- Opowiadanie: KoscianIx - 1991 - Dziedzictwo cz.4

1991 - Dziedzictwo cz.4

Oceny

1991 - Dziedzictwo cz.4

2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment

 

Kon­te­ner szta­bo­wy stał na sta­lo­wych pły­tach per­fo­ro­wa­nych, uło­żo­nych na pia­sku jak pro­wi­zo­rycz­ny pas star­to­wy. Agre­gat na ze­wnątrz pra­co­wał nie­rów­no – co kil­ka­na­ście se­kund ob­cią­że­nie wcho­dzi­ło wyżej i cały me­ta­lo­wy szkie­let kon­te­ne­ra drżał jak bęben. Kli­ma­ty­za­tor war­czał, ale nie na­dą­żał. Prze­wód ela­stycz­ny wpro­wa­dzo­ny przez wy­cię­ty otwór w ścia­nie tło­czył po­wie­trze do środ­ka. Stru­mień był zimny tylko w osi wy­lo­tu – wąski sto­żek chło­du opa­dał na mapę i ręce sto­ją­cych naj­bli­żej. Dalej po­wie­trze mie­sza­ło się z ku­rzem i cie­płem ciał. Każdy ruch pod­no­sił dro­bi­ny pia­sku z pod­ło­gi.

Major Kes­sler stał tuż przy wej­ściu, z heł­mem pod pachą. Pot ze­brał się na karku i ru­szył w dół krę­go­słu­pa, wsią­ka­jąc się pod koł­nierz ko­szul­ki, zanim ma­te­riał zdą­żył go wchło­nąć. Ka­mi­zel­ka do­ci­ska­ła plecy tak mocno, że wil­goć nie miała gdzie od­pa­ro­wać. 

Na stole le­ża­ły dwie war­stwy świa­ta.

Na spo­dzie: wy­druk sa­te­li­tar­ny, wy­pło­wia­ły od świa­tła.

Na wierz­chu: prze­zro­czy­sta folia z na­nie­sio­ny­mi li­nia­mi. Oś na­tar­cia. Sek­to­ry. Stre­fy ognia. Punk­ty kon­tro­li. Czas. Dzie­więć­dzie­siąt minut za­pi­sa­ne grubą czcion­ką, jakby to była gra­ni­ca fi­zy­ki.

Puł­kow­nik Hol­der stał przy stole, jak za­wsze w tej samej po­zy­cji – cię­żar ciała rów­no­mier­nie roz­ło­żo­ny, ręce spo­koj­ne. Wskaź­nik w jego dłoni za­trzy­mał się na pół­noc­nym po­dej­ściu.

– Alfa idzie głów­ną osią. – Wskaź­nik prze­su­nął się po mapie wprost na zarys Ba­by­lo­nu. – Wcho­dzi­cie w kon­takt i prze­bi­ja­cie się do kon­struk­cji. Bravo za­bez­pie­cza lewą flan­kę, Char­lie prawą. Delta idzie w od­wo­dzie jako wspar­cie na wy­pa­dek kontr­ata­ku pan­cer­ne­go.

Prze­su­nął wskaź­nik bli­żej celu.

– Jeśli obro­na pęk­nie, Bra­dley’e wy­sa­dza­ją pie­cho­tę, zaj­mu­je­cie obiekt i za­bez­pie­cza­cie teren. Jeśli nie – Abram­sy pod­cho­dzą na dy­stans sku­tecz­ne­go ognia i nisz­czą kon­struk­cję bez­po­śred­nio.

Spoj­rzał po do­wód­cach.

– Nie od­da­je­my tego celu lot­nic­twu, jeśli nie bę­dzie ab­so­lut­nej ko­niecz­no­ści. To za­da­nie lą­do­we. Dzie­więć­dzie­siąt minut pa­li­wa i amu­ni­cji w tem­pie bo­jo­wym. Potem de­cy­zja prze­cho­dzi na wyż­szy szcze­bel.

Kes­sler po­czuł, jak żu­chwa sama za­ci­ska mu się na se­kun­dę. Dzie­więć­dzie­siąt minut nie było cza­sem. Było pa­li­wem, wodą, amu­ni­cją i tem­pe­ra­tu­rą sil­ni­ków.

Ofi­cer wy­wia­du pod­szedł bli­żej, skie­ro­wał palec na mapę i prze­su­nął go po łuku umoc­nień.

– Pierw­sza linia: stare T-62, sta­no­wi­ska po­lo­we, moż­li­we ma­kie­ty. Druga: T-72 w za­głę­bie­niach. OPL – roz­pro­szo­na, mo­bil­na. SA-6 albo SA-8 w sek­to­rze wschod­nim. Mamy ślady po zmia­nach po­zy­cji z ostat­nich 48 go­dzin.

– Mają czas – mruk­nął ktoś z tyłu.

Hol­der nie za­re­ago­wał.

Łącz­nik lot­nic­twa prze­su­nął kart­kę z czę­sto­tli­wo­ścia­mi i ko­da­mi.

– Com­bat Air Sup­port: A-10 na pię­ciu ty­sią­cach. Dwa klu­cze, ro­ta­cja. F-16 wyżej, jeśli trze­ba bę­dzie wejść moc­niej. 

Łącz­nik lot­nic­twa spoj­rzał w stro­nę mło­de­go po­rucz­ni­ka sto­ją­ce­go przy ścia­nie. – FAC je­dzie z Alfa.

Po­rucz­nik zro­bił krok do przo­du. Miał ra­dio­sta­cję z wy­su­wa­ną an­te­ną i la­se­ro­wy wskaź­nik celu prze­wie­szo­ny przez ramię.

For­ward Air Con­trol­ler – ofi­cer na­pro­wa­dza­nia lot­nic­twa przy­dzie­lo­ny do jed­nost­ki lą­do­wej. Jego za­da­niem było wi­dzieć cel z ziemi i mówić pi­lo­tom do­kład­nie, gdzie mają strze­lać. Bez niego sa­mo­lo­ty były tylko ha­ła­sem nad ho­ry­zon­tem.

– Ogień lot­nic­twa tylko na moje po­twier­dze­nie. Kanał wspól­ny, ale bez pry­wat­nych roz­mów z nie­bem – po­wie­dział krót­ko. 

Hol­der spoj­rzał na Kes­sle­ra. W kon­te­ne­rze zro­bi­ło się ci­szej.

– Py­ta­nia? – rzu­cił Hol­der.

Do­wód­cy plu­to­nów spoj­rze­li po sobie. Nikt nie chciał być tym, który pod­wa­ża plan przy wszyst­kich. Kes­sler też nie. Jed­nak­że brak pytań na od­pra­wie za­wsze pach­niał kon­se­kwen­cja­mi na pu­sty­ni.

– Ru­sza­cie za trzy­dzie­ści minut.

***

Na placu zbiór­ki po­wie­trze było go­rą­ce. Słoń­ce stało wy­so­ko, a pia­sek od­bi­jał świa­tło tak mocno, że oczy pie­kły nawet pod przy­ciem­nio­ny­mi go­gla­mi.

Czoł­gi M1A1 Abrams stały w sze­re­gu, dłu­gie lufy armat ka­li­bru 120 mm usta­wio­ne rów­no­le­głe do ho­ry­zon­tu. Tur­bi­ny ga­zo­we pra­co­wa­ły na biegu ja­ło­wym, wy­da­jąc niski, cią­gły gwizd, który wcho­dził w klat­kę pier­sio­wą ni­czym drże­nie.

Obok nich tan­ko­wa­ły M3 Bra­dley Ca­val­ry Fi­gh­ting Ve­hic­le – wer­sje roz­po­znaw­cze z wy­su­wa­ną an­te­ną ra­dio­wą i za­pa­sem po­ci­sków TOW w tyl­nej czę­ści ka­dłu­ba. Węże pa­li­wo­we sy­cza­ły pod ci­śnie­niem, pa­li­wo prze­le­wa­ło się do zbior­ni­ków z cięż­kim, głu­chym dźwię­kiem, jakby wle­wa­no tłu­sty olej do sta­lo­wej becz­ki.

Kes­sler pod­szedł do swo­je­go Abram­sa. Z tyłu ka­dłu­ba po­wie­trze drga­ło od go­rą­ce­go stru­mie­nia wy­lo­to­we­go spa­lin, który wy­su­szał piach i za­mie­niał go w cien­ką, mlecz­ną mgłę.

Do­tknął pan­ce­rza nad błot­ni­kiem. Stal była cie­pła, choć słoń­ce do­pie­ro za­czy­na­ło wspi­nać się wyżej. M1A1 z tur­bi­ną AG­T1500 na­grze­wał się szyb­ciej niż kla­sycz­ny die­sel – ogrom­na moc ozna­cza­ła ogrom­ne zu­ży­cie pa­li­wa i tem­pe­ra­tu­rę, którą trze­ba było jakoś od­pro­wa­dzić.

Cie­pło prze­szło przez rę­ka­wi­cę jak przez cien­ką bla­chę. Cof­nął dłoń od­ru­cho­wo. Jeśli metal był tak cie­pły teraz, po go­dzi­nie po­sto­ju bę­dzie pa­rzył.

Właz do­wód­cy otwo­rzył się z tępym, sprę­ży­stym stuk­nię­ciem. Wnę­trze przy­ję­ło go falą za­pa­chu: olej hy­drau­licz­ny z me­cha­ni­zmu ob­ro­tu wieży, roz­grza­na elek­tro­ni­ka, pot wsiąk­nię­ty w ma­te­riał sie­dzeń i cien­ka nuta spa­lo­ne­go kurzu, który do­sta­wał się przez każdą szcze­li­nę.

Prze­strzeń była cia­sna. Nie z po­wo­du błędu pro­jek­to­we­go. Z po­wo­du pan­ce­rza. Każdy cen­ty­metr stali ozna­czał mniej miej­sca dla czło­wie­ka

– Amu­ni­cja? – rzu­cił.

Dzia­ło­no­wy wsu­nął ostat­ni pe­ne­tra­tor w sto­jak ma­ga­zy­nu. Metal ude­rzył o metal. Głu­chy, kon­tro­lo­wa­ny dźwięk.

– Dwa­dzie­ścia czte­ry AP­FSDS-y. Osiem HE­AT-ów. Dwa CA­NI­STER-y. – Otarł dło­nie o spodnie, zo­sta­wia­jąc ciem­ny ślad smaru. – Koaks i pięć­dzie­siąt­ka pełne.

Kes­sler spoj­rzał na cy­lin­drycz­ne po­ci­ski w sto­ja­kach.

AP­FSDS (sabot) – długi, smu­kły po­cisk pe­ne­tra­cyj­ny z rdze­niem wol­fra­mo­wym, sta­bi­li­zo­wa­ny brze­chwo­wo. Po wy­strza­le opusz­czał lufę z pręd­ko­ścią prze­kra­cza­ją­cą pół­to­ra ki­lo­me­tra na se­kun­dę. Jego za­da­niem było prze­bić pan­cerz ki­ne­ty­ką, nie eks­plo­zją. Każdy z nich ważył ponad dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów. Każdy był li­czo­ny przed wy­jaz­dem i li­czo­ny po po­wro­cie. Wy­mia­na ognia z rów­no­rzęd­nym prze­ciw­ni­kiem po­tra­fi­ła zjeść po­ło­wę za­pa­su w kilka minut.

HEAT – po­cisk z ła­dun­kiem ku­mu­la­cyj­nym. W chwi­li ude­rze­nia w cel ma­te­riał wy­bu­cho­wy za­pa­dał się do środ­ka, for­mu­jąc wąski, skon­cen­tro­wa­ny stru­mień płyn­ne­go me­ta­lu. Nie pchał pan­ce­rza siłą ki­ne­tycz­ną jak pe­ne­tra­tor. Wy­pa­lał w nim kanał, sku­pia­jąc ener­gię w jed­nym punk­cie.

Był sku­tecz­ny prze­ciw bun­krom, sta­no­wi­skom ognio­wym i lżej­szym po­jaz­dom. Ale prze­ciw no­wo­cze­sne­mu pan­ce­rzo­wi war­stwo­we­mu nie dawał tej samej pew­no­ści co AP­FSDS.

CA­NI­STER – me­ta­lo­wa pusz­ka wy­peł­nio­na set­ka­mi sta­lo­wych kulek. Po wy­strza­le otwie­ra­ła się przy wy­lo­cie lufy, za­mie­nia­jąc ar­ma­tę 120 mm w gi­gan­tycz­ną strzel­bę na dy­stan­sie kil­ku­set me­trów. Sku­tecz­na ścia­na stali prze­ciw­ko pie­cho­cie.

– A ka­ra­bi­ny? – za­py­tał.

– Ka­ra­bin sprzę­żo­ny z dzia­łem, M240, sie­dem koma sześć dwa, pełne taśmy. I M2 na wieży – dzia­ło­no­wy klep­nął w bok wieży. – Pięć­dzie­siąt­ka za­ła­do­wa­na.

M240 był za­mo­co­wa­ny rów­no­le­gle do ar­ma­ty. Gdzie ce­lo­wa­ła lufa czoł­gu, tam szedł też ogień z ka­ra­bi­nu. Do cię­ża­ró­wek, pie­cho­ty, sta­no­wisk z wor­ków z pia­skiem – nie trze­ba było się­gać po po­cisk ar­mat­ni.

Ale jeśli w ce­low­ni­ku po­ja­wi się stal, to M240 tylko od­bi­je się iskra­mi. Wtedy i tak trze­ba bę­dzie się­gnąć po głów­ny ka­li­ber.

Cięż­ki M2 Brow­ning na wieży był bro­nią do­wód­cy. Otwar­ta po­zy­cja, pełna wi­docz­ność i pełne ry­zy­ko. Żeby z niego strze­lać, Kes­sler mu­siał wy­su­nąć się do pasa, oprzeć ko­la­na o pier­ścień wieży i zła­pać uchwy­ty.

Z tej po­zy­cji wi­dział wię­cej niż przez pe­ry­sko­py. Ho­ry­zont nie był już wą­skim wy­cin­kiem szkła, tylko peł­nym łu­kiem pu­sty­ni.

Ale jego tors wy­sta­wał ponad stal.

Jeśli ktoś w sek­to­rze miał ka­ra­bin wy­bo­ro­wy albo odła­mek po­le­ciał wyżej niż po­wi­nien, pan­cerz koń­czył się kilka cen­ty­me­trów pod że­bra­mi.

Kes­sler za­mknął właz.

Wolał ogra­ni­czo­ne pole wi­dze­nia niż otwar­te niebo nad głową.

Spoj­rzał jesz­cze raz na sto­ja­ki amu­ni­cyj­ne.

Dwa­dzie­ścia czte­ry.

Osiem.

Dwa.

Licz­by nie były abs­trak­cją. Były cza­sem.

Każdy strzał skra­cał okno ope­ra­cyj­ne.

Każdy nie­wła­ści­wy cel – koszt, który wra­cał, gdy zo­sta­wa­ło pięć po­ci­sków, a przed nim wciąż stał spraw­ny T-72.

W radiu ode­zwał się głos wyż­sze­go szcze­bla – sta­no­wi­sko do­wo­dze­nia 2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment, kil­ka­set me­trów z tyłu, w opan­ce­rzo­nym wozie do­wo­dze­nia M577.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Po­twierdź go­to­wość.

Puł­kow­nik Hol­der miał przed sobą mapę, mel­dun­ki ze szwa­dro­nów i dane z JSTARS – ra­da­ro­we­go ob­ra­zu ruchu na­ziem­ne­go, który po­ka­zy­wał prze­miesz­cza­ją­ce się cele, ale nie mówił, co kryje się w za­głę­bie­niach te­re­nu.

Wie­dział wię­cej niż Kes­sler.

Ale nie wi­dział tego, co było scho­wa­ne pod pia­skiem.

– Alfa One go­to­wy.

Na­pię­cie nie było tylko myślą. Było w żu­chwie. W pal­cach za­ci­śnię­tych na uchwy­cie. W su­cho­ści ję­zy­ka, który przy­lgnął do pod­nie­bie­nia.

Abrams nie był tylko ma­szy­ną.

Był ele­men­tem więk­sze­go sys­te­mu – Squ­adron pod­le­gał Re­gi­men­to­wi, Re­gi­ment pod­le­gał Dy­wi­zji, a nad nimi była de­cy­zja po­li­tycz­na, któ­rej już nie wi­dział.

Ale tu, w wieży, li­czy­ło się pa­li­wo, amu­ni­cja i lu­dzie.

A każdy z tych ele­men­tów miał swój limit.

Kie­row­ca za­mel­do­wał z dołu, głos stłu­mio­ny przez stal:

– Pa­li­wo pełne. Fil­try spraw­dzo­ne. Tem­pe­ra­tu­ra oleju w nor­mie.

W in­ter­ko­mie trzask.

– Alfa One, tu Anvil – głos FAC-a wszedł na wspól­ny kanał tak­tycz­ny.

Kes­sler prze­łą­czył se­lek­tor ra­dio­sta­cji SINC­GARS na czę­sto­tli­wość wspar­cia po­wietrz­ne­go. W ka­bi­nie zro­bi­ło się ci­szej – tylko szum tła i jed­no­staj­ny gwizd tur­bi­ny.

– Alfa One słu­cha.

– Czę­sto­tli­wo­ści usta­wio­ne. A-10 w po­wie­trzu. Mam bez­po­śred­ni kon­takt. Spraw­dza­my łącz­ność.

Krót­ki trzask.

– Anvil, tu War­thog One. Pięć ty­się­cy stóp, krą­że­nie le­wo­stron­ne. Gotów do za­da­nia.

FAC wró­cił na kanał na­ziem­ny.

– Sły­szysz ich?

– Sły­szę – od­po­wie­dział Kes­sler.

To wy­star­czy­ło.

Czoł­gi nie roz­ma­wia­ły z nie­bem bez­po­śred­nio. Była tylko jedna para uszu. Jeden głos. Jedna an­te­na, która zbie­ra­ła wszyst­ko i fil­tro­wa­ła do po­sta­ci krót­kie­go mel­dun­ku.

Jeśli eter się za­gę­ści, jeśli każdy za­cznie mówić – wspar­cie znik­nie w szu­mie.

Jeśli Bra­dley FAC-a zo­sta­nie tra­fio­ny – niebo za­milk­nie cał­ko­wi­cie.

Kes­sler po­pra­wił mi­kro­fon przy ustach. Pla­stik był suchy i twar­dy.

– Mel­dun­ki krót­kie. Siat­ka i typ celu. Bez ko­men­ta­rzy.

– Przy­ją­łem – od­po­wie­dział Anvil.

FAC prze­su­nął pal­cem po mapie, za­trzy­mał go w kwa­dra­cie ozna­czo­nym li­te­rą i czte­re­ma cy­fra­mi. Znał tę pro­ce­du­rę na pa­mięć. Osiem zna­ków. Ani mniej, ani wię­cej.

Gdy ko­lum­na ruszy i coś otwo­rzy do niej ogień, poda punkt, nie opis. Pilot nie bę­dzie do­py­ty­wał, nie bę­dzie szu­kał syl­wet­ki przez dym. Wpi­sze licz­by w sys­tem i wej­dzie po pro­stej.

W wieży Abram­sa Kes­sler pa­trzył na wła­sny ar­kusz. Te same linie. Te same cyfry.

Jeśli FAC powie „349721” za­miast „349731”, A-10 zrzu­ci bomby dwie wydmy dalej. A tam może stać jego drugi plu­ton.

Jedna cyfra.

Na mapie wszyst­ko wy­glą­da­ło równo i czy­sto.

W te­re­nie mię­dzy jed­nym a dru­gim nu­me­rem była stal i lu­dzie.

Tur­bi­na za­wy­ła wyżej. Wnę­trze czoł­gu za­drża­ło.

– Alfa One, kom­pa­nia spraw­dze­nie łącz­no­ści – po­wie­dział do radia.

– Alfa Troop, gotów.

– Bravo Troop, gotów.

– Char­lie Troop, gotów.

– Anvil, gotów.

– Delta, sły­szę cię.

Tur­bi­na AGT-1500 pod­nio­sła ton. Gwizd wszedł w tło i już z niego nie wy­szedł. Ka­dłub za­drżał rów­no­mier­nie, jakby ktoś ude­rzył w niego mło­tem i zo­sta­wił wi­bra­cję w środ­ku.

– Kom­pa­nia, na­przód – rzu­cił Kes­sler w sieci do­wo­dze­nia.

Gą­sie­ni­ce wgry­zły się w pia­sek. W pe­ry­sko­pie ho­ry­zont prze­su­nął się o kilka stop­ni w dół. Zie­mia za­czę­ła pły­nąć pod wozem.

For­ma­cja roz­sze­rza­ła się stop­nio­wo. Od­stęp taki, żeby fala ude­rze­nio­wa tra­fie­nia nie prze­szła przez dwa ka­dłu­by naraz.

– Sek­tor ognia lewo dwa­dzie­ścia stop­ni. Tempo trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów. CAS wy­łącz­nie przez Anvil.

Krót­ka pauza. Potem ko­lej­no:

– Alfa, przy­ją­łem.

– Bravo, przy­ją­łem.

– Char­lie, przy­ją­łem.

– Delta, przy­ją­łem.

– Anvil, przy­ją­łem. Kanał po­wietrz­ny czy­sty.

To był po­rzą­dek.

Każdy szcze­bel po­twier­dzał tylko swoje za­da­nie. Bez ga­da­nia. Bez ko­men­ta­rzy.

W słu­chaw­kach szum wró­cił do tła. Tur­bi­na utrzy­my­wa­ła stały ton.

Kom­pa­nia była już w roz­wi­nię­ciu bo­jo­wym.

I teraz każdy głos w ete­rze miał zna­cze­nie.

Pu­sty­nia była pusta tylko na pierw­szy rzut oka. W dal­mie­rzu la­se­ro­wym po­ja­wia­ły się po­je­dyn­cze od­bi­cia – metal, ka­mień, coś za­ko­pa­ne pod pia­skiem.

Je­że­li Gwar­dia cze­ka­ła, to poza za­się­giem wzro­ku.

Je­że­li przy­go­to­wa­li po­rząd­ną linię obro­ny, pierw­sze tra­fie­nie przyj­dzie zanim ktoś zo­ba­czy błysk.

Teraz za­cznie się spraw­dzian.

***

Pierw­szy kon­takt przy­szedł szyb­ko.

– Cel na je­de­na­stej! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

W pe­ry­sko­pie Kes­sle­ra syl­wet­ka czoł­gu wy­ro­sła z drżą­ce­go po­wie­trza. T-62. Stał nie­ru­cho­mo na lek­kim wznie­sie­niu. Ka­dłub czę­ścio­wo za­sy­pa­ny pia­skiem. Lufa pod­nie­sio­na zbyt wy­so­ko jak do strza­łu na bli­ski dy­stans. Pan­cerz czy­sty. Żad­nych świe­żych śla­dów gą­sie­nic wokół.

– Dzia­ło­no­wy!

– Widzę go!

Laser dal­mie­rza klik­nął cicho w słu­chaw­kach.

– Dy­stans: ty­siąc czte­ry­sta!

– Ładuj sabot

Ła­dow­ni­czy już pra­co­wał. W Abram­sie nie było au­to­ma­tu. Za dzia­łem stał czło­wiek. Za jego ple­ca­mi pan­cer­na prze­gro­da ma­ga­zy­nu w niszy wieży była za­mknię­ta. Się­gnął do dźwi­gni i szarp­nął ją w dół. Cięż­ka sta­lo­wa klapa od­su­nę­ła się na bok na si­łow­ni­kach. Za nią po­ci­ski sie­dzia­ły w gniaz­dach, każdy osob­no, od­se­pa­ro­wa­ny – amu­ni­cja trzy­ma­na poza prze­dzia­łem bo­jo­wym, za stalą, pod pa­ne­la­mi wy­dmu­cho­wy­mi na dachu wieży.

Wy­cią­gnął AP­FSDS-a jed­nym krót­kim, wy­ćwi­czo­nym ru­chem.

Prze­gro­da prze­ciw­wy­bu­cho­wa wró­ci­ła na miej­sce na­tych­miast, zanim po­cisk do­tknął zamka.

Metal ude­rzył o metal.

Zamek za­mknął się z głu­chym klik­nię­ciem. 

– Za­ła­do­wa­ny!

– Ognia!

Wy­strzał z dzia­ła sto dwa­dzie­ścia mi­li­me­trów ude­rzył w klat­kę pier­sio­wą ni­czym młot pa­ro­wy. Ar­ma­ta cof­nę­ła się na opo­ro­pow­rot­ni­kach, szar­piąc wieżą. Dym i kurz wci­snę­ły się w wi­zjer jak brud­na mgła. Po­cisk prze­szył ka­dłub.

– Tra­fio­ny! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy. 

Za ple­ca­mi Kes­sle­ra sta­lo­wa prze­gro­da ma­ga­zy­nu Abram­sa znów się otwo­rzy­ła.

Ła­dow­ni­czy się­gnął po ko­lej­ny po­cisk.

Klapa za­su­nę­ła się na­tych­miast.

– Go­to­wy!

Pierw­szy T-62 pło­nął.

Ale pu­sty­nia była zbyt spo­koj­na.

I to było naj­gor­sze.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Drugi T-62 stał kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej. Trze­ci za nim. W tej samej osi. Jakby ktoś je roz­sta­wił z li­nij­ką w ręce.

– Dzia­ło­no­wy!

– Mam!

– Ognia!

Drugi strzał.

Trze­ci.

Każdy po­cisk prze­cho­dził przez pan­cerz jak przez cien­ką bla­chę.

– Coś tu nie gra. Za łatwo nam idzie – mruk­nął dzia­ło­no­wy.

Mię­śnie mię­dzy ło­pat­ka­mi Kes­sle­ra na­pię­ły się same. Czuł, jak ma­te­riał ka­mi­zel­ki wrzy­na się w plecy przy każ­dym od­de­chu.

– Kom­pa­nia, wstrzy­mać ogień! Bravo, spraw­dzić teren za pierw­szą linią kon­tak­tu!

Na pra­wej flan­ce Bra­dley’e otwo­rzy­ły ogień z dzia­łek 25 mm. Krót­kie serie. Suchy rytm me­ta­lu.

Pia­sek wokół grupy T-62 pod­ry­wał się w ni­skie fon­tan­ny.

FAC ode­zwał się na ka­na­le po­wietrz­nym.

– War­thog 0-1, tu Anvil. Linia wra­ków na osi na­tar­cia. Sprawdź głę­bię za nimi.

Krót­ka pauza.

– Anvil, widzę dym. Kilka punk­tów ter­micz­nych… ale nic się nie rusza.

Nic się nie ru­sza­ło…

Kes­sler pa­trzył w pe­ry­skop. Wraki pa­li­ły się spo­koj­nie. Pło­mie­nie wy­cho­dzi­ły przez włazy, ale ka­dłu­by stały nie­ru­cho­mo, jakby ktoś usta­wił je do de­fi­la­dy.

W praw­dzi­wej obro­nie za­wsze coś żyje.

Ktoś po­pra­wia lufę.

Ktoś zmie­nia po­zy­cję.

Ktoś pró­bu­je wy­co­fać wóz.

Tu była tylko nie­ru­cho­ma stal…

– Nie roz­cią­gać szyku. Utrzy­mać łącz­ność – rzu­cił do radia.

Po pra­wej Bra­dley z Bravo wpadł w płyt­kie za­głę­bie­nie. Za­wie­sze­nie ude­rzy­ło o ogra­nicz­ni­ki. Me­ta­licz­ny stuk prze­szedł przez pia­sek i po­wie­trze. Kes­sler po­czuł krót­kie drże­nie w pod­ło­dze Abram­sa, mimo że dzie­li­ło ich kil­ka­dzie­siąt me­trów.

For­ma­cja utrzy­ma­ła od­stęp.

Wraki T-62 nadal pa­li­ły się spo­koj­nie. Pło­mień de­li­kat­nie mu­skał włazy.

W słu­chaw­kach ode­zwał się kanał po­wietrz­ny.

– Anvil, tu War­thog 0-1… mam “spike” ze wscho­du.

Krót­ka pauza.

– “Spike” znik­nął… wró­cił! 

Głos pi­lo­ta przy­spie­szył… 

– Coś mnie na­mie­rza!

Kes­sler pod­niósł wzrok do pe­ry­sko­pu do­wód­cy.

Na gra­ni­cy wi­docz­no­ści cien­ka smuga prze­cię­ła niebo. Krót­ki ciąg sil­ni­ka, potem czy­sta tra­jek­to­ria.

Strie­ła! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

A-10 roz­padł się w ja­snej kuli ognia. Przez uła­mek se­kun­dy widać było dwa frag­men­ty ka­dłu­ba od­dzie­la­ją­ce się od sie­bie. Potem tylko czar­ny dym i spa­da­ją­ce szcząt­ki.

Drugi War­thog po­de­rwał się gwał­tow­nie w górę.

– Na­miar utrzy­ma­ny! Wy­cho­dzę z sek­to­ra! Po­wta­rzam: wy­cho­dzę z sek­to­ra!

Słowo „wy­cho­dzę” prze­szy­ło Kes­sle­ra ni­czym strza­ła.

Wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Anvil, po­twierdź po­wrót CAS.

Se­kun­da ciszy.

Trza­ski w słu­chaw­kach.

– Od­ma­wiam. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. Szu­ka­my obej­ścia. Wzy­wam F-16.

Kes­sler po­czuł, jak struż­ką potu ufor­mo­wa­ła mu się na krę­go­słu­pie w cien­ką linię.

W jego rów­na­niu wła­śnie zmie­ni­ły się zmien­ne.

Bez A-10 jego od­dział zo­stał sam na sam z prze­ciw­ni­kiem, któ­re­go jesz­cze nie spo­strze­gli.

– Kom­pa­nia, utrzy­mać szyk – po­wie­dział. – Ogień tylko na po­twier­dzo­ne cele.

W radiu za­czę­ły na­kła­dać się mel­dun­ki.

– War­thog down…

– A-A de­fen­se ac­ti­ve…

F-16 in­bo­und…

Szum w ete­rze gęst­niał.

***

Trzy ki­lo­me­try dalej, za linią wydm, major Gro­mow leżał pła­sko przy pe­ry­sko­pie ob­ser­wa­cyj­nym wbi­tym w pia­sek.

Przez szkło wi­dział pierw­sze pło­ną­ce T-62. Do­kład­nie tam, gdzie miały pło­nąć.

Nad nimi czar­ny dym po A-10.

Ope­ra­tor 9К32 Strie­ły opu­ścił wy­rzut­nię i klęk­nął przy nim.

Gro­mow nic nie po­wie­dział.

Na­słu­chi­wał.

Z od­da­li niósł się niski, równy po­mruk tur­bin Abram­sów.

Ame­ry­ka­nie nie za­trzy­ma­li na­tar­cia.

Ski­nął głową.

– Wto­ra­ja li­ni­ja. Agoń! By­stro!

Ope­ra­tor radia po­wtó­rzył ko­men­dę.

Gdzieś dalej wzdłuż wydm ko­lej­ne sta­no­wi­ska ożyły.

Pierw­sza war­stwa obro­ny za­dzia­ła­ła.

Teraz za­cznie się praw­dzi­wa walka.

***

Kes­sler pa­trzył przez pe­ry­skop na linię wydm.

Pierw­szy wy­buch przy­szedł z ziemi.

Pia­sek przed ko­lum­ną uniósł się w pio­no­wej ścia­nie ognia i pyłu.

– Mina! – krzyk­nął ktoś na sieci.

Bra­dley po pra­wej sta­nął na­tych­miast. Gą­sie­ni­ca ze­rwa­na. Wóz osiadł bo­kiem w pia­sku. Z pod­wo­zia po­szedł ciem­ny dym.

– Bravo Three, sta­tus! – po­wie­dział Kes­sler.

– Unie­ru­cho­mie­ni. Za­ło­ga żyje. Mamy dym w prze­dzia­le. Po­trze­bu­je­my ME­DE­VAC!

Pia­sek przed Abram­sa­mi po­ru­szył się.

Naj­pierw lekko. Jakby zie­mia drgnę­ła pod wła­snym cię­ża­rem.

Potem z wydm wy­su­nę­ły się wieże.

Siat­ki ma­sku­ją­ce zsu­nę­ły się z pan­ce­rza.

T-72M1.

Ka­dłu­by ukry­te w przy­go­to­wa­nych za­wcza­su za­głę­bie­niach. Tylko wieże wy­sta­wa­ły ponad linię grun­tu.

Równe od­stę­py. 

Równe sek­to­ry ognia.

Pierw­szy Ira­kij­czyk ob­ró­cił wieżę o kilka stop­ni.

***

Wnę­trze T-72M1 było cia­sne i ciem­ne.

Metal na­grza­ny od słoń­ca od­da­wał cie­pło przez sta­lo­we ścia­ny pan­ce­rza. Po­wie­trze pach­nia­ło ole­jem i ku­rzem oraz spa­li­na­mi z po­moc­ni­cze­go agre­ga­tu.

Do­wód­ca sie­dział nisko pod za­mknię­tym wła­zem. Oko przy pe­ry­sko­pie.

W wi­zje­rze po­ja­wi­ły się syl­wet­ki po­jaz­dów prze­ciw­ni­ka.

Ame­ry­kań­skie Abram­sy.

Duże, sze­ro­kie, z pro­sty­mi wie­ża­mi.

Szły wprost na sek­tor.

– Dy­stans ty­siąc trzy­sta – po­wie­dział dzia­ło­no­wy.

Pod ich no­ga­mi ob­ró­ci­ła się sta­lo­wa ka­ru­ze­la ma­ga­zy­nu amu­ni­cji. Me­ta­licz­ny zgrzyt prze­szedł przez pod­ło­gę. Au­to­mat za­trzy­mał się. Po­daj­nik pod­niósł po­cisk z pro­wad­ni­cy. Potem ła­du­nek mio­ta­ją­cy. Ramię me­cha­ni­zmu wsu­nę­ło oba ele­men­ty w ko­mo­rę dzia­ła. Zamek za­mknął się cięż­kim stuk­nię­ciem. Tu nie było ła­dow­ni­cze­go. Tylko me­cha­nizm.

Abram­sy je­cha­ły dalej.

– Otwórz ogień do czo­łów­ki!

Dzia­ło 125 mm wy­strze­li­ło.

Błysk wy­peł­nił wi­zjer.

