- Opowiadanie: Darcon - Odcienie miłości

Odcienie miłości

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Odcienie miłości

Grzegorz z Markiem wracali z imprezy integracyjnej służbowym passatem. Reszta uczestników jechała za nimi wynajętym autokarem.

– Szkoda, że nie mogłeś być od piątku! – Grzesiek wyraźnie zadowolony, wyciągnął się w fotelu pasażera. – Pięknie było!

– Domyślam się, która tym razem? Edyta, Ula? – Marek nie krył ironii.

– Ula. To jest dopiero kobieta… Żebyś ty widział jej ciało!

– Patrz, a stawiałem na Edytę. Widziałem, jak tam wczoraj szwargotaliście.

– Wczoraj Edyta, ale wiesz, tak na pożegnanie… Dziewczyna za tydzień odchodzi z firmy.

Marek wywrócił oczyma. Popatrzył na kolegę z naganą. Musiał jednak przyznać, że facet przyciągał kobiety jak magnes i nawet nie musiał się zbytnio starać. Dobra sylwetka, wręcz sportowca, choć był przed czterdziestką. Ciemne, lekko szpakowate włosy, zawsze nienagannie ubrany. Sam był jego przeciwieństwem, łysiejący grubasek z okularami na pół twarzy. Chociaż od jakiegoś czasu chodził w soczewkach, a i brzuszek zrobił się znacznie mniejszy dzięki ćwiczeniom. Grzesiek mu pomógł, pokierował go na „męską stronę mocy”, jak to określał. Markowi, dyrektorowi departamentu, znacznie poprawiło to notowania w firmie, zarówno wśród podwładnych, jak i na górze. I za to był przyjacielowi wdzięczny.

– Że ty nie masz wyrzutów sumienia. Piękna żona, wspaniałe córki, czego ty człowieku ciągle szukasz u innych?

– To nie tak. Mówiłem ci, że bardzo kocham Weronikę, ale wiesz, jak kot by się trzymał tylko jednej dziury, to by z głodu zdechł. – Grzesiek zaśmiał się, ale zaraz spoważniał. – Nie panuję nad tym, to jest silniejsze ode mnie.

– Ula chciała z nami jechać. Powiedziałem jej, że musimy omówić sprawy służbowe. – Marek spojrzał dwuznacznie. – Już orbituje wokół ciebie. Uważaj, żebyś się nie rozbił.

– Spokojnie, nie będzie z nią żadnych problemów. – Mężczyzna machnął uspokajająco. – Nadajemy na tych samych falach.

– Oby.

 

– Jak było?

– Normalnie. – Grzegorz pocałował żonę na powitanie. – W sumie to całkiem dobrze. W hotelu była jeszcze inna firma, z branży informatycznej. Udało się zorganizować wspólny mecz w siatkówkę.

– Tato! – Szczupła ośmiolatka wskoczyła na ojca. – Mówiłam mamie, że będę czekać!

– Jejku! Moje plecy! Nie wytrzymam takiego ciężaru. – Mężczyzna stęknął przesadnie. – Co wy jadłyście cały weekend? Same kurczaki?!

– Coś ty. – Dziewczynka zeskoczyła na ziemię. – Wiesz, że mam dietę. Muszę być najlepsza.

– Mówiłem ci, że nie to jest najważniejsze. – Zmarszczył brwi i pstryknął córkę w nos. – Lenka już śpi?

– Tak.

– Ty też biegnij do łóżka.

– Ale przyjdziesz jeszcze do mnie?

– No pewnie.

Spojrzał na żonę, wyraźnie była zmęczona, ale się uśmiechała.

– Dały ci popalić?

– Nie było tak źle. – Kobieta odgarnęła bujne, kasztanowe włosy. – Oliwia żyje teraz tylko tenisem. Jest zadziwiająco posłuszna.

– Znaczy, to był dobry pomysł.

– Nie wiem, czy nie za mocno się angażuje. – Weronika zmarszczyła brwi.

Grzegorz lubił te jej poważne miny. Wyglądała wtedy zabawnie, nie pasowały do niej.

– Właśnie widzę. Dopóki nie śpi z rakietą i nadal wyraża chęć kontynuowania nauki, nie ma problemu.

– Te twoje liberalne poglądy. – Złapała się pod boki. – Gdybym cię nie znała, można by uznać, że mówisz poważanie.

Podeszła do niego, objęła za szyję i pocałowała.

– Choć, zrobię ci kolację.

– O nie kochanie, to ja ci zrobię. – Złapał żonę w pół i pociągnął do kuchni. – Na co masz ochotę?

 

Kolejne dwa tygodnie minęły pod znakiem wzmożonej pracy. Jak zwykle na jesieni sypnęło zamówieniami. W całej firmie był ogień. Grześkowi tylko raz udało się spotkać z Ulą i teraz, na myśl o jej małych, jędrnych piersiach i szczupłych udach, zrobiło mu się gorąco w spodniach. Postanowił wyskoczyć z nią jeszcze dzisiaj, ciśnienie w biurze zupełnie go wykończało. Gdy znalazł na biurku różowy liścik, uśmiechnął się od ucha do ucha. Ula go wyprzedziła, doskonale się rozumieli, czuł to od początku. Rozdarł małą kopertę i przeczytał:

 

„Pukał wilk razy kilka, puknęli i żonę wilka.

Panie leśniczy kochany, czy pan nie puka w tej chwili damy?

Pędź i broń wilku swą jamę.

Skarć leśnika, skarć i damę”.

 

Krew uderzyła mężczyźnie do głowy, puls gwałtownie skoczył. Czy to może być prawda?! Myśli przelatywały przez głowę jak szalone. Kłócili się ostatnio? Czy Wiki zachowywała się inaczej? Czy mógł ją czymś zranić? Zresztą, co to za pytania. To niemożliwe, nie Weronika.

Zerwał się z fotela jak oparzony. W trzy minuty był na dole przy samochodzie. Zadzwonił tylko do Marka, że musi wyskoczyć na godzinę. Dwadzieścia minut jazdy do domu trwało całą wieczność. Ręce mu drżały, ścisnął mocniej kierownicę, by tego nie widzieć. Zaparkował dwieście metrów od domu. Resztę drogi pokonał biegiem. Postanowił wejść od strony garażu.

Cisza, jaką zastał, tylko pogłębiła obawy. Gdy usłyszał hałas na górze, ruszył cicho po schodach. Drzwi od sypialni były uchylone, ze środka dochodziły przytłumione głosy. Starał się wyłapać słowa, ale usłyszał tylko sapanie i jęki… Nogi się pod nim ugięły. Opanował się, zrobił kilka kroków i zajrzał do pokoju. Zobaczył żonę, jak klęczy na łóżku, a jakiś mężczyzna rytmicznie wchodzi w nią od tyłu. Jęczała, naprawdę jęczała z rozkoszy. Zamurowało go, dopiero po chwili zdołał cofnąć się w głąb domu. Zszedł po cichu do garażu i z ozdobnego futerału wyciągnął kij bejsbolowy wygrany kiedyś na loterii. Gdy wszedł z nim do holu, stanął przed lustrem przetrenować uderzenia.

Machnął raz i drugi, machnął trzeci raz, a za każdym razem wydał się sobie coraz bardziej groteskowy. Czwarty raz machnął już bez zaangażowania, opuścił ramiona. Patrzył, nie potrafił podjąć decyzji.

Ciężko ruszył z powrotem do garażu, odłożył kij na miejsce i wyszedł z domu tą samą drogą, którą przyszedł. Siedział w aucie pół godziny, zanim zdołał odjechać.

 

– Gdzie byłeś tak długo? – Weronika odwróciła się na łóżku w jego stronę. – Wiesz, która jest godzina?!

– Śpij, mamy ogień w pracy. – Nie kłamał, po prostu nie mówił całej prawdy. – Muszę jeszcze posiedzieć nad papierami. Kimnę się później na kanapie.

– Zwariowałeś? Ciężko ci wejść na górę?

– Trochę mi zejdzie, nie chcę cię później obudzić.

– Jak chcesz. – Kobieta odwróciła się do niego plecami.

Zajrzał jeszcze do dziewczynek. Oliwia spała przykryta po uszy, a mała Lenka jak zwykle odkryta i zwinięta w kłębuszek. Poprawił ją i przykrył. Wyszedł z pokoju, gdy upewnił się, że obie śpią spokojnie.

 

Rano czekał niedaleko domu, aż Weronika wyjedzie razem z dziewczynkami. Gdy wszedł do środka, przeszedł po wszystkich pomieszczeniach, sam nie wiedząc dlaczego. To pożegnanie? Zastanawiał się, gdzie to robili. Wszędzie? Czy to miało dla niego znaczenie? Odrzucił przykre myśli i szybko spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Już miał wychodzić, ale wrócił się i zabrał portret dziewczynek, wyciągnął z albumu zdjęcie Weroniki, po kilku krokach cofnął się i włożył je z powrotem.

 

Po przyjeździe do biura Grzesiek ruszył do gabinetu Marka, musiał z nim porozmawiać. Na korytarzu złapała go Ula jak zwykle kusząco ubrana. Krótka obcisła spódniczka i bluzka z dużym dekoltem. Zdał sobie sprawę, że mimo zaistniałej sytuacji, potrafił to zauważyć. Skrzywił się mimowolnie.

– Aż tak cię skręca na mój widok? – Kobieta zdawała się autentycznie urażona.

– Nie. Przepraszam. – Pogładził ją dyskretnie po ramieniu. – Problemy…

– W domu? – Ula spojrzała na niego badawczo.

– Nie. – Puścił jej rękę. – Wiesz, jak jest z upierdliwymi klientami.

– Tak. – Uśmiechnęła się lekko, nie chciała dać po sobie poznać, że jej nie przekonał. Zakręciła zalotnie pośladkami. – Wpadniesz dzisiaj do mnie?

– Nie dam rady, klient.

– Jak chcesz. – Zrobiła niezadowoloną minę. – Pa.

Obejrzał się za nią, ale zaraz ruszył do pokoju Marka. Gdy wszedł do środka, zastał przyjaciela rozmawiającego z podwładnym.

– Rafał, możesz nas zostawić?

– Pewnie. – Chłopak chciał coś jeszcze dodać, ale widząc minę Grzegorza, wyszedł z pokoju bez zbędnych pytań.

Zamknął za nim drzwi, a później podszedł do okna. Zawsze podobał mu się widok z tego pokoju.

– Coś się stało? – Marek spojrzał zaniepokojony.

– Weronika mnie zdradza.

– Co? Skąd wiesz? – Mężczyzna był wyraźnie zdziwiony, powątpiewał w te rewelacje. Znał Weronikę prawie tak długo, jak Grześka. Wraz z żoną spotykali się z nimi regularnie. Kobiety potrafiły ze sobą rozmawiać równie dobrze, jak oni. – Ktoś ci coś powiedział?

– Tak. Znalazłem anonimowy list na biurku. – Podał mu różową kopertę.

Tego Marek się nie spodziewał. Przeczytał karteczkę i zdał sobie sprawę, że facet rzeczywiście wygląda na przybitego.

– Sprawdziłeś to?

– Sprawdziłem. – Mężczyzna usiadł i potarł czoło nerwowo. – Złapałem ich. W naszym domu, w naszej sypialni.

– Grzesiek, chyba nie zrobiłeś niczego głupiego? – Wiedział, że przyjaciel jest wysportowany, a charakter ma żywiołowy.

– Właśnie zrobiłem.

– To znaczy?

– Wyszedłem bez słowa, nie widzieli mnie.

– Porozmawiaj jak najszybciej z Weroniką. – Marek ścisnął go za ramię. – Nie byłeś święty.

– Wiem. Nie jestem tylko pewien, czy potrafię.

 

Próbował jakoś ułożyć sobie wszystko w głowie, co powie, o co zapyta. Jednak przed oczyma miał ciągle widok żony i jej kochanka. W ogóle nie potrafił skupić myśli. Kręcił się całe popołudnie, wieczór i noc po mieście, w końcu wyczerpany i zrezygnowany wrócił do domu.

– Czy ty kompletnie zwariowałeś? – Weronika powitała go wyrzutami. – Gdzie ty byłeś całą noc? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że pracowałeś?! Nie odbierasz telefonów, nie oddzwaniasz… Powiedz coś w końcu!

– Widziałem was. W naszej sypialni. – Patrzył żonie w oczy. Czuł, że uczy się jej od nowa.

Nie spodziewała się tego. Zamilkła i zacisnęła usta.

– A co?! Ty jesteś lepszy?! – krzyknęła z wyrzutem. – Kochający ojciec rodziny? Ty naprawdę myślisz, że jestem taka głupia? Nie widzę tych poplamionych i śmierdzących koszul. Boże, potrafiłeś zapomnieć o prezerwatywach zostawionych w kieszeniach!

– Mamo, dlaczego się kłócicie? – Na progu kuchni stała Oliwia. – Coś się stało?

Kobieta chwyciła dziewczynkę i przytuliła do siebie.

– Nie, nie. Nic się nie stało. Wiesz, że dorośli mają czasem problemy. – Pchnęła ją w stronę sypialni. – Idź, połóż się. Jest jeszcze wcześnie.

Gdy córka zniknęła w pokoju, Wiki odwróciła się w stronę męża.

– Spotkałam się z nim dwa razy. – Odgarnęła włosy do tyłu, wyraźnie zmęczona. – Ale tak, dużo rozmawialiśmy. Potrafił mnie pocieszyć, gdy tego potrzebowałam.

– Widziałem kurwa, jak cię pocieszał! – Grzesiek nie wytrzymał, zrobił biodrami dwuznaczne ruchy.

Gdy dostał w twarz, stanął jak wryty. Żona uderzyła go pierwszy raz w życiu.

– Wynoś się! – Wskazała mu drzwi. – Zabieraj swoje manatki i wynoś się. Słyszysz?!

 

O dziwo z Weroniki szybko zeszło napięcie, tak naprawdę poczuła ulgę, miała już dosyć życia w kłamstwie. Nie czuła nawet strachu przed samotnością, który wcześniej tak ją paraliżował. Wszystko ma granicę wytrzymałości. Nie przestała kochać Grzegorza, ale chciała zachować choć trochę godności, móc spojrzeć bez wyrzutów na własne odbicie w lustrze.

 

– Cześć, co słychać? Nie byłeś dzisiaj w biurze.

– Cześć. – Grzegorz ciężko westchnął do telefonu. – Nic dobrego.

– Słuchaj, rozmawiałam z Markiem. – Ula przerwała na chwilę. – Wiem, co się stało.

– Powinienem być zły na niego, ale prędzej czy później i tak się rozniesie.

– To nie wina Marka, przycisnęłam go. Mam swoje sposoby.

Zapadła cisza. Nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć.

– Nie powinieneś być teraz sam. Przyjadę do ciebie, w którym jesteś hotelu?

– Możesz? – Zawahał się. – Wiesz, nie chcę ci zawracać głowy.

– Przestań. Podaj tylko adres, zaraz będę.

 

Wyżalił się Uli jak dziecko. Alkohol zawsze rozwiązywał mu język, ale nie myślał, że tak się rozgada po jednym drinku. Zwalił wszystko na emocje.

– Przepraszam, nie wiem, co mnie napadło. – Wzruszył ramionami, chciał zachować resztki męskości. – Każdy ma problemy, nie ja pierwszy i nie ostatni.

– Masz rację, stało się. – Ula usiadła bliżej niego. Położyła mu rękę na kolanie, objęła. – Nie martw się, to nie koniec świata. Jakoś ułożysz sobie życie. Pamiętaj, jestem obok.

– Tak. – Wstał szybko z kanapy. Poczuł, że ta rozmowa nie zmierza we właściwym kierunku. – Muszę do łazienki.

Gdy zniknął w pomieszczeniu, Ula wyjęła z torebki dwie małe fiolki. Popatrzyła na nie i uśmiechnęła się zwycięsko. Schowała tą z zielonym płynem, a do drinka Grzegorza wlała zawartość drugiej, z różowym. Gdy wrócił, podała mu szklankę.

