- Opowiadanie: Zalth - Królewska niewdzięczność

Królewska niewdzięczność

Opowiadanie w pierwotnym założeniu pisane na konkurs wiedźmiński. Z braku czasu i natchnienia został tylko szkielecik, na którym ulepiłem takie, o cuś.

Nie wiem, co to za gatunek. Chyba “humoric fantasy”. :)

Serdecznie dziękuję moim bet(on)ującym. :) 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Królewska niewdzięczność

 

Arcymag Gademaris z posępną miną obserwował gęstniejący tłum na polach turniejowych Dalenbergu. Powodowana ciekawością ludność stolicy królestwa wyległa licznie zza miejskich murów, by być świadkiem epokowego eksperymentu, opić się piwa, nażreć gotowanej kapusty i pieczonego mięsa, a także, jak bogowie pozwolą, dać komuś w mordę albo wychędożyć.

Niezadowolony z publiczności czarodziej zerknął na środek placu turniejowego. Powietrze falowało od magicznych zaklęć, a głęboki na sto łokci, kamienny szyb wypełniały zbiorniki, metalowe osłony, reakcjory, rury, rurki, katalizatory i inne, nienazwane jeszcze przed długie lata mechanizmy, które połączone w misterny sposób miały przysporzyć magowi wiecznej chwały w akademickim środowisku. I, oczywiście, zapewnić bogactwo.

Grupa ubranych w ochronne stroje robotników z głośnym klekotem maszynerii przepompowywała do umieszczonej w szybie aparatury ostatnią partię dekoktów. Pokryte ognioodporną powłoką skórzane kaftany były wymogiem bezpieczeństwa, bo efekt trzymiesięcznej pracy gildii alchemików był wielce niestabilny i wybuchowy w swej materii. Skroplona esencja powietrza spoczywała w specjalnie na tę okazję odlanych w trahakańskich hutach zbiornikach, zabezpieczonych dodatkowo serią zaklęć wiążących, ale gdyby jakimś nieszczęśliwym przypadkiem doszło do zapłonu, to…

Arcymag, aż się wzdrygnął.

– Przyjechali! – zawołał pełnym przejęcia tonem jeden z asystentów, kiedy otoczona orszakiem konnych gwardzistów królewska karoca właśnie wjeżdżała na plac.

– Wasza królewska mość. – Kilka długich chwil później, Gademaris skłonił się nisko przed dwustuosiemdziesięciofuntowym, spoconym królewskim majestatem, który właśnie opadł z westchnieniem ulgi na tron, przytargany specjalnie na tę okazję z zamku.

– Czy oni nie mają nic innego do roboty? – zatroskał się Alryk III i obrzucił krytycznym wzrokiem tłum gapiów. Władca Dalenbergu nie lubił, jak jego poddani mieli za dużo wolnego czasu, bo miał wtedy niemiłe wrażenie, jakby coś przeciekało pomiędzy jego tłuściutkimi placami, ale jeszcze bardziej niemiła było myśl, że mogło to być złoto.

– To z okazji nowego święta, które ustanowiłeś wczoraj, panie – wtrącił stojący za królewskim krzesłem kanclerz Tranhorn.

Co za drań – Gademaris domyślił się czyjej inicjatywie zawdzięcza liczną publiczność, która w razie czego będzie świadkiem jego porażki. Lub tryumfu.

– Ale to już dziś? – zdziwił się władca.

– Dzień zwycięstwa pod Trzema Górami był już świętem wyznaczonym edyktem twojego prapradziadka, prawie dwieście lat temu… – Kanclerz zaczął wywód.

– Tak, tak – przerwał zniecierpliwiony Alryk. – Tylko dziadunio nie miał zaciężnej armii do opłacenia, wojny z Ralz do wygrania, a jedyne co go interesowało, to komu dać w mordę i gdzie wychędożyć kolejną księżniczkę, by powiększyć domenę, którą teraz JA, muszę jakoś utrzymać w całości. Ale dobra, nieważne. Mistrzu Gademaris, powiedzcie, jak moja inwestycja, i dlaczego ta dziura w ziemi kosztowała mnie aż czterysta tysięcy dalenów? – Alryk odwrócił wzrok na odległą konstrukcję umieszczoną w miejscu, gdzie zwykle stały rycerskie namioty uczestników turnieju.

– Gotówką dodał ze złośliwym uśmiechem Tranhorn.

Co za menda – pomyślał Gademaris.

Niechęć kanclerza do arcymaga była ogólnie znana i biurokrata nie omieszkał zmarnować żadnej okazji, by dopiec rektorowi Królewskiej Akademii Magicznej. Ich zatarg sięgał czasów, kiedy obydwaj byli absolwentami tej samej uczelni, a młody Gademaris podebrał Tranhornowi dziewczynę, co w efekcie skończyło się wielką magiczną bijatyką miedzy studentami.

– Zapewniam waszą wysokość, iż to pewna inwestycja.

– Tak, tak. Diamenty, mówiłeś.

– Zgadza się, wasza wysokość. Przez wiele lat badałem właściwości tych szlachetnych kamieni i wiem, co leży u podstaw ich genezy, a jest to wysokie ciśnienie i wielka temperatura, jakie panują w głębinach ziemi. Jak kiedyś wspomniałem w założeniach przedsięwzięcia, reakcjor dweomerowy MOJEGO projektu – Gademaris spojrzał wymownie na Tranhorna – pozwoli nam odtworzyć ten proces, co z kolei na wiele lat zapewni królestwu stałe źródło dochodu.

