- Opowiadanie: Vercenvard - Władca kniei

Władca kniei

Klimatów “rusałkowych” ciąg dalszy, tym razem z konkretniejszą dawką fabuły.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Władca kniei

Przemknął między pniami dwóch masywnych drzew, zahaczając porożem o jeden z nisko wyrastających konarów. Skrzywił się, słysząc trzask i szarpnął głową, w mgnieniu oka się uwalniając. Ramieniem odepchnął przegradzające mu drogę gałęzie i głośno dysząc, wypadł na polanę. Pociągnął nosem i rozejrzał się po okolicy.

Zapach przybierał na wyrazistości. Człowiek musiał być blisko. Tak, tego Dregellan był pewien, podobnie zresztą jak i tego, że lada chwila go dopadnie. Nie wiedział tylko, co stanie się potem.

Czas gonił. Miał coś do zrobienia i musiał się śpieszyć.

Odchrząknął, splunął przez ramię i jął nasłuchiwać. Był w stanie wyłowić i bezbłędnie rozpoznać każdy obcy dźwięk, a na wypowiadane ludzkim głosem słowa wyczulony był bardziej niż na cokolwiek innego. W końcu to właśnie ludzie najczęściej zakłócali panujący w kniei spokój.

A on nie zamierzał im na to pozwalać.

Szelest, trzask łamanej gałązki. Gdzieś po lewej.

Zwrócił głowę w tym kierunku, bezskutecznie próbując przebić wzrokiem otaczającą go gęstwinę.

Jednostajny, z każdą chwilę mniej wyraźny odgłos kroków. Człowiek poruszał się cicho, ostrożnie, zapewne zdołałby ujść uwadze innych mieszkańców puszczy.

Dregellan uśmiechnął się ponuro. Przesunął dłonią wzdłuż sięgającej pasa brody. Intruz z pewnością nie spodziewał się, z kim przyjdzie mu mieć do czynienia, a podążający jego śladem niemal czuł już tę satysfakcję, jaką miał mu niebawem przynieść widok przerażenia w oczach ofiary.

Zacisnął palce na trzymanej w dłoni długiej witce i ruszył w kierunku, z którego dochodził odgłos kroków. W chwilę później mknął między drzewami z szybkością, o jaką trudno byłoby go podejrzewać, oceniając tylko po posturze i okazałym brzuchu.

Wtem usłyszał.

I zatrzymał się gwałtownie, ryjąc racicami w ziemi.

Wołanie? Śpiew?

Szedł powoli, choć zdecydowanie, prosto do źródła dźwięków. Z każdą chwilą coraz wyraźniej dobiegał go głos człowieka:

– Wybaczenia twego upraszam, władco kniei, o łaskę twą błagam, królu puszczy…

Dregellan skrył się za pniem wiekowego dębu.

Słuchał.

– Oto jest serce zwierzyny, która padła od mej strzały – mówił dalej człowiek. – Przyjmij ten dar i spójrz łaskawym okiem na tych, którzy oddają ci pokłon.

Mężczyzna wyglądał na młodego, ciemne włosy okalały jego gładko ogoloną twarz. Siedział przy pokrytym świeżą krwią ołtarzyku u stóp smukłego drzewa, pokornie opuściwszy głowę.

Przed nim, na czerwonym od posoki kamieniu spoczywało serce leżącej kilka kroków dalej łani.

Dregellan zmarszczył brwi. A więc to tak, pomyślał, kręcąc głową z niezadowoleniem. Jeden z wtajemniczonych. Jeden z tych, którym Grippiud obiecał bezpieczeństwo, o ile tylko przestrzegać będą zasad.

Ech, czemuż na to przystał?

Pewnie dlatego, rozważał w duchu, że więcej z tego płynęło korzyści, niźli niewygód. Cóż bowiem znaczyło życie zwierząt, które padały od strzał okolicznych myśliwych, gdy w zamian mógł mieć swe wierne sługi także i pośród ludzi? A ci darzyli druidów szacunkiem, zanosili do nich swe prośby, wierzyli w moc, która za nimi stała…

Jego moc.

Myśliwy dopełnił rytuału, zrobił, co do niego należało. Niezależnie od tego, na co Dregellan miał w tej chwili ochotę, wypadało pozwolić mu odejść.

Wtem, kątem oka, złowił ruch w zaroślach, nie dalej jak kilka kroków za plecami człowieka. Wytężył wzrok.

Jakaś postać mignęła mu między drzewami. Czyżby nie tylko on wpadł na trop myśliwego? Należało to sprawdzić jak najszybciej. Ruszył więc w tym kierunku, obchodząc od prawej miejsce, w którym pozostawał wciąż jeszcze skupiony na modłach człowiek. Idąc zaś, nasłuchiwał nie tylko dźwięków, ale i… myśli.

I wnet trafił na to, czego szukał.

Zamiary jakie żywiła wobec swej niedoszłej ofiary przemykająca pośród drzew mieszkanka lasu nie były jeszcze sprecyzowane. Najwyraźniej nie zdążyła podjąć decyzji, ale w tej chwili nie miało to już znaczenia.

– Irasse!

Myśl sięgnęła celu. Wezwana zamarła w bezruchu, rozglądając się w poszukiwaniu wołającego.

– Złożył ofiarę – rzekł Dregellan, nie używając słów – nie wolno ci go tknąć.

– Ale… ja…

– Pójdziesz ze mną.

Po chwili dołączyła do niego. Otaksował ją wzrokiem, zastanawiając się przez krótką chwilę, jak też mogłoby się skończyć jej spotkanie z człowiekiem, gdyby nie zdecydował się interweniować. Irasse, ze swymi sarnimi oczętami, splątanymi puklami kruczoczarnych włosów i kształtnymi piersiami, z pewnością mogłaby zrobić z myśliwym co tylko by się jej zamarzyło. Dregellan nie sądził by rogi, zakończone kopytami, pokryte sierścią aż do połowy ud nogi, ani nawet ogon, którym w tej właśnie chwili nerwowo zamiatała, miały stanowić ku temu jakąkolwiek przeszkodę.

Nie była w stanie zapanować nad swymi myślami na tyle, by ukryć przed nim, to, czego i tak się domyślał. Jeszcze przed chwilą była gotowa go zdradzić. Teraz czuła już tylko strach.

Widząc, że łowca zabrał się właśnie za oprawianie zdobyczy, Dregellan dał Irasse do zrozumienia, by podążała za nim. Następnie odwrócił się i pognał przed siebie.

Zatrzymał się nad płynącym przez las strumieniem. Nabrał wody w dłonie i pił, pozwalając przeźroczystej cieczy przepływać między palcami i ściekać po brodzie. Potem parsknął głośno, potrząsnął głową, w końcu zatrzymał wzrok na twarzy swej towarzyszki. Wyglądała na wystraszoną i wcale jej się nie dziwił.

– Naszła cię chętka na człowieka, co? – wycedził przez zęby, marszcząc groźnie brwi. – Z początku myślałem, że spróbujesz go zabić, dlatego cię powstrzymałem, gdybym szybciej się domyślił, na co się zdecydujesz…

– Wybacz mi, Dregellanie, nie chciałam cię znieważyć…

Zmrużył oczy, jednocześnie unosząc dzierżącą długą witkę dłoń. Irasse opadła na kolana, pochyliła głowę.

– Łaski! – zakrzyknęła z rozpaczą w głosie.

Stał nad nią w milczeniu, bacznie śledząc każdy jej ruch.

W końcu nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem, jednocześnie gładząc się dłonią po łysinie. Uniosła ku niemu oczy, nie kryjąc zaskoczenia.

Przestał się śmiać, charknął, splunął, znów na nią spojrzał.

– Masz szczęście – powiedział – żeś mi się już znudzić zdążyła. Nic dziwnego, że cię ku innym ciągnie, skorom cię tak zaniedbał. Idź, Irasse, czyń, co ci się podoba.

– Jak to? Czy ja…

– Nie należysz już do mnie – odparł, patrząc jej prosto w oczy. – Możesz odejść, jesteś wolna.

Wyraz twarzy Irasse zdradzał zakłopotanie. Wyglądało na to, że nie do końca spodobało się jej to, co usłyszała. Zabrakło jej jednak odwagi, by swoje wątpliwości ubrać w słowa, on zaś, choć wyczuł je natychmiast, nie widział potrzeby się do nich odnosić. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Nadszedł czas, by zająć się jedną z nich.

Zawrócił, wolnym krokiem ruszył na południe, w stronę brzegu jeziora.

Nie oglądał się za siebie.

 

*

 

Sclavyn minął ostatnie drzewa i zatrzymał się na skraju lasu. Pokaźnych rozmiarów pszczoła zabrzęczała mu nad samym uchem i poleciała przed siebie, gdzieś ponad pastwiskiem. Młody myśliwy śledził ją wzrokiem, póki nie dołączyła do innych, kręcących się wokół licznych w tym miejscu polnych kwiatów, uśmiechnął się sam do siebie, odetchnął głęboko i przerzuciwszy swą zdobycz przez ramię, pomaszerował raźnym krokiem ku najbliższym zabudowaniom.

Na całą wioskę składało się zaledwie pięć chat i jedna, wspólna obora, wszystko pobudowane na zboczu wzgórza, pod samym lasem. Niknąca pośród wysokiej trawy dróżka wiodła w dół, przez zieloną łąkę, skręcając ku zachodowi. I był to jedyny kierunek, z jakiego mieszkańcy Nivall, bo takie miano osada nosiła, spodziewać się mogli jakichkolwiek gości. Ci zaś nie mieli wielu powodów by tę zapadłą dziurę odwiedzać. Nie biegł tędy bowiem żaden szlak, którym można by dotrzeć w jakieś ciekawsze miejsce, nie było gospody, w której można by się zatrzymać, a przebycie jedynej wiodącej tu drogi wozem stanowiło nie lada wyczyn.

Pieniędzy na dobrą sprawę nikt tu nie potrzebował. Wszystko to, czego mieszkańcom wioski mogło zabraknąć, pozyskiwali w drodze wymiany za towary, z których Nivall słynęło w okolicy: miód i wosk. Byli bowiem Nivallczycy bartnikami z dziada, pradziada, a okalające wieś zagajniki roiły się od brzęczących, pracowitych owadów, które stały się nieodłączną i najważniejszą częścią życia zamieszkujących to miejsce ludzi.

Owoce swej pracy dostarczali oni do Sivre, wioski położonej nieco na południe, do której to bez trudu dało się dotrzeć wozem od strony traktu biegnącego północnym brzegiem Wielkiego Jeziora. Tam właśnie wymieniali je na to, czego im było trzeba, i stamtąd nivallski miód i wosk wyruszały w dalszą drogę kupieckimi wozami przemierzającymi szlak łączący graniczny gród Karnhen z portem w Soggheim i stolicą. 

Pozostającej na zupełnym uboczu wioski nikt więc właściwie nie odwiedzał, a wszelkie kontakty jej mieszkańców ze światem zewnętrznym zachodziły tylko i wyłącznie wtedy, gdy sami ku nim dążyli. I właśnie tego dnia, zamiar taki zrodził się w głowie wracającego z udanych łowów Sclavyna.

Zatrzymał się u progu chaty pochylonej niczym przygnieciony ciężarem lat wiekowy starzec. Pchnął uchylone drzwi i wkroczył do izby.

– Wróciłem, matulu! – zawołał od wejścia. – Szczęście mi dopisało. Popatrz tylko!

Matka, siedząca do tej pory z twarzą zwróconą ku otwartemu oknu, obejrzała się, a uśmiech rozjaśnił jej twarz, jak zawsze, gdy jedyny syn wracał do domu. I choć nigdy na długo jej nie opuszczał, witała go z radością, która mogłaby kazać komu sądzić, że wiele dni minęło odkąd się ostatnio widzieli. 

– Zrobiłeś, co trzeba syneczku? – spytała, uważnie mu się przyglądając. – Ofiarę złożyłeś? Prosiłeś wybaczenia?

– Tako rzekłem i uczyniłem, jak druidzi przykazali – potwierdził Sclavyn. – Słowo w słowo. Choć wcale nie wiem, czy to nie bujda, to całe gadanie…

Matka zadrżała, położyła mu dłonie na ramionach, spojrzała głęboko w oczy.

– Nie wolno ci tak myśleć!

Z jej oblicza biło przekonanie o słuszności wypowiadanych słów. Nie potrafił się jej sprzeciwić, nawet jeśli jego własny rozum dyktował mu co innego. Ojca rozszarpały wilki, to nie mogło mieć nic wspólnego z…

Inna myśl, która chodziła mu po głowie od świtu, doszła teraz do głosu i w jednej chwili zapomniał o całej reszcie.

– Zwołaj ludzi, matulu, podzielcie się mięsem, starczy dla wszystkich, a ja…

Już wiedziała, wyczytał to z jej twarzy.

– Idziesz? – spytała, bezskutecznie próbując skrywać ogarniający ją smutek.

– Idę – potwierdził Sclavyn. – Wrócę przed zmrokiem, obiecuję.

Kiwnęła głową, jakby godząc się z losem. Chłopak odwrócił się w stronę drzwi.

– Zaczekaj – powiedziała nagle, a gdy na nią spojrzał, nachylała się nad otwartą skrzynią. – Mam tu coś… Może ci się przyda… O, jest.

Uniosła dłoń, na której wisiał sznur bursztynów. Chłopak dobrze wiedział, co ma przed oczyma.

– Twój prezent – powiedział. – Od ojca. Co mam z tym zrobić?

– Zrobisz, co zechcesz. – Uśmiechnęła się znacząco. – Jeśli jest ktoś, komu chciałbyś to podarować…

– Ale to…

– Ja już tego nie włożę – odparła stanowczo. – Czas nadać mu nowe znaczenie.

– Dobrze, matulu. Dziękuję.

Wziął naszyjnik, zwinął go w dłoni i wrzucił do przewieszonej przez ramię torby. 

– Będę na ciebie czekała.

Skinął jej lekko, uśmiechnął się serdecznie.

I wyszedł.

 

*

 

Zatrzymał się o rzut kamieniem od brzegu. Oparł plecy o pień drzewa i wsunął do ust kawałek kory zdartej z mijanej kilka chwil wcześniej lipy. Zęby zgrzytnęły na chropowatej powierzchni, Dregellan skrzywił się, splunął obficie i zwrócił wzrok ku wodom jeziora.

Nic. Ani śladu po spodziewanym gościu.

Spojrzał na słońce, by ocenić porę dnia.

Cóż, widać, wbrew swym obawom, przybył zbyt wcześnie i teraz to jemu przyszło czekać. Choć lubił myśleć, że cierpliwość jest jego mocną stroną, to w pewnych sytuacjach ogarniały go co do tego wątpliwości i wyglądało na to, że jest to właśnie jeden z tych momentów. Najchętniej zawróciłby, by przez kolejne godziny przemierzać leśne ostępy, a w końcu przyjść tu ponownie, gdy miałby już pewność, że to jego niecierpliwie wyczekują.

Kora trzasnęła między zębami.

Gdzieś w oddali, spośród fal, wyłoniła się wpierw głowa, która zbliżała się z wolna do brzegu, wkrótce potem, gdy była już blisko, pokazały się ramiona i cała reszta smukłej postaci. Jej długie, mokre włosy sięgały połowy ud; szła wolno, ostrożnie, uważnie się rozglądając.

Dregellan uśmiechnął się pod nosem. Niczego sobie rusałka, pomyślał, ciekawe, ile z niej będzie pożytku?

Zatrzymała się o kilka kroków od brzegu, stojąc w sięgającej kostek wodzie. Widok ten był na tyle interesujący, że obserwujący ją z zarośli mieszkaniec lasu pozwolił jej poczekać dłużej, byle tylko zdążyć się nim w spokoju nacieszyć.

W końcu, gdy już rusałka zniechęcona widać tym, że nikt jej na brzegu nie powitał, jęła się cofać w głąb jeziora, Dregellan opuścił swą kryjówkę. Postąpił naprzód i wydał z siebie donośny ryk, który natychmiast przykuł jej uwagę. Na widok zmierzającego ku niej masywnego brodacza o zwieńczonej okazałym porożem łysej głowie, westchnęła głośno, zasłaniając usta dłońmi. Przez chwilę wyglądała, jakby miała rzucić się do ucieczki, skryć pośród fal i więcej się nie pojawić. I takie pomysły chodziły jej po głowie, co zresztą nie uszło uwadze Dregellana. Nim jednak zdążyła zamiar ów wprowadzić w życie, władca lasu posłał jej uspokajającą myśl, będącą jednocześnie wezwaniem do zatrzymania się. Owemu wezwaniu, mieszkanka jeziora nie ośmieliła się sprzeciwić.

Doszedł do miejsca, w którym wody jeziora obmywały nabrzeżny piasek. Nie odrywając badawczego spojrzenia od drobnej postaci rusałki, Dregellan przemówił:

– A więc to ciebie przysyła nowy władca jeziora? Jak cię zwą?

Pochyliła głowę.

– Pośród mych sióstr znają mnie jako Tilraene – powiedziała – lecz to, jak mnie zechcesz nazywać, władco kniei, tylko od ciebie zależy. Jestem bowiem nie tylko posłanniczką wodnika ale i… jego darem, dla ciebie. 

Dregellan parsknął głośno, pokręcił głową, nie dowierzając słowom, a jednocześnie stwierdził, że głos miała miły dla ucha.

– Wszystko po imieniu nazywam, a więc i z tobą nie będzie inaczej. Mówisz, żeś Tilraene? Niech ci będzie. Mówisz żeś darem dla mnie? To się nawet i dobrze składa, bom się miał właśnie zacząć rozglądać za… hmm… Może to sobie zostawimy na później, teraz mów, co chciał mi przekazać Navaerreid.

Rusałka skłoniła się jeszcze niżej.

– Jego słowa wyryte są w mej duszy, ta zaś stoi przed tobą otworem, władco kniei.

– Czy ja się niejasno wyrażam? – odrzekł, wyraźnie już zirytowany, Dregellan. – Gdybym chciał czytać w twej duszy po prostu bym to zrobił, ale tak się składa, że w tej chwili wolę posłuchać. Zrób mi więc tę przyjemność i gadaj!

Ostatnie słowa, wypowiedziane już podniesionym głosem, sprawiły, że rusałka skuliła się, jakby w oczekiwaniu na cios. W tej chwili władca lasu zdał sobie sprawę z tego, że jej niespokojny wzrok wciąż kierował się ku trzymanej przezeń długiej witce. Musiała wiedzieć. O tak, z pewnością znała jej właściwości.

I bała się.

– No, już, nie lękaj się, wodniczko – rzekł Dregellan. – Przecie nie zrobię ci krzywdy, bo, jak mniemam, drugiej mi już nie przyślą, prawda? Po prostu mów, co wiesz.

Tym razem przemawiał już do niej spokojnie, a jego ton widać odpowiednio na rusałkę podziałał. Spojrzała nań już bez strachu i po chwili zaczęła mówić:

– Navaerreid zobowiązał się dochować wszelkich obietnic, które złożył jego ojciec. Chce, by ustanowione przezeń granice utrzymać, a tym samym uniknąć wszelkich sporów i niesnasek. Uznaje ciebie, wielki Dregellanie, za władcę lasów i łąk, sobie zaś pragnie zostawić jedynie jezioro, wraz z położonymi nań wyspami. Na dowód swej dobrej woli i w imię przyjaźni jaka cię łączyła z jego ojcem, posyła ci…

– Ciebie – dokończył Dregellan. – Przyznam, że zdołał mnie tym zaskoczyć. Zastanawiam się nawet, czy takowy dar przyjąć mi wypada, bo nie wiem, czy zdołam się wodnikowi odwdzięczyć.

– Nie oczekuje tego – odparła rusałka. – Starczy, jeśli przystaniesz na jego propozycję.

– To się chyba da zrobić – rzekł władca lasu, lustrując swój podarek od stóp do głów. Zadowolony z wyników obserwacji pokiwał głową z uznaniem. – Pierwszej lepszej mi wodnik nie posłał, nieprawdaż?

Tilraene zarumieniła się i spuściła wzrok.

– Jest tylko jeden problem – rzekł Dregellan. – Skoro jezioro, jak to było od dawien dawna postanowione, pozostaje w ręku wodnika, tedy ja nie mam do niego wstępu, a więc cóż mi z podarku, który z wody na dłużej wyjść nie może?

– Spytałam go o to samo – przyznała Tilraene.

– I cóż ci rzekł na to?

– Że znajdziesz sposób.

– I słusznie – zgodził się władca lasu. – Znajdę.

Po czym doskoczył do niej, pochwycił, uniósł w górę i trzymając w potężnych ramionach, ruszył pędem przez las, z każdym krokiem oddalając się od brzegu. Rusałka krzyknęła ze zgrozą, nigdy bowiem przedtem nie zdarzyło się tak, by straciła z oczu życiodajne wody jeziora, które było jej domem.

Dregellan wyczuł strach Tilraene przeistaczający się w trwogę, a gdy poczuł, że drży, kurczowo zaciskając dłonie na jego ramionach, zwolnił kroku.

– Nic ci nie grozi, wodniczko – mruknął jej tuż nad uchem. – Czyż nie powiedziałem, że cię nie skrzywdzę?

– Bez wody ja…

– Ech, cicho już bądź – warknął, tracąc cierpliwość. – Wiem przecież.

Biegł jeszcze jakiś czas, przedzierając się przez leśną gęstwinę, by w końcu zatrzymać się nad szemrzącym pośród drzew strumykiem. Postawił rusałkę, pozwalając jej obmyć się zimną wodą, co też natychmiast uczyniła.

– Jesteśmy już blisko – powiedział, nie odrywając od niej wzroku. – Gotowa?

Potwierdziła oszczędnym skinieniem, a wtedy raz jeszcze wziął ją na ręce i poniósł przez knieję, aż ich oczom ukazał się staw, o brzegach usianych kwieciem, wokół którego gęsto było od krzewów i młodych drzewek. Na jego przeciwległym krańcu znajdował się stos gładkich kamieni wyciągniętych zapewne z dna strumienia. Ten, który stanowił jego zwieńczenie, był płaski, okrągły i biały.

Choć wyraz ulgi zagościł na twarzy rusałki, bijący od niej strach zmniejszył się tylko nieznacznie. Dregellan wcale się temu nie dziwił.  Wyrwano ją z miejsca, które było jej domem od dnia narodzin, a wszystko wskazywało na to, że życie jakie dotychczas znała dobiegło końca. Nie miała więcej oglądać swych sióstr, miast tego będąc skazaną na…

Cóż, pomyślał władca lasu, w gruncie rzeczy trafiła w towarzystwo, w którym on sam się obracał od niepamiętnych czasów i jakoś nigdy nie narzekał. Przyzwyczai się. Cóż innego jej pozostało?

– Jak ci się podoba staw? – zapytał, rozglądając się po okolicy, z niekrytą dumą. Oto przed oczyma nowej poddanej władcy lasu rozciągało się jego królestwo, a przynajmniej ta część, która miała stać się jej nowym…

…więzieniem?

Taką właśnie usłyszał myśl.

Była na tyle wyrazista, że o pomyłce nie mogło być mowy. Rusałka myślała o tym miejscu jak o więzieniu, na dożywotni pobyt w którym, została niewinnie skazana.

Nic to, rzekł sobie Dregellan, przywyknie.

Zamiast odnosić się do tego, co usłyszał, postanowił udać, że nic się nie stało.

– Zaniemówiłaś z wrażenia, co? Dobrze, jak tam sobie chcesz.

Wszedł po kolana w wodę i postawił rusałkę w stawie. Gdy tylko wypuścił ją z rąk, cofnęła się, mierząc go nieufnym spojrzeniem.

– No i cóż tak stoisz? Idź i czuj się jak u siebie. Od teraz mieszkasz tutaj.

Tilraene rozejrzała się i wyglądało na to, że strach ją w końcu opuścił. Zanurzyła w wodzie dłonie, a gdy ujrzała przemykające tuż pod powierzchnią wody drobne rybki, po raz pierwszy od chwili, gdy zjawiła się na brzegu, na krótką chwilę uśmiech ozdobił jej oblicze.

– Czy… – zaczęła nieśmiało. – Zostanę tu… sama?

Dregellan zmarszczył brwi. No tak, towarzystwo, kto wie, jak jego brak się na niej odbije? Może osamotniona całkiem mu zdziczeje? No a tego przecież by nie chciał. W końcu miał wobec niej pewne plany, które to, jak się domyślał, nie powinny stanowić dla wodniczki wielkiego zaskoczenia. Z Irasse nie miał w tym względzie wielkiego pożytku, toteż mógł się jej pozbyć bez żalu, tego zaś, jak to będzie z nową kandydatką przewidzieć nie mógł. Odpowiedzi przyjść miały z czasem, nim jednak mogło to nastąpić, należało zadbać o to, by wodniczka czuła się w nowym miejscu i towarzystwie jak najlepiej.

W końcu rozwiązania siłowe w tych sprawach przestały go bawić już dawno temu…

– Tym się nie martw – rzekł wreszcie, widząc, że jego zmarszczone czoło znów pogłębiło jej lęk. – Będę cię odwiedzał. Codziennie.

Wydawało się, że taka odpowiedź powinna załatwić sprawę. Tylko czemu w takim razie rusałka wyglądała na jeszcze bardziej zdenerwowaną, niż zaledwie chwilę temu? Ależ oczywiście, pomyślał Dregellan, odpuścił podsłuchiwanie jej myśli, a pytanie zrozumiał opacznie. Ona chciała zostać sama. Na to właśnie liczyła. Nie mogła się już doczekać, aż jej nowy pan zostawi ją w spokoju.

Niech więc tak będzie.

– Idę – mruknął gniewnie. – A ty siedź tutaj i się przyzwyczajaj. Im szybciej pogodzisz się ze swoim losem, tym lepiej dla ciebie.

Odwrócił się i ruszył przed siebie. Nim jednak postawił trzeci krok, zatrzymał się i obejrzał. Rusałka pływała w stawie, jedynie głowę trzymając ponad powierzchnią wody. Widząc, że na nią patrzy, posłała mu pytające spojrzenie.

– Jeszcze coś – rzekł budzącym lęk tonem. – Ten kamień, który tam widzisz… Ani mi się waż go ruszać. Zrozumiałaś?

Kiwnęła głową i zniknęła pod wodą.

Nawet gdyby chciała, myślał Dregellan, nie byłaby w stanie go wynieść. W przeciwnym wypadku nigdy by jej tu tak nie zostawił, chciał się jednak przekonać, czy Tilraene uszanuje zakaz. Jeśli go złamie, on natychmiast się dowie, a wtedy trzeba jej będzie udzielić lekcji.

Być może bolesnej.

Szedł, pogrążony w rozmyślaniach, wsłuchany w szum wiatru w koronach drzew i trzask gałązek pod racicami.

 

*

 

Na otaczających Sivre polach znalazł się w godzinę od opuszczenia rodzinnej wioski. Z daleka dostrzegł wznoszące się z kominów wstążki dymu, niżej, w miejscu, z którego brały swój początek, widział stojące w kręgu chaty. 

Sclavyn poprawił rzemień, na którym wisiał kołczan i przyspieszył kroku. Mając cel wędrówki na wyciągnięcie ręki, poczuł, że cierpliwość mu się skończyła. Minęły trzy dni, od kiedy gościł tu po raz ostatni.

Co najmniej o dwa za dużo.

Szedł więc żwawym krokiem, niemal po pas w uginającym się od wiatru zbożu, miast jednak kierować się prosto ku zabudowaniom, obchodził je od lewej, zmierzając w stronę traktu. W końcu, gdy rozgarnął ostatnie kłosy i znalazł się na krańcu zagonu, wypatrzył znajomy pieniek, po czym przysiadł na nim, kładąc łuk na kolanach.

Spojrzał w słońce, mrużąc oczy. Zniżyło się już nad lasem, lecz do zachodu wciąż miał jeszcze sporo czasu. Przyłożył dłonie do ust i zapiał na podobieństwo bażanta. Raz, drugi i trzeci.

Długo nie czekał.

Chłopak, może ośmioletni, o włosach koloru słomy przeskoczył przez płot, po czym chyżo przemknął traktem aż do miejsca, w którym siedział myśliwy.

– Ha! – krzyknął wesoło – Wiedziałem, że dzisiaj zajdziesz!

– Ciszej, Bevi – syknął Sclavyn. – Toć jakbym chciał, co by mnie zapowiadać, to bym na pieńku nie siedział. Vera w domu?

– Nad strumykiem, do przepierki matula posłali.

– Z kim poszła?

– A z dziewuchami – odrzekł Bevi. – A stara Ekke pilnuje, ale ona głucha i niedowidzi. Nie ma strachu.

– Dzięki. Idę.

– A masz co dla mnie? – spytał chłopczyk.

Usta myśliwego wygięły się w uśmiechu.

– Mam – odrzekł, po czym sięgnął do przewieszonej przez ramię torby, a gdy wyciągnął rękę i podsunął Beviemu pod nos otwartą dłoń, leżał na niej wystrugany z drewna niedźwiadek.

– Ładniuchny!

– Bierz i zmykaj – rzekł Sclavyn, nie przestając się uśmiechać.

Chłopak usłuchał, pobiegł z powrotem. Nie odrywał przy tym oczu od prezentu i chyba tylko cudem uniknął bolesnego upadku. Myśliwy odprowadził go spojrzeniem, potem wstał, wyprostował się i przeciął trakt, kierując się wprost ku rzece, gdzie w bezpośrednim sąsiedztwie brzozowego zagajnika kobiety z Sivre zwykły się zajmować praniem.

Poszedł wprost przez pokrzywy, przed którymi osłoniło go odzienie, dłonie zaciśnięte na majdanie łuku uniósł wyżej, by ich nie sparzyć. Już po chwili dobiegł go śpiew kilku spośród praczek, które w ten sposób umilały sobie czas w chwilach odpoczynku. Pozostałe pochylały się nad wodą, zanurzając w niej zaciśnięte na pranej odzieży dłonie.

Najpierw ją usłyszał, gdy dośpiewała ostatni wers piosenki, zobaczył w chwilę później.

Wyszła na brzeg, niosąc pod pachą naręcze mokrych koszul. Odziana w płócienne giezło, zakasane powyżej kolan, przywiodła mu na myśl rusałkę, choć wyobraźnia musiała dopowiedzieć sobie resztę. Patrzył, nie mogąc oderwać wzroku, a gdy już go mijała, oparł łuk o drzewo, uniósł dłonie i raz jeszcze wydał z siebie dźwięk, którym uprzednio przywołał chłopaka.

Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku, rozejrzała, jakby z nadzieją w oczach, dokładnie w chwili, gdy wychynął zza drzewa. Uniosła brwi, zaskoczona jego widokiem, lecz on dał jej znak, by szła dalej, nie budząc podejrzeń. Jej towarzyszki, zajęte swoją pracą dotąd nie spostrzegły gościa i Sclavyn wolał, by tak zostało.

Dołączył do niej, gdy minęła zagajnik, a pnie drzew i zarośla przesłoniły ich przed wzrokiem praczek. Przypadł w dwóch susach, skradł całusa, aż lico jej pokraśniało, a potem, gdy wciąż jeszcze wstydliwie uciekała przed jego spojrzeniem, powiedział:

– Jużem strzymać nie zdołał, Vera, musiałem przyjść.

– Tatko cię zoczy, to się okrutnie zagniewa – stwierdziła, gdy tymczasem uśmiech, który próbowała skrywać, zawitał na ustach. – Przecie ci mówiłam.

– A mówiłaś – przytaknął chłopak. – A jam ci mówił, że się nie zlęknę.

– I co poczniesz?

– Poczekaj no tylko, jeszcze ci pokażę, że i Nivallczyk sołtysowej córy godzien być może.

– A jak to zrobisz, co? – zainteresowała się dziewczyna – Z pustą kiesą? Co takiego masz, by sobie jego uznanie zapewnić?

– Na twoim zależy mi bardziej – odparł chłopak, sięgając do skórzanej torby – popatrz no, com ci przyniósł.

Wymacał matczyny naszyjnik, zacisnął na nim palce, już miał go wyjąć i pokazać, gdy naszła go niespodziana wątpliwość. Nie o złotowłosą Verę wszak chodziło, tylko o obraz matki z bursztynami na szyi, który od dawien dawna miał w pamięci.

Dziewczyna posłała mu pytające spojrzenie.

– Sclavyn? Stało się co?

Potrząsnął głową, odpędził niepewność.

– Nic, nic, jeno się twymi oczętami tak zachwyciłem, że…

– Co tam masz?

– Ot i podarek godny ciebie.

Pokazał jej naszyjnik i sycił oczy zaskoczeniem, zachwytem i radością, które kolejno wyległy na oblicze dziewczyny. Wzięła go do ręki, przyglądała się uważnie, kręcąc głową z niedowierzaniem.

– Piękne… Skąd to masz?

– Należał do mojej matki – przyznał – a teraz daję go tej, do której należy moje serce.

Vera spłoniła się i spuściła wzrok. Gdy go na powrót podniosła, Sclavyn ujrzał w jej oczach smutek.

– Co się stało?

– Jakże mnie nosić to cudeńko? Co powiem, jak mnie spytają, kto mi to dał?

Sclavyn otworzył usta i zamarł tak, z nieszczególnie bystrym wyrazem twarzy, zastanawiając się jak ów kłopot zażegnać. W końcu, nie mając lepszego pomysłu, rzekł:

– Schowaj to, nikomu nie pokazuj. Jeszcze się zdążysz nacieszyć w swoim czasie. Wierzaj mi, słońce ty moje, ja ci już długo czekać nie pozwolę. Coś wymyślę, coś takiego, że ojcu twemu łapcie z wrażenia pospadają. To ci obiecuję.

– Chciałabym w to wierzyć – trapiła się dalej Vera. – Chciałabym, ale nie mogę. Przecie ty…

Urwała, ale on wiedział, co miała na myśli. Tak, sołtys Sivre z pewnością nie wydałby córki za gołodupca ze wsi bartników.

Tylko jedno mogłoby go przekonać…

– Tak – przyznał. – Biedak ze mnie. Ale znajdę sposób, tylko na mnie zaczekaj. Możesz mi to obiecać?

 Dziewczyna spuściła wzrok, uciekając przed jego spojrzeniem i w tej właśnie chwili nadzieja go opuściła.

– Vera?

– Brasco z Driellen za trzy dni w gościnę do nas przybywa, razem z ojcem i matką. Już tatko wszystko obgadał, widzieliśmy się tylko raz, ale…

– Tylko raz? – zdziwił się Sclavyn – I chcą mu ciebie oddać? A ty się na to godzisz?

– Ja… Nie chcę tego, wierz mi, mój miły. Nie chcę, ale…

– Trzy dni? – spytał, czując, że blednie.

Trzeba by cudu, pomyślał, by w tak krótkim czasie zdołać cokolwiek zmienić. A więc to koniec. Wszystko stracone.

– Nie mogę tego przyjąć – powiedziała, oddając mu naszyjnik. – Nie teraz, kiedy wiem, że…

– Zachowaj go – przerwał jej grobowym głosem. – Mnie już nie będzie potrzebny.

– Cóż powiadasz? – spytała trwożnie. – Bo mi to zabrzmiało jak… jak…

Pożegnanie, pomyślał.

Wszystko albo nic.

Nie zamierzał odpuszczać.

– Jeśli nie wrócę przed twymi zrękowinami – przerwał, chcąc nabrać powietrza i sił, by wypowiedzieć to, co mu siedziało w głowie – tedy zapomnij o mnie i nie martw się o nic.

Patrzyła na niego. Smutna. Milcząca. Palce zaciskała na bursztynowym naszyjniku.

Sclavyn odwrócił się i miał już ruszać w swoją stronę. 

Wtedy zobaczył coś, czego się nie spodziewał.

Wóz toczył się traktem ku wiosce. W niczym nie przypominał topornych chłopskich zaprzęgów. W ślad za nim podążało konno dwóch zbrojnych. Nie wyglądali jak żołnierze, raczej najemne zbiry, odziane w niezbyt harmonijną kompozycję szat i pancerza. Jeden, chudy i wysoki, miał kuszę przewieszoną przez plecy, drugi zaś nosił obfitą, kruczoczarną brodę.

– Idź do domu – rzekł Sclavyn. – I trzymaj się od nich z daleka.

Rozdzielili się i podczas gdy dziewczyna skręciła w prawo, by ominąć wóz i jego eskortę tak, jak jej kazał, on sam ruszył prostu w ich kierunku. Stanęli niemal w samym środku wsi. Czarnobrody rozglądał się bacznie przez jakiś czas, aż w końcu, widocznie czymś zniecierpliwiony, zawołał:

– Gdzie w tej zasranej dziurze można odpocząć!? Napić się?! Macie tu karczmę?!

– Karczmy ni ma – odpowiedział któryś z obserwujących gości chłopów, widać z tych odważniejszych. – Spaliła się zeszłej jesieni.

– Słyszałeś, Renvec? – parsknął pogardliwie chudzielec – Spaliła się i chuj. Przyjdzie panu Ingaarlenowi spać na sianie w stodole. Albo na wozie.

Brodacz podjechał do wozu, z którego wygramolił się właśnie liczący sobie przeszło sześćdziesiąt lat, mężczyzna odziany w szykowny dublet. Na głowie nosił aksamitny chaperon, przy boku zaś zawieszony u pasa sztylet w zdobionej pochwie. Rozejrzał się wokół, skrzywił z niesmakiem, pokręcił głową.

– Raczcie wybaczyć, panie – rzekł brodacz. – Ale karczma się spaliła.

– Słyszałem. Wołajcie sołtysa, czy kto tam zarządza tym chlewem.

Renvec zeskoczył z konia, omiótł wzrokiem zgromadzonych.

– Kto tu rządzi, hę?!

Sclavyn stał kilka kroków dalej, oparł łuk na stopie i przyglądał się przybyszom, kątem oka sprawdzając, czy Vera dotarła już do domu. Gdy zobaczył ją przekraczającą próg, odetchnął z ulgą.

– Ej, ty, łucznik – warknął chudzielec. – Nie gap się, bo ci, kurwa, ryj podziurawię!

– Spokojnie, Unther – odezwał się niespodzianie mężczyzna w chaperonie. – Podejdź no tu do mnie, młodzieńcze, chciałbym cię o coś zapytać.

Sclavyn zawahał się.

– Jest i sołtys! – zawołał Renvec.

– Niech poczeka – odrzekł na to jego pan, nie odrywając wzroku od myśliwego.

– Słyszałeś, dziadu!? – krzyknął Unther. – Stój gdzie stoisz!

Ojciec Very ani myślał się sprzeciwiać. Sclavyn nie martwił się już, czy go zobaczy. Podszedł i zatrzymał się o kilka kroków od wozu.

Jego pasażer nie przestawał mu się bacznie przyglądać. Było w tym spojrzeniu coś dziwnego, niepokojącego, coś co sprawiało, że młody myśliwy najchętniej oddaliłby się czym prędzej, nie oglądając się za siebie. Prócz tego jednak było coś jeszcze – coś, co sprawiło, że nie odważył się odwrócić i odejść.

– Jestem Ingaarlen – powiedział mężczyzna. – Tivar Ingarleen. Przebyłem ładny kawałek drogi, bo powiedziano mi, że w tej okolicy znajdę to, czego szukam. Jak cię zwą, chłopcze? Jesteś stąd?

– Wołają mnie Sclavyn. Pochodzę z tych stron.

– Wyglądasz mi na człowieka, któremu niestraszne leśne ostępy, mam rację?

– To prawda.

– A nie chciałbyś może trochę zarobić?

Sclavyn drgnął, słysząc te słowa. A więc przeczucie, które kazało mu sprawdzić, kim są przybysze, okazało się trafne. Czyżby los miał się do niego uśmiechnąć? Przez chwilę ważył słowa, nie wiedząc, co odrzec.

Ingarleen dobył zza pazuchy niewielki, wypchany mieszek.

– Porozmawiamy tam, na boku? – zaproponował.

Chłopak kiwnął głową.

– Renvec, zadbaj o to, by konie miały co zjeść – wydał polecenie Ingarleen. – A my się przejdziemy.

– Mam ci towarzyszyć, panie? – spytał Unther.

– Nie – odrzekł chłodnym, stanowczym tonem Tivar.

Następnie dał znak myśliwemu, by szedł za nim i wolnym krokiem ruszył traktem, wychodząc spośród zabudowań. Sclavyn towarzyszył mu, zachodząc w głowę, co też może z tego spotkania wyniknąć. Obawy walczyły w nim z ciekawością i wszystko wskazywało na to, że ta ostatnia zaczyna przeważać.

– Pewnie się zastanawiasz – rzekł Ingarleen, patrząc gdzieś w dal. – Czegóż takiego mogę szukać w tych stronach, nieprawdaż?

– Rzeczywiście – przyznał myśliwy. – Nie wiem w jaki sposób mógłbym się wam okazać pomocny, ale…

– Chętnie się o tym przekonasz.

Te słowa zaniepokoiły młodzieńca. Miał wrażenie, że Ingarleen wyjął mu je z ust nim sam zdążył je wypowiedzieć. Niejasna obawa, która zrodziła się w głowie Sclavyna już wcześniej, zdawała się przybierać na sile, ale ciekawość wciąż była silniejsza.

– Słuchaj więc, chłopcze – rzekł w końcu Tivar. – Otóż zmierzam teraz do Soggheim, gdzie mam do załatwienia kilka pilnych spraw, a przy okazji chciałem ubić interes z tamtejszym baronem i w tej właśnie sprawie zajechałem w te strony. Ludzie mawiali, że w okolicznych stawach i sadzawkach nietrudno o rusałki. Potwierdzisz to?

– Oj tak po prawdzie – zaczął Sclavyn, nieco żałując, że nie ma do powiedzenia niczego innego, ale kłamać nie zamierzał – to zdaje się, że was w błąd wprowadzono.

– Jakże to? – Ingarleen uniósł brew.

– Bywałem nie raz nad leśnymi stawami, alem nigdy żadnej nie spotkał. Nie słyszałem też, żeby mieszkańcy Nivall czy Sivre mieli kiedykolwiek do czynienia z wodnym ludem. Jeśli wam trzeba rusałki, powinniście jej poszukać w Wielkim Jeziorze.

Ingarleen wysłuchał jego słów z uwagą, lecz Sclavyn odniósł wrażenie, że nie zrobiły na nim większego wrażenia.

– Rozumiem – rzekł niewzruszonym głosem. – Ale to niczego nie zmienia, spytam więc raz jeszcze: chcesz wysłuchać mej propozycji?

Sclavyn miał przeczucie, że odmowa nie będzie mile widziana.

– Mówcie, w czym rzecz.

– I to mi się podoba – odrzekł Ingarleen z uśmiechem.

 

*

 

Słońce z wolna kryło się za lasem, a jego ostatnie promienie, przedzierające się przez korony otaczających staw drzewek, odbite od powierzchni wody tworzyły migotliwą mozaikę. Siedząca na płyciźnie Tilraene nie mogła oderwać od niej oczu.

Wokół panowała cisza, mącona tylko sporadycznie pojedynczymi okrzykami wodnych ptaków. Nic, co mogłoby zakłócić myśli, w których od dłuższego już czasu pogrążona była rusałka. Gdyby ktoś ją teraz obserwował, z pewnością uznałby, że ciąży jej jakieś poważne zmartwienie. Widać to było już na pierwszy rzut oka, nie miała bowiem powodu skrywać swych uczuć, w końcu była tu sama…

Tylko…

Czy aby na pewno?

Ciemna sylwetka zamajaczyła między drzewami. Rusałka natychmiast ją wypatrzyła, zerwała się na nogi, kierując się ku środkowi stawu, tam, gdzie mogła poszukać schronienia pod powierzchnią wody. Nie spuszczała przy tym wzroku z miejsca, w którym dostrzegła intruza.

Ten zaś postanowił się ujawnić, nim jeszcze zdążyła się ukryć.

Czarne, falujące włosy opadały na ogorzałe ramiona, głowę wieńczyła para prostych rogów, twarz, której największą ozdobą zdawały się duże, błyszczące oczy, wykrzywiona była w nieprzyjemnym grymasie. Gdyby nie racice, ogon oraz pokryte sierścią aż po połowę ud nogi, nieznajoma wyglądałaby jak ludzka kobieta. Albo rusałka.

Tilraene patrzyła na nią, starając się przy tym maskować własną niepewność.

Bezskutecznie.

– Cóż się tak krzywisz? – spytała czarnowłosa. – Brzydzisz się mnie? Co?

Rusałka pokręciła głową.

– To nie to – zaprzeczyła – ja po prostu…

– Nie tłumacz się już, wiem już, co ci dolega. Boisz się – to mówiąc, uśmiechnęła się, z początku jakby złośliwie, ale nie trwało długo nim jej twarz nabrała przyjaznego wyrazu. – I trudno ci się dziwić. Na twoim miejscu też bym się bała.

– Kim jesteś? – spytała Tilraene, stojąc po pas w wodzie, nie spuszczając nieznajomej z oczu.

– Mów mi Irasse. Jestem… byłam tym, czym teraz ty się staniesz. Jego własnością, zabawką, kochanicą… wszystkim po trochu – nuta goryczy w jej głosie przybierała na sile z każdym wypowiedzianym słowem, a gdy skończyła mówić, na krótką chwilę oblicze jej przyjęło wyraz ponury, nieobecny, ale wnet powrócił na nie uśmiech.

– Byłaś? – zainteresowała się rusałka – Czy to znaczy, że…

– Znudził się mną – przerwała jej Irasse – i wierz mi, bo wiem, co mówię, tak samo będzie z tobą. A skoro przyszło nam dzielić ten sam los, nic chyba nie stoi na przeszkodzie, byśmy zostały przyjaciółkami, prawda?

Rusałka spuściła wzrok, nie wiedząc, co jej odrzec.

– Jak ci na imię? – spytała Irasse.

– Tilraene.

– Jak więc myślisz, Tilraene, czego Dregellan od ciebie oczekuje?

– Nie myślę o tym – odparła rusałka. – Jestem tutaj, gdyż tak zdecydował władca jeziora i z tego samego powodu będę posłuszna…

– On liczy na to, że dasz mu syna – stwierdziła z przekonaniem Irasse – syna, który w przyszłości obejmie we władania nie tylko królestwo którym włada Dregellan, ale i jezioro.

– Syna? – zdziwiła się rusałka. – Tylko wodnik jest zdolny do…

– Spłodzenia syna z rusałką? Władca kniei wierzy, że zdoła uczynić to, czemu nie podołał żaden człowiek. Spodziewaj się, moja droga, że wkrótce spróbuje. I lepiej będzie dla ciebie, jeśli spełnisz jego oczekiwania.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Bo wiem, co cię czeka, gdy zawiedziesz – odparła Irasse. – Wiem, bo sama to przeżyłam i nikomu tego nie życzę. Mówię ci o tym, by dać ci szansę na uniknięcie losu jaki stał się moim udziałem.

– To znaczy?

– Bycia obarczoną winą za jego niepowodzenie i ukaraną za to.

Wzrok Irasse padł na biały kamień złożony na krańcu stawu. Wskazała go rusałce ruchem głowy.

– Wiesz, co to jest?

– Wiem tylko, że nie wolno mi go dotykać.

– Nie powiedział ci więcej? – spytała Irasse.

– Nie.

– To Garreg Wen. Jego skarb. Nigdy mi nie powiedział, do czego dokładnie służy, ale sama się domyśliłam, jak bardzo jest dlań ważny.

Pytające spojrzenie rusałki wskazywało, że oczekuje dalszych wyjaśnień.

– Niewiele więcej mogę ci powiedzieć – powiedziała Irasse. – Przypuszczam jednak, że to właśnie za jego sprawą Dregellan jest w stanie władać swym królestwem.

– A mimo to pozostawił go niestrzeżonego?

– Kto powiedział, że to zrobił?

Rusałka rozejrzała się niespokojnie.

– O, tak, słusznie się obawiasz. Wokół nie brakuje jego oczu i uszu. Jeśli ktokolwiek dotknie kamienia, władca kniei będzie o tym wiedział – stwierdziła z przekonaniem Irasse. – I żadna siła nie uchroni zuchwalca przed jego gniewem.

Tilraene spojrzała w kierunku białego kamienia. Leżał tam, na samym szczycie stosu. Nie mogła oderwać od niego myśli. Spojrzała na Irasse i choć jej oblicze wciąż znaczył ten sam uśmiech, rusałka ujrzała coś jeszcze.

Coś w jej oczach.

 

*

 

 Wbrew danej matce obietnicy, Sclavyn stanął u progu rodzinnej chaty, już po zmroku. Zgodnie z oczekiwaniami, zastał ją w drzwiach, wypatrującą jego powrotu. Zaskoczenie przyszło z innej strony: nie była sama.

O ścianę chaty opierał się odziany w długą szatę z zielonego sukna brodaty, długowłosy mężczyzna. Do ust przytknięty miał drewniany flet, z którego dobywała się delikatna melodia. Na widok Sclavyna odłożył instrument i uśmiechnął się.

– Jest wasza zguba – rzekł do matki młodzieńca. Ta zdążyła już wyjść na spotkanie synowi.

– Zaczynałam się lękać, że co złego cię spotkało – powiedziała, ze słyszalnym w głosie wyrzutem.

– Wybacz, matko – odrzekł Sclavyn – zatrzymała mnie jedna sprawa…

– Zachodziliśmy właśnie w głowę – rzekł brodacz – cóż to być mogło, bo to do ciebie niepodobne, by danego słowa nie dotrzymać.

– A ty, Neirionie, jesteś tu by mi kazania prawić?

Brodacz uśmiechnął się i sięgnął po fajkę.

– E, gdzie tam. Byłem w okolicy zioła zbierać, więc uznałem, że nim do swoich wrócę, zajrzę jeszcze do was i sprawdzę, jak się macie. No i trochę sobie poczekałem.

– Zaszła rzecz niespodziana – rzekł Sclavyn – i dobrze się składa, że jesteś, bo chętnie zasięgnąłbym w tej sprawie rady druida.

– O, to zabrzmiało poważnie – rzekł na to Neirion. – W czym problem?

– Wejdźcie może do środka – zaproponowała matka. – Zupy nagotowałam, posilicie się.

– Poczęstunku nie zwykłem odmawiać – odparł druid. – Chodźmy więc.

Gdy, w chwilę później, zasiedli za stołem, a przed nimi stanęły misy z parującą strawą, ledwie tylko przełknęli pierwsze łyki, a już przeszli do nurtującego Sclavyna problemu.

– Pewien człowiek, na którego natknąłem się w Sivre – zaczął młodzieniec – zaproponował mi pękaty trzos, w zamian za pomoc w poszukiwaniach, które w okolicy prowadzi. Potrzebował tropiciela, kogoś, kto zna tutejsze lasy i akurat mu się nawinąłem.

– Trafił dobrze – rzekł Neirion – to muszę przyznać. Za to trudno ocenić, czy to samo tyczy się także i ciebie. Czego szuka?

– Cóż… rusałek.

– Tutaj? – zdziwił się druid. – Było go od razu nad Wielkie Jezioro posłać.

– I tako mu rzekłem, ale nie odpuścił. Z jakiegoś powodu sądzi, że je tutaj znajdzie. Nie wiem, co o tym myśleć.

– Ja wiem – odparł Neirion – o tej sakiewce pieniędzmi wypchanej możesz raczej zapomnieć, bo rusałek w okolicy próżno szukać.

– Tak myślałem. Ale żem się już zadania podjął, to jednak spróbuję. A nuż się co trafi?

– A pytałeś może, na co mu te rusałki?

– Wspomniał, że do Soggheim chciałby je zawieźć – przyznał Sclavyn, wbijając wzrok w miskę.

– A zastanawiałeś się nad tym, co oni tam z nimi zrobią? – spytał Neirion. – Widzę, że nie.

– Te pieniądze – zaczął niepewnie myśliwy – będą mi wybawieniem, dzięki nim…

Neirion uciszył go oszczędnym gestem.

– Wiem dosyć – powiedział. – Mówiłem już, nie przyszedłem cię pouczać. Twój wybór i twoja sprawa, mam tylko nadzieję, że to, co uczynisz, dobrze przedtem przemyślisz. Ot i wszystko. Podobno chciałeś ode mnie rady?

– Prawda – przyznał Sclavyn. – Bo tak się składa, żem jeszcze z wodniczkami do czynienia nie miał, ale to i owo słyszałem. Ponoć omotać człowieka potrafią i do zguby przywieść, zatem dobrze byłoby wiedzieć, jak się przed tym uchować.

Neirion pokiwał głową, przez dłuższą chwilę delektował się zupą, w końcu powiedział:

– Mawiają, że najlepszym sposobem jest piołun.

– Piołun?

– Ano. Mają wyczulone zmysły, reagują nań mocniej niż ludzie czy zwierzęta. Sam zapach potrafi je odstraszyć, a jeśli zdołasz sprawić, by się taka nawąchała kadzidła z piołunu, albo napiła wywaru, wtedy już żadnej krzywdy wyrządzić nikomu nie zdoła. To jest, oczywiście, przez jakiś czas.

– Gdzie znajdę to ziele?

– Tym się nie martw – odrzekł druid. – Zbierałem zioła przez dwa ostatnie dni, znalazło się i trochę piołunu. Choć nie spodziewam się, byś miał natrafić na rusałkę, na wszelki wypadek naszykuję ci wywaru i dam trochę suszonego ziela. To powinno wystarczyć.

– Dzięki stokrotne, od razu mi lżej na duchu.

– I oby tak pozostało – stwierdził z powagą w głosie druid.

 

*

 

Wpatrywał się w księżyc świecący ponad polaną.

Czekał.

Choć, będąc jeszcze nad stawem, wytrwale przeszukiwał rozbiegane myśli kłębiące się w głowie rusałki, nie natrafił na nic, co wzbudziłoby w nim niepokój. Tilraene niczego nie ukrywała, jej myśli i słowa były szczere, Dregellan nie dopatrzył się w niej fałszu, a jeśli on nie zdołał tego uczynić, oznaczać to mogło tylko jedno: po prostu go tam nie było.

Do tego, posłuszna jego słowom, nie dotknęła kamienia.

Tak, musiał to przyznać, może i się nadawała?

Być może, wbrew wszelkim rachubom, to właśnie jej przypaść miała rola tej, która sprosta jego oczekiwaniom? Tej, która zdoła dać mu to, czego potrzebował?

– Tilraene… – wyszeptał jej imię, podczas gdy oczyma wyobraźni oglądał jej nagie ciało wyłaniające się z wód Wielkiego Jeziora. Był to, musiał przyznać, widok cieszący oko, widok, który rozniecał w nim dawno zapomniany ogień.

Może trzeba było do niej wrócić? Jeszcze tej nocy przekonać się, ile naprawdę jest wart dar wodnika?

Wtem pobliskie drzewo, w którego pniu, trzy dziuple układały się na podobieństwo upiornego oblicza, wydało z siebie przeciągły pomruk.

Poruszyły się rosochate konary, zaszumiały liście.

Dregellan drgnął. Obraz rusałki rozmył się i zniknął.

– Spokój – burknął gniewnie. – Myślę.

 

*

 

Wstał tuż przed świtem, zbudził druida, któremu nieszczególnie się paliło do opuszczania ciepłej chaty. Przegryźli po pajdzie nieco już podeschniętego chleba, popili źródlaną wodą, a gdy stanęli w progu, matka myśliwego również podniosła się z łoża.

– Syneczku, posłuchaj, muszę ci coś rzec – powiedziała.

Wyglądała na przestraszoną, jakby zbudziła się z koszmarnego snu i nie do końca jeszcze pewna, czy to, co ma przed oczyma, to już jawa, chciała się w tym utwierdzić.

– Zaczekam na zewnątrz – rzekł Neirion, po czym wyszedł.

Sclavyn przewiesił trzymany w ręku kołczan przez plecy i usiadł na brzegu posłania.

– Co się stało? – spytał, a zatroskany wyraz odmalował się na jego obliczu.

– Miałam koszmar – powiedziała. – A w nim… krew i śmierć. Wszędzie wokół. Nie idź, syneczku, proszę cię.

– To tylko zły sen – odrzekł, gładząc dłonią poznaczone już siwizną włosy matki. Starał się przy tym nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie wywarły na nim jej słowa. Słysząc je, zadrżał bowiem w duchu. Przed oczyma miał twarz Ingarleena, przypomniał sobie jego dziwne spojrzenie i dreszcz przemknął mu po plecach.

– Muszę iść – rzekł w końcu – ale wrócę.

Potem wyszedł, odetchnął głęboko, sycąc się chłodem poranka. Poprawił rzemień od kołczana i spojrzał na czekającego już druida.

– Kawałek mam po drodze – rzekł Neirion. – Odprowadzę cię do najbliższego z okolicznych stawów, potem będziesz zdany na siebie.  

Sclavyn pokiwał głową. Niczego więcej nie oczekiwał.

Poszli ramię w ramię, kierując się na zachód. Wnet zagłębili się w las, by wkrótce potem dotrzeć do miejsca, w którym rosła znaczna ilość starych drzew o grubych pniach, głównie dębów. W nich to właśnie, na wysokości kilku metrów ponad ziemią,  wydrążono rozliczne barcie, oznaczone wyciętymi w pniach symbolami.

Przecięli ten obszar, ani na chwilę nie zbaczając z obranego kierunku. Pszczoły, zajęte swymi sprawami, zdawały się nie zwracać uwagi na intruzów, ci z kolei nie przejmowali się zbytnio obecnością pracowitych owadów i szybko minęli ostatnie spośród oznaczonych drzew, zagłębiając się w dziką puszczę.

–  Kiedy rusałkę wypatrzysz – rzekł Neirion – miej się na baczności. Jeśli zbyt wcześnie otworzysz naczynie z wywarem, wyczuje cię z daleka i ucieknie, jeśli zaś zbyt późno, może cię powstrzymać i wtedy los twój będzie w jej rękach. Tedy pilnuj się dobrze, miej oczy naokoło głowy i działaj z rozwagą.

– Raz jeszcze dziękuję – odrzekł myśliwy.

– Nie masz za co. Pewnikiem nie będziesz miał z tego pożytku, bo rusałek tu nigdy nie było. Tak czy inaczej, powodzenia życzę. Zdaje się, że już tam przed nami staw w słońcu migocze. Pora, by każdy poszedł w swoją stronę. Zajdę pewnie do was niebawem, to mi opowiesz, jak się łowy udały. Bywaj, Sclavynie.

– Bywaj, Neirionie.

Uścisnąwszy sobie ręce, rozdzielili się. Podczas gdy druid odbił na południe, by od tej strony obejść widoczny pośród drzew staw, myśliwy skierował się wprost ku niemu. Łuk wraz z jedną strzałą trzymał w ręku, podczas gdy druga dłoń pozostawała w pobliżu zatkniętego za pas zgrabnego toporka i długiego, myśliwskiego noża. Szedł ostrożnie, cicho, nieustannie się rozglądając. W końcu zatrzymał się pośród zarośli, ledwie o parę kroków od wody, w miejscu, z którego widać było większą część stawu. Pozostał tam przez kilka kolejnych minut, nie zauważył jednak w tym czasie niczego niezwykłego. To plusnęła w wodzie ryba, to znów zakwakała krzyżówka. Na takie dźwięki, będące zwyczajną częścią koncertu jaki zwykła dawać natura, nie zwracał nawet uwagi

W końcu wstał, poszedł płycizną, przez trzciny, trzymając się brzegu. Bezustannie lustrował spojrzeniem staw i porastający okolicę las. Wreszcie, dotarłszy do przeciwległego krańca, zatrzymał się na chwilę, by raz jeszcze upewnić się, że niczego tutaj nie znajdzie.

Cóż, pomyślał, dokładnie tego się przecież spodziewał. Sam był sobie winien, że przystał na propozycję dziwnego przybysza, a teraz wypadało przynajmniej sumiennie się z danej obietnicy wywiązać.

Kolejny z pobliskich stawów, znacznie mniejszy od tego, nad którym wciąż jeszcze myśliwy się znajdował, leżał nieco bardziej na północ, nieopodal pagórka, którego szczyt, porośnięty jedynie trawą i zaroślami, wyrastał powyżej koron okolicznych drzew. Rozciągał się stamtąd rozległy widok, zatem ilekroć Sclavyn znalazł się w pobliżu, nie odmawiał sobie przyjemności, by tam zajść i raz jeszcze nacieszyć nim oczy.

Poszedł więc dobrze sobie znaną drogą, kierując się prosto ku najwygodniejszemu podejściu. Staw miał po drodze, zatrzymał się przy nim na chwilę, po czym, stwierdziwszy, że rusałek ani śladu, ruszył dalej, chcąc się jak najszybciej znaleźć na szczycie.

Nie słyszał niczego prócz szelestu liści, szumu wiatru i śpiewu ptaków. Wszystko to, w połączeniu z umacniającym się z każdą chwilą przekonaniem, że niczego nie znajdzie, przywróciło mu spokój. Zaczął się teraz zastanawiać, czy miast na próżno szukać wodniczki, nie rozejrzeć się za śladami zwierzyny, by nie zmarnować dnia i nie wracać do domu z pustymi rękoma.

Decyzję postanowił odłożyć na później. Wpierw zamierzał dotrzeć na szczyt pagórka, rozejrzeć się i odsapnąć. Szedł więc przed siebie, żwawym krokiem, nie bacząc na wciąż narastającą stromiznę. Minął ostatnie drzewa i wyszedł na otwarty teren, skąd wiodła już prosta droga do obranego przezeń celu. Chwilę później przysiadł na głazie w miejscu, z którego mógł oglądać całą okolicę.

Daleko na południu, za lasami i rozległymi pastwiskami słońce odbijało się w wodach Wielkiego Jeziora. Sclavyn wypatrzył odcinającą się na ich tle sylwetkę drielleńskiego zamku, to jednak przypomniało mu słowa Very o jej przyszłym narzeczonym, co też z miejsca zepsuło mu humor.

A przecież już miał wrażenie, że szczęście się do niego uśmiechnęło. Takiej ilości pieniędzy, jaką zaoferował mu za schwytanie rusałki Ingarleen, nikt w Nivall ani Sivre w ręku nie trzymał. Tyle tylko, że aby je zdobyć, musiał wykonać zadanie, a nic nie wskazywało na to, by ta sztuka miała mu się udać.

Skąd, u licha, wytrzasnąć rusałkę?

Pobliskie zarośla poruszyły się. Z początku uznał, że za sprawą wiatru, gdy jednak sytuacja się powtórzyła, Sclavyn skupił całą swą uwagę na podejrzanym krzaku i już po chwili wiedział, że jego przypuszczenie minęło się z prawdą. Wstał z kamienia i wziął do ręki łuk. Nałożył strzałę na cięciwę.

Spośród zarośli wychynęły wpierw wijące się niczym węże czarne pukle, potem kobieca twarz o dużych, hipnotyzujących oczach. Przez chwilę zdołały nawet odwrócić jego uwagę od rzeczy zdecydowanie bardziej niecodziennej – wystających spomiędzy włosów rogów.

– Co do…? – mruknął pod nosem Sclavyn, cofając się o krok i unosząc łuk. – Nie zbliżaj się!

Istota wyszła spomiędzy zarośli wolno lecz zdecydowanie. Uśmiechała się.

Sclavyn pokręcił głową z niedowierzaniem, głośno przełknął ślinę na widok krągłych, nagich piersi, kształtnych bioder i… pokrytych sierścią, zakończonych racicami nóg.

Istota machnęła ogonem i zatrzymała się, przyglądając mu się z zaciekawieniem.

– Nie bój się – powiedziała. – Nie mam złych zamiarów.

Nigdy wcześniej nie oglądał takiego widoku. Ba, nigdy wcześniej nie nadarzyła się nawet sposobność by tak dokładnie się przyjrzeć nagiej kobiecie. W końcu interesowała go tylko Vera, niewinna i skromna córka sołtysa, o której tych bardziej śmiałych myśli nawet do siebie nie dopuszczał. Inne zdarzało mu się widywać nie inaczej niż ukradkiem, bardziej lub mniej przypadkowo, a choć bywało, że jedna czy druga zdawała się darzyć go zainteresowaniem, które mogłoby za sobą pociągnąć konkretne konsekwencje, odkąd znalazł swą wybrankę nie był skłonny z takich okazji korzystać.

Teraz zaś miał przed sobą niepospolite zjawisko, przyprawiające go o szybsze bicie serca i drżenie rąk. O strach i nieodpartą ciekawość.

– Kim jesteś? – zdołał w końcu wydusić z siebie pytanie, a kosztowało go to niemało trudu.

– Zwą mnie Irasse – odparła istota. – To ci powinno wystarczyć. Co tutaj robisz?

– Wybrałem się na… polowanie – odrzekł, gdy udało mu się zapanować nad głosem. – I naszła mnie chęć na odpoczynek.

– Piękne miejsce sobie wybrałeś – stwierdziła dźwięcznym głosem istota. – Lubisz tu przychodzić, prawda?

– Skąd wiesz?

– Widywałam cię wcześniej – przyznała, z wolna kierując się ku niemu. – Ale nigdy dotąd nie zdobyłam się na odwagę, by…

Sclavyn uniósł dłoń w powstrzymującym geście.

– Nie zbliżaj się.

– Czyż nie mówiłam ci – odparła – że nie mam złych zamiarów? Masz broń, jesteś silnym mężczyzną, czego się obawiasz?

No właśnie, czego? Odpowiedź wydawała się oczywista: istota, którą miał przed sobą z pewnością nie było człowiekiem i nie miał pojęcia czego należy się po niej spodziewać. Rusałką także nie była, ale to nie stanowiło dlań w tej chwili wielkiej pociechy.

Irasse usiadła na kamieniu, skrzyżowała nogi, uniosła twarz do słońca.

Zmrużyła oczy.

– Przyszedłeś tutaj odpocząć – powiedziała – więc odpoczywaj. Wierzę, że moje towarzystwo ci w tym nie przeszkodzi.

Myśliwy poczuł, że robi mu się gorąco, w jego głowie zapanował chaos, rozbiegane myśli zderzały się jedna z drugą. Nie odrywał oczu od jej sterczących wyzywająco sutków, zaś fakt posiadania przez istotę rogów, racic i ogona wydawał się z każdą chwilą coraz mniej istotny.

– Widzisz – powiedziała, spoglądając mu prosto w oczy – już wcześniej myślałam sobie, że gdy tylko się sposobność nadarzy, chciałabym…

– Co mówiłaś? – spytał, niczym ktoś wyrwany ze snu, lub głębokiego zamyślenia.

Wyciągnęła ku niemu ręce.

– Chodź do mnie, mój słodki, wiem, że tego chcesz.

Usłuchał, podszedł, wypuścił łuk, położył dłonie na jej biodrach, podczas gdy czarne loki przesłoniły mu świat. Irasse mruknęła, przyciągnęła go do siebie…

– Nie, czekaj – odsunął się gwałtownie, zastanawiając się co też właściwie robi. Przed oczyma stanęła mu smutna twarz Very. Przyłożył dłoń do czoła i odszedł na bok.

– No co? – zniecierpliwiła się Irasse.

– Wybacz – odrzekł. – Ale… moje serce należy do innej i…

– A cóż mi po nim? – spytała, raz jeszcze przybierając zalotny uśmiech. – Zachowaj je dla niej, mnie tylko chwili słodyczy potrzeba, przecie ciebie od tego nie ubędzie.

– Chyba… – Sclavyn spuścił wzrok. – Nie jestem tym, kogo szukasz.

– Mnie to oceniać, nie tobie – odparła, wyraźnie już rozeźlona. Jej spojrzenie sprawiło, że dłoń Sclavyna sama odnalazła rękojeść noża.

Irasse wstała z kamienia, nie przestając mu się przyglądać.

– Wiesz co spotyka tych, co mi odmawiają?

– Wybacz, ale… pilna sprawa mnie wzywa…

Cofnął się w miejsce, w którym zostawił łuk. Nie spuszczając jej z oczu, próbował się po niego schylić.

– Pilna sprawa? – syknęła Irasse. – Ciekawam bardzo, cóż to być może.

Wahał się krótko. Bo i co właściwie miał do stracenia?

– Szukam rusałki.

– Mnie odmawiasz, ale rusałek ci się zachciewa? – warknęła. – Czekaj no ty…

– Nie! – zakrzyknął Sclavyn. – To nie tak!

– A jak?

– Nie dla mnie ona, lecz dla kogoś, kto mnie poprosił o pomoc, by mu taką złowić.

– Złowić? – zdziwiła się Irasse. – I co z nią potem będzie?

– To już nie moja rzecz – odrzekł Sclavyn. – Powiedziano mi, bym w tutejszych stawach szukał. Wątpię, co prawda, czy znajdę, ale skorom się zobowiązał…

Urwał, widząc, że wyraz twarzy jej się zmienił: wyraźnie złagodniał.

– Mów dalej – powiedziała całkiem już spokojnie, na powrót przysiadając na głazie.

– Właściwie tom już wszystko powiedział – odrzekł Sclavyn, któremu język się już do reszty rozwiązał. Strach zeń wyparował, a kierowała nim już głównie chęć przekonania się o tym, czego się zdoła od tajemniczej mieszkanki lasu dowiedzieć.

– To teraz ja ci powiem – odparła Irasse. – Co jeśli cię do rusałki zaprowadzę?

– Możesz to zrobić? – zdziwił się Sclavyn. – Wdzięczny byłbym niezmiernie i…

– I w czym się ta twoja wdzięczność wyrazi? – spytała, mrużąc oczy.

– Niewiele mogę dać w zamian, nie wiem czy…

– Już ja coś wymyślę – powiedziała, wyraźnie z czegoś zadowolona. Nie przestawała przy tym patrzeć mu w oczy, co w końcu sprawiło, że odwrócił wzrok. – To jak będzie?

Domyślał się, co mogła mieć na myśli, a to sprawiało, że odpowiedź na jej pytanie nie należała do prostych. Zastanawiał się dłuższą chwilę, aż w końcu zdecydował:

– Prowadź.

 

*

 

Jeziorko otaczały liczne krzewy i młode drzewka. Sclavyn rozejrzał się, próbując sobie przypomnieć, czy mógł być tu wcześniej. Szybko zdał sobie sprawę, że nie znał tego miejsca, nigdy wcześniej tu nie trafił i gdyby nie jego niezwykła przewodniczka, ten stan rzeczy prawdopodobnie by się nie zmienił.

Byli już blisko brzegu, gdy Irasse dała mu znak, by się zatrzymał. Pochylił się więc i skrył w zaroślach, w miejscu, z którego mógł mieć na oku większą część jeziorka. Bezskutecznie wysilał wzrok, szukając śladu obecności rusałki.

– Pójdę tam i jej poszukam – powiedziała Irasse. – Czekaj tutaj i przygotuj się.

Kiwnął tylko głową. Cóż innego mu zostało, jak tylko zastosować się do jej nakazu? Gdyby nie ona, pewnie wciąż błąkałby się po lesie, bez większych nadziei na wykonanie zadania. Wyglądało zatem na to, że szczęście raz jeszcze uśmiechnęło się do niego. Wtem wróciła doń myśl o zapłacie za pomoc, której mogła sobie zażyczyć przewodniczka.

Zmarszczył brwi.

Nie, mówił sobie w duchu, niech żąda czegokolwiek, byle to nie stanęło w sprzeczności z tym, co nosił w sercu. Nie mógł sobie pozwolić na to, by zawieść zaufanie ukochanej nawet jeśli robił to… dla niej? Dla nich? By wreszcie mogli być razem?

To nieco komplikowało sytuację, prawda, ale teraz, w tej chwili, nie czas był o tym myśleć.

Skierował spojrzenie na idącą przez płyciznę Irasse. Widział jej plecy, pośladki, ogon, pokryte sierścią, zdecydowanie zwierzęce nogi…

Kim ona właściwie była?

– Tilraene! – zawołała przewodniczka.

Sclavyn skulił się za krzakiem. Wstrzymał oddech.

– Tilraene, jesteś tu?!

W odpowiedzi rozległ się plusk wody i na powierzchni jeziorka myśliwy dostrzegł wynurzającą się spod powierzchni głowę.

A więc jednak, mówiła prawdę.

– Jestem – powiedziała rusałka.

– Jak ci minęła noc? – spytała Irasse. – Zastanawiałam się, czy nasz pan już cię odwiedził.

Sclavyn nadstawił ucha. Pan? O kim ona mówiła?

Rusałka zaprzeczyła ruchem głowy.

– W takim razie z pewnością zjawi się dzisiaj. Nie przeszkadzam ci?

– Skądże – odparła Tilraene. – Miałam już dość samotności i chciałam ci zadać kilka pytań.

Usiądźmy więc tam – Irasse wskazała jej miejsce przy brzegu, nieopodal którego ukrywał się Sclavyn.

A więc to już, pomyślał myśliwy, sięgając do torby po szczelnie zamknięte naczynie otrzymane od druida. Tymczasem rusałka podążyła za jego przewodniczką i już po chwili obie siedziały na przybrzeżnych kamieniach, trzymając nogi w wodzie.

Sclavyn postąpił krok w przód, wciąż przyczajony krył się pośród zarośli. Poruszał się bezszelestnie, mimo to nie był jednak pewien, czy zdoła zbliżyć się do rusałki niezauważony.

I słuszne to były obawy, gdyż w normalnych warunkach zapewne nie zdołałby zachować swej obecności w tajemnicy, lecz teraz, gdy uwaga rusałki została rozproszona przez opowiadającą jej o leśnym królestwie Irasse, zdołał podejść na kilka kroków i miał ją już niemal na wyciągnięcie ręki.

Wtedy Irasse obejrzała się, widząc zaś, że jej towarzysz jest blisko, znienacka pochwyciła rusałkę oburącz za szyję, szarpnęła i przewróciła ją na brzeg. Wodniczka jęknęła głucho, chwyciła napastniczkę za nadgarstki.

Sclavyn już był przy niej, jedną ręką chwycił za czoło, unieruchamiając głowę, drugą przystawił otwarte naczynie do ust. Przerażenie, które ujrzał na twarzy rusałki sprawiło, że przez krótszą niż mgnienie oka chwilę, czuł coś na kształt żalu, ale nie zawahał się.

Gdy tylko Tilraene poczuła zapach i smak druidzkiego specyfiku, jej twarz wykrzywiła się grymasie obrzydzenia, prychnęła, zakaszlała, a część wywaru pociekła po policzku.

– Trzymaj ją! – wrzasnęła Irasse. – Zatkaj usta, bo wypluje!

– Już – odrzekł Sclavyn, idąc za jej wezwaniem. Rusałka szarpnęła się gwałtownie i kopnęła napastniczkę.

– A niech cię – mruknęła uderzona, odrywając jedną dłoń od szyi i wymierzając Tilraene siarczysty policzek. – Masz za swoje!

Opór stawiany przez rusałkę słabł z każdą chwilą, w końcu głowa opadła jej bezwładnie i przestała się rzucać, patrząc w niebo mętnym, nieprzytomnym spojrzeniem. Sclavyn przyglądał się jej, czując narastający smutek.

– Żal ci jej? – spytała Irasse. – Może teraz ją zechcesz wypuścić, co?

– Nie wiedziałem, że ją znasz… To było…

Sam nie był pewien, co właściwie chciał powiedzieć. Zamilkł więc i odwrócił wzrok. Neirion uprzedzał, by to dobrze przemyśleć. Teraz już wiedział czemu.

– Jeśli nadal chcesz ją stąd zabrać – powiedziała Irasse – pomogę ci. Pamiętaj tylko, że w swoim czasie upomnę się o zapłatę.

– Gdy z nią rozmawiałaś – rzekł Sclavyn, wracając do czegoś, co nie dawało mu spokoju – wspomniałaś waszego pana. Kogo miałaś na myśli?

– A cóż cię to obchodzi? – warknęła przewodniczka. – No już, decyduj, zabierasz ją, czy nie? Nie zamierzam tu czekać do wieczora.

Sclavyn raz jeszcze spojrzał na otumanioną rusałkę. Przed oczami stanął mu Ingarleen z pękatą sakiewką w dłoni, a potem Vera ze sznurem bursztynów na szyi.

– Zabieramy ją – rzekł, niemal wbrew sobie.

Pochylił się i chwycił leżąca na brzegu Tilraene za rękę. Irasse uczyniła to samo.

 

*

 

Schwytana wodniczka była co prawda szczupła i lekka, ale niósł ją już jakiś czas i zmęczenie coraz bardziej dawało mu się we znaki. Niemal do krańca lasu wlekli ją we dwójkę, trzymając pod ramiona, jednak gdy tylko, ujrzeli w oddali zabudowania Sivre, Irasse zatrzymała się, posyłając mu wymowne spojrzenie. Obeszło się bez zbędnych wyjaśnień i dalej ruszył sam. Na odchodne powiedziała mu tylko „Do zobaczenia”, uśmiechając przy tym w sposób, który ponownie wlał w jego serce niepokój.  Nie był to jednak odpowiedni czas, by się nad tym zastanawiać, teraz miał na głowie, czy też, dokładniej rzecz ujmując, na rękach, inny problem.

Wszedł między chaty, śledzony ciekawskimi spojrzeniami kryjących się za płotem dzieciaków. Pośród nich dostrzegł Beviego, który zaraz wybiegł mu na spotkanie.

– Kogo nam tu taszczysz, Sclavynie?! – zawołał chłopczyk.

– Lepiej mi powiedz, gdzie znajdę tych, co tu wczoraj zjechali – wysapał myśliwy.

Nim chłopak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Sclavyn zobaczył, że idzie już ku niemu brodaty zbrojny, jeden z ludzi Ingarleena. Po chwili zjawił się także i drugi: wysoki chudzielec z przewieszoną przez plecy kuszą.

– Proszę, proszę – rzekł brodacz – popatrz tylko, Unther, kto by się spodziewał?

– Pan Ingarleen miał nosa, idę go zawołać.

Brodacz zbliżył się do myśliwego, obrzucił spojrzeniem rusałkę i uśmiechnął się obleśnie.

– Bierzemy ją do izby – powiedział – no, dalej.

Jego spojrzenie nie spodobało się Sclavynowi, jeszcze bardziej nie spodobało mu się to, jak położył swe brudne łapska na schwytanej wodniczce, jak uniósł głowę rusałki, trzymając za włosy i przyglądał się jej twarzy z ponurą satysfakcją.

Odegnał coraz bardziej mu doskwierające wątpliwości,  i skupiwszy się na obiecanej nagrodzie, wraz z brodaczem przekroczył próg pobliskiej chaty, którą najwyraźniej oddano do dyspozycji Ingarleenowi.

Tivar podniósł się z zydla gdy tylko go zobaczył, lecz cała jego uwaga skierowała się ku bezwładnie zawieszonej na ramionach mężczyzn rusałce. Sclavyn dostrzegł wyraz satysfakcji na twarzy mężczyzny i raz jeszcze osłabło w nim przekonanie co do słuszności podjętej decyzji. Było już jednak za późno, by się wycofać.

Złożyli ją na posłaniu, przy ścianie. Nie otworzyła oczu, jej usta, spierzchnięte i suche, nie wydały dźwięku. Oddech miała płytki.

– Wody jej trza – rzekł myśliwy. – I to szybko.

– Wiem o tym – odrzekł Ingarleen. – Unther, zaraz mi tu balię napełniaj, nie może nam wodniczka zemrzeć, a ty, chłopcze… Zapewne czekasz na swoją nagrodę?

Sclavyn milczał. Z trudem powstrzymywał się przed spoglądaniem na nieprzytomną rusałkę i najchętniej wyszedłby stąd czym prędzej, ale…

 Ingarleen miał rację.

Dostrzegł sakiewkę w jego ręku. Tę samą, którą pokazał mu przy okazji pierwszego spotkania. Tivar podrzucił ją, zważył w dłoni. Potem odwiązał, wydobył z niej pięć złotych monet i wyciągnął dłoń w kierunku Sclavyna. Ten spojrzał nań zaskoczonym wzrokiem.

– Ale… – Sclavyn zmieszał się, urwał.

– Chcesz mi zapewne rzec – wyręczył go Ingarleen – że nie tak się umawialiśmy? Prawda to, obiecałem więcej, nim jednak dostaniesz resztę, muszę się upewnić, że dostałem to, za com płacił.

– W jaki sposób chcecie to uczynić? – spytał wyraźnie już zbity z tropu młodzieniec.

– Tym się nie martw, chłopcze. Wracaj do domu i czekaj, wkrótce dostaniesz odpowiedź. – Widząc niepewny wyraz na twarzy Sclavyna, Ingarleen dodał jeszcze: – Czyżbyś się obawiał, że wyjedziemy bez słowa, zapominając o twojej zapłacie?

Tak, pomyślał Sclavyn, dokładnie to mu chodziło po głowie. Znów miał to samo dziwne wrażenie, jakby…

Wtem, całkiem niespodziewanie, wszelka niepewność ustała, myśliwy uspokoił się, zacisnął dłoń na monetach.

– Uczynię jak powiedzieliście – rzekł, dziwiąc się nieco swej własnej ufności w słowa przybysza, którego widział ledwie po raz drugi. Odwrócił się i wyszedł przed chatę, mijając w progu Unthera dźwigającego wiadro pełne wody.

Po przeciwnej stronie placu zobaczył Verę. Stała dwa kroki od wejścia do rodzinnego domu, przyglądała mu się z niepokojem w oczach. Chciał już pośpieszyć ku niej, gdy wtem, jak spod ziemi, wyrosła za nią postać ojca. Sołtys posłał myśliwemu groźne spojrzenie, zacisnął palce na ramieniu córki, odwrócił się i pociągnął ją ze sobą do wnętrza chaty.

Sclavyn stał przez chwilę bez ruchu, jakby z nadzieją, że dziewczyna wróci, szybko jednak zdał sobie sprawę, że traci czas. Raz jeszcze spojrzał na trzymane w dłoni monety, westchnął przeciągle, po czym zawróciwszy na północ, ruszył w stronę wiodącej do Nivall ścieżki.

 

*

 

Cienie wydłużały się coraz bardziej, gdy wyszedł spomiędzy drzew, pokrywały już większą część stawu. Zatrzymał się i rozejrzał w poszukiwaniu tej, którą tu pozostawił. W pierwszej chwili pomyślał, że zwyczajem wodnego ludu ułożyła się do snu na dnie i zdecydował, że będzie ją musiał zbudzić. Wszedł do stawu, aż woda sięgnęła mu kolan.

– Tilraene! – huknął tubalnym głosem.

Spłoszone stadko ptaków poderwało się do lotu z korony pobliskiego drzewa. Dregellan zmarszczył brwi, pogładził się po sięgającej pasa brodzie, po czym przeszedł na drugi brzeg.

Zatrzymał wzrok na białym kamieniu.

Na swoje szczęście nie tknęła go, ale cóż się z nią mogło stać? Czyżby uciekła? Nie, tego zrobić nie mogła, przecież czytał w jej myślach, wiedziałby, gdyby zamierzała wystrychnąć go na dudka. Przejrzałby ją bez trudu. Musiało więc chodzić o coś innego…

Przeszedł wzdłuż brzegu, węsząc i wypatrując śladów. W końcu natrafił na coś. Zapach, którego nie powinno tu być, którego nigdy wcześniej w tym miejscu nie poczuł.

A więc to tak, pomyślał, a grymas wściekłości wykrzywił jego oblicze. Był tutaj człowiek, jakimś cudem znalazł drogę, ominął jego strażników… Jak tego dokonał? Skąd wiedział?

Wtem inny zapach, tak dobrze mu znany, rozwiał wątpliwości.

– Irasse – syknął władca lasu. – Mogłem się domyśleć…

Przyspieszył kroku, przedarł się przez okalające staw od południa chaszcze i znów znalazł trop. Zapachy człowieka, Irasse i rusałki mieszały się w jedno. Poszedł więc przez las, kierując się węchem.

Nie mógł uwierzyć, że ktoś śmiał wyciągnąć rękę po coś, co należało do niego. Czyżby ów zuchwalec nie wiedział, czym groziło rozgniewanie władcy kniei? A może nie był świadom tego, po czyją własność wyciąga rękę? Irasse musiała wskazać mu drogę, podsunąć pomysł. Zazdrość o rusałkę ją do tego przywiodła, Dregellan nie miał co do tego wątpliwości.

Tylko dlaczego sądziła, że ujdzie jej to na sucho?

Szedł szybko. Gniew w nim wzbierał.

 

*

 

Matka postawiła na stole miskę parującej zupy. Sclavyn ujął w dłoń łyżkę, odpowiedział uśmiechem na uśmiech. Widział, że jego powrót przyjęła z ulgą. Zamierzał przez kilka dni nie dawać jej powodów do zmartwień, odpuścić sobie dalsze wędrówki, pomóc sąsiadom przy barciach, załatać dziurę w dachu, przez którą deszcz kapał do izby.

Musiał tylko wyjaśnić jedną sprawę. Tę, od której zależeć miała jego przyszłość.

Jego myśli pobiegły ku jasnowłosej Verze.

Przeznaczono ją innemu, a on musiał temu zapobiec. Nie dopuszczał do siebie myśli o tym, że mógłby nie podołać. Po cóż miałby wtedy żyć?

Dźwięk kopyt na ubitej ziemi przed chałupą wyrwał go z zadumy. Podniósł się i podszedł do drzwi. Nie omylił się w rachubach co do tego, kogo zobaczy przed domem.

Słońce skryło się za lasem, gdy stanął na progu.

– Cóż to za dziura? – dziwił się Renvec, rozglądając się wokół z pogardliwym uśmieszkiem na ustach.

– Jest i wasz człowiek, panie – rzekł Unther.

Tivar Ingarleen podjechał bliżej chaty, zeskoczył z siodła.

– Czekałeś na nas, chłopcze? – spytał z uśmiechem.

Sclavyn kiwnął głową.

– Pewnikiem ci śpieszno, by dostać swoją nagrodę, wiesz wszak, że to sporo pieniędzy, a zbytnio się nie natrudziłeś, by na nie zasłużyć.

– Macie rację, panie – przyznał myśliwy – ale umowa jest umową.

– A prawda, prawda – przyznał Ingarleen. – Tedy przyjdzie mi dane słowo uhonorować, ale miałbym do ciebie jeszcze jedną prośbę. Zechcesz mnie wysłuchać?

– O co chodzi?

– O miejsce, w którym znalazłeś rusałkę. Dowiedzieliśmy się od niej, o czymś co się tam znajdowało i tak się składa, że okrutnie by mi zależało, by tę rzecz dostać.

– I czego chcecie ode mnie? – spytał Sclavyn.

– To już naprawdę nic wielkiego – odparł Ingarleen. – Po prostu zaprowadź moich ludzi w to miejsce, a oni już przyniosą mi co trzeba. Potem pojedziemy w swoją stronę.

– A jeśli powiem, że wpierw chciałbym otrzymać moją zapłatę? – spytał Sclavyn, dziwiąc się własnej śmiałości.

Ingarleen sięgnął do pasa, odpiął zawieszony tam mieszek i rzucił myśliwemu.

Monety zabrzęczały głośno, gdy młodzieniec pochwycił swą nagrodę.

– Masz co ci obiecałem. Pomożesz nam?

– Szczerze mówiąc – zaczął myśliwy – wolałbym się dłużej w wasze sprawy nie mieszać. Sam nie wiem, czy dobrze uczyniłem zgadzając się na ten układ.

– Nie wiesz? – zdziwił się Ingarleen. – Czemuż to?

Sclavyn wzruszył ramionami.

– Chyba o rusałkę chodzi – powiedział bez przekonania. – Skąd w ogóle wiedzieliście, że trzeba jej tu szukać?

– Powiedzmy, że miałem sprawdzone źródło informacji.

– I co z nią teraz będzie?

– O to się nie martw – odrzekł Ingarleen. – Tam gdzie trafi z pewnością będzie jej dobrze i żadna krzywda jej już nie spotka. Pomożesz nam, czy nie?

Ostatnie słowa wypowiedział zmienionym, lodowatym wręcz tonem. Sclayvn powiódł wzrokiem po twarzach całej trójki i nie spodobało mu się to, co w nich wyczytał. Teraz, gdy stali u progu jego rodzinnego domu, był już niemal pewien, że współpraca z nimi to nie był dobry pomysł, ale wyglądało na to, że odmowa może się okazać jeszcze gorszym.

– Pomogę – odrzekł, ważąc w dłoni ciężki mieszek. – Kiedy ruszamy?

– O świcie.

 

*

 

Trop przywiódł go do osady. Gdy ujrzał przed sobą ludzkie domostwa, była  ciemna noc. Większość mieszkańców musiała już spać i tylko w kilku oknach wciąż jeszcze migotało światło.

Dregellan zatrzymał się na granicy lasu.

Wiedział, że Tilraene musiała tam trafić, a to znacznie komplikowało sprawę. Nie miał w zwyczaju nawiedzać ludzkich osad, nie lubił opuszczać lasu, w którym czuł się pewnie, w którym nikt i nic nie było mu w stanie zagrozić.

Jednak tym razem nie miał wyjścia. Nie mógł pozwolić na to, by człowiek odebrał mu dar wodnika, z którym wiązał przecież spore nadzieje. Tej zniewagi nie mógł puścić płazem, a winny musiał zostać surowo ukarany.

Zacisnął dłonie na długiej witce i wyszedł spomiędzy drzew, kierując się wprost ku najbliższym zabudowaniom. Szedł wolno, krok za krokiem, nie przestając węszyć i nasłuchiwać. Zapach był coraz wyraźniejszy, choć teraz wyczuwał już głównie rusałkę. Zatrzymał się przy uchylonych drzwiach chaty.

Wtem zaszczekał pies. Tuż obok.

Dregellan obrócił się w jego kierunku i zwierzę natychmiast ucichło, po czym umknęło, podkuliwszy ogon. Władca lasu pochylił się, z trudem mieszcząc w drzwiach swe imponujących rozmiarów poroże. Po chwili znalazł się w ciemnej izbie.

Widział w ciemnościach lepiej niż człowiek i nie potrzebował światła, by bez trudu zorientować się w otoczeniu.

Zobaczył ją niemal natychmiast.

Ramię zwisało bezwładnie, przewieszone przez krawędź balii. Zakrzepła krew znaczyła jasną skórę dłoni i palców.

Dregellan znieruchomiał.

Przez chwilę walczył z ogarniającą go wściekłością. Zbliżył się do balii, spojrzał na leżące w niej ciało.

Głowa odchylona do tyłu.

Szeroko otwarte, niewidzące oczy.

Sklejone krwią włosy.

Zacisnął pięści, zgrzytnął zębami i pochyliwszy się nad ciałem, przymknął powieki i znieruchomiał. Trwał tak przez jakiś czas, aż usłyszał ledwo słyszalny dźwięk.

Syk.

Otworzył oczy i ujrzał u stóp żmiję. Przyglądał się jej z uwagą, potem powstał na równe nogi, udał się do drzwi, uchylił je i wyszedł na zewnątrz.

Kolejny syk. I jeszcze jeden. Węże kłębiły się u jego stóp, a gniew kipiał w sercu. Wzbierająca w nim nienawiść zdawała się go rozsadzać.

Muszą zapłacić.

Wszyscy.

 

*

 

Kukułka odezwała się gdzieś wysoko w koronach drzew. Sclavyn podniósł wzrok.

– Co tam? – warknął Renvec, prowadzący konia.

– Nic – odrzekł myśliwy – tędy.

Zgodnie z zapowiedzią Ingarleena, zbudzili go o świcie. Zebrali się szybko i sprawnie, a teraz mieli już za sobą połowę drogi. Albo tak się przynajmniej Sclavynowi wydawało.

Od czasu do czasu zatrzymywał się, próbując przypomnieć sobie gdzie szukać ścieżek, którymi wiodła go dzień wcześniej Irasse. Zazwyczaj znajdował je szybko, lecz jego dwaj towarzysze nie grzeszyli cierpliwością i za każdym razem, gdy tylko przystanął na dłużej niż moment, musiał wysłuchiwać ponagleń i narzekania.

Obeszli wzgórze od południa, kierując się dalej na zachód. Sclavyn szedł przodem, zostawiając podążających za nim najemników kilka kroków w tyle. Chwilami miał wręcz ochotę uciec im i zostawić ich na pastwę losu pośród puszczy. Był ciekaw, czy zdołaliby wrócić będąc zdanymi na siebie.

Trochę w to wątpił.

Myśl o tym, że Ingarleen gości w jego własnym domu sprawiała jednak, że szybko porzucał tego rodzaju pomysły. Miał coś do zrobienia, powtarzał sobie nieustannie, wywiąże się z danego słowa, a potem zajmie się swoimi sprawami.

Myślami był już w Sivre.

– A ta rusałka, coś ją nam sprowadził – powiedział nagle Unther, przywołując go do rzeczywistości. – No po prostu palce lizać.

Sclavyn zatrzymał się, obejrzał przez ramię.

– Co masz na myśli? – spytał, czując, że pocą mu się ręce.

– No jak to co – odrzekł tamten, uśmiechając się obleśnie – zabawiliśmy się z nią że hej!

– Nie miała czasem trafić do Soggheim? – spytał myśliwy, wiedząc już, jaka będzie odpowiedź.

– Może i by trafiła – przyznał Renvec – ale się okazało, że panu Ingarleenowi nie będzie tam po drodze, bo ma ważniejsze sprawy na głowie.

– Jakie sprawy?

– Nie bądź ty lepiej taki ciekawy – zgromił go Unther – bo cię jeszcze nieszczęście jakoweś dosięgnie. Rób swoje, resztą się nie przejmuj.

– Samiście zaczęli – odparł Sclavyn, rozgarniając przegradzające drogę zarośla.

– Widziałeś go, Renvec? Myśli, że taki cwany!

Nie zamierzał wdawać się z nimi w dłuższe dysputy. Interesowało go tylko jedno:

– To co z nią zrobicie?

– Co zrobimy? – zdziwił się Renvec – Jużeśmy wszystko zrobili, cośmy mieli zrobić, teraz niech ją sobie kmiotki chowają.

Sclavyn zatrzymał się gwałtownie. Stanęła mu przed oczami jej przerażona twarz. Jej spojrzenie, wtedy, nad stawem, gdy ją pojmano.

– Żal ci jej, co? – mruknął mu nad uchem Unther – To cię może pocieszy, żeśmy jej przedtem dogodzili jak się patrzy. Już nic lepszego by jej w życiu i tak nie spotkało.

Sclavyn nie odpowiedział, poszedł prosto przed siebie.

Znalazł właściwą drogę.

Jakiś czas później, gdy uznał, ze muszą już być blisko, zatrzymał się pod starym drzewem, którego nie pamiętał, choć reszta okolicy, w tym i strumyczek, który tędy przepływał, wyglądała mu znajomo. Coś tu nie grało, myślał, spoglądając na gruby pień i rozłożyste konary.

Na reakcję towarzyszy nie musiał czekać długo.

– Co znowu? – spytał niecierpliwie Renvec.

– Nie pamiętam tego drzewa – odrzekł.

– Jeśli przez ciebie zabłądzimy… – ton głosu najemnika przypominał groźbę.

Sclavyn ruszył, minął drzewo, przekroczył strumień…

Przeraźliwy krzyk rozległ się tuż za jego plecami. Skoczył w bok, rozejrzał się.

Potężny konar uniósł oplecionego gałęziami Renveca wysoko w górę, tam pochwycił go kolejny, szarpnął gwałtownie, wyrywając mu lewą rękę. Deszcz krwi skropił stojących na dole towarzyszy nieszczęśnika, który zawył teraz jeszcze głośniej.

Sclavyn go nie żałował.

– Co to, kurwa, jest?! – wrzasnął Unther – Umyślnie nas tu przywiodłeś, łotrze!

Myśliwy zobaczył, że najemnik sięga po przewieszoną przez plecy kuszę, jednocześnie starając się oddalić od drzewa. Koń, którego nikt już nie pilnował, uciekł w krzaki, rżąc głośno.

Renvec wciąż krzyczał.

Sclavyn chwycił łuk, szybkim ruchem dobył strzałę z kołczana i nałożył ją na cięciwę.

– Nie rób tego! – krzyknął do Unthera.

Tamten nie słuchał, Obchodził go po okręgu, od strony przeciwnej niż ta, z której znajdowało się drzewo. W końcu zatrzymał się, by napiąć kuszę. W tej chwili wypuszczona przez myśliwego pierzasta strzała utkwiła w jego ramieniu.

– Skurwysynu! – wrzasnął na całe gardło Unther. – Zaraz cię dorwę!

Wyszarpnął zza pasa krótki miecz i nie zważając na strzałę, pomknął wprost ku Sclavynowi. Ten zaś nie czekał, rzucił się w bok, przedarł przez zarośla, sięgnął po kolejną strzałę.

W chwili, gdy rozwścieczony Unther wyszedł mu naprzeciw, kątem oka myśliwy złowił ruch po swej prawej stronie. Poruszyło się kolejne drzewo, ledwie kilka kroków dalej. Widząc żądzę krwi w oczach najemnika i nie mając przy tym czasu do namysłu, Sclavyn posłał mu strzałę, która utkwiła tuż poniżej mostka. Unther zatrzymał się w pół kroku patrząc na sterczące mu z piersi drzewce, po czym zwalił się na ziemię. Sclavyn już tego nie widział. Chcąc się oddalić od drzewa, pomknął na lewo,  jednak w tej samej chwili poruszył się wystający z ziemi korzeń, który zaczepił o jego stopę, po czym mocnym szarpnięciem obalił go na ziemię, jednocześnie przygniatając nogę.

Gdzieś z wysoka spadł na ziemię Renvec, roztrzaskując czaszkę o głazy. Sclavyn zrozumiał, że oto i drugie drzewo, to które pochwyciło brodatego najemnika, zmierza w jego kierunku, a nie mogąc się poruszyć, unieruchomiony przez ów korzeń, stracił wszelką nadzieję. 

Zamknął oczy, kierując myśli ku Verze i zrezygnowany czekał na śmierć.

Zamiast niej zjawił się jednak ktoś inny.

– Precz! – rozległ się znajomy głos. – Nie ważcie się go tknąć! Zakazuję!

Sclavyn otworzył oczy. Tuż przed nimi przemknął mu ogon, a już w chwilę później złowił wzrokiem ponętną postać Irasse.

– Człowiek należy do mnie! – krzyknęła raz jeszcze: – Odstąpcie!

Zafalowały liście, konary znieruchomiały, a ściskający nogę Sclavyna korzeń ustąpił i myśliwy poderwał się na równe nogi.

– Dlaczego tu przyszedłeś? – spytała Irasse. – Samemu tu przychodzić, to jak prosić się o śmierć!

– Dobrze, że mnie w porę uprzedziłaś – odrzekł gorzko Sclavyn. – Postaram się zapamiętać.

– Nie żartuj sobie, tylko odpowiadaj! – krzyknęła. – Bo jeszcze się rozmyślę.

– Poproszono mnie, bym raz jeszcze poszedł nad staw – odrzekł, czując, że nic dobrego nie wyniknie z ukrywania prawdy. – Miałem stamtąd coś przynieść, tylko nie wiem, co.

– Jak to? – zdziwiła się Irasse.

– Oni wiedzieli – ruchem głowy wskazał ciała. – Miałem im tylko wskazać drogę, ale teraz nic już z tego nie będzie.

– To cię martwi?

– Sam już nie wiem, co może z tego wyniknąć – przyznał Sclavyn. – Byłbym spokojniejszy, gdybym zrobił to, o co mnie proszono.

– Może coś wymyślimy – stwierdziła Irasse, zbliżając się doń na wyciągnięcie ręki. – Poza tym miałeś mi się odwdzięczyć, a zdaje się, że twój dług jeszcze wzrósł z chwilą, gdy ci uratowałam życie.

Uśmiech był dość wymowny, by nie pozostawić wątpliwości co do tego, jakie myśli chodziły jej po głowie. Myśliwy westchnął z rezygnacją.

– Myślę, że muszę już iść, może innym razem…

Zmrużyła oczy, wyraźnie zagniewana, wtem jednak naszła ją myśl, która zmieniła jej nastrój. Błysk, który Sclavyn dostrzegł w jej oku, wcale nie poprawił mu humoru. 

– Zaczekaj – powiedziała stanowczo – ktoś cię prosił, byś mu przyniósł coś znad stawu?

– Tak.

– Myślę, że jest tam tylko jedna rzecz warta uwagi.

– Wskażesz mi ją? – spytał Sclavyn.

Pokiwała głową.

– A czego będziesz chcieć w zamian?

– Tym razem niczego, dość mi już jesteś winien. Powiedzmy, że i mnie zależy, byś to stamtąd zabrał.

– Mogę wiedzieć, dlaczego?

Irasse pokręciła głową.

– Martw się swoimi sprawami, dobrze? Może zacznijmy od znalezienia konia, który ci uciekł, przyda się.

 

*

 

Gniew przeminął wraz z nadejściem poranka. Pozostał smutek.

I żal.

Tyczył się głównie rusałki, u jego źródła leżał los, jaki ją spotkał, ale sumienie władcy lasu również się odzywało. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Tak, ludzie zapłacili za zniewagę, której się dopuścili, zapłacili z nawiązką, mimo to z jakiegoś powodu, gdy gniew już go opuścił, Dregellan nie czuł satysfakcji z dokonanej zemsty.

Musiał dać sobie czas, musiał się uspokoić. Miał na to sprawdzony sposób.

Zbliżając się do stawu znów wyczuł zapachy, te same, na które trafił tu wczoraj. Z początku zupełnie zignorował ten fakt, ale myśl o tym powróciła doń z szybkością błyskawicy, gdy tylko stanął nad brzegiem i zrozumiał, co się stało.

I w jednej chwili gniew powrócił.

Po trzykroć silniejszy.

Raz jeszcze dał się wyprowadzić w pole, myślał, pędem wracając do miejsca, w którym trafił na zapach Irasse i człowieka. Był świeży, z pewnością nie wczorajszy. Znowu tu byli. Obydwoje. I tym razem zadali mu cios jeszcze dotkliwszy niż uprzednio. A więc ów człowiek, który ponosił winę za śmierć Tilraene wciąż żył, Dregellan był pewien, że to jego zapach. W jakiś sposób zdołał uniknąć jego zemsty.

Drugi raz nie zdoła.

O, nie.

Nie tracąc czasu, przystąpił do pościgu. Mijał drzewa, przeskakiwał doły, zwierzęta usuwały mu się z drogi. Szedł świeżym tropem i był pewien, że już wkrótce winowajca wpadnie w jego ręce, a wtedy… wtedy…

Zobaczył ją.

Skręcił, złamał zagradzający drogę konar, skoczył.

Przemknął po głazach, przesadził strumień. Czarne pukle mignęły gdzieś między drzewami. Dregellan wydał z siebie gniewny pomruk. Znów pognał przed siebie, zły, wściekły, pijany żądzą zemsty.

Usłyszała go, obejrzała się i ujrzał przerażenie w jej oczach. Przyspieszył. Była sama, ale nic to, wydusi z niej wszystko. Wszystkiego się dowie.

Biegła w stronę wzgórza, wyszła na otwartą przestrzeń i kierowała się na sam szczyt. Wiedział, że już mu nie ujdzie.

Potknęła się i upadła. Ledwie kilkanaście kroków dzieliło ją od wierzchołka.

Obejrzała się i zawyła przeraźliwie.

Już był przy niej, pochwycił ją, zacisnął palce na szyi, podniósł, trzymając w wyciągniętej ręce i wbił w nią nienawistne spojrzenie.

Zdrajczyni. Złodziejka. Niech będzie przeklęta.

– Gdzie?! – ryknął donośnie – Gdzie jest Garreg Wen?!

Irasse patrzyła mu w oczy, a jej twarz się zmieniała. Strach zdawał się z niej ustępować, w jego miejsce zaś zjawił się…

Kpiący uśmiech.

– Co to ma znaczyć? – warknął Dregellan. – Wiesz, co z tobą zrobię, zdradziecka suko?

– Nie dbam o to – odparła, nadzwyczaj spokojnie. – Nie mam już po co żyć.

Wejrzał w jej myśli i już po chwili wiedział wszystko.

– Tak, stary durniu – parsknęła – człowiek go zabrał i poszedł w swoją stronę podczas gdy ty uganiałeś się po lesie za mną. Mam nadzieję, że od teraz, za każdym razem, gdy uświadomisz sobie swoją stratę, pomyślisz o…

Starczył jeden szybki, zdecydowany ruch.

Trzasnęły pękające kręgi i głowa Irasse obwisła bezwładnie.

Już więcej nie spojrzy na niego w ten sposób. Zapłaciła za wszystko. Kolej na człowieka.

Odrzucił martwe ciało i pobiegł w dół zbocza.

 

*

 

– Drzewa? – Ingarleen był nie tyle zdziwiony, co zainteresowany.

– Ano – potwierdził Sclavyn.

Skrzyżował ręce na piersi i przyglądał się, jak jego rozmówca wsiada na swego wierzchowca. Drugi koń, ten, który dźwigał w jukach biały kamień, stał kilka kroków dalej. Uwiązany był na sznurze przytroczonym do siodła Ingarleena.

– No nic, mieli pecha. Nie kłopocz się tym, chłopcze. Znajdę sobie nowych ludzi, najważniejsze, żeś zrobił swoje.

To mówiąc popędził konia i ruszył ścieżką wiodącą ku Sivre. Sclavyn odprowadzał go spojrzeniem i nie zauważył nawet, gdy stanęła przy nim matka.

– Dobrze, że już pojechał – powiedziała. – Dziwnie mu z oczu patrzyło. Był jakiś… inny.

– Też to zauważyłem – przyznał myśliwy – ale nie sądzę, byśmy go mieli jeszcze oglądać. Dostał co chciał.

– Takoż i ty dostałeś, prawda?

– Prawda. A teraz zrobię z tego użytek.

– Co chcesz zrobić?

Sclavyn sięgnął po sakiewkę, wysypał na dłoń kilka monet, te ukrył w kieszeni kaftana, a resztę oddał matce.

– Przechowaj mi to, matulu. W ukryciu trzymaj, nikomu ani słowem nie wspominaj. Idę teraz do Sivre, mam z kimś do pogadania.

Nie pytała o nic. Nie było potrzeby.

Wioskę opuszczał w promiennym nastroju, do którego pogoda pasowała wręcz idealnie. Miał ochotę pobiec przed siebie, pomknąć, jak na skrzydłach, byle szybciej zobaczyć się z Verą ale wstrzymał się, pohamował. Musiał dobrze przemyśleć to, co miał do powiedzenia jej ojcu. Oczyma wyobraźni widział już jego minę na widok złota, którym on, Nivallczyk, syn bartników, zaświeci mu przed nosem. Widział już uśmiech rozświetlający twarz ukochanej.

W końcu zabrakło mu cierpliwości, przyspieszył, dotarł do otaczających Sivre pól i skierował się wprost ku widocznym w oddali chatom. Będąc już bliżej zatrzymał się i naśladując pianie bażanta dał znak Beviemu, jak to zwykł czynić, chcąc jemu pierwszemu przekazać radosną nowinę. Gdy jednak chłopak się nie pojawił, miast wołać ponownie lub czekać, ruszył żwawym krokiem prosto do celu.

Na polu, pośród uginającego się od wiatru zboża stał samotny strach na wróble. Sclavyn mijał go zawsze, gdy tędy przechodził, jednak tym razem widok stracha przyniósł nieznaną obawę. Niejasne, nieprzyjemne przeczucie.

Myśliwy zatrzymał się, patrząc na pokraczną sylwetkę.

Wtem nagły podmuch wiatru od południa zerwał z głowy stracha dziurawy kapelusz, który pomknął wprost ku Sclavynowi. Upadł na ziemię bokiem, potoczył się jeszcze kilka kroków, by zatrzymać się u stóp myśliwego.

Od strony wioski rozległo się głośne krakanie.

Myśliwy zadrżał, ruszył pędem przed siebie i już po chwili dotarł na plac pomiędzy domostwami.

Przywitała go cisza.

Dziwna, nienaturalna cisza.

Wokół nie było żywej duszy. 

Zobaczył psa leżącego nieruchomo pod płotem. Ruszył w jego stronę, czując chwytający za serce niepokój, lecz w tej samej chwili ujrzał mężczyznę leżącego w progu chaty i zatrzymał się. Kilka kroków dalej, w wysokiej trawie, leżał ktoś jeszcze.

Sclavyn cofnął się, zacisnął dłoń na majdanie łuku, podczas gdy druga sama sięgnęła po strzałę. Co to miało znaczyć? Co tu się stało? Obrócił się ku chacie sołtysa, podbiegł pod same drzwi. Były uchylone.

Wstrzymał oddech i pchnął je.

Tuż za nimi, na ubitej podłodze leżał Bevi, jego twarz znaczyła ciemnoczerwona pręga, jej okolice pokrywała paskudna opuchlizna.

Nad ciałem brzęczały muchy.

Sclavyn oparł dłoń o ścianę, wypuszczony z ręki łuk upadł na ziemię.

Nie.

Pod przeciwległą ścianą siedział sołtys. Głowa opadała mu bezwładnie na nieruchomą pierś.

Nie, to nie może być prawda!

Pochylił się nad chłopcem, dotknął jego policzka.

Chłód, który poczuł, zmroził mu serce.

Spojrzał w kierunku przejścia do sąsiedniej izby, po czym z niemałym trudem zmusił się, by tam zajrzeć.

Matka Very leżała na podłodze, wlepiając oczy w belkę stropową, ale Sclavyn na nią nie patrzył. Patrzył na łóżko pod ścianą naprzeciwko. Leżała w nim Vera odziana w białą nocną koszulę, do pasa przykryta kocem. Zdawała się być pogrążona we śnie.

Zbliżał się do niej krok po kroku, a serce biło mu jak oszalałe. Miał wrażenie, że za chwilę wyskoczy z piersi. Wyciągnął dłoń, by dotknąć jej policzka, ale w tej samej chwili coś poruszyło się pod kocem.

Odskoczył jak oparzony, wyszarpując toporek zza pasa.

Wąż zsunął się na podłogę i popełznął prosto do drzwi. Sclavyn stał jak zahipnotyzowany, odprowadzając go wzrokiem, a gdy gad zniknął za oddzielającą izby ścianą, podszedł do łóżka i uklęknął przy nim.

Patrzył na nieruchomą twarz dziewczyny, a w głowie miał zupełną pustkę.

Nie…

To jakiś koszmar, pomyślał, musi się z niego zbudzić.

Już! Teraz!

Pokręcił głową i skrył twarz w dłoniach, a gdy zamknął oczy, zobaczył przed sobą rusałkę. Przerażoną, bezradną. Słyszał jej krzyk.

Wołanie o pomoc, które ucichło z chwilą, gdy utonęła we własnej krwi.

Zacisnął dłonie, chwytając w nie własne włosy. Szarpnął raz i drugi.

Co się tu stało?

Jak?

Kto to uczynił?

Dlaczego?

Sam nie wiedział, kiedy znalazł się z powrotem na placu.

Znów słyszał dochodzące zewsząd krakanie.

 

*

 

Dregellan zatrzymał się, uniósł głowę, pociągnął nosem. Nad jego głową brzęczały kręcące się pomiędzy drzewami pszczoły. Nimi się nie przejmował, za to miód… Gdyby nie to, że się śpieszył, zapewne nie odmówiłby sobie tej przyjemności.

Może później, pomyślał, gdy już zrobi, co trzeba.

Jedyna znajdująca się w pobliżu ludzka osada o której wiedział była już blisko. Trop wiódł prosto do niej, a więc człowiek, którego szukał przyszedł stamtąd. Innej możliwości władca lasu nie widział.

Miał już ruszyć dalej, gdy jedna z pszczół przysiadła mu na ramieniu. Spojrzał na nią krzywo.

A gdyby tak…

Myśl, która niespodziewanie zrodziła się w jego głowie już po chwili uznał za słuszną. Spojrzał w górę, przez chwilę śledził wzrokiem przemykające nad nim owady.

Potem zamknął oczy.

 

*

 

Brnął przed siebie z niemałym trudem. Nogi miał jak z kamienia, a dusza tonęła w czarnej otchłani. Niewiele słyszał, niewiele widział, podążał przed siebie, jak bezwolny golem, któremu ktoś wskazał kierunek.

Nie myślał. Nie chciał myśleć.

Ostatnia iskra nadziei, która kazała mu wierzyć, że to, co zobaczył, było tylko złym snem, zdawała się przygasać.

Kiedy zniknęła, nie mógł już powstrzymać łez.

Przyszłość przestała istnieć, została mu tylko teraźniejszość. A tę wypełniała pustka.

I gdy zdawało mu się, że jest już na dnie, przekonał się, że to dopiero początek.

Znów przywitała go cisza.

Pośród chat nikt się nie kręcił, nie usłyszał znajomych głosów ani śmiechu dzieci. Gdy znalazł się blisko domu, dobiegło go tylko znajome brzęczenie. Lecz tym razem brzmiało inaczej niż zwykle.

Złowrogo.

Pszczoły krążyły pośród chat, kilka z nich przyczepiło się do niego, jedna wpadła mu za kołnierz, a gdy sięgnął po nią, użądliła go w kark. Syknął z bólu i zmiażdżył owada w palcach.

Przekroczył próg chaty lecz nie zastał w niej matki. Podszedł do skrzyni, opędził się przed krążącymi mu nad głową pszczołami i podniósł wieko. Pod leżącą z wierzchu koszulą znalazł sakiewkę Ingarleena. Zważył ją w dłoni i odłożył na miejsce.

I cóż mu teraz po tych pieniądzach? To przez nie zginęła rusałka, a kto wie, czy i los wszystkich pozostałych nie został przypieczętowany jego własną, pochopną decyzją. To wszystko przecież musiało mieć jakiś powód.

Stanął w progu.

Naprzeciwko chaty, nieopodal jedynej studni w Nivall, zobaczył odcinającą się od zieleni trawy czerwień matczynej sukni. Podszedł do studni wolnym krokiem, pochylił się nad ciałem.

W to, co zobaczył, trudno było uwierzyć.

Dziesiątki użądleń zrobiły swoje. Nie miała najmniejszych szans. Tak ona, jak i pozostali, których z tego miejsca dostrzegł. Mieszkańcy Nivall, jak przypuszczał wszyscy, bez wyjątku, padli ofiarą pszczół, którym poświęcali całe swe życie. Sclavyn usiadł tuż obok matki, utkwił wzrok w samotnym drzewie rosnącym na krańcu wioski.

Otchłań wyciągnęła ku niemu swe szponiaste łapska.

Cóż mu pozostało?

I wtedy, w chwili, gdy jego wzrok padł na owinięty na kołowrocie sznur od wiadra, uszu myśliwego doszedł głośny ryk. Obejrzał się i zobaczył masywną, rogatą postać, zbliżającą się ku niemu od strony pobliskich chat.

Nigdy wcześniej go nie widział, mimo to nie miał wątpliwości, co do tego, kogo ma przed sobą. Była to także jednoznaczna odpowiedź na dręczące go pytania.

To o nim wspomniała Irasse,

– Dregellan… – wyszeptał Sclavyn, podnosząc się z ziemi i napinając łuk. – Władca kniei.

Potężny, rogaty brodacz szedł wprost na niego, zaciskając dłoń na długiej witce. Sclavyn uniósł łuk, przyciągnął cięciwę do policzka.

– To ty! – warknął władca lasu. – Tyś wszystkiemu winien!

Tak, pomyślał Sclavyn, na to wygląda.

Zwolnił cięciwę.

Rozległ się trzask, gdy strzała uderzyła w okazałe poroże, a w chwilę później, Dregellan był już przy nim. Myśliwy poczuł zaciskające się na jego ramieniu palce.

– Biały kamień! Gdzie on jest?

Sclavyn milczał.

W odpowiedzi władca lasu spojrzał mu głęboko w oczy, samemu sięgając po to, czego potrzebował, a gdy już to odnalazł, wściekłość wykrzywiła mu usta i zamachnął się trzymaną w ręku witką.

– Wielki Dregellanie! – zakrzyknął ktoś znajdujący się za plecami myśliwego – Wstrzymaj się, proszę!

Władca lasu spojrzał w kierunku wołającego. Sclavyn również.

Kilka kroków dalej, pochyliwszy pokornie głowę, klęczał Neirion.

– Czego chcesz, druidzie? – warknął Dregellan. – Przyszedłeś tu sprzeciwiać się mej woli?

– Nie, panie – odrzekł zapytany. – Nie śmiałbym tego uczynić. Ale rigdruad Grippiud opowiedział mi o wizji jaką mu zesłałeś. O tym, jak ludzie cię rozgniewali. O tym, jaka ich spotka kara.

– Kara została już wymierzona – odrzekł władca lasu. – Wszystkim, z wyjątkiem jednego.

– Wybacz, panie – rzekł Neirion, wciąż chyląc czoło. – Ale nim zrobisz to, co uczynić zamierzasz, musisz o czymś wiedzieć.

– Wiem już wszystko, czego mi trzeba – parsknął Dregellan. – To on jest wszystkiemu winien.

– Błagam cię, panie, jego myśli stoją przed tobą otworem, wejrzyj w nie głębiej, nie pozwól by gniew cię zaślepił!

Dregellan zawahał się, choć złość wciąż wykrzywiała jego oblicze.

– Chcesz mnie pouczać, druidzie?

– Nie, panie. Chciałem chronić niewinnych przed twym gniewem. Przybyłem za późno i tylko jemu jednemu mogę jeszcze przyjść z pomocą. Wierzę, że ktoś inny odpowiada za wszystko, co się stało. Przekonaj się sam.

Dregellan przyglądał mu się uważnie, a gdy tylko druid skończył mówić, odpowiedział:

– Niech tak będzie.

Sclavyn nie opierał się, gdy raz jeszcze władca lasu wejrzał w jego myśli. Tym razem trwało to znacznie dłużej, ale myśliwy nie przejmował się już niczym. Kolejne przemykające przez jego głowę obrazy pozostawiały go nieporuszonym, po czym gasły, jeden po drugim rozmywając się w pustce.

Wreszcie Dregellan odsunął się, mierząc myśliwego spojrzeniem. Gdy tylko Neirion odważył się podnieść na niego wzrok, władca lasu pokiwał głową, a w jego oczach druid ujrzał dokładnie to, czego oczekiwał.

– I co teraz? – spytał.

Dregellan nie odpowiedział. Odwrócił się i ruszył prosto przed siebie, kierując się na południe. Po chwili przyspieszył kroku.

Neirion usiadł u boku Sclavyna.

Milczeli obaj, nie znajdując odpowiednich słów.

Czas zdawał się upływać wolniej niż zazwyczaj.

W końcu myśliwy poruszył się, spojrzał na swego towarzysza, potem na stojące wysoko słońce.

– Co teraz zrobisz? – spytał Neirion.

– Jeszcze nie wiem – odrzekł Sclavyn.

– Jeśli chcesz, ugościmy cię do czasu, aż zdecydujesz. Grippiud z pewnością nie będzie miał nic przeciwko temu.

– Nie trzeba mi pomocy.

– Na pewno?

– Na pewno. Sam sobie poradzę.

 

*

 

Trop urywał się nad jeziorem.

Dregellan zatrzymał się na piaszczystym brzegu, przemknął wzrokiem po rozległym akwenie, zacisnął pięści z bezradnej wściekłości. Nie mógł przekroczyć granicy swego królestwa, dał słowo, a wciąż nie miał pewności, czy znajdzie się powód, by je złamać. Poza tym woda nie była jego żywiołem, nie czuł się w niej dobrze, zapewne i tak nie zdołałby odnaleźć zbiega, który z pewnością znalazł w niej schronienie.

Gdyby nie zdrada Irasse, pomyślał, nigdy by do tego nie doszło. Cóż,  trzeba ją było zabić od razu. Miał do niej słabość, dlatego ją puścił i jak się okazało, drogo zapłacił za ten błąd.

Jednak co innego bolało go bardziej: dał się podejść.

Wykorzystano przeciwko niemu jego największą słabość, gwałtowną naturę, która niejednokrotnie kazała czynić mu rzeczy, których potem żałował. Do tego posłużono się nieświadomymi swej roli narzędziami, od których nie mógł uzyskać potwierdzenia swych podejrzeń. Ani Tilraene, ani ów nieszczęsny człowiek nie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego spotkało ich to, co ich spotkało. Dlatego właśnie, choć z uwagą badał myśli rusałki, nie znalazł w nich niczego, co mogłoby świadczyć o zdradzie.

Teraz już wiedział.

Był niemal pewny.

Potwierdzenie pokoju okazało się zapowiedzią wojny, w której pierwszą bitwę przegrał, zanim zdążył się zorientować, że do niej doszło.

Nie mógł tak tego zostawić. Nie mógł się poddać.

Musiał wyrównać rachunki.

Z tą myślą, wciąż jeszcze wściekły na siebie samego, zawrócił i skrył się w gęstym lesie.

 

*

 

Konni zatrzymali się nieopodal studni. Dwóch zbrojnych zeskoczyło z wierzchowców i ruszyło między chaty. Wąsaty oficer lustrował teren przenikliwym spojrzeniem.

– Co tu się stało? – spytał jego zastępca, cieszący się poparciem pana z Driellen młodzik, któremu ledwo co wąs się sypnął. – Bandyci?

– To nie bandyci – odparł oschle oficer.

Po tym, co widział w Sivre, myślał że nic go już nie zaskoczy.

Mylił się.

– Zabiły ich pszczoły! – krzyknął jeden z żołnierzy, podbiegając do miejsca, w którym czekali. – Ale co mogło je tak rozwścieczyć…

– Pogrzebać zabitych – przerwał mu bezceremonialnie oficer. – I rzeknij no pozostałym, że jak kto pytał będzie, mieszkańców Sivre i Nivall pomordowali zbójcy.

– Ale…

– Wykonać!

– A, zapomniałbym…

– Tak?

– Jest coś jeszcze. W tej chacie, o tam, jeden się powiesił u stropu. Musiał chyba przeżyć atak.

– Pewnie tak było – odrzekł oficer. – Ale to już bez znaczenia, pochować z resztą.

– Tak jest.

Żołnierz oddalił się pośpiesznie.

– Czy nie mówiliście wcześniej, że to nie… – młodzik miał własne wątpliwości.

– Co mówiłem, to jedno, co mówić innym należy, to już oddzielna sprawa – odrzekł oficer, spoglądając na niego. Tamten wciąż nie wydawał się rozumieć, w czym rzecz.

– Przyjdą nowi osadnicy – rzekł po krótkiej przerwie dowódca. – Pan z Driellen już o to zadba, ale lepiej żeby się nie rozniosło, że okolicznych bartników pszczoły zabiły, nie sądzisz? Kto wtedy chciałby tutaj zamieszkać i przejąć ich obowiązki?

– A, no chyba, że tak – odrzekł młody.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dregellan nie sądził by rogi, zakończone kopytami, – mutancica? wink

oparł łuk na podbiciu stopy – ekwilibrysta normalnie. Podbicie to jest to, co znajduje się pod spodem stopy. Tu raczej zwyczajnie -oparł o stopę

Bywałem nie raz nad leśnymi stawami, – nieraz

 

Zapowiada się bardzo ciekawie. Muszę chwilowo przerwać, ale dokończę na pewno, choć przyznam szczerze, że jęknęłam jak zobaczyłam ilość znaków, a dziś mój dyżur. 

Ale wciągnęła mnie ta historia. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

przeczytałem całość.

Technicznie (fabuła, napięcie, koniec, postaci, dialogi itp) wszystko jest ok.

Ale…

  1. postaci, poza samcem alfa, są bajkowo-jednostronne
  2. łopatologia fabularna (narracyjna): gniew-żmije-martwi, gniew-pszczoły-martwi, gwałt i śmierć-kara i śmierć
  3. wątek kluczowy: dlaczego myśliwy i druid (pomoc)+ koźlica (pomoc) chwytają rusałkę – nie przekonałeś mnie
  4. opis myśli samca alfa (na początku też), gniew, zemsta – bardzo dobre

Ignorancja to cnota.

postaci, poza samcem alfa, są bajkowo-jednostronne

Tak? To kto tu jest ten dobry? :)

wątek kluczowy: dlaczego myśliwy i druid (pomoc)+ koźlica (pomoc) chwytają rusałkę

Druid pomaga żeby chłopakowi nie stała się krzywda, choć w gruncie rzeczy nie wierzy w to, że tamten w ogóle znajdzie rusałkę, w przypadku pozostałej dwójki sprawa powinna być jasna. Nie jest?

 

 

Bemik:

Zdaje się, że najpopularniejsze są tutaj teksty poniżej 10k, ale ja niestety takich krótkich nie lubię ani pisać, ani czytać.

Podbicie wywalone ;)

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Litości! Jestem w połowie II rozdziału, a tu podrzucasz kolejną “kobyłkę” ;) 

Zaczęłam, jeszcze nie skończyłam, więc oceniać jeszcze nie będę. Z pewnością wrócę, bo wciąga. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Na razie napiszę, że ciekawe… zobaczymy co dalej.

Vercenvardzie – co kto lubi. Nie zawsze też jest czas przeczytać taki długi tekst. Krótsze, wiadomo, że czyta się raz-dwa. Ale znowu taki dłuższy chodzi za człowiekiem i jęczy “ przeczytaj mnie, przeczytaj” zwłaszcza jak od początku wciąga :D

F.S

No to dokończyłam czytanie. Przyznam szczerze, że ciągnęło mnie do tekstu. Obrazowo napisany, akcja wartka, tajemnica przednia, wątek romansowy ładny – bardzo mi się podobało.

W paru miejscach zauważyłam potknięcia z przecinkami, ale powiem prawdę, nie chciało mi się wypisywać, bo traciłabym wątek.

Rozumiem też, że nie wyjaśniasz, co stało się i do czego potrzebny jest kamień z jeziora, bo to jeszcze nie koniec opowieści?

Z czystym sumieniem klik do biblioteki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rozumiem też, że nie wyjaśniasz, co stało się i do czego potrzebny jest kamień z jeziora, bo to jeszcze nie koniec opowieści?

Co się stało to mniej więcej wyjaśniam, tylko trzeba połączyć kilka informacji z początku i końca opowiadania, a jeśli coś wyjaśnione nie zostaje, to tylko rzeczy które nie są dla przedstawionych tu wydarzeń bardzo istotne i wyjaśnione zostają w innym miejscu.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Rozumiem, że kamień był czymś wyjątkowym dla Dregellana, nie wiem – jego duszą zaklętą w głaz/ mocą uwięzioną? Opcji może być sporo, bo nigdzie nie mówisz dokładnie. Rozumiem też, że ktoś mógł tego pożądać, spodziewając się, że przejmie ową moc. Ale nigdzie chyba nie mówisz o tym jasno. Ja nie kojarzę takich informacji.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czym był kamień tutaj nie wyjaśniam (żeby nie spoilerować trylogii ;)), ale kto mógł go chcieć już tak, tyle że nie wprost :) Zastanawiałem się trochę jakie informacje wrzucić w tym przedostatnim fragmencie i czy nazwać tam wszystko po imieniu, ale stwierdziłem, że wolę zrobić z tego zagadkę. Zobaczymy jak się to sprawdzi – jeśli nikt nie będzie wiedział o co biega, to by znaczyło, że może trzeba to zasugerować wyraźniej.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Zajmująca opowieść. Jakkolwiek brakło mi wskazówek, pozwalających zrozumieć zagadki, w tym rolę białego kamienia, Władcę kniei czytało się bardzo dobrze, nawet z przyjemnością, która byłaby zdecydowanie większa, gdyby nie masa usterek, a szczególnie wszechobecna zaimkoza.

 

Ciem­na czu­pry­na splą­ta­nych loków mi­gnę­ła mu mię­dzy drze­wa­mi. […] Iras­se, ze swymi sar­ni­mi oczę­ta­mi, splą­ta­ny­mi pu­kla­mi kru­czo­czar­nych wło­sów… – Pukle z drugiego zdania wykluczają czuprynę ze zdania pierwszego.

Za SJP: czupryna «krótkie, bujne włosy»; pukiel «pasmo wijących się włosów»

Czy Irasse mogła mieć cudze oczęta?

 

Wi­dząc, że łowca za­brał się wła­śnie za opra­wia­nie swej zdo­by­czy… – Wi­dząc, że łowca za­brał się wła­śnie do opra­wia­nia zdo­by­czy

Czy samotny łowca oprawiałby cudzą zdobycz?

 

Zmru­żył oczy, jed­no­cze­śnie uno­sząc dzier­żą­ca długą witkę dłoń. – Literówka.

 

Stał nad nią w mil­cze­niu, bacz­nie śle­dząc każdy jej ruch. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Po­kaź­nych roz­mia­rów psz­czo­ła za­brzę­cza­ła mu nad samym uchem i po­le­cia­ła przed sie­bie… – Czy zdarza się, że pszczoły latają wstecz?

 

gdzieś ponad pa­stwi­skiem. Młody my­śli­wy śle­dził ją wzro­kiem, póki nie do­łą­czy­ła do in­nych, krę­cą­cych się ponad licz­ny­mi w tym miej­scu po­lny­mi kwia­ta­mi… – Powtórzenie.

 

Tam wła­śnie wy­mie­nia­li je za to, czego im było trze­ba… – Raczej: Tam wła­śnie wy­mie­nia­li je na to, czego im było trze­ba

 

-Tako rze­kłem i uczy­ni­łem, jak dru­idzi przy­ka­za­li… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

co z resz­tą nie uszło uwa­dze Dre­gel­la­na. – …co zresz­tą nie uszło uwa­dze Dre­gel­la­na.

 

bę­dą­cą jed­no­cze­śnie we­zwa­niem do za­trzy­ma­nia się. Owemu we­zwa­niu, miesz­kan­ka je­zio­ra nie ośmie­li­ła się sprze­ci­wić. Za­trzy­mał się w miej­scu… Czy to celowe powtórzenia?

 

Po czym do­sko­czył do niej, po­chwy­cił, uniósł w górę i trzy­ma­jąc w swych po­tęż­nych ra­mio­nach… – Masło maślane. Czy mógł unieść w dół?

Zbędny zaimek.

 

Wy­rwa­no z miej­sca, które było jej domem od dnia na­ro­dzin, a wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że jej do­tych­cza­so­we życie do­bie­gło końca. – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Scla­vyn stał kilka kro­ków dalej, oparł łuk na pod­bi­ciu stopy i przy­glą­dał się przy­by­szom. – Podbicie, wskazane przez Bemik, wywaliłeś niepotrzebnie, albowiem Sclavyn mógł na nim oprzeć łuk.

Za SJP: podbicie  «górna część stopy ludzkiej między palcami a kostką»

 

od­da­lił­by się czym prę­dzej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: …od­da­lił­by się czym prę­dzej, nie oglą­da­jąc się. Lub: …od­da­lił­by się czym prę­dzej, nie patrząc za sie­bie.

 

ru­szy­ła ku środ­ku stawu, tam, gdzie mogła po­szu­kać schro­nie­nia… – …ru­szy­ła ku środ­kowi stawu, tam, gdzie mogła po­szu­kać schro­nie­nia

 

Zupy go­rą­cej na­go­to­wa­łam, po­si­li­cie się. – Czy mogła nagotować zimnej zupy?

Może: Zupy na­go­to­wa­łam, jest gorąca, po­si­li­cie się.

 

w za­mian za pomoc w po­szu­ki­wa­niach, jakie w oko­li­cy pro­wa­dzi. – …w za­mian za pomoc w po­szu­ki­wa­niach, które w oko­li­cy pro­wa­dzi.

 

Spo­śród za­ro­śli wy­chy­nę­ła wpierw czu­pry­na wi­ją­cych się ni­czym węże czar­nych pukli… – Już wiadomo, że to raczej niemożliwe.

 

Isto­ta mach­nę­ła ogo­nem i za­trzy­ma­ła się, wpa­tru­jąc się w niego za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem. – Wpatrywanie się spojrzeniem pachnie masłem maślanym.

Może: Isto­ta mach­nę­ła ogo­nem i przystanęła, wpa­tru­jąc się w niego z za­cie­ka­wieniem.

 

więc nie prze­szka­dzaj sobie, od­po­czy­waj. Wie­rzę, że moje to­wa­rzy­stwo ci w tym nie prze­szko­dzi. – Powtórzenie.

Może: …więc nie prze­szka­dzaj sobie. Wie­rzę, że moje to­wa­rzy­stwo nie zakłóci ci odpoczynku.

 

i na po­wierzch­ni je­zior­ka, po samym środ­ku, my­śli­wy do­strzegł wy­nu­rza­ją­cą się spod po­wierzch­ni głowę. – Co stało się z samym środkiem, po którym wynurzyła się głowa.

Proponuję: …i na po­wierzch­ni je­zior­ka, na samym środ­ku… Lub: …i na po­wierzch­ni je­zior­ka,  pośrod­ku

 

Scla­vyn już był przy niej, jedną ręką chwy­cił za czoło, unie­ru­cha­mia­jąc głowę, drugą przy­sta­wił otwar­te na­czy­nie do ust. Prze­ra­że­nie, które uj­rzał na jej twa­rzy spra­wi­ło, że przez krót­szą niż mgnie­nie oka chwi­lę, czuł coś na kształt żalu, ale nie za­wa­hał się. Gdy tylko Til­ra­ene po­czu­ła za­pach i smak dru­idz­kie­go spe­cy­fi­ku, jej twarz wy­krzy­wi­ła się gry­ma­sie obrzy­dze­nia, prych­nę­ła, za­kasz­la­ła, a część wy­wa­ru po­cie­kła jej po po­licz­ku. – Trzy­maj ! – wrza­snę­ła Iras­se. – Za­tkaj jej usta, bo wy­plu­je! – Już – od­rzekł Scla­vyn, idąc za jej we­zwa­niem. Ru­sał­ka szarp­nę­ła się gwał­tow­nie, kop­nę­ła trzy­ma­ją­cą na­past­nicz­kę.– Przykład zaimkozy.

 

Scla­vyn zo­ba­czył, że idzie już ku niemy bro­da­ty zbroj­ny… – Literówka.

 

Unther, zaraz mi tu balie na­peł­niaj… – Literówka.

Chyba że miał na myśli kilka balii.

 

mi­ja­jąc w progu dźwi­ga­ją­ce­go pełne wia­dro wody Unthe­ra. – Raczej: …mi­ja­jąc w progu Unthe­ra, dźwi­ga­ją­ce­go wiadro pełne wody.

 

Teraz, gdy stali u progu jego ro­dzin­ne­go domu. był już nie­mal pe­wien… – Pewnie miał być przecinek zamiast kropki.

 

Węże kłę­bi­ły się teraz u jego stóp, nie spo­sób było ich zli­czyć.Węże kłę­bi­ły się teraz u jego stóp, nie spo­sób było je zli­czyć.

 

Po­tęż­ny konar uniósł ople­cio­ne­go ga­łę­zia­mi Re­nve­ca wy­so­ko w górę… – Masło maślane.

Proponuję: Po­tęż­ny konar uniósł wysoko Re­nve­ca, ople­cio­ne­go ga­łę­zia­mi.

 

Scla­vyn chwy­cił za łuk, szyb­kim ru­chem dobył strza­łę… – Scla­vyn chwy­cił łuk, szyb­kim ru­chem dobył strza­łę

 

ktoś cię pro­sił, byś mu przy­niósł coś z nad stawu? – …ktoś cię pro­sił, byś mu przy­niósł coś znad stawu?

 

Drugi koń, ten, który dźwi­gał w ju­kach biały ka­mień… – W ilu jukach można dźwigać jeden kamień?

 

Je­dy­na znaj­du­ją­ca się w po­bli­żu ludz­ka osada o ja­kiej wie­dział była już bli­sko.Je­dy­na znaj­du­ją­ca się w po­bli­żu ludz­ka osada,której wie­dział, była już bli­sko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakkolwiek brakło mi wskazówek, pozwalających zrozumieć zagadki, w tym rolę białego kamienia

A co poza jego rolą było niejasne?

Dzięki za poprawki, pewnie większość wprowadzę, ale raczej nie wszystkie.

Potężny konar uniósł oplecionego gałęziami Renveca wysoko w górę… – Masło maślane.

Proponuję: Potężny konar uniósł wysoko Renveca, oplecionego gałęziami.

Propozycja wydaje mi się jakaś niezgrabna z przecinkiem w tym miejscu. Zwroty takie jak “wysoko w górę” czy niektóre niby niepotrzebne zaimki wykorzystuję, żeby zdanie się dobrze układało, nie każde słowo musi koniecznie wnosić dodatkową informację, niektóre są po to, by uzyskać określony rytm (fakt, że czasami można usunąć, ale są sytuacje w których żadna opcja ich pozbawiona mi się po prostu nie podoba). “Lecąca przed siebie pszczoła” ma podobne zastosowanie, mógłbym napisać poleciała w cholerę :), ale samo “odleciała” nie daje mi zdania z którego byłbym zadowolony.

No i pisząc ten tekst na zaimki jednak zwracałem uwagę, usuwając ich całkiem sporo, a w niektórych z wymienionych wyżej przypadków myślałem nad szeregiem opcji, świadomie wybierając takie, a nie inne (a w innych po prostu przegapiłem :))

W każdym razie przyjrzę im się ponownie.

 

Stał nad nią w milczeniu, bacznie śledząc każdy jej ruch. – Czy oba zaimki są niezbędne?

Na to wygląda. W tym wypadku usunięcie żadnego mi nie odpowiada, musiałbym wstawić tam całkiem inne zdanie.

 

Podbicie, wskazane przez Bemik, wywaliłeś niepotrzebnie, albowiem Sclavyn mógł na nim oprzeć łuk.

Za SJP: podbicie  «górna część stopy ludzkiej między palcami a kostką»

Tak mi się też wydawało, bo spotykałem się z tym słowem głównie przy okazji przymierzania cisnących od góry butów :) tyle tylko, że nie mogłem znaleźć potwierdzenia, a jakoś bardzo mi to nie było potrzebne. Chyba mogło być też “śródstopie”.

 

Zupy gorącej nagotowałam, posilicie się. – Czy mogła nagotować zimnej zupy?

Mowa potoczna. Gadka wieśniaczki nie musi być idealnie poprawna, logiczna i przemyślana.

 

Z ciekawości: skąd to zmienianie “jakie” na które wszędzie, gdzie się da? Czasami celowo unikam “które” bo wcześniej miałem w tekstach nadmiar tego słowa.

 

Scena z unieruchamianiem rusałki oczywiście do poprawy.

 

Co stało się z samym środkiem, po którym wynurzyła się głowa.

Zdanie utknęło w połowie drogi między jedną, a drugą koncepcją :)

 

Z niewymienionymi powyżej zasadniczo się zgadzam.

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Vercenvardzie, to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Moje propozycje to tylko sugestie i wcale nie musisz się nimi przejmować. Jeśli jakaś uwaga wyda Ci się przydatna i zechcesz ja wykorzystać, będę bardzo zadowolona, jeśli nie, zrozumiem.

 

 

Poza rolą białego kamienia, niejasna jest dla mnie postać Tivara Ingarleena; dlaczego poszukiwał rusałki, dlaczego zabrał kamień?

 

 

Z ciekawości: skąd to zmienianie “jakie” na które wszędzie, gdzie się da?

Nieśmiało zauważam, że wcale nie wszędzie, gdzie się da, tylko tam, gdzie to wskazane.

 

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/jaki-i-ktory;15684.html

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ktory-i-jaki;2034.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Poza rolą białego kamienia, niejasna jest dla mnie postać Tivara Ingarleena; dlaczego poszukiwał rusałki, dlaczego zabrał kamień?

To jest właśnie to, co teoretycznie powinno dać się wywnioskować w oparciu o dostępne dane:

– kto chciał dorwać kamień

– jaki miał plan

– jaka była w tym rola rusałki

– kwestia “po co?” pozostaje niby otwarta, ale ogólnie też się można (a przynajmniej takie było założenie) domyślić.

Jeśli się nie da, to znak, że być może powinienem dopisać coś więcej. No ale zobaczę jeszcze co inni powiedzą. W opowiadaniu o rusałce był zdaje się podobny problem i to, co dla niektórych było niejasne/enigmatyczne, dla innych okazywało się oczywiste.

Czekam zatem na ewentualne interpretacje :)

 

Vercenvardzie, to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Moje propozycje to tylko sugestie i wcale nie musisz się nimi przejmować.

Ale ja uważam je za cenne i właśnie dlatego się przejmuję :)

Poza tym gdy sam piszę jakiekolwiek uwagi, lubię gdy się adresat do nich ustosunkuje i powie co o nich myśli, a że lubię dyskusje, sam robię to samo. Założyłem nawet temat dotyczący tego zagadnienia :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Dziękuję Vercenvardzie, że to, co robię, uważasz za cenne. Miło to wiedzieć. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Większość poprawek wprowadzona, poza 2-3 przypadkami, w których jednak zostanę przy swojej wersji i jednym, którego o tej porze jakoś nie mogę znaleźć :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Tak sobie grzebałam i znalazłam to, czyli test na to, jakiego rodzaju stopę mamy:

Jeśli odbiła się prawie cała stopa i prawie nie widać żadnych wcięć w miejscu, gdzie znajduje się podbicie, oznacza to, że masz bardzo niskie podbicie lub płaskostopie.

Z drugiej jednak strony, jeśli występuje bardzo duża krzywizna między kłębem palucha a piętą, oznacza to, że masz bardzo wysokie podbicie.

Jeśli Twoja odbita stopa ma kształt będący czymś pośrednim pomiędzy wcześniejszymi opisami, oznacza to, że masz normalne podbicie: pojawia się niewielkie wcięcie, jednak nie jest ono za duże.

Wydaje mi się, że jednak podbicie jest “pod spodem”, a że tak powiem ‘psim swędem’ górna część śródstopia dostała tę nazwę. Chodzi bowiem o to, że mało/bardzo wysklepione podbicie, skutkuje mało/bardzo wysokim “grzbietem” stopy. Więc ludzie, żeby sobie ułatwić, używają “podbicia” dla określenia, jakiego rodzaju butów będą potrzebować. 

Nie będę się bardzo o to kłócić, ale ja nigdy nie użyłabym słowa “podbicie” w takim kontekście. Już samo “pod” wskazuje, gdzie owa część się znajduje. Ale ręki za to uciąć sobie nie dam smiley 

A może zajrzy tu Alex i wyjaśni tę zagadkę. Jak znam życie, okaże się, że obie z Reg mamy rację.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Po konsultacji z Alex wychodzi mi, że Reg miała rację: to, co ja nazywam podbiciem (i sporo osób też) to, niestety, błędna nazwa. U mnie powinno się to nazywać wysklepienie stopy. Niemniej Alex powiedziała, że żaden termin nie jest stricte medyczny wink 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No to sprawa wyjaśniona.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Bemiku, Vercenvordzie, bardzo się cieszę, że teraz już wiemy, na czym stoimy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kiedy zobaczyłam ilość słów, byłam pewna, że będę musiała rozdzielić czytanie na na co najmniej dwa dni, ale później tak mnie wciągnęło, że nie potrafiłam przestać. Czytanie tak świetnego tekstu to czysta przyjemność ;) Fabuła wciągająca, co prawda rola kamienia nie została wyjaśniona (aczkolwiek mam swoje przypuszczenia), natomiast cały spisek jak najbardziej jest czytelny. W sumie już od początku coś podejrzewałam, ale dopiero zakończenie mnie w tym utwierdziło ;)

:)

natomiast cały spisek jak najbardziej jest czytelny.

No, a już się zaczynałem obawiać, że zbytnio poskąpiłem wskazówek.

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

na dożywotni pobyt w którym, została niewinnie skazana

zbędny przecinek? (pewnie jest klika innych uchybień interpunkcyjnych, ale tylko ten mi się rzucił)

jeszcze ci pokażę, że i Nivallczyk sołtysowej córy godzien być może.

Nivall to osada, jeśli dobrze rozumiem, więc z małej

Mogłem się domyśleć

domyślić.

 

Taka uwaga ogólna – nazwiska są fajne, też lubię je nadawać moim bohaterom. Ale gdy tworzy się imiona mało “intuicyjne” (w praktyce – inne niż polskawe lub angielskawe) i używa się ich zamiennie z nazwiskami, czytelnik łatwo się gubi. Na szczęście zastosowałeś ten manewr bodaj raz, więc nie zabolało.

Tematyka nie moja, więc hmm… fabularnie wciągnęło mnie umiarkowanie. Pod względem stylistycznym druga połowa tekstu jest lepsza, gdzieś te zaimki na początku jednak bodą w boczek. Nie wskażę niestety przykładów, bo za dużo tych literek. Generalnie łatwo i przyjemnie się czyta, dziwiła mnie nieco mnogość akapitów, ale… ja właściwie nie znam współczesnych trendów w narracji, może teraz tak się pisze, hm. Jak wiersz prawie. Językowo ok, bez wygibasów (co ułatwia czytanie, lecz i tłumi poklask tłumów), ale i bez nieprzyjemnych koślawości. Dłużyzn nie stwierdzono. Lekkość pióra zauważalna.

Spisek (w przedstawionym zakresie) jest zrozumiały, choć fabuła rozmachem czy elegancją nie powala. Ot, fantasy. Jak te książeczki z D&D. To chyba całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, jak sprawnie i szybko piszesz takie teksty (gdzieś mi tam mignęły takie słowa).

Podsumowując – biblioteczka wg mnie należałaby się (ale ja nie punktuję, więc…).

(ale ja nie punktuję

No masz ci los ;)

dziwiła mnie nieco mnogość akapitów, ale… ja właściwie nie znam współczesnych trendów w narracji, może teraz tak się pisze, hm.

Też nie znam współczesnych trendów i w sumie nie wiem, jak się to do nich ma.

Ot, fantasy. Jak te książeczki z D&D.

Za to chyba będziemy się musieli spotkać na udeptanej ziemi :)

Nie znoszę dedeków (z książkami włącznie).

Spisek (w przedstawionym zakresie) jest zrozumiały

I to mnie cieszy :)

 

 

 

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Ha ha, no dobrze, aż tak źle jak w D&D nie jest :) Może to rzeczywiście zabrzmiało jak obelga. 

Jeszcze mi przyszło do głowy kilka myśli (długi tekst => dużo myśli).

Początek, choć słabiej napisany (co nie znaczy, że źle), miał jakiś swój klimat, nawet nie chce mi się sprawdzać, czy to nie tylko moja imaginacja, może nawet tego nie napisałeś, ale czuło się nastrój letniej beztroski, ciepło słońca (to chyba skojarzenie z pszczołą – jest pszczoła, musi być ciepło), okrzyki praczek niosły mi się po pokoju. Było fajnie. Oczywiście, to tylko moje zdanie, bo ja lubię budowanie klimatu. Potem nastrój znika (czytaj: mniej jest opisów), a jednak literek nadal jest dużo… Jak o tym myślę, to może rzeczywiście zbytnio rozdrabniasz się na opisy pojedynczych czynności, że złapał łuk, że coś tam, coś tam, a z tego ani klimatu, ani korzyści dla opowieści. Porównaj z Martinem – jego bohaterowie też się zajmują pierdołami, ale jakoś tak jest, że każda z tych pierdół staje się ciekawa, bo wnosi coś do świata (co w pewnym momencie osiąga poziom absurdu, choć czytając się tego nie zauważa).

Nie wiem, odbiór jest sprawą subiektywną, więc to tak pod rozwagę, nie jako krytyka, a tak naprawdę piszę to jako wnioski dla mnie :)

Wait a sec, bo zaczynam się gubić – początek słabiej napisany ale jest fajny (bo nastrój), a potem lepiej napisane ale już mniej fajne?

Cóż, później już nie miało być tak fajnie i wesoło.

A co do opisów to kiedyś ładowałem ich do tekstów znacznie więcej, ale ciągle mnie za to krytykowano. Gdyby nie to, pewnie byś się dowiedział to i owo o zamieszkujących las zwierzętach i kroplach rosy zawieszonych na źdźbłach trawy o poranku, a każdy ważniejszy bohater miałby co najmniej pięć linijek opisu. 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Wait a sec, bo zaczynam się gubić – początek słabiej napisany ale jest fajny (bo nastrój), a potem lepiej napisane ale już mniej fajne?

Tak jakoś wychodzi. Nieco gorzej stylistycznie. Lepiej pod względem klimatu.

Wyrzucenie pięciolinijkowych opisów postaci popieram.

Pomyśl, ile wyrysowałeś mi w głowie obrazów głupią pszczołą :)

No dobra, ale pierwsza część (swoją drogą – gdzie przebiega granica?) to miał być właśnie taki klimat, a potem to już raczej narastające wątpliwości i ogólna załamka w finale, więc trochę nie na miejscu byłoby trzymanie nastroju z początku opowieści.

 

A w kwestii jasności fabuły mamy chyba remis (2:2).

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

SPOILERY

Aż takiego doświadczenia nie mam, żeby Ci powiedzieć jak dokładnie powinno wyglądać rozkładanie akcentów. Gdybym wiedział, to sam bym z tej wiedzy skwapliwie korzystał :) Mogę się tylko podzielić wrażeniami, jakie miałem w trakcie czytania i przede wszystkim mam nadzieje, że nie są zbyt mętne i jednak Ci pomogą. Granicy nie wyznaczę niestety, bo jej nie ma, to tylko ogólny odbiór. Z opisami jest trochę jak z akordami, kilka słów może znaczyć niewiele osobno, ale zbite w jedną całość budują niesamowity łańcuch skojarzeń. Może tego zabrakło finałowi? Ale mogą to też być drobiazgi, np. to, że znajduje martwą ukochaną, a myśli o obojętnej mu raczej rusałce. Fałszywe dźwięki w akordzie. Tak czy owak – każdy czytelnik jest inny i na każdego działa co innego, niemal dokładnie jak z muzyką. Są tacy, co i fałsze lubią.

Co do czytelności spisków – może to zależeć trochę od podejścia do tekstu, gdy ktoś koncentruje się na wyszukiwaniu błędów, to pewnie trudniej uchwycić powiązania fabularne.

 

Czytało się przyjemnie, nie wiedzieć kiedy minęło te ponad 90 tys znaków. Warsztat może bez fajerwerków, ale – pomijając zaimkozę – na tyle sprawny, by dało się płynąć przez opowiadanie.

Spisek wydawał mi się zrozumiały, tajemnicą – jak rozumiem zamierzoną – pozostał jedynie biały kamień.

Wartka akcja, brak specjalnych dłużyzn, niewywołujący mdłości romans, brak zadęcia – ogółem: całkiem przyzwoite fantasy.

Klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Yay! :)

 

3:2, więc chyba niczego nie muszę dopisywać :)

tajemnicą – jak rozumiem zamierzoną – pozostał jedynie biały kamień.

Zgadza się. Dośc wiedzieć, że to skarb Dregellana. To czym dokładnie jest i do czego służy nie jest specjalnie istotne dla tej opowieści, za to dla innej już jak najbardziej i dopiero tam zostaje to wyjaśnione. Sam pomysł napisania “władcy kniei” wziął się właśnie z chęci pokazania w jaki sposób kamień trafił w ręce nowego właściciela.

 

o do czytelności spisków – może to zależeć trochę od podejścia do tekstu, gdy ktoś koncentruje się na wyszukiwaniu błędów, to pewnie trudniej uchwycić powiązania fabularne.

Możliwe, szczególnie że trzeba mieć na uwadze informacje z początku tekstu.

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Przybyłam i faktycznie się nie zawiodłam. Początek wchodził mi opornie, brakowało czegoś, co by przykuło moją uwagę, ale im dalej w las :D tym lepiej. Bardzo satysfakcjonująca lektura. Klikam zasłużoną bibliotekę. 

brakowało czegoś, co by przykuło moją uwagę,

A co ją w końcu przykuło? :)

 

Od razu zaznaczę, że poza Iris (cyberpunk), Runvarem (parodia Conana) i Obojętnością (fanfic wiedźmiński), wszystkie moje teksty są osadzone w tym świecie co powyższy, choć skupiają się na różnych postaciach (więc tylko czasami tyczą się mieszkańców lasów i jeziora).

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

A co ją w końcu przykuło? :)

 

Twoja obietnica, że znajdę tu słowiańską mitologię :)

Czytałam na raty, początek szedł jakoś opornie, ale potem się rozkręciło (gdzieś po jednej trzeciej).

Trochę wypisywałam błędy, potem mi się znudziło. A może i zrobiło się ich mniej.

Intrygę chyba zrozumiałam, ale nie wiem, co kamień daje nowemu posiadaczowi. Tak czy siak – wycyckali jelenia.

Ciekawi bohaterowie – każdy do czegoś dąży, ich interakcje ładnie pchają fabułę do przodu.

Tak, tego Dregellan był pewien, podobnie zresztą jak i tego, że lada chwila go dopadnie.

Nie jest jasne, kto kogo dopadnie.

Czas gonił. Miał coś do zrobienia i musiał się śpieszyć.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego czas?

Przed nim, na czerwonym od posoki kamieniu spoczywało serce leżącej kilka kroków dalej łani.

Ganiali się po lesie, ganiali i są kilka kroków od łani upolowanej jakiś czas temu?

Dregellan nie sądził by rogi, zakończone kopytami, pokryte sierścią aż do połowy ud nogi, ani nawet ogon,

Też w pierwszej chwili pomyślałam, że to rogi są zakończone kopytami. Potknęłam się na tym zdaniu.

Nie była w stanie zapanować nad swymi myślami na tyle, by ukryć przed nim, to, czego i tak się domyślał.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Intrygę chyba zrozumiałam, ale nie wiem, co kamień daje nowemu posiadaczowi.

A to już zupełnie inna i dość skomplikowana historia ;)

 

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Nie jestem pewna, jak to powiedzieć delikatnie, ale temu tekstowi można wiele zarzucić. Jest kilka rzeczy, które są dobre, ale uwag, spostrzeżeń i sugestii mam dla Ciebie całą moc.

Tutaj dla wszystkich, którzy zabłądzili w sekcję komentarzy zanim skończyli czytać tekst: Komentarz zawiera SPOJLERY. Nie chcę nikomu psuć przyjemności, więc najpierw przeczytaj opowiadanie, później tutaj wróć.

_____

Pierwsza sprawa: całość jest przewidywalna. Oprócz końcówki, która w pierwszej chwili jest zaskakująca. Ale kiedy emocje opadną, wszystko jest proste i oczywiste. Jestem wrogiem wszystkiego co przewidywalne, ponieważ tekst przestaje być interesujący, a zaczyna być listą do odhaczenia:

Dregellan będzie się na kimś mścił? Check.

Sclavyn porwie/zabije rusałkę? Check.

Irasse będzie się chciała zemścić na Dregellanie i/lub zrobi coś rusałce? Check.

Vera zginie przez czyny Sclavyna? Check.

To były rzeczy, które przyszły mi do głowy W TRAKCIE czytania. Dobry tekst jest przede wszystkim nieprzewidywalny.

 

Na prostotę fabuły składa się wiele czynników. Sama w sobie jest jedynie dobudowaniem do głównego zwrotu akcji. To widać, bo kradzież kamienia jest najbardziej skomplikowaną i solidną częścią opowiadania. Z samym zwrotem akcji jest kilka błędów. Kiedy następuje wielkie odkrycie, najpierw jest takie lekkie "Kto to był?", potem jest odrobina uznania dla autora, następnie wkrada się wątpliwość: "W sumie to jest jedyna osoba, która mogłaby chcieć ukraść kamień Dregellanowi. Logiczne, ale mało zaskakujące." Sam kamień być może jest interesujący dla niektórych czytelników od strony swojego tajemniczego zastosowania, ale dla mnie to mało wciągające. Może to być niesamowity zaczarowany przedmiot, może to być ozdoba mieszkania, ulubiony przedmiot przynoszący szczęście. (Ta druga opcja jest mniej prawdopodobna ze względu na postać Dregellana, jest żądny władzy, więc nie będzie go interesować nic, co nie da mu jakiejś przewagi, jakiejś korzyści). Z resztą sam dałeś nam informację, że to nie jest zwykły kamień. Złodziej z kolei jest zaskakujący głównie dlatego, że w tekście się nie pojawia. Nic o nim nie wiemy, więc sama informacja ma wartość jump scare'a w horrorach – działa tylko przez moment.

 

Mam sugestię: przy tego typu zwrotach akcji warto myśleć o tekstach jak o odwróconym kryminale. (Z drugiej strony kryminał jest odwróconą przygodówką). Przedstawione postacie powinny być czymś w rodzaju podejrzanych o kradzież kamienia… z tym, że nie są podejrzani, bo do zbrodni jeszcze nie doszło. Każda ważniejsza postać powinna mieć jakąś korzyść z posiadania kamienia, więc mogłyby mieć motyw do kradzieży. Przykład: [nie wiem co robi kamień, albo co wszyscy myślą, że robi*, więc uznam, że w środku mieszka dżinn spełniający jedno życzenie każdej osobie] Kamień kradnie Sclavyn, dzięki życzeniu może poślubić Verę. Albo Vera, na przykład ma dość mężczyzn, którzy jej mówią, co ma robić, więc jej życzeniem jest zostanie drzewem. Matka Sclavyna chciałaby, by jej mąż istniał w tym opowiadaniu. Czytelnik nie musi o tym wiedzieć, wystarczy, że Ty o tym wiesz. Wtedy tworzysz postacie, które odzwierciedlają swoje pragnienia, a to wychodzi Ci całkiem nieźle. Wtedy wypadałoby przedstawić przyszłego sprawcę jako najsłabszego kandydata na złodzieja: jest tchórzem, naiwnym, rozpuszczonym dzieciakiem i tym podobne. Jeśli wymyślił tak genialny plan kradzieży, wiarygodne jest to, że tylko udaje dla zmyłki, że to część planu. Polecam obejrzeć The Usual Suspects Singera.

 

Ach, postacie. Dawno nie było mi aż tak obojętne, co się z nimi stanie. Zabiłeś prawie wszystkich, jednocześnie ani mi nie było szkoda, ani się nie cieszyłam. Jeśli czytelnikowi trudno się wczuć w bohaterów, współczuć im, nienawidzić ich… jedynie psują fabułę. Dobra rzecz jaka jest, tworzysz jedną charakterystyczną cechę i się jej trzymasz. Zła jest taka sama. Trzymasz się jednej cechy i jedziesz z nią przez całą długość opowiadania.

 

Sugestia? Oczywiście. Są dwie rzeczy, jakie można zrobić.

a) W trakcie historii dowiadujemy się o motywacjach bohatera, jego przeszłości, relacjach i tak dalej. Wtedy pierwsze wrażenie nie równa się ostatniemu. Idealne do krótszych form, gdzie nie ma czasu realizować drugiego punktu. Przykładem jest Eleven z serialu Stranger Things, albo na przykład Joyce Byers. (W ogóle bracia Duffer to dla mnie guru w tworzeniu postaci, może im kiedyś dorównam).

b) W trakcie historii bohater dowiaduje się czegoś, co zmienia jego spojrzenie, odkrywa jakąś szokującą prawdę, która go zmienia i tak dalej. Przykład? Steve Harrington ze wspomnianego już Stranger Things. Jego zmiana jest tak płynna, że sama w to nie wierzę. Na początku pierwszego sezonu mam nadzieję, że się gdzieś zgubi, wszyscy o nim zapomną, Nancy z nim zerwie, może nawet go coś zje. W drugim sezonie jest mi za niego przykro, cieszę się, że ma nowego przyjaciela i mam nadzieję, że nie zginie.

 

Jeszcze ważna rzecz: przy postaciach drugoplanowych warto stworzyć jakąś jedną szczególną cechę, która jest bardzo charakterystyczna, wtedy są wiarygodne. Przedstawiasz wtedy tylko pierwsze wrażenie, niech będzie zapadające w pamięć. Z tej perspektywy Dregellan, najbardziej rozbudowana postać Władcy…, byłyby świetnym bohaterem drugoplanowym.

 

Poza tym Vera jest jedynie spojlerem. Powstała tylko po to, by jej śmierć wpłynęła na Sclavyna.

 

Świat. Jestem w miejscu, którego nigdy nie widziałam. Nie mam żadnych informacji na temat tego jak wygląda: wiem za to jak wyglądają pszczoły. Taak, są ważne dla fabuły, ale zauważ, że poświęcasz im więcej miejsca niż osobom, które później zabijają. Z mojej perspektywy pszczoły zabiły tylko jedną osobę: matkę Sclavyna. Są jacyś inni mieszkańcy, którzy zginęli w tej rzezi? Nie oszczędzaj na statystach. Ktoś zbiera miód, ktoś ślęczy nad ulem, czuć zapach placka, więc ktoś coś piecze. Jeden sąsiad jest gburowaty i nigdy nie oddaje pożyczonych rzeczy, tamten dziadek wie wszystko o pszczołach i inni się go radzą w sprawie problemów, jego żona to przemiła kobieta i robi wszystkim dzieciom ciasteczka. Tamten dzieciak to syn tamtej marudnej kobiety, której mąż utopił się w jeziorze zeszłej jesieni. Ten gość to wioskowy głupek, wszyscy się z niego śmieją i ma krzywy nos. Tamta dziewczynka ma chyba uczulenie na ukąszenia, bo ledwo ją druid odratował, kiedy w zeszłym roku coś ją użarło. To oni zginęli, kiedy zaatakowały pszczoły. Nie były to białe plamy w kształcie ludzi.

O pszczołach nie trzeba dużo pisać, wiadomo, że są, skoro to wioska pszczelarzy. Sam w swoim tekście wyjaśniłeś to jasno.

 

Widzę, że wielkim problemem są opisy. Masz problem z ich używaniem, czasami unikasz jak ognia. Nie rób tego, słowo daję. To bardzo potężna broń pisarza, powinna się znajdować w jego arsenale, być często używana i konserwowana. Obojętne, czy jest lakoniczny czy kwiecisty i rozbudowany, ma coś do wniesienia. Dostarcza wiele informacji o świecie czy postaciach. Jest w stanie ukryć tajemnice. Ogólnie czyni cuda.

 

Wiem, że to trochę kulawa analogia, ale opis w ręku pisarza jest tym, czym praca kamery dla reżysera. Jeśli coś opisujesz, to tak, jakbyś robił na to zbliżenie kamerą: to oznacza, że dana rzecz będzie ważna, chcesz być pewien, że nikt jej nie przeoczy. Czasami ważne rzeczy ukrywa się pomiędzy innymi rzeczami i trzeba być trochę Sherlockiem Holmesem, by je znaleźć i wysnuć prawidłowe wnioski. Czasami nie warto wykorzystywać film w kamerze na coś, co już wszyscy wiedzą. Czas jest cenny.

 

Poza tym informuj nas jak kto wygląda, czy ma jakieś tiki nerwowe, gdzie jest Wielkie Jezioro, jaka jest pora roku, jaka jest pogoda. To buduje świat i tym samym wpuszczasz czytelników do swojej głowy, a o to właśnie chodzi. Zwróć uwagę na to, jak opisana jest Minas Tirith na początku Powrotu Króla. Solidne pół strony, jasno zaznaczone informacje. Dzięki temu czytelnicy weszli Tolkienowi do głowy. Dzięki temu opisowi Peter Jackson odtworzył to miasto w swoim filmie.

Ale tu nie chodzi o opisy na pół strony. Tutaj chodzi o dwa-trzy zdania opisu więcej niż tego co jest. I, na wszystkie smoki, ubieraj tych ludzi!

 

Z dobrych rzeczy: Tekst ma rytm. Niemal marszowy, bardzo konkretny, przyspiesza na końcu. To bardzo pomaga w czytaniu. Rytm to bardzo delikatna sprawa, bardzo na wyczucie i sama nawet nie potrafiłabym wytłumaczyć, jak go zrobić. Raz rytm przeszkadza w czytaniu, czasem go nie ma, czasem jest nieregularny, czasami taki działa, czasami nie. Więc ta część naprawdę świetnie.

Jak już wspomniałam, te postacie są zaczątkiem dobrych postaci. Proponuję je tylko trochę skomplikować.

_____

* Tzn. jeśli kamień jest zwykłym kamieniem, ale istnieje jakiś mit, że jest zaczarowany

Pierwsza sprawa: całość jest przewidywalna. Oprócz końcówki, która w pierwszej chwili jest zaskakująca.

Przewidziałaś, że rusałka jest specjalnie podstawiona, by pomóc (bezwiednie) w odebraniu kamienia Dregellanowi?

Przewidziałaś komu pomaga Ingarleen?

Przewidziałaś, jak skończą Irasse i ludzie z wiosek?

Jeśli tak to pogratulować domyślności :)

Sclavyn porwie/zabije rusałkę? Check.

Zabije? Raczej niechcący doprowadzi do jej śmierci.

Złodziej z kolei jest zaskakujący głównie dlatego, że w tekście się nie pojawia. Nic o nim nie wiemy

Przedstawione postacie powinny być czymś w rodzaju podejrzanych o kradzież kamienia… z tym, że nie są podejrzani, bo do zbrodni jeszcze nie doszło. Każda ważniejsza postać powinna mieć jakąś korzyść z posiadania kamienia,

Nie mogę zrobić czegoś takiego w sytuacji, gdy piszę prequel do powieści, który NIE MOŻE zdradzać tego, co ma zostać ujawnione znacznie później. To się tyczy zarówno samego kamienia jak i osoby złodzieja. Poza tym to nie jest kryminał pt. “kto ukradł kamień”, żeby się bawić w różnych podejrzanych.

 

Prośba – nie dawaj mi przykładów ze Stranger Things – nie widziałem serialu, więc je przeskakuję.

 

Świat. Jestem w miejscu, którego nigdy nie widziałam. Nie mam żadnych informacji na temat tego jak wygląda: wiem za to jak wyglądają pszczoły. Taak, są ważne dla fabuły, ale zauważ, że poświęcasz im więcej miejsca niż osobom, które później zabijają. Z mojej perspektywy pszczoły zabiły tylko jedną osobę: matkę Sclavyna.

I dobrze, tylko ona była tu istotna. Tak jak w drugiej wsi Vera.

 

. Są jacyś inni mieszkańcy, którzy zginęli w tej rzezi?

 

NIEISTOTNE. Byłoby to zbyteczne zaciemnianie. Gdyby cała ta fabuła była podstawą do stworzenia powieści, to owszem, to o czym mówisz na pewno by się przydało. Ale nie jest. To tylko opowiadanie, które i tak jest długie, zwyczajnie nie ma tu miejsca na budowanie charakterystyki postaci tła, które nie odgrywają tu praktycznie żadnej roli. Jest czworo postaci z własnymi motywacjami, które popychają ich do działania - Sclavyn, Irasse, Dregellan i Ingarleen, poza tym matka i Vera jako uzupełnienie dla głównego bohatera tej historii. No i rusałka, wokół której wszystko się kręci.

 

a) W trakcie historii dowiadujemy się o motywacjach bohatera, jego przeszłości, relacjach i tak dalej.

A nie dowiadujemy się nic o myśliwym?

 

Poza tym Vera jest jedynie spojlerem. Powstała tylko po to, by jej śmierć wpłynęła na Sclavyna

Vera jest czym?

Dziewczyna to jego motywacja od początku do końca, a jej śmierć to tej motywacji odebranie i swego rodzaju “kara” za decyzje podjęte z myślą o sobie i z pominięciem innych.

 

Widzę, że wielkim problemem są opisy. Masz problem z ich używaniem, czasami unikasz jak ognia.

Ponieważ wielokrotnie mi wskazywano że mam w tekście pełno niepotrzebnych opisów (a we wcześniejszych tekstach miewałem ich naprawdę dużo. Już chyba o tym wspominałem. Prawie wszyscy marudzili że za dużo opisuję i niczego nie zostawiam wyobraźni czytelnika. No więc teraz zostawiam, wszystkim nie dogodzisz.

 

W każdym razie komentarz całkiem interesujący, możliwe, że z tymi opisami popadłem z jednej skrajności w drugą.

 No i ciekaw jestem jakbyś przewidywała rozwój sytuacji w niektórych z tekstów, które nie są aktualnie ogólnodostępne ;)

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Z początku odniosłem wrażenie, że wiele deux ex machina. Ale po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że może Autor świadomie wprowadza tych obcych, którzy akurat mają chętkę na rusałkę w nierusałkowej okolicy. I okazało się, że Autor wie, co robi. Może tylko z jednym wyjątkiem.

Na twoim miejscu przemyślałbym motywy łowcy i jego biedę. Może byłoby dobrze tę nędzę umotywować działaniem zleceniodawców, którzy do niej doprowadzili. Wtedy całkowicie panowaliby nad losem nieszczęśnika i byłoby bardziej dramatycznie. Oczywiście musiałbyś w takim razie zrobić to subtelnie.

Bo w związku z powyższym, widzisz, nie przekonuje mnie nędza bartników. Czemu oni tacy biedni? W fantasy co prawda można Autorowi tworzyć światy o dowolnej logice, ale w naszym bartników dotyczyło specjalne prawo, to nie była typowa ludność włościańska, może warto do tego nawiązać? Tym bardziej, że taki powróz dla bartnika miał niebagatelne znaczenie, wtedy miałbyś tę końcową scenę z powrozem bardziej wieloznaczną. Dla jego pobratymców był czymś ważnym w pracy, do życia ogólnie, jemu przynosi śmierć. Jednak nie wszyscy odbiorcy o tym wiedzą, zatem musiałbyś wprowadzić jakąś scenę z takim rozumieniem powroza wcześniej. No i ten powróz warto byłoby przedstawić, wiemy, że on zabije, niech więc wyda się ładny, uwodzący, masz wtedy kontrast, straszny, ale robiący wrażenie.

Jak to zrobić praktycznie? Niech chociażby on swoim powie, że nie jest bartnikiem, bo oni biedni, a on nie chce zostać nędzarzem do końca życia. Niech wtedy wypłynie, że kiedyś tacy nędzni nie byli, po prostu nagłe nieszczęścia na nich spadły? Może obcy od dawna planowali swoją intrygę wobec Pana Lasu? Tworzyli grunt, łowca tego wynikiem.

Podobnie do sceny z powrozem zrobiłbym z tą, kiedy łowca odnajduje martwą ukochaną. Wiemy, że ona tam leży, więc przedstaw co innego, najpierw jej chodaki równo stojące, złożone odzienie, pokaż sznur bursztynów, bo to chyba bursztyny dostała od ukochanego (dobrze nie pamiętam, czytałem na raty, długi tekst). Na koniec krótki rzut na nią samą, to zrobi wrażenie. Zestaw estetykę otoczenia z tym, że ona martwa.

Z podarkiem, niech matka nie daje go tak łatwo, przez to lepiej pokażesz, że to nie byle co, nie będzie musiała wtedy tyle mówić o znaczeniu tej ozdoby. Niech się zawaha, syn wcześniej może coś wspomnieć.

Rusałkę dobrze byłoby uczynić bardziej niewinną. Pokaż ją tak, jak dorastającą panienkę, która oczekuje od życia dobrych rzeczy, jest naiwna, świat dla niej to nowość, a tu zostaje oddana obcemu. Takie mocniejsze zarysowanie jej niewinności sprawi, że czytelnik zaciśnie zęby, kiedy młody łowca podejmie się nią wydać obcym. Czytelnik będzie syczał: nie oddawaj tego dziecka, a jak będzie syczał, to masz bardzo mocną scenę. Bo tutaj masz niesamowicie wyrazisty węzeł tragiczny, kiedy on dla własnego dobra, niszczy cudze.

Jak to zrobić? Chociażby przez jakąś zwykłą czynność, jaką ona wykonuje przed kąpielą, czy czymkolwiek innym. I niech ona powie, że tak robiła w domu pośród sióstr, do których tęskni, niech przy tym uroni łzę, którą ukryje, tak by to nie było pewne, czy to łza, czy złudzenie. Takie obrazki porażają.

Przemyślałbym też nieco subtelniejszą stylizację. Ona bardzo mocna, chyba byłoby zręczniej zamiast archaizmów pójść w stronę mowy potocznej, stosowanej wciąż przez starszych ludzi na wsi, wypadłoby naturalniej, bo tu czasem masz zestawienia stylizacji mocnej obok chociażby takiego oficera. Wolałbym żebyś go nazwał dowódcą albo dziesiętnikiem lub zbrojnym, czy naczelnikiem. Ten oficer kole w oczy. Podobnych zestawień znalazłoby się kilka.

Koźlonóżka, kozionóżka, czy jak ją tam zwać, dobrze by jakoś fizycznie ukazała odrzucenie, które doznaje od dotychczasowego pana. Nie wiem, wymioty, ból brzucha, nagłe ociemnienie, coś przekonującego i materialnego. Taki ból lepiej się sprawdza niż same myśli. Co prawda ona jako nieludź może być wytrzymalsza, ale piszesz dla ludzi, oni innych wyobrażają sobie na swoje podobieństwo, daj im taki obrazek, niech zobaczą ból odrzucenia.

A tak ogólnie to mi się podobało. Intryga porządna, postacie zróżnicowane, ciekawe bestiarium, choć tu i ówdzie coś bym dołożył, napisałem w jakim duchu.

Aha, czy imię Sclavyn Ci podpasowało, bo brzmi ładnie? Czy też do czegoś nawiązujesz, bo chodzi mi po głowie pewna interpretacja.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Ciekawy komentarz, takie sie czyta z przyjemnością :)

 

Imię nie nawiązuje do niczego poza nickiem stosowanym w necie przez jednego znajomego z czasów eRPeGowych do których często w swojej twórczości się odnoszę.

 

Na twoim miejscu przemyślałbym motywy łowcy i jego biedę. Może byłoby dobrze tę nędzę umotywować działaniem zleceniodawców, którzy do niej doprowadzili. Wtedy całkowicie panowaliby nad losem nieszczęśnika i byłoby bardziej dramatycznie.

Tak naprawdę to cała intryga nie sięga swymi korzeniami zbyt daleko w przeszłość, więc niekoniecznie mi pasuje, żeby nagle miała sie okazać z dawna planowana (opowiadanie jest prequelem powieści – pewne rzeczy po prostu muszą pasować do tego, co napisałem wcześniej). Z drugiej strony sam pomysł jest dobry, gdyby to była powieść z miejscem na bardziej rozbudowane wątki, wtedy jak najbardziej warto byłoby się nad czymś takim zastanowić.

Za to ta “niewinność” rusałki mogłaby być warta wprowadzenia.

 

Koźlonóżka, kozionóżka, czy jak ją tam zwać, dobrze by jakoś fizycznie ukazała odrzucenie, które doznaje od dotychczasowego pana. Nie wiem, wymioty, ból brzucha, nagłe ociemnienie, coś przekonującego i materialnego.

Wyglądałaby wtedy na słabą, a miała w tym względzie różnić się od bezradnej rusałki.

 

Wiemy, że ona tam leży, więc przedstaw co innego, najpierw jej chodaki równo stojące, złożone odzienie, pokaż sznur bursztynów, bo to chyba bursztyny dostała od ukochanego (dobrze nie pamiętam, czytałem na raty, długi tekst). Na koniec krótki rzut na nią samą, to zrobi wrażenie. Zestaw estetykę otoczenia z tym, że ona martwa.

To jest całkiem niezła idea.

 

A oficera się zmieni, też mi w sumie nie bardzo pasuje.

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Sklawinowie to Słowianie.

Według znanej mi interpretacji nazwa Sklawinowie pochodzi bodajże od rdzenia klew co znaczy mniej więcej woda płynąca. Wtedy Sclavyn to prawie byłoby Słowianin, choć trochę inaczej pisany.

O to mi szło.

 

Pozdrawiam.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Sklawinowie to Słowianie.

 

No to wiem (mnyslałem, że może coś jeszcze się za tym kryje), ale powód dla którego dostał takie, a nie inne imię jest jak wyżej.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Fajne :)

„Zdumiewające. W tym zdaniu nie było ani jednego prawdziwego słowa”.

A w tym komentarzu nie było ani jednego prawdziwego zdania. Jeśli ktoś wie, jak czytać, od razu się zorientuje, że trzeba by było tytanicznej pracy, żeby ten tekst zadziałał. Tak, jak powinien i tak, jak szanowny Autor chciałby, żeby zadziałał.

 

W sumie to wszyscy moi znajomi mają rację co do mnie. Po co ja się tak denerwuje jakimś gościem, który nie rozumie czym właściwie jest to pisanie ani jak to robić. Oczywiście, wszyscy wszystko wiedzą najlepiej i nie muszą słuchać sensownych komentarzy.

Ale nie mam siły się złościć, chociaż powinnam. A złość piękności szkodzi, więc zamiast tego, będę po prostu nad Tobą płakała.

 

Przewidziałaś, że rusałka jest specjalnie podstawiona, by pomóc (bezwiednie) w odebraniu kamienia Dregellanowi?

Przewidziałaś komu pomaga Ingarleen?

Przewidziałaś, jak skończą Irasse i ludzie z wiosek?

Jeśli tak to pogratulować domyślności :)

Chyba nie powinnam tego komentować. Zacytowałeś fragment, w którym mówię, że nie przewidziałam zakończenia. Jesteś szanownym Autorem tego tekstu, napisałeś te rzeczy na samym końcu.

 

Zabije? Raczej niechcący doprowadzi do jej śmierci.

Ta fikuśna kreseczka „/” oznacza, żeby skreślić niepotrzebne. Wszystko się zgadza. Porwał? Porwał. Koniec tematu.

 

Nie mogę zrobić czegoś takiego w sytuacji, gdy piszę prequel do powieści, który NIE MOŻE zdradzać tego, co ma zostać ujawnione znacznie później. To się tyczy zarówno samego kamienia jak i osoby złodzieja. Poza tym to nie jest kryminał pt. “kto ukradł kamień”, żeby się bawić w różnych podejrzanych.

 

Prośba – nie dawaj mi przykładów ze Stranger Things – nie widziałem serialu, więc je przeskakuję.

 

Świat. Jestem w miejscu, którego nigdy nie widziałam. Nie mam żadnych informacji na temat tego jak wygląda: wiem za to jak wyglądają pszczoły. Taak, są ważne dla fabuły, ale zauważ, że poświęcasz im więcej miejsca niż osobom, które później zabijają. Z mojej perspektywy pszczoły zabiły tylko jedną osobę: matkę Sclavyna.

I dobrze, tylko ona była tu istotna. Tak jak w drugiej wsi Vera.

 

. Są jacyś inni mieszkańcy, którzy zginęli w tej rzezi?

 

NIEISTOTNE. Byłoby to zbyteczne zaciemnianie. Gdyby cała ta fabuła była podstawą do stworzenia powieści, to owszem, to o czym mówisz na pewno by się przydało. Ale nie jest. To tylko opowiadanie, które i tak jest długie, zwyczajnie nie ma tu miejsca na budowanie charakterystyki postaci tła, które nie odgrywają tu praktycznie żadnej roli. Jest czworo postaci z własnymi motywacjami, które popychają ich do działania - Sclavyn, Irasse, Dregellan i Ingarleen, poza tym matka i Vera jako uzupełnienie dla głównego bohatera tej historii. No i rusałka, wokół której wszystko się kręci.

 

„Jakież to słowo, moje dziecko, wymknęło się z zagrody twych zębów?”

 

Dziękuję. Wcześniej tylko podejrzewałam, że nie wiesz, co robisz, teraz mam na to dowód na piśmie.

Zacznijmy od tego, że to Twój problem, że nie rozumiesz nawiązań i przykładów, które Ci wskazuję. Mnie by to napawało wstydem. Powiem wprost: nie proś mnie więcej o coś takiego, bo zacznę wyciągać nawiązania z dziewątego kręgu piekła. Jeśli nie chcesz czytać tego serialu (tak, czytać), możesz sobie znaleźć streszczenie w internecie. Albo zrekonstruować fabułę z memów.

Swoją drogą, to tylko moja dobra wola, że daję Ci przykłady, z których możesz korzystać.

Druga sprawa: więc napisałeś ten tekst i nie wiesz, co jest nieistotne? Skąd w ogóle przyszło Ci na myśl, żeby porzucić w całości kreowanie świata?

Nie, na serio, kto Ci zasugerował, że to niepotrzebne? Wysłałabym takiego kogoś do podstawówki, na lekcję plastyki. Albo wysłałabym wehikułem czasu, żeby przekonał do tego Hieronima Boscha. I Homera, Wergiliusza, Michała Anioła… nie, nie będę wymieniać. Dosłownie każdego pisarza, malarza i artystę każdej dziedziny żyjącego na przestrzeni wieków, którzy coś wnieśli w naszą kulturę. Ciekawa jestem kto by kogo przekonał.

To, co jest nieistotne, to Vera i matka myśliwego. Albo czytałam inny tekst niż ty napisałeś. Motywacje mógłbyś wywołać na tysiące innych sposobów, a wybrałeś najnudniejszy i najbardziej przewidywalny z nich.

A, jakbyś nie zauważył, to JEST heist movie, tylko z perspektywy obrabowanego (z marnym miłosnym wątkiem pobocznym). Próbowałeś napisać heist movie, ale ponieważ nie byłeś tego świadomy, w ogóle ci to nie wyszło. Bo tytułowy bohater jest na tyle głupi, by trzymać w jednym miejscu potencjalnego szpiega i swój największy skarb. Jeśli jego przeciwnik nie wie, że tak będzie, to to jest bardzo, bardzo ryzykowny ruch. Cały plan jest bardzo nierozsądny. A jeśli wie, to całą sytuację można by było rozwiązać dziesięć razy prostszym planem, który nie byłby spektakularny, ale bardziej logiczny. Gdybyś, szanowny Autorze, usiadł nad kartką papieru i rozważył wszystko, zauważyłbyś, że plan z logicznego punktu widzenia nie ma sensu. Bardziej logiczne byłoby chyba podstawić rusałkę, żeby potem zwerbować łosiokopytną. Nie byłoby problemu z tym czy mózg tej operacji wie, (ale nie wie) gdzie jest kamień, czy Władca Kniei jest głupi czy jednak nie. No i zniknęliby z tej historii ludzie (których i tak tam nie ma, więc nie powinno Ci być ich szkoda) i nagle znalazłoby się miejsce na kreacje świata, którego, jak twierdzisz, nie masz.

I pomijam czytanie w myślach, bo to nie jest argument.

I w ogóle, muszę Cię uświadomić, nie ma czegoś takiego jak za długie opowiadanie. Jest coś takiego jak za nudne opowiadanie. Ciekawe opowiadanie minie czytelnikom w oka mgnieniu, nawet, jeśli ma sześćdziesiąt stron. Albo siedemset.

 

A nie dowiadujemy się nic o myśliwym?

Kim był jego ojciec? Dlaczego jest myśliwym, choć mieszka w wiosce bartników? Kim jest jego matka? Jak poznał swoją ukochaną? Czy miał wcześniej jakieś dziewczyny? Może miał jakiegoś przyjaciela? Co się stało z jego ojcem? Kto nauczył go strzelania z łuku? Skąd zna druida? Co spowodowało, że zakochał się akurat w Verze? Jak długo się znają? Co sądzi o sobie samym? W co wierzy? Czy umie coś prócz biegania po lesie z łukiem? Dlaczego jest taki nudny?

(być może coś wyjaśniłeś, ale widocznie za słabo)

Wiem, że mi powiesz, że to NIEISTOTNE. Ale zdecyduj się. Czy ty w ogóle chcesz, by ktoś uwierzył, że to postać prawdziwa na warunkach świata, w którym żyje? A nawet czy ktoś podobny mógłby kiedyś żyć w naszym świecie? Ludzie są skomplikowani. Po prostu. To jedyna zasada pisania postaci.

Poza tym skup się na innych postaciach. Wszystkich postaciach. Chcesz chyba, żeby wszyscy lubili (lub lubili nienawidzieć) Twoje postacie.

Podam ci przykład. Istnieje takie studio filmowe, Laika. Robią filmy techniką poklatkową. Ponieważ ogromnie spodobał mi się ich film, „Kubo i dwie struny”, oglądnęłam kilka filmików z serii „Behind the scenes” i „making of”. Tam się dowiedziałam, że zanim ktokolwiek w ogóle zacznie przygotowywać szkice postaci, robić ich figurki, przez DWA LATA zastanawiają się kim ta postać jest właściwie. (Tak samo, jak to jak wygląda świat i czym jest, ale to przecież nieważne.)

Ale nie, tworzenie głębokich, interesujących postaci z interesującymi motywacjami i historią jest nieistotne.

 

Vera jest czym?

Dziewczyna to jego motywacja od początku do końca, a jej śmierć to tej motywacji odebranie i swego rodzaju “kara” za decyzje podjęte z myślą o sobie i z pominięciem innych.

Spojlerem. Od angielskiego spoil, czyli psuć. Tak określa się zdanie, które psuje oglądanie filmu lub czytanie książki. Takim czymś jest na przykład stwierdzenie, że Ned Stark ginie w Grze o Tron. Mówiąc o tym, Sean Bean ogólnie jest określany człowiekiem-spojlerem. Wielu granych przez niego bohaterów ginie, z małymi wyjątkami. Ludzie, widząc go na ekranie, zaczynają od razu zakładać, że jego postać zginie w którymś momencie filmu.

Dzięki Verze wiedziałam dokładnie, dokąd zmierza historia bohatera. Tak, tak, wiem dlaczego ją umieściłeś, tak głupia jeszcze nie jestem. Tylko, że ta twoja motywacja sprawdza się tragicznie. Jeśli ktoś ukradłby głównemu bohaterowi gadającego buta i zarządał okupu, cała historia potoczyła by się identycznie, tylko nie byłoby prawie żadnej nudnej i niepotrzebnej postaci. (Gadający but to nawiązanie do jednej z moich ukochanych historii, tak by the way)

 

Ponieważ wielokrotnie mi wskazywano że mam w tekście pełno niepotrzebnych opisów (a we wcześniejszych tekstach miewałem ich naprawdę dużo. Już chyba o tym wspominałem. Prawie wszyscy marudzili że za dużo opisuję i niczego nie zostawiam wyobraźni czytelnika. No więc teraz zostawiam, wszystkim nie dogodzisz.

HELENO TROJAŃSKA, ZA JAKIE GRZECHY!

Przez niezliczoną ilość godzin, jakie spędziłam na pisaniu, czytaniu, analizowaniu, słuchaniu i innych tym podobnych czynnościach, nauczyłam się, że opis to jedno z najważniejszych narzędzi, jakie pisarz posiada w swoim arsenale. Nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Tak samo, jak mnie nikt nie przekona, że opisy są błe, tak ja Ciebie nie przekonam, że opisy są cacy. Tego się trzeba nauczyć.

Natomiast życzę powodzenia każdemu, kto potrafi sobie wyobrazić w tym bajzlu co właściwie widziałeś oczyma wyobraźni. Nie, żebym nie dała rady sobie niczego wyobrazić. Posiłkowałam się starym serialem, „Robin z Sherwood”, tym z muzyką zespołu Clannad. W mojej pamięci wyświetlały mi się całe sceny z serialu, jedna za drugą.

Nie przekonałeś mnie w żaden sposób, że to słowiańska opowieść. Meh. Robin Hood nie był słowianinem.

Jasne, jest tu pełno miejsca na wyobraźnię. Ja na przykład odkryłam, że cała historia dzieje się na trzech latających wyspach (Na największej jest las i jezioro, na dwóch mniejszych dwie wioski). Nad nimi tylko niebo, pod nimi tylko odchłań. To by wyjaśniało, dlaczego niczego tutaj nie ma.

Także masz rację, miejsca na wyobraźnię jest sporo, mało jest za to Twojego wyobrażenia.

Najlepsza rada, jaką mogę Ci powiedzieć tutaj, to pisz po swojemu. Pisz takie opisy, jakie Ci się podobają, byle oddawały TWÓJ świat jak najlepiej. To Twoja opowieść, nie Twoich czytelników. Im się nie podoba, że budujesz świat, znajdź kogoś, komu się to podoba.

 

 No i ciekaw jestem jakbyś przewidywała rozwój sytuacji w niektórych z tekstów, które nie są aktualnie ogólnodostępne ;)

Zależy jak są napisane. Być może udało Ci się stworzyć interesujący świat pełen intrygujących postaci, z porywającą fabułą.

Oczywiście, wszyscy wszystko wiedzą najlepiej i nie muszą słuchać sensownych komentarzy.

Wiesz z kim na czele? :)

Chyba nie powinnam tego komentować. Zacytowałeś fragment, w którym mówię, że nie przewidziałam zakończenia.

No to jeśli zakończenie nie jest przewidywalne, to reszta może sobie być. Nie mam z tym problemu w takiej sytuacji.

Dziękuję. Wcześniej tylko podejrzewałam, że nie wiesz, co robisz, teraz mam na to dowód na piśmie.

Jak miło.

 

Zacznijmy od tego, że to Twój problem, że nie rozumiesz nawiązań i przykładów, które Ci wskazuję. Mnie by to napawało wstydem.

Jest gdzieś zapisane, że mam obowiązek znać i oglądać twoje ulubione seriale?

 

Druga sprawa: więc napisałeś ten tekst i nie wiesz, co jest nieistotne? Skąd w ogóle przyszło Ci na myśl, żeby porzucić w całości kreowanie świata?

Ależ doskonale wiem co jest istotne/nieistotne w moim tekście, na to, że zdaniem JEDNEGO z całej grupy czytelników istotne jest co innego nic nie poradzę.

 

Motywacje mógłbyś wywołać na tysiące innych sposobów, a wybrałeś najnudniejszy i najbardziej przewidywalny z nich.

Jedziesz z tym tysiącem. Chętnie poczytam :)

 

tylko z perspektywy obrabowanego

O ile pamiętam tekst jest jednak w większość z perspektywy kogoś innego.

 

Bo tytułowy bohater jest na tyle głupi, by trzymać w jednym miejscu potencjalnego szpiega i swój największy skarb.

Z tekstu jasno wynika, że Dregellan czyta w myślach. Wystrachana rusałka, którą sprawdził w ten sposób nijak nie wygląda na szpiega. Ma nawet 100% pewności, że ona o byciu szpiegiem nawet nie pomyślała.

Jeśli jego przeciwnik nie wie, że tak będzie, to to jest bardzo, bardzo ryzykowny ruch.

Jego przeciwnik (nawiasem mówiąc – sprytniejszy), wie, że Dregellan szpiega by od razu wyczuł, dlatego nie podsuwa mu szpiega.

 

Cały plan jest bardzo nierozsądny.

Explain.

 

Bardziej logiczne byłoby chyba podstawić rusałkę, żeby potem zwerbować łosiokopytną.

Przedstawisz jak to widzisz?

 

Nie byłoby problemu z tym czy mózg tej operacji wie, (ale nie wie) gdzie jest kamień, czy Władca Kniei jest głupi czy jednak nie. No i zniknęliby z tej historii ludzie (których i tak tam nie ma, więc nie powinno Ci być ich szkoda) i nagle znalazłoby się miejsce na kreacje świata, którego, jak twierdzisz, nie masz.

Miejsce na kreację świata miałem w powieści. Całe to opowiadanie to jeden z jej prologów, dostarcza informacji o tym, co ISTOTNE dla całości.  Nie bez powodu tytułowym bohaterem jest Dregellan i to jego sprawy są tu ważne. Nie zgłębiam postaci Sclavyna, bo tak naprawdę nie o niego w tej historii chodzi.

 

I pomijam czytanie w myślach, bo to nie jest argument.

Oczywiście że jest. I to decydujący.

I w ogóle, muszę Cię uświadomić, nie ma czegoś takiego jak za długie opowiadanie.

Dziesiątki ludzi na tym portalu się z tobą nie zgodzi (w tym i ci, którzy tekstu w ogóle nie przeczytają ze względu na zbyt dużą ilość znaków). Jestem jednym z nich.

 

Kim był jego ojciec? Dlaczego jest myśliwym, choć mieszka w wiosce bartników? Kim jest jego matka? Jak poznał swoją ukochaną? Czy miał wcześniej jakieś dziewczyny?

NIE-IS-TO-TNE.

 

To nie jest powieść. Motywacje bohatera są proste i zrozumiałe, nikt do tej pory nie miał z nimi problemów. Inna sprawa, że gdybym nawet miał się rozpisywać o kimś bardziej to pewnie rozpisałbym się o innych postaciach istotniejszych z punktu widzenia powieści, nie o myśliwym.

 

Nie przekonałeś mnie w żaden sposób, że to słowiańska opowieść.\

Twierdziłem gdziekolwiek, że jest? Ma kilka elementów, ale gdyby to miało być słowiańskie, dałbym postaciom zupełnie inne imiona. To opowiadanie jest częścią świata, w którym natłukłem do tej pory jakieś 4 mln znaków i który nie jest światem Słowian.

btw, Robin z Sherwood to moja druga główna inspiracja w pisaniu.

 

Zależy jak są napisane. Być może udało Ci się stworzyć interesujący świat pełen intrygujących postaci, z porywającą fabułą.

Możesz sprawdzić :) Ciekawe czego się uczepisz :)

 

Tutaj masz jeden podstawowy problem, który da się streścić w zdaniu – “nie piszę po twojemu” :)

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Trochę zeszło, zanim się za to zabrałem.

Bardzo ciekawy pomysł, kupuję całą historię. No, może oprócz pewnej naiwności Sclavyna, która do niego nie pasuje. To znaczy do bohatera, którego stworzyłeś, z jednej strony jest bardzo rozgarnięty, inteligentny, z drugiej tak łatwo poświęca czyjeś życie. Dosyć łatwo poświęcił rusałkę, przez to jego postać jest trochę niewiarygodna, ale to Twoja wina. :) Wolałbym, żebyś bardziej dopracował tekst i jego wybór był bardziej wyborem z emocji na przykład. Dużych emocji, które wiadomo, pozbawiają nas logicznego myślenia.

Jednak całościowo podobało mi się, pewnie jako wydawca naciskałbym Cię na powyższą zmianę, ale reszta bardzo fajna. I druid i mała wioska i oczywiście Dregellan. Bardzo charyzmatyczna postać, wyszedł Ci, nie ma co. :) Cały świat robi wrażenie.

Podsumowując, zbudowałeś świat na całkiem ciekawą powieść. Na pewno byłaby to zajmująca lektura. Gratuluję dobrego opowiadania!

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka