Piąte z siedmiu opowiadań cyklu “Skrzydła czasu”, stanowiącego tematyczną całość, choć każde z opowiadań to osobna, zamknięta historia.
Piąte z siedmiu opowiadań cyklu “Skrzydła czasu”, stanowiącego tematyczną całość, choć każde z opowiadań to osobna, zamknięta historia.
2nd Armored Cavalry Regiment
Kontener sztabowy stał na stalowych płytach perforowanych, ułożonych na piasku jak prowizoryczny pas startowy. Agregat na zewnątrz pracował nierówno – co kilkanaście sekund obciążenie wchodziło wyżej i cały metalowy szkielet kontenera drżał jak bęben. Klimatyzator warczał, ale nie nadążał. Przewód elastyczny wprowadzony przez wycięty otwór w ścianie tłoczył powietrze do środka. Strumień był zimny tylko w osi wylotu – wąski stożek chłodu opadał na mapę i ręce stojących najbliżej. Dalej powietrze mieszało się z kurzem i ciepłem ciał. Każdy ruch podnosił drobiny piasku z podłogi.
Major Kessler stał tuż przy wejściu, z hełmem pod pachą. Pot zebrał się na karku i ruszył w dół kręgosłupa, wsiąkając się pod kołnierz koszulki, zanim materiał zdążył go wchłonąć. Kamizelka dociskała plecy tak mocno, że wilgoć nie miała gdzie odparować.
Na stole leżały dwie warstwy świata.
Na spodzie: wydruk satelitarny, wypłowiały od światła.
Na wierzchu: przezroczysta folia z naniesionymi liniami. Oś natarcia. Sektory. Strefy ognia. Punkty kontroli. Czas. Dziewięćdziesiąt minut zapisane grubą czcionką, jakby to była granica fizyki.
Pułkownik Holder stał przy stole, jak zawsze w tej samej pozycji – ciężar ciała równomiernie rozłożony, ręce spokojne. Wskaźnik w jego dłoni zatrzymał się na północnym podejściu.
– Alfa idzie główną osią. – Wskaźnik przesunął się po mapie wprost na zarys Babylonu. – Wchodzicie w kontakt i przebijacie się do konstrukcji. Bravo zabezpiecza lewą flankę, Charlie prawą. Delta idzie w odwodzie jako wsparcie na wypadek kontrataku pancernego.
Przesunął wskaźnik bliżej celu.
– Jeśli obrona pęknie, Bradley’e wysadzają piechotę, zajmujecie obiekt i zabezpieczacie teren. Jeśli nie – Abramsy podchodzą na dystans skutecznego ognia i niszczą konstrukcję bezpośrednio.
Spojrzał po dowódcach.
– Nie oddajemy tego celu lotnictwu, jeśli nie będzie absolutnej konieczności. To zadanie lądowe. Dziewięćdziesiąt minut paliwa i amunicji w tempie bojowym. Potem decyzja przechodzi na wyższy szczebel.
Kessler poczuł, jak żuchwa sama zaciska mu się na sekundę. Dziewięćdziesiąt minut nie było czasem. Było paliwem, wodą, amunicją i temperaturą silników.
Oficer wywiadu podszedł bliżej, skierował palec na mapę i przesunął go po łuku umocnień.
– Pierwsza linia: stare T-62, stanowiska polowe, możliwe makiety. Druga: T-72 w zagłębieniach. OPL – rozproszona, mobilna. SA-6 albo SA-8 w sektorze wschodnim. Mamy ślady po zmianach pozycji z ostatnich 48 godzin.
– Mają czas – mruknął ktoś z tyłu.
Holder nie zareagował.
Łącznik lotnictwa przesunął kartkę z częstotliwościami i kodami.
– Combat Air Support: A-10 na pięciu tysiącach. Dwa klucze, rotacja. F-16 wyżej, jeśli trzeba będzie wejść mocniej.
Łącznik lotnictwa spojrzał w stronę młodego porucznika stojącego przy ścianie. – FAC jedzie z Alfa.
Porucznik zrobił krok do przodu. Miał radiostację z wysuwaną anteną i laserowy wskaźnik celu przewieszony przez ramię.
Forward Air Controller – oficer naprowadzania lotnictwa przydzielony do jednostki lądowej. Jego zadaniem było widzieć cel z ziemi i mówić pilotom dokładnie, gdzie mają strzelać. Bez niego samoloty były tylko hałasem nad horyzontem.
– Ogień lotnictwa tylko na moje potwierdzenie. Kanał wspólny, ale bez prywatnych rozmów z niebem – powiedział krótko.
Holder spojrzał na Kesslera. W kontenerze zrobiło się ciszej.
– Pytania? – rzucił Holder.
Dowódcy plutonów spojrzeli po sobie. Nikt nie chciał być tym, który podważa plan przy wszystkich. Kessler też nie. Jednakże brak pytań na odprawie zawsze pachniał konsekwencjami na pustyni.
– Ruszacie za trzydzieści minut.
***
Na placu zbiórki powietrze było gorące. Słońce stało wysoko, a piasek odbijał światło tak mocno, że oczy piekły nawet pod przyciemnionymi goglami.
Czołgi M1A1 Abrams stały w szeregu, długie lufy armat kalibru 120 mm ustawione równoległe do horyzontu. Turbiny gazowe pracowały na biegu jałowym, wydając niski, ciągły gwizd, który wchodził w klatkę piersiową niczym drżenie.
Obok nich tankowały M3 Bradley Cavalry Fighting Vehicle – wersje rozpoznawcze z wysuwaną anteną radiową i zapasem pocisków TOW w tylnej części kadłuba. Węże paliwowe syczały pod ciśnieniem, paliwo przelewało się do zbiorników z ciężkim, głuchym dźwiękiem, jakby wlewano tłusty olej do stalowej beczki.
Kessler podszedł do swojego Abramsa. Z tyłu kadłuba powietrze drgało od gorącego strumienia wylotowego spalin, który wysuszał piach i zamieniał go w cienką, mleczną mgłę.
Dotknął pancerza nad błotnikiem. Stal była ciepła, choć słońce dopiero zaczynało wspinać się wyżej. M1A1 z turbiną AGT1500 nagrzewał się szybciej niż klasyczny diesel – ogromna moc oznaczała ogromne zużycie paliwa i temperaturę, którą trzeba było jakoś odprowadzić.
Ciepło przeszło przez rękawicę jak przez cienką blachę. Cofnął dłoń odruchowo. Jeśli metal był tak ciepły teraz, po godzinie postoju będzie parzył.
Właz dowódcy otworzył się z tępym, sprężystym stuknięciem. Wnętrze przyjęło go falą zapachu: olej hydrauliczny z mechanizmu obrotu wieży, rozgrzana elektronika, pot wsiąknięty w materiał siedzeń i cienka nuta spalonego kurzu, który dostawał się przez każdą szczelinę.
Przestrzeń była ciasna. Nie z powodu błędu projektowego. Z powodu pancerza. Każdy centymetr stali oznaczał mniej miejsca dla człowieka
– Amunicja? – rzucił.
Działonowy wsunął ostatni penetrator w stojak magazynu. Metal uderzył o metal. Głuchy, kontrolowany dźwięk.
– Dwadzieścia cztery APFSDS-y. Osiem HEAT-ów. Dwa CANISTER-y. – Otarł dłonie o spodnie, zostawiając ciemny ślad smaru. – Koaks i pięćdziesiątka pełne.
Kessler spojrzał na cylindryczne pociski w stojakach.
APFSDS (sabot) – długi, smukły pocisk penetracyjny z rdzeniem wolframowym, stabilizowany brzechwowo. Po wystrzale opuszczał lufę z prędkością przekraczającą półtora kilometra na sekundę. Jego zadaniem było przebić pancerz kinetyką, nie eksplozją. Każdy z nich ważył ponad dwadzieścia kilogramów. Każdy był liczony przed wyjazdem i liczony po powrocie. Wymiana ognia z równorzędnym przeciwnikiem potrafiła zjeść połowę zapasu w kilka minut.
HEAT – pocisk z ładunkiem kumulacyjnym. W chwili uderzenia w cel materiał wybuchowy zapadał się do środka, formując wąski, skoncentrowany strumień płynnego metalu. Nie pchał pancerza siłą kinetyczną jak penetrator. Wypalał w nim kanał, skupiając energię w jednym punkcie.
Był skuteczny przeciw bunkrom, stanowiskom ogniowym i lżejszym pojazdom. Ale przeciw nowoczesnemu pancerzowi warstwowemu nie dawał tej samej pewności co APFSDS.
CANISTER – metalowa puszka wypełniona setkami stalowych kulek. Po wystrzale otwierała się przy wylocie lufy, zamieniając armatę 120 mm w gigantyczną strzelbę na dystansie kilkuset metrów. Skuteczna ściana stali przeciwko piechocie.
– A karabiny? – zapytał.
– Karabin sprzężony z działem, M240, siedem koma sześć dwa, pełne taśmy. I M2 na wieży – działonowy klepnął w bok wieży. – Pięćdziesiątka załadowana.
M240 był zamocowany równolegle do armaty. Gdzie celowała lufa czołgu, tam szedł też ogień z karabinu. Do ciężarówek, piechoty, stanowisk z worków z piaskiem – nie trzeba było sięgać po pocisk armatni.
Ale jeśli w celowniku pojawi się stal, to M240 tylko odbije się iskrami. Wtedy i tak trzeba będzie sięgnąć po główny kaliber.
Ciężki M2 Browning na wieży był bronią dowódcy. Otwarta pozycja, pełna widoczność i pełne ryzyko. Żeby z niego strzelać, Kessler musiał wysunąć się do pasa, oprzeć kolana o pierścień wieży i złapać uchwyty.
Z tej pozycji widział więcej niż przez peryskopy. Horyzont nie był już wąskim wycinkiem szkła, tylko pełnym łukiem pustyni.
Ale jego tors wystawał ponad stal.
Jeśli ktoś w sektorze miał karabin wyborowy albo odłamek poleciał wyżej niż powinien, pancerz kończył się kilka centymetrów pod żebrami.
Kessler zamknął właz.
Wolał ograniczone pole widzenia niż otwarte niebo nad głową.
Spojrzał jeszcze raz na stojaki amunicyjne.
Dwadzieścia cztery.
Osiem.
Dwa.
Liczby nie były abstrakcją. Były czasem.
Każdy strzał skracał okno operacyjne.
Każdy niewłaściwy cel – koszt, który wracał, gdy zostawało pięć pocisków, a przed nim wciąż stał sprawny T-72.
W radiu odezwał się głos wyższego szczebla – stanowisko dowodzenia 2nd Armored Cavalry Regiment, kilkaset metrów z tyłu, w opancerzonym wozie dowodzenia M577.
– Alfa One, tu Regiment. Potwierdź gotowość.
Pułkownik Holder miał przed sobą mapę, meldunki ze szwadronów i dane z JSTARS – radarowego obrazu ruchu naziemnego, który pokazywał przemieszczające się cele, ale nie mówił, co kryje się w zagłębieniach terenu.
Wiedział więcej niż Kessler.
Ale nie widział tego, co było schowane pod piaskiem.
– Alfa One gotowy.
Napięcie nie było tylko myślą. Było w żuchwie. W palcach zaciśniętych na uchwycie. W suchości języka, który przylgnął do podniebienia.
Abrams nie był tylko maszyną.
Był elementem większego systemu – Squadron podlegał Regimentowi, Regiment podlegał Dywizji, a nad nimi była decyzja polityczna, której już nie widział.
Ale tu, w wieży, liczyło się paliwo, amunicja i ludzie.
A każdy z tych elementów miał swój limit.
Kierowca zameldował z dołu, głos stłumiony przez stal:
– Paliwo pełne. Filtry sprawdzone. Temperatura oleju w normie.
W interkomie trzask.
– Alfa One, tu Anvil – głos FAC-a wszedł na wspólny kanał taktyczny.
Kessler przełączył selektor radiostacji SINCGARS na częstotliwość wsparcia powietrznego. W kabinie zrobiło się ciszej – tylko szum tła i jednostajny gwizd turbiny.
– Alfa One słucha.
– Częstotliwości ustawione. A-10 w powietrzu. Mam bezpośredni kontakt. Sprawdzamy łączność.
Krótki trzask.
– Anvil, tu Warthog One. Pięć tysięcy stóp, krążenie lewostronne. Gotów do zadania.
FAC wrócił na kanał naziemny.
– Słyszysz ich?
– Słyszę – odpowiedział Kessler.
To wystarczyło.
Czołgi nie rozmawiały z niebem bezpośrednio. Była tylko jedna para uszu. Jeden głos. Jedna antena, która zbierała wszystko i filtrowała do postaci krótkiego meldunku.
Jeśli eter się zagęści, jeśli każdy zacznie mówić – wsparcie zniknie w szumie.
Jeśli Bradley FAC-a zostanie trafiony – niebo zamilknie całkowicie.
Kessler poprawił mikrofon przy ustach. Plastik był suchy i twardy.
– Meldunki krótkie. Siatka i typ celu. Bez komentarzy.
– Przyjąłem – odpowiedział Anvil.
FAC przesunął palcem po mapie, zatrzymał go w kwadracie oznaczonym literą i czterema cyframi. Znał tę procedurę na pamięć. Osiem znaków. Ani mniej, ani więcej.
Gdy kolumna ruszy i coś otworzy do niej ogień, poda punkt, nie opis. Pilot nie będzie dopytywał, nie będzie szukał sylwetki przez dym. Wpisze liczby w system i wejdzie po prostej.
W wieży Abramsa Kessler patrzył na własny arkusz. Te same linie. Te same cyfry.
Jeśli FAC powie „349721” zamiast „349731”, A-10 zrzuci bomby dwie wydmy dalej. A tam może stać jego drugi pluton.
Jedna cyfra.
Na mapie wszystko wyglądało równo i czysto.
W terenie między jednym a drugim numerem była stal i ludzie.
Turbina zawyła wyżej. Wnętrze czołgu zadrżało.
– Alfa One, kompania sprawdzenie łączności – powiedział do radia.
– Alfa Troop, gotów.
– Bravo Troop, gotów.
– Charlie Troop, gotów.
– Anvil, gotów.
– Delta, słyszę cię.
Turbina AGT-1500 podniosła ton. Gwizd wszedł w tło i już z niego nie wyszedł. Kadłub zadrżał równomiernie, jakby ktoś uderzył w niego młotem i zostawił wibrację w środku.
– Kompania, naprzód – rzucił Kessler w sieci dowodzenia.
Gąsienice wgryzły się w piasek. W peryskopie horyzont przesunął się o kilka stopni w dół. Ziemia zaczęła płynąć pod wozem.
Formacja rozszerzała się stopniowo. Odstęp taki, żeby fala uderzeniowa trafienia nie przeszła przez dwa kadłuby naraz.
– Sektor ognia lewo dwadzieścia stopni. Tempo trzydzieści kilometrów. CAS wyłącznie przez Anvil.
Krótka pauza. Potem kolejno:
– Alfa, przyjąłem.
– Bravo, przyjąłem.
– Charlie, przyjąłem.
– Delta, przyjąłem.
– Anvil, przyjąłem. Kanał powietrzny czysty.
To był porządek.
Każdy szczebel potwierdzał tylko swoje zadanie. Bez gadania. Bez komentarzy.
W słuchawkach szum wrócił do tła. Turbina utrzymywała stały ton.
Kompania była już w rozwinięciu bojowym.
I teraz każdy głos w eterze miał znaczenie.
Pustynia była pusta tylko na pierwszy rzut oka. W dalmierzu laserowym pojawiały się pojedyncze odbicia – metal, kamień, coś zakopane pod piaskiem.
Jeżeli Gwardia czekała, to poza zasięgiem wzroku.
Jeżeli przygotowali porządną linię obrony, pierwsze trafienie przyjdzie zanim ktoś zobaczy błysk.
Teraz zacznie się sprawdzian.
***
Pierwszy kontakt przyszedł szybko.
– Cel na jedenastej! – krzyknął działonowy.
W peryskopie Kesslera sylwetka czołgu wyrosła z drżącego powietrza. T-62. Stał nieruchomo na lekkim wzniesieniu. Kadłub częściowo zasypany piaskiem. Lufa podniesiona zbyt wysoko jak do strzału na bliski dystans. Pancerz czysty. Żadnych świeżych śladów gąsienic wokół.
– Działonowy!
– Widzę go!
Laser dalmierza kliknął cicho w słuchawkach.
– Dystans: tysiąc czterysta!
– Ładuj sabot!
Ładowniczy już pracował. W Abramsie nie było automatu. Za działem stał człowiek. Za jego plecami pancerna przegroda magazynu w niszy wieży była zamknięta. Sięgnął do dźwigni i szarpnął ją w dół. Ciężka stalowa klapa odsunęła się na bok na siłownikach. Za nią pociski siedziały w gniazdach, każdy osobno, odseparowany – amunicja trzymana poza przedziałem bojowym, za stalą, pod panelami wydmuchowymi na dachu wieży.
Wyciągnął APFSDS-a jednym krótkim, wyćwiczonym ruchem.
Przegroda przeciwwybuchowa wróciła na miejsce natychmiast, zanim pocisk dotknął zamka.
Metal uderzył o metal.
Zamek zamknął się z głuchym kliknięciem.
– Załadowany!
– Ognia!
Wystrzał z działa sto dwadzieścia milimetrów uderzył w klatkę piersiową niczym młot parowy. Armata cofnęła się na oporopowrotnikach, szarpiąc wieżą. Dym i kurz wcisnęły się w wizjer jak brudna mgła. Pocisk przeszył kadłub.
– Trafiony! – krzyknął działonowy.
Za plecami Kesslera stalowa przegroda magazynu Abramsa znów się otworzyła.
Ładowniczy sięgnął po kolejny pocisk.
Klapa zasunęła się natychmiast.
– Gotowy!
Pierwszy T-62 płonął.
Ale pustynia była zbyt spokojna.
I to było najgorsze.
Kessler przesunął peryskop.
Drugi T-62 stał kilkadziesiąt metrów dalej. Trzeci za nim. W tej samej osi. Jakby ktoś je rozstawił z linijką w ręce.
– Działonowy!
– Mam!
– Ognia!
Drugi strzał.
Trzeci.
Każdy pocisk przechodził przez pancerz jak przez cienką blachę.
– Coś tu nie gra. Za łatwo nam idzie – mruknął działonowy.
Mięśnie między łopatkami Kesslera napięły się same. Czuł, jak materiał kamizelki wrzyna się w plecy przy każdym oddechu.
– Kompania, wstrzymać ogień! Bravo, sprawdzić teren za pierwszą linią kontaktu!
Na prawej flance Bradley’e otworzyły ogień z działek 25 mm. Krótkie serie. Suchy rytm metalu.
Piasek wokół grupy T-62 podrywał się w niskie fontanny.
FAC odezwał się na kanale powietrznym.
– Warthog 0-1, tu Anvil. Linia wraków na osi natarcia. Sprawdź głębię za nimi.
Krótka pauza.
– Anvil, widzę dym. Kilka punktów termicznych… ale nic się nie rusza.
Nic się nie ruszało…
Kessler patrzył w peryskop. Wraki paliły się spokojnie. Płomienie wychodziły przez włazy, ale kadłuby stały nieruchomo, jakby ktoś ustawił je do defilady.
W prawdziwej obronie zawsze coś żyje.
Ktoś poprawia lufę.
Ktoś zmienia pozycję.
Ktoś próbuje wycofać wóz.
Tu była tylko nieruchoma stal…
– Nie rozciągać szyku. Utrzymać łączność – rzucił do radia.
Po prawej Bradley z Bravo wpadł w płytkie zagłębienie. Zawieszenie uderzyło o ograniczniki. Metaliczny stuk przeszedł przez piasek i powietrze. Kessler poczuł krótkie drżenie w podłodze Abramsa, mimo że dzieliło ich kilkadziesiąt metrów.
Formacja utrzymała odstęp.
Wraki T-62 nadal paliły się spokojnie. Płomień delikatnie muskał włazy.
W słuchawkach odezwał się kanał powietrzny.
– Anvil, tu Warthog 0-1… mam “spike” ze wschodu.
Krótka pauza.
– “Spike” zniknął… wrócił!
Głos pilota przyspieszył…
– Coś mnie namierza!
Kessler podniósł wzrok do peryskopu dowódcy.
Na granicy widoczności cienka smuga przecięła niebo. Krótki ciąg silnika, potem czysta trajektoria.
– Strieła! – krzyknął działonowy.
A-10 rozpadł się w jasnej kuli ognia. Przez ułamek sekundy widać było dwa fragmenty kadłuba oddzielające się od siebie. Potem tylko czarny dym i spadające szczątki.
Drugi Warthog poderwał się gwałtownie w górę.
– Namiar utrzymany! Wychodzę z sektora! Powtarzam: wychodzę z sektora!
Słowo „wychodzę” przeszyło Kesslera niczym strzała.
Wcisnął przycisk nadawania.
– Anvil, potwierdź powrót CAS.
Sekunda ciszy.
Trzaski w słuchawkach.
– Odmawiam. Obrona przeciwlotnicza aktywna. Szukamy obejścia. Wzywam F-16.
Kessler poczuł, jak strużką potu uformowała mu się na kręgosłupie w cienką linię.
W jego równaniu właśnie zmieniły się zmienne.
Bez A-10 jego oddział został sam na sam z przeciwnikiem, którego jeszcze nie spostrzegli.
– Kompania, utrzymać szyk – powiedział. – Ogień tylko na potwierdzone cele.
W radiu zaczęły nakładać się meldunki.
– Warthog down…
– A-A defense active…
– F-16 inbound…
Szum w eterze gęstniał.
***
Trzy kilometry dalej, za linią wydm, major Gromow leżał płasko przy peryskopie obserwacyjnym wbitym w piasek.
Przez szkło widział pierwsze płonące T-62. Dokładnie tam, gdzie miały płonąć.
Nad nimi czarny dym po A-10.
Operator 9К32 Strieły opuścił wyrzutnię i klęknął przy nim.
Gromow nic nie powiedział.
Nasłuchiwał.
Z oddali niósł się niski, równy pomruk turbin Abramsów.
Amerykanie nie zatrzymali natarcia.
Skinął głową.
– Wtoraja linija. Agoń! Bystro!
Operator radia powtórzył komendę.
Gdzieś dalej wzdłuż wydm kolejne stanowiska ożyły.
Pierwsza warstwa obrony zadziałała.
Teraz zacznie się prawdziwa walka.
***
Kessler patrzył przez peryskop na linię wydm.
Pierwszy wybuch przyszedł z ziemi.
Piasek przed kolumną uniósł się w pionowej ścianie ognia i pyłu.
– Mina! – krzyknął ktoś na sieci.
Bradley po prawej stanął natychmiast. Gąsienica zerwana. Wóz osiadł bokiem w piasku. Z podwozia poszedł ciemny dym.
– Bravo Three, status! – powiedział Kessler.
– Unieruchomieni. Załoga żyje. Mamy dym w przedziale. Potrzebujemy MEDEVAC!
Piasek przed Abramsami poruszył się.
Najpierw lekko. Jakby ziemia drgnęła pod własnym ciężarem.
Potem z wydm wysunęły się wieże.
Siatki maskujące zsunęły się z pancerza.
T-72M1.
Kadłuby ukryte w przygotowanych zawczasu zagłębieniach. Tylko wieże wystawały ponad linię gruntu.
Równe odstępy.
Równe sektory ognia.
Pierwszy Irakijczyk obrócił wieżę o kilka stopni.
***
Wnętrze T-72M1 było ciasne i ciemne.