Od­rzut szarp­nął ar­ma­tą do tyłu. Me­cha­nizm opo­ro­pow­rot­ny przy­jął ener­gię strza­łu – lufa cof­nę­ła się w jarz­mie o kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów, potem wró­ci­ła na miej­sce z cięż­kim, me­ta­licz­nym ude­rze­niem.

W wi­zje­rze Bra­dley zna­lazł się do­kład­nie w osi strza­łu.

Po­cisk tra­fił w ka­dłub.

Błysk.

Potem ogień w środ­ku po­jaz­du.

Trans­por­ter sta­nął w pło­mie­niach.

Pod pod­ło­gą ka­ru­ze­la już za­czy­na­ła ko­lej­ny obrót.

Metal ude­rzał o metal.

Nowy po­cisk prze­su­wał się w stro­nę po­daj­ni­ka.

Szyb­ciej niż czło­wiek byłby w sta­nie się­gnąć po amu­ni­cję.

Ale cały ma­ga­zyn był pod no­ga­mi za­ło­gi.

Jeśli pe­ne­tra­tor Abram­sa trafi w to miej­sce, nie bę­dzie dru­gie­go wy­strza­łu.

Nie bę­dzie nawet czasu na krzyk.

***

Po­cisk ude­rzył w Bra­dley’a Mo­ra­le­sa.

Ogień po­ja­wił się w środ­ku ka­dłu­ba jak za­pa­lo­ny lont. Wóz sta­nął w pło­mie­niach.

– Bravo Two, ra­port! – Kes­sler.

Trzask w radiu.

W pe­ry­sko­pie zo­ba­czył rampę Bra­dley’a opa­da­ją­cą w dół. Z wnę­trza wy­sko­czy­ły syl­wet­ki. Jedna upa­dła, pod­nio­sła się i po­bie­gła dalej, po­chy­lo­na nisko nad zie­mią.

– Ładuj sabot

– Ognia! 

Abrams od­po­wie­dział ogniem.

Pierw­szy T-72 do­stał w wieżę. Pło­mień buch­nął spod włazu do­wód­cy jak z pieca. Przez se­kun­dę czołg jesz­cze stał nie­ru­cho­mo, potem ogień wy­peł­nił wnę­trze ka­dłu­ba.

Wieża drgnę­ła.

Potem unio­sła się gwał­tow­nie, jakby ktoś pod nią od­pa­lił ła­du­nek.

Eks­plo­zja wy­rzu­ci­ła ją w górę o kilka me­trów.

Cięż­ki sta­lo­wy odlew ob­ró­cił się w po­wie­trzu i spadł w piach obok ka­dłu­ba.

– Cho­le­ra… – mruk­nął dzia­ło­no­wy.

– Tra­fio­ny.

Drugi T-72 od­po­wie­dział na­tych­miast.

Po­cisk ude­rzył w Abram­sa po lewej stro­nie szyku.

Błysk był krót­ki i ja­skra­wy. Wieża czoł­gu za­trzy­ma­ła się pod dziw­nym kątem. Z włazu po­szedł czar­ny dym.

– Alpha Two tra­fio­ny! – ktoś krzyk­nął.

Kes­sler po­czuł ude­rze­nie ad­re­na­li­ny w brzuch.

– Dzia­ło­no­wy, drugi cel!

Sta­bi­li­za­tor wieży szarp­nął lekko.

– Mam go… mam…

Trze­ci T-72 strze­lił pierw­szy.

Po­cisk prze­szedł przed wi­zje­rem Abram­sa i eks­plo­do­wał w pia­sku kil­ka­na­ście me­trów dalej. Fala ude­rze­nio­wa ude­rzy­ła w ka­dłub.

– Kon­takt! Dwa cele! – rzu­cił dzia­ło­no­wy.

– Trzy­maj na­miar!

Palce Kes­sle­ra za­ci­snę­ły się na uchwy­cie pe­ry­sko­pu. Metal drżał pod dło­nią.

Miny.

Uło­żo­ne w łuk przed linią wydm.

Każdy ma­newr w bok pro­wa­dził w ko­lej­ne pole.

Każde za­trzy­ma­nie wy­sta­wia­ło wóz w sek­tor ognia T-72.

Mo­ra­les krzy­czał w radiu.

– Mam ran­nych! Jeden nie od­dy­cha! Po­trze­bu­ję ME­DE­VAC!

– Tu Anvil, ME­DE­VAC nie­moż­li­wy. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza prze­ciw­ni­ka ak­tyw­na – od­po­wie­dział FAC.

FAC pró­bo­wał od­zy­skać po­wie­trze.

– Viper, tu Anvil. Ak­tyw­na obro­na prze­ciw­lot­ni­cza w sek­to­rze. Po­trze­bu­ję SEAD. Ko­or­dy­na­ty…

– Anvil, tu Viper 04. Po­twier­dzam. Wcho­dzi­my wy­so­ko.

Kes­sler prze­łknął ślinę.

– Alfa, Bravo, Char­lie przejść w obro­nę ognio­wą. Nie wcho­dzić głę­biej.

Na ho­ry­zon­cie, ponad linią wydm, wciąż widać było zarys kon­struk­cji Ba­by­lo­nu.

Czar­ny szkie­let na tle nieba.

Cel tam był.

Ale pole walki wła­śnie za­mie­ni­ło się w pu­łap­kę.

***

W radiu po­ja­wił się nowy głos.

– Alfa One, tu do­wód­ca pułku. Podaj sta­tus.

Kes­sler wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Na­tar­cie za­trzy­ma­ne. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. CAS poza sek­to­rem. Miny na po­dej­ściu. Kon­takt z pan­ce­rzem w umoc­nie­niach. Mamy tra­fie­nia i ran­nych. Nie je­ste­śmy w sta­nie dojść do Ba­by­lon w tym oknie.

Gwizd sil­ni­ka i trza­ski radia.

– Po­wtórz ostat­nie!

Pot spły­nął spod hełmu na skroń. Sól szczyp­nę­ła w oko.

– Nie je­ste­śmy w sta­nie dojść do Ba­by­lon w tym oknie!

Krót­ka pauza.

– Przy­ją­łem. Utrzy­mać po­zy­cję. Ocze­ki­wać de­cy­zji.

Linia znów za­mil­kła.

– Ma­jo­rze – ode­zwał się dzia­ło­no­wy ci­szej. – Zo­sta­ło mi osiem­na­ście AP­FSDS-ów.

Kes­sler nie od­po­wie­dział od razu.

Spoj­rzał na zegar na pul­pi­cie.

Se­kun­dy szły dalej.

Spoj­rzał na ho­ry­zont, potem na roz­trza­ska­ne­go Abram­sa po lewej i Bra­dley’a Mo­ra­le­sa.

W ka­bi­nie było dusz­no. Pasek hełmu wci­nał się w skórę pod brodą. W ustach me­ta­licz­ny smak mie­szał się z ku­rzem.

Po pra­wej stro­nie lu­dzie z Bra­dley’a pró­bo­wa­li wy­cią­gnąć ran­ne­go z tyl­nej rampy. Dwóch cią­gnę­ło go za ka­mi­zel­kę. Trze­ci osła­niał sek­tor ka­ra­bi­nem.

Niebo nad nimi było puste.

W końcu na­ci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Alfa, Bravo, Char­lie utrzy­mać ogień za­po­ro­wy. Nie wy­cho­dzić z sek­to­ra. 

– Alfa przy­jął…

– Bravo przy­jął…

– Char­lie przy­jął…

Abram­sy za­czę­ły pra­co­wać jed­nym ryt­mem.

Strzał.

Prze­rwa.

Strzał.

Krót­ko i pre­cy­zyj­nie.

Nie po to, żeby prze­ła­mać linię.

Po to, żeby przy­du­sić prze­ciw­nik do ziemi i zmu­sić do ma­new­ru.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Miny le­ża­ły w łuku przed ko­lum­ną.

Za nimi wieże T-72 wy­sta­wa­ły nad linię pia­sku w rów­nych od­stę­pach.

Sek­to­ry ognia prze­ci­na­ły się do­kład­nie na osi ich na­tar­cia.

Gdzie­kol­wiek spró­bu­ją skrę­cić – wcho­dzą w ko­lej­ny sek­tor.

Gdzie­kol­wiek ruszą – stają się celem.

Kes­sler po­czuł cię­żar w klat­ce pier­sio­wej, jakby ktoś po­ło­żył mu na niej me­ta­lo­wą płytę.

To nie była linia usta­wio­na w po­śpie­chu…

***

Abrams Kes­sle­ra stał w lek­kim za­głę­bie­niu te­re­nu. Tur­bi­na pra­co­wa­ła na śred­nich ob­ro­tach. Drga­nia prze­cho­dzi­ły przez sie­dzi­sko i wcho­dzi­ły w krę­go­słup jak niska, jed­no­staj­na fala.

W ka­bi­nie było go­rą­co mimo kli­ma­ty­za­cji. Fil­try po­wie­trza były czy­ste, ale piach i tak znaj­do­wał drogę. Drob­ny pył osia­dał na war­gach jak cien­ka war­stwa kredy.

– Zo­sta­ło mi czter­na­ście AP­FSDS – za­mel­do­wał dzia­ło­no­wy.

Kes­sler spoj­rzał na zegar.

Trzy­dzie­ści trzy mi­nu­ty do końca okna.

W radiu po­ja­wił się nowy głos. Spo­koj­ny, bez pod­nie­sio­ne­go tonu. Do­wódz­two pułku.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Ocena sy­tu­acji.

Kes­sler wziął od­dech przez nos. Po­wie­trze pach­nia­ło spa­le­ni­zną i roz­grza­ną hy­drau­li­ką.

– Tu Alfa One. Linia pierw­sza była wa­bi­kiem. We­szli­śmy w stre­fę mi­no­wą po łuku. Druga linia to T-72 w za­głę­bie­niach. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na – utra­ci­li­śmy jed­ne­go War­thog’a. Dwa wozy wy­łą­czo­ne, jeden Bra­dley spa­lo­ny, ranni na ziemi. Ba­by­lon poza za­się­giem ozna­cze­nia.

Za­pa­dła krót­ka cisza.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Spró­buj obej­ścia od po­łu­dnio­we­go wscho­du. Roz­po­zna­nie wska­zu­je lukę w sek­to­rze. Wejść szyb­ko i ude­rzyć w drugą linię od boku.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop w lewo. Wydmy wy­glą­da­ły spo­koj­nie. Za spo­koj­nie.

– Przy­ją­łem. Alfa, przy­go­to­wać ma­newr w lewo. Kom­pa­nia kli­nem. Bra­dley’e za nami.

– Alfa, przy­ją­łem.

– Bravo, przy­ją­łem.

– Char­lie, przy­ją­łem.

Kes­sler wci­snął przy­cisk in­ter­ko­mu.

– Kie­row­ca, dzie­więć­dzie­siąt stop­ni w lewo. Po­wo­li.

Tur­bi­na za­wy­ła wyżej. Abrams wy­szedł z za­głę­bie­nia i za­czął prze­su­wać się wzdłuż wydmy. Pia­sek szu­rał po ka­dłu­bie jak drob­ny pa­pier ścier­ny.

Plu­to­ny skrę­ci­ły za nim.

Pierw­sze metry wy­glą­da­ły czy­sto.

Potem Bra­dley FAC ode­zwał się w radiu.

– Anvil do Viper. Mamy ak­tyw­ną emi­sję ra­da­ro­wą w sek­to­rze wschod­nim. Mo­że­cie ją zdjąć?

Od­po­wiedź przy­szła szyb­ko.

– Viper One. Wcho­dzi­my.

Kes­sler uniósł pe­ry­skop wyżej.

Na wy­so­ko­ści kilku ki­lo­me­trów po­ja­wi­ły się dwa punk­ty. F-16 we­szły w sek­tor szyb­ko, nie­mal bez­gło­śnie – tylko drga­nie po­wie­trza zdra­dza­ło ich obec­ność.

– Utrzy­mać tempo – po­wie­dział Kes­sler w eter.

Pierw­szy pilot ode­zwał się w radiu FAC.

– Viper One do Anvil. Nie mam sta­bil­ne­go na­mia­ru na emi­sję. Sy­gnał ska­cze.

– Anvil do Viper – radar ak­tyw­ny jesz­cze chwi­lę temu. Spró­buj po­dej­ścia bli­żej.

Se­kun­da ciszy.

– Scho­dzę niżej.

Syl­wet­ki my­śliw­ców za­czę­ły opa­dać. Naj­pierw po­wo­li, potem szyb­ciej. Na tle nieba po­więk­sza­ły się z punk­tów do wy­raź­nych kształ­tów skrzy­deł.

Ra­kie­ty an­ty­ra­dio­lo­ka­cyj­ne ze­szły z pro­wad­nic i po­mknę­ły w kie­run­ku źró­dła emi­sji.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ły się dwa bły­ski.

– Tra­fie­nie! – za­mel­do­wał pod­nie­sio­nym gło­sem FAC.

Pilot F-16 ode­zwał się po chwi­li.

– Cze­kaj… radar znik­nął. To może być…

Prze­rwał.

– Spike! Spike!

Na gra­ni­cy wydm po­ja­wi­ło się osiem cien­kich smug.

Z ukry­tych sta­no­wisk po bo­kach sek­to­ra otwo­rzy­ły ogień dwa ZSU-23-4 Szył­ka

Czte­ry lufy każ­dej z nich za­czę­ły za­sy­py­wać po­wie­trze smu­ga­mi.

F-16 były za nisko.

Pierw­szy do­stał nie­mal od razu.

Błysk pod skrzy­dłem. Potem ogień wzdłuż ka­dłu­ba.

Sa­mo­lot eks­plo­do­wał w po­wie­trzu krót­kim, bia­łym bły­skiem.

Drugi po­de­rwał się gwał­tow­nie.

– Je­dyn­ka tra­fio­na!

Z ka­bi­ny wy­rzu­co­na zo­sta­ła mała czar­na syl­wet­ka.

Spa­do­chron otwo­rzył się kilka se­kund póź­niej.

Uszko­dzo­ny F-16 prze­le­ciał jesz­cze kil­ka­set me­trów nad pu­sty­nią, potem wbił się w zie­mię i roz­padł w chmu­rze pyłu.

FAC mil­czał przez mo­ment.

Potem ode­zwał się cicho:

– Tu Anvil… stra­ci­li­śmy wspar­cie po­wietrz­ne.

Kes­sler po­czuł, jak mię­śnie karku na­pi­na­ją się pod heł­mem.

– Kon­ty­nu­uje­my ma­newr!

Ko­lum­na we­szła głę­biej mię­dzy wydmy.

Pierw­szy Abrams po lewej nagle pod­sko­czył.

Eks­plo­zja była po­tęż­na.

– Mina!

Czołg opadł cięż­ko na jedną stro­nę.

– Alfa Three unie­ru­cho­mio­ny!

Kes­sler nie zdą­żył od­po­wie­dzieć.

Z wydmy przed nimi wy­strze­lił ogień.

RPG.

Ra­kie­ta ude­rzy­ła w Bra­dley’a ja­dą­ce­go za nim. Wóz za­trzy­mał się w pło­mie­niach.

– Kon­takt! Pie­cho­ta!

W tym samym mo­men­cie nad linią pia­sku po­ja­wi­ły się wieże.

T-72.

Trzy.

Potem czwar­ty.

Usta­wio­ne w pół­okrę­gu.

Dwa strze­li­ły na­tych­miast.

Po­ci­ski ude­rzy­ły w Abram­sa na końcu ko­lum­ny.

Błysk.

Ogień spod włazu.

– Alfa Four tra­fio­ny!

– Sabot! – krzyk­nął dzia­ło­no­wy.

Wy­strzał wstrzą­snął ka­bi­ną.

Pierw­szy T-72 za­pa­lił się, ale po­zo­sta­łe już ob­ra­ca­ły wieże.

Ko­lej­ny po­cisk mu­snął wieżę Abram­sa Kes­sle­ra i eks­plo­do­wał fon­tan­ną pia­chu za nim.

Pu­sty­nia ude­rzył w ka­dłub ni­czym grad.

Kes­sler prze­su­nął pe­ry­skop.

Miny przed nimi.

RPG po bo­kach.

T-72 za­my­ka­ją sek­tor ognia.

To nie była luka.

To była druga linia pu­łap­ki.

– Alfa, wy­co­fu­je­my się! – po­wie­dział twar­do.

– Dym i ogień za­po­ro­wy!

Bra­dley z ran­ny­mi wy­co­fy­wał się po­wo­li za wydmę.

Kom­pa­nia co­fa­ła się metr po me­trze.

Gdy ostat­ni Abrams wy­szedł z sek­to­ra ognia, irac­kie czoł­gi prze­sta­ły strze­lać.

Kes­sler spoj­rzał na zegar.

Je­de­na­ście minut do końca okna.

Wci­snął przy­cisk radia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Próba obej­ścia nie­uda­na. Druga za­sadz­ka. Stra­ci­li­śmy ko­lej­ne wozy. Wspar­cie po­wietrz­ne zisz­czo­ne. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza ak­tyw­na. Ba­by­lon nadal poza za­się­giem.

Pauza.

– Nie je­ste­śmy w sta­nie prze­ła­mać obro­ny i wy­ko­nać za­da­nia.

W radiu ode­zwa­ło się do­wódz­two pułku.

– Alfa One, tu Re­gi­ment. Wy­co­fać się do linii wyj­ścio­wej. Przejść do obro­ny. Za­da­nie prze­rwa­ne.

Kes­sler przez se­kun­dę pa­trzył w pe­ry­skop.

Na ho­ry­zon­cie Ba­by­lon wciąż stał nad linią wydm ni­czym sta­lo­wy szkie­let.

– Alfa One do kom­pa­ni. Co­fa­my się na po­zy­cje wyj­ścio­we. 

Kie­row­ca wci­snął pedał. Abrams ru­szył po­wo­li do tyłu, gą­sie­ni­ce wgry­za­ły się w piach z głu­chym, cięż­kim dźwię­kiem.

Za nim ko­lej­ne czoł­gi za­czę­ły cofać się z sek­to­ra ognia.

Z linii T-72 padło jesz­cze kilka strza­łów. Po­ci­ski ude­rza­ły w wydmy przed ko­lum­ną, wy­rzu­ca­jąc w po­wie­trze bru­nat­ne fon­tan­ny pia­sku.

Potem ogień ustał.

Ira­kij­czy­cy nie pró­bo­wa­li po­ści­gu.

Ich za­da­nie było inne.

Kilka minut póź­niej ko­lum­na była już poza za­się­giem bez­po­śred­nie­go ognia.

Kes­sler wci­snął przy­cisk radia.

– Re­gi­ment, tu Alfa One. Wy­co­fa­nie wy­ko­na­ne. Stra­ty: trzy Abram­sy unie­ru­cho­mio­ne, dwa Bra­dley’e cał­ko­wi­cie znisz­czo­ne. Ranni ewa­ku­owa­ni. Cel nie­osią­gnię­ty.

– Przy­ją­łem. Utrzy­mać po­zy­cje.

Ba­by­lon nadal stał.

***

Kilka ki­lo­me­trów dalej major Gro­mow klę­czał na be­to­no­wym na­sy­pie sta­re­go sta­no­wi­ska ar­ty­le­ryj­skie­go. Lor­net­ka opar­ta o brwi.

Na pu­sty­ni ame­ry­kań­ska ko­lum­na po­wo­li wy­co­fy­wa­ła się za linię wydm.

Obok niego ope­ra­tor ra­dio­wy zdjął słu­chaw­ki.

– Oni ucho­diat…

Gro­mow nie od­po­wie­dział od razu.

Jesz­cze przez chwi­lę ob­ser­wo­wał linię dymu nad polem walki.

Spa­lo­ne Bra­dley’e.

Trzy Abram­sy sto­ją­ce nie­ru­cho­mo na polu mi­no­wym.

Potem scho­wał lor­net­kę.

– Cha­ra­szo. 

Jeden z ludzi spoj­rzał na niego.

– Za­da­cza wy­poł­nie­na.

Ame­ry­ka­nie spró­bo­wa­li prze­ła­ma­nia ale nie do­szli nawet do dru­giej linii.

Spec­na­zow­cy za­czę­li zwi­jać sta­no­wi­ska.

Ra­dio­sta­cje znik­nę­ły w skrzy­niach. Taśmy do PKM-ów wę­dro­wa­ły do wor­ków. Jeden z żoł­nie­rzy zdjął an­te­nę z masz­tu.

Sil­ni­ki cię­ża­ró­wek od­pa­li­ły cięż­kim, die­slow­skim basem.

Jeden z ludzi za­py­tał:

– Kuda idiem?

Gro­mow spoj­rzał na po­łu­dnie.

– Obiekt sie­diem­nad­cat’.

Na pu­sty­ni zo­sta­ły pola mi­no­we, wraki Bra­dley­ów, Abram­sów i nie­ru­cho­me wieże T-72 wy­sta­ją­ce ponad linię pia­sku. Dalej, przy sta­no­wi­skach ma­sko­wa­nych siat­ką, stały Szył­ki z lu­fa­mi unie­sio­ny­mi w niebo. Linia obro­ny po­zo­sta­ła nie­na­ru­szo­na.

***

Na stole ope­ra­cyj­nym le­ża­ła mapa po­łu­dnio­we­go Iraku.

Siat­ka współ­rzęd­nych była po­ry­so­wa­na mar­ke­ra­mi. Zie­lo­ne linie ozna­cza­ły osie na­tar­cia. Czer­wo­ne – po­twier­dzo­ne po­zy­cje irac­kie.

Nad mapą wi­siał ekran z ob­ra­zem z sa­te­li­ty roz­po­znaw­cze­go. Roz­dziel­czość była zbyt niska, żeby zo­ba­czyć czoł­gi. Widać było tylko smugi kurzu i czar­ne plamy dymu.

Jedna z nich ozna­czo­na była czer­wo­nym na­pi­sem.

BA­BY­LON

Ofi­cer łącz­ni­ko­wy sie­dział przy stole ra­dio­wym. Słu­chaw­ki do­ci­ska­ły uszy tak mocno, że skóra pod pa­łą­kiem była biała.

– Mam 2nd ACR – po­wie­dział.

Puł­kow­nik pod­niósł wzrok znad mapy.

– Stra­ty?

Ofi­cer spoj­rzał na kart­kę z no­tat­ka­mi.

– Trzy Abram­sy wy­łą­czo­ne z walki. Dwa Bra­dley’e znisz­czo­ne. Kilku ran­nych. – Pod­niósł wzrok. – Ba­by­lon nadal stoi.

Puł­kow­nik prze­su­nął palec po mapie. Za­trzy­mał go na czer­wo­nym znacz­ni­ku.

Ba­by­lon – su­per­dzia­ło Sad­da­ma.

Puł­kow­nik się­gnął po te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Me­ta­lo­wa obu­do­wa była go­rą­ca od słoń­ca.

– Po­łącz­cie mnie z CENT­COM.

Kilka se­kund szumu. Potem głos.

– Tu Cen­tral Com­mand.

Puł­kow­nik mówił spo­koj­nie, jakby ra­por­to­wał ćwi­cze­nia.

– Próba prze­ła­ma­nia lą­do­we­go nie po­wio­dła się. Ba­by­lon po­zo­sta­je ope­ra­cyj­ny.

Na­sta­ła krót­ka cisza.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dział głos z dru­giej stro­ny. – Prze­ka­zu­je­my ra­port wyżej.

Po­łą­cze­nie się urwa­ło. Puł­kow­nik odło­żył słu­chaw­kę.

***

Ko­ry­ta­rze Pen­ta­go­nu były pra­wie puste. Nocna zmia­na pra­co­wa­ła w ciszy, którą prze­ry­wał tylko szum wen­ty­la­cji i od­le­głe dzwon­ki te­le­fo­nów.

W cen­trum ope­ra­cyj­nym świa­tło było ostre, białe, bez cie­nia. Ścia­na na­prze­ciw­ko sto­łów była po­kry­ta mapą Bli­skie­go Wscho­du. Siat­ka współ­rzęd­nych, linie gra­nic, sym­bo­le jed­no­stek.

Na po­łu­dniu Iraku świe­cił czer­wo­ny znacz­nik.

BA­BY­LON

Ofi­cer dy­żur­ny sie­dział przy stole ra­por­to­wym. Do­ku­ment leżał przed nim, przy­trzy­ma­ny me­ta­lo­wym klip­sem.

Czy­tał go już drugi raz.

 

Na­głó­wek ra­por­tu:

OB­JEC­TI­VE: BA­BY­LON

 

Niżej kilka krót­kich wier­szy:

2nd ACR – at­tack hal­ted

mi­ne­fields con­fir­med

ar­mo­red re­si­stan­ce

CAS de­gra­ded by air de­fen­se

 

Każde zda­nie było skró­tem więk­sze­go pro­ble­mu.

Na­tar­cie pan­cer­ne za­trzy­ma­ne.

Lot­nic­two wy­pchnię­te na wy­so­kość przez obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą.

Ofi­cer prze­su­nął pal­cem po ostat­niej li­nij­ce.

Była pod­kre­ślo­na grubą kre­ską.

STA­TUS: TAR­GET AC­TI­VE

Ofi­cer prze­su­nął pal­cem po tek­ście jesz­cze raz, jakby chciał spraw­dzić, czy słowa się nie zmie­nią.

Nie zmie­ni­ły się.

Ba­by­lon nadal dzia­łał.

Się­gnął po te­le­fon.

– Po­łącz­cie mnie z Si­tu­ation Room.

Trzask na linii.

Potem głos ope­ra­to­ra.

– White House switch­bo­ard.

– Tu Pen­ta­gon. Na­tio­nal Mi­li­ta­ry Com­mand Cen­ter. Po­trze­bu­je­my pil­nej na­ra­dy.

Krót­ka pauza.

– Temat?

Ofi­cer spoj­rzał na ra­port le­żą­cy na stole.

– Ba­by­lon.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła cisza, która trwa­ła se­kun­dę dłu­żej niż zwy­kła pro­ce­du­ra.

– Łączę…

– Tu Si­tu­ation Room, słu­cham?

– Na­tio­nal Mi­li­ta­ry Com­mand Cen­ter. Pilny ra­port ope­ra­cyj­ny w kwe­stii Ba­by­lo­nu.

– Przy­ję­to. Zbie­ra­my ludzi.

Ofi­cer odło­żył słu­chaw­kę.

Przez chwi­lę pa­trzył na mapę na ścia­nie. Czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu świe­cił nadal nie­ru­cho­mo na po­łu­dniu Iraku.

Potem wró­cił do stołu.

Ra­port wsu­nął do czar­nej tecz­ki ope­ra­cyj­nej. Do środ­ka tra­fi­ła rów­nież karta pla­no­wa­nych ude­rzeń lot­ni­czych. Za­mknął tecz­kę me­ta­lo­wym za­trza­skiem, wziął ją pod pachę i ru­szył do drzwi.

***

W tym samym cza­sie w Bia­łym Domu uru­cho­mio­no nocny tryb Si­tu­ation Room. Te­le­fon z Pen­ta­go­nu ozna­czał jedno: ra­port ope­ra­cyj­ny z pola walki. Ofi­cer dy­żur­ny się­gnął po listę po­wia­do­mień. Pro­ce­du­ra była krót­ka.

Pre­zy­dent.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów.

Do­rad­ca ds. bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go.

Dy­rek­tor CIA.

Kil­ka­na­ście minut póź­niej drzwi do sali brie­fin­go­wej za­czę­ły się otwie­rać. Naj­pierw we­szli ofi­ce­ro­wie łącz­ni­ko­wi. Potem do­rad­cy. Na końcu Pre­zy­dent.

Na stole leżał już ra­port z pu­sty­ni.

***

Si­tu­ation Room za­la­ny był ostrym, bia­łym świa­tłem. Stół kon­fe­ren­cyj­ny zaj­mo­wał śro­dek po­miesz­cze­nia. W jego po­wierzch­ni były wbu­do­wa­ne mo­ni­to­ry, na któ­rych wy­świe­tla­ła się mapa po­łu­dnio­we­go Iraku.

Czer­wo­ny punkt.

BA­BY­LON.

Pre­zy­dent sie­dział na końcu stołu. Obok niego do­rad­ca ds. bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. Po dru­giej stro­nie ge­ne­rał w mun­du­rze lot­nic­twa. Obok prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów. Przed nimi leżał ra­port z Pen­ta­go­nu. Krót­ki. Wręcz su­ro­wy.

– Pa­no­wie – po­wie­dział prze­wod­ni­czą­cy. – Atak 2nd Ar­mo­red Ca­val­ry Re­gi­ment zo­stał za­trzy­ma­ny. Pola mi­no­we. Kilka linii czoł­gów. Obro­na A-A. Wspar­cie lot­ni­cze nie było w sta­nie zejść na wy­so­kość ude­rze­nio­wą.

Na ekra­nie po­ja­wił się obraz sa­te­li­tar­ny.

Ba­by­lon.

Długi cy­lin­der dzia­ła usta­wio­ny na pół­noc­ny za­chód.

– Cel nadal ope­ra­cyj­ny – dodał.

Pre­zy­dent pa­trzył przez chwi­lę na ekran.

– Ile czasu po­trze­bu­ją, żeby to uru­cho­mić?

Nikt przez mo­ment nie od­po­wia­dał.

W końcu ode­zwał się dy­rek­tor CIA.

– Panie Pre­zy­den­cie, jest jesz­cze jedna in­for­ma­cja.

Po­ło­żył na stole cien­ką tecz­kę z na­pi­sem CLAS­SI­FIED.

Wyjął i prze­su­nął zdję­cie sa­te­li­tar­ne w stro­nę Pre­zy­den­ta.

– Pod­czas stra­te­gicz­nej misji roz­po­znaw­czej da­le­kie­go za­się­gu w 1988 roku nasz Gho­st­bla­de wy­krył w ma­ga­zy­nie przy in­sta­la­cji Ba­by­lon dwa punk­to­we źró­dła pro­mie­nio­wa­nia neu­tro­no­we­go. Sy­gna­tu­ra od­po­wia­da urzą­dze­niom ją­dro­wym.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów zmarsz­czył brwi.

– Gło­wi­ce?

– Nie mamy wi­zu­al­ne­go po­twier­dze­nia – od­po­wie­dzia­ło CIA. – Ale jeśli to nie są gło­wi­ce, nie wiemy, co in­ne­go mo­gło­by dawać taki sy­gnał.

Ge­ne­rał lot­nic­twa spoj­rzał na mapę.

– Panie Pre­zy­den­cie – po­wie­dział spo­koj­nie. – Jeśli Ba­by­lon do­sta­nie choć jeden z tych ła­dun­ków do lufy, nie mó­wi­my już o woj­nie w Za­to­ce.

Prze­su­nął pal­cem po mapie Atlan­ty­ku.

– Mó­wi­my o ar­ty­le­rii stra­te­gicz­nej wy­ce­lo­wa­nej w Stany Zjed­no­czo­ne.

Na ekra­nie czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu świe­cił dalej.

Mały.

I nagle znacz­nie bliż­szy.

Dy­rek­tor CIA kon­ty­nu­ował spo­koj­nie.

– Za­sięg Ba­by­lo­nu po­zwa­la na ostrzał wy­brze­ża Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się mapa tra­jek­to­rii.

Łuk prze­cho­dzą­cy przez Atlan­tyk.

Punkt koń­co­wy – Nowy Jork.

Drugi wa­riant – Wa­szyng­ton.

Pre­zy­dent nie od­wró­cił wzro­ku od ekra­nu.

– Czyli mó­wi­my o broni stra­te­gicz­nej wy­mie­rzo­nej w nasze te­ry­to­rium.

– Tak, panie Pre­zy­den­cie.

Ge­ne­rał lot­nic­twa prze­su­nął kart­kę z pla­nem ope­ra­cji.

– Opcje ude­rze­nia z te­atru dzia­łań zo­sta­ły wy­czer­pa­ne.

– Lot­nic­two w Za­to­ce nie jest w sta­nie znisz­czyć Ba­by­lo­nu – po­wie­dział spo­koj­nie. – Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza zmu­sza je do dzia­ła­nia z wy­so­ko­ści. A przy tej wiel­ko­ści celu po­trze­bu­je­my ude­rze­nia o znacz­nie więk­szej ener­gii.

Przed­sta­wi­ciel CIA po­chy­lił się nad sto­łem.

– Dla­te­go re­ko­men­du­je­my uży­cie ła­dun­ku ją­dro­we­go.

Kilka osób jed­no­cze­śnie pod­nio­sło głowy.

Prze­wod­ni­czą­cy Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów ode­zwał się pierw­szy.

– Jeśli uży­je­my ra­kie­ty ba­li­stycz­nej, Ro­sja­nie czy Chiń­czy­cy zo­ba­czą start.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się mapa sys­te­mów wcze­sne­go ostrze­ga­nia.

– Ich ra­da­ry wy­kry­ją ICBM w ciągu kilku minut.

Ktoś przy stole po­wie­dział pół­gło­sem:

– I uzna­ją to za atak stra­te­gicz­ny…

Ge­ne­rał lot­nic­twa do­koń­czył zda­nie.

– … a wtedy mogą od­pa­lić wszyst­ko, co mają.

Cisza przy stole była wy­mow­na. Trze­cia wojna świa­to­wa stała się teraz ele­men­tem rów­na­nia.

– Czyli ICBM od­pa­da – po­wie­dział do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go.

Dy­rek­tor CIA ski­nął głową.

– Mu­si­my użyć plat­for­my, która nie uru­cho­mi sys­te­mów wcze­sne­go ostrze­ga­nia.

– Bom­bo­wiec.

Kilka osób spoj­rza­ło na niego.

– Stra­te­gicz­ny.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się syl­wet­ka sa­mo­lo­tu.

B-1B Lan­cer.

– Su­per­so­nicz­ny bom­bo­wiec da­le­kie­go za­się­gu – po­wie­dział ge­ne­rał. – Może wejść na bar­dzo małej wy­so­ko­ści, pod ho­ry­zon­tem ra­da­ro­wym. Do­le­ci z kon­ty­nen­tu, wy­ko­na zrzut i wróci.

Do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa zmru­żył oczy.

– A B-2?

Ge­ne­rał po­krę­cił głową.

B-2 jest plat­for­mą pe­ne­tra­cyj­ną do głę­bo­kich, pre­cy­zyj­nych ude­rzeń. Ma mały udźwig i jest wol­niej­szy. Tutaj po­trze­bu­je­my pręd­ko­ści, liczy się czas.

Wska­zał na mapę.

– B-1B może do­le­cieć szyb­ciej i za­brać wię­cej. Jeśli pierw­szy nalot ma znisz­czyć Ba­by­lon, po­trze­bu­je­my wła­śnie jego.

Dy­rek­tor CIA dodał spo­koj­nie:

– A niska tra­jek­to­ria lotu bom­bow­ca nie uru­cho­mi ro­syj­skich czy chiń­skich sys­te­mów ostrze­ga­nia przed ata­kiem ba­li­stycz­nym.

Prze­wod­ni­czą­cy spoj­rzał na Pre­zy­den­ta.

– In­ny­mi słowy: broń ją­dro­wa bez sy­gna­tu­ry stra­te­gicz­ne­go star­tu.

Pre­zy­dent pa­trzył przez chwi­lę na mapę.

Potem pod­niósł wzrok.

– Ilu bom­bow­ców po­trze­bu­je­my?

– Dwóch – od­po­wie­dział ge­ne­rał. – Jeden głów­ny, jeden za­pa­so­wy.

Wska­zał punkt na mapie Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

– Sa­mo­lo­ty wy­star­tu­ją z El­l­sworth Air Force Base.

Na ekra­nie po­ja­wi­ła się cien­ka linia bie­gną­ca przez Atlan­tyk, Morze Śród­ziem­ne i dalej nad Ira­kiem.

Do­rad­ca bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go spoj­rzał na dłu­gość trasy.

– To ponad dzie­sięć ty­się­cy ki­lo­me­trów…

Pre­zy­dent pod­niósł wzrok.

– Mają taki za­sięg?

Ge­ne­rał po­krę­cił głową.

– Nie z tym ła­dun­kiem.

Prze­su­nął ko­lej­ny znacz­nik na mapie.

– Dla­te­go włą­cza­my do rów­na­nia tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu.

Na ekra­nie po­ja­wi­ły się sym­bo­le la­ta­ją­cych cy­stern.

– Pierw­sze tan­ko­wa­nie nad Atlan­ty­kiem.

– Dru­gie po wyj­ściu z re­jo­nu celu.

CIA spoj­rza­ła na mapę.

– Ile tan­kow­ców?

Ge­ne­rał od­po­wie­dział bez wa­ha­nia.

– Trzy KC-135 Stra­to­tan­ker.

– Dwa ope­ra­cyj­ne, jeden za­pa­so­wy.

Pre­zy­dent ski­nął głową.

– Czyli nie tylko bom­bow­ce.

Ge­ne­rał od­parł spo­koj­nie:

– Cały sys­tem ude­rze­nio­wy.

Na mapie po­ja­wi­ły się nowe linie.

Dwa bom­bow­ce.

Trzy tan­kow­ce.

Jedna tra­jek­to­ria pro­wa­dzą­ca pro­sto do Ba­by­lo­nu.

Cisza przy stole trwa­ła kilka se­kund.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział w końcu Pre­zy­dent. – Au­to­ry­zu­ję ope­ra­cję.

***

Noc nad Da­ko­tą Po­łu­dnio­wą była bez­chmur­na i zimna.

Pas star­to­wy w El­l­sworth Air Force Base cią­gnął się przez pre­rię ni­czym czar­na wstę­ga au­to­stra­dy. Świa­tła po­dej­ścia pa­li­ły się nie­ru­cho­mo, równe punk­ty w ciem­no­ści.

Na pły­cie po­sto­jo­wej stały dwa bom­bow­ce.

B-1B Lan­cer.

Długi ka­dłub był smu­kły jak grot włócz­ni. Przód ka­dłu­ba koń­czył się ostro wy­pro­fi­lo­wa­nym nosem. Gład­ka, wy­dłu­żo­na osło­na kryła radar na­wi­ga­cyj­ny. Tuż za nią ka­bi­na za­ło­gi wto­pio­na w linię ka­dłu­ba tak nisko, że z boku wy­glą­da­ła nie­mal jak wąska szcze­li­na w pan­ce­rzu. Skrzy­dła były cof­nię­te mak­sy­mal­nie do tyłu sa­mo­lo­tu. Me­cha­nizm zmien­nej geo­me­trii po­zwa­lał im ob­ra­cać się na gru­bych sworz­niach w ka­dłu­bie. Przy star­cie i lą­do­wa­niu roz­kła­da­ły się sze­ro­ko, zwięk­sza­jąc po­wierzch­nię nośną. Przy dużej pręd­ko­ści co­fa­ły się do tyłu, zmie­nia­jąc bom­bo­wiec w długą, ae­ro­dy­na­micz­ną strza­łę.

Pod ka­dłu­bem wid­nia­ły za­ry­sy trzech komór bom­bo­wych.

Za­mknię­te teraz cięż­ki­mi drzwia­mi, które w locie po­tra­fi­ły otwo­rzyć się na kilka se­kund – tylko na tyle, ile po­trze­ba, żeby bęben wy­rzu­to­wy wy­pchnął ła­du­nek w stru­mień po­wie­trza pod sa­mo­lo­tem.

Czte­ry wloty po­wie­trza do sil­ni­ków były cof­nię­te w sto­sun­ku do kra­wę­dzi na­tar­cia skrzy­deł. Każdy pro­wa­dził do po­tęż­ne­go Ge­ne­ral Elec­tric F101-GE-102.

Kiedy pra­co­wa­ły razem, po­tra­fi­ły roz­pę­dzić ma­szy­nę o masie wła­snej ponad stu ton do pręd­ko­ści nad­dźwię­ko­wej.

Ale naj­więk­szą siłą Lan­ce­rów nie była pręd­kość. Była nią zdol­ność lotu bar­dzo nisko nad zie­mią. Na wy­so­ko­ści, na któ­rej ra­da­ry wi­dzia­ły tylko krzy­wi­znę te­re­nu i szum tła. Z ta­kiej wy­so­ko­ści bom­bo­wiec mógł po­ja­wić się nad celem pra­wie bez ostrze­że­nia.

I znik­nąć, zanim obro­na zdąży za­re­ago­wać.

Tech­ni­cy pra­co­wa­li w ciszy prze­ry­wa­nej me­ta­licz­nym stu­kiem na­rzę­dzi i ni­skim po­mru­kiem agre­ga­tów.

Pod pierw­szy sa­mo­lot pod­je­chał wózek uzbro­je­nia.

Ła­du­nek spo­czy­wał w sta­lo­wej ramie trans­por­to­wej. Cy­lin­drycz­na obu­do­wa była ma­to­wa, nie­mal czar­na. Na obu­do­wie bie­gły dwa żółte pasy iden­ty­fi­ka­cyj­ne. Pro­ste linie farby na ciem­nym me­ta­lu.

Ofi­cer uzbro­je­nia spraw­dził ta­blicz­kę kon­tro­l­ną przy wózku.

Typ: B61

Sta­tus: live

Pod­niósł wzrok na tech­ni­ków.

– Ła­du­nek ją­dro­wy po­twier­dzo­ny.

Ope­ra­tor windy hy­drau­licz­nej uniósł ła­du­nek po­wo­li, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Ko­mo­ra bom­bo­wa była otwar­ta. W środ­ku cze­kał ob­ro­to­wy bęben wy­rzu­to­wy – sta­lo­wy cy­lin­der z sze­ścio­ma za­cze­pa­mi.

Zamek za­trza­snął się cięż­kim me­ta­licz­nym klik­nię­ciem. Na­stęp­nie tech­nik ude­rzył dło­nią w bok me­cha­ni­zmu.

– Za­blo­ko­wa­ne!

Drugi ła­du­nek wę­dro­wał już w górę do są­sied­nie­go sa­mo­lo­tu.

Drzwi bom­bo­we za­mknę­ły się po­wo­li, a hy­drau­li­ka wy­da­ła krót­ki, stłu­mio­ny syk.

W ka­bi­nie tech­nicz­nej na ziemi za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka.

***

Kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej do dru­gie­go bom­bow­ca pod­je­cha­ła cięż­ka cy­ster­na pa­li­wo­wa. Sil­nik cię­ża­rów­ki pra­co­wał na ni­skich ob­ro­tach, mru­cząc głu­cho w zim­nym noc­nym po­wie­trzu pre­rii. Re­flek­to­ry od­bi­ja­ły się od ma­to­wej po­wierzch­ni ka­dłu­ba.

Tech­nik wy­sko­czył z ka­bi­ny cy­ster­ny i prze­cią­gnął gruby prze­wód pa­li­wo­wy przez beton płyty. Me­ta­lo­wa koń­ców­ka stuk­nę­ła o panel tan­ko­wa­nia pod ka­dłu­bem.

Za­trzask za­mknął się twar­dym klik­nię­ciem.

– Pod­łą­czo­ne!

Pompa w cy­ster­nie ru­szy­ła. Naj­pierw cicho, zwięk­sza­jąc ob­ro­ty, potem sta­bil­nie utrzy­mu­jąc prze­pływ. Wąż lekko się na­prę­żył, gdy pa­li­wo ru­szy­ło w stro­nę zbior­ni­ków sa­mo­lo­tu. JP-8 pły­nę­ło do in­sta­la­cji pa­li­wo­wej bom­bow­ca sze­ro­ki­mi prze­wo­da­mi bie­gną­cy­mi do zbior­ni­ków. Lan­cer miał ich wiele – umiej­sco­wio­ne w skrzy­dłach i w cen­tral­nej czę­ści ka­dłu­ba. W dłu­gim locie to pa­li­wo było tak samo ważne jak samo uzbro­je­nie. Tech­nik pa­trzył na wskaź­nik prze­pły­wu za­mon­to­wa­ny na pa­ne­lu cy­ster­ny. Cyfry rosły po­wo­li. Pompa pra­co­wa­ła jed­no­staj­nym, ni­skim po­mru­kiem. Sły­chać było też od­le­gły stuk na­rzę­dzi przy dru­gim sa­mo­lo­cie i me­ta­licz­ne brzę­cze­nie ge­ne­ra­to­ra za­si­la­nia na­ziem­ne­go.

– Sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent – krzyk­nął tech­nik do ko­le­gi sto­ją­ce­go przy skrzy­dle.

Drugi za­pi­sy­wał dane na clip­bo­ar­dzie.

B-1B nie był sa­mo­lo­tem, który można było za­tan­ko­wać szyb­ko. Jego zbior­ni­ki mie­ści­ły dzie­siąt­ki ton pa­li­wa. Długi lot przez Atlan­tyk wy­ma­gał peł­nych zbior­ni­ków jesz­cze przed pierw­szym spo­tka­niem z la­ta­ją­cą cy­ster­ną.

Kilka me­trów dalej przy dra­bin­ce pro­wa­dzą­cej do ka­bi­ny stał pilot pierw­sze­go bom­bow­ca. Hełm trzy­mał pod pachą. Nie pa­trzył na tech­ni­ków, lecz na pas star­to­wy.

Świa­tła kra­wę­dzio­we cią­gnę­ły się przez noc jak dwie rów­no­le­głe linie aż do ciem­nej ścia­ny pre­rii. Za nimi nie było już nic – tylko prze­strzeń, która pro­wa­dzi­ła przez ocean i pół świa­ta.

Za­ło­ga dru­gie­go Lan­ce­ra wspi­na­ła się wła­śnie po dra­bin­ce do kok­pi­tu. Metal skrzy­piał cicho pod bu­ta­mi. W ka­bi­nie było cia­sno jak na tak duży sa­mo­lot. Czte­ry fo­te­le usta­wio­ne w dwóch rzę­dach. Pilot i drugi pilot z przo­du. Za nimi ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych i ofi­cer obro­ny elek­tro­nicz­nej.

Każdy z nich miał przed sobą ścia­nę ekra­nów i prze­łącz­ni­ków.

– Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent – za­mel­do­wał tech­nik.

Stru­mień pa­li­wa w wężu za­czął słab­nąć.

Kilka se­kund póź­niej pompa zwol­ni­ła i za­trzy­ma­ła się.

– Zbior­ni­ki pełne!

Za­trzask gniaz­da tan­ko­wa­nia otwo­rzył się z me­ta­licz­nym stuk­nię­ciem. Tech­nik odłą­czył prze­wód i po­wo­li od­cią­gnął go od skrzy­dła. Kro­pla pa­li­wa spa­dła na beton i na­tych­miast za­czę­ła pa­ro­wać w zim­nym po­wie­trzu.

Cy­ster­na po­wo­li od­je­cha­ła w bok. Na pły­cie zo­sta­ły dwa bom­bow­ce. Czar­ne, cięż­kie, nie­ru­cho­me.

Pilot spoj­rzał jesz­cze raz na pas star­to­wy.

Lot miał być długi. Naj­pierw Atlan­tyk. Potem Morze Śród­ziem­ne. Tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu. I na końcu pu­sty­nia.

Po­wrót był za­pi­sa­ny w pla­nie lotu. Ale w tej chwi­li był tylko jedną z wielu moż­li­wo­ści.

***

Za­ło­ga pierw­sze­go B-1B Lan­cer zaj­mo­wa­ła miej­sca w ka­bi­nie jeden po dru­gim. Me­ta­lo­wa dra­bin­ka zo­sta­ła wcią­gnię­ta do środ­ka. Właz za­mknął się z cięż­kim stuk­nię­ciem, które przez mo­ment od­bi­ło się echem w prze­strze­ni pomię­dzy płytą po­sto­jo­wą a ka­dłu­bem.

Na ze­wnątrz tech­nik pod­niósł za­ci­śnię­tą pięść – stan­dar­do­wy sy­gnał dla za­ło­gi: właz za­mknię­ty, ob­słu­ga na­ziem­na od­su­nię­ta, sa­mo­lot go­to­wy do roz­ru­chu.

W ka­bi­nie pa­no­wał pół­mrok. Je­dy­nie ta­bli­ce przy­rzą­dów świe­ci­ły sła­bym, zie­lon­ka­wym świa­tłem elek­tro­lu­mi­ne­scen­cyj­nych wy­świe­tla­czy. Linie cyfr i wskaź­ni­ków od­bi­ja­ły się w osło­nach wi­zje­rów heł­mów.

Pilot po­ło­żył dłoń na pa­ne­lu za­si­la­nia.

– Za­si­la­nie ze­wnętrz­ne pod­łą­czo­ne – po­wie­dział drugi pilot, pa­trząc na wskaź­ni­ki na­pię­cia.

Pilot prze­su­nął pierw­szy prze­łącz­nik.

Sys­te­my elek­trycz­ne ożyły na­tych­miast.

Naj­pierw głów­na ma­gi­stra­la za­si­la­nia.

Potem kom­pu­te­ry po­kła­do­we.

Na­stęp­nie ko­lej­ne ekra­ny.

Na pa­ne­lu na­wi­ga­cyj­nym po­ja­wi­ła się siat­ka da­nych.

Ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych spoj­rzał na ekran.

– INS star­tu­je. Wy­rów­na­nie sy­gna­łu za czte­ry mi­nu­ty.

INS – in­er­cyj­ny sys­tem na­wi­ga­cyj­ny – po­trze­bo­wał czasu, aby usta­lić do­kład­ne po­ło­że­nie sa­mo­lo­tu wzglę­dem Ziemi. Ze­spół ży­ro­sko­pów i ak­ce­le­ro­me­trów po­rów­ny­wał mi­kro­sko­pij­ne ruchy ka­dłu­ba z bazą da­nych map cy­fro­wych. Kom­pu­ter li­czył każdy ruch sa­mo­lo­tu: przy­spie­sze­nie, skręt, zmia­nę kursu. Na tej pod­sta­wie bu­do­wał drogę przez prze­strzeń. Dla­te­go B-1B mógł prze­le­cieć ty­sią­ce ki­lo­me­trów nad oce­anem bez jed­ne­go sy­gna­łu ra­dio­we­go i bez po­mo­cy sa­te­li­tów.

Ale punkt star­to­wy mu­siał być ide­al­ny.

Jeśli na ziemi ży­ro­sko­py zła­pią choć mi­ni­mal­ny błąd, sys­tem za­pi­su­je go jako praw­dę. Potem niosą go przez cały lot. Z każdą go­dzi­ną od­chy­le­nie ro­śnie – naj­pierw metry, potem setki me­trów, w końcu ki­lo­me­try.

Pilot ski­nął głową.

– Teraz APU.

Drugi pilot prze­su­nął prze­łącz­nik.

W tyl­nej czę­ści ka­dłu­ba ode­zwa­ła się po­moc­ni­cza tur­bi­na Au­xi­lia­ry Power Unit.

Naj­pierw cichy gwizd.

Potem wyż­szy ton.

Po kilku se­kun­dach wi­bra­cja prze­szła przez kon­struk­cję sa­mo­lo­tu i me­ta­lo­wą pod­ło­gę ka­bi­ny. Ge­ne­ra­tor po­moc­ni­czy za­czął do­star­czać ener­gię elek­trycz­ną i po­wie­trze roz­ru­cho­we do sil­ni­ków. Na ze­wnątrz tech­ni­cy od­su­nę­li się od ma­szy­ny. 

– APU sta­bil­ne – za­mel­do­wał drugi pilot.

Pilot spoj­rzał na zegar.

– Roz­ruch sil­ni­ków!

Każdy z czte­rech sil­ni­ków Ge­ne­ral Elec­tric był nie­za­leż­nym ukła­dem na­pę­do­wym. Wła­sna sprę­żar­ka, wła­sna ko­mo­ra spa­la­nia, wła­sna tur­bi­na i wła­sny ge­ne­ra­tor. Po uru­cho­mie­niu przej­mo­wa­ły za­si­la­nie sys­te­mów po­kła­do­wych i sta­bi­li­zo­wa­ły pracę całej ma­szy­ny. Przy ni­skich ob­ro­tach wy­da­wa­ły niski, cięż­ki po­mruk. Gdy wcho­dzi­ły na wyż­sze ob­ro­ty, dźwięk zmie­niał się w głę­bo­ki, równy ryk. Go­rą­ce spa­li­ny z czte­rech dysz ude­rza­ły w beton za sa­mo­lo­tem i za­mie­nia­ły po­wie­trze w drga­ją­cą, fa­lu­ją­cą war­stwę.

Drugi pilot klik­nął prze­łącz­nik.

– Sil­nik 03.

Roz­rusz­nik pneu­ma­tycz­ny za­czął ob­ra­cać tur­bi­nę.

Na wskaź­ni­ku N2 po­ja­wił się pierw­szy ruch.

10 pro­cent… 12…13…

Sprę­żar­ka za­czę­ła za­sy­sać po­wie­trze przez kanał do­lo­to­wy.

– Za­płon!

Wtry­ski­wa­cze po­da­ły mie­szan­kę pa­li­wa JP-8. W ko­mo­rze spa­la­nia po­ja­wił się błysk. Tem­pe­ra­tu­ra EGT wzro­sła gwał­tow­nie, ale za­trzy­ma­ła się w do­pusz­czal­nym za­kre­sie. Po kilku se­kun­dach sil­nik wszedł na wolne ob­ro­ty. Niski po­mruk prze­szedł przez ka­dłub i sie­dze­nia za­ło­gi.

– Trój­ka sta­bil­na – za­mel­do­wał drugi pilot.

Ko­lej­ny roz­ruch. Sil­nik numer czte­ry. Potem dwój­ka. Na końcu pierw­szy. Każdy star­to­wał w tej samej se­kwen­cji: roz­ruch pneu­ma­tycz­ny, za­płon, sta­bi­li­za­cja ob­ro­tów, prze­ję­cie za­si­la­nia przez wła­sną tur­bi­nę.

Po kilku mi­nu­tach wszyst­kie czte­ry F101 pra­co­wa­ły razem. Dźwięk zmie­nił się z po­je­dyn­cze­go po­mru­ku w głę­bo­ki, równy ryk. Po­wie­trze za dy­sza­mi za­czę­ło fa­lo­wać. Stru­mień go­rą­cych spa­lin ude­rzył w beton i odbił się w górę nie­wi­dzial­ną falą.

Na pły­cie tech­nik uniósł rękę z kciu­kiem w górę.

– Czte­ry sil­ni­ki sta­bil­ne.

Pilot prze­su­nął lekko prze­pust­ni­cę.

Ob­ro­ty wzro­sły.

Cały sa­mo­lot za­drżał cięż­ko, jak ogrom­ny sil­nik okrę­to­wy wcho­dzą­cy na ob­ro­ty. Ofi­cer sys­te­mów de­fen­syw­nych spraw­dzał ekra­ny sys­te­mów walki elek­tro­nicz­nej.

– RWR ak­tyw­ny. Za­kłó­ca­cze w try­bie go­to­wo­ści.

Ofi­cer sys­te­mów ofen­syw­nych prze­su­nął dłoń po pa­ne­lu uzbro­je­nia. Na ekra­nie po­ja­wił się sche­mat ka­dłu­ba. Trzy ko­mo­ry bom­bo­we usta­wio­ne w osi sa­mo­lo­tu. W każ­dej z nich znaj­do­wał się ob­ro­to­wy bęben uzbro­je­nia – cy­lin­drycz­ny ma­ga­zyn, który ob­ra­cał się w ko­mo­rze bom­bo­wej, usta­wia­jąc ko­lej­ne gniaz­da w po­zy­cji do zrzu­tu. Me­cha­nizm był pro­sty i bru­tal­nie sku­tecz­ny: bęben ob­ra­cał się o do­kład­nie jeden seg­ment, drzwi ko­mo­ry otwie­ra­ły się na kilka se­kund, ła­du­nek spa­dał, a ko­mo­ra na­tych­miast się za­my­ka­ła.

Na sche­ma­cie dwa bębny były puste. Środ­ko­wy po­ka­zy­wał jedno ak­tyw­ne gniaz­do. Resz­ta po­zo­sta­wa­ła wy­łą­czo­na. Ofi­cer po­więk­szył obraz. Kon­tur bomby był ozna­czo­ny żół­tym sym­bo­lem bez­pie­czeń­stwa i kodem uzbro­je­nia.

– Uzbro­je­nie po­twier­dzo­ne – po­wie­dział cicho.

Na ekra­nie za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka:

ARMED – SAFE HOLD.

Pilot spoj­rzał na drugi sa­mo­lot sto­ją­cy kil­ka­set me­trów dalej.

Drugi Lan­cer rów­nież koń­czył roz­ruch.

– El­l­sworth Tower, tu Lan­cer 0-1. Sil­ni­ki uru­cho­mio­ne. Go­to­wi do ko­ło­wa­nia.

Na wieży kon­tro­li lotów ope­ra­tor po­chy­lił się nad ekra­nem ra­da­ru. Zie­lo­ne punk­ty po­ru­sza­ły się po­wo­li po siat­ce lot­ni­ska El­l­sworth. Dwa naj­więk­sze od­po­wia­da­ły bom­bow­com sto­ją­cym przy dro­dze ko­ło­wa­nia.

Się­gnął po mi­kro­fon.

– Lan­cer 0-1, tu El­l­sworth Tower, zgoda na ko­ło­wa­nie do pasa trzy jeden.

W ka­bi­nie pierw­szy pilot na­ci­snął przy­cisk nada­wa­nia na drąż­ku ste­ro­wym.

– Tu Lan­cer 0-1. Przy­ją­łem.

Drugi pilot zwol­nił ha­mu­lec po­sto­jo­wy. Na pa­ne­lu za­pa­li­ła się zie­lo­na kon­tro­l­ka.

Bom­bo­wiec ru­szył po­wo­li.

Naj­pierw pra­wie nie­zau­wa­żal­nie. Pod­wo­zie głów­ne skrzyp­nę­ło głu­cho, gdy ponad stu­to­no­wy sa­mo­lot za­czął prze­ta­czać się po be­to­nie.

Drga­nie prze­szło przez kon­struk­cję i we­szło w fo­te­le za­ło­gi.

Czte­ry tur­bi­ny F101 pra­co­wa­ły równo. Stru­mień spa­lin za sa­mo­lo­tem za­mie­niał po­wie­trze w fa­lu­ją­cą, prze­zro­czy­stą war­stwę.

Na pły­cie tech­ni­cy pa­trzy­li, jak ogrom­na ma­szy­na po­wo­li opusz­cza sta­no­wi­sko.

Za pierw­szym bom­bow­cem ru­szył drugi.

Lan­cer 0-2 wy­to­czył się z płyty po­sto­jo­wej i usta­wił w tej samej osi drogi ko­ło­wa­nia. Od­le­głość mię­dzy nimi nie była duża, ale wy­star­cza­ją­ca, aby stru­mień spa­lin z pierw­sze­go nie ude­rzał w drugi sa­mo­lot.

Dwa czar­ne kształ­ty po­wo­li prze­su­wa­ły się przez noc Da­ko­ty Po­łu­dnio­wej jak cięż­kie stat­ki na spo­koj­nym morzu. Droga ko­ło­wa­nia była oświe­tlo­na nie­bie­ski­mi świa­tła­mi. Beton błysz­czał lekko od zim­ne­go po­wie­trza nocy. Pi­lo­ci pro­wa­dzili sa­mo­loty po­wo­li, kon­tro­lu­jąc pręd­kość krót­ki­mi im­pul­sa­mi prze­pust­ni­c.

– Tem­pe­ra­tu­ra w nor­mie – po­wie­dział drugi pilot, pa­trząc na wskaź­ni­ki.

– Przy­ją­łem.

Sa­mo­lot zbli­żał się do końca drogi ko­ło­wa­nia. Przed nimi otwie­rał się pas star­to­wy. Pilot za­trzy­mał sa­mo­lot na linii ocze­ki­wa­nia. 

Na wieży ope­ra­tor ob­ser­wo­wał parę bom­bow­ców przez szyby.

– Lan­cer 0-1, tu wieża. wiatr spo­koj­ny. Masz zgodę na start.

Pilot po­twier­dził i pchnął prze­pust­ni­ce do przo­du.

Naj­pierw sil­ni­ki we­szły na pełną moc bez do­pa­la­nia. Dźwięk tur­bin po­głę­bił się i za­mie­nił w cięż­ki, pul­su­ją­cy ryk.

Potem prze­sy­łał prze­pust­ni­ce na po­zy­cję do­pa­la­czy.

W jed­nej chwi­li za czte­re­ma dy­sza­mi po­ja­wi­ły się dłu­gie, po­ma­rań­czo­we pło­mie­nie. Po­wie­trze za sa­mo­lo­tem eks­plo­do­wa­ło go­rą­cym stru­mie­niem gazów.

Cała ma­szy­na za­drża­ła.

Pilot zwol­nił ha­mu­lce.

Bom­bo­wiec ru­szył.

Naj­pierw po­wo­li, jak ogrom­na masa, która musi po­ko­nać wła­sną bez­wład­ność. Potem przy­spie­sze­nie za­czę­ło ro­snąć. Pod­wo­zie tłu­kło o beton w szyb­kim ryt­mie. Świa­tła pasa za­czę­ły prze­su­wać się coraz szyb­ciej po bo­kach ka­bi­ny.

– Sto wę­złów – za­mel­do­wał drugi pilot.

Pilot trzy­mał drą­żek sta­bil­nie, a sa­mo­lot przy­spie­szał dalej.

– Sto pięć­dzie­siąt.

Stru­mień po­wie­trza ude­rzał w ka­dłub coraz moc­niej. Ster wy­so­ko­ści za­czy­nał re­ago­wać.

– Dwie­ście.

Pas star­to­wy ucie­kał pod nimi jak prze­su­wa­ją­ca się taśma.

– V1!

Punkt de­cy­zji. Po tej pręd­ko­ści star­tu nie można było już prze­rwać.

– Ro­ta­te!

Pilot po­cią­gnął drą­żek do sie­bie. Nos sa­mo­lo­tu uniósł się po­wo­li. Naj­pierw kilka stop­ni. Potem wię­cej. Głów­ne pod­wo­zie wciąż tłu­kło po be­to­nie, aż w końcu cię­żar ma­szy­ny znik­nął z kół.

Bom­bo­wiec ode­rwał się od pasa.

Przez se­kun­dę le­ciał tuż nad zie­mią, na­bie­ra­jąc pręd­ko­ści. Potem za­czął wzno­sić się nad pre­rię.

– Pod­wo­zie w górę – po­wie­dział do­wód­ca.

Hy­drau­li­ka za­sy­cza­ła. Koła scho­wa­ły się w ka­dłu­bie.

Pas star­to­wy zo­stał za nimi. Świa­tła El­l­sworth Air Force Base zmniej­sza­ły się z każdą se­kun­dą.

Dwa Lan­cer’y wspi­na­ły się teraz nad nocną Da­ko­tą. Ich do­pa­la­cze ry­so­wa­ły w ciem­no­ści dłu­gie po­ma­rań­czo­we ślady.

Na ziemi świa­tła pasa świe­ci­ły dalej spo­koj­nie, jak gdyby nic się nie wy­da­rzy­ło.

A dwa bom­bow­ce z ła­dun­kiem nu­kle­ar­nym roz­po­czy­na­ły wła­śnie lot przez pół świa­ta.

***

Ge­ne­rał Har­ris wy­szedł z Si­tu­ation Room jako jeden z ostat­nich. Drzwi za­mknę­ły się za nim cięż­ko, z me­ta­licz­nym klik­nię­ciem zamka. W ko­ry­ta­rzu Bia­łe­go Domu było ci­szej niż w sali narad. Nocna zmia­na pra­co­wa­ła w pół­mro­ku, a je­dy­nym dźwię­kiem był szum kli­ma­ty­za­cji i stłu­mio­ne kroki agen­tów Se­cret Se­rvi­ce gdzieś dalej przy skrzy­żo­wa­niu ko­ry­ta­rzy.

Har­ris szedł szyb­ciej niż zwy­kle. W dłoni ści­skał tecz­kę z do­ku­men­ta­mi ope­ra­cji. Na pierw­szej stro­nie wciąż wid­niał na­głó­wek, który zo­ba­czył kilka minut wcze­śniej przy stole narad.

BA­BY­LON

Pod nim jedno zda­nie za­pi­sa­ne pro­stą linią ma­szy­no­we­go druku:

NUC­LE­AR STRI­KE AU­THO­RI­ZED

Ge­ne­rał za­trzy­mał się na chwi­lę. Pa­trzył na te słowa jak na coś, co nie po­win­no ist­nieć poza se­gre­ga­to­ra­mi gier wo­jen­nych.

Kilka me­trów dalej w ścia­nie znaj­do­wa­ły się drzwi do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia ozna­czo­ne­go me­ta­lo­wą ta­blicz­ką:

SE­CU­RE COM­MU­NI­CA­TIONS

Przed drzwia­mi stał żoł­nierz pie­cho­ty mor­skiej z Ma­ri­ne Se­cu­ri­ty Guard.

Młody.

Nie­ska­zi­tel­ny mun­dur.

Ka­ra­bin prze­wie­szo­ny przez ramię.

Na dźwięk kro­ków ge­ne­ra­ła sta­nął na bacz­ność.

– Ge­ne­ra­le.

Har­ris już się­gał do klam­ki.

Ma­ri­ne uniósł rękę.

– Sir, to po­miesz­cze­nie wy­ma­ga au­to­ry­za­cji.

Ge­ne­rał za­trzy­mał się w pół kroku.

Zmę­czo­ne oczy. Twarz na­pię­ta po kilku go­dzi­nach na­ra­dy.

– Po­słu­chaj mnie uważ­nie – po­wie­dział spo­koj­nie. – Po­trze­bu­ję pię­ciu minut w tym po­ko­ju.

Ma­ri­ne mil­czał.

– Jeśli ktoś bę­dzie pytał, po­wiedz, że mnie tu nie było.

– Sir… po­trze­bu­ję au­to­ry­za­cji.

Har­ris zro­bił pół kroku bli­żej.

– Synu… w tej pracy są mo­men­ty, kiedy pro­ce­du­ra przy­cho­dzi za późno.

Ma­ri­ne pa­trzył na niego nie­ru­cho­mo.

– Sir, nie mogę wpu­ścić ni­ko­go bez…

– Po­słu­chaj.

Głos ge­ne­ra­ła był niski i spo­koj­ny.

– Jeśli się mylę, do­sta­niesz ode mnie oso­bi­ste prze­pro­si­ny i bę­dziesz mógł wpi­sać moje na­zwi­sko w każdy ra­port, jaki na­pi­szesz.

Cisza w ko­ry­ta­rzu zgęst­nia­ła.

– Jeśli się nie mylę… za kilka go­dzin wy­da­rzy się coś, czego nie da się już cof­nąć.

Ma­ri­ne zmru­żył oczy.

– Sir…

Har­ris na­chy­lił się o cen­ty­metr bli­żej.

– Coś, po czym lu­dzie na tej pla­ne­cie będą za­da­wać jedno py­ta­nie. Dla­cze­go nikt nie spró­bo­wał tego za­trzy­mać, kiedy jesz­cze był na to czas.

Przez chwi­lę obaj stali nie­ru­cho­mo. W ko­ry­ta­rzu było sły­chać tylko szum wen­ty­la­cji.

Ge­ne­rał dodał ci­szej:

– Pięć minut. Tylko o to pro­szę.

Ma­ri­ne jesz­cze przez se­kun­dę pa­trzył mu w oczy.

Potem od­su­nął się od drzwi.

– Pięć minut, sir.

Har­ris otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie. Biur­ko, dwa krze­sła i cięż­ki, szary te­le­fon STU-III sto­ją­cy na środ­ku stołu. Apa­rat był pod­łą­czo­ny bez­po­śred­nio do woj­sko­wej sieci ko­mu­ni­ka­cyj­nej.

Ge­ne­rał po­ło­żył tecz­kę na biur­ku. Na wierz­chu znów widać było na­głó­wek ope­ra­cji. Pod­niósł słu­chaw­kę.

– Ope­ra­tor?

– Tu węzeł łącz­no­ści Bia­łe­go Domu.

– Po­łącz mnie z fla­go­wym okrę­tem ope­ra­cji w Za­to­ce. Prio­ry­tet.

Krót­ka cisza.

– Łą­cze­nie przez sa­te­li­tę. Pro­szę cze­kać.

W słu­chaw­ce po­ja­wił się szum. Potem kilka me­ta­licz­nych klik­nięć prze­łą­cza­nych ka­na­łów. W końcu ode­zwał się głos.

– Flag com­mu­ni­ca­tions.

– Tu ge­ne­rał Har­ris. Po­trze­bu­ję ad­mi­ra­ła.

Kilka se­kund ciszy. Potem inny głos. Niż­szy. Zmę­czo­ny.

– Har­ris?

Ge­ne­rał usiadł cięż­ko na krze­śle.

