:)
komentarze: 403, w dziale opowiadań: 297, opowiadania: 169
:)
komentarze: 403, w dziale opowiadań: 297, opowiadania: 169
Hej,
ruch tu u Ciebie jak na targu, przyszłam więc sprawdzić, o co tyle szumu. :D
Bardzo dobre opowiadanie! I bardzo dark! Dax jest samochwalczy, brutalny i tak skrajnie antypatyczny, że momentami aż ma się ochotę go własnoręcznie ukatrupić. (o nie… czy to już czyni mnie potworem? :D). Moralna szarość wypada tu bardzo przekonująco. Zasadzka Sergio również była bardzo pomysłowa i mnie zaskoczyła.
Jedyna rzecz, którą bym zmieniła, to początek. Skróciłabym go nieco, bo zanim ruszyła właściwa akcja, minęło trochę czasu i nie mogę powiedzieć, że zostałam wciągnięta od pierwszych zdań. Czytałam dalej, bo wiedziałam, że będzie ciekawie. I zdecydowanie było!
Dwie drobnostki:
Droga do wolności często płynie krwią.
Może lepiej spływa?
Imponował wysokością, nawet przy Daxie.
A nie lepiej wzrostem?
Pozdrawiam i trzymam kciuki za piórko! :)
Hej,
samo miejsce akcji jest dość klasyczne. Byłam już w tylu karczmach… Ale ogółem wyszła Ci ładna i klimatyczna miniaturka. Wydaję mi się, że trochę za bardzo skupiłaś się na wyglądzie pomornika. Dwa razy wspomniałaś, że jest wysoki. Jak na 8190 znaków to chyba przynajmniej raz za dużo. :D Na plus, jego opis podczas „magicznej przemiany”, poruszał wyobraźnię.
Pojawiło się trochę potknięć, nie wiem na ile już wprowadziłaś poprawki, ale brakowało kilka przecinków. I z takich drobnostek:
Skutkiem jego czynu był pierwszy wschód słońca w
tejkrainie.
Usunęłabym „tej”. Albo dała zamiast tego jakiś przymiotnik. Ponurej krainie? Zapomnianej krainie?
Teraz każdy wędrowiec przemierzający te krainy mógł w niej odpocząć i zjeść.
O ile dotarł
do niejprzed zapadnięciem zmroku.
Usunęłabym drugie „do niej”.
Na pewno zajrzę, jeśli jeszcze coś wrzucisz. Ufam, że dokonasz poprawek, więc klikam już do biblioteki.
Serdecznie pozdrawiam :)
Tarnino, ogłaszam, że poprawki naniesione. Niektóre łopaty zostawiłam, bo się boję, że przyjdą inni i zaczną marudzić, że coś jest mało zrozumiałe. :D I zamieniłam “wścibską Elizę” na “anons matrymonialny”. Jeszcze raz dzięki za Twój czas! 
Dobrý večer, HollyHell! :D
Hm, trochę mi zgrzyta logicznie ta scena z kupowaniem biletu. Skoro tak bardzo bohaterce zależało na tym, by jechać akurat tym pociągiem o tej godzinie, to czemu po prostu nie przyszła na dworzec wcześniej?
Ej, ona jechała z Polski! Miała już za sobą kawał drogi, więc cud, że zdążyła! :D
Nie jestem pewna, czy można unieść wzrok, ale to może ktoś mądrzejszy ode mnie się na ten temat wypowie, o ile już się nie wypowiedział.
Powiem Ci szczerze, że ja też już zwariowałam i nie wiem jak to jest z tym wzrokiem i spojrzeniem.
Czyli jednak siedział przed nią, a nie za jej plecami?
Aaa! Coś sknociłam. Obróciłam go.
W sumie tłumaczy :P
Niby tak, ale właściwie to nie. Bo jaki wywiad? Eliza nie wiedziała, że istnieje jakieś międzywymiarowe FBI. :D
Hm… Ja bym dała mniejszą liczbę. Bo przy takiej dużej liczbie empatia się rozmywa, nie jesteśmy w stanie współczuć takiej ogromnej rzeszy stworzeń. Gdy ta liczba jest mniejsza, na przykład nie wiem, dwieście stworzeń, to już bardziej nas to dotyka, łatwiej sobie wyobrazić taką ilość żywych stworzeń.
To muszę zostawić. Duża liczba jest ważna, bo oddaje skalę wojny, chaosu i miała trochę uderzyć. Podkreśla też, że kilkadziesiąt zaginionych osób znaczyło więcej niż dwieście tysięcy fantastycznych istot, których nikt nie szuka.
Czyli pokazała mu przewodnik już wcześniej, a potem pokazała jeszcze raz i on go lustrował tak, jakby widział go pierwszy raz?
Ogarnęłam te nieuczesane myśli. :D
Mam nadzieję, że teraz jest lepiej.
Artyleria raczej nie mruczy, tylko ryczy.
Z daleka wydaję mi się, że to właśnie przypomina taki pomruk, który się niesie.
Skąd ona to wie? Przecież jest w wagonie.
Usunęłam. A takie ładne fajerwerki były… xD
Jakoś nie przekonuje mnie, że człowiek-wilkołak poświęcił się dla ledwo poznanej kobietki. Tym bardziej że nie został podany żaden powód takiej decyzji: nie zakochał się w niej, nie powiedział, że wierzy, iż Elizie uda się pomóc fantastycznym zwierzętom.
W tym momencie Eliza była jego jedyną nadzieją, że pomoże fantastycznym istotom. Już w pociągu mówiła, że należy pójść z tym do mediów, zgodziła się skoczyć z nim do innego wymiaru by zebrać informacje oraz miała dowody w formie zdjęć. Wydaje mi się, że to sporo by Vigo mógł uwierzyć, że jest po jego stronie. Zresztą wiedział, że jako wilkołak, czyli jeden z „fantastycznych” i tak nie zostanie wysłuchany w naszej rzeczywistości. Musiał o nich zawalczyć człowiek.
Ale skoro tak tego nie odczuwasz, to możliwe, że tych aluzji było za mało. Wiesz, nie chciałam też robić romantasy… :D
Mało wiarygodna wydaje się też ostatnia scena. W pociągu nie jechali żadni żołnierze, którzy mieli za zadanie pilnować dziwolągów? Nikt ich nie gonił, gdy te uciekały? To rozwiązanie wydaje mi się za proste i nielogiczne.
O, to biorę na klatę. Myślałam o jakichś agentach w cywilu, którzy również podróżowali pociągiem i trzymali rękę na pulsie, ale ostatecznie się nie pojawili. Powód jest bardzo prosty – zabrakło mi miejsca. :D A nie chciałam rzucać kolejnego wątku, który miałby zająć tylko jedno zdanie. Zdecydowałam się uprosić choć to pewnie wpływa na wiarygodność.
Bardzo mi dziwnie marudzić pod Twoim opowiadaniem, bo niemal każde Twoje dzieło wprawia mnie w zachwyt.
Marudź! Marudź! Ja wiem, że to dla mojego dobra! :D
Lepiej wiedzieć co się nie spina, żeby następnym razem zwrócić na to większą uwagę. Ogólnie jestem dość wolna w pisaniu i piętnaście razy zastanawiam się nad jednym zdaniem… Kiedy pojawia się jakiś deadline i trzeba klepać w tę klawiaturę jak szaleniec, to potem mogą wychodzić takie rzeczy „na skróty”…
Warsztat masz niemal doskonały i satysfakcjonujący, ale to nie jest żadna nowość. 40 tys. znaków to nie jest mało, jednak zaskakująco szybko przeszłam przez tekst.

Dziękuję Ci i pozdrawiam! 
Może być wtorek :)
Hej ho!
Pomysł ciekawy, historia mnie wciągnęła, ale wykonanie mogłoby być odrobinę lepsze. Niektóre zdania wydawały mi się zbyt długie, przez co wyszły trochę niezgrabne. Przykładowo: Tutaj przynajmniej nie widział żadnych ciał, ale nie widział też żywych ludzi, pewnie uciekinierzy znajdowali się gdzieś w połowie drogi, bo raczej nie byli dość szybcy, by już opuścić miasto, a może byli?
Czytając Karkonazy, ciągle myślałam o Karkonoszach, z kolei opis Pancerza przywoływał na myśl ten z Fallout. :D
Zagryzł wargę. Krew spłynęła mu po brodzie
Tak mocno się ugryzł? Jezus maria, jakiś masochista! :D
W zakończeniu czegoś mi zabrakło. Przez całe opowiadanie towarzyszy nam przekonanie, że ten świat jest skazany na zagładę i że wszyscy zginą. Gdy finał faktycznie potwierdza tę wizję, mam poczucie braku wyraźniejszego „celu” tej historii. Zamiast mocnej puenty czy domknięcia, finał sprawia wrażenie trochę urwanej sceny. Ale za pomysł i klimat daję klika do biblioteki!
Serdecznie pozdrawiam :)
Ooo super, że wrzuciłeś tę mini powieść! :)
To klasyczne, przygodowe fantasy, które bardzo przyjemnie się czytało. Cieszę się, że byłam świadkiem jego tworzenia, kiedy wrzucałeś na betę kolejne rozdziały. Wiem, że z jednej strony kosztowało Cię ono wiele pracy, ale z drugiej dałeś się kompletnie ponieść wenie. :D
Wyszło świetnie!
Mogę się podpisać pod komentarzem, który napisał Bolly. Nie przerażajcie się długością, bo naprawdę warto poczytać to opowiadanie i przenieść się w świat pełen magii i intryg. :)
Klikam i pozdrawiam!
Hej, chętnie wezmę jakiś dyżur w lutym. Dzień jest mi obojętny. :)
Witaj beeeecki!
Jedyny zgrzyt logiczny jaki mam, to: na litość boską, po co oni puszczają ten pociąg cały czas, skoro znikają przez to tysiące istnień? Dziwne działanie.
Masz na myśli władze fantastycznego świata, czy „naszego”?
Rządzący tamtego wymiaru chcieli, aby pociągi kursowały, bo tylko w ten sposób można było przeprowadzać ewakuację. Tamten świat jest pogrążony w kompletnym chaosie. Nie ma bezpośredniej łączności między wymiarami, ale powoli przybysze zaczynają szukać zaginionych członków rodziny i podejrzewać, że coś się nie zgadza…
Teraz pojawia się kolejne pytanie o kwestie moralne: nie żałuj róż, gdy płoną lasy, czym są tysiące istnień, gdy próbujesz ratować miliony?
Jako obywatel tego świata miałbym jednak poważne wątpliwości. No gdyby w moim porannym tramwaju codziennie znikała jedna osoba, to miałbym wątpliwości, czy chcę wsiadać, nawet jeśli wylatywałby w zamian co raz pokojowy noblista. Ale to uwaga taka o.
Hmm… w przeciągu roku na linii kolejowej Bernina zaginęło tylko 20 osób, więc nie była to duża skala. Zwykli obywatele raczej nie mieli się czego bać. Chyba że widzieli coś, czego nie powinni, i zostali zlikwidowani. :D
Ale ta opowieść jest wręcz piekielnie kreatywna. Złożyłaś wizję ciekawą, zupełnie nieoczywistą i relatywnie spójną (do ostatniego mam wątpliwości najwięcej, ale wady będą zawsze – zresztą sam nigdy nie wpadłbym, jak połączyć te mechanizmy). No nie ma się co rozpisywać, po prostu brawo!
O raaaaaany… dziękuję. Bardzo miłe słowa! Czasami uda się wpaść na ciekawy pomysł, trzeba sie go uczepić zębiskami i wycisnąć co się da. :D
Ślicznie dziękuję za Twojego TAK-a!
Pozdrawiam serdecznie!
Witaj Bardzie,
Marszawo – miałem pisać komentarz lożowy, ale tu już tyle jest napisane, że nie ma sensu się powtarzać – a najbliższy moim przemyśleniom, jest komentarz Tarniny :). A po Tarninie nie ma już nic, nikt do dodania – takie jest prawo ;)

… dobra, już nie róbcie ze mnie Galadrieli XD
Tarnino, chyba za późno. O Twoich komentarzach już krążą legendy! :D
Hej Hesket,
widzę, że robisz rajd w moim archiwum! :D
Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. Twoja opowieść o jabłku przypomniała mi anegdotę mojej pani doktor na studiach. Kupiła kiedyś w Londynie piękne zielone jabłko Granny Smith. Przywiozła je do domu, postawiła na szafce i o nim zapomniała. Jakie było jej zdziwienie, gdy po tygodniach je znalazła, a ono dalej wyglądało pięknie i soczyście. Oddała je koleżance z Instytutu Biologii (albo Chemii… już nie pamiętam) do badań. Podobno znajdowała się na nim cała tablica Mendelejewa. :D
Także doceniajmy to, co mamy w ogródkach albo w doniczkach na balkonie, bo może i zbiory są trochę koślawe i mniej okazałe, to zdecydowanie smaczniejsze i zdrowsze.
Drzewa mają w sobie coś poetyckiego.
Tak! Coś poetyckiego i majestatycznego. Widząc konkurs o fantastycznych roślinach, natychmiast wiedziałam, że będę pisać o drzewie. :)
Piszesz bardzo dobrze. Czyta się Ciebie przyjemnie i widzę, że warsztatowo jest dobry poziom. Będę częściej wracał :-)
Dzięki za wizytę i pozdrawiam!
Witaj, archeologu Heskecie,
miło mi, że odkopałeś starsze opowiadanie! :D
czytałem z zainteresowaniem i wiedziałem, że kobieta, która odgarnia włosy w rozmowie z pisarzem, coś do niego czuje – inaczej mówiąc, łączyła ich mięta :-) Czyżby sprawdził się tutaj wariant powiązania emocjonalnego pisarz i jego dzieło (postać – kobieta – Ewa?).
O, fajnie, że to dostrzegłeś. Tak, jakaś relacja na pewno między nimi była, zwłaszcza ze strony Ewy. Tym bardziej była zdruzgotana, gdy nie rozpoznał jej w realnym świecie, skoro sam ją stworzył.
Ja też bardzo przywiązuję się do niektórych postaci i lubię, gdy nagle podążają swoimi drogami i mają na siebie lepsze pomysły niż te, które ja dla nich przygotowałam :D Są też bohaterowie, którzy mnie denerwują i wtedy myślę, jak by tu się ich sprytnie pozbyć.
I proszę, wytłumacz mi, dlaczego komisarz nie wymienił sobie akumulatora? Tylko musiał skorzystać z pomocy mechanika? Duży chłop i nie potrafił?
Yyyy… no nie znam się za bardzo na samochodach. :D
Początkowo miałam tam napisany rozrząd, podpowiedziano mi, że lepiej akumulator. Poza tym wychodziłam z założenia, że Jeziorny mógł sam nie wiedzieć co dokładnie dolega polonezowi i udał się do mechanika, a ten naprawił go wymieniając akumulator.
Jeszcze raz dzięki za wizytę i pozdrawiam!
Hej,
fantastyka jest tu u Ciebie skromna. Sugerując się tytułem, myślałam, że rozgadanych zwierząt będzie więcej. :)
Czuć tutaj inspirację Kingiem, który często skupia się na warstwie obyczajowej, a horror jest raczej w tle, budując atmosferę i wywołując mrowienie. Tutaj przyznam, że tych ciarek nie odczułam, bo jeden kotek, nawet z najbardziej ostrymi ząbkami, nie jest w stanie mnie przestraszyć. Trochę szkoda, że Staszek został przedstawiony jako bohater po prostu zły. To trochę sprawia, że jego koniec staje się przewidywalny. A gdyby tak podarował Basi prezent pod choinkę? Zasiałabyś w czytelniku nadzieję na wigilijny cud, a Staszek stałby się mniej jednoznaczny.
Niemniej jednak, historia mnie wciągnęła. Jest klimat, poruszenie trudnego tematu, a zło otrzymuje to na co zasłużyło. Warsztatowo też świetnie. Nic mnie po drodze nie zatrzymywało. Na pewno będę wyglądać Twoich kolejnych opowiadań. :)
Pozdrawiam!
Hej,
świetnie się czytało.
Nekrobotyka, hmm… fajna nazwa. I ciekawa sprawa. Kompletnie się nie znam na tej dziedzinie, ale tak pomyślałam (już pomijając etykę) czy w ogóle korzystanie z materii organicznej jest „opłacalne”? Dbanie o tę materię, zapobieganie dalszemu rozkładowi, odżywianie jej (?) wydaje mi się bardzo skomplikowane… Ale to tak na marginesie, wracam do tekstu! :D
Podzieliłeś opowiadanie na kilka pozornie niezależnych scenek, które spoiła jedna postać, Śmierć (przynajmniej tak ją odczytuję). Świetnie pasuje to do tych nekrobotów, które też są poskładane z różnych części w całość. Nie wiem czy to zamierzone, czy wyszło Ci przypadkiem, a może to ja dopatruję się dodatkowych znaczeń. :D Tak czy inaczej, ta konstrukcja wydaje mi się wyjątkowo trafna.
Czytając opisy ciał, z których wystawały różne kable, albo zamawianych części na Allegro miałam przed oczami nowoczesnego potwora Dr. Frankensteina.
Wydaje mi się, że jakbyś zakończył opowiadanie na zdaniu „Jego kilof uderza w skałę, a dźwięk ten płynie jak melodia, która nigdy nie zna ciszy.”, finisz byłby mocniejszy. Te filozoficzne rozważania na koniec jakoś mi nie pasowały do reszty, ale to oczywiście tylko moje subiektywne zdanie.
Kilka notatek, które sobie robiłam podczas czytania:
Obudziłem się, jakbym spał znacznie dłużej, niż powinienem. Ciało było odrętwiałe, obce, jakby należało do kogoś innego. Nie mogłem otworzyć oczu. Jakby sen nasypał mi pod powieki zbyt wiele piachu, przygniatając je ciężarem nie do uniesienia.
Najpierw piszesz:
Martwe ciało uniosło się i ruszyło do kuchni.
a chwilę później:
Żal trawił jej nieumarłe ciało.
To taka drobnostka, ale brakuje mi tutaj konsekwencji. Chyba lepiej jakbyś trzymał się albo wersji, że te ciała są „martwe” albo „nieumarłe”, bo trochę się to wyklucza.
Czas zasiąść do stołu. Mężczyzna usiadł na krześle przed stołem, na którym ustawił dwanaście potraw
Nekro-TikTok. Im głupiej, tym lepiej.
O matko :D
Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę ze świata.
Z kontaktu?
EDIT: Cofam! Przeczytałam wcześniej “Światła” xD
Zostawiam symbolicznego klika i pozdrawiam :)
Gratulacje! :D
Hej, wracam, ale widzę, że już do piórka nominować nie muszę. :D
Ja powstrzymałam się tylko dlatego, że zaserwowałeś tragiczne obrazki i nie chciałam, żeby emocje wpływały na moją obiektywność.
Cieszę się, że inni byli bardziej zdecydowani. Trzymam kciuki za piórko! :)
Hej betweenthelines,
bardzo mi miło, że tu zajrzałaś! Cieszę się, że spodobał Ci się mój nieco głupkowaty humor. :D
Serdecznie pozdrawiam!
Tekst ten wysłałam w zeszłym roku do Redakcji Nowej Fantastyki, jednak został odrzucony.