Metal nagrzany od słońca oddawał ciepło przez stalowe ściany pancerza. Powietrze pachniało olejem i kurzem oraz spalinami z pomocniczego agregatu.
Dowódca siedział nisko pod zamkniętym włazem. Oko przy peryskopie.
W wizjerze pojawiły się sylwetki pojazdów przeciwnika.
Amerykańskie Abramsy.
Duże, szerokie, z prostymi wieżami.
Szły wprost na sektor.
– Dystans tysiąc trzysta – powiedział działonowy.
Pod ich nogami obróciła się stalowa karuzela magazynu amunicji. Metaliczny zgrzyt przeszedł przez podłogę. Automat zatrzymał się. Podajnik podniósł pocisk z prowadnicy. Potem ładunek miotający. Ramię mechanizmu wsunęło oba elementy w komorę działa. Zamek zamknął się ciężkim stuknięciem. Tu nie było ładowniczego. Tylko mechanizm.
Abramsy jechały dalej.
– Otwórz ogień do czołówki!
Działo 125 mm wystrzeliło.
Błysk wypełnił wizjer.
Odrzut szarpnął armatą do tyłu. Mechanizm oporopowrotny przyjął energię strzału – lufa cofnęła się w jarzmie o kilkadziesiąt centymetrów, potem wróciła na miejsce z ciężkim, metalicznym uderzeniem.
W wizjerze Bradley znalazł się dokładnie w osi strzału.
Pocisk trafił w kadłub.
Błysk.
Potem ogień w środku pojazdu.
Transporter stanął w płomieniach.
Pod podłogą karuzela już zaczynała kolejny obrót.
Metal uderzał o metal.
Nowy pocisk przesuwał się w stronę podajnika.
Szybciej niż człowiek byłby w stanie sięgnąć po amunicję.
Ale cały magazyn był pod nogami załogi.
Jeśli penetrator Abramsa trafi w to miejsce, nie będzie drugiego wystrzału.
Nie będzie nawet czasu na krzyk.
***
Pocisk uderzył w Bradley’a Moralesa.
Ogień pojawił się w środku kadłuba jak zapalony lont. Wóz stanął w płomieniach.
– Bravo Two, raport! – Kessler.
Trzask w radiu.
W peryskopie zobaczył rampę Bradley’a opadającą w dół. Z wnętrza wyskoczyły sylwetki. Jedna upadła, podniosła się i pobiegła dalej, pochylona nisko nad ziemią.
– Ładuj sabot!
– Ognia!
Abrams odpowiedział ogniem.
Pierwszy T-72 dostał w wieżę. Płomień buchnął spod włazu dowódcy jak z pieca. Przez sekundę czołg jeszcze stał nieruchomo, potem ogień wypełnił wnętrze kadłuba.
Wieża drgnęła.
Potem uniosła się gwałtownie, jakby ktoś pod nią odpalił ładunek.
Eksplozja wyrzuciła ją w górę o kilka metrów.
Ciężki stalowy odlew obrócił się w powietrzu i spadł w piach obok kadłuba.
– Cholera… – mruknął działonowy.
– Trafiony.
Drugi T-72 odpowiedział natychmiast.
Pocisk uderzył w Abramsa po lewej stronie szyku.
Błysk był krótki i jaskrawy. Wieża czołgu zatrzymała się pod dziwnym kątem. Z włazu poszedł czarny dym.
– Alpha Two trafiony! – ktoś krzyknął.
Kessler poczuł uderzenie adrenaliny w brzuch.
– Działonowy, drugi cel!
Stabilizator wieży szarpnął lekko.
– Mam go… mam…
Trzeci T-72 strzelił pierwszy.
Pocisk przeszedł przed wizjerem Abramsa i eksplodował w piasku kilkanaście metrów dalej. Fala uderzeniowa uderzyła w kadłub.
– Kontakt! Dwa cele! – rzucił działonowy.
– Trzymaj namiar!
Palce Kesslera zacisnęły się na uchwycie peryskopu. Metal drżał pod dłonią.
Miny.
Ułożone w łuk przed linią wydm.
Każdy manewr w bok prowadził w kolejne pole.
Każde zatrzymanie wystawiało wóz w sektor ognia T-72.
Morales krzyczał w radiu.
– Mam rannych! Jeden nie oddycha! Potrzebuję MEDEVAC!
– Tu Anvil, MEDEVAC niemożliwy. Obrona przeciwlotnicza przeciwnika aktywna – odpowiedział FAC.
FAC próbował odzyskać powietrze.
– Viper, tu Anvil. Aktywna obrona przeciwlotnicza w sektorze. Potrzebuję SEAD. Koordynaty…
– Anvil, tu Viper 04. Potwierdzam. Wchodzimy wysoko.
Kessler przełknął ślinę.
– Alfa, Bravo, Charlie przejść w obronę ogniową. Nie wchodzić głębiej.
Na horyzoncie, ponad linią wydm, wciąż widać było zarys konstrukcji Babylonu.
Czarny szkielet na tle nieba.
Cel tam był.
Ale pole walki właśnie zamieniło się w pułapkę.
***
W radiu pojawił się nowy głos.
– Alfa One, tu dowódca pułku. Podaj status.
Kessler wcisnął przycisk nadawania.
– Regiment, tu Alfa One. Natarcie zatrzymane. Obrona przeciwlotnicza aktywna. CAS poza sektorem. Miny na podejściu. Kontakt z pancerzem w umocnieniach. Mamy trafienia i rannych. Nie jesteśmy w stanie dojść do Babylon w tym oknie.
Gwizd silnika i trzaski radia.
– Powtórz ostatnie!
Pot spłynął spod hełmu na skroń. Sól szczypnęła w oko.
– Nie jesteśmy w stanie dojść do Babylon w tym oknie!
Krótka pauza.
– Przyjąłem. Utrzymać pozycję. Oczekiwać decyzji.
Linia znów zamilkła.
– Majorze – odezwał się działonowy ciszej. – Zostało mi osiemnaście APFSDS-ów.
Kessler nie odpowiedział od razu.
Spojrzał na zegar na pulpicie.
Sekundy szły dalej.
Spojrzał na horyzont, potem na roztrzaskanego Abramsa po lewej i Bradley’a Moralesa.
W kabinie było duszno. Pasek hełmu wcinał się w skórę pod brodą. W ustach metaliczny smak mieszał się z kurzem.
Po prawej stronie ludzie z Bradley’a próbowali wyciągnąć rannego z tylnej rampy. Dwóch ciągnęło go za kamizelkę. Trzeci osłaniał sektor karabinem.
Niebo nad nimi było puste.
W końcu nacisnął przycisk nadawania.
– Alfa, Bravo, Charlie utrzymać ogień zaporowy. Nie wychodzić z sektora.
– Alfa przyjął…
– Bravo przyjął…
– Charlie przyjął…
Abramsy zaczęły pracować jednym rytmem.
Strzał.
Przerwa.
Strzał.
Krótko i precyzyjnie.
Nie po to, żeby przełamać linię.
Po to, żeby przydusić przeciwnik do ziemi i zmusić do manewru.
Kessler przesunął peryskop.
Miny leżały w łuku przed kolumną.
Za nimi wieże T-72 wystawały nad linię piasku w równych odstępach.
Sektory ognia przecinały się dokładnie na osi ich natarcia.
Gdziekolwiek spróbują skręcić – wchodzą w kolejny sektor.
Gdziekolwiek ruszą – stają się celem.
Kessler poczuł ciężar w klatce piersiowej, jakby ktoś położył mu na niej metalową płytę.
To nie była linia ustawiona w pośpiechu…
***
Abrams Kesslera stał w lekkim zagłębieniu terenu. Turbina pracowała na średnich obrotach. Drgania przechodziły przez siedzisko i wchodziły w kręgosłup jak niska, jednostajna fala.
W kabinie było gorąco mimo klimatyzacji. Filtry powietrza były czyste, ale piach i tak znajdował drogę. Drobny pył osiadał na wargach jak cienka warstwa kredy.
– Zostało mi czternaście APFSDS – zameldował działonowy.
Kessler spojrzał na zegar.
Trzydzieści trzy minuty do końca okna.
W radiu pojawił się nowy głos. Spokojny, bez podniesionego tonu. Dowództwo pułku.
– Alfa One, tu Regiment. Ocena sytuacji.
Kessler wziął oddech przez nos. Powietrze pachniało spalenizną i rozgrzaną hydrauliką.
– Tu Alfa One. Linia pierwsza była wabikiem. Weszliśmy w strefę minową po łuku. Druga linia to T-72 w zagłębieniach. Obrona przeciwlotnicza aktywna – utraciliśmy jednego Warthog’a. Dwa wozy wyłączone, jeden Bradley spalony, ranni na ziemi. Babylon poza zasięgiem oznaczenia.
Zapadła krótka cisza.
– Alfa One, tu Regiment. Spróbuj obejścia od południowego wschodu. Rozpoznanie wskazuje lukę w sektorze. Wejść szybko i uderzyć w drugą linię od boku.
Kessler przesunął peryskop w lewo. Wydmy wyglądały spokojnie. Za spokojnie.
– Przyjąłem. Alfa, przygotować manewr w lewo. Kompania klinem. Bradley’e za nami.
– Alfa, przyjąłem.
– Bravo, przyjąłem.
– Charlie, przyjąłem.
Kessler wcisnął przycisk interkomu.
– Kierowca, dziewięćdziesiąt stopni w lewo. Powoli.
Turbina zawyła wyżej. Abrams wyszedł z zagłębienia i zaczął przesuwać się wzdłuż wydmy. Piasek szurał po kadłubie jak drobny papier ścierny.
Plutony skręciły za nim.
Pierwsze metry wyglądały czysto.
Potem Bradley FAC odezwał się w radiu.
– Anvil do Viper. Mamy aktywną emisję radarową w sektorze wschodnim. Możecie ją zdjąć?
Odpowiedź przyszła szybko.
– Viper One. Wchodzimy.
Kessler uniósł peryskop wyżej.
Na wysokości kilku kilometrów pojawiły się dwa punkty. F-16 weszły w sektor szybko, niemal bezgłośnie – tylko drganie powietrza zdradzało ich obecność.
– Utrzymać tempo – powiedział Kessler w eter.
Pierwszy pilot odezwał się w radiu FAC.
– Viper One do Anvil. Nie mam stabilnego namiaru na emisję. Sygnał skacze.
– Anvil do Viper – radar aktywny jeszcze chwilę temu. Spróbuj podejścia bliżej.
Sekunda ciszy.
– Schodzę niżej.
Sylwetki myśliwców zaczęły opadać. Najpierw powoli, potem szybciej. Na tle nieba powiększały się z punktów do wyraźnych kształtów skrzydeł.
Rakiety antyradiolokacyjne zeszły z prowadnic i pomknęły w kierunku źródła emisji.
Na horyzoncie pojawiły się dwa błyski.
– Trafienie! – zameldował podniesionym głosem FAC.
Pilot F-16 odezwał się po chwili.
– Czekaj… radar zniknął. To może być…
Przerwał.
– Spike! Spike!
Na granicy wydm pojawiło się osiem cienkich smug.
Z ukrytych stanowisk po bokach sektora otworzyły ogień dwa ZSU-23-4 Szyłka.
Cztery lufy każdej z nich zaczęły zasypywać powietrze smugami.
F-16 były za nisko.
Pierwszy dostał niemal od razu.
Błysk pod skrzydłem. Potem ogień wzdłuż kadłuba.
Samolot eksplodował w powietrzu krótkim, białym błyskiem.
Drugi poderwał się gwałtownie.
– Jedynka trafiona!
Z kabiny wyrzucona została mała czarna sylwetka.
Spadochron otworzył się kilka sekund później.
Uszkodzony F-16 przeleciał jeszcze kilkaset metrów nad pustynią, potem wbił się w ziemię i rozpadł w chmurze pyłu.
FAC milczał przez moment.
Potem odezwał się cicho:
– Tu Anvil… straciliśmy wsparcie powietrzne.
Kessler poczuł, jak mięśnie karku napinają się pod hełmem.
– Kontynuujemy manewr!
Kolumna weszła głębiej między wydmy.
Pierwszy Abrams po lewej nagle podskoczył.
Eksplozja była potężna.
– Mina!
Czołg opadł ciężko na jedną stronę.
– Alfa Three unieruchomiony!
Kessler nie zdążył odpowiedzieć.
Z wydmy przed nimi wystrzelił ogień.
RPG.
Rakieta uderzyła w Bradley’a jadącego za nim. Wóz zatrzymał się w płomieniach.
– Kontakt! Piechota!
W tym samym momencie nad linią piasku pojawiły się wieże.
T-72.
Trzy.
Potem czwarty.
Ustawione w półokręgu.
Dwa strzeliły natychmiast.
Pociski uderzyły w Abramsa na końcu kolumny.
Błysk.
Ogień spod włazu.
– Alfa Four trafiony!
– Sabot! – krzyknął działonowy.
Wystrzał wstrząsnął kabiną.
Pierwszy T-72 zapalił się, ale pozostałe już obracały wieże.
Kolejny pocisk musnął wieżę Abramsa Kesslera i eksplodował fontanną piachu za nim.
Pustynia uderzył w kadłub niczym grad.
Kessler przesunął peryskop.
Miny przed nimi.
RPG po bokach.
T-72 zamykają sektor ognia.
To nie była luka.
To była druga linia pułapki.
– Alfa, wycofujemy się! – powiedział twardo.
– Dym i ogień zaporowy!
Bradley z rannymi wycofywał się powoli za wydmę.
Kompania cofała się metr po metrze.
Gdy ostatni Abrams wyszedł z sektora ognia, irackie czołgi przestały strzelać.
Kessler spojrzał na zegar.
Jedenaście minut do końca okna.
Wcisnął przycisk radia.
– Regiment, tu Alfa One. Próba obejścia nieudana. Druga zasadzka. Straciliśmy kolejne wozy. Wsparcie powietrzne ziszczone. Obrona przeciwlotnicza aktywna. Babylon nadal poza zasięgiem.
Pauza.
– Nie jesteśmy w stanie przełamać obrony i wykonać zadania.
W radiu odezwało się dowództwo pułku.
– Alfa One, tu Regiment. Wycofać się do linii wyjściowej. Przejść do obrony. Zadanie przerwane.
Kessler przez sekundę patrzył w peryskop.
Na horyzoncie Babylon wciąż stał nad linią wydm niczym stalowy szkielet.
– Alfa One do kompani. Cofamy się na pozycje wyjściowe.
Kierowca wcisnął pedał. Abrams ruszył powoli do tyłu, gąsienice wgryzały się w piach z głuchym, ciężkim dźwiękiem.
Za nim kolejne czołgi zaczęły cofać się z sektora ognia.
Z linii T-72 padło jeszcze kilka strzałów. Pociski uderzały w wydmy przed kolumną, wyrzucając w powietrze brunatne fontanny piasku.
Potem ogień ustał.
Irakijczycy nie próbowali pościgu.
Ich zadanie było inne.
Kilka minut później kolumna była już poza zasięgiem bezpośredniego ognia.
Kessler wcisnął przycisk radia.
– Regiment, tu Alfa One. Wycofanie wykonane. Straty: trzy Abramsy unieruchomione, dwa Bradley’e całkowicie zniszczone. Ranni ewakuowani. Cel nieosiągnięty.
– Przyjąłem. Utrzymać pozycje.
Babylon nadal stał.
***
Kilka kilometrów dalej major Gromow klęczał na betonowym nasypie starego stanowiska artyleryjskiego. Lornetka oparta o brwi.
Na pustyni amerykańska kolumna powoli wycofywała się za linię wydm.
Obok niego operator radiowy zdjął słuchawki.
– Oni uchodiat…
Gromow nie odpowiedział od razu.
Jeszcze przez chwilę obserwował linię dymu nad polem walki.
Spalone Bradley’e.
Trzy Abramsy stojące nieruchomo na polu minowym.
Potem schował lornetkę.
– Charaszo.
Jeden z ludzi spojrzał na niego.
– Zadacza wypołniena.
Amerykanie spróbowali przełamania ale nie doszli nawet do drugiej linii.
Specnazowcy zaczęli zwijać stanowiska.
Radiostacje zniknęły w skrzyniach. Taśmy do PKM-ów wędrowały do worków. Jeden z żołnierzy zdjął antenę z masztu.
Silniki ciężarówek odpaliły ciężkim, dieslowskim basem.
Jeden z ludzi zapytał:
– Kuda idiem?
Gromow spojrzał na południe.
– Obiekt siediemnadcat’.
Na pustyni zostały pola minowe, wraki Bradleyów, Abramsów i nieruchome wieże T-72 wystające ponad linię piasku. Dalej, przy stanowiskach maskowanych siatką, stały Szyłki z lufami uniesionymi w niebo. Linia obrony pozostała nienaruszona.
***
Na stole operacyjnym leżała mapa południowego Iraku.
Siatka współrzędnych była porysowana markerami. Zielone linie oznaczały osie natarcia. Czerwone – potwierdzone pozycje irackie.
Nad mapą wisiał ekran z obrazem z satelity rozpoznawczego. Rozdzielczość była zbyt niska, żeby zobaczyć czołgi. Widać było tylko smugi kurzu i czarne plamy dymu.
Jedna z nich oznaczona była czerwonym napisem.
BABYLON
Oficer łącznikowy siedział przy stole radiowym. Słuchawki dociskały uszy tak mocno, że skóra pod pałąkiem była biała.
– Mam 2nd ACR – powiedział.
Pułkownik podniósł wzrok znad mapy.
– Straty?
Oficer spojrzał na kartkę z notatkami.
– Trzy Abramsy wyłączone z walki. Dwa Bradley’e zniszczone. Kilku rannych. – Podniósł wzrok. – Babylon nadal stoi.
Pułkownik przesunął palec po mapie. Zatrzymał go na czerwonym znaczniku.
Babylon – superdziało Saddama.
Pułkownik sięgnął po telefon satelitarny. Metalowa obudowa była gorąca od słońca.
– Połączcie mnie z CENTCOM.
Kilka sekund szumu. Potem głos.
– Tu Central Command.
Pułkownik mówił spokojnie, jakby raportował ćwiczenia.
– Próba przełamania lądowego nie powiodła się. Babylon pozostaje operacyjny.
Nastała krótka cisza.
– Rozumiem – odpowiedział głos z drugiej strony. – Przekazujemy raport wyżej.
Połączenie się urwało. Pułkownik odłożył słuchawkę.
***
Korytarze Pentagonu były prawie puste. Nocna zmiana pracowała w ciszy, którą przerywał tylko szum wentylacji i odległe dzwonki telefonów.
W centrum operacyjnym światło było ostre, białe, bez cienia. Ściana naprzeciwko stołów była pokryta mapą Bliskiego Wschodu. Siatka współrzędnych, linie granic, symbole jednostek.
Na południu Iraku świecił czerwony znacznik.
BABYLON
Oficer dyżurny siedział przy stole raportowym. Dokument leżał przed nim, przytrzymany metalowym klipsem.
Czytał go już drugi raz.
Nagłówek raportu:
OBJECTIVE: BABYLON
Niżej kilka krótkich wierszy:
2nd ACR – attack halted
minefields confirmed
armored resistance
CAS degraded by air defense
Każde zdanie było skrótem większego problemu.
Natarcie pancerne zatrzymane.
Lotnictwo wypchnięte na wysokość przez obronę przeciwlotniczą.
Oficer przesunął palcem po ostatniej linijce.
Była podkreślona grubą kreską.
STATUS: TARGET ACTIVE
Oficer przesunął palcem po tekście jeszcze raz, jakby chciał sprawdzić, czy słowa się nie zmienią.
Nie zmieniły się.
Babylon nadal działał.
Sięgnął po telefon.
– Połączcie mnie z Situation Room.
Trzask na linii.
Potem głos operatora.
– White House switchboard.
– Tu Pentagon. National Military Command Center. Potrzebujemy pilnej narady.
Krótka pauza.
– Temat?
Oficer spojrzał na raport leżący na stole.
– Babylon.
Po drugiej stronie zapadła cisza, która trwała sekundę dłużej niż zwykła procedura.
– Łączę…
– Tu Situation Room, słucham?
– National Military Command Center. Pilny raport operacyjny w kwestii Babylonu.
– Przyjęto. Zbieramy ludzi.
Oficer odłożył słuchawkę.
Przez chwilę patrzył na mapę na ścianie. Czerwony punkt Babylonu świecił nadal nieruchomo na południu Iraku.
Potem wrócił do stołu.
Raport wsunął do czarnej teczki operacyjnej. Do środka trafiła również karta planowanych uderzeń lotniczych. Zamknął teczkę metalowym zatrzaskiem, wziął ją pod pachę i ruszył do drzwi.
***
W tym samym czasie w Białym Domu uruchomiono nocny tryb Situation Room. Telefon z Pentagonu oznaczał jedno: raport operacyjny z pola walki. Oficer dyżurny sięgnął po listę powiadomień. Procedura była krótka.
Prezydent.
Przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów.
Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego.
Dyrektor CIA.
Kilkanaście minut później drzwi do sali briefingowej zaczęły się otwierać. Najpierw weszli oficerowie łącznikowi. Potem doradcy. Na końcu Prezydent.
Na stole leżał już raport z pustyni.
***
Situation Room zalany był ostrym, białym światłem. Stół konferencyjny zajmował środek pomieszczenia. W jego powierzchni były wbudowane monitory, na których wyświetlała się mapa południowego Iraku.
Czerwony punkt.
BABYLON.
Prezydent siedział na końcu stołu. Obok niego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego. Po drugiej stronie generał w mundurze lotnictwa. Obok przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów. Przed nimi leżał raport z Pentagonu. Krótki. Wręcz surowy.
– Panowie – powiedział przewodniczący. – Atak 2nd Armored Cavalry Regiment został zatrzymany. Pola minowe. Kilka linii czołgów. Obrona A-A. Wsparcie lotnicze nie było w stanie zejść na wysokość uderzeniową.
Na ekranie pojawił się obraz satelitarny.
Babylon.
Długi cylinder działa ustawiony na północny zachód.
– Cel nadal operacyjny – dodał.
Prezydent patrzył przez chwilę na ekran.
– Ile czasu potrzebują, żeby to uruchomić?
Nikt przez moment nie odpowiadał.
W końcu odezwał się dyrektor CIA.
– Panie Prezydencie, jest jeszcze jedna informacja.
Położył na stole cienką teczkę z napisem CLASSIFIED.
Wyjął i przesunął zdjęcie satelitarne w stronę Prezydenta.
– Podczas strategicznej misji rozpoznawczej dalekiego zasięgu w 1988 roku nasz Ghostblade wykrył w magazynie przy instalacji Babylon dwa punktowe źródła promieniowania neutronowego. Sygnatura odpowiada urządzeniom jądrowym.
Przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów zmarszczył brwi.
– Głowice?
– Nie mamy wizualnego potwierdzenia – odpowiedziało CIA. – Ale jeśli to nie są głowice, nie wiemy, co innego mogłoby dawać taki sygnał.
Generał lotnictwa spojrzał na mapę.
– Panie Prezydencie – powiedział spokojnie. – Jeśli Babylon dostanie choć jeden z tych ładunków do lufy, nie mówimy już o wojnie w Zatoce.
Przesunął palcem po mapie Atlantyku.
– Mówimy o artylerii strategicznej wycelowanej w Stany Zjednoczone.
Na ekranie czerwony punkt Babylonu świecił dalej.
Mały.
I nagle znacznie bliższy.
Dyrektor CIA kontynuował spokojnie.
