- Opowiadanie: nwettele - Historia narodzin Dal-Khyrdda Błogosławionego

Historia narodzin Dal-Khyrdda Błogosławionego

Opowiadanie z większego uniwersum.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Historia narodzin Dal-Khyrdda Błogosławionego

"Luka w zaprawie" była karczmą o niemal dziesięcioletniej tradycji, co umieszczało ją w czołówce najstarszych jadłodajni w regionie. To właśnie dzięki jej renomie i świetnej lokalizacji przy głównej ulicy prowadzącej do Purpurowego Zamku, karczma niedawno wzbogaciła swój asortyment o miejscowe piwo, łącząc się z nowo powstałym browarem "Armata". W tym momencie biznes zaczął napędzać się sam, a karczmarz – Lemmi – był z tego powodu bardzo zadowolony. Dlatego pewnie, gdy na ganku za zakrytymi zasłonami oknami pojawił się obcy cień z długim kijem, przywitał go z uśmiechem.

– Witamy w "Luce w zaprawie"!

– Witam! – odpowiedział podstarzały mężczyzna i stał tak jeszcze przez chwilę. Słońce świecące mocno za jego plecami wydłużało jego cień i dodawały mu postury.

Następnie cień cztery razy tak mocno tupnął butem w podłogę, że po małym pomieszczeniu rozeszło się echo, a wszystkie oczy skierowały w jego stronę.

– Jestem Myv-Khyrdd Onheran, czarodziej. – Uśmiechnął się nieudanie i powiódł wzrokiem po wytrzeszczonych oczach i spoconych, zmarszczonych czołach tych najbliżej niego. – Czy jest tu ktoś, kto chce zarobić?

Ludzie rozejrzeli się dookoła. Lemmi na początku spodziewał się bójki, jednak najwyraźniej się na nią nie zanosiło. Przybysz miał nazwisko, na dodatek był czarodziejem i ubrany był dziwnie grubo jak na tak upalny dzień. Jednocześnie nie był typem klienta jego karczmy – Lemmi co chwila odruchowo spoglądał w stronę swojego karabinu ukrytego pod barkiem. Nie dziw, że nikt nie chciał zaczynać z przybyszem.

– No dalej – pogonił towarzystwo mag. – Nie mam całego dnia.

– Ja pójdę! – dało się usłyszeć młodociany głos. – Ja chcę zarobić!

– Świetnie, chodź. – Myv-Khyrdd spojrzał na zegar słoneczny w swoim kosturze, celując nim na zewnątrz karczmy. – Mamy mało czasu. Jak się nazywasz? – zapytał, kładąc rękę na jego ramieniu i wychodząc z młodym mężczyzną z lokalu.

Zadziało się to bardzo szybko. Wszyscy spojrzeli w stronę Lemmiego.

– On mu coś zrobi, Lemmi – wyraził swoje zdanie jeden z robotników, Wamtu. – Chłopak jest niewinny jak biedronka.

Parę osób pomrukiwaniami i cichymi komentarzami zgodziło się z Wamtu – głównie ludzie z jego stolika.

– Mój syn ma już szesnaście lat – odpowiedział karczmarz, starając się skupić na przecieraniu grubałki, aby wyglądać na niewzruszonego. – Umie podejmować samodzielne decyzje. Jak chcesz go niańczyć, to było go zatrzymać.

Większość tłumu głośnym klaśnięciami w dłonie i entuzjastycznymi pomrukiwaniami znad talerzy zgodziło się z karczmarzem.

– Bogowie, Lemmi… tak tylko mówię – odparł Wamtu pod nosem i popijając "Armatę" powrócił do pożerania swojego kotleta.

W karczmie znów zawitała cisza pory obiadowej, jak to zwykle było podczas sjesty.

 

Główna ulica wspinała się cały czas pod górę i patrząc przed siebie, daleko w przód, można było dojrzeć pierwszą, wielką bramę Purpurowego Zamku. Podczas obiedniej przerwy na zewnątrz wychodzili tylko kłócący się między sobą handlarze i ludzie nieuznający przerwy od pracy, a więc strażnicy, uczeni i kobiety z dziećmi.

Myv-Khyrdd zmierzył chłopaka obok siebie posępnym spojrzeniem, zaciskając zęby, bo rozgrzany bruk parzył go w materiałowe kapcie.

– Będę musiał kupić porządne buty… – rzekł czarodziej pod nosem, siląc się na rozpoczęcie rozmowy. – Widzę że jesteś skory do pracy, Traszna.

– Co mam zrobić, panie? – zapytał niemal równy jemu wzrostem szesnastolatek. No tak, kto inny mógłby mu pomóc? Tylko żądny przygód dzieciak. Nie miał co liczyć na kogoś, kto się rzeczywiście na nich znał.

– Poznałeś może sławnego handlarza o nazwisku Krystarium, który zamieszkuje dolinę Farii? Taki gruby… długie, poszarzałe włosy na głowie? Rude włosy na rękach i nogach?… Broda zaś czarna? Nie?

Traszna zmieszał się, powstrzymując uśmiech z całych sił. Myv-Khrydd uniósł brwi w zdziwieniu.

– Same włosy, panie…

Mag wywrócił oczami.

– Tak, włosy właśnie! To jego najbardziej charakterystyczna cecha, różne włosy w różnych miejscach. – Patrząc na starającego się nie roześmiać chłopaka, sam miał ochotę się uśmiechnąć. – Słuchaj, pewnie wiesz że niewielu ludzi zamieszkuje tę dolinę.

– Nigdy tam nie byłem. Ale wiem za to, jak tam zejść.

– Dobra, to wystarczy. Popytaj ludzi, ale uprzejmie, to zamknięty klub. Coś tam kopią, ale o to nie pytaj, jasne?

– Tak!

Czarodziej sięgnął do szerokiego rękawa i wyciągnął z niego list.

– Ten list sam w sobie nie jest nic wart, zapewniam cię. A jeśli dostarczysz go z przełamaną pieczęcią, albo nie dostarczysz w ogóle… – Zatrzymali się na środku drogi, pomiędzy dwoma krzykaczami:

Hej panowie! Spróbujcie moich pysznych bułek, nigdzie takich nie znajdziecie!wrzeszczał jeden.

– Jakiś powierzchowny zakres umiejętności czarodziejów jest tobie zapewne znany? – zapytał młodzika mag, robiąc użytek ze swojej posępności.

Gdzie tam! Chodźcie do mnie! Najpyszniejsze, najsłodsze kołacze w lukrze, z czekoladą, z syropem klonowym! – wrzeszczał drugi handlarz po ich drugiej stronie.

– Wiem, panie… Nie zamierzam cię oszukać, nie śmiem nawet o tym myśleć. Ja uczciwy, pana swego znam!

Głosy handlarzy były jakby coraz bliżej.

Przy zakupie sześciu bułek siódma za darmo!

W ZESTAWIE KOŁACZ I ROGALIK BUTELKA ŚWIEŻEGO SOKU ZA PÓŁ CENY!

Za moment Traszna ze zdziwieniem wodził wzrokiem za ponurym czarodziejem truchtającym pospiesznie od jednego stoiska do drugiego.

Traszna otrzymał od maga butelkę soku pomarańczowego i trzy bułki. Myv-Khyrdd tymczasem dzierżył aromatyczny kołacz z lukrem, a resztę wypieków wsadził do torby.

Pięć przecznic oe wielkiej, czarnej bramy wbitej w purpurowy mur, czarodziej podał chłopcu list.

– Jeśli się spiszesz, sowitą zapłatę otrzymasz już od mojego przyjaciela z doliny. Ma na imię Räplis, ale nazywają go zaklinaczem. Zrozumiałeś?

Traszna przytaknął z entuzjazmem.

– To leć.

Gdy tylko chłopak zniknął z pola widzenia czarodzieja, ten skręcił w jedną z uliczek. Jego celem był Purpurowy Zamek, ale nie miał nic przeciwko kazaniu Cesarzowi czekać załatwiając w tym czasie inne sprawy. Sama taka możliwość przepełniała go dziką satysfakcją.

Myv-Khyrdd nie ukrywał swojej pogardy do Żarowładnych, którym wszystko to, do czego on i jego koledzy po fachu dążyli ciężką pracą, przychodziło z łatwością. Skomplikowane zaklęcia, które wymagały wiedzy o otaczającym człowieka świecie, znajomości fizyki, astronomii, biologii, alchemii, kaligrafii, języka magii, tego wszystkiego i wielu, wielu innych rzeczy. Oni po prostu tego nie potrzebowali, bo tak.

Nie było żadnego haczyka poza tym, że musieli się nauczyć panować nad boską energią, która mogła ich rozsadzić przy czymś większym. Że musieli znać swoje limity, bo przesadzając mogliby zginąć – w tym nie było przecież nic złego! Myv-Khyrdd wiele już razy mówił sobie, że gdyby tylko mógł stworzyć tę jedną rzecz, która przyniosłaby jego nazwisku sławę, rzecz która zmieniłaby świat nie do poznania na zawsze… Chętnie poświęciłby dla czegoś takiego życie. Tymczasem współczesnym Żarowładnym taka idea nie przychodziła nawet do głowy.

Ech, te bezmózgie osiłki. Ich władza na pewno nie potrwa długo.

Studia nad magiczną energią Natury z każdym dniem posuwały się do przodu. Myv-Khyrdd był przekonany, że w końcu każdy mag będzie mógł korzystać z magii nie używając przy tym żadnych katalizatorów, tak jak już teraz robią to magowie krwi i Żarowładni. Mało tego, w swej pracy, która już robiła za podręcznik w paru szkołach magii na kontynencie i wyspach zawarł myśl nie tyle bluźnierczą, co kontrowersyjną:

"Ostatecznym celem wszystkich nauk magicznych jest zaszczepienie w czarodzieju źródła energii, takiego samego, jakie znajduje się w sercach Żarowładnych, a więc stworzenie kogoś o potencjale boga. Jest to obecne skupienie czarodziejów na całym świecie, ich wspólny cel, który doprowadzi do ostatecznego wyzbycia się potrzeby wyciągania ramion ku istotom które doprowadziły do pojawienia się rasy ludzkiej na Naturze."

Była to myśl podobna do myśli przewodniej ruchów magicznych jeszcze w czasach Starego Cesarstwa, przed Dorianem. Myv-Khyrdd odkopał ją, uznał za słuszną i umieścił powiązanie z tym, w co zmienił się świat obecny.

Któż wtedy spodziewał się, że na ziemi pojawią się takie jednostki jak Dorian Żarowładny – spełnienie marzeń każdego tamtejszego czarodzieja?

Zresztą, Mroku też nikt się nie spodziewał. Ile jeszcze jest energii podobnych do tych dwóch Potęg? Jak je wszystkie odnaleźć i opanować?

Myv-Khyrdd często zastanawiał się nad rzeczami, które większości pospólstwa nawet nie przychodziły do głowy.

Sklepik z mapami był otwarty i pusty. Właściciel albo cieszył się z każdego klienta odwiedzającego jego zakurzone przedsiębiorstwo, albo zauważył, że Myv-Khyrdd jest czarodziejem. A jako czarodziej, musi być chodzącym portfelem.

Myv-Khyrdd był, na nieszczęście handlarza, wyjątkiem od tej reguły.

Na ladzie wylądowało osiem zwiniętych w rulony map i jeden chudy przewodnik oprawiony w skórę najpospolitszego z potworów drugiej fazy – Baerionomon.

– Wezmę jeszcze tamten pokrowiec za panem – rzekł mag, chrząknąwszy, bo pełne entuzjazmu spojrzenie sprzedawcy onieśmielało go.

– Oczywi – rzekł wysokim głosikiem sprzedawca i odwrócił się, aby rozplątać pasek z haka.

– Co?

– Powiedziałem “oczywiście.

– A, "oczywiście" – powtórzył. – No tak – szepnął ciszej.

– Słucham? – zapytał sprzedawca.

– N-nie, nic. Zapłacę tym.

Na ladzie wylądował złoty emblemat z ognikiem doriańskim i nazwiskiem Myv-Khyrdda, a także jego podpisem.

Handlarzowi zrzedła mina. Nie ukrywając wrogiego skrzywienia twarzy, dalej nie odrywając wzroku od czarodzieja, sięgnął pod ladę. Myv-Khyrdd starał się tymczasem znaleźć w podłodze cokolwiek ciekawego.

Złoty emblemat skarbca cesarskiego oznaczał, że handlarz będzie musiał stać w długich kolejkach w urzędzie miasta, a potem czekać co najmniej miesiąc na pieniądze za towar, który sprzedaje dzisiaj.

– Czek na skarbiec cesarski, raz – rzekł sprzedawca z ociekającym fałszem uśmiechem, po czym wpisał obłędną cenę na papierek i przesunął ją do maga. – Podpisik.

Jeszcze przez kilka kłopotliwych minut po zakupie Myv-Khyrdd starał się ukryć wszystkie mapy w swoim nowym pokrowcu.

– Do widzenia – rzekł przy wyjściu, ale nie otrzymał odpowiedzi.

Po wyjściu Myv-Khyrdd myślał o tym, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na jego barkach. W końcu poza nim tylko sześciu ludzi na świecie mogło rozporządzać finansami skarbca cesarskiego. Trzech z nich należało do rady cesarskiej i właściwie nie potrzebowało tego przywileju. Myv-Khyrdd za to robił z niego jak najlepszy użytek. Cesarz już dwa razy osobiście zablokował mu konto, co tylko było wyznacznikiem tego, jak potrafił z niego korzystać.

"Maszyny do zaklęć są naprawdę drogie" – jak to kiedyś Zurrickarowi powiedział Kamyk, Mag Pierwszy.

Niosąc na plecach pokrowiec przytwierdzony do pasów okalających jego kruczoczarną szatę o prostych, złotych zdobieniach, Myv-Khyrdd mógł nareszcie udać się do Purpurowego Zamku, gdzie oczekiwał go Cesarz.

 

 

Był piękny dzień. Za oknem sypialni cesarskiej, która znajdowała się na szczycie wieży Purpurowego Zamku wielkie, silne słońce wisiało zawieszone na promieniach ponad górami i oddzielającymi je od zamku, obszernymi wrzosowiskami. Obydwoje byli zakochani w tym widoku.

Dorri często wpatrywał się weń przez okiennicę w ich sypialni. A raczej cesarskiej sypialni Dorriego, w której ona gościła coraz rzadziej.

Cesarz niecierpliwił się straszliwie, co jako pierwsza zauważyła ona, jego druga żona, Ddyrna. Była tą z nich, którą wziął z miłości. Ona także go kochała. Była jedyną, która przeżyła dla niego tyle poronień ile tylko mogła i zawsze najlepiej rozumiała jego uczucia.

A jednak, jedyny syn Cesarza nie był jej synem. Zaszczytu tego dostąpiła trzecia kobieta, którą Dorri wziął stosunkowo niedawno, księżniczka Yr z Datumanu. Ddyma starała się nie być zazdrosna, lecz nie potrafiła. Nienawidziła Yr z całego serca.

Jej synowi jednak nie życzyła źle. Kochała go jak swojego, jak każde z tych sześciu dzieci, które odebrał jej Żar. Według kapłanów Bogini-Matki wszystkie żyły dalej w niej i w Dorrim, dbając o swoich rodziców i ich szczęście, dopóki ci o nich pamiętali. Ddyma nie mogłaby zapomnieć, ale czy Dorri w swym zadowoleniu nowym synem nie zapomniał o życiach, które trzeba było dlań poświęcić?

Dorri odszedł od okna i zaczął zakładać buty. Nie był na tyle rozpieszczony, żeby dać się ubierać jak proste książęta. Ddyma znała swojego męża na tyle iż wiedziała, że Dorian Wielki nie był człowiekiem którego obchodziły bogactwa, co zaszczepił swoim synom. Na pewno też nie był dla Dorriego łagodnym ojcem.

– Już idziesz? – zapytała męża.

– Laina już czeka na sali – odparł, odwracając się do niej z uśmiechem. W jego mieniących się złotem, cesarskich oczach widać było zmęczenie. I żal. Żal tak wielki, że nawet czas spędzony z żoną nie mógł wygonić go z zatroskanej głowy władcy. – Muszę iść…

Laina – w przeciwieństwie do Yr – nie była rywalką Ddymy. Laina była pierwsza – Dorri nie kochał jej, ani ona nie kochała jego. Mimo to, to ona była Cesarzową i dzierżyła największą władzę po Dorrim. Była jego najbliższą doradczynią, a ich relacja z biegiem czasu właściwie zaczęła przypominać przyjaźń. Znali się świetnie, ale nie zabiegali o swoje względy, a Laina była silną i mądrą kobietą, dbającą bardziej o obowiązek niż o swoje uczucia… jeśli jakieś w ogóle miała. Ddyma nawet cieszyła się, że Dorri ma ją przy sobie. Była idealną racjonalną odskocznią dla emocji, którym Żarowładny zbyt często dawał się ponieść, z racji swojej gorącej krwi.

Gdy Dorri już wyszedł, długo wpatrywała się w dal myśląc o tragedii, która ich spotkała.

Po odejściu Doma-Heia i śmierci Khek-Mere, Dorri nie był już taki sam. Mimo wszystkich sprzeczek z braćmi, zawsze ich kochał. Ojca także kochał, choć o uczuciach do niego nigdy nie mówił na głos. Każdy z nich miał swoje bolączki – Dorian był pierwszym Żarowładnym, wielkim człowiekiem a potem Cesarzem, jednak pod koniec życia przez wiele lat męczyła go starość – moc boska, którą dalej miał w sobie niemal rozsadzała jego kruche ciało. Rozsadzało go też rozczarowanie, które pojawiło się po tym, jak jego drugi syn spróbował zamachu stanu i tylko się spotęgowało, gdy jego najstarszy syn, Doma-Hei, zrzekł się tronu i oddał go młodszemu bratu, zdrajcy, który nigdy nie powinien opuścić więzienia.

Dorri miał jedną poważną bolączkę – jako dziecko uważał Khek-Mere'a za autorytet. To on właściwie zajmował się nim, gdy Cesarz i jego prawowity następca nie mieli dla niego czasu. Teraz zaś, gdy wszyscy mówili o nim źle, Dorri po prostu cierpiał.

Nie było już nikogo starszego wiekiem, którego mógłby pytać o radę, kto mógłby być z niego dumny bądź zbesztać go. Był prawdziwie sam – mimo swoich żon, bratanków i dworu, który mierzył każdy jego ruch.

A teraz wydarzyła się jeszcze ta tragedia…

Dwie noce temu Młody Cesarz, jedyny syn Dorriego, został porwany z kołyski. Cesarz oczywiście już brał pod uwagę śmierć dziecka, co dobijało go i odbijało się na tym, że oddał tymczasowo całą władzę swojej radzie.

Nikt nie znał sprawcy, nikt nie wiedział, gdzie jest chłopiec. Dlatego sprowadzono najlepszą możliwą pomoc – czarodzieja, który uznawany był za jednego z najpotężniejszych. Był ostatnią szansą, jaką mieli na odzyskanie potomka Dorriego.

Bo czasami nawet oni, półbogowie, nie mogli nic zrobić.

 

Myv-Khyrdd szedł przez środek długiej sali przypominającej jadalnię.

Od razu zwrócił uwagę na oświetlenie – światło dnia wpuszczano do sali oszczędnie, przez dziwacznie ułożone okiennice po jednej stronie komnaty. Właściwym źródłem były dwa ogromne żyrandole, które czarodziej zauważył tylko spojrzeniem magii, swoim trzecim okiem. Widział, jak ściany sali pną się w górę i łączą na samym jej czubku, tworząc stożek. Widział solidne mocowania świateł mogące wytrzymać całe wieki.

Korzystając z magicznego wzroku zaczął sięgać dalej, do przeszłości. Ujrzał wszystko tak, jak wyglądało przed wybudowaniem Purpurowego Zamku, przed przybyciem ludzi. Widział smoki…

Nagle żarówka w kosturze pękła, przyprawiając maga o straszliwy ból skroni. Mimo to nawet się nie skrzywił. Znał ten ból tak, jak weteran walk z potworami znał smak własnej krwi.

Cesarz siedzący naprzeciwko niego na pewno zauważył, co się stało. Używanie magii w czyimś domu zwykle uznawane było za niegrzeczność, jednak Myv-Khyrdd miał przyznaną taryfę ulgową u Cesarza już od parudziesięciu dobrych latek ich znajomości.

Z wprawą, nie odwracając wzroku od Dorriego, zaczął wymieniać żarówkę. Starą oddał jednemu ze spacerujących wraz z nim strażników, z kieszeni jednej z toreb wyciągnął następną.

Cesarz u prawego boku miał swoją pierwszą żonę, u lewego zaś dwóch z pięciu swoich bratanków z Gałęzi Królewskiej – Antara i Finnusa. Poza tym na sali stało paru członków rady, w tym prawie sami czarodzieje.

Śmiesznym był fakt, że bratankowie Dorriego różnili się od siebie pod względem wyglądu niemal całkowicie – jego brat, Doma-Hei, swego czasu wziął pięć żon – każdą z innego królestwa sprzed powstania Cesarstwa. Był to piękny ukłon w stronę starych państw, ale najwyraźniej dla samego Doma-Heia niewiele znaczył, skoro zrezygnował z tronu i zaginął.

Antar był wysokim blondynem o dużych uszach i nosie i szerokich ramionach. Finnus tymczasem, choć jego ciało także szczyciło się sylwetką raczej umięśnioną, był znacznie bardziej zwarty, jego cera ciemna, a kolor włosów bardziej przypominał doriański brązowy.

Myv-Khyrdd po wymianie żarówki w kosturze nie mógł już czekać. Odezwał się, jeszcze w połowie drogi:

– Wasza wysokość, proszę o możliwość natychmiastowego rozpoczęcia działań. Wiem, co się stało i wiem, że żaden z waszych magów, ani też żaden z władających – tu uśmiechnął się serdecznie do braci – nie wykrył sprawcy. Ja natomiast oznajmię już teraz: zacznę od zaraz, jednak wymagam sporego wsparcia finansowego.

Dorri wyglądał na zadowolonego, mimo cierpienia w oczach. Najwyraźniej Myv-Khyrdd był pierwszym, który złożył mu tak bezpośrednią propozycję.

– Wsparcie finansowe nie będzie problemem – oznajmił Cesarz unosząc dłoń, jak to zwykle robił, mówiąc. – Cieszę się że przybyłeś tak szybko, Myv-Khyrddzie. Pytaj mnie i wszystkich na tym zamku o cokolwiek chcesz. Przygotowaliśmy ci już komnatę, gdybyś chciał tu zostać.

– Tylko jedną noc, panie. Mniej więcej tyle trwać będzie moje śledztwo, nim wyruszę w drogę.

– Niech i tak będzie.

Jeszcze przez chwilę z przymusu prowadzili oficjalną gadkę. Rozmowy o samopoczuciu były absolutnym hobby każdego władcy i szlachcica. Gdy tylko wszyscy się rozeszli, Dorri wziął Myv-Khyrdda na stronę.

– Przyjacielu, powiedz mi – zaczął przymilnie. – Jaka jest szansa, że mój syn żyje?

– Wielka. Wielka jest też szansa, że go odnajdę i przyniosę go tu z powrotem. Jestem tego niemal pewien.

– Jak to? – zdziwił się Cesarz. – Dlaczego?

– Ma powody, by tak twierdzić. – Mag przysunął się bliżej jego ucha. – Dobrze znam Magów Krwi, wiesz przecież. Założę się, że już mam lepszy trop, niż którykolwiek z twoich podwładnych.

