
Zagrożenie ze strony księstw Arratu od wieków wisiało nad Ziemią Złamanego Dębu – stałe i nieuchronne, jak topór, który pewnego dnia trafi w ręce kata.
Kapitan Arenil Kettram nabierał przekonania, że ten dzień zbliża się wielkimi krokami.
Słyszał echa zmiany w relacjach kupców i posłańców podróżujących do Arratu. Niepokój pobrzmiewał w rozmowach flisaków, spławiających wiosną drewno z arrackich lasów. Od niedawna nawet zbiegowie przynosili drobne, z pozoru błahe wieści, które układały się w coraz wyraźniejszy obraz. U doświadczonego żołnierza budziło to dreszcz, jak dotyk zimnej stali na gardle. Kilku innych oficerów z pogranicza podzieliło się z nim podobnymi obawami.
Nie chodziło o samą wojnę – taką nawałnicę mógł przewidzieć każdy uważny obserwator. Zwykłe konflikty graniczne kończyły się zaraz po przypomnieniu książętom Arratu, że wioski po obu stronach granicy płoną tak samo łatwo.
Szum wśród konarów przerwał rozważania oficera i wtłoczył w płuca ostrzejsze powietrze z północy. Wpatrywał się w szeroki pień żółtej sosny. Była ogromna. Najwyższe konary wisiały zapewne trzydzieści kroków nad ziemią. Dotknął zimnej kory i wciągnął w nozdrza zapach igliwia oraz żywicy.
Pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie pojmował, dlaczego – mimo lęku wysokości – zdecydował się wspiąć na to przeklęte drzewo. Z jego wierzchołka zamierzał obserwować arracki brzeg. Teraz, gdy widział konary kołyszące się pod naporem wiatru, pomysł wydał się szalony.
W tym miejscu pogranicza warto było się rozejrzeć: z dala od posterunków granicznych, przy zapadłym grodzie po arrackiej stronie. Stały tam wielkie stodoły – aż prosiły się, by przerobić je na magazyny. Po przekroczeniu rzeki teren sprzyjał atakującemu. Gdyby dowodził armią Arratu, byłby to jeden z kierunków uderzenia. Z dowództwa dostał tylko ogólne wskazówki, gdzie powinien węszyć. Polegał więc na własnej intuicji, a ona podpowiadała, że właśnie tutaj coś się szykuje.
Wraz ze zwiadowcami swojej kompanii śledził aktywność przy dwóch innych arrackich grodach. Tam jednak nie musiał wspinać się na tak absurdalną wysokość. Niepokój robił swoje – miał wrażenie, że drzewo go obserwuje, a sęki układają się w kształt wielkich oczu.
Najgorsze było to, że jego podkomendni znali już plan. Nie przychodziła mu do głowy żadna wiarygodna wymówka, która pozwoliłaby uniknąć wspinaczki, a jednocześnie zachować twarz. Skoro żądał od nich odwagi, teraz musiał sam ją okazać.
„Ta przerośnięta roślina powinna być opiewana przez natchnionego poetę, doszukującego się wszędzie symboli fallicznych. Jednak nikt rozsądny nie powinien się na nią wspinać” – pomyślał, odwlekając początek drogi w górę.
– Pośpiesz się, kapitanie. Wchodź, póki Jasna Siostra świeci. Później będzie trudniej – zakomunikował Geamin teatralnym szeptem.
Jemu było łatwo mówić – był już na górze. Siedział na jednym z najwyższych konarów i tylko nienazwanej elfickiej magii zawdzięczał, że wciąż się tam utrzymywał.
Promyk nadziei pojawił się, gdy kapitan spojrzał na wielkiego stepowego ogara, niezawodną towarzyszkę w twardych realiach pogranicza. Może Cabil narobi zamieszania i odciągnie od niego uwagę żołnierzy? Kiedyś zapędziła zająca między namioty dywizji, za co generał okrutnie go zrugał. A teraz, gdy zaistniała paląca potrzeba odwrócenia uwagi, leżała jak najedzona krowa i wpatrywała się w niego. Nadzieja zgasła więc równie szybko, jak się narodziła.
Kapitanowi towarzyszyły dwie drużyny jego kompanii. Niby każdy z żołnierzy czymś się zajmował, ale kątem oka śledzili ruchy dowódcy. Odwrócił się i spokojnym krokiem podszedł do drużyny Lothara. Sierżant powitał go bladym uśmiechem i spojrzeniem podszytym podejrzliwością.
– Jakie są stawki, sierżancie? Ostrzegam, jeśli będziesz próbował mi wmówić, że nie obstawialiście, czy wejdę.
– Przykro mi, kapitanie. Trzy do jednego, że pan nie wejdzie.
Następnie brodatą twarz Lothara ozdobił uśmiech, pasujący raczej do gracza w trzy kubki na miejskim targu niż do sierżanta jazdy z pogranicza. Było zresztą możliwe, że na którymś etapie barwnego życia uprawiał podobny proceder.
– Stawiam złotego dęba, że wejdę. A kiedy wrócę, będę miał dla was dobrą wiadomość – oznajmił kapitan, a sierżant pochwycił rzuconą monetę.
Potem odwrócił się i ruszył w stronę drzewa. Zignorował protesty wygłaszane do jego pleców, że przedmiot zakładu nie powinien obstawiać, bo to przecież nieetyczne. Dodatkowe dwie złote monety przydadzą się kompanii, a Lothar nie zbiednieje.
Ponownie stanął oko w oko z wrogim drzewem. Nie pozostała mu już żadna droga odwrotu. Wykonał gest Czterech Twarzy, jak zawsze przed walką.
Zdjął kolczugę i pas z mieczem. Ciężkie wojskowe buty zastąpił lekkimi sandałami, a hełm czapką z baraniego futra. Nie zamierzał lekceważyć żadnego przeciwnika, nawet jeśli była to cholerna sosna.
Dotknął postrzępionej, wilgotnej liny, która nie budziła w nim najmniejszego zaufania.
„Jak to możliwe, że elf wszedł tutaj bez liny?” – pomyślał, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Potem chwycił linę i ruszył w górę. Sprawdzał każdą gałąź, zanim przeniósł na nią ciężar ciała. Ostrożności nauczył go suchy konar, który przed laty trzasnął pod nim i omal nie złamał mu karku. Od tamtego dnia wiedział, że wspinaczka nigdy nie będzie jego specjalnością.
Spocone dłonie ślizgały się po mokrej korze, mięśnie ramion paliły, a serce waliło jak młot. Pokonywał konar po konarze, uparcie prąc w górę. Tylko raz spojrzał w dół i natychmiast tego pożałował, bo poczuł ukłucie w żołądku, jakby połknął łodygę smoczego ziela.
Gdy dotarł na wierzchołek, dyszał ciężko, a pot spływał mu po plecach – jakby właśnie opuścił rozgrzaną łaźnię. Z mieszaniną fascynacji i zazdrości przyglądał się elfowi, który zdawał się stanowić z drzewem jedną całość.
Geamin ustępował wzrostem pobratymcom z wielkich wysp Morza Jasnego, ale nadrabiał to szerokością barków. Jasna cera zdradzała, że pochodził znad Srebrnych Jezior na wschodzie kontynentu.
Arenil usadowił się na solidnym konarze, zapewne pozostawionym dla niego przez Geamina. Wiatr leniwie kołysał całym wierzchołkiem, jak okrętem na szerokich falach oceanu.
– Jak obstawiłeś? Że wejdę?
– Jesteś uparty jak bawół. To nie było specjalnie trudne.
– Komplement zawsze miło usłyszeć, poruczniku. Widziałeś kogoś na moście?
Elf przecząco pokręcił głową.
