- Opowiadanie: Zombie - Żelazna Tarantula

Żelazna Tarantula

Witam. To moje pierwsze opowiadanie na tej stronie. Wiem, że nie jest idealne. Liczę na przydatne wskazówki co i jak poprawić. Z góry dzięki.

 

PS. Ktoś mógłby mnie uświadomić dlaczego po przekopiowaniu tekstu z OpenOffice zniknęły mi wszystkie myślniki przed dialogami? :) Musiałem je jeszcze raz dodawać ręcznie.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Żelazna Tarantula

 

 

 

 

Wpatrywali się w siebie, nieruchomi i czujni. Ich ciała drżały, a oddechy zdawał się łączyć we wspólnej harmonii. Mężczyzna i kobieta siedzieli naprzeciwko siebie na zimnej podłodze pogrążonej w półmroku kuchni. Na środku pomieszczenia majaczył zarys zniszczonego stołu, pod ścianą stały rozpadające się szafki i półki. Nagromadzony przez lata kurz przykrył wszystko grubą warstwą zanieczyszczeń. Wszelakie narzędzia kuchenne walały się po całym pomieszczeniu, dając wrażenie przejścia huraganu. W ścianie zainstalowano ogromny monitor. Kiedyś musiał być jednym z najnowszych cudów techniki. Teraz jednak znajdował się w stanie całkowitej korozji.

Obok monitora znajdowało się zabrudzone okno, przez które nie dało się kompletnie nic dojrzeć.

‒ Co czujesz w tym momencie? – spytała.

Minęła krótka chwila, odpowiedział.

‒ Teraz? Ekscytację, strach… i smutek. Czuję się, jakbym przebywał w jakimś zwariowanym śnie… a raczej koszmarze. Jakby coś bawiło się moim mózgiem. ‒ Po chwili dodał. ‒ Często budzę się rano, mając nadzieję, że to wszystko nie jest prawdziwe. Potem jednak umysł ukazuje mi całą brutalną prawdę…

‒ Gdyby był to sen to wszystko to, co widzisz, cała przestrzeń, wszechświat i życie. Wszystko to byłoby nieprawdziwe… I ja również. Smutno by mi było, gdyby się okazało, że jestem wytworem czyjejś wyobraźni.

‒ Wiesz, dlaczego to powiedziałem.

Minęła krótka chwila w trakcie której nikt nic nie powiedział. Niezręczna cisza, której żadne z nich nie chciało przerwać.

‒ Tak.

‒ To nie jest życie. To wegetacja… I właśnie dlatego nie możemy pozwolić im nas zniewolić.

Blask zniknął z jej twarzy, pozostawiając jedynie odcień szarości i smutku.

‒ Czasami czuję się jakbym nie istniała.

Przytaknął, a ona chwyciła jego dłonie. Po policzkach dziewczyny spłynęły pojedyncze łzy. Pomknęły dalej, po szyi, aż zniknęły pod materiałem kombinezonu. Nie mógł tego widzieć.

‒ Czasami chciałabym po prostu umrzeć. Często wyobrażam sobie, co by było, gdyby to się stało. Gdybyś wziął nóż i… bo chyba sama bym do tego nie była zdolna.

‒ Przestań! ‒ wrzasnął wzburzony. ‒ Wyjdziemy z tego, słyszysz? ‒ Puścił dłonie dziewczyny i musnął palcami jej policzki.

‒ Próbuję. Wiedz, że próbuję, ale potem znowu ich widzę. I tracę jakąkolwiek nadzieję…

Nie pozwolił skończyć. Objął ją, tuląc do siebie. Ucichła nie protestując. Czuł wyraźnie, jak jej mięśnie z początku mocno spięte powoli się rozluźniają. Wyczuwał mocno bijące serce dziewczyny, kasztanowy zapach włosów zmieszany z krwią. Dużo przeszli przez ostatnie dni.

‒ Nigdy nie trać nadziei. To najgorsze co może się przytrafić.

Przytaknęła, mocniej wtulając głowę.

Nagle okno wybuchło, pękając na tysiące małych odłamków, które rozproszyły się po podłodze. Zdawało się, że czas zwolnił. Oboje czujni i przygotowani na wszystko odskoczyli. Kilka kawałków szkła zdążyło ich trafić, raniąc skórę.

W tym samym czasie ogromna część ściany eksplodowała, zasypując ich pyłem oraz gruzem. Ten nagły wybuch oszołomił Reida, przez co stracił Casidy z oczu. Niedługo potem usłyszał przeciągły kaszel. Musiał przetrzeć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć.

‒ Casidy?

‒ Żyję.

Wyjrzał zza ściany i ściągnął karabin plazmowy z pleców. Broń, choć nadszarpnięta przez czas miała w sobie nadal autentyczne piękno.

Nie zauważył nic w miejscu, gdzie rozbito okno. Mroźne i zakwaszone powietrze wlatywało do środka, męcząc jeszcze bardziej płuca. Spojrzał w prawo. Wybuch był tak duży, że utworzył przejście między przedpokojem a kuchnią.

‒ Gdzie jesteś?

Odkrzyknęła:

‒ W salonie. Coś wyrwało ogromną dziurę w ścianie.

‒ Widzę.

Wiedział, że niebezpieczne było porozumiewanie się na głos. Wróg, swoim czujnikiem, mógł wykryć częstotliwość drgań strun głosowych. Nie mieli jednak wyjścia. Ich urządzenie do komunikacji zostało zniszczone dzień wcześniej w trakcie ataku wroga.

Istniało także duże prawdopodobieństwo, iż przeciwnik jest wyposażony w dodatkowy system mogący wykryć żywe organizmy poprzez temperaturę ciała. Musiał jak najszybciej dołączyć do swojej towarzyszki.

‒ Idę do ciebie. Czekaj tam na mnie.

‒ O boże! Nie! Zostaw mnie! Reid! ‒ krzyknęła histerycznie.

‒ Casidy?

‒ Nie! Błagam! Proszę, zostaw mnie!

‒ Casidy? Wytrzymaj!

Ruszył szybko w stronę przedpokoju, przekraczając niedawno utworzone przejście. Słyszał odgłosy walki, uderzenia o ścianę i podłogę…

Bieg przez korytarz zdawał się trwać całą wieczność.

Przerażony wkroczył do salonu. W ścianie wybito kolejny duży otwór, przez który sączyło się światło dnia. Po dziewczynie nie było ani śladu. Na podłodze zauważył za to liczne plamy krwi. Jej karabin ociekał czerwienią. Ślady prowadziły w stronę wyrwy w budynku tak, jakby ktoś lub coś ciągnęło ciało po ziemi. Przewrócony stolik zdawał się mówić, że dziewczyna ogromnie wierzgała i próbowała walczyć. Niestety nieskutecznie.

‒ Nie! Nie!

Załamany i przestraszony wybiegł przez wyłom. Musiał ją odnaleźć.

Zaczął stąpać po szarej, wypalonej ziemi. W wielu miejscach była popękana, pełna strupów. Ciężkie chmury przesłaniające niebo uniemożliwiały promieniom słońca przebicie się. Gęsta mgła skutecznie ograniczała pole widzenia. Gdziekolwiek nie spojrzeć, krajobraz zdawał się być taki sam. Przeraźliwie smutny i pozbawiony kolorów. Reid poczuł na twarzy lodowate płatki śniegu.

‒ Nie poddawaj się ‒ mruknął starając się znaleźć w sobie resztki odwagi. Przypomniał sobie jej twarz. Jej słodki uśmiech…

Wziął głęboki oddech, wciągając zanieczyszczone powietrze i ruszył przed siebie. Czuł, jak z każdym oddechem uchodzi z niego życie. Jeszcze dzień, może dwa i ciało odmówi posłuszeństwa. Zimno przeszyło go na wskroś. Hełm od kombinezonu posiadał specjalne oczyszczające filtry. Niestety stracił go, gdy ich patrol został zaatakowany. Przez ostatnie godziny przyjął naprawdę sporą dawkę promieniowania, lecz wciąż miał nadzieję na powrót do domu.

Szansa była jednak coraz bardziej nikła.

Przyspieszył, karcąc siebie w myślach za tę stratę czasu. Wiedział, że im dłużej zwleka, tym trudniej będzie ją odnaleźć. Na szczęście dziewczyna posiadała w swoim ciele chip. Wbudowywano go w zasadzie każdemu żołnierzowi. Kwestie bezpieczeństwa. Mikroprocesory jednostek, które wyruszyły na powierzchnię były ze sobą połączone, a wbudowane w kombinezon oprogramowanie w każdej chwili mogło zacząć namierzanie praktycznie każdego członka drużyny. Niestety tylko na pewną odległość.

W tej właśnie chwili mały ekranik na prawej ręce wyświetlał koordynaty i prostą mapę okolicy. Kod ID bezsprzecznie wskazywał na Casidy.

Biegł najszybciej, jak mógł przez niegdyś urodzajne, a teraz martwe obszary. Rozglądał się bacznie w każdą stronę, wypatrując zagrożenia.

Casidy była coraz bliżej. Jeszcze tylko musi przebyć to wzniesienie i…

Była tam. Cała pokrwawiona i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Ciało zostało przebite w wielu miejscach na wylot. Z jej ust ciekła obficie krew.

Karabin wypadł mu z rąk. Kolana ugięły się pod wpływem szoku. Już koniec. Po wszystkim. Uklęknął, dotykając jej miękkiego policzka. Poczuł, jak krople łez spływają po twarzy. Jak mimowolnie ręce drżą z przerażenia. Jak serce bije oszalałe, pompując krew. Wziął głęboki oddech. Zamknął oczy.

‒ Przepraszam.

Poczuł, jak ręka dziewczyny dotyka jego twarzy. Jak ostatkiem sił przejeżdża po skórze, rozmazując krew.

‒ Przepraszam za wszystko ‒ rzekł łkając u jej boku. Łzy ściekały na jej ciało, by potem leniwie spłynąć na zakwaszony grunt.

‒ To nie twoja wina ‒ wyszeptała. Jej głos zdawał się bezbarwny, pozbawiony siły, zmęczony. ‒ Zrobiłeś, co mogłeś.

Wypluła krew, kaszląc przeciągle. Czerwone krople zabrudziły jeszcze bardziej jej kombinezon. Wiele z nich zabarwiło na czerwono twarz Reida. Nie próbował z tym nic robić. W tej chwili liczyła się tylko ona.

‒ Zrób coś dla mnie.

‒ Wszystko.

‒ Weź karabin i… zastrzel mnie.

Zmrużył mocniej powieki, przyciskając twarz do niej.

‒ Nie mogę…

‒ Proszę cię… Ten ból jest… cierpię.

Czas mijał nieubłaganie. Reid podniósł się powoli, pragnąc zatrzymać albo chociaż spowolnić to, co nieuniknione. Niestety nie mógł. Ręka, którą złapał karabin, mocno drżała. Pociągnął za spust.

Tak. Śmierć nigdy nie jest piękna i spokojna. Jest bolesna, przerażająca i uwłaczająca dla człowieka. Nieważne kim byliśmy, co uzyskaliśmy w życiu, jak wysoko stanęliśmy. Śmierć zawsze pociągnie nas w dół, w środek zimnych i mrocznych okowów martwej ziemi. Nieśmiertelna, przeważająca siła. Będziemy wyć z bólu i nieszczęścia. Nie ma tu miejsca na dumę, a jedynie na cierpienie i smutek.

Reid wpatrywał się w spokojne oblicze Casidy. Wyglądała, jakby spała. Czuł się tak, jakby jego ciało zostało rozerwane na tysiące kawałków i jeszcze więcej. Odwrócił karabin, celując sobie w głowę.

Szybko i bezboleśnie.

‒ Biedna kobieta. Nie musiała umierać.

Zastygł bez ruchu. Nienaturalny, mechaniczny, przetworzony cyfrowo głos rozległ się za jego plecami.

‒ Chcieliśmy jej pomóc. Nie zdążyliśmy.

Poczuł, jak ziemia drży. Odwrócił się, cały dygocząc.

Z wnętrza piekła wyłaniała się żelazna tarantula. Najpierw ogromne, pulsujące czerwienią światło. Potem trzy pary ogromnych mechanicznych macek podtrzymujących stalowy korpus. Ciało strażnika było ogromne. Reid wręcz czuł grozę, którą dzielił z nim wielki cień. Z sekundy na sekundę żelazna tarantula stawała się coraz większa w miarę odkopywania. Reid wpatrywał się, w górę próbując zdusić chęć ucieczki. Tony piasku zalegające na blachach istoty zsuwały się z patykowatych nóg i tułowia.

‒ Zabiję cię! ‒ krzyknął, kierując lufę karabinu w stronę stworzenia.

‒ Nie my ją zdezaktywowaliśmy. Zrobiła to inna forma życia, którą nazywacie Mantykorą. Nawet nie próbowała się bronić. Jej stan psychiczny już od dawna był niestabilny. Chciała umrzeć.

‒ Kłamiesz! ‒ Reid ścisnął mocniej karabin. Nacisnął na spust.

Salwa pocisków zdawała się nie robić wrażenia na pająku. Po prostu odbijały się od jego pancerza.

‒ Zwykle nie rozmawiamy z istotami organicznymi, ponieważ wiemy, jak kończy się interakcja. Teraz jednak zapadła taka konieczność. Istniało dziewięćdziesiąt procent szans, iż zastrzelisz się, zanim cię pochwycimy. Rozmowa była lepszym rozwiązaniem. Zaskoczyła cię. ‒ Reid się nie odezwał. ‒ Umiemy dostosować system. Sprawić byście zrozumieli nasz skomplikowany umysł. Pragniemy uświadomić, że nie pożądamy waszej śmierci. Pragniemy was uratować.

‒ Uratować? ‒ Reid nie mógł wytrzymać i zaczął się śmiać. Łzy naleciały mu do oczu. Poczuł ból mięśni brzucha. Był świadomy, iż zaraz umrze, ale nie mógł przestać.

‒ Tak nas zaprogramowaliście. Wykonujemy waszą wolę.

‒ I dlatego porywacie nas do swoich iglic? Mordujecie? To dlatego odebraliście nam kulturę i dom?

‒ Wasze uczucia stanowią tylko barierę w dążeniu do perfekcji. Prędzej czy później zgładzilibyście się sami. To nieuniknione. Taka jest ludzka natura. Pozwólcie się od niej uwolnić. Pozwólcie, byśmy byli waszymi opiekunami. Pozwólcie się uratować.

Nie zdążył strzelić sobie w głowę. Strażnik złapał go za tułów.

‒ Nie możemy pozwolić ci umrzeć.