Dorri splótł przedramiona i pokręcił głową.

– Oni nic nie mają. A przecież to wspaniali magowie.

– Jak na ten czas rzeczywiście. – Dorri skierował ku niemu zaciekawiony wzrok. Mag uznał, że czas spróbować. – Panie, czy gdyby mi się powiodło… Gdybym przyniósł tu chłopca całego i zdrowego… Czy mój projekt szkoły magii na rodzinnej wyspie zostałby nareszcie zaakceptowany?

Dorri zmarszczył brwi.

– To brzmi jak słowa porywacza, Khyrdd.

Wtem czarodziej poczuł, jak nieodparta siła wdziera się do jego umysłu. Nikt nie mógł powstrzymać inwazyjnej energii Żarowładnego w sile wieku, który panował nad swoimi mocami. Nikt, nawet on, jeden z najsilniejszych magów świata.

W końcu moc zelżała, aż ulotniła się całkowicie. Cesarz ze swoją potęgą o subtelności małego dziecka nie przejmował się bliznami na umyśle, które mogło pozostawić takie agresywne wejście.

– Panie… – zaczął osłabiony, z pretensją, przypominając sobie powoli, jak się mówi.

– Jesteś oczyszczony z podejrzeń. Na pewno rozumiesz moją sytuację, musiałem. A co do szkoły: jeśli ci się uda, zgodzę się na nią, choć mam parę warunków.

Który nielubiący swojej pracy idiota nauczył Żarowładnego czytania w myślach?! – pomyślał Myv-Khyrdd, podtrzymując się swoim kosturem, aby nie upaść.

 

Czarodziej pracował aż nie padł ze zmęczenia w swoim luksusowym łożu.

Zaczął od wypytania magów. Ci oprowadzając go po zamku i pokoju, w którym spał noworodek, opowiadali mu o tym, jak według nich wyglądała zbrodnia:

– Mężczyzna na pewno był magiem – Młody czarodziej, Levett Mlecznogwiazda, dawny student Myv-Khyrdda, spojrzał na niego unosząc z uśmiechem brwi, bo przedstawiał oczywistość. – Na pewno był potężny, bo nie wykryliśmy go. Jego wiedza musi znacznie przekraczać naszą. Możliwe, że jest źródłem. Ewentualnie mógłby być to jakiś Żarowładny…

– Takie domysły zostaw mnie – powstrzymał go Myv-Khyrdd.

– Jasne. Ogólnie gość musiał pojawić się od razu przy kołysce. Nie wykryliśmy żadnych artefaktów, a te zostawiają po sobie ślad. Tym bardziej dziwi mnie, że nas przechytrzył. – Myv-Khyrdd aż trząsł się z niecierpliwości, a Levett mówił dalej: – Musiał też dostać się tutaj nie przecinając żadnej z barier dookoła miasta i zamku.

– "Dookoła" znaczy także pod ziemią? – upewnił się Myv-Khyrdd.

– Oczywiście, mistrzu! – odezwał się jeden z czarodziejów. – Utworzyliśmy pięć kulistych barier, dwie nad murami zamku, trzecią w środku miasta, czwartą na jego skraju… Piąta sięga aż do wybrzeża.

– Naprawdę? – To poruszyło Myv-Khyrdda. – To ty byłeś z nimi połączony?

– Tak, mistrzu. – Wyciągnął z kieszeni mały przyrząd będący zmieszaniem żelaza, szkła i niebieskiego światła. – Rdzeń mam zawsze przy sobie, wyczuwam najmniejsze przejście, zawsze wiem kim jest przybysz.

– I nic?

– Nic, mistrzu.

Myv-Khyrdd znów odwrócił się do Levetta.

– Jakieś inne środki bezpieczeństwa?

– Strażnicy, ale nie pamiętają całej nocy. – Levett przechadzał się po pokoju, pokazując ich pozycje. Pozostali magowie z zamku ścisnęli się w kupkę za plecami Myv-Khyrdda. – Przeszukaliśmy ich pamięć i odnaleźliśmy ślady po wymazywaniu. Z jakiegoś powodu nie wyczuliśmy tego w nocy, a nikt z nas nie zignorowałby takiego zaklęcia.

– Gdyby był to prawdziwy mag krwi, nie miałby wielkiego problemu z przeprowadzeniem lobotomii bez używania energii magicznej – rzekł Myv-Khyrdd i znacząco pomachał palcami w powietrzu patrząc na kolegów po fachu.

Paru czarodziejów westchnęło z podziwem i strachem.

– Cóż, oto coś nowego – stwierdził Levett. – Poza tym jeszcze kołyska. Do niej podłączony jest kolega obok, Hwest.

Hwest ukłonił się po cesarsku, nisko.

– To dla mnie zaszczyt – rzekł, ukazując ciemne wory pod przekrwionymi oczami. – Jestem też podłączony do wielu innych mebli w tej komnacie, gdyby ktoś, na przykład, otwierał w nocy drzwiczki od szafki nocnej, natychmiast wiedziałbym, kto to zrobił. Kołyskę wystarczy dotknąć…

Myv-Khyrdd dotknął kołyski, a biedny Hwest złapał się za ucho.

– Auć.

– Wybacz – burknął Myv-Khyrdd i ponownie zwrócił się do Levetta. – Dalej?

– A to jak wyjaśnisz?

– To? Proste, porywacz nie dotknął kołyski.

– Ale to bardzo trudne, przecież jest zamknięta od góry, trzeba ją otworzyć!

– A gdyby zrobiła to śpiąca tu matka chłopca? Hwest, przejąłbyś się tym?

Hwest zastanowił się.

– Pewnie nie…

– A strażnicy nie pamiętają całej nocy, tak? Dobrze zrozumiałem? Mogła je otworzyć zaraz po położeniu się spać, a potem zasnąć ponownie. Czy nie tak?

– Pamiętam! Rzeczywiście je otwierała! Ale któż by się przejął Cesarzową otwierającą kołyskę własnego dziecka? A skoro strażnicy nic nie pamiętają…

– No właśnie, Hwest. Bardzo ładnie – pochwalił go Myv-Khyrdd.

– Gdy znaleźliśmy kołyskę, rzeczywiście była otwarta.

– Czy ktoś przesłuchiwał Cesarzową Yr?

– Twierdziła po prostu że spała całą noc i nic jej nie obudziło. – Levett wzruszył ramionami. – Nie czytaliśmy w jej myślach.

– Dlaczego? – zdziwił się Myv-Khyrdd.

– Bo wierzymy w Cesarstwo, a więc ufamy Cesarzowej – odparł Levett z dumą.

– Levett, młodziku! – zezłościł się stary wyga. – To Cesarz jest twoim Cesarstwem, a nie jego żony! Trzeba było sprawdzić wszystkich na zamku, a ZWŁASZCZA je!

Levett nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w mężczyznę z politowaniem idealisty. Myv-Khyrdd machnął na niego ręką i zaczął rozglądać się po pokoju, badając każdy szczegół. Następnie wciągnął odrobinę energii z kostura i spojrzał na wszystko inaczej.

Pokój był pusty. Miast mebli i czarodziejów, mag widział nici magii i życia, do których były podłączone. W tym wymiarze niebo było białe, a słońce jaśniało, odbijając się od zwierciadła podłogi mieniącej się czernią. Życia pulsowały, zimna magia zwisała ze ścian niczym pajęczyna.

Podobno wymiar magii zależał od czarodzieja i dla każdego wyglądał inaczej. Zwykle też zmieniał się w zależności od potrzeb władcy.

Wszystko stało nienaruszone. Rzeczywiście, jego przeciwnik nie zostawił żadnych śladów. Na szczęście zauważył wtem nić ważniejszą niż wszystkie. Niewidoczną, ale emanującą potężną siłą.

W świecie namacalnym Myv-Khyrdd skinął na Levetta. Ten dotknął jego kostura, a jego źrenice podzieliły jaśniejący granat, którym emanowała żarówka i oczy jej właściciela.

W wymiarze magicznym Levett pojawił się obok Myv-Khyrdda, który wskazał mu złotą nić prowadzącą do sypialni Cesarza.

– Istniał jeszcze jeden, najbardziej niezawodny środek bezpieczeństwa. Spójrz. Cesarz cały czas był połączony z synem.

– Ale najwyraźniej jest to połączenie podświadome… Cesarz nic nam o tym nie mówił. Nie zauważyliśmy tego! Jak ty to…

– To mi wystarczy. – Myv-Khyrdd spojrzał przenikliwie na członka rady cesarskiej, obecnego Mistrza Stolicy, Levetta Szkarłatnego. – Gdy wyjdziemy z transu, każ wszystkim czarodziejom odpuścić jakiekolwiek połączenia z tym pokojem.

– Dlaczego?

– Znajdziecie więcej, jeśli przestaniecie ingerować w miejsce zbrodni.

– My nie… – zaczął Levett, ale powstrzymał się. – Rozumiem.

Trans zakończył się, a Myv-Khyrdd natychmiast wyszedł z pokoju. Levett spojrzał na pozostałych czarodziejów i rozkazał im rozłączyć się z pokojem.

Wtem wszystko w komnacie zniknęło. Zastali pusty, całkiem biały pokój bez drzwi i okien. Rozejrzeli się z przerażeniem, Levett zaś uważnie szukał jakichś śladów.

Wtem usłyszeli pisk gdzieś na podłodze, gdzieś w miejscu, w którym dopiero co stała kołyska. Tam znajdowały się odciśnięte w białej jak mleko podłodze, ślady butów z zakrzepłej krwi.

– Potwierdziło się przynajmniej jedno przypuszczenie – skomentował Levett, kręcąc głową z uśmiechem. Następnie wysunął z kieszeni metalową różdżkę i dotknął nią tropów, które zniknęły w niebieskim płomieniu. – Ten to ma nosa…

 

Myv-Khyrdd udał się do Cesarzowej Yr. Natenczas była przy niej ulubiona służka, Cesarz i Cesarzowa Laina, która bez przerwy wpatrywała się w oczy czarodzieja.

– Uważam, że Cesarzowa Yr została zmanipulowana i kontrolowana przez porywacza brała udział w porwaniu.

– Bzdura! – pisnęła trzecia żona Dorriego, roztrzęsiona.

Drzwi do sypialni zostały wtem otwarte przez Levetta, który na wejściu ukłonił się w pas.

– Panie! Zyskaliśmy pewność, że sprawcą był mag krwi!

Dorri spojrzał na niego, a potem jego wzrok powoli przesunął się na Myv-Khyrdda:

– Dobra robota, Levett.

Myv-Khyrdd uśmiechnął się leciutko.

– Nie daj się ponieść żalowi, siostro – rzekła Laina, wracając do tematu. – Prawdą jest, że mamy na zamku specjalistę w swoim fachu, prawdziwego "Łowcę Cierniowładnych"

Myv-Khyrdd spojrzał na nią z wyrzutem. Nienawidził tego tytułu, choć dobrze opisywał jego pracę. Było tak, bowiem nie robił tego, co robił, dla przyjemności. Była to tylko jedna z jego wielu prac, ale ludzie zawsze pamiętali tylko tę najgorszą.

Tym razem postanowił to wykorzystać.

– Pani, jeśli będziesz współpracować, to zapewniam cię, że zrobię wszystko żeby odnaleźć chłopca… – Wtem zwrócił się do Dorriego, coś mu zaświtało. – Jak się właściwie nazywa ten maluch?

Dorri zacisnął zęby, a jego spojrzenie uciekło na bok.

– Nie nazwaliśmy go jeszcze.

Myv-Khyrdd uniósł podbródek i spojrzał karcąco na Cesarza.

– To bardzo źle.

– Wiem, Myv.

Przez chwilę w ciszy wpatrywali się w siebie. Ponury czarownik przypomniał sobie, jak spotkali się po raz pierwszy. Było to jeszcze za rządów Doriana, gdy Doma-Hei najwyżej dopiero co snuł plany swoich tajemniczych podróży. W roku sześdziesiątym pierwszym Ery Nowego Cesarstwa.

Wtedy, gdy Dorian po nieudanym zamachu zorganizowanym przez własnego syna Khek-Mere'a upojonego magią krwi zarządził polowanie na zagrażających Cesarstwu Cierniowładnych. To on mianował Myv-Khyrdda swoim inkwizytorem.

Przez kolejne jedenaście lat czarodziej wykonał swoją robotę szybko i sprawnie, odnajdując jak największą ilość czarodziejów korzystających z ciemnej mocy w sposób określony jako "zagrażający mieszkańcom Cesarstwa". Następnie umieszczał ich w Altrze – najgorszym więzieniu, jakie kiedykolwiek istniało w dziejach Natury, tym samym, do którego trafił syn marnotrawny Doriana.

Myv-Khyrdd zyskał na tym swoją złą sławę, którą mógł nacieszyć się po długim urlopie zapewnionym mu przez nowego władcę – tego samego syna marnotrawnego.

W skrócie, musiał uciekać. Przez całe sześć lat sam znajdował się na wygnaniu w państwie, które nie miało granic. Ukrywał się na wielu wyspach, w każdej zaś zostawiał mały prezent dla kogokolwiek, kto próbowałby go ścigać. Nawet był zawiedziony, że nikt naprawdę nie spróbował. Zawsze chciał ujrzeć ich działanie.

Gdy po sześciu latach Khek-Mere zwany w tym czasie Mrokowładnym umarł, władzę przejął Dorri. Był to prawdziwy syn swojego ojca, który prawie przywrócił Myv-Khyrdda na jego stare stanowisko w radzie, a na pewno zwrócił mu wszystkie przywileje. Dostęp do skarbca Myv-Khyrdd uzyskał właśnie od niego.

Dorri wiedział, co było dobre dla Cesarstwa. Jedynym jego problemem był porwany syn, którego śmierć oznaczałaby prawie pewne wygaśnięcie gałęzi Dorriego, a więc całkowite zapomnienie, co byłoby dla władcy największą hańbą.

Dla świata zaś wielką stratą.

– To jak decyzja? – odezwał się czarownik, gdy w złotych oczach władcy przeleciało pół jego życia. – Jest to konieczne, jeśli chcemy dopaść sprawcę i uratować Młodego Cesarza.

– Zgódź się, Yr – dodał jej otuchy Dorri. Przez cały czas obejmował ją ramieniem.

Po jej policzkach spłynęły dwie ciężkie łzy.

– Dobrze, Dorri. – Uśmiechnęła się przez łzy. – Dla naszego synka.

I w tym momencie, patrzący sobie w oczy i uśmiechnięci, zatrzymali się w ruchu. Z perspektywy Myv-Khyrdda zatrzymał się czas. Skupił się na Yr, jej umyśle, potem tkwiącej w nim pamięci, aż dotarł do zwartej z nią świadomości.

Żaden mag nie potrafił czytać wspomnień wprost z pamięci. Czarodzieje, nawet ci najlepsi, potrafili tylko sięgać do świadomości i stamtąd czerpać przerobione już niestety przez osobę pamiętającą sygnały.

Takie "wspomnienia" wzbogacone były (lub zaśmiecone, zależnie od sytuacji) o emocje człowieka w danym momencie, jego wyobrażenia o tamtym momencie, często przerabiające prawdziwe wydarzenia.

Mistrzami czytania w myślach nazywano zawsze tych, którzy potrafili odróżnić fikcję od prawdy w znajdujących się w świadomości bytu wyobrażeniach doświadczeń. Wyobrażenia te zaś ulegały zmianie za każdym razem, gdy obiekt przypominał sobie wydarzenie i próbował je analizować.

Czasami można było ten fakt wykorzystać, jednak tym razem nie było pola do popisu.

 

NIC

 

Myv-Khyrdd nie ujrzał nic. Cierniowładny musiał ukryć swoją obecność i w głowie Yr, co w sumie nie zdziwiło czarodzieja.

Czas znów ruszył, ale para cesarska dalej się w siebie wpatrywała. Myv-Khyrdd z ciekawości spojrzał na Lainę, ale ta tylko wzruszyła ramionami ze smutnym uśmieszkiem, który tknął go w serce swoim czarem. Nie miał jednak czasu na takie rozproszenia.

– Panie, teraz twoja kolej – rzekł Myv-Khyrdd.

Dorri skinął głową.

– Wpuszczę cię.

Obcowanie z Żarem chroniącym swojego władcę dalej bolało, ale czarodziej parł nieustępliwie. Podążył śladem złotej nici, którą ujrzał wcześniej w pokoju.

Poczuł na twarzy bryzę. Od tego się zaczęło.

 

ZIEWNIĘCIE W CIEMNOŚCI/SPOKOJNY ODDECH W CIEMNOŚCI/POWIEW WIATRU/ROZBŁYSK ZŁOTA W CIEMNOŚCI/ROZBŁYSK OŚWIETLA ROZCHODZĄCĄ SIĘ PO POKOJU MGŁĘ CZERWIENI/MGŁA OGARNIA CAŁY POKÓJ/MGŁA ZMIENIA SIĘ W CIEMNOŚĆ, W KTÓREJ NIE WIDAĆ ZŁOTA/CZERŃ TAKŻE ZNIKA/DRASTYCZNE PRZESUNIĘCIE W PRZESTRZENI I CZASIE/SZCZYTY GÓRSKIE I PUSTKOWIE/WIOSKA/PAŁAC NA ŚRODKU MORZA CZERWIENI/ZŁOTO POWOLI GAŚNIE, ŚWIADOMOŚĆ CIĄGNIE Z POWROTEM DO ZAMKU/OSTATNIE SPOJRZENIE NA ODDALAJĄCY SIĘ KRAJOBRAZ FAL, ZAMKU, GÓR I LUDZKICH DOMOSTW SKĄPANYCH W CZERNI I BIELI

 

Znikające emocje ciągnęły go jeszcze przez chwilę do przepaści, z której wrócił. Przedsionek umysł, w którym się znalazł, wypełniony był ciszą.

Mag wyrwał się z przytłaczającej świadomości Dorriego i wrócił do swojego ciała, które już utrzymywało się na kosturze i ramieniu Levetta. Dawny student Myv-Khyrdda wytarł mu czoło chustką z symbolem Ognika Doriańskiego.

– Dziękuję – wysapał Myv-Khyrdd. Gdy złapał oddech, oznajmił: – Młody Cesarz jest gdzieś na północy Kontynentu Jastrzębiego. Wyruszę…

Nagle, przy akompaniamencie pisku Cesarzowej Yr, żarówka w kosturze Myv-Khyrdda pękła, a jej odłamki poleciały we wszystkie strony.

– Bardzo przepraszam – rzekł i zaczął drżącymi dłońmi wymieniać żarówkę. Tymczasem Levett delikatnie odebrał mu kostur i zabrał się za to zamiast niego. – Dziękuję, Levett – dodał, zdziwiony.

– Drobiazg, Khyrdd.

Ponury czarownik odchrząknął. Sytuacja była dość niezręczna.

– A więc wyruszę już dzisiaj. Chciałbym przedtem upewnić się, że mam wszystko, czego potrzebuję.

– Porozmawiaj z moim kwatermistrzem – odpowiedział Dorri. – Nasza służka cię zaprowadzi. Pożegnam cię, gdy nadejdzie czas. Chcę jednak, żebyś wziął ze sobą dwóch moich bratanków którzy akurat odwiedzają zamek.

– Finnusa i Antara? Panie, nie sądzę, żeby to było potrzebne.

– Ja tak sądzę. Spójrz na siebie. – Dorii wskazał na niego dłonią w jedwabnej rękawiczce. – Jesteś stary i słaby. Twoja mądrość jest nieoceniona, jednak potrzebny ci jest ktoś, kto w razie czego będzie mógł ponieść cię na barkach. Zresztą – machnął ręką. – po co ja się tłumaczę. To jest rozkaz.

Myv-Khyrdd widział jego zdecydowanie. Każda decyzja tego człowieka była ostateczna.

– Tak jest – mógł tylko powiedzieć. Tymczasem Levett skończył wymieniać żarówkę w kosturze i odsunął się.

Cesarzowa Laina przywarła do boku Myv-Khyrdda, oznajmiając:

– Zaprowadzę pana inkwizytora do kwatermistrza jeśli pozwolisz, małżonku.

Zajęty Yr mężczyzna odparł bez przejęcia:

– Czegokolwiek pragniesz, Laino.

Laina uśmiechnęła się promiennie gdy wychodzili z komnaty, znów łaskocząc serce czarodzieja. Jej wielkie, niebieskie oczy i szeroki uśmiech na chwilę wypełniły cały jego widok. Była piękna, czarodziej nie mógł marzyć o lepszym towarzystwie.

– Jak ci się podoba w Purpurowym Zamku? – zapytała, gdy byli już sami. Schodzili po spiralnych schodach w dół zamku, na najniższe piętra. – Jego historię zapewne znasz?

– Cesarzowo, historia tego zamku zmieniała się przed moimi oczami, jeśli mogę tak powiedzieć.

– Nawet w czasie wygnania?

Zwolnił kroku, po zejściu ze schodów zaczęli się przechadzać.

– Nawet wtedy miałem przyjaciół na dworze. Czy raczej, jak ja bym ich nazwał, wspólników. Potrzebowali mnie do jednych rzeczy, ja ich do drugich. Od razu gdy dowiedziałem się, że Khek-Mere chce przenieść stolicę na Kontynent Jastrzębi, musiałem wiedzieć o tym więcej.

Pokręciła głową.

– A więc szpiegowałeś Cesarza?

Uśmiechnął się, ale jego spojrzenie dalej pozostawało ponure.

– Jaki jest cel tej rozmowy?

Laina wzruszyła ramionami i splotła dłonie za plecami. Jej suknia była najprostszą, jaką widział. Jej fryzura była typowo praktyczna, a jej buty płaskie. W sumie i on tak się stylizował. Sam strzygł się raz miesiąc długą brzytwą i niewiele przeważnie przy tym myślał nad wyglądem.

Wniosek: byli do siebie podobni. Obydwojga nie obchodziło to, co powinno obchodzić ludzi o ich randze. A to było rzadkie.

– Ta rozmowa nie ma celu, Khyrdd. Po prostu chciałam cię lepiej poznać… Wydajesz mi się interesujący.

– Ty mi także, Laino. – Skinął głową w wyrazie szacunku. – Myślę, że gdy świat stanie się już lepszy po udanym odzyskaniu nowego Żarowładnego i po moim schwytaniu bądź zabiciu przez bratanków Cesarza porywacza, będziemy mieli odrobinę więcej czasu na kontemplowanie naszej znajomości.

– Nie mogę się doczekać.

Wyszli na plac treningowy, stamtąd zaś przez metalową bramę i mijając masę wojowników przedostali się na schody wgłąb wzniesienia, na którym znajdował się zamek. Głęboko pod nim znajdowała się luka, czy raczej sztuczne wgłębienie w skale, które było połączone z wrzosowiskami skomplikowanym systemem mostów wiszących nad głęboką doliną Farii.

W środku kłębiło się wielu ludzi. Luka była obszernym, złożonym z wielu pomieszczeń magazynem – zdawała nigdy się nie kończyć. Na sięgających wysokiego sufitu półkach leżały miliony różnych towarów posegregowanych w skrzynie. Wyglądało to wszystko jak skrytka piracka prawdziwego herszta. Co nie odbiegało wiele od prawdy, z każdą zdobytą ziemią bogactwo rodu Doriańskiego wzrastało, nikt nie mógł się z nimi pod tym względem równać. Myv-Khyrdd nie czuł żalu, gdy wydawał ich pieniądze. W końcu rada cesarska mądrze nimi zarządzała, więc zawsze mieli ich dostatek. Dorri przeważnie nie interesował się pieniędzmi.

