa. Przeoczyłeś ten fakt, stając w obronie kogoś, kto obrony przez ałtorytetem nie potrzebuje.

 

Nie odpiszę więcej pod tym wątkiem. Jak prawdziwy ałyorytarny dyktator. ; D

 

Cieszę się Zalthcie, że przynajmniej coś sobie wybrałeś ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Marlow, mogę Ci nawet powiedzieć co wybrałem. Wywaliłem “żółć” i “masochizm”, bo rzeczywiście motały, dodałem “pomyślała”. Resztę zostawiam, bo tak mi dyktuje osobiste (nie mylić z gustownym) poczucie rytmu zdań.

Autorytarny, czy nie, z mojego portalowego doświadczenia wynika, iż zawsze autor, coś sobie z komentarza zostawi (truizm).

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

I o to chodzi, o to chodzi ; D nie miałem czasu wypisywać wszystkiego, co zauważyłem, więc wypisałem takie niezręczności, które się powtarzały, a bez których tekst byłby lepszy, mocniejszy i czytelniejszy ; D 

O co mi chodzi z tym goleniem? Tutaj jest zdanie, w którym są ładnie użyte przymiotniki, konkretnie, działają na wyobraźnie:

Nadchodził zmierzch, kiedy zatrzymali się w podmokłej dolinie, u podnóża masywu rdzawych wzgórz.

A tutaj jest takie, w którym odwrotnie, przysłówki hamują wyobraźnię i tempo, przez brak konkretu:

Przez ostatni tydzień objawy „sennej choroby” pogłębiły się znacznie. Wyczerpany wysiłkiem organizm prawie nie reagował na stymulanty.

Czym się różnią objawy pogłębione znacznie od objawów pogłębionych? Jeśli taka różnica jest istotna dla fabuły, to ją opisz, jeśli nie, można to słowo pominąć, żeby nie spowalniało tekstu i nie robiło zamieszania. Podobnie organizm, który prawie nie reaguje na stymulanty – co robi ten organizm, co to znaczy, że prawie nie reaguje – pojawia się ból, śpiączka, halucynacje, wymioty? Wtedy tekst nabiera rumieńców. Dobra, ale już kończę mądrowanie, bo zaraz znowu dostanę po uszach! ; D

 

Trzym się Zalthcie ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Czym się różnią objawy pogłębione znacznie od objawów pogłębionych? Jeśli taka różnica jest istotna dla fabuły, to ją opisz, jeśli nie, można to słowo pominąć, żeby nie spowalniało tekstu i nie robiło zamieszania. – Niech to będzie odpowiedzią: 59206/60000. :)

Wcześniej, w opowiadaniu było to, co się dzieje z Sekolą.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Gównoburze fajna rzecz. No i generalnie autorzy lubią je pod swoimi tematami, bo napędzają widownię. Stąd też, Zalthu, pewnie nie będziesz miał mi za złe, że się przyłączę. Większy komentarz do samego tekstu dorzucę za jakiś nieokreślony czas (jak i do pozostałych konkursowych, a tych narasta, że ho hu).

 

Cieniu!

Zdajesz sobie sprawę, że Twój komentarz uderza dość wyraźnie w naturę samego forum? Na moje, odbiera ochotę chcącym pomóc przy tekście osobom, bo trzeba jeszcze uważać, żeby przypadkiem nie wyjść na autorytatywnego dupka. Tylko, cholera, jaką różnicę robi to autorowi, który sam sobie jest władcą i może wybierać, co mu się z cudzych komentarzy podoba, a co nie? I to nawet wtedy, gdyby komentujący miał rzeczywisty autorytet na poziomie Dukaja czy Le Guin. 

Mówię to ja, człowiek, który we własnych komentarzach średnio co dwa słowa zaznacza, że to tylko moja opinia. Tak po prawdzie, na tym forum nie dostaje się aż takiego feedbacku (ale to chyba problem ogólny polskiego czytelnictwa parania się pisarstwem w tym pięknym kraju. Nie mówię też, że jest źle. Jest lepiej niż gdziekolwiek indziej.), żeby można było sobie wybierać, jak ktoś ma je pisać i jeszcze straszyć ludzi przestrzeganiem (odrobinę wydumanych) w tej materii konwenansów.

 

I cisnąc głębiej w gównoburzę, nie zgodzę się też z opinią do opinii. W sensie, jakoby zdanie przytoczone przez Marlowa było złym przykładem. Bo, niezależnie od czyjegokolwiek gustu, prawdą jest, że

potężną łapą zagarnął kawałki najbardziej wysuszonego drewna i ułożył w niewielki stosik.

oraz

łapą zagarnął suche drwa i ułożył z nich stosik.

przekazują identyczną informację. Czyli, w ekonomice i dynamice, drugie wygrywa bezsprzecznie. Czym wygrywa pierwsze zdanie? Czy lepiej, bardziej soczyście opisuje wykonywaną czynność? No chyba nie, bo obraz jest ten sam (ta sama informacja). Może dokłada jakieś informacje? Tak średnio (zaznaczenie “potężnej” może być istotne, ale ponownie, sama “łapa” już niesie podobny przekaz). To nie jest tak, że dodatkowe słowa z miejsca czynią w zdaniu barok. Na pewno nie ten dobry.

Bo tych dobrych upatrywałbym raczej w dokładaniu dodatkowych, teoretycznie zbędnych informacji (tutaj – na przykład opisując dodatkowo fakturę drewna, dookreślając barwę czy jego zapach), używając barwnych porównań lub zahaczając wyobraźnię czytelnika o coś znajomego. Dużo rzeczy czyni zdanie dobrym barokiem, ale w żadnym z powodów nie chodzi o większą liczbę słów samych w sobie. To jest raczej efekt uboczny.

Oczywiście, jest też kwestia wydłużania rytmu, operowania dynamiką i oddechem czytelnika. Dostrajanie struktury akapitu. Wtedy czasem potrzebne jest bardziej rozbudowane zdanie. Ale czy trzeba to osiągać przez puste kalorie?

 

Ponownie, mówię to ja, człowiek, którego można by o to podejrzewać najmniej. W tej kwestii walczę z własnymi demonami. Często, niekoniecznie wygrywam ;).

Na koniec zaznaczę, że chodziło mi tylko o to jedno, konkretne zdanie, bo z powodzią słów w tekście to się nie zgodzę. I tutaj już, rzeczywiście leży gust.

Hah ; D to jest odpowiedź!

Spoko Zalthcie, ale dalej uważam, że “wcześniej było” to wymówka (do której masz wszelkie prawo) ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

A kto mówił o rozmnażaniu rodzeństwa? surprise Mają za zadanie zbudować pomost między gatunkami, a to już historia daleko wybiegająca za limit znaków.

Życie. Na razie są młodzi (przynajmniej dziewczyna), ale za kilka lat może ich dopaść chęć założenia rodzin, przekazania komuś zdobytej wiedzy i zawartości kontenera. Co wtedy?

Nie mają telefonu. :( Korpus Zwiadowców będzie nad nimi czuwał, Sekola zostawił instrukcje.

Wiem, że nie mają. Ale to, że nawet nie zastanawiają się nad wysłaniem jakiejś wieści do rodziców (zaginęło im dwoje dzieci jednego dnia), czyni z nich w moich oczach głupie, nieodpowiedzialne bachory. No, niepotrzebnie psuje wizerunki na sam koniec tekstu.

Babska logika rządzi!

Stąd też, Zalthu, pewnie nie będziesz miał mi za złe, że się przyłączę. – Ależ skąd! Lece po popcorn! A do reszty się odniosę, jak tylko spławię ludzi, co mi tyłek zawracają.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

 Życie. Na razie są młodzi (przynajmniej dziewczyna), ale za kilka lat może ich dopaść chęć założenia rodzin, przekazania komuś zdobytej wiedzy i zawartości kontenera. Co wtedy? – Mam już poukładane kawałki tej historii, czekają na rozwinięcie.

 

Wiem, że nie mają. Ale to, że nawet nie zastanawiają się nad wysłaniem jakiejś wieści do rodziców (zaginęło im dwoje dzieci jednego dnia,… – Sekola, wracając do Landsaj zawiadomił ich rodziców. “Będzie dobrze” – jak to pomyślała Jaria. I znów limit…

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Trzasnęło, zapachniało ozonem, Karis padł nieprzytomny. – Tak ten Karis tu nie pasuje, może chłopak padł nieprzytomny (wiem, że kilka wersów wyżej jest już chłopak w didaskaliach)

Przewodnik zaniemówił z dumy. – sam nie wiem, piszę byś wziął pod rozwagę to zaniemówienie z dumy, trochę zgrzyta

wielkodrzewa to jest ładne.

Tylko jedna grupa używała takich wierzchowców – Zwiadowcy z Landsaj! – jeśli ktoś czegoś używa to wkrótce używa tego cały świat taki to trochę lekko dziecinne jak z belgariady (to nie była ofensywna uwaga)

– No właśnie problem w tym, że nie tylko – odpowiedział pobladły z wysiłku badacz. – Od jakiego wysiłku??? Przecież oni siedzieli i jedli kolację. Może był blady jak kończyli tego dnia wędrówkę?

 

Ogólnie bardzo fajne i z pomysłem. Gratuluje i czekam na następne.

 

Jak pisałem w becie, historia może nie poraża oryginalnością, ale jest interesująca, wciągająca, poza tym cała sprawa odkrywa się powoli, stopniowo, co tym bardziej wzmaga zainteresowanie. Świat też bardzo przyzwoicie skonstruowany i przemyślany.

W ogóle to bardzo fajny kawałek SF w starym stylu, z optymistycznym przesłaniem, bez depresyjnego memłania o degeneracji, wirtualach, transferach świadomości i matrixach. Lubie coś takiego.

Nawiązując do gównoburzy, która okazała się być jedynie pachnącym bąkami zefirkiem, nie widzę niczego autorytarnego w wypowiedzi Marlowa. Może dlatego, że w przypadku takich "radzących" wpisów, wydaje mi się oczywiste, iż radzący ma na myśli "w mojej opinii" pozbądź się przymiotników, wytnij to, wuprostuj tamto. A autor może się zastosować, lub olać. Na tym to chyba polega ;-) 

Dokładnie w takim samym stylu wypowiadałem się w becie: Obetnij opisy przyrody, bo malownicze, ale psują ci limit. Lepiej umotywuj decyzję rodzeństwa. Odchudź smoki, bo nawet w niższej grawitacji nie mogłyby latać itp. Nie rozumiem, co w tym złego? 

Co do nadmiaru przymiotników, sam je uwielbiam, więc nie mógłbym ganić Zaltha za ich nadużywanie. Zresztą, co kto lubi. Nie zawsze skondensowane informacje są lepsze, tak jak nie w każdym przypadku zdaniowy barok, czy inne rokokoko, jest zasadne. U Zaltha, charakter tekstu (opisy obcego świata) powoduje, że lepiej sprawdza się to drugie.

Ogólnie – bardzo dobry tekst.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@Dalekopatrzący: jeśli ktoś czegoś używa to wkrótce używa tego cały świat taki to trochę lekko dziecinne jak z belgariady – Belgariadę uwielbiam, chociaż czytałem ze dwie dekady temu. Pewnie teraz trochę inaczej bym ją odbierał. A używają, bo ten świat jest młody, a wilkaty, póki co, są elitarne. 

 

Dzięki, Thargone.

Odchudzanie pomogło, bo jak widzisz wyleciało prawie 11k znaków, łącznie z kwiecistymi opisami. Część z nich została. W zwykłym przypadku poszedłbym w skrócone wersje zdań, ponieważ rzeczywiście niosą wszelkie istotne informacje, bez szkody dla limitu znaków. Ale, zawsze pozostaje kwestia kontekstu. I w tym wypadku uznałem, iż parę przymiotników doda trochę smaku. Chociażby w tej nieszczęsnej scence z ogniskiem (żeby to jakieś jeszcze wybitne zdanie było!:)) W końcu Karis jest małym, przestraszonym człowiekiem, w ciemnym leżu groźnej bestii. Stąd “potężna” łapa i dla kontrastu, “stosik”.

Nie jestem jakimś wirtuozem słowa. Piszę amatorsko, tak jak umiem, jak czuję i to, co sam chciałbym przeczytać. Jeśli ktoś powie, że mu się dobrze czytało, to moja misja jest spełniona i mogę lecieć ku następnej historii.

Dzięki za wizyty. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Legenda jest tu niezbyt dostrzegalna i gdybyś nie wspomniał o niej w końcówce, całkiem zapomniałabym, że czytam opowiadanie konkursowe. Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza, bo opowiedziałeś nader zajmującą historię – spodobał mi się opisany świat, a choć początkowo nie wydawał się zbyt przyjazny, z czasem okazało się, że żyć w nim można i że możliwe jest nawet współistnienie ludzi i osobliwych dzikich zwierząt. Opowiadanie, choć długie, czytało się świetnie, a ciekawość towarzyszyła mi do samego końca.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

nie­okre­ślo­nej licz­by stwo­rzeń. Ko­lej­no za­zna­cza­ły swą obec­ność róż­ny­mi to­na­mi, aż jeden z nich prze­cią­głym ba­so­wym trą­bie­niem ob­wie­ścił au­to­ry­tet przy­wód­cy… –> Piszesz o stworzeniach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Ko­lej­no za­zna­cza­ły swą obec­ność róż­ny­mi to­na­mi, aż jedno z nich prze­cią­głym ba­so­wym trą­bie­niem ob­wie­ściło au­to­ry­tet przy­wód­cy

 

Nie było to zu­peł­nie bez­pod­staw­na groź­ba… –> Literówka.

 

ka­mien­ną wieżę na jego szczy­cie. Przy­sa­dzi­sty bu­dy­nek wień­czy­ła pę­ka­ta bańka gniaz­da ob­ser­wa­cyj­ne­go. –> Trudno mi sobie wyobrazić przysadzistą wieże, bo coś się tu kłóci – wieża jest budowlą z definicji wysoką, natomiast coś, o czym się mówi przysadziste, jest raczej szersze niż wyższe.

 

To wła­śnie z za­bu­do­wa­nej am­bo­ny do­cho­dził alar­mu­ją­cy dźwięk… –> Czy ambona nie jest z definicji konstrukcją otwartą?

 

Prze­sko­czy­ła jed­nym susem ka­mien­ny płot… –> Prze­sko­czy­ła jed­nym susem ka­mien­ny murek/ kamienne ogrodzenie

Płot jest ogrodzeniem drewnianym.

 

Drew­nia­ne, wzmoc­nio­ne sta­lo­wy­mi oku­cia­mi, były jesz­cze otwar­te… –> Czy tu nie powinno być: Drew­nia­ne wierzeje/ wrota/ skrzydła bramy, wzmoc­nio­ne sta­lo­wy­mi oku­cia­mi, były jesz­cze otwar­te

 

rząd obroń­ców przy­klę­kał, za­pie­ra­jąc drzew­ca o uchwy­ty w pod­ło­żu… –> …rząd obroń­ców przy­klę­kał, za­pie­ra­jąc drzew­ce o uchwy­ty w pod­ło­żu

 

two­rząc na­je­ża­ną ostrza­mi ba­ry­ka­dę. –> Literówka.

 

go­to­we na ko­men­dę wy­pu­ścić salwę beł­tów. –> Czy jednoczesne wystrzelenie bełtów z kuszy można nazwać salwą? Wydaje mi się, że salwę oddaje się z broni palnej i powinien jej towarzyszyć huk wystrzału.

 

smęt­nie zwi­sa­ły brud­ne od kurzu kable i obu­do­wy bez­u­ży­tecz­nych lamp, bo in­sta­la­cja elek­trycz­na nie dzia­ła z braku spraw­nych ża­ró­wek. –> Raczej: …smęt­nie zwi­sa­ły brud­ne od kurzu kable i obu­do­wy lamp, bezużyteczne z braku spraw­nych ża­ró­wek.

 

star­szy­zna sta­now­czo za­bro­ni­ła im cze­go­kol­wiek roz­bie­rać. –> …star­szy­zna sta­now­czo za­bro­ni­ła im co­kol­wiek roz­bie­rać.

 

w oddali ktoś pracowicie uderzrał w jakiś metal… –> Literówka.

 

Gadoid, samiec, dorosły. – rozpoznał jasną kryzę… –> Zbędna kropka.

 

zwyczaj igrania ze zdobyczą.

– Spokojnie kolego. – przemówił chłopak, zdobywając się na opanowanie. –> Nie brzmi to najlepiej. Zbędna kropka po wypowiedzi.

Proponuję: …zwyczaj igrania z ofiarą.

– Spokojnie kolego – przemówił chłopak, zdobywając się na opanowanie/ zimną krew

 

1552 m. – wskazał dalmierz. –> 1552 m – wskazał dalmierz.

Nie stawia się kropki po skrótach jednostek miar i wag.

 

Wskoczył na siodło, by przerywać niezręczną sytuację. –> Literówka.

 

Na początku nie było trudno, bo grabieżcy za nadto się nie spieszyli. –> …grabieżcy zanadto się nie spieszyli.

 

wydzielały toksyny, zdolne wytrzebić każdą roślinę, która chciałaby zagarnąć ich wodę. Zaledwie kilka gatunków flory wykształciło mechanizmy zdolne obronić się… –> Powtórzenie.

 

Jeden z nich kończył się przy przy studni w zagajniku. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nasłuchiwał, bojąc się wykonać jakiegokolwiek ruch. –> Nasłuchiwał, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch.

 

osłonił dłonią oczy i stanął skraju przepaści. –> …osłonił dłonią oczy i stanął na skraju przepaści.

 

Jasność zakuła dziewczynę w oczy… –> Jasność zakłuła dziewczynę w oczy

 

 Niewysoki, krępy, miał długie… –> Masło maślane. Ktoś krępy jest niewysoki z definicji.

Może: Niewysoki, mocno zbudowany, miał długie

 

– My, moja droga, jesteśmy ekologami. – odpowiedział siwy… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Od jakiś szalonych czcicieli Zakazanego… –> Od jakichś szalonych czcicieli Zakazanego

 

zwykle w ograniczanej przestrzeni korytarza lub tunelu… –> Literówka.

 

Pstryknął razy, aż z urządzenia buchnęły błękitne płomyki. –> Literówka.

 

– To po co im Karis? – spytało ponuro. –> Literówka.

 

– Mają już ugruntowaną kulturę społeczną, opartą na klanie rodzinnym. – kontynuował Martin… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Tak…– zamruczał zadowolony z efektu… –> Brak spacji po wielokropku.

 

A my to wykorzystamy.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Po środku prowizorycznego koralu… –> Pośrodku prowizorycznego koralu

 

żeby ozdobili sobie jaskinię!”– Skończyła przemowę… –> Brak spacji przed półpauzą.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorko. Poprawki wprowadzone.

Opowiadanie, choć długie, czytało się świetnie, a ciekawość towarzyszyła mi do samego końca. – I bardzo z tego powodu jestem uradowany. Najważniejsze żebym nie przynudzał, a warsztatu może jeszcze kiedyś się douczę. :)

Dzięki!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalthcie, nie może, ale jestem przekonana, że z całą pewnością! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uprzedzam z góry, że będę powtarzał to samo, co mówiłem już wcześniej. Zrobię to, bo jak powiedziało się A, to trzeba też powiedzieć B. Z drugiej jednak strony, pozwolicie, z góry odmówię temu działaniu jakikolwiek sensu, bo skoro za pierwszym razem nie zostałem zrozumiany, to teraz też nie zostanę. Dlatego C już sobie odpuszczę.

 

Marlow, nie popadaj, proszę, w skrajności i nie obracaj kota ogonem.

Nigdzie, ale to nigdzie nie zabroniłem Ci krytykować zalthowego opowiadania (ani niczego innego, skoro już przy tym jesteśmy, ani tym bardziej zabierania głosu) – wręcz przeciwnie. Cała ta moja mądrodupa gadka była właśnie o tym, że każdy ma prawo do swojego zdania i swojego punktu widzenia. Tyle tylko, że trzeba umieć się z nimi obchodzić tak, by nie wchodzić z nimi w paradę innym. A to rzeczywiście sprowadza się w zasadzie do ja lubię/ja nie lubię (które oczywiście można rozwijać i uzasadniać w opór, jeśli ktoś ma ochotę). NIGDY zaś do: “Ty musisz/Tobie nie wolno”.

I to jest to, co w Twoim wypadku wymaga – bo wymaga – podszlifowania.* Choć, oczywiście, zrobisz z tym, co zechcesz.^^

 

I fakt, nie napisałeś nic odnośnie czyjegokolwiek gustu, nie bezpośrednio, ale – że się powtórzę – moim zdaniem do tego się to wszystko sprowadza, bo stawiasz swoje tezy w sposób autorytatywny (to słowo bardziej tutaj pasuje niż “ałyorytarny”, bo jest ciut bardziej liberalne. Choć z drugiej strony Ty chyba wiesz najlepiej, w którą stronę masz bliżej ;), nie zostawiając żadnego miejsca na dyskusję – i właśnie w tym tkwi problem. Niezależnie od intencji, część Twoich uwag brzmiała na zasadzie: “Ma być tak, bo tak jest dobrze, a tak być nie może, bo jest źle.” A więc, idąc tym tropem, wszystko inne; wszystko to, co nie mieści się w z góry narzuconym schemacie, z automatu jest “nieodpowiednie”. Zatem jeśli mi się akurat podoba coś z działu “inne/nieodpowiednie”, to również mój gust musi być “inny/nieodpowiedni”. Logiczne, prawda?

Oczywiście to też już pewne skrajności, ale, jak dla mnie, wszystko jest tu po prostu kwestią skali.

Tak więc, jeśli ktoś przeoczył fakt, że Zalth może zrobić ze swoim tekstem co zechce i jak zechce, to raczej nie ja. Ale naprawę cieszę się, że też to rozumiesz.

Dla równowagi ja z kolei czegoś nie rozumiem. A mianowicie, skąd wziął Ci się wniosek, że stanąłem w czyjejkolwiek obronie? Tu nie chodzi o samo opowiadanie i jego Autora. Nie ujmując mu niczego – Stary, znów przepraszam, tym razem za mówienie o Tobie w trzeciej osobie – Zaltha tutaj zasługa ogranicza się niemal wyłącznie do tego, że stworzył nam okazję do przeprowadzenia tej dyskusji. Ale mogłem trafić na komentarz w podobnym tonie gdziekolwiek indziej, choćby pod którymś z własnych lichych opowiadań. I zareagowałbym tak samo, zapewniam. Chyba nie można więc powiedzieć, że staję w czyjejś obronie. Staję w obronie wyłącznie własnych przekonań i czegoś, co interpretuję jako logikę. A nawet prawdę.

Wszytko to, cały ten mój długi, dwukomentarzowy wywód można zasadniczo sprowadzić do parafrazy pewnego mądrego powiedzenia:

Nie napiszesz za mnie książki, więc nie mów mi, jaka ma ona wyglądać.

Tyle. Cała filozofia.

 

Słowiku,

mam wrażenie – ale nie pewność – że w tym, co napisałem powyżej, znajdziesz jakieś odpowiedzi również i dla siebie. Do pewnych kwestii odniosę się jednak bezpośrednio.

Zdajesz sobie sprawę, że Twój komentarz uderza dość wyraźnie w naturę samego forum? Na moje, odbiera ochotę chcącym pomóc przy tekście osobom, bo trzeba jeszcze uważać, żeby przypadkiem nie wyjść na autorytatywnego dupka.

Nie, nie zdaję sobie z tego sprawy. I mówię to zupełnie na serio. Jestem związany z tym portalem od niemal sześciu lat, większość czasu aktywnie, poznałem albo chociaż zetknąłem się na enefie z wieloma innymi użytkownikami – z częścią osobiście – przeczytałem całkiem sporo tekstów (o wiele więcej niż mam w statystykach) i komentarzy pod nimi, zrobiliście mnie tutaj swojego rodzaju szychą, więc być patrzę na portal i wszystko, co z nim związane, z nieco innej perspektywy (może szerszej, może głębszej, a może po prostu innej… A może wcale nie?), a mimo to mógłbym na palcach jednej ręki wymienić dyskusje podobne do tej. Naprawdę. A jest nas tu Legion przecież.

Wniosek nasuwa mi się więc taki, że w natura tego forum oraz w natura (natury?) jego użytkowników nie mają nic wspólnego z “autorytatywnymi dupkami”, wręcz przeciwnie. Zasadniczo nikt się podobnego zachowania wystrzegać nie musi, bo po prostu nie istnieje taka potrzeba. Powiem więcej – wydaje mi się, że większość ludzi, których tu poznałem, musiałaby się świadomie postarać, by osiągnąć taki efekt.

I to jest, generalnie, zajebiste.

Tylko, cholera, jaką różnicę robi to autorowi, który sam sobie jest władcą i może wybierać, co mu się z cudzych komentarzy podoba, a co nie? I to nawet wtedy, gdyby komentujący miał rzeczywisty autorytet na poziomie Dukaja czy Le Guin. 

Ogromną. Pomijam już fakt, że osobiście czuję się po prostu niemożebnie… poirytowany, gdy ktoś próbuje pouczać, narzucać swoją wolę i punkt widzenia, bo – jego zdaniem – moim czegoś brakuje, ale w wielu wypadkach autorzy wcale nie czują się panami i władcami na swoim podwórku, bo brakuje im pewności siebie, spójnej wizji tego, co chcą osiągnąć, doświadczenia albo może czegoś jeszcze innego, więc wsłuchują się w odgórne “instrukcje” jak w prawdę objawioną i stają się jej wiernymi akolitami, byle sprostać wymogom i oczekiwaniom tych, którzy rzeczonych instrukcji udzielają, bo to są twórcy “lepsi i bardziej doświadczeni”, więc na pewno mają rację (choć oczywiście istnieją też przypadki, kiedy ktoś próbuje robić za guru nie mając za sobą żadnego widocznego autorytetu). Aż wreszcie tacy delikwenci dają się “urobić” od początku do końca, wsadzić w ciasne ramki pewnych form, może nawet i dobrych, jednak wyrzekając się przy tym własnego, być może unikatowego stylu albo wręcz geniuszu.

Co by było, gdyby na takiego mędrca trafił Pratchett, Dickens, Sienkiewicz, zawezwany tutaj Dukaj albo jeden z wielu innych pisarzy, których nie da się pomylić z nikim innym, i posłuchał jego “rad?” odnośnie tego, jak ma tworzyć, zamiast iść za własnym talentem? No cóż, sądzę, że… nic.

Oczywiście to nie jest reguła, bo wszystko zależy od człowieka, jego charakteru i pewnie jeszcze wielu innych zmiennych, które go kształtują jako osobę i twórcę, a przy tym – jak sam się przekonałem – od ram, form i schematów generalnie nie da się całkowicie uciec. Niemniej uważam, że próby narzucania komukolwiek, jak ma pisać, są po prostu złe, głupie, bezprawne i cholernie niebezpieczne.

Tutaj jednak należy wziąć pod uwagę, że jestem osobnym podgatunkiem pisarza i człowieka w ogóle, więc, być może, tak jak Sauron nie potrafił pojąć, że ktoś mógłby zechcieć odrzucić Pierścień Włdzy, tak mi się we łbie nie mieści, że innym taki rodzaj przewodnictwa odpowiada.

 

Na koniec jeszcze jedno:

I cisnąc głębiej w gównoburzę, nie zgodzę się też z opinią do opinii. W sensie, jakoby zdanie przytoczone przez Marlowa było złym przykładem

Słowiku, ale gdzie ja napisałem, że chodzi mi konkretnie o TO zdanie?

Przytoczyłem tamten fragment wypowiedzi Marlowa w całości, by na jego przykładzie pokazać, to, o czym mówiłem: że gusta są po prostu różne, więc, siłą rzeczy, nie ma żadnej prawdy objawionej odnośnie tego, jak coś ma wyglądać. Nic więcej.

 

Dobra, na razie tyle ode mnie.

 

Zalthcie, wrócę tu, ale dopiero, gdy już przeczytam opowiadanie – teraz, to już nie wypada tego nie zrobić – i tylko po to, by wyrazić o nim własną swoją opinię.

Swoją drogą zastanawia mnie jedno – tyle zachwytów i tylko jeden głos do biblioteki? Osobliwe?

Peace!

 

* – Fajnie to brzmi?

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Eh, i jak tutaj kręcić gównoburzę przy tak pokojowo nastawionym rozmówcy. No nie da się. A fe D: .

 

Będąc zdania, że by dobrze pisać trzeba być stosunkowo inteligentną bestią (tak będę łechtać swoje ego, kiedy już zacznę dobrze pisać), wykluczam możliwość ślepej wiary w czyjekolwiek słowa. Bo jeśli ktoś nie potrafi odróżnić dobrej od złej rady (przemyśleć ich!), to jaką mu różnicę zrobi, kiedy ktoś wypowie się na dany temat autorytarnie, czy też pięć razy wspomni, że to tylko jego zdanie?

Również przypuszczam, że gdyby wymienione przez ciebie osoby trafiły na podobnego mędrca, nic by się nie zmieniło, bo robiliby swoje. Może nawet by coś słusznego z jego komentarza wyciągnęły. Więc i wniosek o szkodliwości jest niekoniecznie właściwy.

Niemniej uważam, że próby narzucania komukolwiek, jak ma pisać, są po prostu złe, głupie, bezprawne i cholernie niebezpieczne.

Odróżniłbym “narzucanie własnej woli” od autorytarnego sposobu wypowiedzi. Tu już chyba popadamy w ekstremum (zupełnie abstrahując od tego, że wypowiedź Marlowa wydaje mi się zupełnie naturalna, ale to już pewnie kwestia wrażliwości).

 

* -Może i brzmi fajnie, ale czy lepiej?

