- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Głupia gąska

Głupia gąska

Opowieść mocno zainspirowana Czerwonym Kapturkiem i modą na trójkąty miłosne z nieogarniętymi głównymi bohaterkami. Chciałam dobrze, wyszło jak zwykle xD

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Głupia gąska

– Obudziłaś się wreszcie, moje dziecko – szepnęła uzdrowicielka, siadając na brzegu łóżka dziewczyny. – Jak się czujesz?

Widok pomarszczonej przez czas i uśmiech twarzy okolonej srebrzystymi włosami podnosił na duchu i odpędzał złe myśli. Zwłaszcza, gdy rozświetlające ją oczy promieniowały zarówno mądrością jak i sympatią.

– Chce mi się pić – wymamrotała dziewczyna, po czym drgnęła, jakby zaskoczona brzmieniem własnego głosu. Był słaby i zachrypnięty, ale to akurat nic dziwnego, biorąc pod uwagę, iż całe jej ciało zdawało się znajdować w podobnym stanie. Chodziło raczej o to, że rozbrzmiał echem w jej głowie, zupełnie jakby poza nim nic nie istniało.

Uzdrowicielka zdawała się nie dostrzegać zaniepokojenia młodej kobiety. Z wyuczonym spokojem nalała wody do kubka i wepchnęła go stanowczo prosto w jej rozłożone bezradnie dłonie. Nie widząc innego wyjścia, dziewczyna wzięła kilka łyków. Na języku poczuła cierpki smak ziół, nie skrzywiła się jednak; była na to zbyt spragniona. Oddała staruszce pusty kubek i uśmiechnęła się nieśmiało.

– Przepraszam… – zaczęła nieporadnie. – Czy mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie jestem?

– Oczywiście, dziecko. Jesteś w świątyni w Marouf. A czy ty zechciałabyś mi powiedzieć, kim jesteś? Moglibyśmy wtedy powiadomić twoją rodzinę, że jesteś już przytomna i będziesz mogła wrócić do domu.

Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Starała się nie patrzeć w stronę uzdrowicielki, jednak siła spojrzenia staruszki przyciągała ją ku sobie. Aby przeciwstawić się temu uczuciu, zacisnęła powieki i odetchnęła kilka razy.

– Przykro mi – westchnęła w końcu, otwierając oczy. – Obawiam się, że nic nie pamiętam.

Starsza kobieta nie wyglądała na zaskoczoną. Pokiwała jedynie głową, stwierdziła, że to często się zdarza w takich sytuacjach, obiecała też dziewczynie, że przyśle do niej kogoś z obiadem, kazała nie wstawać z łóżka i wołać o pomoc, gdyby tylko znów poczuła się gorzej. Potem odeszła.

„Straciła mną zainteresowanie, gdy dowiedziała się, że nic nie pamiętam" pomyślała dziewczyna. „Jeśli okaże się, że nie należę do bogatej rodziny, nikt nie zapłaci za moje leczenie".

Ten materializm wbrew pozorom nie zabolał aż tak bardzo. Mogła go nawet zrozumieć. Zmartwił ją natomiast fakt, że nic nie pamiętała. Opadła na łóżko i zaczęła intensywnie myśleć. Cokolwiek. Chociaż jedno słowo. Przynajmniej własne imię – tyle musi sobie przypomnieć. Nic więcej na razie nie potrzebowała.

Myślenie w takim stanie okazało się bardziej męczące, niż przypuszczała.Na szczęście wysiłek nie poszedł na marne.

Nazywała się Cereline.

Obawiała się jednak, że to nie wystarczy. Uzdrowiciele będą oczekiwali zapłaty, a ona nawet nie wiedziała, czy ma przy sobie cokolwiek, czym mogłaby pokryć koszty leczenia.

Przyjemnie pomarzyć, że jest się zaginioną córką bogatego pana ziemskiego albo nawet królewną, która w czasie konnej przejażdżki została uprowadzona i ocalona przez strażników granicznych z Marouf. Cereline doskonale jednak zdawała sobie sprawę, że gdyby rzeczywiście tak było, uzdrowiciele już dawno skontaktowaliby się z jej rodziną.

Co teraz z nią będzie? Pewnie każą jej pomagać w świątyni, zamiatać podłogi, haftować ozdobne szaty, zbierać zioła i przygotowywać z nich leki. Dzięki temu przynajmniej będzie mogła zająć czymś ręce i odciągnąć umysł od trosk. Ręce… Ktoś chyba kiedyś powiedział jej, że można z nich wyczytać życie człowieka. Spojrzała na swoje własne. Nie były arystokratycznie małe ani artystycznie wydatne, raczej zupełnie przeciętne. Nie znalazła na nich otarć ani ran, nie były również nieprzyjemnie szorstkie, a zatem musiała być kimś więcej niż pomywaczką czy córką rolnika. Niestety, nie były też jedwabiście gładkie, co mocno ją rozczarowało. Odkrycie własnego pochodzenia mogło okazać się znacznie trudniejsze, niż przypuszczała.

 

* * *

 

Dni mijają zadziwiająco szybko, gdy ma się ręce pełne roboty. Cereline odkryła to, być może na nowo, pracując dla świątyni w Marouf. Początkowo zarządca przydzielał jej jedynie proste zadania, nie wymagające większych zdolności i nie zwracał na nią większej uwagi. Gdy jednak odkryła w sobie talent do gotowania, stał się jej bardziej przychylny i kilka razy, osobiście lub przez pośredników, dawał dziewczynie do zrozumienia, iż może na stałe zostać w świątyni.

Dowiedziała się, że znaleziono ją nieprzytomną na skrzyżowaniu głównych szlaków handlowych. Trudno więc określić skąd lub dokąd się wybierała. Nie miała przy sobie nic, co mogłoby pomóc w jej identyfikacji, nawet przy określeniu z jakich okolic pochodzi. Jej ubrania były proste i niezniszczone, nie miała też żadnej biżuterii. Jedyne, co udało się stwierdzić, to fakt, że musiała przejść coś strasznego, gdyż nie tylko jej umysł nosił ślady dewastacji.

Wiedziała, że nie powinna zostawać w świątyni. Co zabawne, dotarło to do niej dokładnie w momencie, gdy odkryła swoje kulinarne zdolności. Chociaż umysł wciąż miała zasnuty mgłą, ciało zdawało się pamiętać, gdzie było jej miejsce. Liczyła więc na to, że gotując zdoła niewidzialną barierę oddzielającą ją od wspomnień.

Myśl, że gdzieś niedaleko rodzina, mąż, dzieci mogą tęsknić za jej kuchnią dodawała Cereline zapału.

Choć z każdym dniem czuła się w świątyni coraz pewniej, trzymała wszystkich na dystans. Nie chciała narażać ani siebie, ani innych na ból rozstania, które przecież było nieuniknione. Musiała odzyskać wspomnienia i w końcu wrócić do domu.

W świątyni nie było nikogo, kto potrafiłby przepędzić mgłę z jej umysłu. Uzdrowiciele doskonale radzili sobie z leczeniem ran i uśmierzaniem bólu, ale inne dziedziny magii znajdowały się poza ich zasięgiem. Wniosek nasuwał się sam – Cereline musiała znaleźć maga, który zechciałby jej pomóc, przyjmując w zamian to, co dziewczyna miała do zaoferowania.

Nucąc pod nosem wesołą melodię, którą usłyszała ostatnio na targu, zaczęła rozczesywać włosy. Długie i jasne, były jej największym skarbem. Ludzie uważali Cereline za ładną, co podnosiło ją nieco na duchu. Po omacku zbierała swój dobytek do niewielkiej torby podróżnej. Było jeszcze bardzo wcześnie, na długo przed wschodem słońca, nie odważyła się jednak na zapalenie świecy. Nie chciała nikogo budzić. Wolała odejść bez zbędnego rozgłosu. Miała wrażenie, że gdyby ktoś w tej sytuacji nalegał, by została, to jedynie z wyuczonej grzeczności. Fałszywa uprzejmość to ostatnia rzecz, jakiej chciała zasmakować tego dnia.

Nie miała wielu rzeczy. Tylko ubranie na zmianę, rzemyk do związywania włosów i kilka monet. Upewniwszy się, że zostawia pokój w stanie, który nie zdradzał iż wcześniej ktokolwiek w nim mieszkał, narzuciła na ramiona podróżny płaszcz z kapturem i wyszła.

Nie spoglądała za siebie. Wiedziała, że jeszcze kiedyś zatęskni za jasnymi, chłodnymi murami świątyni, pełnymi śmiechu korytarzami i ludźmi, chwalącymi jej potrawy, ale na razie nie chciała się tym przejmować. Patrząc tylko na drogę przed sobą, zostawiła wszystko, co broniło dostępu do utraconych wspomnień.

Marouf rozkwitło w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Brukowane uliczki, małe domki ze skał wapniowych i marmurowe pałacyki w bladoróżowym świetle wyglądały niczym pąki wiśni. Ach, jakże chciałaby być jednym z mieszkańców tego cudownego miasta, codziennie cieszyć się takim widokiem, karmić duszę spokojnym rytmem życia!

Musiała jednak zadowolić się rolą obserwatora. Z nadzieją chłonęła obrazy, dźwięki i zapachy budzącego się dnia, licząc na to, że coś sobie przypomni. Wiele rzeczy zdawało się pukać nieśmiało do zamkniętych drzwi pamięci, trącało nienapięte struny jej umysłu, próbując odegrać niegdyś doskonale znaną melodię. Cereline, zachwycona tym doznaniem, schodziła z drogi mijanym ludziom, bojąc się, że jakikolwiek niewłaściwy krok może zerwać nić łączącą dziewczynę z przeszłością.

Nie zapomniała oczywiście, co skłoniło ją do opuszczenia świątyni. Gdy tylko otrząsnęła się z zachwytu, zaczęła szukać jakiejkolwiek informacji o czarodzieju, który byłby gotów jej pomóc. Ludzie reagowali na pytania dziewczyny w przeróżny sposób; wzruszali ramionami i wracali do swoich zajęć, zbywali ją machnięciem ręki, śmiali się prosto w twarz. Inni w końcu marszczyli czoła i szeptali nieśmiało:

– Jest taki jeden… Ale lepiej o nim zapomnij.

Dość już miała zapominania. Jedyne, czego chciała, to pamiętać. Szukała więc i pytała, dopóki nie poznała imienia maga i nie dowiedziała się, gdzie można go znaleźć.

Nazywał się Karadimas Liedyneth. Mówiono o nim jedynie szeptem, zupełnie jakby miał w zwyczaju karać każdego, kto wyrażał się na jego temat niepochlebnie. Większość ludzi zgodnie twierdziła, iż to dobry czarodziej, ale zły człowiek. Cereline nie rozumiała, jak można było tak kategorycznie rozdzielać te dwie kwestie, ale z jakiegoś powodu miała pewność, że tak jest w rzeczywistości. Samo imię brzmiało dziwnie znajomo. Wątpiła jednak, by kiedykolwiek wcześniej spotkała się z magiem. Zapewne po prostu słyszała gdzieś o nim, to wszystko.

Do szukania u niego pomocy skłonił ją fakt, iż podobno nigdy nie żądał od klientów zapłaty przekraczającej ich możliwości. W zupełności wystarczyła mu satysfakcja z dokonania czegoś, co znajdowało się poza zasięgiem innych oraz, niestety, gnębienie ludzi w potrzebie.

