- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Wizje, chodźcie do mnie

Wizje, chodźcie do mnie

Jeśli wiecie lub domyślicie się, kim jestem, prośba – nie naprowadzajcie innych. 

Użyty w tekście cytat – M. Dutkiewicz “Noc komety”, ale wersja towarzysząca to ta, a także to.

Ilustracja główna J. Różalski “The Summoner”, wstawiona na końcu (zgodnie z nowymi zasadami podpisuję jako numer 4). Można ją znaleźć tu, reszta tutaj (1) “1920 – takie your dog for a walk”, tu (2) “wolf bride” i tutaj (3) “1920 – it’s time to back home”. Było też branych pod uwagę wiele innych.

Wstawianie obrazków to koszmar, przy wszelkich próbach formatowania (oddzielenia ich od tekstu) wszystko się rozjeżdża.

 

Przy głównej ilustracji w 2014 roku autor napisał na fb: “is very late, I'm super tired and I have no idea what I'm doing...”. Tak właśnie było z tym tekstem. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Wizje, chodźcie do mnie

Latika nie wie, co robić. Rozdzielono ją z resztą zaklinaczy, jest ich zbyt mało jak na rozmiar napaści. A teraz, na domiar złego, kobieta utrzymuje połączenie z tym… czymś.

Gdy tylko wspięła się na wzgórze, wróg przestał atakować, zamarł. Wniknął raptem w jej głowę jak wytrawny telepata. Milczy jednak, a jego umysł zdaje się dopiero formować.

Zaklinaczka bez rezultatu zadaje mu w myślach pytania. Krąży po wzgórzu, drży, rzuca kilka przekleństw na wiatr.

Intruz reaguje na jej głos. Niewyraźne kształty we wnętrzu obcego nabierają barw. Latika próbuje kilku zwrotów i zaklęć z różnych języków. Nie działają. Zdaje się, że chodzi o sam dźwięk – im bardziej melodyjne słowa, tym myśli wroga stają się klarowniejsze.

Niezwykłe.

Zafascynowana kobieta intonuje ułożoną naprędce pieśń. Słowa mają w niej mniejsze znaczenie niż ich brzmienie.

Latika pierwszy raz próbuje zakląć coś tak olbrzymiego.

Czym jesteś i czemu nawiedzasz mój wymiar

rozdarty jak łono przez złaknione krwi dziecię?

Któryś twój strzał pada i znika,

inny przeszywa mnie, zostaje w tym świecie.

Jakie z mych ust ma spłynąć zaklęcie,

czym mam się zhańbić, by cię okiełznać?

Spójrz, depczesz zboże, co wciąż śni mi się,

że wojnę i głód zdoła zatrzymać.

– Tak to sobie wyobrażałem! – Wilkoczłek dociera na wzgórze, wbija brudne pazury w bark Latiki i wytrąca ją z rytmu. – Tak to widziałem, kiedy myślałem o ucieczce Jorguna. Całe życie o nim słuchałem. Że był wielki jak wieloryb, a gdy się do nas przedarł, sunął przez niebo i ciskał kuliste pioruny. W opowieściach wilków był niby gigantyczne drzewo, za którym kroczyła cała knieja, wściekła, głodna rąk podnoszących siekiery! A w Mieście zawsze mówili o gargantuicznym, plującym ogniem mechanizmie. I ta wizja najbardziej wdzierała się w mój, jak ty go nazywasz, biedny umysł, cuciła i wyciągała z mroku zwierzęcego szaleństwa, by pogrążyć w tym człowieczym…

Latika przestaje czuć na sobie pazury. Wilkoczłek wrzeszczy, gdy jego łapsko wyparowuje, a po chwili materializuje się i przywiera na powrót do kikuta, z którego cuchnąca jucha rozprysnęła się wokół.

– Co to jest, wsza mać?! Latika!

To kolejna koniunkcja wymiarów, odwracalna anihilacja materii. Zaklinaczka chciałaby odpowiedzieć, żeby pół-zwierz, pół-człek dał jej spokój. Nie potrafi jednak rozłączyć się ze stojącą daleko przed nimi istotą, która uzyskała świadomość, wszedłszy w ich wymiar. Kobieta czuje to, co budzi się w splotach twardego niby kamień, niejadalnego mięsa, w czarnej substancji krążącej po sztywnych żyłach i w szarym, skłębionym, mdlącym oddechu. Wewnątrz intruza gorączkowo powstaje jakiś sens, odkształcony, lecz wyraźny odbiór jej śpiewu. Pod skotłowanymi chmurami, na tle gór gigant zdaje się zrodzony z trzewi burzy i kamienia. W jego jarzących się oczach, mimo uzyskanej świadomości, nie ma nic.

Latika obserwuje ze wzgórza, jak Hjalmar naciera na niego ze swoim oddziałem. Wojownicy suną na złotych rumakach, niewielkie, rozpędzone punkty na równinie, w rękach srebrzyste bronie przodków, zaklęte przez bóstwa, których czas dawno minął. Łucznicy tną w zastygłą istotę nasączonymi jadem strzałami, na obcym pojawiają się maleńkie punkty żrącej zieleni. Wilkoczłek trzyma watahę w odwodzie, kły nie wgryzą się w metal. Oczekuje, że zaklinaczka na wzór nekromantów zaraz otworzy sobie żyły i obdarzy wilki niezwykłą mocą, a najlepiej w pojedynkę obali wroga.

Tymczasem intruz bada ją z bolesnym, poplątanym namysłem. Zagłębia się zbyt mocno w Latikę i zaczyna być brzemieniem. Jakby próbował się w niej ukryć.

Zaklinaczce przypomina się syn, którego oddała Hjalmarowi, gdy dziecko skończyło sześć lat. Nie chciał iść z ojcem, chował się za nią i pytał, czy może wrócić do jej brzucha.

Kobieta nie wytrzyma dłużej niejasnych, absurdalnych roszczeń istoty. Przeskakuje świadomością do siedzącego na jej ramieniu sokoła, który wzbija się w powietrze. Latika jest w jego skrzydłach i oczach; unosi się ponad nędzę zgliszcz i ciał, sunąc przez zadymiony przestwór. Pragnie zbliżyć się do Hjalmara i zaciągnąć istotę do trawionego bitewną gorączką umysłu. Pokazać obcemu szał obrońców, znękanych nieustanną wojną. Zainteresować czymś innym niż ona sama. Może przypadną mu do gustu bitewne okrzyki.

Nie morduj pałętającego się pod nogami robactwa – chciałaby mu przekazać. To nasze dzieci cię skonstruowały. Z pewnością nie po to, żebyś mógł dzięki dziurom w czasie i miejscu, wyrwanym przez kolejne pokolenia, zmiażdżyć ich rodzicieli i rozpaść się w przerwanym continuum.

Zaklinaczka opada z sokołem ku nacierającym wojownikom i wnika w umysł Hjalmara niby we wrzącą wodę. Parzy swoje myśli i postrzeganie monstra. Obcy ożywa gwałtownie; przypomina górę, która zatrzęsła się tuż przed erupcją. Kieruje puste ślepia ku jeźdźcom. Latika wraca do sokoła, który zatacza krąg wokół błyszczącego olbrzyma. Gigant przypuszcza atak, przeszywając z hukiem powietrze, lecz nacierający ludzie znikają raptem w mlecznej mgle. Materia nie wytrzymuje spotkania bytów z odmiennych wymiarów. Szarżujący wojownicy pojawiają się, wzbudzając tumany pyłu i rozpraszając biały opar. Intruz pluje ogniem, podcinając nogi kilkudziesięciu koniom.

Nie celuje w ludzi.

– Zatrzymaj go, Latika. Zatrzymaj go!

Zaklinaczka wraca do swojego ciała, którym wilkoczłek potrząsa tak, jakby chciał wydobyć z niej tajemne zaklęcia. Nekromancki eksperyment ma na wpół rozumne, na wpół dzikie ślepia. Ale Latika wyraźnie dostrzega w nich przerażenie. Intruz stanowi lepszy wynalazek od mieszanki człowieka i wilka. Gdyby olbrzym został okiełznany, wilkoczłek nie byłby już potrzebny. Zniszczono by go i wpleciono w baśnie. Dlatego przylazł tu za zaklinaczką. Magia go zrodziła i wierzył, że również obroni.

 – To wszystko nie może się tak skończyć – syczy, cuchnąc padliną. – Choćby to był sam Jorgun, zabij go!

To nie jest Jorgun, schwytany bóg, który wpełzł niegdyś do ich wymiaru z czeluści znacznie starszego świata. Tkwi wciąż w więzieniu wielkości króliczej klatki. Obcy to coś innego i wilkoczłek dobrze o tym wie. Puszcza Latikę i pcha przed siebie.

Kobieta zaciska zęby. Mam być jego tarczą? Chyba śni. Wszyscy chcieliby pod maminą spódnicę…

Zaklinaczka nadal utrzymuje połączenie z istotą, smagana dreszczami, gdy ta wypuszcza z trzewi ogniste pociski. Obcego nie interesuje Hjalmar. Latika nie chce, nie może mierzyć tego czegoś ludzką miarą, lecz przecież z jakiegoś powodu podoba mu się jej śpiew. To on go hipnotyzuje. Zaklęcia nie działają.

O co tu chodzi?

Za dużo ksiąg, Latika, za mało wojny. Albo macierzyństwa. Nie mam pojęcia, jak niańczyć wilki i gigantów. Miały siać śmierć, a nie kryć się we mnie albo za mną…

Czemu nie mogę nad tym zapanować? Dlaczego to właśnie ode mnie te istoty pragną opieki?

Następstwa koniunkcji wymiarów dosięgają zaklinaczkę. Nogi uginają się pod nią, po czym zapadają w nieokreśloną przestrzeń i znikają. Odsłonięte kości i mięso wbijają się w ziemię. Latika traci przytomność, nim zdąży krzyknąć.

Budzi się w lepkiej kałuży i postrzępionej mgle. Przez chwilę nie pamięta, gdzie się znajduje. Nogi są na miejscu, ale nie chcą współpracować, czegoś w nich brakuje. Zaklinaczka z trudem unosi twarz ku szaremu niebu i widzi piętrzące się ponad nią niewiarygodnych rozmiarów ciało intruza. Ściekająca po nim ciemna substancja kapie na wzgórze niczym czarny deszcz. Wysoko ponad Latiką jarzą się skierowane na nią oczy. Tam coś jest, kobieta już niemal to dostrzega, jakby wraz z dzielącą ich odległością skurczyła się zasłona obcości i niezrozumienia.

Zaklinaczka mogłaby wykorzystać energię życiową swoją i wszystkich wokół, by wywołać spięcie w tym twardym ciele, w którym coś zatrzaśnięto. Może gdyby niegdyś poświęciła się nekromancji… Ale ona nazbyt boi się ciemnej magii, która jak wszystko, co obce, pojawiła się w jej świecie z powodu zderzeń naruszanych przez przyszłe pokolenia wymiarów.

Ma w zanadrzu tylko białe zaklęcia.

Albo śpiew. Może powinna urządzić tu występ poezji śpiewanej, póki armia, którą słyszała wszędzie wokół, lecz nie dostrzegała we mgle, nie uszkodzi pancerza intruza?

Przestrzeń pęka. Sąsiednie wzgórze znika, zapadając się w kłęby mgły niczym budowla, której wysadzono fundamenty. Pojawia się zaraz znowu, w ogniu i dymie, pod szaleńczo wirującymi chmurami. Opada z nich przypominający kolosalnego pająka twór, kolejny demon o twardym mięsie i sztywnych żyłach.

Latika odbiera raptem widzenie od swojej babki. W tym samym momencie, w którym zaklinaczka próbuje wstać na wiotkie nogi, na jej rodzinną wioskę spada całe stado pajęczych istot. Nie atakują mieszkańców. Suną na północ, ociekające czarną mazią diabły, potwory ze schorowanych umysłów potomków.

Zmierzają w stronę Latiki.

Obcy stoi nad zaklinaczką, niepomny szarż, pocisków z katapult, ataków wilków i wilkoczłeka, który wspina się po zastygłej w oczekiwaniu konstrukcji.

Kobieta ma pusty umysł. Prostuje i zgina zgrabiałe palce rąk. Wyschnięte gardło nie pozwala przełknąć śliny. Misterne inkantacje zaklinaczy umknęły gdzieś z pamięci jak spłoszone szczury. Ale pozostały wizje. Jego wizje. Stwora, który powstał, gdy wymiary dawno już się ustabilizowały, świat wytępił słabych, udoskonalił silnych, skrył tajemne moce, a martwe bestie zaklął w metal ludzkimi rękami.

Teraz, gdy istota jest tak blisko, gdy wokół pełza zachłanna mgła, obrazy przestają być niewyraźne i niepojęte. Latika widzi artystę malującego jej babkę, zapatrzoną na istoty depczące bezcenne zboże. Zlanego potem konstruktora zastygłej nad zaklinaczką maszyny. Ogląda tego, kto to opowiada, jak pisze zawzięcie i mamrocze w transie przenikającym wymiary. Latika powtarza za nim cicho:

Wizje, chodźcie do mnie, blisko, najbliżej,

zostańcie w mojej głowie, najdziksze sny,

oto jest wasza scena, reflektor niżej,

korowód moich marzeń wiruje, lśni.

Wizje, chodźcie do mnie…

Głos więźnie jej w gardle. Nie może poradzić sobie z tym, co dostrzega w metalicznym wnętrzu, w martwej dotąd duszy ożywionej skumulowaną z wielu wymiarów magią tego świata.

Istota strąca wilkoczłeka z twarzy jak muchę. Chluba nekromantów uderza w ziemię i znika we mgle. Czarne, gorące krople wciąż spadają, nasycają opar.

Ożywiony mechanizm naprawdę płacze. Ma umysł dziecka, rozproszony w elektrycznym strumieniu płynącym przez całe ciało.

Chce słuchać stwórczego głosu, niby śpiewu matki nad kołyską. One wszystkie tylko tego pragną.

 

Koniec

Komentarze

Mnie się bardzo, chyba głównie ze względu na język. To się po prostu tak dobrze czyta…

Melduję, że przeczytałam.

Czytało mi się bardzo dobrze, gdy nagle wyskoczyłeś z reflektorem – kompletnie mnie to wytrąciło z klimatu opowiadania :(

A ja za mało zrozumiałam, żeby mogło mi się spodobać.

Fajnie, że to nie Polacy walczą z rosyjskimi mechami. Zawsze jakaś odmiana. Ale niezbyt duża, bo nie mam pojęcia, kim jest przeciwnik. Obce wymiary fantasy czy poroniony pomysł potomków SF? I dlaczego tak sobie upodobał Zaklinaczkę?

Napisane nieźle, chociaż za bardzo poetycko jak na mój gust.

Łucznicy tną w zastygłą istotę nasączonymi jadem strzałami,

Tnie się raczej bronią trzymaną w ręku.

Bardzo dobrze to napisane, wyjątkowo bogata, ciekawa wizja. I klimat, niezwykły, surrealistyczny. Właściwe nie trzeba więcej, żeby tekst oparty na wrażeniach z obrazu był bardzo dobry, ale… Tu jest jakaś fabuła, jakaś historia, ale przedstawiona w sposób, który bardzo utrudniał mi zrozumienie co, jak i dlaczego sie tam wydarzyło. I to mocno mi przeszkadzało. 

Ale napisane pięknie! 

Zgodnie z zasadami w przedmowie powinny znaleźć się tytuły wszystkich grafik. 

Podobał mi się główny pomysł, tych wszystkich na pół poronionych, bojowych tworów szukających matki. I reakcja bohaterki na te oczekiwania.

Dobrze też wypadł motyw rozpadania się czasoprzestrzeni, jej penetrowania przez wysłańców przyszłości.

Wykonanie jednak zmęczyło. Pod koniec już trochę skanowałem. Ja wiem, że zaklinaczka, że powinno być ekstatycznie, ale jak dla mnie jest za gęsto. No po prostu za dużo słów w zdaniu (jak nut w “Amadeuszu” ;).

Nie bardzo widzę zasadność wplecenia trzeciej grafiki i epizodu z babcią.

kły nie wgryzą się w metal. Oczekuje, że zaklinaczka na wzór nekromantów zaraz otworzy sobie żyły i obdarzy wilki niezwykłą mocą, a najlepiej w pojedynkę obali wroga.

Tymczasem intruz bada ją z bolesnym, poplątanym namysłem. Zagłębia się zbyt mocno w Latikę i zaczyna być brzemieniem. Jakby próbował się w niej ukryć.

Zaklinaczce przypomina się syn, którego oddała Hjalmarowi, gdy dziecko skończyło sześć lat. Nie chciał iść z ojcem, chował się za nią i pytał, czy może wrócić do jej brzucha.

Powtórzenia.

 

Obcy ożywa gwałtownie; przypomina górę, która zatrzęsła się tuż przed erupcją. Kieruje puste ślepia ku jeźdźcom. Latika wraca do sokoła, który zatacza krąg wokół błyszczącego olbrzyma.

Powt.

 

która jak wszystko, co obce, pojawiło się w jej świecie z powodu zderzeń naruszanych przez przyszłe pokolenia wymiarów.

Zły rodzaj. Wg mnie powinno być “pojawiła”, żeby zgadzało się z “która”.

 

Ten tekst jest świetny. Plastyczne, powiedziałbym też, że dość oniryczne wizje. Bardzo ładnie wyeksponowany motyw mieszania się wszechświatów, jak również niezłe połączenie znanych z fantastyki motywów – nekromancji, wilkołaków, vargów, kamiennych kolosów. Spodobała mi się postać Latiki-matki, która usilnie próbuje zapanować nad stworami i zapobiec ostatecznej katastrofie.

Tekst odbieram jako alegorię do procesu twórczego, pisania. Latika to autorka, która w głowie wysnuła wiele światów, odebrała wiele twórczych wizji, których przybycia pragnęła, i teraz stara się to wszystko uporządkować, każdemu z tych dzieł poświęcić należytą uwagę, niczym matka dziecku.

Nowa Fantastyka