- Opowiadanie: zapomnialemhasla - A.

A.

Każdy, kto trochę za bardzo lubi góry, prędzej czy później urodzi coś na ich temat. W przypadku tego tekstu największą rolę odgrywa sytuacja-obrazek, w której znalazłem się parę lat temu, kiedy nie wyrobiłem się wracając z drogi i dzięki temu odkryłem, że góry nocą są jeszcze ciekawsze... Trochę mniejszy wpływ na tekst ma fakt, że od ponad dwóch lat w górach nie byłem i trochę już tęsknię (proszę w związku z tym wybaczyć fragmenty nazbyt egzaltowane ;)).

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Drewian

Oceny

A.

Pierwszy raz zostałem zabity zimą, parę miesięcy przed trzydziestymi urodzinami. Miałem już nieco praktyki z umieraniem – zdarzyło się ze dwa razy popełnić samobójstwo. Zabity znienacka, nie z własnej woli, zostałem jednak po raz pierwszy i choć uczucie nie było zupełnie nowe, to jednak zaskakujące, zaskakująco nieprzyjemne, przygnębiające… Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to było to podobne do samobójstwa, ale pozbawione tej jedynej w swoim rodzaju satysfakcji, jaka zawsze płynie za własną, nawet wymuszoną, decyzją.

Zostałem zabity, wbrew sobie, z zaskoczenia – i pozostała tylko gorycz i oderwanie.

A zaczęło się to jakieś piętnaście lat wcześniej. Pamiętam jak dziś tamten pierwszy września, kiedy poznałem A.; przesadziłbym twierdząc, że miałem wtedy jakieś przeczucia, że dzień był szczególny, a jego atmosfera w jakikolwiek sposób wyjątkowa; zapamiętałem go, bo A. była piękną dziewczyną, taką, jaką zdarza się poznać raz, dwa razy w życiu. Nic innego wtedy nie zaszło i przez kolejnych parę lat nic innego nie było – tylko wyjątkowa uroda A., która w miarę poznawania jej okazywała się urodą nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim intelektualną, duchową – trudno to wyrazić prostemu człowiekowi. To prawda, byłem nią zauroczony, wręcz odurzony, więc nieobiektywny, ale z perspektywy lat, po dwóch samobójstwach i jednym zabiciu zyskałem dystans, który teraz pozwala mi wypowiadać się o niej z pełną odpowiedzialnością.

*

Właściwy ciąg zdarzeń rozpoczął się po około siedmiu latach naszej znajomości. Kilka miesięcy wcześniej pierwszy raz popełniłem samobójstwo i w chwili, którą tutaj, dla uproszczenia narracji, nazwę chwilą zerową, nie żyłem.

A. nie pozwalała, by tak trywialne przeszkody jak moje nieżycie niweczyły jej zamierzenia. Należała do osób, które nie poddają się łatwo… Przez pewien czas sądziłem nawet, że nie poddaje się nigdy, ale nawet jej wytrwałość miała swoje granice.

Nie będę jednak uprzedzał wypadków, tym bardziej, że trudno mi, nawet patrząc z obecnej perspektywy, przesądzić które informacje są naprawdę istotne.

Poranek poprzedzający chwilę zerową był słoneczny i chłodny, jak na koniec marca przystało. Leżałem w swoim pustym mieszkaniu z nieruchomym wzrokiem wbitym w sufit. Kolejny dzień biegł jak każdy inny. Ktoś, kto nie żyje, nie potrzebuje urozmaicać swojego czasu.

Trwanie zostało przerwane ostrym dźwiękiem telefonu. Nie, nie mogłem go wyłączyć – ukrywałem swoją sytuację przed paroma osobami, udawałem przed nimi, że wszystko jest w jakimś tam porządku, telefon się do tego przydawał. Spojrzałem na wyświetlacz – A.

Odsunąłem natarczywą komórkę, zignorowałem hałaśliwy dzwonek. A potem jeszcze raz. I jeszcze.

Do chwili zerowej pozostały sekundy.

Jej nadejście obwieściło niegłośne, ale stanowcze pukanie do drzwi. Chwilę później znów rozdzwonił się telefon.

– Wiem, że jesteś w domu – głos A., chociaż przytłumiony, był wyraźny, niósł się echem po klatce schodowej.

Wstałem niechętnie. Pierwotny chłód wydostający się z kości przeszył moje ciało febrycznym dreszczem. Podszedłem do drzwi, zawahałem się – powiedzieć coś? – otworzyłem. A. stała blada, lekko opuchnięte oczy i ściągnięta twarz zdradzały, że ostatnie miesiące były złe również dla niej.

Odsunąłem się, weszła, powiodła wzrokiem po pustych pomieszczeniach. W kuchni stał jedyny stołek, usiadła. Oddychała ciężko.

Patrzyłem w ścianę.

– Patrz na mnie – jasnobrązowe tęczówki ostro odcinały się od chorobliwie bladej twarzy. Przewiercała mnie spojrzeniem. Starałem się uwolnić; nie mogłem odwrócić oczu.