W takim razie Cereline doskonale nadawała się na jego klientkę.

 

* * *

 

Karadimas Liedyneth nie należał do ludzi towarzyskich. Więcej nawet: robił wszystko, aby omijano go szerokim łukiem. Każdy, kto miał do niego interes, okazywał wdzięczność za sam fakt, iż pozwolono mu trafić do siedziby czarodzieja. Kryjówek miał tyle, że gdy Cereline usłyszała o czwartej czy piątej, omal się nie załamała. Na szczęście zdołała spotkać kupca, który był w stanie wskazać, gdzie powinna zacząć szukać.

Zdobyte informacje pomogły dziewczynie ostatecznie podjąć decyzję. Od trzech dni była na właściwej drodze i dziwne przeczucie podpowiadało, że u celu rzeczywiście czeka czarodziej.

„Czeka na mnie!".

Zupełnie, jakby wiedział, że go szuka i wysyłał Cereline coś w rodzaju zaproszenia. Przeszły ją ciarki; magia to jednak straszna rzecz.

Zapadający zmrok i ciche odgłosy lasu zdradziecko pobudzały wyobraźnię dziewczyny. Otuchy dodawała jedynie zimna obecność myśliwskiego noża przytroczonego do pasa. Nie miała wprawdzie pewności, czy w razie ataku rozbójników taki nóż przyda się jej na cokolwiek, ale bez niego nigdy nie znalazłaby w sobie odwagi na samotną podróż. Wiedziała, że od upragnionego celu dzieli ją tylko kilka godzin, postanowiła więc, że zatrzyma się dopiero na miejscu. Nawet gdyby miała dotrzeć do twierdzy czarodzieja w środku nocy czy bladym świtem, wolała spać pod jego drzwiami niż obudzić się z myślą, że znów będzie musiała iść.

Zmęczenie mocno dawało się dziewczynie we znaki i dopiero po kilku długich minutach zrozumiała, że to narastające dudnienie, to nie odgłos jej własnych kroków, tylko tętent końskich kopyt. Przestraszona, uskoczyła w przydrożne zarośla i oparła się ramieniem o najbliższe drzewo w nadziei, że jeździec jej nie zauważy.

Niestety, przeliczyła się.

Jadący konno mężczyzna musiał być rycerzem lub pochodzić z zamożnej rodziny, gdyż miał na sobie lekką zbroję wykutą przez elfy i bladoniebieski płaszcz podróżny, a u jego pasa lśnił miecz z rękojeścią ozdobioną wielkim rubinem. Jechał na tyle wolno, że już z daleka wypatrzył Cereline. Zbliżając się do dziewczyny zwolnił jeszcze bardziej, aż w końcu zatrzymał się zupełnie.

– Dobry wieczór, pani – pozdrowił ją nadzwyczaj uprzejmie, choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

Dziewczyna z przejęcia zdołała jedynie nisko się ukłonić. Nie potrafiła nawet znaleźć w sobie odwagi, by się wyprostować, dlatego trwała w tej żałosnej półzgiętej pozycji, nasłuchując co zrobi rycerz. Bała się go urazić; pochodził przecież z bogatej rodziny i był uzbrojony.

Usłyszała jak zeskakuje z konia i podchodzi. Chciała odruchowo unieść wzrok, ale na szczęście udało jej się powstrzymać. A co jeśli będzie próbował z nią rozmawiać, a ona nie zdoła mu odpowiedzieć? Co jeśli to nie jest rycerz tylko bandyta w przebraniu, który nie będzie miał żadnych skrupułów żeby ją…

– Moja pani? – zapytał przyciszonym głosem. Delikatnie ujął jej policzek i zmusił, by na niego spojrzała. – Zechcesz mi powiedzieć, dokąd zmierzasz?

W jego oczach było coś hipnotyzującego. Jak to możliwe, że miały tak jasny, niemal złoty kolor? Może w jego żyłach płynęła krew elfów? Nie mógł być zwykłym człowiekiem. Był na to zbyt doskonały, jego rysy twarzy zbyt ostre, a włosy zbyt jasne. Cereline nie mogła się też pozbyć wrażenia, że gdzieś go już wcześniej widziała. Może spotkała go w jakimś mieście, gdy pytała o Karadimasa?

Wpatrywanie się w rycerza zaabsorbowało dziewczynę do tego stopnia, że treść jego pytania zrozumiała dopiero po chwili.

– Szukam czarodzieja, jaśniepanie – wymamrotała, odwracając szybko wzrok. Takie wpatrywanie się mógł uznać za niegrzeczne, a rozgniewania go wolałaby jednak uniknąć.

– Czyżby Karadimasa? – Choć głos mężczyzny wyrażał zdziwienie, po jasnej twarzy nie przemknął nawet jego cień, przez co wydała się Cereline podobna do maski. – W takim razie nasze drogi mają ten sam cel, pani. Czy nie zechciałabyś dotrzymać mi towarzystwa aż do kresu podróży?

Propozycja była tak nieoczekiwana, że dziewczynie zupełnie odebrało mowę. Musiała jednak bezwiednie kiwnąć głową, bo rycerz wprawnym ruchem objął ją i wziął na ręce, by po chwili posadzić ostrożnie w siodle.

– Jaśniepanie…? – zapytała nieśmiało.

Dopiero, gdy dane było jej usiąść, zdała sobie sprawę, jak bardzo się zmęczyła. Będąc tak długo w podróży, zdołała się oswoić z wszechogarniającym uczuciem głębokiego wycieńczenia. Nareszcie miała okazję nie tylko wygodnie usiąść, ale i przestać zamartwiać się wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami czyhającymi po drodze. Chociaż wiedziała, że nie wypada odbierać wierzchowca tak zacnemu rycerzowi, nie znalazła w sobie dość sił, aby sprzeciwić się takiemu obrotowi sytuacji.

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Zamiast tego klepnął lekko konia w łopatkę i pociągnął za wodze, zmuszając tym samym zwierzę do ruszenia stępem.

– Jesteś lżejsza ode mnie, pani, a memu rumakowi przyda się nieco odpoczynku. Podobnie jak moim nogom odrobina ruchu.

– To bardzo miłe z twojej strony, jaśniepanie – odparła, posyłając mu pełen wdzięczności uśmiech.

– Nazywam się Zyrus Anwyn, pani, i rad byłbym gdybyś zwracała się do mnie tym imieniem – przedstawił się, dygając lekko. – Czy zechciałabyś zdradzić mi swoje?

– Cereline.

– To bardzo piękne imię. Pasuje do ciebie, pani.

Zapewne niezbyt dobrze świadczyło o niej, że tak łatwo dała się kupić tym skromnym komplementem, ale nie potrafiła nic na to poradzić. Jej samotność została właśnie przerwana przez młodego przystojnego rycerza, który na dodatek traktował ją nadzwyczaj uprzejmie. Pojawił się nagle, jak książę z bajki, i nic nie wskazywało na to, by miał złe zamiary. Przeciwnie. Troska, jaką ją otoczył, dawała jasno do zrozumienia, że Cereline nie była mu obojętna.

Jedynie ten jego dziwny, niemal nienaturalny spokój wzbudzał obawy dziewczyny. Co takiego wydarzyło się w jego życiu, że postanowił wystrzegać się jakichkolwiek emocji? Nie mogło to być wynikiem szkolenia, które przeszedł, by zostać rycerzem. Kryło się w tym coś głębszego. Może właśnie dlatego zmierzał do czarodzieja?

Problem ten bardzo nurtował Cereline, nie na tyle jednak, by odważyła się przerwać dzielącą ich ciszę. Bądź co bądź, on był rycerzem, a ona tylko prostą dziewczyną bez żadnej przeszłości. Nie potrafiła jednak okiełznać wyobraźni. A gdyby Karadimas wydobył z zakamarków jej pamięci prawdę o tym, że w rzeczywistości była zaginioną księżniczką, a lord Zyrus został wysłany, by ją odnaleźć?

– Czy nie będę zbyt nachalny, jeśli spytam, czemu szukasz pomocy czarodzieja? – zapytał Zyrus, wyrywając tym samym dziewczynę z zamyślenia.

– Och, nie, nie, ależ skąd! – wykrzyknęła, ciesząc się w duchu, że to on zaczął rozmowę. Tylko co miała mu właściwie powiedzieć? Że straciła pamięć? Wolała się do tego nie przyznawać, nawet przed nim. Nie znając własnej przeszłości nie mogła być w pełni panią samej siebie. Nie chciała też wzbudzać u niego litości. – Zgubiłam coś bardzo cennego. Miałam nadzieję, że czarodziejowi uda się to odnaleźć.

– To bardzo źle – westchnął rycerz, a smutek w jego głosie zmroził ją dogłębnie. – W takim razie nasze cele są skrajnie różne, pani.

– Co masz na myśli, Zyrusie? – zapytała z narastającym lękiem.

– Mój miecz łaknie krwi i jedyne Karadimas Liedyneth jest w stanie zaspokoić jego głód.

Cereline aż odebrało mowę. Owszem, słyszała, że Karadimas nie był wzorem wszelkich cnót, ale nie spodziewała się takiego oświadczenia. Lord Zyrus zamierzał go zabić! Cóż takiego uczynił czarodziej, że wywołał gniew rycerza? Nie przygotowała się na taką odpowiedź.

Koniecznie musiała temu zapobiec! Musiała poprosić Zyrusa, by wstrzymał się przynajmniej do czasu, aż Cereline odzyska swoje wspomnienia. Nie po to przecież tak długo szukała pomocy, żeby teraz zacząć zupełnie od nowa.

– Zyrusie… – zaczęła niepewnie. Przeniósł na nią spojrzenie złocistych oczu i skinął głową, zachęcając tym samym do mówienia. – Czy mógłbyś poczekać ze swoją… wizytą u czarodzieja, dopóki nie spełni mojej prośby? Wiem, że nie mam prawa oczekiwać od ciebie…

Uciszył ją, unosząc dłoń. Nieznacznie zmarszczył brwi, rozważając słowa Cereline. Czyżby oczekiwała zbyt wiele? Jeśli sprawa dotyczyła honoru rycerza, jego rodu lub też zemsty za wyrządzone krzywdy, nie mogła liczyć, że jej ustąpi. Była przecież jedynie nieznajomą dziewczyną, przypadkowo spotkaną po drodze.

– Czekałem na tę chwilę od bardzo dawna – oznajmił w końcu Zyrus, na co serce Cereline zastygło w bezruchu. – Mogę więc poczekać jeszcze parę dni. To doprawdy niewielka cena za szczęście tak pięknej kobiety.

Jej wdzięczność nie znała granic. Gdyby nie fakt, że siedziała na koniu, rzuciłaby się mu do stóp i zaczęła całować po rękach. W tej sytuacji musiała jednak ograniczyć się do kilku radosnych okrzyków i pełnych szczęścia łez.

 

* * *

 

Gdy w końcu stanęli przed twierdzą Karadimasa, niebo usiane było drobnym makiem gwiazd, a jasny blask pełni księżyca wydobywał z mroków nocy smukłą sylwetkę samotnej wieży. Ze strzelistych okien biło przytłumione światło.

To czarodziej zapraszał Cereline do środka.

