- Opowiadanie: Łukasz Kuliński - Kiedy umarł stary Howard

Kiedy umarł stary Howard

Serdecznie podziękowania dla Finkli za betę. Bez niej byłoby krucho. 

 

Życzę miłej lektury. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Kiedy umarł stary Howard

Kiedy umarł stary Howard, Elizabeth była zszokowana. Wiadomość o zgonie kuzyna przyszła do niej listownie, a kopertę wręczył ten sam miły chłopak, który codziennie przynosił pocztę. Przeżyła już śmierć wielu bliskich, ale odejście tego dziwnego człowieka poruszyło w niej nieznane dotąd struny.  Odkąd sięgała pamięcią wszyscy w rodzinie unikali rozmowy na jego temat. Traktowany jak cień, stał się oczywisty, a jednak niewidzialny. Krewni znali jego związek z pewnym starym i niepokojącym wypadkiem morskim sprzed ponad ćwierćwiecza. Udział Howarda w tym wydarzeniu oraz chwiejny stan umysłowy sprawiły, że stał się odludkiem i samotnikiem. Jedynie Elizabeth, pełna współczucia i empatii, starała się, przynajmniej na święta, odwiedzić zdziwaczałego lekarza w jego zapuszczonym i cichym domu. Żywiła podejrzenie, że to właśnie dlatego postanowił przepisać na nią swój skromny majątek. Kiedy notariusz wręczył jej niedługi spis dóbr pozostawionych przez Howarda, sprawił staruszce niemały kłopot. Doprawdy, nie wiedziała co począć z domem oraz zakurzonymi rupieciami będącymi jedynym spadkiem po kuzynie. Sądziła, że nie powinna, tak po prostu, sprzedawać wszystkiego. Czuła, że w ten sposób obrazi pamięć po tym tajemniczym człowieku. Zamiast tego, z pewną ekscytacją, zaczęła przeglądać rzeczy po zmarłym i zastanawiała się nad ich znaczeniem w życiu zdziwaczałego kuzyna. Była to dla niej pewnego rodzaju przygoda, tym bardziej ekscytująca, że niewiele nowych rzeczy przydarza się ludziom w tak podeszłym wieku.  

 Uwagę w szczególności przykuwał drewniany kuferek znaleziony pod łóżkiem. Pomyślała, że miał dla Howarda wielką wartość skoro postanowił trzymać go blisko siebie. Niemałe było jej zdziwienie, gdy znalazła w środku krótką notatkę zaadresowaną do siebie. Brzmiała ona:

Kuzynko, spal to. Ja nie byłem w stanie.

 W środku, prócz enigmatycznej wiadomości, znalazła jeszcze elegancki dziennik oprawiony w skórę. Pobieżne przekartkowanie zawartości ukazało tekst zapisany najpewniej ręką Howarda. Cóż za intrygująca sprawa.

 Niecałą godzinę później, z kocem owiniętym wokół nóg, ogniem w kominku i kieliszkiem wiśniowej brandy przystąpiła do lektury.

17 marca 1880

Nazywam się Howard Hall.

Rozpoczynam pisanie tego dziennika w dniu mojej pierwszej podróży morskiej. Namówiony przez przyjaciela, kapitana Larsena, zaciągnąłem się na pokład Curiosity jako lekarz. Niechaj pisanie tych notatek umili czas podróży i skróci nieco długie godziny żeglugi po bezkresach Atlantyku.

Zmierzamy do Bostonu. Wieziemy ładunek herbaty, który kapitan zamierza sprzedać z ogromnym zyskiem. Ze swojej części zarobionych pieniędzy otworzę prywatną klinikę. Czeka mnie wspaniałe życie w Nowym Świecie.

Piszę te słowa, kiedy odbijamy od brzegu.

Ahoj, przygodo!

18 marca 1880, wieczór

Minął pierwszy dzień. Czuję się znużony.

Załogę stanowi, prócz mnie i kapitana, dwunastu mężczyzn. Każdy z nich to zaprawiony w boju wilk morski i okazało się, że jestem jedynym nieobeznanym z oceanem człowiekiem na pokładzie. Stałem się dla siebie pierwszym pacjentem, gdyż choroba morska dopadła mnie godzinę po opuszczeniu bezpiecznego portu. Marynarze śmieją się i za plecami nazywają mnie szczurem lądowym.

Po tym jak zejdziemy z pokładu moja stopa nigdy więcej nie stanie na żadnej przeklętej łajbie.

19 marca 1880

Kapitan dostrzegł moje osamotnienie i wyciągnął przyjazną dłoń. Zostałem zaproszony na partię szachów, którą rozegraliśmy w jego kajucie. Zapewnił mnie, że od długiego czasu szukał równego sobie partnera do gry i jest niezmiernie rad, że przyjąłem wyzwanie. Mimo że wiem, iż stara się wyciągnąć mnie z podłego nastroju, jestem mu wdzięczny za to dyplomatyczne kłamstewko.