– Ale czy na pewno koronie to się zwróci? – spytał z udawanym przejęciem kanclerz.

A to psi zwis!

– Oczywiście, nie od razu – skrzywił się mag. To nie była zbyt przyjemna część tematu, ale teraz, na ostatniej prostej, nie było czasu na wątpliwości czy wahanie. Przecież król nie odwoła całej operacji! – Jak już wielokrotnie mówiłem – znów wymowne spojrzał na kanclerza wzrokiem zarezerwowanym dla kompletnych idiotów – pierwsza partia z dwóch uncji materiału źródłowego powinna dać około trzystu karatów diamentów pierwszego sortu, czyli jakieś osiemdziesiąt tysięcy dalenów, w zależności od ceny rynkowej, która może lekko spaść, kiedy pójdzie wieść, że mamy taką technologię. Przy dwutygodniowym okresie ponownego rozruchu reakcjora i dostępności pozostałych składników procesu…

Gdzieś daleko w polu zagrały sygnałowe rogi, czarodziej przerwał swój wywód. Okolice szybu opustoszały, gdy brygady pracowników ukryły się w pobliskim schronie, a nad urządzeniem powiewały czerwone flagi.

– Jesteśmy gotowi, wasza wysokość – rzekł poważnie mag.

– To do dzieła. – Król łaskawie skinął dłonią i zajął się podanymi przez pazia winem i bażancim udkiem.

Arcymag udał się na wypełnione księgami stanowisko kontrolne, by przygotować zaklęcie inicjujące, kiedy to Tranhorn również podjął zaplanowane wcześniej działania.

Kanclerz od kilku dni próbował przebić się przez misterną sieć zaklęć tego dupka Gademarisa, ale zabezpieczenia były zbyt kompleksowe i nie dało się tam wcisnąć nawet najmniejszej klątwy. Stracił już wszelką nadzieję na pokrzyżowanie planów „arcymatoła”, kiedy wpadł na genialny pomysł. Skoro nic nie da się tam popsuć, to może parę rzeczy poprawić? Stał więc teraz z klejnotem mocy w dłoniach i udając, że roztacza ochronną tarczę nad królewskim majestatem, pompował masy magicznego potencjału w okoliczne zaklęcia.

Nie ma za co, dupku – pomyślał z mściwą satysfakcją Tranhorn. – Podziękujesz później.

Nie podziękował.

Gademaris zorientował się w tej kreciej robocie, kiedy już było za późno. Po delikatnym uwolnieniu kilku początkowych zaklęć, nawet był zadowolony, że tak gładko mu idzie. Ale chwilę później cały proces nabrał jakiegoś dziwnego przyspieszenia, a w urządzeniu pojawiały się ciągle masy niezidentyfikowanej energii, które bezskutecznie próbował okiełznać.

Olśnienie przyszło wraz z ochotą, by powyrywać nogi z dupy tajemniczemu pomocnikowi, choć miał dość konkretne podejrzenia, ale był zbyt zajęty utrzymaniem olbrzymiej mocy w ryzach.

Pełzająca na granicy masy krytycznej magia, połączona z wysokoenergetycznymi dekoktami, znalazła w końcu ujście wywalając zawór jednego z dolnych zbiorników. Napędzana mocą spalanej esencji powietrza, ukierunkowana przez ostatnie, ocalałe zaklęcia ochronne, komora reakcjora wraz z osłonami z najlepszej krasnoludzkiej stali i całym zgromadzonym w środku tej tuby złomem, wystrzeliła z kamiennego szybu, ciągnąc za sobą tęczową smugę dweomeru. Uwolniona fala energii przeleciała przez pola turniejowe uderzając w tłum, i pomimo ochronnych barier, nie zostawiła nikogo na nogach.

Oszołomiony upadkiem ze stanowiska kontrolnego Gademaris z trudem podniósł się na kolana, poprawił kapelusz i, wodząc wzrokiem po zakrzywionej trajektorii tęczowej ścieżki, odszukał na niebie swój wynalazek odlatujący z rosnącą prędkością w siną dal.

Och, kurwa.

 

*

 

Daleko, no może nie aż tak daleko, bo tylko osiemset mil na północny zachód od Dalenbergu, nad brzegiem Oceanu Burz, w mieście Ysteron, stolicy teokracji Ralz, trwało podniosłe oczekiwanie. Wyznawcy czterech głównych rytów w państwie wylegli na ulice miasta w nadziei na spełnienie Wielkiej Przepowiedni. Jak dotąd wszystkie dwanaście proroctw spełniło się co do joty, i to z korzyścią dla Ralz. Po trzystu latach, to właśnie dziś miało się rozstrzygnąć ostanie, ale najważniejsze, bo decydujące o tym, który z przedstawicieli wielkich rodów jest godzien tytułu Cesarza.