– Jack… mu­sisz mnie po­słu­chać.

– Co się dzie­je?

Har­ris przez mo­ment mil­czał.

– CIA prze­for­so­wa­ła opcję ją­dro­wą.

Cisza.

– Po­wtórz…

– Ba­by­lon. Pre­zy­dent pod­pi­sał ude­rze­nie stra­te­gicz­ne.

Ge­ne­rał ode­tchnął po­wo­li.

– Dwa B-1B są już w po­wie­trzu.

Na most­ku okrę­tu przez chwi­lę nie było sły­chać ni­cze­go poza szu­mem elek­tro­ni­ki.

– Z gło­wi­ca­mi? – za­py­tał ad­mi­rał.

– Tak.

– Chry­ste…

Har­ris spoj­rzał na zegar nad drzwia­mi.

W gło­wie szyb­ko od­two­rzył trasę, którą wi­dział na mapie kilka minut wcze­śniej.

Da­ko­ta Po­łu­dnio­wa. Atlan­tyk. Pierw­sze tan­ko­wa­nie. Morze Śród­ziem­ne. Dru­gie tan­ko­wa­nie. Potem Irak.

– Masz ja­kieś osiem go­dzin – po­wie­dział.

– Na co?

– Żeby spró­bo­wać coś zdzia­łać.

Po dru­giej stro­nie ktoś wydał szyb­kie po­le­ce­nie. W tle roz­le­gły się kroki i prze­su­wa­ne krze­sła.

Ad­mi­rał wró­cił do roz­mo­wy.

– Dla­cze­go mó­wisz to mnie?

Har­ris przez mo­ment mil­czał.

– Bo znam cię od trzy­dzie­stu lat. I wiem, że jeśli ktoś spró­bu­je zro­bić coś nie­moż­li­we­go… to bę­dziesz ty.

Dłuż­sza cisza.

W końcu ad­mi­rał ode­zwał się spo­koj­nie.

– Ro­zu­miem.

– Jack…

– Tak?

– Jeśli na Ba­by­lon spad­nie atom… nie wiem, jak świat na to za­re­agu­je.

Po dru­giej stro­nie sły­chać było tylko szum linii sa­te­li­tar­nej.

– Po­wo­dze­nia.

Po­łą­cze­nie zo­sta­lo prze­rwa­ne Ge­ne­rał odło­żył słu­chaw­kę. W po­ko­ju łącz­no­ści znów za­pa­dła cisza.

Za drzwia­mi Ma­ri­ne spoj­rzał na ze­ga­rek. Mi­nę­ło czte­ry i pół mi­nu­ty.

A gdzieś wy­so­ko nad Ame­ry­ką dwa Lan­cer’y kon­ty­nu­owa­ły swój marsz na wschód.

***

Świt nad Za­to­ką Per­ską był blady i zimny. Słoń­ce do­pie­ro za­czy­na­ło pod­no­sić się znad linii ho­ry­zon­tu, za­mie­nia­jąc czar­ne morze w po­wo­li ja­śnie­ją­cą taflę stali. Nad po­kła­dem lot­ni­skow­ca wi­siał za­pach pa­li­wa, soli i roz­grza­ne­go me­ta­lu.

Na po­kła­dzie lot­ni­czym tech­ni­cy już pra­co­wa­li.

Cią­gni­ki lot­ni­sko­we prze­ta­cza­ły się po­wo­li mię­dzy sa­mo­lo­ta­mi. Me­cha­ni­cy spraw­dza­li pa­ne­le ser­wi­so­we w ka­dłu­bach F-14 Tom­ca­tów. Kilka me­trów dalej ob­słu­ga uzbro­je­nia pod­wie­sza­ła bomby kie­ro­wa­ne pod skrzy­dła A-6 In­tru­de­rów. W od­da­li war­kot agre­ga­tów i sprę­ża­rek mie­szał się z me­ta­licz­nym stu­kiem na­rzę­dzi.

Dzień ope­ra­cyj­ny wła­śnie się roz­po­czy­nał.

Kilka po­kła­dów wyżej, na most­ku fla­go­wym, pa­no­wa­ła cisza.

Czer­wo­ne świa­tło trybu noc­ne­go od­bi­ja­ło się w ekra­nach ra­da­rów. Na wiel­kiej mapie ope­ra­cyj­nej świe­ci­ły zie­lo­ne i bursz­ty­no­we znacz­ni­ki jed­no­stek. Linie sek­to­rów obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej prze­ci­na­ły po­łu­dnio­wy Irak ni­czym siat­ka geo­me­trycz­nych wzo­rów.

W samym środ­ku mapy świe­cił jeden czer­wo­ny sym­bol.

BA­BY­LON

Ad­mi­rał stał nad sto­łem pla­no­wa­nia. Po­wo­li odło­żył słu­chaw­kę te­le­fo­nu sa­te­li­tar­ne­go. Jesz­cze przez chwi­lę pa­trzył na mapę. W gło­wie po­wta­rzał licz­by.

Osiem go­dzin… Może mniej.

Spoj­rzał na zegar.

07:12 czasu Za­to­ki.

Jeśli Har­ris się nie mylił, dwa B-1B Lan­cer były już w po­bli­żu wy­brze­ża Atlan­ty­ku.

I le­cia­ły wprost na Ba­by­lon.

– John… – po­wie­dział spo­koj­nie.

Ad­iu­tant sto­ją­cy przy kon­so­li łącz­no­ści pod­niósł głowę.

– Sir?

– Spro­wadź mi tu CAG-a… Na­tych­miast.

Ad­iu­tant ski­nął głową.

– Tak jest, sir!

Od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę drzwi most­ka.

Przy wyj­ściu stał Ma­ri­ne, wy­pro­sto­wa­ny jak słup. Mun­dur ga­lo­wy był nie­na­gan­ny: ciem­na ko­szu­la, pas z mo­sięż­ną klam­rą, biała czap­ka na gło­wie. Przy pra­wym bio­drze wi­sia­ła ka­bu­ra z pi­sto­le­tem służ­bo­wym.

Ma­ri­ne ski­nął głową, gdy ad­iu­tant zbli­żył się do drzwi.

– Sir.

Ad­iu­tant od­po­wie­dział krót­kim ru­chem głowy.

– Idzie­sz ze mną.

Żoł­nierz ru­szył za nim, krok w krok, po sta­lo­wej pod­ło­dze ko­ry­ta­rza.

***

Kilka po­kła­dów niżej w ready room było gło­śniej.

Rzędy me­ta­lo­wych krze­seł były pra­wie pełne. Pi­lo­ci w zie­lo­nych kom­bi­ne­zo­nach sie­dzie­li z kub­ka­mi kawy w dło­niach. Na ścia­nach wi­sia­ły zdję­cia roz­po­znaw­cze, mapy Iraku i ta­bli­ce z roz­pi­sa­ny­mi pa­ra­me­tra­mi pa­li­wa.

Przy ta­bli­cy tak­tycz­nej stał CAG, do­wód­ca skrzy­dła lot­ni­cze­go lot­ni­skow­ca. W jed­nej ręce trzy­mał wskaź­nik, w dru­giej kredę. Na ta­bli­cy była na­ry­so­wa­na linia po­dej­ścia do celu.

– Jeśli wej­dzie­cie z pół­noc­ne­go sek­to­ra – po­wie­dział – radar irac­ki zo­ba­czy nas do­pie­ro tutaj.

Stuk­nął wskaź­ni­kiem w mapę.

– Dla­te­go klu­czo­wym ma­new­rem jest mo­ment zej­ścia po­ni­żej trzech ty­się­cy stóp. Wtedy…

Drzwi otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie. Do środ­ka wszedł ad­iu­tant ad­mi­ra­ła. Za nim Ma­ri­ne. Roz­mo­wy w po­miesz­cze­niu na­tych­miast uci­chły. Kil­ku­na­stu pi­lo­tów jed­no­cze­śnie od­wró­ci­ło głowy. Ad­iu­tant pod­szedł do CAG-a.

– Sir. Ad­mi­rał prosi, żeby udał się pan ze mną.

CAG spoj­rzał na niego spo­koj­nie.

– Je­stem w trak­cie od­pra­wy. Skoń­czę brie­fing i przyj­dę.

Ad­iu­tant nie drgnął.

– Sir… ad­mi­rał po­wie­dział: na­tych­miast.

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła cisza.

CAG odło­żył wskaź­nik na stół.

– Ka­pi­ta­nie, prze­ka­za­no mi już parę razy, że coś jest „na­tych­miast”. – Spoj­rzał na ze­ga­rek. – Pięć minut ni­ko­go nie za­bi­je.

Ma­ri­ne sto­ją­cy za ad­iu­tan­tem zro­bił krok do przo­du. Nic nie po­wie­dział. Po pro­stu prze­su­nął rękę bli­żej ka­bu­ry. W po­miesz­cze­niu za­le­gła gro­bo­wa cisza. CAG spoj­rzał na niego. Potem na ad­iu­tan­ta.

Ad­iu­tant ode­zwał się spo­koj­nie:

– Sir… ad­mi­rał po­le­cił mi pana przy­pro­wa­dzić… na­tych­miast.

Przez se­kun­dę nikt się nie ru­szał. Pi­lo­ci pa­trzy­li w mil­cze­niu na to nie­co­dzien­ne wi­do­wi­sko. CAG wes­tchnął cicho. Odło­żył kredę i od­wró­cił się do sali.

– XO.

Ofi­cer ope­ra­cyj­ny sie­dzą­cy w pierw­szym rzę­dzie pod­niósł głowę.

– Sir?

CAG wska­zał ta­bli­cę.

– Do­kończ brie­fing.

XO wstał.

– Tak jest.

CAG oprze­ka­zał wskaź­nik i spoj­rzał jesz­cze raz na zgro­ma­dzo­nych pi­lo­tów.

– Pa­no­wie, wy­glą­da na to, że dzień wła­śnie zro­bił się cie­kaw­szy.

Od­wró­cił się do drzwi.

– Pro­wadź­cie ka­pi­ta­nie.

Ad­iu­tant ski­nął głową a Ma­ri­ne otwo­rzył drzwi. Trzej męż­czyź­ni wy­szli z ready room na ko­ry­tarz. Za ich ple­ca­mi pi­lo­ci wciąż sie­dzie­li w ciszy. Bo wszy­scy wie­dzie­li jedno. Jeśli CAG jest wy­cią­ga­ny z od­pra­wy w ten spo­sób… to gdzieś w tej woj­nie wła­śnie wy­da­rzy­ło się coś bar­dzo złego.

***

Po­kład pod sto­pa­mi drżał głę­bo­ko, jed­no­staj­nie. Re­ak­to­ry pra­co­wa­ły wiele po­kła­dów niżej, a ich rytm prze­cho­dził przez sta­lo­wą kon­struk­cję okrę­tu jak po­wol­ne ude­rze­nia serca. Ko­ry­tarz był wąski. Ni­skie, ma­to­we świa­tła co kilka me­trów ma­lo­wa­ły na ścia­nach żół­ta­we plamy. Sta­lo­we gro­dzie były po­ry­so­wa­ne od ude­rzeń skrzyń, wóz­ków i butów.

CAG szedł za ad­iu­tan­tem szyb­kim mar­szem. Ma­ri­ne z ochro­ny ad­mi­ra­ła trzy­mał się dwa metry za nimi. Pi­sto­let w ka­bu­rze przy pasie ko­ły­sał się lekko przy każ­dym kroku. Mi­nę­li dwa za­krę­ty, wą­skie scho­dy i ko­lej­ną grodź wo­dosz­czel­ną. Im bli­żej most­ka fla­go­we­go, tym ci­szej ro­bi­ło się na ko­ry­ta­rzach. Przy drzwiach do cen­trum ope­ra­cyj­ne­go ad­iu­tant za­trzy­mał się i otwo­rzył drzwi.

– Sir.

CAG wszedł do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie było oświe­tlo­ne czer­wo­nym świa­tłem trybu noc­ne­go. Na stole ope­ra­cyj­nym le­ża­ła duża mapa po­łu­dnio­we­go Iraku. W cen­trum mapy nadal świe­cił czer­wo­ny znacz­nik.

Ad­mi­rał stał po­chy­lo­ny nad sto­łem. 

W po­miesz­cze­niu było jesz­cze kilka osób. Kilku ofi­ce­rów ope­ra­cyj­nych przy kon­so­lach, na­wi­ga­tor z sek­cji pla­no­wa­nia i ofi­cer łącz­ni­ko­wy lot­nic­twa.

Kiedy CAG wszedł do po­miesz­cze­nia, pod­niósł wzrok.

– Ko­man­do­rze…

CAG ski­nął głową.

– Sir.

Ad­mi­rał prze­niósł wzrok na ka­pi­ta­na lot­ni­skow­ca, potem na CAG-a.

– Ka­pi­tan zo­sta­je. Ko­man­dor też.

Krót­ka pauza.

– Resz­ta panów – pro­szę opu­ścić po­miesz­cze­nie.

Ofi­ce­ro­wie przy kon­so­lach spoj­rze­li po sobie. Po krót­kiej zwło­ce krze­sła prze­su­nę­ły się po me­ta­lo­wej pod­ło­dze, a po­miesz­cze­nie opu­sto­sza­ło. Drzwi za­mknę­ły się głu­cho.

Zo­sta­ło tylko pię­ciu ludzi.

Ad­mi­rał, ka­pi­tan lot­ni­skow­ca, CAG, ad­iu­tant sto­ją­cy pół kroku za ad­mi­ra­łem i Ma­ri­ne z bez­po­śred­niej ochro­ny przy drzwiach. 

Ad­mi­rał spoj­rzał na CAG-a.

– Prze­pra­szam za te nie­co­dzien­ne środ­ki, ale liczy się każda mi­nu­ta.

Ko­man­dor zmarsz­czył brwi.

– Co się dzie­je?

Ad­mi­rał wska­zał mapę.

– Ba­by­lon.

Gort­ney spoj­rzał na czer­wo­ny znacz­nik.

– Pró­bo­wa­li­śmy wczo­raj.

– Coś sły­sza­łem…

Ad­mi­rał mówił spo­koj­nie.

– Ope­ra­cja lą­do­wa nie prze­bi­ła się przez obro­nę.

CAG po­ki­wał głową, cze­ka­jąc na dal­szy ciąg.

Ad­mi­rał prze­su­nął pal­cem po mapie.

– Wa­szyng­ton zde­cy­do­wał, że Ba­by­lon musi zo­stać znisz­czo­ny na­tych­miast…

– I?

Ad­mi­rał spoj­rzał mu w oczy.

– Dwa B-1B Lan­cer lecą w tej chwi­li nad Atlan­ty­kiem.

Gort­ney przez se­kun­dę nie za­sko­czył. Potem do niego do­tar­ło.

– Z ła­dun­ka­mi ją­dro­wy­mi…

W po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się bar­dzo cicho. Ka­pi­tan lot­ni­skow­ca prze­stał od­dy­chać na mo­ment. Gort­ney po­wo­li oparł dło­nie o stół.

– Jezu…

Ad­mi­rał wska­zał zegar.

– Mamy nie­ca­łe osiem go­dzin…

Pot na karku po­ja­wił się nie­mal jak na za­wo­ła­nie. Ad­mi­rał wska­zał mapę.

– Mamy osiem go­dzin, żeby zro­bić coś szyb­ciej niż oni. Jakiś po­mysł?

Gort­ney przez chwi­lę mil­czał.

Potem wziął głę­bo­ki od­dech.

– Opcje są trzy.

Wska­zał mapę.

In­tru­de­ry.

Palec prze­su­nął się nad Za­to­ką.

A-6 mogą unieść cięż­kie kie­ro­wa­ne bomby i do­le­cieć. Ale po­trze­bu­ją osło­ny.

Spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

– To ozna­cza dużą for­ma­cję.

Palec za­to­czył sze­ro­ki krąg nad mapą.

– My­śliw­ce, sa­mo­lo­ty ude­rze­nio­we…

– Duży ślad ra­da­ro­wy… – po­wie­dział ka­pi­tan lot­ni­skow­ca.

Gort­ney ski­nął głową.

– Do­kład­nie. Ira­kij­czy­cy zo­ba­czą naszą wy­ciecz­kę z da­le­ka, czyli stra­ci­my ele­ment za­sko­cze­nia.

Prze­su­nął palec dalej.

– Druga opcja: F-18-tkiHor­ne­ty nie po­trze­bu­ją eskor­ty my­śliw­skiej.

– Mniej­sza for­ma­cja… – za­my­ślił się ad­mi­rał.

– Tak – Gort­ney przy­tak­nął – ale pro­ble­mem bę­dzie za­sięg.

Palec za­trzy­mał się nad Za­to­ką.

– Muszą tan­ko­wać.

Po­pu­kał pal­cem w mapę.

– Tan­kow­ce ozna­cza­ją eskor­tę. A to znowu ozna­cza duży ślad ra­da­ro­wy.

Za­my­ślił się.

– Po­zo­sta­je trze­cia opcja.

Spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

Tom­ca­ty.

F-14? – zdzi­wił się ad­mi­rał. 

Gort­ney ski­nął głową.

– Duży za­sięg, po­ten­cjał sa­mo­obro­ny, po­dej­ście na ni­skim pu­ła­pie.

Palec prze­su­nął się po mapie.

– Dwie ma­szy­ny. Wcho­dzą sa­mot­nie, każdy po czte­ry bomby Mk-84

Chwi­la ciszy.

– Czy to sta­no­wi pro­blem? – za­py­tał ad­mi­rał.

Tom­ca­ty nie prze­no­szą uzbro­je­nia kie­ro­wa­ne­go.

– Czyli po­zo­sta­je kla­sycz­ne bom­bar­do­wa­nie? 

– Tak. Pro­ble­mem bę­dzie cel­ność. Niski pułap, szyb­ki prze­lot i zrzut. Tylko jedna szan­sa – do­koń­czył Gort­ney.

Ad­mi­rał spoj­rzał na niego uważ­nie.

– Kogo wy­zna­czysz do tej misji?

Gort­ney przez chwi­lę nie od­po­wie­dział.

Potem po­wie­dział spo­koj­nie:

– Sie­bie.

– Za­twier­dzam. A skrzy­dło­wy? – Ad­mi­rał zmru­żył oczy. – Kto miał naj­lep­sze wy­ni­ki w bom­bar­do­wa­niu na F-14?

Gort­ney wes­tchnął.

– Reina Co­sta­nos. Ale ona jest za­wie­szo­na w lo­tach.

Ka­pi­tan spoj­rzał na ad­mi­ra­ła.

– Do­cho­dze­nie po ostat­niej akcji nadal trwa.

Ad­mi­rał prze­niósł wzrok na Gort­ney’a.

– O ile do­brze ro­zu­miem – po­wie­dział po­wo­li – to ona jest naj­lep­sza w te kloc­ki?

– Tak.

– I ma trzy ze­strze­le­nia w rze­czy­wi­stej walce, a nie na sy­mu­la­to­rze?

Ad­mi­rał oparł dło­nie o stół.

– Tak, trzy – od­parł wolno Gort­ney.

– Czyli wię­cej niż ty.

Gort­ney za­ci­snął pię­ści.

Ad­mi­rał spoj­rzał na niego twar­do.

– To nie jest misja tre­nin­go­wa. Być może ważą się losy świa­ta, więc prze­stań mi pie­przyć o pro­ce­du­rach! O któ­rej star­tu­je­cie?

Gort­ney przez chwi­lę nie od­po­wie­dział.

Mię­śnie szczę­ki na­pię­ły mu się tak mocno, że aż po­czuł ból przy skro­ni. W po­miesz­cze­niu nagle zro­bi­ło się dusz­no mimo dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji. Czer­wo­ne świa­tło lamp od­bi­ja­ło się od mapy, od me­ta­lo­wej kra­wę­dzi stołu, od pi­sto­le­tu przy pasie Ma­ri­ne sto­ją­ce­go przy drzwiach.

Ad­mi­rał pa­trzył na niego bez mru­gnię­cia.

– O któ­rej star­tu­je­cie ko­man­do­rze? – po­wtó­rzył spo­koj­nie.

Gort­ney wcią­gnął po­wie­trze przez nos.

– Czter­dzie­ści pięć minut na przy­go­to­wa­nie. Pięt­na­ście na start.

Ad­mi­rał ski­nął głową.

– Masz go­dzi­nę. Od­ma­sze­ro­wać. 

Gort­ney od­su­nął się od stołu.

Me­ta­lo­we krze­sło stuk­nę­ło lekko o pod­ło­gę. Od­wró­cił się i ru­szył do drzwi. Ma­ri­ne przy wej­ściu od­su­nął się pół kroku, ro­biąc przej­ście. Drzwi za­mknę­ły się za CAG-iem z głu­chym stu­kiem.

***

Minął dwie gro­dzie i wąską klat­kę scho­do­wą. Na końcu ko­ry­ta­rza po­ja­wi­ły się drzwi z ozna­cze­niem: 

READY ROOM 3

CAG nawet nie zwol­nił.

W środ­ku trwa­ła od­pra­wa sek­cji F-18. Kilku pi­lo­tów sie­dzia­ło przy stole, dwóch stało przy ta­bli­cy tak­tycz­nej. Na ścia­nie wi­sia­ła mapa pół­noc­ne­go Iraku z za­zna­czo­ny­mi sek­to­ra­mi obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej.

Ofi­cer ope­ra­cyj­ny wła­śnie coś tłu­ma­czył, wska­zu­jąc mar­ke­rem jedną z linii na mapie.

– …jeśli wej­dzie­cie tędy, radar w Ba­srze wy­ła­pie was po trzy­dzie­stu se­kun­dach…

Urwał w pół zda­nia.

Drzwi od­bi­ły się od ścia­ny.

CAG wpa­ro­wał do środ­ka.

Roz­mo­wy uci­chły jak nożem uciął.

Kilku pi­lo­tów wy­pro­sto­wa­ło się na krze­słach. Jeden z młod­szych od­ru­cho­wo wstał.

Ko­man­dor ro­zej­rzał się szyb­ko po sali.

– Kon­ty­nu­uj­cie – rzu­cił krót­ko do ofi­ce­ra ope­ra­cyj­ne­go.

Potem spoj­rzał na jed­ne­go z pi­lo­tów przy stole.

– Gdzie jest Reina?

Pilot za­wa­hał się se­kun­dę.

– Sir… od­su­nął ją pan od lotów…

Po­słał mu cięż­kie spoj­rze­nie.

– Jest w warsz­ta­cie. Przy sys­te­mach na­wi­ga­cyj­nych.

Ski­nął głową. Od­wró­cił się i wy­szedł tak samo szyb­ko, jak wszedł.

Scho­dy pro­wa­dzi­ły w dół. Wą­skie, stro­me, z me­ta­lo­wy­mi stop­nia­mi star­ty­mi do po­ły­sku przez ty­sią­ce butów. Chwy­cił po­ręcz i zszedł dwa po­kła­dy niżej. Im dalej od po­kła­du lot­ni­cze­go, tym po­wie­trze ro­bi­ło się gęst­sze. Pach­nia­ło hy­drau­li­ką, sma­rem i go­rą­cym me­ta­lem. Minął ma­ga­zyn czę­ści awio­ni­ki. Potem po­miesz­cze­nie ser­wi­so­we. Na końcu ko­ry­ta­rza drzwi były otwar­te. Na ta­bli­cy obok wid­niał napis:

AVIO­NICS WORK­SHOP

W środ­ku było jasno. Lampy warsz­ta­to­we świe­ci­ły ostrym, bia­łym świa­tłem.

Reina sie­dzia­ła przy stole ro­bo­czym.

Przed nią leżał ro­ze­bra­ny panel z mo­du­łu na­wi­ga­cyj­ne­go. Obok kilka kart dia­gno­stycz­nych i oscy­lo­skop. Kom­bi­ne­zon lot­ni­czy miała pod­wi­nię­ty do łokci, ręce za­bru­dzo­ne sma­rem. Jej RIO stał przy me­ta­lo­wej szaf­ce z do­ku­men­ta­cją i czy­tał in­struk­cję sys­te­mu INS.

– Jeśli to jest błąd w ży­ro­sko­pie, to trze­ba wy­mie­nić cały moduł, nie tylko płyt­kę – po­wie­dział.

Reina nie pod­nio­sła wzro­ku.

– Naj­pierw spraw­dzę sta­bi­li­za­cję na­pię­cia.

RIO wzru­szył ra­mio­na­mi. W tym mo­men­cie drzwi za­skrzy­pia­ły. Oboje pod­nie­śli głowy jak na ko­men­dę. CAG sta­nął w progu.

– Sir?

Ko­man­dor wszedł dwa kroki do środ­ka. Ro­zej­rzał się po stole.

Ro­ze­bra­ny panel.

Na­rzę­dzia.

Elek­tro­ni­ka.

Pilot my­śliw­ca za­mie­nio­ny w tech­ni­ka.

– Zo­staw to – po­wie­dział.

Reina zmarsz­czy­ła brwi.

– Słu­cham?

– Przy­wra­cam was do lotów w try­bie na­tych­mia­sto­wym.

Ibar­ra wy­pro­sto­wał się.

– Jak to?

Reina spoj­rza­ła na niego uważ­nie.

– Co się stało?

CAG od­po­wie­dział jed­nym sło­wem.

– Misja spe­cjal­na. Zgło­si­li­ście się na ochot­ni­ka. 

Ibar­ra rzu­cił in­struk­cję na stół. Kart­ki prze­su­nę­ły się po me­ta­lo­wym bla­cie i za­trzy­ma­ły na ro­ze­bra­nym pa­ne­lu INS. W po­miesz­cze­niu zro­bi­ło się cicho. Sły­chać było tylko cichy szum wen­ty­la­to­rów chło­dzą­cych elek­tro­ni­kę i niski po­mruk okrę­tu gdzieś głę­bo­ko pod po­kła­da­mi.

Reina pa­trzy­ła na CAG-a nie­ru­cho­mo.

– Na ochot­ni­ka? – po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie.

Gort­ney ski­nął głową.

– Tak.

Reina od­su­nę­ła się od stołu.

– Cel?

Od­po­wie­dział bez wa­ha­nia.

– Ba­by­lon.

Switch zmru­żył oczy.

– Su­per­dzia­ło Sad­da­ma?

– Do­kład­nie.

Reina opar­ła dło­nie o blat.

– A nie pró­bo­wa­li tego wziąć pan­cer­nia­cy?

– Pró­bo­wa­li. Za­trzy­ma­li ich.

Reina pa­trzy­ła na CAG-a.

– Dla­cze­go my?

– Byłaś naj­lep­sza w bom­bar­do­wa­niu Tom­ca­tem.

RIO prych­nął.

– Tom­cat nie jest bom­bow­cem.

– Dzi­siaj jest.

Reina wy­tar­ła smar z dłoni o no­gaw­kę kom­bi­ne­zo­nu.

– Skąd ta nagła pa­ni­ka?

CAG od­po­wie­dział spo­koj­nie:

– Bo jeśli my tego nie zro­bi­my, zrobi to CIA. I za kilka go­dzin wy­ro­sną dwa małe słoń­ca nad pu­sty­nią.

Ibar­ra za­marł.

– Matko…

Przez chwi­lę nikt się nie ode­zwał. Gdzieś w ko­ry­ta­rzu prze­je­chał wózek ser­wi­so­wy. Metal za­dzwo­nił o sta­lo­wą pod­ło­gę. 

– Start za nie­ca­łą go­dzi­nę.

RIO po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze. Reina za­mknę­ła skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi.

– Kto pro­wa­dzi?

– Ja.

– Ile sa­mo­lo­tów?

– Dwa.

– Gdzie od­pra­wa?

– U ad­mi­ra­ła. Teraz.

CAG od­wró­cił się do drzwi.

Reina zga­si­ła lampę warsz­ta­to­wą. Po­miesz­cze­nie przy­ga­sło, zo­sta­ło tylko świa­tło z ko­ry­ta­rza. Panel INS nadal leżał ro­ze­bra­ny na stole.

Nie­do­koń­czo­na ro­bo­ta.

***

Ad­mi­rał nadal stał przy stole ope­ra­cyj­nym. Ka­pi­tan lot­ni­skow­ca obok niego, dło­nie opar­te o me­ta­lo­wą kra­wędź blatu.

Na mapie po­łu­dnio­we­go Iraku świe­cił zna­jo­my, czer­wo­ny punkt.

Gdy Reina i Ibar­ra we­szli do po­miesz­cze­nia, ad­mi­rał pod­niósł wzrok.

– Do­brze że je­ste­ście.

Czer­wo­ne świa­tło lamp od­bi­ja­ło się w prze­zro­czy­stej folii mapy.

– Czas jest na­szym naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem – po­wie­dział spo­koj­nie.

Palec ad­mi­ra­ła za­trzy­mał się na czer­wo­nym znacz­ni­ku.

– Cel: su­per­dzia­ło Ba­by­lon. Kom­pleks be­to­no­wych sta­no­wisk i in­fra­struk­tu­ry po­moc­ni­czej. Próba prze­ła­ma­nia lądem zo­sta­ła za­trzy­ma­na.

Krót­ka pauza.

– Pen­ta­gon wy­słał już w po­wie­trze roz­wią­za­nie stra­te­gicz­ne.

Spoj­rzał na wszyst­kich po kolei.

– Dwa B-1B Lan­cer są w po­wie­trzu. Z ła­dun­ka­mi ją­dro­wy­mi.

Ad­mi­rał cof­nął rękę znad mapy.

– Jeśli Ba­by­lon nadal bę­dzie ope­ra­cyj­ny kiedy tam dotrą… 

Spoj­rzał na CAG-a.

– Ko­man­do­rze, pro­szę przed­sta­wić plan.

Gort­ney po­chy­lił się nad sto­łem. Obok niego sta­nął RIO Lo­wel­la – z opa­trun­kiem wciąż wi­docz­nym przy linii koł­nie­rza. Ka­ta­pul­to­wa­nie kilka dni wcze­śniej po­zo­sta­wi­ło trwa­ły ślad.

Roz­ło­żył do­dat­ko­wą folię z trasą i prze­su­nął pal­cem od Za­to­ki w głąb Iraku.

– Star­tu­je­my w dwie ma­szy­ny.

– Le­ci­my nisko przez więk­szość trasy. Dwie­ście stóp nad zie­mią max.

Palec prze­su­wał się po­wo­li po mapie.

– Radar może nas zła­pać do­pie­ro wtedy, kiedy bę­dzie­my już w sek­to­rze celu.

Reina po­chy­lił się nad mapą.

– Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza?

CAG ski­nął głową.

– Lu­fo­wa i ra­kie­to­wa.

Wska­zał kilka punk­tów na mapie.

– Tu. Tu. I tu.

Reina pa­trzy­ła na linię po­dej­ścia.

CAG wska­zał czer­wo­ny punkt Ba­by­lo­nu.

– Uzbro­je­nie: czte­ry bomby Mk-84 na sa­mo­lot.

Za­to­czył pal­cem sze­ro­ki owal nad celem.

– Nie ce­lu­je­my w jeden punkt. Przy­kry­wa­my całą kon­struk­cję. Lufa dzia­ła, plat­for­ma, bu­dyn­ki tech­nicz­ne, wszyst­ko wokół. Osiem bomb w jed­nym prze­lo­cie.

Reina ski­nę­ła głową.

– Nalot dy­wa­no­wy.

– Do­kład­nie.

Ibar­ra spoj­rzał na linię wyj­ścia.

– A po zrzu­cie?

CAG prze­su­nął pal­cem na po­łu­dnie.

– Pełna pręd­kość i trzy­ma­my niski pułap aż do wód Za­to­ki.

– Bę­dzie­cie pra­wie na pu­stych zbior­ni­kach – wtrą­cił ka­pi­tan lot­ni­skow­ca.

CAG ski­nął głową.

– Dla­te­go tutaj spo­tka­my się z tan­kow­cem.

Wska­zał punkt nad Za­to­ką.

KA-6D In­tru­der bę­dzie cze­kał tutaj.

Reina zmru­ży­ła oczy.

– Jedna cy­ster­na?

– Jedna.

– Oby się nie spóź­ni­li…

CAG spoj­rzał na nią cięż­ko.

– Wtedy bę­dzie­my mieli po­waż­ny pro­blem.

Ad­mi­rał spoj­rzał na zegar na ścia­nie.

– Okno cza­so­we wła­śnie się za­my­ka.

CAG wy­pro­sto­wał się.

– To wszyst­ko. Do ma­szyn.

***

Po­ra­nek za­do­mo­wił się nad Za­to­kę Per­ską już na dobre. Słoń­ce stało nisko, ale za­czy­na­ło świe­cić ostrzej. Pro­mie­nie od­bi­ja­ły się od wody i mo­krej stali po­kła­du tak bez­li­to­śnie, że każdy kon­tur wy­da­wał się ni­czym wy­cię­ty brzy­twą – syl­wet­ki sa­mo­lo­tów, ludzi i wóz­ków z amu­ni­cją od­ci­na­ły się od bieli linii pro­wa­dzą­cych do ka­ta­pult z bo­le­sną ostro­ścią. Wiatr od dzio­bu niósł sól, za­pach pa­li­wa i ten gorz­ki, me­ta­licz­ny za­pach roz­grza­nej hy­drau­li­ki, który na lot­ni­skow­cu był obec­ny za­wsze, nawet kiedy nic jesz­cze nie la­ta­ło.

Reina wy­szła za CAG-iem na po­kład i od razu po­czu­ła zmia­nę prze­strze­ni.

W środ­ku okrę­tu wszyst­ko było wą­skie, bli­skie, sta­lo­we. Tutaj świat otwie­rał się nagle w świa­tło, hałas i ruch. Otwar­ta prze­strzeń jed­nak nie da­wa­ła ulgi. Od­bie­ra­ła osło­nę.

Na dzio­bo­wym po­kła­dzie przed nad­bu­dów­ką lot­ni­skow­ca po pra­wej bur­cie stały dwa Tom­ca­ty.

Tym razem nie wy­glą­da­ły jak my­śliw­ce go­to­we do CAP. Nie miały pod­wie­szo­nych Pho­eni­xów ani Spar­ro­wów, które zwy­kle bu­do­wa­ły ich syl­wet­kę. Pod ka­dłu­ba­mi wi­sia­ły grube, szare, cięż­kie cy­lin­dry bomb Mk-84. Czte­ry na każdą ma­szy­nę. Pra­wie tona każda.

Reina po­pa­trzy­ła na swo­je­go F-14B.