– Zasięg Babylonu pozwala na ostrzał wybrzeża Stanów Zjednoczonych.
Na ekranie pojawiła się mapa trajektorii.
Łuk przechodzący przez Atlantyk.
Punkt końcowy – Nowy Jork.
Drugi wariant – Waszyngton.
Prezydent nie odwrócił wzroku od ekranu.
– Czyli mówimy o broni strategicznej wymierzonej w nasze terytorium.
– Tak, panie Prezydencie.
Generał lotnictwa przesunął kartkę z planem operacji.
– Opcje uderzenia z teatru działań zostały wyczerpane.
– Lotnictwo w Zatoce nie jest w stanie zniszczyć Babylonu – powiedział spokojnie. – Obrona przeciwlotnicza zmusza je do działania z wysokości. A przy tej wielkości celu potrzebujemy uderzenia o znacznie większej energii.
Przedstawiciel CIA pochylił się nad stołem.
– Dlatego rekomendujemy użycie ładunku jądrowego.
Kilka osób jednocześnie podniosło głowy.
Przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów odezwał się pierwszy.
– Jeśli użyjemy rakiety balistycznej, Rosjanie czy Chińczycy zobaczą start.
Na ekranie pojawiła się mapa systemów wczesnego ostrzegania.
– Ich radary wykryją ICBM w ciągu kilku minut.
Ktoś przy stole powiedział półgłosem:
– I uznają to za atak strategiczny…
Generał lotnictwa dokończył zdanie.
– … a wtedy mogą odpalić wszystko, co mają.
Cisza przy stole była wymowna. Trzecia wojna światowa stała się teraz elementem równania.
– Czyli ICBM odpada – powiedział doradca bezpieczeństwa narodowego.
Dyrektor CIA skinął głową.
– Musimy użyć platformy, która nie uruchomi systemów wczesnego ostrzegania.
– Bombowiec.
Kilka osób spojrzało na niego.
– Strategiczny.
Na ekranie pojawiła się sylwetka samolotu.
B-1B Lancer.
– Supersoniczny bombowiec dalekiego zasięgu – powiedział generał. – Może wejść na bardzo małej wysokości, pod horyzontem radarowym. Doleci z kontynentu, wykona zrzut i wróci.
Doradca bezpieczeństwa zmrużył oczy.
– A B-2?
Generał pokręcił głową.
– B-2 jest platformą penetracyjną do głębokich, precyzyjnych uderzeń. Ma mały udźwig i jest wolniejszy. Tutaj potrzebujemy prędkości, liczy się czas.
Wskazał na mapę.
– B-1B może dolecieć szybciej i zabrać więcej. Jeśli pierwszy nalot ma zniszczyć Babylon, potrzebujemy właśnie jego.
Dyrektor CIA dodał spokojnie:
– A niska trajektoria lotu bombowca nie uruchomi rosyjskich czy chińskich systemów ostrzegania przed atakiem balistycznym.
Przewodniczący spojrzał na Prezydenta.
– Innymi słowy: broń jądrowa bez sygnatury strategicznego startu.
Prezydent patrzył przez chwilę na mapę.
Potem podniósł wzrok.
– Ilu bombowców potrzebujemy?
– Dwóch – odpowiedział generał. – Jeden główny, jeden zapasowy.
Wskazał punkt na mapie Stanów Zjednoczonych.
– Samoloty wystartują z Ellsworth Air Force Base.
Na ekranie pojawiła się cienka linia biegnąca przez Atlantyk, Morze Śródziemne i dalej nad Irakiem.
Doradca bezpieczeństwa narodowego spojrzał na długość trasy.
– To ponad dziesięć tysięcy kilometrów…
Prezydent podniósł wzrok.
– Mają taki zasięg?
Generał pokręcił głową.
– Nie z tym ładunkiem.
Przesunął kolejny znacznik na mapie.
– Dlatego włączamy do równania tankowanie w powietrzu.
Na ekranie pojawiły się symbole latających cystern.
– Pierwsze tankowanie nad Atlantykiem.
– Drugie po wyjściu z rejonu celu.
CIA spojrzała na mapę.
– Ile tankowców?
Generał odpowiedział bez wahania.
– Trzy KC-135 Stratotanker.
– Dwa operacyjne, jeden zapasowy.
Prezydent skinął głową.
– Czyli nie tylko bombowce.
Generał odparł spokojnie:
– Cały system uderzeniowy.
Na mapie pojawiły się nowe linie.
Dwa bombowce.
Trzy tankowce.
Jedna trajektoria prowadząca prosto do Babylonu.
Cisza przy stole trwała kilka sekund.
– W porządku – powiedział w końcu Prezydent. – Autoryzuję operację.
***
Noc nad Dakotą Południową była bezchmurna i zimna.
Pas startowy w Ellsworth Air Force Base ciągnął się przez prerię niczym czarna wstęga autostrady. Światła podejścia paliły się nieruchomo, równe punkty w ciemności.
Na płycie postojowej stały dwa bombowce.
B-1B Lancer.
Długi kadłub był smukły jak grot włóczni. Przód kadłuba kończył się ostro wyprofilowanym nosem. Gładka, wydłużona osłona kryła radar nawigacyjny. Tuż za nią kabina załogi wtopiona w linię kadłuba tak nisko, że z boku wyglądała niemal jak wąska szczelina w pancerzu. Skrzydła były cofnięte maksymalnie do tyłu samolotu. Mechanizm zmiennej geometrii pozwalał im obracać się na grubych sworzniach w kadłubie. Przy starcie i lądowaniu rozkładały się szeroko, zwiększając powierzchnię nośną. Przy dużej prędkości cofały się do tyłu, zmieniając bombowiec w długą, aerodynamiczną strzałę.
Pod kadłubem widniały zarysy trzech komór bombowych.
Zamknięte teraz ciężkimi drzwiami, które w locie potrafiły otworzyć się na kilka sekund – tylko na tyle, ile potrzeba, żeby bęben wyrzutowy wypchnął ładunek w strumień powietrza pod samolotem.
Cztery wloty powietrza do silników były cofnięte w stosunku do krawędzi natarcia skrzydeł. Każdy prowadził do potężnego General Electric F101-GE-102.
Kiedy pracowały razem, potrafiły rozpędzić maszynę o masie własnej ponad stu ton do prędkości naddźwiękowej.
Ale największą siłą Lancerów nie była prędkość. Była nią zdolność lotu bardzo nisko nad ziemią. Na wysokości, na której radary widziały tylko krzywiznę terenu i szum tła. Z takiej wysokości bombowiec mógł pojawić się nad celem prawie bez ostrzeżenia.
I zniknąć, zanim obrona zdąży zareagować.
Technicy pracowali w ciszy przerywanej metalicznym stukiem narzędzi i niskim pomrukiem agregatów.
Pod pierwszy samolot podjechał wózek uzbrojenia.
Ładunek spoczywał w stalowej ramie transportowej. Cylindryczna obudowa była matowa, niemal czarna. Na obudowie biegły dwa żółte pasy identyfikacyjne. Proste linie farby na ciemnym metalu.
Oficer uzbrojenia sprawdził tabliczkę kontrolną przy wózku.
Typ: B61
Status: live
Podniósł wzrok na techników.
– Ładunek jądrowy potwierdzony.
Operator windy hydraulicznej uniósł ładunek powoli, centymetr po centymetrze. Komora bombowa była otwarta. W środku czekał obrotowy bęben wyrzutowy – stalowy cylinder z sześcioma zaczepami.
Zamek zatrzasnął się ciężkim metalicznym kliknięciem. Następnie technik uderzył dłonią w bok mechanizmu.
– Zablokowane!
Drugi ładunek wędrował już w górę do sąsiedniego samolotu.
Drzwi bombowe zamknęły się powoli, a hydraulika wydała krótki, stłumiony syk.
W kabinie technicznej na ziemi zapaliła się zielona kontrolka.
***
Kilkadziesiąt metrów dalej do drugiego bombowca podjechała ciężka cysterna paliwowa. Silnik ciężarówki pracował na niskich obrotach, mrucząc głucho w zimnym nocnym powietrzu prerii. Reflektory odbijały się od matowej powierzchni kadłuba.
Technik wyskoczył z kabiny cysterny i przeciągnął gruby przewód paliwowy przez beton płyty. Metalowa końcówka stuknęła o panel tankowania pod kadłubem.
Zatrzask zamknął się twardym kliknięciem.
– Podłączone!
Pompa w cysternie ruszyła. Najpierw cicho, zwiększając obroty, potem stabilnie utrzymując przepływ. Wąż lekko się naprężył, gdy paliwo ruszyło w stronę zbiorników samolotu. JP-8 płynęło do instalacji paliwowej bombowca szerokimi przewodami biegnącymi do zbiorników. Lancer miał ich wiele – umiejscowione w skrzydłach i w centralnej części kadłuba. W długim locie to paliwo było tak samo ważne jak samo uzbrojenie. Technik patrzył na wskaźnik przepływu zamontowany na panelu cysterny. Cyfry rosły powoli. Pompa pracowała jednostajnym, niskim pomrukiem. Słychać było też odległy stuk narzędzi przy drugim samolocie i metaliczne brzęczenie generatora zasilania naziemnego.
– Siedemdziesiąt pięć procent – krzyknął technik do kolegi stojącego przy skrzydle.
Drugi zapisywał dane na clipboardzie.
B-1B nie był samolotem, który można było zatankować szybko. Jego zbiorniki mieściły dziesiątki ton paliwa. Długi lot przez Atlantyk wymagał pełnych zbiorników jeszcze przed pierwszym spotkaniem z latającą cysterną.
Kilka metrów dalej przy drabince prowadzącej do kabiny stał pilot pierwszego bombowca. Hełm trzymał pod pachą. Nie patrzył na techników, lecz na pas startowy.
Światła krawędziowe ciągnęły się przez noc jak dwie równoległe linie aż do ciemnej ściany prerii. Za nimi nie było już nic – tylko przestrzeń, która prowadziła przez ocean i pół świata.
Załoga drugiego Lancera wspinała się właśnie po drabince do kokpitu. Metal skrzypiał cicho pod butami. W kabinie było ciasno jak na tak duży samolot. Cztery fotele ustawione w dwóch rzędach. Pilot i drugi pilot z przodu. Za nimi oficer systemów ofensywnych i oficer obrony elektronicznej.
Każdy z nich miał przed sobą ścianę ekranów i przełączników.
– Dziewięćdziesiąt procent – zameldował technik.
Strumień paliwa w wężu zaczął słabnąć.
Kilka sekund później pompa zwolniła i zatrzymała się.
– Zbiorniki pełne!
Zatrzask gniazda tankowania otworzył się z metalicznym stuknięciem. Technik odłączył przewód i powoli odciągnął go od skrzydła. Kropla paliwa spadła na beton i natychmiast zaczęła parować w zimnym powietrzu.
Cysterna powoli odjechała w bok. Na płycie zostały dwa bombowce. Czarne, ciężkie, nieruchome.
Pilot spojrzał jeszcze raz na pas startowy.
Lot miał być długi. Najpierw Atlantyk. Potem Morze Śródziemne. Tankowanie w powietrzu. I na końcu pustynia.
Powrót był zapisany w planie lotu. Ale w tej chwili był tylko jedną z wielu możliwości.
***
Załoga pierwszego B-1B Lancer zajmowała miejsca w kabinie jeden po drugim. Metalowa drabinka została wciągnięta do środka. Właz zamknął się z ciężkim stuknięciem, które przez moment odbiło się echem w przestrzeni pomiędzy płytą postojową a kadłubem.
Na zewnątrz technik podniósł zaciśniętą pięść – standardowy sygnał dla załogi: właz zamknięty, obsługa naziemna odsunięta, samolot gotowy do rozruchu.
W kabinie panował półmrok. Jedynie tablice przyrządów świeciły słabym, zielonkawym światłem elektroluminescencyjnych wyświetlaczy. Linie cyfr i wskaźników odbijały się w osłonach wizjerów hełmów.
Pilot położył dłoń na panelu zasilania.
– Zasilanie zewnętrzne podłączone – powiedział drugi pilot, patrząc na wskaźniki napięcia.
Pilot przesunął pierwszy przełącznik.
Systemy elektryczne ożyły natychmiast.
Najpierw główna magistrala zasilania.
Potem komputery pokładowe.
Następnie kolejne ekrany.
Na panelu nawigacyjnym pojawiła się siatka danych.
Oficer systemów ofensywnych spojrzał na ekran.
– INS startuje. Wyrównanie sygnału za cztery minuty.
INS – inercyjny system nawigacyjny – potrzebował czasu, aby ustalić dokładne położenie samolotu względem Ziemi. Zespół żyroskopów i akcelerometrów porównywał mikroskopijne ruchy kadłuba z bazą danych map cyfrowych. Komputer liczył każdy ruch samolotu: przyspieszenie, skręt, zmianę kursu. Na tej podstawie budował drogę przez przestrzeń. Dlatego B-1B mógł przelecieć tysiące kilometrów nad oceanem bez jednego sygnału radiowego i bez pomocy satelitów.
Ale punkt startowy musiał być idealny.
Jeśli na ziemi żyroskopy złapią choć minimalny błąd, system zapisuje go jako prawdę. Potem niosą go przez cały lot. Z każdą godziną odchylenie rośnie – najpierw metry, potem setki metrów, w końcu kilometry.
Pilot skinął głową.
– Teraz APU.
Drugi pilot przesunął przełącznik.
W tylnej części kadłuba odezwała się pomocnicza turbina Auxiliary Power Unit.
Najpierw cichy gwizd.
Potem wyższy ton.
Po kilku sekundach wibracja przeszła przez konstrukcję samolotu i metalową podłogę kabiny. Generator pomocniczy zaczął dostarczać energię elektryczną i powietrze rozruchowe do silników. Na zewnątrz technicy odsunęli się od maszyny.
– APU stabilne – zameldował drugi pilot.
Pilot spojrzał na zegar.
– Rozruch silników!
Każdy z czterech silników General Electric był niezależnym układem napędowym. Własna sprężarka, własna komora spalania, własna turbina i własny generator. Po uruchomieniu przejmowały zasilanie systemów pokładowych i stabilizowały pracę całej maszyny. Przy niskich obrotach wydawały niski, ciężki pomruk. Gdy wchodziły na wyższe obroty, dźwięk zmieniał się w głęboki, równy ryk. Gorące spaliny z czterech dysz uderzały w beton za samolotem i zamieniały powietrze w drgającą, falującą warstwę.
Drugi pilot kliknął przełącznik.
– Silnik 03.
Rozrusznik pneumatyczny zaczął obracać turbinę.
Na wskaźniku N2 pojawił się pierwszy ruch.
10 procent… 12…13…
Sprężarka zaczęła zasysać powietrze przez kanał dolotowy.
– Zapłon!
Wtryskiwacze podały mieszankę paliwa JP-8. W komorze spalania pojawił się błysk. Temperatura EGT wzrosła gwałtownie, ale zatrzymała się w dopuszczalnym zakresie. Po kilku sekundach silnik wszedł na wolne obroty. Niski pomruk przeszedł przez kadłub i siedzenia załogi.
– Trójka stabilna – zameldował drugi pilot.
Kolejny rozruch. Silnik numer cztery. Potem dwójka. Na końcu pierwszy. Każdy startował w tej samej sekwencji: rozruch pneumatyczny, zapłon, stabilizacja obrotów, przejęcie zasilania przez własną turbinę.
Po kilku minutach wszystkie cztery F101 pracowały razem. Dźwięk zmienił się z pojedynczego pomruku w głęboki, równy ryk. Powietrze za dyszami zaczęło falować. Strumień gorących spalin uderzył w beton i odbił się w górę niewidzialną falą.
Na płycie technik uniósł rękę z kciukiem w górę.
– Cztery silniki stabilne.
Pilot przesunął lekko przepustnicę.
Obroty wzrosły.
Cały samolot zadrżał ciężko, jak ogromny silnik okrętowy wchodzący na obroty. Oficer systemów defensywnych sprawdzał ekrany systemów walki elektronicznej.
– RWR aktywny. Zakłócacze w trybie gotowości.
Oficer systemów ofensywnych przesunął dłoń po panelu uzbrojenia. Na ekranie pojawił się schemat kadłuba. Trzy komory bombowe ustawione w osi samolotu. W każdej z nich znajdował się obrotowy bęben uzbrojenia – cylindryczny magazyn, który obracał się w komorze bombowej, ustawiając kolejne gniazda w pozycji do zrzutu. Mechanizm był prosty i brutalnie skuteczny: bęben obracał się o dokładnie jeden segment, drzwi komory otwierały się na kilka sekund, ładunek spadał, a komora natychmiast się zamykała.
Na schemacie dwa bębny były puste. Środkowy pokazywał jedno aktywne gniazdo. Reszta pozostawała wyłączona. Oficer powiększył obraz. Kontur bomby był oznaczony żółtym symbolem bezpieczeństwa i kodem uzbrojenia.
– Uzbrojenie potwierdzone – powiedział cicho.
Na ekranie zapaliła się zielona kontrolka:
ARMED – SAFE HOLD.
Pilot spojrzał na drugi samolot stojący kilkaset metrów dalej.
Drugi Lancer również kończył rozruch.
– Ellsworth Tower, tu Lancer 0-1. Silniki uruchomione. Gotowi do kołowania.
Na wieży kontroli lotów operator pochylił się nad ekranem radaru. Zielone punkty poruszały się powoli po siatce lotniska Ellsworth. Dwa największe odpowiadały bombowcom stojącym przy drodze kołowania.
Sięgnął po mikrofon.
– Lancer 0-1, tu Ellsworth Tower, zgoda na kołowanie do pasa trzy jeden.
W kabinie pierwszy pilot nacisnął przycisk nadawania na drążku sterowym.
– Tu Lancer 0-1. Przyjąłem.
Drugi pilot zwolnił hamulec postojowy. Na panelu zapaliła się zielona kontrolka.
Bombowiec ruszył powoli.
Najpierw prawie niezauważalnie. Podwozie główne skrzypnęło głucho, gdy ponad stutonowy samolot zaczął przetaczać się po betonie.
Drganie przeszło przez konstrukcję i weszło w fotele załogi.
Cztery turbiny F101 pracowały równo. Strumień spalin za samolotem zamieniał powietrze w falującą, przezroczystą warstwę.
Na płycie technicy patrzyli, jak ogromna maszyna powoli opuszcza stanowisko.
Za pierwszym bombowcem ruszył drugi.
Lancer 0-2 wytoczył się z płyty postojowej i ustawił w tej samej osi drogi kołowania. Odległość między nimi nie była duża, ale wystarczająca, aby strumień spalin z pierwszego nie uderzał w drugi samolot.
Dwa czarne kształty powoli przesuwały się przez noc Dakoty Południowej jak ciężkie statki na spokojnym morzu. Droga kołowania była oświetlona niebieskimi światłami. Beton błyszczał lekko od zimnego powietrza nocy. Piloci prowadzili samoloty powoli, kontrolując prędkość krótkimi impulsami przepustnic.
– Temperatura w normie – powiedział drugi pilot, patrząc na wskaźniki.
– Przyjąłem.
Samolot zbliżał się do końca drogi kołowania. Przed nimi otwierał się pas startowy. Pilot zatrzymał samolot na linii oczekiwania.
Na wieży operator obserwował parę bombowców przez szyby.
– Lancer 0-1, tu wieża. wiatr spokojny. Masz zgodę na start.
Pilot potwierdził i pchnął przepustnice do przodu.
Najpierw silniki weszły na pełną moc bez dopalania. Dźwięk turbin pogłębił się i zamienił w ciężki, pulsujący ryk.
Potem przesyłał przepustnice na pozycję dopalaczy.
W jednej chwili za czterema dyszami pojawiły się długie, pomarańczowe płomienie. Powietrze za samolotem eksplodowało gorącym strumieniem gazów.
Cała maszyna zadrżała.
Pilot zwolnił hamulce.
Bombowiec ruszył.
Najpierw powoli, jak ogromna masa, która musi pokonać własną bezwładność. Potem przyspieszenie zaczęło rosnąć. Podwozie tłukło o beton w szybkim rytmie. Światła pasa zaczęły przesuwać się coraz szybciej po bokach kabiny.
– Sto węzłów – zameldował drugi pilot.
Pilot trzymał drążek stabilnie, a samolot przyspieszał dalej.
– Sto pięćdziesiąt.
Strumień powietrza uderzał w kadłub coraz mocniej. Ster wysokości zaczynał reagować.
– Dwieście.
Pas startowy uciekał pod nimi jak przesuwająca się taśma.
– V1!
Punkt decyzji. Po tej prędkości startu nie można było już przerwać.
– Rotate!
Pilot pociągnął drążek do siebie. Nos samolotu uniósł się powoli. Najpierw kilka stopni. Potem więcej. Główne podwozie wciąż tłukło po betonie, aż w końcu ciężar maszyny zniknął z kół.
Bombowiec oderwał się od pasa.
Przez sekundę leciał tuż nad ziemią, nabierając prędkości. Potem zaczął wznosić się nad prerię.
– Podwozie w górę – powiedział dowódca.
Hydraulika zasyczała. Koła schowały się w kadłubie.
Pas startowy został za nimi. Światła Ellsworth Air Force Base zmniejszały się z każdą sekundą.
Dwa Lancer’y wspinały się teraz nad nocną Dakotą. Ich dopalacze rysowały w ciemności długie pomarańczowe ślady.
Na ziemi światła pasa świeciły dalej spokojnie, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
A dwa bombowce z ładunkiem nuklearnym rozpoczynały właśnie lot przez pół świata.
***
Generał Harris wyszedł z Situation Room jako jeden z ostatnich. Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z metalicznym kliknięciem zamka. W korytarzu Białego Domu było ciszej niż w sali narad. Nocna zmiana pracowała w półmroku, a jedynym dźwiękiem był szum klimatyzacji i stłumione kroki agentów Secret Service gdzieś dalej przy skrzyżowaniu korytarzy.
Harris szedł szybciej niż zwykle. W dłoni ściskał teczkę z dokumentami operacji. Na pierwszej stronie wciąż widniał nagłówek, który zobaczył kilka minut wcześniej przy stole narad.
BABYLON
Pod nim jedno zdanie zapisane prostą linią maszynowego druku:
NUCLEAR STRIKE AUTHORIZED
Generał zatrzymał się na chwilę. Patrzył na te słowa jak na coś, co nie powinno istnieć poza segregatorami gier wojennych.
Kilka metrów dalej w ścianie znajdowały się drzwi do niewielkiego pomieszczenia oznaczonego metalową tabliczką:
SECURE COMMUNICATIONS
Przed drzwiami stał żołnierz piechoty morskiej z Marine Security Guard.
Młody.
Nieskazitelny mundur.
Karabin przewieszony przez ramię.
Na dźwięk kroków generała stanął na baczność.
– Generale.
Harris już sięgał do klamki.
Marine uniósł rękę.
– Sir, to pomieszczenie wymaga autoryzacji.
Generał zatrzymał się w pół kroku.
Zmęczone oczy. Twarz napięta po kilku godzinach narady.
– Posłuchaj mnie uważnie – powiedział spokojnie. – Potrzebuję pięciu minut w tym pokoju.
Marine milczał.
– Jeśli ktoś będzie pytał, powiedz, że mnie tu nie było.
– Sir… potrzebuję autoryzacji.
Harris zrobił pół kroku bliżej.
– Synu… w tej pracy są momenty, kiedy procedura przychodzi za późno.
Marine patrzył na niego nieruchomo.
– Sir, nie mogę wpuścić nikogo bez…
– Posłuchaj.