– Masz, wypijemy i uciekam do siebie.

Jednak nie wyszła, kochali się szybko i namiętnie. Doszli oboje kilka razy.

– Jesteś piękna, jesteś taka piękna! – powtarzał zapamiętale.

Gdy już zasnął, Ula patrzyła na niego z namysłem.

– Będziesz ze mną szczęśliwy, postaram się o to. – Pocałowała go, poczuła smak alkoholu, poczuła znowu podniecenie i przylgnęła do niego, próbując go obudzić. – Kochaj mnie…

– Wiki… – Wyszeptał przez sen.

Zerwała się z łóżka jak oparzona.

– Zapomnisz o niej! – syknęła. – Gwarantuję ci to.

Wyszła, trzaskając drzwiami.

 

***

 

– Po co to spotkanie? – Marta podejrzliwie patrzyła na siostrę.

– Chciałam zobaczyć własną siostrę. – Ula się obruszyła. – To takie dziwne?

– Ty? Ze mną? – Kobieta skrzyżowała ramiona. – Od dawna nie spotykamy się rodzinnie, siostrzyczko.

– A jednak jestem ciekawa, co u ciebie słychać.

Marta zmrużyła oczy, zaproszenie Uli wydawało jej się co najmniej dziwne, ale przemilczała kąśliwą uwagę. Zamówiły obiad. Początkowo rozmowa się nie kleiła, ale w miarę znikania posiłku, wzajemna nieufność minęła. Prawdę mówiąc, dawno tak ze sobą swobodnie nie rozmawiały. Dopiero przy deserze Marta pomyślała, że to ona ciągle opowiada o sobie.

– Co u mnie, już wiesz. – Upiła łyk kawy. – Powiedz lepiej, co u ciebie.

– Myślałam, że nigdy nie zapytasz.

– A są jakieś zmiany? Ostatnio nie najlepiej ci się wiodło. Mam na myśli mężczyzn.

– To już przeszłość. – Ula machnęła niedbale dłonią, a po chwili entuzjastycznie klasnęła. – Poznałam kogoś, jest wyjątkowy!

– Kolejny? – Kobieta powątpiewała. – Znowu bawisz się czyimś kosztem? Zaczarujesz i porzucisz?

– Przestań! – Ula nie kryła irytacji. – Zawsze musisz wróżyć najgorsze? Ten jest inny, jestem dla niego ważna.

– Tak jak byłaś dla poprzedniego. Ty ciągle zachowujesz się jak podlotek. – Marta spoważniała. – Powiedz mi, obywasz się bez swoich flakoników?

– Wiedz, że tak! – Ula wstała od stolika. – Zawsze byłaś zazdrosna, nie możesz znieść, że mi się udało.

– Nam się nigdy nie udaje siostrzyczko, kiedy w końcu to zrozumiesz? Odpuść, póki nie zabrniesz za daleko.

– Zrobiłam błąd, spotykając się z tobą. – Spojrzała z pogardą na Martę. – Żal mi cię, obyśmy nie musiały się widzieć przez następne kilka lat.

Kobieta bacznie przyglądała się odchodzącej siostrze.

– Stara i głupia – odpowiedziała, ale Ula już jej nie słyszała.

 

– Masz dla mnie raport? – W drzwiach gabinetu stał Marek.

– Rany, zupełnie o nim zapomniałem, moja wina. – Grzesiek podniósł ręce do góry w bezbronnym geście. – Jeszcze dzisiaj będziesz miał go na biurku!

– Chłopie… – Mężczyzna wszedł i zamknął za sobą drzwi. – Ogarnij się trochę. Wiesz, ja rozumiem, co cię spotkało, ale roboty nie możesz zawalać. To już nie pierwszy spóźniony przez ciebie termin.

– Wiem, wiem. – Grzegorz zrezygnowany opadł w fotelu. – Cholera, nie daję rady. Tęsknię za dziewczynami, za Wiki też.

– Widziałeś się z nimi ostatnio? – Marek spuścił z tonu. – Nadal mieszkasz w hotelu?

– Widziałem, na szczęście Weronika nie zabroniła mi kontaktu z nimi. – Spojrzał na zdjęcie córek. – W hotelu. Rabat dostałem, ale szukam czegoś do wynajęcia. – Uśmiechnął się krzywo, chociaż nie było mu do śmiechu.

Markowi zrobiło się żal przyjaciela. Ostatnio był zaganiany i zapomniał o jego kłopotach.

– Słuchaj, najemcy opuszczają moje stare mieszkanie. – Położył mu rękę na ramieniu. – Dam ci klucze, nie możesz wiecznie mieszkać w hotelu.

– Dzięki. – Tyle zdołał powiedzieć, powinien odmówić, ale był już zmęczony sytuacją i żywieniem się na mieście. Potrzebował trochę spokoju i normalności.

 

Ula stała przed furtką domu numer piętnaście. Wahała się tylko przez moment, zadzwoniła. Po chwili w drzwiach budynku stanęła szczupła kobieta o długich, kasztanowych włosach.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – Otworzyła szerzej drzwi. – Przepraszam, domofon ostatnio szwankuje.

– Dzień dobry, czy mogłabym zobaczyć się z Grzegorzem? Jestem jego koleżanką z pracy.

– Z Grzegorzem? – Kobieta podeszła do furtki. – Długo pani z nim pracuje?

– Niecałe dwa lata. – Ula uśmiechnęła się, chciała wyglądać miło. – Czas szybko leci.

– W takim razie doskonale pani wie, że mój mąż nie mieszka już z nami. – Weronika nie owijała w bawełnę. – Jest osobą towarzyską, a takiej bomby nie da się zbyt długo ukrywać. Po co pani tak naprawdę przyszła?

– Przepraszam, sama nie wiem, dlaczego tak powiedziałam. – Ula wystraszyła się, że spłoszy kobietę. – Jestem Ula. Grupa przyjaciół wydelegowała mnie do pani. Martwimy się o niego, ostatnio zawala terminy w pracy. – Sprzedała naprędce wymyśloną bajeczkę, była zła na siebie, że tak głupio wpadła.

– Weronika. Proszę, niech pani wejdzie. – Zawahała się tylko na moment. Nie uwierzyła w jej bajeczkę, miała oczy. Stała przed nią bardzo atrakcyjna kobieta, a Weronika dobrze znała swojego męża.

Gdy piły już kawę, Ula mogła spokojnie przyjrzeć się rywalce. Od początku rozmowy nie opuszczał jej niepokój. Żona Grzegorza była piękna, może równie piękna, jak ona i bardzo pewna siebie. Poczuła się zdominowana jak wcześniej przez siostrę. Z Martą sobie poradziła, ale teraz siedząc i rozmawiając z tą kobietą, poczuła się znowu mała.

– Nie mam już wpływu na męża. – Weronika upiła łyk kawy i oparła się swobodnie w fotelu. – Pozwalam mu widywać dziewczynki. Z mojej strony nie dzieje mu się krzywda, ale postaram się porozmawiać z nim, jeśli to panią, państwa, uspokoi. – Kobieta bacznie spojrzała na Ulę. – Jest pani jego bliską współpracownicą?

– Nie, zupełnie nie. Pracuję w innym dziale. – Wiedziała, co kobiecie przyszło do głowy. – Myślę, że właśnie dlatego koledzy wybrali mnie, bardziej jako posła, niż kogoś związanego z Grzegorzem prywatnie.

– Cóż, nie mogę państwu bardziej pomóc. – Weronika dała do zrozumienia, że rozmowa się skończyła.

– Nie będę już pani dłużej niepokoić. – Ula wstała. – Czy mogłabym jeszcze skorzystać z łazienki?

– Tak, oczywiście.

Patrzyła ze złością na swoje odbicie w lustrze. Kobiety często instynktownie obawiały się jej, niektóre nawet bały, najczęściej te zwykłe, szare, nieopierzone kury domowe. Po cichu liczyła na podobną osobę i tutaj, ale się przeliczyła. Z drugiej strony, nie wyobrażała sobie Grzegorza z jakąś kwoką, więc nie powinna być zdziwiona. Cóż, tupnięcie nóżką tu nie wystarczy, będzie musiała sięgnąć po bardziej wyrafinowane środki. Szybko przypudrowała nosek i resztę czasu poświeciła na dokładne przejrzenie kosmetyków Weroniki.

 

– Cześć.

– Cześć.

– Co słychać?

– Wszystko w porządku. – Ula wzięła głębszy oddech. – W końcu sobie o mnie przypomniałeś?

W słuchawce zapadła cisza.

– Przyjedziesz?

– Po co? – Kobieta nie spuszczała z tonu. – Dzwonisz do mnie, jak już nie masz co robić?

– Wiesz, że to nie tak. – Grzegorz próbował się tłumaczyć. – To trudna sytuacja.

– Która trwa i trwa. Mam czekać całą wieczność?

– Przyjedziesz?

– A bardzo chcesz?

– Tak. – Przełknął dumę.

– Będę za godzinę.

Rozmawiali jak dawniej, w końcu Grzesiek znów był sobą. Śmiał się, dowcipkował, zgrywał ważniaka, a przede wszystkim adorował Ulę. Była w siódmym niebie. Wypili po drinku, zrobili sobie kolejne i gdy mężczyzna zniknął w toalecie, kobieta wyciągnęła małą fiolkę. Zastanawiała się, czy to konieczne. Dzisiaj wszystko szło, jak trzeba, ale dla pewności wlała zawartość do jego szklanki.

Gdy wrócił, nie potrafiła się dłużej powstrzymywać, chciała wziąć, co jej się należało. Przyciągnęła go i pocałowała. Namiętnie i łapczywie. Popchnęła go na łóżko, dosiadła okrakiem i rozpięła koszulę. Gryzła po dobrze zbudowanym torsie, wodziła rękoma coraz niżej.

– Ula…

Dobrała się do jego spodni.

– Ula, zaczekaj.

Przytrzymała go, gdy chciał się ruszyć. Podciągnęła szybko spódniczkę do góry, złapała go za rękę i wsunęła sobie w majtki.

– Czekaj. – Wyrwał się i pchnął ją do tyłu. Spadła na stolik przewracając drinki. – Przestań.

– O co ci, kurwa, chodzi?! – Zerwała się na równe nogi. – Sam do mnie dzwonisz, a teraz co?!

– Nie wiem. – Usiadł ciężko z powrotem. – Nie dzisiaj.

– Ty pieprzony tchórzu! – Poprawiła sukienkę, złapała kurtkę i wybiegła z mieszkania.

 

Złość dosłownie w niej kipiała. Wsiadła do samochodu i ruszyła za miasto. Z zakrętu na zakręt tereny były coraz bardziej odludne. Wjechała w las i zatrzymała auto po kilku kilometrach. Zgasiła silnik i światła, odczekała chwilę, czy nikt za nią nie jedzie. Nic jej nie zaniepokoiło, więc wysiadła i ruszyła dalej przez las. Ciemność i gałęzie zlewały się w jedno, ale ona doskonale widziała w tych warunkach, za każdym razem swobodnie je wymijając. W końcu dotarła do niewielkiej, ukrytej wśród gęstych świerków chaty. Wymówiła niezrozumiale jakieś słowa i gdy naparła na drzwi, te zgrzytnęły cicho i ustąpiły. Klasnęła w dłonie i na kandelabrze zapłonęły świece. Gdy zrobiło się jasno, w chacie nie stała już Ula, tylko stara, zgarbiona starucha. Zamknęła ze złością drzwi i spojrzała po izbie. Nienawidziła tego miejsca, a jednocześnie tak bardzo go potrzebowała. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Rozejrzała się po półkach za potrzebnymi składnikami. Wszędzie stały słoiki, dzbanki i różnej wielkości folki. Wiedźma sięgała po niektóre i stawiała na głównym stole.

– Witaj, siostrzyczko! Wiedziałam, że cię tu zastanę.

Starucha obróciła się błyskawicznie. W drzwiach stała Marta w pięknej złotej sukni i czarnym płaszczu. Strój wyglądał tak nieskazitelnie, jakby wycięto go właśnie z żurnala.

– Czego chcesz! – wysepleniła gardłowym głosem jędza. – Nie zapraszałam cię tutaj! – Nienawidziła Marty za to, że nawet w chacie potrafiła zachować odmłodzony wygląd.

– Przechodziłam w pobliżu. – Wiedźma uśmiechnęła się szeroko. – Nie zaproponujesz mi herbatki?

– Nie! Mów, po co przylazłaś i wynoś się.

– Uważaj, siostro, jak sobie poczynasz! – Marta przestała udawać miłą. Wymierzyła w Ulę czarną laskę, która pojawiła się znikąd. – Zaczynasz niepokoić sabat. Ostrzegam cię, nie zwracaj na siebie zbytniej uwagi.

– Nie potrzebuję od ciebie żadnych rad. – Teraz to ona wykrzywiła twarz w niby uśmiechu. – Pozdrów ode mnie te stare wiedźmy i idź już.

– Żebyś nie mówiła, że cię nie ostrzegałam. – Młoda kobieta machnęła zamaszyście płaszczem i wyszła z chaty.

Ula wróciła do stołu, złapała miseczkę do przyrządzania mikstur i wsypała do niej kilka składników. Dolała płynów z trzech fiolek, wrzuciła łyżkę ciemnej galarety ze słoja i dokładnie wszystko wymieszała.

– Zobaczymy, tchórzu, jak sobie z tym poradzisz! – Wykrzywiła twarz ze złości, przełożyła masę do garnuszka i postawiła nad ogniem. – A ty piękna Weroniko, już za chwilę nie będziesz taka ładna i pewna siebie.

Długo jeszcze mieszała miksturę. Skończyła, gdy za niewielkim oknem już świtało.

 

Grzegorz nie był zachwycony wizytą u rodziców, ale nie mógł ciągle ich unikać. Zresztą od rozstania z Weroniką widywał ich naprawdę rzadko.

– Cześć, wejdź. – Jego ojciec był niskim mężczyzną, z krótko przystrzyżonymi, siwymi włosami. Miał ciepłe, spokojnie spojrzenie. – Rozbierz się, zrobić ci herbaty?

– Oczywiście, że tak – zawołała z przekąsem Matylda. – Przecież on jest bardzo głodny, teraz ze wszystkim musi radzić sobie sam. Jak ta kobieta mogła go wyrzucić?

Mężczyzna skrzywił się, matka nie ujmowała mu zmartwień.

– Napiję się, chętnie.

Już po kwadransie rozmowa weszła na wyższe tony, po półgodzinie krzyczeli on i matka.

– Weź sprawy w swoje ręce. Musisz pomyśleć o sobie i o dziewczynkach! – Matylda gestykulowała rękoma. – Ona na pewno będzie chciała cię pozbawić praw rodzicielskich. Wszystkie tak robią!

– Przestań, mamo! Wiki nigdy tego nie zrobi – zaoponował. – Wiesz, że jej rodzice zginęli w wypadku, jak miała raptem tyle lat co Oliwia. Doskonale wie, co to znaczy wychowywać się bez rodziców, zapewniam cię, że nigdy nie odetnie mnie od córek.

– Zabezpiecz się finansowo. – Kobieta nie ustępowała. – Niech ona się wyprowadzi, to przecież twój dom! Ty na niego zarobiłeś, nie ona.

– Matyldo! – Witold wtrącił się do rozmowy. – To sprawa naszego syna, nie nasza.

– Pieniądze! Znowu gadka o pieniądzach! – Grzegorz poderwał się zdenerwowany. – Czy ty potrafisz myśleć tylko o tym?!

– Będą potrzebne na wychowanie dziewczynek. Musisz o to zadbać, czy chcesz, czy nie. – Złapała się pod boki. – Ona leży sobie w twoim domu, kopnęła cię, a ty się błąkasz jak sierota po cudzych mieszkaniach!

– Dosyć! Wychodzę.

Witold wybiegł za nim.

– Synu, zaczekaj! – Złapał go za ramię. – Kiedy będziemy mogli zobaczyć dziewczynki? Nie słuchaj matki, jest zdenerwowana tą sytuacją i tęskni za wnuczkami.

– Tato, nie mogę do was przyjeżdżać. To mi nie pomaga.

– Wiem, synku, wiem. – Ścisnął mocniej Grzegorza. – Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.

– Tak, wiem. – Mężczyzna odwzajemnił uścisk. – Zadzwonię do ciebie, jak będę się z nimi widział. Umówimy się jakoś.

 

Ula obserwowała Weronikę od godziny. Nie umknął jej żaden szczegół. Notowała ruchy, słowa, gesty. Chciała dobrze wszystko zapamiętać, w tej kobiecie było coś, od czego nie potrafił uwolnić się Grzegorz. Warto poznać te tanie chwyty, może kiedyś je wykorzysta.

– Cześć, Weronika! – zawołała w końcu. – Przepraszam… Nie przeszłyśmy przecież na ty.

– Dzień dobry, cześć. – Wiki szybko opanowała zdziwienie. – Nic się nie stało. Nie mam bzika na tym punkcie.

– Zakupy?

– Tak, dziewczynki są jeszcze na zajęciach, korzystam. – Uśmiechnęła się nieznacznie.

– Z tego samego powodu uciekłam dzisiaj wcześniej z pracy. – Ula starała się zachowywać swobodnie. – Masz czas na szybką kawę?

Usiadły w małej kafejce obok centrum handlowego. Najpierw rozmawiały o zakupach, pogodzie, by w końcu zejść na temat pracy i Grzegorza.

– Wygląda dobrze, zachowuje się normalnie. Ciągle opowiada, jak dużo czasu spędza z córkami. – Ula powoli budowała odpowiedni wizerunek Grześka. – Wygląda na szczęśliwego. Pewnie kogoś ma. Przepraszam! Nie powinnam tego mówić, przepraszam.

– Nie, nic się nie stało. – Wiki spojrzała gdzieś w dal, zamyślona. Teraz już wiedziała, że to nie było przypadkowe spotkanie. Spojrzała hardo na rozmówczynię. – To do niego podobne, ma słaby charakter. Samodzielność to nie jest jego najmocniejsza cecha…

– Przykro mi… – Ula złapała kobietę za rękę.

– Spokojnie, radzę sobie. – Weronika cofnęła dłoń, miała już dosyć tej farsy. – Muszę do toalety. Przypilnujesz mi siatek?

– Pewnie, idź.

Gdy kobieta zniknęła z pola widzenia, Ula sięgnęła po jej reklamówki i szybko przejrzała ich zawartość. Znalazła to, co chciała, podkład do twarzy znanej marki. Taki, jaki widziała u niej w łazience. Wyjęła go i podmieniła na identyczny, wcześniej przez nią przygotowany.

– Ciesz się pięknem, Weroniko, póki jeszcze możesz.

 

***

 

– Kiedy ostatni raz rozmawiałeś z Wiki? – Marek stał w drzwiach gabinetu Grzegorza.

– Kilka dni temu, a dlaczego pytasz? – Mężczyzna przestał pisać na komputerze.

– Ale rozmawiałeś z nią?

– Zamieniamy zawsze kilka słów, jak odbieram i odprowadzam dziewczynki. Nic specjalnego. – Zmarszczył brwi. – Pytasz o coś konkretnie?

– Cholera, miałem ci nie mówić. – Marek wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. – Ale nie potrafię. Weronika jest chora.

– Co znaczy chora? – Grzesiek zaniepokoił się. – W jakim sensie?

Przyjaciel tylko bezradnie rozłożył ręce.

 

– Co ty tutaj robisz? – Wiki stała częściowo ukryta za drzwiami, chroniąc ciało przed silnym wiatrem. – Coś się stało?

– To ty mi powiedz. Podobno jesteś chora?

Kobieta zawahała się, w końcu zrobiła mu przejście.

– Wejdź.

Od razu zauważył, że nie była w pracy. Dresy i bluza to był jej weekendowy strój.

– Jesteś na urlopie? – Dopytywał. – Na zwolnieniu?

– Wzięłam kilka dni wolnego, muszę porobić badania. – Usiadła skulona w fotelu.

– Ale co się dzieje? – Stanął naprzeciwko. – Rozmawiałaś już z lekarzami? Podejrzewają coś?

Nie chciał pytać, czy ma raka, ale to pierwsze przyszło mu do głowy. Jeśli robi się z czegoś konspirację, to zawsze jest rak. Umilkł i usiadł. Czekał, co mu odpowie, ale żona nic nie powiedziała.

 

Następnego dnia zawiózł ją na badania, później odebrał. Zdeklarował się, że po wyniki pójdzie razem z nią. Na oddział onkologii Akademii.

– Pani Weroniko. – Ordynator Zagórski spojrzał najpierw na nią, a później na nich oboje. – Nie mam dla państwa dobrych wiadomości.

Chłoniak złośliwy, a dokładnie chłoniak Hodgkina. Grzegorz mgliście kojarzył, że to nic dobrego, zresztą nie było dobrych nowotworów. Do domu jechali w milczeniu. Dziewczynki bardzo cieszyły się na widok taty. Obie uwiesiły się na nim.

– Zostaniesz trochę? – Oliwia nadała słowom błagalny ton. Lenka chichotała, uczepiona jego nogi.

– Tak. Myślę, że tak. – Spojrzał pytająco na żonę. – Słuchaj, myślałem trochę o tym, będzie ci potrzebna pomoc, może wrócę na jakiś czas? Zanim sobie wszystkiego nie zorganizujesz…

Kobieta spojrzała na niego, oczy jej się zaszkliły. Nie potrafiła być teraz sama, bała się. Skinęła twierdząco.

 

Ula ukradkiem spoglądała na Grzegorza. Zmienił się, to był fakt. Tylko nie tak, jak oczekiwała. Zamiast bezbronny i wystraszony legnąć w jej ramionach, unikał spotkania. Pomyślała nawet, że zwyczajnie jej nie dostrzega, ale to było przecież niemożliwe. W końcu nie wytrzymała i zaczepiła go na lunchu.

– Czy ty mnie unikasz?

– Cześć. – Mężczyzna uniósł wzrok znad talerza. – Przepraszam, nie zauważyłem cię.

– Przestań. Nie chodzi mi o dzisiaj. – Dosiadła się do niego. – Tak w ogóle.

– To nie tak. – Przestał jeść i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. – Problemy… W domu.

– W domu? – Przekrzywiła głowę. – Wróciłeś do Weroniki?

– Nie wróciłem. – Odłożył sztućce. – Ale tak, mieszkam tam. Sytuacja w pewnym sensie uległa zmianie.

– Coś się stało? – Zapytała niewinnie.

– Tak. Wiki jest chora, leczenie trochę potrwa i ktoś musi zająć się dziewczynkami.

– To coś poważnego?

– Nie. – Skłamał. – Ale potrzeba jej teraz trochę spokoju, a dziewczynki do grzecznych nie należą.

– Rozumiem. – Z dużym trudem powstrzymała się, żeby nie walnąć go tym talerzem. Okłamał ją! To przebiegało zupełnie inaczej, niż miało. – A co z nami?

– Ula. – Złapał ją za rękę. – To nie jest zwykła sytuacja… Mam dwójkę dzieci, musisz to zrozumieć. Czasami w życiu zdarzają się chwile, których nie planujesz. Na które zupełnie nie masz wpływu, nawet jeśli bardzo byś chciała.

– Dziwnie się zachowujesz, mówisz zagadkami. – Cofnęła rękę. Czyżby źle go oceniła? Była pewna, że stchórzy, nie udźwignie tej sytuacji i przybiegnie do niej szukać oparcia. Nigdy wcześniej nie myliła się co do mężczyzn.

– Rodzina teraz mnie potrzebuje. – Wstał od stołu. – Przepraszam, muszę już iść.

Odnotowała, że powiedział rodzina, a nie dzieci. Coś ukłuło ją w sercu. To zraniona duma, cóż innego. 

 

Operacja napawała ich olbrzymim lękiem, ale jak się później okazało, to był wierzchołek góry lodowej. Weronika bardzo źle znosiła chemioterapię, słabła, nawet drobny wysiłek był dla niej wyzwaniem. Początkowo jakoś sobie radzili, Grzesiek zawoził i odbierał dziewczynki ze szkoły i przedszkola, a ona gotowała. Resztę domowych obowiązków wziął na siebie. Pranie, sprzątanie, zakupy. Zaczynał po obiedzie, kończył późno wieczorem. Części prac musiał się nauczyć, trochę zeszło, zanim prawidłowo ustawił pralkę.

Dotrwali tak do końca chemii, wtedy Wiki całkiem opadła z sił, potrzebowała pomocy nawet pod prysznicem.

– Woda leci już ciepła. – Sprawdził dłonią, żeby się upewnić.

– Masz, odłóż. – Podała mu szlafrok i trzymając go za rękę, weszła do kabiny.

Podskoczył mu puls, gdy zobaczył, jak wyraźnie kręgosłup odznacza się na jej plecach. Gdy odwróciła się, opłukując włosy, ujrzał wszystkie żebra, opinała je tylko skóra. Łzy same napłynęły mu do oczu, wcisnął głowę pod prysznic, żeby spłukać je niezauważenie.

– Uważaj, będziesz cały mokry.

– Przepraszam. – Szybko pozbierał się w sobie. – Masz rację, jeszcze to ja upadnę.

Zauważyła łzy, nie oszukał jej sztuczką z prysznicem. Nie czuła przykrości, wiedziała, jak wygląda i dlatego się nie odezwała. Bała się rozpłakać, pęknięcia tej cienkiej granicy między załamaniem a wytrwaniem. Grzegorz nie zdawał sobie sprawy, że sam nie wygląda dużo lepiej. Schudł, zmarniał, płacz tu nic nie pomoże, potrzebowała go silnego.

 

Choroba odcisnęło piętno także na dziewczynkach. Zrobiły się nerwowe, często płakały, Grzesiek nie potrafił sobie z nimi poradzić. Kiedyś Weronika rozbawiała je w kilka minut, on nie miał tego daru. Wolał tak myśleć, nie dopuszczał do siebie, że to stan żony nie pozwalał mu zająć się nimi odpowiednio. O ironio, jego stosunki z Wiki znacznie się poprawiły. Nigdy nie rozmawiali ze sobą tak często, tak długo, tak szczerze, jak teraz. Przyznał się do wszystkiego, oszczędził jej przykrych szczegółów, ale nie potrafił dłużej kłamać. A może potrzebował rozgrzeszenia? Może chciał, żeby mu wybaczyła przed… Natychmiast odpędzał od siebie te myśli. Łapał ją wtedy za ręce, żeby dodać otuchy jej i sobie.

– Wiki wróciliśmy! – Postawił torby z zakupami na stole. – Dziewczynki, ściągajcie buty w holu! Tyle razy was o to prosiłem.

– No dobra… – Lenka usiadła, mocując się z bucikami.

– Oliwia, pomóż jej.

– Pokaż. – Starsza z sióstr szybko sobie poradziła.

– Wiki, słyszysz mnie? – Zaniepokojony ruszył do sypialni.

Oliwa pobiegła za ojcem, a za nimi Lenka. Gdy uchylił drzwi, pierwsze co poczuł to intensywny zapach kału. Weronika leżała na podłodze przy łóżku, momentalnie znalazł się przy niej.

– Przepraszam… – Płakała. – Przepraszam, nie miałam siły…

– Już dobrze… – Przytulił ją do siebie.

– Ojej, mama zrobiła kupkę. – Lenka z niesmakiem zatkała nosek.

– Oliwia, zabierz Lenkę do waszego pokoju. – Podniósł żonę i położył na łóżku. – Szybko!

Starsza córka miała łzy w oczach, nic nie odpowiedziała. Pociągnęła małą za rękę i zamknęła drzwi.

– Boże, jak mi wstyd. – Kobieta łkała, chowając twarz w dłoniach.

– Przestań. – Pocałował ją, uwolnił twarz. – Spójrz na mnie! Nie wstydzisz się chyba własnego męża?

Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła.

– Nie stała się żadna tragedia. – Uśmiechnął się i przyjął fachowy wyraz twarzy. – Przewijałem obie dziewczynki dziesiątki razy. Widziałem już kupkę w swoim życiu, poradzę sobie i z tą.

Roześmiała się na krótko.

– W końcu będzie okazja, żeby znowu się razem wykąpać. – Próbował obrócić wszystko w żart.

Gdy już posprzątał w pokoju i Weronika zasnęła, usiadł na podłodze w łazience. Starał się zapanować nad sobą, ale nie dał rady. Płakał, opadł na kolana i zatkał sobie usta, żeby nie było go słychać. Nie potrafił wyobrazić sobie życia bez Wiki. Bał się, bał się jak nigdy dotąd.

– Tato, czy mama umrze? – W drzwiach łazienki stała Oliwia.

– Coś ty, skarbie. – Otarł ukradkiem twarz. – Chodź tutaj do mnie.

Przytulił mocno córkę do siebie tak, by nie widziała płynących łez.

– Dorośli czasem mają biegunki. – Gładził ją po włosach. – To przez te leki, ale wiesz, to znaczy, że działają.

 

Później pojawiły się bóle. Weronika dygotała i przygryzała poduszkę, aby nie krzyczeć i nie straszyć dziewczynek. Prosiła Grzegorza o morfinę, tylko to przynosiło jej ulgę, przynajmniej na jakiś czas. Nie dbała o to, czy się uzależni czy nie, chciała przez chwilę nie czuć tego przeklętego bólu. On nie potrafił odmówić, a morfina pomagała i nic więcej się nie liczyło. Tylko była wtedy jak w transie.

– Jestem tu, słyszysz? – Słowa docierały do niej z opóźnieniem. Czuła, jak kładł się obok niej, przytulał i mówił. – Jestem przy tobie.

 

***

 

– Halo? Profesorze? – Ściskał mocno telefon w drżącej dłoni. – Tu Grzegorz Wilczek. Moja żona Weronika straciła przytomność. Jedziemy właśnie karetką do Akademii.

Pochylił się nad nią i złapał za rękę.

– Wiki, proszę cię – szeptał. – Musisz być silna, słyszysz? Słyszysz mnie Skarbie? Zabraniam ci się poddawać! Słyszysz?!

Położył głowę na jej brzuchu, patrzył w okna tylnych drzwi ambulansu. Co kilka sekund wpadało przez nie światło mijanych latarni.

– Nie poradzę sobie bez ciebie.

 

– Co tutaj robisz córeczko? – Starsza kobieta uśmiechnęła się dobrodusznie.

– Szukałam cię, mamo. – Weronika usiadła obok na ławce. – Dlaczego wyglądasz staro?

– Tak mnie sobie wyobrażasz.– Staruszka odgarnęła włosy z czoła dziewczynki. – Po co mnie szukałaś?

– Chcę być z tobą. – Mała objęła kobietę i mocno przytuliła. – I z tatą.

– Nie, Skarbie. – Matka pogładziła córeczkę po włosach. – Ty się tylko boisz, wcale nie chcesz do nas przyjść.

– Właśnie, że chcę! – Załkała. – Nie wytrzymam już dłużej, nie potrafię!

Niebo nad nimi pociemniało, chmury spiętrzyły. Kobieta wyswobodziła się z uścisku córki.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo ci zazdroszczę – powiedziała.

– Co? Zazdrościsz mi?! – Przed staruszką nie siedziała już dziewczynka, tylko dorosła Weronika. – Czego? Cierpienia i bólu? Posikanych majtek i obrzyganej pościeli?

– Zazdroszczę ci szansy, jaką dał ci Bóg.

– Jakiej szansy, ja umieram! Słyszysz, mamo? Umieram!