Owiew­ka była otwar­ta. Dra­bin­ka opusz­czo­na. Pod skrzy­dłem klę­czał „czer­wo­ny” z ob­słu­gi uzbro­je­nia i spraw­dzał prze­wo­dy za­pal­ni­ków. „Zie­lo­ny” przy przed­nim pod­wo­ziu oglą­dał si­łow­nik i coś mel­do­wał przez in­ter­kom do czło­wie­ka sto­ją­ce­go przy wózku z za­si­la­niem na­ziem­nym. 

Na po­kła­dzie nic nie stało w miej­scu.

Żółte ka­mi­zel­ki kie­ro­wa­ły ru­chem. Zie­lo­ne koń­czy­ły ser­wis. Czer­wo­ne za­bie­ra­ły puste wózki po amu­ni­cji. Fio­le­to­we prze­cią­ga­ły prze­wód pa­li­wo­wy do sto­ją­ce­go dalej KA-6D, który miał ich póź­niej utrzy­mać przy życiu. Wszyst­ko miało swoją ko­lej­ność oraz swoje okno cza­so­we. Wszyst­ko miało też swój koszt, jeśli ktoś spóź­ni się o trzy­dzie­ści se­kund albo po­my­li gest.

CAG za­trzy­mał się po­mię­dzy ma­szy­na­mi. RIO CAG-a – ten sam, któ­re­go jesz­cze nie­daw­no wy­cią­ga­li z wody po ka­ta­pul­to­wa­niu sa­mo­lo­tu Lo­wel­la – szedł już do pierw­szej ma­szy­ny. Ruchy miał sztyw­ne. Szedł nor­mal­nie, ale ciało jesz­cze pa­mię­ta­ło tamte wy­da­rze­nia. Jedna ręka na mo­ment do­tknę­ła ka­dłu­ba, jakby po­trze­bo­wał me­ta­lo­we­go po­twier­dze­nia, że sa­mo­lot stoi, a nie tonie w wo­dach za­to­ki.

Ibar­ra sta­nął obok Reiny i spoj­rzał na uzbro­je­nie.

– Ład­nie to to nie wy­glą­da – szep­nął.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła.

CAG od­wró­cił się do nich. W świe­tle po­ran­ka wy­glą­dał sta­rzej niż go­dzi­nę wcze­śniej u ad­mi­ra­ła. Nie bar­dziej zmę­czo­ny – ra­czej za­pad­nię­ty w sobie, jakby przez ostat­nie czter­dzie­ści minut gra­wi­ta­cja za­czę­ła dzia­łać na niego dwa razy moc­niej niż na resz­tę świa­ta.

– Jesz­cze raz – po­wie­dział. – Krót­ko.

Wska­zał naj­pierw pierw­szy my­śli­wiec.

– Ja pro­wa­dzę, ty na moim skrzy­dle.

Reina ski­nę­ła.

– Pro­fil lotu bez zmian. Idzie­my nisko od po­cząt­ku. Bez do­pa­la­czy. Oszczę­dza­my pa­li­wo na po­wrót.

Wska­zał bomby pod ka­dłu­bem swo­jej ma­szy­ny.

– Czte­ry na sa­mo­lot. Żad­nych cudów. Żad­nych po­now­nych po­dejść. Wcho­dzi­my, zrzu­ca­my i spie­prza­my.

CAG prze­niósł wzrok na Reinę.

– Po moim zrzu­cie nie cze­kasz na po­twier­dze­nie z floty. Pa­trzysz na obiekt. Jeśli nadal stoi, wcho­dzisz od razu.

– Roger!

Za ich ple­ca­mi ka­ta­pul­ta numer dwa syk­nę­ła parą gdzieś niżej pod po­kła­dem. Dźwięk był krót­ki, ale cięż­ki. CAG zro­bił krok bli­żej.

– Nie mamy eskor­ty, nie mamy SEAD, nie mamy dru­giej fali i nie mamy czasu. Mamy dwa Tom­ca­ty i osiem bomb. To wszyst­ko, czym dys­po­nu­je­my.

Reina po­czu­ła su­chość pod ję­zy­kiem.

Nie ze stra­chu. Z pro­sto­ty rów­na­nia. Im mniej ele­men­tów w pla­nie, tym mniej­szy mar­gi­nes błędu.

– Py­ta­nia? – za­py­tał CAG.

Nikt się nie ode­zwał.

Spoj­rzał prze­cią­gle na Reinę.

– Nie za­wiedź mnie.

Ski­nę­ła głową i ru­szy­ła w stro­nę ma­szy­ny.

Po­kład był śli­ski od wil­go­ci i pa­li­wa w miej­scach, gdzie coś prze­cie­kło albo zo­sta­ło prze­to­czo­ne w po­śpie­chu. Szła ostroż­nie, ale szyb­ko. „Zie­lo­ny” przy dra­bin­ce za­uwa­żył ją i na­tych­miast od­su­nął się pół kroku.

– Sa­mo­lot gotów do roz­ru­chu – rzu­cił. 

Spoj­rza­ła pod ka­dłub.

Me­cha­nizm był bru­tal­nie pro­sty. Skoro nie mieli uzbro­je­nia kie­ro­wa­ne­go i nie mogli wy­bie­rać po­je­dyn­czych punk­tów ataku, mu­sie­li przy­kryć cały obiekt falą znisz­cze­nia. Zrzu­cić tyle ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go, żeby kon­struk­cja znik­nę­ła nie dla­te­go, że tra­fi­li w jeden ide­al­ny punkt, ale dla­te­go, że cel po pro­stu wy­pa­ro­wał.

Ba­by­lon był długi.

Jeśli miał zo­stać cał­ko­wi­cie znisz­czo­ny, trze­ba było prze­le­cieć nad nim i roz­ło­żyć zrzut na całą kon­struk­cję – lufę, łoże i za­bu­do­wę tech­nicz­ną. Jeden Tom­cat nie dawał ta­kiej pew­no­ści. Dwa już tak.

Pod wa­run­kiem, że oba do­le­cą.

Reina wspię­ła się do kok­pi­tu. Bla­cha była jesz­cze chłod­na po nocy, ale słoń­ce już za­czy­na­ło ją pod­grze­wać. Chwy­ci­ła ramę owiew­ki i wsu­nę­ła się w fo­te­l. Ka­bi­na przy­ję­ła ją zna­jo­mym za­pa­chem roz­grza­ne­go pla­sti­ku, elek­tro­ni­ki i po­wie­trza za­mknię­te­go w in­sta­la­cji tle­no­wej sa­mo­lo­tu.

Ibar­ra wdra­pał się za nią na drugi fotel.

Włą­czy­ła za­si­la­nie. Ta­bli­ce przy­rzą­dów za­pa­li­ły się ko­lej­no. Naj­pierw po­je­dyn­cze kon­tro­l­ki. Potem całe sek­cje. W słu­chaw­kach po­ja­wił się biały szum.

– Spraw­dzam łącz­ność – po­wie­dzia­ła.

– Sły­szę cię – od­parł Ibar­ra – gło­śno i wy­raź­nie.

Na lewo CAG był już w ka­bi­nie swo­jej ma­szy­ny. Wi­dzia­ła go przez szybę i me­ta­lo­wą ramę owiew­ki. Syl­wet­ka po­chy­lo­na nad pa­ne­lem. RIO CAG-a sie­dział z tyłu. Głowa niżej niż zwy­kle. Morze zdą­ży­ło od­ci­snąć na nim swój ślad. Sól w gar­dle. Szarp­nię­cie uprzę­ży przy otwie­ra­ją­cym się spa­do­chro­nie. Zie­lo­ną ścia­nę wody idącą pro­sto na twarz. I tę naj­gor­szą se­kun­dę po ude­rze­niu, kiedy czło­wiek jesz­cze nie wie, czy wy­pły­nął, czy już tonie.

Sil­ni­ki po­moc­ni­cze za­wy­ły.

Przy pierw­szym Tom­ca­cie ob­słu­ga od­su­wa­ła ze­wnętrz­ne za­si­la­nie.

Reina uru­cho­mi­ła pierw­szy sil­nik.

Sprę­żar­ka we­szła na ob­ro­ty. Dźwięk na­ra­stał płyn­nie, aż w końcu za­płon dał ten krót­ki, gar­dło­wy skok tonu, po któ­rym ma­szy­na za­czy­na­ła na­praw­dę żyć. Drga­nie prze­szło przez opar­cie fo­te­la w ło­pat­ki.

Potem od­pa­li­ła drugi.

Przez oszkle­nie wi­dzia­ła, jak CAG za­koń­czył roz­ruch kilka se­kund wcze­śniej. Jego ma­szy­na była go­to­wa pierw­sza. Żółta ka­mi­zel­ka wska­za­ła mu ru­chem ręki drogę do ka­ta­pul­ty. Tom­cat drgnął i po­to­czył się w stro­nę ka­ta­pul­ty numer 1. RIO CAG-a od­wró­cił głowę lekko w prawo i na se­kun­dę spoj­rzał na ich ma­szy­nę. Reina nie wie­dzia­ła, czy to kon­tro­la skrzy­dło­we­go, czy od­ruch czło­wie­ka, który kie­dyś już pa­trzył na inny sa­mo­lot zbyt długo, zanim spadł do morza.

– Ru­sza­my – po­wie­dzia­ła.

Pu­ści­ła ha­mul­ce.

Tom­cat ru­szył do przo­du.

Pod­wo­zie stu­ka­ło lekko po łą­cze­niach płyt po­kła­du. Przed nią żółte ka­mi­zel­ki da­wa­ły krót­kie, agre­syw­ne znaki rę­ka­mi – szyb­ciej, pro­sto, stop, lewo, do­cią­gnij. Wszyst­ko w ryt­mie, który nie zno­sił za­wa­ha­nia. Ko­ło­wa­ła po­ma­łu na ka­ta­pul­tę numer dwa.

CAG był już na je­dyn­ce.

Jego Tom­cat stał przy­pię­ty do wózka star­to­we­go na lewej ka­ta­pul­cie. Za­ło­ga po­kła­do­wa ku­ca­ła przy przed­nim pod­wo­ziu. Jeden z ludzi pod­niósł rękę. Drugi do­pi­nał za­czep. Nawet przez oszkle­nie ka­bi­ny Reina sły­sza­ła to krót­kie, suche ude­rze­nie stali o stal.

Przed jej ma­szy­ną żółta ka­mi­zel­ka pro­wa­dzi­ła ją na tor ka­ta­pul­ty numer dwa.

– Stop!

My­śli­wiec za­trzy­mał się z lek­kim szarp­nię­ciem.

Pod dzio­bem jej ma­szy­ny ob­słu­ga po­kła­do­wa na­tych­miast we­szła do pracy. Jeden czło­wiek padł na ko­la­no przy go­le­ni przed­nie­go pod­wo­zia. Drugi wsu­nął się niżej, pod za­czep. Trze­ci stał z boku i pa­trzył tylko na ręce ko­le­gów, by samym wzro­kiem wy­ła­pać błąd, zanim prze­ro­dzi się on w ka­ta­stro­fę.

Jeden zde­cy­do­wa­ny ruch.

Za­czep wszedł.

Ten dźwięk był krót­ki, twar­dy i osta­tecz­ny.

Reina czuła, jak palce same moc­niej za­ci­ska­ją się na drąż­ku.

Na wspól­nej czę­sto­tli­wo­ści ode­zwał się ad­mi­rał.

Głos był czy­sty, twar­dy, bez ozdob­ni­ków.

– Ham­mer fli­ght, tu Flag Brid­ge. B-1B mi­nę­ły tra­wers Cypru. Czas do wej­ścia w ko­ry­tarz ataku: dzie­więć­dzie­siąt dwie mi­nu­ty.

Nikt się nie ode­zwał.

Ad­mi­rał dodał:

– Po­wo­dze­nia.

CAG od­po­wie­dział pierw­szy.

– Ham­mer 0-1, przy­ją­łem.

Reina na­ci­snę­ła nada­wa­nie.

– Ham­mer 0-2, przy­ję­łam.

Radio za­mil­kło.

Na dzio­bie CAG sie­dział nie­ru­cho­mo w swo­jej ma­szy­nie. Owiew­ka za­mknię­ta. Głowa lekko po­chy­lo­na. Dło­nie na drąż­ku i prze­pust­ni­cach.

Za chwi­lę wy­star­tu­je jako pierw­szy.

Reina wi­dzia­ła go przez war­stwę szkła, cie­płe drże­nie po­wie­trza nad po­kła­dem i ruch ludzi przy ka­ta­pul­cie. Potem przyj­dzie kolej na nią.

Dwa Tom­ca­ty.

Osiem bomb.

Pół­to­rej go­dzi­ny do chwi­li, w któ­rej gdzieś da­le­ko dwa Lan­ce­ry otwo­rzą ko­mo­ry bom­bo­we i roz­pę­ta­ją glo­bal­ny ar­ma­ge­don.

Kon­tro­la koń­co­wa.

CAG uniósł rękę.

Salut.

Ofi­cer ka­ta­pul­ty od­po­wie­dział tym samym krót­kim ru­chem.

Lu­dzie przy ka­ta­pul­cie za­sty­gli do­kład­nie tam, gdzie trze­ba. Żółte ka­mi­zel­ki od­sko­czy­ły w bok. Ob­słu­ga ze­szła z toru. Go­rą­ce po­wie­trze z dysz sil­ni­ków fa­lo­wa­ło nad stalą po­kła­du.

Potem CAG pchnął prze­pust­ni­ce mak­sy­mal­nie do przo­du.

Dźwięk zmie­nił się na­tych­miast. Dwa sil­ni­ki Tom­ca­ta we­szły na wy­so­kie ob­ro­ty cięż­kim, gar­dło­wym ry­kiem. Ka­dłub drgnął. Nad po­kła­dem prze­bie­gła fala go­rą­ca.

Jesz­cze se­kun­da…

Jesz­cze pół…

Ka­ta­pul­ta wy­rzu­ci­ła sa­mo­lot CAG-a w po­wie­trze.

Jego Tom­cat znik­nął z dzio­bu okrę­tu w jed­nym bru­tal­nym szarp­nię­ciu, jakby sta­lo­wy po­kład po pro­stu wy­pluł ma­szy­nę w po­ran­ne niebo. Para ucie­kła spod nosa sa­mo­lo­tu, go­rą­ce po­wie­trze za­drża­ło nad ka­ta­pul­tą, a zaraz potem przy­szła kolej Reiny.

Nie było płyn­ne­go przy­spie­sze­nia. Był cios.

Po­kład uciekł spod kół tak gwał­tow­nie, że na uła­mek se­kun­dy świat za­mie­nił się w jedną białą smugę świa­tła, pary i stali.

A potem pod nimi nie było już nic poza wo­da­mi Za­to­ki.

– Pod­wo­zie w górę – po­wie­dzia­ła.

Głu­chy stuk w ka­dłu­bie. Koła za­mknę­ły się w ko­mo­rach. Tom­cat wy­rów­nał lot zale­d­wie kil­ka­set stóp nad taflą i za­czął przy­spie­szać.

Przed nią, kil­ka­set me­trów dalej, ma­szy­na CAG-a prze­cho­dzi­ła już w ła­god­ny skręt. Jej syl­wet­ka fa­lo­wa­ła przez go­rą­ce po­wie­trze i po­ran­ne od­bi­cia słoń­ca na wo­dzie.

– Ham­mer 0-2 do­łą­cza po pra­wej – nada­ła.

– Ham­mer 0-1, przy­ją­łem.

We­szła na po­zy­cję skrzy­dło­we­go. Nie za bli­sko. Tak, żeby wi­dzieć całą ma­szy­nę CAG-a, ruch skrzy­deł, kąt prze­chy­le­nia, ale zo­sta­wić sobie mar­gi­nes na każdą wy­ma­ga­ną ko­rek­tę lotu. Morze pod nimi było jasne i pła­skie, po­cię­te świa­tłem po­ran­ka. 

W ka­bi­nie powró­cił rytm pracy.

Klik­nię­cia prze­łącz­ni­ków. Szum w słu­chaw­kach. Niski po­mruk sil­ni­ków nio­są­cy się przez kon­struk­cję sa­mo­lo­tu.

– Pa­ra­me­try w nor­mie – po­wie­dział Ibar­ra.

– Przy­ję­łam.

Przez kilka se­kund le­cie­li dalej bez słów.

Dwa Tom­ca­ty. Osiem Mk-84. Dzie­więć­dzie­siąt mi­nu­t do chwi­li, w któ­rej dwa bom­bow­ce stra­te­gicz­ne otwo­rzą nad pu­sty­nią swoje ko­mo­ry bom­bo­we.

***

Wy­brze­że Iraku za­czy­na­ło się ry­so­wać przed nimi jako cien­ka, pia­sko­wa linia od­dzie­la­ją­ca jasne morze od jesz­cze ja­śniej­sze­go lądu. Im bli­żej byli brze­gu, tym bar­dziej rosła przed nimi pu­sty­nia. Pła­ska. Otwar­ta. Nie­przy­ja­zna.

CAG prze­chy­lił ma­szy­nę odro­bi­nę w lewo, wy­zna­cza­jąc nowy kurs.

– Ham­mer fli­ght, scho­dzi­my. Od teraz cisza w ete­rze.

– Ham­mer 0-2, przy­ję­łam.

Reina pchnę­ła drą­żek.

Nos Tom­ca­ta opadł. Ho­ry­zont uniósł się w szy­bie. Wy­so­ko­ścio­mierz za­czął opa­dać.

Pięć­set stóp…

Trzy­sta…

Dwie­ście…

Woda i piach za­czę­ły pę­dzić szyb­ciej.

– Sto pięć­dzie­siąt – rzu­cił do in­ter­ko­mu Ibar­ra.

CAG był niżej. Reina ze­szła za nim.

Sto stóp nad wodą to już nie był lot. To było utrzy­my­wa­nie ka­ta­stro­fy w sta­nie od­ro­czo­nym.

We­szli nad ląd. Brzeg za­ry­so­wał się pod nimi i nagle morze znik­nę­ło.

Woda, a teraz już piach, prze­sta­ły być tylko tłem. Stały się prze­ciw­ni­kiem. Każda nie­rów­ność te­re­nu, każdy nasyp, każdy cień mógł nagle uro­snąć do roz­mia­ru ścia­ny, jeśli pilot spóź­ni ruch o se­kun­dę.

Sil­ni­ki pra­co­wa­ły bez do­pa­la­czy na peł­nej mocy bo­jo­wej, która miała ich do­nieść do celu i zo­sta­wić jesz­cze czas na odej­ście. Pa­li­wo scho­dzi­ło szyb­ciej, niż za­zwy­czaj pod­czas lotów pa­tro­lo­wych. Niski pułap i pręd­kość miały ma­sko­wać ich przed ra­da­ra­mi.

– Pręd­kość czte­ry­sta sześć­dzie­siąt – za­mel­do­wał Ibar­ra.

Pu­sty­nia wy­glą­da­ła z tej wy­so­ko­ści ina­czej niż z brie­fin­gów. Nie była wiel­ką, pustą plan­szą. Była gęsta od szcze­gó­łów. Ka­mien­ne pasy. Suche ko­ry­ta. Ni­skie wały. Cie­nie od za­bu­do­wań. Smugi kurzu na dro­gach, któ­rych z góry pra­wie nie było widać, do­pó­ki nie ze­szli tak nisko.

Wszyst­ko pły­nę­ło pod ka­bi­ną z pręd­ko­ścią, która nie zo­sta­wia­ła miej­sca na błąd.

Ibar­ra mil­czał chwi­lę, potem ode­zwał się znowu, ci­szej.

– My­ślisz, że RIO CAG-a da radę?

Reina spoj­rza­ła od­ru­cho­wo na Tom­ca­ta do­wód­cy.

Ma­szy­na le­cia­ła sta­bil­nie. Równo. Żad­nych wahań. Żad­nych mi­kro-po­pra­wek, które zdra­dza­ły­by nie­pew­ność w ka­bi­nie.

– Musi.

Nie do­da­ła nic wię­cej.

Po­pra­wi­ła lekko chwyt na drąż­ku.

Pod nimi pu­sty­nia. Za nimi zo­sta­ła Za­to­ka. Gdzieś da­le­ko za ho­ry­zon­tem le­cia­ły już więk­sze sa­mo­lo­ty z osta­tecz­ną od­po­wie­dzią na po­kła­dzie.

***

Wy­brze­że dawno znik­nę­ło za nimi.

Morze ustą­pi­ło miej­sca pu­sty­ni. Naj­pierw cien­ki pas ja­sne­go pia­chu, potem sucha zie­mia po­prze­ci­na­na dro­ga­mi, ka­na­ła­mi i li­nia­mi ni­skich na­sy­pów. Z tej wy­so­ko­ści wszyst­ko wy­glą­da­ło jak mapa, która nagle za­czę­ła się po­ru­szać.

Reina trzy­ma­ła ma­szy­nę nisko. Wy­so­ko­ścio­mierz ra­dio­wy pra­co­wał bez prze­rwy, cyfry prze­su­wa­ły się szyb­ko.

150 stóp…

130…

140…

– Sto sie­dem­dzie­siąt AGL – po­wie­dział Ibar­ra. – Za wy­so­ko!

– Widzę, kontr­uję.

Przed nimi CAG pro­wa­dził do­kład­nie na tej samej wy­so­ko­ści. Jego Tom­cat szedł nisko nad pu­sty­nią, około stu pięć­dzie­się­ciu stóp nad zie­mią. Skrzy­dła były już mocno cof­nię­te – au­to­mat cof­nął je pra­wie mak­sy­mal­nie do tyłu przy tej pręd­ko­ści.

Czte­ry­sta czter­dzie­ści wę­złów.

Na takim pu­ła­pie nie było sta­bil­ne­go lotu. Było tylko cią­głe ko­ry­go­wa­nie wy­so­ko­ści. Mi­ni­mal­ne wy­chy­le­nia drąż­ka, mi­ni­mal­ne ruchy prze­pust­nic. Każda se­kun­da opóź­nie­nia ozna­cza­ła spo­tka­nie z zie­mią.

Ma­sko­wa­nie ra­da­ro­we dzia­ła­ło tylko tak długo, jak długo teren za­sła­niał ich przed an­te­na­mi.

Krzy­wi­zna prze­strze­ni ra­da­ro­wej i prze­szko­dy te­re­no­we two­rzy­ły okna nie­wi­dzial­no­ści. Każdy radar na­ziem­ny wy­kry­wał tylko to, co wy­sta­wa­ło ponad linię ho­ry­zon­tu ra­dio­we­go. Lecąc na stu – dwu­stu sto­pach, Tom­cat po­ja­wiał się na ekra­nie do­pie­ro wtedy, gdy był już bar­dzo bli­sko.

Ale to dzia­ła­ło w obie stro­ny.

Jeśli radar ich zo­ba­czy, czas re­ak­cji na obro­nę bę­dzie bar­dzo krót­ki.

– Od­le­głość do Ba­by­lo­nu: trzy­dzie­ści dzie­więć mil – rzu­cił do in­ter­ko­mu Ibar­ra.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła. Kiw­nę­ła tylko głową, choć wie­dzia­ła, że nikt tego nie zo­ba­czy.

Po­wie­trze nad pu­sty­nią było spo­koj­niej­sze niż nad wodą, ale zie­mia była gor­szym prze­ciw­ni­kiem. Każdy nasyp, każda linia wy­so­kie­go na­pię­cia, każdy po­je­dyn­czy bu­dy­nek mógł w tej pręd­ko­ści za­mie­nić się w prze­szko­dę nie do omi­nię­cia.

CAG de­li­kat­nie prze­chy­lił ma­szy­nę w prawo. Reina po­wtó­rzy­ła ruch pół se­kun­dy póź­niej. Dwa Tom­ca­ty prze­cię­ły wąską do­li­nę po­mię­dzy ni­ski­mi pa­gór­ka­mi.

W tyl­nej ka­bi­nie Ibar­ra za­czął pra­co­wać przy ra­da­rze i od­bior­ni­kach ostrze­gaw­czych.

– RWR czy­sty – po­wie­dział.

Reina wie­dzia­ła, że to nie po­trwa długo.

Ba­by­lon nie był sa­mot­nym obiek­tem na pu­sty­ni. Kom­pleks był bro­nio­ny tak, jak broni się cze­goś, co ma prze­trwać wie­lo­krot­ny atak.

War­stwo­wo.

Naj­da­lej pra­co­wa­ły ra­da­ry do­zo­ru. Duże an­te­ny prze­szu­ku­ją­ce prze­strzeń nad pu­sty­nią. Ich za­sięg li­czo­no w set­kach ki­lo­me­trów, ale na ni­skim pu­ła­pie były pra­wie ślepe.

Potem były ra­da­ry na­pro­wa­dza­nia ra­kiet prze­ciw­lot­ni­czych.

Bli­żej za­czy­na­ła się wła­ści­wa obro­na.

Ra­kie­ty zie­mia–po­wie­trze roz­miesz­czo­ne wokół kom­plek­su.

Sta­no­wi­ska ar­ty­le­rii lu­fo­wej.

Mo­bil­ne ze­sta­wy prze­ciw­lot­ni­cze, naj­gor­sze na tym pu­ła­pie – ZSU-23-4 Szył­ki.

Czte­ry dział­ka ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try, radar na wieży i za­ło­ga, która po­tra­fi­ła zalać niebo gęstą chma­rą po­ci­sków w kilka se­kund.

Na ni­skim pu­ła­pie nie wal­czy­ło się z po­je­dyn­czym sys­te­mem.

Wal­czo­no z gę­sto­ścią ognia.

– Trzy­dzie­ści trzy mile – za­mel­do­wał Ibar­ra z tyl­ne­go fo­te­la.

Reina spoj­rza­ła na syl­wet­kę my­śliw­ca CAG-a.

Wie­dział do­kład­nie to samo.

Pierw­sze wy­kry­cie nie za­wsze ozna­cza­ło na­tych­mia­sto­wy strzał. Obro­na czę­sto po­zwa­la­ła sa­mo­lo­to­wi wejść głę­biej w bro­nio­ny ob­szar. Im bli­żej celu, tym trud­niej było potem mu uciec.

Jeśli od­pa­lisz za wcze­śnie, pilot może jesz­cze wyjść z za­się­gu ognia.

Jeśli po­cze­kasz, by wszedł w śro­dek sek­to­ra ba­te­rii prze­ciw­lot­ni­czej – nie ma już gdzie się ukryć.

To była ma­te­ma­ty­ka prze­strze­ni.

– Dwu­dzie­sta ósma mila – rzu­cił Ibar­ra z tyl­ne­go fo­te­la.

Wskaź­nik RWR ode­zwał się nagle krót­kim, ostrym sy­gna­łem.

Na ekra­nie po­ja­wił się pierw­szy znak emi­sji ra­da­ro­wej.

– Kon­takt ra­da­ro­wy. Tryb po­szu­ki­wa­nia – po­wie­dział Ibar­ra spo­koj­nie.

Reina po­czu­ła, jak mię­śnie karku na­pi­na­ją się pod heł­mem.

Ktoś na ziemi za­czął ich wy­pa­try­wać.

CAG nie zmie­nił kursu.

Dwa Tom­ca­ty le­cia­ły dalej nisko nad pu­sty­nią, prze­ci­na­jąc ko­lej­ne pasy su­chych pól i wą­skich dróg.

– Dwu­dzie­sta piąta mila.

RWR za­pisz­czał znowu.

Tym razem dłu­żej.

– Ko­lej­ny radar. Inny sek­tor.

Reina wie­dzia­ła, co to zna­czy.

Wcho­dzi­li w stre­fę obro­ny.

Im bli­żej byli celu, tym mniej było prze­strze­ni pomię­dzy sta­no­wi­ska­mi. Każda mila zbli­ża­ła ich do miej­sca, gdzie pole ostrza­łu ra­kiet, dzia­łek i mo­bil­nych sta­no­wisk za­czy­na­ły się na sie­bie na­kła­dać.

CAG prze­chy­lił ma­szy­nę mi­ni­mal­nie w lewo.

Reina po­dą­ży­ła za nim.

Przed nimi, da­le­ko na ho­ry­zon­cie, po­ja­wił się pierw­szy nie­na­tu­ral­ny kształt na pu­sty­ni.

Cien­ka, ciem­na linia prze­ci­na­ją­ca jasny teren.

– Wi­zu­al­ny kon­takt z obiek­tem – po­wie­dział CAG.

Ba­by­lon.

Jesz­cze da­le­ko.

Ale już wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby obro­na za­czę­ła pa­trzeć uważ­niej.

Pręd­kość czte­ry­sta czter­dzie­ści wę­złów.

Wy­so­kość sto sie­dem­dzie­siąt stóp.

Przed nimi stre­fa ognia.

Za nimi tylko pusta pu­sty­nia i morze, któ­re­go już nie było widać.

***

Cel był wi­docz­ny przed nimi od kilku minut.

Naj­pierw był tylko cien­ką linią na ho­ry­zon­cie. Teraz rósł z każdą se­kun­dą lotu. Przy pręd­ko­ści ponad czte­ry­stu wę­złów dy­stans malał szyb­ko. To, co chwi­lę wcze­śniej było ciem­nym kształ­tem na tle pu­sty­ni, za­czy­na­ło na­bie­rać szcze­gó­łów.

Plat­for­my tech­nicz­ne. Be­to­no­we pod­po­ry. Dłu­gie od­cin­ki in­fra­struk­tu­ry cią­gną­ce się wzdłuż jed­nej osi.

Ba­by­lon nie był po­je­dyn­czą bu­dow­lą.

Z góry wy­glą­dał ra­czej jak długi pas kon­struk­cji wto­pio­ny w pu­sty­nię.

Głów­na lufa dzia­ła bie­gła nisko nad zie­mią, czę­ścio­wo za­głę­bio­na pomię­dzy wy­dma­mi i sztucz­ny­mi na­sy­pa­mi. Wzdłuż niej cią­gnę­ły się be­to­no­we pod­po­ry i plat­for­my ser­wi­so­we. W kilku miej­scach widać było seg­men­ty kon­struk­cji tech­nicz­nej oraz place mon­ta­żo­we.

Ca­łość nie do­mi­no­wa­ła nad kra­jo­bra­zem wy­so­ko­ścią. Była ra­czej w niego wpi­sa­na – długa, cięż­ka linia me­ta­lu i be­to­nu prze­ci­na­ją­ca pu­sty­nię.

Wokół in­sta­la­cji roz­cią­ga­ła się in­fra­struk­tu­ra kom­plek­su: drogi tech­nicz­ne, ma­ga­zy­ny, sta­no­wi­ska ra­da­ro­we i mo­bil­ne ba­te­rie obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej.

RWR za­pisz­czał nagle ostrym, cią­głym tonem.

– Spike! Radar na­pro­wa­dza­nia – za­mel­do­wał Ibar­ra. – Go­dzi­na pierw­sza!

Na ekra­nie za­pa­lił się nowy sym­bol. Wąska, agre­syw­na emi­sja.

Ktoś na ziemi prze­stał tylko pa­trzeć.

Za­czął śle­dzić cel.

Se­kun­dę póź­niej pu­sty­nia przed nimi roz­bły­sła.

Z lewej stro­ny kom­plek­su wy­rwał się jasny pło­mień star­tu­ją­cej ra­kie­ty. Sil­nik ra­kie­to­wy za­pa­lił się gwał­tow­nie i prze­ciął po­wie­trze ostrą smugą bia­łe­go dymu.

– SAM w po­wie­trzu!

Ra­kie­ta po­szła w górę pod ostrym kątem, potem za­czę­ła skrę­cać w stro­nę dwóch nad­la­tu­ją­cych sa­mo­lo­tów.

CAG nie zmie­nił kursu.

Na tej wy­so­ko­ści nie było miej­sca na kla­sycz­ne ma­new­ry prze­ciw­lot­ni­cze. Ich je­dy­ną osło­ną była pręd­kość i pro­fil lotu tuż nad te­re­nem.

Ra­kie­ta mu­sia­ła naj­pierw zła­pać sta­bil­ne pro­wa­dze­nie ra­da­ro­we nad linią ho­ry­zon­tu.

Drugi błysk roz­darł pu­sty­nię.

Kilka ki­lo­me­trów dalej ko­lej­na wy­rzut­nia od­pa­li­ła na­stęp­ną ra­kie­tę.

– Drugi SAM! – po­wie­dział Ibar­ra.

Reina wi­dzia­ła przed sobą syl­wet­kę pro­wa­dzą­ce­go Tom­ca­ta. CAG lekko zmie­nił wy­so­kość, prze­śli­zgu­jąc się nad ni­skim wałem ziem­nym. Ra­kie­ty prze­szły wyżej, pró­bu­jąc utrzy­mać pro­wa­dze­nie.

Jed­nak na tak małej wy­so­ko­ści każda nie­rów­ność te­re­nu była sprzy­mie­rzeń­cem ata­ku­ją­cych.

Se­kun­dę póź­niej ode­zwa­ła się ar­ty­le­ria.

Naj­pierw po­je­dyn­cze serie.

Potem całe sek­to­ry ognia.

ZSU-23-4 za­czę­ły pra­co­wać pełną szyb­ko­strzel­no­ścią. Czte­ry dział­ka każ­dej wieży wy­sy­ła­ły w po­wie­trze gęste stru­mie­nie po­ci­sków. Z tej od­le­gło­ści wy­glą­da­ły jak po­ma­rań­czo­we linie prze­ci­na­ją­ce prze­strzeń przed sa­mo­lo­ta­mi.

Niebo nad kom­plek­sem za­czę­ło się za­gęsz­czać.

To nie była jedna ba­te­ria.

Było ich wiele.

Po­ci­ski szły w górę krót­ki­mi se­ria­mi. Nie­któ­re eks­plo­do­wa­ły wyżej, inne zni­ka­ły w pu­sty­ni za sa­mo­lo­ta­mi. Smugi prze­cho­dzi­ły przed nosem Tom­ca­ta CAG-a i prze­ci­na­ły prze­strzeń za jego skrzy­dła­mi.

To był mo­ment, w któ­rym obro­na za­czę­ła za­my­kać prze­strzeń.

– Czte­ry mile! – za­mel­do­wał Ibar­ra.

Ba­by­lon wy­peł­niał już dużą część ho­ry­zon­tu.

In­sta­la­cja była jesz­cze więk­sza, niż wy­glą­da­ła na zdję­ciach roz­po­znaw­czych.

CAG ode­zwał się na wspól­nej czę­sto­tli­wo­ści.

– Tu Ham­mer 0-1! Ata­ku­ję!

My­śli­wiec przed Reiną nagle zmie­nił pro­fil lotu.

Nos ma­szy­ny po­szedł w górę. Nie ostro – tylko tyle, ile trze­ba było, żeby wejść na krót­ki, bru­tal­ny kąt po­dej­ścia.

Z około stu sześć­dzie­się­ciu stóp pod­niósł się do kil­ku­set.

To był kla­sycz­ny „pop-up” do zrzu­tu bomb nie­kie­ro­wa­nych.

CAG usta­wił sa­mo­lot tak, żeby prze­le­cieć nad cen­tral­ną czę­ścią in­sta­la­cji. Nie cho­dzi­ło o tra­fie­nie jed­ne­go punk­tu. Czte­ry Mk-84 miały spaść tak, żeby przy­kryć klu­czo­wy frag­ment kon­struk­cji i jej bez­po­śred­nie oto­cze­nie.

Jesz­cze se­kun­dę trzy­mał ten kurs.

Potem jego głos wró­cił w eter.

– Zrzut!

Wy­rzut­ni­ki wy­pchnę­ły bomby z py­lo­nów.

Pierw­sza Mk-84 ode­rwa­ła się od sa­mo­lo­tu i po­szy­bo­wa­ła w dół.

Za nią ko­lej­ne trzy.

Czte­ry cięż­kie bomby od­pa­dły od Tom­ca­ta i za­czę­ły przy­spie­szać ku ziemi.

CAG na­tych­miast pchnął drą­żek od sie­bie i w bok, ci­ska­jąc ma­szy­nę w gwał­tow­ny skręt wyj­ścia z ataku. My­śli­wiec za­nur­ko­wał z po­wro­tem ku ziemi, wra­ca­jąc na niski pułap.

Se­kun­dę póź­niej pu­sty­nia eks­plo­do­wa­ła.

Pierw­sza de­to­na­cja roz­dar­ła frag­ment in­fra­struk­tu­ry tech­nicz­nej wzdłuż osi in­sta­la­cji. Ogrom­ny słup pyłu i ognia wy­rósł w górę.

Druga eks­plo­zja ude­rzy­ła bli­żej głów­nej sek­cji kon­struk­cji.

Trze­cia i czwar­ta roz­dar­ły be­to­no­we pod­po­ry oraz plat­for­my ser­wi­so­we wokół lufy dzia­ła.

Fala ude­rze­nio­wa prze­szła przez teren jak cięż­ki młot. Frag­men­ty me­ta­lu i be­to­nu po­le­cia­ły w po­wie­trze. Jedna z plat­form tech­nicz­nych za­pa­dła się czę­ścio­wo pod wła­snym cię­ża­rem.

Ale głów­na struk­tu­ra in­sta­la­cji nadal była wi­docz­na w chmu­rze pyłu.

Uszko­dzo­na.

Ro­ze­rwa­na w kilku miej­scach.

Ale wciąż sto­ją­ca.

– Tra­fie­nia – po­wie­dział Ibar­ra. – Duże uszko­dze­nia… ale głów­na kon­struk­cja nadal cała!

CAG wy­szedł z pierw­sze­go prze­lo­tu na ni­skiej wy­so­ko­ści, ucie­ka­jąc z sek­to­ra naj­gęst­sze­go ognia prze­ciw­lot­ni­cze­go.

Kilka se­kund póź­niej jego głos po­ja­wił się na szy­fro­wa­nym łączu do okrę­tu.

– Ham­mer 0-1 do Flag Brid­ge.

Krót­ka pauza.

– Cel uszko­dzo­ny, ale nie znisz­czo­ny.

***

Ka­bi­nę Roc­kwell B-1B Lan­cer wy­peł­niał przy­tłu­mio­ny blask ekra­nów i in­stru­men­tów.

Bom­bo­wiec był już głę­bo­ko w prze­strze­ni po­wietrz­nej Iraku.

Pod ka­dłu­bem prze­su­wa­ła się jasna, po­ran­na pu­sty­nia. Słoń­ce stało nisko nad ho­ry­zon­tem i rzu­ca­ło dłu­gie cie­nie wydm oraz skal­nych grzbie­tów. Z tej wy­so­ko­ści kra­jo­braz wy­glą­dał spo­koj­nie – sze­ro­kie po­ła­cie pia­sku, spo­ra­dycz­ne drogi prze­ci­na­ją­ce pust­kę, po­je­dyn­cze in­sta­la­cje prze­my­sło­we roz­sia­ne wśród pu­sty­ni.

W ka­bi­nie nikt jed­nak nie pa­trzył na zie­mię.

Cała uwaga była sku­pio­na na sys­te­mie misji i na­wi­ga­cji.

Na głów­nym ekra­nie wid­nia­ła mapa z za­pro­gra­mo­wa­ną tra­jek­to­rią lotu. Cien­ka linia pro­wa­dzi­ła przez ko­lej­ne punk­ty na­wi­ga­cyj­ne. Sym­bol bom­bow­ca znaj­do­wał się do­kład­nie na tej linii.

Po­zy­cja sa­mo­lo­tu była ob­li­cza­na przez sys­tem na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Ze­staw pre­cy­zyj­nych ży­ro­sko­pów i ak­ce­le­ro­me­trów śle­dził każdy ruch ma­szy­ny od mo­men­tu star­tu. Sys­tem nie po­trze­bo­wał sy­gna­łów ze­wnętrz­nych. Wy­star­czy­ło, że znał punkt po­cząt­ko­wy i orien­ta­cję prze­strzen­ną.

Jesz­cze na ziemi za­ło­ga prze­pro­wa­dzi­ła pełną syn­chro­ni­za­cję plat­for­my bez­wład­no­ścio­wej.

Sa­mo­lot stał wtedy nie­ru­cho­mo na sta­no­wi­sku. Kom­pu­ter po­rów­ny­wał dane z sys­te­mów ży­ro­sko­po­wych z do­kład­ny­mi współ­rzęd­ny­mi geo­gra­ficz­ny­mi po­zy­cji star­to­wej.

Pro­ces trwał kil­ka­na­ście minut.

Ży­ro­sko­py usta­la­ły orien­ta­cję wzglę­dem osi ob­ro­tu Ziemi. Sys­tem ka­li­bro­wał wła­sne od­chy­le­nia i za­pi­sy­wał punkt od­nie­sie­nia.

Od tego mo­men­tu kom­pu­ter na­wi­ga­cyj­ny ob­li­czał po­zy­cję sa­mo­lo­tu wy­łącz­nie na pod­sta­wie ruchu ma­szy­ny.

Każde przy­spie­sze­nie.

Każdy skręt.

Każdą zmia­nę wy­so­ko­ści.

Po kilku go­dzi­nach lotu błąd sys­te­mu mógł wy­no­sić kil­ka­dzie­siąt me­trów – wy­star­cza­ją­co mało, aby do­pro­wa­dzić bom­bo­wiec do­kład­nie nad za­pro­gra­mo­wa­ny punkt zrzu­tu.

Drugi pilot spoj­rzał na ekran sys­te­mu na­wi­ga­cji.

– INS sta­bil­ny.

Pilot ski­nął głową.

– Od­chy­le­nie?

– Po­ni­żej pięć­dzie­się­ciu me­trów.

To była war­tość prak­tycz­nie ide­al­na.

Na wy­świe­tla­czu sys­te­mu misji punkt celu świe­cił nie­ru­cho­mo w cen­trum tra­jek­to­rii.

Bom­bo­wiec le­ciał nisko nad pu­sty­nią. Na tej wy­so­ko­ści zie­mia prze­su­wa­ła się pod ka­dłu­bem szyb­ko – wydmy, ka­mie­ni­ste rów­ni­ny i cien­kie linie dróg zni­ka­ły pod nosem sa­mo­lo­tu jedna po dru­giej.

Czte­ry sil­ni­ki pra­co­wa­ły rów­nym cią­giem. Skrzy­dła o zmien­nej geo­me­trii były cof­nię­te mak­sy­mal­nie do tyłu, usta­wio­ne pod dużą pręd­kość lotu na małym pu­ła­pie.

Au­to­pi­lot współ­pra­cu­ją­cy z ra­da­rem śle­dze­nia te­re­nu utrzy­my­wał sa­mo­lot na za­da­nej wy­so­ko­ści, stale ko­ry­gu­jąc pro­fil lotu zgod­nie z da­ny­mi z sys­te­mu na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Za pi­lo­ta­mi, przy sta­no­wi­sku sys­te­mów uzbro­je­nia, ofi­cer ob­ser­wo­wał panel ko­mo­ry bom­bo­wej.

Wy­świe­tlacz był pro­sty.

Jedna po­zy­cja uzbro­je­nia.

Jedna bomba.

Sym­bol ła­dun­ku ją­dro­we­go znaj­do­wał się w cen­trum sche­ma­tu ko­mo­ry.

Drugi bom­bo­wiec le­cą­cy kil­ka­na­ście mil dalej na tej samej osi po­dej­ścia miał iden­tycz­ną kon­fi­gu­ra­cję.

Dwa sa­mo­lo­ty.

Dwa ła­dun­ki.

Ofi­cer prze­su­nął prze­łącz­nik se­kwen­cji.

– Roz­po­czy­nam uzbra­ja­nie.

Sta­tus zmie­nił się z SAFE na ARM.

Sys­tem od­po­wie­dział krót­kim sy­gna­łem po­twier­dze­nia.

Uzbra­ja­nie ła­dun­ku ją­dro­we­go było pro­ce­du­rą wie­lo­eta­po­wą. Ko­lej­ne za­bez­pie­cze­nia prze­cho­dzi­ły w tryb ope­ra­cyj­ny tylko wtedy, gdy kom­pu­ter po­twier­dził od­po­wied­ni pro­fil lotu i po­ło­że­nie wzglę­dem celu.

Ofi­cer ob­ser­wo­wał ekran.

Pierw­szy etap za­koń­czył się zie­lo­nym po­twier­dze­niem.

Kilka se­kund póź­niej po­ja­wi­ło się dru­gie.

Pilot spoj­rzał na zegar sys­te­mu misji.

Od­li­cza­nie po­su­wa­ło się nie­ubła­ga­nie.

– Czas do punk­tu zrzu­tu: czte­ry mi­nu­ty pięć­dzie­siąt se­kund.

Na ekra­nie na­wi­ga­cyj­nym punkt celu po­zo­sta­wał nie­ru­cho­my w cen­trum tra­jek­to­rii.

Gdzieś kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów przed nimi znaj­do­wał się kom­pleks Ba­by­lon.

I gdzieś tam, nisko nad pu­sty­nią, dwa Grum­man F-14B Tom­cat pró­bo­wa­ły znisz­czyć cel kon­wen­cjo­nal­ny­mi bom­ba­mi, zanim zegar w ka­bi­nie Lan­ce­rów doj­dzie do zera.

***

Słoń­ce nad irac­ką pu­sty­nią było obec­nie tylko roz­my­tą, mo­sięż­ną plamą, od­cię­tą od kok­pi­tu gru­bym plek­si­gla­sem i war­stwą sło­ne­go potu, który spły­wał CAG-owi pod maską tle­no­wą, szczy­piąc jed­no­cze­śnie w ką­ci­kach oczu i draż­niąc skórę twa­rzy roz­grza­ną od elek­tro­ni­ki.

Po­ni­żej, w tu­ma­nach pia­sku i dymu, zni­ka­ły żel­be­to­we fun­da­men­ty in­sta­la­cji Ba­by­lo­nu, znad któ­rych wła­śnie od­cho­dził na peł­nym ciągu, wy­ci­ska­jąc z pła­tow­ca wszyst­ko, by uciec ze stre­fy śmier­ci. Prze­cią­że­nie wgnia­ta­ło krę­go­słup w fotel Mar­tin-Ba­ker, a płuca wal­czy­ły o każdy cen­ty­metr sze­ścien­ny mie­szan­ki tle­no­wej wpom­po­wy­wa­nej do gar­dła pod ci­śnie­niem.

Wtedy ode­zwa­ła się Szył­ka, ukry­ta gdzieś mię­dzy piasz­czy­sty­mi na­sy­pa­mi a plat­for­ma­mi tech­nicz­ny­mi.

Nie wi­dział smu­ga­czy, ale po­czuł je jako serię tę­pych, me­ta­licz­nych ude­rzeń, które wstrzą­snę­ły pę­dzą­cy­mi dwu­dzie­sto­ma to­na­mi du­ra­lu­mi­nium i ty­ta­nu. Po­ci­ski dwu­dzie­sto­trzy­mi­li­me­tro­we ude­rzy­ły w lewą sek­cję ogo­no­wą z czę­sto­tli­wo­ścią młota pneu­ma­tycz­ne­go roz­bi­ja­ją­ce­go struk­tu­rę ja­kie­goś fun­da­men­tu.

Ma­szy­ną szarp­nę­ło gwał­tow­nie w lewo, a ja­zgot roz­dzie­ra­ne­go po­szy­cia wi­bro­wał w samym krę­go­słu­pie pi­lo­ta, prze­no­sząc się przez drą­żek ste­ro­wy na jego dło­nie.

Na pa­ne­lu ostrze­gaw­czym roz­bły­sła bursz­ty­no­wa ma­try­ca MA­STER CAU­TION, a zaraz obok niej, we­wnątrz le­we­go uchwy­tu po­ża­ro­we­go, za­pul­so­wa­ła bez­li­to­sna czer­wień alar­mu LEFT EN­GI­NE FIRE.

CAG po­czuł, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła, gdy sa­mo­lot za­czął wy­ka­zy­wać gwał­tow­ną asy­me­trię ciągu, gro­żąc prze­wró­ce­niem ma­szy­ny na plecy przy tak małej wy­so­ko­ści i dużej pręd­ko­ści odej­ścia.

Od­stęp mię­dzy sil­ni­ka­mi Ge­ne­ral Elec­tric F110 wy­no­sił pra­wie trzy metry, więc nagła utra­ta lewej jed­nost­ki na­tych­miast za­czę­ła wy­krę­cać nos ma­szy­ny w stro­nę mar­twe­go sil­ni­ka, wy­mu­sza­jąc na pi­lo­cie bru­tal­ną walkę o życie w gę­stym, roz­grza­nym po­wie­trzu.

Mię­śnie nogi CAG-a na­pię­ły się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, gdy całą siłą wci­snął prawy pedał or­czy­ka, by skon­tro­wać od­chy­le­nie, pod­czas gdy jego palce w rę­ka­wi­cy na­mie­rzy­ły już wy­uczo­ną se­kwen­cję ra­tun­ko­wą.

Szarp­nął lewą dźwi­gnię prze­pust­ni­cy w dół, za za­pad­kę, w po­ło­że­nie OFF, by na­tych­miast wy­cią­gnąć pod­świe­tlo­ny na czer­wo­no uchwyt po­ża­ro­wy, co za­trza­snę­ło za­wo­ry pa­li­wo­we i fi­zycz­nie od­cię­ło do­pływ nafty lot­ni­czej do pło­ną­cej tur­bi­ny.

Ener­gicz­ne skrę­ce­nie rącz­ki ak­ty­wo­wa­ło butle z ha­lo­nem, który wtło­czo­ny pod ogrom­nym ci­śnie­niem stłu­mił pożar sil­ni­ka, ga­sząc czer­wo­ną lamp­kę alar­mu, ale po­zo­sta­wia­jąc Tom­ca­ta ka­le­kim.

Wi­bra­cje usta­ły, za­stą­pio­ne przez nie­na­tu­ral­ną ciszę z lewej stro­ny i świst po­wie­trza o po­szar­pa­ny ogon, pod­czas gdy w słu­chaw­kach za­pisz­czał sys­tem ostrze­gaw­czy RWR, in­for­mu­jąc o na­mie­rza­niu przez ko­lej­ne ba­te­rie SAM.

Bez po­ło­wy mocy Tom­cat prze­stał być dra­pież­ni­kiem, sta­jąc się ocię­ża­łym celem, a każda próba ma­new­ro­wa­nia w celu unik­nię­cia ognia sta­no­wisk na­ziem­nych koń­czy­ła się dra­stycz­ną utra­tą ener­gii, któ­rej jeden sil­nik nie był w sta­nie od­ro­bić.

Prawa tur­bi­na wyła na stu pro­cen­tach mocy, po­że­ra­jąc zapas pa­li­wa w tem­pie unie­moż­li­wia­ją­cym bez­piecz­ny po­wrót na lot­ni­sko­wiec, a kom­pu­ter na­wi­ga­cyj­ny bez­li­to­śnie skra­cał pro­mień za­się­gu z każdą se­kun­dą lotu na małej wy­so­ko­ści nad wro­gim te­ry­to­rium.

CAG czuł każdy sto­pień tem­pe­ra­tu­ry gazów wy­lo­to­wych po­zo­sta­łe­go sil­ni­ka przez wi­bra­cje ka­dłu­ba, świa­do­my, że asy­me­tria ciągu przy ko­niecz­no­ści ni­skie­go prze­lo­tu to li­cy­ta­cja z zie­mią, która tylko czeka na jeden drob­ny błąd zmę­czo­nych mię­śni.

Przed nim roz­cią­ga­ły się setki mil pia­chu, a potem zdra­dli­wa tafla Za­to­ki Per­skiej, gdzie lą­do­wa­nie uszko­dzo­ną ma­szy­ną na po­ru­sza­ją­cym się po­kła­dzie bę­dzie gra­ni­czy­ło z nie­moż­li­wo­ścią.

– Flag Brid­ge, tu Ham­mer 0-1. Obe­rwa­łem, jeden sil­nik nie dzia­ła! Wy­cho­dzi­my znad celu, kie­ru­nek pół­noc-pół­noc­ny wschód. Po­trze­bu­je­my osło­ny i cy­ster­ny na samej kra­wę­dzi stre­fy, ina­czej nie do­cią­gnie­my do domu – wy­char­czał do mi­kro­fo­nu, czu­jąc w ustach me­ta­licz­ny po­smak ad­re­na­li­ny, pod­czas gdy jego wzrok ner­wo­wo ska­kał mię­dzy wskaź­ni­kiem tem­pe­ra­tu­ry pra­we­go sil­ni­ka a ma­le­ją­cym za­się­giem.

Tym­cza­sem w dru­gim F-14B słoń­ce za­mie­nia­ło kok­pit w szkla­ną pu­łap­kę wy­peł­nio­ną za­sta­łym, go­rą­cym po­wie­trzem i za­pa­chem ozonu pły­ną­ce­go z prze­cią­żo­nych sys­te­mów awio­ni­ki.

Reina wi­dzia­ła w lu­ster­ku wstecz­nym czar­ną smugę dymu cią­gną­cą się za ka­le­ką ma­szy­ną CAG-a.

Jej dło­nie, za­ci­śnię­te na drąż­ku i prze­pust­ni­cy, po­zo­sta­ły nie­ru­cho­me.

Szczę­ka była za­ci­śnię­ta tak mocno, że ból pro­mie­nio­wał aż do skro­ni, a pod maską tle­no­wą jej od­dech stał się krót­ką, me­cha­nicz­ną wy­mia­ną ga­zo­wą, do­sto­so­wa­ną do rytmu pracy kom­pu­te­ra misji.

Pod ka­dłu­bem jej ma­szy­ny spo­czy­wa­ły ko­lej­ne czte­ry bomby Mk-84 – ostat­nie czte­ry ty­sią­ce fun­tów stali i tri­to­na­lu, które miały do­mknąć fazę znisz­cze­nia.

To miał być atak koń­czą­cy.

Reina nie ce­lo­wa­ła w punkt, który zo­stał już na­ru­szo­ny przez CAG-a; jej wzrok, utkwio­ny w wy­świe­tla­czu HUD, cze­kał na mo­ment, w któ­rym romb sys­te­mu ce­low­ni­cze­go obej­mie całą, jesz­cze dy­mią­cą geo­me­trię Ba­by­lo­nu.

Od nad­we­rę­żo­nej już lufy, przez pę­ka­ją­ce fun­da­men­ty, aż po oca­la­łą za­bu­do­wę po­moc­ni­czą.

We­szła w płyt­ki skręt, czu­jąc, jak opór po­wie­trza na­pie­ra na pod­wie­szo­ne uzbro­je­nie, ge­ne­ru­jąc drże­nie prze­no­szą­ce się przez fotel pro­sto na mied­ni­cę i krę­go­słup.

Usta­wi­ła sys­tem zrzu­tu w tryb „rip­ple” z mi­ni­mal­nym in­ter­wa­łem.

– Tu Ham­mer 0-2, ata­ku­ję! Skrzy­dła za­blo­ko­wa­ne. Uzbro­je­nie ak­tyw­ne – rzu­ci­ła, czu­jąc krew pul­su­ją­cą w skro­ni.

Na­ci­śnię­cie spu­stu wy­zwo­li­ło se­kwen­cję. Ła­dun­ki pi­ro­tech­nicz­ne w zam­kach BRU-32 zde­to­no­wa­ły, ge­ne­ru­jąc gwał­tow­ny przy­rost ci­śnie­nia gazu, który pchnął tłoki wy­py­cha­czy. W tej samej se­kun­dzie czte­ry sta­lo­we cy­lin­dry Mk-84 ode­rwa­ły się nie­mal rów­no­cze­śnie od py­lo­nów pod­ka­dłu­bo­wych i za­czę­ły spa­dać rów­no­le­gle, usta­wio­ne nie­mal w jed­nej linii.

Reina na­tych­miast od­czu­ła zmia­nę.

Ma­szy­na stra­ci­ła pra­wie czte­ry tony masy w jed­nej chwi­li. Ka­dłub od­cią­żył się gwał­tow­nie. Nos uniósł się w górę, a drą­żek w dło­niach Reiny zro­bił się nagle lżej­szy.

Pod nimi leżał Ba­by­lon.

Nie wy­glą­dał jak dzia­ło.

Wy­glą­dał jak gi­gan­tycz­ny od­ci­nek ru­ro­cią­gu wbity w zbo­cze pu­styn­ne­go wzgó­rza.

Sta­lo­wy cy­lin­der o śred­ni­cy jed­ne­go metra cią­gnął się wzdłuż stoku przez ponad sto pięć­dzie­siąt me­trów. Seg­men­ty lufy łą­czy­ły po­tęż­ne koł­nie­rze śru­bo­we, każdy od­ci­nek wspar­ty był me­ta­lo­wą ramą i be­to­no­wym fun­da­men­tem.

Z góry przy­po­mi­na­ło to sta­lo­wy krę­go­słup wbity w pu­sty­nię.

Pierw­sza bomba spa­dła na środ­ko­wą część kon­struk­cji.

Ude­rze­nie ki­ne­tycz­ne na­stą­pi­ło zanim kto­kol­wiek na ziemi zdą­żył za­re­ago­wać.

Bli­sko to­no­wy cy­lin­der stali spa­da­ją­cy z pręd­ko­ścią kil­ku­set me­trów na se­kun­dę wbił się w sta­lo­wy seg­ment lufy.

Metal kon­struk­cji nie wy­trzy­mał.

Koł­nierz łą­czą­cy dwa od­cin­ki lufy pękł na­tych­miast. Śruby gru­bo­ści nad­garst­ka zo­sta­ły wy­rwa­ne z gniazd mo­cu­ją­cych.

Uła­mek se­kun­dy póź­niej za­dzia­łał za­pal­nik.

De­to­na­cja tri­to­na­lu na­stą­pi­ła już we­wnątrz kon­struk­cji.

Fala nad­ci­śnie­nia ude­rzy­ła w sta­lo­wy cy­lin­der jak w za­mknię­tą rurę. Ener­gia eks­plo­zji ro­ze­szła się wzdłuż lufy, roz­ry­wa­jąc ko­lej­ne seg­men­ty.

Roz­grza­na do kilku ty­się­cy stop­ni kula ognia wy­rwa­ła stal od środ­ka.

Kra­wę­dzie po­szar­pa­ne­go me­ta­lu za­czę­ły się topić.

Druga bomba ude­rzy­ła kil­ka­na­ście me­trów dalej.

Tra­fi­ła w sta­lo­wą ramę pod­pie­ra­ją­cą ko­lej­ny seg­ment lufy.

Ener­gia ki­ne­tycz­na zmiaż­dży­ła kon­struk­cję nośną. Dźwi­ga­ry wy­gię­ły się ni­czym źdźbła trawy na wie­trze, a sta­lo­wy cy­lin­der prze­stał mieć ja­kie­kol­wiek pod­par­cie.

Eks­plo­zja do­koń­czy­ła dzie­ła znisz­cze­nia.

Be­to­no­wy fun­da­ment roz­sy­pał się w drob­ny pył, a kil­ku­na­sto­me­tro­wy frag­ment lufy zo­stał wy­rzu­co­ny z pod­pór ni­czym rura wy­rwa­na z in­sta­la­cji prze­my­sło­wej.

Trze­cia bomba spa­dła bli­żej tyl­nej czę­ści dzia­ła – w rejon zamka.

Tam stal była naj­grub­sza.

Ścia­ny miały tu kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów gru­bo­ści, za­pro­jek­to­wa­ne tak, by wy­trzy­mać ci­śnie­nie ge­ne­ro­wa­ne pod­czas wy­strza­łu.

Ale kon­struk­to­rzy nie prze­wi­dzie­li de­to­na­cji pół­to­no­we­go ła­dun­ku w środ­ku sys­te­mu.

Eks­plo­zja ro­ze­rwa­ła tylny seg­ment jak gra­nat wrzu­co­ny do sta­lo­wej becz­ki.

Cięż­kie płyty kon­struk­cji wy­gię­ły się na ze­wnątrz. Frag­men­ty me­ta­lu po­le­cia­ły w po­wie­trze na kil­ka­dzie­siąt me­trów.

Czwar­ta bomba tra­fi­ła w be­to­no­wy blok fun­da­men­to­wy, w miej­scu gdzie zbo­cze wzgó­rza prze­cho­dzi­ło w głów­ną pod­sta­wę in­sta­la­cji.

De­to­na­cja na­stą­pi­ła pół se­kun­dy po po­przed­niej.

Fala ude­rze­nio­wa we­szła w już na­ru­szo­ną struk­tu­rę i do­mknę­ła znisz­cze­nie.

Seg­men­ty lufy za­czę­ły za­pa­dać się jeden po dru­gim.

Sta­lo­wy cy­lin­der o dłu­go­ści ponad stu pięć­dzie­się­ciu me­trów skrę­cił się i pękł w kilku miej­scach. Część kon­struk­cji osu­nę­ła się po zbo­czu.

Ba­by­lon prze­stał być bro­nią.

Stał się zło­mem.

Ogrom­na chmu­ra pyłu i odłam­ków za­czę­ła wzno­sić się nad wzgó­rzem.

Reina zo­ba­czy­ła tylko błysk.

Nie było czasu by po­dzi­wiać wi­do­ki.

Ho­ry­zont przed nią eks­plo­do­wał ogniem.

Irac­ka obro­na prze­ciw­lot­ni­cza otwo­rzy­ła ogień wszyst­ki­mi do­stęp­ny­mi sys­te­ma­mi.

Ode­zwał się sys­tem ostrze­ga­nia przed opro­mie­nio­wa­niem ALR-67.

W słu­chaw­kach po­ja­wił się krót­ki, wy­so­ki, mo­du­lo­wa­ny pisk.

Radar.

Potem drugi ton.

Radar sys­te­mu 9K33 Osa-AKM prze­szedł z trybu prze­szu­ki­wa­nia do trybu śle­dze­nia. Wąska wiąz­ka ra­da­ro­wa za­czę­ła ak­tu­ali­zo­wać po­zy­cję Tom­ca­ta kilka razy na se­kun­dę.

Ibar­ra już pra­co­wał na pa­ne­lu walki elek­tro­nicz­nej.

– Chaff! Chaff!

Ła­dun­ki wy­rzut­ni­ków di­po­li od­pa­li­ły serią.

Z komór pod ogo­nem wy­sy­pa­ły się setki cien­kich pa­sków alu­mi­nium, przy­cię­tych do dłu­go­ści od­po­wia­da­ją­cej dłu­go­ści fali ra­da­ru.

W po­wie­trzu po­wsta­ła chmu­ra odbić.

Dla sys­te­mu ra­kie­to­we­go nagle po­ja­wi­ło się kil­ka­dzie­siąt celów.

Reina pchnę­ła drą­żek.

Jej Tom­cat zszedł jesz­cze niżej.

Przy tej pręd­ko­ści zie­mia była tylko roz­ma­za­ną smugą pia­sku i ka­mie­nia. Ka­dłub prze­mknął nad czub­ka­mi na­sy­pów na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu stóp.

Nisko nad zie­mią radar za­czy­nał gubić czy­sty obraz.

Sy­gnał od­bi­jał się od skał i te­re­nu.

Wtedy wy­star­to­wa­ły ra­kie­ty.

Dwie 9M33M3 wy­rwa­ły się z wy­rzut­ni Osy.

Sil­ni­ki mar­szo­we za­pa­li­ły się na­tych­miast. Ra­kie­ty przy­spie­szy­ły do ponad dwóch Ma­chów.

Przez chwi­lę tor lotu był ide­al­ny.

Potem kom­pu­ter ra­kie­ty za­czął gubić sy­gnał.

Di­po­le.

Od­bi­cia od ziemi.

Niska wy­so­kość.

Ra­kie­ty prze­szły nad Tom­ca­tem.

Jedna może dwa­dzie­ścia me­trów nad ka­bi­ną.

Druga tro­chę wyżej.

De­to­na­cje.

Stoż­ki odłam­ków prze­cię­ły prze­strzeń nad sa­mo­lo­tem.

Owiew­ka za­dud­ni­ła jak ude­rzo­na gra­dem.

Wtedy pod nimi ode­zwa­ły się Szył­ki.

Czte­ry dział­ka ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try na każ­dym po­jeź­dzie wy­rzu­ca­ły w po­wie­trze ty­sią­ce po­ci­sków na mi­nu­tę. Smu­go­we na­bo­je two­rzy­ły po­ma­rań­czo­wą sieć prze­ci­na­ją­cą po­wie­trze przed sa­mo­lo­tem.

Pręd­ko­ścio­mierz po­ka­zy­wał ponad pięć­set wę­złów.

Na wy­so­ko­ści pięć­dzie­się­ciu stóp ozna­cza­ło to ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt me­trów każ­dej se­kun­dy.

Nogi Reiny pra­co­wa­ły bez prze­rwy na or­czy­ku.

Ko­rek­ta.

I ko­lej­na.

Jesz­cze jedna.

Mię­śnie ud za­czę­ły palić.

Na wskaź­ni­ku uzbro­je­nia palił się napis: EMPTY.

Ba­by­lon już nie ist­niał.

Ale kilka mil przed nimi le­ciał po­strze­la­ny Tom­cat CAG-a. Za jego ogo­nem cią­gnę­ła się czar­na smuga dymu.

Reina usta­wi­ła się za nim, a w kok­pi­cie Ibar­ra po­chy­lił się nad pa­ne­lem ra­dio­wym.

Wi­bra­cje ka­dłu­ba prze­no­si­ły się przez kon­so­lę na jego dło­nie, ale ruchy były pewne. Prze­łą­czył na­daj­nik na szy­fro­wa­ny kanał sa­te­li­tar­ny.

Oboje wie­dzie­li, co wła­śnie się wy­da­rzy­ło.

Lecz gdzieś na za­chod­nim ho­ry­zon­cie le­cia­ły B-1B Lan­cer.

Dwa bom­bow­ce.

Każdy z jedną bombą ato­mo­wą w ko­mo­rze uzbro­je­nia. Ich sys­te­my misji już od­li­cza­ły se­kun­dy do punk­tu zrzu­tu.

Ibar­ra wci­snął przy­cisk nada­wa­nia.

– Flag Brid­ge, Flag Brid­ge, tu Ham­mer 0-2. Cel znisz­czo­ny! Po­wta­rzam – cel znisz­czo­ny!

Sy­gnał ra­dio­wy po­szy­bo­wał w górę do sa­te­li­ty.

Kil­ka­set mil dalej, na po­kła­dzie lot­ni­skow­ca USS Ran­ger, ofi­cer łącz­no­ści ode­brał trans­mi­sję.

Na most­ku ad­mi­ral­skim za­pa­dła cisza.

Ad­mi­rał chwy­cił słu­chaw­kę za­bez­pie­czo­ne­go łącza stra­te­gicz­ne­go. Linia była pod­łą­czo­na bez­po­śred­nio do Pen­ta­go­nu.

– Tu USS Ran­ger. Ham­mer Fli­ght po­twier­dza znisz­cze­nie celu!

Kilka se­kund póź­niej ko­mu­ni­kat po­ja­wił się w Si­tu­ation Room w Bia­łym Domu.

Na ścia­nie zga­sła czer­wo­na lamp­ka Ba­by­lo­nu.

Pre­zy­dent spoj­rzał na ekran. Potem wydał krót­kie po­le­ce­nie.

– Od­wo­łać ude­rze­nie stra­te­gicz­ne!

Roz­kaz prze­szedł na­tych­miast do Pen­ta­go­nu. Tam ofi­cer dy­żur­ny uru­cho­mił pro­ce­du­rę prze­rwa­nia ope­ra­cji stra­te­gicz­nej. Sy­gnał naj­wyż­sze­go prio­ry­te­tu zo­stał wy­sła­ny przez sieć sa­te­li­tów łącz­no­ści woj­sko­wej.

Roz­kaz zo­stał prze­sła­ny do bom­bow­ców.

Ale w cen­trach do­wo­dze­nia nikt nie ode­tchnął.

Lan­ce­ry le­cia­ły bar­dzo nisko. W try­bie pe­ne­tra­cji. W ciszy ra­dio­wej.

W kok­pi­cie Tom­ca­ta Ibar­ra zo­ba­czył tylko ga­sną­cą kon­tro­l­kę trans­mi­sji.

Łącze zo­sta­ło za­mknię­te.

Zro­bi­li wszyst­ko co było w ich mocy. Resz­ta nie za­le­ża­ła już od nich.

Reina zmru­ży­ła oczy od słoń­ca od­bi­ja­ją­ce­go się od pu­sty­ni. Jej wzrok prze­su­wał się po ho­ry­zon­cie, szu­ka­jąc syl­we­tek bom­bow­ców.

Bo jeśli za­ło­gi bom­bow­ców nie od­bio­rą roz­ka­zu…

…za kilka minut nad Ira­kiem za­świe­cą dwa małe słoń­ca.

***

Kok­pit pro­wa­dzą­ce­go B-1B był po­grą­żo­ny w czer­wo­nym pół­mro­ku.

Świa­tło lam­pek kon­tro­l­nych od­bi­ja­ło się od szyb heł­mów i ma­to­wych po­wierzch­ni pa­ne­li. Wąska ka­bi­na czte­ro­oso­bo­wej za­ło­gi drża­ła nie­ustan­nie od pracy czte­rech tur­bo­wen­ty­la­to­ro­wych Ge­ne­ral Elec­tric F101-GE-102, które teraz na małej wy­so­ko­ści pra­co­wa­ły nie­mal na mak­sy­mal­nym ciągu. Dźwięk nie przy­po­mi­nał kla­sycz­ne­go ryku od­rzu­tow­ca. Na tej pręd­ko­ści i wy­so­ko­ści był ra­czej ni­skim, cią­głym wy­ciem, które prze­ni­ka­ło kon­struk­cję ka­dłu­ba i prze­cho­dzi­ło w wi­bra­cje fo­te­li.

Za­ło­ga sie­dzia­ła w swo­ich sta­no­wi­skach jak w cen­trum ma­szy­ny li­czą­cej se­kun­dy do ka­ta­stro­fy.

Sa­mo­lot le­ciał nisko nad pu­sty­nią.

Sys­tem Ter­ra­in Fol­lo­wing Radar pra­co­wał bez prze­rwy. An­te­na ra­da­ru ska­no­wa­ła teren przed ma­szy­ną i wy­sy­ła­ła dane do au­to­pi­lo­ta, który au­to­ma­tycz­nie ko­ry­go­wał wy­so­kość. Bom­bo­wiec wręcz pły­nął nad zie­mią jak cięż­ka me­ta­lo­wa łódź.

Każda wydma po­wo­do­wa­ła de­li­kat­ne wy­chy­le­nie ste­rów wy­so­ko­ści.

Każde za­głę­bie­nie w te­re­nie po­wo­do­wa­ło de­li­kat­ne opad­nię­cie ma­szy­ny.

Na tej wy­so­ko­ści radar prze­ciw­ni­ka wi­dział go do­pie­ro w ostat­niej chwi­li.

To była cała fi­lo­zo­fia tej ma­szy­ny.

Pręd­kość i mała wy­so­kość.

Mi­ni­mal­ny czas re­ak­cji obro­ny.

Na ekra­nie sys­te­mu misji linia trasy pro­wa­dzi­ła pro­sto w kie­run­ku punk­tu ozna­czo­ne­go li­te­ra­mi:

BA­BY­LON.

Na pra­wym sta­no­wi­sku ofi­cer sys­te­mów uzbro­je­nia – WSO – pa­trzył na ekran pa­ne­lu zrzu­tu. Jego dłoń spo­czy­wa­ła na prze­łącz­ni­ku se­kwen­cyj­nym uzbro­je­nia.

Nie na­ci­skał go jesz­cze.

Kom­pu­ter misji pro­wa­dził pro­ce­du­rę au­to­ma­tycz­ną.

Na wy­świe­tla­czu wid­nia­ło od­li­cza­nie.

00:00:38

Do mo­men­tu, w któ­rym kom­pu­ter otwo­rzy drzwi ko­mo­ry bom­bo­wej i zrzu­ci ogień bogów.

Za sta­lo­wą prze­gro­dą, kilka me­trów za kok­pi­tem, w przed­niej ko­mo­rze uzbro­je­nia spo­czy­wał ła­du­nek.

Jedna bomba ją­dro­wa.

Kilka ton me­ta­lu, elek­tro­ni­ki i ma­te­ria­łów roz­sz­cze­pial­nych za­mknię­tych w ae­ro­dy­na­micz­nej obu­do­wie.

Sys­tem uzbro­je­nia nie po­zwa­lał jej ak­ty­wo­wać jed­nym przy­ci­skiem.

Pro­ce­du­ra była wie­lo­war­stwo­wa.

Naj­pierw kom­pu­ter misji mu­siał po­twier­dzić po­zy­cję z sys­te­mu na­wi­ga­cji bez­wład­no­ścio­wej.

Potem au­to­pi­lot utrzy­my­wał ma­szy­nę na za­pro­gra­mo­wa­nym kur­sie.

Do­pie­ro w ostat­niej fazie WSO wpro­wa­dzał se­kwen­cję zrzu­tu.

00:00:31

Pilot sie­dzą­cy z przo­du czuł drże­nie kon­struk­cji w opar­ciu fo­te­la.

Pręd­kość ma­szy­ny prze­kra­cza­ła pręd­kość dźwię­ku.

Na tej wy­so­ko­ści po­wie­trze było gęste i tur­bu­len­cje pu­styn­ne ude­rza­ły w skrzy­dła nie­ustan­nie.

Jego prawa dłoń spo­czy­wa­ła na prze­pust­ni­cach.

Lewa na drąż­ku.

Od­dy­chał po­wo­li przez maskę tle­no­wą.

00:00:24

WSO prze­su­nął palec bli­żej prze­łącz­ni­ka.

Jesz­cze chwi­la.

Kom­pu­ter misji przej­mie kon­tro­lę nad pro­ce­du­rą otwar­cia komór.

Z tyłu sie­dział drugi ofi­cer sys­te­mów – od­po­wie­dzial­ny za na­wi­ga­cję i sys­te­my elek­tro­nicz­ne.

Pa­trzył na ekran INS.

Od­chy­le­nie po­zy­cji wy­no­si­ło mniej niż czter­dzie­ści me­trów.

00:00:19

Nagle ciszę w kok­pi­cie prze­ciął suchy elek­tro­nicz­ny dźwięk.

Krót­ki.

Me­ta­licz­ny.

Potem drugi.

I trze­ci.

WSO zmarsz­czył brwi.

– Co jest…

Jego palce prze­su­nę­ły się po pa­ne­lu.

Prze­łącz­nik se­kwen­cyj­ny nie re­ago­wał.

Na­ci­snął go po­now­nie.

Nic.

– Ste­ro­wa­nie zrzu­tem nie od­po­wia­da!

Pilot od­wró­cił głowę o kilka cen­ty­me­trów.

– Co?

WSO ude­rzył dło­nią w kra­wędź pa­ne­lu.

– Sys­tem nie przyj­mu­je ko­men­dy zrzu­tu!

Na ekra­nie tak­tycz­nym znik­nę­ło od­li­cza­nie.

Za­miast liczb po­ja­wił się ko­mu­ni­kat.

Duży.

Biały.

Pul­su­ją­cy.

RE­MO­TE LOC­KO­UT

Przez se­kun­dę nikt się nie ode­zwał.

To nie był błąd kom­pu­te­ra.

W sys­te­mach stra­te­gicz­nych RE­MO­TE LOC­KO­UT ozna­czał tylko jedno.

Zdal­ną blo­ka­dę.

Me­cha­nizm był czę­ścią ar­chi­tek­tu­ry bez­pie­czeń­stwa broni ją­dro­wej. Kom­pu­ter misji bom­bow­ca był pod­łą­czo­ny do sieci do­wo­dze­nia stra­te­gicz­ne­go.

Je­że­li do­wódz­two uzna­ło, że misja musi zo­stać prze­rwa­na, mogło za­blo­ko­wać cy­fro­we ob­wo­dy uzbro­je­nia.

WSO spró­bo­wał obej­ścia.

Prze­łą­czył tryb na ma­nu­al­ny.

Panel nie za­re­ago­wał.

Spró­bo­wał jesz­cze raz.

Nic.

Kom­pu­ter misji prze­stał przyj­mo­wać ja­kie­kol­wiek po­le­ce­nia zwią­za­ne z uzbro­je­niem.

Ła­du­nek w ko­mo­rze bom­bo­wej nagle stał się nie­do­stęp­ny dla za­ło­gi.

W tej samej chwi­li w słu­chaw­kach pi­lo­ta ode­zwał się nowy sy­gnał.

Kanał stra­te­gicz­ny.

Me­ta­licz­ny ton syn­chro­ni­za­cji.

Potem głos.

Chłod­ny.

Syn­te­tycz­ny przez kom­pre­sję sa­te­li­tar­ną.

– Lan­cer Fli­ght, tu God­mo­ther. Ope­ra­cja anu­lo­wa­na. Po­wta­rzam – ope­ra­cja anu­lo­wa­na.

Pilot wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu.

Dłoń moc­niej za­ci­snę­ła się na drąż­ku.

Głos mówił dalej.

– Po­twierdź kod au­to­ry­za­cji: Sier­ra–Hotel–Niner. Cel zo­stał wy­ga­szo­ny kon­wen­cjo­nal­nie.

W ka­bi­nie za­pa­dła cisza.

Pilot po­czuł, że jego od­dech przy­spie­sza w masce tle­no­wej.

Kilka se­kund temu przy­go­to­wy­wa­li się do zrzu­tu broni, która mogła zmie­nić hi­sto­rię re­gio­nu.

Spoj­rzał na ekran na­wi­ga­cji.

Wek­tor pro­wa­dził dalej pro­sto w kie­run­ku Ba­by­lo­nu.

Jesz­cze kil­ka­na­ście se­kund i kom­pu­ter roz­po­czął­by se­kwen­cje zrzu­tu.

Prze­su­nął dłoń na prze­łącz­nik radia.

– God­mo­ther, tu Lan­cer 0-1. Po­twier­dzam Sier­ra–Hotel–Niner.

Krót­ka pauza.

– Lan­cer 0-2. Sier­ra–Hotel–Niner.

– Od­cho­dzi­my.

Pilot po­cią­gnął drą­żek do sie­bie i w bok. Au­to­pi­lot zo­stał odłą­czo­ny. Cięż­ki bom­bo­wiec za­re­ago­wał na­tych­miast. Ma­szy­na roz­po­czę­ła zwrot przez prawe skrzy­dło. Prze­cią­że­nie wci­snę­ło za­ło­gę w fo­te­le. Czte­ry sil­ni­ki Ge­ne­ral Elec­tric prze­szły na do­pa­la­cze. Za ma­szy­ną po­ja­wi­ły się dłu­gie stoż­ki ognia.

Kilka ki­lo­me­trów dalej drugi Lan­cer wy­ko­ny­wał iden­tycz­ny ma­newr.

Dwa bom­bow­ce, które jesz­cze chwi­lę wcze­śniej le­cia­ły na kur­sie nu­kle­ar­ne­go ude­rze­nia, od­cho­dzi­ły teraz w stro­nę Morza Śród­ziem­ne­go.

W kok­pi­cie WSO po­wo­li cof­nął rękę od pa­ne­lu. Palce miał na­pię­te. Mię­śnie przed­ra­mie­nia drża­ły od na­pię­cia, które do­pie­ro teraz za­czy­na­ło opa­dać. Napis RE­MO­TE LOC­KO­UT zgasł. Sys­tem prze­szedł w tryb SAFE. Na ekra­nie na­wi­ga­cji po­ja­wił się nowy kurs.

Baza.

Pilot od­dy­chał cięż­ko przez maskę. Pot spły­wał mu po karku pod koł­nie­rzem kom­bi­ne­zo­nu. Za nimi irac­ka pu­sty­nia była za­sło­nię­ta ogrom­ną chmu­rą pyłu. Tam, gdzie jesz­cze kilka minut wcze­śniej stała in­sta­la­cja Ba­by­lon.

Pilot spoj­rzał na ekran tak­tycz­ny. Cel znik­nął. Za­stą­pi­ła go tylko szara plama za­kłó­ceń ra­da­ro­wych.

Do­wód­ca spoj­rzał jesz­cze raz na pu­sty­nię.

Kilka ki­lo­me­trów dalej dwa Tom­ca­ty koń­czy­ły wła­śnie uciecz­kę znad celu.

Świat nie eks­plo­do­wał.

Przy­naj­mniej tym razem.

***

W ka­bi­nie pro­wa­dzą­ce­go Tom­ca­ta walka o prze­trwa­nie we­szła w fazę kry­tycz­ną.

Prawa ręka CAG-a była za­ci­śnię­ta na drąż­ku tak mocno, że palce zbie­la­ły pod ma­te­ria­łem rę­ka­wi­cy. Lewa trzy­ma­ła prze­pust­ni­cę pra­we­go sil­ni­ka, pra­cu­jąc nią mi­li­me­tra­mi. To była już nie walka o pręd­kość, tylko o rów­no­wa­gę sił.

Lewy sil­nik był mar­twy.

Na wskaź­ni­ku ob­ro­tów N1 wska­zów­ka le­ża­ła na zerze, a kon­tro­l­ka FIRE/FAIL świe­ci­ła ma­to­wym po­ma­rań­czo­wym świa­tłem. Tur­bi­na za­trzy­ma­ła się po tra­fie­niu serią z ZSU-23-4. Kilka po­ci­sków ka­li­bru dwa­dzie­ścia trzy mi­li­me­try prze­szło przez sek­cję ogo­no­wą jak przez pa­pier.

Prawy TF30 wył na peł­nym ciągu.

Do­pa­lał po­wie­trze i pa­li­wo, pró­bu­jąc utrzy­mać dwu­dzie­sto­to­no­wą ma­szy­nę w po­wie­trzu.

Asy­me­tria była bru­tal­na.

Jedna tur­bi­na pcha­ła sa­mo­lot z pra­wej stro­ny ka­dłu­ba, druga była tylko mar­twym cię­ża­rem. W nor­mal­nych wa­run­kach kom­pu­ter sta­bi­li­za­cji po­ma­gał pi­lo­to­wi kom­pen­so­wać takie róż­ni­ce. Teraz po­ło­wa hy­drau­li­ki była uszko­dzo­na.

Każdy ruch ste­rem kie­run­ku wy­wo­ły­wał opóź­nio­ną re­ak­cję.

Każde wy­chy­le­nie lotki było ocię­ża­łe.

Tom­cat dry­fo­wał w lewo jak cięż­ka łódź z jed­nym wio­słem.

Za ka­bi­ną, z po­szar­pa­nej kra­wę­dzi le­we­go skrzy­dła, cią­gnę­ła się biała mgła.

To nie był dym.

To było pa­li­wo.

Zbior­ni­ki in­te­gral­ne skrzy­dła zo­sta­ły roz­pru­te odłam­ka­mi. Pod ci­śnie­niem pompy wy­rzu­ca­ły JP-5 w stru­mie­niach, które na­tych­miast roz­pra­sza­ły się w po­wie­trzu w po­sta­ci ae­ro­zo­lu.

Za­pach pa­li­wa wdarł się do ka­bi­ny przez sys­tem wen­ty­la­cji.

Słod­ki. Du­szą­cy.

Wskaź­nik ilo­ści pa­li­wa opa­dał jak ka­mień.

Cyfry zmie­nia­ły się co kilka se­kund.

Nie było spo­so­bu, by za­trzy­mać wy­ciek.

Pompy awa­ryj­ne mogły tylko prze­rzu­cać pa­li­wo mię­dzy zbior­ni­ka­mi. Nie mogły za­mknąć roz­pru­te­go ka­dłu­ba.

CAG wie­dział jedno.

Bez tan­ko­wa­nia do lot­ni­skow­ca nie do­le­ci.

***

Przed nimi otwo­rzy­ła się sze­ro­ka tafla wody.

Słoń­ce od­bi­ja­ło się od po­wierzch­ni Za­to­ki Per­skiej jak od po­le­ro­wa­nej bla­chy. Ja­sność była tak duża, że HUD-a przy­ciem­nił się au­to­ma­tycz­nie.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ła się syl­wet­ka cy­ster­ny.

Grum­man KA-6D In­tru­der.

Krępy sa­mo­lot z wy­su­nię­tym prze­wo­dem tan­ko­wa­nia i cha­rak­te­ry­stycz­nym ko­szem sta­bi­li­zu­ją­cym na końcu. W jego zbior­ni­kach było pa­li­wo, które mogło utrzy­mać Tom­ca­ta w po­wie­trzu.

Reina le­cia­ła kilka dłu­go­ści ka­dłu­ba za ma­szy­ną CAG-a.

Jej wła­sny F-14 był wciąż spraw­ny. Sil­ni­ki pra­co­wa­ły równo, skrzy­dła usta­wio­ne w śred­niej geo­me­trii sta­bi­li­zo­wa­ły lot przy pręd­ko­ści po­dej­ścia.

Ale oczy miała przy­kle­jo­ne do sa­mo­lo­tu do­wód­cy.

Ciem­ne stru­gi spa­lin.

Pa­li­wo wy­le­wa­ją­ce się z ka­dłu­ba.

Cha­otycz­ny kurs.

Ma­szy­na za­cho­wy­wa­ła się jak ranny zwierz.

CAG wy­su­nął sondę tan­ko­wa­nia.

Me­cha­nizm hy­drau­licz­ny w Tom­ca­cie znaj­do­wał się w pra­wej czę­ści nosa. Nor­mal­nie wy­su­wał się płyn­nie – te­le­sko­po­wy wy­się­gnik z me­ta­lo­wą koń­ców­ką, która miała wejść w kosz tan­kow­ca.

Teraz coś zgrzyt­nę­ło.

Sonda wy­su­nę­ła się do po­ło­wy i za­trzy­ma­ła.

CAG po­czuł na drąż­ku ko­lej­ne wi­bra­cje ka­dłu­ba.

– Cho­le­ra…

Spró­bo­wał jesz­cze raz.

Prze­łącz­nik hy­drau­li­ki – klik­nię­cie.

Sonda drgnę­ła kilka cen­ty­me­trów i sta­nę­ła.

– Za­blo­ko­wa­na!

Ma­szy­na w tym cza­sie po­wo­li osia­da­ła na lewe skrzy­dło.

CAG mu­siał jed­no­cze­śnie utrzy­mać kurs, kom­pen­so­wać asy­me­trię ciągu i pró­bo­wać zbli­żyć się do cy­ster­ny.

To było jak próba na­wle­cze­nia igły w cza­sie trzę­sie­nia ziemi.

Reina wi­dzia­ła wszyst­ko z po­zy­cji za nim.

Kosz tan­kow­ca ko­ły­sał się w po­wie­trzu na ela­stycz­nym prze­wo­dzie. Przy nor­mal­nym po­dej­ściu pilot mu­siał utrzy­mać sta­bil­ną pręd­kość i wpro­wa­dzić sondę w jego śro­dek.

Teraz kosz tań­czył przed dzio­bem uszko­dzo­ne­go my­śliw­ca.

– Ham­mer 0-1, ko­ry­guj w prawo. Masz za duży dryf – po­wie­dzia­ła.

Jej głos był spo­koj­ny.

Ale mię­śnie karku miała na­pię­te jak sta­lo­wa linka.

CAG pró­bo­wał.

Prawy sil­nik ryk­nął jesz­cze gło­śniej.

Sa­mo­lot na mo­ment się usta­bi­li­zo­wał.

Sonda była metr od kosza.

Pół metra.

Trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów.

Wtedy lewe skrzy­dło opa­dło.

Gwał­tow­nie.

Prze­pływ po­wie­trza nad uszko­dzo­ną po­wierzch­nią był nie­sta­bil­ny. Utra­ta czę­ści kra­wę­dzi na­tar­cia za­bu­rzy­ła ae­ro­dy­na­mi­kę skrzy­dła.

Przy ni­skiej pręd­ko­ści po­dej­ścia ozna­cza­ło to tylko jedno.

Po­czą­tek prze­cią­gnię­cia.

CAG wci­snął prawy pedał steru kie­run­ku do oporu.

Drą­żek w prawo.

Nic.

Re­ak­cja była po­wol­na, jakby sa­mo­lot pły­nął w gę­stym oleju.

– Nie dam rady go utrzy­mać! – wy­char­czał do radia.

W ustach miał me­ta­licz­ny smak.

– Stery są drew­nia­ne! Hy­drau­li­ka padła!

W tym samym mo­men­cie prawy sil­nik kaszl­nął.

Krót­ki, suchy dźwięk.

Wskaź­nik pa­li­wa po­ka­zał zero w pra­wym zbior­ni­ku.

Do ko­mo­ry spa­la­nia prze­sta­ło na­pły­wać pa­li­wo.

Tur­bi­na za­czę­ła zwal­niać.

Naj­pierw po­wo­li.

Potem gwał­tow­nie.

Dźwięk sil­ni­ka prze­szedł z ryku w ni­skie, chra­pli­we wycie.

Tom­cat na­tych­miast stra­cił ciąg.

Ma­szy­na prze­chy­li­ła się w lewo jak tra­fio­na mło­tem.

Nos opadł.

Ho­ry­zont na HUD-zie za­czął ucie­kać w górę.

Pręd­kość spa­da­ła po­ni­żej war­to­ści, przy któ­rej skrzy­dła mogły jesz­cze ge­ne­ro­wać sta­bil­ną siłę nośną.

CAG szarp­nął drą­żek.

Nic.

Sa­mo­lot wcho­dził w nie­kon­tro­lo­wa­ne opa­da­nie.

Reina zo­ba­czy­ła mo­ment, w któ­rym walka już się skoń­czy­ła.

Nos Tom­ca­ta opa­dał pod kątem kil­ku­dzie­się­ciu stop­ni.

Wy­so­ko­ścio­mierz prze­wi­jał się ni­czym licz­nik sa­mo­cho­du.

Morze rosło w przed­niej szy­bie ma­szy­ny pro­wa­dzą­cej.

Jej gar­dło za­ci­snę­ło się.

– Ham­mer 0-1 EJECT! EJECT! EJECT!

Krzyk wy­rwał się z niej zanim zdą­ży­ła po­my­śleć.

Chwi­lę póż­niej owiew­ka ka­bi­ny ma­szy­ny CAG-a eks­plo­do­wa­ła.

Naj­pierw huk ła­dun­ków pi­ro­tech­nicz­nych.

Potem dwa fo­te­le Mar­tin-Ba­ker GRU-7A wy­strze­li­ły w po­wie­trze.

Ra­kie­to­we sil­ni­ki ka­ta­pult wy­rzu­ci­ły za­ło­gę ponad ma­szy­nę w ciągu ułam­ka se­kun­dy. Stru­gi bia­łe­go dymu zo­sta­ły za nimi jak ślady kredy na nie­bie.

Se­kun­dy póź­niej F-14 ude­rzył w wodę.

Ka­dłub roz­padł się w fon­tan­nie piany.

Ude­rze­nie było tak gwał­tow­ne, że fala ro­ze­szła się na kil­ka­dzie­siąt me­trów.

Po chwi­li na po­wierzch­ni zo­sta­ły tylko uno­szą­ce się frag­men­ty po­szy­cia.

Reina prze­chy­li­ła swój sa­mo­lot w cia­sny krąg.

Na tle błę­kit­ne­go nieba zo­ba­czy­ła dwie po­ma­rań­czo­we cza­sze spa­do­chro­nów.

Po­wo­li opa­da­ły w stro­nę wody.

W słu­chaw­kach ode­zwał się głos z po­kła­du E-2C Haw­keye.

– Ham­mer 0-2, tu Haw­keye. SAR w dro­dze.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ły się dwa punk­ty. Śmi­głow­ce SH-3 Sea King. Ich wir­ni­ki roz­ci­na­ły po­wie­trze cięż­kim, dud­nią­cym ryt­mem.

Reina na­ci­snę­ła przy­cisk nada­wa­nia.

– Haw­keye, tu Ham­mer 0-2. Widzę dwie cza­sze. Obie pełne. CAG i RIO w wo­dzie.

Zro­bi­ła ko­lej­ny krąg nad miej­scem ka­ta­stro­fy.

Pod nią fale za­to­ki za­mknę­ły się nad wra­kiem ma­szy­ny.

***

Nad Za­to­ką Per­ską po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci. Cie­pło uno­szą­ce się znad wody two­rzy­ło w po­wie­trzu fa­lu­ją­ce war­stwy, które znie­kształ­ca­ły linię ho­ry­zon­tu. Na wy­so­ko­ści kilku ty­się­cy stóp świat wy­glą­dał jak oglą­da­ny przez roz­grza­ne szkło.

Reina trzy­ma­ła drą­żek sta­bil­nie obie­ma dłoń­mi.

Mię­śnie przed­ra­mion wciąż były na­pię­te po ostat­nich mi­nu­tach walki o kon­tro­lę nad prze­strze­nią wokół to­ną­ce­go Tom­ca­ta CAG-a. Teraz jed­nak po­wie­trze było puste. Przed nią roz­cią­ga­ła się tylko sta­lo­wa tafla Za­to­ki i cien­ka linia chmur.

Jej wła­sny F-14 nie był jed­nak w ide­al­nym sta­nie.

Kiedy spoj­rza­ła na prawe skrzy­dło, wi­dzia­ła czar­ne krop­ki roz­rzu­co­ne wzdłuż pa­ne­li po­szy­cia. Odłam­ki gło­wic ra­kiet z OSY po­szat­ko­wa­ły alu­mi­nium ni­czym sta­lo­wy grad.

Pła­to­wiec był zbu­do­wa­ny z gru­bych, pół­to­ra­mi­li­me­tro­wych pa­ne­li sto­pów alu­mi­nium i ty­ta­nu, ale przy pręd­ko­ści ponad dzie­wię­ciu­set ki­lo­me­trów na go­dzi­nę nawet mały odła­mek miał ener­gię zdol­ną prze­bić po­szy­cie.

Więk­szość tra­fień była po­wierz­chow­na.

Jed­nak jedna sek­cja klapy re­ago­wa­ła wol­niej.

Hy­drau­li­ka w tej czę­ści skrzy­dła mu­sia­ła zo­stać na­ru­szo­na. Klapa wy­chy­la­ła się z opóź­nie­niem ułam­ka se­kun­dy.

W nor­mal­nym locie by­ło­by to nie­zau­wa­żal­ne.

Pod­czas pre­cy­zyj­ne­go ma­new­ru – ka­ta­stro­fal­ne.

Reina kom­pen­so­wa­ła to od­ru­cho­wo.

De­li­kat­ny na­cisk na pedał steru kie­run­ku.

Mi­ni­mal­na ko­rek­ta drąż­kiem.

Ruchy tak małe, że prak­tycz­nie nie­wi­docz­ne.

Pła­to­wiec jed­nak żył.

Dwa sil­ni­ki Ge­ne­ral Elec­tric F110-GE-400 pra­co­wa­ły sta­bil­nie. Ich sprę­żar­ki da­wa­ły niski, równy po­mruk, który prze­cho­dził przez kon­struk­cję ka­dłu­ba i fotel pi­lo­ta.

Ma­szy­na od­dy­cha­ła.

To wy­star­cza­ło.

– Ham­mer 0-2, tu Te­xa­co 6. Widzę cię. Po­dej­ście z lewej.

Głos ope­ra­to­ra tan­kow­ca po­ja­wił się w słu­chaw­kach z lek­kim me­ta­licz­nym po­gło­sem łącza ra­dio­we­go.

Reina spoj­rza­ła przed sie­bie.

KA-6D In­tru­der wi­siał nad ho­ry­zon­tem jak cięż­ki, ciem­ny cień.

Ma­szy­na była zmo­dy­fi­ko­wa­ną wer­sją sztur­mo­we­go A-6. W wer­sji tan­kow­ca w ka­dłu­bie za­mon­to­wa­no do­dat­ko­we zbior­ni­ki pa­li­wa, a pod skrzy­dła­mi za­sob­ni­ki z prze­wo­da­mi tan­ko­wa­nia.

Jeden z nich już był wy­su­nię­ty.

Kosz ko­ły­sał się spo­koj­nie w stru­dze po­wie­trza.

Reina zmniej­szy­ła ciąg.

Pręd­kość spa­dła do około dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu wę­złów.

Na tej pręd­ko­ści skrzy­dła o zmien­nej geo­me­trii Tom­ca­ta były wy­su­nię­te mak­sy­mal­nie do przo­du, zwięk­sza­jąc po­wierzch­nię nośną. Me­cha­nizm zmia­ny skosu dzia­łał au­to­ma­tycz­nie, do­pa­so­wu­jąc usta­wie­nie skrzy­deł do pręd­ko­ści.

Sil­ni­ki prze­szły na niski ciąg.

Ma­szy­na uspo­ko­iła się.

Teraz wszyst­ko za­le­ża­ło od pre­cy­zji.

– Te­xa­co 6, tu Ham­mer 0-2. Pod­cho­dzę do tan­ko­wa­nia.

– Przy­ję­to. Trzy­maj kurs.

Reina wy­su­nę­ła sondę tan­ko­wa­nia. Me­ta­lo­wy pręt za­koń­czo­ny za­wo­rem wy­su­nął się płyn­nie.

Kosz po­wo­li zbli­żał się do jej ka­bi­ny.

W rze­czy­wi­sto­ści to ona zbli­ża­ła się do kosza.

Ma­newr tan­ko­wa­nia był pa­ra­dok­sal­ny.

Pilot nie mógł pa­trzeć bez­po­śred­nio na sondę – była wy­su­nię­ta poza pole wi­dze­nia ka­bi­ny. Mu­siał oce­niać po­ło­że­nie na pod­sta­wie re­la­cji kosza wzglę­dem nosa sa­mo­lo­tu.

Kilka cen­ty­me­trów róż­ni­cy ozna­cza­ło pudło.

Reina prze­su­nę­ła drą­żek o mi­li­metr. Nos Tom­ca­ta drgnął. Kosz po­wo­li prze­su­nął się w prawo.

Jesz­cze odro­bi­na.

Jesz­cze ka­wa­łe­czek.

Me­ta­lo­wa ob­ręcz zna­la­zła się do­kład­nie przed sondą.

Reina lekko zwięk­szy­ła ciąg.

Kon­takt na­stą­pił na­tych­miast. Suchy, me­ta­licz­ny dźwięk prze­szył ka­dłub.

Zawór w prze­wo­dzie otwo­rzył się au­to­ma­tycz­nie. Pompy w ka­dłu­bie tan­kow­ca za­czę­ły tło­czyć pa­li­wo. Stru­mień lot­ni­czej ke­ro­sy­ny po­pły­nął do zbior­ni­ków my­śliw­ca. Na pa­ne­lu pa­li­wo­wym wskaź­ni­ki za­czę­ły się po­wo­li pod­no­sić.

Reina ob­ser­wo­wa­ła cyfry.

Nie po­trze­bo­wa­ła peł­ne­go tan­ko­wa­nia. Po­trze­bo­wa­ła tyle by po­kryć mar­gi­ne­s błędu. Lot z po­wro­tem na lot­ni­sko­wiec. Krąg nad okrę­tem. Ewen­tu­al­ne odej­ście na drugi krąg. W ope­ra­cjach lot­ni­skow­co­wych za­wsze za­kła­da­no jedną próbę po­praw­ki. Jeśli pierw­sze po­dej­ście koń­czy­ło się nie­uda­nym za­ha­cze­niem liny, pilot mu­siał mieć pa­li­wo na po­now­ny ma­newr.

Wskaź­nik po­ka­zał po­ziom, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła.

Ćwierć zbior­ni­ków. To wy­star­czy­ło.

Reina de­li­kat­nie zmniej­szy­ła ciąg.

Sonda wy­su­nę­ła się z kosza z krót­kim szarp­nię­ciem. Prze­wód tan­kow­ca na­tych­miast wró­cił do sta­bil­nej po­zy­cji w stru­dze po­wie­trza.

– Tu Ham­mer 0-1, dzię­ki za pa­li­wo.

– Do zo­ba­cze­nia na po­kła­dzie Ham­mer 0-1.

Reina lekko prze­chy­li­ła skrzy­dła. Krót­ki, lot­ni­czy gest po­dzię­ko­wa­nia. Potem prze­su­nę­ła prze­pust­ni­ce do przo­du. Nos Tom­ca­ta opadł w stro­nę wscho­du.

Kilka minut póź­niej ho­ry­zont prze­cię­ła ciem­na kre­ska.

USS Ran­ger.

***

Lot­ni­sko­wiec wy­glą­dał z po­wie­trza jak ru­cho­ma wyspa ze stali. Ponad trzy­sta me­trów dłu­go­ści. Pra­wie sto ty­się­cy ton wy­por­no­ści.

Po­kład star­to­wy był prze­su­nię­ty pod kątem wzglę­dem osi ka­dłu­ba – roz­wią­za­nie, które po­zwa­la­ło lą­do­wać i star­to­wać jed­no­cze­śnie.

Reina we­szła w stan­dar­do­wą pro­ce­du­rę po­dej­ścia.

Naj­pierw krąg nad okrę­tem.

Potem długi finał nad linią po­dej­ścia.

– Ham­mer 0-2, tu LSO. Trzy­masz ścież­kę.

Ofi­cer na­pro­wa­dza­nia – LSO – stał na plat­for­mie przy lewej kra­wę­dzi po­kła­du. Pa­trzył na jej sa­mo­lot przez sys­tem optycz­ny zwany „me­at­ball”.

Ze­staw so­cze­wek po­ka­zy­wał pi­lo­to­wi czy jest po­wy­żej, czy po­ni­żej wła­ści­wej ścież­ki po­dej­ścia.

Reina pa­trzy­ła tylko na świa­tło. Po­ma­rań­czo­wa kula była ide­al­nie na środ­ku.

Pręd­kość: 135 wę­złów.

Klapy opusz­czo­ne. Hak ha­mu­ją­cy też. Kąt na­tar­cia sta­bil­ny.

Po­kład zbli­żał się szyb­ko.

Sil­ni­ki pra­co­wa­ły na śred­nim ciągu – w razie nie­uda­ne­go za­ha­cze­nia pilot na­tych­miast zwięk­szał moc i od­la­ty­wał.

Koła do­tknę­ły po­kła­du.

Se­kun­dę póź­niej hak zła­pał trze­cią linę.

Ude­rze­nie było bru­tal­ne.

Sta­lo­wa lina na­pię­ła się na­tych­miast. Ener­gia ki­ne­tycz­na dwu­dzie­sto­to­no­we­go sa­mo­lo­tu zo­sta­ła po­chło­nię­ta przez hy­drau­licz­ny sys­tem ha­mu­ją­cy pod po­kła­dem. Tom­cat za­trzy­mał się w ciągu dwóch se­kund. Potem wszyst­ko uci­chło. Sil­ni­ki prze­szły na bieg ja­ło­wy.

Reina otwo­rzy­ła owiew­kę. Go­rą­ce, słone po­wie­trze ude­rzy­ło ją w twarz. Za­pach pa­li­wa lot­ni­cze­go i roz­grza­ne­go me­ta­lu był in­ten­syw­ny. Tech­ni­cy już bie­gli w stro­nę ma­szy­ny. Kiedy ze­szła po dra­bin­ce na po­kład, za­uwa­ży­ła coś dziw­ne­go.

Ciszę.

Na po­kła­dzie lot­ni­skow­ca rzad­ko było cicho. Tym razem jed­nak lu­dzie stali nie­ru­cho­mo. Pa­trzy­li w stro­nę za­chod­nie­go ho­ry­zon­tu.

Ad­mi­rał stał przy kra­wę­dzi „wyspy”. Gdy Reina zdję­ła kask, zo­ba­czył czer­wo­ny ślad maski tle­no­wej na jej twa­rzy i mokre od potu włosy przy­kle­jo­ne do czoła.

Ski­nął głową.

***

Czas pły­nął po­wo­li.

Dwu­dzie­sta mi­nu­ta.

Trzy­dzie­sta.

Ho­ry­zont był pusty.

Reina i Ibar­ra stali przy re­lin­gu. Tech­ni­cy oglą­da­li ich Tom­ca­ta. Jeden z nich wsa­dził palec w dziu­rę po szrap­ne­lu.

– Mie­li­ście szczę­ście – mruk­nął.

Reina nie od­po­wie­dzia­ła. Pa­trzy­ła tylko na wodę. 

Naj­pierw po­ja­wił się dźwięk.

Niski, cięż­ki puls wir­ni­ka niósł się nad wodą, zanim jesz­cze syl­wet­ka ma­szy­ny wy­ło­ni­ła się znad linii ho­ry­zon­tu. Potem zo­ba­czy­li go wszy­scy naraz – ma­syw­ny ka­dłub le­cą­cy nisko, nie­mal przy­kle­jo­ny do po­wierzch­ni morza.

Z za­cho­du nad­la­ty­wał SH-3 Sea King. Duży śmi­gło­wiec ra­tow­ni­czy ma­ry­nar­ki. 

Gdy wszedł nad po­kład, stru­mień po­wie­trza z wir­ni­ka ude­rzył w po­kład ni­czym fala, wpra­wia­jąc ludzi w pół­przy­siad i szar­piąc ich odzież.

Ma­szy­na osia­dła cięż­ko.

Drzwi bocz­ne otwo­rzy­ły się.

Naj­pierw wy­szedł ra­tow­nik. Potem dwie zna­jo­me syl­wet­ki. CAG i jego RIO.

Mokre kom­bi­ne­zo­ny. Po­ma­rań­czo­we ka­mi­zel­ki ra­tun­ko­we. Si­nia­ki na twa­rzach.

Ale szli o wła­snych si­łach.

***

Bun­kier pod Bag­da­dem drżał, ale nie od wi­bra­cji alianc­kich bomb. To był inny ro­dzaj wstrzą­sów – pier­wot­ny strach, który wy­peł­niał po­miesz­cze­nie gę­ściej niż dym z egip­skich pa­pie­ro­sów. Na środ­ku sali, przed wiel­kim dę­bo­wym sto­łem, stał Sad­dam. Jego twarz nie była już czer­wo­na z gnie­wu; była sina, wy­krzy­wio­na w gry­ma­sie, który za­po­wia­dał śmierć.

Ge­ne­rał dy­wi­zji te­ry­to­rial­nej, czło­wiek od­po­wie­dzial­ny za obro­nę prze­ciw­lot­ni­czą sek­to­ra, w któ­rym znaj­do­wał się Ba­by­lon, stał na bacz­ność. Struż­ki potu spły­wa­ły mu po skro­ni, ginąc pod koł­nie­rzy­kiem mun­du­ru.

Sad­dam nie za­czął krzy­czeć od razu. Naj­pierw za­pa­dła cisza, w któ­rej sły­chać było je­dy­nie świsz­czą­cy od­dech dyk­ta­to­ra. Potem, jed­nym gwał­tow­nym ru­chem, zrzu­cił ze stołu cięż­ką, krysz­ta­ło­wą po­piel­nicz­kę, która roz­pry­sła się na ścia­nie w drob­ny mak.

– Jak?! – ryk Sad­da­ma roz­darł po­wie­trze. – Dwa sa­mo­lo­ty?! Dwa ame­ry­kań­skie sa­mo­lo­ty upo­ko­rzy­ły całą moją armię?!

Ude­rzył pię­ścią w mapę, roz­ry­wa­jąc pa­pier w miej­scu, gdzie na­nie­sio­no współ­rzęd­ne in­sta­la­cji su­per­dzia­ła. Czuł pie­ką­ce upo­ko­rze­nie. Ba­by­lon miał być jego dumą, po­mni­kiem po­tę­gi. Teraz był tylko dy­mią­cym gro­bow­cem wśród pia­sków pu­sty­ni.

– Obie­ca­łeś mi niebo nie do prze­bi­cia – wy­sy­czał przez zęby Sad­dam. Głos był cichy, co było jesz­cze gor­sze niż krzyk. – Obie­ca­łeś, że ame­ry­kań­scy pi­lo­ci spło­ną, zanim zo­ba­czą cel.

– Mój pre­zy­den­cie… tech­no­lo­gia ste­alth… za­kłó­ca­cze elek­tro­nicz­ne… – wy­krztu­sił ge­ne­rał, prze­czu­wa­jąc, że każde słowo jest gwoź­dziem do jego trum­ny.

Sad­dam już nie słu­chał. Wy­cią­gnął z ka­bu­ry po­zła­ca­ne­go Brow­nin­ga i bez słowa, nie­mal od nie­chce­nia, strze­lił ge­ne­ra­ło­wi pro­sto w twarz. Huk w za­mknię­tym po­miesz­cze­niu był ogłu­sza­ją­cy. Ciało ofi­ce­ra zwa­li­ło się na mapę szta­bo­wą, za­le­wa­jąc krwią sek­to­ry obron­ne, które za­wio­dły. Nie scho­wał broni. Po­ło­żył dy­mią­cy jesz­cze pi­sto­let na dę­bo­wym bla­cie, lufą skie­ro­wa­ną w stro­nę po­zo­sta­łych do­wód­ców. Nikt nie mógł czuć się bez­piecz­ny. Nikt nie od­wa­żył się nawet mru­gnąć.

W tym cha­osie, w opa­rach pro­chu i krwi, tylko jedna po­stać po­zo­sta­wa­ła nie­wzru­szo­na.

Puł­kow­nik Hadi al-Ra­shid stał w głębi sali, opar­ty o be­to­no­wy filar, nie­mal dzie­sięć me­trów od miej­sca eg­ze­ku­cji. Jego dło­nie, sple­cio­ne za ple­ca­mi były spo­koj­ne. Hadi nie pa­trzył na trupa ani na pi­sto­let le­żą­cy na stole. Pa­trzył na Sad­da­ma wzro­kiem chłod­nym, ana­li­tycz­nym, nie­mal pro­fe­sor­skim. Dla niego pro­jekt Ba­by­lon i jego ogrom­na lufa były od po­cząt­ku błę­dem – zbyt wiel­kim, zbyt wi­docz­nym i zbyt ła­twym do znisz­cze­nia.

Sad­dam po­wo­li ob­ró­cił głowę. Jego sza­lo­ne oczy, pełne pa­ra­noi i upo­ko­rze­nia, spo­czę­ły na Al-Ra­shi­dzie. Dyk­ta­tor omi­nął ka­łu­żę krwi i ru­szył w stro­nę puł­kow­ni­ka.

– Ty – wy­char­czał Sad­dam, za­trzy­mu­jąc się tuż przed nim. – Ty od po­cząt­ku gar­dzi­łeś Ba­by­lo­nem. Mó­wi­łeś, że bu­do­wa­nie tak wiel­kie­go dzia­ła to tra­ce­nie czasu na re­lik­ty z mi­nio­nych wojen. Że świat po­szedł do przo­du, a my zo­sta­li­śmy w tyle z rurą wbitą w piach.

Hadi al-Ra­shid wy­pro­sto­wał się po­wo­li, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z dyk­ta­to­ra.

– Bo tak było, mój pre­zy­den­cie – od­po­wie­dział cicho, z lo­do­wa­tym spo­ko­jem. – Wiel­ka lufa to tylko wiel­ki cel. Praw­dzi­wa po­tę­ga nie po­trze­bu­je fun­da­men­tów, które da się zbom­bar­do­wać.

Sad­dam po­ło­żył cięż­ką dłoń na ra­mie­niu puł­kow­ni­ka. Przez chwi­lę mie­rzy­li się wzro­kiem – wście­kłość kon­tra ab­so­lut­na pew­ność sie­bie. Dyk­ta­tor uśmiech­nął się, ale był to uśmiech dra­pież­ni­ka, który wła­śnie zo­ba­czył ostat­nią szan­sę na ze­mstę.

– Ba­by­lon prze­stał ist­nieć. Ame­ry­ka­nie myślą, że wy­gra­li wojnę – syk­nął Sad­dam, przy­cią­ga­jąc Al-Ra­shi­da bli­żej. – Chcę, żebyś uru­cho­mił swoją be­stię. Niech po­czu­ją strach, ja­kie­go nie za­zna­li od dekad. Niech niebo nad nimi za­pło­nie tak, jak płoną moje ra­fi­ne­rie.

Puł­kow­nik ski­nął głową. Żad­nej emo­cji, żad­ne­go wa­ha­nia.

– Wszyst­ko jest go­to­we. Po­trze­bu­ję tylko pań­skiej au­to­ry­za­cji.

– Masz ją – wark­nął Sad­dam, pusz­cza­jąc jego ramię i zer­ka­jąc na pi­sto­let le­żą­cy na stole. – Jedź. Niech usły­szą ryk, któ­re­go nie za­po­mną do końca świa­ta.

Al-Ra­shid za­sa­lu­to­wał, od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł z bun­kra. Wie­dział, że za kilka go­dzin, głę­bo­ko pod wy­dma­mi pu­sty­ni Al-An­bar, w be­to­no­wym ukry­ciu przy­po­mi­na­ją­cym kon­struk­cje z cza­sów II wojny świa­to­wej, obu­dzi się broń, co nie zna li­to­ści. Coś, przed czym nie ma uciecz­ki.

***

Pu­sty­nia Al-An­bar wi­bro­wa­ła od na­ra­sta­ją­ce­go ci­śnie­nia, któ­re­go nie po­tra­fi­ła roz­pro­szyć żadna war­stwa pia­sku. We­wnątrz be­to­no­wej gar­dzie­li bun­kra, skon­stru­owa­ne­go na wzór na­zi­stow­skich ramp star­to­wych dla V-1, pa­no­wał nie­na­tu­ral­ny, piw­nicz­ny chłód, prze­sy­co­ny za­pa­chem ozonu i smaru. Major Gro­mow stał na sta­lo­wym po­mo­ście tech­nicz­nym, pa­trząc w dół na ma­to­wą po­wło­kę po­ci­sku.

To był je­dy­ny eg­zem­plarz. Ma­szy­na osta­tecz­nej za­gła­dy, którą pod nad­zo­rem Gro­mo­wa irac­cy in­ży­nie­ro­wie mon­to­wa­li w ab­so­lut­nej izo­la­cji przez ostat­nie dwa­na­ście mie­się­cy.

Kon­struk­cja opie­ra­ła się na ka­dłu­bie re­lik­tu ame­ry­kań­skie­go pro­gra­mu SLAM (Su­per­so­nic Low Al­ti­tu­de Mis­si­le) z prze­ło­mu lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych. Był to mo­nu­men­tal­ny, nad­dźwię­ko­wy po­cisk ma­new­ru­ją­cy o dłu­go­ści bli­sko trzy­dzie­stu me­trów, wy­ko­na­ny ze sto­pów ty­ta­nu i stali ża­ro­od­por­nej, zdol­nych wy­trzy­mać pie­kiel­ne tem­pe­ra­tu­ry ge­ne­ro­wa­ne przez tar­cie po­wie­trza przy pręd­ko­ści Mach 3 na małej wy­so­ko­ści. Pier­wot­ny pła­to­wiec, od­na­le­zio­ny w za­po­mnia­nych ma­ga­zy­nach jako eg­zem­plarz te­sto­wy, zo­stał cał­ko­wi­cie wy­pa­tro­szo­ny i prze­bu­do­wa­ny. Usu­nię­to zbęd­ną apa­ra­tu­rę po­mia­ro­wą, a struk­tu­rę wzmoc­nio­no, by udźwi­gnąć nową, hy­bry­do­wą gło­wi­cę.

W sek­cji no­so­wej spo­czy­wa­ły dwie gło­wi­ce ją­dro­we W34, wy­do­by­te z tor­ped Mk 45 ASTOR. Każda z nich nio­sła śmierć o sile 11 ki­lo­ton.

Sys­tem był za­pro­gra­mo­wa­ny z nie­ludz­ką, wręcz dia­bel­ską zło­śli­wo­ścią. Plan lotu za­kła­dał prze­lot na małej wy­so­ko­ści nad naj­więk­szy­mi sku­pi­ska­mi ludz­ki­mi w USA, gdzie re­ak­tor ato­mo­wy sta­no­wią­cy napęd, pra­cu­ją­cy w otwar­tym cyklu, miał sypać izo­to­pa­mi bez­po­śred­nio w at­mos­fe­rę. Finał miał na­stą­pić nad Nowym Jor­kiem – tam obie gło­wi­ce miały zde­to­no­wać syn­chro­nicz­nie, do­my­ka­jąc cykl „Dnia Sądu”.

W kie­sze­ni mun­du­ru Gro­mo­wa za­wi­bro­wał te­le­fon sa­te­li­tar­ny.

Szy­fro­wa­ne po­łą­cze­nie rwało głos, na­da­jąc mu me­ta­licz­ne brzmie­nie. Hadi al-Ra­shid nie tra­cił czasu.

– Ba­by­lon prze­stał ist­nieć – głos puł­kow­ni­ka był suchy. – Nie mamy już czasu na sy­mu­la­cje. Masz au­to­ry­za­cję na start Al-Qiy­amah.

Gro­mow po­czuł, jak mię­śnie jego karku sztyw­nie­ją, a tętno przy­spie­sza, ude­rza­jąc ryt­micz­nie w skro­niach.

– Po­niał. Na­czy­na­jem ra­bo­tu – od­po­wie­dział krót­ko. 

– Do­pil­nuj star­tu oso­bi­ście – kon­ty­nu­ował puł­kow­nik. – Potem zli­kwi­duj świad­ków. Kom­pleks ma prze­stać ist­nieć. Nic nie może zo­stać dla Ame­ry­ka­nów.

– Sdie­ła­jem. Ni­ka­kich sle­dow nie bu­diet – uciął roz­mo­wę Gro­mow.

Major scho­wał te­le­fon i spoj­rzał na swo­ich ludzi – mil­czą­cych pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy wie­dzie­li, co ozna­cza roz­ruch re­ak­to­ra w otwar­tym cyklu – każdy, kto zo­sta­nie w hali star­to­wej bez osło­ny, zgi­nie w mę­czar­niach od cho­ro­by po­pro­mien­nej w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu minut.

– Wsie w buń­kier! Żywo! – ryk­nął Gro­mow, dając sy­gnał swo­jej eki­pie.

Ro­sja­nie bły­ska­wicz­nie wy­co­fa­li się za ma­syw­ne, oło­wia­ne drzwi izo­lo­wa­nej ste­row­ni. Hy­drau­li­ka za­sy­cza­ła, ry­glu­jąc wej­ście z głu­chym ude­rze­niem sworz­ni. Przez żółte szkło kwar­co­we Gro­mow ob­ser­wo­wał irac­kich tech­ni­ków, któ­rzy nie­świa­do­mi za­gro­że­nia wciąż krzą­ta­li się przy sta­lo­wym wózku star­to­wym. Po­cisk spo­czy­wał pod kątem pięt­na­stu stop­ni na dwu­stu­me­tro­wej sta­lo­wej szy­nie, wy­cho­dzą­cej z wnę­trza bun­kra wprost w roz­ża­rzo­ne po­wie­trze pu­sty­ni.

Me­cha­nizm ru­szył ka­ska­do­wo. Naj­pierw bu­dził się do życia rdzeń re­ak­to­ra. 

– Wni­ma­ni­je! Ra­zo­griew re­ak­to­ra! De­siat’ se­kund! – krzyk­nął jeden ze spe­cjal­sów przy pul­pi­cie ste­row­ni­czym.

We­wnątrz sek­cji sil­ni­ko­wej ce­ra­micz­ne ma­try­ce na­sy­co­ne izo­to­pem uranu roz­ża­rzy­ły się do bia­ło­ści, cze­ka­jąc na ude­rze­nie po­wie­trza. Za­ma­sko­wa­na brama star­to­wa w wy­dmie na końcu rampy roz­su­nę­ła się z me­ta­licz­nym zgrzy­tem.

– Pa­szła! – wark­nął Gro­mow, ude­rza­jąc w głów­ny prze­łącz­nik se­kwen­cyj­ny.

Na­stą­pi­ła se­kwen­cja, która za­trzę­sła fun­da­men­ta­mi pu­sty­ni. Naj­pierw zde­to­no­wa­ły ła­dun­ki wózka star­to­we­go. Po­tęż­ny tłok roz­pę­dzał trzy­dzie­sto­to­no­wą bryłę po­ci­sku wzdłuż pro­wad­ni­cy. Metal tarł o metal z nie­ludz­kim sko­wy­tem, sy­piąc sno­pa­mi iskier.

Gdy wózek minął po­ło­wę rampy, od­pa­li­ły dwa bocz­ne bo­oste­ry na pa­li­wo stałe. Ośle­pia­ją­cy, biały blask wy­peł­nił halę. Spręż gazów wy­lo­to­wych rzu­cił irac­kich tech­ni­ków na zie­mię, a fala ude­rze­nio­wa skru­szy­ła im płuca, zanim zdą­ży­li krzyk­nąć.

Al-Qiy­amah opu­ścił rampę z pręd­ko­ścią bli­ską nad­dźwię­ko­wej. Trzy­sta me­trów nad wy­dma­mi, gdy ci­śnie­nie dy­na­micz­ne wdar­ło się do wlotu czo­ło­we­go, na­stą­pi­ła faza kry­tycz­na.

Nad­dźwię­ko­we po­wie­trze zo­sta­ło spra­so­wa­ne w ka­na­le do­lo­to­wym i ude­rzy­ło w roz­ża­rzo­ny rdzeń. Na­stą­pi­ła bru­tal­na eks­pan­sja ter­micz­na. Z dyszy wy­rwał się ry­czą­cy słup fio­le­to­wo-bia­łe­go ognia. Wy­pa­lo­ne bo­oste­ry od­pa­dły, ude­rza­jąc w piach, a Al-Qiy­amah po raz pierw­szy ode­tchnął ato­mem. Nad­dźwię­ko­wy grom zrów­nał z grun­tem reszt­ki ma­sko­wa­nia rampy. Ma­szy­na we­szła na niski pułap prze­lo­to­wy, wy­plu­wa­jąc pro­duk­ty roz­sz­cze­pie­nia pro­sto w at­mos­fe­rę. Smuga pro­mie­nio­twór­cze­go pyłu za­zna­czy­ła jej drogę ku Ame­ry­ce.

Gro­mow wbił wzrok w mo­ni­tor. Zie­lo­na linia cięła ekran, sta­bi­li­zu­jąc wek­tor na Atlan­tyk.

– Wsio w pa­riad­kie. Tra­jek­to­ria norma. Ciel za­chwa­cze­na – za­mel­do­wał ope­ra­tor.

Na­stęp­nie wy­cią­gnął kartę pa­mię­ci z głów­ne­go kom­pu­te­ra i zmiaż­dżył ją pod ob­ca­sem. Sys­tem był au­to­no­micz­ny. Nikt nie mógł go już od­wo­łać.

Major od­cze­kał, aż sys­te­my wen­ty­la­cyj­ne ste­row­ni wy­rów­na­ją ci­śnie­nie. Wy­szli w cięż­kich, oło­wia­nych far­tu­chach i ma­skach pa­no­ra­micz­nych z fil­tra­mi. Po­wie­trze w hali sma­ko­wa­ło me­ta­lem, a pod po­wie­ka­mi Gro­mo­wa tań­czy­ły fos­fe­ny – bły­ski wy­wo­ła­ne bom­bar­do­wa­niem neu­tro­no­wym.

Irac­cy tech­ni­cy le­że­li na be­to­nie – nie­któ­rzy mar­twi od fali ude­rze­nio­wej, inni wy­mio­tu­ją­cy krwią, ich skóra przy­bra­ła trupi, szary od­cień w ciągu za­le­d­wie kilku minut pod wpły­wem dawki pro­mie­nio­wa­nia gamma.

– Dobit' ich. Żywo! – roz­ka­zał lo­do­wa­to.

Krót­kie, suche puk­nię­cia z wy­tłu­mio­nej broni za­koń­czy­ły pro­ces. To nie była walka, to była uty­li­za­cja za­so­bów, które ule­gły ska­że­niu. Na­stęp­nie skie­ro­wał kroki do głów­ne­go ter­mi­na­la. Nie mu­siał wy­da­wać roz­ka­zów do­ty­czą­cych mi­no­wa­nia – ła­dun­ki ter­micz­ne i kru­szą­ce zo­sta­ły roz­miesz­czo­ne w fun­da­men­tach i przy szy­nie star­to­wej już ty­go­dnie wcze­śniej.

Od każ­de­go za­mi­no­wa­ne­go sek­to­ra bie­gły prze­wo­dy do anten prze­kaź­ni­ko­wych ukry­tych w be­to­no­wych szy­bach.

– Wsie go­to­wa? – rzu­cił krót­ko do sa­pe­ra, który spraw­dzał diody na ra­dio­sta­cji de­to­na­cyj­nej. 

– Tak tocz­na. Ra­dio­za­pa­ły w sjet’i. – Saper podał do­wód­cy to­por­ny, me­ta­lo­wy na­daj­nik z an­te­ną i przy­ci­skiem.

Gro­mow spraw­dził tylko, czy kon­tro­l­ka syn­chro­ni­za­cji pali się na zie­lo­no. Bun­kier był teraz jedną wiel­ką pu­łap­ką, cze­ka­ją­cą na jeden sy­gnał ra­dio­wy za­ko­do­wa­ny na woj­sko­wej czę­sto­tli­wo­ści.

Major wie­dział, że zegar wy­wia­du USA wła­śnie za­czął tykać. Ślad ter­micz­ny star­tu re­ak­to­ra wy­pa­lił dziu­rę w ma­try­cach sa­te­li­tów roz­po­znaw­czych KH-11. 

– Dwaj­tie! By­striej k’ ma­szi­nom! – po­ga­niał swo­ich ludzi, czu­jąc na­ra­sta­ją­ce pie­cze­nie skóry i me­ta­licz­ny po­smak w ustach. 

Wy­pa­dli z be­to­no­we­go bun­kra na ze­wnątrz. Wsko­czy­li do trzech opan­ce­rzo­nych UAZ-ów, które stały z włą­czo­ny­mi sil­ni­ka­mi. Gdy kon­wój z ry­kiem sil­ni­ków od­da­lił się o dwa ki­lo­me­try, tnąc piach pu­sty­ni Al-An­bar, Gro­mow sie­dząc na przed­nim sie­dze­niu te­re­nów­ki, uniósł na­daj­nik. Kciu­kiem od­chy­lił me­ta­lo­wą klap­kę i bez wa­ha­nia wci­snął czer­wo­ny przy­cisk.

Zie­mia za ich ple­ca­mi naj­pierw gwał­tow­nie drgnę­ła, a potem na­stą­pił głu­chy, ba­so­wy po­mruk, który do­go­nił pę­dzą­ce wozy. Seria po­tęż­nych, zsyn­chro­ni­zo­wa­nych de­to­na­cji skru­szy­ła be­to­no­we ścia­ny. Dwu­stu­me­tro­wa rampa star­to­wa, ste­row­nia i ciała irac­kich tech­ni­ków zo­sta­ły po­grze­ba­ne pod to­na­mi pia­chu i na­pro­mie­nio­wa­ne­go gruzu. Nad miej­scem, gdzie na­ro­dził się po­twór, uno­sił się tylko bury grzyb pyłu, który pu­styn­ny wiatr za­czął na­tych­miast roz­wie­wać.

Kom­pleks prze­stał ist­nieć.

Wszyst­ko – od pla­nów po świad­ków – za­mie­ni­ło się w ra­dio­ak­tyw­ny żużel. Major spoj­rzał ostat­ni raz w lu­ster­ko wstecz­ne na dy­mią­cy lej, po czym po­pra­wił koł­nierz mun­du­ru.

– Ucho­dim. Dlia mira my bol­szie nie susz­cze­stwu­jem – mruk­nął, czu­jąc, jak ad­re­na­li­na po­wo­li opusz­cza jego ciało, zo­sta­wia­jąc miej­sce dla tę­pe­go, pul­su­ją­ce­go bólu głowy. Tym jed­nym zda­niem i ob­ro­tem klu­cza w de­to­na­to­rze za­trza­snął za nimi ostat­nie drzwi do rze­czy­wi­sto­ści. Nie było ra­por­tów, które mu­sie­li­by zło­żyć, ani do­wódz­twa, które cze­ka­ło­by na nich z od­zna­cze­nia­mi. Od tej se­kun­dy ich twa­rze miały zo­stać wy­ma­za­ne z pa­mię­ci, a akta – o ile ja­kie­kol­wiek jesz­cze ist­nia­ły – miały zo­stać prze­mie­lo­ne na pył.

Dla świa­ta, dla so­jusz­ni­ków i dla wro­gów prze­sta­li być żoł­nie­rza­mi, a stali się błę­dem w ewi­den­cji, który wła­śnie sam się ska­so­wał. Byli cie­nia­mi, które w pyle pu­sty­ni Al-An­bar stra­ci­ły ostat­nie ludz­kie kon­tu­ry. Gdy UAZ-y ru­szy­ły w stro­nę gra­ni­cy, nie zo­sta­wi­ły za sobą śla­dów, któ­rych kto­kol­wiek od­wa­żył­by się szu­kać. Roz­my­wa­li się w bla­sku po­ran­ka, prze­cho­dząc do hi­sto­rii. 

Kon­wój roz­pły­nął się w pyle pu­sty­ni, ru­sza­jąc w stro­nę gra­ni­cy, pod­czas gdy po­twór Al-Qiy­amah gnał już nisko nad pust­ko­wiem w stro­nę ame­ry­kań­skie­go wy­brze­ża, nio­sąc ato­mo­wą apo­ka­lip­sę.

***

Wa­szyng­ton późną wio­sną był ja­skra­wym prze­ci­wień­stwem irac­kiej pu­sty­ni. Za­miast za­pa­chu nafty i go­rą­ce­go ozonu, po­wie­trze w Ogro­dzie Ró­ża­nym pach­nia­ło wil­got­ną zie­mią i kwit­ną­cy­mi ma­gno­lia­mi. Reina stała w peł­nym mun­du­rze wyj­ścio­wym, sztyw­nym i nie­ska­zi­tel­nie bia­łym, czu­jąc na karku de­li­kat­ny po­wiew ma­jo­we­go wia­tru, który był znacz­nie przy­jem­niej­szy niż żar ka­bi­ny Tom­ca­ta.

Jej dło­nie, te same, które kilka mie­się­cy wcze­śniej z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją uwal­nia­ły czte­ry ty­sią­ce fun­tów stali nad Ba­bi­lo­nem, teraz spo­czy­wa­ły nie­ru­cho­mo wzdłuż szwów spodni.

Uro­czy­stość na­bra­ła cię­ża­ru, któ­re­go nie był w sta­nie roz­pro­szyć żaden ofi­cjal­ny uśmiech. To nie była tylko de­ko­ra­cja bo­ha­te­rów; to był bi­lans zy­sków i strat ope­ra­cji, która nigdy nie miała tra­fić do pod­ręcz­ni­ków w peł­nej wer­sji.

Pre­zy­dent stał przed rzę­dem bia­łych mun­du­rów, a za jego ple­ca­mi po­wie­wa­ły sztan­da­ry wszyst­kich ro­dza­jów sił zbroj­nych.

Jako pierw­szy wy­stą­pił ko­man­dor Wil­liam C. Gort­ney. CAG szedł po­wo­li, uty­ka­jąc, co przy­po­mi­na­ło wszyst­kim o bru­tal­nym ude­rze­niu w fale Za­to­ki. Pre­zy­dent przy­piął do jego pier­si Krzyż Ma­ry­nar­ki – dru­gie naj­wyż­sze od­zna­cze­nie ma­ry­nar­ki za nad­zwy­czaj­ne mę­stwo w ob­li­czu nie­przy­ja­cie­la. Tuż obok, Pur­pu­ro­we Serce za­lśni­ło na jego pier­si jako krwa­wy dowód ran od­nie­sio­nych pod­czas ka­ta­pul­to­wa­nia i znisz­cze­nia ma­szy­ny. Jego ofi­cer ra­dio­lo­ka­cyj­ny otrzy­mał iden­tycz­ny ze­staw.

Na­stęp­nie przed sze­reg wy­stą­pi­li Reina i Mark. Dla nich przy­go­to­wa­no naj­wyż­szy za­szczyt – Medal Ho­no­ru. Pre­zy­dent oso­bi­ście za­ło­żył błę­kit­ną wstę­gę na szyję Reiny. Ofi­cjal­ne uza­sad­nie­nie brzmia­ło: za znisz­cze­nie stra­te­gicz­nej in­sta­la­cji „Ba­by­lon” pod zma­so­wa­nym ogniem prze­ciw­lot­ni­czym oraz za wy­ka­za­nie się nie­spo­ty­ka­ną sku­tecz­no­ścią bo­jo­wą po­przez znisz­cze­nie dwóch irac­kich MiG-ów-25 i dwóch Su-22 w jed­nym locie bo­jo­wym. Ibar­ra, jako jej „oczy” i ope­ra­tor sys­te­mów, otrzy­mał ten sam medal.

Po­rucz­nik Da­niel Mer­cer i jego RIO otrzy­ma­li Srebr­ną Gwiaz­dę. Ich udział w walce ko­ło­wej, osło­na for­ma­cji i po­twier­dzo­ne ze­strze­le­nie Su-22, ura­to­wa­ły my­śli­wiec Reiny w naj­bar­dziej kry­tycz­nym mo­men­cie misji.

At­mos­fe­ra zmie­ni­ła się gwał­tow­nie, gdy wy­wo­ła­no na­zwi­sko ko­man­do­ra po­rucz­ni­ka Ja­me­sa Har­ri­sa.

Wdowa po do­wód­cy klu­cza wy­stą­pi­ła na­przód, trzy­ma­jąc za rękę ma­łe­go synka, który pa­trzył na błysz­czą­ce gu­zi­ki gar­ni­tu­ru Pre­zy­den­ta z mie­szan­ką stra­chu i dumy. Pre­zy­dent nie uśmie­chał się już do kamer. Skło­nił się nisko i z naj­wyż­szym sza­cun­kiem prze­ka­zał ko­bie­cie Krzyż Ma­ry­nar­ki, przy­zna­ny Har­ri­so­wi po­śmiert­nie za zwią­za­nie walką prze­wa­ża­ją­cych sił wroga i ze­strze­le­nie Su-22.

Chwi­lę póź­niej, zgod­nie z tra­dy­cją, asy­sta ho­no­ro­wa w bia­łych rę­ka­wicz­kach prze­ka­za­ła jej cia­sno zło­żo­ną w trój­kąt flagę Sta­nów Zjed­no­czo­nych – tą samą, która wcze­śniej przy­kry­wa­ła trum­nę bo­ha­te­ra. Po­dob­na ce­re­mo­nia od­by­ła się obok, dla ro­dzi­ny jego RIO. W Ogro­dzie Ró­ża­nym za­pa­no­wa­ła ab­so­lut­na cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie przez cichy szloch i łopot flag na wie­trze.

Reina stała z cięż­kim Me­da­lem Ho­no­ru na szyi, czu­jąc wzrok Gort­neya na swoim pro­fi­lu. On stra­cił sa­mo­lot i nie­mal życie. Har­ris stra­cił wszyst­ko. Ona zy­ska­ła miano le­gen­dy, ale w jej gło­wie wciąż hu­cza­ły F110 i pisz­czał ALR-67.

Kiedy ce­re­mo­nia do­bie­gła końca, Gort­ney pod­szedł do niej, ku­le­jąc. Nie za­sa­lu­to­wał – uści­snął jej dłoń tak mocno, że po­czu­ła to w ko­ściach.

– Dobra ro­bo­ta, Har­ris byłby z cie­bie dumny. Ja je­stem – po­wie­dział cicho.

Reina spoj­rza­ła na wdowę po Har­ri­sie, która tu­li­ła do pier­si flagę i synka. Ba­by­lon nie ist­niał. Bomb ją­dro­wych nie zrzu­co­no. Cena zo­sta­ła za­pła­co­na w twar­dej wa­lu­cie życia i stali.

Nikt z obec­nych na ce­re­mo­nii nie wie­dział, że w tej samej chwi­li, ty­sią­ce mil stąd, nad bez­kre­snym błę­ki­tem Oce­anu In­dyj­skie­go, po­wie­trze drży od nie­ludz­kie­go sko­wy­tu. Nikt nie wi­dział ty­ta­no­we­go cie­nia, który z pręd­ko­ścią trzech ma­chów prze­ci­nał ho­ry­zont, zo­sta­wia­jąc za sobą smugę ra­dio­ak­tyw­ne­go pyłu, cią­gną­cą się od brze­gów An­go­li aż po ar­chi­pe­lag Cza­gos.

Pod­czas gdy ka­pe­lan koń­czył mo­dli­twę, ce­ra­micz­ny rdzeń Al-Qiy­amah pul­so­wał nie­na­wist­ną bielą, kar­miąc sil­nik ener­gią roz­sz­cze­pie­nia. Odwet Sad­da­ma nie po­trze­bo­wał pi­lo­ta, nie słu­chał radia i nie uzna­wał za­wie­sze­nia broni. Był ma­te­ma­tycz­ną pew­no­ścią, która za czas znany je­dy­nie ze­spo­ło­wi Gro­mo­wa, miała przeniknąć przez wy­brze­że kon­ty­nen­tu od stro­ny Pa­cy­fi­ku, ude­rza­jąc w mięk­kie pod­brzu­sze Ame­ry­ki.

Wojna się skoń­czy­ła, ale jej ostat­ni po­sła­niec jesz­cze nie po­wie­dział ostat­nie­go słowa.

Koniec
Nowa Fantastyka