Zwrócił uwagę na mosty – z ciężkiego drewna, wiszące na linach przytwierdzonych z jednej strony do wzniesienia na którym stał Purpurowy Zamek, a z drugiej do wysokich, żelaznych słupów, które w mającym niedługo zajść słońcu rzucały dalekie cienie wycelowane w magazyn. Cienie jednak nie docierały do nich – magazyn wypełniony był światłem magicznych, błękitnych latarni, a miejscami ognistą poświatą pochodni wiecznych.

Cała ta konstrukcja wyglądała na tymczasową – o tej porze jeszcze parę wozów kursowało na zmianę w tę i we w tę – jednak drewno nie było rozwiązaniem mogącym zadowolić cesarski splendor. Ktoś miał plany na rozbudowę i tak wielkiego magazynu pod ogromnym zamkiem, i być może także wobec samej głębokiej doliny, która stąd, oświetlana przez świetliki i słabe światła mieszkających tam badaczy, wyglądała bajecznie.

Czarodziej zastanowił się, jak się trzyma jego posłaniec i czy odnalazł Räplisa.

– Khyrdd, odsuń się od krawędzi – usłyszał nagle za uchem. Spostrzegł jednocześnie, że wychylił się niebezpiecznie daleko w stronę przepaści. – Dosyć mamy wypadków samobójczych.

– Były jakieś?

– Sporo.

Laina nie przestawała się uśmiechać, ale najwyraźniej zastanawiała się nad czymś. Zaprowadziła go do drzwi małego pomieszczenia z tabliczką nad łukiem drzwi "Kwatermistrz".

– Jeśli pokażesz mu swój emblemat da ci wszystko czego potrzebujesz, jednak nie mów mu nic o celu swojej misji.

– Wiem, Laino. Nikomu nie zamierzałem tego rozpowiadać.

Westchnęła ciężko i splotła dłonie z przodu, bawiąc się palcami i wpatrując w niego. Myv-Khyrdd stał jak kołek, nieprzyzwyczajony do podobnych sytuacji. W końcu odwróciła się ku luce, gdzie widać było typowy dla północy kontynentu, rozległy krajobraz.

– Życzę ci, żebyś uszedł z życiem. I żeby ci się udało.

– Nie potrzebuję życzeń. Wiem, że mi się uda.

– A więc wiesz wszystko. – Skłoniła się lekko. Po męsku. – Gdy więc ci się już uda, mam nadzieję że będziemy mogli znów porozmawiać, tym razem o ciekawszych rzeczach.

– Myślę, że znajdę na to czas.

– Doskonale – Zdjęła spinkę i w chwilę po tym, zanim jej blond włosy zdążyły w pełni się rozwiać, wprawnym ruchem spięła je ponownie. – Jesteśmy umówieni.

Odeszła. Myv-Khyrdd starał się nad tym nie zastanawiać i udało mu się. Gdy pracował, trudno było go rozproszyć. Teraz myślał o nowej, porządnej parze butów o grubych podeszwach.

Wszedł do biura kwatermistrza.

 

Będąc już w swojej tymczasowej komnacie, Myv-Khyrdd siedział przy biurku i próbował jakoś powiązać to, co przedstawiały kupione przez niego mapy i przewodnik z tym, co pokazała mu wizja. Niestety, pasowało tylko do pewnego momentu. Nie zdziwiło go to – mapy Kontynentu Jastrzębiego zawsze „pasowały tylko do pewnego momentu”.

Zmęczony, przetarł oczy i wstał, zdejmując z siebie koszulę, którą zwykle miał pod szatą. Ciężki, złoty amulet o kształcie okręgu opadł ciężko na jego pierś, pozbawiając go na chwilę oddechu.

W tym momencie do pokoju zapukał sługa. Gdy wszedł, przeprosił i natychmiast zaczął rozświetlać jego komnatę zapalając pochodnie wieczne na ścianach i w łazience. Dotychczas Myv-Khyrdd siedział przy małym biurku i świecy. Teraz zwisał z brzegu wielkiego łóżka i wpatrywał się w swoje drżące dłonie.

Cóż, ze starością nie wygrasz – mówił sobie w myślach. – Ale na zajęciach z alchemii to mogłeś jednak uważać.

Wielu czarodziejów gdy osiągało sędziwy wiek, wspomagało swoje ciało odpowiednimi składnikami w zależności od tego, co chcieli osiągnąć: dłuższe życie, lepsza kondycja, możliwość łatwiejszego skupienia się, o niewrażliwości na niezłożone choroby nie wspominając – to wszystko było w zasięgu ręki dla dobrego alchemika.

Myv-Khyrdd jednak nie był alchemikiem w ogóle. Znał ledwie podstawy które przydawały się w innych gałęziach nauk magicznych, nic więcej. Dlatego teraz, zamknięty w ciele zwykłego człowieka, cierpiał.

– Na balkonie także zapalić światła, panie? – zapytał ubrany w służebną koszulę sługa. Pod wysokim kołnierzem miał wisiorek z księżycem – symbolem bogini Pory, który dyndał na jego szyi, gdy pochylił się w stronę czarownika.

– Nie trzeba – odparł i skinął mu głową. Sługa złożył przed nim cesarski ukłon i wyszedł.

Czarownik powoli podniósł się, a potem opadł na łóżko. Był zbyt zmęczony, żeby zrobić cokolwiek. Uznał, że czas już zasnąć, zdjął więc spodnie, wsunął się pod pościel i przesunął małą dźwigienkę na komodzie, żeby wyłączyć niepotrzebnie zapalane przez chłopca pochodnie wieczne. Wtulił się w najmiększe poduszki na świecie.

 

 

Spał smacznie przez dwie godziny, zanim wrzący sygnał w jego mózgu obudził go i nie pozwolił śnić dalej.

Myv-Khyrdd nagle zerwał się z łóżka, założył cały swój rynsztunek i wyszedł z sypialni.

Wyszedł głównym wyjściem. Strażnicy wypuścili go, gdy starając się nie ziewać pokazał im swój emblemat. Potem ulicą wzdłuż zewnętrznego muru zamku, gdzie jedyne światło pochodziło z gwiazd lub ze szczytu purpurowej budowli, gdzie obijali się żołnierze.

Idąc przez dobre dziesięć minut, doszedł do drogi oświetlonej przez jakąś podrzędną karczmę, przed którą awanturowało się paru osiłków.

Dwóch ze zgrai drabów zagrodziło mu drogę, z czego jeden zaczął iść w jego stronę. Myv-Khyrdd zwolnił kroku.

– Ty skurwysynu! – wrzasnął nagle zbir i wyciągnął z kieszeni długi, wygięty nóż o ząbkowanym ostrzu. Pobiegł. Czarodziej zatrzymawszy się w miejscu wycelował w niego kosturem, żarówka zapaliła się, a błękitny promień trafił draba i rozszedł po całym jego ciele, paraliżując go.

Mężczyzna upadł na wydeptaną ziemię, a nóż wypadł mu z ręki naprzeciw czarodzieja. Myv-Khyrdd ponownie ruszył, podnosząc go po drodze i przyglądając mu się. Powyginane jak błyskawica ostrze podtrzymywane było przez bardzo ciężką rękojeść, z której zwisały dwa piękne kryształki.

– Sztylet Luvijski to broń samoobrony, durniu – powiedział do faceta. – Na szczęście ja wiem, jak się nim obchodzić.

Po czym odwiązał zdobioną pochwę z pasa swojej ofiary, założył na siebie i ruszył dalej. Drugi osiłek dawno zszedł z jego drogi.

Minęło paręnaście minut, zanim doszedł do klifu który sprawiał że Purpurowy Zamek miał być niezdobytą twierdzą. Pod spodem nie było nic, choć o tej porze prawdopodobnie grasowały tam pomniejsze potwory. Myv-Khyrdd splótł ze światła magiczną linę, która wydostawała się z kostura, po czym wbił go w ziemię i spuścił się na niekończącej się, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy nici w dół.

W dole pociągnął za nić, a kostur wyleciał z urwiska i wbił się w trawę gdzieś za nim.

Myv-Khyrdd od wielu lat miał przy sobie to imponujące narzędzie i nigdy go jeszcze nie zawiodło. Miał do niego sentyment, jak do żadnego innego przedmiotu, zwierzęcia czy człowieka. Byli nierozłączni.

Czarodziej zgasił żarówkę w kosturze siłą woli i zaczął spacerować wśród wysokich traw falujących z wolna na wietrze. Czuł się błogo, mimo że w każdej chwili gdzieś na horyzoncie mógł pojawić się żądny jego krwi stwór.

Gdy dotarł do krawędzi doliny Farii, znów nie mógł oderwać wzroku od jej piękna. Teraz, w nocy, świeciła jeszcze jaśniej. Mały wodospad i jezioro po jednej stronie dna przepaści wyglądało najpiękniej, światło dosięgające wody sprawiało, że ta mieniła się jak kryształ, wręcz odbijała użyczony jej blask.

Zaraz odnalazł właz dostał się na sam dół doliny po sześciu długich drabinach. Wyszedł przez jedne z drzwi i od razu znalazł się w małej wiosce naukowców, jaśniejszej nawet niż miasto przed bramami Purpurowego Zamku.

Do jego uszu doszła spodziewana awantura. Szybko ruszył do jednego z domów stojących pośrodku malutkiego centrum wioski z czterema ławkami, dwoma drzewami i studzienką pośrodku. Wszedł na drewniany ganek i trzy razy porządnie zapukał do drzwi kosturem.

Na chwilę awantura uciszyła się, wraz z otwartymi przed nim drzwiami. Przed czarodziejem stanął owłosiony mężczyzna w bieliźnie, z wielkim, piwnym brzuchem przykrytym podkoszulkiem. Był od maga wyższy o dwie głowy. Pochylił się do przodu, aby spojrzeć na gościa znad okrągłych okularów, które trzymały się jego nosa.

– Myvi – oznajmił pozbawionym emocji tonem.

– Räplis.

– Wejdź. – Przesunął się i wpuścił go do skromnego przedpokoju, gdzie czarodziej posłusznie zdjął swoje wysokie buty. – Niezłego posłańca nam przysłałeś…

– Nie robiłem wstępnej selekcji, ale zdrowo go postraszyłem. – Räplis Krystarium miał w dłoni porządną pałkę, broń jakby o wiele bardziej pasującą do draba, którego Myv-Khyrdd pokonał po drodze. Pałka miała na sobie ślady krwi. – Co zrobił? Musiałeś mnie budzić po takim dniu?

Ruszyli dalej przez ciasny korytarz, który Räplis wypełniał całkowicie. Dom pachniał ciepłym obiadem – brokułami i kurczakiem.

– Zaraz znowu sobie polulasz.

– Ale już nie na poduszce wypełnionej łuską prosa.

Zatrzymali się. Barczysty Räplis powoli obrócił się w korytarzu, przesuwając ramionami po ledwo wytrzymujących to ścianach. Przez ten czas Myv-Khyrdd grzecznie na niego czekał i starał się nie uśmiechać, widząc to. Naprawdę uważał to za komiczne, zwłaszcza gdy ujrzał twarz swojego przyjaciela, na której wymalowana była złość, bijąca aż z tej zmarszczonej facjaty.

– Twój posłaniec próbował zgwałcić moją córkę!

Myv-Khyrdd zmrużył oczy. Nie spodziewałby się czegoś takiego po tym chłopcu.

– Na pewno?

– Na pewno! Chodź!

Zaprowadził go do ogródka na którego środku leżał, sapiąc, soczyście poobijany Traszna. Siedziała przy nim córka Räplisa, Vinna, a nad nimi, gniewnie brzęcząc, stała żona Räplisa – Potrva.

– Zlałem go, niech sobie nie myśli, że tak może… ugościłem go jak przyniósł nienaruszoną pieczęć, od razu wziąłem się do pracy nad tym co ode mnie chciałeś, a w tym czasie Potrva zrobiła wszystkim posiłek. Uznałem że ciemno jest, no to nie każę chłopcu wracać do miasta, nie mógłbym tego zrobić. Dobre mam serce, to jedno o mnie wiesz. Nie, Myvi? Zawsze pomagałem ci, jak potrzebowałeś. Nigdy nie chciałem nic w zamian, boś mój przyjaciel od dawna.

– Może mnie do tego nie mieszaj, co?

– Ale to twój posłaniec, do ciężkiej cholery!

Stanęli na schodach tarasu w ogrodzie, patrząc na to co się działo z góry. Młoda Vinna, naprawdę ładna dziewczyna, w ogóle niepodobna do ojca i matki, przyciskała chusteczki z kremami łagodzącymi ból do pokiereszowanego ciała chłopaka.

Myv-Khyrdd poczuł przypływ gniewu.

– To JEST mój posłaniec. – Spojrzał na równie wkurzonego Räplisa. – Ile kości mu dziś złamałeś?

– Uważałem na to. Jeśli coś mu złamałem…

– Spójrz na swoją córkę! – krzyknął czarodziej. – Czy tak zachowuje się ofiara gwałtu?

– Vinna ma dobre serce.

– Nie mów mi już o dobroci, zwyrodnialcu. – Myv-Khyrdd machnął na niego ręką i ukucnął przy Trasznie. Vinna chciała się odsunąć, ale Myv-Khyrdd powstrzymał ją: – Spokojnie, dziewczyno. Możesz się nim zająć, jeśli chcesz.

Dziewczyna wróciła do balsamowania jęczącego z bólu chłopaka.

– Panie, przepraszam! – wychrypiał chłopak słysząc głos czarownika, którego najwyraźniej nie widział przez spuchnięte rany dookoła oczu. – Wiem, że zrobiłem źle, to się więcej nie powtórzy!

– Cicho, Traszna. Zaczekaj chwilę. – Myv-Khyrdd zwrócił się do Vinny: – Czy ten chłopak rzeczywiście cię skrzywdził?

Czarnowłosa dziewczyna nie wytrzymała i rzuciła w ziemie szmatę, którą trzymała w dłoni.

– Nie, na Boginię-Matkę! Całowaliśmy się tylko, nie rozumie pan?! My się kochamy! Zostawcie go wszyscy!

– Nie tym tonem, dziewczyno! – wrzasnęła na nią matka.

– Bo co?! Mnie też tata pobije?!

– Panie, przepraszam… – stękał Traszna.

– Kochanie, nikt cię nie pobije – uspokoił ją Räplis, ale zakrwawionej pały nie wypuścił.

– Nic do mnie nie mów, ojcze! Jesteś potworem!

– JA? POTWOREM?!

Korzystając z tego że nikt na niego nie patrzy, Myv-Khyrdd wyciągnął z kieszeni eliksir, który przygotował sobie na wyprawę i polał nim bezpośrednio rany i twarz Traszny, a potem dał mu się napić. Po chwili chłopak nie stękał już i wyprostował się.

– Panie, dziękuję! – Doskoczył do Myv-Khyrdda. – To się nie powtórzy!

– Lepiej, żeby nie – odparł, chowając opróżnioną do połowy fiolkę do torby. – Naucz się manier. I nie wracaj tu bez ogłady, bo on cię zabije – polecił mu, wskazując na Räplisa. Następnie wyszeptał mu do ucha: – Po przemianie będziesz miał pół godziny na dotarcie do domu. Nie zastanawiaj się nad niczym. Wystarczy, że uwierzysz, że przez cały ten czas nie jesteś człowiekiem i instynktownie to wykorzystasz. Odebrał ci zapłatę?

– C-co? Nie, panie. Dalej mam ją w sakiewce.

– Dobrze, należy ci się – odparł, odsuwając się o dwa kroki do tyłu. – Nie ruszaj się.

– Hej, Myvi! – wrzasnął nagle Räplis. – Co ty robisz?! Czemu on stoi?

– Karam go – powiedział Myv-Khyrdd, po czym wymierzył kosturem w Trasznę i zmienił go we wronę. Ptak przez chwilę latał wśród nich skołowany, a potem wzniósł się w górę, zostawiając ich w dole.

Przez długi czas nikt nie wiedział co powiedzieć. W końcu odezwał się Räplis:

– Cóż, to chyba dobra kara. Oszczędziłeś mi problemu. – Podszedł do tarasu i oparł o niego pałkę. – Głodnyś?

– Odrobinę – odrzekł Myv-Khyrdd. – I pić mi się chce.

Räplis roześmiał się, słysząc to.

– Poczekaj aż spróbujesz mojej wiśniówki. W tej wiosce wszyscy ją kochają. – Spojrzał na żonę i córkę. – Ale dziewczyny, wy do łóżek. Ja i mój przyjaciel musimy omówić pewien interes!

Czarownik nie mógł się powstrzymać. Roześmiał się w głos, odsłaniając przed wszystkimi pożółkłe zęby pokryte symbolami magicznymi, po których ujrzeniu w świetle latarni na tarasie, dziewczęta przyspieszyły kroku.

Räplis, zmywając w kranie w ogródku krew z dłoni, dołączył do niego. I tak, w środku nocy, śmiali się w głos jak za dawnych, wcale nie takich dobrych czasów.

 

– Miałem to o co prosiłeś już od dawna – rzekł Räplis wówczas, gdy znajdowali się na dachu jego domu, pomiędzy barierką, z której widać było staw, a stolikiem, na którym stał pakunek z zamówieniem maga. – Ale ty pewnie od dawna o tym wiesz.

– Po czym poznałeś?

– Facetowi, który polecił mi kupić tę część na przeróbkę, bardzo smakowała moja wódka. – Uśmiechnął się przebiegle z ławki za Myv-Khyrddem, nalewając im po strzale do kieliszków. – Mówiłem ci, jaki jestem gościnny?

Podszedł do Myv-Khyrdda i podał mu trunek na nocny ziąb.

– Wszystko ci wygadał? – zapytał, przyjmując wiśniówkę.

– Wszystko o tym, jak mu przekazałeś informację gdzie i kiedy będzie przejeżdżał konwój maszynistów, i jak łatwym łupem będzie jedno lub dwa z tych cacek. To na pewno wygadał.

Myv-Khyrdd parsknął. Stanęli naprzeciwko siebie.

– Plus to, ile dokładnie mu zapłacę, jeśli zwróci się z ofertą prosto do mnie. – Spletli łokcie i łyknęli na raz. Myv-Khyrdd od razu syknął i zaczął się krztusić. Jedno mocne uderzenie Räplisa uratowało go. – Ty skurczybyku! Ten złodziej naprawdę myślał, że to świetna cena!

– Nie wiem, czy miałem z tym cokolwiek wspólnego. Nie potwierdzę, ani nie zaneguję – rzekł tajemniczo i oparł się o barierkę, dalej wciągając w siebie piękny widok.

– Jak to ty, Myvi. Bo wiesz, ja nie mam ci za złe. – Wrócił do stoliczka; że nalać im kolejnego. – Zrobiłem dobry interes na tych częściach. W sumie ukradli trzy, ale przerobiłem tylko tę twoją.

– Jak wyjadę, zajmij się też pozostałą dwójką. Za jakiś czas będą warte krocie, zwłaszcza z TYM zaklęciem.

– No, jeśli już mówimy o tym, to wiedziałem że mimo wszystko nie chodzi o naszą przyjaźń. Siadaj ze mną. – Myv-Khyrdd usiadł. – Nikt poza mną nie mógłby zakląć jej tak pięknie jak ja. Nie przebierałem w środkach, jest idealnie dopasowana do ciebie, Myvi.

Wypili kolejny kieliszek. Syknęli obydwaj.

– Na Grozę, stworzyłem potwora! – ucieszył się.

– Jesteś pewien, że to nas nie zabije? – zapytał czarownik, pocierając gardło.

– Testowałem na sobie, nie ma co się przejmować! – rzekł, pokazując gest składający się na palec wskazujący złączony z kciukiem i machanie pozostałymi palcami. Międzynarodowy gest pijaństwa.

Obydwaj byli czerwoni na twarzy. Rozbawieni, tępo wpatrywali się w siebie.

– Dobra, pokaż to.

Gdy Räplis rozwinął pakunek, oczom Myv-Khyrdda ukazało się podłużne, bulwiaste urządzenie składające się z paru pierścieni z różnych metali związanych jeden na drugim, przezroczystego, szklanego bąbla o kształcie stojącej na blacie grubałki z wiśniówką. Bulwa czterema rurkami łączyła się z podłużną częścią w której działa się cała magia – reaktorze o stożkowatej przykrywce trzymającej się na małym, metalowym ramieniu i paru wystających elementach pozwalających pozbyć się nadmiaru pary, podobnych do ustników.

– To jest przyszłość, Myvi. TO nie ma nawet jeszcze nazwy!

– Nazwijmy ją Reaktorem Krystarium.

Räplis roześmiał się i wlał im znowu.

– Wypijmy za to! Niech ci dobrze służy, przyjacielu! – zawołał i wzniósł kieliszek.

– Niech złoto Cesarza ciężkim ci nie będzie, przyjacielu – zawtórował Myv-Khyrdd i wzniósł kieliszek.

Po tym krótkim opijaniu ponury czarownik schował reaktor do torby i nareszcie udał się w zasłużony sen w łóżku, w którym wcześniej spał jego były posłaniec.

Czekała go misja.

 

 

Rano po pobudce ujrzał Vinnę w swoim pokoju. Przetarł oczy palcami i skupił się.

Naprawdę tam była.

– Dzień dobry – rzekł na powitanie.

Dziewczyna od razu zerwała się i kucnęła przy jego łóżku, patrząc mu z determinacją w oczy.

– Mistrzu, proszę. Powiedz mi jak znów spotkać się z moim ukochanym.

Myv-Khyrdd odsunął się na wpół przytomnie i usiadł na łóżku, opierając się o bardzo zimną ścianę.

Ogrzewanie wyłączyli, czy co?

– Proszę, mistrzu!

– Vinno, nie jestem twoim mistrzem – powstrzymał ja ruchem dłoni i zmartwionym spojrzeniem.

– Przepraszam. – Ukryła twarz w dłoniach.

– Pewna jesteś, że to twój ukochany?

– Nie całuję się z byle kim, panie – oznajmiła i opuściła głowę. – To ten jedyny.

Myv-Khyrdd wywrócił oczami. Że też musiał trafić na tak problematycznego posłańca. A przecież wydawał się taki… bardzo niewyjątkowy. I chyba był młodszy od tej dziewki o trzy-cztery lata. Dziewki, która już zaczęła nauki na zaklinacza. Taka miłość mogła jej przeszkodzić w dalszej pomyślnej edukacji.

Choć Myv-Khyrdd wiedział doskonale, że tęsknota mogła tylko jeszcze bardziej powstrzymać ją przed przejęciem interesu ojca.

– Dobra, coś się wymyśli. Wstawaj. – Gdy dziewczyna wstała, on także. Wziął swoje ubrania z krzesła i ruszył do drzwi. – Pod prysznicem lepiej mi się myśli. Ojciec już włączył ogrzewanie?

– Niestety, panie. Ogrzewanie od rana nie działa.

– Dobra – powtórzył i wyszedł. Nie miał nic przeciwko zimnej wodzie.

 

Przy stole śniadaniowym znaleźli się w czwórkę. Myv-Khyrdd dawno nie czuł się tak odświeżony, więc miał dobry humor. Poza tym chleb był miękki w środku i miał chrupiącą skórkę, co uszczęśliwiało go bardzo. Z czymś takim żaden bufet cesarski nie mógł wygrać. Przy każdym z talerzy stała półgrubałka z herbatą, której zapach uspokajał go.

Mimo swojego stylu życia, uwielbiał czasami poczuć się jak ludzie, którzy wiodą spokojny, stateczny żywot. Zawsze mu tego brakowało. Cieszył się na każde, nawet znikome wrażenie.

– Wspaniały chleb – wyraził się, przeżuwając kromkę z twarogiem.

– Mamy tu wszystko czego potrzeba do wypiekania najprzedniejszego pieczywa. Moja żona, Myvi – nie wiem, czy wiedziałeś – sama go upiekła.

– Naprawdę?! – Spojrzał na nią i skłonił się lekko z uznaniem, jak to zwykle robił. – Pani jest prawdziwą czarownicą!

Zarumieniła się.

– O tak, moja żona jest… – zaczął mówić Räplis, ona zaś coś mu odpowiadała i co chwilę chichotała. Zajęli się sobą, czego właśnie potrzebował czarodziej.

– Vinno – rzekł półgłosem do dziewczyny. Podał jej przy tym przezroczystą kulkę z ustnikiem i papier z rozpisanym rytuałem. – Weź to ode mnie i zaklnij tym zaklęciem. Zagwiżdż weń potem i pomyśl o chłopcu o i tym, co chcesz mu powiedzieć. Zapewniam, że usłyszy.

Vinna uśmiechnęła się pięknie i wytrzeszczyła oczy, patrząc na urządzenie.

– Jestem panu dłużna!

– To zostań jeszcze lepszym zaklinaczem od swojego ojca. I nie pokazuj mu tego, dobrze?

– Jasne! – odparła i położyła zawiniątko na kolanach pod blatem.

Ktoś zapukał głośno do drzwi. Räplis zerwał się z miejsca.

– Kto tak wcześnie wali do wrót?

– „Do wrót” – zadrwił Myv-Khyrdd.

Vinna skorzystała z okazji i zwiała z urządzeniem do pokoju, posyłając Myv-Khyrddowi jeszcze jeden uśmiech przed wbiegnięciem na schody.

– Idę się uczyć! – zawołała.

Walenie do drzwi powtórzyło się.

– Wyjść z tobą? – zapytał gospodarza czarownik.

– Siedź. Jedz.

Po paru dłuższych chwilach jedzenia i kłopotliwych spojrzeń najwyraźniej bardzo ciekawej czarodzieja Potrvy, usłyszeli ciężkie kroki paru mężczyzn.

Do pokoju wszedł Räplis, za nim zaś dwóch rosłych Żarowładnych – Finnus i Antar. Małżeństwo szybko uwinęło się z krzesłami i zastawą, a potomkowie Doriana zajęli miejsca pomiędzy nimi i bez ambarasu dołączyli do posiłku. A przynajmniej jeden z nich.

– Wuj myślał że nam uciekłeś, magu – rzekł Antar. – Ale Levett znalazł cię tutaj.

– Musiałem załatwić wszystkie sprawunki potrzebne mi do wyprawy, co właśnie zrobiłem, Antarze.

Finnus zrobił sobie kanapkę z samą szynką ściśniętą pomiędzy dwoma kromkami. Antar nie ruszał niczego.

– Co takiego załatwiłeś?

– Zobaczysz podczas podróży, Żarowładny. – Uśmiechnął się uprzejmie i starał się nie patrzeć na zestresowanego Räplisa. Oto dwóch młodszych od niego chłopaków weszło do jego kuchni, a on, wielki facet, musiał im usługiwać. – Znam już też obszar, który przeszukamy.

– Jaki to obszar? – zapytał cesarski bratanek, najwyraźniej nie zważając na obecność cywili.

– Około dwóch dni stąd na szybkich koniach, na północ. Może lepiej, jak resztę informacji przekażę wam podczas wyprawy.

– Nie, dlaczego? – Antar uśmiechnął się drwiąco, ale i nerwowo. – Powiedz nam wszystko teraz.

Finnus dostał herbatę i skłonił głowę, łapczywie pożerając kanapkę. Antar nawet nie zauważył swojego kubka.

– Wszystko, książę? – Myv-Khyrdd odłożył czwartą już kromkę na talerz, przełknął i oparł się łokciami o blat stołu. – Dobrze. Podejrzany jest Cierniowładnym, co podejrzewano już wcześniej, dlatego posłali po MNIE. Teraz nagle dowiedziałem się, że jednak mogę SAM nie podołać, więc dostałem WAS. Antarze, mam nadzieję, że nie poczujesz się urażony, ale to dalej jest MOJA wyprawa. WY jesteście tylko moją obstawą. Jeśli coś zrobię, zrobię to dlatego, że jest to najlepsze dla misji. Żadna z moich decyzji nie będzie przypadkowa, a ty nie będziesz mi wchodził w drogę z tą swoją silną osobowością, bo to będzie najlepsze dla misji i dla twojego kuzyna, którego Cesarz bardzo chce odzyskać. Jeśli będziesz mi przeszkadzał, o wszystkim dowie się od razu. Poza tym mam sposoby na takich jak ty, w razie gdybyś się zbuntował.

– O co ty mnie podejrzewasz, starcze? – zapytał ze zdziwieniem widocznym bardziej niż pulsowanie jego urażonego ego, czego Myv-Khyrdd się nie spodziewał. – Myślisz, że będę próbował przejąć misję?

Czarodziej ugryzł kromkę.

– No nie zrobiłeś dobrego pierwszego wrażenia, to ci powiem na pewno. – Antar wpatrywał się w niego tymi swoimi świecącymi, złotymi oczami, jednak nie demotywowało go to. Był do nich przyzwyczajony. – Od początku uważałem, że wysyłanie was na tę misję jest lekkomyślnym posunięciem ze strony Cesarza, ale widzę, że wam ufa. Ja jednak jeszcze nie. To wszystko.

Antar wstał od stołu.

– Dziękuję za gościnę, państwo Krystarium. Finnus, wypij moją herbatę.

– Jasna sprawa – odparł chłopak, robiąc sobie drugą kanapkę.

– Więzi rodzinne w naszym rodzie są potężniejsze od jakichkolwiek innych, czarowniku. Zapamiętaj to. Nigdy nie zdradziłbym wuja, ani żadnego innego członka mojej rodziny. – Antar splótł przedramiona na piersi. – Nawet Mrokowładnych!

– Nawet ich – zawtórował Finnus, kiwając głową.

– Przepraszam, wezmę sobie jabłko – obwieściła Vinna, wchodząc do kuchni.

Spojrzenie jej i Antara się spotkały. Najpierw zatrzymała się w miejscu, wpatrując się w wysokiego chłopaka, a potem powoli ruszyła do kuchni, co chwilę odwracając się w jego stronę. On patrzył na nią z rozdziawioną gębą, najwyraźniej nie czując wstydu.

To pewnie te oczy – pomyślał Myv-Khyrdd. Miał ochotę palnąć się w czoło. – Bogowie, dziewczyno…

Wzięła ten nieszczęsny owoc i podała Antarowi.

– Mamy bardzo dobre jabłka, książę. Spróbuj.

– Oczywiście – bąknął i ugryzł owoc. – O, rzeczywiście całkiem dobre – oznajmił z napęczniałym policzkiem.

– Daj. – Zabrała mu jabłko i poszła do pokoju. – Zaraz ci zapakuję na drogę, dobrze?

– O-oczywiście! – zawołał, skonfundowany.

Räplis patrzył na to wszystko z przerażeniem. Spojrzał na Myv-Khyrdda najwyraźniej szukając pomocy czy jakiegoś wyjaśnienia, ale ten tylko wzruszył ramionami.

Tymczasem w środku wzbierała w nim irytacja. No tak, dziewczyna nie miała prawie w ogóle kontaktu ze światem zewnętrznym, a w dolinie pewnie nie było chłopców w jej wieku, tylko sami naukowcy albo małe dzieci. Ale żeby tak gwałtownie się zakochiwać? Myv-Khyrdd nie miał wątpliwości, dlaczego dała Żarowładnemu gryza jabłka – potrzebowała jego śliny, żeby zmodyfikować otrzymane przez Myv-Khyrdda zaklęcie, bo nagle zmieniła sobie tego jedynego!

Räplis może i mógłby się tego domyślić, ale najwyraźniej nie był w stanie. To i lepiej, dla niego i dla całej jego rodziny. Któż mógł wiedzieć, jak to się potem potoczy? I co zrobi Antar, gdy pewnej nocy usłyszy głos dziewczyny w swojej głowie?

To już nie było zmartwieniem Myv-Khyrdda. Pospiesznie dokończył swoje śniadanie i gdy już pożegnał się ze wszystkimi, dołączył do czekających na zewnątrz Żarowładnych. Antar trzymał w pięści worek z jabłkami i patrzył z rozmarzeniem w okno pokoju Vinny.

– Widzimy się po twoim powrocie, Myvi – zawołał na Myv-Khyrddem Räplis.

– To będzie długa podróż, panowie – oznajmił młodym mężczyznom. Antar był pierworodnym Doma-Heia, więc nie był już taki młody – miał dwadzieścia trzy lata. Mimo wszystko, dla Myv-Khyrdda obydwaj byli dzieciakami. – Musimy jeszcze wrócić do miasta i zdobyć transport.

– Nie musimy, Myv-Khyrddzie – odparł Antar – Umiemy latać.

Czarownik zmarszczył brwi.

– Żartujesz.

– Naprawdę. Wejdź mi na plecy i cię zabiorę.

Latanie zdecydowanie nie było łatwą umiejętnością. Już sama lewitacja była poza możliwościami większości wybitnych umysłów świata magii. Obecnie Myv-Khyrdd znał tylko dwóch mężczyzn, którzy umieli unosić się w powietrze za pomocą samej siły woli, napędzanej oczywiście maszynami. Za to nie znał nikogo, kto potrafiłby rzeczywiście latać – żaden z tych dwóch magów nie dałby rady unieść się na tyle, żeby wylecieć z Doliny Farii, musiałby bowiem znaleźć sposób na zabranie ciężkiego sprzętu napędzającego jego magię ze sobą. Z obecną technologią było to niemożliwe.

A jednak, chłopcy przed nim jakby bez wrażenia powiedzieli mu, że oni mogą. Jak gdyby nigdy nic!

Myv-Khyrdd przytwierdził kostur do skórzanej zapinki na plecach i wszedł silnemu Antarowi na plecy.

Po chwili zaczęli łagodnie unosić się w powietrzu. Coraz szybciej, coraz szybciej…

Myv-Khyrdd zamknął oczy.

 

Po kilkudziesięciu minutach Antar wrzasnął przez wiejący wiatr:

– Jesteśmy już jakoś dwa dni drogi konno od zamku! Zatrzymujemy się?!

Myv-Khyrdd bał się otworzyć usta, ale natychmiast wskazał palcem ziemię. Dziękował przy tym w duchu Antarowi za jego szerokie plecy, z których ciężko było spaść.

Gdy wylądowali, czarodziej usiadł na ziemi i dosłownie wbił się w nią, aby niechcący nie wzlecieć znowu. Kto wie, magia nie była rzeczą do końca wymierną, może i jego ciało mogło w każdej chwili unieść się do chmur a potem dalej, do gwiazd?

Na pewno biedny mag czuł się tak, jakby to było możliwe.

– Musimy się rozejrzeć – zaczął, gdy bracia zaczęli się już niecierpliwić. – Musimy… musimy… – wymasował sobie skronie – znaleźć jakiś punkt odniesienia.

– Powiedz mi czego szukamy, czarodzieju, to polecę i to znajdę – powiedział Antar, siadając przed nim. Dychał po locie jak jego młodszy brat, obydwaj byli nim zmęczeni.

Myv-Khyrdd przez swoje wieloletnie przyzwyczajenia bardzo chciał się bronić przed tak szybkim obrotem spraw, lecz nie mógł. Żarowładni mieli w zanadrzu tyle możliwości, że nie było miejsca nawet na zastanawianie się nad jakimkolwiek planem działania.

– Wioski – powiedział w końcu, przypominając sobie wizję, którą przytoczyła mu więź Cesarza z synem. – Wioski w pobliżu gór i morza. – Antar wstał, lecz Myv-Khyrdd złapał go za rękaw. – Umiesz wyczuć złe energie chłopcze? Magię krwi?

– Chyba nie.

– Wiem, że Cesarz tego nie potrafi – powiedział i wyciągnął z torby na pasie zza pleców krótki pręt, który wydłużał się dzięki cylindrom po obu stronach. – Złap za jeden koniec. Pokażę ci, jak to zrobić.

Finnus, ciekawy tego co robią, podszedł i przykucnął pomiędzy nimi.

– Dopiero co mi nie ufałeś…? – przypomniał Antar, uśmiechając się głupkowato.

– Udowodnij, że nie miałem racji.

Obydwaj dotknęli pręta, a po chwili, poprzez niego, dotknęli swoich umysłów.

Przez chwilę wyglądali spokojnie, jak podczas medytacji. Nie minęło jednak nawet dziesięć sekund, a Antar z wrzaskiem oderwał się od przyrządu.

Myv-Khyrdd odrzucił przedmiot i zaczął gorliwiej masować skronie. Miał już dosyć brutalnych kontaktów z Żarowładnymi.

– Co ty mi pokazałeś?

– Zło – odparł, pojękując. – Czasami warto je dostrzec. Ty zaś od teraz dostrzegać je będziesz wszędzie tam, gdzie jest w istocie. Nie jest to wielki dar, ale klątwa też nie. – Uniósł twarz ku młodemu mężczyźnie. – Jest to po prostu pewien wyjątkowy, bardzo szczery rodzaj mądrości.

Antar wyglądał na zmartwionego. Zaraz zaczął przechadzać się i rozglądać dookoła.

– Niesamowite… – skomentował Finnus sprawiając, że Myv-Khyrdd go zauważył.

– Pomożesz mi z tym bólem, książę? – zapytał, trzymając się za uszy.

– A, jasne – odparł Finnus, po czym położył dłoń na czole maga.

Ból zniknął natychmiast, a powróciła jasność umysłu.

– Na Boga-Ojca! – Myv-Khyrdd aż zdziwił to, jak dobrze się czuje. – Proszę o częstszą pomoc, książę!

– Polecam się, Myv-Khyrddzie. – Uśmiechnął się szeroko.

Antar dalej krążył, gapiąc się to w jedną, to w drugą stronę.

– To jest chore – bąknął pod nosem.

– TO jest właściwie najnormalniejszą rzeczą we wszechświecie.

– Zło?

– Tak, książę. Właściwie zastanawiam się, czemu nie dostrzegałeś go dotychczas. Radzę się nad tym zastanowić.

– Ale ja nie chcę tego widzieć – jęknął.

– Przyzwyczaisz się – rzekł ponuro Myv-Khyrdd.

– Czy ja też mógłbym to zobaczyć?

– Cóż, na pewno przyda nam się dodatkowa para oczu… – zaczął mag.

– Nie! – Antar wycelował w nich gwałtownie palcem wskazującym. – Wystarczy, że ja to widzę, on nie musi!

– To może mu oszczędzić bolesnego zawodu w przyszłości.

– Nie i już! Bracie… – zwrócił się do z żalem patrzącego na niego chłopaka. – Nie rób tego, bo pożałujesz, jak ja.

Finnus pokiwał głową i odetchnął, zastanawiając się.

– No dobrze. Nie jestem ciekawski.

– O, to czasami bardzo dobra cecha – stwierdził Myv-Khyrdd.

– To lecę szukać tego miejsca – oznajmił Antar.

– Szukaj największego skupiska zła, książę! – zdążył zawołać za nim Myv-Khyrdd. – Z góry na pewno lepiej je wyczujesz!

Antar po wzniesieniu się w powietrze zniknął gdzieś w ciemnych chmurach, które wisiały nad tym regionem świata praktycznie codziennie. Gdy Żar wypełnił żyły chłopaka, jego rozświetlone ciało przypominało promień słoneczny. Było to bardzo efektowne, a wyleczony z migreny Myv-Khyrdd znalazł nawet czas na chłonięcie widoku.

Gdy ta krotka, beztroska chwila minęła, czarodziej zabrał się do pracy.

Wpierw odpiął kostur z pleców i wyciągnął zeń żarówkę, którą odrzucił tam, gdzie wcześniej przekaźnik. Finnus nie odzywał się, ze spokojem patrzył gdzieś w dal, w stronę widocznego na horyzoncie Morza Narodzin.

– O czym myślisz, książę? – zapytał Myv-Khyrdd, rozwiązując zawiniątko z reaktorem, który zamówił u Räplisa i umieszczając go z najwyższą ostrożnością na szczycie kostura zamiast żarówki.

Finnus spojrzał na niego z uśmiechem.

– Zastanawiam się, co u moich braci w domu.

– Zapewne są zajęci wyrastaniem na godnych potomków Gałęzi Królewskiej. – Wkręt od gwizdka parowego był osobliwie niedopasowany, bardzo ciężko wchodził w kostur. – Czy się mylę?

– Odrobinę. – Finnus zachichotał i wyciągnął z kieszeni gumę do żucia. – Lostar pewnie spędza czas ze swoją dziewczyną omijając nauki, Khandret prawdopodobnie podobnie, oni są bardzo podobni. – Znów zachichotał. – Ich kochanki są chyba siostrami, ale nie jestem pewien. Tymczasem mały Hott pewnie bardzo im zazdrości, bo uczy się z mistrzynią Euforią. Jej nauki są bardzo gwałtowne i obszerne, za to mało czasu poświęca na wyjaśnienia, więc człowiek potem spędza całe dnie w bibliotece. Gumę? – zaproponował.

– Nie, dzięki – odparł czarownik, z przygryzionym językiem siłując się z kosturem. – A tak się zastanawiam… Według ciebie, książę – po co Żarowładnym nauka? Skoro mogą samą myślą poruszać mury nie znając ich ciężaru, prędkości i kierunku wiatru uderzającego weń, i tak dalej.

– Według mnie? – upewnił się. Gdy Myv-Khyrdd przytaknął, rzekł: – Chyba żebyśmy znali swoje możliwości. Mistrzyni Euforia zawsze podaje nam ile wytrzymywał ojciec przy jakimś zaklęciu. On jest dla nas takim miernikiem, wie mistrz. Zawczasu poświęcił się dla nauki i pozwolił magom zbadać jego moce. Podobno zajęło mu to parę dobrych lat, ale miał poparcie dziadka, więc wszystko szło gładko. Dziadek nie był typowym władcą…

– Nie, nie był. Nigdy nie dążył do władzy kosztem poddanych, jak to czasami wyczyniał Zurrickar.

Reaktor w końcu dał się przepchnąć i po paru wymagających siły obrotach wkrętu, wszedł na swoje miejsce. Od razu zaczął głośno piszczeć. Powoli się rozgrzewał – Myv-Khyrdd patrzył na to, wyszczerzony lekko w zachwycie.

– Ale nauki polityczne – kontynuował Finnus – prawa, historia starych pięciu królestw, ich kontaktów z północą, opisy wojen ze smokami i Srebrnymi Ludźmi… Te wszystkie nazwiska, daty, których nie da się spamiętać, nie wiem po co to wszystko. Przecież to nie my odziedziczymy władzę po wujku Dorrim.

Myv-Khyrdd wstał pospiesznie, gdy płyn w grubałce zaczął wrzeć, korzystając z energii pozostawionej w kosturze przez żarówkę. Cały kostur trząsł się tak mocno, że mag musiał wbić go w ziemię.

– Zważ moje słowa w głowie, chłopcze – jeśli kiedykolwiek Gałąź Dorriego wygaśnie i trzeba nam będzie znaleźć nowego władcę dla Cesarstwa – wtedy świat bez wątpienia zwróci swoje oczy w stronę prawowitej, najsilniejszej gałęzi rodu, waszej. – Czarodziej z zaciekawieniem przyglądał się temu, co działo się z jego kosturem. W środku pojawiło się słabe, żółte światło. – Chyba że, oczywiście, wy znikniecie pierwsi. Ale w to wątpię, jeśli będziecie rozmnażać się jak wasz ojciec. Chyba dlatego tak wam pozwalają na zabawy z kobietami…

– Mówi mistrz tak, jakby ktoś nami rządził.

– Źle się wyraziłem.

Kostur w końcu zatrzymał się w miejscu i z głośnym gwizdem wypuścił z siebie granatowy dym.

– Głośny ten mistrza kostur – stwierdził Finnus.

– Taki miał chyba być – odparł Myv-Khyrdd, przyciskając dłoń do ucha. Następnie wyciągnął z kieszeni szaty drewniane pudełko na chusteczkę, którą przeczyścił uszy. Robiąc to, czekał aż kostur nagle poruszy się z miejsca bądź znów wyda z siebie przeraźliwy dźwięk.

Wtedy pierwszy raz pomyślał, że może nie było warto organizować napad na wóz pełen prototypów jakiejś odległej technologii. Podejrzewał, że sami twórcy nie mieli pojęcia o tym niefortunnym dźwięku – po niedawnej aferze z napadem nikt pewnie nie pomyślał o testowaniu ich.

W końcu złapał oburącz za mocne drewno tulipanowca i przyciągnął laskę do siebie. Nic się nie wydarzyło.

– Pierwszy test reaktora elektryczno-parowego zaklętego cierniem mojego pomysłu, którego skład na zawsze pozostawię w tajemnicy… – rzekł, jakby znów był na uczelni i walczył o dyplom, dyktując opis doświadczenia koledze z roku. – Który od teraz nazywać będę Reaktorem Krystarium. Reaktor znajduje się w moim tulipanowcowym kosturze długim. Skieruję go teraz w stronę pobliskiego wzniesienia, które spróbuję w regularnej manierze przebić na wylot czystą energią. Finnusie, może stań gdzieś z dala.

– Przy tobie? – zapytał, dalej przesiadując na głazie.

– Nie przy mnie. Z dala od wszystkiego.

Chłopak wstał i wybił się wysoko w powietrze, lądując jakieś dziesięć metrów za plecami czarodzieja. Pomachał z dala.

Myv-Khyrdd Ponury skupił się na skale, złapał mocno za kostur wbijając go w ziemię obok i wysunął przed siebie otwartą dłoń, aby ułatwić skupienie.

Zaczął kontemplować wszystko, co otaczało skałę – uderzający w nią wiatr, jej ogólny ciężar, miękkość gleby pod nią, którą przecież czuł także pod sobą.

Płyn w reaktorze w końcu zacząl bulgotać tak mocno, że przeistaczając się gwałtownie w granatową parę, wydostawał się przez małe wywietrzniki pod przykrywką w górę. W tym samym czasie zaczął przeraźliwie gwizdać.

Myv-Khyrdda na szczęście trudno było rozproszyć podczas rzucania zaklęć. Życie łowcy magów krwi nauczyło go, że dokończone zaklęcie zawsze mogło zdziałać więcej niż jego żałosne próby walki tradycyjnej.

Mając w myślach zamysł kształtu obiektu i mocy działających nań sił, wypowiedział zaklęcie:

– Tylo – wypowiedział słowo zaklęcia. A więc „wyrwa”, bądź „luka”.

Jego obliczenia były najwyraźniej bardzo bliskie prawdzie – kostur przestał gwizdać, a z jego szczytu buchnęła fioletowa para, wznosząc się wysoko w górę. Jednocześnie skała i ziemia zatrzęsły się.

Przez środek głazu przedostał się niewidzialny świder, który w mgnieniu oka przebił się na jego drugą stronę.