– Musimy wyjechać. Wyjeżdżamy – patrzyła i był w tym wzroku nakaz, lęk, nadzieja, odrobina niepewności – właśnie ta niepewność, coś, czego zupełnie się u niej nie spodziewałem, przesądziła sprawę.

Nie mówiłem od wielu dni, mój głos wydobywał się z zastałej, zimnej krtani, schrypnięty, ziemisty, nieprzyjemny.

– Po co?

– To wróciło.

To.

A. była piękną i mądrą dziewczyną. Racjonalną. Ale każdy ma swoje demony… Jej był bezosobową, nieuchwytną grozą, przynajmniej na tyle, na ile chciała o tym mówić.

– Kiedy wróciło?

– Dzisiaj. Zadzwoniłam…

Poczułem się źle. Bardzo źle. Cokolwiek nie działoby się między nami wcześniej, A. nie zasługiwała na samotność w takiej chwili. To był telefon, który powinienem odebrać… Który zamierzałem odebrać do chwili, kiedy usłyszałem, jak dzwoni.

– Dobrze, wyjedziemy. Dokąd chcesz jechać?

A. uważała, że można przed tym uciec. Zmiana miejsca uspokajała ją, kilka tygodni wczasów pozwalało zapomnieć o demonie mniej więcej tak, jak zwykłemu człowiekowi o trudach codziennej pracy. Dla mnie, jeszcze przed chwilą nieżywego, taki wyjazd nie był problemem – nie miałem żadnych własnych spraw.

– Pojedziemy w góry.

Spojrzałem na nią, wstrząśnięty.

To wywodziło się z gór.

– Muszę – przewiercała mnie wzrokiem – albo ja, albo to. I chcę, żebyś był tam ze mną.

Skinąłem głową.

*

Autobus niespiesznie pokonywał serpentyny wąskiej asfaltówki. A. spała, oparta skronią o szybę. Ciepłe światło nie budziło jej, ożywiało uśpione rysy, maskowało bladość skóry, rozjaśniało brązowe włosy. Odetchnąłem. Napięcie, które odczuwałem od poprzedniego dnia, powoli mnie opuszczało. Nic nie wskazywało, by to miało być silniejsze w swoim mateczniku.

Nie miałem żadnych przeczuć. Nigdy nie miewam przeczuć.

Nie będę zagłębiał się w geograficzne szczegóły; kto się domyśli, może sam sprawdzać, co kryje się w górach. Zanim zostałem zabity, zależało mi na tajemnicy spowijającej tamto miejsce. Teraz przestało.

Dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Zanim dotarliśmy do wylotu doliny, świat poszarzał. Drzewa szumiały leniwie, wciąż wyraźnie odcinając się od ciemniejącego nieba. Potok szumiał coraz słabiej, przytłumiony rzucanym przez góry cieniem. Cisza wysączała się spomiędzy skał, spośród drzew, delikatnie otulała poszarpane skały, wzburzone potoki i wymęczone lasy. Zanosiło się na wędrówkę po zmierzchu – schronisko leżało wysoko. Nie martwiło mnie to – zarezerwowałem pokój, a szlak był dobrze utrzymany, choć niełatwy ze względu na wciąż grubą warstwę śniegu. Szliśmy nie rozmawiając wiele. Obserwowałem A.; szukałem oznak niepokoju, ale żadnych nie dostrzegłem. Przed podejściem pod ostatni próg popatrzyła wokół, a kiedy nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęła się uspokajająco. Pamiętam uczucie błogiego odprężenia, które ten uśmiech mi przyniósł – w tamtej chwili uświadomiłem sobie, jak bardzo zdenerwowany i wystraszony byłem od chwili, gdy zgodziłem się na wyjazd.

– Chodźmy – oddałem uśmiech z wdzięcznością i spojrzałem na spowitą szarością zapadającego zmroku, ostro pnącą się w górę, wydeptaną w śniegu ścieżkę. A. podążyła za moim wzrokiem i skinęła głową. Ruszyliśmy. Niebo ciemniało dość szybko, ale śnieg poprawiał widoczność na tyle, że nie musieliśmy używać latarek. Mimo wszystko nie szło się tak wygodnie, jak w lecie – pokonanie progu zabrało więcej niż godzinę. Zatrzymaliśmy się, ciężko dysząc. Do schroniska pozostało kilka minut.

Zza gór wyszedł srebrny księżyc, zalewając niebo i dolinę intensywnym blaskiem. Patrzyliśmy z góry na biały, nieruchomy świat upstrzony czarnymi plamami drzew. Powiał zimny, północny wiatr. Zadrżeliśmy. A. rozejrzała się, jej wzrok prześlizgnął się po mnie i powędrował ku górze. Podążyłem za nim. Po niebie przemknęły z nienaturalną szybkością dwa czy trzy obłoki; A. odprowadziła je spojrzeniem. Szum wiatru wzmógł się, osiągnął wyższe tony, gdzieś na granicy słyszalności zawył, zapiszczał i zazgrzytał przeszywająco.

Spojrzała wprost na mnie, szerokimi, błyszczącymi źrenicami. Twarz miała bladą, a z ust wydobywała suchy, urywany szept.

– Nawie krzyczą przy białym księżycu. Nawki śpiewają w srebrnym świetle.

Objąłem ją ramieniem, czując jak powraca zimne napięcie ostatnich dni.

*

– Przepraszam. Ta atmosfera tak na mnie zadziałała – A. siedziała na szerokiej, drewnianej ławie, ściskając w rękach duży, parujący kubek. Główna sala schroniska był niemalże pusta.

– No co ty, daj spokój.

– Wystraszyłam cię.

– Mnie nie tak łatwo wystraszyć – uśmiechnąłem się, ale wyszło krzywo i nieprzekonująco. Upiorna atmosfera szlaku przeniknęła nas i zaczęła topnieć dopiero po kilkudziesięciu minutach przebywania w cieple schroniska. Póki co drżeliśmy i odzywaliśmy się krótkimi, przerywanymi frazami, popijając gorącą herbatę.

A. piła słodką, z grubym plastrem cytryny, ogrzewając dłonie jej ciepłem, a ja gorzką, czarną, chłonąc unoszący się znad kubka aromat ciemnego, słowackiego rumu.

Spaliśmy spokojnie. A. oddychała głęboko, regularnie. Wyobrażałem sobie, że z każdym oddechem z jej ciała wysącza się ostre, kaleczące światło srebrnego księżyca.

*

Chciałem posiedzieć parę dni w schronisku, ale A. uparła się, by już następnego dnia wyjść w góry. Wstała, radosna i rześka jak skowronek i nie przyjmowała do wiadomości racjonalnych argumentów. Przyznam szczerze – bałem się, bo nie wiedziałem, co robić, gdyby to znów ją nawiedziło. Do tej pory opuszczało ją samo… Na myśl, że następnym razem A. może nie wyjść z tego dziwnego, przerażającego stanu, a ja nie będę wiedział, jak jej pomóc, czułem zimny strach.

Poszliśmy dnem doliny, wydeptaną ścieżką. Śnieg skrzypiał pod butami, ciepły wiatr od Słowacji zwiastował wiosnę. Co kilkadziesiąt metrów spod stóp docierało żwawe szemranie spływającej wody.

– Pójdziemy pod Ścianę – A. odwróciła się, żeby zobaczyć jakie wywarło to na mnie wrażenie. Ściana zamykała jedną z bocznych dolinek, głęboką i niezbyt długą, nawet w najjaśniejsze letnie dni spowitą cieniem. Latem ścieżka wspinała się na Ścianę przez kilka szerokich pęknięć i rozpadlisk, ale póki leżał śnieg, pokonanie jej graniczyło z niemożliwością. Dolinka pozostawała więc bezludna, cicha i spokojna, na swój sposób przytulna i bezpieczna. Mnie zawsze wydawała się dość przygnębiająca, ale A. lubiła jej atmosferę. Wzruszyłem ramionami.

– Jak chcesz.

– Tam nigdy nie czułam się źle. To taki azyl w tych górach – dodała tonem usprawiedliwienia.

Kiwnąłem głową na znak zgody. Trochę irytowało mnie zachowanie A., ale nie mogłem sprawić zawodu; to była jej wędrówka. Miałem tylko nadzieję, że nie okaże się zbyt trudna, bo z każdym krokiem coraz mniej wierzyłem w swoje siły.

Ściana wyrastała wprost z kończącego dolinkę rumowiska. Pokrywający je śnieg był jeszcze dość gruby, by maskować większość głazów, tylko największe zaznaczały swą obecność kanciastymi plamami; ciemna skała wystrzeliwała z prawie gładkiego, białego pola. Po kilkuset metrach marszu ucichł szum wody i spowiła nas cisza. Wznoszące się wokół urwiska przytłaczały, ale najpotężniejsza była Ściana, pionowa, prawie czarna, ogromna.

A. zatrzymała się kilka metrów przed nią. Stała z przymkniętymi oczyma, spokojna, wyprostowana, piękna. Spokoju dolinki nie mącił najdelikatniejszy powiew wiatru, najcichszy dźwięk, najsubtelniejsza zmiana oświetlenia. Dolina półmroku.

Trwało to długo. Milczeliśmy. Usiadłem na nieośnieżonym kawałku skały. A. znieruchomiała oparta plecami o Ścianę. Napawała się spokojem i choć odczuwałem w dolinie głównie przygnębienie, część tego spokoju udzieliła się i mnie. Przymknąłem oczy.

Trwało to zbyt długo. Kiedy ocknąłem się z letargu, zapadał zmrok. Rozejrzałem się nerwowo, A. wciąż stała oparta o ścianę, zamyślona, patrząc w dal.

Nie mieliśmy szans zdążyć z powrotem przed nocą. Ciemność musiała nas dopaść nie później, niż po dotarciu do głównej doliny.

– A., powinniśmy wracać.

Ocknęła się, spojrzała wokół, potem w niebo.

– Musimy?

Przytaknąłem.

– Przecież tu nie zostaniemy.

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, tu jest bezpiecznie.

– Tu czujesz się bezpiecznie – poprawiłem ją – w nocy się ochłodzi, nie mamy nic, żeby biwakować.

Skinęła głową.

– Naprawdę zimno będzie dzisiaj w dolinie. Ale jak chcesz. Możemy wracać.

Zadrżałem. Zawahałem się, ale A. już ruszyła i głupio mi było zmieniać zdanie.

Nocowanie w Dolince Półmroku wydawało się karkołomne, ale powrót nagle przestał być rozsądną alternatywą. Znów poczułem strach. Strach, zmęczenie i zdenerwowanie tym, co od parudziesięciu godzin poniewierało moimi emocjami.

Ciemność zapadła, zanim dotarliśmy do wylotu Dolinki Półmroku, jednak śnieg był na tyle jasny, a droga równa, że wygodnie szliśmy w świetle gwiazd.

W głównej dolinie panował zastały, ciężki mróz. Nawet najmniejszy powiew nie mącił zimnego powietrza, przenikającego przez grube kurtki, pokonującego solidne górskie buty i czapki. A. zatrzymała się i popatrzyła na mnie, ale nic nie powiedziała. Szliśmy dalej, ona przodem, ja parę kroków za nią. Znad przeciwległego grzbietu powoli wschodził księżyc.

Właśnie tego momentu się obawiałem. Kiedy pierwszy skrawek białej tarczy ukazał się nad górami, powietrze delikatnie poruszyło się i chwilę później wiał już silny, zimny wiatr. A. zatoczyła się pod podmuchem, złapała równowagę, przystanęła. Rozejrzała się wokół, a kiedy spojrzała na mnie, byłem już gotów na spotkanie z nieprzytomnym, przerażonym spojrzeniem… Ale w jej oczach była tylko dezorientacja.

– Zgubiłam się.

Podszedłem do niej, objąłem wpół, pociągnąłem za sobą.

– Idziesz dobrze. Nie denerwuj się, mamy do przejścia mniej niż połowę… – ostatnie słowa stłumił łoskot rozchodzący się po dolinie. Lawina musiała zejść wysoko, echo spotęgowało jej huk, który kilkakrotnie przetoczył się nad naszymi głowami.

Poruszaliśmy się wolniej, wstrzymywani podmuchami wiatru. Potykaliśmy się o kosówkę. A. szła z coraz większym trudem, całą energię poświęcając walce z zimnym żywiołem. W końcu poddałem się. Opadliśmy na śnieg za jednym z większych głazów, dającym namiastkę ochrony przed chłodem i wiatrem. Oddychaliśmy ciężko, wpuszczając do płuc hausty twardych igieł. Wtem biały blask księżyca przygasł, nad światem przemknął cień, A. zadygotała, jej źrenice rozszerzyły się.

– Są tu – wstała, oparła się o głaz, kiedy uderzył w nią podmuch, powiodła błędnym wzrokiem. Wyciągnęła rękę. Nad doliną poruszały się cienie, jak wielkie, unoszące się na porywistym wietrze ptaki, jak półprzezroczyste strzępy dymu. Nadlatywały od księżyca, pikowały w naszą stronę, zakręcając gwałtownie przed samym głazem, wzbudzały powiewy jeszcze zimniejsze niż te hulające wokół. Złapałem A., rzuciłem na ziemię. Dyszała ciężko, chrapliwie, twarz miała wykrzywioną strachem. Zadygotałem przerażony, bo uświadomiłem sobie, że A. nigdy nie zdradzała lęku… W tej samej chwili rozległ się przeszywający wrzask, rozdzierający jak sam ból, zgrzytliwy pisk. A. szarpnęła się.

– Biały księżyc, srebrne światło, krzyczą… Nawie… Śpiewają, śpiewają!

I wtedy to usłyszałem. Ze zgrzytu, pisku, zawodzenia urodziła się pieśń. Nie rozumiałem słów, choć jej język wydał mi się znajomy. Niepokoiła, nie była piękna ani melodyjna, wręcz przeciwnie, co kilka taktów wkradała się fałszywa nuta, pasująca do całości, ale zaburzająca harmonię, podkreślająca wyśpiewywaną nienawiść, zazdrość, chęć mordu.

Bałem się coraz bardziej. Nie chciałem słuchać, a one wciąż latały, ich jazgot uporczywie układał się w kolejne takty śmierci.

A. szarpnęła się i wybiegła na szlak. Ruszyłem za nią. Cienie kołowały nad kamieniem, jakby nie zauważyły ucieczki, ale po kilku chwilach ruszyły za nami. Lodowate podmuchy i pulsowanie srebrnego światła zdradzały, kiedy się zbliżały; w tych momentach próbowaliśmy się uchylać, padaliśmy na ziemię, podnosiliśmy się i biegliśmy dalej.

Aż wreszcie zabłysło żółte światło okien schroniska.

