Profil użytkownika

 

 

 


komentarze: 766, w dziale opowiadań: 680, opowiadania: 309

Ostatnie sto komentarzy

Ave Cezary_cezary!

 

Dzięki za przeczytanie i szczery komentarz. Takie są najbardziej wartościowe, bo dają wiedzę czego unikać w przyszłości. Wniosek po kilku komentarzach jest podobny – za bardzo nakręciłem i zostawiłem czytelnika z większą ilością pytań niż odpowiedzi, czego czytelnik nie lubi. I tu nie będę polemizował, tylko z pokorą przyjmuję to do wiadomości.

Tak jak już pisałem wyżej, tajemnicza dziewczynka miała być sybolem choroby, która pojawiła się nagle. Początkowo rodzice sprawę bagatelizują, albo mają nadzieję, że to nic poważnego. Nie chcą też za bardzo tłumaczyć tego dziecku i go niepokoić. Jednak choroba nie ustępuje i ostatecznie są zmuszeni wysłać chłopca na drogie leczenie do specjalistycznej kliniki gdzieś w odległym państwie. Tą chorobą w moim zamyślę miałbyć nowotwór mózgu (dzielące się komórki itp). Uzdrowiciel to po prostu lekarz specjalista, który wykonuje radioterapię i chemioterapię. W każdym razie fakt, że muszę to tłumaczyć, nie świadczy dobrze o opowiadaniu, bo tekst powinien się sam bronić.

 

Dzięki za przeczytanie i życzę miłego dnia! Ku chwale Rzymu! ;-)

Zenadro, chyba wprowadziłem trochę zamieszania. Strzelał, ale cała akcja z dziewczynką miała być symbolem choroby i walki z nią. Nie chodzi o odczytanie dosłowne czy strzelał czy nie. Potraktuj tę opowieść jak sen dziecka, gdzie rzeczy rzeczywiste są zdeformowane, podkoloryzowane itp. 

Zanadro!

 

Ten ojciec przecież w ogóle nie strzelał do niczego. :) No co Ty!

 

Co do poprawek:

Proponuję dodać “to”, bo samo “znaczy” to jednak bardzo potoczny skrót. W dalszej części jest:

W akapicie o rakach narracja jest stylizowana na mowę chłopca, stąd taka składnia i skróty.

 

To zaskoczenie pytaniem może faktycznie wybija z rytmu… Trochę sugeruje, że się znają, rozmawiają i nagle wyskakuje z pytaniem na temat czegoś, o czym miał nie wiedzieć… Może “wystraszy ją niespodziewana zaczepka” → podaję tylko jako przykład, mam świadomość, że nie jest idealny ;)

Dlaczego nie może zaskoczyć kogoś nagłym pytaniem, szczególnie, kiedy ten ktoś stoi odwrócony bokiem i nie zauważa, że chłopiec się do niego zbliżył?

Dlaczego przecinek po chłopcu? Podmiot i orzeczenie chcą być razem

Tu racja, przypadkowy błąd.

Kto po wodę poszedł? “Go” odnosi nas do ostatniego “on”, co sugeruje, że to ojciec poszedł po wodę i jeszcze nie wrócił.

Niby tak, ale skoro ojciec nie wrócił jeszcze z pracy, to jak mógł pójśc po wodę?

Jeśli “w dwóch szeregach” jest wtrąceniem, to przed “i” przecinek stać powinien. Jednak chyba lepiej usunąć przecinek przed “w dwóch szeregach”, bo po co szatkować zdanie… Można też zmienić szyk.

Możliwe, przyznaję, że z przecinkami nigdy nie jestem pewien.

 

Miłego dnia!

Witaj Koalo! 

Miło, że wpadłeś! Fajnie byłoby rozszerzyć opowiadanie, ale i tak jest już dłuższe niż przeciętne opko na NF. Chyba muszę popracować nad umiejętnością zwięzłego pisania, albo mocniej ciąć opka przed publikacją. :)

 

Cześć Zanadra! 

Przyjrzę się tym imiesłowowym równoważnikom zdań. A jakie jeszcze potknięcia językowe wyłapałaś? Gdybyś podała konkretne przykłady łatwiej byłoby mi je poprawić.

Istotnie, w połowie zmienia się klimat, ponieważ zmienia się miejsce akcji – Perłowa Wyspa i jej okolice miały mieć taki trochę baśniowy charakter. 

Rodzice nie widzą dziewczynek, tylko symptomy choroby chłopca. Ojciec chce rozwiązać problem radykalnie, kieruje nim gniew, natomiast matka próbuje swoich własnych sposobów (zioła). Ostatecznie, decydują się na drogą kurację w szpitalu. ;)

Dziękuję za polecenie do biblioteki!

 

Witaj Koalo! 

 

Sympatyczny tekst z fajnym pomysłem, który zdołałeś zawrzeć w tak krótkiej formie. Podbała mi się ta czerwona kulka, która po rozlepieniu się na części składowe dawała umiejętność rozumienia języków stworzeń. Koncówka daje do myślenia. Napisane w lekkim stylu i opatrzone nienachalym humorem. 

Witaj Ambush!

Wprowadziłem poprawki. Czytałem tekst wielokrotnie, a mimo to nie wyłapałem wielu oczywistości.

Chłopca spotkało coś, co można by nazwać niezawinioną klątwą. Dziewczynka to symbol choroby, która nie chce odejść, a wręcz się nasila, Perłowa Wyspa to symbol szpitala. 

Cieszę się, że spodobał Ci się klimat opowieści. Dzięki za odwiedziny i klika! :)

 

Cześć JolkaK!

Ucieszył mnie Twój komentarz, a szczególnie to, że mimo niezbyt szybkiej akcji opowieść Cię wciągnęła. Rzeczywiście, w końcówce nie ma zaskakującego zwrotu akcji, ani fantastycznego fajerwerku, ale jakoś mi tym razem nie pasował. Mam nadzieję, że względnie akceptowalnym przez czytelnia domknięciem historii mogłoby być znalezienie przez chłopca “całego i zdrowego” żołnierzyka, pułkownika Scotta (wcześniej zniszczonego przez zjawę), fakt, który w moim zamierzeniu miał sugerować, że i z chłopcem będzie wszystko dobrze.

Dziękuję za miłe słowa i polecenie do bilioteki!

 

 

Witaj regulatorzy!

Zaproponowane poprawki wprowadziłem do tekstu. Dziękuję za poświęcony czas i uwagę! Żaluję, że tym razem opowiadanie do Ciebie nie trafiło. Może następnym razem? :) Życzę miłego dnia!

Witaj Panie Ismaelu!

 

Może zwierzęta?

Słowa “stwory” użyłem celowo, bo to nawiązanie do stwora, który się ukazuje chłopcu.

To ona stała we wodzie, czy na brzegu?

Stała na granicy wody.

Co w tym pytaniu zaskakującego?

W treści pytania nic, ale w tym, że zadaje je zamyślonej, wpatrzonej w horyzont osobie, która prawdopodobnie nie zauważyła, że podszedł.

Może: Nie dostał od niej odpowiedzi. Nagle usłyszał wysoki, ledwo słyszalny dźwięk?

Możliwe, że to lepszy wariant.

Dziwne zdanie. Przypomina mi klasyk polskiego internetu: Jeszcze gdy chodziłem do podstawówki, to był tam taki Paweł, i ja jechałem na rowerze, i go spotkałem.

To zdanie, jak i wiele innych, ma stylistycznie przypominać sposób myślenia siedmioletniego chłopca. Może powinienem wziąć je w cudzysłów.

Dlaczego?

Ponieważ zauważyła, że coś jest nie tak.

Bez sensu.

Dlaczego?

Jak korony drzew stłumiły dźwięk?

Przeszkoda fizyczna tłumi dźwięk. Dom stał an wzgórzu otoczonym lasem. Korony drzew tego lasu sprawiły, że huk nie rozniósł się tak daleko, jak mógłby się roznieść, gdyby tych drzew nie było,

 

Ciekawe skojarzenie z “Lśnieniem” Kinga. Tak, “nacer” to coś w stylu “redrum”, ale nie myślałem akurat o “Lśnieniu”. Dzięki za komentarz!

 

 

Cześć Hesket!

 

Miło, że wpadłeś. :) Masz rację, że to nie jest “horror”, już zmieniłem na “inne”, bo “weird” nie ma w opcjach. Przy “kresce światła” miałem na myśli światło przy dolnej krawędzi zamkniętych drzwi, między pokojem ze zgaszonym światłem (sypialnia dziecka), a zapalonym (kuchnia). Jakoś mi się to skojarzyło z jasną kreską. Co do tempa, to rzeczywiście akcja przebiega raczej powoli.

Fajnie, że podobał Ci się początek i ogólnie opowiadanie, choć szkoda, że nie zapadnie w pamięć.

Hej! Piękne ilustracje, widać pracę wyobraźni. Wprowadzają w atmosferę opowiadana oraz dopełniają jego treść, wskazując na nadprzyrodzony charakter bohaterów. W pierwszej ilustracji podoba mi się zestawienie geometrycznej formy piramidy z łagodną krzywizną włosów i skrzydła postaci.

Co do opowieści, to jak dla mnie nieco zbyt zagadkowa końcówka, pogubiłem się. Kim ma stać się bohater? Kimś w rodzaju boga? Dlaczego jest częścią światła, co to ma oznaczać? Czy to forma odpoczynku, którą mu obiecuje Szef?

Nieco zbyt duże przejście od pierwszej części z wyraźną fabułą, do drugiej, gdzie zaczyna być mocno enigmatycznie.

Nieznajomy zagrał va banque z tą stówką. Zdziwiło mnie dlaczego bohater ni stąd ni zowąd wspomina o skrzynce pocztowej, a tamten to potwierdza. Oznaczałoby to, że wędrowiec nie dba nawet o pozory prawdopodobieństwa swojej historii, tylko improwizuje. Albo kryje się za tym symbolika, której nie odczytuję. Druga rzecz: facet potrzebuje znaczek na list, a zaraz w drugim zdaniu prosi wędrowca o wrzucenie listu do skrzynki. Czyli nieznajomy bredzi, ale w finezyjny sposób. :) Innymi słowy – stówka należała mu się jak psu zupa (tudzież buda). Sympatyczny tekst.

Hej! Dobrze się czytało. W pierwszej chwili pomyślałem o filmie “Her” i samotności. W drugiej o tym, jak algorytmy podsyłają nam treści, które potwierdzają nasze poglądy. Zgrabnie połączyłeś te wątki w swoim szorciku. Zaintrygowało mnie też to, że bohater ostatecznie zrezygnował z posiadnia własnych poglądów, mimo, że przejrzał grę Eli. Trochę to smutne. Daję klika.