Kandydatów, a raczej frakcji, było cztery. Nadmorski ród Gasti który umiłował błękit. Członkowie wojskowej rodziny Esteber jako barwę heraldyczną przyjęli czerwień. Trabenowie – szlachta ze wschodnich rubieży, nosiła zieleń. Najmniejszą, ale chyba najzamożniejszą grupę stanowiła grupa miejskich patrycjuszy z rodu Fermengent, odzianych w złoto.

W najwyższej komnacie Wieży Proroka przedstawiciele rodów czekali z niecierpliwością na znak Strażnika. Sędziwy staruszek wpatrywał się poprzez metalową tubę w niebo, niewzruszony pełną napięcia atmosferą za plecami.

– Czy już czas? – spytał zawsze niecierpliwy książę Traben.

– Tak, już czas – westchnął Strażnik i dał znak do wyjścia na przyległy do pomieszczenia niewielki balkon.

Czterej mężczyźni, przepychając się lekko w drzwiach, zajęli miejsca przy kamiennej balustradzie i ramię w ramię obserwowali wskazany wycinek nieba. Najpierw pojawiała się nieokreślona kolorem plamka wywołując lekką konsternację wśród zgromadzonych. Konsternacja wzrosła, kiedy barwy zaczęły być dostrzegalne.

– Co to kurwa, ma być?! – zagaił jak zwykle w dosadny sposób książę Esteber.

– To jest jakiś spisek! – wykrzyknął książę Fermengent, jak zwykle doszukując się spisku.

– Ten błękit, to boski znak! – Padł na kolana jak zwykle pobożny książę Gasti.

– Jaki cholera, błękit?! Przecież to zielona poświata! – warknął Traben.

– Chyba złota, kolorów nie odróżniasz prostaku? – spytał z pogardą Fermengent.

– Przecież to czerwień Esteberów, kłamcy!

– Kogo nazywasz kłamcą, żołdaku?! Odszczekaj to!

– Sam odszczekaj, owcojebco!

A potem już wszystko jakoś samo się potoczyło. W ruch poszły ukryte w fałdach szat sztylety, szpile, ostre sprzączki od pasów i cały arsenał niezwykle pomysłowej dworskiej broni. W efekcie jeden z książąt wyleciał przez balkon wprost w kolorowy tłum zgromadzony na placu pod wieżą. Ten stał przez chwilę z tysiącem rozdziawionych gąb, by koniec końców rzucić się sobie do gardeł, rozpoczynając tym samym niezwykle krwawą wojnę religijną, po której Ralz już nigdy nie odzyskało swej świetności.

Nikt oczywiście nie zwrócił uwagi na fakt, poza paroma dociekliwymi dysydentami teologicznymi, którzy szybko i bezboleśnie stracili głowy za takie herezje, że oryginalna kometa, zwana później od nazwiska pewnego gnomiego astronoma – kometą Murchołowa, na kilka godzin została przesłonięta dziwnym pasem magicznych wyziewów. Po dziś dzień trwają spekulacje, jakiego koloru był jej warkocz i jakie znaczenie miało pojawienie się wszystkich czterech kolorów zjednoczonych razem na niebie.

 

*

 

Daleko, tym razem, na Mroźnych Stepach północy, oddzielonych od Ralz potężnym łańcuchem Gór Skalistych, ork Hrodar z plemienia Pękniętej Czaszki od pięciu dni przechodził rytuał zjednoczenia duchowego. Nażarty grzybkami tung i opity wywarem z wilczych jagód siedział na szczycie niewielkiego pagórka, w otoczeniu czaszek przodków i od czasu, do czasu, robił pod siebie. Przodkom to zupełnie nie przeszkadzało, bo byli martwi, a Hrodarowi, bo był naćpany.

Umysł orka błądził po krainach duchów, szukając rady. Młody wódz kilka dni temu objął swoje stanowisko w tradycyjny dla plemienia sposób, czyli rozłupując czaszkę swego cokolwiek szorstkiego w obyciu ojca, a teraz potrzebował pomysłu, co dalej robić.

– O, wielki Skóra na Palu, który nie miałeś litości dla wrogów – zamruczał głębokim głosem ork. – O ty, Lisi Zgonie, który zawsze wiedziałeś gdzie czai się zdrada. O ty, Silny jak Jak, który miażdżyłeś plemiona niczym stepowe ślimaki, i ty, Kudłaty Szczurze, który piłeś swój mocz by zachować zdrowie. – Tu Hrodar zawahał się na chwilę, zezując półprzytomnie na czerep wuja ojca ze strony babki, ale stwierdził, że każda pomoc się przyda, a w końcu Kudłaty jakimś tam wodzem był. – Dajcie mi znak! Jak wypełnić proroctwo Szalonego Płomienia!?

Według Hrodara był to “oryginalny” pomysł, ale w rzeczywistości cyklicznie pojawiał się w głowach innych, zapalczywych wodzów już od dobrych paru stuleci. Każdy z nich myślał, że to właśnie jemu przypadnie spełnienie przepowiedni największego ze stepowych szamanów, który poprowadził klany do zwycięstwa nad Czarnymi Orkami. Kiedy pod bohaterskim naporem kościanych toporów i zębów wiernych wilczych watah padła ostatnia jaskinia Czarnych, a krzemienna włócznia Szalonego Płomienia przebiła serce Urgona Splugawionego, moc przodków ogarnęła szamana i zakrzyknął:

 

Słonce świeci, tęcza leci,

Twarda skała, niczym pała.