Wpadliśmy do głównej sali, ciepłej, cichej, prawie pustej, ściągając na siebie zdawkowe spojrzenia dwóch czy trzech gości.

Wiatr tłukł w okiennice, drewniana konstrukcja trzeszczała pod jego naporem.

*

– Dopadną nas.

A. siedziała na łóżku, owinięta śpiworem i patrzyła w ciemne okno. Podmuchy osłabły, nie uderzały już tak wściekle w ściany schroniska. Wciąż nie czułem się bezpiecznie, ale największy strach zostawiłem na zewnątrz. A. przeciwnie – z każdą minutą była coraz bardziej przerażona.

– Wichura słabnie.

Pokręciła głową.

– Nawie krzyczą przy białym księżycu. Nawie śpiewają w srebrnym świetle.

Powtarzała frazy jak automat. Poczułem narastającą irytację.

– Daj spokój, będzie dobrze. Byłaś w dolinie, możemy wracać do domu – powiedziałem spokojnie, z trudem maskując złość.

– Jesteś zdenerwowany – stwierdziła po chwili, patrząc na mnie przytomniej – przy nich to normalne. Może i będzie tak, jak mówisz. Może jutro wrócimy…

W jej głosie nie słyszałem nawet odrobiny przekonania.

– Idź spać, A. Mieliśmy ciężki dzień. Jutro pomyślimy.

Skinęła głową na znak zgody. Położyła się. Otuliłem ją dodatkowym kocem i zgasiłem światło.

*

Nie wiem, dlaczego pozwoliłem, by wydarzenia tamtej nocy potoczyły się tak, jak się potoczyły. W każdym momencie mogłem wszystko zmienić, od początku wiedziałem, co się stanie, jeśli nic nie zrobię i miałem świadomość, jak bardzo będę wtedy żałował. Mimo to pozwoliłem, by stało się tak, jak się stało.

Płakałbym, wspominając to wszystko, ale przecież umarli nie płaczą.

Zbyt wielki żal zaciska ich gardła.

*

Nie pamiętam czy zasnąłem wtedy czy tylko zapadłem w kilkudziesięciominutowy letarg. Dość, że kiedy A. wstała i zapaliła małą lampkę, nie spałem i obserwowałem ją spod zmrużonych powiek.

Nie spieszyła się, wszystkie jej ruchy były dokładne i celowe. Ubierając się i pakując rzucała pojedyncze spojrzenia ku ciemnemu oknu – wiatr zupełnie ucichł i tylko martwy blask księżyca przypominał zdarzenia z wieczora – co jakiś czas spoglądała na mnie. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę, że nie śpię. Mam nadzieję, że nie.

Przygotowanie się do wyjścia zajęło jej kilkanaście minut. Spakowany plecak wystawiła na korytarz. Raz i drugi trzasnęły zamykane drzwi. Usiadła na skraju łóżka, długo zawiązywała buty. Spojrzenie w okno, spojrzenie na mnie.

Długo się nad tym zastanawiałem i wciąż nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego nic nie zrobiłem. Z każdą chwilą, z każdym oddechem czułem, że ulatuje ze mnie życie. Umierałem po trochu z każdą sekundą. Mogłem uratować się w każdej chwili, wystarczyło zrobić cokolwiek, pokazać A., że jestem, czuwam, że zabija mnie swoim odejściem. Nie zrobiłem nic. Leżałem, czekając na śmierć.

Popełniałem samobójstwo.

Nie istniał żaden powód, by to robić.

Owszem, czułem strach przed wyjściem w noc. Może nawet gdybym wstał i próbował nakłonić ją do pozostania, postawiłaby na swoim. Może chodziło o to, że łatwiej było udawać nieświadomość niż ponieść porażkę, nie zatrzymawszy jej? Czy bałem się aż tak bardzo, że nie poszedłbym za nią? Czy strach grał wtedy główną rolę? Początkowo tak myślałem, przekonywałem sam siebie, dopiero później, niechętnie, musiałem przyznać, że bardziej chodziło o irytację, o chęć zrobienia jej na złość, kompletnie nieracjonalnego odegrania się – za co? Za to, że poddawała w wątpliwość trud, jaki włożyłem w przyprowadzenie jej z dolinki? Za to, że obarczyła mnie problemem, z którym nie potrafiłem sobie poradzić? Że zaufała mi, choć okazałem się zbyt słaby?

Po latach nie potrafię odpowiedzieć. Teraźniejszość miesza się z przeszłością i zaprzeszłością, pewność co do przebiegu wydarzeń jest coraz mniejsza.

To, co pamiętam ponad wszelką wątpliwość, to jej ostatnie spojrzenie, westchnienie, to, jak musnęła mnie, przechodząc – choć nie miewam przeczuć, wtedy miałem absolutne przekonanie, że widzę ją po raz ostatni – i ostatnie trzaśnięcie drzwiami, które mnie dobiło.

