Profil użytkownika

DJ/producent, historyk-amator, typowy humanista. Raczej czytam niż piszę. A jak nie czytam, to rysuję, oglądam filmy albo uzupełniam kolekcję miniaturek.

#teamfantasy. Chociaż jakbym miał wskazać ulubionych autorów, to Lovecraft i Gibson.


komentarze: 1570, w dziale opowiadań: 1054, opowiadania: 621

Ostatnie sto komentarzy

Cześć!

Ujęła mnie sowa jako wierzchowiec. <3

Myślę, że teraz, w świetle meteorologicznych zawirowań, jakie towarzyszyły nam w te wakacje, trudno się powstrzymać od politycznej interpretacji tekstu (wołanie ekologów na puszczy). Ale skoro twierdzisz, że nie miałeś takiego zamiaru, OK.

Ja akurat lubię ekspozycję w stylu: ,,Masz tu, czytelniku, trzydzieści nazw własnych; teraz na ich podstawie domyśl się, o co tu chodzi”, więc nie przeszkadzał mi brak wytłumaczenia, kim są Ziemni. Bardziej mnie drażniło przeciągnięte ukrywanie przeszłości Mardena – cały czas jest tylko, że zrobił coś strasznego. No ale tak niewyobrażalnie strasznego, że nawet narrator wzdraga się o tym mówić. Czekamy zatem w napięciu, aż ta zasłona opadnie… a ona dalej tkwi w miejscu. Po co wspominać o tajemnicy, która nigdy nie wyjdzie na jaw?

Właściwie pomyślałem sobie, że pewnie chodzi o zniszczenie tej wioski, ale jeśli to prawda, to jakoś tak… beznamiętnie wyszło. Może właśnie dlatego, że mieszkańcy miasta nie wiedzą, kim jest Marden, więc jego rozterki pływają sobie gdzieś tam w tle, a ich wpływ na akcję pozostaje nikły.

Big Room Never Dies

kanclerz Donald von Werhmacht

XDDD

Teksty polityczne – nie lubię, generalnie, ale pewne praktyki trzeba napiętnować, więc brawo. Pozdrawiam z północnego centrum. :P

Jedno mnie zastanawia – tekst jest z kluczem, ale jednak osadzony w zmyślonej krainie. Jeśli się mu lepiej przyjrzeć, to nie wiadomo, gdzie ,,powinny” leżeć takie Góry Czarobiesy. Może faktycznie pod stolicą? :)

Big Room Never Dies

Kto się zna na hinduizmie? :P

Mam dwa pytania. Jest sobie hinduski kapłan – a) jak powinno się do niego zwracać (,,ojcze”?); b) czy będzie strasznym faux-pas, jeśli niezbyt religijna postać ,,z zewnątrz” będzie z nim na ,,pan”?

Big Room Never Dies

Bardjaskier, no… Nie powiem, ciekawe to było. Na pewno zapamiętam na dłużej. :P

Holly, znam, właśnie dzięki Padre, bo zagrał ten kawałek wtedy w Chorzowie, chyba nawet we własnym remiksie. :D

Big Room Never Dies

Podbijam z okazji muzycznego konkursu. :)

W czerwcu wybrałem się do Chorzowa na festiwal muzyczny – docelowo na Vini Vici, ale przed nimi grał niejaki Padre Guilherme. Być może o nim słyszeliście (filmy z tego występu, na którym ja byłem, krążyły w sieci dość intensywnie przez kilka kolejnych dni; pod linkiem najnowszy set, z tegorocznego Untold) – jest to portugalski ksiądz, który przy okazji jest DJ-em. Ja osobiście polazłem z ciekawości, bo o, ksiądz za konsolą, jakaś ciekawostka. I wiecie co? Autentycznie dawno się tak dobrze nie bawiłem na koncercie. :D

 

A skoro już przywołałem Vini Vici (tu na zdjęciu z Mr. Blackiem), to dorzucam ,,Great Spirit”, bo to zawsze warto puścić. ;)

Big Room Never Dies

Drugie podejście.

Jestem zblazowanym synem amerykańskiego milionera. Żyje się raz, dlatego zamierzam hulać do woli!

Wywaliłbym ,,zblazowanym”, bo to wynika z kolejnego zdania. Poza tym – jeszcze jest nieoświecony, a czy normalny człowiek opisałby siebie w taki sposób? Tak mówią postacie na plakatach amiszów. :D

Ale większość „weekendowych snajperów” docierała statkami najpierw do Belgradu i stamtąd dalej w pobliże frontu.

Statkami? https://pl.wikipedia.org/wiki/Serbia#/media/Plik:Serbia_roadmap.svg

(Dygresja: gdybym dostawał eurosa za każdym razem, kiedy czytam ,,zachodni” tekst, w którym Serbia/Bośnia = WOJNA!, mógłbym co roku jeździć na Tomorrowland. Koniec dygresji.)

Spotykam w końcu mądrych nauczycieli. Nie powiedzieli mi wszystkiego od razu. – Ty albo myślisz zbyt szablonowo, schematycznie, albo niepotrzebnie komplikujesz – mówili. – Może i istnieje jakaś tam karmiczna wędrówka. Na wszelki wypadek rzeczywiście bądź w miarę honorowy i nie przesadzaj z okrucieństwem. Bo naszym zdaniem to wszystko może być wspinaczką na coraz wyższe szczeble wewnątrz gry, w której żyjemy.

Zapis dialogów – od nowego akapitu. Chociaż ja bym to zamienił całkiem na mowę zależną, bo wcześniej dialogów w tekście nie ma, więc ten akapit wybija z rytmu.

Spod kaptura widniała żółtawa, masywna czaszka Kościeja.

Pod kapturem. (Albo ,,spod kaptura wyglądała…”)

 

Poza tym (i wspomnianym wcześniej anachronizmem, który, jak widzę, został już poprawiony) nic mnie szczególnie nie raziło. Ogólnie… ciekawe to było. Zakończenie zrozumiałem w ten sposób, że bohater ostatecznie wyzwolił się z kręgu wcieleń, tylko po to, żeby odkryć, że poza kręgiem nie ma nic.

Rzeczy, które zrozumiałem trochę mniej – bohater odradza się w różnych, najwyraźniej przypadkowych momentach w czasie. Czasem kolejne wcielenia są ze sobą powiązane (snajper-turysta → dzieciak na strzelnicy → korespondent wojenny), czasem nie, a przynajmniej mi trudno dostrzec związek. Dla większości wspólnym mianownikiem jest wojna, ale nie rozumiem, dlaczego. Trudno mi powiedzieć, czy to wina samego tekstu, czy mam przed sobą łamigłówkę, której nie potrafię rozwiązać.

Big Room Never Dies

Tylko przeskanowałem, ale, na Boga:

Kielce. Rok dwa tysiące piąty. Legenda głosi, że miasto założył Mieszko Pierwszy. Zabłądził na polowaniu i przyśnili mu się zbóje. Wlewali mu do ust truciznę a wtedy uratował go Święty Wojciech. Po przebudzeniu Mieszko znalazł w pobliżu źródło czystej, leczniczej wody. Na cześć tego wydarzenia kazał wybudować osadę pośrodku puszczy.

Tymczasem ciocia Wiki:

Legenda wiąże powstanie Kielc z Mieszkiem, synem Bolesława Szczodrego. Przed ponad 900 laty w miejscu, gdzie dziś leży stolica województwa świętokrzyskiego, były nieprzebyte, pełne zwierzyny lasy, które przyciągały myśliwych. Polował tu także Mieszko. Kiedy w pogoni za zwierzyną zgubił swoich kompanów, wyjechał na nieznaną polanę i strudzony zasnął w trawie. Przyśniło mu się, że został napadnięty przez zbójców, a ci usiłują wlać mu do ust truciznę. Gdy zaczął już tracić siły, nagle objawił mu się św. Wojciech, uniósł pastorał i na ziemi nakreślił kręty szlak, który przemienił się w strumień wody. Mieszko obudził się, nieopodal ujrzał źródło. Woda w nim była smaczna, przejrzysta, taka jak we śnie. Poczuł przypływ nowych sił i szybko odnalazł swój orszak. Odjeżdżając z polany Mieszko zauważył ogromne, białe kły nieznanego zwierzęcia, być może dzika. Zapowiedział, że wybuduje tu gród z kościołem. Niedługo potem zbudowano w sercu puszczy osadę.

To byłby faktycznie wyższy poziom wtajemniczenia, gdyby Mieszkowi I (zm. 992) przyśnił się św. Wojciech (kanonizowany w 999 r.). :P

Big Room Never Dies

Twarz Theada z białej zaczęła się robić zielona, skóra pomarszczyła się i cała jego głowa wyglądała jak wyschnięta śliwka. Oczy po chwili zapadły się do środka czaszki. W końcu został z niego tylko szkielet.

Zaskakująco beznamiętny opis, jak na jedną z najbardziej upiornych rzeczy, jakie mogą się wydarzyć (widział_ś ,,Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę”?). Reakcje chłopaków też jakieś zachowawcze.

… złapał kościstego jednym szybkim ruchem – był wyjątkowo lekki. Zarzucił pod pachę i wszedł z nim do garażu.

Nie powinien się od razu rozlecieć?

 

No cóż, mam wrażenie, że wpadł ci do głowy jeden świetny motyw, ale zabrakło pomysłu, co z nim zrobić. Za chwilę muszę wyjść, więc powiem tylko tyle, że zgadzam się z przedmówcami co do całokształtu.

Big Room Never Dies

Finkla też mi pasuje, ale jednak obstawiam na OldGuard.

Raczej OldGuard, bo jest tam komentarz Finkli.

Big Room Never Dies

I oto… Cztery osiemnastki!

Nie strasz. XD

Przyznaję, że twórczość pani Brodki jest mi całkowicie obca (wiem, że istnieje ktoś taki :P). Ale teledysk przypomina mi nieco słynną czołówkę ,,Ghost in the Shell”, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. :)

Big Room Never Dies

Pomijając rzeczy oczywiste (tj. ,,Program telewizyjny” i dwa teksty wyróżnione na stronie głównej), zaryzykuję stwierdzenie, że ,,Dziadek Diament…” jest Zakapiora, ale, jak już mówiłem, w zgadywanki jestem kiepski. blush

Big Room Never Dies

Jako dziecko byłem przekonany, że księżyc nas śledzi.

Tak! Też mnie to długo zastanawiało. XD

Fajna ,,antologia” (nie rozumiem tylko, o co chodzi w ,,Zawsze pierwsi”), chociaż poszczególne teksty chwilami sprawiają wrażenie oderwanych od siebie. Jak dla mnie brakuje wyraźnej myśli przewodniej – ta wyłuszczona na samym końcu (,,Chciałbym mieszkać na świecie, w którym nie byłoby o czym opowiadać”) pasuje tylko do jednej historyjki, a w pozostałych (nie wszystkich) widzę raczej motyw ,,Dla dzieci wszystko jest czarno-białe”, ewentualnie ,,Dojrzewanie ssie”.

Big Room Never Dies

Moim zdaniem nie, chociaż ,,wyjście na zewnątrz” dla mnie implikuje opuszczenie budynku. Można wyjść z pokoju, wyjść na korytarz…

Big Room Never Dies

Jaka ładna okładka, aż chyba kupię. :)

Big Room Never Dies

Przyznam szczerze, że nawet nie wiem do czego się odnosisz.

To już pewnie moje dziwactwo. Już kilka światów/książek fantasy tak sobie zepsułem – zbyt intensywnie analizuję nazwy. Warhammerowy Altdorf to już zawsze będzie dla mnie ,,Starawieś”. ;\

Big Room Never Dies

Cóż, o ile lubię historie enigmatyczne i w pewien sposób ,,dziwne”, o tyle ta była… no, za bardzo. Im dalej w las, tym bardziej się czułem, jakby ktoś wepchnął mnie do pokoju pełnego obcych ludzi gadających po chińsku i kazał mi z nimi rozmawiać o geometrii nieeuklidesowej. Zamiast fascynującej pogoni za okruszkami tajemnicy – narastająca konfuzja.

Jeszcze na temat worldbuildingu – wydaje mi się, że w świetle tego, jak historia stopniowo odlatuje w kosmos, to zasypywanie nazwami własnymi na początku nie jest potrzebne. Chodzi mi o to, że polityka i geografia fikcyjnego świata nie ma specjalnego znaczenia, jeśli i tak za chwilę ten świat opuścisz. Trochę tak jakby Lewis przed wyekspediowaniem rodzeństwa Pevensie do Narnii opisywał przyczyny wybuchu drugiej wojny światowej.

P.S. Sprawdzaj, co oznaczają człony, z których budujesz nazwy, bo ,,Twardygród” i ,,Wilkostrokrzew” brzmią chyba zabawniej niż powinny. ;)

Big Room Never Dies

"Ed, nie pierdul młodemu głupot, bo jeszcze uwierzy".

Literówka czy tak miało być? 

No właśnie, kopnął mnie w potylica.

Rozumiem stylizację i chęć pokazania, że narrator nie zna tego słowa, ale dla mnie wyszło, jakby godoł po ślunsku. Poza tym, trochę mnie wytrąca z zawieszenia niewiary, bo skoro bohaterowie w domyśle rozmawiają po angielsku, to trudno sobie wyobrazić, co powiedział ,,w oryginale”.

… warknął jej do ucha, że ma biec po księgę.

Nie mogę się powstrzymać:

– Proszę!

– Biblia?!

– A bo ja wiem?…

(:

 

Dobra, pośmiałem się, ale tak naprawdę mi się podobało. Nie wiem, czy inspirował_ś się utworami Lovecrafta (konkretnie przyszedł mi do głowy ,,Przypadek Charlesa Dextera Warda” i w trochę mniejszym stopniu ,,Coś na progu”), ale klimat wyszedł IMO bardzo podobny. Do tego lokalny koloryt ,,południowousańskiej” prowincji, z rewolwerami, kartelem i gangiem rednecków. Po namyśle faktycznie można by było dorzucić trochę foreshadowingu, żeby końcowy zwrot nie sprawiał wrażenia wziętego skądinąd, ale dla mnie wystarczy, żeby, cytując regulatorów, udać się do klikarni.

Big Room Never Dies

Dziękuję, bardzo mi miło! :) A z tymi zakończeniami chyba faktycznie coś jest na rzeczy, bo promotorka też ostatnio zwróciła mi na to uwagę… ;\

Big Room Never Dies

Dzięki za wizytę. Po latach widzę w tym tekście sporo rzeczy, z których jestem niezadowolony, ale skoro ludziom się podoba, to chyba dobrze. :)

Na pewno zajrzę do Twoich kolejnych tekstów.

Dziękuję, bardzo mnie to zmotywowało! :D

Big Room Never Dies

jakimi posługiwał się w Sieci

,,Sieci” chyba z małej, to nie cyberpunk.

Faktycznie, fantastyka dość umowna, taka na poziomie konspiracyjnych thrillerów (mało to ludzi ,,zniknięto” IRL?), co jednak nie przeszkadza poczuć ciarek. Morał – przeczytaj umowę zanim ją podpiszesz.

Big Room Never Dies

Ale zaskoczyłeś mnie sympatią do Przyjaciół, przeważnie kobietki lubią ten serial :)

Czy ja wiem? Mój tata też lubi. :)

Big Room Never Dies

Na dobry początek przeklejam z wątku o błędach niezwykle inspirujące porównanie:

Popołudnie ciągnęło się leniwie jak sflaczała guma do żucia.

(Zoran Krušvar, ,,Wykonawcy Bożego zamysłu”, tłum. Agnieszka Żuchowska-Arent, Agencja Wydawnicza RUNA, 2009)

Książka horror/dark fantasy. Jest to zdanie otwierające rozdział, w którym bohaterowie szykują się do walki z wielką armią nieumarłych; mają kupić trochę czasu ekipie prowadzącej ewakuację Archiwów Watykańskich, a kiedy tamci się wyniosą, Amerykanie zrzucą bomby nuklearne na całą Europę, co być może powstrzyma truposzy, ale raczej nie. IMO podręcznikowy przykład, jak złym doborem słów można zabić napięcie.

Big Room Never Dies

A co do motylka… dlaczego zakładasz,(zresztą tak samo jak terapeutka) że on na pewno nie istniał w świecie przedstawionym? ;)

Hmm…

Hmmm…

Hmmmm…

No dobra, tu mnie masz. XD

Dziękuję za wyjaśnienia i pozdrawiam również. :)

Big Room Never Dies

Może chodzi o taki pęknięty balon z gumy. XD

Big Room Never Dies

Ten, w którym Ursula podszywa się pod Phoebe, żeby grać w filmach porno. ;D Aczkolwiek teraz sobie pomyślałem, że w kontekście obiadu pasowałby też ten, w którym przychodzą państwo Geller, a Monica nie może się zdobyć na odwagę, żeby im powiedzieć, że mieszka teraz z Chandlerem. Tam też różne sekrety wyszły na jaw. ;)

Big Room Never Dies

Mieliśmy kiedyś wątek o metaforach, ale nie mogę go znaleźć, więc wrzucam tu:

Popołudnie ciągnęło się leniwie jak sflaczała guma do żucia.

(Zoran Krušvar, ,,Wykonawcy Bożego zamysłu”, tłum. Agnieszka Żuchowska-Arent, Agencja Wydawnicza RUNA, 2009)

Poważny horror/dark fantasy. Może nie jest to poziom ,,nieba płaskiego jak naleśnik”, ale i tak parsknąłem śmiechem. A co wy myślicie?

Big Room Never Dies

Człowiek się tyle lat zastanawiał, kim była ta zmarła dziewica… XD

Milutkie. Spodziewałem się czegoś obrazoburczego, a tu taka sympatyczna opowiastka. :)

Big Room Never Dies

Cześć! Jeszcze się nie znamy.

Trochę głupio mi wjeżdżać z krytyką po tym, co wyczytałem w komentarzach, ale…

W tekście jest sporo motywów, których bardzo nie lubię (ten pod trzecim linkiem zirytował mnie szczególnie, bo historia, choć jak dla mnie wciąż oscarowo przesłodzona, w finale zsuwa się w odmęty sensacji rodem z tabloidu). Sam mam ASD, więc może dlatego się uniosłem, ale przyznaję, że trochę niekomfortowo się czułem, czytając o wybrykach pana Kacpra.

Poza tym, na dobrą sprawę całą historię można odczytać tak: niestabilny psychicznie mężczyzna pod wpływem swojego wymyślonego przyjaciela (bo motylka nie widzi nikt poza nim!) dokonał morderstwa. Potraktowania brzytwą Lema opowiadanie raczej by nie przeżyło…

Nie przyjmuj tego komentarza zbyt osobiście, chyba po prostu nie jestem docelowym odbiorcą. Trzymaj się i powodzenia w dalszej pracy.

Big Room Never Dies

Ten z Amy, siostrą Rachel, która ją zaprosiła na kolację do Moniki na Święto Dziękczynienia?

Zimno. Zgadujesz dalej czy powiedzieć? :)

Big Room Never Dies

Na początku odruchowo pomyślałem, że to znowu o ludziach, którzy tak uzależnili się od SI, że ta zaczęła dosłownie ,,myśleć za nich” (bo większość tekstów o tematyce sztucznej inteligencji, które tu wpadają, skupia się jednak na ludziach, nie na samej technologii), ale potem przeczytałem drugi raz, na spokojnie, i wtedy skojarzyłem, kto(?) jest bohaterem.

Big Room Never Dies

Odpadłem po dwóch ,,krzaczkach”, chyba zbyt ambitny utwór wysmażył_ś dla mnie, Anonimie. Nie lubię takich eksperymentów z językiem, ale winszuję odwagi w podejmowaniu trudnego tematu, zwłaszcza w obecnym klimacie politycznym.

Big Room Never Dies

Tiaaa, tyle że, jak mówiłem, przejechałem się na tym niesamowicie… ale oczywiście Tobie może pójść lepiej. ;)

Podejrzewam, że u mnie skończyłoby się na stosie notatek i dialogu na pół strony. XD Zresztą, od dwóch lat dłubię sobie przy własnym świecie althist/historical fantasy, ale na ten moment mam teczkę map i zeszyt z fikcyjnymi herbami. ;)

Big Room Never Dies

Z utęsknieniem czekam na tekst, w którym Zeus nie będzie %$#@. :P

Jedna rzecz mnie zastanawia – Syzyf odbywał karę w Tartarze, czyli tak jakby po śmierci. Jak mógł się tam zabić?

Big Room Never Dies

Po takiej przedmowie czytelnik spodzewa się nie wiadomo czego, a tu… Eee, znam gorsze rzeczy. ;P

Należę raczej do osób, które niezbyt bawią sprośne żarty, ale też niespecjalnie mnie one rażą – ot, po prostu się nie śmiałem. (BTW, Eva Brown? Rozumiem dowcip, ale liczyłem na coś mocniejszego.) Wizja czyśćca jako wiecznego obiadu z rodziną bardzo przekonująca. Ogólnie całość trochę mi przypomina współczesne przedstawienia teatralne (nawet sobie można wyobrazić scenę ze stolikiem pośrodku). Brakuje tylko rzucania jedzeniem. :P

Swoją drogą, przypomniałaś mi jeden z moich ulubionych odcinków ,,Przyjaciół”. XD

Big Room Never Dies

Może od razu na wstępie zaznaczę, że w wielu kwestiach zgadzam się z przedmówcą.

Pomysł na Genesis sparafrazowaną językiem SF jest ciekawy, ale skutecznie pogrzebało go wykonanie i chyba brak jasnej wizji. Bo w tej chwili te wszystkie ,,naukowe” ozdobniki wydają mi się pełnić rolę wyłącznie… cóż, ozdobników (tzn. nic by się nie zmieniło, gdyby zastąpić je czymś jednoznacznie nadprzyrodzonym). Stylizacja na tekst biblijny niekonsekwentna (wkrada się do ,,normalnych” fragmentów, a w stylizowanych są takie cuda jak ,,machinalnie”), podobnie struktura kuleje – nie wiem, czy całości nie zrobiłoby lepiej, gdyby akapity mające robić za ustępy z ksiąg wyróżnić jakoś graficznie, choćby kursywą.

Osobiście raziło mnie też mieszanie kontekstów kulturowych (co ma Babel do Ikara?), bo świat wydał mi się przez to niespójny i mało wiarygodny. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy to nie są czasy po jakiejś apokalipsie, kiedy ludzie skonstruowali sobie religię ze strzępków wszystkiego, co mogli znaleźć, ale jeśli tak, to chybotliwej wieży wyrasta jeszcze jedno pięterko ciągnące ją ku dołowi.

Za to w pamięć najbardziej zapadła mi ,,treść zapisana w wiecznym, zielononiebieskim ciekłym krysztale”, bo przez nadmiar określników skojarzyła mi się z proroctwami z ,,Żywotu Briana” (,,… i dużym, soczystym melonem z tyłu”).

ile napisanych już opowiadań fantastycznych bierze dokładny tekst biblijnej księgi, nie starając się w żaden sposób go zmienić, a jednak nakreślić czytelnikowi zupełnie przeciwstawny ideowo i emocjonalnie kontekst (źli i niemiłosierni Twórcy, którzy gardzą swym stworzeniem zamiast je kochać)? Z jednej strony jest obrazoburczo i bluźnierczo (cytując RDZ, a przy tym obracając do góry nogami jej wydźwięk), z drugiej jest retelling czysto fantastyczno-naukowy (stworzenie nie przez wszechmogącą istotę, a po prostu potężną cywilizację o ogromnych możliwościach technologicznych) z lekko pozytywnym przesłaniem końcowym (”żyj najlepiej jak umiesz, nie daj się strachowi, zabobonom i tym, którzy mają cię gdzieś”)

Dużo. :) 

Big Room Never Dies

Wybacz, że tak późno, ale byłem chory i nie miałem siły pisać komentarza.

Aequis po Ciemnej Stronie Mocy zaczyna mi przypominać księcia Arthasa. :) Całość tym razem jakoś mnie nie porwała, myślę o niej jako odpowiedniku tych scen z filmowego ,,Władcy Pierścieni”, w których podglądamy, co porabia Saruman. Rozumię sens ich umieszczenia, ale chciałbym jednak wiedzieć, co słychać u ,,tych dobrych”.

Big Room Never Dies

No. Czyli moja druga interpretacja była właściwa. :P

Big Room Never Dies

Ale jednak głupie zachowanie bohatera nie odbiera mu autentyczności, w mojej opinii nawet go często dodaje. Staram się tworzyć bohaterów żywych, popełniających też błędy. Czy to wychodzi, to inna sprawa, ale jednak nie przepadam za tekstami, gdzie bohater zawsze zachowa się logicznie, bo tak życie nie wygląda.

Tym się literatura różni od życia – oczekujemy (my, SNDWLKR), że będzie logiczna. ;)

Podejrzewam, że historia po prostu opowiada o rzeczach, które są mi, chwała Yog-Sothothowi, raczej odległe. Może gdybym wiedział, jak to wygląda, miałbym mniej wątpliwości (pytanie, czy chcę wiedzieć).

Big Room Never Dies

Vaterland… Nie. Zapamiętam.

Odpowiadając gifowi na pytanie – nie do końca rozumiem, dlaczego ludzi pociągają wizje, w których najbardziej zbrodniczy i kreskówkowo zuy reżim w historii nie został pokonany i dalej hasa sobie bezkarnie. Rozumiem wszystko, co mogłoby się znaleźć na jego miejscu – Rzymian, Mongołów, ruskich – ale tego nie.

P.S.

Ogólnie to jakoś w styczniu pisałem opowiadanie opierające się na pomyśle “Traktat z Tordesillas wszedł w życie, a Hiszpania i Portugalia rzeczywiście mają świat po połowie”, ale kompletnie się na tym przejechałem i teraz leży sobie na dysku, a do drugiego podejścia do historii alternatywnej wybrałem najczęstszy motyw.

O, widzisz, to jest IMO bardziej interesujące!

Big Room Never Dies

O pomyśle na świat już się wypowiadałem i nadal nie do końca mnie on przekonuje. Postanowiłem jednak myśleć o utworach z tego cyklu jak o horrorach – jeśli horror jest straszny, to jego założenia nie są istotne. A pomysł ze stalkerem zabierającym twarz straszny jest, bez wątpienia.

Końcowy zwrot akcji z początku sprawił, że pacnąłem się w czoło – Adam to Marek, a Nadia bez zastanowienia jedzie na jakieś zakuprze, prosto w paszczę lwa, zamiast pójść na policję. Potem do mnie dotarło, że problem leży gdzie indziej. Kwestię Adama/Marka zainspirowały, jeśli dobrze zrozumiałem z jednego z komentarzy, faktyczne sylwetki klienteli, ahem, domu uciech wirtualnych. Policja z kolei odpada, bo w futurystycznej dystopii przypadkowa dziewoja w prawnej konfrontacji nie ma szans z bogatym biznesmenem. Reasumując, wydaje mi się, że historia potrzebuje trochę ,,zewnętrznego”, kulturowego kontekstu, żeby ją zrozumieć. Pytanie, czy to dobrze.

Pokusiłem się o jeszcze jedną interpretację, w kluczu, że tak powiem, parabolicznym. Jeśli uznać sprzedawanie twarzy za metaforę dowolnego systemu r***ającego wszystkich po równo, to Marek i Lena jawią się w interesującym świetle. Z początkowej retrospekcji wynika, że ich małżeństwo było udane, dopóki on nie postanowił zmienić twarzy po raz pierwszy – ergo, zgodził się grać zgodnie z regułami systemu. Zmienił się w tyrana, czyli można uznać, że system go skorumpował i wywlókł na wierzch jego najgorsze cechy. A pod koniec Lena ma dość przemocy i upokorzeń, zabija męża, przejmuje jego majątek i planuje zrobić jakiemuś prolkowi to samo, co Marek zrobił jej. Pętla się zamyka.

Możliwe, że przy głębszym zbadaniu ta teoria się rozlezie, ale tak łatwiej mi wytłumaczyć przemianę Marka i Leny.

Big Room Never Dies

Mi się bardziej skojarzyło z Nietzschem (niczym, he he) – przynajmniej sposób, w jaki bohater odrzuca bogów. Trudno powiedzieć coś więcej, ale skoro praca nad rozwinięciem w toku, czekam.

Big Room Never Dies

Rzesza wygrała WW2 – nie przepadam za tym motywem, a wciąż trwającą fascynację nim uważam za cokolwiek niepokojącą (nie żebym ci cokolwiek zarzucał, Boże broń). Przeczytałem głównie z ciekawości, co jeszcze można wycisnąć z takiej kliszy, i przyznaję, że chyba jak dotąd nie spotkałem się z przedstawieniem dalszych (alternatywnych) losów historycznych postaci w beletrystyce (w publicystyce – już tak). Prawdopodobieństwa przedstawionych wydarzeń nie jestem w stanie ocenić, bo druga wojna to nie jest epoka, którą się szczególnie interesuję (poza tym, że ten najbardziej sensacyjny scenariusz ogólnie wydaje mi się mało prawdopodobny, bo sporo czynników musiałoby się zgrać na korzyść A. H.).

Ale fakt, że udało się zbudować Volkshalle, to chyba najbardziej fantastyczny element. ;)

Big Room Never Dies

Uuu, sonet. Na temat jakości się nie wypowiem, bo się nie znam, ale szanuję próbę. Przesłanie nie wiem czy dobrze zrozumiałem, więc zaczekam na innych.

Big Room Never Dies

Ale co? Ten opis jest z książki.

Gramatycznie nie gra:

Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego świętego Marka

Dwie granitowe kolumny przedstawiały świętego Teodora (?) na jednym nie-wiadomo-czym, a na drugim nie-wiadomo-czym te same dwie kolumny przedstawiały lwa? O co tu miało chodzić? Czy to moja ślepota się pogłębia? cool

A to określenie też jest z książki, więc zarzut do pana Anthony’ego Bale’a

Ale skoro to współczesny badacz, to raczej wiadomo, że używa współczesnej terminologii. To tak jakby neandertalczycy nazywali sami siebie neandertalczykami.

Dziękuję Ci bardzo, to wysoka ocena jak na tak mało popularny tekst :) Cieszę się niezmiernie, również z obserwacji, że tekst jest autentyczny. Szczególnie w tych czasach to ogromny komplement.

heart

Big Room Never Dies

w fotelu akceleracyjnym

:D

W sumie patrząc na te próbki, dochodzę do wniosku, że twory SI (nie lubię określenia ,,AI”, wybaczcie) trudno odróżnić od pospolitego grafomaństwa. Z drugiej strony, jak głosi internetowa mądrość, skoro 90% wszystkich treści publikowanych w sieci to g*wno, nie dziwota, że algorytm zasysający arcydzieła pokroju ,,My firts vampire romans by Madzia z IIIb” wypluwa takie potworki.

Big Room Never Dies

Doprecyzuj proszę, bo na wielu wykresach jest już podział na fantasy, SF i horror.

Nevermind. Coś się musiało nie wczytać. cool

Najbardziej mnie zaskoczyło, że fantasy przoduje (czasem nieznacznie, ale jednak) w kwestii wyróżnień. Natomiast statystyki dot. złotych piórek zdają się potwierdzać moją tezę, że papierowy NF preferuje science fiction.

z jakiego festiwalu wracasz?

Silesia Beats. Kupiłem sobie wejściówkę na dwa dni i to był błąd, bo po pierwszym już mi się nie chce. Tak że obejrzałem support i wróciłem. :P

Big Room Never Dies

Trudno nazwać to ,,miłym” zaskoczeniem (helou, bohater, ginie!), ale rozumiem, co masz na myśli. ;) (Jak szedł ten cytat z ,,Django”? ,,Miałeś moje zainteresowanie, teraz masz moją uwagę”.) Jak już mówiłem, nie wiem, w jaką stronę zamierzasz poprowadzić tę opowieść, ale nagle przypomniało mi się ,,Arcane” – pierwsze dwa odcinki obejrzałem z myślą ,,No dobra, zobaczmy, co z tego będzie”. Przy trzecim szczęka mi opadła i została w tej pozycji do końca sezonu. Nie chcę zabrzmieć jak juror z talent show, ale mam nadzieję, że w twoim przypadku będzie podobnie. ;) I wybacz, że nazwałem pierwszą część ,,sztampową” – zwracam honor.

W tej części w zasadzie nie widzę niczego, do czego mógłbym się jakoś bardzo przyczepić, chociaż osobiście drażni mnie używanie bardzo współczesnego języka w literaturze fantasy (,,zniwelować”, ,,komórki”, w poprzedniej części było ,,pole minowe”). Ja wiem, że to nie jest ,,prawdziwe” średniowiecze, ale zżymałem się na to przy Wiedźminie, zżymam się przy polskiej wersji ,,Berserka” i teraz, dla zasady, również będę się zżymać. :P Zwykle staram się nie ingerować za bardzo w styl autora, ale to – do przemyślenia.

Big Room Never Dies

Powracam, zgodnie z zapowiedzią.

Wydaje mi się, że większość zarzutów, które miałem wobec tego tekstu, została już wyżej omówiona. Od siebie dorzucę ogólnie, że wydaje mi się za bardzo uwspółcześniony. Nie wiem czy w średniowieczu/renesansie dwóch gejów pisałoby do siebie tak otwarcie o swoich uczuciach. Wtedy sodomia była ścigana prawnie – a gdyby ten list dostał się w niepowołane ręce?

Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego świętego Marka.

Coś tu nie gra.

fasadzie w stylu bizantyjskim

Określenie ,,bizantyjski” wylansowali zachodni historycy na przełomie XVI i XVII w., bo mieli ból zadka, że Wschodnie Cesarstwo Rzymskie istniało znacznie dłużej niż Zachodnie. Wcześniej nazywali ich po prostu ,,Grekami”, więc dałbym ,,grecki”.

Blemmjowie, ludzie bez głów, mający oczy i usta na klatce piersiowej. Według angielskich podróżników i pisarzy – kanibale.

Akurat Blemmjowie byli znani już w starożytności, więc możesz zamienić Anglików na Greków/Rzymian i nie będą się tak rzucać w oczy. :P

Dobra, już się nie pastwię. Dobre to było, pomijając wszystkie merytoryczne sprawy, których czepiałem się wcześniej. Czuć klimat podróży w egzotyczne kraje plus taki specyficzny ,,ciężar”, kiedy widać, że tekst jest autentyczny, a nie tylko próbuje wymusić na czytelniku jakąś reakcję. Ogólnie mocne 7,5/8 na 10.

Big Room Never Dies

Oczywiście, życzę miłej lektury i jazdy pociągiem!

Dziękować. :)

A ja dokopałam się do artykułów, w których mowa, że wbrew powszechnej opinii kiła dotarła już wcześniej…

Wikipedia twierdzi, że pierwsza wzmianka w 1494 r., ale zachowałbym wobec niej odrobinę zdrowego sceptycyzmu. Zawsze wszędzie pisało, że kiła pochodzi z Ameryki, ale nie będę się przy tym upierać. Jak mówiłem – jakieś pojęcie mam, ekspertem nie jestem.

Big Room Never Dies

Tematyka bardziej na Halloween lub Dziady, ale w wakacyjnym okresie – fajnie.

Japończycy obchodzą zaduszki w lecie. :)

Big Room Never Dies

Cześć!

Tekst jest dość długi, więc na razie tylko go przeskanowałem, ale jutro czeka mnie dwugodzinna jazda pociągiem, więc całość postaram się przeczytać tam. Na razie widzę jeden anachronizm, niestety chyba dość istotny z punktu widzenia fabuły – Europejczyk żyjący w pierwszej połowie XV w. nie mógł mieć kiły, bo ta choroba została przywleczona z Nowego Świata. Jeśli się mylę, może ktoś lepiej obeznany w historii medycyny mnie poprawi.

Trzymaj się.

Big Room Never Dies

Ale to oznacza, że boisz się ciemności czy obcych miejsc?

U siebie mam latarnię zaraz za oknem; podejrzewam, że gdyby jej nie było, też świeciłbym światło. Koszmary robią swoje. :P

Big Room Never Dies

Bo muzułmanie podobno uważają psy za nieczyste, więc MR nie mógł go mieć, a drobiazgi typu świnki morskiej nie robiłyby należytego wrażenia. :-(

):

Ale kto obecnie boi się ciemności?

Ja w obcych miejscach śpię z zapalonym światłem. :P

Big Room Never Dies

nie wiem, jak było z pismem Słowian

Pisma Słowian nawet nie wymyślili Słowianie. ;) 

również słyszałem niepochlebne opinie. problemem jest chyba brak źródel.

Aaa. No to bez źródeł można powiedzieć wszystko. :)

polski jest rzekomo jednym z najtrudniejszych języków do nauczenia

Ta legendarna trudność polskiego polega na tym, że nasz piękny, szeleszczący, niemelodyjny język jest cholernie niekonsekwentny jeśli chodzi o gramatykę (chorwacki np., który też jest fleksyjny, okazuje się bardzo prosty, jeśli wkujesz na blachę wzory odmian; z polskim się tak nie da). Plus nietypowa fonetyka (’ź’, ‘y’). Nie wyobrażam sobie jego nauki od podstaw. XD

istnieją języki które mają KILKADZIESIĄT przypadków, węgierski prawie dwadzieścia

Tyle że to nie są, technicznie przypadki, tylko partykuły, i też wystarczy się ich nauczyć na pamięć (w ogóle upieranie się przy nazywaniu ich ,,przypadkami” jest dla mnie trochę dziwne, ale niech im będzie).

Kiedyś obiecuję wyzwanie z językiem wymyślonym.

To my już z góry prosimy o duuużo czasu. :P

podział na te, których używają ludy nieznające radia, witamin i odrzutowców, i te, którymi posługują się lepsi i mądrzejsi, jest bezużyteczny

Tajes.

 

Teraz zauważyłem, że to jublieuszowe, pięćdziesiąte wyzwanie. Sto lat! :D

Big Room Never Dies

Na oczach polityka niewidzialna siła uniosła Sahasiego z jedwabnej błękitnej poduszki, potrzymała przez pół sekundy w górze, po czym cisnęła o ścianę.

GRRR!!!

Dlaczego to musiał być kot? crying

 

A tak poza tym to… Hmm, chyba zbyt idealistyczne dla mnie. Nie wiem, czemu, ale teraz, w trakcie pisania tego komentarza, pomyślałem o plagach egipskich (śmierć pierworodnych…). 

Big Room Never Dies

tak na szybko to Cywilizacja Słowian Janickiego,

Nie czytałem tej książki, ale mój tata (historyk) wyrażał się na jej temat niepochlebnie. Powinienem w końcu zajrzeć. 

ale też gdzieś czytałem, że ludy niepiśmienne nie miały tak rozwiniętego języka jak te piśmienne.

Hmm… Indianie północnoamerykańscy, Polinezyjczycy, starożytni Celtowie, Inkowie (poniekąd)… Trzy kultury z bardzo dobrze rozwiniętą tradycją ustną i jedno wielkie imperium, a to tylko przykłady z głowy. Raczej nie stworzyliby ich bez ,,rozwiniętego” języka (zresztą, ,,rozwinięty” to w tym kontekście nieładne określenie – chiński jest ,,prymitywny” w porównaniu z polskim, a zobacz, gdzie byli Polacy, a gdzie Chińczycy, ot, choćby w X w.).

też mi coś chodzi po głowie, że ludy żyjące bliżej z naturą częściej używały opisów porównawczych do przyrody niż tworzyły zwroty im odpowiadające.

Możliwe, chociaż to mi zalatuje takim przesadnie romantycznym obrazem ,,szlachetnego dzikusa”.

 

Trochę trudno sobie wyobrazić ewolucję języka od zera…

Właśnie do tego zmierzam, że to się raczej nie wydarzyło. :)

 

Big Room Never Dies

Też mi się kojarzy z opętaniem (i trochę z Lovecraftowym ,,Coś na progu”).

Big Room Never Dies

marzan – niby fajne, ale szkoda, że zakończyło się pętlą czasową. :P

 

Ponadto prawdopodobnie ówczesny język nie operował na pojęciach abstrakcyjnych.

Oj, a mogę spytać o źródło, bo mi się zapaliła czerwona lampka? W sensie, wiesz, to nie był język, który pojawił się ot tak, w próżni, i wyewoluował sam z siebie, tylko efekt tysięcy lat rozwoju z praindoeuropejskiego. Do tego czasu takie pojęcia powinny się już pojawić.

Jak opisać chatę bez słów: dach, komin, mur?

Kominów wtedy nie było. Jeden problem rozwiązany. :)

stylizacja języka nie ma sensu

Powtórzę to, co chyba już kiedyś mówiłem – idąc tym tropem, który tu zgłębiamy, jeśli akcja dzieje się w Chinach, to bohaterowie powinni mówić po chińsku. I bez przypisów, bo w rzeczywistości nie ma przypisów. :P

Big Room Never Dies

Te dwa zdania powtarzają informację. Jeżeli Twoim celem było napisać krótko, ale treściwie, to spokojnie jedno można by wywalić.

Widzę, że już za późno, ale tu bym polemizował. Kiedy czytałem pierwszy raz, razem z przedmową, pomyślałem, że chodzi o operację… plastyczną. :P (Po co ktoś miałby zbierać kasę na operację plastyczną? Ciul wie, ale moja mama mówi, że jak tylko skończę studia, to strzeli sobie botoks. Tak że różne są podejścia do życia). Dopiero dalszy ciąg rozjaśnił. 

 

Big Room Never Dies

Dzięki za komentarz i, że zawsze wpadasz przeczytać, bardzo to cenię!

To akurat świadczy o tym, że autor zna się na rzeczy. ;)

Big Room Never Dies

TheGuru – śmieszne, nawet gdzieś czytałem, że gdyby kosmici przylecieli na Ziemię, mogliby uznać krowy (lub dowolnych innych przedstawicieli inwentarza żywego) za dominującą formę życia, bo po prostu tyle ich jest. :)

Jedna rzecz psuje efekt – dlaczego ,,kwintopody”? Gdzie ta piąta kończyna? Ogon liczą?

Bardjaskier – WW2 to zdecydowanie nie jest moja ulubiona epoka historyczna, ale fabuła trochę mi się kojarzy z oldskulowymi komiksami (znaczy, czytałbym).

Big Room Never Dies

Kurczę… Mam z tą historią dokładnie ten sam problem, co z ,,Modyfikowanym węglem”. Trudno mi kupić taką wizję świata (może to i dobrze?…). W sensie, ,,kradzież” twarzy (oraz cycków) to jest coś żywcem wyjętego z horroru i nie do końca rozumiem, jakim cudem weszła do mainstreamu. Próbuję sobie wyobrazić, jak to wyglądało na początku – podstarzała aktoreczka pojawia się pewnego dnia na gali z twarzą przeszczepioną od imigrantki ze wschodniej Europy? Nikt nie pomyślał, że to chore? Jasne, widzę, że to metafora, ale jednak…

Big Room Never Dies

Dobry wieczór. :)

Skierował się w stronę najdalszej, zacienionej loży…

Opisałeś tę karczmę tak, że loża to ostatnia rzecz, jakiej bym się spodziewał.

Napięcie natychmiast opuściło ramiona, a na twarzy wykwitł szczery uśmiech ulgi.

Pierwsza część zdania na pewno do przeróbki, ale jest późno i w tej chwili nie mam pomysłu, co z nią zrobić. Słowo ,,wykwitł” kojarzy się raczej negatywnie i nie pasuje do uśmiechu. ,,Zakwitł”, od biedy?

Wczoraj piątka heretyków Solastry. (…) A dzisiaj… trójka mi podobnych próbowała zgwałcić bezbronną luminatkę…

Kurde… Może za wcześnie, żeby oceniać takie rzeczy (nie wiem, jaki masz plan na dalszą część), ale osobiście jestem przyzwyczajony do tego, że nowy rozdział (z reguły) zaczyna się w tym samym miejscu, w którym skończył się poprzedni. A tu jest dzień przerwy – w sumie nie wiem, po co. Nie mógł iść do karczmy tego samego dnia, w którym walczył z heretykami?

Ale to twoja historia, więc ufam, że wiesz, co robisz.

 

Dobra, z tego, co jak dotąd przeczytałem, wynika, że sceny akcji wychodzą ci jednak lepiej. TheGuru ma rację, trochę przegadane wyszło.

Big Room Never Dies

Dzięki, w przypadku Chestertona postanowiłem się zadowolić ebookiem z Projektu Gutenberg, ale ta książka może się przydać jako całokształt. heart

Big Room Never Dies

Sympatyczne. Czasem trzeba wpuścić taki promyczek. :)

Big Room Never Dies

OK, wróciłem.

Poświęciła na pisanie twórcze kawał życia…

Musi być, że twórcze? Chyba każdy, słysząc ,,pisanie” pomyśli o pisaniu książek, a to dookreślenie mi się bardziej kojarzy z nazwą kierunku na studiach.

Rysia rozpięła koszulkę…

Err… Może ,,rozpięła kołnierzyk/rozpięła górny guzik koszulki”?

– Jupi! – krzyknął Jasiu.

Przed chwilą płakał. Taki przeskok jest normalny? (Tylko pytam, nie znam się.)

logo Motorhead

Mają umlaut nad przynajmniej jednym ,,o”. ;)

Ostatecznie została w łóżku, nie chcąc obudzić Jasia.

Pokój chłopca wypełniała szarość poranka.

Wydaje mi się, że tu zabrakło gwiazdki (nagły przeskok).

Jestem Wiewiór Rudawy i przybyłem z planety O – rzech.

Raczej ,,O-rzech”, bez spacji, bo to jedno słowo.

setki, miliony, miriady gwiazd!

Miriada to 10 000. Umieszczenie jej po milionie trochę psuje efekt (chyba że miało być ,,miliardy”).

– Niech mi pan powie – zapytał Dukla, nachylając się w stronę przesłuchiwanego.Ggdzie pan był o dwudziestej drugiej we wtorek?

Zginęła pauza.

pt. Czarodziejski kapelusz

Żelazna zasada – żadnych skrótów w beletrystyce! O zapisie tytułu powiedziała już bruce.

 

Tyle z łapanki. Zaskoczyło mnie, że Pan Wiewiór jest tym dobrym (jego rozmowa ze Stefanem raczej to potwierdza, zjawia się, aby po swojemu wymierzyć sprawiedliwość), bo z początku wyglądał mi na postać mocno zainspirowaną tytułowym bohaterem filmu ,,Babadook”. Szkoda tylko, że efekt psuje wielka dziura fabularna – nic nie wskazuje na to, że Stefan zamierza zabić Rysię! Nie ma motywu, nic.

Chyba że jestem w błędzie i zabójcą jest od początku upiorny wiewiór, który chce mieć chłopca tylko dla siebie. Ale wtedy sensu nie ma ostatnia rozmowa, w tym Stefanowe ,,co ja zrobiłem”.

Nie zmienia to jednak faktu, że czytałem z zainteresowaniem (a Pan Wiewiór ma zadatki na postać kultową).

Big Room Never Dies

Hej, napiszę bardziej rozbudowany komentarz, jak włączę komputer, ale na razie mam jedno pytanie – to w końcu Rysia/Ryszarda czy Renia/Renata? Dwa razy się zmienia.

Big Room Never Dies

– Zgodnie z wolą… Khe, khe! – Pan Gąsienica zaniósł się kaszlem od oparów fajkowego ziela. – Zgodnie z wolą Jaśnie Oświeconego Saurona Kier obecne tu Alicje, w liczbie trzech, oraz Gandalf Biały zostają skazani na śmierć… przez ścięcie!

– Ściąć ich! – ryknął entuzjastycznie tłum orków.

– Niedoczekanie wasze! – Gandalf dobył miecza o rękojeści zwieńczonej główką białego królika. Wyzionął z fajki potężny kłąb dymu o duszącym zapachu i już go nie było.

– Khe, khe!… Zaraza… – wydusił starszy sierżant Hubrggog, kiedy oszałamiające działanie fajkowego ziela ustąpiło. – No, na czym żeśmy to stanęli?

Big Room Never Dies

Dwieście lat, Bil… sir Davidzie! ;)

W tym roku chyba Mel Brooks też obchodzi setkę. 

Big Room Never Dies

W samym środku rozjarzonego kręgu klęczał poturbowany młody chłopak. Wypaleniec.

Miał przypiętą do pasa nietypową broń – misterną rękojeść, z której opadał pęk elastycznych, segmentowych ostrzy. Urumi.

Na twoim miejscu unikałbym takich jednowyrazowych dookreśleń, a przynajmniej nie wkładałbym ich w usta narratora. Show, don’t tell.

Co do urumi – obiło mi się o uszy, że nie wiadomo, czy ta broń faktycznie była używana (i skuteczna) w prawdziwej walce. Osobiście nie jestem zwolennikiem wydziwianego uzbrojenia, nawet w fantasy – ale to już moje widzimisię.

Przestrzeń wokół pękła, gdy z ciał buchnęły słupy oślepiającej jasności, a uświęcone hełmy uległy metamorfozie. Przybrali postacie awatarów. Fizyczne powłoki zniknęły pod mocą ofiarowaną przez Solastrę.

Ojjj, będzie Dragon Ball?

 

Nie dajesz czytelnikowi taryfy ulgowej i na dzień dobry zarzucasz go dużą liczbą pojęć i nazw własnych – szanuję to. Z drugiej strony, warto się pokusić o bardziej szczegółowe opisy – ja na przykład teraz nie wiem, jak wyglądają te całe awatary. Wyobraziłem sobie połączenie Son Goku z paladynem z Might & Magic, tak miało być?

Skumulował w dłoniach potężną kulę skondensowanego światła i cisnął nią prosto w pierś przeciwnika.

HADOUKEN! :D

Nie będzie żadnego zakonu, żadnej Złotej Gwardii ani Dziedzica.

Jaaasne. ;)

Z początku chciałem powiedzieć coś zgryźliwego na temat ekspozycji w drugiej części tekstu, ale po namyśle uważam, że wybrnąłeś całkiem zgrabnie. yes Zastanawiam się, czy uderzenie w tony najbardziej sztampowego fantasy (Dziedzic, złamany miecz…) nie ograniczy ci liczby czytelników. Ja lubię te klimaty, ale obawiam się, że jestem w mniejszości. :P

 

Mimo podśmiechujek ze sztafażu anime, muszę przyznać, że mnie wciągnęło (inaczej bym nie doczytał do końca) – być może zasługa świata przedstawionego, bo widać, że pomysł masz, tylko pytanie, co z nim zrobisz. Tak że – czekam na dalszy ciąg.

Big Room Never Dies

Oj, Chesterton jest w domenie publicznej i znajdziesz go ho-ho i trochę wszędzie w Internetach…

O, a to nowość, dobrze wiedzieć.

Ale dzieła wszystkie? Pendrive Ci wybuchnie laugh

Licznik pokazuje, bagatela, 20 000 stron. Wyobraź sobie moją zgrozę, kiedy otwarłem książkę w aplikacji i coś się zaczęło pobierać… XD

Big Room Never Dies

Amazonki na ziemiach dzisiejszej Polski przyjmuję bez zastrzeżeń, bo Scytowie. :) Niemniej jednak, jako człek wścibski i złośliwy oczywiście sprawdziłem, skąd się wzięła nazwa ,,Mazowsze”. Wikipedia twierdzi, że od błota. :I Ale OK, baja.

Natomiast bardzo podoba mi się tytuł, pasowałby do jednej z ,,moich” piosenek. ;)

Big Room Never Dies

Trochę nielogicznie wypada dla mnie wątek, że nagle przyjeżdza sam Cesarz(sic!) do jakiejś zapyziałej dziury żeby wymierzyć sprawiedliwość na proroku. Nawet Chrystusa nie karał sam władca z oliwkami na skroniach, a miejscowy prefekt (namiestnik), czyli Pontius Pilatus(nie lubie wersji polskiej tego imienia :P). To mi lore’owo bardzo zgrzytło.

Nie chcę się wtrącać w dyskusję, ale jakie to ma znaczenie? Równie dobrze można stwierdzić, że książę próbujący znaleźć miłość życia na podstawie zgubionego pantofla jest nierealistyczny. W przypowieści, jak w baśni, ważniejsza od wiarygodności jest rola postaci w historii. W sumie nietrudno sobie wyobrazić, że hipotetyczni późniejsi wyznawcy złotokrwistego opowiadają taką właśnie, podkoloryzowaną wersję jego żywota – z cesarzem zamiast jakiegoś lokalnego biurokraty. ;)

Big Room Never Dies

Historię o samicach, zjadających większość samców i pozostawiająca sobie, tylko nieliczne okazy, aby im służyły, po praniu mózgu, nie uważasz za dziwaczną

No właśnie nie jest dziwaczna, bo po zeskrobaniu warstwy zewnętrznej zostają międzygwiezdni podróżnicy podglądający obcą, egzotyczną cywilizację – czyli standard w SF (zresztą ,,feminist fantasy” to nie jest znowuż taki nowy wynalazek). Może to wina tej nieszczęsnej końcówki. Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że ,,dziwaczność” to pojęcie względne. ;)

Big Room Never Dies

Nowa Fantastyka