Głos generała był niski i spokojny.
– Jeśli się mylę, dostaniesz ode mnie osobiste przeprosiny i będziesz mógł wpisać moje nazwisko w każdy raport, jaki napiszesz.
Cisza w korytarzu zgęstniała.
– Jeśli się nie mylę… za kilka godzin wydarzy się coś, czego nie da się już cofnąć.
Marine zmrużył oczy.
– Sir…
Harris nachylił się o centymetr bliżej.
– Coś, po czym ludzie na tej planecie będą zadawać jedno pytanie. Dlaczego nikt nie spróbował tego zatrzymać, kiedy jeszcze był na to czas.
Przez chwilę obaj stali nieruchomo. W korytarzu było słychać tylko szum wentylacji.
Generał dodał ciszej:
– Pięć minut. Tylko o to proszę.
Marine jeszcze przez sekundę patrzył mu w oczy.
Potem odsunął się od drzwi.
– Pięć minut, sir.
Harris otworzył drzwi i wszedł do środka.
Pomieszczenie było niewielkie. Biurko, dwa krzesła i ciężki, szary telefon STU-III stojący na środku stołu. Aparat był podłączony bezpośrednio do wojskowej sieci komunikacyjnej.
Generał położył teczkę na biurku. Na wierzchu znów widać było nagłówek operacji. Podniósł słuchawkę.
– Operator?
– Tu węzeł łączności Białego Domu.
– Połącz mnie z flagowym okrętem operacji w Zatoce. Priorytet.
Krótka cisza.
– Łączenie przez satelitę. Proszę czekać.
W słuchawce pojawił się szum. Potem kilka metalicznych kliknięć przełączanych kanałów. W końcu odezwał się głos.
– Flag communications.
– Tu generał Harris. Potrzebuję admirała.
Kilka sekund ciszy. Potem inny głos. Niższy. Zmęczony.
– Harris?
Generał usiadł ciężko na krześle.
– Jack… musisz mnie posłuchać.
– Co się dzieje?
Harris przez moment milczał.
– CIA przeforsowała opcję jądrową.
Cisza.
– Powtórz…
– Babylon. Prezydent podpisał uderzenie strategiczne.
Generał odetchnął powoli.
– Dwa B-1B są już w powietrzu.
Na mostku okrętu przez chwilę nie było słychać niczego poza szumem elektroniki.
– Z głowicami? – zapytał admirał.
– Tak.
– Chryste…
Harris spojrzał na zegar nad drzwiami.
W głowie szybko odtworzył trasę, którą widział na mapie kilka minut wcześniej.
Dakota Południowa. Atlantyk. Pierwsze tankowanie. Morze Śródziemne. Drugie tankowanie. Potem Irak.
– Masz jakieś osiem godzin – powiedział.
– Na co?
– Żeby spróbować coś zdziałać.
Po drugiej stronie ktoś wydał szybkie polecenie. W tle rozległy się kroki i przesuwane krzesła.
Admirał wrócił do rozmowy.
– Dlaczego mówisz to mnie?
Harris przez moment milczał.
– Bo znam cię od trzydziestu lat. I wiem, że jeśli ktoś spróbuje zrobić coś niemożliwego… to będziesz ty.
Dłuższa cisza.
W końcu admirał odezwał się spokojnie.
– Rozumiem.
– Jack…
– Tak?
– Jeśli na Babylon spadnie atom… nie wiem, jak świat na to zareaguje.
Po drugiej stronie słychać było tylko szum linii satelitarnej.
– Powodzenia.
Połączenie zostalo przerwane Generał odłożył słuchawkę. W pokoju łączności znów zapadła cisza.
Za drzwiami Marine spojrzał na zegarek. Minęło cztery i pół minuty.
A gdzieś wysoko nad Ameryką dwa Lancer’y kontynuowały swój marsz na wschód.
***
Świt nad Zatoką Perską był blady i zimny. Słońce dopiero zaczynało podnosić się znad linii horyzontu, zamieniając czarne morze w powoli jaśniejącą taflę stali. Nad pokładem lotniskowca wisiał zapach paliwa, soli i rozgrzanego metalu.
Na pokładzie lotniczym technicy już pracowali.
Ciągniki lotniskowe przetaczały się powoli między samolotami. Mechanicy sprawdzali panele serwisowe w kadłubach F-14 Tomcatów. Kilka metrów dalej obsługa uzbrojenia podwieszała bomby kierowane pod skrzydła A-6 Intruderów. W oddali warkot agregatów i sprężarek mieszał się z metalicznym stukiem narzędzi.
Dzień operacyjny właśnie się rozpoczynał.
Kilka pokładów wyżej, na mostku flagowym, panowała cisza.
Czerwone światło trybu nocnego odbijało się w ekranach radarów. Na wielkiej mapie operacyjnej świeciły zielone i bursztynowe znaczniki jednostek. Linie sektorów obrony przeciwlotniczej przecinały południowy Irak niczym siatka geometrycznych wzorów.
W samym środku mapy świecił jeden czerwony symbol.
BABYLON
Admirał stał nad stołem planowania. Powoli odłożył słuchawkę telefonu satelitarnego. Jeszcze przez chwilę patrzył na mapę. W głowie powtarzał liczby.
Osiem godzin… Może mniej.
Spojrzał na zegar.
07:12 czasu Zatoki.
Jeśli Harris się nie mylił, dwa B-1B Lancer były już w pobliżu wybrzeża Atlantyku.
I leciały wprost na Babylon.
– John… – powiedział spokojnie.
Adiutant stojący przy konsoli łączności podniósł głowę.
– Sir?
– Sprowadź mi tu CAG-a… Natychmiast.
Adiutant skinął głową.
– Tak jest, sir!
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi mostka.
Przy wyjściu stał Marine, wyprostowany jak słup. Mundur galowy był nienaganny: ciemna koszula, pas z mosiężną klamrą, biała czapka na głowie. Przy prawym biodrze wisiała kabura z pistoletem służbowym.
Marine skinął głową, gdy adiutant zbliżył się do drzwi.
– Sir.
Adiutant odpowiedział krótkim ruchem głowy.
– Idziesz ze mną.
Żołnierz ruszył za nim, krok w krok, po stalowej podłodze korytarza.
***
Kilka pokładów niżej w ready room było głośniej.
Rzędy metalowych krzeseł były prawie pełne. Piloci w zielonych kombinezonach siedzieli z kubkami kawy w dłoniach. Na ścianach wisiały zdjęcia rozpoznawcze, mapy Iraku i tablice z rozpisanymi parametrami paliwa.
Przy tablicy taktycznej stał CAG, dowódca skrzydła lotniczego lotniskowca. W jednej ręce trzymał wskaźnik, w drugiej kredę. Na tablicy była narysowana linia podejścia do celu.
– Jeśli wejdziecie z północnego sektora – powiedział – radar iracki zobaczy nas dopiero tutaj.
Stuknął wskaźnikiem w mapę.
– Dlatego kluczowym manewrem jest moment zejścia poniżej trzech tysięcy stóp. Wtedy…
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do środka wszedł adiutant admirała. Za nim Marine. Rozmowy w pomieszczeniu natychmiast ucichły. Kilkunastu pilotów jednocześnie odwróciło głowy. Adiutant podszedł do CAG-a.
– Sir. Admirał prosi, żeby udał się pan ze mną.
CAG spojrzał na niego spokojnie.
– Jestem w trakcie odprawy. Skończę briefing i przyjdę.
Adiutant nie drgnął.
– Sir… admirał powiedział: natychmiast.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
CAG odłożył wskaźnik na stół.
– Kapitanie, przekazano mi już parę razy, że coś jest „natychmiast”. – Spojrzał na zegarek. – Pięć minut nikogo nie zabije.
Marine stojący za adiutantem zrobił krok do przodu. Nic nie powiedział. Po prostu przesunął rękę bliżej kabury. W pomieszczeniu zaległa grobowa cisza. CAG spojrzał na niego. Potem na adiutanta.
Adiutant odezwał się spokojnie:
– Sir… admirał polecił mi pana przyprowadzić… natychmiast.
Przez sekundę nikt się nie ruszał. Piloci patrzyli w milczeniu na to niecodzienne widowisko. CAG westchnął cicho. Odłożył kredę i odwrócił się do sali.
– XO.
Oficer operacyjny siedzący w pierwszym rzędzie podniósł głowę.
– Sir?
CAG wskazał tablicę.
– Dokończ briefing.
XO wstał.
– Tak jest.
CAG oprzekazał wskaźnik i spojrzał jeszcze raz na zgromadzonych pilotów.
– Panowie, wygląda na to, że dzień właśnie zrobił się ciekawszy.
Odwrócił się do drzwi.
– Prowadźcie kapitanie.
Adiutant skinął głową a Marine otworzył drzwi. Trzej mężczyźni wyszli z ready room na korytarz. Za ich plecami piloci wciąż siedzieli w ciszy. Bo wszyscy wiedzieli jedno. Jeśli CAG jest wyciągany z odprawy w ten sposób… to gdzieś w tej wojnie właśnie wydarzyło się coś bardzo złego.
***
Pokład pod stopami drżał głęboko, jednostajnie. Reaktory pracowały wiele pokładów niżej, a ich rytm przechodził przez stalową konstrukcję okrętu jak powolne uderzenia serca. Korytarz był wąski. Niskie, matowe światła co kilka metrów malowały na ścianach żółtawe plamy. Stalowe grodzie były porysowane od uderzeń skrzyń, wózków i butów.
CAG szedł za adiutantem szybkim marszem. Marine z ochrony admirała trzymał się dwa metry za nimi. Pistolet w kaburze przy pasie kołysał się lekko przy każdym kroku. Minęli dwa zakręty, wąskie schody i kolejną grodź wodoszczelną. Im bliżej mostka flagowego, tym ciszej robiło się na korytarzach. Przy drzwiach do centrum operacyjnego adiutant zatrzymał się i otworzył drzwi.
– Sir.
CAG wszedł do środka.
Pomieszczenie było oświetlone czerwonym światłem trybu nocnego. Na stole operacyjnym leżała duża mapa południowego Iraku. W centrum mapy nadal świecił czerwony znacznik.
Admirał stał pochylony nad stołem.
W pomieszczeniu było jeszcze kilka osób. Kilku oficerów operacyjnych przy konsolach, nawigator z sekcji planowania i oficer łącznikowy lotnictwa.
Kiedy CAG wszedł do pomieszczenia, podniósł wzrok.
– Komandorze…
CAG skinął głową.
– Sir.
Admirał przeniósł wzrok na kapitana lotniskowca, potem na CAG-a.
– Kapitan zostaje. Komandor też.
Krótka pauza.
– Reszta panów – proszę opuścić pomieszczenie.
Oficerowie przy konsolach spojrzeli po sobie. Po krótkiej zwłoce krzesła przesunęły się po metalowej podłodze, a pomieszczenie opustoszało. Drzwi zamknęły się głucho.
Zostało tylko pięciu ludzi.
Admirał, kapitan lotniskowca, CAG, adiutant stojący pół kroku za admirałem i Marine z bezpośredniej ochrony przy drzwiach.
Admirał spojrzał na CAG-a.
– Przepraszam za te niecodzienne środki, ale liczy się każda minuta.
Komandor zmarszczył brwi.
– Co się dzieje?
Admirał wskazał mapę.
– Babylon.
Gortney spojrzał na czerwony znacznik.
– Próbowaliśmy wczoraj.
– Coś słyszałem…
Admirał mówił spokojnie.
– Operacja lądowa nie przebiła się przez obronę.
CAG pokiwał głową, czekając na dalszy ciąg.
Admirał przesunął palcem po mapie.
– Waszyngton zdecydował, że Babylon musi zostać zniszczony natychmiast…
– I?
Admirał spojrzał mu w oczy.
– Dwa B-1B Lancer lecą w tej chwili nad Atlantykiem.
Gortney przez sekundę nie zaskoczył. Potem do niego dotarło.
– Z ładunkami jądrowymi…
W pomieszczeniu zrobiło się bardzo cicho. Kapitan lotniskowca przestał oddychać na moment. Gortney powoli oparł dłonie o stół.
– Jezu…
Admirał wskazał zegar.
– Mamy niecałe osiem godzin…
Pot na karku pojawił się niemal jak na zawołanie. Admirał wskazał mapę.
– Mamy osiem godzin, żeby zrobić coś szybciej niż oni. Jakiś pomysł?
Gortney przez chwilę milczał.
Potem wziął głęboki oddech.
– Opcje są trzy.
Wskazał mapę.
– Intrudery.
Palec przesunął się nad Zatoką.
– A-6 mogą unieść ciężkie kierowane bomby i dolecieć. Ale potrzebują osłony.
Spojrzał na admirała.
– To oznacza dużą formację.
Palec zatoczył szeroki krąg nad mapą.
– Myśliwce, samoloty uderzeniowe…
– Duży ślad radarowy… – powiedział kapitan lotniskowca.
Gortney skinął głową.
– Dokładnie. Irakijczycy zobaczą naszą wycieczkę z daleka, czyli stracimy element zaskoczenia.
Przesunął palec dalej.
– Druga opcja: F-18-tki. Hornety nie potrzebują eskorty myśliwskiej.
– Mniejsza formacja… – zamyślił się admirał.
– Tak – Gortney przytaknął – ale problemem będzie zasięg.
Palec zatrzymał się nad Zatoką.
– Muszą tankować.
Popukał palcem w mapę.
– Tankowce oznaczają eskortę. A to znowu oznacza duży ślad radarowy.
Zamyślił się.
– Pozostaje trzecia opcja.
Spojrzał na admirała.
– Tomcaty.
– F-14? – zdziwił się admirał.
Gortney skinął głową.
– Duży zasięg, potencjał samoobrony, podejście na niskim pułapie.
Palec przesunął się po mapie.
– Dwie maszyny. Wchodzą samotnie, każdy po cztery bomby Mk-84…
Chwila ciszy.
– Czy to stanowi problem? – zapytał admirał.
– Tomcaty nie przenoszą uzbrojenia kierowanego.
– Czyli pozostaje klasyczne bombardowanie?
– Tak. Problemem będzie celność. Niski pułap, szybki przelot i zrzut. Tylko jedna szansa – dokończył Gortney.
Admirał spojrzał na niego uważnie.
– Kogo wyznaczysz do tej misji?
Gortney przez chwilę nie odpowiedział.
Potem powiedział spokojnie:
– Siebie.
– Zatwierdzam. A skrzydłowy? – Admirał zmrużył oczy. – Kto miał najlepsze wyniki w bombardowaniu na F-14?
Gortney westchnął.
– Reina Costanos. Ale ona jest zawieszona w lotach.
Kapitan spojrzał na admirała.
– Dochodzenie po ostatniej akcji nadal trwa.
Admirał przeniósł wzrok na Gortney’a.
– O ile dobrze rozumiem – powiedział powoli – to ona jest najlepsza w te klocki?
– Tak.
– I ma trzy zestrzelenia w rzeczywistej walce, a nie na symulatorze?
Admirał oparł dłonie o stół.
– Tak, trzy – odparł wolno Gortney.
– Czyli więcej niż ty.
Gortney zacisnął pięści.
Admirał spojrzał na niego twardo.
– To nie jest misja treningowa. Być może ważą się losy świata, więc przestań mi pieprzyć o procedurach! O której startujecie?
Gortney przez chwilę nie odpowiedział.
Mięśnie szczęki napięły mu się tak mocno, że aż poczuł ból przy skroni. W pomieszczeniu nagle zrobiło się duszno mimo działającej klimatyzacji. Czerwone światło lamp odbijało się od mapy, od metalowej krawędzi stołu, od pistoletu przy pasie Marine stojącego przy drzwiach.
Admirał patrzył na niego bez mrugnięcia.
– O której startujecie komandorze? – powtórzył spokojnie.
Gortney wciągnął powietrze przez nos.
– Czterdzieści pięć minut na przygotowanie. Piętnaście na start.
Admirał skinął głową.
– Masz godzinę. Odmaszerować.
Gortney odsunął się od stołu.
Metalowe krzesło stuknęło lekko o podłogę. Odwrócił się i ruszył do drzwi. Marine przy wejściu odsunął się pół kroku, robiąc przejście. Drzwi zamknęły się za CAG-iem z głuchym stukiem.
***
Minął dwie grodzie i wąską klatkę schodową. Na końcu korytarza pojawiły się drzwi z oznaczeniem:
READY ROOM 3
CAG nawet nie zwolnił.
W środku trwała odprawa sekcji F-18. Kilku pilotów siedziało przy stole, dwóch stało przy tablicy taktycznej. Na ścianie wisiała mapa północnego Iraku z zaznaczonymi sektorami obrony przeciwlotniczej.
Oficer operacyjny właśnie coś tłumaczył, wskazując markerem jedną z linii na mapie.
– …jeśli wejdziecie tędy, radar w Basrze wyłapie was po trzydziestu sekundach…
Urwał w pół zdania.
Drzwi odbiły się od ściany.
CAG wparował do środka.
Rozmowy ucichły jak nożem uciął.
Kilku pilotów wyprostowało się na krzesłach. Jeden z młodszych odruchowo wstał.
Komandor rozejrzał się szybko po sali.
– Kontynuujcie – rzucił krótko do oficera operacyjnego.
Potem spojrzał na jednego z pilotów przy stole.
– Gdzie jest Reina?
Pilot zawahał się sekundę.
– Sir… odsunął ją pan od lotów…
Posłał mu ciężkie spojrzenie.
– Jest w warsztacie. Przy systemach nawigacyjnych.
Skinął głową. Odwrócił się i wyszedł tak samo szybko, jak wszedł.
Schody prowadziły w dół. Wąskie, strome, z metalowymi stopniami startymi do połysku przez tysiące butów. Chwycił poręcz i zszedł dwa pokłady niżej. Im dalej od pokładu lotniczego, tym powietrze robiło się gęstsze. Pachniało hydrauliką, smarem i gorącym metalem. Minął magazyn części awioniki. Potem pomieszczenie serwisowe. Na końcu korytarza drzwi były otwarte. Na tablicy obok widniał napis:
AVIONICS WORKSHOP
W środku było jasno. Lampy warsztatowe świeciły ostrym, białym światłem.
Reina siedziała przy stole roboczym.
Przed nią leżał rozebrany panel z modułu nawigacyjnego. Obok kilka kart diagnostycznych i oscyloskop. Kombinezon lotniczy miała podwinięty do łokci, ręce zabrudzone smarem. Jej RIO stał przy metalowej szafce z dokumentacją i czytał instrukcję systemu INS.
– Jeśli to jest błąd w żyroskopie, to trzeba wymienić cały moduł, nie tylko płytkę – powiedział.
Reina nie podniosła wzroku.
– Najpierw sprawdzę stabilizację napięcia.
RIO wzruszył ramionami. W tym momencie drzwi zaskrzypiały. Oboje podnieśli głowy jak na komendę. CAG stanął w progu.
– Sir?
Komandor wszedł dwa kroki do środka. Rozejrzał się po stole.
Rozebrany panel.
Narzędzia.
Elektronika.
Pilot myśliwca zamieniony w technika.
– Zostaw to – powiedział.
Reina zmarszczyła brwi.
– Słucham?
– Przywracam was do lotów w trybie natychmiastowym.
Ibarra wyprostował się.
– Jak to?
Reina spojrzała na niego uważnie.
– Co się stało?
CAG odpowiedział jednym słowem.
– Misja specjalna. Zgłosiliście się na ochotnika.
Ibarra rzucił instrukcję na stół. Kartki przesunęły się po metalowym blacie i zatrzymały na rozebranym panelu INS. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Słychać było tylko cichy szum wentylatorów chłodzących elektronikę i niski pomruk okrętu gdzieś głęboko pod pokładami.
Reina patrzyła na CAG-a nieruchomo.
– Na ochotnika? – powtórzyła spokojnie.
Gortney skinął głową.
– Tak.
Reina odsunęła się od stołu.
– Cel?
Odpowiedział bez wahania.
– Babylon.
Switch zmrużył oczy.
– Superdziało Saddama?
– Dokładnie.
Reina oparła dłonie o blat.
– A nie próbowali tego wziąć pancerniacy?
– Próbowali. Zatrzymali ich.
Reina patrzyła na CAG-a.
– Dlaczego my?
– Byłaś najlepsza w bombardowaniu Tomcatem.
RIO prychnął.
– Tomcat nie jest bombowcem.
– Dzisiaj jest.
Reina wytarła smar z dłoni o nogawkę kombinezonu.
– Skąd ta nagła panika?
CAG odpowiedział spokojnie:
– Bo jeśli my tego nie zrobimy, zrobi to CIA. I za kilka godzin wyrosną dwa małe słońca nad pustynią.
Ibarra zamarł.
– Matko…
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Gdzieś w korytarzu przejechał wózek serwisowy. Metal zadzwonił o stalową podłogę.
– Start za niecałą godzinę.
RIO powoli wypuścił powietrze. Reina zamknęła skrzynkę z narzędziami.
– Kto prowadzi?
– Ja.
– Ile samolotów?
– Dwa.
– Gdzie odprawa?
– U admirała. Teraz.
CAG odwrócił się do drzwi.
Reina zgasiła lampę warsztatową. Pomieszczenie przygasło, zostało tylko światło z korytarza. Panel INS nadal leżał rozebrany na stole.
Niedokończona robota.
***
Admirał nadal stał przy stole operacyjnym. Kapitan lotniskowca obok niego, dłonie oparte o metalową krawędź blatu.
Na mapie południowego Iraku świecił znajomy, czerwony punkt.
Gdy Reina i Ibarra weszli do pomieszczenia, admirał podniósł wzrok.
– Dobrze że jesteście.
Czerwone światło lamp odbijało się w przezroczystej folii mapy.
– Czas jest naszym największym przeciwnikiem – powiedział spokojnie.
Palec admirała zatrzymał się na czerwonym znaczniku.
– Cel: superdziało Babylon. Kompleks betonowych stanowisk i infrastruktury pomocniczej. Próba przełamania lądem została zatrzymana.
Krótka pauza.
– Pentagon wysłał już w powietrze rozwiązanie strategiczne.
Spojrzał na wszystkich po kolei.
– Dwa B-1B Lancer są w powietrzu. Z ładunkami jądrowymi.
Admirał cofnął rękę znad mapy.
– Jeśli Babylon nadal będzie operacyjny kiedy tam dotrą…
Spojrzał na CAG-a.
– Komandorze, proszę przedstawić plan.
Gortney pochylił się nad stołem. Obok niego stanął RIO Lowella – z opatrunkiem wciąż widocznym przy linii kołnierza. Katapultowanie kilka dni wcześniej pozostawiło trwały ślad.
Rozłożył dodatkową folię z trasą i przesunął palcem od Zatoki w głąb Iraku.
– Startujemy w dwie maszyny.
– Lecimy nisko przez większość trasy. Dwieście stóp nad ziemią max.
Palec przesuwał się powoli po mapie.
– Radar może nas złapać dopiero wtedy, kiedy będziemy już w sektorze celu.
Reina pochylił się nad mapą.
– Obrona przeciwlotnicza?
CAG skinął głową.
– Lufowa i rakietowa.
Wskazał kilka punktów na mapie.
– Tu. Tu. I tu.
Reina patrzyła na linię podejścia.
CAG wskazał czerwony punkt Babylonu.
– Uzbrojenie: cztery bomby Mk-84 na samolot.
Zatoczył palcem szeroki owal nad celem.
– Nie celujemy w jeden punkt. Przykrywamy całą konstrukcję. Lufa działa, platforma, budynki techniczne, wszystko wokół. Osiem bomb w jednym przelocie.
Reina skinęła głową.
– Nalot dywanowy.
– Dokładnie.
Ibarra spojrzał na linię wyjścia.
– A po zrzucie?
CAG przesunął palcem na południe.
– Pełna prędkość i trzymamy niski pułap aż do wód Zatoki.
– Będziecie prawie na pustych zbiornikach – wtrącił kapitan lotniskowca.
CAG skinął głową.
– Dlatego tutaj spotkamy się z tankowcem.
Wskazał punkt nad Zatoką.
– KA-6D Intruder będzie czekał tutaj.
Reina zmrużyła oczy.
– Jedna cysterna?
– Jedna.
– Oby się nie spóźnili…
CAG spojrzał na nią ciężko.
– Wtedy będziemy mieli poważny problem.
Admirał spojrzał na zegar na ścianie.
– Okno czasowe właśnie się zamyka.
CAG wyprostował się.
– To wszystko. Do maszyn.
***
Poranek zadomowił się nad Zatokę Perską już na dobre. Słońce stało nisko, ale zaczynało świecić ostrzej. Promienie odbijały się od wody i mokrej stali pokładu tak bezlitośnie, że każdy kontur wydawał się niczym wycięty brzytwą – sylwetki samolotów, ludzi i wózków z amunicją odcinały się od bieli linii prowadzących do katapult z bolesną ostrością. Wiatr od dziobu niósł sól, zapach paliwa i ten gorzki, metaliczny zapach rozgrzanej hydrauliki, który na lotniskowcu był obecny zawsze, nawet kiedy nic jeszcze nie latało.
Reina wyszła za CAG-iem na pokład i od razu poczuła zmianę przestrzeni.
W środku okrętu wszystko było wąskie, bliskie, stalowe. Tutaj świat otwierał się nagle w światło, hałas i ruch. Otwarta przestrzeń jednak nie dawała ulgi. Odbierała osłonę.
Na dziobowym pokładzie przed nadbudówką lotniskowca po prawej burcie stały dwa Tomcaty.
Tym razem nie wyglądały jak myśliwce gotowe do CAP. Nie miały podwieszonych Phoenixów ani Sparrowów, które zwykle budowały ich sylwetkę. Pod kadłubami wisiały grube, szare, ciężkie cylindry bomb Mk-84. Cztery na każdą maszynę. Prawie tona każda.
Reina popatrzyła na swojego F-14B.
Owiewka była otwarta. Drabinka opuszczona. Pod skrzydłem klęczał „czerwony” z obsługi uzbrojenia i sprawdzał przewody zapalników. „Zielony” przy przednim podwoziu oglądał siłownik i coś meldował przez interkom do człowieka stojącego przy wózku z zasilaniem naziemnym.
Na pokładzie nic nie stało w miejscu.
Żółte kamizelki kierowały ruchem. Zielone kończyły serwis. Czerwone zabierały puste wózki po amunicji. Fioletowe przeciągały przewód paliwowy do stojącego dalej KA-6D, który miał ich później utrzymać przy życiu. Wszystko miało swoją kolejność oraz swoje okno czasowe. Wszystko miało też swój koszt, jeśli ktoś spóźni się o trzydzieści sekund albo pomyli gest.
CAG zatrzymał się pomiędzy maszynami. RIO CAG-a – ten sam, którego jeszcze niedawno wyciągali z wody po katapultowaniu samolotu Lowella – szedł już do pierwszej maszyny. Ruchy miał sztywne. Szedł normalnie, ale ciało jeszcze pamiętało tamte wydarzenia. Jedna ręka na moment dotknęła kadłuba, jakby potrzebował metalowego potwierdzenia, że samolot stoi, a nie tonie w wodach zatoki.
Ibarra stanął obok Reiny i spojrzał na uzbrojenie.
– Ładnie to to nie wygląda – szepnął.
Reina nie odpowiedziała.
CAG odwrócił się do nich. W świetle poranka wyglądał starzej niż godzinę wcześniej u admirała. Nie bardziej zmęczony – raczej zapadnięty w sobie, jakby przez ostatnie czterdzieści minut grawitacja zaczęła działać na niego dwa razy mocniej niż na resztę świata.
– Jeszcze raz – powiedział. – Krótko.
Wskazał najpierw pierwszy myśliwiec.
– Ja prowadzę, ty na moim skrzydle.
Reina skinęła.
– Profil lotu bez zmian. Idziemy nisko od początku. Bez dopalaczy. Oszczędzamy paliwo na powrót.
Wskazał bomby pod kadłubem swojej maszyny.
– Cztery na samolot. Żadnych cudów. Żadnych ponownych podejść. Wchodzimy, zrzucamy i spieprzamy.
CAG przeniósł wzrok na Reinę.
– Po moim zrzucie nie czekasz na potwierdzenie z floty. Patrzysz na obiekt. Jeśli nadal stoi, wchodzisz od razu.
– Roger!
Za ich plecami katapulta numer dwa syknęła parą gdzieś niżej pod pokładem. Dźwięk był krótki, ale ciężki. CAG zrobił krok bliżej.
– Nie mamy eskorty, nie mamy SEAD, nie mamy drugiej fali i nie mamy czasu. Mamy dwa Tomcaty i osiem bomb. To wszystko, czym dysponujemy.
Reina poczuła suchość pod językiem.
Nie ze strachu. Z prostoty równania. Im mniej elementów w planie, tym mniejszy margines błędu.
– Pytania? – zapytał CAG.
Nikt się nie odezwał.
Spojrzał przeciągle na Reinę.
– Nie zawiedź mnie.
Skinęła głową i ruszyła w stronę maszyny.
Pokład był śliski od wilgoci i paliwa w miejscach, gdzie coś przeciekło albo zostało przetoczone w pośpiechu. Szła ostrożnie, ale szybko. „Zielony” przy drabince zauważył ją i natychmiast odsunął się pół kroku.
– Samolot gotów do rozruchu – rzucił.
Spojrzała pod kadłub.
Mechanizm był brutalnie prosty. Skoro nie mieli uzbrojenia kierowanego i nie mogli wybierać pojedynczych punktów ataku, musieli przykryć cały obiekt falą zniszczenia. Zrzucić tyle materiału wybuchowego, żeby konstrukcja zniknęła nie dlatego, że trafili w jeden idealny punkt, ale dlatego, że cel po prostu wyparował.
Babylon był długi.
Jeśli miał zostać całkowicie zniszczony, trzeba było przelecieć nad nim i rozłożyć zrzut na całą konstrukcję – lufę, łoże i zabudowę techniczną. Jeden Tomcat nie dawał takiej pewności. Dwa już tak.
Pod warunkiem, że oba dolecą.
Reina wspięła się do kokpitu. Blacha była jeszcze chłodna po nocy, ale słońce już zaczynało ją podgrzewać. Chwyciła ramę owiewki i wsunęła się w fotel. Kabina przyjęła ją znajomym zapachem rozgrzanego plastiku, elektroniki i powietrza zamkniętego w instalacji tlenowej samolotu.
Ibarra wdrapał się za nią na drugi fotel.
Włączyła zasilanie. Tablice przyrządów zapaliły się kolejno. Najpierw pojedyncze kontrolki. Potem całe sekcje. W słuchawkach pojawił się biały szum.
– Sprawdzam łączność – powiedziała.
– Słyszę cię – odparł Ibarra – głośno i wyraźnie.
Na lewo CAG był już w kabinie swojej maszyny. Widziała go przez szybę i metalową ramę owiewki. Sylwetka pochylona nad panelem. RIO CAG-a siedział z tyłu. Głowa niżej niż zwykle. Morze zdążyło odcisnąć na nim swój ślad. Sól w gardle. Szarpnięcie uprzęży przy otwierającym się spadochronie. Zieloną ścianę wody idącą prosto na twarz. I tę najgorszą sekundę po uderzeniu, kiedy człowiek jeszcze nie wie, czy wypłynął, czy już tonie.
Silniki pomocnicze zawyły.
Przy pierwszym Tomcacie obsługa odsuwała zewnętrzne zasilanie.
Reina uruchomiła pierwszy silnik.
Sprężarka weszła na obroty. Dźwięk narastał płynnie, aż w końcu zapłon dał ten krótki, gardłowy skok tonu, po którym maszyna zaczynała naprawdę żyć. Drganie przeszło przez oparcie fotela w łopatki.
Potem odpaliła drugi.
Przez oszklenie widziała, jak CAG zakończył rozruch kilka sekund wcześniej. Jego maszyna była gotowa pierwsza. Żółta kamizelka wskazała mu ruchem ręki drogę do katapulty. Tomcat drgnął i potoczył się w stronę katapulty numer 1. RIO CAG-a odwrócił głowę lekko w prawo i na sekundę spojrzał na ich maszynę. Reina nie wiedziała, czy to kontrola skrzydłowego, czy odruch człowieka, który kiedyś już patrzył na inny samolot zbyt długo, zanim spadł do morza.
– Ruszamy – powiedziała.
Puściła hamulce.
Tomcat ruszył do przodu.
Podwozie stukało lekko po łączeniach płyt pokładu. Przed nią żółte kamizelki dawały krótkie, agresywne znaki rękami – szybciej, prosto, stop, lewo, dociągnij. Wszystko w rytmie, który nie znosił zawahania. Kołowała pomału na katapultę numer dwa.
CAG był już na jedynce.
Jego Tomcat stał przypięty do wózka startowego na lewej katapulcie. Załoga pokładowa kucała przy przednim podwoziu. Jeden z ludzi podniósł rękę. Drugi dopinał zaczep. Nawet przez oszklenie kabiny Reina słyszała to krótkie, suche uderzenie stali o stal.
Przed jej maszyną żółta kamizelka prowadziła ją na tor katapulty numer dwa.
– Stop!
Myśliwiec zatrzymał się z lekkim szarpnięciem.
Pod dziobem jej maszyny obsługa pokładowa natychmiast weszła do pracy. Jeden człowiek padł na kolano przy goleni przedniego podwozia. Drugi wsunął się niżej, pod zaczep. Trzeci stał z boku i patrzył tylko na ręce kolegów, by samym wzrokiem wyłapać błąd, zanim przerodzi się on w katastrofę.
Jeden zdecydowany ruch.
Zaczep wszedł.
Ten dźwięk był krótki, twardy i ostateczny.
Reina czuła, jak palce same mocniej zaciskają się na drążku.
Na wspólnej częstotliwości odezwał się admirał.
Głos był czysty, twardy, bez ozdobników.
– Hammer flight, tu Flag Bridge. B-1B minęły trawers Cypru. Czas do wejścia w korytarz ataku: dziewięćdziesiąt dwie minuty.
Nikt się nie odezwał.
Admirał dodał:
– Powodzenia.
CAG odpowiedział pierwszy.
– Hammer 0-1, przyjąłem.
Reina nacisnęła nadawanie.
– Hammer 0-2, przyjęłam.
Radio zamilkło.
Na dziobie CAG siedział nieruchomo w swojej maszynie. Owiewka zamknięta. Głowa lekko pochylona. Dłonie na drążku i przepustnicach.
Za chwilę wystartuje jako pierwszy.
Reina widziała go przez warstwę szkła, ciepłe drżenie powietrza nad pokładem i ruch ludzi przy katapulcie. Potem przyjdzie kolej na nią.
Dwa Tomcaty.
Osiem bomb.
Półtorej godziny do chwili, w której gdzieś daleko dwa Lancery otworzą komory bombowe i rozpętają globalny armagedon.
Kontrola końcowa.
CAG uniósł rękę.
Salut.
Oficer katapulty odpowiedział tym samym krótkim ruchem.
Ludzie przy katapulcie zastygli dokładnie tam, gdzie trzeba. Żółte kamizelki odskoczyły w bok. Obsługa zeszła z toru. Gorące powietrze z dysz silników falowało nad stalą pokładu.
Potem CAG pchnął przepustnice maksymalnie do przodu.
Dźwięk zmienił się natychmiast. Dwa silniki Tomcata weszły na wysokie obroty ciężkim, gardłowym rykiem. Kadłub drgnął. Nad pokładem przebiegła fala gorąca.
Jeszcze sekunda…
Jeszcze pół…
Katapulta wyrzuciła samolot CAG-a w powietrze.
Jego Tomcat zniknął z dziobu okrętu w jednym brutalnym szarpnięciu, jakby stalowy pokład po prostu wypluł maszynę w poranne niebo. Para uciekła spod nosa samolotu, gorące powietrze zadrżało nad katapultą, a zaraz potem przyszła kolej Reiny.
Nie było płynnego przyspieszenia. Był cios.
Pokład uciekł spod kół tak gwałtownie, że na ułamek sekundy świat zamienił się w jedną białą smugę światła, pary i stali.
A potem pod nimi nie było już nic poza wodami Zatoki.
– Podwozie w górę – powiedziała.
Głuchy stuk w kadłubie. Koła zamknęły się w komorach. Tomcat wyrównał lot zaledwie kilkaset stóp nad taflą i zaczął przyspieszać.
Przed nią, kilkaset metrów dalej, maszyna CAG-a przechodziła już w łagodny skręt. Jej sylwetka falowała przez gorące powietrze i poranne odbicia słońca na wodzie.
– Hammer 0-2 dołącza po prawej – nadała.
– Hammer 0-1, przyjąłem.
Weszła na pozycję skrzydłowego. Nie za blisko. Tak, żeby widzieć całą maszynę CAG-a, ruch skrzydeł, kąt przechylenia, ale zostawić sobie margines na każdą wymaganą korektę lotu. Morze pod nimi było jasne i płaskie, pocięte światłem poranka.
W kabinie powrócił rytm pracy.
Kliknięcia przełączników. Szum w słuchawkach. Niski pomruk silników niosący się przez konstrukcję samolotu.
– Parametry w normie – powiedział Ibarra.
– Przyjęłam.
Przez kilka sekund lecieli dalej bez słów.
Dwa Tomcaty. Osiem Mk-84. Dziewięćdziesiąt minut do chwili, w której dwa bombowce strategiczne otworzą nad pustynią swoje komory bombowe.
***
Wybrzeże Iraku zaczynało się rysować przed nimi jako cienka, piaskowa linia oddzielająca jasne morze od jeszcze jaśniejszego lądu. Im bliżej byli brzegu, tym bardziej rosła przed nimi pustynia. Płaska. Otwarta. Nieprzyjazna.
CAG przechylił maszynę odrobinę w lewo, wyznaczając nowy kurs.
– Hammer flight, schodzimy. Od teraz cisza w eterze.
– Hammer 0-2, przyjęłam.
Reina pchnęła drążek.
Nos Tomcata opadł. Horyzont uniósł się w szybie. Wysokościomierz zaczął opadać.
Pięćset stóp…
Trzysta…
Dwieście…
Woda i piach zaczęły pędzić szybciej.
– Sto pięćdziesiąt – rzucił do interkomu Ibarra.
CAG był niżej. Reina zeszła za nim.
Sto stóp nad wodą to już nie był lot. To było utrzymywanie katastrofy w stanie odroczonym.
Weszli nad ląd. Brzeg zarysował się pod nimi i nagle morze zniknęło.
Woda, a teraz już piach, przestały być tylko tłem. Stały się przeciwnikiem. Każda nierówność terenu, każdy nasyp, każdy cień mógł nagle urosnąć do rozmiaru ściany, jeśli pilot spóźni ruch o sekundę.
Silniki pracowały bez dopalaczy na pełnej mocy bojowej, która miała ich donieść do celu i zostawić jeszcze czas na odejście. Paliwo schodziło szybciej, niż zazwyczaj podczas lotów patrolowych. Niski pułap i prędkość miały maskować ich przed radarami.
– Prędkość czterysta sześćdziesiąt – zameldował Ibarra.
Pustynia wyglądała z tej wysokości inaczej niż z briefingów. Nie była wielką, pustą planszą. Była gęsta od szczegółów. Kamienne pasy. Suche koryta. Niskie wały. Cienie od zabudowań. Smugi kurzu na drogach, których z góry prawie nie było widać, dopóki nie zeszli tak nisko.
Wszystko płynęło pod kabiną z prędkością, która nie zostawiała miejsca na błąd.
Ibarra milczał chwilę, potem odezwał się znowu, ciszej.
– Myślisz, że RIO CAG-a da radę?
Reina spojrzała odruchowo na Tomcata dowódcy.
Maszyna leciała stabilnie. Równo. Żadnych wahań. Żadnych mikro-poprawek, które zdradzałyby niepewność w kabinie.
– Musi.
Nie dodała nic więcej.
Poprawiła lekko chwyt na drążku.
Pod nimi pustynia. Za nimi została Zatoka. Gdzieś daleko za horyzontem leciały już większe samoloty z ostateczną odpowiedzią na pokładzie.
***
Wybrzeże dawno zniknęło za nimi.
Morze ustąpiło miejsca pustyni. Najpierw cienki pas jasnego piachu, potem sucha ziemia poprzecinana drogami, kanałami i liniami niskich nasypów. Z tej wysokości wszystko wyglądało jak mapa, która nagle zaczęła się poruszać.
Reina trzymała maszynę nisko. Wysokościomierz radiowy pracował bez przerwy, cyfry przesuwały się szybko.
150 stóp…
130…
140…
– Sto siedemdziesiąt AGL – powiedział Ibarra. – Za wysoko!
– Widzę, kontruję.
Przed nimi CAG prowadził dokładnie na tej samej wysokości. Jego Tomcat szedł nisko nad pustynią, około stu pięćdziesięciu stóp nad ziemią. Skrzydła były już mocno cofnięte – automat cofnął je prawie maksymalnie do tyłu przy tej prędkości.
Czterysta czterdzieści węzłów.
Na takim pułapie nie było stabilnego lotu. Było tylko ciągłe korygowanie wysokości. Minimalne wychylenia drążka, minimalne ruchy przepustnic. Każda sekunda opóźnienia oznaczała spotkanie z ziemią.
Maskowanie radarowe działało tylko tak długo, jak długo teren zasłaniał ich przed antenami.
Krzywizna przestrzeni radarowej i przeszkody terenowe tworzyły okna niewidzialności. Każdy radar naziemny wykrywał tylko to, co wystawało ponad linię horyzontu radiowego. Lecąc na stu – dwustu stopach, Tomcat pojawiał się na ekranie dopiero wtedy, gdy był już bardzo blisko.
Ale to działało w obie strony.
Jeśli radar ich zobaczy, czas reakcji na obronę będzie bardzo krótki.
– Odległość do Babylonu: trzydzieści dziewięć mil – rzucił do interkomu Ibarra.
Reina nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową, choć wiedziała, że nikt tego nie zobaczy.
Powietrze nad pustynią było spokojniejsze niż nad wodą, ale ziemia była gorszym przeciwnikiem. Każdy nasyp, każda linia wysokiego napięcia, każdy pojedynczy budynek mógł w tej prędkości zamienić się w przeszkodę nie do ominięcia.
CAG delikatnie przechylił maszynę w prawo. Reina powtórzyła ruch pół sekundy później. Dwa Tomcaty przecięły wąską dolinę pomiędzy niskimi pagórkami.
W tylnej kabinie Ibarra zaczął pracować przy radarze i odbiornikach ostrzegawczych.
– RWR czysty – powiedział.
Reina wiedziała, że to nie potrwa długo.
Babylon nie był samotnym obiektem na pustyni. Kompleks był broniony tak, jak broni się czegoś, co ma przetrwać wielokrotny atak.
Warstwowo.
Najdalej pracowały radary dozoru. Duże anteny przeszukujące przestrzeń nad pustynią. Ich zasięg liczono w setkach kilometrów, ale na niskim pułapie były prawie ślepe.
Potem były radary naprowadzania rakiet przeciwlotniczych.
Bliżej zaczynała się właściwa obrona.
Rakiety ziemia–powietrze rozmieszczone wokół kompleksu.
Stanowiska artylerii lufowej.
Mobilne zestawy przeciwlotnicze, najgorsze na tym pułapie – ZSU-23-4 Szyłki.
Cztery działka kalibru dwadzieścia trzy milimetry, radar na wieży i załoga, która potrafiła zalać niebo gęstą chmarą pocisków w kilka sekund.
Na niskim pułapie nie walczyło się z pojedynczym systemem.
Walczono z gęstością ognia.
– Trzydzieści trzy mile – zameldował Ibarra z tylnego fotela.
Reina spojrzała na sylwetkę myśliwca CAG-a.
Wiedział dokładnie to samo.
Pierwsze wykrycie nie zawsze oznaczało natychmiastowy strzał. Obrona często pozwalała samolotowi wejść głębiej w broniony obszar. Im bliżej celu, tym trudniej było potem mu uciec.
Jeśli odpalisz za wcześnie, pilot może jeszcze wyjść z zasięgu ognia.
Jeśli poczekasz, by wszedł w środek sektora baterii przeciwlotniczej – nie ma już gdzie się ukryć.
To była matematyka przestrzeni.
– Dwudziesta ósma mila – rzucił Ibarra z tylnego fotela.
Wskaźnik RWR odezwał się nagle krótkim, ostrym sygnałem.
Na ekranie pojawił się pierwszy znak emisji radarowej.
– Kontakt radarowy. Tryb poszukiwania – powiedział Ibarra spokojnie.
Reina poczuła, jak mięśnie karku napinają się pod hełmem.
Ktoś na ziemi zaczął ich wypatrywać.
CAG nie zmienił kursu.
Dwa Tomcaty leciały dalej nisko nad pustynią, przecinając kolejne pasy suchych pól i wąskich dróg.
– Dwudziesta piąta mila.
RWR zapiszczał znowu.
Tym razem dłużej.
– Kolejny radar. Inny sektor.
Reina wiedziała, co to znaczy.
Wchodzili w strefę obrony.
Im bliżej byli celu, tym mniej było przestrzeni pomiędzy stanowiskami. Każda mila zbliżała ich do miejsca, gdzie pole ostrzału rakiet, działek i mobilnych stanowisk zaczynały się na siebie nakładać.
CAG przechylił maszynę minimalnie w lewo.
Reina podążyła za nim.
Przed nimi, daleko na horyzoncie, pojawił się pierwszy nienaturalny kształt na pustyni.
Cienka, ciemna linia przecinająca jasny teren.
– Wizualny kontakt z obiektem – powiedział CAG.
Babylon.
Jeszcze daleko.
Ale już wystarczająco blisko, żeby obrona zaczęła patrzeć uważniej.
Prędkość czterysta czterdzieści węzłów.
Wysokość sto siedemdziesiąt stóp.
Przed nimi strefa ognia.
Za nimi tylko pusta pustynia i morze, którego już nie było widać.
***
Cel był widoczny przed nimi od kilku minut.
Najpierw był tylko cienką linią na horyzoncie. Teraz rósł z każdą sekundą lotu. Przy prędkości ponad czterystu węzłów dystans malał szybko. To, co chwilę wcześniej było ciemnym kształtem na tle pustyni, zaczynało nabierać szczegółów.
Platformy techniczne. Betonowe podpory. Długie odcinki infrastruktury ciągnące się wzdłuż jednej osi.
Babylon nie był pojedynczą budowlą.
Z góry wyglądał raczej jak długi pas konstrukcji wtopiony w pustynię.
Główna lufa działa biegła nisko nad ziemią, częściowo zagłębiona pomiędzy wydmami i sztucznymi nasypami. Wzdłuż niej ciągnęły się betonowe podpory i platformy serwisowe. W kilku miejscach widać było segmenty konstrukcji technicznej oraz place montażowe.
Całość nie dominowała nad krajobrazem wysokością. Była raczej w niego wpisana – długa, ciężka linia metalu i betonu przecinająca pustynię.
Wokół instalacji rozciągała się infrastruktura kompleksu: drogi techniczne, magazyny, stanowiska radarowe i mobilne baterie obrony przeciwlotniczej.
RWR zapiszczał nagle ostrym, ciągłym tonem.
– Spike! Radar naprowadzania – zameldował Ibarra. – Godzina pierwsza!
Na ekranie zapalił się nowy symbol. Wąska, agresywna emisja.
Ktoś na ziemi przestał tylko patrzeć.
Zaczął śledzić cel.
Sekundę później pustynia przed nimi rozbłysła.
Z lewej strony kompleksu wyrwał się jasny płomień startującej rakiety. Silnik rakietowy zapalił się gwałtownie i przeciął powietrze ostrą smugą białego dymu.
– SAM w powietrzu!
Rakieta poszła w górę pod ostrym kątem, potem zaczęła skręcać w stronę dwóch nadlatujących samolotów.
CAG nie zmienił kursu.
Na tej wysokości nie było miejsca na klasyczne manewry przeciwlotnicze. Ich jedyną osłoną była prędkość i profil lotu tuż nad terenem.
Rakieta musiała najpierw złapać stabilne prowadzenie radarowe nad linią horyzontu.
Drugi błysk rozdarł pustynię.
Kilka kilometrów dalej kolejna wyrzutnia odpaliła następną rakietę.
– Drugi SAM! – powiedział Ibarra.
Reina widziała przed sobą sylwetkę prowadzącego Tomcata. CAG lekko zmienił wysokość, prześlizgując się nad niskim wałem ziemnym. Rakiety przeszły wyżej, próbując utrzymać prowadzenie.
Jednak na tak małej wysokości każda nierówność terenu była sprzymierzeńcem atakujących.
Sekundę później odezwała się artyleria.
Najpierw pojedyncze serie.
Potem całe sektory ognia.
ZSU-23-4 zaczęły pracować pełną szybkostrzelnością. Cztery działka każdej wieży wysyłały w powietrze gęste strumienie pocisków. Z tej odległości wyglądały jak pomarańczowe linie przecinające przestrzeń przed samolotami.
Niebo nad kompleksem zaczęło się zagęszczać.
To nie była jedna bateria.
Było ich wiele.
Pociski szły w górę krótkimi seriami. Niektóre eksplodowały wyżej, inne znikały w pustyni za samolotami. Smugi przechodziły przed nosem Tomcata CAG-a i przecinały przestrzeń za jego skrzydłami.
To był moment, w którym obrona zaczęła zamykać przestrzeń.
– Cztery mile! – zameldował Ibarra.
Babylon wypełniał już dużą część horyzontu.
Instalacja była jeszcze większa, niż wyglądała na zdjęciach rozpoznawczych.
CAG odezwał się na wspólnej częstotliwości.
– Tu Hammer 0-1! Atakuję!
Myśliwiec przed Reiną nagle zmienił profil lotu.
Nos maszyny poszedł w górę. Nie ostro – tylko tyle, ile trzeba było, żeby wejść na krótki, brutalny kąt podejścia.
Z około stu sześćdziesięciu stóp podniósł się do kilkuset.
To był klasyczny „pop-up” do zrzutu bomb niekierowanych.
CAG ustawił samolot tak, żeby przelecieć nad centralną częścią instalacji. Nie chodziło o trafienie jednego punktu. Cztery Mk-84 miały spaść tak, żeby przykryć kluczowy fragment konstrukcji i jej bezpośrednie otoczenie.
Jeszcze sekundę trzymał ten kurs.
Potem jego głos wrócił w eter.
– Zrzut!
Wyrzutniki wypchnęły bomby z pylonów.
Pierwsza Mk-84 oderwała się od samolotu i poszybowała w dół.
Za nią kolejne trzy.
Cztery ciężkie bomby odpadły od Tomcata i zaczęły przyspieszać ku ziemi.
CAG natychmiast pchnął drążek od siebie i w bok, ciskając maszynę w gwałtowny skręt wyjścia z ataku. Myśliwiec zanurkował z powrotem ku ziemi, wracając na niski pułap.
Sekundę później pustynia eksplodowała.
Pierwsza detonacja rozdarła fragment infrastruktury technicznej wzdłuż osi instalacji. Ogromny słup pyłu i ognia wyrósł w górę.
Druga eksplozja uderzyła bliżej głównej sekcji konstrukcji.
Trzecia i czwarta rozdarły betonowe podpory oraz platformy serwisowe wokół lufy działa.
Fala uderzeniowa przeszła przez teren jak ciężki młot. Fragmenty metalu i betonu poleciały w powietrze. Jedna z platform technicznych zapadła się częściowo pod własnym ciężarem.
Ale główna struktura instalacji nadal była widoczna w chmurze pyłu.
Uszkodzona.
Rozerwana w kilku miejscach.
Ale wciąż stojąca.
– Trafienia – powiedział Ibarra. – Duże uszkodzenia… ale główna konstrukcja nadal cała!
CAG wyszedł z pierwszego przelotu na niskiej wysokości, uciekając z sektora najgęstszego ognia przeciwlotniczego.
Kilka sekund później jego głos pojawił się na szyfrowanym łączu do okrętu.
– Hammer 0-1 do Flag Bridge.
Krótka pauza.
– Cel uszkodzony, ale nie zniszczony.
***
Kabinę Rockwell B-1B Lancer wypełniał przytłumiony blask ekranów i instrumentów.
Bombowiec był już głęboko w przestrzeni powietrznej Iraku.
Pod kadłubem przesuwała się jasna, poranna pustynia. Słońce stało nisko nad horyzontem i rzucało długie cienie wydm oraz skalnych grzbietów. Z tej wysokości krajobraz wyglądał spokojnie – szerokie połacie piasku, sporadyczne drogi przecinające pustkę, pojedyncze instalacje przemysłowe rozsiane wśród pustyni.
W kabinie nikt jednak nie patrzył na ziemię.
Cała uwaga była skupiona na systemie misji i nawigacji.
Na głównym ekranie widniała mapa z zaprogramowaną trajektorią lotu. Cienka linia prowadziła przez kolejne punkty nawigacyjne. Symbol bombowca znajdował się dokładnie na tej linii.
Pozycja samolotu była obliczana przez system nawigacji bezwładnościowej.
Zestaw precyzyjnych żyroskopów i akcelerometrów śledził każdy ruch maszyny od momentu startu. System nie potrzebował sygnałów zewnętrznych. Wystarczyło, że znał punkt początkowy i orientację przestrzenną.
Jeszcze na ziemi załoga przeprowadziła pełną synchronizację platformy bezwładnościowej.
Samolot stał wtedy nieruchomo na stanowisku. Komputer porównywał dane z systemów żyroskopowych z dokładnymi współrzędnymi geograficznymi pozycji startowej.
Proces trwał kilkanaście minut.
Żyroskopy ustalały orientację względem osi obrotu Ziemi. System kalibrował własne odchylenia i zapisywał punkt odniesienia.
Od tego momentu komputer nawigacyjny obliczał pozycję samolotu wyłącznie na podstawie ruchu maszyny.
Każde przyspieszenie.
Każdy skręt.
Każdą zmianę wysokości.
Po kilku godzinach lotu błąd systemu mógł wynosić kilkadziesiąt metrów – wystarczająco mało, aby doprowadzić bombowiec dokładnie nad zaprogramowany punkt zrzutu.
Drugi pilot spojrzał na ekran systemu nawigacji.
– INS stabilny.
Pilot skinął głową.
– Odchylenie?
– Poniżej pięćdziesięciu metrów.
To była wartość praktycznie idealna.
Na wyświetlaczu systemu misji punkt celu świecił nieruchomo w centrum trajektorii.
Bombowiec leciał nisko nad pustynią. Na tej wysokości ziemia przesuwała się pod kadłubem szybko – wydmy, kamieniste równiny i cienkie linie dróg znikały pod nosem samolotu jedna po drugiej.
Cztery silniki pracowały równym ciągiem. Skrzydła o zmiennej geometrii były cofnięte maksymalnie do tyłu, ustawione pod dużą prędkość lotu na małym pułapie.
Autopilot współpracujący z radarem śledzenia terenu utrzymywał samolot na zadanej wysokości, stale korygując profil lotu zgodnie z danymi z systemu nawigacji bezwładnościowej.
Za pilotami, przy stanowisku systemów uzbrojenia, oficer obserwował panel komory bombowej.
Wyświetlacz był prosty.
Jedna pozycja uzbrojenia.
Jedna bomba.
Symbol ładunku jądrowego znajdował się w centrum schematu komory.
Drugi bombowiec lecący kilkanaście mil dalej na tej samej osi podejścia miał identyczną konfigurację.
Dwa samoloty.
Dwa ładunki.
Oficer przesunął przełącznik sekwencji.
– Rozpoczynam uzbrajanie.
Status zmienił się z SAFE na ARM.
System odpowiedział krótkim sygnałem potwierdzenia.
Uzbrajanie ładunku jądrowego było procedurą wieloetapową. Kolejne zabezpieczenia przechodziły w tryb operacyjny tylko wtedy, gdy komputer potwierdził odpowiedni profil lotu i położenie względem celu.
Oficer obserwował ekran.
Pierwszy etap zakończył się zielonym potwierdzeniem.
Kilka sekund później pojawiło się drugie.
Pilot spojrzał na zegar systemu misji.
Odliczanie posuwało się nieubłaganie.
– Czas do punktu zrzutu: cztery minuty pięćdziesiąt sekund.
Na ekranie nawigacyjnym punkt celu pozostawał nieruchomy w centrum trajektorii.
Gdzieś kilkadziesiąt kilometrów przed nimi znajdował się kompleks Babylon.
I gdzieś tam, nisko nad pustynią, dwa Grumman F-14B Tomcat próbowały zniszczyć cel konwencjonalnymi bombami, zanim zegar w kabinie Lancerów dojdzie do zera.
***
Słońce nad iracką pustynią było obecnie tylko rozmytą, mosiężną plamą, odciętą od kokpitu grubym pleksiglasem i warstwą słonego potu, który spływał CAG-owi pod maską tlenową, szczypiąc jednocześnie w kącikach oczu i drażniąc skórę twarzy rozgrzaną od elektroniki.
Poniżej, w tumanach piasku i dymu, znikały żelbetowe fundamenty instalacji Babylonu, znad których właśnie odchodził na pełnym ciągu, wyciskając z płatowca wszystko, by uciec ze strefy śmierci. Przeciążenie wgniatało kręgosłup w fotel Martin-Baker, a płuca walczyły o każdy centymetr sześcienny mieszanki tlenowej wpompowywanej do gardła pod ciśnieniem.
Wtedy odezwała się Szyłka, ukryta gdzieś między piaszczystymi nasypami a platformami technicznymi.
Nie widział smugaczy, ale poczuł je jako serię tępych, metalicznych uderzeń, które wstrząsnęły pędzącymi dwudziestoma tonami duraluminium i tytanu. Pociski dwudziestotrzymilimetrowe uderzyły w lewą sekcję ogonową z częstotliwością młota pneumatycznego rozbijającego strukturę jakiegoś fundamentu.
Maszyną szarpnęło gwałtownie w lewo, a jazgot rozdzieranego poszycia wibrował w samym kręgosłupie pilota, przenosząc się przez drążek sterowy na jego dłonie.
Na panelu ostrzegawczym rozbłysła bursztynowa matryca MASTER CAUTION, a zaraz obok niej, wewnątrz lewego uchwytu pożarowego, zapulsowała bezlitosna czerwień alarmu LEFT ENGINE FIRE.
CAG poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, gdy samolot zaczął wykazywać gwałtowną asymetrię ciągu, grożąc przewróceniem maszyny na plecy przy tak małej wysokości i dużej prędkości odejścia.
Odstęp między silnikami General Electric F110 wynosił prawie trzy metry, więc nagła utrata lewej jednostki natychmiast zaczęła wykręcać nos maszyny w stronę martwego silnika, wymuszając na pilocie brutalną walkę o życie w gęstym, rozgrzanym powietrzu.
Mięśnie nogi CAG-a napięły się do granic wytrzymałości, gdy całą siłą wcisnął prawy pedał orczyka, by skontrować odchylenie, podczas gdy jego palce w rękawicy namierzyły już wyuczoną sekwencję ratunkową.
Szarpnął lewą dźwignię przepustnicy w dół, za zapadkę, w położenie OFF, by natychmiast wyciągnąć podświetlony na czerwono uchwyt pożarowy, co zatrzasnęło zawory paliwowe i fizycznie odcięło dopływ nafty lotniczej do płonącej turbiny.
Energiczne skręcenie rączki aktywowało butle z halonem, który wtłoczony pod ogromnym ciśnieniem stłumił pożar silnika, gasząc czerwoną lampkę alarmu, ale pozostawiając Tomcata kalekim.
Wibracje ustały, zastąpione przez nienaturalną ciszę z lewej strony i świst powietrza o poszarpany ogon, podczas gdy w słuchawkach zapiszczał system ostrzegawczy RWR, informując o namierzaniu przez kolejne baterie SAM.
Bez połowy mocy Tomcat przestał być drapieżnikiem, stając się ociężałym celem, a każda próba manewrowania w celu uniknięcia ognia stanowisk naziemnych kończyła się drastyczną utratą energii, której jeden silnik nie był w stanie odrobić.
Prawa turbina wyła na stu procentach mocy, pożerając zapas paliwa w tempie uniemożliwiającym bezpieczny powrót na lotniskowiec, a komputer nawigacyjny bezlitośnie skracał promień zasięgu z każdą sekundą lotu na małej wysokości nad wrogim terytorium.
CAG czuł każdy stopień temperatury gazów wylotowych pozostałego silnika przez wibracje kadłuba, świadomy, że asymetria ciągu przy konieczności niskiego przelotu to licytacja z ziemią, która tylko czeka na jeden drobny błąd zmęczonych mięśni.
Przed nim rozciągały się setki mil piachu, a potem zdradliwa tafla Zatoki Perskiej, gdzie lądowanie uszkodzoną maszyną na poruszającym się pokładzie będzie graniczyło z niemożliwością.
– Flag Bridge, tu Hammer 0-1. Oberwałem, jeden silnik nie działa! Wychodzimy znad celu, kierunek północ-północny wschód. Potrzebujemy osłony i cysterny na samej krawędzi strefy, inaczej nie dociągniemy do domu – wycharczał do mikrofonu, czując w ustach metaliczny posmak adrenaliny, podczas gdy jego wzrok nerwowo skakał między wskaźnikiem temperatury prawego silnika a malejącym zasięgiem.
Tymczasem w drugim F-14B słońce zamieniało kokpit w szklaną pułapkę wypełnioną zastałym, gorącym powietrzem i zapachem ozonu płynącego z przeciążonych systemów awioniki.
Reina widziała w lusterku wstecznym czarną smugę dymu ciągnącą się za kaleką maszyną CAG-a.
Jej dłonie, zaciśnięte na drążku i przepustnicy, pozostały nieruchome.
Szczęka była zaciśnięta tak mocno, że ból promieniował aż do skroni, a pod maską tlenową jej oddech stał się krótką, mechaniczną wymianą gazową, dostosowaną do rytmu pracy komputera misji.
Pod kadłubem jej maszyny spoczywały kolejne cztery bomby Mk-84 – ostatnie cztery tysiące funtów stali i tritonalu, które miały domknąć fazę zniszczenia.
To miał być atak kończący.
Reina nie celowała w punkt, który został już naruszony przez CAG-a; jej wzrok, utkwiony w wyświetlaczu HUD, czekał na moment, w którym romb systemu celowniczego obejmie całą, jeszcze dymiącą geometrię Babylonu.
Od nadwerężonej już lufy, przez pękające fundamenty, aż po ocalałą zabudowę pomocniczą.
Weszła w płytki skręt, czując, jak opór powietrza napiera na podwieszone uzbrojenie, generując drżenie przenoszące się przez fotel prosto na miednicę i kręgosłup.
Ustawiła system zrzutu w tryb „ripple” z minimalnym interwałem.
– Tu Hammer 0-2, atakuję! Skrzydła zablokowane. Uzbrojenie aktywne – rzuciła, czując krew pulsującą w skroni.
Naciśnięcie spustu wyzwoliło sekwencję. Ładunki pirotechniczne w zamkach BRU-32 zdetonowały, generując gwałtowny przyrost ciśnienia gazu, który pchnął tłoki wypychaczy. W tej samej sekundzie cztery stalowe cylindry Mk-84 oderwały się niemal równocześnie od pylonów podkadłubowych i zaczęły spadać równolegle, ustawione niemal w jednej linii.
Reina natychmiast odczuła zmianę.
Maszyna straciła prawie cztery tony masy w jednej chwili. Kadłub odciążył się gwałtownie. Nos uniósł się w górę, a drążek w dłoniach Reiny zrobił się nagle lżejszy.
Pod nimi leżał Babylon.
Nie wyglądał jak działo.
Wyglądał jak gigantyczny odcinek rurociągu wbity w zbocze pustynnego wzgórza.
Stalowy cylinder o średnicy jednego metra ciągnął się wzdłuż stoku przez ponad sto pięćdziesiąt metrów. Segmenty lufy łączyły potężne kołnierze śrubowe, każdy odcinek wsparty był metalową ramą i betonowym fundamentem.
Z góry przypominało to stalowy kręgosłup wbity w pustynię.
Pierwsza bomba spadła na środkową część konstrukcji.
Uderzenie kinetyczne nastąpiło zanim ktokolwiek na ziemi zdążył zareagować.
Blisko tonowy cylinder stali spadający z prędkością kilkuset metrów na sekundę wbił się w stalowy segment lufy.
Metal konstrukcji nie wytrzymał.
Kołnierz łączący dwa odcinki lufy pękł natychmiast. Śruby grubości nadgarstka zostały wyrwane z gniazd mocujących.
Ułamek sekundy później zadziałał zapalnik.
Detonacja tritonalu nastąpiła już wewnątrz konstrukcji.
Fala nadciśnienia uderzyła w stalowy cylinder jak w zamkniętą rurę. Energia eksplozji rozeszła się wzdłuż lufy, rozrywając kolejne segmenty.
Rozgrzana do kilku tysięcy stopni kula ognia wyrwała stal od środka.
Krawędzie poszarpanego metalu zaczęły się topić.
Druga bomba uderzyła kilkanaście metrów dalej.
Trafiła w stalową ramę podpierającą kolejny segment lufy.
Energia kinetyczna zmiażdżyła konstrukcję nośną. Dźwigary wygięły się niczym źdźbła trawy na wietrze, a stalowy cylinder przestał mieć jakiekolwiek podparcie.
Eksplozja dokończyła dzieła zniszczenia.
Betonowy fundament rozsypał się w drobny pył, a kilkunastometrowy fragment lufy został wyrzucony z podpór niczym rura wyrwana z instalacji przemysłowej.
Trzecia bomba spadła bliżej tylnej części działa – w rejon zamka.
Tam stal była najgrubsza.
Ściany miały tu kilkadziesiąt centymetrów grubości, zaprojektowane tak, by wytrzymać ciśnienie generowane podczas wystrzału.
Ale konstruktorzy nie przewidzieli detonacji półtonowego ładunku w środku systemu.
Eksplozja rozerwała tylny segment jak granat wrzucony do stalowej beczki.
Ciężkie płyty konstrukcji wygięły się na zewnątrz. Fragmenty metalu poleciały w powietrze na kilkadziesiąt metrów.
Czwarta bomba trafiła w betonowy blok fundamentowy, w miejscu gdzie zbocze wzgórza przechodziło w główną podstawę instalacji.
Detonacja nastąpiła pół sekundy po poprzedniej.
Fala uderzeniowa weszła w już naruszoną strukturę i domknęła zniszczenie.
Segmenty lufy zaczęły zapadać się jeden po drugim.
Stalowy cylinder o długości ponad stu pięćdziesięciu metrów skręcił się i pękł w kilku miejscach. Część konstrukcji osunęła się po zboczu.
Babylon przestał być bronią.
Stał się złomem.
Ogromna chmura pyłu i odłamków zaczęła wznosić się nad wzgórzem.
Reina zobaczyła tylko błysk.
Nie było czasu by podziwiać widoki.
Horyzont przed nią eksplodował ogniem.
Iracka obrona przeciwlotnicza otworzyła ogień wszystkimi dostępnymi systemami.
Odezwał się system ostrzegania przed opromieniowaniem ALR-67.
W słuchawkach pojawił się krótki, wysoki, modulowany pisk.
Radar.
Potem drugi ton.
Radar systemu 9K33 Osa-AKM przeszedł z trybu przeszukiwania do trybu śledzenia. Wąska wiązka radarowa zaczęła aktualizować pozycję Tomcata kilka razy na sekundę.
Ibarra już pracował na panelu walki elektronicznej.
– Chaff! Chaff!
Ładunki wyrzutników dipoli odpaliły serią.
Z komór pod ogonem wysypały się setki cienkich pasków aluminium, przyciętych do długości odpowiadającej długości fali radaru.
W powietrzu powstała chmura odbić.
Dla systemu rakietowego nagle pojawiło się kilkadziesiąt celów.
Reina pchnęła drążek.
Jej Tomcat zszedł jeszcze niżej.
Przy tej prędkości ziemia była tylko rozmazaną smugą piasku i kamienia. Kadłub przemknął nad czubkami nasypów na wysokości kilkudziesięciu stóp.
Nisko nad ziemią radar zaczynał gubić czysty obraz.
Sygnał odbijał się od skał i terenu.
Wtedy wystartowały rakiety.
Dwie 9M33M3 wyrwały się z wyrzutni Osy.
Silniki marszowe zapaliły się natychmiast. Rakiety przyspieszyły do ponad dwóch Machów.
Przez chwilę tor lotu był idealny.
Potem komputer rakiety zaczął gubić sygnał.
Dipole.
Odbicia od ziemi.
Niska wysokość.
Rakiety przeszły nad Tomcatem.
Jedna może dwadzieścia metrów nad kabiną.
Druga trochę wyżej.
Detonacje.
Stożki odłamków przecięły przestrzeń nad samolotem.
Owiewka zadudniła jak uderzona gradem.
Wtedy pod nimi odezwały się Szyłki.
Cztery działka kalibru dwadzieścia trzy milimetry na każdym pojeździe wyrzucały w powietrze tysiące pocisków na minutę. Smugowe naboje tworzyły pomarańczową sieć przecinającą powietrze przed samolotem.
Prędkościomierz pokazywał ponad pięćset węzłów.
Na wysokości pięćdziesięciu stóp oznaczało to ponad dwieście pięćdziesiąt metrów każdej sekundy.
Nogi Reiny pracowały bez przerwy na orczyku.
Korekta.
I kolejna.
Jeszcze jedna.
Mięśnie ud zaczęły palić.
Na wskaźniku uzbrojenia palił się napis: EMPTY.
Babylon już nie istniał.
Ale kilka mil przed nimi leciał postrzelany Tomcat CAG-a. Za jego ogonem ciągnęła się czarna smuga dymu.
Reina ustawiła się za nim, a w kokpicie Ibarra pochylił się nad panelem radiowym.
Wibracje kadłuba przenosiły się przez konsolę na jego dłonie, ale ruchy były pewne. Przełączył nadajnik na szyfrowany kanał satelitarny.
Oboje wiedzieli, co właśnie się wydarzyło.
Lecz gdzieś na zachodnim horyzoncie leciały B-1B Lancer.
Dwa bombowce.
Każdy z jedną bombą atomową w komorze uzbrojenia. Ich systemy misji już odliczały sekundy do punktu zrzutu.
Ibarra wcisnął przycisk nadawania.
– Flag Bridge, Flag Bridge, tu Hammer 0-2. Cel zniszczony! Powtarzam – cel zniszczony!
Sygnał radiowy poszybował w górę do satelity.
Kilkaset mil dalej, na pokładzie lotniskowca USS Ranger, oficer łączności odebrał transmisję.
Na mostku admiralskim zapadła cisza.
Admirał chwycił słuchawkę zabezpieczonego łącza strategicznego. Linia była podłączona bezpośrednio do Pentagonu.
– Tu USS Ranger. Hammer Flight potwierdza zniszczenie celu!
Kilka sekund później komunikat pojawił się w Situation Room w Białym Domu.
Na ścianie zgasła czerwona lampka Babylonu.
Prezydent spojrzał na ekran. Potem wydał krótkie polecenie.
– Odwołać uderzenie strategiczne!
Rozkaz przeszedł natychmiast do Pentagonu. Tam oficer dyżurny uruchomił procedurę przerwania operacji strategicznej. Sygnał najwyższego priorytetu został wysłany przez sieć satelitów łączności wojskowej.
Rozkaz został przesłany do bombowców.
Ale w centrach dowodzenia nikt nie odetchnął.
Lancery leciały bardzo nisko. W trybie penetracji. W ciszy radiowej.
W kokpicie Tomcata Ibarra zobaczył tylko gasnącą kontrolkę transmisji.
Łącze zostało zamknięte.
Zrobili wszystko co było w ich mocy. Reszta nie zależała już od nich.
Reina zmrużyła oczy od słońca odbijającego się od pustyni. Jej wzrok przesuwał się po horyzoncie, szukając sylwetek bombowców.
Bo jeśli załogi bombowców nie odbiorą rozkazu…
…za kilka minut nad Irakiem zaświecą dwa małe słońca.
***
Kokpit prowadzącego B-1B był pogrążony w czerwonym półmroku.
Światło lampek kontrolnych odbijało się od szyb hełmów i matowych powierzchni paneli. Wąska kabina czteroosobowej załogi drżała nieustannie od pracy czterech turbowentylatorowych General Electric F101-GE-102, które teraz na małej wysokości pracowały niemal na maksymalnym ciągu. Dźwięk nie przypominał klasycznego ryku odrzutowca. Na tej prędkości i wysokości był raczej niskim, ciągłym wyciem, które przenikało konstrukcję kadłuba i przechodziło w wibracje foteli.
Załoga siedziała w swoich stanowiskach jak w centrum maszyny liczącej sekundy do katastrofy.
Samolot leciał nisko nad pustynią.
System Terrain Following Radar pracował bez przerwy. Antena radaru skanowała teren przed maszyną i wysyłała dane do autopilota, który automatycznie korygował wysokość. Bombowiec wręcz płynął nad ziemią jak ciężka metalowa łódź.
Każda wydma powodowała delikatne wychylenie sterów wysokości.
Każde zagłębienie w terenie powodowało delikatne opadnięcie maszyny.
Na tej wysokości radar przeciwnika widział go dopiero w ostatniej chwili.
To była cała filozofia tej maszyny.
Prędkość i mała wysokość.
Minimalny czas reakcji obrony.
Na ekranie systemu misji linia trasy prowadziła prosto w kierunku punktu oznaczonego literami:
BABYLON.
Na prawym stanowisku oficer systemów uzbrojenia – WSO – patrzył na ekran panelu zrzutu. Jego dłoń spoczywała na przełączniku sekwencyjnym uzbrojenia.
Nie naciskał go jeszcze.
Komputer misji prowadził procedurę automatyczną.
Na wyświetlaczu widniało odliczanie.
00:00:38
Do momentu, w którym komputer otworzy drzwi komory bombowej i zrzuci ogień bogów.
Za stalową przegrodą, kilka metrów za kokpitem, w przedniej komorze uzbrojenia spoczywał ładunek.
Jedna bomba jądrowa.
Kilka ton metalu, elektroniki i materiałów rozszczepialnych zamkniętych w aerodynamicznej obudowie.
System uzbrojenia nie pozwalał jej aktywować jednym przyciskiem.
Procedura była wielowarstwowa.
Najpierw komputer misji musiał potwierdzić pozycję z systemu nawigacji bezwładnościowej.
Potem autopilot utrzymywał maszynę na zaprogramowanym kursie.
Dopiero w ostatniej fazie WSO wprowadzał sekwencję zrzutu.
00:00:31
Pilot siedzący z przodu czuł drżenie konstrukcji w oparciu fotela.
Prędkość maszyny przekraczała prędkość dźwięku.
Na tej wysokości powietrze było gęste i turbulencje pustynne uderzały w skrzydła nieustannie.
Jego prawa dłoń spoczywała na przepustnicach.
Lewa na drążku.
Oddychał powoli przez maskę tlenową.
00:00:24
WSO przesunął palec bliżej przełącznika.
Jeszcze chwila.
Komputer misji przejmie kontrolę nad procedurą otwarcia komór.
Z tyłu siedział drugi oficer systemów – odpowiedzialny za nawigację i systemy elektroniczne.
Patrzył na ekran INS.
Odchylenie pozycji wynosiło mniej niż czterdzieści metrów.
00:00:19
Nagle ciszę w kokpicie przeciął suchy elektroniczny dźwięk.
Krótki.
Metaliczny.
Potem drugi.
I trzeci.
WSO zmarszczył brwi.
– Co jest…
Jego palce przesunęły się po panelu.
Przełącznik sekwencyjny nie reagował.
Nacisnął go ponownie.
Nic.
– Sterowanie zrzutem nie odpowiada!
Pilot odwrócił głowę o kilka centymetrów.
– Co?
WSO uderzył dłonią w krawędź panelu.
– System nie przyjmuje komendy zrzutu!
Na ekranie taktycznym zniknęło odliczanie.
Zamiast liczb pojawił się komunikat.
Duży.
Biały.
Pulsujący.
REMOTE LOCKOUT
Przez sekundę nikt się nie odezwał.
To nie był błąd komputera.
W systemach strategicznych REMOTE LOCKOUT oznaczał tylko jedno.
Zdalną blokadę.
Mechanizm był częścią architektury bezpieczeństwa broni jądrowej. Komputer misji bombowca był podłączony do sieci dowodzenia strategicznego.
Jeżeli dowództwo uznało, że misja musi zostać przerwana, mogło zablokować cyfrowe obwody uzbrojenia.
WSO spróbował obejścia.
Przełączył tryb na manualny.
Panel nie zareagował.
Spróbował jeszcze raz.
Nic.
Komputer misji przestał przyjmować jakiekolwiek polecenia związane z uzbrojeniem.
Ładunek w komorze bombowej nagle stał się niedostępny dla załogi.
W tej samej chwili w słuchawkach pilota odezwał się nowy sygnał.
Kanał strategiczny.
Metaliczny ton synchronizacji.
Potem głos.
Chłodny.
Syntetyczny przez kompresję satelitarną.
– Lancer Flight, tu Godmother. Operacja anulowana. Powtarzam – operacja anulowana.
Pilot wyprostował się w fotelu.
Dłoń mocniej zacisnęła się na drążku.
Głos mówił dalej.
– Potwierdź kod autoryzacji: Sierra–Hotel–Niner. Cel został wygaszony konwencjonalnie.
W kabinie zapadła cisza.
Pilot poczuł, że jego oddech przyspiesza w masce tlenowej.
Kilka sekund temu przygotowywali się do zrzutu broni, która mogła zmienić historię regionu.
Spojrzał na ekran nawigacji.
Wektor prowadził dalej prosto w kierunku Babylonu.
Jeszcze kilkanaście sekund i komputer rozpocząłby sekwencje zrzutu.
Przesunął dłoń na przełącznik radia.
– Godmother, tu Lancer 0-1. Potwierdzam Sierra–Hotel–Niner.
Krótka pauza.
– Lancer 0-2. Sierra–Hotel–Niner.
– Odchodzimy.
Pilot pociągnął drążek do siebie i w bok. Autopilot został odłączony. Ciężki bombowiec zareagował natychmiast. Maszyna rozpoczęła zwrot przez prawe skrzydło. Przeciążenie wcisnęło załogę w fotele. Cztery silniki General Electric przeszły na dopalacze. Za maszyną pojawiły się długie stożki ognia.
Kilka kilometrów dalej drugi Lancer wykonywał identyczny manewr.
Dwa bombowce, które jeszcze chwilę wcześniej leciały na kursie nuklearnego uderzenia, odchodziły teraz w stronę Morza Śródziemnego.
W kokpicie WSO powoli cofnął rękę od panelu. Palce miał napięte. Mięśnie przedramienia drżały od napięcia, które dopiero teraz zaczynało opadać. Napis REMOTE LOCKOUT zgasł. System przeszedł w tryb SAFE. Na ekranie nawigacji pojawił się nowy kurs.
Baza.
Pilot oddychał ciężko przez maskę. Pot spływał mu po karku pod kołnierzem kombinezonu. Za nimi iracka pustynia była zasłonięta ogromną chmurą pyłu. Tam, gdzie jeszcze kilka minut wcześniej stała instalacja Babylon.
Pilot spojrzał na ekran taktyczny. Cel zniknął. Zastąpiła go tylko szara plama zakłóceń radarowych.
Dowódca spojrzał jeszcze raz na pustynię.
Kilka kilometrów dalej dwa Tomcaty kończyły właśnie ucieczkę znad celu.
Świat nie eksplodował.
Przynajmniej tym razem.
***
W kabinie prowadzącego Tomcata walka o przetrwanie weszła w fazę krytyczną.
Prawa ręka CAG-a była zaciśnięta na drążku tak mocno, że palce zbielały pod materiałem rękawicy. Lewa trzymała przepustnicę prawego silnika, pracując nią milimetrami. To była już nie walka o prędkość, tylko o równowagę sił.
Lewy silnik był martwy.
Na wskaźniku obrotów N1 wskazówka leżała na zerze, a kontrolka FIRE/FAIL świeciła matowym pomarańczowym światłem. Turbina zatrzymała się po trafieniu serią z ZSU-23-4. Kilka pocisków kalibru dwadzieścia trzy milimetry przeszło przez sekcję ogonową jak przez papier.
Prawy TF30 wył na pełnym ciągu.
Dopalał powietrze i paliwo, próbując utrzymać dwudziestotonową maszynę w powietrzu.
Asymetria była brutalna.
Jedna turbina pchała samolot z prawej strony kadłuba, druga była tylko martwym ciężarem. W normalnych warunkach komputer stabilizacji pomagał pilotowi kompensować takie różnice. Teraz połowa hydrauliki była uszkodzona.
Każdy ruch sterem kierunku wywoływał opóźnioną reakcję.
Każde wychylenie lotki było ociężałe.
Tomcat dryfował w lewo jak ciężka łódź z jednym wiosłem.
Za kabiną, z poszarpanej krawędzi lewego skrzydła, ciągnęła się biała mgła.
To nie był dym.
To było paliwo.
Zbiorniki integralne skrzydła zostały rozprute odłamkami. Pod ciśnieniem pompy wyrzucały JP-5 w strumieniach, które natychmiast rozpraszały się w powietrzu w postaci aerozolu.
Zapach paliwa wdarł się do kabiny przez system wentylacji.
Słodki. Duszący.
Wskaźnik ilości paliwa opadał jak kamień.
Cyfry zmieniały się co kilka sekund.
Nie było sposobu, by zatrzymać wyciek.
Pompy awaryjne mogły tylko przerzucać paliwo między zbiornikami. Nie mogły zamknąć rozprutego kadłuba.
CAG wiedział jedno.
Bez tankowania do lotniskowca nie doleci.
***
Przed nimi otworzyła się szeroka tafla wody.
Słońce odbijało się od powierzchni Zatoki Perskiej jak od polerowanej blachy. Jasność była tak duża, że HUD-a przyciemnił się automatycznie.
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka cysterny.
Grumman KA-6D Intruder.
Krępy samolot z wysuniętym przewodem tankowania i charakterystycznym koszem stabilizującym na końcu. W jego zbiornikach było paliwo, które mogło utrzymać Tomcata w powietrzu.
Reina leciała kilka długości kadłuba za maszyną CAG-a.
Jej własny F-14 był wciąż sprawny. Silniki pracowały równo, skrzydła ustawione w średniej geometrii stabilizowały lot przy prędkości podejścia.
Ale oczy miała przyklejone do samolotu dowódcy.
Ciemne strugi spalin.
Paliwo wylewające się z kadłuba.
Chaotyczny kurs.
Maszyna zachowywała się jak ranny zwierz.
CAG wysunął sondę tankowania.
Mechanizm hydrauliczny w Tomcacie znajdował się w prawej części nosa. Normalnie wysuwał się płynnie – teleskopowy wysięgnik z metalową końcówką, która miała wejść w kosz tankowca.
Teraz coś zgrzytnęło.
Sonda wysunęła się do połowy i zatrzymała.
CAG poczuł na drążku kolejne wibracje kadłuba.
– Cholera…
Spróbował jeszcze raz.
Przełącznik hydrauliki – kliknięcie.
Sonda drgnęła kilka centymetrów i stanęła.
– Zablokowana!
Maszyna w tym czasie powoli osiadała na lewe skrzydło.
CAG musiał jednocześnie utrzymać kurs, kompensować asymetrię ciągu i próbować zbliżyć się do cysterny.
To było jak próba nawleczenia igły w czasie trzęsienia ziemi.
Reina widziała wszystko z pozycji za nim.
Kosz tankowca kołysał się w powietrzu na elastycznym przewodzie. Przy normalnym podejściu pilot musiał utrzymać stabilną prędkość i wprowadzić sondę w jego środek.
Teraz kosz tańczył przed dziobem uszkodzonego myśliwca.
– Hammer 0-1, koryguj w prawo. Masz za duży dryf – powiedziała.
Jej głos był spokojny.
Ale mięśnie karku miała napięte jak stalowa linka.
CAG próbował.
Prawy silnik ryknął jeszcze głośniej.
Samolot na moment się ustabilizował.
Sonda była metr od kosza.
Pół metra.
Trzydzieści centymetrów.
Wtedy lewe skrzydło opadło.
Gwałtownie.
Przepływ powietrza nad uszkodzoną powierzchnią był niestabilny. Utrata części krawędzi natarcia zaburzyła aerodynamikę skrzydła.
Przy niskiej prędkości podejścia oznaczało to tylko jedno.
Początek przeciągnięcia.
CAG wcisnął prawy pedał steru kierunku do oporu.
Drążek w prawo.
Nic.
Reakcja była powolna, jakby samolot płynął w gęstym oleju.
– Nie dam rady go utrzymać! – wycharczał do radia.
W ustach miał metaliczny smak.
– Stery są drewniane! Hydraulika padła!
W tym samym momencie prawy silnik kaszlnął.
Krótki, suchy dźwięk.
Wskaźnik paliwa pokazał zero w prawym zbiorniku.
Do komory spalania przestało napływać paliwo.
Turbina zaczęła zwalniać.
Najpierw powoli.
Potem gwałtownie.
Dźwięk silnika przeszedł z ryku w niskie, chrapliwe wycie.
Tomcat natychmiast stracił ciąg.
Maszyna przechyliła się w lewo jak trafiona młotem.
Nos opadł.
Horyzont na HUD-zie zaczął uciekać w górę.
Prędkość spadała poniżej wartości, przy której skrzydła mogły jeszcze generować stabilną siłę nośną.
CAG szarpnął drążek.
Nic.
Samolot wchodził w niekontrolowane opadanie.
Reina zobaczyła moment, w którym walka już się skończyła.
Nos Tomcata opadał pod kątem kilkudziesięciu stopni.
Wysokościomierz przewijał się niczym licznik samochodu.
Morze rosło w przedniej szybie maszyny prowadzącej.
Jej gardło zacisnęło się.
– Hammer 0-1 EJECT! EJECT! EJECT!
Krzyk wyrwał się z niej zanim zdążyła pomyśleć.
Chwilę póżniej owiewka kabiny maszyny CAG-a eksplodowała.
Najpierw huk ładunków pirotechnicznych.
Potem dwa fotele Martin-Baker GRU-7A wystrzeliły w powietrze.
Rakietowe silniki katapult wyrzuciły załogę ponad maszynę w ciągu ułamka sekundy. Strugi białego dymu zostały za nimi jak ślady kredy na niebie.
Sekundy później F-14 uderzył w wodę.
Kadłub rozpadł się w fontannie piany.
Uderzenie było tak gwałtowne, że fala rozeszła się na kilkadziesiąt metrów.
Po chwili na powierzchni zostały tylko unoszące się fragmenty poszycia.
Reina przechyliła swój samolot w ciasny krąg.
Na tle błękitnego nieba zobaczyła dwie pomarańczowe czasze spadochronów.
Powoli opadały w stronę wody.
W słuchawkach odezwał się głos z pokładu E-2C Hawkeye.
– Hammer 0-2, tu Hawkeye. SAR w drodze.
Na horyzoncie pojawiły się dwa punkty. Śmigłowce SH-3 Sea King. Ich wirniki rozcinały powietrze ciężkim, dudniącym rytmem.
Reina nacisnęła przycisk nadawania.
– Hawkeye, tu Hammer 0-2. Widzę dwie czasze. Obie pełne. CAG i RIO w wodzie.
Zrobiła kolejny krąg nad miejscem katastrofy.
Pod nią fale zatoki zamknęły się nad wrakiem maszyny.
***
Nad Zatoką Perską powietrze było ciężkie od wilgoci. Ciepło unoszące się znad wody tworzyło w powietrzu falujące warstwy, które zniekształcały linię horyzontu. Na wysokości kilku tysięcy stóp świat wyglądał jak oglądany przez rozgrzane szkło.
Reina trzymała drążek stabilnie obiema dłońmi.
Mięśnie przedramion wciąż były napięte po ostatnich minutach walki o kontrolę nad przestrzenią wokół tonącego Tomcata CAG-a. Teraz jednak powietrze było puste. Przed nią rozciągała się tylko stalowa tafla Zatoki i cienka linia chmur.
Jej własny F-14 nie był jednak w idealnym stanie.
Kiedy spojrzała na prawe skrzydło, widziała czarne kropki rozrzucone wzdłuż paneli poszycia. Odłamki głowic rakiet z OSY poszatkowały aluminium niczym stalowy grad.
Płatowiec był zbudowany z grubych, półtoramilimetrowych paneli stopów aluminium i tytanu, ale przy prędkości ponad dziewięciuset kilometrów na godzinę nawet mały odłamek miał energię zdolną przebić poszycie.
Większość trafień była powierzchowna.
Jednak jedna sekcja klapy reagowała wolniej.
Hydraulika w tej części skrzydła musiała zostać naruszona. Klapa wychylała się z opóźnieniem ułamka sekundy.
W normalnym locie byłoby to niezauważalne.
Podczas precyzyjnego manewru – katastrofalne.
Reina kompensowała to odruchowo.
Delikatny nacisk na pedał steru kierunku.
Minimalna korekta drążkiem.
Ruchy tak małe, że praktycznie niewidoczne.
Płatowiec jednak żył.
Dwa silniki General Electric F110-GE-400 pracowały stabilnie. Ich sprężarki dawały niski, równy pomruk, który przechodził przez konstrukcję kadłuba i fotel pilota.
Maszyna oddychała.
To wystarczało.
– Hammer 0-2, tu Texaco 6. Widzę cię. Podejście z lewej.
Głos operatora tankowca pojawił się w słuchawkach z lekkim metalicznym pogłosem łącza radiowego.
Reina spojrzała przed siebie.
KA-6D Intruder wisiał nad horyzontem jak ciężki, ciemny cień.
Maszyna była zmodyfikowaną wersją szturmowego A-6. W wersji tankowca w kadłubie zamontowano dodatkowe zbiorniki paliwa, a pod skrzydłami zasobniki z przewodami tankowania.
Jeden z nich już był wysunięty.
Kosz kołysał się spokojnie w strudze powietrza.
Reina zmniejszyła ciąg.
Prędkość spadła do około dwustu siedemdziesięciu węzłów.
Na tej prędkości skrzydła o zmiennej geometrii Tomcata były wysunięte maksymalnie do przodu, zwiększając powierzchnię nośną. Mechanizm zmiany skosu działał automatycznie, dopasowując ustawienie skrzydeł do prędkości.
Silniki przeszły na niski ciąg.
Maszyna uspokoiła się.
Teraz wszystko zależało od precyzji.
– Texaco 6, tu Hammer 0-2. Podchodzę do tankowania.
– Przyjęto. Trzymaj kurs.
Reina wysunęła sondę tankowania. Metalowy pręt zakończony zaworem wysunął się płynnie.
Kosz powoli zbliżał się do jej kabiny.
W rzeczywistości to ona zbliżała się do kosza.
Manewr tankowania był paradoksalny.
Pilot nie mógł patrzeć bezpośrednio na sondę – była wysunięta poza pole widzenia kabiny. Musiał oceniać położenie na podstawie relacji kosza względem nosa samolotu.
Kilka centymetrów różnicy oznaczało pudło.
Reina przesunęła drążek o milimetr. Nos Tomcata drgnął. Kosz powoli przesunął się w prawo.
Jeszcze odrobina.
Jeszcze kawałeczek.
Metalowa obręcz znalazła się dokładnie przed sondą.
Reina lekko zwiększyła ciąg.
Kontakt nastąpił natychmiast. Suchy, metaliczny dźwięk przeszył kadłub.
Zawór w przewodzie otworzył się automatycznie. Pompy w kadłubie tankowca zaczęły tłoczyć paliwo. Strumień lotniczej kerosyny popłynął do zbiorników myśliwca. Na panelu paliwowym wskaźniki zaczęły się powoli podnosić.
Reina obserwowała cyfry.
Nie potrzebowała pełnego tankowania. Potrzebowała tyle by pokryć margines błędu. Lot z powrotem na lotniskowiec. Krąg nad okrętem. Ewentualne odejście na drugi krąg. W operacjach lotniskowcowych zawsze zakładano jedną próbę poprawki. Jeśli pierwsze podejście kończyło się nieudanym zahaczeniem liny, pilot musiał mieć paliwo na ponowny manewr.
Wskaźnik pokazał poziom, którego potrzebowała.
Ćwierć zbiorników. To wystarczyło.
Reina delikatnie zmniejszyła ciąg.
Sonda wysunęła się z kosza z krótkim szarpnięciem. Przewód tankowca natychmiast wrócił do stabilnej pozycji w strudze powietrza.
– Tu Hammer 0-1, dzięki za paliwo.
– Do zobaczenia na pokładzie Hammer 0-1.
Reina lekko przechyliła skrzydła. Krótki, lotniczy gest podziękowania. Potem przesunęła przepustnice do przodu. Nos Tomcata opadł w stronę wschodu.
Kilka minut później horyzont przecięła ciemna kreska.
USS Ranger.
***
Lotniskowiec wyglądał z powietrza jak ruchoma wyspa ze stali. Ponad trzysta metrów długości. Prawie sto tysięcy ton wyporności.
Pokład startowy był przesunięty pod kątem względem osi kadłuba – rozwiązanie, które pozwalało lądować i startować jednocześnie.
Reina weszła w standardową procedurę podejścia.
Najpierw krąg nad okrętem.
Potem długi finał nad linią podejścia.
– Hammer 0-2, tu LSO. Trzymasz ścieżkę.
Oficer naprowadzania – LSO – stał na platformie przy lewej krawędzi pokładu. Patrzył na jej samolot przez system optyczny zwany „meatball”.
Zestaw soczewek pokazywał pilotowi czy jest powyżej, czy poniżej właściwej ścieżki podejścia.
Reina patrzyła tylko na światło. Pomarańczowa kula była idealnie na środku.
Prędkość: 135 węzłów.
Klapy opuszczone. Hak hamujący też. Kąt natarcia stabilny.
Pokład zbliżał się szybko.
Silniki pracowały na średnim ciągu – w razie nieudanego zahaczenia pilot natychmiast zwiększał moc i odlatywał.
Koła dotknęły pokładu.
Sekundę później hak złapał trzecią linę.
Uderzenie było brutalne.
Stalowa lina napięła się natychmiast. Energia kinetyczna dwudziestotonowego samolotu została pochłonięta przez hydrauliczny system hamujący pod pokładem. Tomcat zatrzymał się w ciągu dwóch sekund. Potem wszystko ucichło. Silniki przeszły na bieg jałowy.
Reina otworzyła owiewkę. Gorące, słone powietrze uderzyło ją w twarz. Zapach paliwa lotniczego i rozgrzanego metalu był intensywny. Technicy już biegli w stronę maszyny. Kiedy zeszła po drabince na pokład, zauważyła coś dziwnego.
Ciszę.
Na pokładzie lotniskowca rzadko było cicho. Tym razem jednak ludzie stali nieruchomo. Patrzyli w stronę zachodniego horyzontu.
Admirał stał przy krawędzi „wyspy”. Gdy Reina zdjęła kask, zobaczył czerwony ślad maski tlenowej na jej twarzy i mokre od potu włosy przyklejone do czoła.
Skinął głową.
***
Czas płynął powoli.
Dwudziesta minuta.
Trzydziesta.
Horyzont był pusty.
Reina i Ibarra stali przy relingu. Technicy oglądali ich Tomcata. Jeden z nich wsadził palec w dziurę po szrapnelu.
– Mieliście szczęście – mruknął.
Reina nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na wodę.
Najpierw pojawił się dźwięk.
Niski, ciężki puls wirnika niósł się nad wodą, zanim jeszcze sylwetka maszyny wyłoniła się znad linii horyzontu. Potem zobaczyli go wszyscy naraz – masywny kadłub lecący nisko, niemal przyklejony do powierzchni morza.
Z zachodu nadlatywał SH-3 Sea King. Duży śmigłowiec ratowniczy marynarki.
Gdy wszedł nad pokład, strumień powietrza z wirnika uderzył w pokład niczym fala, wprawiając ludzi w półprzysiad i szarpiąc ich odzież.
Maszyna osiadła ciężko.
Drzwi boczne otworzyły się.
Najpierw wyszedł ratownik. Potem dwie znajome sylwetki. CAG i jego RIO.
Mokre kombinezony. Pomarańczowe kamizelki ratunkowe. Siniaki na twarzach.
Ale szli o własnych siłach.
***
Bunkier pod Bagdadem drżał, ale nie od wibracji alianckich bomb. To był inny rodzaj wstrząsów – pierwotny strach, który wypełniał pomieszczenie gęściej niż dym z egipskich papierosów. Na środku sali, przed wielkim dębowym stołem, stał Saddam. Jego twarz nie była już czerwona z gniewu; była sina, wykrzywiona w grymasie, który zapowiadał śmierć.
Generał dywizji terytorialnej, człowiek odpowiedzialny za obronę przeciwlotniczą sektora, w którym znajdował się Babylon, stał na baczność. Strużki potu spływały mu po skroni, ginąc pod kołnierzykiem munduru.
Saddam nie zaczął krzyczeć od razu. Najpierw zapadła cisza, w której słychać było jedynie świszczący oddech dyktatora. Potem, jednym gwałtownym ruchem, zrzucił ze stołu ciężką, kryształową popielniczkę, która rozprysła się na ścianie w drobny mak.
– Jak?! – ryk Saddama rozdarł powietrze. – Dwa samoloty?! Dwa amerykańskie samoloty upokorzyły całą moją armię?!
Uderzył pięścią w mapę, rozrywając papier w miejscu, gdzie naniesiono współrzędne instalacji superdziała. Czuł piekące upokorzenie. Babylon miał być jego dumą, pomnikiem potęgi. Teraz był tylko dymiącym grobowcem wśród piasków pustyni.
– Obiecałeś mi niebo nie do przebicia – wysyczał przez zęby Saddam. Głos był cichy, co było jeszcze gorsze niż krzyk. – Obiecałeś, że amerykańscy piloci spłoną, zanim zobaczą cel.
– Mój prezydencie… technologia stealth… zakłócacze elektroniczne… – wykrztusił generał, przeczuwając, że każde słowo jest gwoździem do jego trumny.
Saddam już nie słuchał. Wyciągnął z kabury pozłacanego Browninga i bez słowa, niemal od niechcenia, strzelił generałowi prosto w twarz. Huk w zamkniętym pomieszczeniu był ogłuszający. Ciało oficera zwaliło się na mapę sztabową, zalewając krwią sektory obronne, które zawiodły. Nie schował broni. Położył dymiący jeszcze pistolet na dębowym blacie, lufą skierowaną w stronę pozostałych dowódców. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Nikt nie odważył się nawet mrugnąć.
W tym chaosie, w oparach prochu i krwi, tylko jedna postać pozostawała niewzruszona.
Pułkownik Hadi al-Rashid stał w głębi sali, oparty o betonowy filar, niemal dziesięć metrów od miejsca egzekucji. Jego dłonie, splecione za plecami były spokojne. Hadi nie patrzył na trupa ani na pistolet leżący na stole. Patrzył na Saddama wzrokiem chłodnym, analitycznym, niemal profesorskim. Dla niego projekt Babylon i jego ogromna lufa były od początku błędem – zbyt wielkim, zbyt widocznym i zbyt łatwym do zniszczenia.
Saddam powoli obrócił głowę. Jego szalone oczy, pełne paranoi i upokorzenia, spoczęły na Al-Rashidzie. Dyktator ominął kałużę krwi i ruszył w stronę pułkownika.
– Ty – wycharczał Saddam, zatrzymując się tuż przed nim. – Ty od początku gardziłeś Babylonem. Mówiłeś, że budowanie tak wielkiego działa to tracenie czasu na relikty z minionych wojen. Że świat poszedł do przodu, a my zostaliśmy w tyle z rurą wbitą w piach.
Hadi al-Rashid wyprostował się powoli, nie spuszczając wzroku z dyktatora.
– Bo tak było, mój prezydencie – odpowiedział cicho, z lodowatym spokojem. – Wielka lufa to tylko wielki cel. Prawdziwa potęga nie potrzebuje fundamentów, które da się zbombardować.
Saddam położył ciężką dłoń na ramieniu pułkownika. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem – wściekłość kontra absolutna pewność siebie. Dyktator uśmiechnął się, ale był to uśmiech drapieżnika, który właśnie zobaczył ostatnią szansę na zemstę.
– Babylon przestał istnieć. Amerykanie myślą, że wygrali wojnę – syknął Saddam, przyciągając Al-Rashida bliżej. – Chcę, żebyś uruchomił swoją bestię. Niech poczują strach, jakiego nie zaznali od dekad. Niech niebo nad nimi zapłonie tak, jak płoną moje rafinerie.
Pułkownik skinął głową. Żadnej emocji, żadnego wahania.
– Wszystko jest gotowe. Potrzebuję tylko pańskiej autoryzacji.
– Masz ją – warknął Saddam, puszczając jego ramię i zerkając na pistolet leżący na stole. – Jedź. Niech usłyszą ryk, którego nie zapomną do końca świata.
Al-Rashid zasalutował, odwrócił się na pięcie i wyszedł z bunkra. Wiedział, że za kilka godzin, głęboko pod wydmami pustyni Al-Anbar, w betonowym ukryciu przypominającym konstrukcje z czasów II wojny światowej, obudzi się broń, co nie zna litości. Coś, przed czym nie ma ucieczki.
***
Pustynia Al-Anbar wibrowała od narastającego ciśnienia, którego nie potrafiła rozproszyć żadna warstwa piasku. Wewnątrz betonowej gardzieli bunkra, skonstruowanego na wzór nazistowskich ramp startowych dla V-1, panował nienaturalny, piwniczny chłód, przesycony zapachem ozonu i smaru. Major Gromow stał na stalowym pomoście technicznym, patrząc w dół na matową powłokę pocisku.
To był jedyny egzemplarz. Maszyna ostatecznej zagłady, którą pod nadzorem Gromowa iraccy inżynierowie montowali w absolutnej izolacji przez ostatnie dwanaście miesięcy.
Konstrukcja opierała się na kadłubie reliktu amerykańskiego programu SLAM (Supersonic Low Altitude Missile) z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Był to monumentalny, naddźwiękowy pocisk manewrujący o długości blisko trzydziestu metrów, wykonany ze stopów tytanu i stali żaroodpornej, zdolnych wytrzymać piekielne temperatury generowane przez tarcie powietrza przy prędkości Mach 3 na małej wysokości. Pierwotny płatowiec, odnaleziony w zapomnianych magazynach jako egzemplarz testowy, został całkowicie wypatroszony i przebudowany. Usunięto zbędną aparaturę pomiarową, a strukturę wzmocniono, by udźwignąć nową, hybrydową głowicę.
W sekcji nosowej spoczywały dwie głowice jądrowe W34, wydobyte z torped Mk 45 ASTOR. Każda z nich niosła śmierć o sile 11 kiloton.
System był zaprogramowany z nieludzką, wręcz diabelską złośliwością. Plan lotu zakładał przelot na małej wysokości nad największymi skupiskami ludzkimi w USA, gdzie reaktor atomowy stanowiący napęd, pracujący w otwartym cyklu, miał sypać izotopami bezpośrednio w atmosferę. Finał miał nastąpić nad Nowym Jorkiem – tam obie głowice miały zdetonować synchronicznie, domykając cykl „Dnia Sądu”.
W kieszeni munduru Gromowa zawibrował telefon satelitarny.
Szyfrowane połączenie rwało głos, nadając mu metaliczne brzmienie. Hadi al-Rashid nie tracił czasu.
– Babylon przestał istnieć – głos pułkownika był suchy. – Nie mamy już czasu na symulacje. Masz autoryzację na start Al-Qiyamah.
Gromow poczuł, jak mięśnie jego karku sztywnieją, a tętno przyspiesza, uderzając rytmicznie w skroniach.
– Poniał. Naczynajem rabotu – odpowiedział krótko.
– Dopilnuj startu osobiście – kontynuował pułkownik. – Potem zlikwiduj świadków. Kompleks ma przestać istnieć. Nic nie może zostać dla Amerykanów.
– Sdiełajem. Nikakich sledow nie budiet – uciął rozmowę Gromow.
Major schował telefon i spojrzał na swoich ludzi – milczących profesjonalistów, którzy wiedzieli, co oznacza rozruch reaktora w otwartym cyklu – każdy, kto zostanie w hali startowej bez osłony, zginie w męczarniach od choroby popromiennej w ciągu kilkudziesięciu minut.
– Wsie w buńkier! Żywo! – ryknął Gromow, dając sygnał swojej ekipie.
Rosjanie błyskawicznie wycofali się za masywne, ołowiane drzwi izolowanej sterowni. Hydraulika zasyczała, ryglując wejście z głuchym uderzeniem sworzni. Przez żółte szkło kwarcowe Gromow obserwował irackich techników, którzy nieświadomi zagrożenia wciąż krzątali się przy stalowym wózku startowym. Pocisk spoczywał pod kątem piętnastu stopni na dwustumetrowej stalowej szynie, wychodzącej z wnętrza bunkra wprost w rozżarzone powietrze pustyni.
Mechanizm ruszył kaskadowo. Najpierw budził się do życia rdzeń reaktora.
– Wnimanije! Razogriew reaktora! Desiat’ sekund! – krzyknął jeden ze specjalsów przy pulpicie sterowniczym.
Wewnątrz sekcji silnikowej ceramiczne matryce nasycone izotopem uranu rozżarzyły się do białości, czekając na uderzenie powietrza. Zamaskowana brama startowa w wydmie na końcu rampy rozsunęła się z metalicznym zgrzytem.
– Paszła! – warknął Gromow, uderzając w główny przełącznik sekwencyjny.
Nastąpiła sekwencja, która zatrzęsła fundamentami pustyni. Najpierw zdetonowały ładunki wózka startowego. Potężny tłok rozpędzał trzydziestotonową bryłę pocisku wzdłuż prowadnicy. Metal tarł o metal z nieludzkim skowytem, sypiąc snopami iskier.
Gdy wózek minął połowę rampy, odpaliły dwa boczne boostery na paliwo stałe. Oślepiający, biały blask wypełnił halę. Spręż gazów wylotowych rzucił irackich techników na ziemię, a fala uderzeniowa skruszyła im płuca, zanim zdążyli krzyknąć.
Al-Qiyamah opuścił rampę z prędkością bliską naddźwiękowej. Trzysta metrów nad wydmami, gdy ciśnienie dynamiczne wdarło się do wlotu czołowego, nastąpiła faza krytyczna.
Naddźwiękowe powietrze zostało sprasowane w kanale dolotowym i uderzyło w rozżarzony rdzeń. Nastąpiła brutalna ekspansja termiczna. Z dyszy wyrwał się ryczący słup fioletowo-białego ognia. Wypalone boostery odpadły, uderzając w piach, a Al-Qiyamah po raz pierwszy odetchnął atomem. Naddźwiękowy grom zrównał z gruntem resztki maskowania rampy. Maszyna weszła na niski pułap przelotowy, wypluwając produkty rozszczepienia prosto w atmosferę. Smuga promieniotwórczego pyłu zaznaczyła jej drogę ku Ameryce.
Gromow wbił wzrok w monitor. Zielona linia cięła ekran, stabilizując wektor na Atlantyk.
– Wsio w pariadkie. Trajektoria norma. Ciel zachwaczena – zameldował operator.
Następnie wyciągnął kartę pamięci z głównego komputera i zmiażdżył ją pod obcasem. System był autonomiczny. Nikt nie mógł go już odwołać.
Major odczekał, aż systemy wentylacyjne sterowni wyrównają ciśnienie. Wyszli w ciężkich, ołowianych fartuchach i maskach panoramicznych z filtrami. Powietrze w hali smakowało metalem, a pod powiekami Gromowa tańczyły fosfeny – błyski wywołane bombardowaniem neutronowym.
Iraccy technicy leżeli na betonie – niektórzy martwi od fali uderzeniowej, inni wymiotujący krwią, ich skóra przybrała trupi, szary odcień w ciągu zaledwie kilku minut pod wpływem dawki promieniowania gamma.
– Dobit' ich. Żywo! – rozkazał lodowato.
Krótkie, suche puknięcia z wytłumionej broni zakończyły proces. To nie była walka, to była utylizacja zasobów, które uległy skażeniu. Następnie skierował kroki do głównego terminala. Nie musiał wydawać rozkazów dotyczących minowania – ładunki termiczne i kruszące zostały rozmieszczone w fundamentach i przy szynie startowej już tygodnie wcześniej.
Od każdego zaminowanego sektora biegły przewody do anten przekaźnikowych ukrytych w betonowych szybach.
– Wsie gotowa? – rzucił krótko do sapera, który sprawdzał diody na radiostacji detonacyjnej.
– Tak toczna. Radiozapały w sjet’i. – Saper podał dowódcy toporny, metalowy nadajnik z anteną i przyciskiem.
Gromow sprawdził tylko, czy kontrolka synchronizacji pali się na zielono. Bunkier był teraz jedną wielką pułapką, czekającą na jeden sygnał radiowy zakodowany na wojskowej częstotliwości.
Major wiedział, że zegar wywiadu USA właśnie zaczął tykać. Ślad termiczny startu reaktora wypalił dziurę w matrycach satelitów rozpoznawczych KH-11.
– Dwajtie! Bystriej k’ maszinom! – poganiał swoich ludzi, czując narastające pieczenie skóry i metaliczny posmak w ustach.
Wypadli z betonowego bunkra na zewnątrz. Wskoczyli do trzech opancerzonych UAZ-ów, które stały z włączonymi silnikami. Gdy konwój z rykiem silników oddalił się o dwa kilometry, tnąc piach pustyni Al-Anbar, Gromow siedząc na przednim siedzeniu terenówki, uniósł nadajnik. Kciukiem odchylił metalową klapkę i bez wahania wcisnął czerwony przycisk.
Ziemia za ich plecami najpierw gwałtownie drgnęła, a potem nastąpił głuchy, basowy pomruk, który dogonił pędzące wozy. Seria potężnych, zsynchronizowanych detonacji skruszyła betonowe ściany. Dwustumetrowa rampa startowa, sterownia i ciała irackich techników zostały pogrzebane pod tonami piachu i napromieniowanego gruzu. Nad miejscem, gdzie narodził się potwór, unosił się tylko bury grzyb pyłu, który pustynny wiatr zaczął natychmiast rozwiewać.
Kompleks przestał istnieć.
Wszystko – od planów po świadków – zamieniło się w radioaktywny żużel. Major spojrzał ostatni raz w lusterko wsteczne na dymiący lej, po czym poprawił kołnierz munduru.
– Uchodim. Dlia mira my bolszie nie suszczestwujem – mruknął, czując, jak adrenalina powoli opuszcza jego ciało, zostawiając miejsce dla tępego, pulsującego bólu głowy. Tym jednym zdaniem i obrotem klucza w detonatorze zatrzasnął za nimi ostatnie drzwi do rzeczywistości. Nie było raportów, które musieliby złożyć, ani dowództwa, które czekałoby na nich z odznaczeniami. Od tej sekundy ich twarze miały zostać wymazane z pamięci, a akta – o ile jakiekolwiek jeszcze istniały – miały zostać przemielone na pył.
Dla świata, dla sojuszników i dla wrogów przestali być żołnierzami, a stali się błędem w ewidencji, który właśnie sam się skasował. Byli cieniami, które w pyle pustyni Al-Anbar straciły ostatnie ludzkie kontury. Gdy UAZ-y ruszyły w stronę granicy, nie zostawiły za sobą śladów, których ktokolwiek odważyłby się szukać. Rozmywali się w blasku poranka, przechodząc do historii.
Konwój rozpłynął się w pyle pustyni, ruszając w stronę granicy, podczas gdy potwór Al-Qiyamah gnał już nisko nad pustkowiem w stronę amerykańskiego wybrzeża, niosąc atomową apokalipsę.
***
Waszyngton późną wiosną był jaskrawym przeciwieństwem irackiej pustyni. Zamiast zapachu nafty i gorącego ozonu, powietrze w Ogrodzie Różanym pachniało wilgotną ziemią i kwitnącymi magnoliami. Reina stała w pełnym mundurze wyjściowym, sztywnym i nieskazitelnie białym, czując na karku delikatny powiew majowego wiatru, który był znacznie przyjemniejszy niż żar kabiny Tomcata.
Jej dłonie, te same, które kilka miesięcy wcześniej z chirurgiczną precyzją uwalniały cztery tysiące funtów stali nad Babilonem, teraz spoczywały nieruchomo wzdłuż szwów spodni.
Uroczystość nabrała ciężaru, którego nie był w stanie rozproszyć żaden oficjalny uśmiech. To nie była tylko dekoracja bohaterów; to był bilans zysków i strat operacji, która nigdy nie miała trafić do podręczników w pełnej wersji.
Prezydent stał przed rzędem białych mundurów, a za jego plecami powiewały sztandary wszystkich rodzajów sił zbrojnych.
Jako pierwszy wystąpił komandor William C. Gortney. CAG szedł powoli, utykając, co przypominało wszystkim o brutalnym uderzeniu w fale Zatoki. Prezydent przypiął do jego piersi Krzyż Marynarki – drugie najwyższe odznaczenie marynarki za nadzwyczajne męstwo w obliczu nieprzyjaciela. Tuż obok, Purpurowe Serce zalśniło na jego piersi jako krwawy dowód ran odniesionych podczas katapultowania i zniszczenia maszyny. Jego oficer radiolokacyjny otrzymał identyczny zestaw.
Następnie przed szereg wystąpili Reina i Mark. Dla nich przygotowano najwyższy zaszczyt – Medal Honoru. Prezydent osobiście założył błękitną wstęgę na szyję Reiny. Oficjalne uzasadnienie brzmiało: za zniszczenie strategicznej instalacji „Babylon” pod zmasowanym ogniem przeciwlotniczym oraz za wykazanie się niespotykaną skutecznością bojową poprzez zniszczenie dwóch irackich MiG-ów-25 i dwóch Su-22 w jednym locie bojowym. Ibarra, jako jej „oczy” i operator systemów, otrzymał ten sam medal.
Porucznik Daniel Mercer i jego RIO otrzymali Srebrną Gwiazdę. Ich udział w walce kołowej, osłona formacji i potwierdzone zestrzelenie Su-22, uratowały myśliwiec Reiny w najbardziej krytycznym momencie misji.
Atmosfera zmieniła się gwałtownie, gdy wywołano nazwisko komandora porucznika Jamesa Harrisa.
Wdowa po dowódcy klucza wystąpiła naprzód, trzymając za rękę małego synka, który patrzył na błyszczące guziki garnituru Prezydenta z mieszanką strachu i dumy. Prezydent nie uśmiechał się już do kamer. Skłonił się nisko i z najwyższym szacunkiem przekazał kobiecie Krzyż Marynarki, przyznany Harrisowi pośmiertnie za związanie walką przeważających sił wroga i zestrzelenie Su-22.
Chwilę później, zgodnie z tradycją, asysta honorowa w białych rękawiczkach przekazała jej ciasno złożoną w trójkąt flagę Stanów Zjednoczonych – tą samą, która wcześniej przykrywała trumnę bohatera. Podobna ceremonia odbyła się obok, dla rodziny jego RIO. W Ogrodzie Różanym zapanowała absolutna cisza, przerywana jedynie przez cichy szloch i łopot flag na wietrze.
Reina stała z ciężkim Medalem Honoru na szyi, czując wzrok Gortneya na swoim profilu. On stracił samolot i niemal życie. Harris stracił wszystko. Ona zyskała miano legendy, ale w jej głowie wciąż huczały F110 i piszczał ALR-67.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, Gortney podszedł do niej, kulejąc. Nie zasalutował – uścisnął jej dłoń tak mocno, że poczuła to w kościach.
– Dobra robota, Harris byłby z ciebie dumny. Ja jestem – powiedział cicho.
Reina spojrzała na wdowę po Harrisie, która tuliła do piersi flagę i synka. Babylon nie istniał. Bomb jądrowych nie zrzucono. Cena została zapłacona w twardej walucie życia i stali.
Nikt z obecnych na ceremonii nie wiedział, że w tej samej chwili, tysiące mil stąd, nad bezkresnym błękitem Oceanu Indyjskiego, powietrze drży od nieludzkiego skowytu. Nikt nie widział tytanowego cienia, który z prędkością trzech machów przecinał horyzont, zostawiając za sobą smugę radioaktywnego pyłu, ciągnącą się od brzegów Angoli aż po archipelag Czagos.
Podczas gdy kapelan kończył modlitwę, ceramiczny rdzeń Al-Qiyamah pulsował nienawistną bielą, karmiąc silnik energią rozszczepienia. Odwet Saddama nie potrzebował pilota, nie słuchał radia i nie uznawał zawieszenia broni. Był matematyczną pewnością, która za czas znany jedynie zespołowi Gromowa, miała przeniknąć przez wybrzeże kontynentu od strony Pacyfiku, uderzając w miękkie podbrzusze Ameryki.
Wojna się skończyła, ale jej ostatni posłaniec jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.