Gdy upadnie, wojnę wznieci,

Będzie orków, wielka chwała.

 

Siła tej magii była tak wielka, że na zawsze odcisnęła swe piętno w jaskini, i kiedy wiele wieków później dotarła do niej ekspedycja antropologiczna sir Loraka de Orkenkumpel, echo słów szamana dalej rezonowało w skalnych ścianach.

Nawiasem mówiąc, oprócz niebagatelnej roli, jaką odegrała ta przepowiednia w późniejszej historii sinoskórych, był to też pierwszy, udokumentowany przypadek orczej poezji, z której rozwinęła się popularna wśród plemion krótka rymowana forma, zwana w ludzkiej terminologii literackiej limeorkiem.

Gdzieś wysoko na niebie, ponad chmurami, tam gdzie kończy się powietrze, a zaczyna pustka, targane silnymi wibracjami zbiorniki esencji zerwały ostatnie nity i oddzieliły się od komory reakcjora. Czterdzieści łokci metalu szybowało jeszcze długi czas siłą rozpędu, zataczając wielomilowy łuk nad szczytami gór i połaciami stepów, by ostatecznie uderzyć kilkaset kroków od wzgórza przodków, wywalając przy tym głęboki na dziesięciu orków dół.

Kiedy oszołomiony Hrodar zataczając się dotarł do krateru i ujrzał na dnie pięćdziesiąt tysięcy funtów najlepszej krasnoludzkiej stali w dziwnym, tęczowym kolorze, jego świńskie oczka tylko zalśniły drapieżnym błyskiem na ten niespodziewany dar.

Tęczozguba – jak nazwano później ten niezwykły stop magicznych metali – na długie lata stała się zmorą ludzkich pograniczników z Ralz. Strzała z takim grotem bez trudu przebijała nawet podwójnie plecioną kolczugę, a płytowa zbroja dawała szanse pół na pół – przeżyjesz albo nie. Stal „od przodków” dostarczyła uzbrojenia największemu w historii zebraniu klanów, które z radosnym okrzykiem rzuciło się plądrować nadgraniczne rejony teokracji.

W obliczu orczego najazdu i wewnętrznych problemów Ralz zwróciło się o pomoc do króla Dalenbergu. Szczwany władca w treściwym w kruczki prawne akcie udzielił sąsiadom sążnistej pożyczki, której warunki na długie lata zrujnowały i tak kulejącą gospodarkę wyniszczonego wojną państwa.

 

*

 

Daleko, daleko, bardzo daleko tym razem, na zachodnim brzegu Oceanu Burz, w mieście-kopcu Trzyysk, panowało gorączkowe ożywienie powszechnego ruszenia. Kolumny wojowników z podporządkowanych kopców-klanów maszerowały błotnistymi alejami miasta.

Z najwyższej wieży kopca wielka matka T’ccoza-Ssyk czyli Ta-Która-Antycypuje-Zwycięstwo przez magiczny kryształ obserwowała z zadowoleniem setki samców uwijających się pomiędzy statkami w porcie. Inne matki-siostry świergotały radośnie za jej plecami, omawiając rozmieszenie poszczególnych klanów we flocie. Na jej stworzenie zużyli ostatnie zasoby drewna, ale jak donosili zwiadowcy, nowy, bogaty świat już oczekiwał.

Daleko na wschodzie, za wodami oceanu znajdował się ląd, na którym jedzenie nie miało pancerza i nie pluło jadem, zielone lasy dostarczą budulca na nowe kopce, a słodkiej wody jest tyle, że nie trzeba prowadzić o nią walk. Największa flota w dziejach świata czekała na znak, aby opuścić ogołocony do cna kontynent, gdzie tylko piachu było w nadmiarze. Pięć milionów chitynowych wojowników powoli zajmowało miejsca na pokładach.

T’ccoza-Ssyk zaświergotała z zadowolenia. To był jej dzień, moment, który wieszczyły setki pokoleń jej pramatek w krótkim przedśmiertnym ogniu jasnowidzenia. W ostatnich spazmach życia ryły pazurami na ścianach królewskiej komnaty lęgowej jej imię, jako najpotężniejszej ze wszystkich Królowych. Godzinę tryumfu miała znaczyć „gwiazda-wielu-kolorów-która-spadnie-z-nieba”.

Kryształ dalekowidzenia zalśnił srebrnym blaskiem oznajmiając przybycie znaku o wielkiej mocy.

Komora reakcjora wyszła z chmur ciągnąc za sobą smugi magicznych wyziewów.

W tym miejscu należy wspomnieć, że wszelkie akademickie założenia arcymaga Gademarisa na temat produkcji diamentów w warunkach laboratoryjnych opierały się na prostym błędzie w tłumaczeniu pewnej wzmianki. Czarodziej natrafił na nią w Trahakańskiej Bibliotece Królewskiej, studiując jedyny ocalały egzemplarz „Genezy kamieni szlachetnych”. W starożytnym krasnoludzkim „oran” – czyli węgiel, był leksykalnie bardzo blisko nieużywanego już słowa „uran”, oznaczającego bezużyteczną skałę o chorobotwórczych właściwościach. Zasugerowany przekładem arcymag przez długie lata zbierał każdy dostępny odłamek uranu, przekonany, że wypadające włosy, krwawienie z odbytu i ogólne osłabienie ciała, to oznaki nieuchronnie zbliżającego się uwiądu starczego.