Cóż za intrygujący człowiek!

Poznaliśmy się ponad dziesięć lat temu. Formalnie jest mi szwagrem, gdyż wziął za żonę moją siostrę, Lizę. Panie, świeć nad jej duszą.

Larsen jest prawdziwym unikatem jeśli chodzi o szachy. Dawno temu opracował pewne otwarcie, które nazwał „partią norweską”. Mówi, że wymyślił je podczas jednego z wieczorów spędzonych z Lizą. Rzecz w tym, że każdą partię, którą rozgrywa, stary Larsen rozpoczyna właśnie tym debiutem! Czyż to nie osobliwe? Nie sądzę nawet, aby był to najszczęśliwszy początek. Zbyt mocno bowiem odsłania skrzydło królewskie i rezygnuje z bezpiecznej roszady na rzecz agresywnego ataku. Zamierzam opracować strategię przeciwko „grze norweskiej”. Przynajmniej mogę zająć czymś myśli.

 

Następne kilkanaście stron Elizabeth przekartkowała i obdarzyła jedynie przelotną uwagą. Stanowiły bowiem zapisy wielu partii, rozegranych między Howardem a starym kapitanem. Po prawdzie, niewiele z nich rozumiała, gdyż tajniki tej skomplikowanej gry były jej zupełnie obce. Uwagę przykuł natomiast zapis sporządzony kilka dni później.

25 marca 1880

Dziś po raz pierwszy zobaczyłem ognie świętego Elma. Cóż za nieskończenie fascynujący widok!  Nie wiem, jak wiele czasu spędziłem na pokładzie, owinięty kocem, z oczami wlepionymi w górę. Byłem jak dziecko, które cieszy się nową zabawką. Nie przeszkadzały mi nawet złośliwe komentarze marynarzy.

Światła dosłownie płyną po statku i balansują na krawędziach masztu, w cudownym, nieziemskim tańcu.

W ramach eksperymentu psychologicznego spróbowałem wyobrazić sobie, że oglądam duchy. Moja gra bawiła mnie przez kilka minut, ale potem uczułem dziwne wrażenie niepokoju, które rozchodziło się od brzucha i szybko sparaliżowało ciało. Nie wiem, skąd wziął się ten stan, ale przysięgam, że przez krótką chwilę naprawdę POCZUŁEM czyjąś obecność. Kiedy znikł ognik, w który się wtedy wpatrywałem, osobliwy stan minął. Uciekłem jednak do swojej kajuty i teraz staram się zdusić niepokój, przelewając lęki na papier.

Kapitan mówi, że czeka nas burza.

Znajdujemy się, mniej więcej, na pięćdziesiątym trzecim stopniu szerokości geograficznej północnej i dwudziestym siódmym stopniu długości geograficznej zachodniej. Sam nie znam się na nawigacji, zapytałem o to kapitana. Nie wiem czemu, ale chciałem uwiecznić miejsce, w którym spotkało mnie to osobliwe wydarzenie.

26 marca 1880, poranek

Dzięki Bogu, przeżyliśmy.

W nocy Curiosity wpłynęła w objęcia sztormu. Ludzie mówią, że nigdy nie widzieli czegoś takiego. Straciliśmy dwóch marynarzy. Kapitan chce odprawić ceremonię pogrzebową, mimo braku ciał.

26 marca 1880, wieczór

Odprawiliśmy uroczystość. Nawet ja powiedziałem kilka słów, mimo że znałem tych mężczyzn bardzo krótko. Załoga jest przygnębiona, ale ponure wydarzenie w jakiś sposób zbliżyło nas do siebie. Marynarze przestali ze mnie drwić i nawet poprosili, abym wychylił z nimi kieliszek na cześć zmarłych. Oczywiście przystałem na propozycję.

Statek otoczyła gęsta mgła. Nie widzę dalej niż na wyciągnięcie ręki.

Z pijatyki wymknąłem się zanim alkohol całkowicie mnie zamroczył. Wstąpiłem jeszcze do kapitana, aby porozmawiać i zagrać w szachy. Larsen również był w ponurym nastroju.

27 marca 1880

Mgła cały czas się utrzymuje. Żegluga w tych warunkach jest prawie niemożliwa. Praktycznie stoimy w miejscu.

Wciąż nie udało mi się pokonać „partii norweskiej”.

11 kwietnia 1880

Mimo upływu długiego czasu nie zdołaliśmy wydostać się z mgły. W dzień widzimy na wyciągnięcie ręki, ale nocą ruszamy się całkowicie po omacku, mimo latarni w dłoniach. Załoga jest zaniepokojona, panuje marazm. Co się dzieje? Próbuję pytać o to kapitana, ale zbywa mnie. Kiedy naciskam, udaje, że skupia się na grze. Wiem jednak, że jest rozkojarzony. Już kilka razy zdołałem go pokonać.