Dużo tu psychologii. Zrobiła na mnie wrażenie scena kiedy Martin wiąże Aleksa przy sobie słowami, przekonując jak mało przed nim perspektyw i że właściwie jest zdany tylko na niego i na ćpanie. Sporo w tym smutnej prawdy o uzależnieniu i niewoli. Zaskoczyła mnie ilość zła w Martinie, bo początkowo wydawał się spoko kolesiem, nie do końca zdecydowanym, a potem tak cisnął… W sumie, pod wpływem kasy i sukcesu mogła nastąpić w nim przemiana, bo już kazał na siebie mówić pan itp. I chyba chodziło o pokazanie przemiany zarówno Martina jak i Aleksa.

Oprócz neurowizjera niewiele fantastyki, ale mi to nie przeszkadza, oby tekst był dobry. A jest. :) Bardzo dobrze się to czyta, tekst płynie naturalnie.

Miałem nadzieję, że coś więcej wyciśniesz z technologii neurowizjera, że np. na koniec Martin podłączy się do trupa (albo kolesia w agonii po złotym strzale) i będzie odbierał jakieś kosmosy, po czym stanie się jeszcze bardziej sławny, albo dozna oświecenia, albo zobaczy jakieś alternatywne wszechświaty. ;)

No ale poszłaś w realizm i psychologię, konsekwentnie. Końcówka jest mroczna jak i całe opko.

Również klikam.

 

Musiał grać na remis, niech ma tą szokującą wiadomość i spieprza.

Wydaje mi się, że powinno być “tę” wiadomość.

 

edit:

Ta inwersja czasowa z bezdusznym robotem sprzątającym ciało też jest fajnym zabiegiem. W pierwszej chwili widziałem tu kontrast pomiędzy pasją narkotykową Aleksa i zimną procedurą robota, ale po przemyśleniu może właśnie nie chodzi o kontrast, ale podobieństwo: wszak i robot i Aleks (ostatecznie) pozbawieni byli wolnej woli.

 

Jeszcze tytuł: “Czaple na dachu wieżowca”. Nie potrafię odcyfrować znaczenia. Może to tytuł jednego z obrazów Martina? Może chodzi o dwóch bohaterów, igrających z niebezpieczeństwem w zamian za piękne widoki (wizje)?

 

Taki humor lubię! Nie będąc specem od mitologii, zakładam, że nie wszystkie niuanse odczytałem ale mimo to wiele razy się uśmiechnąłem.

Tekst składa się z trzech dosyć luźno związanych ze sobą scen, w których główną część stanowią dialogi. Zabrakło mi wątku wiążącego te sceny ze sobą.

 

Herakles westchnął ciężko i przywiązał smutnego Cerbera do pobliskiego drzewa, po czym wrócił i padł na materac jak kloc.

Literówka.

Interesujący tekst z ogromną dawką wyobraźni i nieoczywistego sensu. Nie będę pisał, że mroczne, bo inni już to zrobili.

Przy kilku zdaniach musiałem się zatrzymać, zeby pojąć ich wymowę. Przeczytałem dwukrotnie.

 

Pocałunek był krótki, ale nie siostrzany.

Zabawne.

– Mieliśmy dokąd odejść, lecz nie mieliśmy skąd. Jesteśmy bowiem synem oraz córką kraju bez zabytków. Zabytkiem naszego kraju jest jedynie przyszłość.

To tak jak my, mieszkańcy Szczecina. ;)

– Zaniechaj się. (…)

– Mam się zaniechać? – powtórzył chrypą szeptu Wrona Świtu.

– Tak. Odkochaj w sobie pozostałe jutra. Czekaj na koniec szpuli i gromadź wstręt do całego świata.

Miejscami klimat pewnej desperacji i parcia do skrajności (może też eksperymentalność formy) kojarzyły mi się ze Stachurą. Przesłanie to chyba coś na kształt buddyzmu. W koturnowym stylu przemów Zaratustry…

 

Ogólnie, mega na plus, polecam do biblioteki. :)

Dobrze stworzony klimat grozy i tajemnicy. Podobało mi się to powietrze zasysane przez otchłań, strażnice i płoty, wspomnienia woźnicy opowiadane stylizowanym językiem oraz “biznes” i coś na kształt systemu prawnego, które wyrosły wokół mrocznego zjawiska. Opowieść trzymała w napięciu.

Jednakowoż… urywa się nieco zbyt wcześniej. Jest świetnie zrobione przedpole, do gry, która w zasadzie nie następuje.

Zaskoczyła mnie ta historia brakiem puenty (albo ja nie potrafię jej dostrzec), więc muszę przyznać, że zaskakujące zakończenie jest. Bohaterowie są ludźmi raczej prostolinijnymi, nie mają ukrytych motywów i to mi również pasuje. Bałem się, że ta metoda relaksacji to będzie coś strasznego, i że ci dwaj chcą pana Krzysztofa po prostu “załatwić”. Ale i oni okazali się dobrymi ludźmi, którzy czynią to, co mówią.

Zabrakło humoru, a chyba o to tu trochę chodziło.

Pies który istnieje i nie istnieje jednocześnie, dziewczynka, która została wtrącona w inną rzeczywistość, brak ciągłości czasowej, potrącenie przez samochód czegoś zagadkowego – prawdpodobnie kluczowy moment dla całej historii. Ciekawe, mimo, że nie do końca jasne. Ale chyba taki był zamysł autora – pozostawić pole do interpretacji. Kojarzy się z filmami Lyncha.

Świetnie napisane, piękne, plastyczne opisy, udane sceny horroru. Zło ukarane, jest satysfakcja. :) Jedno z lepszych opowiadań jakie ostatnio czytałem.

Mmm, no, niekoniecznie. Generatywne AI nie tyle przekazują informacje, co przewidują, na podstawie jakichś wzorców, co najprawdopodobniej będzie stało na następnym miejscu w tekście. P. tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=V0wFLjjIvU0

Obejrzałem. Tak, ten kolaps, uśrednianie, czy degeneracja (zwał jak zwał) modelów językowych karmiących się swoimi wytworami brzmi przekonująco. Kojarzy się trochę z entropią. Ale też z globalizacją i “uśrednianiem” wytworów kultury. Coraz więcej filmów, książek itd. musi trafić do szerokiej publiczności, dlatego odwołują się do generycznych sensów. Ale to nie jedyny powód, bo przecież mogą istnieć filmy uniwersalne, która przekazują jakąś prawdę ogólnoludzką. Chodzi też o to, że nowe filmy są robione na podstawie już istniejących filmów, w szczególności tych, które odniosły sukces, częstokroć będąc ich kiepskimi kalkami. Nie wiem czy analogia jest dobra, ale tak mi się skojarzyło.

Myślę, że gdyby AI miało być twórcze, musiałoby mieć kontakt z rzeczywistością fizyczną, tzn. mieć jakieś sensory, może ciało. Najlepiej, jakby było w formie takiego, lub innego robota (bądź sieci robotów).

Wnioskować, że to język, możesz tylko przy założeniu, że jest ktoś, kto rozmawia, a tam nikogo nie ma.

Gdyby dojść do samych podstaw tego, co składa się na AI, to okaże się, że są to kolejne sekwencje obliczeń matematycznych, więc trudno mówić tu o “kimś”. Z drugiej strony, materialista mógłby powiedzieć, że człowiek to grupa atomów, które odziałują wzajemnie, zatem i tu nie można mówić o osobie.

Tarnino, Nie jestem pewien w jaki sposób algorytmy działaja w tej technologii. Ale można je stosować, o czym świadczą na przykład “smart contracts”, czyli zakodowane na blockchainie zdecentralizowane umowy. Żeby wyegzekwować taką umowę, nie jest wymagana “trzecia strona”, bo konsekwencje umowy automatycznie się wykonują przy spełnieniu jej warunków. Taka umowa nie może też być zmieniona, sfałszowana itp. Wynika z tego, że jakiś algorytm może być zakodowany i wykonywany. Temat jest dosyć obszerny, a ja niestety nie mam głębszej wiedzy. :)

 

Skryty, Kiedyś czytałem, że pozwolono dwóm chatom SI rozmawiać ze sobą. Początkowo gadały po angielsku, ale z czasem zaczęły skracać zdania, zmieniać słowa, a nawet wprowadzać nowe pojęcia, w “ludzkiej mowie” nic nie znaczące. Innymi słowy, wykształciły sobie własny język, totalnie niezrozumiały dla człowieka, ale prawdopodobnie dużo szybciej przekazujący informacje.

 

Pnzrdiv.117, Tak, bo oni sami mieli być w jeszcze innej symulacji. :)

Ale my nie jesteśmy na tym wyższym poziomie… :) Samo to, że nie możemy dojść (czy zrozumieć) odpowiedzi, nie oznacza, że jej nie ma ani że nie warto próbować.

To prawda. Warto próbować.

Po przemyśleniu dochodzę do wniosku, że nieprecyzyjnie się wyraziłem. Chodziło mi raczej o sparodiowanie debat Dawkinsa, niż o podważenie zasadności samego zastanawiania się nad sensem istnienia czy nad zagadnieniami stworzenia i duchowości. Właściwie uważam, że to bardzo ważne sprawy.

Dlaczego?

Ponieważ blockchain polega na kopiowaniu tego samego zapisu w milionach kopii w różnych miejscach Internetu, porozrzucanych geograficznie. System co jakiś czas się updatuje i synchronizuje, tzn. sprawdza, czy wszystkie zapisy są identyczne. Przy “niezgodnej z zasadami” (np. próbie zhakowania) zmianie jednego, kilku, lub nawet kilku tysięcy zapisów, system przywraca je do tego, co zawiera większość. Wynika z tego, że żeby zmienić zawartość zapisów musiałoby więcej niż 50% kopii zostać jednocześnie zmienionych, co jest w praktyce niewykonalne. To tak w uproszczeniu.

Gdyby zatem powstał jakiś algorytm SI w tym systemie, ciężko byłoby go “wykorzenić”. Jeżeli ten algorytm byłby na tyle złożony, żeby symulować świadomość, albo nawet całą cywilizację, mógłby trwać bardzo długo. Byłby światem równoległym do naszego – istniejącym tylko w przestrzeni cyfrowej, ale od naszego zależnym (bo gdyby infrastruktura elektroniczna składająca się na Internet uległa zagładzie, ów system też by zniknął). Jednocześnie potencjalne istoty zamieszkujące taki świat nie bardzo miałbyby pojęcie o materii.

Jednakże taka hipoteza raczej jest nierealna, ponieważ algorytm ma swoje fundamentalne ograniczenia i nawet najbardziej złożony, raczej nie będzie w stanie symulować świadomości. Ale to już rozważania filozoficzne.

Ciekawa kompozycja zbudowana na kontraście, można by nawet rzec, że malarska. Jest światło i cień, jest zestawienie brył, jest dynamiczna przestrzeń, która nadbudowuje się, redukuje, asymiluje napotkane byty i która przez to jest w jakimś stopniu zagrożeniem dla zamieszkującego ją QARa. Ten świat pobudza wyobraźnię.

Za kontrastem brył i światła idzie konflikt, potem próba przełamania go. Moment, w którym z względnie abstrakcyjnych obrazów wyłania się pozytywna emocja, a konkretniej, kiedy dochodzi do przyjacielskiego spotkania dwóch bytów z różnych części świata, zrobił na mnie wrażenie. Pomyślałem nawet, że OUA okaże się “kobietą” (chyba przez “A” na końcu imienia). Byłby to kolejny kontrast. Potem zrozumiałem, że OUA to nie imię, ale coś w rodzaju rasy. “O” oraz “U” rzeczywiście mogą kojarzyć się z kulą, ale to zapewne przypadkowa zbieżność.

Dialogi skojarzyły mi się z mową delfinów w “Hyperionie” (albo z mową SI z Technosfery). Niektórzy z komentujących narzekali na zbyt dużą abstrakcję. Jak dla mnie dialogi mogłoby być jeszcze bardziej pojechane, najchętniej na granicy zrozumienia. :)

Ogólnie tekst czytałem z przyjemnością. Historia konfliktu ras nie była nadmiernie rozbudowana, co uważam za trafną decyzję, ponieważ nie konkurowała z wykreowanym światem. Wątek rytuału pod Ostrosłupem Stwórcy był intrygujący i trochę miałem nadzieję, że będzie nieco bardziej rozwinięty, np. że tkwi w nim tajemnica, która zjednoczy zwaśnione rasy (komunia).

W końcówce można doszukiwać się sugestii dalszego ciągu: QAR umiera, ale przez jego śmierć rasy opamiętają się i ostatecznie zjednoczą. Ale to już moje domysły. :)

Outta! Tak, wiem o czym mówisz. Oddanie takiej obcości jest w zasadzie niemożliwe, bo byłaby to totalna abstrakcja. Moim zdaniem jedną z lepszych prób komunikacji z obcymi pokazał film “Arrival”. Koncepcja języka w tym filmie jest jedną z bardziej oryginalnych z jakimi się spotkałem w twórczości SF. Co do innych wątków w moim szorcie, to jest jeszcze pomysł zasadzenia się SI na technologii blockchain. Dzięki temu SI byłoby w zasadzie nie do usunięcia, tak jak obecnie bitcoin (chyba, że razem z Internetem). Osobiście sądzę, że to się może w przyszłości wydarzyć. Są już kryptowaluty “flirtujące” z SI.

Jest jeszcze jedna myśl: w zasadzie nasze dyskusje na temat storzenia, bądź spontanicznego wyłonienia się wszechświata, mogą na jakimś wyższym poziomie tracić swój sens. Nie wiem czy to jest widoczne w tekście.

Chętnie przeczytam Twój tekst, dzięki za link!

 

Młody Pisarzu, Cieszę się, że Twoim zdaniem tekst się obronił, i pobudził myśli, mimo, że nie wszystko było jasne. Fajnie, że rzuciłeś okiem!

 

Finklo, Trafiony zatopiony. Tak, to miała być parodia debat Dawkinsa, które swego czasu cieszyły się niemałą popularnością. Co do imion braci to, 18-15-02 R-O-B (Robert), 01-18-20 A-R-T (Artur), kolejne litery alfabetu. W jakiś sposób dane braci przedostały się do sieci. Początkowo myślałem, żeby jeszcze bardziej zapętlić tekst, tzn. bracia generujący świat debatujących istot sami są wygenerowani przez SI jeszcze innych istot… ;) Ale less is more. I tak tekst okazał się wystarczająco zawiły.

Koala75, Bitcoin miał być w tym przypadku aktem stwórczym owego świata. Ostatnio dochodzą mnie zewsząd informacje o tym jak przełomowa to technologia, więc jakoś tak przemyciłem to do tekstu. ;D Fajnie, że się uśmiechnąłeś z rana.

 

Tarnino, Rzeczywiście, treść ta sama, tylko dekoracja się zmieniła. ;DD

Regulatorzy,

Dziękuję za zerknięcie na tekst i wyłapanie literówki. Przykro, że sposób napisania tekstu utrudniał lekturę. Jak wyżej wspomniałem, forma miała nawiązywać do potencjalnego sposobu “myślenia” istot zamieszkujących świat cyfrowy, stąd ten mniej lub bardziej abstrakcyjny “żargon”.

 

JolkaK,

Miło, że mimo trudności podjęłaś jednak wysiłek żeby przebrnąć przez tekst. Uświadamiam sobie, jak trudno jest znaleźć równowagę między podaniem czytelnikowi przekazu za bardzo “na tacy” (co nie da mu satysfakcji), a byciem niezrozumiałym (co może być dla niego irytujące). Po raz kolejny uświadamiam sobie jak trudną sztuką jest pisanie.

 

Tarnino,

Poprawiłem. Sporo tych literówek było.

…? A co tutaj oznacza "materia" i "materializm"? Bo może też oznaczać cyfry.

Założyłem, że cyfry materialne nie są, że są bardziej koncepcją. Właśnie chodziło mi o to, że te “ludziki” żyją gdzieś powiedzmy w chmurze, w jakimś Metaversie, czy innym systemie, ale docierają do nich sygnały, że kiedyś, gdzieś, w jakiś sposób istniał świat materialny, dotykalny, ale one nie mają pojęcia co to takiego.

I oto właśnie klucz :D Lusterko satyryczne ^^

To się zgadza, miało być w konwencji satyrycznej.

 

SNDWLK,

Dobra, czyli to jest mniej skomplikowane, niż mi się wydawało. :)

Tak, diabeł nie taki straszny jak go malują. :)

 

AdamKB,

“Powtórka” Lema od razu się przypomina…

O ile pamięć mnie nie zawodzi, nie czytałem “Powtórki” Lema.

Po chwili szperania w internetach znalazłem i widzę, że jest to jedno z opowiadań ze zbioru “Cyberiada”, więc możliwe, że dawno temu czytałem. Był czas, że metodycznie czytałem dzieła Lema (łącznie z monumentalną Summą). Zerknę dziś po południu, bo ciekawy jestem ewentualnego podobieństwa.

Hej!

 

Dzięki za czytającym za komentarze! Wiem, że przebrnięcie przez tekst mogło sprawić pewien kłopot, trochę się tego obawiałem. Będę musiał wziąć poprawkę na przyszłość, żeby nie za mocno mieszać. Ogólnie chodzi o to, że jakiś tam świat powstał kiedy algorytmy SI zainstalowały się na technologii blockchain no i istoty taki świat zamieszkujące debatują nad tym czy istnieje materia, czy tylko cyfra (analogia do debaty świat duchowy vs świat materialny).

Tekst miał być eksperymentem, gdzie forma miała naśladować sposób “myślenia” tych istot. Bo co właściwie mogłoby wypełniać treść ich świadomości? Pewnie jakieś informatyczno-liczbowe pojęcia i echa ze świata ludzkiego, które w jakiś sposób do nich dotarły. Istoty te (uniswapy, na marginesie terminologia ze świata crypto) są na tyle dociekliwe, tudzież do nas podobne, że chcą dotrzeć do źródeł swego istnienia. A że czas płynie tam szybciej, to i ich cywilizacja się już rozwinęła, obrosła w mity, hipotezy itp.

 

Dziękuję Tarnino za zwrócenie mi uwagi na błędy, wprowadzę poprawki przy najbliższej okazji!

Kawę :) W dużych ilościach. ;)

Chodziło mi o to, że krasnolud miał niebieską skórę, no i ogólnie okazał się kosmitą, o czym świadczy również srebrzysty spodek, którym wjeżdża na scenę jego towarzysz. Zatem tajemnica proweniencji czterech krasnoludów stopniowo zaczyna być ujawniana…

Andrzej otworzył drzwi. Na progu stały cztery krasnoludki ubrane w szaty mnichów.

– Dzień dobry, przyszliśmy pana porwać – powiedział pierwszy z nich, po czym wbił w nogę mężczyzny strzykawkę i wpuścił mu do organizmu truciznę.

Ten cofnął się jak oparzony, jednak było już za późno.

Ela wpadła do przedpokoju. Wrzasnęła dziko i w pełnym pędzie kopnęła pierwszego krasnala, którzy przeleciał nad schodami i wypadł przez okno klatki schodowej. Pokurcz w zielonej czapce ugryzł Elę w kostkę. Trzeci z napastników wpakował kobiecie dawkę trucizny prosto w pośladek, dokładnie w chwili gdy w drzwiach pojawił się pitbull.

Jednak czynsz był zdecydowanie za wysoki, aby łysego rapera obchodziło, co się dzieje z właścicielami mieszkania. Przeszedł tylko przez przedpokój, starając się nikogo nie nadepnąć, wszedł do kuchni, wyciągnął piwo z lodówki i wrócił do swojego pokoju układać kolejne hity. Jeden z krasnoludków pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie spodziewał się, że dawna legenda popu będzie w tak złym stanie.

Palce spłaszczone, by efektywniej uderzać w klawisze keyboardu. Uszy na stałe podłączone do wzmacniacza. Andrzej pozbył się nawet purpury wzrokowej z siatkówki, dzięki czemu mógł czytać nuty nawet przy słabym oświetleniu, oraz włosów z głowy, która stała się doskonałym rezonatorem. I, oczywiście, dał sobie wymienić wątrobę.

Najniższy z krasnoludów zrzucił strój mnicha, ukazał swą lazurową nagość i, niczym fleszem, objął nadprzyrodzoną poświatą Andrzeja oraz Elę, zamykając ich tym samym w świetlistej kuli. Tymczasem wykopnięty wcześniej krasnolud wrócił. Pojawił się za oknem (tym samym którym wcześniej był wyleciał), tym razem siedząc za sterami czegoś w rodzaju srebrnego spodka. Pitbull (nota bene również Andrzej), skonstatowawszy że jednak Młody opchnął mu dziś cudny towar, dopił piwo, rzekł “lol” i wrócił do tworzenia kolejnego bitu.

Mam wrażenie, że kilka lat temu na tym poratalu już czytałem i komentowałem opowiadania autora piszącego w bardzo podobnym stylu. Aż się zastanawiałem czy to nie ta sama osoba, tyle, że ze zmienionym nickiem.

Podzielam zdanie komentujących co do nieco niekonsekwentnego stylu, a w szczególności słabej sygnalizacji powodu, dla którego zapiski w pewnym momencie stają się tak mocno wystylizowane na staropolszczyznę. Zadawałem sobie pytanie czy autor w pewnym momencie postanowił zaeksperymentować, czy po prostu poczuł taki “flow” i wyszło to naturalnie? Niezależnie od tego, jeżeli o mnie chodzi, to kupuję to całkowicie. To stopniowe pogrążanie się w głębinach mroków i towarzyszące mu przestylizowywanie tekstu, aż do momentu, gdzie ciężko było pojąć znaczenie, odczytałem jako pogrążanie się bohatera w dezorientacji i szaleństwie.

Teraz krótko o kompozycji tekstu. Scena, kiedy prowadzący autora zapisek mężczyzna wskazuje mu wejście do wykutej w skale niszy, a sam zostaje w miejscu, oraz to, co się wewnątrz tego pomieszczenia dzieje, wydaje mi się punktem kulminacyjnym opowiadania. I tu mam pewne zastrzeżenie. Bo o ile odczytałem ten moment, jako punkt kulminacyjny grozy, po którym powinno pojawić się rozładowanie napięcia, to opowiadanie zaczęło ponownie prowadzić czytelnika w kierunku grozy, kierując narrację z powrotem do wydarzeń związanych z uczonym, dr Klarenbachem. Początkowo spodziewałem się że teraz właśnie nastąpi jakieś chociaż częściowe wyjaśnienie, albo jakaś klamra itp. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Raczej, autor ponownie zaczął budować napięcie i grozę, które jednak – w moim mniemaniu – spaliło nieco na panewce, ponieważ kilkuzdaniowa informacja, że uczony został poddany torturom była zabiegiem zbyt słabym, żeby konkurować z tym, co działo się w jaskiniach. 

Podsumowując, opowiadanie wciągnęło mnie i czytałem z zapartym tchem. Czułem grozę i niewymuszony surrealizm, jakby autor wkładał w tekst (mroczną) cząstkę siebie. Innymi słowy, czułem w tekście autentyzm. Zgłoszę go do biblioteki.

Podoba mi się wieloznaczność i atmosfera tego opowiadania, mimo pesymistycznej wymowy. Facet ucieka od rzeczywistości, jego siostrę to wkurza. Trochę smutne, że ich światy się ostatecznie rozjechały.

Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa mimo, że tekst publikowałem dawno temu. Poprawki wprowadzone!

Bardzo dobry tekst. Tak jak już wcześniej zauwżył Jim, nie przekroczyłeś linii, poza którą sceny uzdrawiania straciłyby swoją wieloznaczność. Można je odczytywać na wiele sposobów, np. jako ilustrację mechanizmów samooszukiwania się ludzi. Bardzo lubię takie balansowanie.

Druga z mocnych stron tekstu, to odmalowanie klimatu prawosławnej wsi.

Uzdrowiciel skojarzył mi się z Rasputinem.

 

Przeczytam jeszcze raz, bo mogłem coś przegapić. Było też kilka literówek, których nie zanotowałem, ale wrócę z nimi.

 

Edycja:

Nie szosą iwanofrankiwską, nie koleją karpacką, ale opuściwszy suczawicki monastyr zmierzał prosto do naszego miasteczka, depcząc bosymi stopami błotniste ścieżki huculszczyzny boso, błotnistymi ścieżkami huculszczyzny.

Zmierzał do miasteczka nie szosą, nie koleją, ale (czym?) błotnistymi ścieżkami. W ten sposób zdanie to brzmiałoby logiczniej.

 

Zapłonęły w letnim słońcu złote kopuły cerkwi zaśnięcia Bogarodzicy, a okopcone ogniem świec stare ikony zdawały się przyoblekać przyoblec w uśmiechy swe surowe oblicza na widok świętego brata, zbliżającego się do domu bożego.

Chyba rozbiłbym to zdanie na dwie części, bo cieżko sobie te wszystkie nagromadzone niuanse wyobrazić.

 

(…) zbliżającego się do domu bożego. Mieszkańcy Ihrowca wylegli z domostw, wpatrując się w wysoką, odzianą w śnieżnobiałą albę postać brata Semki, kroczącego ulicami naszego miasta.

W poprzednim zdaniu wiemy już, że brat Semka się zbliża, więc nie ma sensu powtarzać w kolejnym zdaniu, że kroczy.

 

Wierzyłyśmy w nich, że wrócą w glorii chwały.

Gloria to to samo co chwała, więc albo jedno, albo drugie słowo.

 

Domem Łazarza była nasza stara kamienica kamienicą w rynku

 

 

Hej!

 

Mam podobnie jak regulatorzy, nie do końca pojąłem jakie znaczenie w tekście ma dziewczyna z działu marketingu. Myślę, że chodzi o to, że tester wymyślił hasło bardziej zabawne niż proste “z nami dalej i bezpieczniej”. Czyli tester jest bardziej inteligentny od młodej dziewczyny z działu reklamy, ale ją lubi i nie chce jej robić konkurencji (bo i tak AI będzie jej robić konkurencję).

Ogólnie, lightowy tekścik, który spoko się czytało, z humorystycznym akcentem na koniec.

Krótko i treściwie. Lubię teksty, w których każde zdanie coś wnosi do treści.

Imię Morfeusz nieco mylące, bo jeżeli jest w śpiączce to chyba nie ma świadomości tego co się dzieje wokół?

Pomyślałem, że chyba lepiej jakby go nie odratowali. Bo obserwował wszystko z góry, a tak to tylko słyszy i cierpi. Więc chyba w sumie wyszło na gorzej.

Ten tekst przypomniał mi jak kilka dni temu oglądałem ponownie Terminatora jedynkę i dwójkę z dwunatoletnim synem: robot z przyszłości, w której gatunek ludzki jest wybijany (a w przypadku tego opowiadania już wybity) przez maszyny.

Oszczędnie napisane, z klarownie pokazanym pomysłem. Zgadzam się z komentarzami innych użytkowników, że podejście wujka do całego zdarzania jest zbyt beztroskie. Może historia uprawdopdobniłaby się gdyby odkrycia dokonywała grupa nastolatków?

Ogólnie opowiadania na plus, ale moim zdaniem trochę za mało na bibliotekę.

Wciągnął mnie ten tekst. Od początku jest dynamicznie. Zastanawiałem się czy bohater zdąży na pociąg, dokąd ten pociąg pędzi, o co tu w ogóle chodzi. Fajnie też wyważone są proporcje między realizmem a surrealizmem, dzięki czemu klimat grozy i horroru przekonuje.

Przekaz dosyć jednoznaczny: potępienie rewolucji, która zjada nie tylko swoje dzieci, ale wszystkich jednako i nie ma wobec niej właściwej postawy. Trochę zabrakło mi światełka w mrocznym tunelu, ale chyba próżno go szukać w gatunku horroru.

Wdarło się sporo literówek, przydałoby się oczyścić tekst. Proponuję wrzucić do worda, on szybko wyłapie drobiazgi.

Podoba mi się. Lakonicznie napisane, przekaz zawarty w małej ilości słów. Temat aktualny – będzie coraz mniej młodych ludzi.

 

Chociaż tekst krótki, to dam klika do biblioteki (przekaz do mnie trafił).

Hej,

 

Fajnie się czytało, jakoś tak miękko i natualnie jest to napisane, z akcją i dynamiką, widać, że był flow. Lubię taką freestylową jazdę wyobraźni, o ile sama treść nie rozjeżdża się za bardzo. I tu muszę się przyczepić, bo według mnie zabrakło nieco tej dyscypliny tworzenia treści. Zaczyna się od wizji z dziewczyną nad jeziorem, potem jest ucieczka, przemierzanie fantastycznego, prawdopodobnie dystopijnego świata, konfrontacja z gwardzistami, a potem z jednym, poteżniejszym i zbyt pewnytm siebie przeciwnikiem, nagła śmierć tego ostatniego i na koniec rodzaj klamry – powrót do wątku związku z dziewczyną. Ok, ale nie do końca zrozumiałem jaka jest puenta. Chciałbym jasniejszego połączenia tych wątków, żeby zaczepić na czymś myśl. Wprawdzie można się domyślać, ale tu troche za duże pole do manewru. Bo chodzi o to, że bohater miał jakiś nieudany związek i zdarzyło się coś tragicznego? Z jego powodu? Jacek odegrał tu jakąś rolę? Jak to ma się do ich mocy, czy ponadprzeciętnych umiejętności? Jak ma się do tego jego początkowa wizja, łącze w kręgosłupie, plan ucieczki itp.

Zastanawia mnie też użycie słowa “predyktor” – czy moc predyktorów wynika z umiejętności przewidywania przyszłości? Z tekstu wynika, że raczej z kontrolowania technologii. Widzę, że ten problem poruszyli też poprzednio komentujący, usprawiedliwiając, że słowo może w przyszłości znaczyć co innego, jednak moim zdaniem jest to trochę mylące.

Podsumowując: na plus.

Chyba częściowo identyfikuję się z postacią bohatera i jego fobiami. :) Sama idea bycia sobą a nie kimś innym oraz pytanie co właściwie decyduje o tym, że jesteśmy sobą, nierzadko spędzały mi sen z powiek.

Narracja prowadzi czytelnika (i jego wyobraźnię) za rączkę, jednoczesnie nie będąc banalną.

Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że dawno nie czytałem tak dobrego, tak mocno działającego na wyobraźnię tekstu. Trafił do mnie w stu procentach.

Lubię fantasy, lubię opisy bitew z potworami, więc już od początku tekst był u mnie na plus i wzbudził oczekiwania. Obawiałem się zaburzenia proporcji i kiedy pojawił sie nagły ataku furiali, obawiałem się, że będą overpowered i zmaganie całych armii okaże się bez sensu. Jednak skonstuowałeś je w sposób wyważony i przemyślany. Ich istnienie ma sens w kontekście całej opowieści. Podobał mi się szczególnie koncept z okiem, i fakt, że stało za tym coś więcej niż efekt. Fakt, że DellenBach był pod władaniem innego demona/ boga oraz że królowie okazali się pionkami w grze potężniejszych istot, zaskoczył mnie pozytywnie. Stworzony świat, mimo sporej ilości postaci i kilku królestw, daje się ogarnąć. To też na plus. No i ostatecznie fabuła zamknęła się logicznie, co nie jest znowu takie oczywiste.