Wynalazek czarodzieja po przebyciu pięciu tysięcy mil zakreślił parabolę opadając ku wybrzeżom nietkniętego ludzką stopą kontynentu. Zaklęcia ochronne i wiążące straciły w końcu swoją moc i uwolniona esencja żywiołów zmieszała się z dwoma uncjami uranu, inicjując proces powstawania „diamentów”.

Na podstawie rozsianych na przestrzeni stu pięćdziesięciu mil śladów, jakie wiele wieków później badali cesarscy magowie, tajemnicza eksplozja miała siłę dwóch i pól miliona standardowych kul ognistych pierwszego kręgu.

T’ccoza-Ssyk rzeczywiście była najpotężniejszą z Matek Kopców. I ostatnią.

 

*

 

Oszołomiony upadkiem ze stanowiska kontrolnego Gademaris z trudem podniósł się na kolana, poprawił kapelusz i, wodząc wzrokiem po zakrzywionej trajektorii tęczowej ścieżki, odszukał na niebie swój wynalazek odlatujący z rosnącą prędkością w siną dal.

Och, kurwa.

Kilka długich chwil później zasapany Alryk III z pomocą lekko sponiewieranego kanclerza wygrzebał się spod przewróconego tronu, poprawił koronę i obrzucił władczym wzrokiem czarodzieja.

– Jak się umawialiśmy, magu, mój skarbnik zgłosi się do ciebie za miesiąc, po obiecane dywidendy. I wygląda na to, Gademaris, że wisisz mi czterysta tysięcy dalenów.

– Gotówką – dodał Tranhorn.

No co za kutas!

 

 

Koniec

Komentarze

Coś mało tego wiedźmina, chyba że to wiedźmin ninja, to spoko. No i nie ma jednolitej fabuły. Rakieta jako łącznik ok, tylko przydałoby się coś więcej. Pewnie wtedy tekst urósłby do stówki, ale wydaje się, że warto. Ten zlepek ma sporo uroku.

Tak jak wspominałem, że wiedźmina został tylko pomysł, więc nie było co się rozpisywać. :)

Dzięki, Gwidonie!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Odniosłam wrażenie, że króla i jego wypowiedzi skądś kojarzę, ale sobie nie przypomnę :)

Czytało się dobrze, lekko, przyjemnie. Sprawnie poprowadzona narracja, ale cosik za mało się działo. Dobry tekst, który podczas lektury nie męczył; z humorem i na pewno z ciekawym pomysłem.

Mnie również opowiadanie skojarzyło się z utworami Pratchetta (podobne zabiegi językowe, poprowadzenie fabuły). Chociaż fragment o królowej T’ccoza-Ssyk od razu załączył mi w głowie Grę Endera i królową kopca.

Generalnie zaliczam na plus :)

Follow the White Rabbit!

Przeczytałam jeszcze raz i wciąż mi się podoba! W związku z tym – klik :D

Hmm... Dlaczego?

Całkiem zabawne. Zwłaszcza końcówka. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki Aliss, myślę że wielu dałoby się pokroić za skojarzenie z Prachettem. :)

Endera nie planowałem, chociaż sam wyszedł (podświadomość? hły-hły).

 

Drewian, dzięki za klika! I betę. :*

 

Morgiano, dzięki za wizytę, przeczytanie i słów kilka. :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Sympatyczny tekst. A może po prostu lubię “humoric fantasy”? Ech, jaki niewdzięczny król się trafił bohaterowi…

Podobało mi się, że jedno proste wydarzenie, a nawet banalny konflikt między dwoma facetami żerującymi na królewskim dworze, prowadzi do takich różnorodnych skutków. Niemalże efekty domina wyszedł.

– To to dzieła.

Literówka.

Na postawie rozsianych na przestrzeni stu pięćdziesięciu mil śladów,

I tu chyba też.

Babska logika rządzi!

Fajne :-)

 

EDIT: Dodam trochę komentarze, żeby nie było za mało: Podobała mi się alternatywna nauka i że jedno kabum implikowało wydarzenia w innych miejscach. Chyba wystarczy tego komentarza.

A ja nie przepadam za fantasy.

Lubię za to mieszanie. Mieszanie konwencji, gatunków, światów, kultur i klimatów. Mieszanie techniki z zabobonami, wiary z nauką, faktów z fikcją. No i mieszanie herbaty łyżeczką, bo powszechnie wiadomo, że od tego robi się słodka. Tak więc, ludzie, mieszajcie, bo czasem wychodzi z tego coś fajnego, jak Zalthowi. ;)

@Finkla: No własnie o taki efekt mi chodziło, łańcucha wydarzeń. W ogóle pierwotny tytuł miał brzmieć:  “Trzy proroctwa, jedną tęczą”, ale chyba dobrze, że zrezygnowałem. :)

Dzięki za klika!