Myv-Khyrdd wbił kostur w ziemię i pospiesznie podbiegł do tego, co uczynił. Młodszy Żarowładny wsadził ręce do kieszeni i podszedł do niego, gdy ten z bezpiecznej odległości przyglądał się dziurze.

– Nie wygląda na stabilne, to co zrobiłeś – zauważył, nachylając się do czarodzieja.

– Nie powinno – odparł czarownik. – Nie wypowiedziałem stałego zaklęcia mogącego utrzymać to wszystko w kupie. Musiałem mieć wielkie szczęście, jeśli skała dalej się trzyma.

Finnus położył mu dłoń na ramieniu.

– Mój brat zaraz tu będzie.

– Wyczuwacie się? – zdziwił się Myv-Khyrdd, na co Finnus uśmiechnął się i pokręcił głową.

W jego twarzy i w tym wszystkim co robił było coś, co czarownikowi bez przerwy kojarzyło się z beztroską. Miło mu było oglądać kogoś takiego. To był dla niego znak; symbol oznaczający, że świat dzisiejszy był lepszy od tego, w którym on się wychował.

Nie pamiętał, żeby synowie Doriana potrafili uśmiechać się w sposób tak pozbawiony zmartwień. Dbał o to nie tylko ich ojciec ale i plejada starszych od Myv-Khyrdda stopniem czarowników, których brutalne sposoby testowania mocy młodych Żarowładnych sprawiały, że źle wspominał dni pobierania nauk na dworze.

– Tylko ja potrafię go wyczuwać. – Zachichotał. – No i to ja nauczyłem go latać.

Myv-Khyrdd wpatrywał się w niego, zadziwiony, Finnus miał najwyraźniej wielki talent wbrew temu, o czym gadano wśród publiki.

Zdaniem publiki bowiem to Antar i Hott mieli w sobie największy potencjał. A może Finnus po prostu pracował ciężej niż jego bracia?

Ta myśl wzbudziła w czarodzieju nagły respekt do chłopaka. Oczywiście w rozsądnym zakresie.

Antar wylądował przed nimi z gracją zatrzymując się ponad ziemią i zeskoczył, lądując na jednym kolanie.

– Znalazłem coś.

Z kolejnego przelotu na plecach chłopaka Myv-Khyrdd czerpał garściami. Swym widzącym zło spojrzeniem nakreślał obszary warte zbadania. Parę razy kazał Żarowładnemu wrócić się, czemu ten się podporządkowywał, ale mając problem z równymi zakrętami w powietrzu czynił przelot stresującym dla biednego czarodzieja.

Miejsca które mijali nie znajdowały się na żadnej spopularyzowanej mapie. Oznaczone były jako „Ziemie nieodkryte”, a jednak mieszkali tu ludzie. Cesarz oficjalnie zabraniał osiedlania się na tamtych ziemiach, ale jednocześnie nie ścigał śmiałków, którzy się na to odważyli mimo licznych siedlisk potworów drugiej fazy; odpadków po eksperymentach magów krwi na wymęczonych ziemiach Kontynentu Jastrzębiego. Dorri miał obecnie zbyt mało czasu na zajmowanie się dalszą kolonizacją dalekich jego obszarów, ale jednocześnie nie wchodził w grę tym, którzy chcieli tego dokonać na własną rękę.

Oczywiście ze znanym wszystkim takim ludziom ostrzeżeniem: „Ród Doriański kiedyś upomni się o te ziemie” – było ono potrzebne, gdyż paru nielegalnych osadników wprowadzało własne rządy na znalezionych kawałkach ziemi, a potem sprzeciwiało się wojskom cesarskim, które zamierzały zarejestrować go jako istniejący, a więc należący do imperium.

Antar także widział skupiska zła poniżej nich – wioski zamieszkałe przez barbarzyńców, tu i ówdzie siedliska potworów, czy inne pozostałości po tym, co zrobili szaleni naukowcy.

Patrząc na nie, można było dojrzeć ich przeszłość – zapewne to sprawiło, że Antar uznał tę możliwość za przekleństwo. Myv-Khyrdd za to korzystał w niej w pełni jednocześnie mając nadzieję, że chłopak wyciągnie z niej nauki.

Oni mogliby kiedyś rządzić krajem – myślał. Oni muszą wiedzieć o każdym aspekcie świata, który wymaga naprawy.

Około pory obiadowej dotarli w końcu do wioski, którą odnalazł starszy Żarowładny. Nie wylądowali jednak w jej centrum, wbrew temu, co półbogowie w całej swojej chwalebnej świetlistości chcieli zrobić.

Myv-Khyrdd był pewien, że jest to wioska z dziwacznej wizji, którą złapał badając więź Cesarza z synem. Dlatego musiał być ostrożny. W niezmierzonym limicie czasu na obserwacje jaki dostał, nie był w stanie w żaden sposób zbadać tego miejsca. W całym krzyku cierpienia tych ziem wioska była tak wyciszona, że nie mógł nie uznać tego za podejrzane.

– Czemu się ukrywamy? – zapytał maga Antar, gdy ten upadł na ziemię i czołgając się, zbliżył do małego wgłębienia w stromej rzeźbie górskiej w którym znajdowała się wioska. – To zwykli ludzie żyjący w zacofaniu. To typowe dla tego miejsca.

Gdy jednak Finnus położył się obok czarodzieja, Antar podążył. Zaczęli nadstawiać ucha. Myv-Khyrdd dalej nie wyczuwał nic, co mogłoby wzbudzić niepokój. Ironicznie, to właśnie wzbudzało jego niepokój.

We trójkę wytężyli słuch i wzrok.

– Słyszę muzykę, mistrzu – powiedział nagle Finnus.

– Muzykę? – zdziwił się. – Jak brzmi?

– Miło.

– Ja też słyszę – rzekł Antar. – Flet i strunka.

– Skupcie się na tym dźwięku – polecił czarodziej. – Uczyńcie słuch waszym najsilniejszym zmysłem i powiedzcie mi, co słyszycie.

Z ciekawością zaczął się im przyglądać. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie zanoszą się dumą, tylko starają się podążyć za instrukcjami.

Po paru chwilach odezwał się Antar:

– Słyszę… to bardzo dziwne, Myv-Khyrddzie. – Uśmiechnął się jak dziecko. – Słyszę drewniany parkiet, stoliki i krzesła. Ludzi siedzących w grupie, ich buty ze skór koniorożców… jakieś szczątki rozmów naszym języku, coś o jakiejś ładnej pannie, Mysi. Grajków jest trzech, ale jeden flet odpoczywa.

– Ja słyszę, że nie ma nad nimi żadnego dachu, parkiet z drewna rozłożony jest gdzieś z dala od centrum miasta. Słyszę Mysię, ona roznosi ludziom jakieś trunki w bardzo cienkich grubałkach.

– To niesamowite, Myv-Khyrddzie! Słyszę jakiegoś ślimaka!

– Ja też!

– Cóż to za ślimak? Nie wsłuchaliście się przypadkiem zbyt mocno?

– Nie, Myv-Khyrddzie – odpowiedział, marszcząc brwi, Antar. – Ten ślimak jest wielki.

– Siedzi razem z ludźmi – zawtórował Finnus. – Nie pośrodku, tylko tak z boku, na jakimś metalowym podeście.

– Ślimak – powtórzył Myv-Khyrdd.

– Ślimak – powtórzyli jednocześnie książęta.

Myv-Khyrdd nie miał wielu przemyśleń na ten temat. I tak miał obstawę, dzikusy z nieodkrytych ziem niewiele mogli im zrobić, jeśli tylko będą się pilnować. A wielkiego ślimaka, jak i wiele rzeczy związanych z tą wioską, należało zbadać.

Czarownik wstał i otrzepał ciemną szatę.

– Czas na pracę w terenie – rzekł do siebie. Potem dopiero zwrócił się do leżących pod nim chłopców: – Pilnujcie się, gdy tam zejdziemy. Nie jesteście nieśmiertelni.

– Ty także, Myv-Khyrddzie – zdobył się na odpowiedź Antar, wstając. – Obronimy cię – dodał z dziarskim uśmiechem.

Nie przestają zadziwiać… – pomyślał, gdy ruszyli ku najłagodniejszemu zejściu z porośniętego wysokimi trawami wzniesienia.

Czarodziej spojrzał w niebo. Chmury poruszały się po błękitnym niebie wyjątkowo szybko. Bez przerwy rzucały cień na krajobraz dookoła nich, dodając widokowi, który powinien być piękny, wielkiej posępności. Ona natomiast przyczyniała się do wrażenia, że czas zatrzymał się w miejscu.

Myv-Khyrdd rozglądał się, aż ściana skalna po ich prawej stronie (a przeciwnej do wioski) obniżyła się na tyle, że mógł zobaczyć, co znajduje się za nią.

Ich oczom ukazała się kolejna, tym razem całkowicie biała, skała. Wyrastała aż po same chmury, składając się z setek prących się w górę stalagmitów. Była wyższa, ale i węższa od otaczających ich gór. Najwyższa włócznia skalna przecinała przepływające pospiesznie chmury na pół. Na jej powierzchni zaś wyrzeźbione były wnęki – tak równo i wymyślnie wykonane, że bez wątpienia musiała to być robota jakiejś myślącej istoty. Wnęki mogłyby być oknami w ludzkim domu. Może dlatego sprawiała tak upiorne wrażenie? Kto mógł mieszkać tak wysoko w górze?

Myv-Khyrdd usłyszał westchnięcie Antara. Jak się tego mag spodziewał, chłopak także ujrzał mętne, czarne zło otaczające…

– Mistrzu! – wrzasnął mu nad uchem Finnus, z łatwością podnosząc go i odbiegając z nim z dala od swojego brata.

Po chwili Myv-Khyrdd wybudził się z szoku i obejrzał na Antara.

Chłopak stał, przygotowany do obrony. Naprzeciwko niego widać było potężny, włochaty kształt, dwa razy większy od księcia.

Bols – pomyślał Myv-Khyrdd. – I to prawdziwy, nie ten miniaturowy szkodnik biegający wśród traw przy Purpurowym Zamku. Musiał wyjść z jakiejś jamy.

Bolsy były dzikimi, ogromnymi gryzoniami. Ich szczęki były przystosowane do odgryzania ludziom głów, a zwinne mimo ciężkiego ciała łapki pomagały im wyciszyć kroki i długimi zębiskami przebić ofiarze mózg, zanim ta w ogóle zdąży zauważyć obecność potwora.

Myv-Khyrddowi serce biło jak oszalałe. To właśnie był przykład zagrożenia, które mogło zabić nawet Żarowładnego, jeśli byłby nieostrożny.

Antar na szczęście takim nie był, co się właśnie potwierdziło. Bols pisnął przeraźliwie dokładnie wtedy, gdy Finnus zrzucał Myv-Khyrdda na trawę w bezpiecznej odległości. Czarodziej ukrył twarz w dłoniach i skupił wzrok na miękkiej ziemi. Czuł na plecach dotyk rozgrzanej Żarem dłoni księcia; dawała mu ona prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. Na tyle, że miał ochotę zasnąć…

Cóż to była za magia?!

Czarownik odtrącił ramię chłopaka i spojrzał na niego z wyrzutem. Ten najwyraźniej nie miał pojęcia, o co mu chodzi, co musiało oznaczać, że Żar zareagował zgodnie z jego wolą, lez bez jego wiedzy. Najwyraźniej chciał go po prostu uspokoić.

Bols zaatakował, piszcząc. Antar już znajdował się w całkiem innym miejscu, nisko, przy ziemi. Czarne, pozbawione wyrazu oczy potwora mierzyły go i jego otoczenie. Potwór atakował mniej więcej co trzy sekundy, cały czas próbując innych podejść, za każdym razem sięgając ku księciu długim pyskiem. Książę zaś za każdym razem odskakiwał.

Tutaj widać było cel, jaki dwór obierał przy edukacji młodych potomków Doriana – walkę. Choć mogli zaniedbywać inne nauki, każdy z nich w szrankach był praktycznie niepokonany, chyba że walczyłby z innym władającym.

Antar miał instynkt podobny do stojącego przed nim na tylnych łapach potwora – potrafił wyczuć niesłyszalny rytm walki, uczyć się na poczekaniu sposobu walki przeciwnika, a przede wszystkim panował nad strachem, był nieporywczy i cierpliwy. Zapewne krążyłby tak wokół potwora, aż nie znalazłby jakiegoś punktu zaczepienia, z którego mógłby rozpocząć rychłe tworzenie planu ataku. Na razie więc tylko biegał dookoła, starając się sprawić, aby Bols nie zwrócił uwagi na Finnusa i Myv-Khyrdda.

Ci zaś usłyszeli za plecami krzyki. Na wzgórze wspinało się właśnie paru ludzi z prymitywną, acz skuteczną bronią – drewnianymi łukami, włóczniami o żelaznych grotach i tarczami.

– Gdyby chcieli zrobić coś głupiego, Finnusie, powstrzymaj ich – rozkazał Myv-Khyrdd. – Ale daj im ujrzeć walkę.

Finnus przytaknął. Gdy tylko podbiegli do nich na odległość kroku, nie pozwolił im ruszyć dalej. Niewidzialne pole siłowe rozpostarte zostało na całej długości wejścia na wzgórze.

– Kim jesteście?! – wrzasnął ktoś, jednak jego głos pod koniec z wolna umarł, ustępując szeptowi. Najwyraźniej ktoś zauważył patrzące na nich, przenikliwe, świecące jasno, złote oczy chłopaka. Reszta też musiała, bo ich zapał na widok obcych natychmiast się ostudził. Było ich pięciu – mężczyźni ubrani byli całkiem porządnie, w stroje typowe dla mieszczaństwa. Patrzyli teraz na walkę.

Pojedynek nie trwał jednak długo. Antar w końcu znalazł to, czego chciał. Gdy Bols wyskoczył nań do przodu, opadając na przednie łapy, ten obrócił się szybko w miejscu aby uniknąć zębisk kreatury i odciął jej ramię samą rozgrzaną do czerwoności dłonią. Potwór wrzasnął i zarzucił łbem w prawo, w stronę księcia. Zębisk nie dało się sparować, więc znowu odskoczył do tyłu, następnie rozpędził się w stronę potwora i pozwolił mu znowu się na siebie rzucić. W ostatniej chwili, pomagając sobie boską energią, odskoczył na bok i biegnąc dalej, przesunął rozżarzoną dłonią po cielsku lecącego jeszcze potwora. W końcu, gdy ten już prawie lądował, po prostu wsadził mu w ciało całe swoje ramię, przebijając palcami dobrze wymierzonym ciosem serce.

Wszystko to odbyło się szybko i sprawnie, z jak największą oszczędnością energii. Antar z pewnością miał ogromny potencjał bojowy.

Myv-Khyrdd wstał i otrzepał się ponownie, patrząc na zszokowanych tubylców po drugiej stronie pola siłowego.

– Przybywamy w pokoju – rzekł do nich. – Jeśli pozwolicie nam się tutaj dzisiaj rozejrzeć, Cesarz nie dowie się o waszej małej wiosce. – Zero reakcji. – Hej, słyszycie?!

– Musimy spytać się Wielkiego Drtlylla – odpowiedział ten najbliżej niego.

– Dobrze, zaczekamy. – Mężczyzna rozejrzał się po towarzyszach. – No już, leć! – pogonił go jeszcze.

Mężczyzna zerwał się i poleciał. Myv-Khyrdd w tym czasie pozostawił Finnusa samego z tubylcami, wspiął się i przeszedł obok wielkiego trupa, aż usiadł obok sapiącego głośno, obryzganego krwią księcia. Zauważył całkowicie zwęglone rękaw, pot i powoli znikający blask wypełniającego żyły chłopaka Żaru.

– Świetnie się spisałeś, Antarze – powiedział mu, siadając obok. Książę parsknął prześmiewczo.

– Bardzo chciałbym się teraz umyć, czarowniku.

Na to, jak się okazało, nie musiał czekać długo. Gdy tylko tubylczy mężczyzna wrócił przed niewidzialną tarczę, podążyło za nim paru najwyraźniej ważniejszych członków społeczności.

– Złotoocy! – zawołał jakiś wychudzony, łysy mężczyzna o długiej brodzie plecionej w warkocze. – Kłaniajcie się przed przybyszami, ślimaki! – Wszyscy uklękli. – Jak śmieliście tak bezmyślnie stawać naprzeciwko Złotych Ludzi?!

– Czy to ty jesteś Wielki Drtlyll? – zawołał Finnus, przekrzykując go. Nie miał już siły utrzymywać tarczy, więc odpuścił. Tubylcy jednak musieli nadal myśleć, że jest między jakaś granica.

– Ja nie, o Złoty. – Uśmiechnął się obleśnie, parę razy obracając głową w powietrzu. Wyglądał jak szaleniec. – Jestem zaledwie jego uniżonym sługą. – Ukłonił się. – Wielki Drtlyll oznajmił, że chce was spotkać. Zwłaszcza ciebie, złotooki Pogromco Małego Bosfara. – Uniósł wzrok do podchodzącego do zgrai księcia, przykrytego grubą warstwą krwi potwora. – Wiele lat już czekamy na kogoś takiego jak ty, być może zbyt długo. – Wyprostował się i uniósł dłonie. – Mały Bosfar od tysięcy wschodów trzymał nas w ryzach swojej potęgi. Nigdy nienasycony, pragnął ofiar, któreśmy musieli mu składać. Jednak teraz, ślimaki, nadszedł koniec jego niecnych rządów! Weszliśmy w erę oświecenia, na łaskę Wielkiego Drtlylla! Wstańcie teraz, poprowadźmy naszych wybawców do naszego władcy!

Książęta i czarodziej spojrzeli po sobie.

– Wdałeś się w ich łaski, Antarze – rzekł mag.

– Wiem, Myv-Khyrddzie.

– Będziesz musiał mówić w naszym imieniu.

– Nie mam z tym problemu – odparł zdecydowanie książę.

Myv-Khyrdd wzruszył więc ramionami i podążył wraz z Finnusem za jego starszym bratem. Po zejściu ze wzniesienia właściwie byli już w wiosce. Pierwszy dom jaki ich przywitał, był wyrzeźbiony w skale, zupełnie jak upiorny zamek wśród wysokich fal Morza Narodzin. Zamek z jego wizji. Pozostałe domy miały kształt szerokiego okręgu o wielkości trzech-czterech komnat cesarskich, przykryte grubą strzechą. Niektóre miały parę pięter, a niektóre wyrastały ponad inne, ustawione na grubych palach, które równie dobrze mogły być ociosanym kiedyś, przeciętym wpół drzewem.

Muzyka już dawno ucichła. Gdy dotarli do parkietu, o którym opowiadali Myv-Khyrddowi chłopcy, zauważyli wiele kobiet i dzieci równie dobrze ubranych co mężczyźni, siedzących przy stole, grajków siedzących na skraju parkietu, dużą ilość koślawych stołów i krzeseł. Na każdym stole było jakieś pożywienie, zwykle pod postacią jakiejś ciemnej brei z czymś jasnym i szerokim wypływającym na wierzch i warzyw. Nie była to najwyraźniej bogata wioska, ale biedna też nie. Gdy tylko wkroczyli pomiędzy stoliki i wpatrujących się w nich z zaciekawieniem i strachem ludzi, Myv-Khyrdd zauważył ślimaka.

– Panie! – wrzasnął na powitanie łysy kapłan i ukłonił się nisko, idąc.

Wielki Drtlyll był ślimakiem wielkości jednej tutejszej chałupy. Sama jego muszla mieniła się na biało w słońcu, wyglądała na bardzo ciężką i ociosaną z kamienia. Myv-Khyrddowi od razu przyszła na myśl skała, z której zbudowany był zamek na morzu widoczny ze wzniesienia. Poza tym był zwykłym ślimakiem, ale bardzo dużym. Głowę trzymał wysoko na wysokości muszli, a skierowany był do nich bokiem, więc musiał cały czas trzymać ją obróconą w ich stronę. Jego czułki powoli wydłużały się, a jama ustna bez przerwy otwierała się lekko i zamykała. Z czułków wydostały się okrągłe, czarne oczy. Wodniste, jak reszta jego ciała. Patrzył na nich, gdy stanęli przed nim we trójkę, a reszta obstawy rozeszła się po stołach.

Drtlyll najwyraźniej także raczył się ucztą. Obok niego, na jednym ze stolików siedziała gruba kobieta trzymająca nad głową szeroką misę pełną kapusty, wszelkich sałat i zielonych warzyw.

– Czy może być dla nas zagrożeniem ślimak jarosz? – z uśmieszkiem zapytał Myv-Khyrdda Finnus.

– W najlepszym wypadku jedyne zagrożenie właśnie zlikwidował twój brat – odparł poważnie czarodziej. – Ale bądź gotowy na wszystko.

– Nie opuszczę twego boku, mistrzu.

Niedokładnie o to chodziło czarodziejowi. Raczej martwił się o władających, niż o siebie. Oni byli ważniejsi dla kraju, a bez niego kraj mógł się obejść. Jednak sam stracił na czujności, bo miał wrażenie, że wszystko znów idzie idealnie zgodnie z jego planem.

Tutaj nie było haczyka. Ograniczona społeczność uznała ich za zwiastun rozpoczęcia nowej, lepszej ery w ich małym kalendarzyku, który podobno mierzył tysiące lat, co oczywiście było bzdurą. Jeśli ci ludzie w to wierzyli, to ze śmierci ich oprawcy musieli wyciągnąć oczywisty wniosek – że przybysze są przyjaciółmi.

Wiedzieli także, kim są Żarowładni, a raczej "Złotoocy". To oznaczało nie tylko to, że znali ryzyko, jakie niesie ze sobą zadarcie z kimś takim, ale także wskazywało to na fakt, że osiedlili się tutaj w przeciągu ostatnich stu lat.

Stanęli przed Wielkim Drtlyllem. On także musi być nowym wytworem – pomyślał Myv-Khyrdd. – Zapewne jeden z eksperymentów nad potworami fazy drugiej. Ciekawe, czy jedyny w swoim rodzaju? Być może stworzył go ten sam, który dopuścił się porwania Młodego Cesarza?

Wielki Drtlyll otworzył gębę. Nie poruszał nią, tylko rozszerzył dwie śliskie połowy jego twarzy i utrzymywał je roztwarte.

Następnie przemówił grubym, męskim głosem, który odbijał się echem wśród gór ponad nimi.

– Nazywam się Drtlyll, a ta wioska jest pod moją opieką. Zabijając mego odwiecznego wroga, Bosfara Małego, dowiedliście, że jesteście przyjaciółmi. Czujcie się jak u siebie w domu. – Jego śliskie, przypominające karbowany makaron podbrzusze zaczęło falować, a ślimak zbliżył się do skraju sceny. Nikt się nie odzywał, więc dalej stali przed nim. Antar, dalej skąpany w krwi Bolsa, był najbliżej. – Zanim zaczniemy świętować, muszę was jednak zapytać, gwoli pewności: dlaczego przybyliście do naszej wioski?

Pytanie skierowane było do Antara. Wszyscy rozumieli, że tylko on ma prawo i obowiązek głosu. Jego towarzysze stali zanim i nie widzieli jego twarzy, jednak domyślali się, że jest tak samo zszokowany tym, co ma przed oczami, jak oni. Usłyszeli, jak bierze głęboki wdech i mówi:

– Trzy dni temu zły czarownik porwał naszego świeżo narodzonego kuzyna. Wiemy tylko, że znajduje się gdzieś w okolicy. Proszę – ukłonił się po cesarsku – pozwólcie nam przeprowadzić śledztwo. Jeśli nic nie znajdziemy, odejdziemy.

Drtlyll rozejrzał się z wolna. Wyglądał, jakby potrzebował czasu na zastanowienie się. Oczy mimo ruchów głowy dalej miał skierowane w księcia, który stał przed nim wyprostowany.

– Pozwolę wam na śledztwo. – Zanim odpowiedział wydało się, że wzdycha. – Pod warunkiem, że po powrocie nie powiecie nikomu o naszej wiosce.

Antar zamilkł, a potem bez wahania odpowiedział:

– O-oczywiście! Zależy nam tylko na moim kuzynie. – Znów się ukłonił.

Myv-Khyrdd tymczasem bez pardonu rozglądał się po ludziach. Maga Krwi mimo doświadczenia nie rozpoznałby na pierwszy rzut oka. Było jednak parę rzeczy, po której można było Wampira rozpoznać. Po pierwsze, moc żerowała na swoim użytkowniku, toteż nie mógł to być człowiek umięśniony, ani też otyły. Poza tym ogóle oznaki chronicznego wymęczenia – podkrążone oczy, trzęsące się dłonie, liczne zmarszczki na twarzach. Oczywiście wszystkie te rzeczy można było ukryć, ale można było też przez te środki ukrycia przejrzeć. A w tym właśnie specjalizował się Myv-Khyrdd. Poza tym sam fakt że ktoś był czarodziejem sprawiał, że czarownik umieszczał go na liście podejrzanych. A magów rozpoznać było o wiele, wiele łatwiej. Sam ich sposób bycia zwykle wystarczał, ale jeśli detektyw także był czarodziejem, bez problemu mógł wyczuć podobnego sobie. Swój pozna swego.

Obecnie wśród podejrzanych znajdował się dziwaczny przedstawiciel Wielkiego Drtlylla, nazywający ludzi ślimakami. Trafił tam przez magiczną szatę i to, że miał zaklęty wzrok. Najwyraźniej ktoś nie miał dostępu do okularów. Kolejnym podejrzanym była kobieta trzymająca tacę z pożywieniem władcy wioski – za zaklęcie odmładzające, które okrążało jej twarz i dłonie. Nie była to jednak zwykła iluzja, lecz potężny czar pozwalający w dużym natężeniu na rzeczywiste cofnięcie wieku użytkownika. Taka magia szła w parze z alchemią, a więc dziedzinie, w której był słaby.

Wielki Drtlyll zdawał się aż ociekać płynną magią, ale skoro był potworem drugiej fazy, Myv-Khyrdda wcale to nie dziwiło.

Poza nimi nie było nikogo. Żaden z siedzących przy stołach i krzesłach ludzi nie był nawet dotknięty magią, co na przykład w Stolicy było rzadkością.

Myv-Khyrdd zacisnął dłoń na kosturze, wpatrując się w parę. Musieli być starzy – może przybyli tutaj już z umiejętnością czarowania? Wyglądało na to, że to oni rządzili małą społecznością, choć ślimak musiał mieć ostateczne zdanie. Czy to oni go stworzyli? Nie wyglądali na tak potężnych, ale pozory mogły mylić. Czarownik podczas swego długiego życia inkwizytora nauczył się, że zło zwykle szło w parze z kreatywnością.

Nagle rozbrzmiała muzyka, która wcześniej ucichła. Grajkowie znów stali na skraju parkietu i przygrywali jakąś skoczną melodię, której nie rozpoznawał.

Finnus dotknął jego ramienia, ponownie go ogrzewając. Poprowadził go do przodu, z dala od ślimaczego króla.

– Gdzie idziemy, Finnusie? – zapytał i rozejrzał się. Antar szedł w przeciwnym kierunku, za jakimś mężczyzną. – Udało się?

– Brat poszedł się umyć i zaraz dołączy. Nakarmią nas czymś.

– Chodźcie za mną – rzekła uśmiechnięta dziewczyna o niespotykanej jasności cery i głębokiej czerni pokrywającej jej źrenice i włosy. – Odstąpimy wam jeden stolik. – Rozejrzała się, przygryzając wargę. – O, tam się dla was rozejdą. Zapraszam.

Gdy już siedzieli naprzeciwko siebie, Finnus zagadał do kelnerki, która stała jeszcze przy nich:

– Czy to karczma? – A gdy skinęła głową z czarującym uśmiechem, dodał: – Co można u was zjeść?

– Dzisiaj fasolkę z kruszotką, czosnkiem i kapustą, kaszę w sosie grzybowym, gorące roladki z kozim serem i zupę selerową z dodatkiem pieczonych ziemniaków. Na życzenie możemy dodać sos czosnkowy. W ramach deseru oferujemy babkę oblaną sokiem z cytryny, lub ciasteczka z galaretką truskawkową.

Myv-Khyrdd nie był głodny, ale słysząc menu, przełknął nadmiar śliny. Wiedział, że nie powinni nic jeść. Nie był dobry z alchemii – nie rozpoznałby trucizny. Przez brak Żaru chroniącego swego władającego był najbardziej zagrożony.

Postanowił poczekać na Antara i jabłka, które zabrał ze sobą. Sam miał w torbie jeszcze resztę wypieków, które podgryzał po drodze na Purpurowy Zamek

Finnus ostentacyjnie wydobył sakiewkę ze złotem zza pazuchy płaszcza, położył ją na blacie i rzekł:

– Weźmiemy wszystko, włącznie z sosem czosnkowym.

Dziewczyna zarumieniła się. Zapewne oślepił ją nadmiar złota, pomyślał Myv-Khyrdd.

– Zjecie bez opłat. Jesteście gośćmi w naszej wiosce.

– Och – udał zdziwienie Finnus. Wyszczerzył zęby i uniósł brwi, patrząc dziewczynie w oczy. – Na co ja teraz wydam te wszystkie pieniądze?

Myv-Khyrdd zmarszczył nos i brwi. Przez chwilę myślał, że się przesłyszał.

– Myślę, że będzie jeszcze okazja – odparła kelnerka i mrugnęła ku księciu.

Jednak nie. Jednak się nie przesłyszał. Był to najbardziej oczywisty flirt, jakiego był świadkiem. Nie miał słów, więc tylko z szokiem wpatrywał się w chłopaka.

– Oczywiście tylko, jeśli wszystko skończy się dobrze – powiedział, widząc reakcję czarodzieja.

Myv-Khyrdd pokręcił głową i wstał od stołu. Skierował się do drewnianego szałasu który musiał być kuchnią, gdzie zniknęła kelnerka. Po drodze jednak zatrzymał się przy księciu i wyszeptał:

– Nie będę tu nic jadł. Wam też nie radzę. Nie traćcie czujności.

– Gdzie idziesz?

– Na małe zwiady. Gdybym nie wrócił za pół godziny, poszukajcie mnie. Ale tylko razem.

– Nie sądzę, że powinniśmy się rozdzielać – zatrzymywał go dalej książę.

– Nie mamy wyboru. – Klepnął go w ramię. – Poczekaj tutaj na Antara.

– Tak jest, mistrzu.

Kelnerkę spotkał przed wejściem do szałasu kuchennego. Skorzystał z okazji i zajrzał do środka, aby choć rzucić okiem na sposób przygotowywania potraw.

W kuchni stało czterech kucharzy w fartuchach o czterech różnych kolorach. Dwóch z nich było kobietami.

Kucharz w czerwonym fartuchu zajmował się obróbką warzyw. Mył je, obierał i kroił. Kucharz w zielonym fartuchu pomagał temu w czerwonym, ale też jako jedyny zajmował się fasolką. Kucharka w fioletowym fartuchu przyrządzała sosy i kończyła niektóre z dań już u siebie. Dania, które wymagały dodatkowego przyrządzenia, ostatecznie wychodziły od kucharki w żółtym fartuchu.

Wszystko wyglądało naprawdę schludnie i zorganizowanie. Tak samo szałasy – porządne i przemyślane. Wiedza osadników, którzy przybyli na te ziemie musiała być obszerna. Musieli od dawna planować przesiedlenie się tutaj. Ale kiedy dokładnie tu dotarli?

Kelnerki były dwie – on na szczęście trafił na tę znaną.

– Tak? – zapytała przerażona, gdy stanął na jej drodze.

– Muszę pilnie udać się do toalety… – rzekł z nędznie udawanym wstydem. – Gdzie powinienem się udać?

Kelnerka wskazała mu jakiś budynek z dala od wszystkiego – ten, do którego wcześniej szedł Antar. Myv-Khyrdd spróbował się uśmiechnąć (przez co wyraz przerażenia na twarzy dziewczyny tylko zwiększył się), odwrócił się i odszedł. Idąc, ponownie zahaczył o ich stolik. Finnus dalej siedział sam.

– Czy zwiady już zakończone? – zapytał półgłosem.

– Jedzenie przygotowują porządnie i z oddaniem. Niestety nie wiem, czy je trują.

– Dla mnie to nie problem – odparł Finnus i wyszczerzył się.

Myv-Khyrdd nic nie odpowiedział, tylko poszedł dalej. Szałas-toaleta stał przed nim otworem, ze środka słyszał szum wody pod ciśnieniem. Ujrzał osiem stojących obok siebie kabin prysznicowych i toaletowych. Przed nimi na krzesłach siedziało dwóch mężczyzn, którzy ucinali sobie pogawędkę. W pierwszej kabinie mył się Antar.

Prysznice! – zawołały jego myśli. – Tak z dala od cywilizacji?!

Musieli więc mieć także system wodociągowy i kanalizacyjny. Myv-Khyrdd rozejrzał się. Jakie mieli tutaj oświetlenie?

Pod sufitem płonęła wielka, okrągła pochodnia wieczna. Osadnicy posługiwali się technologią, która miała zaledwie kilkanaście lat.

Wszyscy mieszkańcy tego miejsca wiedzieli o zewnętrznym świecie! O cywilizacji, która ich otaczała… mogli nawet wiedzieć, kto teraz rządzi krajem! I nie mogli tego wymyślić sami, tutaj. Pochodnia wieczna była tego dowodem.

Mężczyźni nareszcie go zauważyli. Skłonił się, a oni odpowiedzieli mu tym samym i wrócili do pogawędki. To byli cywilizowani ludzie. Myv-Khyrdd oparł kostur o ścianę, usiadł na jednym z leżących tu i ówdzie krzeseł i zaczął czegoś szukać po swoich podręcznych torbach przytroczonych do pasa.

Mam nadzieję, że tam jesteś – powiedział sobie w myślach. Gdy tylko skończył myśl, jego palce zacisnęły się na dawno niewyczuwanym kształcie. Czarodziej przełknął ślinę odchodząc od swojego kostura i zbliżył się do mężczyzn.

– Mogę przeszkodzić? – zapytał zgarbiony, starając się przybrać maskę dobrego handlarza.

Spojrzeli po sobie, roztrzęsieni. To musiała być ciekawa rozmowa.

– Czy jakiś problem? – zapytał ten większy. Zapewne dlatego, że był większy.

– Jestem kupcem – powiedział Myv-Khyrdd, zaciskając w dłoni sakiewkę. – Przypadkiem ledwie zauważyłem, że łabłyski w waszych pochodniach są bliskie wykończeniu. – Wskazał długim palcem wskazującym pochodnię przy suficie. Mężczyźni spojrzeli na nią jakby widzieli ją po raz pierwszy. – Pozwoliłem sobie więc uznać, że bylibyście chętni zakupić ode mnie dodatkowy zapas, hm?

Otworzył dłoń i wyciągnął z sakiewki jeden z żółto-złotych kamieni, który mienił się w świetle ognia pod sufitem.

Mężczyźni spojrzeli po sobie, a potem ze zdziwieniem zwrócili swoją uwagę przybyszowi.

– N-nie wiem… – zaczął jeden.

– Myśmy to kiedyś wymieniali? – zapytał drugi pierwszego szeptem, jakby czarownik nie stał przy nich i nie rozumiał ich języka.

– Handlarzu, pali się od dawna! – spróbował zbyć maga z niepewnym śmiechem.

Myv-Khyrdd wyczuł wtedy, że coś jest nie tak. Łabłysk wymagał częstej wymiany, nawet tak wielka sztaba, jak ta na pochodni przy suficie.

– To znak, że trzeba się przygotować, nieprawdaż?

– Niby racja…

Mężczyźni w ogóle nie byli pewni. Zupełnie, jakby nigdy nawet nie pomyśleli o tym magicznym źródle światła, którego przecież musieli używać codziennie. Myv-Khyrdd zdecydował się nie męczyć ich dalej, schował spory kawałek łabłysku z powrotem do sakiewki i rozszerzył usta zaciśnięte w wąską linię w nieudanym uśmiechu.

– Widzę, że muszą się państwo zastanowić. Oczywiście, nie ma pośpiechu. Jeśli się panowie zdecydują, bardzo proszę mnie zaczepić. – Wstał, złapał za kostur i skierował się do wyjścia.

– Myv-Khyrdd vlette nuatu gobiss kla vala? – usłyszał przed wyjściem głos księcia z kabiny. Chłopak mówił po luvijsku – „Myv-Khyrddzie, uważasz tych ludzi za podejrzliwych?”.

Gobissas, lymnjo! – zawołał w odpowiedzi, w progu. „Podejrzanych, uczniu.”

– Natt na lymnjo, hivsalanhalan! – krzyknął znowu, rozbawionym tonem. „Żaden „uczeń”, starcze.”

Mężczyźni siedzieli na krzesłach, nie odzywając się i tylko z przerażeniem starając się zrozumieć ich rozmowę. Nie było co przeginać, jeszcze mogli ich obrazić.

– Vas vala natt nuatu kla gobissas, letin vy bou iy gom-tylsa! – rzekł na koniec i wyszedł w końcu z chaty. „Nie podejrzewam nikogo, widzimy się przy stole!”

Po wyjściu Myv-Khyrdd przeanalizował ich sytuację. Znajdowali się w wiosce, której mieszkańcy korzystali z nowoczesnej technologii i wierzyli, że są tu od pokoleń. Na dodatek nie wiedzieli, jak ta technologia działa – łabłysk w pochodni wiecznej wymieniało się co jeden lub półtora tygodnia. Tymczasem oni nigdy o tym nie słyszeli. Jeśli mieli takie oświetlenie w każdej chacie, skąd brali łabłysk? Skąd brali wodę do pryszniców? Mieli jakąś oczyszczalnię? Jeśli tak, to gdzie? Skąd mieli na sobie te drogie ubrania?

Poza tym nie jedli mięsa, a rządził nimi ślimak. Zaraz, nie tylko ślimak! Mężczyzna podający się za jego najbliższego sługę i jego kobieta… oni mogli wiedzieć, co tu jest grane. A jeśli wiedzieli, to po co im byli ci wszyscy ludzie?

Myv-Khyrdd wolał jeszcze nie odpowiadać sobie na to pytanie.

Nie wrócił do stolika. Musiał natychmiast kontynuować śledztwo, nie było czasu do stracenia. Dopóki był na chodzie i nikt go nie kontrolował, zamierzał z tego korzystać. Gorzej będzie, jeśli tubylcy, nie mogąc go znaleźć, rozładują swoją frustrację na Żarowładnych.

Gorzej dla tubylców, ma się rozumieć.

 

Mag dotarł do kopalni po godzinie zwiadów. Do tego czasu niebo pokryło się chmurami już całkowicie. A gdy słońce zostało przykryte przez czarny jak smoła puch, światło pochodni wiecznych w każdej z dużych chat wyszło na pierwszy plan.

Wioska była bardzo dobrze zorganizowana. Zachodnia część wioski odgrodzona była od wrzosowisk wysoką palisadą. Bramy Myv-Khyrdd nie znalazł, zapewne mieli gdzieś podziemne przejście, przez które nie mogłyby się przedostać żadne monstra. Od strony wzniesienia na którym wylądowali nie znajdowało się żadne ogrodzenie, bowiem dalsza ścieżka łączyła mieszkańców z łagodnym zejściem na piaszczystą plażę w dole, jedynym tak przyjaznym miejscem po północnej stronie wschodniego wybrzeża Kontynentu Jastrzębiego. Klify, z których zwisały pojedyncze źdźbła długich traw czy jakieś samotne drzewa ledwo utrzymujące się wysoko ponad wzburzonym Morzem Narodzin były tutaj częstym widokiem. Wyglądało to tak, jakby kontynent został siłą rozerwany na pół, a jego druga połowa zatopiona głęboko po wodą. Nie mógł nią być sąsiedni Kontynent Smoczy, gdyż na rozpiętości całego swojego zachodniego wybrzeża tylko pojedyncze łańcuchy górskie sięgające z drugiej strony tejże ziemi burzyły łagodne, złociste plaże.

Myv-Khyrdd rozmarzył się, siedząc na skale przy wejściu do kopalni. Jako dzieciak mieszkał w wiosce nad morzem. Spędzał na plaży właściwie każdy ciepły dzień. Przesiąknął morskim powietrzem, które wzmocniło jego ciało, zostawiając w jego głowie tęsknotę za czarem fal, niepozwalającym mu na osiedlenie się gdziekolwiek z dala od tego pierwotnego źródła życia. W zamian za żelazne zdrowie, uzależniło go od siebie.

Uszczypnął się, karcąc utratę skupienia. Dzisiejszy dzień był męczący, ale musiał taki być, jak to dzień w pracy. Nie było chwili do stracenia.

A więc zastanowił się. Wejście do kopalni podtrzymywane było przez trzy drewniane, solidne pale. Do kopalni prowadziła jedna, wąska linia torów przejeżdżająca pomiędzy dwoma z nich, od lewej strony. Z prawej ktoś wyłożył z bruku porządną ścieżkę w głąb ciemnej jaskini. Mieszkańcy na pewno nie wytworzyli bruku tutaj, ale czemuś takiemu już się nie dziwił. Był już pewien, że coś jest nie tak, nie potrzebował większej ilości dowodów.

Usłyszał kroki. Natychmiast zacisnął palce na kosturze i szepnął:

– Ehnent. – "Niewidzialność, zniknięcie."

Szeptanie niestety nic nie dało, bo reaktor oczywiście musiał zacząć piszczeć od wydostającej się z kostura pary. Myv-Khyrdd jednak za bardzo był skupiony na przemyśleniu zaklęcia – nie mógł pozwolić, aby każda rzecz, którą dotykał, zniknęła razem z nim. Nie pozwolił więc na to skale na której siedział i źdźbłom skoszonej trawy, które dotykały jego butów, kostura i szaty.

Gdyby nie przemyślał zaklęcia, najprawdopodobniej umarłby – znikanie całego świata ze sobą nie dość, że nic by nie dało, to wyssałoby z jego kostura, a potem z niego tyle energii, że w momencie gdy nie zostałoby nic, najprawdopodobniej zaklęcie rzuciłoby się do najbliższego mu życia i zaczęło pochłaniać także jego energię. I tak dalej, do każdego kolejnego życia, aż nie zaspokoiłoby swojej żądzy. Magia była bardzo niebezpiecznym zajęciem.

Magia była też dobrym wyznacznikiem inteligencji – pozbawieni piątej klepki ludzie o potencjale magicznym zwykle umierali na pierwszym roku. Nic więc dziwnego, że prawdziwi czarodzieje byli zadufani w sobie, a ludzie bali się uczyć tej profesji.

Obok niewidzialnego Myv-Khyrdda przeszła trójka uzbrojonych w włócznie o żelaznych grotach mężczyzn. Musieli go szukać, najpewniej dyskretnie. Myv-Khyrdd nie przejmował się nimi.

Człowiek, który rządził wioską, kapłan Wielkiego Drtlylla, wiedział o Żarowładnych.

Właściwie był jedynym, który nie tracił pamięci, gdy następował reset.

Na to wskazywała biblioteczka w jego chacie – pełna książek traktujących o tutejszej przyrodzie, o prostym budownictwie, metodach przetrwania i magii. Myv-Khyrdda najbardziej rozbawiły trzy tomy wegetariańskich ksiąg kucharskich. Czy jego ofiary wiedziały, że mięso też można jeść? Przypomniał sobie, że nawet nie ruszyli ciała Bolsa, których mięso podobno odznaczało się nadzwyczajną delikatnością i smakiem. Najwyraźniej nie.

Poza tymi skarbami znalazł jego notatnik. Mężczyzna nazywał się Grumpfus, a kobieta, która okazała się być jego żoną – Arlyfida. Były to imiona aermijskie, przez co dziwiło takie związanie z magią. Wśród tego narodu rzadko kiedy pojawiał się jakiś talent. Myv-Khyrdd wziął się tylko za pierwsze wpisy. Mężczyzna od początku twierdził, że przybył tu wezwany przez „Mistrza”. Oczywiście nie mogło tu chodzić o Wielkiego Drtlylla. Podejrzewał, że chodzi o jego stworzyciela – Cierniowładnego, który najprawdopodobniej porwał Młodego Cesarza. Grumpfus wspominał, że społeczność istniała jeszcze przed jego przybyciem, a on „uczynił ją bardziej wyrafinowaną”. Potem, w opisie różnych nudnych wydarzeń, nazywał ją „zbiorowym obiektem badawczym”. Notatnik był gruby, musiał tu być od dawna. Od podstaw stworzył religię Wielkiego Drtlylla, który rzeczywiście w jakiś sposób zdawał się chronić społeczność, choć nie zostało to opisane.

Jednak dopiero to po wzmiance o kopalni Myv-Khyrdd był ostatecznie zadowolony. W znalezionym przez niego fragmencie „Pan Jaskiń” czasami przejmował kontrolę nad jego badaniami nad „zbiorowym obiektem badawczym”. Grumpfus wtedy usprawiedliwiał się, jakby męczyło go poczucie winy. Niestety nie pisał wprost, o co dokładnie chodzi. Wynikało z tego wszystkiego, że nie był aż takim złym człowiekiem. A skoro „zbiorowy obiekt badawczy” i tak tracił pamięć, to pewnie nie cierpiał zbyt wiele.

Mimo tego priorytetem nadal było odzyskanie Młodego Cesarza.

Gdy tubylcy odeszli, widzialny już Myv-Khyrdd wkroczył w mrok kopalni. Chcąc oszczędzać energię, wyciągnął z kieszeni małą rurkę na której szczycie znajdowała się mała miseczka. Czarodziej włożył do niej kawałek łabłysku i przytrzymując ją w dłoni, przekręcił rurkę. Parę iskier sprawiło, że kamień z łatwością rozpalił się wysokim, żółto-złotym płomieniem.

Idąc wzdłuż torów, w końcu dotarł do stojącego samopas w ciemnicy wagonika wypełnionego łabłyskiem. Nie zdziwiło go to. Kręcąc głową z dezaprobatą, zabrał ze sobą parę cennych kamieni.

Potem korytarz rozdzielał się.

Mag skrzywił się. Absolutnie nie chciał się teraz zgubić. Postanowił przy każdym zakręcie zostawiać za sobą rozpalony łabłysk. W tym celu cofnął się do wagonika i wziął ich trochę więcej. Po drodze rozkruszał je na jeszcze mniejsze kawałeczki, bowiem nawet mały fragment takiego kamyka wywoływał wysoki, łatwo dostrzegalny płomień.

Zaczął błądzić.

Korytarze nie różniły się zbytnio od siebie, dlatego trudno było się po nich poruszać. Nie miał pojęcia, gdzie iść, więc po prostu szedł wzdłuż prawej ściany. Napotykał skrzyżowania tuneli, w których mógł wybrać jedną z aż czterech-pięciu ścieżek. Wtedy rzeczywiście się gubił. Nie przywykł do takich eskapad – dłoń, w której trzymał płomień, drżała mu z zimna i ze strachu. W lewej dłoni trzymał kostur gotowy w każdej chwili do rzucania zaklęć. Nie miał pojęcia, co napotka w tej ciemnej kopalni, która miała być łącznikiem pomiędzy wioską a jej prawowitym właścicielem – Cierniowładnym zwanym Panem Jaskiń, który teraz był celem Myv-Khyrdda. Nie stracił wprawy, był o tym przekonany. A jednak bardzo się bał. Niewielu z jego dotychczasowych przeciwników byłoby w stanie stworzyć potwora, który żyje i działa tak, jak został zaprojektowany. A takim potworem był Drtlyll.

Myv-Khyrd nie wiedział, ile czasu minęło od kiedy wszedł do kopalni. Z każdą minutą jednak denerwował się coraz bardziej. Coraz bardziej przekonywał się, że powinien był wziąć ze sobą Żarowładnych. Gdy tylko pozostawiony przez niego łabłysk miał zniknąć za kolejnym zakrętem, on wpatrywał się weń z utęsknieniem. Jego pole widzenia w stronę przodu zatrzymywało się na nędznych dwóch metrach. Miał nadzieję, że jego słuch dociera dalej, jednak nie mógł być tego pewien. Mógłby użyć magii, aby rejestrować więcej z otaczającej go rzeczywistości. Wolał jednak nie ostrzegać Pana Jaskiń o swoim przybyciu.

Mimo to gdy tylko usłyszał kroki, zgasił pochodnię, wzmocnił swój wzrok i natężenie obecności. Dzięki temu jakiekolwiek zwierzę bądź bezmyślny potwór podążający za swoimi instynktami natychmiast uciekłby.

Jednak te kroki nie zmieniły swojej regularności. Był to powolny chód ciężkiej istoty, na pewno nie człowieka. Myv-Khyrdd wytężał wzrok, jednak dopiero po minucie zauważył na końcu korytarza jakiś ruch.

Z ciemności wyłoniło się wysokie monstrum. Jego długie, chude nogi opierały się o kamienne ściany tunelu, o podłogę i o sufit. Czarodziej jednak pobiegł dopiero, gdy ujrzał ślepa monstrum – szerokie białko o dwóch połączonych ze sobą źrenicach. Spod niego powoli wyłaniały się ostre szczęki…

Myv-Khyrd rzucił się do ucieczki. Kostur zaczął piszczeć, gdy na kształt Żarowładnych wzmocnił swoje ciało do szybszego biegu i wytrzymałości. Słyszał za sobą dźwięk regularnych czterech kroków na sekundę. Potwór musiał być wyjątkowo długi. W dodatku skóra na jego twarzy, dookoła niebieskiej źrenicy bardzo przypominała ludzką…

Czarodziej liczył łabłyski, które wcześniej pozostawił za sobą – szesnaście, siedemnaście…

Kilka z nich z niewiadomych powodów straciło swój blask. Biegnąc, mag rozglądał się. Dzięki ulepszonemu wzrokowi nagle zarejestrował w wypełnionych ciemnością, mijanych korytarzach nogi innych, podobnych goniącemu go, potworów. Niektóre z nich nawet dołączały do pościgu. Niektóre z nich jakby budziły się zaraz obok Myv-Khyrdda i jego gwiżdżącego kostura i wyskakiwały nań zaraz za jego plecami. Było ich tam na pęczki. Z każdym ujrzanym stworem czarodziej tracił całą masę wiary w siebie, choć dalej mniej więcej trzymał nerwy na wodzy.

Nerwy popuściły, gdy poczuł na szyi oddech jednego z potworów.

– Rtoss! – wrzasnął, a coś wgniotło w ścianę pierwszego potwora, a jego wnętrzności rozbryzgały się po tunelu. Pozostałe potrzebowały chwili, żeby przecisnąć się przez tunel. Kostur piszczał coraz głośniej. Myv-Khyrdd odwrócił się na pięcie i złożył zaklęcie na poczekaniu: – HYMTVORIJATYZWAKIAROCHA! – wrzasnął, a kostur ucichł. Przez parę sekund stał w miejscu, a potem potwory nagle zaczęły umierać, bez widocznych przyczyn. Po prostu nagle zaczęły upadać, a Myv-Khyrdd poczuł wszystkie – ścigało go jedenaście stworzeń.

Fioletowy dym z jego kostura powoli wypełniał kopalnię. Zakrył długim rękawem nos i usta i poszedł w stronę wyjścia.

Zaklęcie, którego użył nie wymęczyło go tak bardzo, jak się spodziewał. Zapewne za sprawą nowoczesnego reaktora, który miał ze sobą. Mimo to miał mroczki przed oczami i musiał opierać się o kostur, aby nie upaść. Teraz będzie musiał mądrze rozporządzać swoją energią.

Przy akompaniamencie fioletowego dymu Myv-Khyrdd opuścił kopalnię. Powitał go komitet składający się z Grumpfusa i czterech chłopa, oczarowanych jakimś urokiem. Bezmyślnie patrzyli się przed siebie, ale broń trzymali solidnie. Mag mruknął, niezdziwiony – jego nowe narzędzie nie należało do dyskretnych.

– Zabić go – wycedził przez zęby zdrowo rozjuszony Grumpfus. Jego wygląd dalej niewiele się różnił od tego, gdy się uśmiechał.

Męzczyźni z włóczniami rzucili się na niego jednocześnie. Kostur jeszcze nie był gotowy, więc aby się obronić, Myv-Khyrdd mógł użyć tylko i wyłącznie własnej energii. Miał zaledwie trzy sekundy aby w jakiś sposób unieszkodliwić wszystkich pięciu mężczyzn za jednym zamachem.

Postanowił skorzystać ze sztuczki, której nauczył się od swojego przyjaciela z czasów szkolnych – przejmowania czyjegoś uroku.

Nie było to bardzo trudne, jeśli wiedziało się o czym pomyśleć przed rzuceniem zaklęcia. Na dodatek nie wymagało dużo energii, bo źródłem jej większości był ten, który ten urok rzucił. Na dodatek po przejęciu nie mógł go zerwać, dopóki nie zmusił przeciwnika do przerwania swojej magii.

Grumpfus na szczęście był amatorem, którego umiejętności pochodziły z ksiąg bądź z naśladowania tego jego „Mistrza”. Nie każdy jest dobrym samoukiem.

Myv-Khyrdd nie rozkazał mężczyznom zabić Grumpfusa, lecz uwięzić go przy pobliskiej skale. Gdyby ten się ruszył, mieli zadać ostateczny cios, jednak ich „przywódca” zdawał się być wielkim tchórzem, toteż grzecznie słuchał, jak Łowca Cierniowładnych objaśnia mu jego sytuację. Nie zniżył się do próśb i błagań, ale rozpłakał się rzewnie, zamknięty w potrzasku.

Czarnoksiężnik wyruszył z powrotem do stołów i ujrzał coś bardzo interesującego – wszyscy biorący udział w uczcie, wraz z grajkami, kelnerkami i żoną Grumpfusa, leżeli gdzie popadnie i spali.

A więc nastąpił reset.

– Za chwilę do nich dołączysz, czarodzieju – usłyszał potężny głos. Drtlyll patrzył prosto na niego z drewnianego parkietu. Od czasu ich ostatniego spotkania zaledwie obrócił się w miejscu.

– Więc to taki jest cel twojego istnienia, Wielki Drtlyllu? – Przykrywka na szczycie kostura zamknęła się już, a dym przestał go opuszczać. Reaktor był gotowy. – Wymazywanie ludziom pamięci?

– To dzięki mnie przetrwali tyle na tych pustkowiach! – Drtlyll oburzył się. – To dzięki mnie nie atakują ich żadne z otaczających wioskę potworów!

– A więc masz i inne zastosowanie. Golo! – zawołał. Czyli "spętanie, uwięzienie".

Ślimak ryknął męskim głosem, gdy coś zaczęło wciągać go w głąb muszli, a kostur piszczał. W rezultacie muszla zarosła, nie pozwalając Drtlyllowi na wydostanie się z niej. Jego krzyki zostały w końcu stłumione przez białą skałę, choć dalej słychać było ciche pomrukiwania z jej wnętrza.

Myv-Khyrdd nie wiedział dokładnie jak działa usuwanie pamięci przez ślimaka, więc w razie czego zabezpieczył się, tworząc pewien zapis pamięci, który nie mógł zostać uszkodzony, w kosturze. Z ciekawością patrzył, jak krystalizuje się w wypełniającej reaktor magioaktywnej brei, a potem swobodnie unosi się na jej powierzchni.

Po chwili wszystko zniknęło, a on obudził się przy rozłupanej luce w muszli, z której wystawało oko ślimaka. Potwór miał usta wypchane białym kamieniem, który zarastał pół jego twarzy jak kaganiec. Jedną czułkę miał wyrwaną – leżała na drewnianym parkiecie pod stopami czarodzieja. Myv-Khyrdd nie pamiętał, żeby robił coś takiego. Ale kryształ w jego kosturze świecił jasno poprzez breję. To znaczyło, że działa, przywracając magowi pamięć właśnie w tym momencie.

– Będziesz gadał? – zapytał groźnie, masując jedną ze skroni jakby dopiero się obudził.

– Już ci wszystko powiedziałem! – odpowiedział. Myv-Khyrdd nie spodziewał się, że w jego donośnym głosie usłyszy strach.

Złapał szybko wyglądającą nań z rozbitej muszli czułkę Drtlylla i zacisnął na niej dłoń.

– Powtórz jeszcze raz! Chcesz stracić drugie oko? – Przyciągnął oko potwora do własnego i uśmiechnął się upiornie, jak to uśmiechał się podczas wszystkich sesji tortur, które przeprowadził. – I bez pamięci mogę ci je wyrwać, jaroszku!

– Usuwam pamięć za pomocą swojego głosu – zaczął drżącym głosem. – Muszę wypowiedzieć pewne zaklęcie, a wszyscy dookoła zapominają wszystko poza swoimi przyzwyczajeniami. Gdy się budzą, zupełnie nie wiedzą, co się działo. Odtwarzają rutynę z czasu przed okresem, który ja wybieram i nigdy nie mają wątpliwości, czy o czymś zapomnieli. Dlatego czas tutaj tak się im wydłuża.

– Kim jest Pan Jaskiń?

– Nie wiem, nigdy go nie widziałem. Wiem, że to on mnie stworzył i obdarzył inteligencją. To z pewnością wielki człowiek.

– Gdzie mogę go znaleźć?

– Nie wiem!

– Nie kłam… – Pociągnął lekko za czułkę.

– Nie mam pojęcia! Mówię prawdę! Nigdy nie zszedłem z tej platformy, bo zbytnio się bałem…

– Czego się bałeś?

– Bosfara Małego! Już wiele razy próbował mnie zjeść, a stąd było bardzo daleko od jego jaskini. I bałem się potworów z kopalni…

– Co to za potwory?

– W życiu ich nie widziałem. Czasami w całej wsi słychać ich pomrukiwania… Ale dopóki tu jestem, nie wyjdą z kopalni. Tylko Bosfar Mały umiał się oprzeć moim mocom i podejść bliżej mnie.

Myv-Khyrdd odetchnął i spojrzał na swoich towarzyszy. Antar siedział na krześle z głową odchyloną maksymalnie do tyłu i spał, a Finnus leżał na trawie z głową opartą o kant siedzenia krzesła.

– Potrafisz przywracać pamięć?

Oko wydało się jeszcze bardziej przerażone.

– Proszę, nie każ mi przywracać pamięci tym biednym ludziom!

Mag uniósł brew.

– A to dlaczego?

– Proszę, nie każ mi tego robić – powtarzał Drtlyll. – Proszę, nie każ mi tego robić…

Czarodziej przełknął ślinę. Jakie eksperymenty Pan Jaskiń przeprowadzał na tej małej społeczności? Zdecydował się zaufać reakcji potwora, który rzeczywiście zdawał się posiadać prawdziwie ludzkie uczucia.

– Hej, opanuj się! Chodzi mi tylko o moich towarzyszy. Zwróć im ich pamięć!

Wydawało się, że oko spogląda przez niego na tkwiących przy stole Żarowładnych. Ślimak szepnął coś. A więc ofiara nie musiała słyszeć głosu Drtlylla? Była to prawdziwie potężna moc, czyżby to jej użył Pan Jaskiń, gdy porywał Młodego Cesarza?

Żarowładni obudzili się. Myv-Khyrdd w razie czego skrystalizował podobny pierwszemu kryształ w kosturze. W swoim życiu zrobił ich już parę. Wszystkie musiał do końca życia nosić przy sobie, inaczej straciłby siebie. Tamte znajdowały się w ciężkim amulecie, który mag ukrywał pod szatą. Potężne zaklęcia zwykle nosiły ze sobą konsekwencje na całe życie. Potężniejsze mogły sięgać nawet poza nie.

Czarodziej powoli puścił czułkę, która schowała się głęboko w muszli.

– Sprawdzę, czy są cali i zdrowi. Jeśli spróbujesz jakichś sztuczek…

– Zabijcie mojego pana, czarodzieju. Proszę. – Oko powoli wysunęło się z ciemności i spojrzało nań. Po czułce spływały łzy. – Nie chcę, aby ci ludzie więcej cierpieli. Proszę.

Myv-Khyrdda zamurowało. Nie potrafił zdobyć się na odpowiedź, choć jedno słowo otuchy dla biednego stworzenia przed nim. Przełknął ślinę i powoli odwrócił się od potwora. Jednocześnie nadal bał się, że stwór go oszukuje.

Strach ten rozwiał się, gdy podszedł do braci. Antar wstał gwałtownie po pobudce i rozglądał się z przerażeniem, a Finnus jechał długim płaszczem po trawie, powoli zbliżając się do starszego brata.

– Jak tam, chłopcy? – zapytał czarodziej. – Wyspaliście się?

– A-ale ja nic nie jadłem, Myv-Khyrddzie! – bronił się Antar.

– Bogowie! – Finnus złapał się za głowę, a potem spojrzał na brata. – Ja jadłem!

Mag obejrzał się na ślimaka. Spełnił swoją obietnicę. Mimo to nie mógł go jeszcze wypuścić. Nie, dopóki Pan Jaskiń żył i miał się dobrze. Zapewne wiedział już, że tu są.

Musieli się spieszyć.

 

Znów musiał stanąć przed kopalnią. Grumfus leżał obok, pozbawiony przytomności. Ludzie z włóczniami byli teraz na wezwanie Myv-Khyrdda, który postanowił ich uśpić. Odpowiedni specyfik zawsze miał przy sobie, więc po prostu nalał go im do gardła.

– Przerażające to – skomentował Finnus.

– Sam ich wszystkich pokonałeś, Myv-Khyrddzie? – zapytał Antar z podziwem.

– Widzicie panowie, może jednak wasz wuj mnie nie docenił.

– I tak dobrze, że z tobą wyruszyliśmy. – Finnus uśmiechnął się patrząc, jak po kolei każdy z tubylców pada na ziemi.

W trzech stanęli przed wejściem do kopalni.

– Gdzieś tam jest nasz mały kuzyn – oznajmił Antar. – Rozerwę na strzępy tego „Pana Jaskiń”, jakkolwiek każe się nazywać!

– Finnusie, czy mógłbym raz jeszcze pożyczyć odrobinę twego ciepła? – zapytał Myv-Khyrdd. Finnus natychmiast położył dłoń na ramieniu maga sprawiając, że ten znów poczuł się jak w pełni swoich sił. Mimo wszystko, był głodny. Ale nie było już czasu. Słońce już zaszło.

Czekała na nich ciemność kopalni.

 

Żarowładni wykazali wielką skuteczność w mrocznych korytarzach kopalni. Obydwoje świecili jak pochodnie, gdy Żar wpłynął do ich krwiobiegu. Przyciągali potwory, ale jednocześnie szybko dawali sobie z nimi radę – zwłaszcza gniewny Antar, który robił z nich miazgę gołymi rękami. Przy okazji udało im się przyjrzeń potworom bliżej – ich skóra rzeczywiście przypominała ludzką, z owłosieniem tylko na odnóżach i pod paszczą – przypominającym brodę. Gęba był tylko poranionym otworem, który pewnie tylko z wielkim wysiłkiem można było zamknąć. Zęby potwora były śliskie i ostre jak kamienie zdobiące wybrzeże pod klifami, a gałka oczna rozciągnięta była w kulistym korpusie zupełnie jak okalająca go, poraniona skóra. Antar żadnemu z nich nie pozwolił zbliżyć się do ich drużyny, nieważne z której strony nadchodził – latał dookoła nich, skuteczniejszy niż jakiekolwiek pole siłowe. Finnus tymczasem w jednej ręce trzymał otrzymany od Myv-Khyrdda nóż, w drugiej zaś malutką pochodnię wieczną nad notatnikiem czarownika, który szybko i sprawnie rysował mapę tuneli.

Dzięki temu uporali się z tunelami w niespełna godzinę. Odkryli przy tym kilka różnych wyjść z tunelu – jedno zaraz za palisadą, jak przeczuwał Myv-Khyrdd, drugie w prowizorycznym porcie, który znajdował się na łagodnej części wybrzeża, trzecie po drugiej stronie góry.

Jednak żaden z tuneli do nich prowadzących nie był tak długi, jak ten, który doprowadził ich do białego zamku pośrodku wzburzonego morza.

Że idą pod górę zauważyli jeszcze zanim dotarli do pierwszych okien. Schody wyryte w korytarzu i jego długość były pierwszymi wskazówkami, które zbliżyła Myv-Khyrdda do przekonania, że idą do zamku.

Przez całą drogę praktycznie nie zatrzymywali się, a na dodatek nic nie mówili. Pod koniec drogi właściwie nie było na to potrzeby – gdy dotarli do obszaru, który Myv-Khyrdd w swojej głowie nazywał „zamkiem”, potworów właściwie już nie spotykali.

Po wielu schodach dotarli do pierwszej dziury w tunelu – okna, z którego widać było wioskę, leżących na trawie ludzi i truchło Bolsa.

– Mógł nas przez ten cały czas obserwować… – szepnął Finnus.

– A my mogliśmy od razu tu przylecieć! – zawołał Antar, zdenerwowany. Niestety, walka tylko bardziej go rozjuszała. – Zło otaczające ten zamek… Jak mogłem wcześniej go nie zauważyć?

Myv-Khyrdd położył rękę na jego gorącym ramieniu, chcąc go odrobinę uspokoić, i rzekł:

– Nie mogliśmy tego zrobić inaczej. Potrzebowaliśmy informacji, które tam zdobyliśmy.

– Które TY zdobyłeś, Myv-Khyrddzie.

– Dzięki temu, że zabiłeś tego Bolsa. – Ujrzał w oczach mężczyzny nutkę dumy, co wywołało na jego twarzy szczery uśmiech. Pokręcił głową i dodał: – Nie złość się tak, Antarze. Do walki z Cierniowładnym będziemy potrzebowali opanowania i umiejętności chłodnej oceny sytuacji. To nie będzie kolejny bezmózgi przeciwnik. To będzie człowiek z pewnością przewyższający nas mocą. Brutalna siła nic tu nie da. Będziemy musieli go przechytrzyć. Rozumiecie?

Książęta pokiwali ze zdecydowaniem głowami. Myv-Khyrdd zauważył, że podczas tej krótkiej podróży całkowicie zmienił swoje podejście do Żarowładnych i ich mocy. Zrozumiał ich, po niemal siedemdziesięciu latach życia!

Cóż, lepiej późno niż wcale, pomyślał i ponownie uśmiechnął się do nich.

Ostatni uśmiech przed konfrontacją.

– Chodźcie, moi książęta – powiedział, odwracając się w stronę ich celu. – Pokażę wam, jakie zło przyjdzie wam w życiu zwalczać.

W końcu dotarli do spiralnych schodów w górę najwyższej wieży białego zamku. Wchodzili powoli – pierwszy był Antar, zaraz za nim Myv-Khyrdd, a za nimi Finnus. Wszyscy byli gotowi do walki w każdej chwili.

Wnętrze wieży nie przypominało tuneli. Sufit był bardzo wysoki, podłogi pokryte były kafelkami, na ścianach wisiały błyskotki, a przy największym oknie stała pokaźna kolekcja gwiazdyków. Gdzieś z boku stał wyszorowany na błysk stół ofiarny, gdzieś kolekcja czarnych jak smoła przyrządów, w podłodze parę dziwnych przykrywek, takich jak do garnka, lecz przybitych do podłogi łańcuchami. Wszędzie właściwie zwisały łańcuchy. Pokój został urządzony, aby straszyć. Zapewne zwykle wyglądał inaczej. Źródła światła nie było. A raczej…

Źródłem światła był wielki, biały księżyc wykrzywiony w przerażeniu.

Pan Jaskiń stał na środku pokoju. Od pasa w górę był nagi. Chorobliwie chudy, nadrabiał długimi paluchami. Były długości co najmniej jego przedramienia. Na jego ciele widać było dziesiątki blizn, a jego oczy oświetlały przestrzeń wokół nich czystą czerwienią. Nie było białek – tylko upiorna czerwień. Patrzył prosto na nich. Widać było jego ostre zęby, jednak nie uśmiechał się. Po prostu je pokazywał, jak robiły to dzikie zwierzęta.

– Gdzie jest Młody Cesarz, wampirze? – odezwał się Myv-Khyrdd, gdy we trójkę stanęli obok siebie naprzeciwko niego.

Mężczyzna uśmiechnął się, słysząc jego słowa.

– Ukryłem go – odpowiedział. Zdawał się cierpieć ból przy każdym słowie, co było słychać po jego urywanym co chwila głosie.

Myv-Khyrdd wycelował w niego kosturem.

– Potrafię przejrzeć twoje sztuczki – rzekł, a potem powoli przekręcił kostur w powietrzu.

Cierniowładny nagle pojawił się zaraz przed nim. W dłoni trzymał nóż, który…

Który zatrzymany został przez Antara.

– Oddaj mi kuzyna, potworze! – wrzasnął jednocześnie. Czarnoksiężnik tylko się uśmiechnął.

– Liczyłem na pojedynek, Myv-Khyrddzie! – wycedził.

– Chrońcie mnie! – krzyknął Myv-Khyrdd. Jeśli chcieli się z tym szybko uporać, musiał uczynić swoje ciało całkowicie bezbronnym.

Skupiając się całkowicie na zaklęciu, wkroczył w czarno-biały wymiar magii. Niestety, Cierniowładny był w pełni swych mocy, a jego obecność znajdowała się także tutaj. Był on i miliardy czerwonych nici magii iluzji, które Myv-Khyrdd musiał zerwać, jednocześnie walcząc z cieniem wampira i szukając życia, którym był Młody Cesarz. Spojrzał na cień z determinacją.

Rozpoczęła się gra umysłów.

 

Żarowładny trzymał maga krwi mocno za jedno i drugie przedramię swoimi rozżarzonymi dłońmi, ale zdawał się nie dawać rady sile wychudzonego wampira. Ciało złego czarownika topiło się, jednak ten nie zwracał na to uwagi i dalej napierał.

Finnus sprawił, że podłoga pod nogami Cierniowładnego zaczęła się trząść, jednak wtedy ten wbił się w podłogę jeszcze bardziej, przebijając kafelki. Podłoga zaczęła więc zgodnie z wolą Żarowładnego wciągać wampira. Antar tymczasem spalił jego ramiona całkowicie. Gdy nie miał już za co trzymać, ujrzał spadające na niego, ostre szczęki.

Antar nie odskoczył jednak. Musiał chronić Myv-Khyrdda przed napastnikiem.

Tak stracił ucho. Zszokowany, dalej stał twardo pomiędzy wampirem a zaprzyjaźnionym czarodziejem.

Finnus wrzasnął i wyskoczył do przodu z otrzymanym od Myv-Khyrdda sztyletem. Luvijskie ostrze. Służyło głównie do samoobrony, tak powiedział mu czarodziej.

Chłopiec pierwszy raz ujrzał krew swojego najstarszego brata.

Na chwilę Żarowładny stał się niewidzialny dla oczu wampira, następnie natychmiast pojawił się tuż nad nim, unosząc się w powietrzu. Wycelował ostrze prosto w kark pochylonego w stronę Antara Cierniowładnego i z gracją opadł.

 

– Źle trafiłeś, Myv-Khyrddzie, Łowco Cierniowładnych – mówił do niego głos cienia, podczas gdy jego świadomość miotała się po pokoju wypełnionym skomplikowanymi ideami mającymi go oszukać. Każda z nich miała wadę, a Myv-Khyrdd miał doświadczenie w odnajdywaniu ich. Tylko nawet z jego doświadczeniem wymagało to czasu.

Każda idea iluzji w tym pokoju była jak zagadka, na którą on jak najszybciej musiał znaleźć odpowiedź. A czas go poganiał – nawet będąc tutaj poczuł na twarzy krew Antara. Dalej był świadomy tego, co go otaczało.

– My, Cierniowładni, jesteśmy potężniejsi im jest nas mniej na świecie. Wiesz o tym, prawda? Więcej słodkiego cierpienia, którym możemy się żywić. Surowca, który możemy przekuć w coś większego, wspanialszego! PRAWDZIWA magia wymaga poświęceń, Myv-Khyrddzie. – Myv-Khyrdd chciał kłócić się z każdym jego słowem, jednak nie mógł, skupiony na pracy. Już teraz jednak zaczynał powoli rozumieć, że nie zdąży. – Surowiec niestety jest już na wyczerpaniu… Na szczęście ludziom od początku istnienia znany jest sposób wytwarzania go. Na dodatek jest bardzo prosty. Cierpienie tak łatwo przychodzi tym biednym, bezbronnym istotom.

– Ale to nie o cierpienie ludzi ci teraz chodzi, prawda?! – wrzasnęły jego myśli, gdy nie wytrzymał. – Ono już ci nie wystarcza!

– Nie, Myv-Khyrddzie! Jakież cierpienie jest cenniejsze od cierpienia Żarowładnego?! Boga zamkniętego w ludzkim ciele, miotanego typowo ludzkimi namiętnościami? Cóż może mieć większy wpływ na osnowę świata, jeśli nie cierpienie istoty, w której pokłada się tyle nadziei? Która ma tak wielki wpływ na życie?

Nie zdążę, myślał Myv-Khyrdd, czując bicie swego serca w drugim wymiarze. To niemożliwe. Jest najpotężniejszym moim przeciwnikiem. Nie jestem w stanie go pokonać.

– Teraz ja władam cierpieniem waszego Cesarza, Myv-Khyrddzie. A gdy wasza misja się nie powiedzie… gdy wszyscy trzej zginiecie, wyobraź sobie, jaki ból będzie przeżywać człowiek, który was tu przysłał! Pomyśl, co się stanie, gdy jego własny syn kiedyś zwróci się przeciwko niemu?

Cały wymiar trząsł się od słów Pana Jaskiń. Same jego plany przybierały tutaj formę. Myv-Khyrdd był ich świadkiem tak, jakby wydarzyły się naprawdę.

I był to największy koszmar, jaki przyszło mu w życiu oglądać.

 

Finnus opadając zdał sobie sprawę, że celuje w głowę własnego brata. Zdążył zatrzymać się i w panice rzucił własnym ciałem o podłogę. Żar obronił go przed złamaniami, ale ból rozległ się w całym jego ciele przez to, że sam go sobie zadał. Spojrzał na brata i zamarł.

Antar stał twardo w miejscu. Jego głowa dalej była przechylona, jakby uciskał ją ciężar żywej rany. Patrzył pustym wzrokiem przed siebie, a rozżarzone dłonie utrzymywał w powietrzu, jakby dalej były tam przedramiona Cierniowładnego.

Ale jego nie było. A potem pojawił się obok Finnusa, cały i zdrowy. Dalej się uśmiechał. Chłopak machnął nożem przed jego twarzą, lecz nie dosięgał go. Nagle wampir zdał się być kilka kroków stąd, potem coraz dalej i dalej… Aż nie mógł go dojrzeć. Czuł tylko, jak jego długie paluchy owijają się wokół jego łydki i uda i z nieludzką siłą, powoli wykręcają jego nogę w nienaturalną stronę.

Jego ciche pojękiwania powoli zaczęły zmieniać się w wrzask.

Obdarzony boską mocą chłopiec, który nigdy nie poczuł bólu, cierpiał tysiąc razy bardziej niż jakikolwiek normalny człowiek.

Wtem koszmar skończył się. Finnus leżał na ziemi, a Antar dalej stał w miejscu przed nim. Poruszył nogą – została nienaruszona.

Błękitne światło wypełniało ciemny pokój. Ciało Cierniowładnego utrzymywało się nieruchomo w miejscu, w ryzach niebieskiej energii, którą posługiwał się Myv-Khyrdd. Kostur piszczał przeraźliwie, a moc, którą czarodziej włożył w spętanie wampira, dało się wyczuć w wietrze, który wiał w stronę książąt.

Żarowładny usłyszał głośny płacz dziecka, które trzymał w ramionach.

– Finnusie! – usłyszał chłopak. – Weź swojego kuzyna i brata i uciekajcie stąd jak najszybciej! Odnalazłem go, ale nie mogę zrobić więcej, dopóki tu jesteście! Uciekajcie!

Żarowładny wpierw chciał się kłócić – to była jego pierwsze uczucie. Ale rozumiał, że nie ma wyboru. Myv-Khyrdd musiał mieć jakiś plan, zawsze go miał. A skoro przeszkadzali w jego wykonaniu…

Finnus poderwał się z Młodym Cesarzem, złapał Antara za ramię i pociągnął go za sobą do spiralnych schodów. Ten obudził się od razu po dotknięciu brata. Po chwili we trójkę zbiegali po schodach w dół – ku końcowi koszmaru, który ich otoczył.

 

Myv-Khyrdd nie miał czasu ani sił upewnić się, czy Żarowładni opuścili komnatę. Utrzymywał Cierniowładnego, dopóki jego kostur piszczał.

– Skąd wiesz, że to moje prawdziwe ciało? – zapytał go wampir.

Wtedy oczy Myv-Khyrdda rozbłysły jasno czerwienią, a widzialna energia pętająca czarnoksiężnika w miejscu zmieniła się w szkarłat.

– Bo to widzę – rzekł, patrząc mu prosto w oczy. – Widzę wszystko.

Następnie, zanim wampir zdążył jakkolwiek zareagować, rzucił na siebie zaklęcie niewidzialności.

Tym razem nie wprowadzał żadnych poprawek.

 

*

 

Pan Księżyc ucichł, skupiony na drodze przed nimi. Nie uśmiechał się, ale nie wydawał się też być specjalnie przygnębiony. Na pierwszy rzut oka. Euholia widziała w jego oczach, że dalej odczuwał wszystko to, o czym przed chwilą opowiadał.

– Mocna historia – powiedziała, niewiele myśląc. Pan Księżyc tylko uniósł lekko kąciki ust w odpowiedzi.

– Dorri dowiedziawszy się o tym, co się wydarzyło, sam wyruszył do tej opuszczonej wioski. Wielki Drtlyll został zabity, a mieszkańcu wioski siłą wmuszeni w społeczeństwo. Resztki potworów w kopalni zostały doszczętnie spalone przez niego samego.

To także on był pierwszym, który dotarł do komnaty. Nie znalazł ciała ani Myv-Khyrdda, ani tajemniczego Cierniowładnego. Tylko kostur czarownika – zwany potem rzeczywiście Reaktorem Krystarium.

Co do Młodego Cesarza, Dal-Khyrdda, drugi człon imienia oznaczający „Mądrość” oczywiście pochodzi od sławnego czarodzieja. On był „Cichą Mądrością”. Kolejny Cesarz zaś nazwany został „Głośną Mądrością”. Te imiona właściwie bardzo oddają ich charaktery.

Ucichł, gdy od strony gór zawiał silny wiatr. Zacisnął usta i w ostatniej chwili złapał za chcący odlecieć, biały cylinder.

Gdy wiatr ustał, nic nie mówił, więc Euholia postanowiła wyciągnąć dłoń po odpowiedzi na nękające ją pytania:

– A Antar i Finnus? Co się z nimi potem stało?

– Antar dożył późnej starości. Po tym spotkaniu tylko natarczywiej pchał się do walki. Linia, którą rozpoczął, dopiero w Okresie Wojny Totalnej dostała się na tron, ale tylko na chwilę. Andrame Brat-Burzy, przedostatni Cesarz Gałęzi Królewskiej, był właśnie jego potomkiem.

Tymczasem Finnus… Temu chłopakowi zawsze wydawało się, że jego starszy brat potrzebuje jego pomocy. Szedł za nim na każdą bitwę, starał się walczyć zażarcie, tak jak on, jednak nie był do tego stworzony. Zaledwie dziesięć lat po tym, o czym ci opowiadałem, został zabity przez potężnego maga popierającego powstanie jakiegoś chwilowego państewka buntowniczego gdzieś na północy Kontynentu Smoczego.

Dziewczynie zmarszczyła brwi i zamrugała parę razy, zniesmaczona.

– To okrutne.

– Ale to jest właśnie historia narodzin Dal-Khyrdda Błogosławionego, jednego z wybitniejszych Cesarzy, jakich świat miał szansę na sobie nosić.

– Ciekawe, ilu ludzi zabił – skomentowała krótko dziewczyna.

Pan Księżyc znów tylko lekko się uśmiechnął.

Zostały im zaledwie dwa dni drogi do miejsca, które niedługo miała zacząć nazywać nowym domem.

Koniec

Komentarze

Hmm. Typowy świat fantasy wzbogaciłeś, dodałeś nowe szczegóły, rodzaje czarodziejów… To na plus. Fabuła może być, ale dałoby się ją zawrzeć w mniejszej liczbie znaków. Naprawdę ma takie znaczenie, jak nazywała się karczma, w której bohater znalazł posłańca? Wstęp też nic nie wnosi.

Gorzej z wykonaniem. Czasami używasz słów niezgodnie z przeznaczeniem, czasami wstawiasz zbyt współczesne zwroty, które rażą w świecie magii. Czym właściwie jest grubałka? Niekiedy jakaś dziwaczna konstrukcja zdania… Ogólnie, styl chropawy.

Tylko rządny przygód dzieciak.

Jest różnica między “rządny” a “żądny”. W innym miejscu masz prawidłowo.

Widział, jak ściany sali pięły się w górę i łączyły na samym czubku, tworząc spadek na zewnętrzu zamku.

Nie rozumiem tego zdania.

zostawiając tunel o kształcie idealnego okręgu o średnicy równej w przybliżeniu 3.16 metra.

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie. Ale jeśli musi być cyframi, to dlaczego kropka zamiast przecinka? Czy w Twoim świecie używa się metrów i innych jednostek SI? Czy tunel (twór trójwymiarowy) może mieć kształt płaskiej figury?

łabłysk w pochodni wiecznej wymieniało się co jeden lub półtorej tygodnia.

Tydzień jest rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję za komentarz, znacząco mi pomógł.

– Co mam zrobić, panie? – zapytał niemal równy jemu wzrostem szesnastolatek.

Czemu część dialogów jest pisana inaczej? Po co capslock i pogrubienie?

Jego celem był Purpurowy Zamek, ale nie miał nic przeciwko kazaniu Cesarzowi czekać załatwiając w tym czasie inne sprawy.

?

Jeszcze przez chwilę z przymusu prowadzili oficjalną gadkę.

Latanie na czyichś plecach rozbawiło mnie.

W zaskakująco wielu miejscach brakuje przecinka przed który.

Bardzo długie.

 

Przyznam się, Nwettele, że przeczytałem tylko fragment. Zbyt długie jest Twoje opowiadanie. Kilka wniosków mogę jednak wyciągnąć. Dobrze wprowadzasz bohaterów, akcję i opisy. Co niektórzy użytkownicy mogliby tu zerknąć, jak to się robi. Opiszę w dwóch zdaniach, co mam na myśli. Zaczynasz od krótkiego opisu karczmy, zaraz po tym wprowadzasz maga, małe zamieszanie i “wyzwanie” (w postaci propozycji zarobku). Zarzuciłeś haczyk, czytelnik łapie przynętę. Wtedy rozpoczynasz dłuższe zdarzenie, to początek pewnej przygody, tak mniemam. Traszna dostaje zadanie, Myv-Khyrdd rusza do Cesarza. “Ruszyliśmy”, coś się zaczyna, więc pozwalasz sobie na chwilę odprężenia wstawiając opis Myv-Khyrdda, jak to z nim było i skąd się wziął. Bardzo dobrze. Właśnie tak buduje się długie opowiadania i powieści. Idziesz właściwą drogą.

Co się zaś tyczy warsztatu, zgadzam się częściowo z Finklą, trzeba jeszcze trochę popracować, choć nie nazwałbym formy chropowatą. Raczej widzę gdzieniegdzie kilka niezręcznych zdań:

W tym momencie biznes zaczął napędzać się sam, (…)

Dlatego pewnie, gdy na ganku za zakrytymi zasłonami oknami pojawił się obcy cień z długim kijem, przywitał go z uśmiechem. (…)

Parę osób pomrukiwaniami i cichymi komentarzami zgodziło się z Wamtu – głównie ludzie z jego stolika. (…)

Myv-Khyrdd zmierzył chłopaka obok siebie posępnym spojrzeniem, zaciskając zęby, bo rozgrzany bruk parzył go w materiałowe kapcie. (…)

W tym momencie, brzmi jak w tej sekundzie. Zakryte zasłony na ganku nic nie wnoszą do fabuły, uważałbym na niepotrzebne wstawki, które tylko wydłużają tekst i spowalniają akcję. “Głównie ludzie z jego stolika” też jest niepotrzebne i mało istotne. Zostawiaj też więcej do domysłu, wiadomo, że obok siebie, a nie obok kogoś innego. Osobiście nie lubię nadmiernej gestykulacji w beletrystyce – “zaciskania zębów, pięści, szczęki, spinania się w sobie, rozcapierzania palców” i tak dalej. Brzmią trochę groteskowo, choć czasami, ale naprawdę czasami, są takie opisy potrzebne.

Ogólnie mam pozytywne wrażenia, uważam, że utworowi potrzeba niewielkich szlifów, ale jest to opowiadanie nadające się do czytania. Pozdrawiam.

 

 

Bardzo dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie i komentarze, wezmę je pod uwagę przy poprawianiu!

Nwettele, towarzyszyłam czarodziejowi do chwili, gdy zmożony wiśniówką udał się na spoczynek. Do tego miejsca historia toczy się dość powoli, by nie rzec rozwlekle. Pozaczynałeś kilka wątków i nawet poczułam się w dość zaciekawiona, ale ponieważ muszę przerwać lekturę, zostawiam łapankę i cóż, może kiedyś jeszcze tu wrócę.

 

"Luka w za­pra­wie" była karcz­mą… –> "Luka w Za­pra­wie" była karcz­mą

 

Parę osób po­mru­ki­wa­nia­mi i ci­chy­mi ko­men­ta­rza­mi zgo­dzi­ło się z Wamtu – głów­nie lu­dzie z jego sto­li­ka. –> W karczmie to raczej ustawiano stoły, nie stoliki.

 

bo roz­grza­ny bruk pa­rzył go w ma­te­ria­ło­we kap­cie. –> Czy rozgrzany bruk na pewno parzył go w kapcie?

Proponuję: …bo roz­grza­ny bruk pa­rzył go przez ma­te­ria­ło­we/ szmaciane kap­cie.

 

– Jakiś po­wierz­chow­ny za­kres umie­jęt­no­ści cza­ro­dzie­jów jest tobie za­pew­ne znany? – za­py­tał mło­dzi­ka mag, ro­biąc uży­tek ze swo­jej po­sęp­no­ści. –> Czy tu nie powinno być: …ro­biąc uży­tek ze swo­jej pod­sęp­no­ści.

 

W ZE­STA­WIE KO­ŁACZ I RO­GA­LIK BU­TEL­KA ŚWIE­ŻE­GO SOKU ZA PÓŁ CENY! –> Czyżby handlarz potrafił krzyczeć wielkimi literami???

 

Pięć prze­cznic oe wiel­kiej, czar­nej bramy… –> Literówka.

 

do po­ja­wie­nia się rasy ludz­kiej na Na­tu­rze." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

i jeden chudy prze­wod­nik opra­wio­ny w skórę… –> Raczej: …jeden cienki prze­wod­nik opra­wio­ny w skórę

 

od­wró­cił się, aby roz­plą­tać pasek z haka. –> Co to znaczy, że pasek był z haka, w dodatku zaplątany?

 

Nio­sąc na ple­cach po­kro­wiec przy­twier­dzo­ny do pasów oka­la­ją­cych jego kru­czo­czar­ną szatę… –> Co to znaczy, że pasy okalały szatę?

Za SJP PWN: okolićokalać 1. «znaleźć się, rozciągnąć się dookoła czegoś» 2. «utworzyć obwódkę, otok wokół jakiegoś przedmiotu»

 

i od­dzie­la­ją­cy­mi je od zamku, ob­szer­ny­mi wrzo­so­wi­ska­mi. –> Raczej: …i od­dzie­la­ją­cy­mi je od zamku rozległymi wrzo­so­wi­ska­mi.

 

jego druga żona, Ddyr­na. […] Ddyma sta­ra­ła się nie być za­zdro­sna… –> Jak ma na imię druga żona?

 

żeby dać się ubie­rać jak pro­ste ksią­żę­ta. –> …żeby dać się ubie­rać jak pro­ści ksią­żę­ta.

 

Od razu zwró­cił uwagę na oświe­tle­nie świa­tło dnia… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Poza tym na sali stało paru człon­ków rady, w tym pra­wie sami cza­ro­dzie­je. –> Powtórzenie.

 

Jesz­cze przez chwi­lę z przy­mu­su pro­wa­dzi­li ofi­cjal­ną gadkę. –> Nie wydaje mi się, aby z cesarzem prowadziło się oficjalne gadki.

 

Wiel­ka jest też szan­sa, że go od­naj­dę i przy­nio­sę go tu z po­wro­tem. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

wy­szedł z po­ko­ju. Le­vett spoj­rzał na po­zo­sta­łych cza­ro­dzie­jów i roz­ka­zał im roz­łą­czyć się z po­ko­jem. Wtem wszyst­ko w kom­na­cie znik­nę­ło. Za­sta­li pusty, cał­kiem biały pokój bez drzwi i okien. –> Powtórzenia.

 

Tam znaj­do­wa­ły się od­ci­śnię­te w bia­łej jak mleko pod­ło­dze, ślady butów z za­krze­płej krwi. –> Pierwszy raz słyszę o butach z zakrzepłej krwi!

Proponuję: Tam, na białej jak mleko podłodze, znaj­do­wa­ły się ślady butów, od­ci­śnię­te w za­krze­płej krwi.

 

Praw­dą jest, że mamy na zamku spe­cja­li­stę w swoim fachu, praw­dzi­we­go "Łowcę Cier­nio­wład­nych" –> Brak kropki na końcu zdania.

 

W roku sześ­dzie­sią­tym pierw­szym Ery No­we­go Ce­sar­stwa. –> W roku sześ­ćdzie­sią­tym pierw­szym Ery No­we­go Ce­sar­stwa.

 

– To jak de­cy­zja? –> – To jaka de­cy­zja?

 

dodał jej otu­chy Dorri. Przez cały czas obej­mo­wał ra­mie­niem.

Po jej po­licz­kach spły­nę­ły dwie cięż­kie łzy. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Jej suk­nia była naj­prost­szą, jaką wi­dział. Jej fry­zu­ra była ty­po­wo prak­tycz­na, a jej buty pła­skie. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne? Powtórzenie.

 

Sam strzygł się raz mie­siąc długą brzy­twą… –> Czegoś tu brakło.

 

prze­do­sta­li się na scho­dy wgłąb wznie­sie­nia… –> …prze­do­sta­li się na scho­dy w głąb wznie­sie­nia

 

na któ­rym znaj­do­wał się zamek. Głę­bo­ko pod nim znaj­do­wa­ła się luka… –> Powtórzenie.

 

drew­no nie było roz­wią­za­niem mo­gą­cym za­do­wo­lić ce­sar­ski splen­dor. –> Czy splendor można zadowolić?

 

do­li­ny, która stąd, oświe­tla­na przez świe­tli­ki i słabe świa­tła… –> Brzmi to fatalnie.

 

Za­pro­wa­dzi­ła go do drzwi ma­łe­go po­miesz­cze­nia z ta­blicz­ką nad łu­kiem drzwi "Kwa­ter­mistrz". –> Powtórzenie.

 

Teraz zwi­sał z brze­gu wiel­kie­go łóżka… –> Co to znaczy zwisać z brzegu łóżka?

 

zdjął więc spodnie, wsu­nął się pod po­ściel i prze­su­nął małą dźwi­gien­kę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

za­ło­żył cały swój rynsz­tu­nek i wy­szedł z sy­pial­ni.

Wy­szedł głów­nym wyj­ściem. –> Brzmi to fatalnie.

 

wy­do­sta­wa­ła się z ko­stu­ra, po czym wbił go w zie­mię i spu­ścił się na nie­koń­czą­cej się, mie­nią­cej się wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tęczy nici w dół. –> Masło maślane. Czy mógł spuścić się w górę?

Objaw siękozy.

 

ko­stur wy­le­ciał z urwi­ska i wbił się w trawę gdzieś za nim. –> Za urwiskiem?

 

sto­ją­cych po­środ­ku ma­lut­kie­go cen­trum wio­ski z czte­re­ma ław­ka­mi, dwoma drze­wa­mi i stu­dzien­ką po­środ­ku. –> Powtórzenie.

 

Na chwi­lę awan­tu­ra uci­szy­ła się, wraz z otwar­ty­mi przed nim drzwia­mi. –> Czy to znaczy, że drzwi też się awanturowały?

 

leżał, sa­piąc, so­czy­ście po­obi­ja­ny Trasz­na. –> Na czym polega soczyste poobijanie?

 

Dziew­czy­na wró­ci­ła do bal­sa­mo­wa­nia ję­czą­ce­go z bólu chło­pa­ka. –> No, to z chłopakiem, okazuje się, było tragicznie.

Za SJP PWN: balsamować «zabezpieczać zwłoki przed rozkładem»

 

i rzu­ci­ła w zie­mie szma­tę… –> Literówka.

 

Karam go – po­wie­dział Myv-Khyrdd… –> Karzę go – po­wie­dział Myv-Khyrdd

 

po czy wy­mie­rzył ko­stu­rem w Trasz­nę… –> …po czy wy­mie­rzył ko­stu­r w Trasz­nę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka