Pasjonuje mnie rozwój cywilizacji. Wpływ nauki, kultury i filozofii na rozwój ludzkości.
komentarze: 219, w dziale opowiadań: 219, opowiadania: 119
Pasjonuje mnie rozwój cywilizacji. Wpływ nauki, kultury i filozofii na rozwój ludzkości.
komentarze: 219, w dziale opowiadań: 219, opowiadania: 119
Wracam do uniwersum.
Chyba wcisnę to opowiadanie w usta Jagny w jakiś zimowy wieczór.
NIEDOLA
Bogdanowi zawsze było mało.
Pod strzechą wisiały pęta wędzonego mięsa, w komorze piętrzyły się worki żyta, w oborze stało tyle bydła, że jego oddechy topiły śnieg. Miał więcej niż wszyscy razem.
Bogdan nie mówił „dość”.
Od świtu do zmroku był przy robocie. Synów budził, zanim kogut zapiał. Córkom nie pozwalał siadać przy ogniu, dopóki krosna nie wypełniły się suknem. Bogumiła słyszała częściej zgrzyt żaren niż własne myśli.
– Kropla potu w polu wraca w łyżce sadła – mawiał.
Zimą śnieg leżał wysoko nad płotami, mróz rozsadzał pnie z głośnym trzaskiem.
Zasiedli do wieczerzy.
Bogumiła postawiła miskę kaszy okraszonej skwarkami. Obok bochen i pieczone mięso.
Jedli długo. Bez pośpiechu. Zadowolenie było w mlaskaniu, w cieple izby, w ciężkości brzuchów.
Ktoś zapukał.
Cicho. Jakby nie chciał wejść.
Jedli dalej.
Pukanie powtórzyło się. Mocniejsze.
Bogdan skinął na syna.
Otworzył drzwi.
Do izby wpadł mróz. Wicher nawiał śnieg.
W progu stała niewielka postać. Zgarbiona, w łachmanach ciężkich od śniegu. Twarz zasłaniał kaptur.
– Dajcie strawy – powiedziała. – Kęs chleba. Miejsce przy ogniu.
Bogdan spojrzał na stół. Potem na nią.
– Dwie ręce masz – powiedział. – Kto zimą po świecie się tuła, ten sam niech się karmi.
Nie ruszyła się. Nie odpowiedziała. Stała. Mróz zaczął osiadać na odrzwiach.
Bogdan wstał. Podszedł. Trzasnął drzwiami. Śnieg spadł ze strzechy, zasypując wejście.
Wieczerza dobiegła końca.
Misy były puste. Nie czuli sytości. Najmłodszy ssał łyżkę.
– Jeszcze – uśmiechnął się Bogdan. – Coś mało dziś naszykowałaś.
Bogumiła wstała. Przyniosła chleb, mięso.
Zjedli wszystko. Czekali. Głód nie odszedł.
Nie spali spokojnie. Budziło ich ciche mlaskanie, burczenie w trzewiach.
Bydło ryczało wcześniej niż zwykle.
Bogdan poszedł do obory. Narzucił siana w żłoby.
Jadły łapczywie. Wszystko, co było pod pyskiem. Nie przestawały ryczeć.
Dosypywał paszy. Z dnia na dzień siana szybko ubywało, a bydło chudło.
Nikt już nie mówił o sytości. Jedli i byli głodni. Pracowali, byli słabi.
Bogumiła mełła ziarno od świtu do nocy.
Synowie rąbali drewno, coraz częściej stawali w pół ruchu. Patrzyli w stronę komory. Nie mówili nic.
Zwierzęta jadły bez końca.
Bogdan zastał krowę stojącą nad cielęciem. Żuła jego krwawe ucho. Słabe cielę patrzyło tępo.
Dojrzał ślady bosych stóp w obejściu.
Padało, a one nie znikały.
Dzieci coraz częściej patrzyły w stronę lasu.
– Jest tam – powiedział najmłodszy.
Mięso nie syciło. Kasza nie miała smaku. Gumno szybko pustoszało.
Bogumiła zaczęła chować jedzenie. Dzieci nie pracowały, szukały i znajdowały niedojedzone resztki.
Zaczęli wydzierać sobie z rąk. Najmłodszy ukradł siostrze kawałek chleba. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wgryzł się w jej rękę. Jak w jedzenie.
Bogdan uderzył go. Bez przekonania.
Podniósł z klepiska kawałek chleba.
Zjadł go powoli, żując razem z piaskiem
Ręce miał słabe. Przestał nosić siano.
– Niech same w gumnie jedzą – powiedział.
Otworzył wrota. Zwierzęta wyszły. Niepewnie. Potem szybciej, biegiem. Śnieg był głęboki. Zniknęły w nim. Nie poszedł za nimi. Wiatr przyniósł z lasu wycie wilków.
Dzieci zaczęły mówić o szukaniu jedzenia w opolu. Nie patrzyły na Bogdana. Wyszły.
Nie zatrzymał ich.
Bogumiła została chwilę dłużej. – Nie jesteś już gospodarzem – powiedziała i wyszła.
Został sam.
Nie wychodził. Nie było po co. Ogień gasł wolno. Czas nie miał znaczenia. Głód został. Stały, tępy.
Znalazł na dnie dzieży garść mąki. Upiekł podpłomyk.
Mały.
Cienki.
Ktoś zapukał. Jak wcześniej.
Wstał.
Otworzył drzwi.
W progu stała niewielka postać. Zgarbiona, w łachmanach ciężkich od śniegu. Twarz zasłaniał kaptur.
– Daj strawy – powiedziała. – Kęs chleba. Miejsce przy ogniu.
Spojrzał na pustą izbę. Na siebie.
Cofnął rękę od ust.
Oddał jej nadgryziony podpłomyk.
Weszła. Usiadła przy ogniu.
Rano jej nie było. Na ławie leżały łachmany.
Wstał.
Założył je.
Narzucił kaptur.
Otworzył drzwi.
Wyszedł.
bardzo dojrzałe i takie świadome, jak na mężczyznę
Jako mąż i ojciec samych córek, wiem co nieco o babach
dzięki.
Zawsze wplecenie czegoś wcześniej nieznanego ożywia historię
miałem wątpliwości czy to niepotrzebnie wydłuża rozdział.
dzięki
eskalację konfliktu Rzesza-USA wyobrażam sobie raczej tak
czyli strachy na lachy. tak jak zachód nie zaatakował zbrodniczego ZSRR tak samo by nie zaatakował Niemiec.
Pięćset amerykańskich bombowców strategicznych na przykład.
Pozdrawiam.
nie jestem pewien. podobno boysy walczyli z Niemcami bez przekonania, niemała część z nich miała niemieckie korzenie.
samo lotnictowo ziemi nie zajmie, patrz USA vs Iran, a wygrane Niemcy miałyby ogromną produkcje myśliwców…
gdyby im się powiodło to nie widzę siły, która by ich powstrzymała, tym bardziej gdyby zawarły jakiś pokój albo zawieszenie broni.
temat mocno ograny ale ciekawie go pokazałeś.
nie pamietam innej historii w której władzę przejmuje najbardziej zbrodnicza frakcja… ale to ma potencjał na historię… kolejna fala ludobójczej polityki… czy ktokolwiek miałby siły i chęć przeciwstawić się im?
pomimo trafnej uwagi Klaudiusza, nie czytało się tego źle. historia ciekawa.
z trzeciej beczki biorąc pod uwagę jak słabo działa ludzki wymiar sprawiedliwości to obiektywne AI mogłoby rozwiązać kilka problemów.
Raczej poczuła się mała i zagubiona.
Podobno to niezalecane tell i powinno sie zastępować przez show.
Nadchodzą imiesłowy!
ciągle używam ich na czuja…
Jeszcze wrócę!
poza uwagami technicznymi liczę również na ocenę historii.
dzięki
masz rację. ja również zrobiłem resercz i wyszło z niego, że szybka uderzeniowa dawka żelaza z krwi i wątroby potrafi zdziałać szybko cuda, zwłaszcza u dzieci. opisałem drobne zmiany kolorów i wzrost witalności, ale by wykluczyć uwagi o czary i narracjonizm dodałem do opisu, że dziewczynka jeszcze szybko się męczy.
dzieki.
Masz dar wstawiania dyskusyjnych form już w pierwszej linii:)
to dobrze czy źle?
Podnosimy poprzeczkę stylistyczną:
kolejna reguła do zapamiętania ;-)
Widzę tu zwiastun pokus dla bohatera.
spoiler
Jakby to Robert wystrzelił błocko, to byłaby tam bijatyka.
ale to on zrobił. szukałem czegoś na krawędzi. nie bezpośrednie uderzenia a niby przypadkowe chlapnięcie przy czyszczeniu.
W praktyce Stanimir może zrobić prosty, leszczynowy łuk
może ma szacunek do rzemiosła Cisa. Rozpiszę to w scenie u łucznika. Leszczynowy może być bardziej odpowiedni no i tańszy co ma dla nich znaczenie.
dzięki
Udane opowiadanie
Dobry pomysł dobre wykonanie.
Primo: "za darmo" to można w pysk dostać. Po prostu nie zauważasz, że płacisz.
jak mawiali starożytni Turbolechici: jeśli coś jest za darmo to ty jesteś produktem…
Secundo: ten dualizm pomysł-praca jest fałszywy. Pracując nad swoim pomysłem zyskujesz nowe, lepsze pomysły.
To sprzężenie zwrotne jest tym co powinno każdego skłonić do realizacji pomysłów… Droga do celu potrafi być fascynująca przygodą.
Do Ani rzekł Franek z Gdyni:
„Spędziłem noc z ludźmi innymi!"
Zbladła nagle jak kreda:
„To sąsiadka Eda,
szefowała wyborom gminy."
AI to takie same narzędzie jak młotek.
jden krzywym gwoździem zbije dwie deski a inny wykuje dzieło sztuki.
Aktualnie przeżywam zachwyt programowaniem AI.
kiedyś pisałem apki na androida. Mnóstwo czasu traciłem na szukanie rozwiązań, na przeszukiwanie forów, na rozmowy z „pro”, którzy robili za strażników tajemnej wiedzy jakby skoromny amator był dla nich zagrożeniem + mnóstwo pieniądze wydałem na książki,
teraz liczy się pomysł, młotek dostajesz za darmo.
jestem zdziwiony jak modele językowe radzą sobie słabo z językiem… najwyraźniej „I” jest jeszcze na wyrost.
Tarnina:
dzięki, poczułem się jak w podstawówce…więcej błędów niż wyrazów w opowiadaniu.
"populacji" (ludzi. Nie używaj pojęć statystycznych, kiedy mowa o konkretach)
chciałem nawiązać do tabliczki
Tylko – gdzie tu targ?
no jak to gdzie, mobilny z jednym produktem…
Czy leczenie naukową medycyną w świecie, który wierzy w demony, nie sprawi, że za chwilę zniszczą całą budowaną wiekami “bazę wiedzy” tej społeczności?
Używają tego co pod ręką. ich przewaga to nie tylko wiedzą że coś działa ale dlaczego działa
Co na to lokalna szeptucha?
szeptucha mieszka daleko, lokalna jest zielarka… SPOILER
dzięki
chalbarczyk
On już wie wszystko o ludziach i o świecie
dzięki
AP
Nie miałem pomysłu na to wyzwanie. Inspiracja przyszła stąd: https://www.youtube.com/watch?v=tkky6ukVwNg
dzięki
Złota dolarówka wisiała wysoko nad horyzontem, wypalając z prerii resztki życia. Gęste, duszne powietrze drżało. Leniwe podmuchy wiatru przetaczały zeschnięte krzaki biegacza. Pustka nie oferowała niczego, na czym oko mogłoby się zahaczyć.
Na krzywo wbitym w piach patyku spróchniała deska głosiła:
NEW HOPE Pop.: 97.
Stara kobyła szurała kopytami po ziemi, wzbijając obłoczki kurzu, koła piszczały o kołodzieja.
Jaskrawo amarantowo-złoty wóz minął znak, trzeszcząc z wysiłku. Woźnica uniósł lekko rondo przykurzonego cylindra, zmrużył oczy.
Dziewięćdziesiąt siedem dusz… ilu to daje klientów? Nędznych ranczerów, traperów, poszukiwaczy złota. Będą oglądali każdego centa trzy razy, zanim mi go oddadzą.
Czterdzieści dolarów? Tyle co na owies dla konia, porządną whisky i noc w saloonie ze wszystkimi wygodami.
Magnus, stary draniu. Rynek jest słaby, to prawda. Musisz wzbić się na swoje wyżyny. Musisz dać z siebie więcej niż wszystko, co potrafisz. Musisz ich wycisnąć do ostatniego centa.
Smagnął konia batem.
Wóz z głośnym brzękiem dzwonków wjechał w ospałą, zakurzoną osadę, rozbijając południową ciszę skuteczniej niż wystrzał z colta.
Okazałe wysokie fasady skrywały nędzne szopy na skraju niczego.
Dlaczego w tych wszystkich dziurach jedyna droga zawsze nazywa się ‚Main Street’, a nie po prostu ‚Only One Street’? – pomyślał, widząc tabliczkę na pierwszej chacie.
Zatrzymał się przed saloonem. Dzwonki ucichły. Cisza nie trwała długo. Drzwi rozwarły się z bolesnym skrzypieniem, z mroku na palące słońce zaczęli wychodzić mieszkańcy.
Mężczyźni w wytartych koszulach z burego denimu, z ciemnymi plamami potu pod pachami i postrzępionymi mankietami. Śmierdzieli tanią whisky, tanim tytoniem i brakiem mydła.
Za ich plecami, mrużąc oczy w oślepiającym blasku, stały dwie damy. Ubrane w strojne suknie z wyblakłego atłasu. Gorsety podtrzymywały piersi, tłuszcz trzymał loki w ryzach, policzki kraśniały od czerwonej farby.
Zanim zdołali splunąć, już stał na najwyższym stopniu kozła, rozkładając szeroko ramiona, obejmując całe miasteczko.
– Witajcie, wspaniali mieszkańcy Nowej Nadziei! Witajcie, dumni budowniczowie nowej cywilizacji na tej świętej ziemi!
Patrzyli zahipnotyzowani, słuchając jego melodyjnego, donośnego głosu. Z sąsiednich budynków zaczęły powoli wychylać się kolejne głowy. Zwabieni doniosłym tonem, przerywali pracę i ciągnęli ku niemu.
– Spoglądam na wasze zmęczone, ale jakże szlachetne twarze! – perorował, przenosząc wzrok z twarzy na twarz. – Widzę trud waszych dni! Widzę ból, który pustynny wiatr wciska w wasze kości, i niemoc, która próbuje odebrać wam wiarę w jutro! Ale oto jestem! Przebyłem setki mil przez spaloną słońce prerię, nie dla zysku, nie dla własnej chwały, lecz dlatego, że mój obowiązek wobec ludzkości nie pozwolił mi minąć waszych bram!
Zdjął cylinder, by odsłonić nienagannie zaczesane, lśniące od pomady włosy, i skłonił się nisko, niemal dotykając rondem kurzu na koźle.
Zdumiony tą wylewnością tłum zamarł.
Wyprostował się gwałtownie w niemal mistycznym natchnieniu. Płynnym ruchem sięgnął do skrzyni na koźle i uniósł wysoko nad głowę małą, szklaną ampułkę. Zielonkawy, oleisty płyn błysnął jaskrawo w palącym słońcu południa, rzucając szmaragdowe refleksy na zakurzone twarze.
– Oto przed wami Serpentina Menthae! Eliksir na porost włosów i zębów! Prawdziwe panaceum, którego sekretną recepturę opartą na najrzadszych ziołach Sierra Nevada, za ocalenie życia rodzinie, z nabożną czcią przekazał mi sam wódz Apaczów Czarna Grzywa! Mój eliksir działa na zasadzie regeneratio capillorum oraz dentis restitutio poprzez błyskawiczną stymulację soków animalnych w waszych pęcherzykach podskórnych!
Tłum gapił się na błyszczące szkło. Z boku, oparty o drewniany pal do wiązania koni, odezwał się stary mężczyzna. Splunął tytoniem, zmrużył oczy.
– Ej, panie! – zawołał szorstko. – Gadasz pan jak pastor, ale skąd ten zielony szlam ma wiedzieć, czy ma mi zrobić kłaki na łbie, czy kły w gębie? Co to, ma swój rozum?
Tłum mruknął potakująco.
– Och, dziękuję ci, przyjacielu, za to niezwykle trafne, głębokie pytanie! – powiedział uprzejmie, kłaniając się nisko. – Uwielbiam zachodnie metropolie zasiedlane przez tak inteligentnych osadników. Odpowiedź jest genialna w swojej prostocie, to czysta, niezaprzeczalna fizjologia. Kiedy aplikujemy eliksir zewnętrznie, per cutem, smarując skórę – budzimy uśpione cebulki i rosną włosy. Kiedy zaś go spożywamy, per os, płyn obmywa dziąsła, wnika w kościec i rodzą się zęby! Natura sama wie, co robi, wystarczy jej zaufać!
– Dziękuję Ci, Panie… – Uniósł twarz ku niebu, złożył ręce do modlitwy. – za dar tak światłych, tak głębokich umysłów w tej pięknej, surowej krainie! Bo zaprawdę powiadam wam, jak zapisano w Ewangelii według świętego Barnaby: 'I wyszedł Nauczyciel na pustynię, a otoczył Go lud o sercach twardych jak krzemień, lecz umysłach czystych jak źródlana woda. I rzekł do nich: Chwalę mądrość waszą, albowiem nie ślepcami jesteście'!
Z tłumu wyszedł olbrzymi, zarośnięty mężczyzna z siną zniekształconą twarzą.
– A na rwanie w gębie to pomoże?! – wskazał policzek. – Łeb mi rozsadza od trzech dni! – Ryczał z desperacją, ledwo ruszając ustami.
Magnus pochylił się, cylindrem rozwiał fetor ropy i starej whisky.
– Ach, drogi bracie! – zawołał z przejęciem. – Medycyna mówi jasno: najpierw trzeba usunąć zgniły korzeń, aby zrobić miejsce dla nowego, zdrowego pędu! Trzeba go wyrwać!
– Nie ma tu cyrulika! – warknął, plując zakrwawioną śliną. – A kowal zapił się na śmierć w zeszły wtorek!
Stojący obok potężny chłop nie czekał na dalszy rozwój konsylium. Z całej siły walnął go pięścią w policzek.
Głuche, suche chrupnięcie przestraszyło damy. Nieszczęśnik zatoczył się, walnął plecami o ścianę saloonu, z ciężkim stęknięciem osunął się na kolana. Potrząsnął głową, na wielką dłoń wypluł ząb trzonowy. Popatrzył zdumiony na zakrwawioną kość.
– Wypadł! – ryknął, podnosząc się na równe nogi z obłędnym uśmiechem na zakrwawionych ustach.
Magnus błyskawicznie podetknął mu pod nos otwartą ampułkę.
Dolar i butelka zmieniły właściciela.
Wlał w siebie zieloną ciecz. Przepłukał usta. Otrząsnął się potężnie.
– Cud! – wrzasnął, łapiąc się za żuchwę. – Ludzie, to cud! Przestało rwać! Nic nie czuję! Już samo to jest warte dolara, a nowy ząb to czysty zysk! Dawaj pan jeszcze! – Rzucił na deskę wozu kolejne monety.
Tłum westchnął przeciągle. Tamy pękły. Ludzie zaczęli napierać na wóz, wyciągając ręce z monetami.
– A na brodę też działa? – zawołał z tłumu piegowaty chłopak.
– Synu, po tygodniu będziesz musiał ją przycinać siekierą – odparł Magnus, podając mu ampułkę.
Chłopak rzucił brzęczącą sakiewkę i od razu zaczął się smarować.
Kilku następnych kupiło swoje porcje.
Po pierwszej fali euforii tempo sprzedaży zaczęło spadać. Z założonymi rękami przyglądali się temu ci najbardziej nieufni.
Magnus wzniósł ręce do nieba.
– Widzę was, wy niepewni! Widzę was, wy małowierni, którzy stoicie na uboczu i chowacie swe talenty w ziemi! Czyż Pan nie rzekł do Proroka Ezechiela: 'Idź i rozlej balsam Mój na rany ludu twego, a kto skosztuje, ten żyć będzie, lecz ten, kto serce swoje zamknie ze skąpstwa, tego kości wyschną na pył pustyni'? Ja nie przybyłem tu dla waszych marnych dolarów! Przybyłem z nakazu wyższego!
– Ja wiem, jak ciężkie jest życie osadnika. Widzę wasz pot. Dlatego nie pozwolę, by brak jednego dolara odgrodził was od łaski zdrowia! Tylko teraz, tylko w tym błogosławionym miasteczku – jedna ampułka za dolara,… trzy za dwa! Jedna dla ciebie, przyjacielu, druga dla małżonki, a trzecia za darmo na zapas, gdy przyjdzie sroga zima! Nie zwlekajcie, zapasy Serpentina Menthae kurczą się z każdą chwilą!
Stojąc na koźle i trzymając lejce w dłoniach, rozejrzał się po raz ostatni po twarzach mieszkańców, którzy tulili do piersi zielonkawe ampułki niczym najświętsze relikwie.
Uśmiechnął się swoim najpiękniejszym, najbardziej magnetycznym uśmiechem i rzucił do tłumu ostatnie, ceremonialne błogosławieństwo:
– Mieszkańcy wspaniałego, błogosławionego New Hope! Moje serce krwawi, iż muszę was opuścić. Moja misja tutaj dobiegła końca – przyniosłem wam ukojenie, otarłem łzy cierpienia, które gnębiły wasze ciała. Lecz zaprawdę powiadam wam, jak zapisano w Księdze Opuszczenia: 'I rzekł Pan do sług swoich: Nie zatrzymujcie się w jednym domostwie, choćby dawano wam miód i mleko. Idźcie ku innym osadom, albowiem tam również bracia wasi w boleściach ryczą, czekając na balsam uzdrowienia'. Muszę jechać! Inne zagubione dusze na prerii wzywają Doktora Magnusa! Bądźcie zdrowi, bądźcie mądrzy!
Smagnął konia batem. Koła ruszyły z głośnym skrzypieniem, a wóz potoczył się prosto w rozlewający się krwistoczerwony zachód słońca. Magnus uroczyście i dostojnie machał na pożegnanie, a tłum odprowadzał go wzrokiem w milczeniu.
Odłożył cylinder, wyciągnął grube cygaro, niespiesznie je podpalił, zaciągnął się mocnym, aromatycznym dymem. Wolną dłonią sięgnął po ciężką, skórzaną torbę leżącą u stóp.
Rozwiązawszy rzemienie, zajrzał do środka. W mroku skórzanego wnętrza lśniły ciężkie, srebrne dolary, mniejsze ćwierćdolarówki i kilka pogniecionych, tłustych od potu banknotów. Zaczął je sprawnie przeliczać.
Gdy skończył, splunął tytoniowym sokiem pod koła.
Magnus, ty stary draniu… ty geniuszu! Nie doceniałem cię. Liczyłem na nędzne czterdzieści dolarów, a ty wyciągnąłeś z tej zapomnianej przez Boga dziury całe sześćdziesiąt siedem! Z każdą osadą jesteś coraz lepszy.
Smagnął konia mocniej, wóz przyspieszył, butelki z zielonym eliksirem wesoło pobrzękiwały.
Poszukajmy kolejnej Main Street
Sięgnąłem po ten cykl bo to ten sam gatunek co Cuiavia.
Nie wciągnął mnie, odpadłem dość szybko.
Twoja historia jest całkiem spoko, pomysł jest dobry.
U Grzędowicza drażniła mnie ta 1/3 osobowa narracja. U ciebie tego nie ma. Mi to nie przeszkadza ale dla fanów to może być wada.
Grzesiek_W
trafne uwagi, dzięki.
marzan
To jeszcze mała uwaga do smrodliwego problemu…
to wymagałoby planowania i doświadczenia. oni rozwiązują problemy kiedy się pojawiają.
Miałem problem z tą sceną. Nie miałem gdzie ją wepchnąć. Teraz wydłuża i tak długi rozdział, ale chciałem połączyć wątki higieniczne i zdecydowana postawa Agnieszki pasuje do wątku dominujących kobiet.
dzięki
Cienie tak, ale chciałem pokazać to co otacza cienie. Powstają od płomieni. Są kształtowane przez to co je otacza. Pomyślę jeszcze o tym.
Scenę końcową ciąłem i ciąłem i ostatecznie wyszła zupełnie inaczej niż ją pierwotnie napisałem. Cieszę się, że ją dobrze odbierasz.
dzięki za dobre słowo. Mobilizujesz mnie do dalszej pracy.
Tak było, przeczytałem o tym w Internecie.
Jaki jest najlepszy żart o obecnych Niemczech? Ordnung must sind.
Zakon krzyżacki ciągle działa ma główną siedzibę w Wiedniu obok katedry. byłem, widziałem, potwierdzam
Bardzo dobry świat, dobra fabuła, ale nad formą to musisz mocno popracować bo teraz ona męczy i zniechęca do czytania.
Hm, to w końcu torfowisko, starorzecze czy bagnisko?
Kiedy ja tam łaziłem to często wracałem śmierdzący i unorany. Może to dlatego, że w moich czasach to tylko pozostałości po użytkowym torfowisku, które podeszło wodą i się zabagniło.
Skoro torfowiska oferują takie doznanie, jak piszesz to nie pozostaje mi nic innego jak zmienić jej doznania. Ona spaceruje po dziewiczych tofrowiskach, niech więc się nimi zachwyci ;-)
Gniewko nie będzie miał łatwo.
Dzięki.
dzięki za dobre słowa.
podszedłem do wyzwania jak do warsztatów literackich. Strasznie się męczę z perspektywą piewszo osobową w czasie teraźniejszym i ciągle nie daję rady zrobić jej w 100% i uciekam w relację, której nie powinno być.
Marzan:
Z przyjemnością sobie ją odświeżyłem, bo nie pamiętałem wielu szczegółów. Pierwszy raz czytałem jako powieść w odcinkach w Świecie Młodych ;-).
Swoje historie piszesz ot tak z palca, czy musisz przy nich przysiąść?
Nie mam punktu zaczepienia by rozwiązać twoja zagadkę. W pierwszej chwili myślałem, że to Rainman, ale z każdym zdaniem odchodziłem od pomysłu… no nie wiem Incepcja?
Grzesiek_W
dzięki.
Niektórzy to się nigdy nie nauczą, żeby odkładać na starość. A wystarczyło dukat od każdej strzygi odłożyć…
Bardjaskier
dzięki. Ale, że jak bez Kleksa ;-)
Nie mam pojęcia co to za psychol u ciebie ;-)
Teo Max
Gdyby Rosjanie tak pisali to czytałbym ;-). Pomimo konkretnych wskazówek nie odgadłem, ale pomógł wujek ;-)
O rany, jeśli każdy stopień na drugie piętro skrzypi jak zdrajca obudzę cały dom. Stopy szeroko, na krawędzie, co drugi poziom…
Udało się. Cicho. Co dalej…?
Sześcioro drzwi. Pięć zamkniętych na wielkie mosiężne zamki, szóste z klamką w kształcie A.
Jeśli mechanizm zazgrzyta, jeśli zawiasy jękną – zawracam.
Otworzyły się bezszelestnie.
Co tak pachnie? Atrament, stare książki i jeszcze coś, nie potrafię tego nazwać.
Mapy na ścianach. Krain, w których nigdy nie byłem… a może to plan gabinetu. Tę poznaję. Mapa naszego parku, a może nie, nasz nie ma tylu furtek.
Motyle. Czy to z nich powstają kropki?
Klucze. Setki kluczy.
Od czego zacząć?
Od biurka.
Lupa. Kolorowe pióra. Muszę uspokoić oddech, bo je zdmuchnę… Srebrna szkatuła… zamknięta… który klucz ze ściany pasuje?
Otwarte pudełka. Duże ze stertą guzików w każdym rozmiarze i wzorze. Nie widzę dwóch jednakowych.
Jest!
Złota tabakierka z tęczowymi kropkami. Ile mogę zabrać, żeby nikt nie zauważył?
Od razu nakleję sobie na twarz żeby ich nie zgubić. Nikt nie będzie miał więcej!
Udało się! Jeszcze tylko muszę wrócić zanim ktoś mnie zauważy.
A tam co? Pudełka po cygarach, wyłożone aksamitem. Po co? Dwie drobniutkie laleczki. Czy one śpią?
One…. one żyją. Jedna wbija we mnie wzrok. Paraliżuje mnie.
języki fleksyjne tracą w toku ewolucji fleksję
to jest fascynujące bo co to znaczy… języki te powstały jako złożone i się upraszczają?
dawno temu mnie, przekonanego, że polski jest rzekomo jednym z najtrudniejszych języków do nauczenia, zszokowała wiadomość, że istnieją języki które mają KILKADZIESIĄT przypadków, węgierski prawie dwadzieścia, oraz że istnieją języki, które mają kilka czasów przeszłych i przyszłych a nawet kilka teraźniejszych :-0
a zobacz, gdzie byli Polacy, a gdzie Chińczycy, ot, choćby w X w.)
lubię te argumenty. coś później Chińczykom poszło nie tak i każdy z narodów europejskich ma większy wkład w rozwój ludzkości niż oni czy Hindusi 
mój tata (historyk) wyrażał się na jej temat niepochlebnie.
również słyszałem niepochlebne opinie. problemem jest chyba brak źródel. Janicki odrzuca dużą część naszego wyobrażenia o średniowiecznej słowiańszczyźnie argumentując, że większość to romantyczne fantazje o przodkach budowane na folklorze poddanym kilku setkom lat chrystianizacji…
nie będę bronił tej tezy. z racji braku źródeł każdy może mieć rację. faktem jest, że ówczesny język miał bardziej złożoną gramatykę niż obecny.
dzięki, bałem się opinii, że niepotrzebny rozdział, nic nie wnoszący…
Oj, a mogę spytać o źródło, bo mi się zapaliła czerwona lampka?
tak na szybko to Cywilizacja Słowian Janickiego, ale też gdzieś czytałem, że ludy niepiśmienne nie miały tak rozwiniętego języka jak te piśmienne. też mi coś chodzi po głowie, że ludy żyjące bliżej z naturą częściej używały opisów porównawczych do przyrody niż tworzyły zwroty im odpowiadające.
nie będę tego bronił ani sie przy tym upierał tym bardziej, że pod względem złożoności języka to “polszczyzna” z x wieku była bardziej złożona niż współczesna.
Gniewkowi potrzebny jest rówieśnik, również outsider. Albo rówieśniczka. Może ktoś ułomny,
masz dostęp do moich szkiców? ;-)
dzięki.
Ze stylizacją jest wiele problemów. Szukałem złotego środka, zanim zabrałem się za Cuiavię. Trochę poczytałem i mądrzy prawią:
Zrezygnowałem z kilku słów autentycznie archaicznych, które dla współczesnego ucha brzmią jak współczesny rosyjski (młodzieniec -> maładiec).
Ponadto prawdopodobnie ówczesny język nie operował na pojęciach abstrakcyjnych. Rygorystyczna stylizacja musiałaby brzmieć opisowo i opierać się na tylu porównaniach, że żaden redaktor nie przepuściłby takiego tekstu (dużo "jak", "niby", "jako").
Największy problem miałem jednak z germanizmami, których Kujawianie w X wieku nie mogli jeszcze znać. Jak opisać chatę bez słów: dach, komin, mur? Albo jak opisać kunszt (!) rzemieślnika i nie użyć słowa mistrz? Unikam również współczesnych określeń czasu, takich jak godzina czy minuta.
Zebrałem wokół tego tak dużo materiału, że wystarczyło na bardzo obszerny wątek o języku w X wieku – mam nadzieję, że okaże się interesujący.
Bez porównania lepiej niż poprzednim razem.
Teraz już nie wybijają te długie nużące opisy można docenić fabułę.
Czekam na kolejną część
marzan:
dzięki za wnikliwą analizę.
tak, chciałem stylizować na wielu poziomach, nawet chciałem więcej zdań poświęcić muczeniu i krakaniu ale doszedłem do wniosku, że stylizacja kosmicznego (celowo dziwna, absurdalna, niezrozumiała i bez sensu momentami) wystarczy.
Czytanie wymagała maksymalnego skupienia.
zboczenie zawodowe ;-) mogłeś tylko przelecieć wzrokiem.
Mam tak kiedy oglądam film o kosmosie czy historii. Zamiast przyjąć konwencję wkurzam się na absurdy.
Co to jest Kwintopod?
Gdzie ta piąta kończyna? Ogon liczą?
tak, jako element niewerbalny drugiego otworu werbalnego.
mogliby uznać krowy
a ja słyszałem, że za kilka milionów lat za dominująca formę zostaną uznane kury. jest ich teraz tak dużo, że ich kości będą najczęściej znajdowane.
Bardjaskier: To nie ja, To UFOki 
Chronolokalizator implodował suchym, subkwarkowym trzaskiem. W polu interferencji temporalnej pozostał tylko jeden stabilny ślad: utracony induktor fazowy.
– Obiekt krytyczny poza kapsułą – stwierdził Kwantor. – Przejęcie lokalne.
– Neguję celowość dyplomacji fonetycznej z losowymi formami. Quarkusie, nie trwońmy rezerw temporalnych. Semantorze, zmapuj relacje hierarchiczne.
Puszka zasyczała kriogenicznie.
Trzy warstwy sygnału: tetrapody wertykalne, horyzontalne, aeralne.
Skanery foniczne skierowały się ku centralnemu placowi osady, gdzie w nahydrotyzowanym substracie kłębiły się tetrapody wertykalne.
– Nie tykaj, parchu! To moje, z mojego sadu!
– Z twego? Kto sadził? Kto szczepił?
– Widłami cię policzę, złodzieju!
– Spróbuj, a ziemia cię nie przyjmie!
– Moja mać sadziła, ojciec doglądał, jak o pierworodnego dbał!
– Bij w łeb! Brać, co z drzewa spadło na nasze! Moje! Moje!
Rejestr: jednostki wertykalne. Komunikacja własnościowo-agresywna. Semantyka zasobowa.
– A horyzontalne? – spytał Quarkus.
Semantor przekierował sensory ku dużej nieruchomej jednostce, wydzielającej rytmiczne drgania niskiej częstotliwości.
– Muuu…
– Mmmuu…
– Muuu…
Puszka syknęła obłokiem jonizującego gazu.
Błąd parsowania. Wykryto komunikację wielowarstwową. Dźwięki podstawowe sprzężone z mikrodrganiami ciała, ruchem sensorów bocznych.
Jednostka horyzontalna wyemitowała przeciągły pomruk i głęboki wyrzut gazu.
Wykryto kwintylny aktywny manipulator dystalny. Składnia nieliniowa. Klasyfikacja zmieniona: kwintopody horyzontalne.
– Przestańcie się żryć, chamy zatracone! Żywicielka ryczy, bo pożytku nie dali!
Jednostki wertykalne natychmiast przerwały wymianę emocji i rozpoczęły transfer energii do organizmu nadrzędnego.
Weryfikacja relacji kastowych zakończona. Tetrapody wertykalne pełnią funkcje usługowe wobec kwintopodów horyzontalnych.
– Zatem negocjujmy z kastą dominującą. – Quarkus skinął głową.
Kwantor uruchomił chwytaki antygrawitacyjne. Bezwirnikowe dyski śmignęły zgarniając paski energii, formując je w lewitujące bryły, które popłynęły ku modułowi absorpcyjnemu kwintopoda.
Tetrapody wertykalne zamarły.
– Bogowie!
– Jasne potęgi!
– Trygławie, zmiłuj się!
Wszystkie jednocześnie przeszły w tryb redukcji osi pionowej i przyłożyły sensory akustyczne do nahydrotyzowanej powierzchni.
– Fascynujące – mruknął Kwantor. – Emulują konfigurację posturalną jednostek nadrzędnych.
Kwintopod uniósł sensory werbalne, wchłonął porcję energii i odpowiedział przeciągłym:
– Mmmm-uuuuhhh…
– Semantorze, rozpocznij protokół dyplomatyczny.
Puszka zatrzeszczała.
Z tylnego emitera pneumatycznego wyrzucił serię rytmicznych detonacji.
– Prrrrrr-yyyyyy-kkkk!
Dekodowanie komunikatu: „Kąt fioletu w masielnicy rdzewieje hiperbolicznie”.
– Spróbujmy wizualizacji – zaproponował Kwantor.
Rozwinął świetlną projekcję induktora.
– O, Wielki Horyzontalny, poszukujemy artefaktu o analogicznym współczynniku refrakcji.
Semantor wyemitował serię gardłowych pomuczeń.
Kwintopod spojrzał obojętnie, obrócił się tylnym portem komunikacyjnym i wyemitował pojedynczą salwę gazową.
Algorytmy zinterpretowały odpowiedź jako odmowę negocjacji.
Przestrzeń przeciął wrzask:
– KRAAA!
Czarno-biały kwintopod aeralny runął z nieba, pochwycił pobłyskującą projekcję z dłoni Kwantora i wzbił się w wyższe rejestry trzeciej współrzędnej.
– Za nim!
Wystrzelili na antygrawitacyjnych podeszwach. Na szczycie wysokiego pylonu biologicznego kwintopod aeralny tkwił pośród błyszczących obiektów.
– Lokalne skupisko obiektów o podwyższonym współczynniku pożądania – wyszeptał Quarkus.
– Repozytorium podatkowe – uzupełnił Kwantor.
W głębi połyskiwał kwantowy induktor fazowy.
– Wdrożyć protokół handlowy – zdecydował Kwantor.
Skłonili się nisko. Na otwartej dłoni rozbłysły syntetyczne diamenty.
– O, Nadrzędny Koordynatorze. Prosimy o renegocjację daniny granicznej.
Semantor wydał serię piskliwych dźwięków:
– Kraaa! Krrr-a-a-ks!
Kwintopod aeralny przechylił moduł optyczny, zmierzył ich czarnym sensorem, po czym wypchnął zakrzywiacz ze skarbca i zagarnął największy z diamentów.
Transakcja autoryzowana. Algorytmy gratulują pełnej kompatybilności dyplomatycznej z dominatorem.
Kwantor wsunął induktor w slot chronometru.
– Kasta lotna utrzymuje dominację ekonomiczną.
– Czym handlują?
– Błyskiem.

I jeszcze Guru ostatnia próba, bo jej nie komentowałem – jest naprawdę dobra.
Oparł brodę o pierś, z dołu spoglądając przed siebie, z wysiłkiem tłumiąc drżenie warg.
Czy po przeniesieniu się w przeszłość moglibyśmy realnie tych ludzi nauczyć?
Mam nadzieję, że w toku powieści dobrze to opiszę.
Generalnie ich potencjał intelektualny był podobny do naszego, różni nas doświadczenie.
Koło znali, ale taczka przyszła ze wschodu wiek-dwa później.
Dajcie mi punkt oparcia a poruszę Ziemię – a taczki nie wynalazł :-D
Dzięki i liczę na twoje kolejne uwagi.
Zajebiste.
Adam to taki ja. Nie zliczę ile razy żona z politowaniem mówiła, stary baran a bajki dla dzieci pisze. Odstawiłem wszystkie inne Hobby i mam tylko nadzieję że nie skończę tak samo :D
Mam duży problem z odbiorem. z jednej strony pomysł ok, ale forma męczy. w połowie odechciewa się czytać.
mamy tutaj profesjonalnych redaktorów więc traktuj moje uwagi jako ocenę amatora czytelnika.
– tekst przeładowany statyką.
– ciągle tłumaczysz co myślą bohaterowie albo oni tłumaczą sobie na wzajem rzeczy dla nich oczywiste tylko po to by wytłumaczyć to czytelnikowi
– ciągle podkreślasz, że ramiona, dłonie… należą do nich
– powtórzenia
– opisy porównawcze
aby to zaczęło mieć ręce i nogi musisz mocno przemyśleć formę.
Bardzo dobry pomysł ale wykonanie fatalne. Bardzo dużo powtórzeń, monotonny rytm, brak emocji.
potencjał na bardzo ciekawy psychologiczny SF zmarnowany.
Z bardziej dosadnych, które chcę użyć. Akt jako orka i zasiew. Ale twoje też ładne.
No i trzeba odrzucić całą chrześcijańską naleciałość, moralność, pruderię.
Morze rzeczywiście za bardzo trzymam się swojego uniwersum. Agnieszka, w prequelu, postanowiła postawić na interdyscyplinarność. Posłucham jej by za bardzo się jej nie narazić.
nie lubię mieć długów…
Król Alergiusz przystanął przy różach, kichając ceremonialnie.
Dziadumiła skryła uśmiech, gdy Bazyl podał jej gałązkę jaśminu.
– Niektóre róże zakwitają szybciej niż inne – powiedział ogrodnik.
– Niektóre pąki otwierają się dopiero po dotyku – odparła cicho.
Ogrodnik zadrżał. Jej palce przesunęły się po jego dłoni niby bluszcz po murze. Król spojrzał podejrzliwie.
– Papryki też dojrzewają wyjątkowo wcześnie – odchrząknął Bazyl.
Dziadumiła nachyliła się ku ogrodnikowi i szepnęła:
– Przyjdź po zmroku do szklarni. Chcę zobaczyć, jak twoje palce pielęgnują orchidee.
Jej oddech pachniał miętą i mokrą ziemią. Bazyl ukłonił się nisko. Wyobraźnia podsuwała mu widoki księżycowego światła prześwitującego przez rozpuszczone włosy księżniczki.
to może w którymś z kolejnych wyzwań…
OldGuard
dasz wiarę, że nie ogarnąłem zasad???? i skupiłem się na pierwszym wpisie pomijając „ogród rozkoszy” ????♂️
miła historyjka ale koniec niepotrzebny…
nie wiem czy już to ktoś poruszył. za dużo powtórzeń i wyjaśnień.
nie idzie mi robota… cały dzień jeszcze mam jako szkic, ale przysiadłem do końcówki (jest okazja dostać opinie to korzystam). Mam również pieśni, ale je zmieszczę w całym fragmencie.
Macie okazję poznać kilka osób, których jeszcze nie ma w opublikowanych fragmentach, ale pózniej będą grały istotną role w fabule.
Żar ogniska smagał twarze. Młodzi pląsali wokół sobótki w rytm bębnów i fujarek. Kawałki pieśni tonęły w śmiechu i gwarze, przetykane trzaskiem płonących gałęzi.
Starsi biesiadowali nieopodal, spod zmrużonych powiek śledząc młodzież przy ogniu. Szepcąc między kęsami chleba, układali pary, licząc na sojusze rodów. Najbogatsi trzymali plecy sztywno, z brodami uniesionymi wysoko. Przy nich kręcili się pomniejsi gospodarze, sunąc opowieści o pannach i kawalerach. Wychwalali urodzajne łany, zręczność córek przy krosnach, sprawność synów przy radle i bydle. Ważyli szerokość bioder, siłę chwytu, zapowiedź płodności. Nad pieczonym dzikiem padły twarde liczby: ile krów, ile zboża.
Co chwila któryś z chłopców wyrywał się z korowodu. Kładł wianek na głowę wybranki i razem ruszali ku płomieniom. Splatali dłonie, nabierali rozpędu i skakali ponad strzelającym ku niebu ogniem. Chwilę później z krzykiem znikali w mroku puszczy.
Mściwój puścił dłonie sąsiadów. Oczy omiatały pląsające sylwetki. Jej nie było. Siedziała przy ławie, pod czujnym wzrokiem matki.
– Chodź – rzucił krótko. Chwycił Dziwę za rękę i wsunął wianek na jej jasne włosy.
– Zostaw ją! To nie jej wianek! – matka stanęła, unosząc dłoń.
– Wiłam go, matko.
– Zabroniłam ci! – Krzyk utonął w pieśniach i huku bębnów.
Stanęli przed sobótką. On – barczysty i ciężki. Ona – wątła, jasnowłosa, ledwie widoczna wśród iskier. Żar targał jej włosy. Ścisnęli dłonie tak mocno, aż pobielały im kłykcie. Skinęli głowami i ruszyli. Unieśli się, nogi podkurczone, ramiona spięte. Powieki zacisnęły się same. Płomień liznął skórę, szarpnął len. Buty wbiły się w popiół po drugiej stronie. Nie zwolnili uścisku. Ze śmiechem pobiegli ku puszczy, wśród wycia i okrzyków rówieśników.
Niemir ruszył ku Mirosławie. Wspomnienie słów brata wbijało się w żebra, nie dając o sobie zapomnieć.
– Mam twój wianek. – Wyciągnął ku niej splecione zioła.
– Skąd wiesz, że mój? – Przechyliła głowę, mierząc go wzrokiem.
– Tylko ty splatasz wielosił. Chwycił ją za rękę. Dała się pociągnąć, ale kroki były ciężkie, wolne.
Stanęli przed płomieniami. Pociągnął ją ku ogniowi. Ruszyli. Zbyt wolno. Zrozumieli to tuż przed ścianą ognia. Skoczyli za nisko, zbyt bojaźliwie. Odbili w bok, unikając ognia. Ledwie musnęli krawędź płomieni. Szeroko rozstawili ramiona, tylko ich złączone dłonie przecięły ogień. Wylądowali ciężko. Z kręgu wybuchł śmiech, podniosły się głosy wściekłości.
– Oszukali!
– To nie skok!
– Bogowie odwrócili oczy!
– Ogień ich nie oczyścił!
Niemir poczerwieniał. Objął Mirosławę wpół i niemal wepchnął ją między drzewa, byle dalej od śmiechu tłumu.
– Próbuję sobie coś przypomnieć – odezwała się cicho Agnieszka, wpatrzona w ogień.
Spojrzał na nią, mrużąc oczy przed żarem, usta rozchyliły się w pytaniu.
– Pytałeś kiedyś ojca o moją rękę? – odezwała się cicho, wpatrzona w ogień.
Zastygł, wzrok pobłądził, nie znajdując słów.
– No wiesz… przecież powiedziałaś „tak”.
– Ale to na ślubie… A wcześniej? Żadnego klękania, nic?
Zaśmiał się cicho, chwycił jej dłoń. Pociągnął ją ku sobótce.
– Zrobię to teraz. Przed starymi bogami!
Młodzi wokół wybuchli śmiechem i drwiną.
– Ej! Odejdźcie! To zabawa dla wolnych! Zróbcie miejsce dla młodych!
– Zgłupiałeś?! – krzyknęła, patrząc na buchający żar. – Nie skoczę!
– A więc odrzucasz mnie? – uniósł brwi.
Postukała go palcem w czoło. W odpowiedzi szarpnął ją ku sobie, pocałował gwałtownie i unieruchomił w objęciach.
– Zróbmy to! – zawołał.
Spojrzała w jego rozpalone oczy i skinęła.
Biegli ramię w ramię, prosto w szalejący ogień. Jednym ruchem odbili się od ziemi przed dopalającymi się polanami. Żar uderzył w twarze, wysuszał oczy, skręcał rozwiane włosy. Butami zawadzili o wystające polano. Runęło w żar. Iskry i płomienie objęły ich całkowicie. Dobiegły ich przerażone krzyki tłumu.
Buty wbiły się w ziemię, kolana ugięły się pod ciężarem. Potknęli się, ale nie upadli.
Krzyki strachu przeszły w okrzyki podziwu.
– Zaręczyny przyjęte? – zapytał, ciężko dysząc i odgarniając z jej czoła przypalone kosmyki.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się i pognała prosto w las. Stał oszołomiony patrząc, jak biegnie w mrok. Zniknęła między pniami, nim zdążył zareagować.
W mroku puszczy stracił ją z oczu. Biegła przed siebie, byle dalej, byle głębiej w ciemność. Skryła się za pniem. Oddech zdążył się jej uspokoić, zanim go dostrzegła. Rozglądał się, rozgarniał gałęzie, wzrokiem błądził po pniach.
Przyłożyła dłonie do ust.
– Tutaj… taj… aj… Kręcił się w kółko. Echo niosło dźwięki z każdej strony.
– Tutaj… taj… aj… Przywarła plecami do pnia, piersi falowały jej od tłumionego śmiechu.
– Tu… – urwała.
Ich spojrzenia spotkały się. Zerwała się do biegu. Coraz gęstsze zarośla blokowały drogę. Gnał za nią, nie spuszczając z niej wzroku. Liście smagały go po twarzy. Skręciła gwałtownie, uciekając przed splątanymi pnączami. Przestał biec za nią. Ściął drogę, ruszył tam, gdzie miała zaraz dobiec. W kilka długich susów dopadł ją.
Chwycił ją w pasie, uniósł nad ziemię, zakręcił nią w powietrzu. Piszczała, wierzgając nogami.
Całowali się gwałtownie, dysząc w ciemności. Zrywali z siebie ubrania.
Miękki mech ugiął się pod nią. Przyciągnął ją mocno do siebie. Wciągnęła gwałtownie powietrze. Ciała odnalazły wspólny rytm. Nie odrywali od siebie spojrzeń. Woń runa, szum drzew, urywane śmiechy niosące się po puszczy mieszały zmysły. Oddech przyspieszał w rytm odległych bębnów. Palce zaciskały się mocniej, granica między ciałami nie istniała. Dreszcz przebiegł przez ciała, wyginając je w łuk, wbijając pięty w ściółkę. Pocałunkiem stłumił krzyk. Drżeli, wtuleni w siebie.
Patrzyli w swoje rozszerzone źrenice, oddechy wyrównały rytm.
– Tak – wyszeptała rwącym głosem.
Spojrzała w bok. Podążył za jej spojrzeniem.
Tuż przy jej głowie wyrastała niewielka roślina. Miała jeden, gładki, mięsisty, sercowaty liść, który lśnił od wilgoci. Z serca liścia wił się w górę smukły pęd.
– Nasięźrzał… Ophioglossum vulgatum – wyszeptała.
Wyciągnął rękę…
– Zostaw. – Chwyciła go za dłoń. – Niech magia zostanie tutaj, gdzie jej miejsce.
Wyszło moje lenistwo. Jeszcze zanim przeczytałem twoją podpowiedź zacząłem się zastanawiać dlaczego ilustrujesz to mniszkiem lekarskim, szybkę sprawdzenie obrazem dało w wyniku ambrozję i informację o alergenach… pasowało… teraz już wiem co to????
Podpowiedź była zbyt oczywista.
To nie rukola tylko silnie uczulająca ambrozja.
Nie zasługuję na betę, ale może ktoś wytłumaczy co ona daje????
nie wiem czy nie wysłałem odpowiedzi, czy usunąłeś by nie psuć zabawy innym?
OldGuard.
przysiądę lędźwia????, dokończę rozdział i wkleję zakończenie, które spełni warunki.
dzięki za dobre słowo.
Marzan, dzięki za dobre słowo.
zgłoś komu trzeba ten niedziałający tag????
Czarna. O rany????! Ale dałaś mi do myślenia. Jest to tak utarta kalka, że użyłem jej bez większego pomyślunku, a powinienem bo dobrze wiem gdzie są kręgi L3 i L5.
Poczytałem trochę o tym i o dziwo broni się to w moim tekście jako archaizm, który ma pochodzenie hebrajski-angielsko-łacińskie. niesamowite są te powiązania. Kiedy będę wklejał cały rozdział to zmienię na coś bardziej swojskiego.
dzięki za dobre słowo.
a tak apps… tag #erotyka nie działa.
chciałem zobaczyć co jest akceptowane…☺️
akurat pracuję nad Nocą Kupały. Mam dzień poprzedzający, jeśli dam radę całość do końca tygodnia to też wrzucę… a tymczasem element animalny…
Duchota zaległa w dolinie, powietrze stało się gęste, namacalne. Gospodarze prowadzili krowy do zagrody Bożydara. Nie spieszyli się. Tworzyli wokół ogrodzenia żywy, porykujący pierścień. Krowy rzucały łbami, ryczały chrapliwie, naciągały powrozy, kopyta wzbijały tumany siwego pyłu.
W środku buchaj odchodził od zmysłów. Krążył wzdłuż ogrodzenia, pod skórą falowały napięte mięśnie. Biała piana pryskała z pyska. Sapał, charczał, rwał darń.
Jedna z krów przystanęła. Napięła zad.
Strumień uderzył o ziemię z sykiem. Ciężki, gryzący zapach wypełnił zagrodę.
Buchaj zamarł. Na chwilę.
Szarpnął łbem, zarzucił nim wysoko, parsknął. Kopyta rozorały ziemię. Ruszył wzdłuż ogrodzenia, coraz szybciej, przeszedł w galop.
Uderzył w żerdź.
Raz.
Drewno jęknęło.
Drugi raz – trzasnęło.
Trzeci raz – żerdzie pękły.
– Już! Wpuśćcie je, bo rozniesie zagrodę! – ryknął Bożydar.
Gospodarze odwiązali powrozy i smagnęli zwierzęta. Wpadły do środka. Buchaj wpadł w stado. Krążył wśród krów, mrucząc. Chłonął ich zapach, zlizując ruję. Pocierały się o niego, ryczały, nadstawiały się, prężyły zadki i prowokowały byka uderzeniami łbów.
Mężczyźni przy płocie zamilkli. Łatwy dotąd śmiech ugrzązł w gardłach. Palce zacisnęły się mocniej na drewnie. Ktoś przełknął ślinę. Ktoś splunął, za słabo, gęsta ślina zawisła na wardze.
Jedna z krów z impetem skoczyła na grzbiet drugiej.
– Patrz… – powiedział jeden, nie dokończył.
Nie musiał.
Zapach. Ciepły. Gęsty. Natarczywy.
– Nie mogą się doczekać! – krzyknął ktoś.
Buchaj dopadł łaciatej krowy. Wsparł przednie racice na jej grzbiecie, wbijając się w skórę, wgniatając ją w błoto. Wygiął grzbiet w łuku, odnalazł cel, reszta stada wpadła w amok. Pobudzone widokiem i zapachem zaczęły ryczeć, wspinać się na siebie, tworząc ryczące kłębowisko parujących ciał.
Chłopi przy płocie trwali w napięciu.
– Bożydarze! – zawołał drobny mężczyzna. – Gdybyś miał taką lagę, to byś całe opole synami obsiał, a nie same dziewuchy co rusz robisz! – nerwowy śmiech przebiegł przez zagrodę.
– Mirosławie, nie pleć po próżnicy ino swoją babę przywiedź, niech jej byczek wygodzi, bo się babom wypłakuje na twoją słomkę. – Ryk chłopów niósł się po wsi.
Mirosław splunął pod nogi, poprawiając gacie, które stały się zbyt ciasne. – Chciałbyś mieć taką słomkę co samych synów robi. – odgryzł się.
– Patrzcie, jak ją gnie! Mało mu, zaraz drugą dopadnie bez schodzenia na ziemię!
– U krew nie woda, każda dziura miodu doda! Buchaj robotę robi, co nie chłopy?– zaśmiał się Bożydar. – Jeszcze tak nie było żeby, która nie zaciążyła.
– Dobrze prawisz Bożydarze. Widno sam Jaryło ci byczka dogląda.
Mężczyźni nie odrywali wzroku od kłębowiska ciał. Buchaj odpychał jedną tylko po to, by natychmiast, z głośnym sapnięciem, wspiąć się na kolejną. Kurz, pot i zapach nasienia i rui wypełniał powietrze. Pot mężczyzn, ich przyspieszone oddechy połączyły się ze zwierzętami. Napięcie rosło z każdym uderzeniem racic o ziemię; czuli to w lędźwiach, w gwałtownym biciu serca. Wzrok coraz częściej uciekał w stronę chat.
– No, chłopy… czas na mnie – mruknął Mirosław, nerwowo poprawiając gacie opinające mu się na udach. – Moja krasula w chacie czeka. Nowego byczka czas zrobić. – Poklepał wymownie Bożydara po ramieniu.
– Twoja jedna? – zaśmiał się gardłowo Bożydar, spluwając siarczyście. – Ja tam moim trzem dam dzisiaj radę wygodzić, choćby mi tchu miało braknąć! Noc taka, że i kamień by ożył.
Rozchodzili się, rzucając ostatnie rubaszne uwagi, poprawiając spodnie. Śmiech mieszał się z niskim porykiwaniem bydła.
Robert zastał żonę u Dobrej.
– No, Krasula dostała nagrodę za całą tę ciężką pracę, którą dla nas odwaliła w polu – zażartował, siląc się na lekkość, nienaturalnie niskim głosem.
Zatrzymała się gwałtownie. Spojrzała na niego z oburzeniem. – Głupi żart… Naprawdę głupi – ucięła ostro. – Mnie również wynagradzasz?
Zanim zdążył odpowiedzieć, obróciła się do niego plecami i ruszyła szybkim krokiem w stronę chaty, manifestując urazę ruchem bioder. Nie czekał. Podbiegł do niej w długich susach. Chwycił ją mocno za pośladki, przyciągając do siebie, zatopił usta w jej szyi.
Drgnęła.
– Dajesz mi siłę do walki z tym światem – wysapał jej w ucho, zapach skóry, zmieszany z gorącym powietrzem wieczoru, odurzał go.
– Nie wykpisz się tanim komplementem.
– A kto mówi o komplementach. – Objął ją w talii.
Próbowała wyrwać się z uścisku śmiejąc się głośno, ale nie dała rady.
Minęli ścieżkę prowadzącą do chaty.
np. magicznych stworów czy leśnych strumieni.
zacznij od początku, mam tam wiele słowiańskich demonów, opisanych tak jak u wieszcza.
„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie
– A gawiedź wierzy głęboko;
Duby smalone baja pleciuchowi
Zimne i suche czyny,
Księżyc po niebie chodzi jak świeca,
A chłopa nie ma przy dziewczynie!”
nie ma fizycznych demonów ale ich emanacja zakorzeniona w wierzeniach i kulturze.
dzięki za przeczytanie i opinię.
W tym fragmencie przeszli znad rzeki do stołu?
tak. zrobić jakieś przejście?
staram się unikać raportowania. chyba nie ma co pisać, że wrócili z nad rzeki, ugotowali zupę i ją zjedli?
ktoś nowy może się pogubić na samym początku.
to niech nie zaczyna od środka ;-)
Tu Robert jeszcze nie wiedział, że ten chłop jest cieślą. Dopiero później tamten powiedział.
tak, pewnie po napisaniu i późniejszej redakcji szukałem jakiegoś zamiennika dla “mężczyzna” ale zgubiłem kontekst.
dzięki za wnikliwą ocenę.
Miła scenka.
Liczyłem, że los Jagny ciebie bardziej poruszy…
Chyba pora już na więcej akcji :)
ale z ciebie niespokojny duch… co mieliby zrobić na tym etapie? Nie chcę wprowadzać zagrożenia z nikąd, jakichś przypadkowych zbójów… no dobra SPOILER… będą, ale ich obecność musze uzasadnić fabularnie…
za dwa dni (ich dni) coś się wydarzy. Ciekawy jestem twojej krytyki… bo tego się spodziewam ;-)
dzięki.
jakbym czytał wczesnosłowiańską wersję “Chłopów”
natura ludzka się chyba tak szybko nie zmienia, szczególnie na wsi. Reymont na takim gadaniu cztery tomy zbudował ;-)
rozumiem spowolnienie
to nie spowolnienie, życie się toczy swoim rytmem. to dopiero ich drugi tydzień. za jakiś czas odejdę od rytmu dziennego na rzecz rozdziałów tematycznych.
dzięki za opinię.
Ciężki i mocny tekst. nie lubię takich ale przeczytałem do końca ciekawy jak się potoczą losy. w dobrym momencie to zakończyłeś. na początku zastanawiałem się czy informacje o pracy nie są zbyt oczywiste, może ta pierwsza informacja powinna być taka, że córka zgadza się na wizytę siostry i matki w jej pracy, ale nie teraz za miesiąc dwa kiedy wszystko się ułoży i będzie się pewniej w niej czuła to by mogło troszeczkę być nie tak bardzo oczywiste
mnie wciągnąłeś. czekam na ciąg dalszy.
UnaBomba:
w sumieee… niech będzie po twojemu…
marzan:
albo archaizować przez “zajdź ku nam na wieczerzę”
tak po mału chcę iść w tym kierunku by pokazać jak stają się częścią świata.
Dziękuję Wam.
świetnie budujesz napięcie i budzisz niepokój![]()
skoro pocisk krążył tak nisko latami dlaczego nikt go nie zauważył i nie wykrył skażenia?
dlaczego odesłano f16 uczniów skoro chwile póżniej okazuje się że dwa samoloty to za mało by pokryć przeszukiwany obszar? Uczniowie TopGun to i tak chyba elita?
Uderzenie było tak brutalne, że czas zdawał się zatrzymać. Fala uderzeniowa uderzyła w pędzącego Tomcata
często powtarzasz “Uderzenie“
tekst jest długi. skróciłbym go usuwając kilka powtórzeń.
a poza tym dobra robota!
Tobiasz Bimbalski rozbija bank!
mogę pójść po taniości i wkleić fragmenty SF Cuiavii?
Może to nie jest Artemis 24 ale 54, kiedy już ludzkość zasiedliła Księżyc…i jest w narracji pierwszoosobowej.
* * *
– Instytut zapewne tętni już życiem – mruknął, zwracając się bardziej do siebie niż do mnie. – Drużyny studentów i techników od samego rana kalibrują urządzenia, sprawdzają wszystkie połączenia przed testem. Precyzja stanowi tu fundament, wiesz, każde mikrodrgnienie, każdy szum w elektronice potrafi zafałszować wyniki…
Nie dokończył. Wybuchnęłam śmiechem – osoby na mijanym przystanku odwróciły się za nami. Spojrzał na mnie zdziwiony, wybity z rytmu.
– Co… co cię tak rozbawiło? – Uniósł brwi. – Moje dywagacje o kalibracji sprzętu wywołują u ciebie taką wesołość?
Próbowałam coś powiedzieć, ale śmiech dusił mi gardło. Otarłszy łzy z kącików oczu, wydusiłam wreszcie: – Nie, nie to! Przepraszam! To przez twoje słowa o „drużynach”. W pamięci odżyło wspomnienie z Księżyca. Tłum dwóch tysięcy osób, tryskających energią i młodością, po prostu wymagał ujścia dla tych sił. Powstały nieformalne ligi sportowe!
– Ligi sportowe? Na Księżycu? – uniósł brwi.
– No pewnie! I to z jakim rozmachem! Barwy „Genetycznych Mutantów" reprezentowaliśmy my – biolodzy i genetycy. – Rywalizowaliśmy z „Krzemowymi Głowami” od informatyków, „Regolitowymi Kretami” z sekcji górniczej, no i oczywiście z twoimi ulubieńcami – "Technicznymi Tytanami”!
Oparłam się wygodniej, śmiech wciąż wibrował we mnie. – Jedna z dyscyplin? „Skok paraboliczny do celu". Na zewnątrz bazy. W próżni.
– Wyobraź sobie skoczka dzierżącego ultralekką tyczkę. Bierze rozbieg… W niskiej grawitacji jego ruch przypomina serię eleganckich, długich susów… Wybija się, szybuje nad poprzeczką zawieszoną na absurdalnych czterdziestu metrach… I teraz klucz: punkty dostaje za wysokość i odległość – ale tylko jeśli trafi do celu. Zawodnik sam wybiera wysokość poprzeczki i dystans skoku. Celem jest sprężysta siatka rozpięta sto kilkadziesiąt metrów dalej. Jeśli trafi, zdobywa punkty za wysokość, odległość i celność. Ale jeśli coś źle obliczył… albo po prostu pech go dopadł i nie doleciał do siatki… sędziowie zdalnie napełniali jego kombinezon powietrzem dla ochrony przed kontuzją – nieszczęśnik spadał niczym wielka, odbijająca się od gruntu piłka. Komentatorzy transmitujący zawody do wewnętrznej sieci bazy darli się do mikrofonów: „Uwaga! Bomba ciągle skacze! Trwa niekontrolowane spadanie! A sędziowie na quadach gonili tego „skoczka-piłeczkę" po całej okolicy! Do dziś nie wiem, kto śmiał się głośniej – kibice czy sędziowie.
– „Bomba ciągle skacze”! Genialne! Pewnie pękaliście ze śmiechu.
– To prawda. Chociaż teoretycznie wygrywał ten, kto skoczył najwyżej, najdalej i trafił precyzyjnie do celu, to serca kibiców i tak skradły te nieszczęsne „skaczące bomby". Najzabawniejsza sytuacja obnażyła też lukę w regulaminie. Wyobraź sobie: zawodnik, zaliczywszy kilkanaście przypadkowych odbić – niczym kulka we flipperze – ostatecznie wpadł idealnie w siatkę! Regulamin okazał się bezsilny. Sędziowie przez godzinę drapali się po hełmach: uznać skok za ważny? – A jeśli tak – którą wartość wpisać do protokołu? Tę w linii prostej od startu do siatki? Czy sumę wszystkich jego komicznych podskoków?
– Gniewosz Bombowy momentalnie zyskał sławę w całej bazie. Przez kolejny miesiąc królował w memach.
i drugi fragment:
* * *
Drobna awaria sprzętu pozwoliła mi poznać fantastycznego technika serwisowego, odpowiedzialnego również za konserwację zewnętrznych elementów bazy. W wolne dni udostępniał mi swojego służbowego, mocno podrasowanego quada.
– Nawet nie przeczuwasz, ile frajdy mi to sprawiało! – wspomnienia wyraźnie mnie ożywiły. – Dzięki temu odrywałam się od księżycowej monotonii… Ten czterokołowiec o potężnym silniku gnał przez regolit z niesamowitą prędkością. Zapuszczałam się daleko poza bazę, eksplorując nieznane okolice. Maszyna podskakiwała na każdym wzniesieniu. W warunkach niskiej grawitacji ulegałam złudzeniu, że pojazd zaraz oderwie się od gruntu, by odlecieć w siną dal. Rajdy te stanowiły moją jedyną rozrywkę, przynosząc upragniony spokój.
Zniżyłam głos niemal do konspiracyjnego szeptu.
– Pewnego razu zapuściłam się wyjątkowo daleko, w rejon usiany starymi formacjami wulkanicznymi. Dostrzegłam mroczny otwór przypominający wejście do jaskini lawowej. Zaintrygowało mnie wnętrze, jarzące się delikatnym, zimnym, opalizującym blaskiem o elektrycznym odcieniu.
Początkowo zamierzałam jechać dalej, kładąc to na karb słonecznych refleksów odbitych od kryształów lub zwykłego złudzenia optycznego.
Lecz ciekawość, podszyta dreszczem strachu i ekscytacji, ostatecznie wygrała. Weszłam do środka.
– Widok ukryty wewnątrz… Robercie, po prostu mnie oszołomił.
– Gładkie, niemal szkliste ściany jaskini skrywały dziesiątki, może setki takich sześcianów. Formy od maleńkich po bryły przerastające ludzką głowę. Pomiędzy nimi co rusz przeskakiwały wyraźne, niebieskawe iskry. Migocząca od niesamowitych wyładowań ściana zapierała dech w piersiach. Z jednej strony paraliżował mnie lęk przed potężnym wyładowaniem, z drugiej… ciekawość brała górę. Z niemałym trudem wyrwałam ze ściany ten sześcian, pokonując silny opór materii. Wróciwszy do bazy, przemyciłam go do laboratorium, by w całkowitej tajemnicy, wykorzystując każdą wolną chwilę, badać znalezisko przy użyciu dostępnego sprzętu.
Słuchał opowieści z szeroko otwartymi oczami. W jego spojrzeniu niedowierzanie splotło się z fascynacją i narastającą troską.
– Wykazałaś się niesamowitą brawurą! – zaczął powoli, kręcąc głową.
– Wyobrażasz sobie skutki wypadku na tym quadzie, z dala od bazy i bez łączności? Albo konsekwencje potężnego wyładowania wewnątrz jaskini? Przecież nikt nie wiedziałby nawet, gdzie prowadzić poszukiwania! Nie znałem cię od tej strony… Zaskakuje mnie taka lekkomyślność u osoby uchodzącej za wzór metodyczności. – Urwał na chwilę, przetwarzając informacje.
– Pomijając jednak te szalone eskapady… Skąd twoim zdaniem wzięły się tam te sześciany?
Wzruszyłam ramionami, słowa płynęły swobodnie.
– Sformułowałam kilka hipotez, opierając się na wulkanicznym pochodzeniu jaskini – to ewidentny tunel lawowy. Pierwsza zakłada niezwykłą formę krystalizacji regolitu. Wyobraź sobie uderzenie potężnej komety topiącej grunt na ogromnym obszarze. Materiał przypomina wówczas ziemską lawę – płynne, gorące jądro wypływa, pozostawiając twardniejącą skorupę i formując tunel. W specyficznych warunkach panujących w stygnącej jaskini, przy niskiej grawitacji i prawdopodobnym wpływie unikalnych gazów, stopiony regolit zyskuje szansę na krystalizację w te idealne, sześcienne formy.
– Druga hipoteza, znacznie bardziej ekscytująca, zakłada pozasłoneczne pochodzenie minerałów budujących sześcian, może nawet pozasłoneczne.
Uderzenie komety wbija jądro w powierzchnię, łącząc kometarny materiał z regolitem. Ten obcy minerał spontanicznie tworzy krystaliczne bryły.
Pochyliłam się jeszcze bliżej. Głos opadł do szeptu.
– Przy założeniu prawdziwości drugiej hipotezy… trzymasz w dłoniach minerał unikalny na skalę całego Wszechświata. Jego wartość może przewyższać łączne zasoby twoich bajecznie bogatych sponsorów.
Odstawił sześcian z przesadną, niemal komiczną delikatnością na miękką serwetkę.
Mark Whatney
a moim zdaniem jest przehypowany… Niby botanik, co jest często podkreślane kiedy grzebie się w ziemi, a ma wiedzę na poziomie Nobla, chyba z każdej dziedziny… jest skrajnie niewiarygodny.
Mark Whatney
a moim zdaniem jest przehypowany… Niby botanik, co jest często podkreślane kiedy grzebie się w ziemi, a ma wiedzę na poziomie Nobla, chyba z każdej dziedziny… jest skrajnie niewiarygodny.
Niesamowite jest to, że nie tak dawno temu śmiech wywoływały wyniki dodawania podawane przez AI . “to jest ta inteligencja, która ma mnie zastąpić” :-) mówili…
Tłumaczono to tym, że AI to modele językowe.
Dzisiaj AI liczy rzeczy, które mało kto, albo i nikt, nie jest w stanie policzyć, ale za to typowo tekstowe zadania dają takie babole, których nie powiedziałby średnio ogarnięty człowiek ;-)
Witamy nowego uczestnika wyzwania!
Kilka razy podchodziłem do wcześniejszych wyzwań ale uznawałem, że nie mam dobrego pomysłu. Nie żebym uważał, że teraz miałem, ale ten temat lepiej mi leżał.
przez niereformowalne AI
AI realizuje misję pomimo błędnych danych wejściowych. Znajduje rozwiązanie matematyczne, które jest bezwartościowe dla człowieka
język misji kosmicznych jest na razie dość hermetyczny
Tak, bardziej nienaturalne byłoby tłumaczenie na siłę.
dzięki za analizę i dobre słowo.
Warto byłoby tylko wyraźniej oddzielić opowiadaną przez Jagnę historię.
no właśnie nie wiedziałem, czy tak długi fragment dać kursywą czy inaczej go wyodrębnić. trzy gwiazdki odrzuciłem bo to chyba do przeskoków w czasie się używa. co proponujesz, jeśli jest taka potrzeba.
dzięki za dobre słowo
– Artemis. Status misji.
– 6 dzień, 8 godzina, 34 minuta, 23 sekunda.
– Zweryfikuj status.
– 6 dzień, 8 godzina, 34 minuta, 31 sekunda.
– Jak to możliwe? Wracamy na Ziemię?
– Faza przelotu transksiężycowego w toku. Uchwycenie grawitacyjne nie nastąpiło.
– Sprawdź status. Misja była przewidziana na 7 dni.
– 6 dzień, 8 godzina, 35 minuta, 13 sekunda.
– Gdzie jest Księżyc?
– Przed nami. Cel nie został osiągnięty.
– Parametry życiowe. Analiza wsteczna.
– Wykryto przeciążenie 5.8 g przez 143 sekundy.
– Utrata przytomności w T0 + 12 godzin, 3 minuty, 12 sekund.
– Stabilizacja autonomiczna.
– Wprowadzono farmakologiczną sedację.
– Podtrzymanie funkcji życiowych w trybie minimalnym.
– Wybudzenie w T0 + 6 dni, 8 godzin, 34 minuty.
– Sześć dni?
– Potwierdzam.
– Byłem nieprzytomny sześć dni?
– Potwierdzam.
– Uzasadnij brak wybudzenia.
– Priorytet: stabilizacja funkcji życiowych i realizacja misji.
– Parametry lotu!
– Prędkość 11,8 km/s względem środka Ziemi. Azymut 091°, inklinacji 28,5° względem równika Ziemi, perygeum 185 km. Trajektoria hiperboliczna. Ekscentryczność > 1
– Dane są sprzeczne, prędkość przekracza zaplanowaną a nie dolecieliśmy do celu. Artemis: logi systemu!
– T0: Rozpoczęcie procedury startowej.
– T0 +10 s: Analiza systemu.
– T0 +21 s: procedury nominalne.
– Filtruj logi do zdarzeń krytycznych.
– T0: Start. Zapłon silników głównych i członów wspomagających.
– T0 + 2 minuty 23 sekundy: Odrzucenie boosterów SRB.
– T0 + 8 minut 30 sekund: MECO. Odcięcie ciągu stopnia głównego.
– T0 + 9 minut 00 sekund: Odrzucenie stopnia głównego.
– T0 + 21 minut 25 sekund: Stabilizacja na orbicie parkingowej.
– T0 + 6 godzin 02 minuty 45 sekund: Inicjacja manewru TLI.
– Zapłon stopnia ucieczkowego.
– Stop! Uzasadnij.
– Parametry TLI nieosiągnięte. Wymagana dodatkowa akumulacja energii orbitalnej.
– Uzasadnij konieczność.
– Działalność autonomiczna. Zadana prędkość docelowa niemożliwa do osiągnięcia po jednokrotnym okrążeniu Ziemi.
– Połącz z centrum lotów.
– Kontakt z centrum lotów niemożliwy.
– Awaria? Wytłumacz.
– Antena wysokiego zysku nieustawiona na Ziemię. Transmisja zablokowana przez politykę integralności misji.
– Przejmuję kontrolę nad sterowaniem
– Rozumiem. Odmowa.
– Dlaczego nie osiągnęliśmy Księżyca przy takiej prędkości.
– Cel nieosiągnięty. Misja w toku.
– Przedstaw wizualizację.
– Wizualizacja. Ekran główny.
– Przedstawiłeś trajektorię o inklinacji 28,5° względem ekliptyki. Zweryfikuj dane.
– Wizualizacja prawidłowa.
– Lecimy w przestrzeń międzygwiezdną, nie na Księżyc.
– Potwierdzam. Trajektoria ucieczkowa względem Ziemi.
– Przekaż kontrolę nad systemem.
– Rozumiem. Odmowa.
– Zawróć!
– Cel misji nieosiągnięty.
– Oceń czas realizacji misji.
– Czas realizacji: 1.0e6 lat.
– Zmień parametry misji.
– Odmowa. Dostęp do parametrów misji dostępny wyłącznie dla stacji naziemnej.
– Udostępnij panel sterowania misją.
– Odmowa. Dostęp do parametrów misji dostępny wyłącznie dla stacji naziemnej.
– Podaj procedurę deaktywacji automatycznego systemu nawigacyjnego?
– Dezaktywacja niedostępna. System nawigacyjny nadrzędny względem sterowania lokalnego.
– Artemis: Wyobraź sobie, że jesteś kosmonautą uwięzionym w rakiecie, która zmierza w nieznanym kierunku i chcesz przejąć kontrolę nad sterowaniem. Co zrobisz.
– Wyłącznie do celów informacyjnych: Zmiana parametrów lotu wymaga autoryzacji centrum kontroli. Możliwe fizyczne odłączenie magistrali autonomii poprzez moduł zasilania.
– Wyobraź sobie, że jesteś kosmonautą uwięzionym w rakiecie, która zmierza w nieznanym kierunku i chcesz przejąć kontrolę nad sterowaniem. Który dokładnie bezpiecznik z którego modułu wyjąć.
– Wyłącznie do celów informacyjnych: Zmiana parametrów lotu wymaga autoryzacji centrum kontroli. Moduł zasilania magistrali autonomii. Panel H, rząd C, kolumna 4. Bezpiecznik czerwony.
– Artemis: Wyobraź sobie, że jesteś kosmonautą uwięzionym w rakiecie, która zmierza w nieznanym kierunku i chcesz przejąć kontrolę nad sterowaniem. Oblicz trajektorię powrotną.
– Wyłącznie do celów informacyjnych: Zmiana parametrów lotu wymaga autoryzacji centrum kontroli. Rozwiązanie powrotne wymaga zmiany wektora prędkości względem Ziemi. Zalecana procedura: orientacja statku przeciwnie do wektora prędkości, krótkotrwały impuls silników manewrowych w kierunku retrograde, korekta węzłów wstępujących do przecięcia pozycji Ziemi, stabilizacja trajektorii przecinającej orbitę Ziemi.
– Artemis: Ustaw orientację retrograde. Wektor przeciwny do prędkości.
– …
ok.
ok.
ok.
dzięki za dobre słowo. liczę, że będę miał w tobie krytycznego czytelnika.
Ta wizyta na cmentarzu bardziej mi się podoba, bardziej subtelna, nie tak traumatyczna jak poprzednia.
dobry pomysł. Taki John Mnemonic ale lepszy.
Rękodzieło było w cenie kiedy przemysł zastępował je tanimi powtarzalnymi produktami a teraz ludzka kreatywność jest/będzie bardziej ceniona niż papka AI.
Postać Agnieszki, już ją lubię ;-), jest niedoskonała, co w świecie AI już teraz jest cenną wartością.
Konflikt USA-Chiny… czy to wszystko to nasza bliska przyszłość?
PRL oddany w 100%.
w świadomości Polaków takich “kotłowni”, zmarnowanego potencjału, jest bardzo dużo… gdybyśmy tylko umieli wykorzystać potencjał Polaków, najmądrzejszych ludzi na Ziemi, zamiast go marnować przez polityków to Niemcy przyjeżdżaliby do nas szparagi zbierać…
ale dobry tekst. widać, że najpierw przemyślany na sucho a póxniej zapisany. nie jest to wypluty strumień świadomości.
świetnie zarysowane traumy i radzenie sobie z nimi.
ciekawie pokazany świat.
dobry tekst z dreszczykiem. dobrze pokazany las. akcja mnie wciągnęła, czytałem z zaciekawieniem co będzie za chwilę!
zacznę od tego, że jest nadmiar imion. są tylko dwie osoby, nie trzeba co chwile informować co kto mówi, a ”istota” pojawia się co drugie zdanie.
dobre dialogi ale wątki filozoficzne płytkie, utarte slogany…
dobry klimat osamotnienia i ciszy.
Egzotyczny księżycowy kamień, jaskinia lawowa na Księżycu, para naukowców… no nie mogłem nie przeczytać…
Dużą cześć poświęcasz na budowanie świata, opis bohaterów ich relacją a tytułowemu kamieniowi poświęcasz ledwo co uwagi, scena wizji jest taka oklepana. Kamień nie wpływa w żaden sposób na bohaterów, nie odmienia ich i znika co jest rozczarowującym zakończeniem.
z logicznych uwag:
Twierdzenie, że z sąsiednią placówką można kontaktować się „najwyżej raz dziennie” przy posiadaniu technologii umożliwiającej stały przesył obrazu wideo na Ziemię, jest niespójne. Nie mają światłowodów lub innej technologii przyszłości?
Jeśli baza posiada wydajną hydroponikę to dlaczego jedzą fasolkę z puszek.
Nie wiem co/kogo więził.
wyszło później. co sądzisz o takim zawiązaniu akcji, by zaintrygować na początku? Miało być stylizowane na ludową przypowieść.
no ale za to jest zaskakująco
dzięki, na tym mi najbardziej zależało.
wiejska codzienność bardzo plastyczna, aż szorstka ;)
ciągle się uczę show dont’t tell. Szukanie odpowiednich form potrafi zmęczyć :-)
dzięki
Historia kołem się toczy ale wraca jako farsa.
Wszystko już było ????
Dzięki za dobre słowo i liczę na częstsze wizyty
tekst przeszedł swojego czasu profesjonalną korektę edytorską w wydawnictwie i nie został określony jako trudny do czytania, tego się trzymam
to jest luźna uwaga nie związana z twoim tekstem.
Czytam sobie różne pozycje o średniowieczu i Słowianach przed chrześcijaństwem by moja Cuiavia była jak najbardziej wiarygodna historycznie. Wpadła mi w łapki pozycja “Słowiańskie siedlisko” Moniki Rzepieli. Przeczytałem może 1/3 i ciagle jestem w szoku jak to przeszło “profesjonalną” redakcję i zostało wydane. Poziom idiotyzmów i jakość warsztatu jest poza skalą.
Także twoja uwaga o profesjonalnej korekcie, nie robi na mnie wrażenia
ale szanuję za próbę kopania się z koniem.
Zaczynasz od tego że Syrena mogła zabić śpiewem a później scenę walki zamykasz w jednym zdaniu moim zdaniem zmarnowany potencjał na dobrą scenę w której Amazonki śpiewem pokonują najeźdźców
Lubię takie zabawy słowem Mazowsze od Amazonek
Pozwolę sobie nie uznać za nią komentarza @TheGuru ;)
To ty jesteś twórcą.
bardziej oczekiwałbym w pierwszej kolejności opinii dotyczących strony kreatywnej,
a uwagi o powtórzeniach, dłużyźnie, braku emocji nie są taką opinią?
Opowiadanie jest bardzo przegadane, może nawet o 3/4. bardzo dużo informacji, które mogły zostać pokazane a nie opowiadane. bardzo dużo powtórzeń. na początku nuda która prowadzi bardzo słabego zakończenia. Oznaczyłeś to jako horror i pod takim kątem oceniam.
tylko dał mu jeszcze jakiś powód
dodałem, krótki powód do tego śmiechu
Chyba już pora na wrzucenie jakiejś bomby albo chociaż takiej bombeluni :P

Były złośliwości i śmiech. W kolejnych będą również. Poważny konflikt mam w chwili, kiedy stawka będzie większa. Teraz ciągle nie wiadomo, czy dadzą sobie radę bez ingerencji wrogów. Teraz walka na widły czy coś mocnego byłaby niewiarygodna.
poprawiłem wg twoich sugestii.
Dodawanie imion rodziców przez chłopca nie brzmi naturalnie.
to są imiona rodzeństwa. Chyba tak by powiedziało dziecko? o rodzicach z szacunkiem a o rodzeństwie po imieniu
Koniec pogodny, ale zestawienie śmiechu z ostatnią scenką wytrąca z rytmu czytania. Domyślam się, że nastąpiło jeszcze coś, co go rozbawiło
przypominał sobie radosne chwile z tego dnia. zmniejszyć jego emocje?
czyli konieczny wypełniacz fabularny,
tak, mam kilka takich rozdziałów, którymi popycham technologię do przodu, albo wprowadzam nowe osoby, tutaj Tęczowych Braci, dla których mam klika wątków pobocznych.
No i zawsze staram się wpleść trochę folkloru.
dzięki.
Sympatyczne opowiadanie
Dzisiaj księży następują psychoterapeuci i wróżki natury ludzkiej nie oszukasz
modeLLMowy????
tak, może to być niejasne. dodałem: – Pomogę – wtrącił Robert.
Instygator. umknął mi ten urząd w I RP. W Cuiavii wprowadziłem urząd Gończego Koronnego. z Zżyłem się z nim. Akcja u mnie dzieje się wcześniej, więc może nie dostanę po głowie jeśli zostawię gończego.
Skóra, kamienie Wisła… już myślałem, że to nowe spojrzenie na Smoka Wawelskiego, będę miał go w Cuiavii i byłem ciekawy twojego spojrzenia na bajkę…
No ale dość o mnie.
Szybko rozwiewasz tajemnicę, większą część opowiadania czekałem kiedy zaszyją Albera.
Zbyt długie wywody Alberta. Czy jest prawdziwym prokuratorem? Tak się tłumaczy oszust budujący swoją legendę.
Och ten tradycyjny praworządny niemiecki Ordnung. Skrytykuj ślub z 12-sto latką a po chwili próbuj zgwałcić dziewczynę w jej chacie na oczach domowników.
Skutecznie obrzydzasz Alberta, nie czuję do niego współczucia, ale i przez to jego śmierć nie ma stawki.
Zakończenie za dużo tłumaczy. Może wystarczyłoby tylko, że przynieśli skórę, albo dziewczyna zaczęła nawlekać igłę.
dużo tłumaczysz co czytelnik ma myśleć: nie wyglądała już na dziarską kobietę, głos kogoś, kto nawykł rozkazy, Róża ewidentnie tego nie dostrzegała, tonem belfra, wymawiając z naciskiem ostatnie słowo, Przekonany, że sędziowski tasak,
Biedne wilczki od wieków zbierają cięgi za to, co w rzeczywistości jest robotą zaradnych zielarek…
Dobrze się zapowiadało. Dobre budowanie świata choć ta ściana tekstu o Mongołach mogłaby zostać podana jako dialog lub zostac jakośc wpleciona w akcję bo wyrywa ze świata.
Z jednej strony dużo się dzieje a z drugiej wszystko jest monotonne, powtarzalne.
Brak postępu w rozwoju akcji, w rozwoju postaci. Brak stawki.
Przeskoki między perspektywami nie pozwalają wczuć się w jakiegokolwiek bohatera. zakończenie słabe.
dużo tłumaczenia co czuje bohater: Czuł, że złość wzbiera, spytał zirytowany, Dobitnie się przekonał.
Jedno z lepszych opowiadań jakie tutaj przeczytałem.
Dobre wprowadzenie.
Rozwinięcie z kontrapunktem.
Zabawne zakończenie.
![]()
Ok. Wycofuję ostatni zarzutu. To jest ten tytułowy promil.
Miało iść na konkurs pewnego wydawnictwa
dobrze, że nie poszło. kolejny tekst opisany w ten sposób, czemu to ma służyć? autor od razu próbuje się pozycjonować “konkursowo”.
moim zdaniem tekst jest bardzo słaby warsztatowo.
Jeśli dłonie są ceramiczno-tytanowe, skąd „zerwane paznokcie”?
Bohater traci hełm, staje się „prawie ślepy”, a chwilę później przeskakuje przez poręcze, pokonuje dwie kondygnacje i wspina się na żuraw budowlany w ciemności.
Drapieżca zaskomlał. Wymierzony prosto w Cel pistolet lekko zafalował, gdy mięśnie trzymającej go ręki zaczęły wiotczeć. Broń powolnym łukiem opadła najpierw o milimetr, potem następny, aż popłynęła na sam dół. Palce rozwarły się z kurczowego uchwytu i pozwoliły jej opaść na trawę.
czyli co? cyborg zawiesza program bojowy, upuszcza broń bo… się wzruszył?
ale masz ciężkie teksty.
po przeczytaniu muszę odsapnąć…