 

@Blackburn: Super, dzięki. :)

 

@Unall: Ja też nie szaleje za fantasy, ale mieszać to lubię. Bardzo! Próbowałem na początku pisać bez robienia sobie śmieszków, ale nie dałem rady. Fantasy na poważnie, to tylko poczytać sobie mogę. Ale będę próbował. :)

Dzięki! 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Pełna zgoda – mnie też fantasy na poważnie idzie jak krew z nosa… Albo jak tchórzliwy rycerz odbijać brzydką księżniczkę z łap smoka.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem tekst poprawiony i dalej mi się podoba. Zgodzę się też, że pisany na poważnie to już nie było by to. Ludziska lubią humor, a tu go nie brakuje.

Bardzo się mnie podoba :)

Lorak de Orkenkumpel :D Królowa też w porząsiu :)

 

btw:

“a jest to wysokie cieśninie i wielka temperatura”

 

Oran, Uran :D od razu skojarzyło mi się z Zołto z Pratchetta :)

Dziękuję za wywołanie uśmiechu na mej twarzy, bardzo lekki i sympatyczny tekst! :)

 

cheers :)

 

B

Strafer, Banshee, bardzo się cieszę, że się podoba. :)

Dzięki za przeczytanie!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ty lepiej pomyśl, co można z tym wykonem zrobić, bo po poprawkach i nadaniu jednolitej fabuły spokojnie widziałbym ten tekst w druku. Jest mocna baza.

Bardzo fajne! :) Może tylko poprawić “placami” na “palcami” oraz “W ostaniach spazmach“ na ostatnich?

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

 

Władca Dalenbergu nie lubił[,] jak jego poddani się mitrężyli

Wiem, że można mitrężyć coś np. czas, ale czy można mitrężyć się. Ktoś mądry potrafi może rozwiać moje wątpliwości?

 

by powiększyć domenę, którą teraz JA, muszę jakoś utrzymać w całości

Dlaczego wielkimi literami? Dalej w jednym miejscu jest to samo.

 

Zwłaszcza, że jak głosi plotka, ich zatarg sięgał czasów, kiedy obydwaj byli absolwentami tej samej uczelni, a młody Gademaris podebrał Tranhornowi dziewczynę, co w efekcie skończyło się wielką magiczną bijatyką miedzy studentami.

Narracja jest z perspektywy Gademarisa i nawet poznajemy jego myśli, więc nie jest ważne, co głosi plotka – on przecież wie, kiedy zaczął się zatarg.

 

Zapewniam waszą wysokość, iż to pewna inwestycja.

 

Jak już wielokrotnie mówiłem – znów wymowne spojrzał na kanclerza wzrokiem zarezerwowanym dla kompletnych idiotów[.-] – pierwsza partia

 

zajął się podanymi przez pazia winem i bażancim udkiem.

Arcymag udał się

 

Arcymag udał się na wypełnione księgami stanowisko kontrolne, by przygotować zaklęcie inicjujące, kiedy to Tranhorn również podjął zaplanowane wcześniej działania.

Kanclerz od kilku dni próbował przebić się przez misterną sieć zaklęć tego dupka Gademarisa

A w tym miejscu jest całkowity przeskok perspektywy.

 

Ten stał stał przez chwilę z tysiącem rozdziawionych gąb

 

by koniec końców rzucić się sobie do gardeł[,] rozpoczynając tym samym niezwykle krwawą wojnę religijną

 

Umysł orka błądził po krainach duchów[,] szukając rady

 

O ty, Lisi Zgonie, który zawsze wiedziałaś[,] gdzie czai się zdrada

Lisi Zgon to mężczyzna czy kobieta?

 

Nawiasem mówiąc, oprócz niebagatelnej roli[,] jaką odegrała ta przepowiednia

 

krótka rymowana forma, zwana w ludzkiej terminologii literackiej limeorkiem

:)

 

tam gdzie kończy się powietrze, a zaczyna pustka, targane silnymi wibracjami zbiorniki esencji zerwały ostatnie nity i oddzieliły się od komory reakcjora

 

W ostaniach spazmach życia ryły pazurami na ścianach królewskiej komaty lęgowej jej imię

ostatnich? komnaty?

 

 

Styl lekki i przyjemny, szybko się czytało.

Brakuje trochę przecinków.

 

Coś mi nie gra pod względem logiki. Skoro wynalazek czarodzieja spadł pod wzgórzem przodków, to jak mógł lecieć dalej do kontynentu królowej T’ccoza-Ssyk?

 

Podobnie jak AlissCarroll, mnie również kojarzyło się z Pratchettem. Czytałem tylko dwie jego książki i to dość dawno temu, ale wydaje mi się, że w „Kolorze magii” był identyczny motyw z rakietą na niebie.

 

 

Opowiadanie całkiem przyjemne, ale nie porwało mnie jakoś specjalnie. Liczę, że kolejne bardziej przypadnie mi go gustu.

 

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

@Czaga: Wielkie dzięki! :)

 

@BA: Dzięki za łapankę, poprawki wprowadzę, jak tylko wygospodaruję chwilę. Będę musiał też przemyśleć sprawę perspektywy.

 

Natomiast co do logiki:

“Gdzieś wysoko na niebie, ponad chmurami, tam gdzie kończy się powietrze, a zaczyna pustka, targane silnymi wibracjami zbiorniki esencji zerwały ostatnie nity i oddzieliły się od komory reakcjora.”