12 kwietnia 1880

Dziś wydarzyło się coś dziwnego. Po zapadnięciu zmroku Curiosity otoczyło światło. Nie przypominało ogni świętego Elma. Wydobywało się spod wody i odniosłem wrażenie, że otula statek. Miało ciemnozielony kolor i bez trudu przebijało się przez mgłę. Zadziwiony, zacząłem rozpytywać marynarzy o przyczynę zjawiska, ale każdy z załogantów był równie zdumiony co ja. Światło zniknęło po kilku minutach.

Co się dzieje?

13 kwietnia 1880

Nad ranem łuna powróciła. Mogę stwierdzić, że było to mniej więcej o wschodzie słońca jedynie na podstawie wskazań mojego chronometru. Słońce bowiem nie pojawiło się już od wielu dni. Gdy patrzymy w niebo, widzimy tylko mgłę.

Tym razem światło jest inne. Nie bije tak intensywnie, jego źródło zdaje się być zanurzone głębiej. Ponadto, teraz dostrzegam pojedyncze punkty zamiast szerokiej emanacji, jak to było poprzednio.

Zmusiłem kapitana, aby wypowiedział się na ten temat, ale stwierdził jedynie, że ocean pełen jest tajemnic. Ta enigmatyczna odpowiedź mówi jednak wiele: mamy do czynienia z zagadką, o której nikt nie ma pojęcia.

27 kwietnia 1880

Bardzo źle sypiam. Dni zlewają się w jedno, nigdy nie wiem, kiedy powinien zapaść zmrok, a kiedy należy oczekiwać słońca. Z pozostałymi jest tak samo. Tych, którzy mają największe problemy odurzam eterem. Światła wciąż są z nami. Widzę je nawet w snach. Szepczą moje imię. Wołają mnie.

Jestem roztrzęsiony. Muszę wziąć się w garść.

28 kwietnia 1880

Dziś w nocy obudził nas krzyk. Wszyscy w pośpiechu wybiegliśmy na pokład. Okazało się, że jeden z marynarzy wyskoczył za burtę. Pytałem człowieka, który to widział o szczegóły. Był roztrzęsiony, ale udało mi się wyciągnąć z niego informacje. Zgodnie z tym co powiedział, marynarz stał przy burcie, z latarnią w dłoni. Razem z tym drugim pełnili wartę. Podobno przez długi czas, w milczeniu, przyglądał się światłom pod powierzchnią wody. W pewnym momencie, bez żadnego wyraźnego powodu, zaczął przechodzić przez barierkę i rzucił się do wody.

Ciała nie znaleźliśmy.

5 maja 1880

Na pokładzie Curiosity panuje przygnębienie. Nikt nie wie, co się dzieje i jak wydostać się z pułapki, w którą wpadliśmy. Marynarze chodzą po statku bez celu, nikt nie podejmuje sensownych działań. Pod pretekstem badań wypytuję załogę o sny. Nie jestem psychiatrą, posiadam jedynie podstawowe obeznanie z aktualnym stanem tej arcytrudnej gałęzi medycyny. Być może jednak moje obserwacje wniosą do niej coś istotnego, jeśli kiedyś wydostaniemy się z tego miejsca i będę mógł zrelacjonować to, czego się dowiedziałem. Otóż wszyscy marynarze, co noc, miewają te same wizje. Śni im się zgniłozielone światło otaczające statek, które szepcze ich imię. Cóż za osobliwość! Dlaczego wszyscy doświadczają tych samych majaków? Czy jest to spowodowane wspólnym, traumatycznym przeżyciem, czy też mamy do czynienia z siłami mistycznymi, których zrozumienie przekracza nasze możliwości!? Wiem, że poczyniona przeze mnie uwaga jest całkowicie, obelżywie wręcz nienaukowa, ale czuję, że zaczynam odchodzić od zmysłów!

Muszę odpocząć. Dziś zaaplikuję lek również sobie.

10 maja 1880

Martwię się o kapitana. Źle znosi podróż. Coraz częściej widzę go, wpatrującego się w światła pod powierzchnią wody. Pamiętam, jak skończyło się to poprzednim razem, dlatego staram się zajmować jego myśli czymś innym. Gramy w szachy. Mimo że już dawno przestał być dla mnie przeciwnikiem, a „grę norweską” udało mi się pokonać, czasem pozwalam mu wygrać. Traktuję Larsena jak pacjenta, a grę jako terapię.

11 maja 1880

Dziś jeden z marynarzy powiesił się.

15 maja 1880

Boże. Nigdy się stąd nie wydostaniemy.

27 maja 1880

Stało się coś nieoczekiwanego. Dzisiejszego ranka kapitan wezwał całą załogę i wygłosił pełną optymizmu przemowę, w której wyjaśnił, że wkrótce wydostaniemy się z mgły. Zapewnił nas, że znalazł drogę i dzięki jego nawigacji szybko zobaczymy dom.