– Szansy walki o życie. – Kobieta chwyciła Wiki za ramiona. – Ja jej nie dostałam, nie mogłam przeciwstawić się śmierci, walczyć. On zabrał mnie do siebie w kilka sekund, a ja tak pragnęłam żyć! Patrzeć jak dorastasz, jak kończysz szkołę i zakochujesz się. Ty to wszystko możesz! – Matka wbiła w nią palec. – Wszystko zależy od ciebie córeczko, czy potrafisz temu sprostać? Czy poddałaś się już, czy porzucisz ich i uciekniesz?

 

***

 

– Jeszcze jedna chemia? – Zamknął oczy i ciężko westchnął. – Czy to jest najlepsze wyjście, profesorze?

– Grzesiek, dam radę.

Weronika leżała na szpitalnym łóżku. Blada, wychudzona, bezbronna, ale nadal próbowała się uśmiechać. Gdy na nią patrzył, miał duże wątpliwości… Ale nie mógł jej przecież tego powiedzieć.

– W przypadku pani Weroniki to jedyne rozwiązanie. – Zagórski spojrzał na nich uważnie. – Rozumieją mnie państwo, co znaczy jedyne, prawda?

– Tak, profesorze. – Opadł na krzesło, zmęczony.

Gdy ordynator wyszedł z sali, Wiki złapała go za rękę.

– Nie martw się. – Patrzyła mu w oczy z taką wiarą, aż się zdziwił. – Wyjdę z tego, chcę być z wami, musisz w to wierzyć. Tak, jak ja.

– Wierzę. – Wyprostował się od razu, odwzajemnił uścisk. – Pewnie, że wierzę!

 

Kolejne tygodnie były dla niego prawdziwą huśtawką uczuć. Jednego dnia Weronika czuła się dobrze, drugiego nie było z nią żadnego kontaktu. Leżała wtedy oddychając płytko, pustym wzrokiem patrząc w sufit. Tych dni bał się najbardziej.

W pracy wziął urlop bezpłatny, całe dnie spędzał przy niej, wracał do domu późnym wieczorem, a wtedy też się nie kładł, tylko siadał przy łóżkach dziewczynek. Był wdzięczny, że rodzice pomagali mu w opiece nad nimi. Oba skrzaty ciągle pytały o mamę, ale oboje zdecydowali, że nie będą przychodzić do szpitala zbyt często. Wiki bardzo przeżywała ich wizyty i źle to wpływało na leczenie i wyniki.

– Jak się dzisiaj czujesz? – Postawił na stoliku codzienną porcję soku z buraków, wodę mineralną i owoce.

– Dobrze. – Weronika starała unieść się na łóżku.

– Poczekaj, pomogę ci. – Wstał szybko, podniósł automatycznie oparcie, poprawił poduszkę pod głową, odgarnął włosy z czoła i pocałował. – To od dziewczynek.

– A od ciebie nie? – Zapytała, udając rozczarowanie.

– Nie. – Pocałował ją namiętnie w usta. – To jest ode mnie.

 

***

 

Wiedźma nerwowo kręciła się po chacie. Nie mogła skupić myśli, a przecież musiała. Zamierzała przygotować wyjątkowy eliksir, jakiego jeszcze nigdy nie robiła. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze, ukazując wybrakowane i popsute zęby.

– Dobry wieczór, siostrzyczko. – Marta jak zwykle wyglądała pięknie i młodo. – Ostatnio częściej zaglądasz do swojej chatki.

– Po coś tu znowu przylazła? – Stara zgrzytnęła zębami. – Szpiegujesz mnie?

– Przyszłam z tobą porozmawiać.

– A ja nie mam o czym z tobą rozmawiać! – Chwyciła chochlę, choć wiedziała, że wygląda z nią groteskowo. – Wynoś się! Słyszysz?!

– Jestem tu, żeby cię ostrzec, głupia wiedźmo! – Teraz i Marta się rozjuszyła. – Sabat nie będzie tolerował twoich wybryków! Już raz ukarałaś ich dotkliwie i to wystarczy! Nie wolno robić ci tego drugi raz, słyszysz? – Kobieta złagodziła ton. – Nie będę mogła już ci wtedy pomóc, rozumiesz? Przypłacisz to życiem.

– Sama zadecyduję co z nim zrobić, rozumiesz?! – Czarownica zacisnęła pięści ze złości. – On należy do mnie, słyszysz?! Do mnie i tylko do mnie! Jest mój, mój, mój!

Marta chciała coś powiedzieć, ale zamknęła usta. Spojrzała z politowaniem na siostrę, zrozumiała już wszystko. Jak mogła nie domyślić się wcześniej, to radosne zachowanie, te nieszczęsne próby.

– Ty go kochasz!

Wiedźma spuściła tylko głowę, nic nie odpowiedziała. Marta podeszła do niej, bez trudu zmieniła ją w taką postać, jaką siostra przybierała w świecie zewnętrznym. Złapała ją za ramiona i odwróciła w stronę lustra.

– Popatrz. Czy było warto, siostro? – Puściła ją. – Coś ty narobiła, Urszulo…

Wyszła bez słowa. Ula upadła na podłogę. Czarny tusz rozmazał się, gdy dwie strużki łez popłynęły jej po policzkach.

 

***

 

Cały dzień był niespokojny. Dzwonili ze szkoły Oliwii, żeby przyjechał na rozmowę. Od dawna spodziewał się takiego telefonu. Nie miał czasu na porządną opiekę nad dziewczynkami, zwłaszcza jeśli chodziło o obowiązki i naukę. Miał wyrzuty sumienia, że spędza tyle czasu w szpitalu, więc pozwalał córkom na więcej swobody. To była tylko kwestia czasu, kiedy odbije się to na szkole.

Rozmowa do prostych nie należała i nawet nie chodziło o nauczycieli, którzy znali i rozumieli ich sytuację, ale o niego samego. Nie potrafił normalnie rozmawiać z ludźmi. Dopiero gdy wystraszył się, że wezmą go za niezrównoważonego psychicznie i zgłoszą to do kuratorium, zebrał się w sobie i obiecał bardziej skupić na córce. Z tego powodu nie był rano u Weroniki, na dokładkę padła mu bateria w telefonie i nie mógł zadzwonić. Jechał teraz cały poddenerwowany. Ostatnio Wiki czuła się lepiej, a on z niepokojem czekał na kolejny gorszy okres, nadchodził nieuchronnie po lepszym, zawsze.

W szpitalu biegł korytarzem, wpadł do sali i stanął jak wryty.

– Przepraszam, co pani tutaj robi?? – Rozglądał się nerwowo po sali, szukając rzeczy Weroniki. – Gdzie jest moja żona?

– Ja nie wiem, jestem tutaj od południa.

Wybiegł bez słowa, zobaczył znajomą pielęgniarkę.

– Siostro, siostro!

Kobieta odwróciła się.

– Gdzie jest moja żona? Gdzie jest Weronika? – Dyszał ciężko.

– Panie Grzegorzu, nie mogliśmy się do pana dodzwonić. – Podeszła do niego. – Zabrali ją z samego rana.

Krew uderzyła mu do głowy i momentalnie pociemniało przed oczami. Nie mógł złapać oddechu, chciał coś powiedzieć, ale zdążył tylko chwycić kobietę za ramię. Czuł, że odpływa.

– Panie Grzegorzu, co się dzieje?

Upadł na ziemię, spojrzał w górę… Światło, jasne światło.

– Doktorze!

 

Obudził się z potwornym bólem głowy. Leżał dłuższą chwilę, próbując sobie przypomnieć, co się stało. Wieki trwało, zanim uniósł powieki. Wszystko widział jak przez mgłę. Rozmazane postacie.

– … słyszysz mnie? Grzegorz?

Próbował spojrzeć w kierunku dochodzących dźwięków, powoli jego wzrok się wyostrzył. Leżał na łóżku, a obok siedziała Weronika. Odetchnął z ulgą, choć zrobił to z dużym wysiłkiem. Próbował złapać ją za rękę, ale nie potrafił, nie mógł się ruszyć. To ona chwyciła go za dłoń i przysunęła bliżej.

– Spokojnie, leż spokojnie. – Pogładziła go po włosach. – Posłuchaj, miałeś wylew. Tutaj w szpitalu.

Łzy napłynęły jej do oczu, próbowała jeszcze coś powiedzieć, ale chwilę trwało, zanim się opanowała. Na jej ustach pojawił się uśmiech.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – Nie przestawała czule go dotykać. – Miałam dzisiaj robione nowe wyniki od rana, próbowałam się do ciebie dodzwonić. Są, jak to powiedział profesor Zagórski, obiecujące. Najlepsze od ostatnich sześciu miesięcy. Chemia zadziałała, podobno mam wrócić do zdrowia!

Próbował się ruszyć, coś powiedzieć, ale nie mógł. Wydał tylko niewyraźny charkot i poczuł, jak ślina cieknie mu po policzku. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ma otwarte i dziwnie wykrzywione usta. Patrzył na radosną żonę i nie mógł nic jej odpowiedzieć… Łzy popłynęły bezwiednie. Szarpnął ciałem jeszcze raz, poczuł władzę w lewej dłoni. Złożył palce jak do pisania. Wiki spojrzała pytająco, zrozumiała gest i sięgnęła po torebkę. Wyjęła niewielki notes i długopis. Wsunęła mu pisak do ręki, sama przytrzymała kartki. Grzegorz ścisnął go niezdarnie, z wysiłkiem napisał “I ♥ U”.

Weronika rozpłakała się, złapała w dłonie jego twarz i dotknęła czołem do czoła.

– Ja też bardzo cię kocham.

Koniec

Komentarze

Darconie, opowiadanie zaczyna się obiecująco. Zabieram się do czytania. Wpiszę się za dzień lub dwa. Pozdrawiam cieplutko.

Mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony historia jest całkiem dobrze napisana (mała uwaga – słowo “póki” piszemy przez ‘ó’) i wzbudziła we mnie jakieś emocje, ale z drugiej strony fabuła wzięta rodem z telenoweli – mąż zdradza żonę, żona zdradza męża, we wszystko miesza się zazdrosna kochanka, która potem mści się na małżonkach… Do tego zakończenie nie jest jakimś specjalnym zaskoczeniem.

Wątek fantastyczny nadaje tekstowi nieco kolorytu, bo choć wiedźmy przybierające młodą postać to motyw dość ograny, to jednak dobrze go wykorzystałeś. Zwłaszcza spodobały mi się odniesienia do sabatu i szczerze mówiąc, liczyłem na jakąś interwencję czarownic w finale. Szkoda, że nie pociągnąłeś tego wątku, bo w całym opowiadaniu wydał mi się najciekawszy.

Dzięki Nighterze za komentarz, popatrz, sprawdzałem tekst kilka razy pod kątem błędów i nie wyłapałem. Nie planowałem wielkiego bum w finale, chociaż wiem, że prawie każdy tego oczekuje (od opowiadania) :)

Podobnie jak Nighter6 mam mieszane odczucia. Fabuła, mocno obyczajowa, nie przemówiła jakoś szczególnie, ale też nie zniechęcała. Podobnie, jak poprzednikowi, podobał mi się wątek czarownic i sabatu. I szkoda, że mocniej nie został pociągnięty.

Jednak najbardziej uderzała mnie suchość niektórych scen. Pierwsza scena rodzinna, zaraz na początku, była całkiem fajna (nawet jeśli standardowa). Potem sceny z chorą Wiktorią i Grzegorzem też niosły jakiś ładunek emocjonalny. Ale rozmowy Uli z Martą (może z wyjątkiem ostatniej) to prawdziwa suchota. Pierwsza kłótnia małżeństwa też mnie nie kupiła. Zupełnie nie poczułem emocji postaci.

Ciężko było także kibicować bohaterowi, bo pierwsza scena (powrotu z imprezy integracyjnej) postawiła go w mocno negatywnym świetle.

Technicznie czytało się przyzwoicie, choć tu i ówdzie jakaś gruda się pojawiła.

Podsumowując: obyczajowa historia oparta na emocjach, ale tylko częściowo spełniał swoje założenia. Parę wybuchów i to wszystko. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmmm. Telenoweliczność wysoka, ckliwość podobna. Najciekawszy wątek wiedźm. Tak, też sądzę, że warto było mocniej pociągnąć w stronę sabatu.

Rozumiem, że Weronika zachorowała, bo użyła trefnego kosmetyku. A Grzegorz?

Z wykonaniem nie jest dobrze. Parę literówek jeszcze można przeżyć, jakieś niedociągnięcia w dialogach też, ale ortografy?

– Ciesz się pięknem Weroniko, puki jeszcze możesz.

Sprawdź w słowniku, co znaczy puk. Możesz się zdziwić.

Czarny tusz rozmazał się, gdy dwie stróżki łez popłynęły jej po policzkach.

Nie odkładaj słownika. Stróżkę też sprawdź.

“I ♥ Y”.

A to nie powinno być U? Bo mi wychodzi “dlaczego kocham”. ;-)

Babska logika rządzi!

Autorze.

Przeczytałam całe opowiadanie i jestem w kłopocie, bo tekst wymyka się jednoznacznym odczuciom. Pominę sprawy czysto warsztatowe typu błędy interpunkcyjne i literówki. W opowiadaniu występuje dużo postaci: Główny bohater, jego przyjaciel, jego żona, jego dzieci, jego rodzice, lekarz, dwie wiedźmy. To trochę dużo jak na opowiadanie. Każdą prawie postać starasz się scharakteryzować i opisać. Opowiadanie ma głównie realistyczny wątek obyczajowy i mało przekonujący wątek magiczny – dwie wiedźmy. Te dwa wątki, moim zdaniem, słabo się kleją.

O ile wątek obyczajowy jest dość przekonujący, o tyle wątek fantastyczny jest dodany jakby na siłę. Opowiadanie mogłoby się bez niego obejść i powstałoby coś na kształt “Harlekina”.

Gdyby bardziej uwypuklić wątek “magiczny”, to opowiadanie powinno, moim zdaniem, od niego się zacząć – od rozmowy obu czarownic i dalej ciągnąć wątek realistyczny.

Niemniej zauważyłam wiele trafnych spostrzeżeń obyczajowych.

Sceny seksualne przedstawione są dość schematycznie, zauważ, że damska spódniczka, to nie to samo, co sukienka.

Bardzo realistyczny opis przebiegu choroby bohaterki, a na końcu głównego bohatera źle się klei z wątkiem “magicznym”. To się w tym opowiadaniu literacko “gryzie”.

Reasumując, opowiadanie jest niezłe, po uwzględnieniu przedstawionych uwag.

Oczywiście, moja opinia jest opinią subiektywną i wynika z mych osobistych odczuć. Pozdrawiam ciepło.

Największym problemem dla mnie był chyba brak sympatycznych postaci. Nie kibicowałam nikomu, nikogo nie polubiłam. Szkoda, że nie było więcej fantastyki. Siostra Uli miała tak niewiele miejsca, że nie miała szansy by wykształcić charakter. Wydarzenia bardzo dramatyczne (jak ktoś wspominał wyżej, rodem z romansu) – nie spojrzałam na nick i byłam przekonana, że jego autorem jest kobieta.

Imo przydałoby się trochę cięć z początku – Marek jak na tak poboczną postać dostał chyba zbyt wiele miejsca we wstępie.

W tekst wciągnęłam się szybko i przeczytałam go bez odrywania się. Warsztat na dobrym poziomie. Wydaje mi się, że możesz wyrzucić wiedźmy i zostać polskim Nicholasem Sparksem, u niego też trup ściele się gęsto ;)

 

Ty ciągle zachowujesz się jak podlotka. – podlotek jest rodzaju męskiego

 

– Hallo? Profesorze? – Halo

 

–Dlaczego wyglądasz staro? – zgubiona spacja

 

– Jeszcze jedna chemia?? – pytajniki i wykrzykniki stawia się pojedynczo lub trójkami

 

Cześć Weronika! – brak przecinka przed wołaczem – ten błąd powtórzył się parę razy

 

PS. Trochę mnie gryzie, że Weronikę zdrabnia się tutaj do Wiki. Przecież “Wiki” to od Wiktorii.

Dziękuję za komentarze. Na początek wspólna odpowiedź. To miało być przede wszystkim opowiadanie obyczajowe. Żaden fantastyczny pomysł sam w sobie mnie nie rusza, jeśli nie klei się w powieści obyczajowość. To próba moich sił w tym temacie. Uwzględniając wasze uwagi pojedynczo i wszystkie razem, opowiadanie miałoby znacznie więcej znaków, może i 80k. Nie jestem jeszcze gotowy na takie utwory. Wątek wiedźm jest tylko uzupełniający i taki miał być. Jak widać fantastycznym ludziom, nigdy dość fantastyki :) A mnie czasem tak.

 

NowWheremanie,

główny bohater miał być negatywny, budzić niechęć, zakładam więc, że mi się udało. Pochylę się nad scenami, które uznałeś za suche, bo zależało mi, by wyszły naturalnie.

 

Finklo,

nie chciałem osiągać ckliwości, celowałem w inne odczucia, przemyślę sobie twój komentarz. Co do Grzegorza, nie trzeba chorować, żeby zmarnieć. Kilkumiesięczny ciągły stres i trauma robią swoje.

Dziękuję za wskazanie błędów. Ortografy popełniłem, nie kryję się z tym. Rozmawialiśmy już kiedyś na ten temat i o ile za wskazanie błędów jestem ci wdzięczny, to o tyle kolejne, te same stwierdzenie " Sprawdź w słowniku (…) Możesz się zdziwić." odbieram jako małą złośliwość. Powinno być “U”, poprawiłem.

 

Karolino,

twój komentarz jest mi najbliższy, pewnie dlatego, że odgadłaś moje zamiary. Tak, wiedźmy są tylko na dokładkę. Cieszę się, że wątek obyczajowy jest dla ciebie przekonujący. Także pozdrawiam ;)

 

Kam_mod,

dziękuję za wskazanie błędów, tym bardziej, że czegoś się nauczyłem :)

nie spojrzałam na nick i byłam przekonana, że jego autorem jest kobieta.

Odbieram to , jako komplement :) Sparks sprzedał miliony książek i ma za to u mnie szacunek. Tak czasami myślę, że sprawdziłbym się w takim gatunku. Z jednym nie mogę się zgodzić, w moim dramacie nikt nie umiera i z tego jestem dumny :) Niewiele znajdziesz takich dramatów na portalu, tu zawsze ktoś ginie :)

Autorze.

Podzielam w pełni twoją opinię, że w fantastyce za dużo jest śmierci. Najczęściej młodzi autorzy za wszelką cenę chcą przerazić czytelników. Poniżej podam pewne porady dla autorów:

– najłatwiej czytelnika znudzić.

– trudniej czytelnika zainteresować.

– jeszcze trudniej czytelnika przestraszyć.

najtrudniej czytelnika rozbawić.

i mnie czasami doskwiera zarzut o “braku fantastyki”.

Muszę wystąpić w obronie @Finkli. Ta komentatorka należy do użytkowników najmniej złośliwych, tylko lakonicznie się wyraża. Pozdrawiam z uśmiechem.

Napisałeś ten tekst tak, że czyta się go gładko i z zainteresowaniem, chociaż podzielam znaczną część zarzutów moich przed-komentujących. Akurat ja chyba nie za bardzo chciałabym, aby fabuła poszła w stronę sabatu – mogłoby to okazać się nieco zbyt sztampowe. Przemiana bohatera była fajna, bo taka pozytywna, chociaż można było ją przewidzieć (kiedy zorientowałam się, co zrobiła Ula, to aż wewnętrznie krzyknęłam – co?! A czego ona się spodziewała? W ten sposób chciała oderwać męża od Wiki?! Dopiero po jakimś czasie pomyślałam, że tak, mogła się tego spodziewać). 

Jak dla mnie w większości zbyt pobieżnie i nieprzekonująco kreślisz relacje między bohaterami. Zupełnie nie wiem, po co Ula po raz pierwszy w opowiadaniu spotkała się z siostrą, spotkania Uli z Weroniką też są dziwne – Weronika podejrzewa, że Ula jest “tą drugą”, ale zachowuje się kompletnie bezwolnie, mimo że Ula wyraźnie kręci. A przecież Weronika bezwolna nie jest. 

Natomiast spotkanie Grzegorza z rodzicami wyszło bardzo dobrze – to przykład na to, że nie trzeba wielu słów, by wiele przekazać – w tych kilku kwestiach dialogowych doskonale zawarłeś relację między synem a matką, synem a ojcem i – w domyśle – między obojgiem rodziców.

Zgadzam się też, że sceny erotyczne wyszły mechanicznie.

Co nie zmienia faktu, że przeczytałam szybko, za jednym zamachem i bez znużenia.

 

EDIT: Na szczęście się na tym nie znam, ale czy osobom tak wycieńczonym jak Weronika wciąż podaje się chemię?

Ale zawsze może rozwinąć wypowiedź, jeśli ktoś ciekaw szczegółów.

nie chciałem osiągać ckliwości, celowałem w inne odczucia, przemyślę sobie twój komentarz.

Nie kieruj się tak bardzo mną. Jeśli chodzi o opisywanie uczuć tekstach, jestem raczej daleko od maksimum krzywej Gaussa. A przecież chyba chcesz pisać dla ludzi, nie dla Finkli. Na spokojnie zbierz inne opinie i dopiero się zastanawiaj.

Co do Grzegorza, nie trzeba chorować, żeby zmarnieć. Kilkumiesięczny ciągły stres i trauma robią swoje.

Tu zgoda. Ale wcześniej zaznaczasz, że wiedźma coś knuje, że próbuje wyciąć Grzegorzowi jeszcze jeden numer, chociaż sabat tego zabrania. Założyłam, że to jej sprawka.

Rozmawialiśmy już kiedyś na ten temat i o ile za wskazanie błędów jestem ci wdzięczny, to o tyle kolejne, te same stwierdzenie " Sprawdź w słowniku (…) Możesz się zdziwić." odbieram jako małą złośliwość.

Hej, nie obrażaj się. “Sprawdź… zdziwić” to moja standardowa formułka i nie jestem w stanie zapamiętać, do kogo już ją pisałam i z jakiej okazji. Wychodzę z założenia, że jeśli komuś napiszę “strużkę, a nie stróżkę”, to mechanicznie poprawi błąd, bez myślenia o nim. Jak literówkę. A jeśli zajrzy do słownika (najlepiej papierowego, w którym widać sąsiednie hasła), to jest spora szansa, że zrozumie – strużka pochodzi od strugi i strugania, a stróżka od stróża. Mój mózg tak działa, że jeżeli coś rozumie, to już nie myli pojęć. A jak Twój? Dlaczego za pierwszym razem nie zażarło?

Babska logika rządzi!

Ocho,

dziękuję za komentarz. Fajnie, że nie brakowało ci większego wątku czarownic. Co do Uli, spotyka się z siostrą, żeby pochwalić się nowym mężczyzną i "związkiem", zaś z Weroniką, by poznać wroga. Czuła się od niej gorsza i chciała zobaczyć, jaka jest ta lepsza. Weronika nie zachowuje się bezwolnie, zachowuje się godnie (z dumą), przynajmniej taka była moja intencja.

Wycieńczenie Weroniki było związane z bólem nowotworowym, który często jest fantomowy i nie wynika bezpośrednio z dolegliwości chorobowych, nie wpływa też decydująco na decyzję o chemii.

Możesz wskazać mi najbardziej pobieżne relacje? Na pewno pomoże mi to w przyszłości.

 

Finklo,

nie obrażam się :) Choć wpływasz na mnie czasem destabilizująco :)

Dlaczego nie zażarło… Bo jako autor podchodzę do swego dzieła emocjonalnie, znajdowanie błędów znacznie lepiej wychodzi mi u innych , niż u siebie :)

 

A mi się podobało. Może mało fantastyki, ale ja nie mam nic do obyczajówek :) A wręcz sama taki grzech często popełniam…

Czytało mi się płynnie, bez zgrzytów. Postacie może nie są łatwe do polubienia, ale chyba nie o to tu chodzi. Miłość, zdrada, wiedźmy – jak dla mnie dobre połączenie ponurej codzienności z magią :)

Chyba też trochę bardziej bym nakreśliła relacje między Ulą a Weroniką i Uli z siostrą, tak jak radzi Ocha, ale podsumowując przyjemnie mi się czytało :)

Pozdrawiam serdecznie.

Dzięki Katio, liczyłem, że tobie się spodoba. Starałem się, żeby bohaterów ciężko było polubić :)

Starałem się, żeby bohaterów ciężko było polubić :)

 

Ale czemu? Bohater, któremu kibicujemy daje motywację do dalszego brnięcia w tekst.

W sumie, bohater, którego nienawidzimy, też. ;-)

Babska logika rządzi!

Możesz wskazać mi najbardziej pobieżne relacje?

Właściwie to, co napisałam. Ula i jej siostra wydają się literacko ciekawymi postaciami (zwłaszcza siostra – silna i rozsądna), a przy okazji w znacznej mierze przeciwieństwami. Myślę, że dałoby się bardziej podkreślić specyfikę ich relacji. Rozumiem, o co Ci chodziło w pierwszym ich spotkaniu – nawet przeszło mi to wcześniej przez głowę. Ale napisałeś też, że Ula często wykorzystuje facetów, a z Martą spotyka się rzadko. Uznałam więc, że gdyby chciała się po prostu pochwalić nową zdobyczą, to ich spotkania byłyby częstsze. Ale może po prostu coś tu nadinterpretowałam.

No i Weronika – Ula. Jeśli ktoś wpuszcza do domu na pogawędkę, a potem idzie na zaproponowaną kawę z kimś, za kim nie przepada i raczej nie chce mieć z tą osobą wiele do czynienia, bo podejrzewa wiadomo o co, to ja tego raczej nie nazwałabym dumą i godnością, tylko brakiem asertywności. ;)

 

Hej Ocho,

spotykają się dla nas ludzi rzadko :) Dla wiedźmy co żyje setki lat, każde dziesięć jest jak dla nas rok :) Stąd wzmianka “za kilka lat”, widać niewystarczająco to podkreśliłem. A Weronika cóż, mimo wszystko była ciekawa, co u męża, którego przecież kocha. Za dumna, żeby sama go pytać, ale coś zasłyszeć, nawet od domniemanej kochanki… ;) Nie chciałem dodawać takich myśli w tekście, żeby nie wyszło zbyt wykładniczo, stosuję niedomówienia i pozostawienie czytelnika z pytaniami. Choć coraz częściej przekonuję się, że kobiety tego nie lubią, to właśnie wy (kobiety) “zarzucacie” mnie pytaniami, dlaczego? :) Facet czyta i kupuje albo nie, na przykład taki NoWhereMan, czy Nighter6 :) Pozdrawiam.

Trochę powtórzę się za przedmówcami, ale odczucia mam podobne. To, co mi się podobało, to wątek wiedźm, a także całkiem nieźle skonstruowane postaci. Na plus, dodam jeszcze, że pomimo niedociągnięć, tekst czyta się sprawnie. 

Chociaż obyczajówki często mi nie podchodzą, to w tym przypadku… cóż, z jednej strony wolałabym, żeby było więcej fantastyki, a z drugiej historia zaciekawiła mnie na tyle, że bez oporów przeczytałam ją do końca. 

Ponieważ zawsze najbardziej lubiłam “te złe” postaci, spodobała mi się koncepcja obsadzenia drania w roli głównej. Chociaż takiemu się nie kibicuje, zawsze spotykają go ciekawsze przygody. ;) 

Podsumowując, to całkiem niezły tekst. Nie do końca w moim stylu, ale lektura umiliła mi wolny czas. :) Pozdrawiam. 

Jak na opowieść o odcieniach miłości, wyszło dość stereotypowo i raczej mdło. Ot, problem zdradzających się małżonków, z dopełniającą kwadratu wiedźmą. Rozpaczliwe działania Uli, dążącej do zatrzymania mężczyzny przy sobie doprowadziły co prawda do dramatycznej sytuacji w rodzinie Grzegorza, ale końcowa scena sugeruje, że chyba wszystko dobrze się skończy.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

z im­pre­zy in­te­gra­cyj­nej służ­bo­wym Pas­sa­tem. –> …z im­pre­zy in­te­gra­cyj­nej służ­bo­wym pas­sa­tem.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Po­pa­trzył na ko­le­gę z na­gan­ną. –> Literówka.

 

Oliwa żyje teraz tylko te­ni­sem. –> Czy Oliwa jest celowa, czy to literówka.

Taki zapis pojawia się jeszcze trzykrotnie.

 

Na­słu­chi­wał i gdy usły­szał dźwię­ki na górze… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

Na­słu­chi­wał, usły­szał sa­pa­nie i jęki… –> Jak wyżej.

 

– Wy­sze­dłem bez słowa, nie wie­dzie­li mnie. –> Literówka.

 

– A co?! Ty je­steś lep­szy?! – Rzu­ci­ła z wy­rzu­tem. –> Brzmi to fatalnie. Ponadto rzuciła należy napisać małą literą.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Ty cią­gle za­cho­wu­jesz się jak pod­lot­ka. –> Ty cią­gle za­cho­wu­jesz się jak pod­lot­ek.

 

–Nadal miesz­kasz w ho­te­lu? –> Brak spacji po półpauzie.

 

ale szu­kam coś do wy­na­ję­cia. –> …ale szu­kam czegoś do wy­na­ję­cia.

 

Wa­ha­ła się tylko przed mo­ment… –> Literówka.

 

Sprze­da­ła na na­pręd­ce wy­my­ślo­ną ba­jecz­kę… –> Sprze­da­ła na­pręd­ce wy­my­ślo­ną ba­jecz­kę

 

Szyb­ko przy­pu­dro­wa­ła nosek i resz­tę czasu po­świe­ci­ła na do­kład­ne przej­rze­nie ko­sme­ty­ków We­ro­ni­ki. – Wiemy, że Weronika i Grzegorz mieszkali w domku. Przypuszczam, że skoro sypialnia małżonków mieściła się na piętrze, tam również była ich łazienka i to w niej znajdowały się kosmetyki pani domu. Ula poprosiła o możliwość skorzystania z toalety i najprawdopodobniej została jej wskazana ubikacja na parterze, więc, moim zdaniem, nie miała możliwości grzebania w kosmetykach Weroniki.

 

Po­pra­wi­ła su­kien­kę, zła­pa­ła za kurt­kę i wy­bie­gła z miesz­ka­nia. –> Po­pra­wi­ła su­kien­kę, zła­pa­ła kurt­kę i wy­bie­gła z miesz­ka­nia.

 

Wsia­dła w sa­mo­chód i ru­szy­ła za mia­sto. –> Wsia­dła do sa­mo­chodu i ru­szy­ła za mia­sto.

 

Czego chcesz! – Wy­se­ple­ni­ła gar­dło­wym gło­sem jędza. – Gdyby rzeczywiście wysepleniła, powinno być: – Cego chces! – wy­se­ple­ni­ła gar­dło­wym gło­sem jędza.

 

Wy­mie­rzy­ła w nią czar­ną laską, która po­ja­wi­ła się zni­kąd. –> Literówka.

 

Młoda ko­bie­ta mach­nę­ła za­ma­szy­ście płasz­czem i wy­szła z chaty. –> Płaszczem, który mamy na sobie, raczej trudno machać, w dodatku zamaszyście.

 

Ula wró­ci­ła do stołu, zła­pa­ła za mi­secz­kę… –> Ula wró­ci­ła do stołu, zła­pa­ła mi­secz­kę

 

Ma­tyl­da ner­wo­wo ge­sty­ku­lo­wa­ła rę­ko­ma. –> Masło maślane. Gestykulować to ruchami rąk podkreślać wygłaszane słowa.

 

–Pie­nią­dze! Znowu gadka o pie­nią­dzach! –> Brak spacji po półpauzie.

 

– Prze­pra­szam… Nie prze­szli­śmy prze­cież na ty. –> To mówi Ula do Weroniki, więc: – Prze­pra­szam… Nie prze­szłyśmy prze­cież na ty.

 

Coś ukuło ją w sercu. –> Coś ukłuło ją w sercu.

kućkłuć to nie to samo.

 

– Nie stała żadna tragedia. –> – Nie stała się żadna tragedia.

 

– Coś ty, Skarbie. –> Dlaczego wielka litera?

 

Co kilka sekund wpadło przez nie światło mijanych latarni. –> Literówka.

 

Leżała wtedy oddychając płytko, pusto patrząc w sufit. –> Raczej: …pustym wzrokiem patrząc w sufit.

 

dnie spędzał przy jej łóżku, wracał do domu późnym wieczorem, a wtedy też się nie kładł, tylko siadał przy łóżkach dziewczynek. –> Powtórzenie.

 

Chwyciła za chochlę… –> Chwyciła chochlę

 

bez trudu zmieniła ją w taką Ulę, jaką siostra przybierała w świecie zewnętrznym. –> Siostra nie przybierała Uli.

Proponuję: …bez trudu zmieniła ją w taką Ulę, jaką siostra bywała w świecie zewnętrznym. Lub: …bez trudu zmieniła ją w taką postać, jaką siostra przybierała w świecie zewnętrznym.

 

Wyszła bez słowa więcej. –> Raczej: Wyszła bez słowa.

 

Krew uderzyła mu do głowy, momentalnie pociemniało mu przed oczami. –> Czy oba zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Darconie – w stosunku zdradzającego do męża zachowała się świetnie. ;) Okazała się samodzielną, silną babką. I właśnie dlatego tak mnie gryzło, że daje się manipulować Uli. Tylko tyle.

Faktycznie wyszła trochę taka telenowela, ale nie wszystkie telenowele są złe ;D Nie do końca moje klimaty, ale wciągnęło :)

Znalazłam literówkę:

“Rafał, możesz na zostawić?”

w stosunku zdradzającego do męża zachowała się świetnie. ;)

 

A ja bym chyba wolała, żeby Weronika dowiadując się o zdradzie męża po prostu pokazała mu drzwi, zamiast szukać sobie gacha. Wtedy i ona by pokazała, że jest samodzielną, ogarniętą dziewczyną, i stężenie harlequinowatości w opowiadaniu nieco by opadło.

Rosso,

dziękuję za miłe słowa. Dopiero teraz zauważyłem, że jesteś kolejną osobą, która przeczytała tekst bez większego bólu, czy przerw, a o to chodziło mi przede wszystkim, aby ktoś nie napisał mi “nie dałem rady”. Kwestia fabuły i co się podobało, a co nie, jest oczywiście ważna, ale ciężko dogodzić wszystkim.

Reg,

dzięki za sprawdzenie, doceniam i siadam do poprawek. Jedno mnie tylko martwi, jesteś którąś z kolei czytelniczką, która zupełnie nie zauważa najważniejszej rzeczy w opowiadaniu (dla mnie) – choroby. Poświęciłem na to pół tekstu i przyznam szczerze traktowałem jak oczko w głowie, a tu nic, zero. Jestem trochę zdezorientowany.

Annn, dzięki.

Kam_mod,

ale Grzegorz zdradzał od początku, a ona znalazła gacha na dwa razy i po kilku latach… Masz dwadzieścia trzy lata, jak będziesz miała trzydzieści trzy i dwójkę dzieci, prawdopodobnie twoje myślenie ciut się zmieni ;) To w kwestii pokazywania drzwi :) Dzieci muszą chodzić do szkoły, życie kosztuje, wszystko kosztuje, a w Polsce 2/3 nie płaci regularnie alimentów. Pewnie nie wzięłaś tego pod uwagę. Dodatkowo Weronika była sierotą, takim zawsze jest ciężej. I przede wszystkim, kochała męża, ach te kobiety… :)

No i? Chodzi mi o to, że Weronika wydaje się raczej ogarniętą dziewczyną, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Po co jej był ten obcy facet, dla zemsty? Trąci telenowelą, a u ciebie i tak jest tych melodramatycznych schematów nawalone – zdradzający się małżonkowie, spiskujące kochanki, nowotwory, paraliże… Można grać w telenowelowe bingo.

A przy okazji, również go zdradzając, zapewne pozbawia się możliwości otrzymania rozwodu z orzeczeniem o winie Grzegorza.

 

Edycja do twojej edycji. Przecież i tak mu ostatecznie pokazała drzwi, więc co za różnica? A rozwód z orzeczeniem o winie pomógłby ugrać alimenty nie tylko na dzieci, ale i na nią.

Marek wywrócił oczyma. Popatrzył na kolegę z naganną.

Z naganą? Z naganną miną?

 

Dobra sylwetka, wręcz sportowca, choć był przed czterdziestką.

Z logiki konstrukcji tego zdania w tym miejscu postawiłbym przymiotnik. “Wręcz” sugeruje cechę jeszcze lepszą niż już i tak dobra “dobra”.

Do tego dalsza część zdania po “choć” też kłuje, bo czy to takie niecodzienne teraz mieć dobrą sylwetkę przed czterdziestką?

 

Zakręciła zalotnie pośladkami.

Z jakiegoś powodu bardzo rozbawiło mnie to zdanie.

 

Rafał, możesz na zostawić?

 

– Pewnie. – Chłopak chciał coś powiedzieć, ale widząc minę Grzegorza

Przecież powiedział. Może: chłopak chciał coś jeszcze powiedzieć…

 

Gdy córka zniknęła w pokoju, odwróciła się w stronę męża.

Z tego zdania wynika, że córka, zniknąwszy, odwróciła się do męża. Co jest o tyle wstrząsające, że ma ona raptem osiem lat! ;)

 

– Wiki… – Wyszeptał przez sen.

Tak a propos: wydaje mi się, że “Wiki” to skrót od “Wiktoria”.

 

– Po co to spotkanie? – Marta, siostra Uli, podejrzliwie na nią patrzyła.

– Chciałam zobaczyć własną siostrę. – Ula się obruszyła.

Dużo lepiej wyglądałoby: Marta podejrzliwie patrzyła na siostrę. Zamieszanie w głowie czytelnika pod tytułem “wtf kim jest Marta?!” trwałoby raptem do didaskaliów kolejnej kwestii, więc nijak nie psułoby to odbioru sceny, za to całość prezentowałaby się zgrabniej. Niezależnie jednak od wersji, na którą się zdecydujesz, masz powtórzenie.

 

Od dawna nie spotykamy się rodzinnie[+,] siostrzyczko.

Wołaczom, Darconie, należą się przecinki jak psu buda. ;)

 

– W takim razie doskonale pani wie, że mój mąż nie mieszka już z nami. – Weronika nie owijała w bawełnę. – Jest osobą towarzyską, a takiej bomby nie da się zbyt długo ukrywać. Po co pani tak naprawdę przyszła?

Jakoś szwankuje mi tu ciąg przyczynowo-skutkowy. Dlaczego Weronika zakłada, że skoro Grzegorz jest towarzyską osobą, będzie się chwalił na prawo i lewo, że wyprowadził się od żony i dzieci? Nie zbudowałeś jego postaci w sposób, który uzasadniałby tę wypowiedź. Chociaż był bawidamkiem, to zależało mu na rodzinie, więc chyba powinien się wstydzić bycia przyłapanym na zdradzie i ukaranym za nią.

 

Poczuła się zdominowana jak wcześniej przez siostrę. Z Martą sobie poradziła, ale teraz siedząc i rozmawiając z tą kobietą, poczuła się znowu mała. To ją trochę deprymowało.

Powtórzenie; ostatnie zdanie powtarza też informację wynikającą z frazy “poczuła się mała”, więc jak dla mnie – jest zbędne.

 

Nienawidziła tego miejsca, a jednocześnie tak bardzo [+go] potrzebowała.

– Uważaj[+,] siostro, jak sobie poczynasz!

Marta przestała udawać miłą. Wymierzyła w nią czarną laską, która pojawiła się znikąd.

Tu by wypadało jednak podać w kogo mierzy, zamiast używać zaimka. Zaimek “zastępuje imię”, które w tym fragmencie przecież nie padło.

 

– Zobaczymy[+,] tchórzu, jak sobie z tym poradzisz!

– Cześć, wejdź. – Jego ojciec był niskim mężczyzną, z krótko przystrzyżonymi, siwymi włosami. Miał ciepłe, spokojnie spojrzenie. – Rozbierz się, zrobić ci herbaty?

Dopiero co wprowadzasz postać. Wypowiada ona kwestię tak neutralną, że bardziej się nie da. Kogo więc interesuje, że ojciec jest niski, ma takie włosy i takie spojrzenie? Jeżeli detal jest zbędny, to po co zaśmiecać sobie tekst? O każdej z tych cech dałoby się wspomnieć dużo zgrabniej, jako pretekstu używając sceny, czy sytuacji, na przykład “ojciec był niskim mężczyzną, ale nie przeszkadzało to mu patrzeć na syna z góry”. Wtedy i jakoś to wygląda, i unika się infodumpu.

 

– Oczywiście, że tak – zawołała z przekąsem Matylda.

Dlaczego ojciec jest nazywany ojcem, a matka – Matyldą? To sugeruje, że jest jakąś macochą/konkubiną/itd, ale tak chyba nie jest.

 

– Przestań mamo! Wiki nigdy tego nie zrobi – zaoponował. – Wiesz, że jej rodzice zginęli w wypadku, jak miała raptem tyle lat co Oliwia. Doskonale wie, co to znaczy wychowywać się bez rodziców, zapewniam cię, że nigdy nie odetnie mnie od córek.

Dialog nie jest miejscem do wprowadzania informacji w takiej ilości, bo wychodzi infodump. Dużo lepiej by to wyglądało, gdyby sytuacja została zarysowana przez narratora gdzieś wcześniej, a w tej wypowiedzi tylko wspomniana. Aktualnie Twój bohater wygłasza matce prawdę objawioną, o której oboje doskonale wiedzą, no ale trzeba przecież rzucić tym w twarz czytelnikowi, żeby się fabuła trzymała, prawda?

 

– Matyldo! – Witold wtrącił się do rozmowy. – To sprawa naszego syna, nie nasza.

Nagle ojciec też dostaje imię, chyba tylko dlatego, że nie miałeś pomysłów na sensowne synonimy. Co stało na przeszkodzie, żeby przedstawić rodziców z imienia na początku sceny? Uniknąłbyś zbędnego zamieszania.

 

Musisz o to zadbać[+,] czy chcesz, czy nie.

 

Zdeklarował się, że po wyniki pójdzie razem z nią. Na oddział onkologii Akademii Medycznej.

Badania się wykonuje w poradni, nie na oddziale.

 

Ula. – Złapał ją za rękę. – To nie jest zwykła sytuacja… Mam dwójkę dzieci, musisz to zrozumieć. Czasami w życiu zdarzają się chwile, których nie planujesz. Na które zupełnie nie masz wpływu, nawet jeśli bardzo byś chciał.

Chciała, bo zwraca się do niej. W ogóle hiperpoprawnie powinno być też: Ulu. ;)

 

Operacja napawała ich olbrzymim lękiem, ale jak się później okazało, to był wierzchołek góry lodowej.

A gdzie research? Chłoniaka Hodgkina leczy się radio– i chemioterapią, nie chirurgicznie.

 

Starał się zapanować nad sobą, ale nie dał razy.

 

Prosiła Grzegorza o morfinę, tylko to przynosiło jej ulgę[+,] przynajmniej na jakiś czas.

Nie dbała o to, czy się uzależni[-,] czy nie, chciała przez chwilę

On nie potrafił odmówić, chciał pomóc, morfina pomagała i nic więcej się nie liczyło.

Nie dbała o to, czy się uzależni

Wydaje mi się, że potrzeba dłuższego czasu, żeby się uzależnić od morfiny.

 

Jedziemy właśnie karetką do Akademii.

To ona nie żyje? Bo w Akademii co najwyżej sekcję zwłok jej mogą trzasnąć na medycynie sądowej. Powinno być: do kliniki. Do tego karetka nie wozi pacjentów, gdzie chcą. Tylko lekarz z karetki może zadecydować o transporcie do szpitala innego niż najbliższy. Zatem scena nabrałaby realizmu, gdyby Grzegorz samodzielnie wiózł żonę do szpitala.

 

Niebo nad nimi pociemniało, chmury [+się] spiętrzyły.

 

Czy to jest najlepsze wyjście[+,] profesorze?

 

Zagórski spojrzał na nich uważanie.

 

Dobry wieczór[+,] siostrzyczko.

 

Sabat nie będzie tolerował twoich wybryków! Już raz ukarałaś go dotkliwie i to wystarczy!

Ukarała sabat?

 

Leżał na łóżku, a bok siedziała Weronika.

 

Są, jak to powiedział profesor Zagórski, obiecujące.

 

 

Wziąłeś na tapet obyczajówkę, doprawiając ją tak, by wyszła jakaś wariacja realizmu magicznego. Ale, jak dla mnie, nie do końca wyszło.

Wątek fantastyczny jest doczepiony tak bardzo na siłę, że wręcz widać, gdzie kleiłeś taśmą, żeby się trzymało i czasem nie odpadło. Jakby ciąć brzytwą Lehma, nic by nie zostało. Chyba, że naciągamy jak się da i uznajemy Ulę za personifikację losu, która zsyła na bohaterów chłoniaka i udar. Naprawdę. Wszystkie fantastyczne elementy – od wieku wiedźm, przez fiolki, przez domek w lesie, po nadęty sabat, który tylko grozi osobą Marty – wszystko to można by wyciąć, a opowiadanie nie straciłoby sensu. Obyczajówka lubi fantastykę. Ale motyw fantastyczny powinien być ważnym, o ile nie najważniejszym punktem całej historii. Jeśli znajdziesz chwilę, zobacz jak rozprawiono się z problemem tutaj czy tutaj. Wątki obyczajowe są istotne, ale idą na równi, a czasem nawet ustępują miejsca fantastycznym. U Ciebie ta równowaga jest mocno zaburzona.

Czy to źle? Dobra obyczajówka nie jest zła. Tylko mam wątpliwości co do jakości tej historii. Miałem skojarzenie z serialami z TVNu, gdzie bohaterami są ludzie sukcesu, wiodący wspaniałe życie, koniecznie w wielkim mieście, mający świetną pracę, idealni w każdym calu. Z jakiegoś powodu jednak te seriale znikają z ramówki po jednym, dwóch sezonach, a głupie M jak miłość siedzi w niej już z piętnaście lat i gromadzi ośmiomilionową widownię. Przykład może niezbyt chlubny, ale korzysta z patentu, który warto podpatrzeć – bohaterowie muszą bowiem przede wszystkim być jacyś, a więc być niedoskonali i mieć wady. Przerysowane postaci budzą jedynie obojętność. Spodobała mi się kreacja Marka, był trochę nieśmiały, życzliwy – był jakiś. Ula, Weronika czy Grzesiek niestety przypominali postacie z nieszczęsnego TVNu – a one przecież znikają po jednym sezonie.

Odkąd jednak w tekście pojawiły się choroby, coś drgnęło. Relacja Wiktorii i Grześka nabrała prawdziwości, a słodko-gorzkie zakończenie wypadło całkiem fajnie, zaś sama końcówka wzrusza, ale w takim pozytywnym sensie, nie ckliwym.

Nie podoba mi się natomiast cała masa literówek, których łatwo mógłbyś się pozbyć dokonując korekty tekstu przed publikacją.

Pozdrawiam!

 

Ech, ta młodość jest taka bezkompromisowa :) I nie lubi wypominania lat, od razu się najeżyłaś, nie chciałem cię przecież urazić.

Jejku Kam, jest różnica, czara goryczy się przelała? Kobieta stwardniała? Dzieci są już większe i łatwiej się nimi zająć?

Tylko ostatnie dwa zdania mojego komentarza napisałam po twoim wytknięciu mojego wieku, więc komentarz o najeżeniu się chyba trochę nietrafiony.

 

Myślę, że gdybym miała trzydzieści lat i dzieci, to nie chciałoby mi się głowy sobie zawracać szukaniem faceta na jeden numerek tylko po to, żeby zrobić komuś na złość. Raczej zadbałabym o dobry byt swój i dzieci – chociażby przez wyżej wspomniany rozwód z orzeczeniem. Weronika ma w tym opowiadaniu słabo zarysowany charakter, ale wydaje się rozsądną osobą. Wierzę w nią.

 

Poza tym, to była tylko ogólna uwaga, napisana po przemyśleniu całego tekstu. Chyba o to chodzi we wrzucaniu tekstu na forum, by zebrać wrażenia różnych czytelników. Absolutnie nic z tym nie musisz robić, a już szczególnie nie umniejszać mojego prawa do własnej opinii. Twoi czytelnicy też nie zawsze będą w jedynym pasującym tobie wieku, więc potraktuj to jako ćwiczenie cierpliwości.

Normalnie nie nadążam z odpowiedziami.

 

Kam_mod, zbieram opinie, ale…

– Spotkałam się z nim dwa razy. – Odgarnęła włosy do tyłu, wyraźnie zmęczona. – Ale tak, dużo rozmawialiśmy.

Czy z tego wynika ci, że “zawraca sobie dupę na jeden numerek”?

Kam, tak, najeżyłaś się, wytykam ci wiek, tobie nie chciałoby się zawracać dupy, nawalone schematów – to twoje słowa. I nie mów mi, że tak obcesowo zwracasz się codziennie do wszystkich. Twój pierwszy komentarz po lekturze, był znacznie przyjemniejszy i nie chodzi mi o opinię, ale sam sposób wypowiedzi.

 

MrBrightside,

dziękuję za włożony wysiłek, kawał dobrej roboty. Nie mógłbym łatwo pozbyć się literówek, uwierz mi, że sprawdzam, nie jestem po prostu na tyle dobry. Nie widzę ich. Pochylę się nad błędami stylistycznymi, to dla mnie ważne.

Nie zgadzam się za to z twoim zdaniem o rodzicach, Akademii i TVNie, ale nie będę wchodził w szczegóły, boję się kolejnej dyskusji.

 

boję się kolejnej dyskusji.

Przecież po to tu jesteśmy. Nawet jeśli czasem używamy niewybrednego słownictwa, za co przepraszam. Już siedzę cicho. A ty jako autor możesz albo przekonać nas do swojej racji, albo pozostawić nam wolną rękę do interpretacji. Ale argumenty ad personam nie są fajne.

Szcerze mówiąc, Darconie, choroba nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, bo podobne sytuacje nie są niczym nadzwyczajnym – wiarołomny mąż, wyrzucony z domu i bliski związania się z inną kobietą, w obliczu choroby żony nagle doznaje wyrzutów sumienia, nawraca się i zostaje przyjęty z powrotem. Żona przeważnie wraca do zdrowia i żyją długo, i szczęśliwie.

Skoro, jak piszesz, choroba była dla Ciebie elementem szczególnym i ważnym w opowiadaniu,  to przykro mi ogromnie, że owej wyjątkowości nie dostrzegłam. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki zrobione, rzeczywiście literówek było sporo, a sprawdzałem nawet na papierze. Cóż, chyba musi tekst dłużej poleżeć, żeby sprawdzać bez emocji.

 

Reg, MrBrightside,

jeszcze raz dzięki. Jest mi trochę głupio, literówek sporo, ale jak pewnie widać, temat i rodzaj opowiadania zupełnie odmienny od poprzedniego. Chciałem się szybko przekonać, jak wyjdzie obyczajówka, która jest mi niezbędna do dalszego pisania.

 

Darconie, niech Ci nie będzie głupio. Zdarzały mi się znacznie dłuższe łapanki w zdecydowanie krótszych tekstach. A skoro już się zorientowałeś, że pośpiech nie popłaca, jestem przekonana, że Twoje przyszłe opowiadania będą wzorem staranności i poprawnego pisania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zbyt obyczajowy tekst. Miłość zwycięża, ale to za mało na opowiadanie. Wprowadziłeś wątek wiedźm, którego nie wykorzystałeś do końca. To tak jakbyś nie wykorzystał do końca potencjału. Jest wzruszająca i smutno, ale jest też za mało fantastyki. 

Technicznie nieźle, choć możnaby się w paru miejscach przyczepić. 

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Dziękuję za komentarz Pietrku, miałem potrzebę napisania obyczajówki. Pozdrawiam.

Rozumiem. Potrzeby artystyczne trzeba spełniać. Też to miewam. I tak wyszło nieźle jak na obyczajówkę.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Witaj

 

Kurczę, niby przeczytałem całość, ale coś z tym opowiadaniem mi nie gra. Napisane całkiem sprawnie, ale są momenty, chodzi mi tu o dialogi, które brzmią dość nienaturalnie.

Nie bardzo rozumiem, czemu w opowiadaniu pojawiają się wiedźmy. Według mnie próba wepchnięcia fantastyki do tekstu na siłę. A niepotrzebnie, bo wypada to sztucznie i nieprofesjonalnie.

Aa i jeszcze jakieś dziwne podchody Uli i jej próba nawiązania relacji z Weroniką. I przy tym, wydaje mi się mało prawdopodobne, aby Weronika chciała się spotykać z jakąkolwiek atrakcyjną kobietą z pracy męża (zwłaszcza po zdradzie). Raczej od razu wyczułaby, że to kochanka i potraktowała ją zupełnie inaczej.

 

Jeszcze na koniec moment przy którym się zawiesiłem:

 

Na oddział onkologii Akademii Medycznej

 

Tu już może się czepię za bardzo, ale ta “Akademia Medyczna” zbędna. Każdy czytelnik powinien się domyślić, że chodzi o szpital, więc można śmiało wykreślić, bo to nie wpływa na fabułę.

 

Ogólnie z pisaniem, tak jak mówię, nie jest źle, ale pomysł nie rozwala. Pomieszanie świata realnego z fantastyką, akurat tutaj, nie wypada korzystnie.

 

Pozdrawiam i rozwijaj się dalej :)

Hej Wojowniku, dzięki za komentarz. Wiedźmy nie są na siłę, to miał być dodatek, ale nie napisałem go na przekór sobie :)

Co do Akademii Medycznej, to odpowiem od razu także MrB. Jestem z dużego miasta i nie funkcjonuje tutaj pojęcie szpitala, bo nic to nie mówi. W Trójmieście jest pewnie kilkadziesiąt szpitali, więc ludziska mówią nazwę, albo potoczne określenie. Na przykład jedziemy na Zaspę albo do Akademii i każdy wie o co chodzi. Chciałem by dialogi miały jak najwięcej autentyczności. Podejrzewam, że w Warszawie, czy Wrocławiu panują podobne zwyczaje.

Pytanie, czy Twoją docelową czytelniczą grupą są mieszkańcy Trójmiasta, czy jednak całego kraju? Jeśli tak się mówi na Pomorzu – nic nikomu do tego. Ale wydaje mi się, że regionalizm wypada wyjaśnić w didaskaliach albo w narracji. Wszak owa akademia to dawna nazwa uniwersytetu medycznego, który jednak tak kiedyś jak i dziś szkoli medyków w szpitalach zwanymi klinikami – nie akademiami.

Jak sam napisałeś MrB, to koniecznie ludzie z wielkiego miasta. I jak napisałem ja, pewnie w innych dużych miastach panują podobne zwyczaje. Jak pisałbym o bohaterach małego miasteczka, pewnie wysłałbym ich do szpitala w dużym mieście :)

Nie, to nie tylko Pomorze. W każdym dużym mieście są różne szpitale i informacja, że “jedziemy do szpitala” niewiele daje.

U nas pacjenci mogą trafić między innymi do WAM-u – szpitala Wojskowej Akademii Medycznej.

Babska logika rządzi!

Cóż, na Śląsku i w Małopolsce raczej używa się nazwy ulicy przy której szpital stoi albo nazwiska jego patrona, jeśli chwytliwy. W Katowicach powiedzenie “jedziemy do akademii” nic by nikomu nie powiedziało, bo w tym tylko mieście ŚUM ma z pięć szpitali klinicznych.

Wiesz, to pewnie zależy od miasta i szpitali – jak się jakaś potoczna nazwa przyjmie, to ludzie używają. WAM jest całkiem wygodny i jednoznaczny. Ale w Łodzi patroni też są w obiegu: Korczak, Madurowicz, Barlicki, Matka Polka…

Babska logika rządzi!

Cholibka, wpadłem na Twój profil, a tu tekst o takim ładnym tytule. Pierwsze zdania są obiecujące, więc spróbuję przeczytać i dam znać o wrażeniach.

 

Howgh!

Czy można wierzyć w jakość w świecie zdominowanym przez ilość?

Hm, hmmm… no, trudno się nie zgodzić, że czuć tu klimat telenoweli ;o) 

Generalnie poruszasz fajny temat, który zresztą ładnie definiuje tytuł. Natomiast jak dla mnie, eksplorujesz go zbyt mało subtelnie. Dla mnie ta “telenowelowatość” wyraża się przede wszystkim w stereotypach i przerysowaniu. Mało ruszają mnie sceny, gdzie bohater jest świadkiem współżycia żony z kochankiem – to przykre, naturalnie, ale brakuje właśnie tej subtelności. Podobnie rozumiem to, o czym pisał MrB – mam na myśli tych bohaterów z TVNu: przystojny, bogaty, z korporacji, sypia z koleżankami z pracy, bo może. Jasne, pewnie się tacy zdarzają wcale nie rzadko, ale wydaja mi się mało interesujący, sztampowi. Od przystojniaka zastającego żonę w łóżku z innym bardziej porusza mnie taka scena, jak w Love actually, gdzie żona otwiera swój gwiazdkowy prezent i odkrywa, że naszyjnik, który wcześniej przypadkiem znalazła, nie był wcale dla niej. Rozumiesz, jest subtelniej. I cały wątek jest ciekawszy – niby tez chodzi o zdradę, ale wcale nie ma tu sceny łóżkowej, a problem eksplorowany jest głębiej, niż tylko na poziomie pożądania i seksu – bohater nie zdradza tylko dlatego, że jest młody, przystojny i dziewczyny po prostu na niego lecą (wręcz zupełnie tak nie jest), zdrada też nie musi odnosić się wyłącznie do fizyczności.

Też uważam, że fajnie byłoby rozwinąć wątek wiedźm i sabatu. To z pewnością pogłębiłoby postać Uli. Teraz odbieram ja jako napaloną i nieczułą, złą wiedźmę. A gdybyś pokazał mi ją jako spragnioną miłości, zmęczoną samotnością, pragnącą ciepła – kurczę, może wtedy dałoby się ją zrozumieć.

To, co mi się podobało, to odwaga z jaką rzucasz bohaterom kłody pod nogi. To bardzo ułatwia zbudowanie dobrej historii. Bo choć może same wydarzenia niezbyt mnie porwały, to czułam rosnące w tej opowieści napięcie – a to duży plus :o)

Dziękuję Werweno za komentarz, choć nie do końca wiem, co o nim myśleć. Mógłbym go podsumować zdaniem “Wiesz, dałeś mi orca z Warcrafta, a szkoda, że nie napisałeś o elfie, zdecydowanie bardziej je wolę”. Mówisz o zupełnie innym opowiadaniu i zupełnie innych bohaterach przywołując przykład z Love actually. Widziałem ten film i bardzo mi się podobał… Ale to świąteczna bajka z kilkoma zupełnie nierzeczywistymi wątkami.

Tak, moi bohaterowie są zwyczajni. Stereotypowi? Możliwe, ale mieli tacy być. Nie pisałem o kimś wyjątkowym, subtelnym i urokliwym. Chciałem napisać utwór o szarej rzeczywistości, pisałem o zwykłych ludziach z mnóstwem wad, z kompleksami, często nieporadnych. Wyjątkowe miały być ich zachowania. Możliwe, że nie do końca mi się to udało, albo Ty szukałeś czegoś, czego tu nigdy nie było.

 

Też nie wiem, co masz myśleć – jeśli coś uznasz za przydatne, z tego co napisałam, to weź, jak nie – nie bierz ;) Posłużyłam się przykładem z Love actually, bo według mnie to również jest film o odcieniach miłości. Tak, to zupełnie inna historia i inni bohaterowie, ale temat ten sam.  I nie chodzi mi tez o to, aby bohaterowie byli urokliwi czy wyjątkowi – nawet bym powiedziała, że przeciwnie ;) To bardzo dobrze, że Twoi bohaterowie mają wady i kompleksy, ale widzisz, ja tych kompleksów u Grzegorza w ogóle nie widziałam w tekście. A gdybym je zobaczyła, podobałby mi się pewnie bardziej. O podobną rzecz chodziło mi, gdy pisałam o Uli. 

Może też być tak, że – jak mówisz - wolę elfy. Przecież nie piszę, że tekst jest zły, piszę, że według mnie, brakuje mu subtelności i może rzeczywiście jest tak, że czegoś innego szukam w tekstach, które podejmują taką tematykę. No więc taką właśnie masz informację – niektórzy czytelnicy szukają czegoś innego. Możesz rozważyć, czy jest w tym “czymś innym” dla Ciebie coś interesującego, albo stwierdzić, że trudno, i robić swoje. I każda opcja jest okej ;o)

Dzięki za dodatkowe wyjaśnienia i poświęcony czas Werweno. Przemyślę sobie twoje uwagi.

Ta da! W końcu dotarłem i tutaj, jako reprezentant Ochotniczej Straży Poczytności :)

 

“Odcienie miłości” – w zasadzie tytuł najlepiej oddaje to, o czym jest to opowiadanie i tego należy się w tym tekście doszukiwać. Nie więcej, nie mniej. Można kochać na wiele sposobów. Mamy tutaj miłość bezkompromisową – głód miłości, który zaślepia, jest i miłość odkryta na nowo i miłość prawdziwa, która karze zapomnieć o własnym szczęściu.

 

Przyznaję, że nie jestem fanem takiej tematyki – wszystko jest mocno obyczajowe, miejscami ustawione na bezpardonową grę na emocjach (np. scena, gdy bohaterka nie jest wstanie dotrzeć do toalet). Nie mniej jednak trzeba przyjąć do wiadomości, że konwencja tego wymaga, że jest to równie prawdziwe jak samo życie.

I tutaj pochwała. W prawdziwym życiu wielu ludzi odnajduje się na nowo dopiero, gdy świat wali im się na głowy. Zupełnie jak Twoi bohaterowie. A prawdziwie mądry ten, który nie czeka, aż życie da mu lekcję. Cieszę się, że o tym przypomniałeś mi tą wprawką pisarską :)

 

Co do postaci, niestety Grzegorz wpisuje się w kanon tych konstrukcji osobowościowych, których serdecznie niecierpię – bezmyślne mimozy nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich czynów, duże dzieci, którym aż chce się wystrzelać z liścia po gębie, żeby się ogarnęły(chyba tylko bohaterka któregoś z opowiadań Bemik, go przebiła). Wiem, wiem świat jest pełen takich baranów… i ta postać taka miała być ;)

Co do fantastyki, przypiętej na przysłowiową ślinę. Dobrze, że jakaś jest, chociaż nie przepadam za wiedźmami i eliksirami ;)

 

A teraz poproszę coś z jajem, coś co zryje czytelnikowi beret :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

 

 

 

Dzięki Blacktom :) Nie przypuszczałem, że coś dobrego dla siebie z tego wyciągniesz, tym bardziej fajnie.

 

Ps. Tak, Fantaści już ruszyli… ;)

Po pierwsze: przypominam jaka jest definicja tekstu bibliotecznego – http://www.fantastyka.pl/loza/11 Moim zdaniem ten tekst zdecydowanie się łapie.

 

Po drugie – przyznaję bez bicia, że się pod koniec wzruszyłem. Najbardziej tą sceną, gdy Weronika się zanieczyszcza i do sypialni wchodzą dziewczynki. Ale nie tylko. Ja to w ogóle nie mogę oglądać romansów, bo mam zawsze łzy w oczach i głupio tak przed rodziną i znajomymi. Ale udało Ci się, Darconie, więc melduję, że końcówka chwyciła za gardło. Nawet scena rozmowy Weroniki z matką, bliska przeszarżowaniu, ostatecznie wypadła tak, że w hollywoodzkim filmie familijnym mogłaby się spokojnie zmieścić.

 

Po trzecie – niewiele brakowało, żebym do tej końcówki nie dotrwał, bo tytuł dramatycznie zły a początek tekstu drętwy, standardowy i przemielony w tysiącach harlequinów (tak myślę, nie czytam, bo wiem żebym się poryczał). I nie chodzi o to, że jesteśmy na portalu fantastycznym i ukłon fantastyce się należy, tylko żeby wpleść coś oryginalnego, własnego, niepokojącego. Sam wierszowany liścik to za mało.

 

Po czwarte – za dużo kombinacji z narracją. Grzesiek i Ula wystarczą. Niepotrzebne otwarcie z punktu widzenia Marka, zupełnie niepotrzebna wstawka Weroniki zaczynająca się od słów “O dziwo z Weroniki szybko zeszło napięcie…”.

 

Po piąte – pamiętaj, że zgodnie z regułami gatunku One zawsze występują trójkami (vide Pratchett). Przez chwilę podejrzewałem, że Weronika, sierota o nieznanej przeszłości, długo oporna na czary, jest brakującym elementem trójcy. I tej trzeciej czarownicy brakowało mi bardziej niż sabatu.

 

Po szóste – to Twój najlepszy tekst, jaki tutaj czytałem.

Kurczę, Coboldzie, masz rację. Chociaż parę rzeczy mi się w tym tekście nie podoba, to parę wypadło naprawdę zacnie, więc i ja, po namyśle, kliknę, tak pokrętnie, jakoś, przez kogoś. ;)

Dziękuję za komentarze.

 

Odpowiem też w punktach, będzie czytelnie.

Jeden – też mi się tak wydawało.

Dwa – tak, chciałem wprowadzić silne emocję. Dobrze, że się udało.

Trzy – przeanalizuję wstęp.

Cztery – tak, Marek niepotrzebny. Zapomniałem o nim. Co do Weroniki, wytykano mi wcześniej, że kluczowe postacie są bierne, stąd pomysł na jej narrację. Bałem się, że jakbym nie napisał i tak będzie stała z boku.

Pięć – nie pomyślałem o tym. Może jeszcze kiedyś…

Sześć – miło to słyszeć.

Pozdrawiam.

 

I zrób coś, proszę Cię, z tytułem.

To już “W tyglu namiętności” byłoby lepsze – przynajmniej kojarzy się z wiedźmami ;)

Miałem z tytułem dylemat, szukałem “suchego”, żeby oddawał treść, nic więcej. Dwie osoby napisały, że dokładnie taki jest, trzeciej się podoba. Ale jak więcej osób będzie na “nie”, to zmienię. Tylko za jakiś czas. Tak sobie myślę, że zmiana teraz byłaby trochę nie fair względem tych, którzy czytali i jeszcze śledzą komentarze.

OK, masz rację, tez nie lubię zmieniania tytułów tekstów już opublikowanych. To raczej rada na przyszłość, bo ten obecny nasuwa skojarzenie z tanimi romansidłami.

Coś w tym jest, stąd te dylematy, ale ja w tytułach nie jestem dobry.

Konkurs za mną, mogę nadrabiać zaległości ;)

To najpierw techniczne pierdoły. 

Wyraźnie była zmęczona, ale się uśmiechała.

– Dały ci popalić?

Myślałem, że to pytanie wypowiedziała Weronika, bo w poprzednim zdaniu ona była podmiotem. I to nawet pasowałoby, bo przecież Grzesiek tentego z Edytą i tą drugą. Więc wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy przez sekundę myślałem, że żona zadaje mężowi takie pytanie z uśmiechem na twarzy. 

z duży dekoltem

Literówka. 

– Grzesiek, chyba nie zrobiłeś niczego głupiego? – Wiedział, że przyjaciel jest wysportowany, a charakter ma żywiołowy.

– Właśnie zrobiłem.

– To znaczy?

– Wyszedłem bez słowa, nie widzieli mnie.

Dobre.

Gwarantuje ci to.

Znowu literówka. W komentarzach widziałem, że było ich więcej, niezbyt wiem, co mogę doradzić, oprócz odkładania tekstu na dłużej i kilku serii poprawek. Zostaje tylko beta. Albo sposób Reg, polegający na zmianie czcionki na inną. 

O co ci kurwa chodzi?!

Przekleństwa to wtrącenia, więc wyodrębniamy je przecinkami.

krzyczał on i matka.

krzyczeli on i matka. Albo: krzyczeli i on, i matka. Albo: krzyczał on, krzyczała matka. 

Przestań mamo!

Synu zaczekaj!

Wiem synku

Ciesz się pięknem Weroniko

Wołacze też oddzielamy przecinkami. 

Na oddział onkologii Akademii Medycznej.

Akademii.

Teraz już chyba nie ma “Akademii” Medycznych, tylko są “Uniwersytety”.

Czy było warto siostro? – Puściła ją. – Coś ty narobiła Urszulo…

Wołacze – wiesz, co robić. 

 

Ale to szczegóły, grubszych rzeczy nie widziałem. Czytało się bardzo płynnie, szybko. Tak też wszedłem tekst, a z tym na portalu często mam trudność. Czyli dobrze zacząłeś. A przy tym bez wołania o uwagę. 

Potem też mi się podobało. Akurat wątek wiedźm mniej mnie obchodził. Bohaterowie wydali się interesujący. Kam napisała, że nie było sympatycznych bohaterów, więc nie miała, z kim się utożsamić… Może nikt nie był jakoś wybitnie sympatyczny, ale postaci wydały mi się tak ludzkie, że w pewien sposób kibicowałem wszystkim naraz. Zaangażowałem się emocjonalnie, choć bez ściskania w gardle, jak miał Cobold. 

Może Cię zdziwię, ale do tytułu nie mam zastrzeżeń ;)

Dobry tekst. Moim zdaniem lepszy niż “W oczekiwaniu”. Myślę, że najlepiej temu opowiadaniu zrobiłby ciekawszy element fantastyczny. Niektórzy zarzucali, że warstwa obyczajowa jest rodem z telenoweli. Ale tak zawsze jest. Zależy tylko, jak to podasz. Mówię z doświadczenia: moje opko o kolesiu, który ma ludzkie problemy, w tym upośledzonego syna, dostało piórko. Nie ma więc nic złego w tym, że opowiadasz o “normalnych” dramatach: zdradzie, chorobie itd. O tym jest literatura. Cała sztuka, żeby te klasyczne sprawy przedstawić czytelnikowi w nieco inny sposób. Daj odbiorcom jakiś motyw, coś, co zapamiętają na dłużej, nie musi to być od razu obiekt z kosmosu, ale czasem wystarczy po prostu nietypowe zestawienie zwyczajnych elementów. 

Doklepuję bibliotekę. Obiema rękami. I tą cegłą z Marsa ;)

 

Edit: Ale żeś dał fragment reprezentatywny… :P

Dzięki za komentarz, Fun. Wołacze poprawiłem, czasem o nich zapominam, a czasem przecinki wyglądają tak nienaturalnie, że podświadomie ich nie stawiam, zwłaszcza tam, gdzie jest jeden po drugim. Jednak coraz wyraźniej widzę wskazane błędy, nie dziwią mnie już, a raczej dziwią, że sam ich nie wyłapałem, więc jest lepiej :)

Myślę, że to nie pierwsza moja obyczajówka, wyraźnie ciągnie mnie w te klimaty, ale trzeba będzie popracować nad mniejszym współczynnikiem telenoweli.

Myślę, że to nie pierwsza moja obyczajówka, wyraźnie ciągnie mnie w te klimaty

A czytałeś jakieś książki w tych klimatach, do których Cię ciągnie? 

Raczej niewiele, w tym temacie bardziej polegam na filmach.

Nie będę oryginalny i też powiem, że wysoka telenoweliczność. Przejawia się ona między innymi w bardzo łatwym odbiorze, co można by uznać nawet za zaletę. Z drugiej strony też w jakiejś takiej ekranowej płaskości postaci. Tak się zastanawiam, czy gdybym miał, choćby w kilku słowach, scharakteryzować np Weronikę, to bym potrafił. Z opowiadania wynika tylko, że była piękna.

Wątek fantastyczny wydaje się dorobiony na siłę. W tym sensie, że cała historia by się bez niego właściwie obeszła. Przecież Weronika mogłaby zachorować na raka bez udziału czarów. Czy ze strony Uli nie byłoby jakoś bardziej magicznie, i przede wszystkim skutecznie z punktu widzenia uczuć Grześka, zamienić Weronikę we wstrętną i wredną jędzę?

Stężenie telenoweliczności pogłębia dla mnie ten fragment, gdzie rodzice Grześka nazywani są z imienia, nie wiem po co. Przecież fragment ten, jak również większość opowiadania, napisany jest wprawdzie w trzeciej osobie, jednak z punktu widzenia Grześka. Dla Grześka rodzice to rodzice, nie zaś Witold i Matylda. Nawiązuję do telenoweliczności, bo to właśnie we wstępie do każdego odcinka, zwłaszcza polskich, oper mydlanych, bohaterowie przedstawiani są z imienia, choćby nie wiem jak byli zgrzybiali. Tam to jednak ma sens, bo chodzi o to, aby przypomnieć imiona bohaterów oglądającym to sklerotycznym staruszkom, które stanowią większość widowni. W opowiadaniu sensu nie widzę.

No i tytuł. “Odcienie miłości” nieodparcie nasuwa mi skojarzenie z “Barwami Szczęścia “smiley

Jest taki inny fragment, gdy Ula rozmawia z Grześkiem. Usiłuje go uwieść. Stoi do niego przodem, co naturalne i poza tym wynika choćby z tego, że się do niego uśmiecha. Ani słowem nie ma mowy, jakoby się odwracała. Jednak kręci pośladkami, jak rozumiem zalotnie. Wynika z tego jedno z dwóch. Albo zaleca się do kogoś innego, kto z stoi z tyłu. Albo też Ula ma pośladki z przodu, co można by uznać za jeszcze jeden element fantastycznysmiley. No chyba, że Ula zakręciła (może ładniej “zakołysała“) biodrami, co z punktu widzenia Grześka byłoby widoczne.

Jeszcze taki fragment, gdy Ula rozmawia z Weroniką przed domem. Weronika pyta się Uli, jak długo ta pracuje z Grześkiem. Ula odpowiada, że prawie dwa lata. Na to Weronika mówi, że Ula powinna wiedzieć, że Grzesiek nie mieszka już z rodziną (od kilku dni). Ula zdaje się podzielać ten pogląd, co sama przed sobą przyznaje. Ja się pytam, czy jest jakiś oczywisty związek pomiędzy dwoma powyższymi faktami. Tj pomiędzy okresem wspólnego zatrudnienia Uli z Grześkiem, a wiedzą Uli co do aktualnego adresu Grześka. Bardzo aktualnego, bo zmienił się niedawno. Czy jest to jakiś zamierzony przez Autora przykład na tzw babską logikę?

Pytam się, bo bardziej jaskrawy przykład takiej logiki jest trochę dalej, we fragmencie z rodzicami Grześka. Ojciec się pyta Grześka, czy mu zrobić herbaty. Na to matka, że oczywiście, przecież Grzesiek jest bardzo głodnysmiley.

Na wypadek, gdyby czytała to jakimś cudem jakaś dziewczyna, asekuracyjnie powiem, że dla mnie w określeniu “babska logika“ nic się nie zgadza. Ani nie jest logiką, ani nie jest specyficznie babska.

Z takich drobiazgów, to wychwyciłem jeszcze dwukrotnie, jak ktoś do kogoś mówi “Skarbie“ Raz brakuje mi przed tym słowem przecinka. Za każdym razem nie wiem natomiast, czemu to słowo jest pisane z wielkiej litery. Czy to jest jakieś imię? Ja to doskonale rozumiem, że wypadałoby to tak pisać zwracając się do kogoś w korespondencji, tradycyjnej, czy mailowej. Jednak to opowiadanie, nie wiadomość skierowana do określonego adresata.

Znalazłem jeszcze parę usterek w dialogach, ale się nie czepiam, zakładając, że Autor świadomie przymyka na nie oko, jako na uchybienia języka potocznego. Może tak wygląda bardziej naturalnie.

Nie jest jednak częścią dialogu zdanie, w którym Grzesiek zaciska ręce na kierownicy, żeby nie wiedzieć, że mu drżą. Skoro je w tym celu zaciska, to już o tym wie. Za późno. Ja bym prędzej powiedział, że zaciskał ręce, by nie czuć, jak mu drżą.

Zgodzę się z kimś wyżej. We fragmencie, kiedy chyba Marta mówi do Uli “już raz ich ukarałaś”, to brzmi tak, jakby chodziło o ukaranie sabatu, nie zaś ukaranie rodziny Grześka. Ja sam tak, przysięgam, w pierwszej chwili pomyślałem.

I też zwróciło moją uwagę, że Wiki to chyba nie od Weroniki. Aczkolwiek przyznaję, że nie pomyślałem, że zamiast tego mogłoby być od Wiktorii.

Na koniec powiem, że widać u Autora taką żyłkę pisarską, której ja nie mam. Gdybym ją miał starałbym się ją wykorzystać inaczej. Czytałem (podkreślam czytałem, nie tylko oglądałem) naprawdę sporo literatury obyczajowej i wiem, że nie musi ona ani odrobinę przypominać telenoweli. Sakramentalnie powiem, że tematyka pisania NIE przesądza o jego charakterze.

 

Taaakiego komentarza jeszcze dostałem. Trzy dni będę go czytał! :) Zrobię później Edytkę ;)

 

Edit:

Dziękuję za obszerny komentarz. Zaczynając od wątku fantastycznego, tak, był niezbędny. Gdyby Weronika zachorowała "zwyczajnie" nie byłoby głównego motywu – zemsty Uli. Zmiana Weroniki w jędzę to były tylko połowiczy sukces, owszem, Grzegorz pewnie by od niej odszedł, ale on miał nie tylko odejść, ale przede wszystkim cierpieć. Nazwania rodziców z imienia będę się trzymał, bez imion byliby bardziej obcy, puści, jakich wielu.

Co do logiki między dwiema pięknymi kobietami, odpowiem Ci tak, kobieta zawsze rozpozna rywalkę/kandydatkę na nią, nie znając jej nawet. To samo pomyślała Weronika, widząc Ulę i właściwie wyciągając wniosek, że na pewno drogi Grzegorza i Uli jakoś się zeszły, czy to tylko w pracy, czy też w łóżku.

Z resztą uwag się zgadzam. Mówię o tym, że autor wszystko widzi w głowie, ale nie wszystko przelał na papier. Dobry przykład to nieszczęsna herbata i głód. Skróty myślowe czasami mnie nękają.

Dlatego dzięki za wyłapanie nieścisłości, które postaram się poprawić. Żyłkę będę wykorzystywał na różne sposoby :) Planuję jeszcze kiedyś obyczajówkę, może uda się napisać bardziej skomplikowaną.

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka
Patronujemy