– Nie. Może za bardzo się tym przejmujemy? Tylko siedzimy tu i marzniemy na darmo.
– Coś tu czuję. Zresztą wczoraj był posłaniec, myślę, że to nie przypadek.
„Bo jeśli nic tutaj nie będzie, zetnę to cholerne drzewo” – dodał w myślach.
– Cały problem w tym arrackim „może” – uciął elf.
Słowa nie przyspieszyły majestatycznego ruchu srebrnego dysku, który wolno znikał za krawędzią wzgórz na północnym zachodzie.
Służba na pograniczu często sprowadzała się do takich chwil oczekiwania. Arenil cieszył się szumem wiatru, wody, odległym wyciem wilka. Uśmiechał się, gdy rozlegał się chrapliwy głos derkacza, powtarzany tak regularnie, jakby najmniejsze odstępstwo groziło zagładą świata. Oddychał głęboko rześkim powietrzem znad odległego Morza Białego, zapewne wciąż skutego lodem. Na sąsiednim drzewie przysiadła sowa. Obróciła głowę, spoglądając z ciekawością. Pogrążony we śnie świat wydawał się spokojny, a zagrożenie wojną – odległe jak północny horyzont.
Arenil sięgnął do kieszeni po długi walec z miedzianej blachy. Rozwinął na pełną długość, krytycznie lustrując soczewki na każdym końcu przyrządu. Metal był gładki i chłodny w dotyku, połyskiwał słabo w świetle Jasnej Siostry.
– Teraz przekonamy się, czy ten wynalazek jest coś wart.
Już po kilkunastu minutach zrobiło się zauważalnie ciemniej. Na niebie pozostała tylko Ciemna Siostra, mniejszy z księżyców, do tego chmury czasem przesłaniały nawet to słabe światło.
Z wierzchołka sosny mogli obserwować most z dębowych bali, a dalej ciemne zarysy grodu, ściśniętego między dwiema rzekami.
Mimo ciemności nadal widzieli wyraźnie ruch po drugiej stronie rzeki. Ten niezwykły dar zawdzięczali czarodziejce spotkanej dawno temu na dalekim, południowym lądzie. Dla nich to wspomnienie należało do innego życia. Zostawili je za sobą, gdy wkroczyli na pokład okrętu Szarych Mieczy i pozwolili, by morze poniosło ich na północ.
Talizman zostawił na ich skórze blade znaki, bezkształtne poparzenia – jedyne przypomnienie o kimś, kto kiedyś ocalił im życie. Umiejętność władania mieczem potrafiła zjednywać przyjaciół, ale dziwna blizna i zdolność przenikania wzrokiem ciemności wzbudziłyby nieufność. Dlatego przez wszystkie lata strzegli tego sekretu, jak tylko żołnierz potrafi strzec tajemnicy niektórych ran.
Już i tak szeptano o ich odległym miejscu rekrutacji, dla wielu oznaczającym kraniec świata. Rekruci spoza państw nad Morzem Jasnym należeli w Erealle do rzadkości.
– Są. Jednak miałeś nosa – rzucił elf. – Biegają jak w ukropie. Albo chcą się szybko uwinąć, albo mają dużo wozów do przetoczenia.
Miedziany wynalazek pozwolił Arenilowi wyraźnie dostrzec, jak z czerni lasu wyłoniły się postacie i zaczęły układać coś na moście. Nim odpowiedział, w zamyśleniu podrapał się po brodzie.
– Chyba rozkładają słomę, żeby nie było słychać turkotu kół. Bardzo się starają coś ukryć. Bez daru Białej Sowy niewiele byśmy zobaczyli.
Przekazał elfowi miedzianą tubę. Ten pokiwał głową z uznaniem.
– A bez tego krasnoludzkiego cudu moglibyśmy tylko zgadywać, kapitanie. Miałem kiedyś w ręku lupę z górskiego kryształu, ale to tutaj działa bez porównania lepiej.
Trwali w milczeniu, na zmianę obserwując ruch wozów. Na moście panował tłok jak w mieście przed targiem.
Ciszę przerwał w końcu Geamin:
– Ech, gdybyśmy uderzyli pierwsi… Spalilibyśmy zapasy, a przy okazji te cholerne mosty. Nad rzeką nic nie wzmocnili, palisada ledwo się trzyma.
– Marszałek nie ruszy pierwszy. Z Arratem walka nie jest taka łatwa. Pomyśl. Pójdziemy na księstwa graniczne i co dalej?
– Niby racja. Ja widzę to tak: we wszystkich wojnach trafiał mi się liczniejszy wróg. Dlaczego?
– Bo masz smykałkę do tej roboty. Gdyby nie to, już byś nie żył.
Arenil zaniepokoił się, słysząc coraz cięższe tony w słowach przyjaciela. Elf uśmiechnął się mimowolnie, a po chwili odpowiedział:
– Bardziej dlatego, że to lubię. Musisz jednak przyznać, że tym razem bagno wydaje się głębsze.
Na moment Arenil odwrócił głowę:
– To dziwne, że dziś to ty odgrywasz rolę pesymisty. Zbierze się rycerstwo, dojdzie wsparcie z innych prowincji. Damy radę. Sami nieraz bywaliśmy w opałach i wychodziliśmy cało.
– Liczenie na pomoc nie jest drogą do zwycięstwa. Mam w tym względzie spore doświadczenie – upierał się elf.
– Na ile się orientuję Marszałek wie, co robi. Jeśli my uderzymy, sojusznicy palcem nie kiwną. Dyplomacja Arratu zrobi z nas awanturników, a to stworzy zagrożenie dla zagranicznych komandorii.
– I tak nas oczernią. Liczy się skuteczność.
Arenil nie odpowiedział, bo Geamin miał rację i zarazem jej nie miał. Gdy rozgorzeje wojna, będą walczyć nie tylko mieczem, ale też piórem. Miał świadomość, że arracka dyplomacja, podobnie jak armia, stawała się coraz sprawniejsza.
Mimo to pozostawał przede wszystkim oficerem pogranicza – i z tej perspektywy oceniał wszystko, czego się dowiadywał.
Nagle dostrzegł na drugim brzegu ludzką postać. Na tle szarości wyraźnie odcinał się wysoki mężczyzna w pelerynie. Arenil był niemal pewien, że przybysz miał czarną skórę. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dziwny mężczyzna patrzy wprost na niego, jakby sięgał ku nim niewidzialną nicią. W stolicy widywał wielu czarnoskórych marynarzy, lecz tu na północy spotykało się ich bardzo rzadko.
Czy ten człowiek mógł wiedzieć o ich obecności? Przecież tylko oni dwaj znali cel misji, a elfowi ufał bezgranicznie. Instynktownie odchylił ciało do tyłu, przez co czubek drzewa lekko się zakołysał. Musiał wzmocnić uchwyt.
– Wszystko w porządku? Coś zobaczyłeś? – zapytał Geamin.
Arenil spojrzał w tamto miejsce jeszcze raz, a potem przeszukał wzrokiem cały brzeg. Nikogo nie dostrzegł.
– Coś musiało mi się przywidzieć.
Co miał powiedzieć? Że przez chwilę widział mężczyznę o ciemnej skórze w pelerynie, a ten potem zniknął? Nie brzmiałoby to zbyt poważnie. Zanim cokolwiek powie, musiał dowiedzieć się więcej.
Siedzieli na czubku sosny przeszło dwie godziny. Obserwowali wozy przetaczane po moście, zbrojnych wchodzących do grodu oraz prowadzone zwierzęta. Z tej wysokości ruchy arrackich żołnierzy przypominały figury na planszy, przesuwane ręką niewidzialnego stratega.
Gdy silniejszy podmuch wiatru poruszył drzewem, Arenil odruchowo spojrzał w dół. Zdawał sobie sprawę, że schodzenie będzie trudniejsze, ale wiedzieć, a zobaczyć, to dwie różne sprawy.
– Nie ma sensu dłużej siedzieć. Przez ten wiatr jestem cały przemarznięty. Wiem wszystko, czego potrzebowałem. Wracamy.
– I co o tym wszystkim myślisz? – zapytał elf.
– Wojny przychodzą i odchodzą. Z tą też sobie poradzimy.
– Nie zbywaj mnie suchą formułką. Chcę usłyszeć opinię dla przyjaciela, a nie podwładnego.
Dopiero teraz Arenil zorientował się, że rozmowa nabrała niebezpiecznego ciężaru. Przez chwilę układał słowa w głowie.
– Myślę, że wojna jest blisko. Zwożą mnóstwo zapasów. W dwóch miejscach, które sprawdziliśmy, sytuacja wyglądała podobnie. Źle to wszystko wygląda.
– Mów wprost. Jak źle?
Przez chwilę milczał. Nie chciał przywoływać demonów z przeszłości Geamina, ale kłamstwo nic by nie zmieniło.
– Tu nie zapowiada się wojna graniczna. Obawiam się, że nadchodzi coś gorszego, znacznie gorszego.
Elf zacisnął dłoń na szorstkiej korze, jakby szukał oparcia. Jego spojrzenie przygasło. Skurczył się w sobie, jakby wrócił do niego ciężar tamtych dni. Słowa wypowiadał cicho:
– Jeśli masz rację, czeka nas ciężka przeprawa. Już raz taką wojnę widziałem i ledwo uszedłem z życiem. Nie wiem, czy starczy mi sił, by przejść przez to ponownie.
– Zostanę z tobą. Nie wyjadę po raz drugi. Intuicja mówi mi, że mimo wszystko mamy szansę. Każdy powinien zrobić swoje.
Elf odwrócił ku niemu twarz. Patrzył z rezerwą i wyrzutem, bez tego głębokiego zaufania, jakie łączyło ich kiedyś.
Arenil odwrócił wzrok i nie mówił więcej. Słowa czasem bolały bardziej, niż groty strzał. Nie miał zamiaru się tłumaczyć po raz kolejny z decyzji wyjazdu. Wrócił z powodu dwóch osób, a elf był jedną z nich.
„Dobrze, że nie znasz powodu, dla którego wyjechałem. Co muszę jeszcze zrobić, żebyś znów mi zaufał?” – rozważał.
Potem długo milczeli. Chciał dać sobie i przyjacielowi czas. W końcu stwierdził, że powinni wracać.
– Trzeba przekazać te informacje do sztabu. Niestety, żeby to zrobić, musimy najpierw zejść.
Ponownie skierował wzrok ku ziemi i jego twarz pobladła jak kreda. W tej chwili oddałby nawet pięć złotych dębów, byle tylko nie musieć schodzić.
– Ruszaj spokojnie, będę cię asekurował.
Geamin odzyskał zwykły spokój i jego twarz ozdobił lekki uśmiech; ujął linę w obie dłonie, a kapitan przewiązał się w pasie.
Zejście przebiegło nadspodziewanie gładko. Skończyło się tylko na dwóch otarciach i siniaku na łydce. Miał ochotę ucałować ziemię, gdy tylko jego stopy dotknęły miękkiego igliwia. Zapach żywicy i wilgotnej ściółki wydał się tak intensywny, jakby po raz pierwszy od wielu dni odetchnął pełną piersią.
Geamin po chwili do niego dołączył, zeskakując lekko z ostatniej gałęzi. Poszli w kierunku polany, gdzie zostawili konie i rozbili prowizoryczny obóz.
Żołnierze zaczęli wstawać, widząc zmierzającego ku nim dowódcę. Miał zarządzić natychmiastowy wymarsz, ale zmienił zdanie. Nagły powrót i pilna wiadomość do Marszałka mógłby ściągnąć na ich kompanię niepotrzebną uwagę, a tę sprawę miał zamiar rozegrać dyskretnie.
Stanął przed żołnierzami i zakomunikował tylko:
– Zanocujemy tutaj. Wyruszymy dopiero rano.
Gdy oddalili się od innych, kapitan zwrócił się do Geamina:
– Znajdź Lothara, niech przyniesie tę swoją lampę. Powiedz też Mavrosowi i Tancerzowi, żeby się do mnie zgłosili.
Podszedł do jucznych koni, odnalazł wałacha o nietypowym cętkowanym umaszczeniu i odpiął klamrę juka. Za plecami wyczuł ruch, odwrócił się błyskawicznie.
Wzdłuż granicy drzew przelatywało kilka bażantów. Spomiędzy liści wyłoniła się ogromna paszcza Cabil. Szczęki zamknęły się na szyi jednego ptaka, z szybkością, o którą nikt nie podejrzewałby spokojnego ogara. Głowa stwora ze zdobyczą zniknęła w zieleni tak samo nagle, jak się pojawiła. W tej samej chwili drugi ptak runął na ziemię, przeszyty strzałą.
Tym razem z listowia wyszedł Kiaran z masywnym łukiem z czerwonokrzewu w ręku. Potrafił trafić bażanta w oko z trzydziestu kroków. Obok niego kroczyła Cabil z bażantem w pysku, dumnie unosząc głowę.
Kiaran pogładził głowę ogara:
– Niezła akcja. Chodź, opalę ci go nad ogniskiem. Nie będziesz przecież z piórami jeść jak jakiś dzikus…
Urwał wpół słowa, gdy dostrzegł kapitana pośród jucznych koni. Zwierzęta dreptały nerwowo w miejscu i strzygły uszami. Musiały wyczuć zapach ogara. Choć były przyzwyczajone do jej obecności, wrodzona obawa czasem brała górę. Inaczej sprawa wyglądała nocą. Wtedy chętnie podchodziły, a potem kładły się obok niej spokojne i ufne. Sama obecność ogara gwarantowała, że żaden drapieżnik nie podejdzie.
Wilki trzymały się z dala od bestii, która ważyła ponad tysiąc funtów i przypominała krzyżówkę lwa jaskiniowego z jednorożcem, a właściwie z dwurożcem, bo ogary stepowe posiadały dwa wydłużone rogi.
– Podłączyła się do polowania. Czasem tak robi – wyjaśnił Kiaran.
– W porządku. Zostajemy tu na noc, więc możesz jej upiec to mięso.
– Ustrzeliłem jeszcze cztery, zostawimy porcję dla ciebie.
– Będę zobowiązany. Dzięki.
Westchnął, obserwując, jak Kiaran oddala się w towarzystwie białej bestii. Ona była przyzwyczajona do obecności żołnierzy, którzy zawsze mieli dla niej w zanadrzu jakiś smaczny kąsek. Problemy zaczynały się, gdy trzeba było wrócić do porcji, które dostawała w przydziale, jak każdy pozostający na żołdzie w Pancernej Pięści.
Na szczęście w trakcie ich służby pojawiało się mnóstwo okazji do wzbogacania jadłospisu Cabil, podobnie jak pozostałych żołnierzy.
Wreszcie wydobył z juku podróżny listownik i zawrócił na polanę.
Na obrzeżach polany widać było kilka szerokich pni. Ślady siekiery wciąż znaczyły ich powierzchnię, świadcząc o pracy drwali podczas zimowego wyrębu. Jeden miał tak nacięty klin, że dało się na nim ułożyć podstawę do pisania. Nie chciał wysyłać do stolicy listu zapisanego nierównymi literami.
Po kilku minutach pojawił się sierżant Lothar. Właśnie kończył coś przełykać, a w jego brodzie tkwiły jeszcze okruchy jedzenia. Wyglądał, jakby wyrwano go prosto z uczty, a nie z prostego żołnierskiego posiłku.
– Panie kapitanie, melduję się. Przy okazji chciałbym zapytać o tę dobrą wiadomość, o której pan wspominał przed, jakże kosztowną dla niektórych z nas, wspinaczką.
– Mam jedną dobrą wiadomość, sierżancie, że jesteś mi winien trzy złote monety.
Lothar skrzywił się.
– No, mam… ale takie wysokie zakłady, kapitanie – zaczął z nadzieją w oczach, lecz Arenil mu przerwał.
– Nawet nie próbuj, Lothar. Ciesz się, że przymykam oko na twój bukmacherski interes i inne przedsięwzięcia, bo cię lubię.
Była to tylko część prawdy; równie istotne było, że „księcia wśród żołnierzy” lubili i poważali wszyscy w kompanii Pancernej Pięści. Co zaskakiwało kapitana, w kwestii interesów jego reputacja pozostawała wręcz nieskazitelna. Arenil nie był w stanie racjonalnie wyjaśnić, jak ten urodzony kombinator potrafi wzbudzić tyle zaufania. Nawet wyjątkowo długie przepustki, których mu udzielał, nie budziły wśród żołnierzy zawiści – sierżant zawsze wracał z beczką piwa dla swoich towarzyszy broni.
Lothar ze zbolałą miną oddał złoto.
Brew Arenila uniosła się, bo coś było nie w porządku: sierżant wręczył mu cztery monety zamiast trzech.
– Możesz mi wyjaśnić, dlaczego dałeś mi cztery monety?
– No bo chłopaki… to znaczy, żeby pan kapitan nie dociekał, kto postawił, że pan nie wejdzie – wyjaśnił sierżant.
– Nie przejmuj się, Lothar. Ja też postawiłbym przeciwko sobie, gdybym nie wiedział, że muszę wspiąć się na tę przeklętą roślinę.
– To zmienia postać rzeczy, kapitanie – rozpromienił się Lothar. – W takim razie uprzejmie proszę o zwrot dodatkowej monety?
Arenil zmarszczył brwi. Jeśli Lothar wręczył mu złoto, to znaczyło, że zostało już zaksięgowane w kosztach jego działalności.
– Powiedz mi, sierżancie. Czy wydam to złoto na dziwki, czy wykorzystam je z pożytkiem dla nas wszystkich?
– No na dziwki, to nie… Bo żona by pana kapitana ze skóry obdarła. Więc na dziwki na pewno nie – zaprzeczył sierżant.
– Trafne rozumowanie. Mam też świadomość, że gdyby zdarzył mi się moment żołnierskiej słabości, zaraz by się jakaś zdradziecka żmija znalazła i doniosła mojej żonie.
– Nie może nas pan kapitan winić, że dbamy o własną skórę. Pani Orla ładnie to opisała, że „tak byśmy mieli przesrane, że pływanie w szambie to byłby przy tym wywczas”. A ona przecież jest w dobrej komitywie z tą wiedźmą ze sztabu. Gdyby chciała, mogłaby nas wysłać z misją do Prowincji Śmierci. Zawsze powtarzam, że z kobietami…
Arenil przerwał tyradę sierżanta. Żeby określić kogoś z kapituły mianem wiedźmy, trzeba było mieć, albo bardzo dużo odwagi – albo mało rozumu.
– Skończymy tę jałową dyskusję. Złoto wydam na cele kompanii. Tyle ci musi wystarczyć, a teraz siedź cicho i świeć. Tylko pamiętaj, że to ja piszę list i potrzebuję światła, a nie ty, żeby móc przeczytać, co napiszę. Czy to jasne, sierżancie?
– Jak słońce, kapitanie!
Lothar zamilkł i uniósł swoją lampę. Emanowała ciepłym żółtym światłem. Nie potrzebował światła, żeby widzieć, ale przyjemnie koiło po wielu godzinach spędzonych w ciemności i chłodzie. Żółte kryształy lumidarytu były najdroższe, do tego oprawa z miedzianej blachy i małe zwierciadło sprawiały, że czasem prosił sierżanta o użyczenie lampy. W ich kompanii było jak w naturze, jeśli coś dajesz, otrzymujesz coś w zamian.
To była przyjemna rekompensata za chwile, gdy – jako dowódca całej jednostki – musiał świecić oczami za wybryki sierżanta.
Arenil odsunął błądzące myśli.
Usiadł przy pieńku. Przez chwilę milczał, po czym zaczął stawiać litery na pergaminie. Musiał mieć pewność, że wiadomość dotrze do kancelarii Marszałka. Powinna znaleźć się w rękach dowódcy Korpusu Wewnętrznego, który zajmował się wywiadem i zawsze był zainteresowany informacjami z pogranicza. Gdy skończył pisać, zauważył, że Mavros i Tancerz już czekali.
– Meldujemy się, kapitanie. Porucznik mówił, że pojedziemy z listem – zaczął Mavros.
– Udacie się do samej stolicy. Ale nie na zamek, zamiast tego znajdziecie Ksaviera. Dacie mu pismo, on odda je komu trzeba. Nikomu nie mówcie, że jedziecie znad granicy. Wszystko jasne, sierżancie?
W oku Mavrosa pojawił się błysk nadziei.
– Zrozumiałem. A moglibyśmy złapać oddech i zatrzymać się na nocleg? – zapytał nieśmiało żołnierz.
– Nie. Jesteście potrzebni tutaj. Porozmawiajcie, a gdyby Ksavier nalegał, możecie wypić kufel lub dwa. Żadnego szwendania się z nim po gospodach. Potem biegiem do portu i wsiądźcie na pierwszą barkę płynącą na północ. A jeśli nie będzie żadnej, dam wam pismo i wtedy jakaś łódź was zabierze.
– Oczywiście, kapitanie – potwierdził Mavros.
– No i nie zapomnijcie porządnie uściskać ode mnie Ksaviera!
– Zrobi się. Zaraz będziemy się zbierać.
Gdy Arenil odłożył pióro, rozciągnął plecy. Miał nadzieję, że Ksavier – jego oczy i uszy w stolicy – szybko i dyskretnie dostarczy pismo we właściwe ręce. Nie martwił się też, że jego ludzie będą zwiedzać zamtuzy w stolicy. W sprawach ciała Mavros był ascetą, a żona Tancerza skutecznie wybijała mu z głowy pokusy.
❦ ❦ ❦
Znaleźli miejsce dobrze osłonięte od północnego wiatru i wieczorem zasiedli przy ognisku. Nie rozmawiali wiele, jakby przy ich ognisku znajdowała się zjawa, która pobierała monetę za każde wypowiedziane słowo. Geamin zapadł się w sobie i wpatrywał w ogień. Również Lothar nie był tak rozmowny jak zwykle. Arenil cieszył się smakiem upolowanego przez Kiarana bażanta.
Czy wojna nadejdzie, czy nie, chciał po prostu wykonać swoją pracę i przekuć rekrutów w żołnierzy. Powietrze pachniało już wiosną. Ona miała zrobić swoje, więc on także musiał – niezależnie od cienia czyhającego za granicą. Już obmyślał ćwiczenia dla swoich podkomendnych na następny dzień. Tak, każdy powinien zrobić swoje.
Jeden z rekrutów nie wytrzymał niepewności i w końcu wypalił:
– Czy idzie wojna, panie kapitanie? Widzieliście ze szczytu drzewa ogniska armii arrackiej?
– Czy czeka nas walka? – dorzucił inny rekrut.
Nim odpowiedział, Arenil wolno pociągnął łyk wody z bukłaka. Na jego twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień.
– Żadnych ognisk w zasięgu wzroku, ale to nic nie znaczy. Tutaj często coś się dzieje.