*

Nie pamiętam czy poranek po tamtej upiornej nocy był pogodny czy aura popsuła się. Wrzucałem do plecaka to, co zostało, nie patrząc. Chwilę uwagi poświęciłem czarno-zielonej, plecionej ze sznurków bransoletce, jednej z trzech, które A. nosiła na nadgarstkach. Widać zsunęła jej się podczas pakowania. Zabrałem ją. Powoli zszedłem po schodach, odprowadzany spojrzeniami – kpiącymi, pogardliwymi, z rzadka współczującymi, jakby ktokolwiek mógł wiedzieć, co wydarzyło się w nocy.

Rozejrzałem się po głównej sali.

– Zostawiła? – starszy człowiek w czerwonym swetrze przyglądał mi się uważnie – tutaj nie czeka. Poszła prosto w noc.

– Wiem – odpowiedziałem, mój głos zabrzmiał jak nocne krzyki cieni – wróciła do domu.

Człowiek w czerwonym swetrze odwrócił wzrok.

Nie miałem już nic do dodania.

Wyszedłem na zewnątrz, przystanąłem. W prawo – na dół, w lewo – do góry, ku Dolince Półmroku. Jakbym miał wybór po tym, co zrobiłem w nocy.

Śnieg pokrywający próg doliny był coraz cięższy, coraz bardziej wilgotny. Zanim dotarłem do przystanku, w moich butach przelewała się woda.

*

A. nie wróciła z gór. Rodzina zgłosiła zaginięcie; parę razy przesłuchiwała mnie policja, raz prokurator. Zeznawałem uczciwie, nie kłamałem, zataiłem tylko te kwestie, których poruszenie najpewniej zaprowadziłoby mnie na obserwację psychiatryczną, nic innego nie wnosząc… Przesłuchiwano innych, którzy byli wtedy w schronisku – nikt nic nie wiedział, nikt nic nie widział, z wyjątkiem jednej osoby, której zeznanie potwierdzało moje słowa. Dziewczyna, ładna, smutna, z plecakiem – wyszła późną nocą, sama, przez nikogo nie zmuszana. Nie wiadomo, w jakim kierunku się udała – nikt nie sądził, by poszła gdzie indziej, niż na dół. Może miała autobus wcześnie rano?

Dali mi spokój. Sprawę zamknięto, przesunięto do kategorii niewyjaśnionych.

A. odwiedzała mnie czasem w snach. Potrzebowała pomocy, prosiła o pomoc, odchodziła, gdy okazywało się, że dzieli nas niewidoczna, ale niemożliwa do pokonania Ściana. To były ciężkie sny bez odpoczynku, po których bolała mnie głowa, a dusza gniła coraz szybciej.

*

Minęło osiem lat nieżycia. Wegetowałem, nieumarły. Nie miałem odwagi pokazać tym paru osobom, którym z niezrozumiałych powodów jeszcze na mnie zależało, że nie żyję. Udawałem więc życie; raz wychodziło mi lepiej, raz gorzej. Zwykle lepiej, dzięki wieloletniej wprawie.

Wiem, przemawia przeze mnie egzaltacja – podkreślam swoją sytuację, w gruncie rzeczy dość pospolitą, bo kto z nas nigdy nie umarł?

Ale nie czuję, że powinienem wyrażać się inaczej – niezbyt mi zależy na czyjejkolwiek opinii, łącznie z własną i żadna z kolejnych śmierci nic w tej kwestii nie zmienia.

*

Telewizję oglądam sporadycznie, żeby nie powiedzieć, że nie oglądam jej wcale. Przez lata nie miałem telewizora, dopiero ostatnio któryś ze znajomych, w ramach walki z moją melancholią (tak, tak, po ośmiu latach ktoś zaczął coś podejrzewać) wyposażył mnie w swój stary, jeszcze kineskopowy odbiornik. Pewnie kupił nowe płaskie cudo i zapomniał przy okazji oddać grata do utylizacji.

Przypadkiem włączyłem.

I zostałem zabity.

Na ekranie wyświetliła się twarz A., dokładnie taka, jak zapamiętałem ją sprzed ośmiu lat, może bardziej blada, z zamkniętymi oczyma. Wpatrywałem się, oszołomiony, nie rozumiejąc, o co właściwie chodzi. Wiedziałem tylko, że A. nie żyje.

Dopiero po jakimś czasie ochłonąłem na tyle, by zrozumieć, co mówią w kolejnym serwisie informacyjnym.

Ciało A. znaleziono na śniegu, u stóp Ściany. Bez śladów obrażeń, bez oznak zepsucia, zamarznięte. Bez dokumentów. Początkowo nie powiązano sprawy z zaginięciem sprzed lat, więc wizerunek i opis martwej A. publikowano w każdych wiadomościach. Wszystko się zgadzało. Ubranie, zawartość plecaka, dwie czarno-zielone sznurkowe bransoletki na lewym nadgarstku… W końcu, gdzieś w kieszeni, a może w śniegu, znaleziono dokumenty. Wtedy A. zniknęła z serwisów.

Wyjąłem trzecią plecionkę, jedyną rzecz, która mi po niej została. Kolory wyblakły mimo przechowywania w ciemności. Materiał zetlał. Spróbowałem założyć ją na przegub, ale była już zbyt krucha. Dałem spokój.

*

Pogrzeb odbył się po kilku tygodniach. Poszedłem na grób, kiedy rozeszli się inni żałobnicy. Rzuciłem między wieńce pojedynczą, czerwoną różę.

*

Znalezienie zwłok nie posunęło sprawy do przodu, moim zdaniem tylko dodało pytań – tego jednak, jako osoba przypadkowa, w żaden sposób niezwiązana z A., dowiedzieć się nie mogłem. Przesłuchali mnie dla porządku po raz kolejny. Człowiek, który przed laty widział, jak wychodziła ze schroniska, umarł w międzyczasie, ale i tak nikt nie spodziewał się po jego zeznaniach przełomu. Sprawa była zagadkowa, więc należało ją jak najszybciej zarchiwizować. Tak właśnie uczyniono.

*

Co wydarzyło się osiem lat temu w górach? Opisałem sprawę najdokładniej, jak umiałem. Nie ma sensu, bym marnował czas i wysiłek na przedstawianie domysłów – każdy na podstawie mojej relacji może wyrobić sobie własną opinię.

Nie pozostało nic więcej. Dopisuję ostatnie zdania, klikam ikonę zapisu… Koniec.

Każdego człowieka prześladują demony. Srebrne światło, śpiewające nawie… Ja swojego stworzyłem i wykarmiłem. Teraz szykuję się do drogi, by spotkać się z nim w Dolince Półmroku.

Rozglądam się po mieszkaniu. Wygląda dokładnie tak, jak wtedy, gdy dźwięk telefonu zapowiadał wizytę przerażonej A.

Ten, kto zamieszka tu po mnie, będzie musiał wiele zmienić.

Wyruszam na spotkanie z demonem. Widzę na jego ustach nieśmiały uśmiech, kiedy uświadamia sobie, że wiem, że nie ma już między nami niewidzialnej Ściany. Dziś w nocy srebrny blask znów zaleje Dolinkę Półmroku i razem zaśpiewamy wśród wichru.

 

Koniec

Komentarze

Opowiadanie sprawia wrażenie dość osobistego, wręcz intymnego i pewnie dlatego nie trafiło do mnie. Nie do końca rozumiem, co powodowało bohaterem, co A., nie wiem co ich łączyło. Obie postaci zdają się dość mgliste, wręcz nierealne, a cała historia wymyka się mojemu pojmowaniu.

 

Od­su­ną­łem na­tar­czy­wą ko­mór­kę, zi­go­no­ro­wa­łem ha­ła­śli­wy dzwo­nek. – Literówka.

 

W kuch­ni stał po­je­dyn­czy sto­łek, usia­dła. – Czy bywają też stołki podwójne?

 

ostat­nie słowa stłu­mił ło­skot roz­bie­ga­ją­cy się po do­li­nie. – Łoskot może się rozchodzić/ rozlegać, ale mam wątpliwości czy może się rozbiegać.

 

Nad­la­ty­wa­ły od stro­ny księ­ży­ca, pi­ko­wa­ły w naszą stro­nę… – Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – dziękuję za wytknięcie błędów, poprawiłem – został tylko pojedynczy stołek – użyłem tutaj słowa “pojedynczy” w znaczeniu “ostatni, który był”, chcąc podkreślić pustkę, zaniedbanie panujące w mieszkaniu. Rozważałem jeszcze użycie określeń “jeden”, “ostatni” i “samotny”, ale “pojedynczy” jakoś najlepiej mi zabrzmiało; oczywiście kwestia jest otwarta :)

Co do odbioru opowiadania… Postaci celowo nie są “z krwi i kości”, odrealnienie jest zamierzone; narratora wyobrażam sobie jako człowieka patrzącego na świat z dość szczególnej perspektywy…

Tekst jest osobisty w takim wymiarze, jaki wspomniałem we wstępie. Bohaterowie i zachodzące między nimi interakcje są wytworami mojej wyobraźni; oczywiście narrator coś tam po mnie odziedziczył – nie potrafię być stuprocentowo asertywny, pisząc w pierwszej osobie :)

Jeśli pisząc, że tekst jest “osobisty” masz na myśli zaangażowanie emocjonalne w tekst, to potwierdzam – jest to najbardziej “mój” tekst z tych, które napisałem.

nie da rady

A może: W kuchni stał jedyny stołek, usiadła.

Cieszę się, że właściwie odczytałam opowiadanie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Jedyny” jest OK.

Ale ja mam ubogi zasób słownictwa…

;)

nie da rady

Ależ nie! Piszesz bardzo porządnie, a to że czasem, kiedy jest najbardziej potrzebne, braknie właściwego słowa… No cóż, zdarza się tak wcale często. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj często, często…

Dzięki za pomoc :)

nie da rady

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm… Pięknie napisany, poetycki tekst, wspaniale oddana atmosfera tajemnicy, niepokoju a potem nie-życia, ale… nic nie zrozumiałam :​D. Nie rozumiem co kierowało Twoim, autorze, bohaterem, nie wiem co skłoniło A do opuszczenia schroniska nocą, nie mam pojęcia dlaczego jej ciało nie uległo rozkładowi przez tyle lat.

Twój tekst, zapomiałemhasła, wrzucam do kategorii nowoczesnej impresji/abstrakcji – nie wiadomo o co chodzi, ale wygląda ładnie i wzbudza niespodziewane emocje, więc – kil​k

Hmm... Dlaczego?

Drewian – dzięki za przeczytanie :) I za kwalifikację do impresji :)

Co do niejasności… Z jednej strony zakładałem, że tekst ma być trochę niedopowiedziany, ale z drugiej, oczywiście, bez przesady. Problem polega na tym, że kiedy próbuję rozjaśniać sytuację, tracę na nastroju…

Szczegóły – całe postępowanie A. wynika z jej chęci konfrontacji z tym, co ją prześladuje (starałem się zaznaczyć to na początku opowiadania). Pod ścianą jest we właściwym miejscu. Ciało nie uległo rozkładowi, ponieważ przez te wszystkie lata była uwięziona za ścianą (sny narratora, porównanie bransoletek), śmierć miała miejsce na samym końcu.

Mój narrator to generalnie postać dość paskudna, kierowana mało szlachetnymi pobudkami; A. jest takim “czynnikiem”, przy którym staje się on nieco lepszy, ale jak ktoś jest z natury plugawy, to jest. Sytuacja, kiedy ze złości pozwala jej wyjść A. samej w noc miała to uwypuklić.

Niestety, ja osobiście jestem człowiekiem wyrozumiałym i nielubiącym gnębić podobnych nieszczęśników, więc jako autor jego dziejów sprezentowałem mu koniec dużo lepszy, niż sobie zasłużył :)

nie da rady

choć odczuwałem w dolinie gównie przygnębienie,

Chyba coś tutaj poszło nie tak.

 

Bardzo ascetyczny, pomijając czerwony sweter, tekst. Będę go pamiętał. Mam obiekcję co do reakcji bohatera na wzmianki A. o nawiach, jakby te demony (nie demony ogólnie, tylko nawie właśnie) były czymś oczywistym.

Rzeczywiście całość trochę odbiega od realności, ale przyjęłam to jako element konwencji i mi nie przeszkadzało. Naprawdę ładnie narysowana atmosfera sprawiła, że czytało się płynnie, a wspomnianych w komentarzach niedopowiedzeń osobiście nie zaliczam na minus.

Lord Vedymin – Ile by się nie sprawdzało i tak jakaś literówka się trafi… Poprawiłem, dzięki.

Czerwony sweter to strój przewodnika :) Tak na marginesie – człowiek w czerwonym swetrze to najbardziej realna osoba w “A.”, jedyna mająca pierwowzór w rzeczywistości, aczkolwiek przeniosłem spotkanie z nim o kilka lat i kilka dolin :)

Reakcja na wzmianki o nawiach wynika z tego, że narrator snuje swoją opowieść z perspektywy człowieka pogodzonego ze swoim losem, wybierającego się na śmierć – są dla niego nieodłączną częścią doświadczanego świata. Poza tym (ale to w sumie mniej istotne) początkowo narrator traktuje je jako wytwór wyobraźni A. i nie uważa, że są istotą problemu. 

 

Teyami – dziękuję; starałem się coś takiego uzyskać, w końcu pisałem z takiej perspektywy, jak wspomniałem wyżej – narrator nie może zbyt mocno stąpać po ziemi; opowiada, znajdując się w dość trudnym emocjonalnie stanie, wspomina rzeczy sprzed lat – brak niedopowiedzeń mógłby podważyć jego wiarygodność :)

nie da rady

Tekst do mnie nie przemówił.

Skojarzył się z “Cierpieniami młodego Wertera”. I, niestety, to nie jest komplement. Dużo o cierpieniu, dużo o samobójstwie, ale żeby ruszyć tyłek i zrobić coś zwalczającego cierpienie – to już nie ma komu. Nie potrafię zrozumieć bohaterów.

Babska logika rządzi!

Finkla – dla mnie to jednak komplement, chociaż nie zgodzę się, że jest dużo o samobójstwie – bo jest kilka linijek na prawie 25000 znaków (i to biorąc pod uwagę również samobójstwo metaforyczne, bo wyłączając, to cała jedna).

Tekst w założeniu nie miał być o aktywności ku poprawie ludzkiego bytu :)

nie da rady

Jeśli jednak komplement, to sprawa zwyczajnie rozbija się o różne gusty. Ja przez “Cierpienia” brnęłam w męce. ;-)

Babska logika rządzi!

Zdecydowanie różne :) Ja co prawda nigdy nie wróciłem do “Cierpień”, ale wspominam je dobrze, a już na pewno nie w kontekście męki ;)

nie da rady

Nowa Fantastyka