Jestem jednak pełen podejrzeń. Kiedy wyznaczył trasę, skoro większość czasu spędzaliśmy razem? Nigdy nie widziałem go pracującego nad czymkolwiek. Czy nie powinienem widzieć map, obliczeń, jakichkolwiek śladów pracy? Zapytałem o to. Zirytował się i odszedł do kajuty. Nazwał mnie “marynarzem”. Dziwne. Nigdy tego nie robił.

28 maja 1880

Płyniemy. Odnoszę wrażenie, że łuna, która nas otacza jest coraz silniejsza. Marynarze donieśli mi również o ognikach, które widać daleko we mgle. Mają ten sam zgniłozielony kolor. Sny się nasilają.

Kapitan zachowuje się bardzo dziwnie. Mam podejrzenia. Boję się jednak o nich pisać.

29 maja 1880

Sądzę, że ktoś przeglądał ten dziennik. Od dziś będę go trzymał tylko przy sobie.

Jutro zweryfikuję moje podejrzenia. Obym się mylił.

30 maja 1880

Pełen obaw, udałem się dziś do kapitana. Mimo strachu, starałem się wyglądać życzliwie i przyjaźnie. Przeprosiłem Larsena za poprzednie pytania i poprosiłem o partię szachów na przypieczętowanie zgody. Przystał na propozycję.

Grałem białymi. Rozpocząłem standardowo, wysuwając piona na pole e4. Nie wiem, jakim cudem ukryłem napięcie, gdyż z nerwów trzęsły mi się dłonie i zrobiłem się mokry od potu. Zgodnie z założeniem kapitan mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób. „Partią norweską”.

Nie zrobił tego.

Zapytałem go, czemu wykonał takie właśnie posunięcie. Uśmiechnął się jedynie i stwierdził, że uznał to za najlepszy ruch.

Spojrzałem mu w oczy. Przysięgam, na wszechmogącego Boga, przysięgam, że jego tęczówki miały ten sam zgniłozielony kolor, który widzimy codziennie! Kimkolwiek była istota, która siedziała przede mną, z pewnością nie mogła być Larsenem.

Wymówiłem się złym samopoczuciem i uciekłem do swojej kajuty. Jestem przerażony.

31 maja 1880

Larsen, czy raczej istota, która się za niego podaje, wciąga nas w głąb tego szaleństwa. Zamierzam to zakończyć. Dzisiaj.

Niech Bóg ma mnie w swojej opiece.

 

Tutaj następowała długa przerwa w zapiskach. Elizabeth przerzucała strony, na których Howard próbował wznowić swoją relację, ale rezygnował po kilku słowach, lub wręcz po kilku niewyraźnie nakreślonych znakach. Cokolwiek wydarzyło się potem, umarło wraz z autorem.

Było jednak coś jeszcze. Ostatnia kartka, na której Howard wkleił wycinek z gazety. Tytuł zamieszczonego tam artykułu brzmiał:

Wrak Curiosity odnaleziony. Kapitan oraz większość marynarzy nie żyje. 

Koniec

Komentarze

popraw w drugim zdaniu: wiadomość o ZGONIE

czytam dalej

Jak to się uchowało!? :D

O, a co było wcześniej?

Babska logika rządzi!

Zgodnie. I zgodnie to pominęliśmy :D 

Zgoda buduje. ;-)

Babska logika rządzi!

Zapiski budzą niepokój, czytałam zaciekawiona, ale na koniec doznałam rozczarowania, albowiem nie mam pojęcia, o czym czytałam. :(

 

Zo­sta­łem za­pro­szo­ny na par­tię sza­chów, którą od­by­li­śmy w jego ka­ju­cie. – Nie wydaje mi się, by partię szachów można odbyć.

Proponuję: Zo­sta­łem za­pro­szo­ny na par­tię sza­chów, którą rozegraliśmy w jego ka­ju­cie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pytałem człowieka, który to widział, o szczegóły.

Czasem za gęsto z przecinkami jak na mój gust. Tu można by zręczniej napisać: “Pytałem o szczegóły człowieka, który to widział”. 

Mam też wrażenie, że często powtarzasz tę samą informację:

 

Żywiła podejrzenie, że to właśnie dlatego postanowił przepisać na nią swój skromny majątek. Kiedy notariusz wręczył jej niedługi spis dóbr pozostawionych przez Howarda, sprawił staruszce niemały kłopot. Doprawdy, nie wiedziała, co począć z domem oraz zakurzonymi rupieciami, będącymi jedynym spadkiem po kuzynie.

Trzy zdania i w każdym informacja o tym, że dostała spadek. Nie, że to błąd, ale zrozumiałem to za pierwszym razem. A zdanie powinny coś wnosić. Po co jest np. ta uwaga “będącymi jedynym spadkiem po kuzynie”? To wynika z poprzednich zdań. 

 

Czuła, że w ten sposób obrazi pamięć po tym tajemniczym człowieku. Zamiast tego, z pewną ekscytacją, zaczęła przeglądać rzeczy po zmarłym i zastanawiała się nad ich znaczeniem w życiu zdziwaczałego kuzyna.

Tu tak samo. Dwa zdania, trzy określenia na tę samą osobę. Jeśli chcesz powiedzieć coś o tym Howardzie, zrób to raz, a porządnie poświęcając mu osobne zdanie. 

Przeszkadzały mi też sformułowania “cóż za intrygująca sprawa”, “cóż za intrygujący człowiek”, “cóż za nieskończenie fascynujący widok” i “arcytrudna gałąź medycyny”. 

Poza tym radzę nie zaczynać tekstu od tak długiego akapitu. Można to podzielić i od razu powinno się jakoś łatwiej czytać.

 

No, a teraz ogólnie. Źle nie jest. Ale szału też nie ma. Klasyczna historia o odkrywaniu jakiejś starej opowieści. Zabrakło mi tu jakiejś klamry, czegoś, co połączyłoby minione zdarzenia z teraźniejszością. Nie ma puenty. Co wnoszą wzmianki o Elizabeth? Równie dobrze mogliśmy dostać sam dziennik. 

Na plus wykorzystanie morskich i szachowych motywów :)

Reg, miło, że wpadłaś :).

 

Funthesystem, dziękuję za przeczytanie i opinię. Celne wskazówki, będę musiał się zastanowić jak wprowadzić zmiany, jeśli rzeczywiście wprowadzę. Na pewno zachowam je w pamięci przy kolejnym tekście.  

 

Opowiadanie z założenia miało być krótkie i przedatwić nierozwiązaną tajemnicę, w klimatycznym, dziennikowym podaniu. Przeszło mi przez myśl żeby pociągnąć tekst dalej i napisać historię śledztwa tego dziwnego zjawiska. Oparłem się jednak pokusie, gdyż wtedy tekst stałby się znacznie dłuższy, a przy każdej mojej publikacji dostaję uwagę o zbyt rozwlekłym stylu. Chciałem oddać Lovecraftowski dreszczyk. 

 

Elizabeth posłużyła jako most między dziennikiem, a czytelnikiem. Dziennik podany sam w sobie nie mógłby funkcjonować. 

 

Klamra. Miał nią być wycinek z gazety na końcu. Miałem obawy czy temat nie został zbyt zdawkowo zamknięty. Chyba słusznie, skoro już trzy osoby odniosły to samo wrażenie. 

 

Wyrażenia  “cóz za…”. Powtarzałem je żeby styl pisania Howarda był spójny. Chciałem jakoś oddać jego rys, a skoro to on pisał, uznałem, że być może zrobię to przez charakterystyczne dla niego zwroty.

Cześć.

“Kolory przestworzy”, “Muzyka Ericha Zanna” – znasz te opowiadania? Gdybym miał zgadywać, to powiedziałbym, że na pewno tak.

Ja również. I uwielbiam taki klimat. Horror dziejący się w głowie, niejasności, niedopowiedzenia i przedwieczne “coś”, które równie dobrze może kryć się w cieniu, w morzu, co w innym wymiarze.

To był wspaniały tekst. W takim klimacie, jaki uwielbiam. Gratuluję i dziękuję.

Chyba zabrakło mi lekarskiego wnioskowania o tym, że marynarze mogli mieć halucynacje (i całą resztę) wskutek oddziaływania na nich mgły, w której mogły znajdować się opary czegoś bądź wydzielina świecącej istoty. Wszak to druga połowa XIX wieku, czas, gdy już używano niektórych anestetyków, a z innymi eksperymentowano. Lekarz raczej o tym słyszał (szarlatan czy felczer mogliby o tym nie wiedzieć).

 

Interpunkcja to najsłabsza część tego utworu. Nie ma problemów tam, gdzie przecinek powinien stać z całą pewnością. Dlatego mam wrażenie, że powinieneś zrobić coś takiego ze skutkiem pomyślnym dla całości: jeżeli masz trwającą choćby ułamek sekundy wątpliwość, czy wstawić przecinek, czy nie, to go nie wstawiaj. Problemem jest nadmiar przecinków. Działając w taki sposób, być może zmniejszysz ilość błędów o połowę.

 

Po chwili refleksji: tajemnicze wezwanie do spalenia było nastrojowe. Ale jego sens blednie po wszystkim. Bo przestaje mieć sens. Nie okazuje się nagle, że poznanie zawartości notatnika przywołuje C’thulhu. Notes przeleżał jakiś czas pod łóżkiem (może kilka tygodni, może kilkanaście lat) i także nie wydarzyło się nic wykraczającego poza umysł lekarza. Więc owo wezwanie robi się teatralnym zabiegiem pozbawionym znaczenia. Być może warto zmienić treść suplikacji? A może zostawić, a za to zasugerować, że już sam manuskrypt ma moc przywoływania czegoś przedwiecznego? Przecież starsza kuzynka po skończonej lekturze mogła się zorientować, że czytała przez pół nocy, że lampa czy świeca już zgasły, a ona nie spostrzegła, że wciąż było wystarczająco jasno, tylko ta zielona poświata czyniła rzeczy dziwnymi, chimerycznymi. Prawda? :-)

 

Było świetnie. Twórczość pana Lovecrafta znów ożyła. Ale porównanie tylko przez wzgląd na chronologiczne pierwszeństwo. Bo to jest Twoje dzieło. Bardzo dobry i bardzo nastrojowy tekst.

 

Oczywiście zgadzam się, że “puentowanie” takiego tekstu zabiłoby go. Nie byłby już to tekst w stylu pana Lovecrafta i prawie na pewno byłby słabszy.

“Cóż za” i mi przeszkadzało, gdyż jest manierą. Ale gdy przypomniałem sobie, że czytam zapiski ze 140-letniego dziennika, to zaakceptowałem tę frazę. Czytałem kiedyś powieść “Mnich” pana Lewisa, czytałem też “Podróż do wnętrza ziemi”. Bez względu na to, jak bardzo inny był język angielski 100 czy 200 lat temu, to “cóż” zdaje się dobrze oddawać emfazę w wypowiedziach osób starszych i/lub lepiej wykształconych.

Gdy wymyślę sygnaturkę, to się tu pojawi.

niewiele nowych rzeczy przydarza się ludziom w tak późnym wieku. – podeszłym 

Mimo, że wiem, iż stara się wyciągnąć – mimo że > bez przecinka

Martwię się o kapitana. Źle znosi podróż. – napisałabym raczej “rejs” 

Za dużo przecinków.

Kapitalnie się czytało, ale na koniec – jak ktoś już napisał – przeżyłam rozczarowanie. Jakieś to zakończenie jest nijakie. Ani nie wzmaga grozy, ani nie rozwiązuje tajemnicy. Ale mimo to uważam, że należy mu się uznanie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przecież starsza kuzynka po skończonej lekturze mogła się zorientować, że czytała przez pół nocy, że lampa czy świeca już zgasły, a ona nie spostrzegła, że wciąż było wystarczająco jasno, tylko ta zielona poświata czyniła rzeczy dziwnymi, chimerycznymi. Prawda? :-)

Prawda. I teraz uderzyłem się w czoło, bo byłaby to świetna puenta, znacznie mocniejsza niż obecna. Szkoda, że tak tego nie pociągnąłem. Teraz żałuję. Następnym razem. 

Dziękuję za miłą opinię, Piotrze. Opowiadania, o których mówisz oczywiście znam. Miło, że wpadłeś. 

 

Bemik, dziękuję za odwiedziny. Cieszę się, że opowiadanko przypadło do gustu mimo końcówki. 

niewiele nowych rzeczy przydarza się ludziom w tak późnym wieku. – podeszłym

Szukałem tego słowa. Dobrze, że znalazłaś :). 

Jak wielu przedpiśców ja również odczułam na koniec rozczarowanie. A szkoda, bo opowieść bardzo mnie wciągnęła. Trzeba by usunąć nadmiar przecinków z pierwszego akapitu.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Obejrzałam wczoraj “Dagona” i praktycznie zaraz po seansie wzięłam się za lekturę Twojego tekstu, więc klimat mi zdecydowanie siadł. Niby nic nowego, ale imo atmosfera i umiejętność zbudowania dla czytelnika nastroju grozy i niesamowitości jest w horrorach ważniejsza niż odkrywcza fabuła i oryginalność (choć twist na końcu i odrobina nieprzewidywalności zawsze są mile widziane). 

Lovecraftiańskie klimaty bardzo lubię, mimo iż Lovecraft mistrzem pióra nie był. Zawsze czytało mi się go bardzo ciężko – na szczęście Twój tekst jest nieco lżejszy w odbiorze. 

Za to Elizabeth w tym wszystkim jakoś slabo się odnajduje. Rozumiem, że chciałeś z jej perspektywy przedstawić, jak wydarzenia na statku zmieniły Howarda, ale przydałoby się jej wątek rozbudować, żeby miał jakieś uzasadnienie w treści opowiadania. 

Zakończenie też trochę rozczarowuje, jest miałkie, niezapadające w pamięć. 

 

PS. Fajny tytuł. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fleurdelacour, dziękuję za wizytę i komentarz. 

 

Gravel, również dziękuję, że wpadłaś. Rzeczywiście film i tekst zgrały się klimatem. Cieszę się, że kliknęłaś. Tutuł stworzył się sam. Word automatycznie zapisał go jako pierwsze zdanie, pierwszego akapitu. Traf chciał, że idealnie się nadało więc zostawiłem. 

Zamysł zacny, wykonanie stylowe.

Tylko końcówka faktycznie zbyt pospieszna – nie chodzi o brak wyjaśnienia, bo przy tej stylistyce i takich inspiracjach jest to uzasadnione, tylko o nieproporcjonalność pomiędzy otwarciem i zakończeniem (ilością tekstu i rolą Elżbiety przed i po dzienniku).

Miło, że przeczytałeś Coboldzie, fajnie, że zostawiłeś komentarz. 

 Całkiem się podobało, nie przestraszyło bardzo, ale wynagrodził to tajemniczy klimat :)

Tylko, kurczę, nie rozumiem, czy nie lepiej by było, gdyby w notatce prasowej napisali, że wszyscy zginęli, a nie tylko większość? Ale to Twój tekst, więc na dobrą sprawę, tylko tak sobie dywaguję :)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Kiedy umarł stary Howard(+,) Elizabeth była zszokowana.

 

Traktowany jak cień stał się oczywisty, a jednak niewidzialny. ← człowiek stał się oczywisty? Z powodu traktowania jak cień? :|

 

Pierwszy akapit mógły być bardziej rozbity. Powtórzona jest tam też blisko siebie ekscytacja i za dużo określeń już oczywistych – tajemniczy, zdziwaczały w stosunku do Howarda.

 

 Uwagę, w szczególności, przykuwał ← pozbyłabym się tych przecinków

 

Pobieżne przekartkowanie zawartości ukazało tekst zapisany najpewniej ręką Howarda. Cóż za intrygująca sprawa. ← to brzmi dziwnie. Nie ma nic intrygującego w dzienniku. I to zapisanym (o dziwo!) ręką właściciela domu.

 

zaciągnąłem się na pokład Curiosity, jako lekarz.

 

Cóż za intrygujący człowiek! ←  znów ta sama konstrukcja, co w przypadku dziennika. Rzuca się w oczy.

 

Dawno temu, opracował pewne otwarcie

 

Zbyt mocno bowiem, odsłania skrzydło

 

między Howardem, a starym kapitanem.

 

z oczami wlepionymi w górę. ← z oczami wlepionymi w górę? Wpatrzonymi, to by mi brzmiało, ale oczy raczej wlepia się w coś, a nie w kierunek

 

eksperymentu psychologicznego, spróbowałem wyobrazić sobie

 

Wydaje mi się, że słowo osobliwe jest nadużywane, przez co traci swoją… osobliwość :P

 

Cóż za osobliwość! ← no i znowu…

 

Odnoszę wrażenie, że łuna, która nas otacza(+,) jest coraz silniejsza.

 

 

Lubię temat osobliwości i magii na morzu. I czekałam, jak to się skończy. Wydaje mi się, że tego zakończenia tutaj brakuje, jest jakby urwane. Ale to oczywiście tylko moje odczucie. Trochę brakuje mi wtrąceń związanych z czytelniczką – no bo ona taka niby podjarana, a potem zupełnie zostaje wykluczona z treści. Mogłaby czasem obnażyć swoje emocje albo wtrącić coś, co wiedziała o Howardzie. Bo tak to wydaje się tylko wstępnym zabiegiem do tego, by mieć usprawiedliwienie na formę dziennika. Fabuła podobała mi się najbardziej :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Czuję się oszukana. Rozumiem, że niedopowiedziane zakończenia są super, ale, Drogi Autorze, powiem Ci, że one są super dopiero, gdy dają jakieś pole do zastanowienia i wysnuwania własnych wniosków. A u Ciebie niestety tego zabrakło. Tekst zaciekawia, ale na koniec pojawia się jedna myśl. O co w tym chodziło?

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Lenah, dziękuję, że przeczytałaś i zostawiłaś po sobie ślad. 

 

C21h23no5.enazet, miło mi, że nie tylko przeczytałaś, zostawiłaś komentarz, ale jeszcze poświęciłaś czas na łapankę. 

 

Morgiano, przykro mi, że czujesz się oszukana. Mimo to cieszę się, że spędziłaś czas przy leturze mojego tekstu. Dziękuję za opinię. 

Również skojarzyło mi się z Lovecraftem, czyli opowiadanie od początku punktuje, bo lubię takie klimaty. Historia klasyczna, ale wciąga i czyta się dobrze. Zakończenie może być, choć pociągnąłbym jeszcze tę część pozapamiętnikową. Jest tam miejsce, żeby coś ciekawego wsadzić.

Konkret potencjał wyczuwam w tym tekściku :D

 

Zainteresowałem się przyrównaniami do Lovecrafta i przeczytałem, licząc na coś w duchu mistrza makabry. Klimat rzeczywiście wyszedł gęsty i smakowity, postaci Howarda i kapitana też spoko.

Wstęp oczami Elizabeth niby nic nie wnosi, ale, jak napisałeś, dobrze wprowadza w treść dziennika. Nie rozumiem, dlaczego lekarz nie potrafił go spalić – wszak, koniec końców, pamiętnik nie zawierał żadnych szczególnych informacji…

 

Puenta zawodzi, to jednak już wiesz. Niektórym otwarte zakończenia pasują, ale ja podsumuję to dosadnie – brak pomysłu. Ja, gdy czytam tego typu zakończenia, widzę, zagubionego autora. Co prawda sam postępuje równie źle, bo cisnę łopatologią, ale wierzę święcie, że prawda tkwi gdzieś pośrodku ;)

 

Stempel jakości na zachętę i z życzeniem, by kolejny horror był jeszcze lepszy. Będę go wypatrywał.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Zygfrydzie, serdecznie dziękuję za klik i komentarz. Cieszę się, że przeczytałeś. Widzę, że Lovecraftowskie klimaty mają grono zwolenników wśród fantastów. 

 

CountPrimagen, miło, że wpadłeś i bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał. Dziękuję za klik. 

Widzimy się przy kolejnym horrorze ;). 

Na początku troszkę się potykałem o drobne niedoskonałości, zacząłem już nawet myśleć, że podobne fałdki w ”Tymonie” jednak nie były zamierzone…

Ale potem tak mnie wciągnęło, że zupełnie przestałem o tym myśleć. Rzeczywiście, nic specjalnego fabularnie, ale klimat, panie, klimat jest pierwszorzędny. I uważam, że jakiekolwiek bardziej szczegółowe opisy zagrożenia zabiłyby go na miejscu.

Zauważyłem dużo nadmiarowych przecinków. Jeśli będzie Ci zależało, mogę kilka wskazać, ale widzę, że nawet te wskazane przez innych jeszcze nie poprawione, więc…

Niemniej – jestem usatysfakcjonowany. Klikałbym.

5.

edit – Ach, no i miałem jeszcze wspomnieć o tym notatniku… Hm… to bardzo wyeksploatowany motyw, pewnie dlatego, że dobry. Chyba jednak nie mam jeszcze przesytu taką formą, bo wcale mi nie przeszkadzała. Wiem za to, że bardziej nastawionych na oryginalność czytelników może drażnić.

Dziękuję za odwiedziny i miły komentarz Vargu. Cieszę się, że Ci się podobało. 

Jeśli chodzi o przecinki to muszę usiąść do opowiadania i przejrzeć je zdanie po zdaniu żeby rozprawić się z nimi raz a dobrze. W czasie sesji nie mam na to czasu, dlatego jeszcze jest tak jak jest. Natomiast jeśli masz chęć, aby mi pomóc i wskazac odpowiednie miejsca to będzie to bardzo pomocne i będę zobowiązany. 

Klimat lovecraftowy, gęsty, stopniowany, wchodzi w czytelnika powoli, ale głęboko, aż ciarki przechodzą. W zakończeniu czegoś mi brakuje i dlatego czuję się trochę rozczarowany. Może Elizabeth powinna uświadomić sobie, że Howard miał zawsze zgniłozielone tęczówki, albo… no, jakieś łupnięcie. Ale przyznaję, że bardzo przyjemna lektura. Gratuluję i… mi mi mi mi, ekhm, klikam! ;)

Blackburnie, dziękuję serdecznie i cieszę się, że tekst przypadł do gustu. 

Hej, nastrojowe opowiadanie. Trochę zabrakło mi zakończenia, ale co kto lubi :) Zapraszam do mojego Mary Celeste, bo jest nieco podobne w klimacie, oraz do pozostałych. pozdrawiam!

Dołączam się do bzugaja – jest klimatycznie, atmosfera gęstnieje z zapisku na zapisek, aż tu nagle czytelnikowi wyskakuje przed oczy napis ,,koniec”. Brakuje mi pointy, choć z drugiej strony taki zabieg też ma swój urok ;)

Przykro mi, Łukaszu, wypisywałem te przecinki, ale Win10 (który niedawno sobie sprawiłem) ma chyba jakieś skróty klawiszowe do brutalnego ubijania przeglądarki (wtf?) i tak mnie właśnie przed momentem załatwił.

Niestety nie mam już siły pisać tego jeszcze raz :/

Brunarze, dziękuję za wizytę i komentarz :). 

 

Vargu, mimo wszystko doceniam, że podjąłeś wysiłek. Win10 to wynalazek szatana.

Niewątpliwie jest klimat, choć cała historia wydaje się odrobinę okrojona i znacznie zyskałaby na pogłębieniu i rozbudowaniu. Podobał mi się motyw szachów, a najbardziej zabrakło mi większego przedstawienia tego co mamiło marynarzy. Choć taka auto tajemnicy, również ma swój urok. Odrobinę kojarzyło mi się z Terrorem Simmonsa (polecam), oraz z Twoim Przewoźnikiem znanym z Histerii. Jak widzę szeroko pojęty temat morza ci odpowiada. 

Warsztatowo również porządnie wykonane, dobrze mi się czytało.

Dziękuję za wizytę i komentarz, Belhaju :). 

Nowa Fantastyka