Faktycznie, bardzo tu grzecznie. Mała ta gównoburza, można powiedzieć, że to tylko jej cień. ;)

 

Bo jeśli ktoś nie potrafi odróżnić dobrej od złej rady (przemyśleć ich!), to jaką mu różnicę zrobi, kiedy ktoś wypowie się na dany temat autorytarnie, czy też pięć razy wspomni, że to tylko jego zdanie? – Niech rzuci kamieniem, komu autorytarny w odbiorze komentarz się kiedyś nie zdarzył. Nawet możemy o tym nie wiedzieć, bo przecież nie mamy pojęcia, jak odbierze to druga osoba. Jeden za autorytarne może odebrać kilka uwag na temat przecinków, drugi za takie może uznać zwykłe “nie porwało”.

 

Dziękuję za kliki! Thargone, Reg. heart

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyjemny tekst, taki młodzieżowo-przygodowy. Spodobał mi się świat oraz przedstawione wydarzenia. Trochę przydałoby się nakreślić, czemu Jari podążała za bratem, a inni rodzice – nie. Możliwe też, że umknęło mi to w tekście ;)

Bohaterowie sympatyczni, gadoidy wypadają też nieźle, choć nie wychodzą ponad pewne stereotypy. Końcówka i epilog sporo wyjaśniają, ale tylko tutaj zobaczyłem motyw legendy (no i w ewentualnym do niej dojściu Karisa i Jari, gdy wszystkim ujawnią, co znaleźli). Mi to jednak nie przeszkadzało.

A Twoja pierwsza czytelniczka ma sporo racji – ten końcowy motyw taki trochę doklejony na siłę, generuje nawet pewne pytania, na które nie ma w tekście odpowiedzi (kim są ci goście, czy mają kontakt z Ziemią, czy są inne kolonie i takie tam). Ale jakoś szczególnie to nie przeszkadzało, raczej lekko denerwowało jak mucha koło ucha ;)

Podsumowując: przyjemny tekst, choć bez większego koncertu fajerwerków. Kliczek się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

…czemu Jari podążała za bratem, a inni rodzice – nie. – Bo gupia była!

 

ten końcowy motyw taki trochę doklejony na siłę, generuje nawet pewne pytania, na które nie ma w tekście odpowiedzi – A tu się stanowczo nie zgodzę, panie kolego. Może sposób przedstawienia wydarzeń na to nie wskazuje, ale motyw legendy nie był doklejany. To wokół niego kręcił się cały proces twórczy. Oczywiście, aby uniknąć zarzutu mogłem zrobić to inaczej:

Cześć, tu Sła… Sekola i jestem legendarnym badaczem! Słuchajcie ziomy, miałem kiedyś taką zajawkę… itp. itd.” 

Tylko suspens wtedy szlag by trafił, a to chyba główna zaleta tekstu. :)

 

(kim są ci goście, czy mają kontakt z Ziemią, czy są inne kolonie i takie tam) – Limit! Ale pracuje się nad tym, kierowniku!

 

Serdecznie dziękuję za wizytę, komentarz i klika! <cmok,cmok>

I Ufnallowi też. <cmok,cmok>

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podobał mi się przede wszystkim świat. Fajnie pokazane gadoidy z ich ciekawością, inteligencją, chęcią nauczenia się czegoś od człowieka. Zastanowiło mnie tylko, dlaczego akurat młodszy technik – Karis był dla nich aż tak bezcenny, że kiedy Jaria zagroziła, że go zabije, Ślepy oddał mu przywództwo? Przecież mógł go poświęcić i upolować sobie kogoś innego, od kogo mogliby się uczyć. No chyba że już się tak z nim zakumplował i żal mu było chłopaka. ;)

Tekst sam się czyta, wciąga i zaciekawia. Błędów nie znalazłam, ale nawet jak coś było, to zostało już poprawione.

Gdzieś tam nawet zamajaczyła legenda.

Aż się dziwię, że jeszcze nie ma Twojego opowiadania w bibliotece. Zaraz to naprawię. :)

Mój komentarz jest w kilku rzeczach do zrobienia :)

Za­sta­no­wi­ło mnie tylko, dla­cze­go aku­rat młod­szy tech­nik(…), Przecież mógł go poświęcić i upolować sobie kogoś innego (…) – Ogólnie z dostępnością ludzi, to problem jest. Chowa się to po jakichś norach, nerwowe, strzela z kuszy, kłuje dzidami, wrzeszczy, panikuje, ucieka i ledwo co gadoid dotknie, to zdycha. A już nawet jak się jakiś trafi, to tylko gapi się i nie kuma. Wiesz, ile się trzeba narajdować, żeby trafić takiego, co się na tych stukach-pukach zna? :)

Wielkie dzięki za komentarz i biblioteczkę!

 

Edit: @Ufnall: czekam z niecierpliwością. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Opowiadanie bardzo mi się podobało, jego długość była praktycznie niezauważalna podczas czytania :)

Zastanawia mnie, że, sądząc po przemowie Sekoli do Ślepego, gadoidy rozumiały mowę ludzi, ale bez wzajemności (poza może Sekolą, który rozpoznał sposób oddania przywództwa). Wynikało to z podchodzenia do gadoidów jak do zwierząt (i przez to braku badań nad ich językiem), czy też miały one jakieś dziwne sposoby komunikacji, trudne do zrozumienia dla ludzi? 

 

Kwartet półżywych legend na staży ludzkiej cywilizacji, w tym zapomnianym zakątku kosmosu.

 – literówka

 

 

 

 

Przede wszystkim, dzięki za miłe słowa. :)

 

Jeśli zaś chodzi o komunikację, to Sekola raczej używał gestów i przedmiotu (pocisk), bo z doświadczenia wiedział, że Ślepy je skojarzy. Jak wspomniałem w tekście, mieli już wcześniej ze sobą do czynienia i Martin mniej więcej znał granice zrozumienia. Zagadywał, aby za bardzo nie zaskoczyć gada, dać mu czas do namysłu, bo ten, przestraszony, mogłyby wykonać jakiś nikomu niepotrzebny, gwałtowny ruch (co i tak nie wyszło).

Co do ludzkiej mowy, to na pewno kojarzą już “stój” i “nie”, mają swoje sposoby komunikacji, ale to już inna historia. :)

 

Dzięki za wizytę!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podoba mi się w tym opowiadaniu wiele rzeczy.

Podoba mi się wykreowany świat i wiarygodnie zarysowane postacie. Podoba mi się pomysł i fabuła. Przez tekst przeleciałem gładko i bez turbulencji, więc warsztat też mi się musi podobać.

Nie podoba mi się ludzka arogancja wobec innych gatunków. Nie podoba mi się to, że zabrano na obcą planetę bombę A (dość prawdopodobne, znając nasz gatunek) i jeszcze bardziej nie podoba mi się to, że ją zgubiono (a to już się nam zdarzało na ojczystej planecie). Nie podoba mi się też to, że potrzebujemy wyzwania w postaci konkurencyjnych ośrodków rozwoju, aby samemu się rozwijać, a nie zwijać. Tak więc musi mi się podobać, że autor wplótł to wszystko w przygodowe opowiadanie, a całość trafia w mój gust. Dzięki Zalth, za miło spędzone chwile.

Zabrakło mi może trochę więcej z genezy zaistniałej sytuacji, ale że wykreowany świat jest ciekawy i ma potencjał, to może coś więcej uda się odkryć w kolejnym opku ;)

Podoba mi się w tym komentarzu wiele rzeczy. :)

Cieszę się Ufnalu, że zauważyłeś pewne kwestie. Starałem się nie moralizować, bo sam tego nie lubię, więc po części schowałem niektóre aspekty gdzieś w tle, skupiając się przede wszystkim na przygodzie i opisach świata. Zachowałem je sobie na koniec, jako wyjaśnienie i uzupełnienie fabuły, więc fajnie, że jest tak sprawnie to wyłuskałeś.

 

Bomba A? – “Wypełniony zaawansowaną, nawet jak na standardy Badaczy bronią, zdolną wytrzebić wszelkie życie na planecie,” – tylko się tajemniczo uśmiechnę. ;)

 

Zabrakło mi może trochę więcej z genezy zaistniałej sytuacji, ale że wykreowany świat jest ciekawy i ma potencjał, to może coś więcej uda się odkryć w kolejnym opku ;) – Coś będzie. Kiedy? Jak skończę. :)

 

Dzięki Zalth, za miło spędzone chwile. – To ja bardzo Ci dziękuję, za ten budujący komentarz!

Salut!

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Bardzo dobre opowiadanie. 

Miałeś fajny pomysł i naprawdę rewelacyjnie go wykorzystałeś. Jak już ktoś zauważył, długości tekstu zupełnie się nie odczuwa, bo jest napisany sprawnie i ciekawość nie opuszcza czytelnika ani na chwilę (żadnych dłużyzn nie stwierdziłam ;)).

Kolejny plus to wiarygodni bohaterowie. 

I na koniec najmocniejsza strona tego tekstu – wykreowany świat. Mogłoby się w nim jeszcze wiele wydarzyć. ;)

 

Dziękuję, Rosso!

Nic tak nie cieszy, jak zadowolony czytelnik. Jeszcze kilka takich komentarzy i zacznę się czerwienić. :)

Kreacja świata, to moja ulubiona część harówki nad tekstem. Mam cały plik notatek z pomysłów, które czekają potem cierpliwie, na przekucie w zjadliwy dla odbiorcy tekst. Jak już wcześniej wspomniałem, w temacie tego światka, mam nadzieję, że coś tam się jeszcze wykluje. :)

Wielkie dzięki!

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Witaj Zalth!

 

Czytaninę rozpocząłem już kilka dni temu, ale jakoś trudno było zorganizować odpowiednią ilość czasu na jedno podejście. Tak więc nie czytałem tak długo, bo czytało się źle, tylko z przyczyn technicznych.

Bo czytało się bardzo dobrze :) Nie wiem jak tam bywało przed korektą, ale teraz jest płynnie. To znaczy tu i tam zmieniłbym szyk, coś tam przeinaczył, ale to chyba bardziej kosmetologia i indywidualne preferencje więc niczego nie zanotowałem podczas czytania :)

Odniosę się natomiast do:

 

 

– zaszczanych gaci:

Pierwsze spotkanie Karisa ze Ślepym:

Niech to szlag! – Te ostanie najbardziej przeraziły chłopaka, poczuł jak kilka kropelek moczu uciekło w bieliznę. Jeden kontakt z wypustkami i będzie po nim.

Kłóci się z tym:

Walcząc z pragnieniem, bólem kończyn i coraz bardziej natarczywą fizjologią, dźwignął się na nogi i z ulgą oddał mocz na skalną ścianę. Jak ma umierać, to na pewno nie w obszczanych gaciach.

Oczywiście żaden to błąd, a może i celowe działanie, ale tak w duchu to się z bohatera uśmiałem, że co on pieprzy, dawno ma oszczane gacie :D :D

 

 

 

– przeklęte kusze

Grabieżcę można było zabić, ale koszty takich działań w ludzkim życiu bywały ogromne. Źle wymierzone pociski z kusz po prostu odbijały się od grubej skóry, bądź raniły ją nieznacznie, tylko rozdrażniając i tak niebezpieczne stworzenie.

To twój świat i wiesz lepiej, na pewno to przemyślałeś, BA! mogę się mylić, ale Zalthcie, na miłość boską, bełt wystrzelony z kuszy ma ogromną moc penetrującą…

Przytoczę to co pisałem w komentarzu do tekstu Eryvana – Ojcowska dobroć:

Bełt przebija tarczę, zbroję, czy w co tam trafi, generalnie prawie wszystko, drewniane bale i zbroje płytowe też. Ciekawostka za wikipedią:

W XII wieku Anna Komnena, córka cesarza bizantyńskiego Aleksego I Komnena, w swej Aleksjadzie tak pisze o kuszy (nazywanej cangrą): jest to łuk barbarzyński (…) Strzały wypuszczane gwałtownie mocą cięciwy, napiętej z wielkim wysiłkiem, przebijają na wylot tarczę czy pancerz z grubego żelaza i lecą dalej. Cangra działa tak, jakby strzelał sam diabeł. Kogo dosięgnie pocisk, ten pada nieszczęsny.

 

Dobra mniejsza z tym.

Świetny pomysł, ciekawe barwne postacie, jest legenda, jest science-fantasy, które czyta się zaskakująco dobrze.

Ale… przede wszystkim jest genialny world-building, za który należą się brawa. Nazewnictwo, stworzenia, różnicowany/zmiksowany poziom rozwoju technologicznego itd. miodzik :)

Cała koncepcja i pomysł są bardzo fajne. Może stylistycznie jaj mi nie urwało (ale w sumie, to i dobrze), choć zdarzają się bardzo dobre opisy/zdania/akapity.

Ale to za tę budowę świata i osadzenie w nim ciekawej historii, bez zbędnych infodumpów (bo te które były, czytało się naturalnie) – udaję się do marcowych nominacji :)

 

Jak mi się coś przypomni to jeszcze się odezwę,

 

Pozdrawiam!

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Heja, Mytrix!

Dziękuję za wytrwałość czytelniczą. :)

“To znaczy tu i tam zmieniłbym szyk, coś tam przeinaczył, ale to chyba bardziej kosmetologia i indywidualne preferencje” – Sam mam takie wątpliwości. :)

 

Jeśli chodzi zaś o:

Zaszczane gacie – temat równie prozaiczny, co i lekko obrzydliwy, ale należy tu wziąć pod uwagę okoliczności i proporcje. Jest różnica, pomiędzy kilkoma kropelkami, które przytrafiły się w chwili słabości naszemu protagoniście, a totalnym zlaniem się w gacie po prawie całym dniu. Ale racja. Nie ma co drążyć tematu. ;)

 

Przeklęte kusze – Masz rację. Nie bez powodu papież Innocenty II zabronił ich stosowania. Ale jest kilka spraw. min. specyficzna budowa gadoidów (problem był omawiany na becie, powiem tylko, że chodzi o szczególne związki węgla), poziom technologiczny używanej w osadach broni, jej rozmiar czy wyszkolenie kuszników. Tak, gadoida da się zabić z kuszy, ale jest z tym problem i zdarza się to nieczęsto.

 

I na koniec, bardzo, bardzo, bardo dziękuje Ci za nominację. Zrobiłeś mi dzień. Ba! Nawet jak miałem dziś się opier… dzielać, tak stwierdziłem, że może lepiej będzie, jak coś napiszę. :)

 

Serdeczne dzięki!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

To nie mi dziękuj, tylko sobie, żeś napisał, coś napisał, a napisałżeś dobrze.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Czasem mi się uda. ;)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Niezłe opowiadanie. Przeczytawszy z przyjemnością. Zarys świata też ciekawy – chyba warto go rozwinąć i wypełnić mięsem przyczynowo-skutkowym. Mała techniczna uwaga: zdaje mi się, że obraz noktowizji nie jest w odcieniach szarości. W odcieniach szarości jest obraz termowizji – tej wojskowej.

Ogólnie podobało mi się.

Też na to zwróciłem uwagę – obraz z noktowizora jest w odcieniach zielonego aż do rażąco białego (jasne światło).

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

Uwagi:

 

Odsuń się(+,) matole, bo

ale napojenie stada, to był jej obowiązek.

Jaria, klnąc bezgłośnie(+,) zagoniła flegmatyczne

Nawet nie zdyszana ← niezdyszana 

Drewniane, wzmocnione stalowymi okuciami, wrota były jeszcze otwarte

a grupa wsparcia(+,) złożona ze starszych kobiet i młodszych chłopaków, czekała w środkowej komorze

ale za swojego życia, Jaria nie

Za słaba fizycznie, na zwiadowcę czy myśliwego

Ojciec odwarknął ze złością ← napisałabym, że odwarknął (z małej) ze złością ojciec; odwarknął to czynność gębowa ;> Ale coś kojarzę, że już rozmawialiśmy o zapisie dialogów i tak możesz mieć w zwyczaju, a ja się nie będę kłócić, że to błąd

krzyknęła Naja(+,) pojawiając się na progu domostwa.

aż w końcu(+,) zdyszany wybuchem, opadł na plecy i zamknął oczy.

Chyba, że zagada ze starszym

ale dla kogoś wielkości człowieka, – pewną śmierć.

i odkręcił lufę(+,) układając poszczególne

Dwa, smukłe, jakby

Kento Frid z Korpusu Zwiadowców dostąpił zaszczytu(+,) by ją dzierżyć.

i zastygł(+,) mrużąc oczy.

niż ci się wydaje. – odpowiedział Sekola

Wysokie, nawet na dwieście metrów, wielkodrzewa

Gęsty, biały dym palącego się siana, drażnił nozdrza

Kilkanaście kroków dalej, dorodny

potężnym wyskokiem z tylnych łap, wzbił się w powietrze.

mógł zabić istotę wielkości człowieka. Karis mógł być martwy. Mogła ścigać trupa. Tylko nikła nadzieja wynikająca z opowieści o ludziach, którzy wrócili z sawanny, dawała nadzieję, że może być inaczej.

– Proszę, idźcie sobie – wyszeptała(+,) wtulając się głębiej między konary. – Proszę, jestem nikim. Nie jestem smaczna – powtarzała jak mantrę(+,) ściskając nóż.

Nigdy tu nie zasnę. ← kursywą

 Śmierdziało padliną, piżmem i spalenizną. ← zgrzytnęło mi, bo chwilę wcześniej mówił, że zapachy są mu obce, więc pomyślałam, że w ogóle ich nie rozpoznaje

Było coś niepokojącego, w tym chaotycznym śmietniku. Ociężały ze zmęczenia umysł powoli rejestrował niepokojącą regularność.

ewidentnie skradzione ludziom, przedmioty.

ścian zdobiła, ciemna

a nawet, błyskały metalicznie jakieś przedmioty.

Od strony wzgórz strumień zakręcał(+,) tworząc wąski przełom

Nie było drogi ucieczki. Dla gadów nie było problemu – miały skrzydła. Dla niego, wolność oznaczała

Przestraszony nagłym jazgotem, potknął się

Jakaś truchło

i usiadł(+,) podkulając łapy.

zrobiło mu się niedobrze, na myśl o żuciu surowego mięsa.

kończyny, dały o sobie znać

– Halo! Panienko! – Ktoś krzyknął u podstawy pnia. ← czynność gębowa ;>

Na równinach szwendały się ← czy przypadkiem nie po równinach?

kwadratową twarz, i dziwne, okrągłe druty ze szkiełkami(+,) zawieszone na nosie.

Ten wzruszył ramionami(+,) obserwując sawannę.

Zaśmiał się(+,) poprawiając druty na nosie.

Potruchtał do legowiska(+,) by wrócić z krótkim

stert śmieci, runęła pod naporem

Widzisz(+,) dziecko, tylko szczęśliwym zrządzeniem biochemii możemy trawić miejscowe formy białka, ale w drugą stronę, to już tak nie działa. Bakterie, powodujące rozkład, jeszcze sobie radzą,

Ci, zamieszkujący tę okolicę, to plemię

agresywnego klanu, zmasakrowały trzy osady

dwa niewysokie wzgórki pokryte roślinnością(+.)

po czym zasyczał(+,) przywierając do ziemi w poszukiwaniu osłony.

Gdzieś tam, jest mój opiekun.

Skoczył(+,) szeroko rozkładając skrzydła.

przeciągnął za osłonę kontenera(+.)

– Co ty, do cholery(+,) wyprawiasz? – jęknął zaszokowany.

Nozdrza pracowały ze świstem(+,) wyczuwając krew

stanem od tych, używanych w osadzie.

Zrobiła poważną minę i zmieniła ton na niższy(+.)

w „Land Site”;, był żywą legendą. Jeszcze, żywą

U wylotu jednego z nich, czekała grupka

osobiście. – Przerwał mu bezceremonialnie ← czynność gębowa

i kontynuował ze szklaneczką w ręku.:

wzmacniających(+,) błyskawicznie stawiając na nogi.

 Stanął nagi, pośrodku

 

Opinia o fabule po głosowaniu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

@Blackburn: Racja, zieleń. Dzięki za komentarz! :)

 

@Naz: No nie umiem w te przecinki! Piękna masakra… Dzięki! :D

(w wolnej chwili poprawiam)

 

Edit: mógł zabić istotę wielkości człowieka. Karis mógł być martwy. Mogła ścigać trupa. – To sobie zostawiam, bo to celowy zapis. Zmieniłem za to następne zdanie.

Resztę poprawiłem.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podoba mi się Twój świat. Ładnie go opisujesz, bardzo obrazowo, wszystko wyświetlało mi się w głowie, jak film. Urzekły mnie gigantyczne drzewa na sawannie i elektryczne smoki. Jeśli były jakieś byki po drodze, to nie zauważyłam, wciągnięta przez świat. Dla świętego spokoju możnaby trochę uwypuklić legendarność Martina, wspomnieć coś na początku, że to Ten, Który Pamięta Początek, albo coś w tym stylu. Rozumiem, że jest jednym z pierwszych osadników i dzięki kriogenice obserwuje rozwój kolejnych pokoleń. Chyba, że znowu nadinterpretuję i legenda jest ukryta w tekście zupełnie gdzie indziej ;) Niezły był ten motyw z bronią totalnej zagłady, wprowadza dodatkowy element napięcia i podbija stawki. Tylko chyba nie załapałam, czy to ma wybuchnąć samoistnie po upływie jakiegoś czasu czy po prostu Martin nie chce, żeby dostała się w niepowołane ręce? 

To jest dokładnie taki kawałek fantastyki, jaki lubię :) Wycieczka do innego świata.

Dla świętego spokoju możnaby trochę uwypuklić legendarność Martina, wspomnieć coś na początku, że to Ten, Który Pamięta Początek, albo coś w tym stylu. – Myślę o tym, się waham.

 

Rozumiem, że jest jednym z pierwszych osadników i dzięki kriogenice obserwuje rozwój kolejnych pokoleń. Chyba, że znowu nadinterpretuję i legenda jest ukryta w tekście zupełnie gdzie indziej ;) – Część kwestii zmilczę, a co do reszty, potwierdzam, to Badacze są właściwą legendą.

 

Niezły był ten motyw z bronią totalnej zagłady, wprowadza dodatkowy element napięcia i podbija stawki. Tylko chyba nie załapałam, czy to ma wybuchnąć samoistnie po upływie jakiegoś czasu czy po prostu Martin nie chce, żeby dostała się w niepowołane ręce? – Kurde, przepraszam, ale nie mogę Ci odpowiedzieć.

Wiem, brzmi to jak wymówka, ale temat jest przemyślany, zapisany, coś tam się nastukało. :)

 

To jest dokładnie taki kawałek fantastyki, jaki lubię :) Wycieczka do innego świata.heart

Miód na moje serduszko. Wielkie dzięki za wizytę i miły komentarz!

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Czytając cały czas widziałam przed oczami “Toothless” – ale to dobrze! :) Podoba mi się!

Wielkie dzięki! Skojarzeń raczej nie uniknę. ;)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Prolog trochę mnie zmęczył – byłem nieco zagubiony, gdy ładne zdania przygasiły samą treść (pewnie wina gustu, więc nie bierz tego do siebie). A później już było tylko lepiej, styl na pewno można nazwać literackim. Jeśli chodzi o błędy – czytałem tekst w ciągu ostatnich kilku dni i usterek na pewno nie ma już za wiele.

Treść? Interesująca. Bardzo spodobało mi się tempo ujawniania coraz to kolejnych informacji o świecie. Sam świat wyszedł ciekawy, zarysowałeś go na tyle na ile się dało w tej liczbie znaków, unikając przy tym infodumpów. Historia poprowadzona z odpowiednią dynamiką, opisanie fabuły z perspektywy więcej niż jednego bohatera też udane.

Co mi zazgrzytało? Być może czegoś nie zrozumiałem albo treść rozmyła mi się dlatego, że nie znalazłem czasu na przeczytanie opowiadania na raz. Dlaczego Karis był aż tak bezcenny i wyjątkowy? Rozumiem, że w mieście jest więcej techników, a porwanie kolejnego powinno być możliwe mimo systemu wczesnego ostrzegania. Scena z przystawieniem noża do gardła Karisa wydała mi się wyjątkowo mało wiarygodna, zwłaszcza że gad wcześniej nie wydawał się szczególnie zainteresowany chłopakiem.

Nie do końca zrozumiałem też, dlaczego wiedza o drapieżnikach jest tajna, niedostępna dla zwykłych ludzi. To o toksyczności ludzi jako pożywienia czy rozwoju i możliwościach rdzennych „mieszkańców” planety.

Wracając do plusów – fajne jest na pewno to, że w treść udało się wpakować kilka fajnych przemyśleń, mimo że priorytetem była sama akcja. Np. siła ciekawości u inteligentnej rasy.

Podsumowując: dynamiczna historia osadzona w świecie wykreowanym z pomysłem. Całość opakowana w przyjemny styl. Dobra robota!

Dzięki za wizytę, Perrux!

Ciesze się, że mimo wszytko malowniczy początek Cię nie odstraszył i doczytałeś do końca.

 

Dlaczego Karis był aż tak bezcenny i wyjątkowy? Rozumiem, że w mieście jest więcej techników, a porwanie kolejnego powinno być możliwe mimo systemu wczesnego ostrzegania. Scena z przystawieniem noża do gardła Karisa wydała mi się wyjątkowo mało wiarygodna, zwłaszcza że gad wcześniej nie wydawał się szczególnie zainteresowany chłopakiem. – Rzeczywiście, jest tutaj trochę o motywach.

Ślepy dość długo już męczył się z kontenerami i nie był to jego pierwszy porwany człowiek. Wydedukował, że nie każdy zna się na technice i potrzeba jest osoby o konkretnych umiejętnościach. Tak naprawdę, fakt, że trafił na Karisa, kiedy ten był poza osadą, był łutem szczęścia. Ten rajd miał być inny. Gadoidy miały wbić się do osady i nie jak do tej pory, wytłuc obrońców, a wziąć ich do niewoli (oczywiście byłyby jakieś ofiary). Metodą prób i błędów trafiłby w końcu na właściwą osobę. Ale skoro miał już technika, rajd mógł się zawijać do leża. Więc tak naprawdę, to porwanie Karisa ocaliło osadę.

Sekola podejrzewał, że gadoidy odnalazły ładunek i mogą potrzebować ludzi. Dlatego pojechał za stadem aby upewnić się w swojej teorii.

Czy Ślepy nie był zainteresowany chłopakiem? Na swój sposób był, w końcu go nie okaleczył. Ba! Nawet dał jeść! Po prostu nie chciało mu się szukać nowego zwierzaka, ciekawość go zżerała i czekał już dość długo. A skoro nie może siłą, to postanowił się “dogadać”.

 

Nie do końca zrozumiałem też, dlaczego wiedza o drapieżnikach jest tajna, niedostępna dla zwykłych ludzi. To o toksyczności ludzi jako pożywienia czy rozwoju i możliwościach rdzennych „mieszkańców” planety. – Nie jest tajna, ale nie rozpowszechniana. Nawet jak ktoś doda dwa do dwóch, to i tak nikt mu nie uwierzy (Taaa… Jasne! Nie pij już gościu. Za dużo czasu na stepie spędziłeś). A jeśli nawet, to komu potrzebna taka wiedza? Te stworzenia i tak są wredne, niebezpieczne i śmiercionośne. Co za różnica, że cię nie zjedzą, jak i tak będziesz martwy. Wieści o inteligencji mogły narobić tylko większego strachu i spowodować paniczną reakcję paru napaleńców. Póki gady ginęły w rajdach (rzadko) nie mściły się (taka gadzia filozofia), ale zaatakowanie leża (tak jak wspomniałem w tekście) oznaczało agresywny odwet. Wystarczy, że Korpus Zwiadowców ma te informacje i obserwuje rozwój sytuacji, a zwykły człowiek ma ich unikać.

Uff… Się rozpisałem!

 

Dzięki za wizytę, komentarz i miłe słowo. Fajnie, że się spodobało. :)

 

Edit; A miasto było za daleko (dwa tyg karawaną, albo tydzień na wilkacie, lotem ze dwa-trzy dni) i za dużo tam kuszników.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ok, rozumiem. Dzięki za wyczerpujące wyjaśnienia ;)

Nie ma sprawy, z przyjemnością się poprodukowałem. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Gdzieś tam są drobne literówki, “wolnośći i przeciągał”, ale bez większego znaczenia.

Solidnie zbudowany świat, wszystko trzyma się kupy. Łączysz ze sobą różnych bohaterów, można by powiedzieć, zupełnie nie pasujących do siebie, ale to właśnie dodaje kolorytu, bo w kupie, świetnie się komponują.

Gadoidy mają dobre podwaliny, widać, że dobrze przemyślałeś gatunek. Wplotłeś w opowiadanie SF. Te wszystkie kontenery, rozbite statki i SI pięknie dopełniają opowiadanie. Bardzo mi się podobało.

Trochę zgrzyta mi początek i to już kolejne opowiadanie z tym “problemem”, jak gdyby Autorowi trudno było się rozpędzić i potyka się na starcie.

Zwiadowca poruszył się w kryjówce i przytknął oko do lunety antycznej, ale świetne utrzymanej broni. Z satysfakcją przytulił policzek do składanej kolby, bo ciągle nie mógł uwierzyć, iż trzyma w dłoniach relikt o takiej mocy. Nawet jeśli tylko przez chwilę.

Pole widzenia obiektywu wypełniła majestatyczna czerń masywu dominującego nad doliną. Nadchodził świt. Wspinał się powoli bladą poświatą nad pasmem wzgórz, ale przestrzeń poniżej stanowiska obserwatora nadal zasnuwały nieprzeniknione ciemności.

Ukryty pod maskującą siatką mężczyzna przełączył tryb aparatu i za magicznym dotknięciem, okolica ukazała swe sekrety w zieleniach noktowizji. Wyniosłe urwisko piaskowca otwierało się na świat ogromną paszczą kanionu, z którego przez spiętrzenie głazów wylewał się wodospad. Mimo sporej odległości, do przewodnika docierał wyraźny szum nieustannie kotłujących się mas wody.

Kierowany pewną dłonią, przetykany zielonymi cyferkami dalmierza, stabilizowany systemem żyroskopów, krzyż celowniczy przemykał po ciemnych otworach wejść do systemu grot. Prymitywne konstrukcje, najeżone kłodami, kawałami kości i skóry, oblepiały kanion niczym pasożytnicze grzyby, tak jak jaskinie dziurawiły masyw niczym drążące padlinę robaki.

Coś drgnęło na statycznym obrazie. Zbyt szybkiego, by zarejestrować kształt, ale na tyle dużego, by karabin wytyczył rubinową trajektorię strzału.

Dlaczego “ale”? Czy to się wzajemnie wyklucza?

O jakiej mocy ten relikt?

“Nawet jeśli, gdyby nawet nie” i temu podobne zwrotu zawsze mi się nie podobały.

“Majestatyczna czerń masywu dominującego nad doliną.” Cień znaczy się?

Dalej magiczne dotknięcie, wyniosłe jak człowiek urwisko, celownik z dodatkami i statyczny obraz, na którym jednak coś drga. Na koniec rubinowy smaczek. ;)

Muszę przyznać, że ten wstęp trochę mnie zirytował, ale dalej poszło gładko i już o tym zapomniałem, bo nadal jestem pod wrażeniem Twojego opowiadania.

Niestety, beta… Nie nominuję takich opowiadań, Zalthcie. Więc z jednej strony jestem bardzo zadowolony z lektury, z drugiej czuję mały niedosyt z powodu wspomagaczy.

Pozdrawiam serdecznie.

Heja! Miło że zajrzałeś, Darcon.

 

Trochę zgrzyta mi początek i to już kolejne opowiadanie z tym “problemem”, jak gdyby Autorowi trudno było się rozpędzić i potyka się na starcie.

Epilog…

Zdradzę Ci o nim sekret. Pisałem go na końcu. Miałem przed oczami scenę, zarys, kilka zdań, ale za cholerę nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Więc to nie jest potknięcie na starcie, ale na finiszu. To chyba nawet gorzej. :)

Zdecydowałem się na taką formę otwarcia i pewnie się na niej wyp… wywalę, bo jak widać nie przypadła do gustu kolejnej osobie. Patrzę i sam już nie wiem, bo może faktycznie za bardzo zgrzyta w całości. Dodam jeszcze, jak ważne jest i jaki wpływ ma to, co się czyta w przerwach miedzy pisaniem. Efekt na załączonym obrazku.

Niestety, beta… – Tak, wiem moja wina. Pośpieszyłem.

Nie nominuję takich opowiadań, Zalthcie. – Luz, napiszę coś lepszego. Uznam za sukces sam fakt, że Ci chociaż myśl o nominacji przeszła przez głowę. :)

…z drugiej czuję mały niedosyt z powodu wspomagaczy. – Wspomagaczy? A tego nie kumam. :P

Cóż, “nadal jestem pod wrażeniem Twojego opowiadania”“z jednej strony jestem bardzo zadowolony z lektury“ – muszą mi wystarczyć do łechtania ego. :)

 

Wielkie dzięki za wizytę i komentarz!

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wiele osób uważa, że początek każdego opowiadania jest ważny, ja także. Doszedłem jednak do wniosku, że to niekoniecznie musi być fragment “spirit, sensual”, czy inne takie. Zbyt dużo metafor może wywołać odwrotny skutek. Początek powinien być przede wszystkim… płynny. Czytelnik będzie miał pewność, że Autor umie i dobrze go poprowadzi, że panuje nad sytuacją. Poczuje się “bezpiecznie” i wtedy go masz. ;)

Darconie co ma beta do nominacji? ;>

Z autorami książek i bestsellerów też pracują… i to nie amatorskie bety a profesjonalni redaktorzy. Do tego korekta itd…

I skąd wiesz co było, a co nie było betowane? Bo autorzy często przeklejają opowiadanie betowane tu na stronie na nowo, by wyzerować licznik komentarzy. I o ile nie pochwalą się w przedmowie to nie ma śladu.

Do tego bety poza portalem.

Ja bym to raczej nagradzał, bo to jest przejaw dbania o czytelnika i pracy nad tekstem by zaserwować wyższą jakość, a i nauka pisania idzie szybciej. Ale to tylko moja opinia ;-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

@Darcon: Wiele osób uważa, że początek każdego opowiadania jest ważny, ja także. – Podzielam te zdanie, ale różnie wychodzi z wykonaniem. :)

Postaram się “schropowacić” ten “sensual” epilogu.

 

@Matrix: Każdy ma jakieś zasady. Ja, np. nie zapijam po pierwszym. ;)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Niestety, beta… Nie nominuję takich opowiadań, Zalthcie.

Darconie, mam nadzieje, że podpowiesz – jak Ty traktowałbyś opowiadanie już nominowane, a które było opublikowane z mnóstwem błędów i usterek, i dopiero czytelnicy przyczynili się do ich poprawienia, a co za tym idzie, przyczynili się też do poprawienia jego jakości? Przyznałbyś piórko, czy nie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zresztą ja patrzę na to w ten sposób, że opowiadanie broni się samo i to ono dostaje piórko, które się przy nim wyświetla, a autor owszem otrzymuje piórko – pośrednio – przy profili, na który jeśli się nie zajrzy to nawet go nie widać.

Nominacja i piórko nie nobilituje wszystkich tekstów autora, tylko ten jeden :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Zalth – u mnie również różnie. ;)

Mytrixie, tak ja piszesz, nie wiem co było w becie. Nie mam nic przeciwko niej, każdy idzie swoją ścieżką, książki betowane też chętnie kupię, jeśli mi się spodobają, ale nagrody… Otóż właśnie. Sam kiedyś betowałem dwa teksty i wiem, co jest w becie, co może w niej być.

Widzisz Reg, poprawianie interpunkcji i literówek, a przebudowywanie całego tekstu, zmiany w wątkach, wycinanie i dokładnie informacji, często generalnych, to niezupełnie to samo. Widziałem tutaj teksty po betach, które miały sto kilkadziesiąt komentarzy. Nie wyobrażam sobie, że wszystkie mówiły tylko o literówkach, przecinkach i drobnych błędach stylistycznych. A co do podpowiedzi, mam nadzieję, że nikt Cię nie zmusza do głosowania na “tak” czy “nie” i robisz to w zgodzie z własnym zdaniem. Pozwól mi także zachować swoje.

 

OK, Darconie, rozumiem i pozwalam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajną przygodę napisałeś, ale jak bardzo jest wciągająca, a wymyślony swiat bogaty w przyciągające uwagi odzobniki, to moją główną uwagą jest sielankowość opowieści. Zarzuciłeś na rodzeństwo sieć z zagrożeń… i nawet kropla krwi się nie ulała. Złamałbyś mu chociaż rękę, jak go gad z pazurów wypuścił. Ciekawym jakby wtedy się by Ślepy zachował.

Chwycił mnie też klimat eksploracji nieznanego (hej, nowe planety i ich tajemnice są mega!) – tutaj świata, w tym głównie fauny. I nie zgodzę się z Twoją lubą, bo końcówka sci-fi (w moich oczach) uratowała tekst. W trakcie czytania bałem się o zakończenie, nie czułem dokąd mnie prowadzisz. A nim postawiłeś kropkę, która sprawiła, że skończyłem czytać zadowolony.

I nie byłbym sobą, gdybym nie czepiał się o sci we sci-fi. Za głównym zarzut uznaj inteligencję gadów – w obecnej formie opowiadania nie wierzę w nią (w sensie: są zbyt inteligentne). Taki poziom rozwoju zauważony zostałby o wiele, wiele wcześniej. No i społeczeństwo – zupełnie nie rozumiem sensu trzymania go tak zacofanym, kiedy "w piwnicy" jest futurystyczny reaktor. Na pewno nie znalazłem wyjaśnienia na to w tekście (i dlatego też czuję niedosyt, ale to przez NWM, który bardzo ładnie wyłożył swój pomysł w opowiadaniu "Baśń o pewnej burzliwej nocy").

Ogółem – Twój świat, Twoje wątki. I jest on bardzo atrakcyjny. Mój apetyt rozbudziłeś kreacją świata przedstawionego. Ale zakończyłem tekst głodny. Uznam więc, że to smaczna, ale tylko przystawka. ;)

Cóż, nie będę ukrywał, że bardzo mi się podobało Twoje opowiadanie, Zalth. Na pewno od pierwszych scen miałeś u mnie plusa za gatunek, za tematykę opowiadania. Dobra, ciekawa, pomysłowa, przygodowa fantastyka. 

Być może fabuła tej historii nie jest szczególnie skomplikowana, ale na uwagę zasługuje złożoność świata przedstawionego. I nie mam na myśli jedynie przywoływany przez większość komentujących świat obcej planety z obcymi gatunkami. Mam na myśli szerszą perspektywę. Przyszłość ludzkości, kolonizację, “rozbitków”​ na obcej planecie, jakieś sekrety (trzy reaktory, kontener N itd.). Czytelnik odnosi wrażenie, że jest to krótka wizyta w uniwersum znacznie bardziej rozbudowanym, zaledwie przedsmak historii znacznie bardziej złożonej i skomplikowanej. Podoba mi się to bogactwo wątków zarysowanych w tle, nawet jeśli większość z nich to motywy już ogrywane w s-f. 

Opowiadanie ma klimat. Nieuchwytne coś, co nazywamy klimatem świata opowieści. Tworzysz go detalami, językiem, gadżetami, opisami miejsc i imionami. A opisy są bogate, obrazowe i plastyczne. Przyznam się szczerze, że nie znałem takiego Zaltha. Lekkość z jaką kreujesz swój świat, bogactwo języka, zasób słów, uroda prostych zdań, wszystko mi zagrało. 

Jedyna rzecz jaka mi się rzuciła w oczy to pewne przyspieszenie pod koniec tekstu. Od momentu gdy z krzaków na bagnach wynurza się Sekola. Akcja nieco przeskakuje i nabiera tempa jakby goniona limitem. Wcześniej mieliśmy zdania typu: Kento rozsiodłał wierzchowce, podał jeden z pakunków Martinowi, a ten energicznym wyrzutem ramiom rozłożył niewielki, półkolisty namiot, który natychmiast stopił się kolorem z otoczeniem. ​​W których pozwalałeś sobie na dokładny opis wyrzutu ramion podczas rozkładania namiotu jakby samo: Kento rozsiodłał wierzchowce, podał jeden z pakunków Martinowi, a ten rozłożył niewielki, półkolisty namiot, który natychmiast stopił się kolorem z otoczeniem. – ​nie wystarczało. A potem zaczynasz nieco gnać poganiany ilością znaków. Za to zwolnienie w samym epilogu bardzo mi się spodobało. Obiecujesz wiele na przyszłość, kreśląc przed czytelnikiem obraz złożonego świata i jego historii, tajemnic i przyszłych wydarzeń.

Kolejne malutkie zastrzeżenie miałbym do błyskawicznego tempa w jakim toczy się ewolucja gadoidów. Ale jak mawia Reg, to Twój świat i Twoje gadoidy mogą robić co im się żywnie podoba.

Aha. I zamieniłbym ten wydrążony walec na cylinder. Jakoś walec mi się kojarzy z pełną formą, a cylinder bardziej z czymś wydrążonym.

Nominuję do piórka, bo właśnie takich popisów fantastycznej wyobraźni najpilniej wypatruję na tym portalu.

Ps. Tytuł mógłby być lepszy ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tylko człowiek pójdzie spać na chwilę… :)

Pozwolicie, że połączę odpowiedzi na Wasze komentarze, ponieważ niektóre kwestie są zbieżne.

Przede wszystkim, dzięki za komentarze!

 

@Stn:

Zarzuciłeś na rodzeństwo sieć z zagrożeń… i nawet kropla krwi się nie ulała. Złamałbyś mu chociaż rękę, jak go gad z pazurów wypuścił. Ciekawym jakby wtedy się by Ślepy zachował. – Wystarczy kuracja szokowa wibrysami. :) Pomysł z raną Karisa był, nawet ciekawy, ale już nie chciałem komplikować. I tak opowiadanie ma sporo wątków.

 

Za głównym zarzut uznaj inteligencję gadów – w obecnej formie opowiadania nie wierzę w nią (w sensie: są zbyt inteligentne). Taki poziom rozwoju zauważony zostałby o wiele, wiele wcześniej.

I Maras:

Kolejne malutkie zastrzeżenie miałbym do błyskawicznego tempa w jakim toczy się ewolucja gadoidów.

– Pierwszą wskazówką że gatunek może być być inteligentny, a którą można zaobserwować gołym okiem, jest umiejętność używania narzędzi. Gadoidy takowych (w sensie ludzkim: kamiennych noży, itp) nie używały, bo miały pazury, a nikt w tym kierunku wcześniej badań nie prowadził. Chociaż wydry, kruki i szympansy też ich używają. :P Więc można powiedzieć, że prawda była odkrywana już po kontakcie, a gadoidy w tym czasie już zaczęły czerpać od ludzi. Przyjąłem, że stworzenia są na “duchowym” etapie rozwoju ludzkości jakieś 100-150 tys. lat temu. Skomplikowana historia, ale obiecuję, że w przyszłości rozjaśnię trochę temat i Wasze wątpliwości.

 

@stn: No i społeczeństwo – zupełnie nie rozumiem sensu trzymania go tak zacofanym, kiedy "w piwnicy" jest futurystyczny reaktor. – Tutaj potrzeba czasu na rozbujanie surowcowe tej skromnej cywilizacji. To że mają nadmiar energii, to nie znaczy, że jest ją w co pakować. Ze względu na warunki w jakich odbyła się kolonizacja (to jest ta geneza, przez którą ten niedosyt) reaktor cyka sobie na jakiś 1%, póki nie wytworzą odpowiedniej infrastruktury, a to idzie im opornie.

 

@ Maras: “Walec”, racja zmienię!

Jedyna rzecz jaka mi się rzuciła w oczy to pewne przyspieszenie pod koniec tekstu. Od momentu gdy z krzaków na bagnach wynurza się Sekola. Akcja nieco przeskakuje i nabiera tempa jakby goniona limitem. – Limit też, ale to była akcja, więc chciałem zachować jej tempo. :)

Ogromne dzięki miłe za słowa i nominację! Bardzo miła wiadomość o poranku. :)

 

Dzięki za wizyty. Cieszę się, że dobrze się bawiliście. :)

Pozdro!

 

P.S. A Thargone mówił że tytuł dobry(!) – daje nadzieję. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Tłumaczenia o inteligencji gadów przyjmuję, brzmią dobrze – a nie ma też co im szans na rozwój narazie odbierać. ;)

Społeczeństwo – właśnie tej genezy mi brakuje. W historiach o eksploracji, w nowych światach (albo starych, na których zdarzył się swoisty reset – czy to apokalipsa, czy reset związany z wypadkiem przy kolonizacji), najlepszym wydaje mi się wątkiem jest archeologia, odkrywanie kolejnych zdarzeń z utraconej przeszłości. No ale to ja – jeden z wielu głosów krzyczacych z daleka: dej mi historię, dej, dej, dej. I to prowadzi nas do impasu, bo przygotowałeś czytelnikom caaaały ogrom prezencików, nie wszystkie jednak się w tym pudełku zmieściły. To ja cierpliwie zaczekam, aż zapakujesz dla mnie następny (w sensie – czekam na następny tekst). ;)

Lubię takie przygodowe sci-fi, z wątkiem archeologicznym. A Ty zrobiłeś na tyle bogaty świat, że jest za czym w tej glebie kopać i w historii czytać.

Na pewno tego tak nie zostawię. :)

Będzie prezent, tylko jeszcze nie wiem który. Na tapecie są w tej chwili trzy historie, czekają na rozwinięcie. Jak tylko spadnie mi świąteczny poziom majonezu we krwi zabieram się za pisanie. :)

Kurde, teraz dopiero będzie presja. :D

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Tak myślę, gdyby kiedyś ktoś tu zajrzał (albo zbierał pomysły), to spoko opcją byłyby "prywatne tagi", które pozwoliłyby autorowi spiąć kilka opowiadań z jednego świata na jednej liście (niby da się przez profil autora, ale to nie to). Ale pisz, pisz, bo to jak z orzechami – mój mózg jest głodny. ;p

Rodzina chyba zmartwiła się bardziej niż ona, bo zrobiłaby wszystko, żeby nie tkwić w tych przygnębiających wnętrzach. Nawet, jeśli to oznaczało harówkę na spieczonych słońcem polach.

Wszystko zrobiłaby rodzina, czy “ona”? Trochę zgłupiałem – podmiotem w pierwszym zdaniu jest rodzina, ale drugie sugeruje, że chodzi o dziewczynę.

 

Na czas posiłku i największego skwaru zostawiło go w spokoju, ucinając sobie drzemkę w chłodnym legowisku, ale natychmiast po przebudzeniu zajęło się swoimi sprawami, nie zwracając uwagi na więźnia.

Skoro w czasie skwaru drapieżnik olewał ofiarę, a gdy zrobiło się chłodniej, kontynuował to, to nie “ale” tu powinno stać, tylko “a”. Do tego z fragmentu po ostatnim przecinku albo kompletnie bym zrezygnował, albo przynajmniej dodał “dalej nie zwracając…”.

 

Potruchtał do legowiska, by wrócić z krótkim jak palec kawałkiem wypolerowanej rurki i pękiem patyków. Zadziwiająco precyzyjne operując chwytnymi wąsami, umieścił metal na stelażu z cienkich jak palec prętów w centralnym punkcie konstrukcji.

 

Grupa włóczników w zwartym szyku potrafiła skutecznie przygwoździć napastnika, ale zdarzało się to niezmiernie rzadko, zwykle w ograniczonej przestrzeni korytarza lub tunelu, kiedy to gady dostawały się do wnętrza osady. Ale wtedy osada była już stracona…

 

Z resztą, co ona sobie myślała?

Zresztą.

 

 

W niesamowite miejsca mnie zabrałeś, Zalthcie! Światotwórstwo wyższej próby z tych, które widziałem tutaj, na forum. Nienachalnie podsuwasz kolejne, często drobne elementy swojego uniwersum, czym tylko rozpalałeś moją ciekawość i chęć poznania więcej. Gratuluję, właśnie tak powinno się to robić. Pomysł na inteligentnych obcych bardzo fajny. Szalenie spodobały mi się również dialogi – bardzo naturalne, pozbawione infodumpów; nawet jeśli pełniły ekspozycyjną rolę, to w bardzo smaczny sposób.

Zarzuty w sumie mam dwa. Jak dla mnie tempo jest minimalnie zbyt wolne – często dopuszczałeś do głosu swoją techniczno-analityczną część umysłu, opisując rzeczy bardzo szczegółowo, wręcz zbyt szczegółowo. Cierpiały na tym tempo i napięcie. Druga kwestia jest niestety poważniejsza. Bardzo licha fabuła. Momentami odnosiłem wrażenie, że jest wręcz pretekstowa do pokazywania świata, a powolna, pełna detali narracja z początku nie zmazywała tej impresji. Ogólnie końcówka podobała mi się bardziej niż finał, bo była szybsza i intensywniejsza. Wydaje mi się, że za dużo miejsca poświęciłeś rodzeństwu kosztem tych strażników – z finału wynika, że są oni istotni, tymczasem przez lwią część tekstu byli tylko wspominką majaczą gdzieś na horyzoncie.

 

Nieścisłości poprawione, MrB! Dzięki! Nad tym “ale” jeszcze się pochylę.

 

Jak dla mnie tempo jest minimalnie zbyt wolne(…) Cierpiały na tym tempo i napięcie(…) – Hmm… Może dlatego że “minimalnie”, to nie wychwyciłem. Mam nadzieję że zbytnio nie popsuło przyjemności z czytania. :)

 

Druga kwestia jest niestety poważniejsza. Bardzo licha fabuła(…) – Co do fabuły, rozkładam ręce. Ukręciłem jak umiałem. Miała wciągać, nie rozpraszać, nie komplikować ponad miarę.

 

Wydaje mi się, że za dużo miejsca poświęciłeś rodzeństwu kosztem tych strażników – z finału wynika, że są oni istotni, tymczasem przez lwią część tekstu byli tylko wspominką majaczą gdzieś na horyzoncie.

Tak to bywa z legendami. :)

To trochę jak u mistrza Tolkiena (nie żebym się stawiał na równi!). Dla wyeksponowanych ponad miarę hobbitów, Gandalf, to zrzędliwy staruch, który nic poza fajerwerkami nie potrafi, a do tego włóczęga, awanturnik i dość niegrzeczny typ.

“Ale żeby jakiś tam Mithrandir, sługa Tajemnego Ognia, władający płomieniem Anora, Tharkûn, Olórin, Incánus i członek Białej Rady? Panie Brightside zza Rzeczki, daj pan spokój! Przecie to dziad!”

 

Dzięki za wizytę i komentarz. :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Cóż, z Tolkiena czytałem tylko Hobbita i myślałem, że się nie skończy, dlatego nie idź tą drogą, Zalth! ;D

Tylko tak postraszyłem. ;)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

E, Hobbita się fajnie czytało, gorzej z Władcą pierścionków!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Solidny tekst, bardzo ładnie wyszła kreacja obcego świata. Fajny pomysł z elektrycznością zwierząt. Opisy przyrody ładnie wplecione i nie hamują opowieści. Pod koniec tekst skręca z przygodówki w stronę bardziej sajfajową. I mnie się taki skręt podoba. :)

Gdybym miał się czegoś przyczepić, to tytuł taki sobie. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki za odwiedziny i parę miłych słów, Szyszkowy!

Tytuł jest jaki jest i na razie taki zostanie, bo absolutnie pomysłu na inny. :)

 

Serdeczne dzięki za nominację!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ponad równinami niosły się ryki roślinożerców,

Zamieniłbym roślinożerców na konkretny gatunek, bo moja wyobraźnia nie mogła się zdecydować, czy ryczą szopy, czy bizony. Przejrzałem komentarze i zaznaczam: to tylko moja opinia. :)

 

zamiast wjechać silnym odziałem

Chyba oddziałem?

 

A ogólnie: czytałem na raty, ale potem się wkręciłem. Historia gadoidów i Sekoli (nawet sam Landsaj) wciągnęły mnie dużo bardziej niż przygody nastolatków. Bardzo ładnie opisujesz przyrodę. Z łatwością można sobie wyobrazić scenerię. Podobało mi się i może właśnie za późno poczułem klimat, a teraz brakuje mi reszty. Co dalej z plemionami gadoidów? Co z kontenerami? Kto po Sekoli? Itp, itd. :)

Zamieniłbym roślinożerców na konkretny gatunek… – Fakt, do przemyślenia.

 

Chyba oddziałem? – Ups! :D

 

Co do pytań: Pisze się! Proszę czekać, starczy dla wszystkich! ;)

A mi się podoba, że klimat chwycił. :)

Wielkie dzięki za wizytę i komentarz!

 

P.S. Po południu złapię się za Twoją betę.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

„Nawet[-,] jeśli to oznaczało harówkę na spieczonych słońcem polach.”

 

„– Przestań, chłopaku. – Skrzywił się wyraźnie zakłopotany Martin.” – Albo skrzywił małą literą, albo trzeba zmienić szyk: Martin skrzywił się…

 

„Wskoczył na siodło, by przerwać niezręczną sytuację.” – Czy sytuację można przerwać?

 

„rozłożył skrzydła i potężnym wyskokiem z tylnych łap[-,] wzbił się w powietrze.”

 

„Cały ekosystem istot zamieszkujących szereg poziomów olbrzymiej rośliny[-,] prowadził walkę o przetrwanie.”

 

„W jaskini przypominającej odwróconą miskę[-,] zgromadzono masy odpadków. Było coś niepokojącego[-,] w tym chaotycznym śmietniku.”

 

„Jedną ze ścian zdobiła[-,] ciemna wilgotna smuga.”

 

„Próba odzyskania wolnośći oznaczała” – wolności

 

„Wiatr przyniósł odległe ryki, a za chwilę wokół zapanował chaos.” – Raczej po chwili

 

„Przywarła do konara bezcelowo starając się ukryć, bo i tak już została zauważona.” – Wydaje mi się, że słowo „bezcelowo” zostało tutaj zastosowane nieprawidłowo.

 

„Zadrżała, bo wystarczy kilka chwil, aby te wspinające się po skalnych ścianach bestie[-,] wdrapały się na pień.”

 

„– My, moja droga, jesteśmy ekologami – odpowiedział siwy, z rozbawianiem spoglądając na towarzysza.” – rozbawieniem

 

„– Jariadonna Paret[+.] – Dygnęła z gracją, jak to uczyła ją matka, po czym efektownie zemdlała ze zmęczenia i emocji.”

 

„a ten energicznym wyrzutem ramiom rozłożył niewielki” – ramion

 

„Bakterie powodujące rozkład[-,] jeszcze sobie radzą”

 

„Dały sobie spokój, kiedy po spożyciu paru ludzi[-,] cały klan srał pod siebie prawie przez tydzień.”

 

„Perspektywy ratunku oddalały się z każdą minutą bezproduktywnego siedzenia w namiocie.” – Czemu perspektywy w liczbie mnogiej?

 

„Niemal wybuchła płaczem.” – Wybuchnęła.

 

„Jej brat walczy o życie, a ten sobie żre kolację.

– Czyżby? – Badacz uniósł brew. (…) Jeszcze sto lat temu potrafiły tylko żreć, rozmnażać się i walczyć.”

 

„Technik rzucił się do ucieczki, ale gad śmignął ogonem, podcinając mu nogi. Kolejnym skokiem przyszpilił chłopka do ziemi i przeciągnął za osłonę kontenera.

– Nie! – wrzasnęła przerażona Jaria. Ściskając w ręku nóż rzuciła się do biegu.”

 

„Bez człowieka[-,] nie rozwiążą zagadki”

 

„A tu[-,] spoczywają bezcenne urządzenia”

 

„– To mój brat, czasem mam ochotę. – Wyszczerzyła się Jaria.” – albo wyszczerzyła małą literą, albo Jaria wyszczerzyła się

 

„Nawet teraz[-,] trzymał się strzemię w strzemię”

 

„– Raport złożę Królowej, osobiście[-.] – przerwał mu bezceremonialnie zmęczony Sekola.”

 

Raz piszesz Badacz, raz badacz, BTW.

 

„dlatego za każdym razem łamiąc zasady rytuału, żegnał się z nimi wcześniej, zanim wjechali do miasta.” – albo wtrącenie wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale

 

„ze smutkiem dotknął presuglasowej osłony” – Co to jest presuglas? Nie znalazłam wyjaśnienia w Googlach ;(

 

 

Przyznam, że niestety nie kupiłeś mnie tą opowieścią. O ile podoba mi się sam pomysł na zasiedlenie obcej planety zamieszkanej przez inteligentne stworzenia, a także całkiem fajny klimat, o tyle sama fabuła mnie znużyła. Cały ten początek z przedstawieniem wioski, porwania itp. dosłownie lekko mnie znudził. Na dodatek potykałam się o niektóre zdania – na początku właśnie, tam gdzie opisujesz krajobrazy i naturalne zjawiska. Czytałam na raty, bo jakoś „nie zassało” i tyle, a druga część nie zrekompensowała tego braku zassania. Może gdyby początek był nieco bardziej skompresowany… Ale tak to czegoś mi zabrakło. Miejsce i sceneria na tak, same wydarzenia na nie ;(

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

;( – komentarz zastępczy, bo w podróży. Dzięki! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wsiał głową w dół – literówka.

Jedną ze ścian zdobiła[-,] ciemna wilgotna smuga.

 

Szalenie interesujący tekst, gdzie najciekawszy jest świat i problemy jego mieszkańców. Niezwykle przyjemny, przygodowy rys, sprawił że przeczytałem do końca, mimo że już dawno powinienem wyjść na zajęcia. 

Legenda wydawała się stanowić przylepkę, ale była, więc tekst chyba się kwalifikuje. 

Dzięki za miłą lekturę. Bardzo mi się podobało.

 

W pewnym sensie muszę, Zalth, przyznać rację Twojej ukochanej ;)

Bardzo podobał mi się ten wewnętrzny świat opowiadania, przygodowy, rozbudowany, ze spójnym klimatem i taki bezpretensjonalny. Opakowałeś to dodatkowo w ramki SF, co samo w sobie nie jest złym pomysłem, a nawet budzi pewien sentyment, bo kojarzy mi się z woltą Van Hamme’a w dwóch pierwszych tomach Thorgala. Zabrakło chyba jednak miejsca na rozwinięcie pomysłu, bo sam epilog jest tak skondensowany, że np. twist z tożsamością królowej po prostu nie ma szansy wybrzmieć. Brakuje mi też jakichś sugestii dotyczących Badaczy rozsianych wcześniej, które nadałyby smak końcówce i wzmocniły obecność konkursowego tematu.

W części “plejstoceńskiej” też brakuje mi jakichś rozsianych punktów zaczepienia, np. pokazanie wcześniej, jaka to z Jarii spryciara, podbudowałoby sens akcji z pozorowanym atakiem na brata. O legendarnych kontenerach też warto było wcześniej wspomnieć. Scena z zabawą w jengę w wykonaniu młodych elektrodinozaurów wydała mi się jakaś taka słabosilna.

Dwa razy wyłapałem w tekście “chłopków” ;)

Podsumowując – bardzo przyjemna w lekturze kreacja, zabrakło mi trochę panowania nad konstrukcją całości. A że czytało się naprawdę płynnie, mogę tym razem szczerze ponarzekać na bezduszny limit.

 

 

Ja się, szczerze mówiąc, waham.

Opowiadanie wciągnęło jak mrówkojad mrówkę, ale potem trochę pogryzło i wypluło.

Pisać lekko, wciągająco i dobrze nie tylko potrafisz, ale też wiesz, że potrafisz i jeszcze w dodatku potrafisz to wykorzystać, co Ci się chwali – czytało mi się naprawdę dobrze i z zainteresowaniem, szczególnie, że pomysł, generalnie, też miał potencjał.

Nawiązując do wcześniejszej dyskusji o tym, jak pisać, a jak nie i dlaczego uważam, że podejmowanie tematu mija się z celem, mam do dodania tylko jedno: lubię Twój styl, Zalthcie (bardziej niż odmienianie Twojego nicka w każdym razie ;) – taki luźny, młodzieżowo-współczesny, ale w tym lekki i chwytliwy, podszyty humorem – więc rozwijaj go dalej.

Wdzięczność za uwagę.

No więc kilka razy NIE: nie nudziłem się, nie męczyłem się, nie brnąłem przez opowiadanie, nie mam czego się za bardzo czepiać, jeśli chodzi o wykonanie (a w każdym razie nie chce mi się, bo to już by było takie trochę na siłę).

Jest jednak jeszcze jedno NIE: Fabuła nie do końca mnie przekonała.

Generalnie jest ciekawie: widać, że przemyślałeś życie osady, jej uwarunkowanie w tym w cholerę nieprzyjaznym świecie – sam świat zresztą też – i fajnie to opisujesz. Mnie w każdym razie zaciekawiło. Jednak, już po wyjściu poza teren wiochy, jest trochę słabiej.

Przede wszystkim nie kupuję bohaterów. To znaczy tych dzieciaków: dla mnie to, wybacz, idioci (co przynajmniej ładnie podkreśla rodzinne podobieństwo), którzy popchnęli cała fabułę do przodu właśnie dlatego, że są idiotami. Skoro Karis nie zwrócił uwagi na dźwięk “dzwonu” – sygnał, który od najmłodszych lat powinien mieć zakodowany podskórnie na czerwono, tak jak wyuczony miał plan podziemia, schemat obrony i tak dalej, i na który powinien reagować na zasadzie odruchu Pawłowa: słyszy gość takie bim-bom, to, cytując Szanowną Drugą Połówkę (pozdrów): s*******a do schronu i, jeśli akurat przebywał na odosobnieniu celem kontemplacji, to nawet nie pamięta, czy zdążył się podetrzeć – to należały mu się bęcki jak temu fajnemu hipogryfowi (wybacz uproszczenie, ale tak mi się kojarzą te stworki) kolacja. Selekcja naturalna i tyle.

Jarii, za tą idiotyczną pogoń również. Do momentu, gdy wybiegła z jaskini szukać brata jeszcze spoko, potrafię to zrozumieć, ale wskoczenie na konia i wszystko, co potem, było, w moim osobistym odczuciu, najgłupszym pomysłem w historii głupich pomysłów (no, może przesadzam, ale niewiele – tak z pierwszy tysiąc na pewno. A konkurencja, przypominam, porażająca). Widzę, że jakiś wielki ptak zajumał mi brata (jak to brzmi…), to organizuję całą zbrojną ekspedycję, a nie lecę na rympał z nożykiem w kieszeni i pisemną gwarancją raz, że niepowodzenia, a dwa, że śmierci w raczej mało cywilizowanych warunkach.

Ponoć, w razie zagrożenia, stewardessy udzielają pasażerom następującej instrukcji: niech rodzice najpierw zajmą się sobą – pasy, maski tlenowe, kamizelki, różaniec i co tam jeszcze – a dopiero potem niech zadbają o dzieci (ewentualnie po prostu o słabszych czy już rannych). Tak trzeba, bo jeśli Tobie coś się stanie, to nie dość, że temu drugiemu, mniejszemu, nikt inny nie pomoże, to jeszcze nikt nie zdoła pomóc Tobie, więc wszyscy będziecie w… no, z tym akurat różnie bywa. Tak czy inaczej jest to mądra i, jak dla mnie, raczej oczywista zasada, której łamanie – a to właśnie zrobiła Jaria – nie jest bohaterstwem i odwagą, ani nawet impulsem, tylko właśnie idiotyzmem.

A wracając: Dopiero, kiedy reszta wsi się wypnie na braciszka – a wypną się na pewno, wnosząc po tym, czego można dowiedzieć się o świecie przedstawionym – kradnę komuś konia i ruszam na ratunek. Ale przy okazji kradnę też cała masę sprzętu, żarcia i broni, by mieć choć cień szans faktycznie dotrzeć do legowiska hipciów i ocalić młodego.

Okey, rozumiem, że dynamika opowieści, że młodość i głupota tych młodych i głupich, ale mnie ta bezrefleksyjność bohaterów w literaturze młodzieżowej – a z taką tu mamy do czynienia – zawsze niezmiernie wkurza.

Co gorsza, zasadniczo wpływ tej dwójki na rozwój wypadków był zaledwie niezerowy. Prawda jest taka, że gdyby nie Obserwatorzy, Jaria nie zdołałaby oddalić się od drzewa na długość jego cienia, a Karis… no tu już można spekulować, ale w tej wersji historii, którą przedstawiłeś, gość miał jeszcze mniej do gadania niż siostra – generalnie, był totalnie biernym uczestnikiem wydarzeń: jego porwano, jego zabrano do jaskini, jemu przystawiono nóż do gardła, natomiast on: on nic.

Kolejny aspekt opowieści, który mi nie zagrał, to dysproporcje: akcja rozwija się raczej powoli; tu opisy wioski i życia jej mieszkańców grubaśne i szczegółowe (i fajne, że się powtórzę), tu równie szczegółowy opis jaskini hipogryfa, jego życia, zwyczajów i zabaw, a potem nagle bach – finał przy kontenerach, taki krótki, konkretny i raczej, jeśli mam być szczery, nijaki. Generalnie, trzymając się już tych hipogryfów, opowiadanie przypominało ostatni lot zapewne niejednego z nich: leci se taki, długo, pięknie, majestatycznie, lśniąc w słońcu bajeranckimi piórami, a tu nagle yeb, ciul, dup, strzała w bebech i zupełnie mało elegancki upadek z finiszem na skałach. Mówiąc krótko, bardzo mało tu opowieści w opowiadaniu, co – w szczególności w zestawieniu z przygodową naturą tekstu (oraz, choć tylko trochę, z jego rozmiarami) – nieco rozczarowuje.

Finału z Królową i całą resztą się w sumie nie czepiam, bo choć wydaje się niemal zupełnie odrębną historią, przyczepioną trochę na ślinę do opowieści o niezbyt rozgarniętym rodzeństwie, i to głównie po to, by było legendarnie, to jednak zupełnie przyzwoicie zamyka całość. Możliwe, że gdybyś trochę rozwinął fabułę kosztem opisów, to wszystko wypadałoby jeszcze lepiej, ale, tak po szczerości, to nie wiem, czy rzeczywiście tekst byłby przez to lepszy. Na pewno lepiej zrobiłoby mu, gdybyś nie miał rąk skrępowanych limitem. Bo jakiś Was tam chyba obowiązuje, nie?

 

Peace!

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Taa, limit obowiązuje. Zalthowi zostało kilo znaków z małym hakiem.

Babska logika rządzi!

60k? Brrr… Ciekawe, czy kiedyś wyleczę się z alergii na limity? Mam nadzieję że nie, choć z drugiej strony nauczyłem się jakoś sobie z nimi radzić i chyba nawet skumałem w końcu, że umiejętność opowiedzenia dobrej historii w niesprzyjających dobrym historiom warunkach jest sztuką samą w sobie.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeden dzień mnie nie było…

Dobra, muszę przeczytać i odpisać, ale najpierw się prześpię.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

@Jose

ze smutkiem dotknął presuglasowej osłony” – Co to jest presuglas? Nie znalazłam wyjaśnienia w Googlach ;( – I bardzo dobrze, bo to mój autorski materiał. :)

 

Przyznam, że niestety nie kupiłeś mnie tą opowieścią. – Cóż, kwestia gustu. :)

Dwanaście godzin po Twoim komentarzu Łukasz napisał, że mu się bardzo podobało. Tak to bywa (uwaga! będzie oczywistość!) z opowiadaniami! Dzięki opinię i łapankę. :)

 

@Łukasz

Mam nadzieję, że zdążyłeś na zajęcia i nie miałeś kłopotów (czy gdziekolwiek się udałeś w zamian, piwo było dobre ;P). Dzięki wielkie! :)

 

@ Cobold

A że czytało się naprawdę płynnie, mogę tym razem szczerze ponarzekać na bezduszny limit.

– O to, to!

 

@Cień

Okey, rozumiem, że dynamika opowieści, że młodość i głupota tych młodych i głupich, ale mnie ta bezrefleksyjność bohaterów w literaturze młodzieżowej – a z taką tu mamy do czynienia – zawsze niezmiernie wkurza.

Za młodu też mnie to wkurzało. :)

Robiłem trochę w szkole, miałem młodych pracowników, moja pani ma w pracy kontakt z młodzieżą (różną) i naprawdę robią głupie rzeczy, takie przysłowiowe. Kilka dni temu odwiedziła nas koleżanka i opowiedziała, co odpierdolił jej "poważny" ponad wiek, dwudziestoletni syn. Na film by wystarczyło. Więc może to wkurzać, ale takie opowieści nie biorą się z nikąd. Sam też nie jestem święty i czasem mój mózg lubi w nocy przypominać mi te porażki kiedy nie mogę zasnąć. :)

Jak to powiedział Adaś Miałczyński: "Co za ponury absurd… Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem."

 

I pozwolicie, że ogólnie odniosę się co to zarzutów na temat fabuły.

 

Legenda: Oś opowiadania oparta była na wyjątkowości badaczy w tym świecie.

LEGENDA NIE JEST NA DOCZEPKĘ!

Sekola czy Królowa istnieli o wiele wcześniej, niż dwójka rodzeństwa i cały pomysł na opowiadanie. Jeśli odpowiednio tego nie zaakcentowałem – moja wina.

 

Fabuła: Tak, rodzeństwo zachowuje się kretyńsko. Karis jest czasem roztargniony, Jaria narwana – taki był rys bohaterów. Tak, powinni zginąć. Tak, mieli więcej szczęścia, niż rozumu. Tak, Sekola i Kento uratowali im dupę. Tak, ich rola była szczątkowa, bo jaka miała być?

I niech mi ktoś powie: czy to nie mogło się zdarzyć? Szczęśliwie przeżyli przygodę i to chyba warte było opisania. Może na przyszłość będą mądrzejsi.

 

Konstrukcja: ¯\_(ツ)_/¯

Może rzeczywiście zabrakło limitu. Może jeszcze nie mam odpowiedniego wyczucia? Niemniej, cieszę się, że gros z Was tekst nie zmęczył. Jak spędziliście miło chwilkę czasu – to jestem zadowolony.

Błędy biorę na klatę, dajcie opaskę na oczy, ostatniego fajka i sztrzelajcie! :)

 

Bardzo dziękuję za wszelkie opinie.

Pozdro niewyspane! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Mogło się zdarzyć, mi tam pasuje.

Tak, rodzeństwo zachowuje się kretyńsko. Karis jest czasem roztargniony, Jaria narwana – taki był rys bohaterów. Tak, powinni zginąć. Tak, mieli więcej szczęścia, niż rozumu. Tak, Sekola i Kento uratowali im dupę. Tak, ich rola była szczątkowa, bo jaka miała być?

Otóż to. Całkowicie się zgadzam. Ci bohaterowie są jak młody Robert Grant w Dzieciach kapitana Granta. Ich rolą jest pchać łeb w tarapaty i wychodzić z nich cało, ewentualnie z lekkimi rysami. Ale za to jaka przygoda!

EDYTA: Im więcej myślę o tym opowiadaniu, tym bardziej stwierdzam, że jest cholernie dobre. Myślę, że na tę chwilę daję mu podium, bo naprawdę bardzo mi się podobało. Poczułem się jakbym znów czytał Verne’a.

Mogło się zdarzyć, mi tam pasuje. – Salut! :)

 

Poczułem się jakbym znów czytał Verne’a. – Normalnie, aż nie wiedziałem co napisać. Wychowałem się na tych książkach. blush

Dziękuję!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wracam z komentarzem piórkowym.

Jest to dobra opowieść przygodowa. Jednak brakuje mi tutaj czegoś bardziej pamiętliwego. To fajny tekst do przeczytania, przeżycia przygody, ale niestety niczego więcej, przynajmniej dla mnie. Bohaterowie są przyzwoici, ale żadne z ich rozterek nie rozrywają mnie. Świat ciekawy, ale widziałem trochę podobnych w komiksach i książkach. Całościowo fabuła przywodzi mi na myśl opowiadania dla młodzieży – sympatyczna, ale też w kilku najważniejszych miejscach cechuje się infantylnym podejściem. Dlatego jestem na NIE. Jeszcze nie teraz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Pozwolisz, Zalthcie, że pozostanę przy swojej opinii odnośnie legendy, rzepu i doczepu, bo choć z perspektywy świata przedstawionego Sekola jest legendą, ja mam tylko swoją, czytelniczą perspektywę. A z tej perspektywy opowiadanie jest jednak głównie o dzieciakach i ich przygodach, a nie o Obserwatorach.

Też wychowałem się na Vernie i uwielbiłem te książki, ale naprawdę niewiele już pamiętam z nich dzisiaj. Nie kojarzę też, żeby dzieci kapitana Granta mnie wkurzały. Ale wierzę na słowo, że były problematyczne. Wierzę też, że niekoniecznie jest to przerysowanie literackie, jednak to w niczym nie umniejsza mojej niechęci do ludzkiej głupoty.

I tak, mogło się zdarzyć, że przeżyli swoją przygodę i jest ona warta opisania. Tyle że, w przeciwieństwie do chyba większości, ja nie podzielam zachwytu nad samą przygodą, bo tę, zasadniczo, można streścić w pięciu zdaniach. Jest po prostu zbyt liniowo i posznurkowo jak na tekst przygodowy tego formatu. No, ale powtarzam się.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Sekola czy Królowa istnieli o wiele wcześniej, niż dwójka rodzeństwa i cały pomysł na opowiadanie. Jeśli odpowiednio tego nie zaakcentowałem – moja wina. – Jak napisałem wcześniej, przyjmuję waszą argumentację co do odbioru. :)

 

Tyle że, w przeciwieństwie do chyba większości, ja nie podzielam zachwytu nad samą przygodą, bo tę, zasadniczo, można streścić w pięciu zdaniach. – Zasadniczo każde opowiadanie można tak streścić. :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Wygrałeś mnie światem. Umiejętnie wprowadzasz czytelnika w jego tajniki. Tu jeden kawałek układanki, tam następny, aż wreszcie powstaje obrazek. Barwny, szczegółowy, interesujący, miejscami zaskakujący.

Słabą stroną jest fabuła. Jak już wspominałam, tak głupie zachowanie dziewczyny mogło się skończyć tylko w jeden sposób. Bo morał “nie rzucaj się z małym nożem i bez przygotowania na smoka” nie wygląda zbyt przydatnie.

Skręt w stronę SF faaajny. W sumie ładnie pokazałeś zderzenie smoków rodem z fantasy ze space operą. Też kiedyś coś podobnego opisałam, więc mam sentyment.

Byłam na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Wielkie dzięki, Finklo!

Dzięki Twojemu “Tak” skasowałaś najgorszy scenariusz z mojej głowy, bo ostatni raz, kiedy byłem nominowany, w głosowaniu było 0:7 (czy jakoś tak, ale do zera).

Dzięki za poprawę nastroju, bo przynajmniej poprawię poprzedni wynik. :D

 

Zderzeń fantasy vs SF będzie więcej, bo lubię takie mixy. ;)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No to fajnie, że rozwój pisarski jest tak widoczny. ;-)

Babska logika rządzi!

Zalth, nie smutaj, ja ostatnio miałem 0:10, teraz chyba będzie podobnie. ;)

Tylko – jak wielu tu napisało – nie zarzucaj tego tekstu, na miłość czytelniczą, no.

Niech będzie “rozwój”. ;)

Stn, nie zarzucam, wpadło dziś 3k. (yey!) :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Przyznaję, że zastanawiałam się nad tym tekstem i komentarzem do niego przez kilka dni. Ostatecznie to, że nie zapomniałam o czym opowiadanie jest, przeważyło szalę niezdecydowania. Fabuła, może nieco miejscami nierówna w tempie (wlekący się początek i ekspresowe zakończenie), nie jest tip top, ale potrafiła przykuć uwagę. Jednak największą zaletą i tym, co mnie kupiło, to przedstawiony świat i sposób jego przedstawienia. To – jak już wspomniała Finkla – jak elegancko podrzucasz kolejne elementy układanki i składa się z nich ciekawy obraz. Przyznaję, że bardzo spodobał mi się Ślepy i to jemu głównie kibicowałam, jako ulubionemu bohaterowi opowieści :)

Podejrzewam, że gdyby nie limit znaków, rozpisałbyś się bardziej, a ja przyznaję, że chętnie przeczytałabym taką pełniejszą wersję, pokazującą więcej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uchowała się literówka w pierwszym zdaniu… ;)

 

Pomysły i fabuła w tym opowiadaniu są całkiem fajne, jeśli spojrzeć na nie z daleka. Spodobała mi się koncepcja gadoidów uczących się od ludzi. W ogóle cały świat wydaje mi się przemyślany i ładnie skonstruowany. Trochę od czapy dorzucasz jeszcze na koniec jakiś wątek ze sztuczną inteligencją, ale w sumie spoko. 

Gorzej, jeśli się bliżej przyjrzeć. Czyli w czasie czytania. Pomimo bet i srogich łapanek ostało się trochę błędów. Mniejsza o nie. Gorzej ze stylem. Oczywiście to czysto subiektywna uwaga (zaznaczam, żeby nikt nie krzyczał). Moim zdaniem nadużywasz słów, przede wszystkim przymiotników. I nie, nie jest to barokowe, bogate pisanie.

Żeby nie przydłużać, wyjaśnię tylko na jednym przykładzie. 

Pozostałe owce ukryły się w cieniu kępy krzaków i częściowo wkopanej w ziemię wiaty, by z flegmatycznym spokojem przeżuwać zjedzoną wcześniej trawę.

O co chodzi z tym “zjedzoną wcześniej”? W sensie, że ją wcześniej odgryzły, a teraz mają w pyskach? Jak dla mnie zjedzona ta trawa będzie dopiero wtedy, gdy ją przełkną. Chyba że mam jakieś braki z fizjologii owiec. “Ze spokojem”? A kto widział owce przeżuwające w pośpiechu? No i czy wiele zmienia to, że ten spokój jest flegmatyczny? I nie rozumiem też, dlaczego istotne jest, że ta wiata jest częściowo wkopana w ziemię. No i czemu “kępa krzaków”? Czytelnikowi nie wystarczyłyby same “krzaki”? Czy nie wyobraziłby sobie wtedy tego, co trzeba? Zresztą istotne jest to, że było gorąco (klimat opka) i były owce (informacja o zaawansowaniu cywilizacyjnym). 

Wiem, że się czepiam, ale chcę zobrazować to, jak wiele słów/zwrotów tak właściwie nic nie wnosi do narracji. Zdaję sobie sprawę, że nie można odrzeć stylu ze wszystkiego, bo po pierwsze rytm, po drugie klimat, ale mimo wszystko takie pisanie rozwadnia historię. 

Mam zresztą wrażenie, że to problem całego opowiadania. Opisujesz szczegółowo, skrupulatnie wiele rzeczy, które można by przedstawić bardziej skrótowo. Moim zdaniem sztuka pisania polega między innymi na tym, by trafić do czytelnika, używając niewielu słów, za to celnych. 

Podkreślam – moim zdaniem. 

Poza tym chyba powinieneś się przyjrzeć zapisowi myśli, bo coś tam nie gra. 

Nie rozumiem, do czego odnosi się tytuł. 

A co do tematu legendy, myślałem, że będzie chodziło o chłopaka, a nie ekologa. Wyszło trochę tak, jakbyś chciał zwieść czytelnika i zaserwować mu na siłę zaskoczenie.

Podsumowując: ciekawy świat, ciekawe pomysły, ale tekstowi przydałoby się jeszcze mocne szlifowanie. 

A owce nie są przeżuwaczami i nie mają skomplikowanych, wieloczęściowych żołądków? Nie znam się.

Babska logika rządzi!

Według słownika “zjeść” znaczy «włożyć pokarm do ust, pogryźć go i połknąć». Dopiero po połknięciu zaczyna się cała zabawa z żołądkami ;)

No właśnie – owce urwały trawę, pewnie wstępie pogryzły, połknęły, a teraz się bawią.

Babska logika rządzi!

To nie są dokładnie owce. To ma być taka “kolonistyczna” hybryda z krową.

 

Krowy mają skomplikowany układ. Nie będę cytował całości ale: “Następnie miazga pokarmowa jest „odłykana” , to znaczy wraca niewielkimi porcjami ponownie do jamy ustnej, gdzie jest przeżuwana, tj. dokładnie rozcierana zębami trzonowymi.”

To tak na szybko, zaraz odpisze na resztę. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Reszta.

 

@Śniąca

Cieszy mnie fakt, iż długi czas namysłu nie zdeprecjonował tekstu. W przyszłości postaram napisać coś, co nie będzie powodowało takich rozterek. :)

Dzięki!

 

@Fun

Pomimo bet i srogich łapanek ostało się trochę błędów. – Mea culpa, ale walczę.

 

Gorzej ze stylem.(…) Moim zdaniem nadużywasz słów, przede wszystkim przymiotników.Mea culpa. Może nie walczę, ale trochę jest do przemyślenia.

O krowach było, a “flegmatyczny spokój” niezmiernie ucieszył demona Pleonazma.

 

Krzaki. Może to nie ma jakiś podstaw językowych, ale dla mnie jest różnica. Kępa krzaków, to kilka krzewów rosnących w bliskiej odległości. Aby ją ominąć, trzeba nadłożyć kilka kroków, ale nie sprawi to kłopotu. Krzaki, to już jakaś większa ściana zarośli, gdzie nikt z własnej woli nie zechce się ładować i aby coś takiego obejść, trzeba poszukać odpowiedniego miejsca. Ale to tak na chłopski rozum, może się mylę.

 

Nie rozumiem, do czego odnosi się tytuł. – Do słów Karisa i jego mało ambitnego tkwienia we wiosce, do misji Sekoli, do sytuacji Jarii, do planów Ślepego. Każdy ma coś do zrobienia.

 

A co do tematu legendy, myślałem, że będzie chodziło o chłopaka, a nie ekologa. Wyszło trochę tak, jakbyś chciał zwieść czytelnika i zaserwować mu na siłę zaskoczenie. – Nic na siłę. :) Od początku chodziło o niego, ale tak jak wspomniałem, może mało to eksponowałem, ale nie chciałem za dużo odkrywać.

Będzie szlifowanie stylu! :)

Dzięki za wizytę i rzeczowe uwagi, Fun! Przydadzą się. ;)

 

Edit: Wiata była częściowo wkopana w ziemię ze względów praktycznych (rajdy).

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

W opowiadaniu najbardziej spodobał mi się opisany świat. Wymyśliłeś go w sposób ciekawy – na uwagę zasługuje motyw ewolucji gatunku, który jest wg mnie największym atutem opowiadania. Czyni opowiadanie inteligentnym, a jednocześnie opowiedziałeś to w przystępny sposób. To kawał dobrej fantastyki.

Fabuła jest niezła, choć wątek legendy dość poboczny i w zasadzie chyba da się go wyjąć bez szwanku dla reszty historii. 

Tekst został napisany bardzo dobrze – zwróciło to moją uwagę już na samym początku.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Serdeczne dzięki, Pietrek!

Za wizytę i dobre słowo. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

I ja dołączam się do pozytywnych głosów na temat Twojego opowiadanie, Zalcie. Dobrze spędziłam czas z Twoimi bohaterami, a gadoidy niesamowicie mnie zainteresowały. Pasował mi Twój sposób tłumaczenia świata oraz ogólny wątek rozwoju życia na tej planecie. A wiadomo, taki kawałek tekstu rodzi wiele pytań i niedosyt. Bo z wielką chęcią dowiedziałabym się czegoś więcej.

Nowe linijki tekstu powoli zapełniają pliczek, a z każdym pozytywnym komentarzem presja rośnie.

Jak ja to udźwignę, jak będzie słabsze?! :D

Dzięki, Deirdriu! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Bardzo ciekawy jest ten twój świat, Zalth. Jest on największym plusem tego opowiadania.

Jeśli zaś chodzi o resztę… Nie zrozum mnie źle. Kilka rzeczy do zrobienia to tekst bardzo dobry. Świetnie napisany, z pewną dozą kreatywności. Ale jakoś nie potrafił przytrzymać mnie na dłużej. Ciężko mi to wyjaśnić, bo byłam ciekawa dalszego ciągu, ale wciąż wypatrywałam końca. Może chodzi o twój sposób pisania, który jest warsztatowo doskonały, ale niewyróżniający się. Brakowało mi więcej pazura? 

No mniejsza oto. Podobało mi się i to bardzo, ale chyba po prostu oczekiwałam czegoś innego po tylu pozytywnych komentarzach.

Wciąż życzę ci powodzenia w konkursie, jako że zasługujesz na wygraną (to znaczy dojście do antologii itd. ;)

 

Ps. To nie do końca błąd, ale rzecz, która mnie okroooopnie wkurza we wszelkiej maści powieściach i opowiadaniach:

 

Tobeszu Paret! Stój spokojnie, bo przez te luźne sznurki polecisz na pysk! – strofowała brodatego mężczyznę.  

– Przecież stoję, Jolda! – odwarknął ze złością ojciec, ale posłusznie znieruchomiał.

 

Grr… ta strasznie niesubtelna ekspozycja. Jakie bliskie osoby zwracają się do siebie pełnym imieniem i nazwiskiem? Rzadko kiedy używamy nawet imion, bo ta osoba wie przecież, że mówimy do niej.

Taka mała dygresja, bo spotykam się z tym zbyt często.

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Lano, wydaje mi się, że takie zwracanie się do małżonka imieniem i nazwiskiem kiedyś było modne w bodajże amerykańskiej kulturze.

Babska logika rządzi!

Jeśli był to celowy zabieg, to rozumiem. Po prostu wielu autorów idzie w ten sposób na skróty i właśnie to mnie wkurza :) W sumie każda źle wykonana ekspozycja tak na mnie działa.

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

W sumie, co to za ekspozycja? Dowiadujemy się tylko, jak się bohater nazywa. Ale jeśli Cię wkurza, to nie ma rady. :-)

Babska logika rządzi!

Hej!

Dzięki za komentarz, Lana!

Mam nadzieję, że napędzona komentarzami bardzo się nie rozczarowałeś, ale jednocześnie cieszę się, że jednak się podobało. :)

A co do tego formalnego zwrotu, właściwie to Finkla ma rację – w anglojęzycznych filmach widziałem czasem taki sposób zwracania się do kogoś bliskiego, szczególnie kiedy występuje jakaś konfliktowa sytuacja. Tutaj wyszło mi to jakoś naturalnie, nie za bardzo zwracałem uwagę skąd to się wzięło, zwłaszcza, że w ten sposób argumentujemy sobie czasem z moją Panią (zwykle jak mam przechlapane, ale awantura się jeszcze nie zaczęła, to mówi do mnie pełnym nazwiskiem ;).

Dzięki za wizytę!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

w anglojęzycznych filmach widziałem czasem taki sposób zwracania się do kogoś bliskiego, szczególnie kiedy występuje jakaś konfliktowa sytuacja.

Ja, jak chcę, żeby coś dotarło to moich dzieci, to też zawsze zwracam się do nich pełnym imieniem i nazwiskiem. Wtedy już wiedzą, że nie jest dobrze. :D

Fajny retelling “Jak wytresować smoka”. W sumie chyba też bym została w osadzie z gadoidami.

 

Jeden babolek.

“Są na etapie czegoś w rodzaju dolnego paleolitu. (…) Dziś mają własne stada, hodują je na równinach. (…) To na razie społeczeństwo zbieracko-łowieckie, ale to tylko chwila, zanim przejdą do innej form.

Pokręciłeś tu trochę. Albo na razie zbieracko-łowieckie, wtedy paleolit (obstawiałabym jednak raczej górny po dalszym opisie i szybkości zmian), albo hodowla – to już neolit.

 

 

“w jakimś atawistycznym odruchu odwrócił się ku oprawcy”

Mam wrażenie, że takie zachowanie nie jest atawizmem, ale nadal dominującym odruchem

 

Wsiał głową w dół → wisiał

 

[byłam absolutnie przekonana, że pisałam tu już dość dawno komentarz, ale albo nie kliknęłam gotowe, albo jest to radykalny przykład pożarcia komentarza, więc tym razem tylko streściłam, co najważniejsze]

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Napisałem dolnego? Miał być górny… O.o

Z tym paleolitem/neolitem ciągle miałem (i mam) zagwozdkę, bo poszczególne plemiona gadoidów są na różnym etapie rozwoju. W końcu uznałem, że Sekola nie wie wszystkiego i powiedział, co powiedział. Masz rację, hodowla to neolit, ale nie ma tam nikogo, kto by poprawił badacza.

Szkoda że wcięło poprzedni komentarz…

Dzięki za wizytę. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podobało mi się.

Opowieść nie jest może jakoś specjalnie oryginalna, ale sposób jej przedstawienia zasługuje na pochwały. Tekst napisany jest bardzo dobrze, podział na małe (no, powiedzmy) części dobrze mu zrobił, przez co czyta się szybko i sprawnie. Fajnie, że prawie każda część zaczyna się od jakiegoś charakterystycznego zdania. Być może to pierdoła, ale mnie takie pierdoły przekonują :D

Bardzo dobre opko.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka