- Opowiadanie: Kwisatz Haderach - Człowiek w słomianym kapeluszu

Człowiek w słomianym kapeluszu

Dziękuję Ci, Adamie, który uświadomiłeś mi, że imię Adam zobowiązuje :) Dziękuję ślicznie betującym, za poświęcony czas :)

 

Zaznaczę tu tylko, że jest to tekst dla “wtajemniczonych”. Jeśli ktoś nie orientuje się wcale w EDGE, to mój tekst wiele nie rozjaśnia... Uprzedzałem :)

 

Miłej lektury! :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Człowiek w słomianym kapeluszu

W tam­tych cza­sach wiele się mó­wi­ło. Szcze­gól­nie o życiu i śmier­ci. O ro­ga­tych na­jeźdź­cach, przy­by­wa­ją­cych zza Chro­no Maru – rzeki czasu. I gdyby nad­sta­wić ucha, gdyby chło­nąć słowa kar­czem­nych śpie­wa­ków, pi­ja­ków i mężów, gdyby się dziat­kom przy­słu­chać szem­rzą­cym przez płot, gdyby wy­ła­pać szept ma­tron – usły­sze­li­by­ście o czło­wie­ku w sło­mia­nym ka­pe­lu­szu.

A wi­dział go tylko jeden…

 

*

 

To­piąc się w spły­wa­ją­cej ka­ska­dą świa­do­mo­ści, po­czuł to. Spró­bo­wał do­tknąć. Kula, kulka. Nawet w ciem­no­ści spo­wi­ja­ją­cej umysł był nie­mal pe­wien, że przed­miot jest ku­li­sty. Póź­niej, gdy roz­bu­dzo­ne serce za­bi­ło szyb­ciej, a krew wy­peł­ni­ła odrę­twia­łe koń­czy­ny, po­czuł fak­tu­rę. Gład­kie, mięk­kie. Jabł­ko. Po­da­ro­wał iro­nii losu szcze­ry uśmiech. I po­ża­ło­wał – za­bo­la­ło.

Otwo­rzył prawe oko. Lewe, pod­bi­te i za­la­ne krwią, nie nada­wa­ło się do użyt­ku.

Ro­zej­rzał się, nie wy­chy­la­jąc za­nad­to ze skrzy­ni. W ciągu krót­kiej po­dró­ży przy­wykł do po­wszech­ne­go har­mi­dru. W obo­zie za­wsze coś się dzia­ło. Re­gu­lar­nie przy­jeż­dża­ły wozy z za­opa­trze­niem, a straż­ni­cy za­przę­ga­li do roz­ła­dun­ku więź­niów. Innym razem wra­ca­li my­śli­wi, tasz­cząc naj­dziw­niej­sze stwo­ry, jakie chło­piec wi­dział w krót­kim życiu. Cza­sem jeden z do­wód­ców – któ­rych, nota bene, Yosiff na­li­czył już sied­miu – wy­dzie­rał się wnie­bo­gło­sy, stro­fu­jąc pod­ko­mend­nych. Żoł­nie­rzy rzad­ko ka­ra­no, a jeśli już to sto­so­wa­no me­to­dę raz – raz na­ga­na, raz w zęby.

Mimo wszyst­ko, życie w obo­zie było mo­no­ton­ne.

Chyba że stało się po dru­giej stro­nie – nie pil­nu­ją­cych, a pil­no­wa­nych.

Ni­g­dzie nie wi­dział swej cho­rą­gwi – ode­tchnął z ulgą. Po­now­nie scho­wał się, przy­kry­wa­jąc wor­kiem po paszy dla koni. Nie jadł już drugi dzień, ale nie miał ocho­ty na jabł­ko. Wie­dział, że sta­rzec wciąż gdzieś tam jest i – dałby sobie rękę uciąć – jest głod­ny. On mógł jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Zresz­tą, my­ślał sobie, może gdyby wy­szedł, na­kar­mi­li­by go?

Jeden z gwar­dzi­stów zadął w róg. Czwór­ka męż­czyzn, stę­ka­jąc z wy­sił­ku, otwo­rzy­ła pół­noc­ną bramę w pa­li­sa­dzie. Tłum ga­piów, straż­ni­ków, sta­jen­nych, ku­cha­rzy czy ska­zań­ców, usta­wił się wzdłuż wy­dep­ta­nej drogi, wy­cze­ku­jąc gości.

Gdy pierw­szy opan­ce­rzo­ny rumak po­ja­wił się na progu, lu­dzie za­mar­li. Jeź­dziec trzy­mał dum­nie czer­wo­ny pro­po­rzec. Eld-Ha­in, siód­ma osto­ja. Tuż za nim po­ja­wi­ła się ko­lej­na trój­ka kon­nych. Jeden z nich, w pe­le­ry­nie za­wie­szo­nej na zło­tych epo­le­tach, dzier­żył Ja­de­ito­wą Wstę­gę – Miecz Pań­ski – sługa boży.

– To rot­mistrz! – prze­szła fala szep­tów. – To na pewno on!

Ka­wa­le­rzy­sta ścią­gnął hełm. Spod krza­cza­stych brwi ema­no­wał spo­kój i po­wa­ga. Szep­ty usta­ły.

– Chwa­ła Je­dy­ne­mu – po­zdro­wił zgro­ma­dzo­nych.

– Chwa­ła! – od­rze­kli zgod­nie. Straż­ni­cy ude­rzy­li w pier­si, spusz­cza­jąc głowy. Ska­zań­cy – naj­gor­si i naj­nies­for­niej­si – wpa­trze­ni w przy­by­sza jak w obraz, mil­cze­li.

Zsiadł z konia, po­kle­pał śnia­de­go ru­ma­ka po karku.

– Zaj­mij­cie się nim – po­le­cił. – I za­pro­wadź­cie mnie do Joeka.

Jeden z gwar­dzi­stów pod­szedł, ukło­nił się.

– Panie, pro­szę za mną.

Straż przy­bocz­na rot­mi­strza po­dą­ży­ła za ową dwój­ką. Tłum po­zo­stał nie­po­ru­szo­ny. Ska­zań­cy wy­mie­nia­li pełne obaw spoj­rze­nia. Do­pie­ro po chwi­li, gdy przez bramę za­czę­ły wjeż­dżać wozy, straż­nik za­wo­łał:

– A wy, na co się ga­pi­cie, psie syny? Do ro­bo­ty!

 

*

 

Spa­dał. Czemu za­wsze spa­dam? – my­ślał. Wie­dział już, że śni. Wie­dział też, co się zaraz wy­da­rzy. Nie mógł tego zmie­nić, nie mógł choć­by kiw­nąć pal­cem. Jego alter ego, po­ru­sza­ją­ce się w świe­cie fan­ta­zji, za­wsze ro­bi­ło do­kład­nie to samo. Za­sta­na­wiał się, czy to jesz­cze sen, czy jed­na­ko­wo od­gry­wa­ny spek­takl.

Gdy już spadł, otwo­rzył oczy. Zna­jo­me mury po­ro­śnię­te mchem, rwący potok. I jego mi­zer­na klit­ka – schro­nie­nie z pa­ty­ków i szmat. Nad rynsz­to­kiem świe­ci­ło słoń­ce. Chło­piec za­spał, to pewne. Nie chciał dłu­żej zwle­kać, szyb­ko na­rzu­cił na sie­bie ro­bo­czą ma­ry­nar­kę, wło­żył dziu­ra­we spodnie. Pani Helen kar­mi­ła go i cza­sem dała kilka gro­szy. Miał lichą na­dzie­je, że nie bę­dzie zła o spóź­nie­nie.

Już wspi­nał się po krę­tych, drob­nych schod­kach, pro­wa­dzą­cych do cy­wi­li­za­cji, gdy przy­po­mniał sobie o wczo­raj­szej zdo­by­czy. Ze­sko­czył na bru­ko­wa­ną, wil­got­ną po­sadz­kę i wró­cił do to­boł­ka. Wziął jabł­ko. Bur­cza­ło mu w brzu­chu, lecz bar­dziej od głodu do­skwie­rał mu brak czasu.

Biegł wzdłuż tłocz­nej ulicy, minął ob­wa­ro­wa­ną sta­cję ko­le­jo­wą, Wieżę Bu­rzo­wą i bu­dy­nek pocz­ty. Jesz­cze jeden załom, jesz­cze jedna prze­czni­ca…

Dep­ta­kiem prze­ci­na­ją­cym mia­sto wskroś, sunął po­chód. Setki ludzi ze­bra­ły się, ob­ser­wu­jąc marsz tru­pów. Chło­piec do­łą­czył – i tak nie mógł przejść na drugą stro­nę. Uj­rzał wolno drep­czą­cą ko­lum­nę. Pro­wa­dzą ich z Ba­stio­nu, po­my­ślał. I rze­czy­wi­ście, mię­dzy ska­zań­ca­mi, na po­tęż­nych ko­niach sie­dzie­li ry­ce­rze w lśnią­cych zbro­jach – gdzie­nie­gdzie ma­ja­czy­ły za­kon­ne pro­por­ce. Pro­wa­dzą Piel­grzy­mów! – spre­cy­zo­wał myśl. Sła­wet­na Armia Boga, armia po­tę­pio­nych, wal­czą­ca o wol­ność. Ale czy to armia? Serce za­pie­kło, gdy mi­ja­li go ko­lej­ni „żoł­nie­rze”.

Wśród pro­wa­dzo­nych na bój wy­pa­trzył kil­ko­ro dzie­ci. Mniej­si od niego o głowę, chłyst­ki. Cóż prze­wi­ni­li? Albo star­cy! Co mogli zro­bić?!

Serce chłop­ca pękło.

Sta­rzec wlókł się, przy­gar­bio­ny, szu­ra­jąc bo­sy­mi sto­pa­mi o ka­mien­ne kost­ki, któ­ry­mi wy­ło­żo­no drogę. Pa­mię­tał go! Sta­rzec zajął się nim, po­dzie­lił po­sił­kiem, za­ba­wił. I choć nie umiał mówić, ro­zu­mie­li się do­sko­na­le. Przez kilka dni chłop­cu wy­da­wa­ło się, że ma przy­ja­cie­la, opar­cie. Do czasu, kiedy sta­rzec znik­nął.

A teraz szedł jak ten żywy trup, ledwo zipał, choć nie zdą­ży­li nawet wyjść na trakt…

Chło­piec wy­rwał się, prze­pchał przez masyw zdrę­twia­łych ciał. Wbiegł na dep­tak. Sta­rzec nie spo­strzegł go od razu, do­pie­ro gdy ktoś z tłumu wydał jęk zdu­mie­nia, gdy ry­cerz na koniu krzyk­nął coś nie­zro­zu­mia­łe­go…

Wi­dział, jak chło­piec wy­cią­ga do niego jabł­ko, jak wal­czy, żeby nie za­dep­ta­ła go armia umar­łych. Bie­gnie. A on kręci głową i choć nie może po­wie­dzieć „Nie!”, jego ciało wrzesz­czy, pro­te­stu­je. I wtedy mały Yosiff do­sta­je batem. Raz, drugi. Chło­piec pada, świat ga­śnie mu przed oczy­ma. I budzi się na wozie, razem z in­ny­mi ska­zań­ca­mi.

 

*

 

Jed­no­oka sowa przy­sia­dła na ka­mie­niu, sku­biąc piór­ka i przy­glą­da­jąc się sce­nie przy ogni­sku.

Star­si chłop­cy sie­dzie­li na ła­wach, ba­wiąc się pa­ro­wy­mi włócz­nia­mi, które do­sta­li w przy­dzia­le. Młod­si le­że­li na ziemi, sku­le­ni, zmę­cze­ni. Na­ucze­ni do­świad­cze­niem, nie wy­su­wa­li rosz­czeń. Star­cy sku­pie­ni razem nie od­zy­wa­li się sło­wem. Nie mieli siły prze­ciw­sta­wiać się mło­dym przy­wód­com. Zgni­ła Cho­rą­giew – tak na­zwał ich do­wód­ca.

Pete, naj­więk­szy z nich, wy­go­lo­ny, ostrzył nóż. Sunął oseł­ką po chro­po­wa­tej stali, krze­sząc iskry.

– Długo nie wra­ca­ją… – wy­ce­dził ze zło­ścią.

– Znaj­dą go – uspo­ka­jał sie­dzą­cy obok Piel­grzym. – Na pewno go znaj­dą – po­wtó­rzył z prze­ko­na­niem.

Jak na po­twier­dze­nie, dwój­ka ska­zań­ców wpro­wa­dzi­ła sza­mo­czą­ce­go się dzie­cia­ka. Miał nie wię­cej niż dzie­sięć lat. Wierz­gał, bro­nił się, lecz na nic to było w star­ciu z dwoma, wyż­szy­mi o głowę, na­past­ni­ka­mi.

– Śmieć cho­wał się w skrzy­ni – rzu­cił jeden z nich. – Jest cały, tak jak chcia­łeś.

Pete uśmiech­nął się, szcze­rząc brud­ne zę­bi­ska. Wstał, idąc po­wo­li w kie­run­ku ucie­ki­nie­ra. Wszyst­kie twa­rze zwró­ci­ły się w ich stro­nę.

– I co, śmiesz­ku? Ba­wi­my się w cho­wa­ne­go, hm?

Yosiff mil­czał, nie spu­ścił jed­nak wzro­ku z opraw­cy. Wal­czył z dy­go­cą­cy­mi no­ga­mi – pró­bo­wał się opa­no­wać.

– My ha­ru­je­my, za­pie­prza­my jak woły, a ty co? – Przy­tknął mu nóż do gar­dła. – Cho­ler­ny dzia­do­fil.

Banda Pete’a za­śmia­ła się zgod­nie. Herszt ude­rzył chłop­ca w twarz. Z nosa popłynęła krew.

– Przed nami się nie ucie­ka, ro­zu­miesz? Damy ci na­ucz­kę. – Ski­nął swym po­plecz­ni­kom. – Na ławę z nim.

Za­wle­kli go do ka­tow­skie­go pień­ka.

– Aleś ma­ło­mów­ny. – Do­ci­snął mu rękę, tak mocno, że zro­bi­ła się sina. – Teraz po­ba­wi­my się w moją grę…

Świat za­wi­ro­wał. Nogi tań­czy­ły spa­zma­tycz­nie… Chciał uciec, chciał krzy­czeć, ale strach za­tkał mu usta. Za­mie­rza­li ob­ciąć mu palce! Nagle chrup­nę­ło.

Po­czuł ulgę – uścisk ze­lżał.

– Ko­niec za­ba­wy.

Niski, do­ro­sły głos. Tuż za nim. Do­wód­ca?

Pete za­to­czył się, upadł na twarz. Krew z roz­wa­lo­ne­go dzią­sła wy­pły­nę­ła stru­mie­niem. Po­czuł, jak rzeka za­bie­ra małe ko­stecz­ki. Kilka za­to­pi­ło się w tra­wie, kilka wciąż trzy­mał w dło­niach. Jego kom­pa­ni nie ru­szy­li się ani o cal.

– Chodź – po­wie­dział nie­zna­jo­my.

Yosiff do­pie­ro po chwi­li zdał sobie spra­wę, że słowa są skie­ro­wa­ne do niego. Ze­brał ostat­ki sił i pod­niósł się po­wo­li. Ob­ró­cił się i uważ­nie przyj­rzał wy­baw­cy. Serce po­de­szło mu do gar­dła. Z desz­czu pod rynnę, po­my­ślał.

Stał za nim Piel­grzym – su­ro­wa, zimna, twarz po­prze­ci­na­na bli­zna­mi. W pra­wej ręce dzier­żył włócz­nię. Naj­wyż­szy, któ­re­go dotąd wi­dział.

– Chodź – po­wtó­rzył cicho.

Chło­piec wahał się. Czy cho­rą­giew się ze­mści? Już teraz czuł na sobie ich nie­na­wist­ne spoj­rze­nia, groź­bę wi­szą­cą nad głową. A ten męż­czy­zna?

Wstał i pod­szedł nie­śmia­ło. Gdy Piel­grzym ru­szył, po­dą­żył za nim. Nie od­wra­ca­jąc się, szli w ciszy, od­da­la­jąc od opraw­ców. Odrin, prawa ręka hersz­ta, za­wo­łał:

– Już po tobie, gnoju! Za­ła­twi­my cię jak dzia­da, tchó­rzu!

Nie, po­my­ślał, nie­moż­li­we… Nie wi­dział star­ca odkąd przy­by­li do obozu, ale to wcale…

Męż­czy­zna z włócz­nią spy­tał:

– Zro­bi­li ci krzyw­dę?

Yosiff przy­sta­nął. Mil­czał. Po­tęż­ny Piel­grzym spoj­rzał na niego.

– Jak się na­zy­wasz?

– Yosiff… – chło­piec od­parł cicho.

Męż­czy­zna przy­kuc­nął.

– Na­zy­wam się Pa­trick. – Podał mu dłoń. Chło­piec uści­snął z całej siły. – Czemu nie idziesz?

– Je­steś ban­dy­tą…? – Yosiff spu­ścił głowę.

Piel­grzym przyj­rzał mu się uważ­nie. Uśmiech­nął się ser­decz­nie, roz­ja­śnia­jąc nieco po­nu­re ob­li­cze.

– Och, jak każdy tutaj, nie? – Pu­ścił oczko. Chło­piec wy­tarł za­krwa­wio­ny nos, od­wza­jem­nił uśmiech. – To co, po­ka­zać ci, gdzie śpią tacy groź­ni ban­dy­ci jak my?

 

*

 

– Wy­marsz! Wy­marsz! Wy­marsz!

Dęli w trąby.

– Wy­marsz, psie syny! – krzy­cze­li do­wód­cy, wpra­wia­jąc setki ciał w ruch.

Cho­rą­gwie roz­bie­gły się, pró­bu­jąc ze­brać do­by­tek na wozy. Gwar­dzi­ści w po­śpie­chu skła­da­li na­mio­ty, sta­jen­ni kar­mi­li wierz­chow­ce przed po­dró­żą. Straż przed­nia, wy­brań­cy za­po­zna­ni z pla­nem jesz­cze ze­szłej nocy, wy­ru­szy­li prze­trzeć szla­ki.

– Patrz, jak le­ziesz!

Woj­sko­wy ka­pe­lan roz­krę­cał me­ta­lo­wy obe­lisk Je­dy­ne­go. Twarz Boga, za mie­dzia­ną maską, nie wy­ra­ża­ła żad­nych uczuć. Po­nad­cza­so­wy byt spo­glą­dał spo­koj­nie na swych wier­nych. Na krzą­ta­ni­nę, zgiełk, brud i chaos. Yosif­fo­wi wy­da­wa­ło się, że jest za­do­wo­lo­ny. Zresz­tą – czemu miał­by nie być? Czy nie o to cho­dzi? – za­sta­na­wiał się chło­piec. – O ten brud, o krew? O co, cho­le­ra, mu cho­dzi?!

Wy­cią­gnął skry­ty grosz. Przy­po­mniał mu się Jaśko, cwa­niak z rynsz­to­ku.

– Rzu­cam mo­ne­tę. – Wy­cią­gnął z kie­sze­ni srebr­ne­go ta­la­ra. – Resz­ka, ja mam rację. Grasz?

Za­wsze wy­pa­da­ła resz­ka, po­my­ślał. Obyś nie miał racji…

Pod­rzu­cił mo­ne­tę i zła­pał ją wpraw­nym ru­chem. Przy­ci­snął do nad­garst­ka i za­mknął oczy. Obyś nie miał racji… Obyś nie miał racji…

Od­su­nął dłoń, od­dy­chał cięż­ko. Nie znał jesz­cze wy­ni­ku, lecz z ką­ci­ków oczu po­pły­nę­ły łzy.

Nie! Upu­ścił mo­ne­tę i od­szedł szu­kać swego opie­ku­na. Nie oglą­dał się za sie­bie.

Dwój­ka ska­zań­ców przy­kry­wa­ła groby ostat­ni­mi ło­pa­ta­mi ziemi. Bez­i­mien­ni, wid­nia­ło na ta­blicz­ce. Ka­pe­lan po­bło­go­sła­wił.

 

*

 

Rot­mistrz sie­dział pew­nie w skó­rza­nym, żoł­nier­skim sio­dle. Od­rzu­cił za­szczy­ty i pro­to­ty­py ofe­ro­wa­ne przez Zakon. Wolał pro­sto­tę, wy­go­dę i co naj­waż­niej­sze – tra­dy­cję. A tra­dy­cja nie uwzględ­nia­ła wbi­ja­ją­cych się w skórę wierz­chow­ca uchwy­tów, do­skór­nych kla­mer. Po­gła­dził ru­ma­ka po szyi.

Tuż obok je­chał Joek Szary. W nie­wiel­kim od­stę­pie ich straż przy­bocz­na, a za i przed nimi resz­ta ko­lum­ny, zło­żo­nej z ry­ce­rzy za­kon­nych i Piel­grzy­mów. Część ska­zań­ców śpie­wa­ła i wzno­si­ła głu­pie, dzi­kie okrzy­ki. Idio­ci – po­my­ślał do­wód­ca, nie pró­bu­jąc nawet uci­szyć mięsa ar­mat­nie­go. Wie­dział wszak, że z góry widać ich do­sko­na­le i nawet chór spo­co­nych ze­słań­ców ni­cze­go nie zmie­ni.

Teren, z cza­sem, prze­stał piąć się w górę. Nie uła­twia­ło to mar­szu. Wręcz prze­ciw­nie – po­zor­nie pro­sta droga po­prze­ci­na­na była wy­rwa­mi.

– Stać! – ktoś zdzie­rał gar­dło.

– Stać! – do­łą­czy­ło kilka gło­sów. – Stać, kurwa wasza mać!

Wy­mie­ni­li z rot­mi­strzem za­wie­dzio­ne, znu­dzo­ne spoj­rze­nia. Już któ­ryś raz tego po­łu­dnia. Krzy­ki prze­szły kon­wój falą i chwi­lę póź­niej – falą wtór­ną. Ruch za­marł, ktoś wy­cią­gnął to­bo­łek z je­dze­niem, ktoś pod­grze­wał krysz­ta­łem bi­buł­kę skrę­ta. Ad­iu­tant na koniu okry­tym krwi­sto­czer­wo­ną derką wy­mi­nął żoł­nie­rzy i pę­dził do prze­ło­żo­nych.

– Co tym razem? – spy­tał Joek.

Koń ad­iu­tan­ta za­rżał, za­trzy­mu­jąc się tuż przy rot­mi­strzu.

– Z trak­tu wy­le­wa się mgła. Słabo widać – orzekł woj­sko­wy.

Rot­mistrz za­ci­snął palce na lej­cach, zmru­żył oczy. Do­wód­ca po­krę­cił głową z re­zy­gna­cją.

– Jak nie kamyk, to mgła… – Wes­tchnął. – Po­cze­kaj, zo­ba­czę, co się dzie­je – dodał, ru­sza­jąc ku czołu ko­lum­ny.

Jego rudy war­kocz po­dry­gi­wał do rytmu wy­bi­ja­ne­go przez konia. Mu­sku­lar­ne ra­mio­na okrył gru­bym fu­trem. Gdy prze­jeż­dżał, śmie­chy ci­chły. Banda dzie­cia­ków, my­ślał, wi­dząc ko­lej­nych gwar­dzi­stów czy ska­zań­ców.

I jed­ny­mi, i dru­gi­mi gar­dził. On, wolny czło­wiek stepu, a nie marna pod­rób­ka męż­czy­zny cho­wa­ją­ca się za mu­ra­mi. Splu­nął.

Sta­nął, wi­dząc skrzą­ce się w słoń­cu, białe wstę­gi mgły. Ad­iu­tant prze­sa­dził – mimo wszech­obec­nej, lśnią­cej bieli droga ry­so­wa­ła się wy­raź­nie. Z od­da­li, z trak­tu, do­bie­gał cichy dźwięk.

– Za­mknąć się! – pod­niósł głos, nawet się nie od­wra­ca­jąc.

Chwy­cił łuk, za­wie­szo­ny na sio­dle, na­cią­gnął cię­ci­wę. Ko­lo­ro­wa lotka ła­sko­ta­ła go w nos. Piel­grzy­mi za­mil­kli.

Koń. Nie, dwa – po­my­ślał. Wo­dził gro­tem w po­wie­trzu.

Ktoś po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu.

– Nie – wy­szep­tał rot­mistrz, pod­jeż­dża­jąc. – To nasze konie.

Joek bez prze­ko­na­nia, wciąż go­to­wy do strza­łu, opu­ścił nieco broń. Wtedy już każdy sły­szał, każdy zwró­cił wzrok w stro­nę drogi. Strzyk­nę­ły blo­ka­dy sa­mo­pow­ta­rzal­nych kusz. Do­wód­ca ob­rzu­cił ich gniew­nym spoj­rze­niem, roz­ka­zał:

– Nie strze­lać.

Ner­wo­wy po­mruk prze­szedł po tłu­mie. Czy­jaś piła zgrzyt­nę­ła. Pierw­szy sze­reg wy­sta­wił tar­cze. Tryt, tryt, tryt, stu­ka­ło widmo konia, ma­ja­czą­ce przed nimi.

Czyjś głos.

Jesz­cze ka­wa­łek. Drugi koń. Tryt, tryt… I jeźdź­cy! Dwój­ka. Nie, trój­ka. W ga­lo­pie. Głos roz­brzmiał gło­śniej:

– De­mo­ny!

 

*

 

Rzu­cił mu się na szyje. Pa­trick objął chłop­ca i ści­snął mocno. Sły­szał za sobą na­wo­ły­wa­nie do­wód­cy.

– Umrzesz? – Chłop­cu trzę­sła się broda.

Pa­trick uśmiech­nął się krzy­wo.

– Pew­nie, że nie! Idę tylko po star­ca i wra­cam.

– To on…?!

– A co my­śla­łeś? Że tylko ty sobie tak świet­nie ra­dzisz? – Po­kle­pał go po ra­mie­niu. – Wła­śnie zo­sta­łeś na­szym ad­iu­tan­tem, wiesz? Stań przy tam­tym drze­wie, o tam­tym! – Wska­zał Piel­grzym. – Jeśli jakiś dia­beł się tu do­sta­nie, zbie­gnij w dół, po śla­dach, do obozu. Tra­fił­byś?

Tak.

– I po­wiesz, że wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem, dobra? – Pa­trick wstał, po­pra­wił skó­rza­ny uchwyt tar­czy na ra­mie­niu. – Na mnie czas…

Chło­piec roz­pła­kał się rzew­ny­mi łzami. Opuch­nię­te oko dało o sobie znać pul­su­ją­cym bólem. Wtu­lił się w nogę opie­ku­na.

– Nie chcę, żebyś umie­rał! Pro­szę! – Szlo­chał. – Nie idź…

– Och. – Piel­grzym po­chy­lił się i spoj­rzał mu w oczy. – Zdra­dzę ci mój se­kret. Chcesz? Tylko ci źli umie­ra­ją.

– Ty nie je­steś zły… – Pró­bo­wał opa­no­wać głos.

– Więc nie umrę. Wrócę do cie­bie, do obozu. A teraz ad­iu­tan­cie, bądź czuj­ny. – Za­sa­lu­to­wał.

Po­słał mu ostat­ni uśmiech i nie zwle­ka­jąc wię­cej, udał się do resz­ty – do cho­rą­gwi.

Chło­piec przy­siadł, scho­wał twarz w dło­niach i za­stygł w tej pozie na do­brych kilka minut.

 

*

 

Utkał go wiatr. Sze­le­ścił, szu­miał, po­ry­wał li­ście do sza­leń­cze­go lotu. Po­ja­wił się jak tan­cerz, który za part­ner­kę obrał mgłę. Słoń­ce było jego oczy­ma, któ­ry­mi po­słał nie­śmia­łe spoj­rze­nie wal­czą­cym. Po­sta­wił swój pierw­szy krok…

 

*

 

Do­wód­ca zi­gno­ro­wał głu­che tąp­nię­cie. Zaraz potem zawył wiatr.

– Na po­zy­cje! Tabor, kurwa, dawać tu tabor! – Głos Joeka roz­no­sił się echem. – Mur!

Piel­grzy­mi cią­gnę­li wozy, usta­wia­jąc je w nie­wiel­kich od­stę­pach, przez śro­dek po­la­ny. Nie star­czy­ło na flan­ki, więc do­wód­ca po­słał tam wię­cej gwar­dzi­stów. Miał lichą na­dzie­ję, że pro­wi­zo­rycz­na za­sło­na wy­trzy­ma pierw­szą szar­żę. Jeśli tak, po­wta­rzał sobie, wy­trzy­ma wszyst­ko. Zza drzew, wśród ob­ło­ków mgły po­ja­wi­ły się syl­wet­ki na­past­ni­ków.

Po­pę­dził konia, mknąc wśród żoł­nie­rzy.

– Kusz­ni­cy! Gotuj broń!

Obej­rzał się na skraj lasu. „Irash, ha­na-hal!” – wzno­si­li okrzy­ki ro­ga­ci na­past­ni­cy. Więk­si niż prze­wi­dy­wał, szyb­si niż to moż­li­we. Splu­nął.

– Cze­kać na znak! – Po­tęż­ne ciel­ska wpra­wia­ły zie­mię w ruch, bie­gły wprost na nich. – Jesz­cze nie… Trzy­mać… Ła­do­wać w skur­wie­li! – Mach­nął mie­czem. – Ha!

 

*

 

Za­brał mi ro­dzi­ców, my­ślał sobie. Za­brał mi przy­ja­cie­la – nie łu­dził się, że sta­rzec po­wró­ci cały. Nawet jeśli Pa­trick nie ble­fo­wał i ma za­miar go wy­cią­gnąć. Wojna nie jest dla sta­rych ludzi.

Ani dla mło­dych, dodał, za­ci­ska­jąc pię­ści.

Pła­kał.

Nie­na­wi­dzę cię, ty za­smar­ka­ny idio­to! Nie­na­wi­dzę! Nie­na­wi­dzę, ro­zu­miesz?!

– Co mi jesz­cze za­bie­rzesz?! – wrza­snął.

Łzy za­la­ły mu oczy. Wie­dział, co jesz­cze mu za­bie­rze…

– Ty dupku! Nie­na­wi­dzę cię, boże, sły­szysz?

Tar­gnę­ło nim. Serce osza­la­ło – nie mógł chwi­lę zła­pać od­de­chu. Z da­le­ka do­cho­dzi­ły pierw­sze od­gło­sy bitwy.

Wy­ry­wał suchą trawę, nawet wtedy, gdy po­czuł, że rany na dło­niach się otwie­ra­ją. Niech krwa­wi. Co mi z tego? – my­ślał. Umrę. Ja też dziś umrę, ty za­faj­da­ny oszu­ście! Spo­tka­my się…!

Wycie prze­cią­ga­ło się. Łapał po­wie­trze. Na­pa­wał się nim.

Wstał, otrze­pał się i wol­nym kro­kiem ru­szył przed sie­bie. Nie wrócę do obozu, my­ślał, nie mam po co wra­cać. Chciał po­pa­trzeć, chciał zo­ba­czyć de­mo­ny – spraw­dzić, czy na­praw­dę są takie strasz­ne, jak je piszą.

Bitwa to­czy­ła się za wznie­sie­niem. Mu­siał wejść wyżej, po­sta­no­wił jed­nak po­zo­stać skry­tym w cie­niu drzew. I gdy wspinał się na wzgórze mię­dzy uschły­mi ga­łęź­mi, mię­dzy fał­da­mi zło­to­czer­wo­nych liści – usły­szał me­lo­dię. Cichą, nie­rów­ną…

Przy­śpie­szył. Nie pa­mię­tał mo­men­tu, w któ­rym za­czął biec. Pę­dził mię­dzy drze­wa­mi na zła­ma­nie karku. Zie­mią tar­gnę­ło tąp­nię­cie. Nie zwol­nił.

Sły­szał me­lo­dię coraz wy­raź­niej, szar­pa­ne, urwa­ne dźwię­ki wy­peł­ni­ły jego umysł. Na chwi­lę za­po­mniał o star­cu, o Pa­tric­ku i ich lo­sach roz­strzy­ga­ją­cych się o rzut ka­mie­niem.

Ciem­ne plamy po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły. Tuż przed nim. Wy­parł to, od­rzu­cił. Chciał tylko po­słu­chać me­lo­dii z bli­ska, nic in­ne­go się nie li­czy­ło.

Czuł, że drze­wa ko­ły­szą się do mu­zy­ki pły­ną­cej z głębi lasu. Czuł, że każdy kamyk wi­bru­je do de­li­kat­ne­go, choć cha­otycz­ne­go akom­pa­nia­men­tu. Ptaki za­mil­kły, bio­rąc za­pew­ne lek­cję tego cu­dow­ne­go, pły­ną­ce­go…

Szedł po­wo­li. Z unie­sio­ną głową. Chło­piec czuł na sobie jego wzrok, choć wcale nie miał… Nie, nie­moż­li­we – po­my­ślał. Roz­dzia­wił sze­ro­ko usta.

– Ach…! – wes­tchnął.

 

*

 

Rot­mistrz za­piął sprzącz­kę hełmu. Za­mknął po­jem­nik na krysz­ta­ły. Pan­cerz cia­sno przy­le­gał do ciała. Wylot na ple­cach wy­pu­ścił kłąb pary, me­cha­nizm za­czął dzia­łać. Hy­dro­pneu­ma­tycz­na zbro­ja, przy­szłość. Ka­wa­le­rzy­ści go­to­wi, cze­ka­li na jego roz­kaz. Rot­mistrz uśmiech­nął się i wzniósł miecz ku niebu.

– Dziś jest wiel­ki dzień. Dziś jest dzień trium­fu, bra­cia – Je­dy­ny czuwa nad nami! Po­każ­my im, jak się wal­czy. Wznie­ście pro­por­ce, wznie­ście pieśń! Chwa­ła!

– Chwa­ła! – od­krzyk­nę­li ka­wa­le­rzy­ści.

– Po zwy­cię­stwo, na­przód!

Trzy dzie­siąt­ki koni ru­szy­ły, wzbi­ja­jąc tu­ma­ny kurzu – kli­nem na lewą flan­kę. Z wy­sta­wio­ny­mi, na­stro­szo­ny­mi, pa­ro­wy­mi lan­ca­mi. Galop, cwał – szar­ża. Ko­lej­ne de­mo­ny wy­cho­dzi­ły zza drzew. Od­cię­li im drogę.

Ro­ga­ci na­jeźdź­cy za­mar­li.

Rot­mistrz uśmiech­nął się w my­ślach. Mamy was!

Na pierw­sze­go jeźdź­ca wpadł cień.

– Prrr! – Po­cią­gnął za wodze.

Klin roz­padł się w ułam­ku se­kun­dy. Zdu­mio­ny rot­mistrz obej­rzał się za sie­bie. Dzie­siąt­ki cieni wbie­gły na po­la­nę. Zwią­za­ni walką wo­jow­ni­cy nawet ich nie spo­strze­gli. Na­jeźdź­cy przy­by­wa­ją­cy z lasu za­trzy­ma­li się. Ka­wa­le­ria roz­pro­szy­ła.

A cieni przy­by­wa­ło. Nad po­la­ną prze­to­czył się jeden zgod­ny dźwięk – wycie.

 

*

 

Pa­trick za­sło­nił się przed ko­lej­nym, po­tęż­nym cio­sem. Prze­ciw­nik ata­ko­wał nie­ustan­nie. Wi­dział, że już za mo­ment, już za chwi­lę… Twar­da po­wło­ka tar­czy wy­gię­ła się. Obuch zmiaż­dżył mu rękę. Jęk­nął i opadł na ko­la­no. Spoj­rzał na swego opraw­cę, wzno­szą­ce­go broń nad głowę… I wtedy tabor za­la­ły cie­nie. Armia cieni. Sko­czy­ły na de­mo­na.

Wilki. Wyły, go­ni­ły, szar­pa­ły, za­bi­ja­ły, do­bi­ja­ły – de­mo­ny, ludzi – bez róż­ni­cy. Ogrom­na wa­ta­ha wil­ków. Pa­trick uśmiech­nął się krzy­wo i padł na zie­mię.

Gdy otwo­rzył oczy, przy­glą­da­ły mu się sta­lo­we, zimne, śle­pia. Nie było za nimi nic, ani mordu, ani łaski. Po pro­stu dwie me­ta­lo­we ku­lecz­ki. I me­ta­lo­wa łapa… Z noz­drzy buch­nę­ła para.

Kon­strukt, po­ro­śnię­ty bujną, czar­ną sier­ścią, zawył.

Krew Piel­grzy­ma wy­le­wa­ła się z rany, po­twor­ny ból prze­szył całe ciało. Zanim stra­cił przy­tom­ność, po­czuł jesz­cze wil­got­ny ozór na twa­rzy.

 

*

 

Jego twarz skrzęt­nie skry­wał cień, rzu­ca­ny przez sze­ro­kie rondo ka­pe­lu­sza. Sło­mia­ne­go, nie­zgrab­ne­go ka­pe­lu­sza. Zno­szo­na szata fa­lo­wa­ła ła­god­nie, jej ko­niec cią­gnął się po ziemi.

Grał na fle­cie. Dźwięk pły­nął i ka­ska­dą przy­jem­no­ści spa­dał na chłop­ca. Za­hip­no­ty­zo­wał go. Li­ście wolno opa­da­ły z drzew, słoń­ce za­cho­dzi­ło. Ptaki słu­cha­ły.

I tylko ostat­nie jęki do­go­ry­wa­ją­cych za­kłó­ca­ły kon­cert. Gdy uci­chły, i on prze­stał grać.

Pod­szedł do chłop­ca. Ukląkł i po­gła­dził go po po­licz­ku.

Ka­pe­lusz jest stary, po­my­ślał Yosiff, stary jak me­lo­dia… Stary jak słoń­ce i świat. Sło­mia­ny ka­pe­lusz zle­pio­ny z wia­tru, ka­pe­lusz, któ­re­go źdźbła po­chy­la­ją się, żeby po­słu­chać mu­zy­ki.

– Za­grasz mi jesz­cze? – po­pro­sił chło­piec.

I czło­wiek za­grał. Za­grał naj­smut­niej­szą me­lo­dię, jaką chłop­cu kie­dy­kol­wiek dane było usły­szeć. A potem od­szedł wraz z dniem.

 

*

 

Yosiff wró­cił i opo­wie­dział o czło­wie­ku w ka­pe­lu­szu. Wy­śmia­li go oczy­wi­ście. Zde­zer­te­ro­wał, mó­wi­li, zo­sta­wił od­dział i uciekł jak tchórz na łeb na szyję. Ka­pła­ni orze­kli, że zmy­sły po­stra­dał i bajki ple­cie – nie­po­czy­tal­ny.

Ale nie wie­rzy­cie ka­pła­nom, praw­da? Praw­da?

Koniec

Komentarze

Niestety, nie zrozumiałem do końca fabuły, nie ogarnąłem autorskiego zamysłu. Nie mam pojęcia, co to jest “parowa włócznia”. Widocznie nie znam konwencji. Natomiast mogę napisać, że autor ma niezły, czytelny styl i ciekawe metafory. Pozdrawiam.

W tym uni używają takich hmm włóczni-pił, napędzanych jakimiś dzikimi parowymi mechanizmami :)

Za pochwałę dziękuję, choć w tym czytelnym stylu sporo zasługi mają betujący :)

Żeby to było nieco bardziej zrozumiałe, żeby móc sobie na wyjaśnienia pozwolić – potrzebowałbym jeszcze z 20k znaków. A ze śmieszną rezerwą, która mi pozostała – 5k znaków – nie będę próbował, bo skończy się jak ostatnio… – stąd “czysta historia”.

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

– Przed nami się nie ucie­ka, ro­zu­miesz? Damy ci na­ucz­kę – ski­nął swym po­plecz­ni­kom. – Na ławę z nim.

– Na­zy­wam się Pa­trick – podał mu dłoń. Chło­piec uści­snął z całej siły. – Czemu nie idziesz?

Błędnie zapisane dialogi.

 

– Umrzesz? – Chłop­cu trzę­sła się broda.

Ta broda trochę osobliwa, ale to tylko moje czepialstwo.

 

Nie znam uniwersum, ale tak bardzo nie przeszkadzało mi to w lekturze. Początek nie wciągnął, tutaj czułem się lekko zagubiony, ale później było ok. A te wilki i przygrywający im starzec w kapeluszu – miodne!

Ogólne wrażenia – na plus. Warsztatowo bardzo dobrze – duży plus. Zabrakło jednego plusa i byłaby piątka ;)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dzięki. Z tymi dialogami to strasznie namieszane. Jedni mówią, że gesty typu “skinął”, “uśmiechnął się” – małą, inni przeciwnie… Ale niech będzie, jak konsekwentnie to konsekwentnie :)

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Kwisatz Haderach… kurcze, zgadzam się z poprzednimi komentarzami. Ładne, przeczytałem, nawet chyba zrozumiałem…? Ale tych 20k znaków Ci brakło. Bitwa, szarża kawalerii, ciosy obuchem – czytający podwija nogi pod siedzenie, chrupie popcorn, chłepcze cole… - i pojawiły się wilki. Powciągały obie strony nosem i po ptokach ;). 

Końcówka miodzio. 

 

/ Jaaf

Dziękuję, Jaafie. Kurcze, taki limit, no :< Była jeszcze jedna praca konkursowa – napisałem 40k, wyciąłem 13k i wyszło… No, lepiej nie mówić :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

5k na opis bitwy ciut nie pomogłyby?

Nie lubię scen batalistycznych, a jeśli już – to takie z prawdziwego zdarzenia. Pięć kafli, to za mało. Moje dwa fragmenciki to tylko sceneria – ją jeszcze uznaję :) 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie wiem wprawdzie jak odczytać postać staruszka, czy nastąpiło swoiste zniebazstąpienie, czy umyślnie nie dookreślasz. Nie wiem też, co to za mechaniczne wilki, które wpadły niczym zomo na wiejską sztachetówkę. Wiem za to, że jest o niebo lepiej niż pierwszy niewypał, warsztatowo bardzo dobrze, czyta się jednym tchem, super! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Powielę przedmowę Cienia: To zasługa betujących :)

 

Akurat wilki wydają mi się oczywistym motywem Nienasyconych. W końcu to konstrukty :) Więc i człowiek w kapeluszu, gdyby go sfigurkować, należałby do tej frakcji :) Mało ich tam, a tekstów przedstawiających Nienasyconych jako bardzo-niebezpieczne-nierozumne-stworzenia od groma. Stąd inna perspektywa.

Wypada napisać “jeszcze jeden i jeszcze raz”? Dzięki za punkcik :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie znam założeń świata, z lenistwa z powodu ciekawości, czy ogarnę świat bez tego :)

I słabo mi idzie.

Ale napisane nieźle. Zakończenie i wątek z tytułowym człowiekiem bardzo malownicze. Gdzieś tam miałem ze 2-3 kosmetyczne poprawki, wrzucę potem, jak znajdę kartkę.

 

Edit:

 

Patrz[,] jak leziesz 

 

– Stać! – Ktoś zdzierał gardło.

– Stać! – ktoś zdzierał gardło.

Kwisatz, koncept niezły, żeby odwrócić charakter Nienasyconych. Wilk jednak wydał mi się zbyt zorganizowaną formą, wszak Nienasycony to konstrukt-zlepek, ale… No co tam,jeśli dla tekstu lepsze są wilki, niech będą wilki :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I owce chaotyczne bez pasterza :)

 

Dzięki, Zygfrydzie :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Dobrze, że wcześniej poznałam pięć opowiadań dziejących się w tym świecie, bo zdobyta wiedza pozwoliła mi orientować się, o czym napisałeś. Jakkolwiek tę opowieść czytało się bardzo dobrze, to bez przygotowania miałabym problem z jej zrozumieniem.

 

Na­ucze­ni do­świad­cze­niem, nie wy­snu­wa­li rosz­czeń. – Pewnie miało być:  Na­ucze­ni do­świad­cze­niem, nie wy­su­wa­li rosz­czeń.

 

Z nosa try­snę­ła krew. – Krew z nosa raczej nie tryska. Może: Z nosa pociekła/ popłynęła krew.

 

Teren, z cza­sem, prze­stał piąć się w górę. – Wolałabym: Teren, z cza­sem, prze­stał się wznosić.

 

Chwy­cił za łuk, za­wie­szo­ny na sio­dle, na­cią­gnął cię­ci­wę.Chwy­cił łuk, za­wie­szo­ny na sio­dle, na­cią­gnął cię­ci­wę.

 

I gdy piął się w górę mię­dzy uschły­mi ga­łęź­mi… – Wolałabym: I gdy wspinał się na wzgórze mię­dzy uschły­mi ga­łęziami

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki! Zaznaczyłem, że to dla “weteranów” :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

No tak, a ja jestem początkująca. Ale dobrze rokuję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może jednak dżdżowniczka? To ułatwia sprawę :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Może jednak bez dżdżowniczki. Nie lubię chodzenia na łatwiznę. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

o człowieku w słomianym kapeluszu.

Pierwsze skojarzenie – Mugiwara no Luffy?:D

 

Sprawnie napisane, choć fabularnie na kolana nie powala. Człowiek w słomianym kapeluszu, mimo zabawnych dla mnie skojarzeń, całkiem klimatycznie przedstawiony.

Ogólnie czegoś mi w tym tekście brakuje… ale jest co najmniej dobry, więc punkt wlepię ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ślicznie dziękuję, Tenszo!

Któż dał ostatni, piąty, punkcik?

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Gratki, Kwisatz!

Dżdżowniczka…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję jej również, równa z niej kobieta :)

Dzięki Pauelor!

 

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Wybacz, że nie zdążyłem wcześniej pomóc (o ile mógłbym w czymś pomóc).

To żaden błąd ale Chrono Mar jako rzeka czasu mi nie pasuje, bo człon Chrono widocznie sugeruje czas a Mar sugeruje morze (choć jedno słowo greckie a drugie łacińskie)

 

Pochód pielgrzymów bardzo fajnie opisany!

 

A teraz szedł jak ten żywy trup, ledwo zipał – wg mnie “ten” niepotrzebny, kolokwializuje język.

Wojskowy kapelan rozkręcał metalowy obelisk Jedynego. Twarz Boga, za miedzianą maską, nie wyrażała żadnych uczuć. – super pomysł z tym rozkręcanym obeliskiem.

Wiem, że koniec świata, kataklizmy i tak dalej, ale trochę raziła mnie niekonsekwencja imion Patrick-Pete-Yosiff-Odrin-Jaśko

 

Z góry widać ich doskonale i nawet chór spoconych zesłańców niczego nie zmieni. Teren, z czasem, przestał piąć się w górę. – jak dla mnie, to trochę powtórzenia.

 

Potężne cielska wprawiały ziemię w ruch – czy to aby nie przesada? Myślałem, że to Misiek Kopernik wprawia Ziemię w ruch : ).

 

Po lekturze byłem trochę na “tak”, a trochę na “nie wiem”. Niektóre pomysły i opisy bardzo mi się spodobały, ale całokształt nie powalił na kolana. Ale i tak cieszę się, że trafiłeś do biblioteki :)

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie wiem czy coś zmieniać, niech ludzie czytają tak – rzekł Kwisatz – jak do biblioteki trafiło.

 

Możesz nie uwierzyć, ale nie sugerowałem się niczym tym “Mar”. W poprzednim tekście po prostu tego użyłem i tutaj jakoś się naniosło. Teraz dopiero dociera do mnie, że można to jako morze odebrać. Aczkolwiek nie zmieniałbym tego. Inna sprawa, że dociera do mnie też – Jaśko. Kurcze, stary, nie wiem co mnie podkusiło… Dobra, kłamię, wiem. Ale zachowam dla siebie :) Niemniej pasuje tutaj… słabo? Masz zupełną rację.

Aaa! Misiek był tylko pionierem :)

 

Dzięki za opinię, czekałem niecierpliwie aż wrócisz :) To, że ciut za późno w niczym nie przeszkadza. W mojej szufladzie Jaśko uda się do urzędu i wniesie wniosek o przemianowanie na “Nevaz” ^^ Pozdrawiam i mam nadzieję, że pomimo tych tekstowych niedogodności i jeszcze kiedyś sprawię, że na twarzy wykwitnie Ci uśmiech i klikniesz “zaakceptuj” :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Przeczytłem. I kontent jetem, że przeczytłem, bo fajna to żołnierska opowieść. W dodatku bardzo dobrze napisana. Czyta się lekko, przyjemnie, nie trzeba się zatrzymywać i cofać, by poniać zawiłości fabuły. Yosiff jest bardzo fajnie przedstawiony i wykreowany. Postać zgrabnie ukazująca i budząca emocje. Trochę gorzej z bohaterami drugiego planu. Jest ich dużo, ale żaden nie wydaje się jakiś taki naprawdę konkretny. Ani potrzebny. Przemykają przez fabułę jak cienie, wzbogacając ją, owszem, ale tak naprawdę niewiele do niej wnosząc. Tyczy się to wszystkich po kolei, od Starca, z którym znajomość skończyła się dla małego wojaczką (facet jest ważnym trybikiem w machinie fabuły, ale jego rola kończy się właściwie w chwili, gdy, Yossif chce mu dać jabłko. Potem już tylko – cień) aż po samego tytułowego Kapelusznika; nie nazwałbym go kluczową postacią w opowiadaniu, a jego pojawienia się, niezbędnym. Taki trochę Deus Ex Gaiczek, który mógł równie dobrze zrobić cokolwiek, jak i nie pojawiać się wcale. W sensie, że każde inne rozstrzygnięcie bitwy byłoby równie dobre jak to zaproponowane przez Ciebie. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli.

Mam też poważne wątpliwości, czy ze swoim boskim lub około-boskim mistycyzmem pasuje do świata The Edge. I – przede wszystkim – czy jest w nim potrzebny. Ale to już zmartwienie (zresztą zamierzchłe, skoro wyniki już ustalone, i tylko Dj się nad nami znęca) Twórców Gry.

Nie, nie twierdzę, że zakończenie jest złe, słabe czy nijakie. Nie twierdzę też, że mi się nie podobało. Wydaje się po prostu… oderwane, zarówno od fabuły opowiadania jak i samej gry.

 

Krótko: kawałek naprawdę dobrey lyteratury.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki Cieniu. Ja traktuję to opowiadanie raczej jako otoczkę dla człowieka w kapeluszu – on był zalążkiem pomysłu, od niego się zaczęło.

I gratuluję Ci wyróżnienia :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Dzięki.

Szkoda, że nie rozwinąłeś motywu tej postaci bardziej. Z początku tworzysz facetowi zarąbiste PR; mroczna, powtarzana wśród gawiedzi legenda, snuta nocami przy ogniskach… która nieskończenie przerasta prawdziwe wydarzenia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Trochę sie zamotalem z imionami bohaterów. Ogólny zamysł bardzo dobry, napisane przyjemnym, lekko czytajacym sie stylem. Największy mankament to zbyt mały udział w akcji tytułowej postaci.

Belhaju, czwórka od Ciebie naprawdę cieszy nieporównywalnie mocniej, od hipotetycznych innych czwórek :) A tytułowy bohater, moim zdaniem, gdyby występował intensywniej, straciłby moc niedomówienia. Co więcej, tytułowy celowo, żeby czytelnik mógł, gdy już przysiądzie i zajmie się lekturą, oczekiwać jego osoby, jakiegoś zwrotu akcji.

Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam! :) 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Ogólnie fajne i ciekawe opowiadanie – dwie strony : Chłopiec i Rotmistrz.

Według mnie świetnie wyszedł wątek z rotmistrzem. Właściwie nie można się doczepić czego kolwiek. Jednak wątku z chłopcem nie pojąłem wogóle. Co sie stało z jego rodzicami? Kto ich zabrał? Kim był starzec? Nie wiem o co w tym chodziło, za co miał dostać karę i dlaczego jej nie dostał?

 

 

Zabrał mi rodziców, myślał sobie. Zabrał mi przyjaciela – nie łudził się, że starzec powróci cały. Nawet jeśli Patrick nie blefował i ma zamiar go wyciągnąć. Wojna nie jest dla starych ludzi. – o co w tym chodzi? Kto to mówi?

 

 

Wilki. Wyły, goniły, szarpały, zabijały, dobijały – demony, ludzi – bez różnicy. Ogromna wataha wilków. Patrick uśmiechnął się krzywo i padł na ziemię. – To tez trochę nielogiczne. Skoro bitwa toczyła się miedzy ludźmi a demonami to co nagle robią tu wilki, które w dodatku są tak silne i liczne, że zabijają jednego z najważniejszych dowódców – Rotmistrza? Nie ogarniam tej bitwy po prostu. Ale bardzo podobają mi się opisy np:

 

Chorągwie rozbiegły się, próbując zebrać dobytek na wozy. Gwardziści w pośpiechu składali namioty, stajenni karmili wierzchowce przed podróżą. Straż przednia, wybrańcy zapoznani z planem jeszcze zeszłej nocy, wyruszyli przetrzeć szlaki. – Ten opis jest po prostu świetny!

Dziekuję za możliwość skomentowania i pozdrawiam! Gdybym miał oceniać to 5 z minusem!

Nie pozwolę aby Republika, która przetrwała tysiąc lat, rozpadła się na dwoje.

Nie było Cię na forum w trakcie konkursu, stąd niewiedza – a jak wspomniałem, moje opowiadanie jest mocno hermetyczne :) Wilki i człowiek w kapeluszu reprezentują trzecią, neutralną – jeśli można tak nazwać kogoś, kto nie zabija dla sportu, władzy, terenu, a poprzez instynkt – stronę. Dlatego wilki wpadły, jak to ładnie ujął PsychoFish, niczym zomo na sztachetówkę, zabijając i jednych, i drugich.

 

Zabrał mi rodziców, myślał sobie. – Było to z perspektywy chłopca. Staruszek po prostu został wciągnięty w szeregi, możliwe, że przez niesłuszne oskarżenia, jak to czasem bywa, a chłopiec, który wychował się w rynsztoku i zdążył go poznać – kwestia przeszłości chłopca nie jest istotna, w czasie wojny, moim zdaniem, takich dzieci po prostu przybywa – i widząc starca, postanowił mu pomóc, oddać mu jabłko, za co został ukarany dołączeniem do armii. 

 

Mam nadzieję, że rozwiałem choć część Twoich wątpliwości, a za ocenę ślicznie dziękuję!!! :)

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie przemawiają do mnie teksty z tego uwiwersum. Ot, naparzają się wiecznie…

Ale ładnie zarysowana postać chłopca.

Babska logika rządzi!

Dzięki :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nowa Fantastyka