Żelazna tarantula złapawszy nowego więźnia skierowała się na północ. Blask czerwonego oka zbladł. Opuszczona przez sztuczną inteligencję stała się tylko kolejną bezwiedną kukłą. Nie liczyło się teraz nic innego jak wykonanie nadesłanego programu do końca. Mechaniczny labirynt oczekiwał swej kolejnej duszy. Duszy, którą z radością wyzwoli z okowów wszelkich procesów psychicznych.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ich ciała i dłonie drżały,

Dłonie nie są częścią ciała?

 

Minęła krótka chwila w czasie, której nikt nic nie powiedział.

Nie za bardzo rozumiem jak może minąć chwila w czasie? Poza tym brakuje literki “w”

 

‒ Przestań ‒ wrzasnął wzburzony.

!

 

pyłem i odłamkami.Ten nagły wybuch

Brak przerwy.

 

Zamierzałem podkreślać błędy, ale w mniej więcej w 1/4 tekstu zrezygnowałem z tego zamiaru. Za dużo jest ich w opowiadaniu. A od nadmiaru drżących dłoni, spływających po twarzy łez i “pokrwawionych” ciał może się zrobić nie dobrze.

Fabuła leży i kwiczy. Nie obchodził mnie los bohaterów, bo byli wyciągnięci z jakiejś książki dla nastolatków przeżywających okres buntu.

Masakrą jest to, że bohaterka nagle zmienia imię! – “Reid wpatrywał się w spokojne oblicze Nicole.“

Strona techniczna jest jeszcze gorsza od fabularnej. Większość zdań to banały, powodujące jedynie ironiczny uśmiech.

Jako dodatek: egzystencjonalny opis śmierci – “Śmierć zawsze pociągnie nas w dół, w środek zimnych i mrocznych okowów martwej ziemi. Nieśmiertelna i przeważająca siła. Będziemy wyć z bólu i nieszczęścia. Nie ma tu miejsca na dumę, a jedynie na cierpienie i smutek.“

Za dużo łączników “i” co psuje twój zamiar na opisanie śmierci. Nie nazywaj rzeczy(zjawisk, wydarzeń itp.) staraj się je opisywać, podawać przykładu. Staraj się omijać sztandarowe hasła, bo mnie nie ten opis śmierci w ogólnie ruszył. Są ludzie, którzy umierają z dumą. A śmierć jest nieśmiertelna!

Słabo, autorze. Moją rada – czytaj, czytaj, czytaj. Zapoznaj się z poradnikami pisania i pamiętaj o korekcie po napisaniu opowiadania. Powodzenia.

Nie lubię tematyki wojennej, nudzi mnie, więc nie miałeś szans, żeby mnie zainteresować. Fabuła kojarzyła mi się ze słabym filmem SF, ale końcówka trochę ją uratowała.

Czeka Cię jeszcze sporo pracy nad warsztatem. Interpunkcja szwankuje. Czasami zdania sprawiają wrażenie niezgrabnych. Wydaje mi się, że z wielu rzeczy można zrezygnować bez szkody dla tekstu.

Teraz jednak znajdował się w całkowitym stanie korozji. Rdza przejęła całą kontrolę nad urządzeniem, pożywiając się nim. Niszcząc go.

Jaką nową informację wnosi drugie zdanie? Zresztą, obydwa dziwnie brzmią. I “znajdowanie się w stanie korozji mi zgrzyta”, i kontrola rdzy nad urządzeniem. Niszcząc je – rodzaj nijaki.

Po policzkach dziewczyny spłynęły pojedyncze łzy, mknąc leniwie po szyi

Taka konstrukcja oznacza, że obie czynności zachodzą jednocześnie – łzy spływają i po policzkach, i po szyi. Nietypowa anatomicznie ta dziewczyna. ;-)

Czas zdawał się jakby zwolnić. Oboje czujni cały czas

Powtórzenie.

Przyspieszył, kalając siebie w myślach za tą stratę czasu.

Można kalać się w myślach? Tę stratę.

 

Edit: Aha, pytałeś jeszcze o OO i myślniki. Nie wiem – ja też kopiuję z OO i nigdy mi myślników nie zeżarło. Ja to robię przez ctrl+C, ctrl+V. A Ty?

Babska logika rządzi!

Domyślam się, że piszesz o zniszczonym świecie, opanowanym przez żelazne tarantule o sześciu nogach. Ale co i dlaczego tak się dzieje, nie mam pojęcia. W dodatku opowiadanie jest na bakier z logiką.

Przykro mi, ale lektura opowiadanie nie dostarczyła mi żadnej przyjemności, albowiem wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia. Robisz, mnóstwo błędów. Część wymieniłam poniżej, ale nie jestem w stanie wskazać wszystkich, bo jest ich za dużo.

 

Wpa­try­wa­li się w sie­bie, w swoje oczy… – Skoro wpatrywali się w siebie, czy mogli wpatrywać się w cudze oczy?

 

Męż­czy­zna i ko­bie­ta sie­dzie­li na zim­nej pod­ło­dze w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach… – W ilu ciemnościach siedzieli?

Skoro ciemność była całkowita, to jak mogli, o czym piszesz wcześniej, wpatrywać się w siebie?

 

Me­ta­lo­wy stół, półki i szaf­ki były cał­ko­wi­cie znisz­czo­ne. […] Obok mo­ni­to­ra znaj­do­wa­ło się szare, za­bru­dzo­ne okno, przez które nie dało się kom­plet­nie nic doj­rzeć. – Ten fragment opisuje zdemolowana kuchnię. Jak można to zobaczyć, skoro panuje kompletna ciemność?

 

Rdza prze­ję­ła całą kon­tro­lę nad urzą­dze­niem, po­ży­wia­jąc się nim. Nisz­cząc go.Nisz­cząc je.

Urządzenie jest rodzaju nijakiego.

 

Czuję się, jakby prze­by­wał w ja­kimś zwa­rio­wa­nym śnie… – Literówka.

 

Mi­nę­ła krót­ka chwi­la w cza­sie, któ­rej nikt nic nie po­wie­dział. – Czy chwila, będąc czasem, może minąć poza nim? Czy chwili można coś powiedzieć? Czy ona to usłyszy?

Może miało być: Mi­nę­ła krót­ka chwi­la, w cza­sie któ­rej nikt nic nie po­wie­dział.

 

Nie­zręcz­na cisza, któ­rej nikt z nich nie mógł prze­rwać. – Skoro cisza trwała krótką chwilę, to czy zdążyła być niezręczna?

 

Nie po­zwo­lił jej skoń­czyć. Objął całą, tuląc do sie­bie. Uci­chła nie pro­te­stu­jąc. Czuł wy­raź­nie, jak jej mię­śnie… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Czuł wy­raź­nie, jak jej mię­śnie z po­cząt­ku mocno spię­te po­wo­li się roz­luź­nia­ją. Czuł mocno bi­ją­ce serce… – Powtórzenie.

 

Sie­dzie­li tak dłuż­szą chwi­lę w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach, w ciszy. – Jestem przekonana, że w całkowitej ciemności siedzą nie przez dłuższą chwilę, a od początku opowiadania.

 

Czas zda­wał się jakby zwol­nić.– Raczej: Zdawało się, że czas jakby zwolnił.

 

Ogrom­ne po­ła­cie ścia­ny wy­bu­chło… – Raczej: Ogrom­na część ścia­ny wy­bu­chła

Połać jest rodzaju żeńskiego. Za SJP: połać «duża część jakiejś przestrzeni»

Ściana nie jest przestrzenią.

 

Mu­siał prze­trzeć oczy, żeby co­kol­wiek zo­ba­czyć. – Co można zobaczyć w całkowitej ciemności?

 

Spoj­rzał w prawo. Wy­buch był tak duży, że utwo­rzył przej­ście mię­dzy przed­po­ko­jem a kuch­nią. – I bohater to widział, mimo całkowitej ciemności?

 

Wróg mógł wy­kryć czę­sto­tli­wość drgań strun gło­so­wych swoim czuj­ni­kiem. – Co to znaczy, że struny drgały swoim czujnikiem?

Może: Wróg, swoim czujnikiem, mógł wy­kryć czę­sto­tli­wość drgań strun gło­so­wych.

 

ru­szył szyb­ko w stro­nę przed­po­ko­ju, prze­kra­cza­jąc nie­daw­no utwo­rzo­ny tunel. – Tunel w przedpokoju? Czy dziurę w ścianie można nazwać tunelem?

 

Prze­ra­żo­ny wkro­czył do sa­lo­nu. […] Na pod­ło­dze za­uwa­żył za to licz­ne plamy krwi. Jej ka­ra­bin ocie­kał czer­wie­nią. Ślady zda­wa­ły się pro­wa­dzić w stro­nę wyrwy w bu­dyn­ku… – Czy to znaczy, że salon był dobrze oświetlony?

 

Prze­wró­co­ny sto­lik zda­wał się mówić, że dziew­czy­na ogrom­nie wierz­ga­ła i pró­bo­wa­ła wal­czyć. – A może ktoś przewrócił stolik niechcący…

 

Jego buty za­czę­ły stą­pać po sza­rej, wy­pa­lo­nej i su­chej ziemi. – Buty stąpały?

 

Pa­no­wał wszech­obec­ny pół­mrok. Za­chmu­rzo­ne niebo nie po­zwa­la­ło słoń­cu prze­bić się ze swo­imi pro­mie­nia­mi świa­tła. Gęsta mgła sku­tecz­nie zmniej­sza­ła pole wi­dze­nia. Gdzie­kol­wiek by nie spoj­rzeć, to kra­jo­braz był taki sam. Prze­raź­li­wie szary, smut­ny i po­zba­wio­ny żyw­szych ko­lo­rów. Czuł na twa­rzy płat­ki śnie­gu. – Skoro panowały półmrok i gęsta mgła, skąd było wiadomo, jaki krajobraz jest w innych miejscach? Gdzie krajobraz miał twarz, na której czuł na płatki śniegu?

 

sta­ra­jąc się zna­leźć w sobie reszt­ki od­wa­gi. Przy­po­mniał sobie jej twarz. Jej słod­ki uśmiech… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Przy­spie­szył, ka­la­jąc sie­bie w my­ślach za stra­tę czasu. – Na czym polega kalanie siebie w myślach?

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa kalać.

Pewnie miało być: Przy­spie­szył, ka­rcąc sie­bie w my­ślach za stra­tę czasu.

 

Roz­glą­dał się bacz­nie na każdą stro­nę… – Roz­glą­dał się bacz­nie w każdą stro­nę

 

Jej ciało zo­sta­ło prze­bi­te w wielu miej­scach na wylot. Z jej ust cie­kła ob­fi­cie krew. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

Salwa po­ci­sków zda­wa­ła się nie robić wra­że­nia na pa­ją­ku. Po pro­stu od­bi­ja­ły się od jej pan­ce­rza. – Piszesz o pająku, a ten jest rodzaju męskiego, więc: …od­bi­ja­ły się od jego pan­ce­rza.

 

Ist­nia­ło 90% szans, iż za­strze­lisz się, zanim cię po­chwy­ci­my.Ist­nia­ło dziewięćdziesiąt procent szans, iż za­strze­lisz się, zanim cię po­chwy­ci­my.

Liczebniki zapisujemy słownie, nie stosujemy symboli.

 

Umie­my do­sto­so­wać nasz sys­tem do wa­sze­go. Spra­wić by­ście zro­zu­mie­li nasz skom­pli­ko­wa­ny umysł. Pra­gnie­my was uświa­do­mić, że nie po­żą­da­my wa­szej śmier­ci. Pra­gnie­my was ura­to­wać. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam. Dziękuje wam wszystkim za szczere komentarze. Prawdę mówiąc, w chwili publikowania tego opowiadania nie sądziłem, że czeka mnie, aż taki pogrom. Złapałem się za głowę, dziwiąc się, że sam nie dostrzegłem tych ewidentnych baboli.

 

Opowiadanie nie jest nowe. Właściwie można rzec, że wyciągnąłem je z bardzo głębokich odmentów dysku. Tekst przeszedł mały lifting. Dodane zostało do niego zakończenie itd. W ogóle drugą połowę opowiadania uważam za lepszą.

 

Jeśli chodzi o samą strukturę fabularną. Wrzucenie czytelnika w środek akcji było celowym zagraniem. Miało się dziać szybko i efektownie bez jakichś większych przestojów na opis świata. Chciałem osiągnąć swoisty efekt filmowości, ale się nie udało. Sama opowieść miała z zamierzenia mało wyjaśniać, być chaotyczna, tajemnicza itd.

 

Już poprawiłem błędy, kierując się zaleceniami z waszych komentarzy.

 

Wcześniej zastanawiałem się nad tym, ale teraz uważam, że wrzucanie tego na betalistę byłoby lepszym posunięciem.

 

Finkla: Robię to dokładnie tak samo, jak Ty.

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za rady. Trochę zabolało, ale dzięki temu wiem mniej więcej, w którą stronę się kierować dalej.

 

Pozdrawiam.

No to i ja się nieco popastwiłem. Sam pomysł moim zdaniem ciekawy. Gdyby go rozwinąć, mogłoby wyjść coś fajnego. 

 

Wpatrywali się w siebie, nieruchomi i czujni na wszystko wokół. – Trochę masło maślane, dlatego lepiej usunąć końcówkę zdania.

 

Ich ciała drżały, a oddech zdawał się łączyć we wspólnej harmonii. – Była ich dwójka, więc „oddechy zdawały się łączyć”.

 

Mężczyzna i kobieta siedzieli na zimnej podłodze kuchni, naprzeciwko siebie pośród półmroku. Metalowy stół, półki i szafki były całkowicie zniszczone. – Ja bym to przerobił inaczej, bo brzmi kaprawo. Zwłaszcza zwrot „pośród półmroku”. Moja propozycja: „Mężczyzna i kobieta siedzieli naprzeciwko siebie na zimnej podłodze pogrążonej w półmroku kuchni. Na środku pomieszczenia majaczył zarys zniszczonego stołu, pod ścianą stały rozpadające się szafki i półki.” – Nie jest idealnie, ale zyskaliśmy kilka rzeczy. Nieco lepiej opisany rozkład sprzętów, do tego złagodzenie opisów. Całkowicie zniszczone stalowe meble to kupki złomu, a nie stół, szafki i półki.

 

Teraz jednak znajdował się w całkowitym stanie korozji. – W stanie całkowitej korozji

 

Rdza przejęła kontrolę nad całym urządzeniem, pożywiając się nim. – zbędna personifikacja. Lepiej będzie „rdza przeżarła całe urządzenie”.

 

Obok monitora znajdowało się szare, zabrudzone okno, przez które nie dało się kompletnie nic dojrzeć. – Był półmrok, więc wszystko było szare.

 

Oboje nie zdawali się, być niczym zdziwieni. – A czym mieliby być zdziwieni? Należy tu doprecyzować, albo usunąć.  

 

‒ Co czujesz w tym momencie? – spytała. – dodałem, bo nie wiadomo które odzywa się pierwsze.

 

Po policzkach dziewczyny spłynęły pojedyncze łzy, a następnie mknęły dalej leniwie po szyi niknąc pod materiałem kombinezonu. – Podzieliłbym to na dwa zdania. Pierwsze, niewytłuszczone i po kropce: Pomknęły dalej, po szyi, aż zniknęły pod materiałem kombinezonu. – w twojej wersji gwałcisz odmianę i interpunkcję.

 

Nie pozwolił skończyć. – jej skończyć

 

Nagle okno wybuchło, rozbijając się pękając na tysiące małych odłamków, które rozproszyły się po podłodze. Zdawało się, że czas jakby zwolnił. Oboje czujni i przygotowani na wszystko odskoczyli. Kilka odłamków (kawałków, fragmentów szkła)zdążyło ich trafić, raniąc skórę. – 2 x odłamki.

 

W tym samym czasie ogromna część ściany eksplodowała wybuchła, zalewając zasypując ich pyłem i odłamkami oraz gruzem. Ten nagły wybuch oszołomił Reida, przez co stracił Casidy z oczu. Niedługo potem usłyszał przeciągły kaszel. Musiał przetrzeć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. – wybuch i odłamki mamy w akapicie wyżej, więc trzeba było zmienić. Zalać mogła ich woda, nie kamienie, chyba, że na upartego była to lawina kamieni. Ale nie wyła, więc… Moim zdaniem zbyt późno poznajemy imiona bohaterów i w sposób „Deus ex machina”. Lepiej było operować nimi od początku.

 

Ponowił zapytanie do niej i ruszył szybko w stronę przedpokoju, przekraczając niedawno utworzone przejście. – Wołanie jej to było zapytanie? Zresztą, brzmi to zbyt encyklopedycznie. Usuń.

 

Załamany i przestraszony wybiegł przez wyłom. Nie obchodziło go czy przeżyje. Musiał ją odnaleźć. – To myślał trochę bez sensu. Jeśli zależało mu na odnalezieniu Cassidy, to właśnie powinien myśleć o tym, żeby przeżyć za wszelką cenę.

 

Zachmurzone niebo nie pozwalało słońcu przebić się ze swoimi promieniami światła. – Strasznie pokracznie to brzmi. Moja sugestia: Ciężkie chmury przesłaniające niebo uniemożliwiały promieniom słońca przebicie się. / nie pozwalały przebić się promieniom słońca. Itp…

 

Gęsta mgła skutecznie zmniejszała ograniczała pole widzenia.

 

Gdziekolwiek by nie spojrzeć, to krajobraz zdawał się być taki sam.

 

Przeraźliwie smutny i pozbawiony żywszych kolorów.

 

Wziął głęboki oddech, wciągając zanieczyszczone powietrze i ruszył przed siebie. Czuł, jak z każdym oddechem ( 2 x oddech)uchodzi z niego życie. Jeszcze dzień, może dwa i ciało odmówi posłuszeństwa. Zimno przechodziło przeszywało go na wskroś. Hełm od kombinezonu posiadał specjalne oczyszczające filtry. Niestety stracił go, gdy ich patrol został zaatakowany. Przez ostatnie godziny zebrał przyjął naprawdę sporą dawkę promieniowania, lecz wciąż miał nadzieję na powrót do domu.

 

. Jak serce bije oszalałe, pompując krew w następstwie adrenaliny – Co?? Sensu tego zdania nie rozumiem kompletnie :/

 

Ręka, którą złapał karabin, mocno mu drżała.

 

Czas mijał nieubłaganie. Reid podniósł się powoli, pragnąc zatrzymać albo chociaż spowolnić to, co nieuniknione. Niestety nie mógł. Ręka, którą złapał karabin, mocno mu drżała. Stał się panem życia i śmierci przynajmniej w okrojonej części. To on zdecydował o porze jej zgonu. To on pociągnął za spust. – To, co wykreśliłem, to oklepane teksty. Lepiej to usunąć, bo brzmią strasznie patetycznie.

 

Tak. Śmierć nigdy nie jest piękna i spokojna. Jest bolesna, przerażająca i uwłaczająca dla człowieka. Nieważne kim byliśmy, co uzyskaliśmy w życiu, jak wysoko stanęliśmy. Śmierć zawsze pociągnie nas w dół, w środek zimnych i mrocznych okowów martwej ziemi. Nieśmiertelna, przeważająca siła. Będziemy wyć z bólu i nieszczęścia. Nie ma tu miejsca na dumę, a jedynie na cierpienie i smutek. – Sugerowałbym unikać tego typu pouczeń w ustach narratora. Lepiej pokazać je poprzez zachowanie bohaterów, jakąś scenkę, niż atakować wprost takimi sentencjami.