Natomiast mam małą uwagę co do kompozycji. Moim zdaniem tekst jest za krótki w końcówce, przez co pierwsze dwie częsci (bitwa oraz dialog w zamku) stają się nieproporcjonalnie długie. Chciałbym spokojniej prowadzonej, nieco mocniej rozbudowanej drugiej częsci tekstu (od momentu zabicia królowej).

Podsumowując, tekst na plus i polecę do biblioteki (o ile już nie dostałeś odpowiedniej ilości klików).

 

– Wyglądasz okropnie! Zabrakło ci żołnierzy, żeś sam złapał za broń? – Ovidien musiał zauważyć zaniepokojenie na twarzy Dellenbacha,

Nie powinno być DallenBacha?

 

Super, w takim razie będę starał się śledzić wątek (w miarę czasowych możliwości). Pozdro!

Cześć :)

 

Dopiero odkryłem ten wątek. Jak byście jeszcze kiedyś organizowali spotkanie, to dajcie znać. Uprzedzam, że o grach planszowych mam małe pojęcie (grałem trochę w Catana i Monopol wink, ale wszelkie Warhammery i inne są mi znane jedynie z nazwy).

Szczecin to stolica obszaru geograficznego, zwanego Pomorzem, który wraz z miastem przechodził z rąk do rąk (Łużyczanie, Polacy, Święte Cesarsto Rzymskie, Szwedzi, Prusacy i znowu Polacy, od czasu do czasu było to też niezależne księstwo). Dlatego ciężko ustalić jakąś jego tożsamość. Skoro jesteśmy na portalu Fantastyka, gdzie opowiadania często czerpią inspiracje z mitologii Słowiańskiej, to można wspomnieć o związkach Szczecina i całego regionu z Arkoną – dawnym słowiańskim grodem i ważnym miejscem kultu. Obecnie teren dawnej Arkony leży na ziemiach niemieckich (Wyspa Rugia, Brandenburgia). Po zniszczeniu centralnej świątyni Słowian Zachodnich w Radagoszczy w XI wieku właśnie Arkona (z posągiem i skarbcem Świętowida) stała się główny miejscem kultu. Słowianie Zachodni opierali się naciskowi chrześcijańskich wówczas Polski, Saksonii i Danii. Kilkadziesiąt lat po zniszczeniu Radagoszczy, Arkona podzieliła jej los, ulegając wojskom Duńskim.

Moim zdaniem tamte czasy, wierzenia i sam obszar ścierających się światopoglądów stanowiłby fascynujące tło dla opowiadania, bądź powieści fantasy. Nie wiem czy istnieją takie. Słyszałem jedynie o “Dagome iudex” Nienackiego, którą zamierzam sobie sprezentować pod choinkę. Jeżeli ktoś zna książki tego typu, byłbym wdzięczny za namiary.

Dobry tekst, solidnie napisany. W kilku miejscach trochę dla mnie niejasny (np. czy na fotografii było kilka osób, czy jedna? W pewnym momencie Buria zaczęła atakować “swoich” żołnierzy a nie powstańców, słabo to jest zaznaczone, a to przecież znaczący zwrot akcji). Sama historia Ryszarda jest przerażająca, można powiedzieć czysty horror (tak jakby cierpienia zesłańców na sterydach, a może analogii należałoby szukać w losie janczarów?). Nie jest też dla mnie jasne czy on sam zgodził się na współpracę z Rosją czy go do tego jakoś zmusili. Z okoliczności wygląda, że raczej to drugie, bo był otumaniany, ale z drugiej strony jest fragment, że sam im budował tego drednota. Dlaczego im pomagał, przecież byli okupantami?

Słowo drednot (Dreadnought) kojarzy mi się z okrętem (znam z gry Battlefield 1 smiley ) a nie z maszyną naziemną, ale rozumiem, że w alternatywnym świecie odnosi się do czegoś troszkę innego.

Ogólnie na plus, opisy plastyczne, historia spójna i przemyślana (oprócz drobnych niejasności wymienionych wyżej). Zgłaszam do biblioteki.

Podobało mi się! Z pomysłem, dobrze skomponowane i punktujące absurdy Ziemian. :) Klikam do biblioteki.

A więc było ich dziesięciu, przetrwało sześciu i dowódca, choć ten ostatni ostatecznie padł. Fragment mnie zaciekawił, klimat fajny. Ok, siedzą w tej ciemnej chacie, prawdopodobnie okrążeni przez żądnych zemsty chłopów i co dalej?

Inna rzecz – to chyba spora wioska, albo dobrze zorganizowana, bo myślę, że dziesięciu ubrojonych wojowników poradziłoby sobie z garstką chłopów. Zresztą, czy ci ostatni by ryzykowali masakrę i potencjalne zniszczenie wioski ze względu na zgwałcone żony? Może tak, pewnie zależy od charakteru.

Chyba, że zastawili pułapkę. Ale w takim razie ci wojownicy musieliby być bardzo nieostrożni albo pewni siebie. A chłopi musieliby ich złapać w jakimś ciasnym pomieszczeniu, może w karczmie, albo podczas snu, kiedy by odłożyli broń.

 

Dopiero po przeczytaniu komentarzy złapałem, że on przemawia do martwych. Cieżko się zorientować.

Podobał mi się wierszyk!

Jak ja bym chętnie wszystko rzucił i wyjechał w Bieszczady. crying

Facet pod pozorem bycia kierowcą ubera (?) oczyszcza miasto ze społecznych mętów. Ciekawy pomysł i ogólnie, dobrze się czyta, choć całość sprawia wrażenie migawki z jakiejś dłuższej historii. Bohater ma rys psychopatycznej osobowości i na tym można by oprzeć nieco dłuższe opowiadanie.

Witaj!

 

Do mnie tekst trafił. Pusty dom. Obce sąsiedztwo. Ojciec, wiszący nad ziemią (oderwany od rzeczywitości?) z którym trudno się porozumieć i spełnić jego prośbę (pozornie drobiazg, a jednak niedostępny), i który ostatecznie sam się rozpada. I to rozpada się w coś, o co sam prosił, a czego syn nie mógł znaleźć.

Nie będę się kusił o interpretację, powiem tylko, że te obrazy na mnie podziałały.

Właśnie, jak to jest z tymi korzeniami Entów… A może oni wyciągają je po prostu wszystkie, nie zostawiają nic pod ziemią i używają jako nóg? A potem tylko wkładają z powrotem i nie muszą wypuszczać nowych? Czy tak się nie da?

Wracający z wojny, jak wiadomo, już nie do końca są tacy sami i często nie mogą sobie znaleźć miejsca w cywilu. Muszą na nowo zapuszczać korzenie, pewnie tym razem płytsze, sięgające nieco innych obszarów, a może nawet czerpiące z tego, co toksyczne? Ale ludzie to nie Enty.

Hmm… Daje do myślenia.

Na moje oko wygląda, że odleciał kot. Ale logika ostatniego zdania zwaliła mnie z nóg:

Już miały dzwonić na policję, gdy zorientowały się, że zostały same.

Czyli obecność kogoś jeszcze jest warunkiem tego, żeby zadzwoniły na policję? Czyli jakby był jeszcze Marek, albo kot to by zadzwoniły, a jak zostały same to nie zadzwonią? Bo wiedzą, kto odleciał? Nijak tego nie mogę rozgryźć. indecision

Hej!

 

Kliamtyczny, bogaty w opisy doznań zmysłowych tekst. Miałem wrażenie, że poruszam się na granicy snu i jawy, a w tle majaczy bliżej nieokreślona złowrogość, tudzież czekająca na rozwiązanie mroczna tajemnica. Listonosz i jesień to nieco surrealistyczne zestawienie (pusty list, spadający liść), które wpisuje się w przenikającą opowiadanie poetykę marzenia sennego. Nocną walkę ze zmorami przy użyciu mieczy ze zmurszałego drewna (szczególnie w kontekście onirycznej scenerii) można odczytywać jako metaforę walki człowieka z tym co przemijające, nietrwałe, mroczne i złe. Perspektywa człowieka, który nie opuszcza swojego domu i ogrodu daje do myślenia i również może być odczytywana szerzej.

Uważam, że choć tekst jest przesycony bogatymi opisami (na mój gust w niektórych zdaniach jest za dużo przymiotników), stosunek formy do treści jest do zaakceptowania, ze względu na specyfikę opowiadania. Choć są miejsca, gdzie możnaby pokusić się o przycięcie zbyt bujnych słownych “pnączy”, np.:

Na środku błękitnego salonu stał fortepian, pod ścianami drżały w przestrachu wielkie kwiaty róż. Pomieszczenie pachniało ostatnimi dniami lata, jakąś zmianą, przesileniem. Politura instrumentu błyszczała w ciepłym świetle świecy. Florian położył na nim płyty, koc delikatnie umieścił w głębokim, ciężkim fotelu. Podszedł do wielkich okien, za którymi szalała burza i zamknął okiennice.

W domu zapanował mrok. Jedynie płomień świecy rozpraszał go, tańczył refleksami w płatkach i liściach róż wspinających się po ścianach, lśnił w tafli fortepianu.

Dwa razy scena odbijania się światła świec w politurze fortepianu.

 

Zabrakło mi również nieco mocniejszego podkreślenia konkluzji (albo znaczenia elementów symbolicznych).

 

Podsumowując: opowiadanie zrobiło na mnie pozytywne wrażenie i polecam je do biblioteki.

 

EDIT: Przyszła mi też do głowy postać Harolda Smitha z Twin Peaks.

 

EDIT2: Przy ponownym czytaniu potknąłem się przy tym fragmencie:

Był jak plama atramentu na pustej poza tym kartce.

Czy to nie jest anglicyzm?

 

– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

– Nie, ciekawość prowadzi ścieżką losu.

– Wszystko jest odkryte.

– Nie dla ciebie, mój drogi.

– Doświadczanie. – Zaśmiał się szyderczo.

– Bez niego jesteś pustą skorupą.

– A co powiesz o przeżywaniu?

– To nie to samo co przetrwanie.

Interesujący fragment.

 

W końskim oku zaigrał błysk niepewność.

Błysk niepewności?

Hej!

 

Sympatyczne. Przekonująco oddałaś tę wielość głosów. Wolny czas okazał się tak rzadkim i pożądanym dobrem, że został “rozdarty” przez walczące o niego osobowości i nie zostało z niego nic. I tu tkwi zabawna przekora – bo z tekstu wynika, że czas został zmarnowany, a ja wiem, że jednak coś powstało. ;)

Trochę mało fantastyki (chyba, że głos wewnętrzny bohatera uznać za takową).

Brak kropek i brak spacji w jednym miejscu. Czasami używasz słowa “numer” czasami tylko “nr”. Cyferki zastąpiłbym słowami, albo ksywami.

 

Życzę miłego dnia oraz więcej wolnego czasu! :)

Witaj!

 

Zacznę od technikaliów:

Teraz, wciąż dumne, lecz zdecydowane na zmiany, wciąż przypominały bardziej wojowniczki, niż kobiety oczekujące zbliżenia.

Może jedno “wciąż” zastąpić “nadal” albo innym synonimem?

 

Jego starszy brat był bardziej umięśniony, starszy, dojrzalszy. Miał czarną brodę, w porównaniu do Miłowita, który dopiero niedawno doczekał się pierwszego zarostu. Zamiast polowań, wolał śpiewać i grać na flecie.

Niepotrzebne powtórzenie, że starszy (choć rozumiem, że chodzi o podkreślenie tego faktu).

Może “w odróżnieniu od Miłowita”?

Nie jestem pewien – brat Miłowita był bardziej umięśniony, ale zamiast polowań wolał śpiewać, czy to Miłowit lubił śpiew?

 

 

Zmysłowy i subtelny tekst, gdzie oszczędne dialogi przetykasz opisami odwołującymi się do dotyku oraz zapachu. Świat mocno osadzony w klimacie słowian, ich wierzeń, imion oraz mocnego związku z przyrodą. Czytałem z przyjemnością!

Podoba mi się symetria: Brzask i Noc oraz Miłowit oraz Bohdan. Fajnie też zarysowałaś kontrast między zwiewnym światem nimf (skojarzonych ze światłem, przenikaniem się, zapachem) oraz wrogim im światem czarodziejów i smoków (knujących, zniewalających umysły, kierujących się przemocą).

W charakterystyce nimf udało połączyć Ci się delikatność z pokazaniem ich siły i dumy. Posiadają też znamiona odbytej niedawno walki (np. częściowo wypalone skrzydło), co je nieco urealnia, nie są istotami czysto bajkowymi i doskonałymi.

Witaj!

 

Nie spodziewałem się zobaczyć tu kogokolwiek po tak długim czasie od napisania, więc tym bardziej miło! laugh

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Zdaje się, że masz rację, nie do końca ten tekst trafił w zamysł konkursu grafomańskiego. Chyba przestrzeliłem, ale obiecuję, że następnym razem postaram się bardziej wpisać w konwencję.

Chyba potraktowałem zadanie na zasadzie: “pisz co ślina na język przyniesie” i wyszło – jak słusznie zauważasz – coś na kształt parodii. Zdanie, które przytoczyłaś, tzn. “uczynił nieznaczny, acz zdecydowany ruch swym ciałem w bok…” miało w zamyśle odzwierciedlać niestylistyczne, a co za tym idzie, niejasne opisy scen walki, gdzie przeciwnicy się tak mocno zwarli (w zapasach), że nie wiadomo kto uderza, a kto uskakuje i ogólnie kto jest kto i co jest co… wink Wiesz, jak na kreskówkach, gdzie pojawia się taka chmura kurzu, z której wystaje tylko tu i ówdzie ręka albo noga…

 

I dalej już też sporo porównań, które – jasne, są ciężkie, toporne i czasami można się uśmiechnąć przy ich niezgrabności

Cieszę się, że udało Ci się uśmiechnąć czasem. Znaczy tekst jakoś tam swoją funkcję spełnił. smiley

 

Pozdrawiam i życzę miłego dnia!

Cześć!

 

Logiczna i wciągająca historia, ze zwrotem akcji. Łatwo się czyta, widać lekkość pisania. Nie wiem, czy fragment może iść do biblioteki. Jeżeli tak, to bym polecił. Jeżeli nie, to chętnie przeczytałbym kolejną część z zakończeniem (mam nadzieję, że szczęśliwym).

 

Wyłapałem kilka literówek, brak spacji (lub o jedna za dużo) bądź fragmentów nieco wątpliwych stylistycznie. Chociażby to:

Chciałam Chciałem wtedy zapytać z kim właściwie przyszło nam się mierzyć, ale zanim zdążyłem Dejv był już daleko. Zostawiając Zostawił za sobą trzask łamanych gałęzi. Skoro w grę wchodziła jakaś kreda, miałem obawę, że to nie były to istoty ludzkie.

 

Hej!

 

Dowcip jest moim zdaniem najsilniejszą stroną tego opka, chociaż oscylował pomiedzy “takim sobie” a całkiem fajnymi fragmentami, podczas czytania których parsknąłem śmiechem. Tych drugich (fajniejszych) było zdecydowanie więcej. Taki trochę czarny i absurdalny humor świetnie pasuje do sytuacji, w której dryfujący statek zmierza do nieuchronnego końca w czarnej dziurze.

– Co u Christine? – zapytał Fuchs. 

– Mama miewa się dobrze – odparł Świstak. – Mówiła, że szykuje imprezę-niespodziankę na twoje urodziny.

– Ciekawe. Zaprosiła Juergena? 

– Tak myślę.

– Więc chyba cieszę się, że nie dotarłem.

Choć na pokładzie statku znajdowała się cała masa zwłok, istoty z czarnej dziury uznały, że najciekawsze do analizy będzie wciąż ciepłe ciało podpułkownika Yurga. Przeniknęły do jego kajuty i wzięły je ze sobą do miejsca, które leży poza przestrzenią i czasem.

Figurka polinezyjskiego boga przyglądała się całemu zajściu w milczeniu.

 

Druga silna strona to charakterystyka postaci. Twoi bohaterowie są wyraźnie zarysowani zarówno w wymiarze cech zewnętrznych,jak i zachowania oraz sposobu myślenia.

Akcja przebiega wartko, co też na plus.

 

Faktów naukowych się nie trzymasz, ale chyba nie o to chodziło w tym tekście.

 

Ogólnie: przyjemnie się czytało i nie czuć 35k znaków!

Witaj!

 

Mam mieszane uczucia co do tekstu. Z jednej strony podoba mi się konwencja różnych perspektyw oraz fakt, że wprowadzasz niejednoznaczne postaci “drugoplanowe”, czy detale typu odbicie w nożu. Z drugiej, spodziewałem się, że coś z tego więcej wyniknie, że losy bohaterów będą splecione mocniej i na głębszym poziomie. Tymczasem są one powiązane tylko w parach (Ania – Marek, Stefan – Krystyna – Krzyś), natomiast same te pary nie bardzo mają na siebie wpływ.

Prawcownica korporacji która przyczynia się do zguby tych osób może po prostu symbolizować wysłanniczkę śmierci (co by według mnie było dosyć banalne). Może też, w nieco mniej fantastycznym wariancie, pracować w firmie, która czerpałaby zyski ze śmierci ludzi (nie wiem, może firma ubezpieczeniowa?) To drugie rozwiązanie wydaje mi się ż ciekawsze. Jednak zostawiłeś to czytelnikowi do samodzielnego dopowiedzenia.

Jedną ze wskazówek jest fakt, że projekt jest zwijany. Wynikałoby z tego, że firma zajmuje się czymś więcej niż tylko likwidacją ludzi. Trudno sobie jednak wyobrazić co to za firma i co jej przyświeca, skoro zabijanie (włączając w to hurtową śmierć przez wywoływanie np. epidemii) jest tylko jednym z jej projektów. Jakie są inne? Mniej radykalne, choć równie diaboliczne, np. zwodzenie, zniewalanie? A może przeciwnie, wskrzeszanie? Przydałoby się więcej na ten temat, nawet nie wprost, ale jakieś wskazówki dla zagubionego czytelnika. wink

Hej!

 

Dobry tekst. Ładnie napisany, wciągnął mnie.

Któż z nas nie zetknął się kiedyś w życiu z taką demoniczną Manty… ,)

Hej!

 

Czytam i myślę – John Wick? Ale czułem, że te kalki to celowy zabieg i czekałem tylko na odkrycie kart. Sprawdzanie scenariuszy, czemu nie. :) Akcja plus dowcip, podobało mi się!

lasery nie dźwięczały w próżni charakterystycznym piu! piu!, a przeciążenia w trakcie przyspieszania do prędkości światła wyrządzały głównym bohaterom krzywdę

laugh

 

QC – quality check(er)?

Hej,

 

Fajnie się czytało. Po krótkiej dezorientacji na samym początku później szło gładko, obrazy pojawiały się przed oczami. Jednak… czekałem na jakąś konkluzję, puentę, twist… i chyba nie zrozumiałem do czego autor dążył. Chodziło o samo odmalowanie pewnej sytuacji, gdzie ludzie stracili wiarę i zadawalają się samymi obrzędami? Ok, ale… co z tego?

“Fitłan” – fajne słowo i ogólnie spoko koncepcja, wiara bardziej jako jakiś rodzaj psychoterapii, coś na wskroś praktycznego. Podumowując, pomysł ok, pozostał niedosyt ze względu na brak klamry/ punch-line.

Witaj Irko_Luz!

 

Przejmujący i metaforyczny tekst. Temat trudny i należy się uznanie za jego niebanalne ujęcie. Poza tym, pięknie napisany, chociażby ten fragment:

Obsypuje mnie prezentami niczym wahającą się kochankę. Obleka ręce w zbyt ciasne koronkowe mitenki, zdobi palce ciężkimi pierścieniami, a na nadgarstki nakłada brzęczące bransolety. Muska ramiona i kolana jak falbany sukienki, a na stopach maluje wzory niczym u mauryjskiej panny młodej.

 

Pozdrawiam!

Witaj Ostam!

 

Wybacz zwłokę w odpowiedzi. Pytałeś co konkretnie mi się nie podobało w stylu. Nie było tego wiele i nie chodziło mi o to, że coś jest błędne, ale raczej, że ciężko mi się czytało niektóre zdania. Pierwszy z brzegu przykład:

Basowy jęk modulatorów czasoprzestrzennych ucichł, gdy tylko weszli w atmosferę, ustępując miejsca piskliwym turbinom, mielącym rzadkie jeszcze na tej wysokości powietrze.

Weszli w atmosferę ustępując miejsca turbinom? Czy jęk ustąpił miejsca turbinom (tzn. jęk przeszedł w pisk). Chodzi oczywiście o to drugie, ale przy pierwszym czytaniu się zatrzymałem. A gdyby zmienić szyk?

Gdy tylko weszli w atmosferę, basowy jęk modulatorów czasoprzestrzennych ucichł, ustępując miejsca piskliwym turbinom, mielącym (które mieliły? albo już nowe zdanie) rzadkie jeszcze na tej wysokości powietrze.

W każdym razie odbiór stylu to kwestia subiektywna i nie przejmowałbym się tym za bardzo.

 

Pozdrawiam!

Dzień dobry!

 

Moment kiedy hipopotam mrugnął złotym okiem był mega! Mag przypominający rybę również mi się podobał. Zmienne kolory ubioru, szczególnie odcienie błękitu, w połączeniu z tematem i symboliką Egiptu działały na moje zmysły.

Przyszła mi do głowy świątynia Hatszepsut. Prawdę mówiąc, architektura starożytnego Egiptu była pełna żywych kolorów (zresztą podobnie jak starożytnej Grecji, chociaż my w głowach mamy te białe świątynie).

Dobre, przyjemne w odbiorze, bogate w wyobraźnię i język opowiadanie (do tego stopnia, że początkowo się nieco gubiłem) i – najważniejsze – mające to nieokreślone coś w sobie. To coś towarzyszyło mi przy czytaniu, ale nie będę próbował precyzować co, bo pewnie zawężę i zepsuję. W każdym razie było to coś bardzo przyjemnego. laugh

 

Pozdrawiam!

Hej Ostam!

 

Kilka razy odbiłem się od stylu, ale rzeczywiście, jest coś nietypowego i jednocześnie urokliwego w tym opowiadaniu. Taki Douglas Adams bez trzymanki. ,)

Czy to Tom Bombadil na obrazku?

 

Pozdrawiam!

Cześć BasementKey!

 

Dobrze zilustrowałeś jak bohater mocuje się z przeciwnością, udręką, czymś mrocznym i wymykającym się określeniu. Próbowałem odgadnąć znaczenie symboli: łańcuch, księga, jej lekkość, wchodzenie i wychodzenie z ciała itp., Interpretacji może być mnóstwo, np. księga może symbolizowac wiedzę teoretyczną, szereg formułek, teorii, recept na życie, kóre nam wtłaczają do głowy (albo którymi sami się karmimy), a które nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, stają się cienkie jak pergamin. Łańcuch nawinięty na szpulę, zmaganie się z życiem, z problemem? Monety w oczach i rozdwojny język – chciwość i hipokryzja?

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

Dzień dobry!

 

Bardzo mi się podobało. Szczególnie stworzenie klimatu grozy i niepewności. Czytelnik szybko orientuje się, że z obcymi to ściema i że w końcu przyjdzie kolej na kogoś bardziej bliskiego niż wujek czy ciotka.

Końcówka przywiodła mi na myśl postać Pawlika Morozowa, który doniósł na swojego ojca. Innymi słowy, rewolucja (czy szerzej rozumiane okrucieństwo połączone z kłamstwem) zjada własne dzieci. Oczywiście nie jest to sytuacja analogiczna, bo w opowiadaniu to matka coś ukrywa i zdaje sie wykorzystwać mit o obych dla własnych celów, a córka jedynie podchwytuje zastaną “tradycję”.

Bardzo ładnie skomponowane i napisane!

Hej OldGuard!

 

Pierwsza część (autobus) pozwalała na różne interpretacje. Druga cześć (szpital) zaserowała gotową wykładnię i trochę zawęziła uniwersalny wymiar pierwszej. Bo ja zacząłem rozumieć to tak, że chłopak wsiadając do ciepłego autobusu uciekł przed trudami życia – zaczął np. ćpać, pić, nadużywać rozrywki itp. W pewnym momencie musiał podjąć trudną decyzję, albo wysiądzie z autobusu (zmieni tryb życia) i wejdzie w szarą i zimną rzeczywistość, albo zginie.

Podobało mi się, że zachowałaś do samego końca dwuznaczność, tzn. bohater niby znał imię lekarza, ale mógł je odczytać z plakieki, więc dało się wszystko wytłumaczyć nie sięgając po nadnaturalne siły. Napisane jest bardzo dobrze!

Hej OldGuard,

 

Sam moment otrzymania daru był bardzo zwyczajny, więc dziwi mnie trochę, że parę miesięcy później powiązał to ze zmartwychwstaniem.

No nie był taki zwyczajny, było to dla niego mocne i zagadkowe przeżycie: “doznanie było wszechogarniające i zupełnie niepodobne do niczego co znał”.

Potknęłam się jeszcze scenie w teatrze, bo jest ogień, dym, ogólnie śmierć dla każdego, nawet bohater zmarł raz czy dwa, a dziewczynka przetrwała.

Tak, ale przecież ona nie czekała w ogniu, tylko uciekła w dół i schroniła się w w piwnicy. Tam ognia nie było. Ale żeby tam dotrzeć trzeba było przejść przez pożar, nie było innej drogi.

 

Ok, całość przypomina mi trochę film, z którego zaczerpnęłam swój nick ^^ Końcówka z twistem zrobiła robotę, bo nie spodziewałam się, że pójdzie to w tę stronę. Dobry tekst :)

Z Charlize Theron? Muszę obejrzeć w takim razie. :)

 

Dzięki za przeczytanie i miło, że końcówka Cię zaskoczyła, pozdrawiam!

 

 

Jó reggelt kívánok SNDWLKR! wink

 

Węgrzy należą do ludów uralskich, do ich gałęzi ugrofińskiej, podgałęzi ugryjskiej. Ich najbliższymi krewnymi są dziś zamieszkujący zachodnią Syberię Chantowie i Mansowie. O wspólnym pochodzeniu świadczy dziś tylko podobieństwo języków (niezbyt bliskie – węgierski oraz chantyjski i mansyjski nie są wzajemnie zrozumiałe), ponieważ wszelkie więzy kulturowe i antropologiczne zanikły w toku dziejów.

Pozwoliłem sobie przytoczyć fragment z Wiki. W kazdym razie jest to język na tyle egzotyczny, że pewnie będę jeszcze po niego sięgał. :)

 

Miłego dnia!

 

 

 

Hej!

 

Pamiętam, był taki T-shirt z wizerunkiem Jezusa i tekstem “Stranger in a strange land”… pomyślałem wtedy jak bardzo to oddaje prawdę o Jezusie.

Naprawdę świetny tekst, wpisujący się w temat obcości i oparty na pomyśle. Chylę czoła przed umiejętnością ujęcia sedna w tak krótkiej formie i za pomocą jednej scenki. Wydaje się proste, a wcale nie jest.

Podoba mi się wahający się Jezus.

A jeżeli Joe Hatsue to był przypadek, to niesamowity.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

Hej fmsduval!

 

No nie dałem… jak do tego doszło nie wiem… crying

A w ogóle zdecydowałem się cokolwiek napisać po Twojej namowie pod tekstem o hiszpańskich poszukiwaczach relikwi.

 

Dzięki za kicka i z niepokojem czekam na komentarz. angel

Outta, tak jakoś mi się skojarzyło. Nie wiem w sumie, nie podam konkretnie jakichś podobieństw, może chodzi o niedopowiedzenia i operowanie elementami, których sens tylko przeczuwamy, a jednak mocno na nas oddziałują? Andreasa i ARQ nie kojarzę, ale ja mało SF czytałem. Wygoogluję w każdym razie.

Tak na marginesie, niezłą rozkminę tego teksu zrobiłeś powyżej.yes

Hej Michał Pe!

 

Sympatyczny szort, okraszony kolorami kwiatów oraz młodą miłością, a zwieńczony śmiercią słodką niczym zapach Oleandra. Po tym jak bohater powąchał nieznany kwiat i zaczął widzeć na czerwono spodziewałem się zaawansowanych wizji i skąpanych w halunach perypetii, a tu takie “sudden death". wink Tym niemniej bardzo przyjemnie się czytało. laugh

 

Powodzenia w konkursie!

Witaj Ślimaku Zagłady!

 

Jestem pełen podziwu dla Twojego kunsztu operowania słowem i rymem. Kilka momentów było naprawdę pięknych, mocno podziałały na moją wyobraźnię.

Treść skłania do zastanowienia się: czy gorsze moralnie jest zniewolenie nieświadomych istot, czy takich, które wiedzą, że są zniewolone? Z tekstu nie wynika, czy elfki się na to godziły (mimo, że “wiedziały skąd taka potrzeba”), ale skoro zostały zniewolone, to chyba wbrew swej woli.

A może to były Dökkálfar – Mroczne elfy? ;)

 

Pozdrawiam!

Witaj Światowider!

 

Świetne opowiadanie, zarówno pod względem treści, jak i formy. Wciągnęła mnie fabuła, było napięcie i przeleciałem przez te ponad 30k znaków błyskawicznie.

 

Mała sugestia techniczna do rozważenia:

Odziane w najdroższe jedwabie oraz muśliny, które więcej odsłaniały, niźli kryły ich wdzięki, a nadto bransolety ze złota i kości słoniowej.

Jakoś to “ich wdzięki” mi zazgrzytało tu…

Cześć Ermirie!

 

Przyłączam się do opini innych, że nieco abstrakcyjny odcień tekstu dobrze oddał klimat obcości. Fakt, że tekst był miejscami niejasny, w tym konkretnym przypadku nie jest wadą.

Opowiadanie, bogate w sugestywne, działające na wyobraźnię i niedopowiedziane intuicje, przywoływało skojarzenia z komiksami duetu Moebius (Giraud)/ Jodorowsky.

Idea istoty, która jest na tyle trwała, że potrafi przetrwać istnienia kolejnych wszechświatów (a może nawet sama je w jakiś sposób tworzy?) jest frapująca, choć pod kątem naukowym niemożliwa. Chyba, że byłaby to istota niematerialna, istniejąca poza czasem i przestrzenią, czyli bóg. Ale jesteśmy w świecie SF a nie S, więc licencja poetycka.

Pozdrawiam i gratuluję udanego debiutu! yes

Witaj CesarzowoMordoru!

 

Już cytat z Herberta mnie nastroił i być może byłem już na samym początku uprzedzony, bo jest to jeden z moich ulubionch poetów. A tekst podobał mi się! W szczególności wrażenie wywarł na mnie jego poetycki charakter, dobór słów tworzący mroczną i tajemniczą atmosferę. Forma adekwatnie oddaje nostalgiczną treść związaną z przemijaniem pogańskiego świata. Świetnie to pokazałaś.

Fragmenty, które szczególnie podziałały na moją wyobraźnie to:

Żółty okrąg słońca obrysowywał czaszkę złotem,

prośby nakładały się na siebie, mnogością podobne trzepotowi skrzydeł roju

Czy Enkai, ogłuszony brzęczącą ciszą, spojrzał na słońce i uwierzył, że jest obojętną kulą wodoru i helu, tak odległą od jego kruchych kości i słonej krwi

Ptak usiadł na gałęzi w trzepocie błękitnych piór.

Skonfudował mnie natomiast ten fragment, w którym nie jestem pewien konstrukcji zdania:

Pewnego dnia zostanie więźniem ciemności własnej głowy, zmuszony do czerpania kołysania się trawy czy złota lwiej sierści z wybrakowanych wspomnień.

 

Polecam do biblioteki i życzę powodzenia w konkursie!

Witaj Krokusie!

 

Nie znam tekstu “Choćby w ogień” Biełogłazowa i Żakowa, ale jak znajdę to z ochotą przeczytam. laugh Jeżeli miałbym wskazać moje “inspiracje” to byłoby to drzewo Chyżwara z cyklu Simmonsa oraz stara książka Gabrieli Górskiej “Ostatni nieśmierelny”. Tę ostanią czytałem jako dziecko i zrobiła na mnie duże wrażenie. Motyw nieśmiertelności i co z tego wynika jakoś ostatnio mnie prześladuje.

W scenie z dziewczyną idea była taka, że biedaczka odcięta jest od drogi ucieczki, a przecież nie znaczy to, że ten ogień jest blisko niej. Zbiegła po prostu schodami w dół i schroniła się w piwnicy. Może myślała, że będzie tam jakieś wyjście ewakuacyjne? W każdym razie piwnica mogła być duża, mogła mieć małe okna (zakratowane, kto wie) i mogło być w niej jeszcze sporo tlenu.

Natomiast Chińczycy chcieli się nieśmiertelnego po prostu jakoś pozbyć, niekoniecznie zabić. Naturalna myśl: wystrzelić niczym Voyagera, poza Układ Słonczeny, żeby nigdy nie wrócił. Może nie umrze, ale na pewno nie wróci. Daleki wschód znany jest z wymyślnych tortur, więc może to im przyświecało? ;) I tu spodziewałem się krytyki, bo żeby wysłać kogoś/ coś poza Układ Słoneczny, należałoby to dokładnie obliczyć, żeby skorzystać z asyst grawitacyjnych.

Wielki dzięki za odwiedziny, miłe słowa i klika!

 

Cześć SNDWLKR!

 

Mnie również zaskoczyło przypominające brzmieniem Tenochtitlan tłumaczenie “nieśmierelny” na węgierski. Tłumaczyłem sobie to słowo googlem na różne języki i właśnie węgierski przekład wydał mi sie najbardziej atrakcyjny. A swoją drogą to ciekawe jakimi drogami podąża ewolucja języka, że istnieje coś takiego jak ugrofiński, tak różny od innych języków Europejskich.

Cóż, przekaz tekstu nie należy do najbardziej optymistycznych. Może lepiej takich nie pisać? Dziękuję za przeczytanie i polecenie do biblioteki!

Hej!

 

Co do pierwszej akcji ratunkowej, to “oni” (rząd, służby, naukowcy itp.) wiedzieli już o tym, że koleś jest nieśmiertelny, wiedzieli też gdzie mieszka. Kiedy odkrył, że nie może umrzeć (wtedy na basenie) stał się sensacją. 

Po wybuchu pożaru okazało się, że szanse na dotarcie do córki ministra są nikłe i posłano po niego. Trochę na zasadzie “a nóż się uda”, co nam szkodzi. Ogień szedł w górę, dziewczyna schroniła się w piwnicy, zaczynało jej powoli brakować tlenu, kiedy ją znalazł była nieprzytomna. Wcześniej telefonicznie powiedziała o tym gdzie się znajduje i że nie może wyjść. To chwalebne, że nieśmiertelny się zgodził, choć wiedział, jakie piekło może go tam czekać.

Sposób na samobójstwo wyszedł trochę z “przypadku”. Chinole po prostu chcieli się go pozbyć i wystrzelili w przestrzeń kosmiczną. Dryfując tak w kosmosie i raz po raz umierając i się odradzając w końcu musiał trafić na jakiś obiekt, który przyciągnie go grawitacją. Trafił na czarną dziurę, kończąc tym samym swą nieszczęsną egzystencję.

 

Dzięki za odwiedziny i klika! Miłego dnia!

 

Hej Jim!

 

Humor, dialogi, akcja i opisy technologii moim zdaniem są świetne! Lubię też fabułę gdzie grupa uzbrojonych ludzi napotyka na tajemnicze zagrożenie, więc wszystko było na miejscu, gdyby nie to,…

Opowiadanie kończy sie nagle i nie daje odpowiedzi z czym zmierzyli się bohaterowie. Tego mi niestety zabrakło, spodziewałem się dopowiedzenia. Przez moment wydawało mi się, że będą to inteligentne drzewa, albo coś w rodzaju kolektywnej świadomości, albo coś bardzo tajemniczego. Niestety, nie dałeś odpowiedzi. Co dalej stało się z bohaterami? Udało im się wrócić do statku? Przeżyli? Spotkali coś jeszcze po drodze?

Podobała mi się postac Branwen. Fajnie wszedłeś w jej głowę i zarysowałeś jej ambiwalentny stosunek do facetów. Właściwie to ona mogłaby być głównym bohaterem.

Akcja trochę nazbyt szybka, czytelnik potrzebuje czasem oddechu i kontrastu. Mógłby go stanowić na przykład obszerniejszy opis jaskini. Szczególnie, że masz o nich pojęcie (jak piszesz w komentarzu), a ja z wielką chęcią zanurzyłbym się wyobraźnią w jednej z nich. :)

Trochę pomarudziłem, ale – tak jak napisałem na wstępie – jest to bardzo dobre opowiadanie z dużym potencjałem i szkoda, że nie w pełni został wykorzystany. Gdybyś się zdecydowasł kiedyś to i owo dopisać, zajrzę z wielką chęcią.

 

Pozdro!

Dzień dobry!

 

Gdyby wszyscy napalili się zioła, wyszłoby na to samo. ,) Peace! angel

 

A tak na powaznie. Niezły pomysł, też lubię zastanawiać się co by było gdyby chcieć ulepszyć ten padół łez. W przeważającej ilości scenariuszy okazuje się, że konsekwencje byłby gorsze niż ulepszenie.

Wulagryzm trafił w punkt, imho (a właściwie w kontrapunkt). Dobry szorcik, powodzenia w konkursie!

Witaj Krar85!

 

Świadomość broni się jak może, ale sumienie nie bierze jeńców (…)

Lewy pas jest jak sumienie: nie bierze jeńców

Dwa razy to samo porównanie.

 

Super napisane, dobrze oddaje atmosferę poranka. Przez wiele lat dojeżdżałem samochodem do pracy, ale ostatnio wolę autobus, więc chyba wiem mniej więcej o co chodzi.

Zastanawiam się gdzie w opku jest obcość. Chodzi o to, że bohater za kierownicą zamienia się w zwierze? wink

 

Pozdro!

 

 

 

 

Witaj Finklo!

 

“Furda” – bardzo fajne słowo. :)

– Niemożliwe! Jak ten czas leci. Kto by pomyślał, że od śmierci naszej kochanej Jagódki minęło już tyle dni…

Usta królowej przypominały kreskę niewiele grubszą od włosa. Pośpiesznie opuściła komnatę.

Król trochę jak słoń w składzie porcelany. ;) Ale pewnie jako monarcha mógł sobie pozwolić na “emocjonalną nonszalancję”.

To nikomu nie szkodziło, a czarna aksamitna suknia zamiast klejnotów ozdobiona mrowiem stalowych agrafek wyglądała nieoczekiwanie elegancko.

Fajny opis sukni. Skojarzyła mi sie trochę ze strojami Wednesday.

Zaklinała, żeby jej nie szukać. Oczywiście, władca ani myślał odwoływać drużyn rozesłanych na wszystkie strony świata

Podczas kolacji Toffa raczej przesuwała jedzenie po talerzu niż wkładała je do ust.

W tym momencie mam przeczucie, że Toffa ma coś wspólnego ze zniknięciem księżniczki. :)

Sama, po ośmiu latach małżeństwa i wspierania królewskiego małżonka w każdej sprawie, jeszcze nie dostąpiła tego zaszczytu, w ogóle nie podejrzewała, że w zamku istnieją jakieś tajne przejścia.

W każdym zamku są tajne przejścia i każdy dworzanin o tym wie. Może nie wie gdzie się znajdują, ale wie, że takie coś istnieje. Trochę nie chce mi się wierzyć, że królowa miałaby tego nawet nie podejrzewać.

“Serczendżin”, “Guglmeps”

laugh Pojechane mocno. Tego pierwszego nie zrozumiałem po pierwszym przeczytaniu. Skojarzyło mi sie z jakimś egoztycznym “dżinem” z butelki. :)

Jej piękne jasne włosy zostały częściowo wycięte, a resztki dwórki obsypały mąką – teraz wyglądały jak rzadkie i brudne kosmyki staruszki. Poniszczone spódnice zebrane od wszystkich chyba praczek i posługaczek zamkowych pogrubiły sylwetkę. Skórę twarzy i dłoni natarła popiołem, a na dodatek damy poprzyklejały w kilku miejscach grudki udatnie imitujące kurzajki i krosty.

Podobał mi sie ten opis – ani nadmiernie ozdobny, ani zbyt skąpy czy abstrakcyjny. Akurat taki, żeby czytelnik bez trudu zanurzył się w wykreowanym świecie.

 

A jednak pomyliłem się co do Toffy – to nie ona kombinowała, winna była księżniczka. :)

 

Kilka uwag:

Księżniczki nie było już trzy miesiące, tak? Dlaczego tak długo zwlekała z porwaniem dziecka? Czy może nie dlatego zniknęła?

Jeżeli księżniczka nie napiła się “cydru” to dlaczego była nieprzytomna?

Dlaczego było o jedno łóżko za mało, czy to sugestia, że królewna spała z którymś z facetów?

 

Podumowując, tekst czytałem z autentycznym zainteresowaniem. Napisany jest lekko, zawiera sporą dawkę humoru, a opisy są plastycznie, dzięki czemu bez trudu można sobie wyobrazić scenki. Ale co najważniejsze, dobro zwycięża, a rozpieszczona księżniczka dostaje prztyczka w nos!

Witaj Adam_c4!

 

Pomysł przedni, takie odwrócenie – to co jest normalne dla nas, dwuokich, niekoniecznie musi być normalne dla cyklopów. Innymi słowy, normalny wśród dziwaków będzie zdawał się dziwakiem. Czy bohater był wyjątkowym, dwuokim egzemplarzem cyklopa, czy po prostu wszyscy cyklopi posiadali umiejętność “hodowania” nowych elementów swojego ciała, a ten szczególny osobnik postanowił dla przekory wyhodować sobie drugie oko? W każdym razie dylemat i pewną dramturgię dobrze zarysowałeś. I zwrot akcji też się udał. Dobry tekst!

Nowa Fantastyka