No nic… Nie poddawaj się i stukaj dalej w klawiaturę. A ja już trzymam kciuki za kolejny tekst, który podeślesz do redakcji.
Pamiętam z bety, że bardzo polubiłam główną bohaterkę i z trwogą śledziłam jej losy. Obrazy głodu, śmiertelnej choroby i wyludniającego się miasta były bardzo przygnębiające. Aż zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze ma znieść ta biedna zakonnica. A tu niespodzianka! Szczęśliwe zakończenie, które pozwoliło spojrzeć na całość nie jak na opowieść o cierpieniu, lecz o wytrwałości, nadziei i pojawieniu się nowego życia. I to dosłownie. Pozdrawiam Bogumiła!
A napisane w taki sposób, że po ponad 78 167 znakach słowo koniec i tak zaskoczyło. :D
Użyję supermocy i klikam! :D
Pozdrawiam!
Hej, intrygujący tytuł!
Bardzo ciekawie wykorzystałeś legendę o Atlantydzie i wprowadziłeś pradawnego stwora, którego nawet mnie zrobiło się trochę żal. Wykonanie, jak zwykle u Ciebie, świetne. Fabuła też mi się spodobała, choć zastanawiam się, dlaczego główny bohater nie opłacił ekipy, która towarzyszyłaby mu podczas tej podróży. Skoro był bogaczem, to chyba żaden problem? Kilku dodatkowych badaczy, jakiś archeolog, może kilku ex-marines? Wtedy wyszłoby to jeszcze wiarygodniej i miałbyś więcej postaci do ukatrupienia przez Emilkę. :D
Na koniec fajna klamra wyjaśniająca, skąd Teksańczyk znalazł się w bazie wojskowej. Sama wypowiedź dziewczyny wydaje mi się nieco za długa i zbyt informacyjna. Postawiłabym na coś krótszego, bardziej charakterystycznego, żeby lepiej zapadało w pamięć.
Szybko dobijam do biblioteki!
piarżyste żlebisko
Aż musiałam sprawdzić co to dokładnie jest. Język polski jest taki piękny i szeleszczący! :D
hochsztapler von Gierke
Ha! Dlatego nie odgadłam, że Widokówka jest Twoja. :D Wydaje mi się, że cechą charakterystyczną w Twoich opowiadaniach są akcenty, które kojarzą się albo z ZSRR albo DDR :D Zajcew. Władymirówna. Lebensraum. A teraz von Gierke.
Widzi pan, ja bywam porywczy, nie przeczę. Teksańczycy już tak mają.
Nie znam Teksańczyków i może to krzywdzące, ale… rozbawiło mnie.
Z rany popłynęła gęsta jak smoła, czarna kr.
Krew?
Życie to nie film ze Stevenem Seagalem, żeby bezczynnie wysłuchiwać monologu złoczyńcy
Haha! :D
Wlałem jedną porcję boskiej krwi do gardła Emilii, drugą wprost do ziejącego krateru w jej głowie.
Aj… bałam się co z tego wyjdzie… I sie nie pomyliłam. :D
Pozdrawiam!
Anet, dziękuję za wizytę! 
… znaczy, chłopczyca ze mnie? XD
Próba badawcza jest jeszcze zbyt mała, by wyciągnąć taki wniosek! xD
OK, jak to tutaj objaśniasz, to wydaje mi się, że to miała być pięciotomowa powieść, tylko z braku czasu wciśnięta w czterdzieści tysięcy znaków… :)
Czasami chcę upchnąć za dużo pomysłów w jedno opowiadanie. :D
Powiem Ci w zaufaniu, że mam w [SUPERTAJNE, NIC NIE POWIEM] kupę złośliwej frajdy przy wymyślaniu wymijających odpowiedzi [CENZURA] na zadane mu pytania. Na razie nie udało mi się wcisnąć tekstu "ukradłem majtki Cesarzowej" w żaden dialog, ale wcisnę XD
Racja. Chyba nawet mam pomysł jak to naprawić. Niekoniecznie mądry, ale może wyjdzie śmiesznie. :D
Dobra, to czemu znika? Przewodnik jest jak rurka – przewodzi coś i tyle.
Problem jest taki, że potrzebują tych łusek… Eliza musi zobaczyć na nich logo europejskiej zbrojeniówki. Nie chciałam ich przedstawiać jako kompletne gapy, które zapominają zabrać świeczników z pociągu. Stąd pomysł, by mosiężne przedmioty trzymane w dłoniach działały jednorazowo i w momencie przejścia znikają, jakby się wypalały, nie raniąc nikogo. Tak to sobie wyobrażałam.

Nie, do srebra nic nie mam :D Tylko do doboru słowa.
Hmm… pomyślę. Może będzie pasować tutaj jeszcze coś innego.
Zasłużył heart

Hej czeke,
dziękuję za wizytę i miłe słowa. Ogromnie się cieszę, że historia Cię wciągnęła.
Właśnie to lubię w fantastyce, że możemy w nią ubrać rzeczywistość i pokazać w nowy, niedosłowny sposób. :)
Pozdrawiam!
Hej Koalo,
Ach, to nie wyobraźnia. Jeździłam sporo pociągiem i czasami naprawdę miałam wrażenie, że niektórzy pasażerowie przybyli z innego wymiaru! :D Dziękuję!
Pozdrawiam!
Ale dowaliłeś… Końcówka miażdży. A jeszcze na finiszu kopiesz leżącego i dajesz perspektywę umierającego dziecka… :( Cóż, mogłam się domyślić takiego zakończenia, skoro w przedmowie zaserwowałeś Baczyńskiego.

Ale zacznę od początku.
Lubię opowiadania, w których dużo się dzieje. U Ciebie akcji nie brakuje. Cały ten postapokaliptyczny świat (a raczej przedapokaliptyczny, bo asteroia nadal leci :D) jest bardzo pomysłowy. Szczególnie spodobała mi się kwestia całych państw z pierwszej dziesiątki, które zwinęły się na inną planetę. Początkowo trochę się gubiłam w tych „kieszeniach”, „maskach”, „dymach nad Warszawą”, nie wiedziałam co się dzieje! Ale z każdym nowym rozdziałem dowiadywałam się czegoś nowego o świecie i ten obraz stawał się klarowniejszy. Ogółem bardzo fajnie to wyszło i historia wciągnęła mnie od pierwszych zdań.
Jedyne czego bym się przyczepiła, to dlaczego, do jasnej anielki, wyznaczyli sobie za punkt spotkania jakąś przemysłową konstrukcję, która roiła się od Meksykanów? Powinni się umówić w jakimś lesie, choć pewnie w Warszawie nie ma lasów… No to w parku! Albo w jakimś niepozornym, małym garażu. :D Rozumiem jeśli wróg pojawił się tam przypadkowo, ale skoro to miejsce miało potencjał do stania się placówką obserwacyjną, to nie powinno być ich planem B.
Klika do biblioteki już oddałam. Poczytam na dniach jeszcze raz i pomyślę nad klikiem piórkowym :)
Co mi się jeszcze rzuciło w oko:
Moje własne miasto mogło mnie teraz zabić jednym spojrzeniem.
To zdanie mi jakoś nie pasuje. Spojrzeniem? Może lepiej: Moje miasto mogło się teraz obrócić przeciw mnie?
Zabawki, buty, dokumenty, które ktoś oderwał od życia i wyrzucił na ulicę.
Nie rozumiem określenia „Oderwał od życia” i chyba powinno tutaj być „zgubione na ulicy”? Raczej nikt umyślnie nie wyrzuca dokumentów. Chyba, że to są przedmioty odebrane właścicielom i wyrzucone?
Asteroida wciąż leciała. Ziemi zostały ostatnie lata. A my uznaliśmy, że to dobry moment, by jeszcze raz sprawdzić, kto jest najsilniejszy.
Mocne! Fajne!
Synek na plecach zaciskał małe dłonie na kołnierzu.
Może wokół szyi?
Jakby sam uścisk mógł ich wrócić.
Przywrócić
Pozdrawiam! :)
d.pankovski – Mieszko I: Rebranding, który zadziałał
Hej, ciekawy pomysłł! Nie słyszałam o mythpunku. Pomieszanie współczesnego języka z historią Mieszka i Bolka, to połączenie, na które zdecydowanie bym nie wpadła. Sama historia jest dobrze znana i już wiele razy przerabiana, a jednak ta nowoczesność narratora sprawiła, że czytałam z zainteresowaniem. Podobało mi się!
Przyczepiłabym się do tych „zajączków”. :D Sporo ich i praktycznie ciągną się przez cały tekst. Za każdym razem wyobrażałam sobie jak Bolek robi te „air quotes” i zaczęła mnie ta jego maniera denerwować. :D
Słuchajcie, ja wiem, że dziś każdy ma podcast, kanał na YouTube i wątek na X, gdzie tłumaczy „jak naprawdę było”. Ale ja mam przewagę: ja jestem Bolek. Syn Mieszka. Ten Bolesław, co później wchodzi jak boss na mapę i mówi: „król?”. No to siadajcie, bo opowiem wam, jak wyglądał start tej całej „Polski” od kuchni. I od strony człowieka, który dorastał w cieniu ojca – typa, co miał w oczach wieczne „jeszcze trochę i wszystkich ustawimy”.
A co do fantastyki, to ja ją widzę.
Klikam i pozdrawiam! :)
pusia – Czarne kwiaty
Hej,
to chyba czwarte Twoje opowiadanie, które przeczytałam. Lubię Twój styl i pomysły, a najbardziej to, że z każdym kolejnym tekstem widać jak Twój warsztat się rozwija!
Historia kolonistów z Arystofanesa była wciągająca. Do końca trzymałam kciuki za główną bohaterkę i miałam nadzieję, że jednak uda jej się wygrać z tajemniczą chorobą. Mam wrażenie, że jej śmierć ma wymiar głównie emocjonalny i symboliczny, domyka jej historię, ale nie pełni funkcji fabularnego punktu zwrotnego. Może gdyby świadoma nieuchronnego końca, zdecydowała się wyruszyć na ryzykowną ekspedycję i coś odkryć (np. co się wydarzyło z poprzednią wyprawą), a następnie przekazać tę wiedzę dalej przez komunikator na nadgarstku, to wtedy bardziej można było się z jej śmiercią pogodzić.
Uczynienie z niej kolejnej ofiary tajemniczego rozkwitu oczywiście też ma sens, bo podkreśla bezradność bohaterów i wpisuje się w mroczny i przyłączający nastrój opowiadania o wymierającej kolonii.
Kilka notatek, które sobie robiłam podczas czytania.
Paula wstała z łóżka, zmęczona bezsennością.
O, moja imienniczka. Już ją lubię! xD
Spojrzała na umieszczony na nadgarstku komunikator. Jedna nieodczytana wiadomość – od Jimmy’ego:
– Hej. Śpisz?
– Nie. Ale zaraz zasnę. Wzięłam tabletkę. Masz dyżur?
– Tak. Trochę tu nudno. Nic się nie dzieje.
(…)
Tu brakuje mi informacji jak jest prowadzona ta rozmowa. Czy te wiadomości piszą, nagrywają, a może następuje jakiś przesył myśli.
Ada była miłą dziewczyną. Przed rokiem rozkwit zabrał jej rodziców oraz brata, Ada została sama.
– Hej. Kiepsko wyglądasz.
– Dzięki. To jest to, co chciałam usłyszeć z samego rana.
Brakuje mi czasami informacji kto to mówi.
Duszkiem wypiła gorący płyn.
Nie powinien stać przysłówek po orzeczeniu? Czyli „Wypiła duszkiem gorący płyn.”?
Nagle – alarm. Paula błyskawicznie narzuciła uniform i pobiegła do szpitala. Zmęczenie zniknęło.
Niektóre fragmenty brzmią trochę sprawozdaniowo.
W korytarzu niemal wpadła na Jimmy’ego.
– Słyszałaś? (Jimmy?)
– Ingrid wróciła! (powinna być Paula, ale nie pasuje?)
– Ingrid… Ktoś jeszcze? (powinien być Jimmy, ale też nie pasuje?)
Jimmy zaprzeczył.
Tu się chyba coś sknociło?
Ingrid uczestniczyła w ekspedycji mającej zbadać tereny na południe od bazy.
Wróciła sama…
Chyba niepotrzebne. Dowiadujemy się tego z dialogu
Znowu zadzwonił. Jego wysiłek został nagrodzony. Gospodarz otworzył drzwi.
Wydaje mi się, że naciskanie na dzwonek to nie jest duży wysiłek. :D
Może lepiej jego upór albo nieustępliwość?
Wtedy zobaczyła przed sobą białego lisa. Patrzył na nią intensywnie.
– Cześć. Chcesz mi coś powiedzieć?
Z jakiegoś powodu uznała to pytanie za całkiem sensowne. Lis jednak uparcie milczał.
Myślałam, że to powiedział lis. :D
Odwiedzał czasem rodziców w Mauzoleum. Kiedy ich czas nadszedł, wspięli się po ścianie, przywarli do niej i trwali – martwi pośród innych martwych, makabryczne czarne kwiaty. Ogród śmierci.
O, bardzo obrazowe. Jednocześnie przerażające i piękne.
Paula powiedziała Sarze o plamce. Sara potwierdziła diagnozę. Siedziały w gabinecie Sary, po obu stronach biurka, z głowami opartymi na rękach, przypominały jakąś dziwną rzeźbę.
Jimmy’emu już nie wypadało, schował więc ręce w do kieszeni, udawał odważnego.
– profesorze, niech pan wstanie!
profesor wyjątkowo był trzeźwy.
Klikam i pozdrawiam!
Ooo, czeke! Gratuluję przeuroczego opowiadania i miejsca na podium!
Witaj Zakapiorze,
dzięki, dzięki. Portale były ściśle tajne, no… :D
Cieszę się, że mimo skrętów i zakrętów, tekst zainteresował i uraczył! 
Anet, dziękuję, że przynosisz radość! :)
Witaj, Tarnino!
Jest to opowiadanie mniej toporne, niż mogłoby być. Weź to jako komplement! Żeby w niecałych 40 tysiącach znaków porządnie rozwinąć taki temat, żeby mu oddać sprawiedliwość, trzeba być Hemingwayem. Może z odrobiną Conrada. A ponieważ bardzo wątpię, żeby Hemingway zmartwychwstał i nagle zaczął pisać po polsku, to cóż.
Gdzieś wyżej wspomniałam o braku umiejętności pisania krótko i na temat. Hemingway napisał opowiadanie w sześciu słowach (podobno). Ja miałam trudności, żeby zmieścić się w 40 tysiącach znaków, więc nie ma co porównywać Bentleya do składaka Wigry 3. xD
Trzepaczka w dłoń i zaczynamy.