 

Reid wpatrywał się w spokojne oblicze Casidy. Wyglądała, jakby spała. Czuł się tak, jakby jego (nie wiadomo było o czyim ciele mowa)ciało zostało rozerwane na tysiące kawałków i jeszcze więcej. Odwrócił karabin, celując sobie w głowę.

 

Nie zdążył strzelić sobie w głowę. Strażnik złapał go macką za tułów. – To był pająk czy ośmiornica? Pająki nie mają macek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Pomysł nawet fajny, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Przegadana pierwsza część – rozmowa dwójki bohaterów mnie znudziła. Od momentu pojawienia się tarantuli zrobiło się ciekawiej.

Tekst w ogóle do mnie nie przemawia. Pomysł jest wtórny a wykonanie bardzo kiepskie. Dialogi są wyjątkowo drętwe, narracja nadmiernie szczegółowa, monotonna i przegadana, zwłaszcza opisy przytulania się i obejmowania w różnych pozycjach. Poza tym – cały tekst wręcz jeży się spływającymi łzami.

Nieco zbyt wiele zaimków jak na mój gust (nie zaznaczałam)

Bardziej szczegółowo poniżej:

 

Teraz jednak znajdował się w stanie całkowitej korozji.

Obok monitora znajdowało się zabrudzone okno, przez które nie dało się kompletnie nic dojrzeć.

1. Ciekawam jak monitor może być w stanie korozji? Zrozumiałabym, gdyby był zabrudzony, zakurzony, spalony czy też zepsuty. Ale w stanie korozji?

2. powtórzenia pogrubioną czcionką

Minęła krótka chwila nim, odpowiedział

zbędny przecinek po „nim”

ona złapała jego dłonie

to brzmi, jakby koleś się wyrywał. Może lepiej „chwyciła jego dłonie” albo jakoś tak.

Po policzkach dziewczyny

a wcześniej pisałeś, że to była kobieta?

‒ Przestań ‒ wrzasnął wzburzony.

Jak wrzasnął to chyba musi być wykrzyknik?

Puścił dłonie dziewczyny i 

W wcześniej pisałeś, że to dziewczyna trzymała jego dłonie?

Objął całą, tuląc do siebie

ta „cała” to jakiś towarzysz/towarzyszka kobiety i mężczyzny? Czy też nazwa przedmiotu? Jeśli objął, ekhem, „całą dziewczynę” to, kurczaki, chyba jakiś mutant a'la kilkunasto-ręcy bogowie hinduizmu.

Wyczuwał mocno bijące serce dziewczyny,

tu nie jestem pewna, czy wyczuwał mocno serce, czy też wyczuwał serce, które biło mocno.

Musiał przetrzeć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć

jakby miał okulary i je musiał przetrzeć, to bym zrozumiała. Ale oczy?

Broń, choć nadszarpnięta przez czas miała w sobie nadal autentyczne piękno.

Tu nie rozumiem – czy to znaczy, ze karabin był jakoś zdobiony?

Ślady zdawały się prowadzić w stronę wyrwy w budynku tak, jakby ktoś lub coś ciągnęło ciało po ziemi. Przewrócony stolik zdawał się mówić,

 

1. co to znaczy, że ślady „zdawały” się prowadzić? Czy te ślady były jakieś iluzoryczne? No i ten mówiący stoliczek wydaje się trochę z kosmosu :D.

2. Powtórzenia

Otoczenie zmieniło się diametralnie

to chyba oczywiste, nie? W końcu wyszedł z domu.

Wiedział, że im dłużej on tutaj siedzi,

Kiedy usiadł? Wcześniej pisałeś, że szedł przed siebie.

Poczuł, jak ręka dziewczyny dotyka jego twarz. Jak ostatkiem sił przejeżdża po skórze, rozmazując swoją krew.

1. ręka dotyka kogo/czego (dopełniacz) → twarzy

2. To brzmi, jakby ręka miała swoją własną krew.

na zakwaszony grunt.

Zakwaszony? Naprawdę?

Wypluła krew, kaszląc przeciągle

Nie jest możliwe jest aby jednocześnie kasłać i pluć.

 

Potem mi się już nie chciało wypisywać.

Hmm... Dlaczego?

Hymmm… przypomniał mi się taki horror o pająkach Atak pająków czy coś takiego. Też się uśmiałem.

F.S

Niestety nie spodobało się. Dialogi takie, jakby grali w teatrze, i w ogóle to wszystko zbyt patetyczne wyszło. Sama tarantula była już jakimś pomysłem, ale chyba poświęciłeś temu motywowi za mało uwagi – przez to, że wyskoczyła nagle w końcówce, miałam wrażenie, że jest czymś dodanym na siłę, a nie ważnym elementem świata.

Nowa Fantastyka