Po plecach przebiegł jej dreszcz. Skąd Karadimas mógł wiedzieć, że właśnie przybyli? Czy był aż tak potężny?

Lord Zyrus pomógł dziewczynie zsiąść z konia, nie była jednak w stanie utrzymać się na nogach; kolana drżały jej nie tyle ze zmęczenia, co ze strachu. Może to nie był dobry pomysł? Może nie powinna była tu przychodzić? Zachwiała się i gdyby Zyrus nie zaoferował jej ramienia, najpewniej by upadła.

– Powinnaś już iść – szepnął dziewczynie na ucho, popychając jednocześnie w stronę wrót twierdzy. – Nie każ czarodziejowi czekać.

– A ty, Zyrusie? – zapytała głosem znacznie bardziej roztrzęsionym, niż się spodziewała. – Co z tobą?

– Lepiej, jeśli na razie ukryję przed nim moją obecność – odparł, wypuściwszy dziewczynę z ramion. Nie pokazując po sobie ani śladu zmęczenia, wskoczył na grzbiet konia i zawrócił go. – Ale nie lękaj się; zawsze będę w zasięgu twego głosu, droga Cereline.

Nim zrozumiała, co się dzieje, lord Zyrus zdążył odjechać, zostawiając ją zupełnie samą pod drzwiami twierdzy Karadimasa. Co powinna zrobić? Noc była wprawdzie chłodna, ale gęsia skórka na jej ramionach wynikała raczej z paskudnej sytuacji, w której się znalazła. Bała się zapukać do drzwi, ale zarazem zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że zwlekając może rozgniewać czarodzieja.

Słyszała wiele historii o złośliwości magów, a co najmniej połowa z nich dotyczyła właśnie Karadimasa Liedynetha. Chyba właśnie ten fakt zmotywował Cereline do ruszenia z miejsca. Chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i uniosła dłoń aby zapukać, natrafiła jednak na pustkę. Wrota otworzyły się zupełnie same, zapraszając zlęknioną dziewczynę do środka.

Nie miała żadnych wątpliwości, dokąd powinna się kierować. Zawieszone pod sufitem niewielkie lampiony rozżarzały się ogniem magicznych płomieni, wskazując drogę, i gasły momentalnie, gdy tylko je minęła. Gdyby nie pomoc ze strony czarodzieja zapewne nigdy nie trafiłaby we właściwe miejsce. Twierdza może i nie była specjalnie duża, ale po przekroczeniu progów jasnym stawał fakt, że nie mógł jej stworzyć nikt o zdrowym umyśle. Schody urywające się w połowie, drzwi tuż pod sklepieniem nie sięgające posadzki, studnie na środku korytarza – to jedynie namiastka szaleństwa, którą Cereline mogła podziwiać dzięki skąpemu oświetleniu.

Czy Karadimas sam wzniósł tę samotnię? Co świadczył o nim fakt, iż był w stanie mieszkać w tak okropnym miejscu? Udzieliło mu się szaleństwo obranej siedziby, czy też to on nim promieniował?

Odgłos trzewików uderzających o posadzkę rozchodził się echem po chaotycznych korytarzach, budząc u Cereline obawę, że jest śledzona, że w odmętach twierdzy kryją się setki bezwolnych istot, których zadaniem było podążać za nią i obserwować każdy ruch.

Kilka kropli zimnego potu spłynęło dziewczynie po plecach.

Jak długo jeszcze miała iść? Gdzie czekał czarodziej? Czy w ogóle ktoś czekał? A może Cereline wpadła w magiczną pułapkę na nieproszonych gości i teraz będzie błądzić po tym strasznym miejscu, dopóki nie zasłabnie ze zmęczenia?

Drżąc ze strachu, dotarła w końcu do pomieszczenia, które musiało być celem wędrówki. W centrum stał stół, uginający się pod ciężarem owoców, pieczonej dziczyzny, pieczywa i dzbanów z winem, a w rogu w piecyku kaflowym wesoło strzelały płomienie. Ciepło, światło i zapach jedzenia przyciągały dziewczynę i nie potrafiła stawić im oporu. Nie bacząc na wszelkie możliwe konsekwencje, rzuciła się w stronę stołu i zaczęła jeść.

Głód i zmęczenie były jej kucharzami. Dawno żaden chleb nie wydał się dziewczynie tak chrupiący na zewnątrz i miękki w środku, pieczeń pachnąca i soczysta, a wino słodkie i rozgrzewające. Nie pofatygowała się nawet aby usiąść. W miarę jak wypełniał się jej żołądek, uświadamiała sobie jednak, że takich wystawnych uczt nie urządza się bez przyczyny. Obawy ponownie zaczęły w niej narastać, aż nagle usłyszała czyjś cichy kaszel.

Zaskoczona, zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Dopiero teraz zauważyła, że przy stole stoją dwa obite miękką skórą fotele, a na jednym z nich ktoś smacznie drzemał. Przełamała strach i chwiejnym krokiem pokonała odległość dzielącą ją od nieznajomego. Odziany w delikatne sumańskie jedwabie mężczyzna zwinął się na fotelu niczym kot. Jego długie czarne włosy spływały przez podłokietnik aż na podłogę. Pogrążony w głębokim śnie nie wiedział zapewne, że miał gościa.

Cereline wzięła się pod boki i z niedowierzaniem pokręciła głową. I to miał być wielki czarodziej? Można pęknąć ze śmiechu!

Sięgnęła po przerzuconą przez oparcie fotela kapę, chcąc przykryć mężczyznę i ochronić przed nocnym chłodem. Ledwie jednak zdążyła się nad nim pochylić, a poczuła przy szyj zimne ostrze sztyletu. Spojrzała w dół i natrafiła na parę jadowicie zielonych oczu, otwartych szeroko w niemym zdumieniu. Zaskoczona nagłym przebudzeniem czarodzieja, nie była w stanie nawet drgnąć.

– To ty! – zawołał niespodziewanie mag, a jego oblicze pojaśniało, gdy uśmiechnął się szeroko. Zerwał się na równe nogi tak szybko, że byłaby się przewróciła, gdyby nie złapał jej za ręce. – Wiedziałem, że do mnie przyjdziesz i nie mogłem się już doczekać! – zaśmiał się radośnie, odciągając Cereline na bok, by stół nie ograniczał im ruchów.

– Ale jak to możliwe, panie, że ty… – zaczęła nieporadnie, lecz Karadimas przerwał jej szybko.

– Widzę, że już jadłaś. Mam nadzieję, że ci smakowało. Proszę, powiedz, że smakowało, nie czyń mi zawodu!

– Och, tak panie! – zawołała jednym tchem, bojąc się, że znów nie zdoła dokończyć zdania. – Czy to ty sam…?

– Ja sam? – roześmiał się głośno i przyciągnął mocniej Cereline, jedną ręką obejmując w pasie, palce drugiej splótł z jej palcami, zupełnie jakby chciał porwać dziewczynę do tańca. – Ja nic nie muszę robić sam! – zawołał, nie przestając się śmiać i tupnął głośno butem o posadzkę.

Zupełnie jak na umówiony wcześniej znak, spod ścian sali uniosły się w powietrze i rozbłysły delikatnym światłem przeróżne instrumenty, od pięknie zdobionych lutni, poprzez flety aż po przedziwne twory z obcych krajów, których nazw Cereline nie znała. Wraz ze światłem z muzycznych narzędzi wyciekły słodkie dźwięki, palące stopy i naglące je do dzikiego tańca. Karadimas nie pozostał obojętny na zmysłowe brzmienia i porwał Cereline ze sobą.

Zaczęli wirować po sali. Dziewczyna przeczuwała, iż nigdy wcześniej nie tańczyła do podobnej melodii, a mimo to, dzięki umiejętnościom partnera, ani razu nie zgubiła kroku, ani razu się nie potknęła. Nim zdała sobie z tego sprawę, zaczęła odwzajemniać uśmiechy czarodzieja i bawić lepiej niż kiedykolwiek dotychczas. Jak mogła się go bać? Bardziej niż człowieka przypominał nieziemską istotę, zrodzoną ze światła, radości i muzyki. Czuła się przy nim tak dobrze, jakby znała go całe życie i darzyła przyjaźnią silniejszą niż niejedno zauroczenie. Skąd wzięły się te uczucia? Czyżby znalazła się pod wpływem jakiejś przedziwnej magii?

Jako partner w tańcu Karadimas doprawdy nie miał sobie równych. Nie zdążyła nawet poczuć zmęczenia, gdy posadził ją na fotelu. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jeszcze chwila, a nie dałaby rady przejść ani kroku więcej. Mimo to rozczarowała się nagłym końcem, co nie umknęło uwadze mężczyzny. Sięgnął po dwa srebrne kielichy i napełnił je czerwonym winem.

– Nie martw się, kochana – zaśmiał się, podając jej jedno z naczyń, a drugie opróżniając potężnym haustem. – Będziemy mogli tańczyć tak często, jak tylko sobie zażyczysz.

Idąc za przykładem Karadimasa, Cereline przyłożyła kielich do ust i przechyliła lekko, by słodki płyn spłynął jej do gardła. Poczuła rozkoszne ciepło palące język i podniebienie, kołyszące umysł w symfonii ognia i rozkoszy. Jeśli kiedykolwiek wcześniej miała co do czarodzieja jakieś wątpliwości, teraz odeszły w niepamięć, wypchnięte ze świadomości dziewczyny przez taniec, śmiech i wino. Tak jak słowa czarodzieja porwały umysł i serce, tak jego dłonie szybko wzięły w posiadanie jej ciało, gdy pociągnął Cereline ku zapomnieniu.

Nie spodziewała się, że usta mężczyzny mogą skrywać aż tyle słodyczy. Gdyby okazał się natarczywy, zapewne by go odepchnęła. Karadimas musiał jednak doskonale zdawać sobie z tego sprawę, dlatego pieścił ją ostrożnie, a zarazem porażająco cudownie, wprawiając ciało dziewczyny w miłosne odrętwienie, które uniemożliwiało odepchnięcie jego dłoni.

Powoli przywierał do Cereline całym sobą. Nie przerywając pocałunków, odchylił ostrożnie dekolt jej sukni, by rozpocząć mokrą wędrówkę językiem wzdłuż szyi, aż do stwardniałych sutków. Przez gruby materiał pieścił uda dziewczyny, rozchylając je coraz szerzej i szerzej, z każdą chwilą coraz bardziej zacierając dzielące ich granice.

Nie mogła, po prostu nie mogła mu odmówić.

 

* * *

 

Przebudzenie okazało się nadzwyczaj przyjemne, choć nie mogło dorównać ani poprzedzającym go snom, ani cudownemu wieczorowi. Kilka grubych i ciężkich kołder przygniatało Cereline do miękkiego łóżka, długo więc musiała szukać w sobie siły, by w końcu podnieść się i rozchylić zasłony w oknach.

Gorące promienie południowego słońca odkryły przed nią nie tylko przepych, ale i pełnię wypełniającego sypialnię chaosu. W nogach łoża kłębiły się bogato zdobione chusty. Na dębowy parawan i fotel rzucono suknie, które nie mieściły się już w garderobie. Obszerna toaletka zastawiona była setkami flakoników z nieziemsko pachnącymi kosmetykami. Na podłodze ciasno, jedna obok drugiej, kwitły niczym kwiaty pary trzewików. W tej pełnej cudów komnacie mogłyby mieszkać dziesiątki dziewcząt!