White guilt aż tu piszczy, zwłaszcza przy tym licie i kobalcie, które bohaterka wykrywa magicznym sposobem.
W każdym razie poruszasz niepolski problem (my nie mamy kolonialnej przeszłości, szczęściem w nieszczęściu, i nie mamy się za co w tej materii kajać, inna rzecz, że całe to kajanie jest grubymi nićmi szyte i cholera wie, czym naprawdę motywowane, ale nie schodźmy z tematu) – ale poruszasz go tak bardzo po polsku, tak emocjonalnie, że aż się chce ruszyć do boju o wolność waszą i naszą.
Wcale nie chcę Cię oskarżać o to, że nie wierzysz w to, co piszesz (zresztą nie mam po temu podstaw), nie próbuję też twierdzić, że Zachód sobie sam nie nagrabił, ani że nie grabi nadal – bo grabi – ale zdaje mi się, że niekoniecznie się nad tym zastanawiasz w jakiś głębszy sposób.
Hehe. Wiem, uparłam się na te surowce…
Kurczę, chyba chciałabym nie wierzyć w co piszę, bo to sprawy paskudne, choć nieco uproszczone, żeby zmieścić się przynajmniej w tych 40 tysiącach znaków. A samych inspiracji jest mnóstwo, zarówno w historii, jak i w tym, co dzieje się dziś na świecie.
A o świecie fajnie opowiada pewna skarpetka:
https://www.youtube.com/watch?v=oDQXFNWuZj8
A u Ciebie? Ci niewinni fantastyczni imigranci, i ci ludzie, tak doskonale podli i tak dokładnie tych imigrantów wykorzystujący, że zaraz zaczną robić zapalniczki z ich stawów (poza, oczywiście, nawracającą się główną bohaterką), i takie to wszystko proste i jasne… kiedy takie samo podejście przypisuje się Tolkienowi, zastanawiam się, czy przypisujący go czytali. A teraz muszę je przypisać Tobie, i nie czuję się z tym najlepiej – ale amicus Plato, sed magis amica veritas. Tolkien był subtelniejszy. Ale też – Tolkien pisał przez dwanaście lat (samego "Władcę Pierścieni"! bo "Silmarilion" pisał przez kilkadziesiąt), a Ty przez miesiąc. I znowu – żeby to opowiadanie zrobić lepiej w miesiąc, potrzeba chyba TARDIS.
Rozumiem jeśli historia wydaje się zbyt czarno – biała (Bard i Michael też zwrócili na to uwagę). Właściwie, to ciekawe, że chłopaków raziła jednostronność. Dziewczyny skupiły się raczej na warstwie emocjonalnej i przyznam, że ja też. :D
Poza fantastycznymi istotami w opowiadaniu funkcjonują właściwie dwie główne grupy. Pierwszą są zwykli obywatele, których wrogość wobec nieludzi nie wynika z czystej nienawiści, lecz z niewiedzy i po prostu strachu. Drugą grupę stanowi władza, polityczny twór, który nazwałam Europejskie Ministerstwo Spraw Międzyświatowych. Z jednej strony politycy głośno deklarują chęć integracji i pokojowego współistnienia, choć, jak sama zauważyłaś, taka integracja nie może się udać poprzez zwykłe pomieszanie ze sobą ludzi i nieludzi. Z drugiej zaś rząd przekazuje broń, celowo destabilizuje inny wymiar i czyha na złoto i surowce.
W tle pojawia się także wzmianka Vigo o „małej Jugosławii”, co miało sugerować szereg wewnętrznych konfliktów i zawiłość sytuacji. Miałam nadzieje, że te elementy, choć skromne, dadzą do zrozumienia, że istnieje pewna zawiłość polityczna i sam konflikt nie jest „płaski”, a „czarno-białość” jest raczej efektem tego, że poznajemy tę historię z perspektywy głównej bohaterki, która przechodzi niejako z jednej strony na drugą (dosłownie i w przenośni).
Piszesz w komentarzach, że to było celowe, że chodziło o wzbudzenie empatii – to niekoniecznie dobrze.
Fakt. Chyba za bardzo chciałabym narzucić, jak ma być odczytane opowiadanie.
A kiedy jeszcze nienawrócona Eliza rozmyśla o segregacji (rozwiązanie na glutoklej…) i przeraża się samym widokiem współpasażerów, którzy… cóż takiego strasznego robią? Ładują bagaże na półkę, siedzą i myślą, śpią. Opatrują sobie nawzajem zranione kończyny, co automatycznie wskazuje na caritas i ogólne bycie w porządku.
Aaa… właściwie chodziło mi wyłącznie o jeźdźca bez głowy. To on sprawił, że Elizę ogarnął strach. Pozostałe fantastyczne stworzenia, przynajmniej początkowo, postrzegała jedynie jako dziwaczne ciekawostki. Chyba nieprecyzyjnie to pokazałam.
Cały czas czekałam, aż wyjdzie na jaw, że ona była dziewczyną Artura, może też jego sekretarką ("nasze biuro" równie dobrze wskazuje na sekretarkę – a czy twarda pani detektyw mdleje z emocji? nawet, kiedy mowa o jej zamordowanym partnerze?), a nie koleżanką – nie wyszło, ale w sumie nie jest to wada i nie zakłóca odbioru opowiadania (a to, że nie powiedziałeś czegoś wprost nie oznacza, że tak nie było, skoro tyle poszlak na to wskazuje).
Raczej zakładałam tu relację mentorską, jednak faktycznie teraz widzę, że nie dałam nic by czytelnik mógł sam na to wpaść. Eliza to w gruncie rzeczy żółtodziób i choć odważnie chce doprowadzić sprawę Artura do końca, to jednak brakuje jej profesjonalizmu. Bez Vigo nic by nie odkryła. Na dodatek mdleje, pożera czekoladki, a na koniec w przypływie emocji zaciąga hamulec awaryjny.

Bo tak: domyślna za bardzo nie jest. Na to i owo czytelnik może swobodnie wpaść przed Elizą (co też jest przyjemne, ale tę przyjemność doceni raczej wielbiciel literatury detektywistycznej), na przykład na istnienie portali w pociągu.
To chyba zależy od punktu widzenia, albo lepiej siedzenia. :D
Siedząc sobie w domu i czytając opowiadanie fantasy, możemy spodziewać się wszystkiego, ale czy jadąc pociągiem, nawet „specjalnym”, nie znając przybyszy, ani tego, skąd się pojawili, od razu wskazalibyśmy na istnienie portali? Świadomość, że to tylko historia, pozwala nam dostrzegać rzeczy, które w prawdziwym świecie uznalibyśmy za niemożliwe.
Podobnie wypada, w ocenie zimnego logika, "ale to są żywe istoty". Tak przemawia paniusia, która koffa wszystkie zwierzątka (gdyby zawołała: ale to są osoby – to już by było troszkę co innego, choć w kontekście też wypadałoby emocjonalnie).
Te słowa padły w chwili, gdy przechodziła obok pociągu towarowego. Owszem, były tam olbrzymy i enty, ale także mnóstwo zwierząt, stąd użycie określenia „istoty”. Nie miałam jednak zamiaru, by wyszła na paniusię, która „koffa wszystkie zwierzątka”. :D
Wiem, wiem, chciałeś, żeby nawiązała kontakt z van Steenem. I bohaterowie jak najbardziej mogą postępować nierozsądnie. Chodzi o to, że kiedy postępują nierozsądnie, wychodzą na nierozsądnych.
Przyznam, że kilka razy przepisywałam te scenę. W końcu, w trosce o zdrowe zmysły oraz laptopa, pozostawiłam nierozsądną wersję…

Obawa Elizy, że van Steen ma ją za wścibską (i niewypytywanie go w związku z tym) to kolejna wskazówka, że wcale nie jest detektywem – przecież praca detektywa polega na byciu wścibskim!