Pod wzgórzem przodków wylądowała tylko część maszynerii, reszta leciała siłą rozpędu. :)

 

Dzięki za przeczytanie i komentarz!

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

I pomyśleć, że początkiem wszystkiego była prawdopodobnie dziewczyna, która stała się kością niezgody między Ga­de­ma­risem i Tran­hornem… ;-)

Opowiastka lekka i zabawna. Przeczytałam z przyjemnością. ;-)

 

pra­wie dwie­ście lat temu…– Kanc­lerz za­czął wywód. – Brak spacji przed półpauzą.

 

bo tylko osiem­set mil na pół­noc­ny–za­chód od Da­len­ber­gu… – …bo tylko osiem­set mil na pół­noc­ny za­chód od Da­len­ber­gu

 

na ścia­nach kró­lew­skiej ko­ma­ty lę­go­wej… – Literówka.

 

„gwiaz­da-wie­luko­lo­rów-któ­ra-spad­nie-z-nie­ba”.„gwiaz­da-wie­lu-ko­lo­rów-któ­ra-spad­nie-z-nie­ba”.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, wszytko przez kobitkę. :)

Dzięki za wizytę!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Świetny pomysł :) Humorystyczna fantastyka nie jest moją ulubioną odmianą, ale forma opowiadanie jaką zaserwowałeś przypadłą mi do gustu. Ciekawe, oryginale epizody. No i rozwalił mnie limeork :)

Nie wiem, czy ktos już to wyłapał, ale 

podwładni mitrężyli się – jest błędne, bo mitrężyć znaczy «zwlekać z czymś, marnować czas»

Bardzo sympatyczne opowiadanie, które czyta się z uśmiechem na ustach. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Belhaj, Bemik wielkie dzięki. :)

Cieszę się, że miło spędziliście tych parę chwil.

Pozdrawiam!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth!

 

Dobry żart – tynfa wart. A twój to nawet i dwóch, a może i trzech…

Czytało się lekko, miałem wrażenie inspiracji stylem Pratchetta, ale zupelnie mi to nie przeszkadzało. Bo lubię ;-)

 

Mimo wszystko, traktuję powyższe jako wstęp do większej całości lub szkic. Mamy tutaj serię gagów, mieszczących niedopowiedziane lub nieopowiedziane historie, z których każda prosi sie co najmniej o rozdział w książce, jeśli nie kilka. Spoiwem jest zasuwająca po niebie machineria po spektakularnym pierdut, ale to spoiwo dość pretekstowe, takie rzekłbym – zaczynowe.

 

Ale co dalej z rywalizacją dwóch magów?

Jak sobie odwazny eksperymentator poradzi ze spłatą długu?

Co z orkami, cholera, gdzie te epickie batalie przyprawione czarnym humorem?!

I tak dalej, i tak dalej…

 

Imo, na humorystyczną fantasy wciąż jest rynek (zresztą mistrz Haxerlin uthModara udowadnia to całkiem dobitnie). Pratchett w swoich książkach tak naprawdę portretował naturę ludzką, absurdy społeczne, kulturowe – tego mi trochę w twoim kawałku brakuje. Nie to, że nie ma nic, ale to tylko – znów się powtarzam – szkic, nie pełny obraz, maźnięte ołówkiem/węglem, nie dopieszczone w każdym detalu dziełko.

 

Dziękuję ci więc za przyjemnie spędzony czas, tynfy wrzucam do skarbonki, ale piórka nie.

 

I będę wypatrywał kolejnych Twoich tekstów. Może, miejmy nadzieję, coś, co wyrośnie z tego pomysłu, znajdę kiedyś w księgarniach? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho!

 

Wielkie dzięki za tych kilka ciepłych słów, a szczególnie ogrzał moje "małe" ego ten kawałeczek o księgarniach. :)

 

No, ale do sedna. Szkic, powiadasz. Możliwe, ale jeśli tak, to zrobiony z pełną premedytacją. Dlaczego? Bo to opowiadanie na portal. Ma 20k znaków i wystarczy. Z pierwotnej wersji wywaliłem prawie 1/3, bo za bardzo wkręcałem się w szczegóły. Ale idźmy dalej. Dokładając do każdej scenki jakieś rozwiniecie zapewne lekka ręką wyszłoby 60k znaków, a chcąc upichcić jakieś sensowne zakończenie, +40k. Czyli mamy już cegłę tekstu – 100k. Wiem jak funkcjonuje portal, trochę już tu siedzę, więc powstało pytanie: kto to będzie czytał, poza garstką (dla których szacun!) zapaleńców?

 

To pierwsza kwestia. Druga, jest taka, że nie wiązałem z tekstem jakiś poważniejszych planów. Ot, taki żart, a że było napisane, to trochę poprawię i wrzucę na portal. Po co ma się kisić w szufladzie, skoro mam inne, poważniejsze pomysły do dopracowania?

Reakcja odbiorców trochę mnie zaskoczyła, więc za radą Gwidona (dzięki!) pracuje nad spięciem tej historii jakiś klamerkami. Kiedy i co z tego wyjdzie – nie wiem. Poklikamy, zobaczymy.

 

Także, ten tego, dzięki za wizytę!