Cereline, nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą począć, zaczęła przeglądać zdobne szaty, licząc na to, że uda się jej znaleźć coś, w czym nie będzie się krępowała pokazać czarodziejowi. Po dłuższej chwili zdołała wydobyć z odmętów garderoby lekką kremową suknię oraz pasujące do niej trzewiczki. Ubrawszy się, nieśmiało uchyliła drzwi sypialni i wyjrzała na korytarz.

Nie wiedziała, czego powinna się właściwie spodziewać, a mimo to fakt, że na zewnątrz nikt nie czekał, rozczarował ją mocno. Co dziwniejsze, poprzedniego wieczora również nie spostrzegła nikogo, poza samym czarodziejem. Czyżby w twierdzy nie było służby? A może na rozkaz Karadimasa chowała się przed gośćmi?

Pewna, że ze strony czarodzieja nic jej nie grozi, postanowiła wykorzystać tę chwilę samotności, by w świetle dnia jeszcze raz przyjrzeć się dziwom skrytym w twierdzy. Uśmiechnęła się szeroko i w biegu przewiązując włosy wstążką, pomknęła korytarzem na prawo od sypialni.

Obcasy trzewików obudziły w wieży dawno zapomniane echo, które dodatkowo potęgował śmiech dziewczyny. Strach, który towarzyszył jej w nocy, zdawał się nigdy nie istnieć. Niepokojący cień czyjejś obecności został zastąpiony przez słodkie trele ptaków, które w radosnym ferworze wlatywały przez szeroko otwarte okna, by tańczyć po pustych komnatach.

Tajemnice, które skrywała twierdza nie miały w sobie nic z mroku, o który ją podejrzewała. Dookoła panowały światło i przepych. Bogactwo, jakie znalazła po przebudzeniu było niczym, w porównaniu z dziesiątkami innych komnat. Jakim cudem Karadimasowi udało się zgromadzić takie wspaniałości?

I gdzie podziewał się teraz?

Burczenie w brzuchu skłoniło dziewczynę do szukania kuchni lub chociaż spiżarni. Przypuszczała, że znajdzie ją na niższych piętrach i nie myliła się. Drogę wskazywał kuszący zapach pieczonego mięsa, gorącego chleba i ziół.

Nie chcąc bez zaproszenia wchodzić do kuchni, zapukała najpierw nieśmiało. Gdy nikt nie odpowiedział, zapukała ponownie. Znów nic. Ostrożnie uchyliła drzwi i zamarła w bezruchu.

W kuchni nie zastała nikogo, ale to absolutnie nie przeszkadzało w gotowaniu wystawnego obiadu. Wielka drewniana łyżka zupełnie sama mieszała gulasz. Pieczeń bez niczyjej pomocy obracała się na rożnie. Przyprawy nie pytając nikogo o drogę trafiały do właściwych garnków.

Cereline bała się choćby odezwać, by nie zaburzyć chwiejnej równowagi magicznej przędzy spowijającej kuchnię. Nie znała się wprawdzie na czarach, wiedziała jednak, że tego typu zaklęcia bardzo łatwo uszkodzić. Stojąc w progu, przestępowała z nogi na nogę, niepewna czy Karadimas wplótł tam jeszcze jeden czar, na którym najbardziej jej teraz zależało.

– Przepraszam? – zapytała cichutko.

Wszystko zatrzymało się nagle, zupełnie jakby skupiło na niej całą uwagę, o ile oczywiście łyżki i garnki takową posiadały.

– Czy mogę dostać coś do jedzenia?

Na to pytanie ogień w palenisku buchnął gniewnie czarnym dymem, a kilka przerażająco ostrych noży zagroziło dziewczynie, błyskając ostrzegawczo ostrzami.

– Chciałam tylko miseczkę gulaszu! – jęknęła błagalnym tonem i odruchowo zasłoniła twarz ramionami.

Rozsierdzone sprzęty uspokoiły się równie szybko, co wcześniej wpadły w gniew. Już po chwili w stronę Cereline płynęła w powietrzu miska wypełniona po brzegi smakowicie pachnącym gulaszem. Jej śladem podążała łyżka i pół bochenka świeżo wypieczonego chleba.

– Dziękuję! – zawołała radośnie dziewczyna, gdy tylko cudowne dary wpadły w jej otwarte dłonie. Dygnęła jeszcze w stronę paleniska i pobiegła z powrotem w stronę sypialni, w której się obudziła.

Silne tąpnięcie omal nie zwaliło Cereline z nóg. Tracąc równowagę upadla na ścianę, obijając się przy tym boleśnie. Cały zamek aż zadrżał w posadach. Zaraz potem rozległ się ogłuszający ryk. Dziewczyna poczuła, jak robi się jej słabo.

Smok.

Wiedziała, że to smok. Nigdy żadnego nie widziała, a przynajmniej nie pamiętała o tym, ale i tak wiedziała, że jeden z skrzydlatych potworów właśnie wylądował gdzieś niedaleko. Kropla lodowatego potu spłynęła jej po plecach, gdy uświadomiła sobie, że czarodziej może nie chcieć ratować przed gadem nikogo, poza sobą samym.

Opadła na kolana i drżąc na całym ciele, przylgnęła do ściany. Co powinna zrobić? Jeszcze nigdy nie była tak przerażona. Na samą myśl o kreaturze uzbrojonej w ostre kły i pazury oraz ziejącej ogniem serce przestawało jej bić. Z obrzydzeniem spojrzała na miseczkę pełną gulaszu. I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą głód był jej jedynym problemem.

– Karadimasie… – załkała, licząc na to, że czarodziej jednak przyjdzie jej z pomocą. – Karadimasie! Błagam, pomocy! Karadimasie!

Twierdza ponownie zadrżała. Łup. Łup. Łup. Odgłosy powolnych ciężkich kroków rozlegały się coraz bliżej. Jak mogła być tak głupia? Wołaniem jedynie zwróciła uwagę smoka. Teraz bestia na pewno nie miała już żadnych wątpliwości, gdzie powinna szukać ofiary. Cereline załkała i schowała twarz w ramionach.

Poczuła na karku powiew ciepłego powietrza, a mimo to przejął ją chłód. Bardzo powoli obróciła głowę w stronę okna i momentalnie straciła przytomność.

Ostatnim, co zauważyła, był wielki rogaty łeb smoka, rozdziawiona paszcza pełna kłów i para rozżarzonych ogniem ślepi.

 

* * *

 

– Gąsko? Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale mogłabyś się już obudzić – usłyszała tuż obok rozkosznie ciepły głos.

Czyjaś delikatna dłoń głaskała Cereline po policzku i odgarniała jej włosy z czoła. Dziewczyna leżała na miękkim łóżku, przykryta grubymi kocami. W powietrzu czuło się słodką woń kadzidła i świeżych kwiatów.

Przeżyła. Smok jej nie zabił. Jak to możliwe? Karadimas musiał go powstrzymać. Tak, to pewne. W pobliżu nie było przecież nikogo innego, kto mógłby stawić czoło najprawdziwszemu smokowi. Nikogo, kto…

Zyrus! Jak mogła o nim zapomnieć? Może to jednak od ponownie przybył jej z pomocą? Jeśli tak, to czy nic mu się nie stało? Czy czarodziej wiedział o jego obecności?

Nie mogąc dłużej znieść kotłujących się myśli, uchyliła powieki i spojrzała prosto w jadowicie zielone oczy maga.

– Karadimasie – wyszeptała z nieśmiałą wdzięcznością. – Czy mogę cię o coś zapytać?

– Tak, głupiutka gąsko? – zaśmiał się bezczelnie.

Spąsowiała na te słowa. Chciała przecież mu podziękować. I zapytać o Zyrusa, ale najpierw by przecież podziękowała! Najprawdopodobniej ocalił Cereline życie, czy ten fakt mu nie wystarczył? Musiał się do tego jeszcze napawać jej słabością?

– Jak możesz być tak okrutny? – wymamrotała, nic nie rozumiejąc.

– Bardzo łatwo, gąsko – prychnął. – Wystraszyłaś się mojego smoka, więc chyba mogę się z ciebie trochę pośmiać.

Zamrugała zdezorientowana. Jego smoka? Co to miało znaczyć? Głośny śmiech Karadimasa wcale nie pomagał dziewczynie rozeznać się w sytuacji. Skąd mogła wiedzieć, że to przerażające monstrum należało do niego? Wydęła policzki jak obrażone dziecko i odwróciła się plecami do czarodzieja, na co zaczął się śmiać jeszcze głośniej.

– Moja mała, głupiutka gąska – żartował, głaszcząc ją wciąż po włosach.

Miała ochotę kopnąć go z całej siły, najlepiej między nogi, ale wiedziała, że nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Mogłaby mimo wszystko skończyć jako pokarm dla smoka. Powinna odwrócić się do niego i pokazać, że jest gotowa puścić całe to zdarzenie w niepamięć, jeśli tylko przestanie się z niej śmiać.

Zebrała w sobie resztki cierpliwości i…

Karadimas szarpnął jej ramię, obrócił brutalnie w swoją stronę i wymusił długi namiętny pocałunek. Cereline nie wiedziała, jak powinna zareagować. Najpierw zastygła w bezruchu i wpatrywała się z niedowierzaniem w złośliwe zielone oczy. Potem uświadomiła sobie, że taki obrót sytuacji jednak nie bardzo jej odpowiada, dlatego zaczęła bić i kopać na oślep, mając jednocześnie nadzieję, że nie trafi w żadne wrażliwe miejsce, by nie zasłużyć na gniew czarodzieja. Karadimas roześmiał się prosto w usta Cereline w odpowiedzi na ten bezcelowy opór i przygniótł ją jeszcze mocniej do łóżka.

– Spokojnie, gąsko – wyszeptał czule. – Przecież nie robię nic złego, prawda?

Rzeczywiście, nie krzywdził jej. Mimo to czuła, że coś się nie zgadzało. Zupełnie jakby nie powinna się z nim całować. W myślach przywołała zdystansowanego i zarazem uprzejmego lorda Zyrusa. Różnili się od siebie tak jak dzień różnił się od nocy, jak płomieniom daleko było do wody. Obaj wyróżniali się jednak niezwykłą urodą i przedziwnym wdziękiem; każdy kusił Cereline w zupełnie odmienny sposób. Gdyby poznała tylko jednego, nie miałaby absolutnie żadnych wątpliwości, że bez względu na przeszłość, znalazła tę jedyną, wyśnioną drogę ku przyszłości, o jakiej marzyła każda młoda kobieta.

Serce dziewczyny zmuszone zostało do wyboru, na który nie zdołała się jeszcze przygotować. Chciała to wszystko dogłębnie przemyśleć, zrozumieć, poczuć i ochłonąć. Poznać choć trochę lepiej obu, ale…

Ale usta Karadimasa tak słodko i miękko wbijały się w jej własne!

Nie potrafiła się dłużej opierać. Zupełnie zapomniała, że miała zapytać Kardimasa, czy nie spotkał przypadkiem pewnego tajemniczego rycerza o bladej cerze i złotych oczach. Wplotła palce w długie i cudownie jedwabiste włosy, po czym z pasją odwzajemniła pocałunek. Poczuła bardziej niż usłyszała, że znów się zaśmiał, tym razem jednak nie miała o to żadnych pretensji.

– Mój wybawco – sapnęła mu na ucho, dając się ponieść podnieceniu.

 

* * *

 

Z głębokiego snu wyrwał Cereline nagły napad irracjonalnego lęku. Usiadła gwałtownie, cała spocona, dysząc głośno. Nie śniła koszmaru. To, co poczuła, nie miało nic wspólnego z nocną marą; zdawało się zdecydowanie bardziej realne.

Powiew chłodnego powietrza owionął spocone ciało dziewczyny, uświadamiając, iż była niemal naga. Rozejrzała się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Powoli docierało do niej, że po raz kolejny obudziła się w zupełnie obcym miejscu. Ponownie też czuła na sobie pozostałości niedawnych rozkoszy. Ostrożnie rozsunęła spowijający łóżko baldachim, by móc lepiej przyjrzeć się pokojowi.

Tym razem otaczały ją przepych i zarazem chaos, których nie dało się w żaden sposób porównać z tym, co zobaczyła do tej pory. Sterty drogich materiałów walały się zapomniane po podłodze, upchnięte gdzieniegdzie w stosy zwieńczone koronami ze skórzanych trzewików. Girlandy ażurowych wisiorków i amuletów na masywnych łańcuchach zwieszały się z kandelabrów płonących magicznym ogniem. W połączeniu rozrzuconymi w kompletnym nieładzie magicznymi artefaktami i księgami wyściełającymi podłogę mogło oznaczać to tylko jedno.

Obudziła się w sypialni Karadimasa.

Jęknęła przeciągle, a ten niewinny dźwięk wywołał falę bólu, która rzuciła dziewczynę z powrotem na łóżko. Przyrzekła sobie w myślach, że już nigdy nie weźmie alkoholu do ust. Jak mogła do tego dopuścić? Szybko jednak się rozgrzeszyła – nie sposób przecież stawiać oporu komuś równie kuszącemu, co Karadimas Liedyneth.

Odetchnęła głęboko i zaczęła się zastanawiać, jakie konsekwencje mógł przynieść wczorajszy wieczór. Co właściwie łączyło ją z czarodziejem? Nie wątpiła absolutnie, że on również czerpał przyjemność z wspólnie spędzonych chwil, ale czy poza doraźną rozkoszą zamierzał zaoferować Cereline coś więcej? Może i przemawiał przez nią nadmiar naiwności, ale nie była aż tak głupia, by ślepo wierzyć w szeptane w miłosnym amoku obietnice!

Ciche skrzypienie zawiasów kazało dziewczynie wrócić do rzeczywistości. W drzwiach stał czarodziej w luźniej zielonej szacie i tacą zastawioną jedzeniem w dłoniach.

– Obudziłaś się, moja gąsko? – zapytał zaskakująco swobodnym tonem.

– Nie jestem gąską.

– Och, oczywiście, że jesteś.

Podszedł powoli do łóżka, śmiejąc się pod nosem, i postawił tacę przy Cereline. Dziewczyna uśmiechnęła się i wyciągnęła drżącą dłoń po dzban z wodą. Ten jednak umknął przed jej palcami, uniósł się w powietrze i sam nalał wody do kryształowego kielicha.

– Wszystko tu jest takie niesamowite – westchnęła, gdy tylko zaspokoiła pragnienie.

– Ja również? – Karadimas westchnął z udawanym zdziwieniem.

Zaśmiała się. Leżał obok niej, ospale skubiąc kiść winogron. Luźna szata niemal zupełnie zsunęła mu się ramion, odsłaniając cudownie wyrzeźbiony tors. O tak, był niesamowity. Bardziej przypominał marmurowy posąg herosa ze starych pieśni, niż człowieka z krwi i kości. Od czubka głowy aż po palce u stóp wysycała go niesamowitość, która przekraczała wszelkie wyobrażenia Cereline. Co mogła zrobić, by zasłużyć na uczucie kogoś tak doskonałego?

Delikatnie przejechała palcami po policzku mężczyzny, zjechała na szyję, klatkę piersiową, brzuch…

– Znasz się może na ziołach? – zapytał nagle.

Wpatrywała się w niego przez chwilę, zaskoczona taką zmianą tematu. Czyżby właśnie ją odepchnął? Podsunęła jej to wybujała wyobraźnia czy też rzeczywiście dostrzegła w jego zielonych oczach przebłysk chłodu? Nie, to nie możliwe. Owszem, znała Karadimasa bardzo krótko, ale zdążyła już zrozumieć, że poza niegroźnymi złośliwościami nic jej z jego strony nie groziło. A już w szczególności tak okrutne odepchnięcie.

Skinęła z uśmiechem.

– Odrobinę.

– W takim razie chyba mam dla ciebie pierwsze zadanie.

 

* * *

 

Cereline ponownie spojrzała na listę, którą przygotował czarodziej. Z niedowierzaniem pokręciła głową. Upierał się, że utkał wokół twierdzy zaklęcia, dzięki którym nigdy nie brakowało mu składników do magicznych wywarów. Nie wystarczyło to jednak, by przekonać dziewczynę, iż uda się jej znaleźć wszystkie zioła.

Wiedząc, że czeka ją dłuższa wyprawa, ubrała grube spodnie i tunikę, a na plecy zarzuciła pelerynę. Ziejący pustką koszyk przewiesiła przez ramię. Gdzie powinna zacząć szukać? Stanęła w bramie broniącej dostępu do dziedzińca i rozejrzała się. Dookoła rozpościerał się niesamowity widok. Spowita we mgle polana z jednej strony zakończona była stromym urwiskiem, z drugiej zaś gęstym lasem. Od strony przepaści wiał silny wiatr, który niósł ze sobą wilgoć i głośne wycie rwącego strumienia. Samotna twierdza Karadimasa zdawała się królować nad nieprzyjazną okolicą.

– No dobrze – westchnęła Cereline, spychając niepokój na samo dno umysłu. – A więc co mamy pierwsze? Czarne jagody, czarne jagody…

Żwawym krokiem ruszyła w stronę lasu. Gdy pracowała w świątyni, często zdarzało się jej zbierać zioła – zarówno przyprawy do potraw, jak i niezbędne składniki leczniczych mazideł i naparów. Dzięki temu miała przynajmniej jako takie pojęcie, czego właściwie powinna szukać.

Praca pochłonęła Cereline bez reszty. Czarodziej nie kłamał – rzeczywiście miał na wyciągnięcie ręki wszelkie rośliny, jakich tylko mogła zapragnąć każda szanująca się wiedźma.

Tak właśnie. Wiedźma.

To spostrzeżenie nagląco trąciło strunę niepokoju w duszy dziewczyny. Dlaczego Karadimas interesował się ziołami? Tego rodzaju magią zazwyczaj zajmowały się jedynie kobiety. Może to dlatego ludzie twierdzili, że pochłonęło go szaleństwo? Cóż, zielarstwo nie należało do zbrodni. Chyba mogła w takim razie przymknąć oko na tę niegroźną pasję.

Do tego stopnia skupiła się na zrywaniu liści z krwawiącej wierzby, że zupełnie nie usłyszała, iż ktoś się zbliża. Odzyskała kontakt z rzeczywistością dopiero, gdy ciężka dłoń opadła na jej ramię.

Krzyknęła z przerażenia, a koszyk upadł na ziemię, rozsypując dookoła swą zawartość.

– Wybacz mi, moja pani. Nie chciałem cię przestraszyć.

Z ulgą spojrzała prosto w spokojną twarz lorda Zyrusa, jeszcze piękniejszą i jaśniejszą, niż zapamiętała. Posłała rycerzowi nieśmiały uśmiech.

– To nie twoja wina, panie – zapewniła pospiesznie i przyklęknęła, by zebrać upuszczone zioła.

Nie spodziewała się, że mężczyzna pochyli się tuż obok, by służyć pomocą. Nie, żeby bez niego sobie nie poradziła, ale ten gest znaczył dla niej naprawdę wiele. Spłonęła rumieńcem. Myśli o tym, co zaszło pomiędzy nią a Karadimasem, wcale nie pomagały. Chciała się skupić na czymś zupełnie innym, ale lord Zurys był tak blisko…!

– Moja pani? – zapytał, najwyraźniej zaniepokojony zachowaniem dziewczyny.

– Przepraszam – zawołała Cereline, wybuchając nerwowym śmiechem. Zerwała się szybko na nogi i zarzuciła koszyk na ramię. – Jestem trochę rozkojarzona. To wszystko. Nie przejmuj się mną, panie.

Nie zdołała ukryć zakłopotania. Był na to zbyt inteligentny, zbyt spostrzegawczy i najwidoczniej zbyt bardzo zależało mu na Cereline, by jego uwadze umknął tak istotny szczegół. Chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął, mierząc twarz dziewczyny spojrzeniem pełnym żaru, które nie pasowało zupełnie do jego spokojnej natury.

– Zrobił ci coś, prawda? – zapytał ochrypłym z emocji szeptem.

– Nie… – zaczęła, ale przerwał jej gwałtownie.

– Powiedz mi prawdę!

Zawahała się. Co właściwie miała powiedzieć? Prawdę? O nie, prawda nie przeszłaby jej przez gardło. Nie mogła przyznać się do tego, co zaszło pomiędzy nią a Karadimasem. Nie przed lordem Zyrusem, który z takim wysiłkiem chciał ją chronić. Gdyby wyznała, na jak wiele pozwoliła czarodziejowi, rycerzowi najpewniej serce pękłoby z rozpaczy. Widziała to doskonale w płomiennych bursztynowych oczach i wąskiej linii zaciśniętych z przejęcia ust.

Spojrzała nieśmiało na Zyrusa i nagle coś się w niej zakotłowało. Owszem, zdawał się idealny; niczego mu nie brakowało – poza prawdziwym ciepłem. Wiał od niego chłód, którego nie mogła przepędzić nawet niebywała uprzejmość. Skąd Cereline miała jednak wiedzieć, czy dobre maniery rycerza nie wynikały czasem jedynie z wyrachowania?

Ale po co miałby silić się na wyrachowanie wobec zwykłej dziewczyny?

Zyrus patrzył na Cereline wyczekująco, coraz mocnej ściskając jej nadgarstek, mimo to wciąż milczała. Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Zbyt bardzo zajęło ją zastanawianie się, co takiego mógłby zyskać na pozyskaniu jej przychylności. Co takiego mogła mieć do zaoferowania?

– Cereline! – szepnął nagle z uczuciem, pochylając się nad dziewczyną. Nawet jego oddech nie miał w sobie ani krzty ciepła. Momentalnie zapragnęła znów znaleźć się w ciepłych ramionach Karadimasa. – Dobrze się czujesz? Bardzo zbladłaś.

Musnął opuszkami palców policzek Cereline, a po chwili już trzymał ją w ramionach i rozczesywał palcami długie, złote włosy.

– Lordzie Zyrusie, ja… – zaczęła, niemal równie mocno zaniepokojona, co zdezorientowana.

– Już dobrze, moja pani – wyszeptał dziewczynie prosto na ucho. – Wszystko rozumiem. Nic nie musisz mówić. Wiem, że on jest złym człowiekiem. Jeśli nie chcesz, nie musisz już do niego wracać.

– Przecież nie mam innego wyboru! – jęknęła rozpaczliwie. Nie zamierzała przyznawać, że poznała Karadimasa z innej, zdecydowanie bardziej ludzkiej strony. – Tylko w ten sposób mogę odzyskać wspomnienia!

Odsunęła się od Zyrusa i spojrzała w parę niesamowicie złotych oczu. Jakimś cudem czaił się w nich chłód, choć przecież kryły w sobie dwa małe słońca. Wciąż się nieco bała, ale z każdą chwilą strach tracił na sile. Im dłużej Cereline patrzyła w te niezwykłe oczy, tym czuła się słabsza. Tonęła w nich, z każdą chwilą pogrążała się coraz bardziej.

– Lordzie Zyrusie – wyszeptała nieśmiało. – Muszę tam wrócić. Wiesz przecież, że muszę.

– Tak – przyznał, pochylając się znów nad jej ustami. Przegrała. Znów przegrała. – I wrócisz, moja pani.

Choć jego wargi również okazały się chłodne, pocałunek, którym obdarzył Cereline, nie miał w sobie ani krzty zimna. Przeciwnie – rozpalił w dziewczynie ogień, za którym tak rozpaczliwie tęskniła. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że lord Zyrus miał wobec niej złe zamiary? Czy całowałby ją tak namiętnie, gdyby planował coś niegodziwego? Czy zdzierałby z nich ubrania z taką natarczywością, gdyby nie kierowało nim szczere pragnienie miłości?

 

* * *

 

Cereline udało się znaleźć wszystko z długiej listy czarodzieja, a mimo to wracała do twierdzy z wyrzutami sumienia. Chociaż nie zrobiła nic złego, miała świadomość, iż Karadimas mógł poczuć się urażony. Mężczyzna tak dumny jak on mógł bardzo źle znieść myśl, że uległa komuś innemu. Komuś, kto jakby tego było mało, zamierzał pozbawić czarodzieja życia.

Z drugiej strony – nikogo przecież nie wybrała. Żadnemu nie przysięgała wierności. Nie mogła nic poradzić na to, że zabawiali się nią wedle woli. Obaj byli zbyt doskonali, by mogła pozostać obojętna. Nie próbowali nawet zachować pozorów subtelności. Skąd niby miała czerpać siłę, by o nich nie myśleć, by się im oprzeć?

Poczuła nagły, niepohamowany gniew. Dlaczego w ogóle przybyła do twierdzy? Chciała przecież odzyskać wspomnienia, a nie planować wspólną przyszłość z jednym z dwóch najbardziej problematycznych mężczyzn, jakich świat widział.

Tupiąc głośno nogami, ruszyła korytarzem, który kiedyś wzbudził w niej takie przerażenie. Teraz Cereline wypełniały jedynie złość i rozgoryczenie. Skąd mogła wiedzieć, czy gdzieś nie czekał na nią mąż? Może nawet miała dzieci? Owszem, była wciąż dość młoda, ale to przecież o niczym nie świadczyło.

Światła rozpalały się posłusznie, wskazując dziewczynie właściwą drogę. Bez nich na pewno nie trafiłaby do pracowni Karadimasa. Mogła to potraktować jako uprzejmy gest ze strony czarodzieja, ale wściekłość uniemożliwiała takie rozwiązanie. Zamiast tego zirytowała się jeszcze bardziej. Naprawdę tyle trudu kosztowało go wychylenie nosa z nory i spotkanie się z nią osobiście? Oczywiście, łatwiej upleść zaklęcie!

Z rozmachem otworzyła drzwi, do których prowadził szlak rozpalających się świateł. Dlaczego wcale nie zaskoczyło ją to, co zobaczyła?

Karadimas spał z głową opartą na biurku, pochrapując w najlepsze. Ślina ściekała z rozchylonych ust prosto na manuskrypt, nad którym pracował. Cereline szczerze wątpiła, by przez cały ten czas, gdy ona biegała po lesie, czarodziej ciężko pracował. Dużo bardziej prawdopodobne było, że czarodziej zasnął niemal od razu po jej wyjściu.

Dzięki temu przekonaniu nie miała żadnych oporów przed brutalnym ściągnięciem Karadimasa z powrotem w objęcia rzeczywistości. Podeszła do niego i szarpnęła mocno za ramię.

Czarodziej zerwał się na równe nogi, wykrzykując coś w obcym języku. Krzesło, na którym siedział, upadło z hukiem na posadzkę. Magia zawirowała wokół niczym podmuch silnego wiatru, rozrzucając wszystko, co stanęło jej na drodze. Takie zastosowanie mocy nie mogłoby ocalić Karadimasa przed żadnym zagrożeniem, ale za to doskonale spisało się w tworzeniu jeszcze większego bałaganu.

– Dość! Wystarczy! – krzyknęła Cereline, bojąc się, że obowiązek doprowadzenia gabinetu do stanu użyteczności może spaść na jej barki. – To tylko ja!

Przez dłuższą chwilę mężczyzna nie mógł skupić na niczym wzroku, potem jednak zauważył dziewczynę i wymamrotał beznamiętnie:

– Tak… To tylko ty.

Tego już nie wytrzymała. Wymierzyła mu siarczysty policzek i ze złośliwą satysfakcją patrzyła jak, upadł na podłogę.

– Mogłaś mi oszczędzić tej czułości, głupia gąsko – jęknął czarodziej, próbując się podnieść. Najwyraźniej w ogóle nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.

– Przyniosłam twoje zioła, panie czarodzieju – prychnęła wciąż mocno urażona, rzucając mu kosz pod nogi. – Czy mam zrobić coś jeszcze, aby w końcu zasłużyć na odzyskanie wspomnień?

Wzięła się pod boki i spojrzała na niego z góry, tupiąc przy tym nerwowo nogą. Wreszcie zrozumiała, że powinna jak najszybciej opuścić to miejsce. Poza wspomnieniami nie miała tu przecież czego szukać. Im szybciej znajdzie się poza zasięgiem zarówno Karadimasa Liedynetha jak i lorda Zyrusa Anwyna, tym szybciej odzyska jasność myśli oraz święty spokój.

Gdy tylko sobie to uświadomiła spłynęło na nią dziwne ukojenie, a gniew odszedł w niepamięć. Odzyskać wspomnienia i uciec od nich jak najszybciej! Jak w ogóle mogła być tak głupia, by chcieć ułożyć sobie życie z którymkolwiek z nich?

Gdyby nie silne postanowienie, że bez wspomnień nigdzie się nie ruszy, Cereline najpewniej od razu wzięłaby nogi za pas. Musiała jednak zostać i dać szansę Karadimasowi na spełnienie prośby.

Wyciągnęła dłoń i pomogła czarodziejowi wstać. Podnosząc się, przylgnął do niej i otoczył niemal czule ramionami. Jeszcze niedawno nie byłaby w stanie się oprzeć tak jawnemu zaproszeniu, teraz jednak przez myśl jej nawet nie przeszło, by chociaż odwzajemnić uścisk.

– A więc? – zapytała Cereline, odsuwając Karadimasa na odległość wyciągniętych ramion. – Oczekujesz ode mnie czegoś jeszcze?

– Tak – przyznał mężczyzna po chwili namysłu. Przyglądał się dziewczynie jeszcze wnikliwiej niż wcześniej. Czyżby uraziła go oziębłością? – Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie.

– Tylko jedno? – zdziwiła się.

– Tylko jedno.

– A potem pomożesz mi odzyskać pamięć?

– Potem dostaniesz swoją zapłatę – odparł czarodziej z szerokim uśmiechem.

 

* * *

 

Gdy tylko Cereline otworzyła drzwi pokoju, który miała posprzątać, aż jęknęła ze zgrozy. Karadimas twierdził, że tę konkretną salę wykorzystywał do niezwykle delikatnej magii, która nie mogła zostać przez nic, absolutnie nic zakłócona. Dlatego właśnie w tym przypadku nie mógł wyręczyć się czarami. Jakby tego było mało – wszystko wskazywało na to, że nie zaglądał do komnaty od co najmniej kilku lat.

Podłogę pokrywała warstwa kurzu tak gruba, że myszy wydrążyły w niej tunele i norki, z których dobiegały cichutkie popiskiwania małych myszątek. Z sufitu zwieszały się girlandy pajęczyn upstrzone gwiazdkami pyłu i zmumifikowanymi muchami, ćmami i innymi od dawna już martwymi żyjątkmi. Przeżarte przez korniki pochodnie pospadały na ziemię jako niewielkie stosiki drzazg. Zarówno rytualny ołtarz, jak i posadzkę wokół niego, umazano jakąś dziwną mazią przypominającą smołę.

Przez dobre kilka chwil dziewczyna zastanawiała się od czego zacząć. Cóż, czarodziej sam powiedział, że wolno jej zrobić absolutnie wszystko, by doprowadzić salę do porządku. Wyciągnęła z kieszeni krzesiwo i skierowała snop iskier prosto na zakurzoną podłogę. Najpierw brud zalśnił czerwienią, potem jaskrawą bielą, aż w końcu wszystko zajęło się dzikim ogniem, który gasł niemal równie szybko jak się rozniecał. Musiała odskoczyć od drzwi i pobiec w górę schodów, by otworzyć okno. Jak na złość sala znajdowała się pod ziemią, przez co Cereline ryzykowała uduszenie się czarnym śmierdzącym dymem.

Na szczęście dzięki pracy dla świątyni dziewczyna miała doświadczenie w radzeniu sobie ze starymi, zapomnianymi przez czas i ludzi komnatami. Oparła się na parapecie, wychyliła lekko przez okno i odetchnęła świeżym powietrzem.

Woda. Będzie potrzebowała dużo czystej wody. Do tego jeszcze miotła, jakieś szmaty i jeszcze więcej czystej wody. A potem wreszcie odzyska swoje wspomnienia i opuści to okropne miejsce.

Nie miała zatem ani chwili do stracenia.

 

* * *

 

Cereline nie potrafiła powstrzymać szerokiego uśmiechu na widok zaskoczenia malującego się na twarzy Karadimasa. Czarodziej stał na środku komnaty i w osłupieniu podziwiał zmiany, jakie w niej zaszły. Zupełnie jakby aż do samego końca nie wierzył, że dziewczynie uda się ze wszystkim uporać.

– I jak? – ponagliła.

– Jestem pod wrażeniem.

– Czyli zapracowałam na swoją nagrodę? – zapytała z nadzieją.

Przez chwilę Karadimas przyglądał się Cereline nieprzeniknionym wzrokiem. O czym myślał? Czyżby zamierzał się jakoś wykręcić przed zapłatą? A może chciał wymyślić jeszcze jedno zadanie? Napływająca fala obaw przyprawiła dziewczynę o zimne dreszcze.

– Panie?

Drgnął, zupełnie jakby zapomniał o jej obecności. Może po prostu zastanawiał się nad zaklęciem, którego powinien użyć? To bardzo prawdopodobne, przecież magia umysłu nie należała do najprostszych.

– Tak – zgodził się powoli, a potem powtórzył z szerokim uśmiechem: – Tak, moja gąsko! I coś mi mówi, że powinniśmy uczcić to toastem! Nigdzie nie odchodź, zaraz wrócę.

Powiedziawszy to, wybiegł z komnaty i zostawił osłupiałą Cereline samą. Dziewczyna westchnęła. Jeden toast dzielił ją od upragnionego celu. Tylko jeden toast! Teraz, gdy spełnienie marzeń miała niemal na wyciągnięcie ręki, ledwie potrafiła ustać w miejscu. Oparła się plecami o blat marmurowego ołtarza i przymknęła oczy. Musiała zachować spokój. Już niedługo znów będzie prawdziwą sobą. Będzie pełna.

– Mam nadzieję, że nie zasnęłaś, głupia gąsko.

Spojrzała na Karadimasa spod półprzymkniętych powiek. Podszedł, podając dziewczynie kryształowy puchar niemal po brzegi wypełniony czerwonym winem. Przyjęła go z powściągliwym uśmiechem, bojąc się, że czarodziej może nabrać ochoty na coś więcej niż sam toast.

– Za co wypijemy? – zapytał czarodziej, pocierając smukłymi palcami nóżkę swojego kielicha.

– Za przyszłość – odparła błyskawicznie Cereline.

Karadimas uśmiechnął się szeroko i wzniósł puchar.

– Za przyszłość!

Słodki smak wina wypełnił usta dziewczyny, a do gardła spłynęło jej przyjemne ciepło, które szybko rozlało się po całym ciele. Jeszcze nigdy nie piła nic równie wyśmienitego. Nic dziwnego; czarodziej taki jak Karadimas z pewnością miał dostęp do trunków, o jakich nie mogła nawet śnić. Lekkie odurzenie skłoniło ją, aby znów zapomnieć o konsekwencjach. Wzięła jeszcze jeden łyk. A potem następny.

Zbyt późno spostrzegła jak uważnie przyglądał się jej Karadimas. Uniosła pytająco brwi. Czyżby zrobiła coś złego? Policzki nabiegły Cereline krwią, ale nie przyczyniło się do tego jedynie skrępowanie. Było jej tak ciepło i przyjemnie… Dlaczego zrobiła się taka senna? Czyżby wino było zbyt mocne?

Upadła na podłogę. Kielich wypadł jej z dłoni, rozlewając dookoła krwistoczerwony płyn. Jako ostatnie zobaczyła jadowicie zielone oczy Karadimasa i jego szeroki uśmiech.

 

* * *

 

– No dalej! Obudź się, głupiutka gąsko!

Jakaś ciecz chlusnęła Cereline prosto na twarz. Otworzyła gwałtownie oczy, gorączkowo próbując zaczerpnąć powietrza. Chciała krzyknąć, ale uniemożliwiał to wepchnięty w usta knebel. Spróbowała się rozejrzeć.

Od razu rozpoznała miejsce, w którym się znajdowała. Jak miałaby nie rozpoznać komnaty, którą przez tyle godzin pieczołowicie doprowadzała do porządku? Nie rozumiała tylko, dlaczego przywiązano ją do ołtarza.

Leżąc, nie mogła zbyt wiele zobaczyć. Karadimas musiał zdać sobie z tego sprawę, bo usłużnie wszedł w zasięg jej wzroku. Zielone oczy lśniły jakoś dziwnie, a usta wyginały się w uśmiechu, który teraz wydał się dziewczynie jeszcze bardziej drapieżny.

– Zastanawiasz się pewnie, co się dzieje – zaśmiał się czarodziej.

Ostrożnie kiwnęła głową. Związał ją tak mocno, że ledwie mogła się ruszyć.

– Cóż, gąsko, niestety muszę cię zmartwić, ale nie po to rzuciłem na ciebie tak silne zaklęcie zapomnienia, żeby teraz je zdejmować.

Nic z tego nie rozumiała i nawet nie potrafiła tego ukryć. Karadimas westchnął przeciągle, wyraźnie rozczarowany jej głupotą i naiwnością.

– Myślałem, że sama zaczęła przełamywać zaklęcie i dlatego chce od nas uciec. Wybacz, jeśli niepotrzebnie cię ponaglałem.

Cereline nie spodziewała się usłyszeć tego głosu. Nie. To nie możliwe. Może się przesłyszała? Przecież to absolutnie nie miało sensu!

– Kochany Zyrusie, teraz to już i tak bez znaczenia.

Lord Zyrus Anwyn podszedł do marmurowego stołu, dzięki czemu mogła dokładnie przyjrzeć się jego chłodnej, beznamiętnej twarzy. Dlaczego wcześniej nie zauważyła, jak koszmarna i trująca była ta oziębłość?

– Mimo to, mógłbyś jej wytłumaczyć, co się stało, Karadimasie.

Czarodziej przewrócił oczami. Jeszcze bardziej niż kiedykolwiek przedtem przypominał znudzone dziecko, które jak najszybciej chciałoby obejrzeć nową zabawkę. Najlepiej od środka.

– Co tu jest do tłumaczenia? Wybrałeś kolejną ofiarę, a potem ja usunąłem jej pamięć, żeby pomogła przygotować wszystko do odnowienia filakterium, to wszystko – prychnął, zupełnie jakby wyjaśnianie czegokolwiek stanowiło paskudny cios w jego godność. Ewidentnie wyrzucił z siebie ten potok słów tylko po to, by spełnić prośbę Zyrusa, bo Cereline nie zrozumiała z tego ani słowa. Ofiarę? Filakterium? O co w tym wszystkim chodziło? – Czy możemy wreszcie zacząć? Wiesz dobrze, jak męczący jest rytuał. Chciałbym mieć go już za sobą i przejść do czegoś przyjemniejszego.

Powiedziawszy to znacząco oblizał wargi samym koniuszkiem języka, na co Zyrus po raz pierwszy się zarumienił. Poza świadomością niestosowności zachowania mężczyzny, twarz rycerza wyrażała coś jeszcze. Dziwną tęsknotę, uległość i jakby pogardę dla samego siebie. Z każdą chwilą Cereline rozumiała coraz mniej.

– Jak sobie życzysz, panie. – Szczęknął wyciągany z pochwy miecz. W złotych oczach Zyrusa zalśniło śladowe współczucie. – Pamiętasz, pani, jak mówiłem, że mój miecz łaknie krwi i jedyne Karadimas Liedyneth jest w stanie zaspokoić jego głód?

Uniósł broń, celując ostrzem prosto w serce Cereline. Zacisnęła mocno powieki, ale i tak nie potrafiła przygotować się na ból, który wstrząsnął całym jej ciałem. Pełen cierpienia krzyk splótł się ze złośliwym śmiechem czarodzieja i chlupotem krwi ściekającej na dopiero co wyczyszczoną posadzkę.

Podobno gdy człowiek przekracza granicę dzielącą życie i śmierć, ma okazję jeszcze raz zobaczyć wszystkie swoje wspomnienia.

Na Cereline czekała jedynie ciemność.

 

* * *

 

Wielki czarny smok, wierny sługa Karadimasa Liedynetha, wylegiwał się na dziedzińcu. Odprawiany przez czarodzieja rytuał zawsze mocno nadszarpywał siły potężnego gada. Wiedział już, że nic nie pomagało na zmęczenie równie dobrze, co długie kąpiele słoneczne. Wygrzewał się więc, korzystając z ostatnich promieni chylącego się ku zachodowi słońca i jednym uchem przysłuchiwał się swojemu ukochanemu panu.

– Już dawno nie mieliśmy tak głupiej, nie sądzisz? – westchnął Karadimas, rozsiadając się wygodniej na kamiennej ławie. Przymrużył oczy i wystawił twarz na słońce. Mając na sobie jedynie zwiewną zieloną szatę, zdawał się niemal nagi.

– Rzeczywiście, nie była zbyt bystra – zgodził się Zyrus i usiadł obok czarodzieja. Resztki godności krzyczały, by trzymał się z daleka od potwora, który rozdarł jego ciało, by zastąpić serce kryształowym filakterium, ale nadmiar sił witalnych domagał się czegoś zgoła innego. Trzeba przyznać, że jak na złość Cereline nie należała do cnotliwych, a teraz cały jej ogień rozlewał się po ciele Zyrusa.

Rycerz jęknął przeciągle, gdy zasilona życiem dziewczyny krew zaczęła wypełniać wszystkie zakamarki jego ciała, gorąca, pulsująca, niebezpieczna. Powoli przeciągnął spojrzeniem po smukłym ciele czarodzieja. Owszem, mógł już dawno temu zakończyć swój żywot. Kiedyś uznałby zapewne, że to jedyne możliwe wyjście z sytuacji. Niestety, nie był już tym samym szlachetnym rycerzem co kilkaset lat wcześniej. Mógł też po prostu odejść, schować się, bez niczyjej pomocy zaspokoić potrzeby rozpalonego nagle ciała.

Nie zrobił jednak ani jednego ani drugiego. Po raz kolejny uświadomił sobie, jak bardzo był słaby.

Wgryzł zęby w dolną wargę, by w bólu znaleźć ujście dla wściekłości i narastającego podniecenia. Tłumił żądzę, dopóki nie poczuł dłoni delikatnie muskającej jego policzek i nie usłyszał cichego śmiechu czarodzieja.

– Bawi cię to? – syknął Zyrus. Nie odepchnął jednak Karadimasa, który otarł się o niego jak kot.

– Co masz na myśli przez „to"? Chodzi ci o głupotę naszej gąski, czy może o twoje pękające spodnie?

Mówiąc to, czarodziej przejechał dłonią po pełnym kroczu Zyrusa, uciskając je niebezpiecznie smukłymi palcami. Tego było już za wiele. Rycerz ryknął gniewnie i z całej siły pchnął Karadimasa na ziemię. Z dziką satysfakcją przygniótł go całym ciałem i otarł się o niczym nieskrępowaną męskość drugiego mężczyzny.

– I to niby ja jestem śmieszny – prychnął, gdy z ust bruneta uciekło pełne zachwytu westchnienie.

Mając Karadimasa pod sobą, uległego i zupełnie bezbronnego, Zyrus dziękował w duchu za pogardę, jaką go darzył. Tylko dzięki niej nie stoczył się jeszcze na samo dno zepsucia.

– Szkoda, że się teraz nie widzisz – prychnął Zyrus z obrzydzeniem. – Jesteś taki żałosny. I ty uważasz się za potężnego czarodzieja?

– To twoja wina – jęknął Karadimas. Zaskakująco silnymi dłońmi przyciągnął do siebie rycerza i pocałował go niespiesznie, wiedząc doskonale, że jego ulubiona zabawka nie ma zamiaru nigdzie uciekać.

Zyrusowi zdało się, że wyczuwa na języku posmak skóry biednej Cereline. Która to już dziewczyna? Ósma? Dziewiąta? Ile jeszcze będzie musiał zabić, żeby do reszty pożegnać się z człowieczeństwem? Jedyna osoba, która mogła znać odpowiedź na to pytanie, leżała teraz pod nim i na pewno nie zamierzała rozwiewać jego wątpliwości. Dzięki temu mógł cały czas oszukiwać się, że prawda jest poza jego zasięgiem, a nie, że po prostu od dawna już go nie obchodzi. Przecież gdyby ją poznał, mógłby w końcu uświadomić sobie, że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciwko swemu wiecznemu życiu ani krwi, którą musiał przelać, aby zasilić filakterium.

Nie, czasami niewiedza jest jedynym słusznym wyborem.

– Żegnaj, Cereline – szepnął Zyrus beznamiętnie, bardziej w imię dopełnienia rytuału, niż ukojenia żalu po śmierci dziewczyny. – Żegnaj, głupia gąsko.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Na mnie nie zadziałało, bo bohaterka wydaje mi się nie tylko głupia, ale i moralnie wątpliwa. Oj, bo przecież żadnemu nic nie obiecywała… Cóż, jej też nic nie obiecywali…

Jak dla mnie – za dużo erotycznych wstawek. Ale możliwe, że były niezbędne.

pełnię wypełniającego sypialnię chaosu.

Źle to wygląda. I masz więcej takich powtórzeń.

ubrała grube spodnie i tunikę,

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie, moim zdaniem, jest stanowczo za długie, mocno przegadane, dość nudne, a w dodatku nie bardzo wiem, o co w nim chodzi.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Nie wi­dząc in­ne­go wyj­ścia, dziew­czy­na wzię­ła kilka łyków. – Wziąć mogła kubek i wypić kilka łyków.

 

My­śle­nie w takim sta­nie oka­za­ło się bar­dziej mę­czą­ce, niż przy­pusz­cza­ła.Na szczę­ście… – Brak spacji po kropce.

 

Na­zy­wa­ła się Ce­re­li­ne. – Tak się nazywała, czy tak miała na imię?

 

Ręce […] Nie były ary­sto­kra­tycz­nie małe ani ar­ty­stycz­nie wy­dat­ne… – Na czym polega artystyczna wydatność rąk?

 

Li­czy­ła więc na to, że go­tu­jąc zdoła nie­wi­dzial­ną ba­rie­rę od­dzie­la­ją­cą ją od wspo­mnień. – W tym zdaniu chyba czegoś zabrakło.

 

Fał­szy­wa uprzej­mość to ostat­nia rzecz, ja­kiej chcia­ła za­sma­ko­wać tego dnia.

Nie miała wielu rze­czy. – …ostat­nia rzecz, której chcia­ła za­sma­ko­wać tego dnia. Powtórzenie.

 

Wię­cej nawet: robił wszyst­ko, aby omi­ja­no go sze­ro­kim łu­kiem. – Co tu robi dwukropek?

 

„Czeka na mnie!". – Myślimy bezgłośnie, wykrzyknik jest zbędny.

 

Zmę­cze­nie mocno da­wa­ło się dziew­czy­nie we znaki i do­pie­ro po kilku dłu­gich mi­nu­tach zro­zu­mia­ła… – Skąd miała pojęcie o minutach?

 

dla­te­go trwa­ła w tej ża­ło­snej pół­zgię­tej po­zy­cji… – …dla­te­go trwa­ła w tej ża­ło­snej, wpół­ zgię­tej po­zy­cji

 

– Moja pani?za­py­tał przy­ci­szo­nym gło­sem. – Zbędny pytajnik. To nie jest pytanie.

 

W jego oczach było coś hip­no­ty­zu­ją­ce­go. Jak to moż­li­we, że miały tak jasny, nie­mal złoty kolor? Może w jego ży­łach pły­nę­ła krew elfów? Nie mógł być zwy­kłym czło­wie­kiem. Był na to zbyt do­sko­na­ły, jego rysy… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne? Początki byłozy.

 

– Na­zy­wam się Zyrus Anwyn, pani, i rad był­bym gdy­byś zwra­ca­ła się do mnie tym imie­niem – przed­sta­wił się, dy­ga­jąc lekko. – Mężczyźni nie dygają. Dygają dziewczęta.

Proponuję: – …przed­sta­wił się z lekkim ukłonem.

 

by od­wa­ży­ła się prze­rwać dzie­lą­cą ich ciszę. – W jaki sposób cisza dzieli?

Proponuję: …by od­wa­ży­ła się prze­rwać trwającą ciszę.

 

Po ple­cach prze­biegł jej dreszcz. – Miała swój dreszcz, który biegał po plecach?

 

do­ty­czy­ła wła­śnie Ka­ra­di­ma­sa Lie­dy­ne­tha. Chyba wła­śnie ten fakt… – Powtórzenie.

 

by słod­ki płyn spły­nął jej do gar­dła. – Nie brzmi to najlepiej.

 

od­chy­lił ostroż­nie de­kolt jej sukni… – Dekolt, to wycięcie w sukni, a także cześć ciała, odsłonięta przez owo wycięcie. Dekoltu nie można odchylić.

 

Kilka gru­bych i cięż­kich koł­der przy­gnia­ta­ło Ce­re­li­ne do mięk­kie­go łóżka… – Dlaczego w łóżku było kilka kołder, w dodatku grubych i ciężkich?

 

wla­ty­wa­ły przez sze­ro­ko otwar­te okna, by tań­czyć po pu­stych kom­na­tach. – …by tań­czyć w pu­stych kom­na­tach.

 

– Prze­pra­szam? – za­py­ta­ła ci­chut­ko. – To nie jest pytanie.

 

Roz­sier­dzo­ne sprzę­ty uspo­ko­iły się rów­nie szyb­ko, co wcze­śniej wpa­dły w gniew. Roz­sier­dzo­ne sprzę­ty uspo­ko­iły się rów­nie szyb­ko, jak wcze­śniej wpa­dły w gniew.

 

Dy­gnę­ła jesz­cze w stro­nę pa­le­ni­ska i po­bie­gła z po­wro­tem w stro­nę sy­pial­ni, w któ­rej się obu­dzi­ła. – Powtórzenie.

 

Może to jed­nak od po­now­nie przy­był jej z po­mo­cą? – Literówka.

 

ale wie­dzia­ła, że nie skoń­czy­ło­by się to zbyt do­brze. Mo­gła­by mimo wszyst­ko skoń­czyć jako po­karm dla smoka. – Powtórzenie.

 

Ostroż­nie roz­su­nę­ła spo­wi­ja­ją­cy łóżko bal­da­chim… – Baldachim nie spowija łóżka, nie można go też rozsunąć.

 

W po­łą­cze­niu roz­rzu­co­ny­mi w kom­plet­nym nie­ła­dzie… – Czegoś tu zabrakło.

 

nie­win­ny dźwięk wy­wo­łał falę bólu, która rzu­ci­ła dziew­czy­nę z po­wro­tem na łóżko. – …nie­win­ny dźwięk wy­wo­łał falę bólu, który rzu­ci­ł dziew­czy­nę z po­wro­tem na łóżko.

 

W drzwiach stał cza­ro­dziej w luź­niej zie­lo­nej sza­cie i tacą za­sta­wio­ną je­dze­niem w dło­niach. – Czy to ostateczne brzmienie zdania?

 

Bar­dziej przy­po­mi­nał mar­mu­ro­wy posąg he­ro­sa ze sta­rych pie­śni… – To pieśni sławiły posągi, nie herosów?

 

Od czub­ka głowy aż po palce u stóp wy­sy­ca­ła go nie­sa­mo­wi­tość… – Czy na pewno niesamowitość go wysycała?

 

De­li­kat­nie prze­je­cha­ła pal­ca­mi po po­licz­ku męż­czy­zny, zje­cha­ła na szyję… – Powtórzenie.

 

poza nie­groź­ny­mi zło­śli­wo­ścia­mi nic jej z jego stro­ny nie gro­zi­ło. – Powtórzenie.

 

Spo­wi­ta we mgle po­la­na z jed­nej stro­ny za­koń­czo­na była stro­mym urwi­skiem, z dru­giej zaś gę­stym lasem. Spo­wi­ta mgłą po­la­na

Czy polana miała tylko dwie strony?

 

gło­śne wycie rwą­ce­go stru­mie­nia. – Pierwszy raz czytam, że rwący strumień może wyć.

 

ko­szyk upadł na zie­mię, roz­sy­pu­jąc do­oko­ła swą za­war­tość. – Czy koszyk może coś rozsypać?

 

naj­wi­docz­niej zbyt bar­dzo za­le­ża­ło mu na Ce­re­li­ne… – Albo …naj­wi­docz­niej zbyt za­le­ża­ło mu na Ce­re­li­ne… Albo: …naj­wi­docz­niej bar­dzo za­le­ża­ło mu na Ce­re­li­ne

 

Zbyt bar­dzo za­ję­ło ją za­sta­na­wia­nie się… – Jak wyżej – albo zbyt, albo bardzo.

 

co ta­kie­go mógł­by zy­skać na po­zy­ska­niu jej przy­chyl­no­ści. – Powtórzenie.

 

ani krzty cie­pła. Mo­men­tal­nie za­pra­gnę­ła znów zna­leźć się w cie­płych ra­mio­nach Ka­ra­di­ma­sa. – Powtórzenie.

 

Mu­snął opusz­ka­mi pal­ców po­li­czek Ce­re­li­ne, a po chwi­li już trzy­mał ją w ra­mio­nach i roz­cze­sy­wał pal­ca­mi dłu­gie, złote włosy. – Powtórzenie.

Pierwsze palce są zupełnie zbędne, albowiem tylko palce mają opuszki.

 

Tu­piąc gło­śno no­ga­mi, ru­szy­ła ko­ry­ta­rzem… – Masło maślane. Czy mogła tupać, nie używając do tego nóg?

 

Wy­mie­rzy­ła mu siar­czy­sty po­li­czek i ze zło­śli­wą sa­tys­fak­cją pa­trzy­ła jak, upadł na pod­ło­gę. – Policzek upadł?

 

tu­piąc przy tym ner­wo­wo nogą. – Jak wcześniej.

 

mu­cha­mi, ćmami i in­ny­mi od dawna już mar­twy­mi ży­jątk­mi. – Literówka.

Czy martwe zwierzątko jest nadal żyjątkiem?

 

Wzię­ła jesz­cze jeden łyk.Wypiła jesz­cze jeden łyk.

 

Od razu roz­po­zna­ła miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wa­ła. Jak mia­ła­by nie roz­po­znać kom­na­ty… – Powtórzenie.

 

To nie moż­li­we.To niemoż­li­we.

 

nic nie po­ma­ga­ło na zmę­cze­nie rów­nie do­brze, co dłu­gie ką­pie­le sło­necz­ne. – …nic nie po­ma­ga­ło na zmę­cze­nie rów­nie do­brze, jak dłu­gie ką­pie­le sło­necz­ne.

 

Wgryzł zęby w dolną wargę… – Zębów się nie wgryza.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cha, cha, cha, dziękuję, Regulatorzy laugh

 

Właśnie tego było mi potrzeba. Ech, przed chwilą dostałam krytykę dotyczącą hipotetycznych błędów, które “na pewno robię” od kogoś, kto żadnego mojego tekstu nawet nie dotknął. W tym zestawieniu lista błędów, które zrobiłam rzeczywiście, to miód na moje biedne oczy laugh

 

Szczerze żałuję za grzechy i obiecuję poprawę.

 

Chociaż mam wrażenie, że wciąż robię dokładnie te same błędy. Tak, “niemożliwe” już po raz kolejny w tym miesiącu napisałam źle. I pomyśleć, że dla niektórych piszę zbyt poprawnie, cha, cha laugh

 

Finklo, bohaterka miała być parodią heroin z serii młodzieżowych z motywem miłosnego trójkąta. Tak przynajmniej myślałam. A potem znalazłam książki, które używają takich postaci i motywów zupełnie poważnie. Poza uśmierceniem owej bohaterki. Szkoda, bo to akurat całkiem przyjemne doznanie laugh

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Hmmm. A parodia nie powinna być śmieszna?

Babska logika rządzi!

Powinna. I z tym mam właśnie problem.

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Nowa Fantastyka