Chciałam już coś zasugerować, że to później będzie miało znaczenie. Z drugiej strony i tak nie mógł jej odpowiedzieć, bo zepsułoby to cały twist. :D
Jeszcze co do wyciągania wniosków i logicznego rozumowania: wniosek, że liczby oznaczają pasażerów policzonych przez Artura, jest słaby. Mogą to oznaczać, ale mogą oznaczać coś zupełnie innego, tu jest po prostu za mało danych, żeby o tym wyrokować (dlaczego nie pojedyncze liczby, tylko ciągi? Artur zliczał każdy gatunek osobno?).
Ciąg liczb pojawił się przypadkowo. Pięć biletów sugeruje pięć przejazdów. Podczas każdego z nich Artur notował liczbę pasażerów, którzy pojawili się w przedziale specjalnym.
Podobnie rozważania o eksperymentach i "samej magii – tej nieuchwytnej esencji, którą można było ujarzmić i wykorzystać?" nijak nie wynikają z doświadczeń Elizy, bo żadnej magii nie było widać, poza skokami międzywymiarowymi, a te też można uskuteczniać za pomocą kawałka dość pospolitego stopu.
To domysły Elizy, po tym jak poznała bliżej fantastyczne stworzenia. Była świadkiem jak czarownica uleczyła skrzydło, widziała magiczną kopułę nad dworcem. Stąd też spekulacje, co mogło stać się z fantastycznymi stworzeniami.
Reszta obsady to właściwie statyści, poza van Steenem, który jest po prostu spokojnym, kompetentnym twardzielem. Jego motywacje ukrywasz, ale tajemniczość pasuje do spokojnego, kompetentnego twardziela i wypada to chyba nawet lepiej, niż gdyby facet miał jasno określony, wyłożony kawa na ławę cel.
Tak, Vigo miał być przeciwwagą Elizy. Cieszę się, że to wyszło.
W końcówce jednak nie mogę sobie nie zadać pytania, dlaczego współpasażerowie mieliby nagle zaufać obcej osobie, która nie zachowywała się dotąd w sposób budzący zaufanie (to wyrywanie przepustki…)?
Trafne spostrzeżenie. Nie mam nic na swoją obronę.

Początek, elegancki i tylko z lekka infodumpowy, nasunął mi jednak pytanie – czemu tajemniczy zabójca (zapewne członek jakiejś Bardzo Tajnej Agencji) schował narzędzie zbrodni do szuflady?
To pistolet Artura, który przechowywał w szufladzie. Następnie położono go na podłodze w celu fabrykacji zdjęć dowodowych. A to, że kula nie pochodziła z tej broni, to tylko kolejny dowód na to, że sprawę próbowano zatuszować. Przyznaję, że szczegóły wymagałyby większego dopracowania, ale brakło czasu, brakło znaków… Chryste, czego tu nie brakło! :D
Nie podróżowałam żadnymi luksusowymi pociągami, ale panoramiczne okna dziwnie wyglądają. Nie wiem, jak by się na to zapatrywał inżynier… Nie jest też dla mnie jasne, czy ten wagon ma przedziały, bo raz jakby ma (półki na bagaż są zwykle przy ścianach dzielących wagon), a raz jakby nie ma (wszyscy chodzą, jak chcą, widzą się nawzajem w całym wagonie, jakby nie było drzwi). W SKM też są stoliki, więc to żadna wskazówka. Jak bardzo luksusowy jest ten skład?
Te panoramiczne okna akurat są prawdziwe. Bernina Express to nie Pendolino. :D Jego średnia prędkość wynosi zaledwie 55 km/h, bo jest to pociąg stricte turystyczny. Czekoladki i herbata dla pasażerów, to również autentyk. Te czekoladki są nawet rozdawane w takich wypasionych pudełkach w formie wagonu!
https://www.youtube.com/watch?v=oWu4iZv9Gjo
Niziołki i krasnoludy – to nie to samo (spytaj Bilba!) a tak je traktujesz (właściciel plecaka jest raz jednym, raz drugim), co było ciut mylące. Zwłaszcza, że nie widać gościa w scenach pomiędzy (poszedł do łazienki?).
To są dwie różne postaci. Krasnolud usiadł obok plecaka, ale teraz widzę, że wygląda to tak, jakby siadał obok Elizy.
Mosiądz nietrzymany w ręku nie znika przy skoku? Ciekawy pomysł z, hmm, opłatą za przejście wskazywałby na jakieś inteligentne istoty, zawiadujące działaniem tuneli. To tak na marginesie, ale wskazywałby, bo trudno o fizyczną cechę, którą różniłby się mosiądz trzymany od nietrzymanego (ciepło? ślady korozji chlorkowej, ale mikroskopijne?). A skoro już przy tym jesteśmy, co to w kontekście magiofizycznym znaczy, że srebro "może być zbyt silne"? Przewodniki są dobre albo złe, ale nie "silne”.
Traktowałam mosiądz jako przewodnik, dzięki któremu może otworzyć się przejście między wymiarami. Nie zagłębiałam się jak to dokładnie przebiega technicznie… Z kolei srebro często pojawia się w fantastyce, przez co wydaje mi się takie „nafaszerowane magią”. I przypomnę, że jako „silne” określił je wilkołak. Uznałam, że to zabawne. :D
Skoro fantastycznego miasta już nie ma (pewnie od dość dawna, skoro jest tak dokładnie starte z powierzchni ziemi), to skąd tylu uchodźców na dworcu? Oj, próbujesz mi przemówić do serduszka, ale ja nie mam serca – ja mam mózg. Nie licz na jego rozmiękczenie :)
Hmm… w takim razie muszę zamienić te zgliszcza na ruiny. Generalnie w zbombardowanych miastach zawsze można znaleźć jakichś ocalałych. Wystarczy spojrzeć na przykład warszawskich Robinsonów.
Chemia. O tym już wspominałam – wątpię, żeby ktoś przewoził luzem bardzo dobrze rozpuszczalne sole (https://en.wikipedia.org/wiki/Solubility_chart – niektóre są higroskopijne!), choć nie jestem specjalistą od transportu i logistyki i nie wykluczam, że tak się robi, zresztą szczególne okoliczności i tak dalej. Ale żeby Eliza miała w oczach spektroskop, nie uwierzę na pewno. Mnóstwo związków ma postać białego, krystalicznego proszku (tak, kryształki, ale drobne, jak szron) – jak ona rzutem oka odróżnia, który to? Gdyby gdzieś był napis, nie musiałaby zaglądać, więc?
Tutaj też długo kombinowałam, jak najrozsądniej przetransportować lit do naszego świata. Ostatecznie padło na formę sproszkowaną. Czy to faktycznie by zadziałało, nie wiem… Chciałam jednak, żeby chodziło o surowce „na czasie”, takie, które rzeczywiście mają dziś znaczenie strategiczne. Stąd wybór litu i kobaltu. Może po prostu dodam napisy na wagonach. Dzięki za pomysł. :D
I – nie krytykuję map, ale zmyliła mnie trochę kreska, narysowana chyba ręką Artura, na plamie krwi (zamiast pod spodem). Tej krwi, którą niby uronił z ran śmiertelnych.
O, faktycznie! Jakoś tak bezmyślnie to zrobiłam, a przecież krew musiała chlapnąć na sam koniec.
Wszystkie kwestie techniczne postaram się poprawić w ciągu najbliższych dni.
Eee… właściwie, teraz nie wiem, czy tekst zasłużył na takie wysokie miejsce… xD
Dziękuję Ci ogromnie za poświęcony czas i za to, że przewróciłaś opowiadanie na lewą stronę, pokazując mi wszystkie potknięcia. Z Twoich komentarzy można się nauczyć więcej niż z niejednego poradnika!

Koalo, dziękuję za wizytę! 
Bruce, a kuku! :D
śniąca, dziękuje! Bardzo się cieszę, że opowiadanie zaciekawiło i poruszyło!
Może nawet poruszyło za bardzo… Nie chciałam Was aż tak zasmucać. Znacznie trudniej jest rozbawić czytelnika niż doprowadzić go do łez. :)
Ambush, witaj! Dziękuję za miłe słowa. Nie znam tego filmu, ale zdecydowanie nadrobię braki w kinematografii. :D
Troszkę czuję się wzięta pod włos, ale nie mogę przestać myśleć o tym pociągu.,
O jeny, przepraszam! Jeśli to coś pomoże: żadna istota nie ucierpiała podczas pisania tego opowiadania, a wszystkie fantastyczne stworzenia szczęśliwie żyją w swoich wymiarach. 
Pozostaje mi czekać na komentarz Tarniny. I wcale się nie boję.

A nieprawda! Napisałam “chyba” nie zdążę :D
Ha! Nie wypaplałam, choć byłam blisko! :D

Miałam wielką frajdę, kiedy w wątku do zgadywania posądzano różnych użytkowników o napisanie tego tekstu, tylko nie Ciebie. Fakt, to opowiadanie to nie luźne przygody Kuśki. Jest tu zupełnie inny, nostalgiczny klimat. I tak sobie myślę… musisz częściej podróżować skoro wtedy wpadasz na takie świetne pomysły. :D
Pozdrawiam!
Ooo! Adexx! Gratuluję świetnego opowiadania. Może nie było idealne i ostatecznie do piórka trochę zabrakło, ale bardzo mnie poruszyło. Trzymam kciuki za kolejne opowiadania i życzę dużo weny w nowym roku! :)
O, rany… dziękuję! I gratuluję wszystkim udanych tekstów, które bawiły (patrzę tu szczególnie na Ciebie, Krzysiek!) i poruszały (a tu na Was, ruda dziewczynko i duży książę). Na pewno zapamiętam Wasze kury, krakeny, MFBI, kosmiczną wiedźmę, Wielki Dzień, Szkraby, dźwiękową mapę, masakrę kraba piłą mechaniczną, kotlety i omlety! :D
Podziękowania dla jurków za organizację i świetny pomysł, by opowiadania publikować anonimowo. Zgadywanki, choć trudne, sprawiały mnóstwo frajdy!
Na deser fantastyczne ciasto w ramach podziękowania za przedłużenie terminu, bo Bernina Express niby szwajcarski, a jednak turkotał jak stare dobre PKP i prawie się spóźnił.

AP – Domator
Hej! Wracam, ponieważ opowiadanie nie daje mi spokoju. :D Dodam tutaj „drugiego klika”, czyli nominację. Trzymam kciuki za piórko! :)
Gratulacje! ❤️
Witam Zakapiora i kawkę! :)
Dziękuję za wizytę. Właściwie miał być to szort, ale znów się rozgadałam… Pewnie przez to fabularnie nie ma szału, ale fajnie, że mimo to się spodobało. :D
Pozdrawiam serdecznie!
Aaaach! Oczywiście! Dzięki Holly, że mi pomogłaś w chwili zaćmienia. :D
BasementKey – Inteligentny Panel
Hej!
Pomysłowy szort, który czytało się z ogromną przyjemnością. Bardzo mnie rozbawił, choć przyznam, że nie wiem kim właściwie jest tajemniczy pan L pojawiający się w finale.
Klikam i pozdrawiam :)
JolkaK – Noc komety
Hej,
bardzo ładna miniaturka, ale jaka smutna… Tak jakby Andersen zaczął pisać baśnie o kosmitach.
Klikam i pozdrawiam! :)
Może z obawy przed niewypałem xD

Hej Hesket, dziękuję za wizytę i miłe słowa.
Chociaż dziurę w ziemi zamieniłbym na dół.
O! Dobra myśl!
I nie potrafiłem sobie wyobrazić, że panna młoda wszystkie robale unicestwiała, ponieważ w trumnie jest niewiele miejsca
Trzymając się czarnego humoru, możemy założyć, że jej trumna była niewiele mniejsza od mikrokawalerki. :D Sam fakt, że wykonuje w trumnie jakieś ruchy, nadaje więcej absurdu. Właściwie mogłam pójść o krok dalej i dołożyć jej tam meble albo jakieś przedmioty codziennego użytku. Jak u faraona. :D
Witaj, Bruce,
dzięki, że wpadłaś! Cieszę się, że Ci się spodobało. :)
Pozdrawiam!
Dobre pytanie. Też nie mam pojęcia. Wykminiłaś coś?
Niestety nie… Po prostu odrzucam przyjęty system podziału czekolad i uznaje wszystkie za deserowe. :D
Hej!
Wciągająca historia, ale kiedy pojawiła się matematyka, trochę się pogubiłam i ostatecznie chyba nie zrozumiałam zakończenia. Doczytałam w komentarzach, że chodziło o “odnalezienie siebie”. To piękny prezent od św. Mikołaja, choć trochę szalony. Lepiej mógł zasponsorować kilka wizyt u terapeuty, ale wtedy nie byłoby tej dziwnej przygody. :D
Całość jest świetnie napisana, ale to żadna nowość. Przypuszczam, że Twoim wykonaniu nawet przepis na naleśniki czytałoby się jak dobrą literaturę piękną.
Symbolicznie klikam i pozdrawiam! :)
Hej!
przypomniała mi się rozkmina z dzieciństwa: dlaczego niektóre czekolady nazywa się deserowymi, skoro wszystkie są na deser? :D
A u Ciebie czekolada zamienia się nawet w międzygalaktyczną broń! Bardzo ciekawy pomysł na ugryzienie hasła. :) Wyszło bardzo absurdalnie, atak na Słońce to przecież katastrofa na niewyobrażalną skalę, a jednak trudno brać to na poważnie.
Powodzenia w konkursie!
Pozdrawiam :)
O! Witam szanowne grono czytelników! 
Hej Michael,
Nie ma to jak umrzeć dwa razy!
Brzmi jak tytuł nowego Bonda! :D
Cieszę się, że się spodobało! Do konkursu opowiadanie nie startuje, bo jestem gapą i nie zdążyłam w terminie.
Celowe powtórzenie podkreślające?
Właściwie to nie… Usunę!
Chwilę wcześniej Jadwinia była głucha jak pień, a teraz chce słuchać historii. Chyba, że sama sobie dopowiada to, czego nie dosłyszy! :D
Coś tam jeszcze słyszy… To Izka w nerwach zarzuciła jej, że jest głucha jak pień. :D
Hej Rybak3,
Dziękuję za wizytę i klika! Przyznam, że Boboka nie czytałam, ale może sięgnę. Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. :)
Hej Finkla,
Dziękuję za wizytę! Też się obawiam, że to za mało „odjechane” na weird albo bizarro…
Zaskoczyłaś mnie z syrenami – spodziewałam się raczej tych wodnych.
Super! Taki był plan! :D
Ave Cezary,
bardzo się rozwinęłaś pod kątem warsztatu, brawo! ;)
Ooo! Bardzo dziękuję! Z Waszymi wskazówkami nie sposób się nie rozwijać! :D
Hej fanthomas,
tak myślałam, że sam czarny humor nie wystarczy na bizzarro. Może kiedyś uda mi się napisać coś bardziej absurdalnego. Fajnie, że syreny i Św. Mikołaj zaskoczyły! :D
Robert, witaj!
Dziękuje! Super, że zauważyłeś to nawiązanie! :D
Pozdrawiam Was serdecznie!
Holly, liczne pozytywne komentarze i nominacje aktywnych użytkowników, tylko podkreślają, że piórko zostało przyznane zasłużenie!
Szampan dla Ciebie!

Hej Holly!
Jeszcze raz dziękuję za betę! Ta piosenka wywołuje u mnie ciarki! :O Ale pasuje idealnie.
Pozdrawiam! :)
Witaj, Bardzie,
biedna Izka, najpierw pochowano ją żywcem, a potem zdzielono w łeb łopatą.
Miała dziewczyna szczęście. Przynajmniej ma teraz co opowiadać kolegom i koleżankom z kwatery.
Dziękuję za klika i pozdrawiam! :D
Cześć czołem Beeeecki!
Oczywiście nie muszę mieć dyżuru, by Twoje teksty, Marszawo, czytać z przyjemnością.

Z tym zdaniem mam zgrzyt, ponieważ nie do końca wybrzmiewa, że “który” odnosi się do szpadla, bardziej do gliniastej ziemi, do której nie pasuje rodzajowo.
Hmm… chyba po prostu to masło wywalę. :D
Nie wiem, czy dość weird
Właśnie też nie wiem… ale fajnie, że w Twoim odczuciu chociaz trochę bizarro. :D
Skojarzyło mi się z tekstem przedmawiającej Joli, “Cmentarne Megafony”
O, muszę poczytać!
Dziękuję za wizytę i klika! :)
JolkaK, ślicznie dziękuje! 
Pozdrawiam :)
Melduję wykonanie zadania. :)
Hej ho! A raczej ho ho, bo przybywam w ramach zabawy KOMENTARZ W PREZENCIE! :D
Przyznam, że kiedy spojrzałam na tagi i zobaczyłam napis „erotyka” to…

Ale widocznie tak jak nie ocenia się książek po okładce, tak na portalu nie powinno się oceniać opowiadań po tagach. I bardzo się cieszę, że Bardjaskier mnie do Ciebie przysłał, bo w przeciwnym razie ominęłoby mnie naprawdę ciekawe i solidnie napisane opowiadanie.
Żeby było merytorycznie zacznę od plusów dodatnich. :)
Opowiadanie jest pełne malowniczych opisów, nic mnie po drodze nie zatrzymywało i mogłam skupić się na samej historii. Nie było to dla mnie zaskoczeniem, bo czytałam wcześniej „Rodzinny dom”, więc wiedziałam, że warsztatowo będzie bardzo dobrze.
Plus za subtelność. Erotyka nie jest dosłowna ani nachalna, za co dziękuję.
Bardzo podobał mi się oddany wiejski, wschodni klimat. Co prawda w trakcie czytania zorientowałam się, że akcja dzieje się nieco później, niż początkowo zakładałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wciąż istnieje wiele miejsc, w których czas jakby się zatrzymał, i to poczucie zostało tutaj dobrze uchwycone.
A teraz plusy ujemne, ale to raczej moje marudzenie… :D
Zachowanie Ludmiły momentami mnie irytowało. Rozumiem, że jej naiwność może być wynikiem zabobonnego środowiska i strachu przed chorobą, jednak chwilami miałam wrażenie, że tej naiwności jest po prostu za dużo, kosztem wiarygodności postaci.
Odczułam także zgrzyt w scenie końcowej, w której Ludmiła reaguje uśmiechem na informację o ciąży. Nie do końca rozumiem tę reakcję. W tym momencie powinna raczej uświadomić sobie, że zarówno ona, jak i jej córka zostały wykorzystane.
Ogółem, naprawdę dobre opowiadanie, które zdecydowanie warto przeczytać.
Wesołych Świąt! :)
Zapiskiem :D
Hej,
fajnie, że wykorzystałeś klasykę! Mnie też mapa skarbów kojarzy się z piratami. Muszę przyznać rację przedpiścom, że niewiele jest tutaj fantastyki, ale czytało się całkiem przyjemnie. :)
Pozdrawiam!
Robert Raks: W niedalekiej przyszłości: Rodzina
Hej,
świetna końcówka! Na początku myślałam, że to może jakaś wypożyczalnia członków rodziny na specjalne okazje i napewno nie spodziewałam się psa w roli głównej. Opowiadanie pasuje do okresu przedświątecznego i hasła: nie kupuj, adoptuj (naturalnie z psierocińca). :)
Klikam i pozdrawiam!
Ambush
Bardjaskier
Beeeecki
Cezary_Cezary
Finkla
Galicyjski Zakapior
Hesket
HollyHell91
JolkaK
MichaelBullfinch
Ślimak Zagłady
Zygfryd89
Hej,
czy znajdzie ktoś czas na szaloną betę Last Minute? :D
“Cmentarne syreny” to krótki tekst na konkurs, który jest próbą połączenia starej creepy pasty o pannie młodej z hasłem konkursowym, dramatem Wyspiańskiego i wątkiem świątecznym.
Potrzebuję opinii, czy to w ogóle jest bizarro…
Edit: właśnie mi uświadomiono, że i tak przespałam termin, więc nie musi być takie Last Minute :D Wrzucę poza konkursem.
I czas na moje rytualne pogróżki: wiesz, że teraz musisz klikać ludkom na Biblio, bo jak nie, to ja nie będę klikać Tobie?
ach, te rytuały! :) Sprawa jest oczywista, tym bardziej że teraz będzie mi wygodniej klikać :)
O, to ja przy okazji podpytam! Dostaniemy jakieś supermoce? Chyba jeszcze nie mogę klikać bezpośrednio przy opowiadaniach. I teraz nie wiem czy brakuje mi uprawnień czy IQ… :D
Holly, gratulacje! ❤️
Cezarze! Przepraszam, że tak długo to trwało! Długo szukałam tekstu mieszczącego się w limicie, autora nadal aktywnego na portalu, który ucieszy się z komentarza, a do tego coś czego jeszcze nie komentowałeś. :D
Ale mam: Priorytety, czyli co dzieli rodzinę na pół
Anonim – Sześcian
Hej, bardzo mocny początek. Świetnie oddałeś atmosferę statku po starciu i wielkiej bitwie. Motyw kosmicznej wiedźmy jest bardzo ciekawy!
Jeśli miałbym się czegoś czepić, to momentami ilość nazwisk i informacji naraz trochę mnie gubiła. Końcówka daje wrażenie, że właściwa historia dopiero się zaczyna. Nie wiem czy to zamierzone.
Ale ogólnie mi się podobało.
Klikam i pozdrawiam! :)
Rezygnuję
Ambush: Burdel Queen
Ooo już jest! <3
Widzę, że dziewczyny jeszcze wskazały kilka fragmentów, które można poprawić. Muszę sobie sprawić okulary… :D
Powtórzę z bety, że tekst był zabawny, ale i trochę… no śliski, jak te wszystkie morskie stworki. A na koniec nawet mamy morał: nie udawaj świętoszka, bo skończysz jako glonojad.
Gratuluję pomysłu i odwagi! Teraz pomyślałam, że ten tekst jest jak rzucona z góry śnieżka: na początku niepozorna, toczy się powoli, aż w końcu zamienia się w lawinę, która zmiata całe miasteczko. Wyszło świetnie!
Klikam i pozdrawiam! :)
Super, cieszę się, że mogłam pomóc. :)
Hej,
krótka scenka, zakończona fajnym nawiązaniem do tytułu. Jeśli chodzi o wrażenia, to nie wystraszyłeś mnie tym horrorem. Użyłeś sporo znanych „efektów specjalnych”. Migające światła, dzwoniący telefon, drzwi windy, które nie chcą się zamknąć… Dużo klikania i pstrykania. :D
W kwestii warsztatu widać, że dopiero startujesz, więc trafiłeś w dobre miejsce. Na portalu spotkasz wiele osób, które Ci pomogą w jego szlifowaniu. Sama też się tu mnóstwo uczę. :)
Życzę powodzenia!
Jeśli mogę coś podpowiedzieć:
Nie zwracając już nawet uwagi na to, iż nie jestem w swoim
własnymdomu na odludziu.
Byłem totalnie sam w szpitalu .
Nadprogramowa spacja.
Sen który nadszedł zaczął się, jak to zwykle pewnymi ograniczeniami jego pojmowania. Z biegiem wydarzeń zyskiwałem jednak coraz większą świadomość, nad tym co zaiste.
Wydaje mi sie trochę przekombinowane. Musiałam przeczytać dwa razy, a i tak nie jestem pewna czy zrozumiałam.
Przełknąłem z trudem ślinę i odebrałem. Nawet się nie odezwałem przez pierwsze sekundy. Czekałem aż zrobi to mój rozmówca, kimkolwiek by był.
Skróciłabym: Przełknąłem z trudem ślinę i odebrałem. W milczeniu czekałem na głos rozmówcy, kimkolwiek był.
Momentalnie oświetlenie zaczęło się samoistnie regulować, aby w końcu na moment się zgasić.
Oświetlenie zaczęło się samoistnie regulować, aż w końcu na moment całkowicie zgasło.
Najechałem na latarkę. Latarka w telefonie nadal się nie odpaliła, lecz belka oświetleniowa tuż nad moją głową zaświeciła z pełną mocą.
Odpowiedziała mi jedynie moja zadyszka, która stanowiła jedyne źródło dźwięków, prócz moich nawoływań do udzielenia mi pomocy.
Skoro były nawoływania, to zadyszka nie była jedynym źródłem dźwięku. :)
Zresztą zadyszka nie pasuje mi tutaj do mrocznego klimatu… Może lepiej: Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, a jedynie własny przyspieszony oddech.
Zacząłem biec i krzyczeć,
czy ktoś mnie słyszy.– Pomocy! Jest tu ktoś? Dlaczego nikt nie odpowiada?
Wydaje mi niepotrzebne, bo właściwie opisuje to co możemy wywnioskować z dialogu.
Jednak nie doczekałem się jakiejkolwiek próby nawiązania ze mną dialogu.
– Jest tam ktoś? To nie jest śmieszne.
Próbując nawiązać dialog, czułem się tak, jakbym mówił do ściany
Powtórzenie. Nawiązywać dialog brzmi tu troche nienaturalnie. Jak wycinek telewizyjnych wiadomości.
Nie miałem nadziei na to, że nie posłucha. Ale właściwie, kto? Przecież nie wiem, kto torturuje mnie mentalnie. Nie miałem nawet pojęcia, iż to sen. Szczerze nie miałem o tym pojęcia.
Trochę niezgrabne i wiele powtórzeń.
Nie miałem jednak pewności, czy przemieszcza się z góry na dół, czy może odwrotnie. Może i moja komórka nie pokazywała już kolorów…
Powtórzenia.
– cztery. trzy. – automatyczny głos informował mnie, na bieżąco. – Oczekuj na śmierć wziętą z szaleństwa, jako szaleniec. – mechaniczny głos wypluł z siebie takie zdanie. Po chwili wrócił do swojego zadania. – Dwa. Jeden. Zero. – drzwiczki się rozsunęły.
Błędny zapis dialogu. Ta wypowiedź jest dla mnie niezrozumiała.
Drzwi windy powinny się chyba zamknąć? Nie rozsunąć?
Jednak myliłem się i przeżyłem.
Niepotrzebne. Po chwili widzimy jak wychodzi z windy. :D
Na samym końcu pojawiła się nagle jakaś postać z jakimś urządzeniem w dłoni.
Jakaś postać z jakimś urządzeniem nie brzmi dobrze. Jak mam ją sobie wyobrazić? Co trzyma? Kalkulator, toster, piłę motorową? :D
Z nieznanej mi sali wybiegł pacjent z głową na biało. Raczej miał na niej bandaż.
To nie brzmi dobrze. Lepiej: pacjent z obandażowaną głową.
Zamiast zrozumienia i posłuchania błagań, postać z elektroniką w dłoni, wyciągnęła drugą ręką coś małego i czarnego z za paska spodni, przed siebie. Zanim zorientowałem się co to takiego, wybrzmiał huk jak z broni palnej. Cholera. To pistolet.
Skróciłabym: Nie reagując na błagania, postać wyciągnęła coś małego i czarnego zza pasa spodni. Wymierzyła przed siebie. Zanim zrozumiałem co trzyma, wybrzmiał huk. Cholera. To pistolet.
Pacjent z zabandażowaną głową oberwał i polała się krew na bielutki kolor ścian.
…oberwał, a krew trysnęła na białą ścianę.
Jednak wciąż żył.
Lepiej to pokaż niż opisuj. Może niech wykona jakiś ruch? Np. Zatoczył się i złapał za szyję, a spod zaciśniętych palców wypływała krew.
Pozdrawiam! :)
Hej,
początkowo również nie zrozumiałam zakończenia, ale po przeczytaniu Twojego komentarza z wyjaśnieniem wszystko zaczęło mi się układać w całość. Przy okazji poczytałam, czym dokładnie jest gra paragrafowa, i muszę przyznać, że to naprawdę świetny pomysł, żeby wykorzystać ją w opowiadaniu.
Sama historia wciąga. Moje pogubienie się pewnie można zrzucić na to, że wcześniej nie znałam pojęcia „paragrafówki” ani jej zasad. I tak myślę, że może przydałaby sie w przedmowie jakaś mała wskazówka? Odesłanie do wikipedii, wszystkich tych, którzy nie znają tej gry i nie zrozumieli tytułu. :D
Ale z drugiej strony, to mogłoby trochę spoilerować, że będziemy przeskakiwać przez różne linie rzeczywistości…
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam! :)
Hej,
początek opowiadania był bardzo obiecujący. I nagle pojawił się napis „Koniec”. Na dodatek przestaliśmy być świadkami tej przygody, a dostaliśmy zwykłe streszczenie. Trochę szkoda. Mogłeś nam pokazać trochę więcej. :)
Ale jak na pierwsze opowiadanie nie jest źle! :) Trzymam kciuki za Twój dalszy pisarski rozwój.
Pozdrawiam!
Hej,
opowiadanie ma ciekawy punkt wyjścia i kilka dobrych pomysłów, ale w obecnej formie sprawia wrażenie bardziej szkicu niż opowiadania. Główny bohater wydaje mi się pozbawiony emocji i jakichś charakterystycznych cech, przez co trudno się nim przejąć. Nie jestem też pewna czy wszystko zrozumiałam… ale sama historia na pewno ma potencjał.
Pozdrawiam :)
Zabawa w szpiegów przednia! :D
Przy okazji oddaję swój głos przy „Największe złoże marsjanitu…” na Finklę. Tematyka kosmicznych podróży i zasiedlenia Marsa, bardzo do niej pasuje. No i nie ma tam jej komentarza. :D
Zagadki sprytne? Raczej odgrzewane. Znasz Samochodzika czy Szatana?
Szatana już nie pamiętam :D

Z kolei Samochodzik był chyba jedynie lekturą uzupełniającą… :D
Nie, beeecki na pewno nie, już prędzej zgodzę się na Michaela :P
Michael na pewno nie. Wiem z legalnych źródeł, ale…

Hej ho!
Pomysł z uśpioną pradawną bestią i mapą skarbu jako przynętą jest bardzo ciekawy! Szkoda tylko, że podałeś go nam na tacy. Gdybyś zostawił go jako fajny twist na koniec, opowiadanie dużo by na tym zyskało. A tak dość szybko domyślamy się, co będzie dalej.
Za klimat duży plus! Z pewnością trafia w gust miłośników horroru.
Pozdrawiam! :)
Hej ho!
Lekka i przyjemna lektura, pełna sprytnych zagadek. Próbowałam sama wpaść na ich rozwiązanie, ale widocznie nie jestem tak bystra jak główny bohater. :D
Zakończenie bardzo ciepłe. Wydaje mi się, że wypadłoby jeszcze cieplej, gdybyś dał czytelnikom do odczucia, że wnuczek tęskni za dziadkiem. Wówczas ich ponowne spotkanie, nawet w formie SI, byłoby bardziej poruszające. :)
Pozdrawiam serdecznie
Hej ho!
Zafundowałeś mi tutaj niezłą przeprawę, Anonimie. :D
Na pewno wielu doceni poetyckość Twojego opowiadania, ale na mój gust było jej za dużo… Momentami jest tu bardzo gęsto od patosu i abstrakcji, co trochę męczy. Ale możliwe, że to tylko ja nie mogłam się skupić i dać się wciągnąć w te historię. :)
Serdecznie pozdrawiam!
Holly, Beeeecki, ale się nastrojowo zrobiło! ❤️
Hej,
to kompletnie nie moja bajka. Pomysł na grzebanie we własnych trzewiach wzbudzał we mnie dyskomfort i konsternację. Dlatego gratuluję wyobraźni, bo chyba idealnie wpisujesz się w ramy bizarro. :D
Doceniam dobre wykonanie, bo mimo niepokojących obrazków, przez tekst przepłynęłam bez żadnych zgrzytów. Zdecydowanie jest to opowiadanie, które zapada w pamięć!
Pozdrawiam!
Holly, faktycznie zjadłam literkę! Chyba już też jestem myślami przy wigilijnym stole.
BBF, pasuje idealnie! :D
Bruce, B4xecki, dziękuję ❤️
Miniaturka Koali smutna… Skrzaty – Smartfon 0:1 :(
Fajnie to wyszło! Bez umawiania się oboje nawiązaliśmy do pustego miejsce przy stole. :D
Również gratuluję. Wilk i Łasica na makowym haju, to bardzo uroczy obrazek.
I tak, tak, oczywiście, to rodzina wege wampirów! Gdzie tam przelewać krew w Święta…

Trudne się wylosowało! Oto głupoty, które udało mi się sklecić na temat „makowych impresji”. :D
Makiełki
Podłogi. Okna. Lampki na choince. Wypolerowane sztućce. Dziś wszystko błyszczało. Nawet w oczach Józefiny pojawił się błysk, gdy spoglądała na rodzinę zgromadzoną przy suto zastawionym stole. Wszystko wyszło perfekcyjnie! Nie mogło być inaczej, to w końcu trzystasiedemdziesiątapierwsza wigilia, którą przygotowała.
Członkowie rodziny zajadali się świątecznymi pysznościami i jedynie mała Zosia prawie nic nie tknęła, tylko wciąż zerkała pod choinkę, na starannie ułożone prezenty. Długie czerwone wstążki aż prosiły, by je pociągnąć i sprawdzić, co kryje się pod pięknym papierem.
– Jedz, bo ci barszczyk skrzepnie. – Józefina upomniała córkę, nakładając sobie na talerz pierogi z czerwonym farszem. I nie, nie były to truskawki.
– A mogę… otworzyć już jeden prezent? – zapytała Zosia, robiąc słodką minkę. – Proszę, proszę, proszę!
Józefina zmarszczyła brwi. Otwieranie prezentów przed zakończeniem wieczerzy było przecież wbrew tradycji, jednak widząc błagalne spojrzenie córki westchnęła i skinęła głową.
Dziewczynka natychmiast podbiegła do największego pudełka. Pociągnęła za wstążkę i zdarła papier.
– Jaka piękna! – pisnęła, przytulając nową lalkę.
Oczy dziewczynki rozszerzyły się, gdy dokładniej przyjrzała się zabawce.
– Ona… ma kiełki! – wykrzyknęła z zachwytem, odsłaniając przy tym własne ostre, białe zęby.
– Makiełki! – zawołała Józefina, łapiąc się za głowę. – W trzydziestym drugim zapomniałam o serwetkach, ale jeszcze nigdy… przenigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć o dwunastej potrawie!
– Kochanie… – zaczął Gniewomir, odkładając łyżkę. – Spójrz tylko: barszczyk, krokieciki, śledzik, makowiec, piernik, karpik w galarecie, karpik smażony…
– I pierogi ze skrzepami! – wtrącił wujek Roch, podnosząc widelec z nabitym pierogiem.
– Tak, tak, i pierogi ze skrzepami – powtórzył Gniewomir. – Wydaje mi się, że nikt nie wyjdzie stąd głodny… nawet bez makiełek.
– Ale tu chodzi o tradycję! – jęknęła Józefina. – Niedługo dzieci dorosną, wyprowadzą się, rozjadą po świecie. Zapomną o starej matce i jej makiełkach. Teraz młodzi mają w nosie tradycje… Zamiast świętować z rodziną, wolą sobie wyjechać na wakacje! Niedługo zniknie cała magia Świąt! – dodała i pociągnęła nosem.
– Kochanie… zanim dzieci dorosną, minie jeszcze jakieś siedemdziesiąt lat – zauważył Gniewomir.
– No właśnie… – szepnęła, spoglądając na Zosię. – Czas tak szybko leci… Musimy pielęgnować tradycję! Miało być dwanaście potraw. Dwanaście, Gniewomirze! Bez makiełek jest jedenaście. – Zamrugała powstrzymując łzy.
– Dobrze, kochanie… Zaraz kogoś zaprosimy i przekąsimy – powiedział, spoglądając na puste miejsce przy stole. – I będzie dwanaście. Zgodnie z tradycją – dodał i wyszczerzył kły.
Jak to się dzieje, że ostatnio w komentarzach Czytelnicy mają takie dobre pomysły na kontynuacje tekstów?
Bo dobre opowiadania pobudzają wyobraźnię, o! :D
Też się zgłaszam :)
Hej,
naprawdę popuściłeś wodze fantazji. :D W opowiadaniu pojawił się cały wachlarz zaskakujących elementów: mordercza hulajnoga, społeczeństwo, które temu przyklaskuje, ożywione samochody, krew, flaki, a na koniec jeszcze wątek romantyczny.
To bardzo nietypowe połączenie, które wyszło… dziwnie, ale jednocześnie na tyle intrygująco, że historia mnie wciągnęła.
Jedyne co mi się gryzło to fakt, że cały świat był oczarowany hulajłowcą, poza Anitą. Co takiego było w niej wyjątkowego, że jako jedyna widziała, że to, co wyprawia hulajnoga, nie ma nic wspólnego z superbohaterstwem?
Klikam i pozdrawiam! :)
Hej,
podobało mi się! Od samego początku historia trzymała w napięciu i byłam ciekawa, co takiego kryje się w tej dziwnej szafie. Końcówka była dla mnie kompletną abstrakcją. :D Boję się pająków, więc finał był podwójnie przerażający.
Zabawnie wykorzystałeś hasło konkursowe i na pewno nie spodziewałam się much smarowanych… musztardą. O.o
Okazało się, że trzeba używać troch więcej gazu.
dlatego postanowiłem się trochę rozglądnąć.
Może lepiej rozejrzeć?
Klikam i pozdrawiam! :)
Hej,
zabawny pomysł i bardzo przyjemna lektura, choć inspektor marnie skończył. Szkoda też wykorzystywanych wróżek… Że też nie założyły żadnych związków zawodowych? Powinien powałęsać się tam jakiś wróżbita z wąsami i zrobić porządek!
Przez zaparowane okiennice
Okiennice to te zewnętrzne osłony okien, zazwyczaj drewniane. Z tym zaparowaniem raczej nie pasuje… :D
Pozdrawiam! :)
Super pomysł! ❤️
Mikołaj podszedł do sań i otworzył kokpit. Usiadł za sterami i uruchomił silniki – kometa, amorek, tancerz, pyszałek, błyskawiczny, fircyk, złośnik, profesor i Rudolf, najważniejszy w skomplikowanej maszynerii frachtowca. Mikołaj zamknął przesłonę hełmu i powiedział:
– W drogę wierni towarzysze, saniami przez galaktykę!
Spojrzał na Rudolfa, którego nos podejrzanie spuchł aż do czerwoności.
– Miałeś się ogarnąć, chociaż na Święta! – warknął Mikołaj.
– Ależ ja nic… Nigdzie… Z nikim… – bełkotał Rudolf.
– Jakie „nikim”, jakie „nikim”?! – oburzył się Pyszałek i stuknął kopytkiem, lekko się przy tym zataczając. – Teraz to się kolegów wstydzisz? – dodał i czknął.
Mikołaj przewrócił oczami, próbując ocenić, czy poziom promili jego rozkołysanej kompanii nadal mieści się w dopuszczalnym limicie dla międzygwiezdnych lotów.
Mam nowe tropy!
“Częstotliwość Zerowa” – Login1 chciał pisać o złocie w studni. Może zamiast złota wrzucił do niej brata głównego bohatera?
“Czy osoba w bunkrze…” – jeśli to nie jest CezaryCezary, to chyba jakiś jego brat bliźniak.
“Mapa do szczęścia“ – to chyba ktoś nowy na forum, bo nie znał “rytuału opierzenia”. Albo przyaktorzył. :D
Hej,
lekko i zabawnie napisane. Nie czytałam opisów scen, żeby się nie spoilerować, przez co niespodziewana śmierć zahibernowanego człowieka faktycznie mnie zaskoczyła. :D
Sam pomysł na połączenie mapy skarbów i czegoś o książkach po zagładzie jest ciekawy. Zdecydowanie czułam klimat „Metro”. Jednak samo znalezienie książki jako najważniejszego skarbu było dość przewidywalne.
Klikam do biblioteki i pozdrawiam! :)

Adexx: Randka w szambie
Hej,
marsjańska przygoda, ale po amerykańsku! Wyszedł z tego świetny, trochę filmowy klimat.
Pod koniec akcja trochę zwolniła, ale sam finał był udany. To, że MFBI, mimo wykonanego zadania, dostaje po łapach, bo ktoś nabył prawa do krateru, jest świetnym podsumowaniem biurokratyczno-korporacyjnego piekiełka, przed którym nie uchroni się nawet Mars. :D
Spóźniłam się z klikiem, więc daję takiego symbolicznego!
Hej,
tym zabawnym początkiem mnie zmyliłeś. Wyobrażając sobie szczury, które włochatymi łapkami stukają w klawiaturę, nastawiłam się na luźną, wesołą historyjkę. Zdziwiłam się, gdy zaczęło się robić coraz dziwniej i mroczniej.
Finał bardzo mi się podoba, bo przełamuje popularny schemat. Zwykle w apokaliptycznych opowieściach roboty buntują się, przejmują władzę albo chcą ludzi wyeliminować. U Ciebie nie przestają chcieć ich chronić i nadal realizują swoją dyrektywę, tylko rozumieją ją na nowy sposób.
A to, czy ich decyzja jest słuszna i moralna… to już pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ogólnie wyszła Ci świetna mieszanka: trochę bajki, trochę dystopii, trochę horroru.
Powodzenia w konkursie! :)
Klikam i pozdrawiam.
Piękny mashup! :D
Szukanie w nim nawiązań do własnego opowiadania sprawia mnóstwo frajdy! Podziwiam, że potrafiłaś to wszystko połączyć i to tak, żeby wyszło z sensem.
Pozdrawiam ❤️
Adexx, dziękuję i pozdrawiam! :)
Bemik, dziękuję ❤️
Bemik, dziękuję ❤️