:)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Jeśli mogę wyrazić swoje skromne zdanie, przeczytałem z przyjemnością. Humor, lekkość “pióra” i ciekawe rozwiązania – zawsze w cenie:)

Nie pasują mi jedynie dwie rzeczy. Po mojemu, wypadają trochę sztucznie, w kontekście do całości:

 

“A to psi zwis!”

 

“Nie ma za co, dupku”

 

Ale być może to tylko moje subiektywne zdanie. Tak czy inaczej, opowiadanko całkiem, całkiem. Gdyby je jeszcze podrasować, dopisać ciąg dalszy, rozwinąć – no, to kto wie:)

Pozdrawiam:)

Bei Qiun, jestem dumny, że to moje opowiadanie skomentowałeś jako pierwsze. Dzięki wielkie!

 

Teraz, przy kolejnym głosie za, to już będę musiał popracować nad rozwinięciem. :)

 

Pozdrawiam!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ubawiłam się setnie, a przy pomyłce oranu z uranem zaksztusiłam herbatą. Nie czytałam innych komentarzy, więc nie wiem, czy będę oryginalna (pewnie nie), ale narobiłeś apetytu kilkoma naprawdę zacnymi scenkami i teraz przydałoby się pełnoprawne danie. Czyli faktyczna opowieść uzupełniona o te wszystkie niedopowiedziane elementy, potraktowane streszczeniem historie Ralz, Hrodara, Trzyysk i rozwinięcie wątku mag vs kanclerz. 

Jednym słowem – dziękuję za dobrą lekturę i proszę o więcej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Takie opinie, to miodzik na moje małe, złośliwe serduszko. :) Bardzo dziękuję, Śniąca.

No coś tam będę pisał, kiedy będą efekty – nie wiem. Czas jest wredny i ostatnio mnie nie rozpieszcza.  :(

Jeszcze raz dzięki!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth, wiem, że łatwo się takie porady pisze, ale znam też ten ból braku czasu… 

Tak czy inaczej trzymam kciuki, żeby się łajdak znalazł :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pierwszy rozdział mi się nie spodobał. Może dlatego, że nie od razu załapałem konwencji. (A ponieważ czytam opowiadania hurtem na czytniku, nigdy nie wiem, kto jest autorem, więc równie dobrze mógł to być jakiś początkujący grafoman piszący na serio :P) Ale jak już rakieta ruszyła zrobiło się naprawdę dobrze. Fragment o orku najlepszy. Podsumowując, dobry tekst.

No co Ci mam powiedzieć?

Dobre, lekkie, śmieszne, a przy tym niegłupie (cenna rzecz, umiejętnie balansować jednym, żeby nie popaść w drugie), błyskotliwe, pomysł też niczego sobie. Bohaterów również mi sprzedałeś.

Niemniej, to wciąż jednak tylko fajna (naprawdę fajna) humoreska, pozbawiona, mam wrażenie, ambicji, by stać się czymś więcej.

Ot, pośmiać się, podziękować za poprawę humoru i lecieć dalej, bez żadnych istotnych refleksji.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Uchachałam się i generalnie lektura sprawiła mi przyjemność. Jest parę smaczków większych i mniejszych, brak za to czegoś więcej (ambicji, jako Cień pisał?) – ale nie o to chyba chodziło. Jeśli celem było rozbawienie czytelnika, to się udało ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Cieniu, no to żeś mi pojechał na ambicji…

 

Ale na poważnie, to najbliżej interpretacji mojego zamysłu jest Gravel (dzięki!). Tak, chodziło mi o rozbawienie czytelnika. Nie każdy pomysł musi być wiekopomnym, wielowątkowym dziełem. Jeśli udało mi się wywołać u was odrobinę uśmiechu w tą szarą, jesienną pluchę, to można powiedzieć, że spełniłem swoją misję. A że historia i bohaterowie chwycili, i ludziska chcom wincyj, to nie moja wina, tylko mojego niezwykłego talentu literackiego. cheeky

 

Dziękuję za wszystkie wizyty i komentarze! (@zygfryd: “początkujący grafoman” – Dobre! He-he!)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Gravel, mam wrażenie, napisała to samo co jo, jeno ładniej, jak to Gravel.

Mówiąc krótko – tekst zrobił robotę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Muszę przyznać, że nie uśmiałem się tak na Fantastyce od czasu Łowcy. Jechałem pociągiem zginając wydruk w rękach i rechocząc, aż się tory trzęsły. 

Porównań z Pratchettem raczej nie unikniesz ; )). Nie powinno to jednak przesłaniać oryginalnych walorów tekstu, lekkiego pióra i humoru autora. Niektórzy pomarudzili, że postaci są zbyt luźno ze sobą związane. A ja lubię, kiedy losy różnych bohaterów splatają się z jednym rekwizytem. O ten schemat oparłem jedną ze swoich pierwszych prób literackich. Wyszło mi wtedy tak sobie, za to u Ciebie jest bombowo :D. 

 

A komentarz Zygfryda to wisienka na torcie :D.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ho-ho!

Serdeczne dzięki, Nevazie!

Nie ma to na poprawę humoru w takim parszywym dniu, jak mrugająca złotem infogwiazdka i komentarz zadowolonego czytelnika!

Aż się chce rzucić to wszytko w cholerę, wyjechać w Bieszczady i pisać, pisać, pisać…

 

Jeszcze raz dzięki! :)

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka