Profil użytkownika

 

 

 


komentarze: 955, w dziale opowiadań: 836, opowiadania: 407

Ostatnie sto komentarzy

Podoba mi się. Jakbym czytał rymowane streszczenie swojego życia. :)

Cześć Bruce!

Zgrabne rymy i przyjemna lektura, choć bez podania kontekstu w komentarzu nie wiedziałbym o czym dokładnie mowa.  Rok 1396 i butni (w ciżemki ;)) rycerze zachodni przegrywają z Turkami, a potem rok 1410 i znowu zbyt pewni siebie rycerze zachodni dostają tym razem łupnia od Słowian. Ciekawe, że oni nie wyciągali wniosków. :)

pozdrawiam!

Witaj Pusia!

 

W trakcie czytania moją pierwszą myślą było: fajnie pokazywany świat, pełen nowych gatunków roślin i zwierząt, nietypowych zachowań ludzi, i przewrotów społecznych, których roli można się póki co domyślać (jak np. Odrodzenie). Wyjaśniasz stopniowo, nienachalnie. Tajemnicza śmierć Remiego i wyizolowany Dom na Wzgórzu wprowadzają niepokój i zawiązują akcję. Później pojawia się nieaprobowana społecznie przyjaźń dziewczynek, która ten niepokój jeszcze intensyfikuje. Są też detale, poprzez które mogłem lepiej wczuć się w charakter bohaterki. Podobał mi się na przykład ten:

Obserwowała spływające po szybie strużki wody: niektóre tworzyły rozgałęzienia złożone z kilku małych strumyczków, czasem po szkle spływały pojedyncze krople, łączące się w coraz większy i większy, meandrujący potoczek albo nawet miniaturową rzeczkę.  

Ciekawe, pomyślała Dash, jakimi równaniami można by opisać spływający po oknie deszcz? Czy można przewidzieć jego zachowanie? Czy jest ono całkowicie przypadkowe?

W subtelny sposób łączy nostalgię kropel deszczu z intelektualną refleksją. Sporo mówi o bohaterce. 

 

Akcja rozpoczyna się na dobre, kiedy pojawiają się androidy wykorzystujące dzieci do zdobycia jaja tajemniczego stwora, corraxa. Przyznam, że ten wątek wydał mi się wyjątkowo pomysłowy. Ponownie mamy tu połączenie na zasadzie kontrastu: z jednej strony dzieci (niewinność, naiwność, naturalność, instynkt) oraz jajo (delikatność, kruchość), a z drugiej androidy (mechanizacja, metal, siła, obojętność). To dobre zestawienie, które na mnie podziałało. I to jest oś, wokół której obraca się fabuła.

 

Jest sporo fragmentów odwołujących się do zmysłów, co również zaliczam do plusów opowiadania, np.:

Dzieci szeptały chórem, przypominało to szum liści w letnią noc albo szmer strumyka. Dash czuła na sobie zapach Ili, czuła zapachy innych dzieci, wsłuchała się w ich głosy… Te głosy jej nie oskarżały. Wyczuwała w nich jedynie strach. (…) Dash czuła płynące od nich ciepło (…)

W ogóle, cały ten podrozdzialik o dzieciach stojących w kręgu, szepczących do siebie, trzymających się za ręce jest bardzo sugestywny i działa na wyobraźnię. 

Potem wracasz jeszcze do tej nietypowej więzi między dziećmi z Domu na Wzgórzu. Dobre to jest, bo buduje jeszcze mocniej świat (i mnie osobiście zaciekawiło kim właściwie są te dzieci i co czyni je wyjątkowymi):

żałowała, że nie potrafiła zjednoczyć się z Ilą tak, jak z nimi, Ila nie była jedną z nich, nie mogła dostroić swojego, tętna, oddechu, emocji do Dash. Dzieliła je niewidzialna, biologiczna bariera. To Dash fascynowało i przerażało jednocześnie.

 

Prosty sposób komunikowania sie androida to niby drobiazg, ale mi się bardzo podobał. Kolejny element budujący atmosferę i wiarygodność opowieści:

Stawał po kolei przed każdym dzieckiem, patrząc na nie przez dokładnie siedem sekund. Kiedy skończył, wyciągnął rękę i powiedział, wskazując palcem Dash:

– Ta.

Scenka, która oddaje suchy i brutalny charakter androida. Następnie, opis ich technologii też jest ciekawy:

Android otoczył Dash płaszczem, który zamienił się w szczelny, wypełniony powietrzem kokon. Przyspieszenie przycisnęło ją do kokonu, gdy oderwali się od ziemi i wystrzelili jak pocisk w górę.

 

Komora transgresyjna to kolejny pomysł, jednak… mimo, że podobał mi się, według mnie powinien być lepiej wyjasniony:

Kiedy umysł przekracza cienką granicę dzielącą dwa wymiary: Rzeczywistość oraz Przedwieczną Macierz Transcendentalną, może się załamać, nawet popaść w szaleństwo.

Tu pytania w mojej głowie zaczęły się mnożyć. Dlaczego ona musi doświadczyć kontaktu z PMT? Czy to daje jakąś ochrone przed corraxem? Czy ją to przygotowało do misji wyciągnięcia jaja? A może poprzez komorę skontaktuje się z przyjaciółką, co da jej siłę, motywację do wykonania misji? Przyznam, że nie do końca zrozumiałem o co chodzi z tą komorą.

 

Po wyjściu Dash z komory transgresyjnej włączają się silniki transgresyjne. Czy oba elementy mają ze sobą coś wspólnego?

 

Dalej, cały wątek ze złamaniem reguły przez Ilę, późniejszym jej napiętnowniem przez społeczność, a nawet własnych rodziców wydał mi się za mało uzasadniony, za długi i zbyt szczegółowy jak na treść w nim zawartą.

Wolałbym więcej dowiedzieć się o corraxach, o transgresji i o tajemniczym jaju. Szczególnie frapująca dla mnie była warstwa psychologicznej interakcji między zwierzęciem a bohaterką. Jej subtelne traktowanie corraxa, jej rozmowa w myślach. Fajnie byłoby, gdyby właśnie w tym kontekście jakąś rolę odegrała komora transgresyjna (np. oczyszczenie “duchowe”, albo jakiś nietypowy wgląd w naturę stwora).

 

 Jak możecie traktować te dzieci w taki sposób? To ludzie, podobnie jak wy! Rodzą się, dorastają, umierają. Myślą. Czują. Dlaczego budzą w was takie obrzydzenie?

Zastanawiałem się dlaczego te dzieci budziły takie obrzydzenie, czy może niechęć, strach? Dlaczego były tak mocno izolowane? Tylko dlatego, że hodowały je androidy i wysyłały na niebezpieczną misję? Czy to wina dzieci? Chyba nie, więc dlaczego dorośli je winią?

Kolejne pytanie to dlaczego właściwie androidy potrzebują tych jaj, skoro – jak mówiła Przewodnicząca – radziły sobie przed corraxami?

 

Niestety, końcowe fragmenty z Komputerem Głównym w postaci mózgu są dla mnie potraktowane zbyt skrótowo. Jest tu duży potencjał światotwórczy i sam pomysł oraz mechanika raczej przekonują. Rozumiem, że każdy statek potrzebuje takiego mózgu, żeby podróżować w Przedwiecznej Macierzy Transcendentalnej. Ale już nieco mnie rozumiem dlaczago sklonowano akurat mózg brata konstruktora. A już najmniej, jaką rolę właściwie odgrywa (nomen omen) niedokończona muzyka? Według mnie słabo to się łączy z resztą opowiadania.

Potem jest mowa o ginięciu Głownego Komputera, właśnie z powodu tej melodii, a razem z nim androidów. Schedę po nich mają przejąć dzieci. Nagle jest mowa o substancji zastępczej nad którą pracują komputery. I tu zostaje złamane to, co podobało mi się przez całą poprzednią część tekstu – powoli, konsekwentnie i starannie budowany świat. I to, w moim odczuciu, osłabia dobre opowiadanie. 

 

Kilka uwag technicznych.

Ranek zaczął się cichym szmerem przelotnego deszczu, zaraz jednak przestało padać i zza chmur nieśmiało wyjrzało słońce: zrazu ostrożnie, potem coraz odważniej, kiedy wiatr odgonił chmury: przejaśniło się po raz pierwszy od kilku tygodni.

Dwa dwukropki w jednym, nadmiernie rozbudowanym zdaniu.

 

Na statku czekał na nią android. Zastanawiała się, czy to ten sam, czy inny. Android przeciął kombinezon i uwolnił ją z niego. Zaprowadził do tego samego pomieszczenia, w którym przebywała wcześniej. Tym razem jednak nie było ono puste.

Można by nieco skrócić.

 

Ogólnie opowiadanie uważam za udane. Główny wątek interakcji pomiędzy tajemniczym corraxem, androidami i służącymi im dziećmi spinał się, był naprawdę ciekawy i napisany z dużą wyobraźnią. Podobnie wątki poboczne, takie jak technologia transcendencji (z zastrzeżeniem, że mógłby być lepiej wyjaśniony), koncepcja Macierzy, Komputerów Głównych i ich współzależności z androidami oraz sama struktura ludzkości rozpostartej na systemy gwiezdne. Nieco zawiodła mnie część końcowa, gdzie Roha tłumaczy Dash co będzie dalej, i gdzie zbyt łatwo rozwiązuje problemy lotów międzygwiezdnych, podważając znaczenie tak misternie budowanego wcześniej świata. 

Czytałem z wielką przyjemnością. Wciągająca lektura!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Tarnino!

 

Uwaga, zakładasz, że LLM ma dążenia, czyli w sumie – że jest świadomy. To duże założenie :)

Chodziło mi o dążenia w sensie funkcjonalnym, czyli szereg czynności, które powodują wykonanie zadania danego przez człowieka. Osobiście uważam, że LLM nie ma i (oparty o obecną architekturę komputera) nie będzie miał świadomości.

 

Nie wiem, czy musi dokładnie znać tę naturę (wystarczy istotny kawałek), ale poza tym – zgoda.

Tu pozwoliłem sobie na skrót myślowy, bo znowu chodziło mi o znajomość przynajmniej jakichś podstaw funkcjonowania człowieka i jego świata. Czyli tak jak mówisz – “istotny kawałek”. :)

Hej!

 

Dziękuję Wam! I przepraszam, że dopiero teraz się odzywam, ale przeoczyłem ten wątek, śledząc tylko “Wybieramy najlepsze opowiadania 07/26”. Chyba ciągle jestem tu nowy… :)

Bardzo się cieszę, że większość członków jury uznało, że “Demon Maxwella” zasługuje na piórko! Każdy komentarz przeanalizowałem dogłębnie, również (a może szczególnie) te pod poprzednim nominowanym opkiem. Chyba udało mi się na tyle zastosować Wasze sugestie, że to opowiadanie udźwignęło nagrodę. 

 

Gratuluję również Ramshiriowi oraz Pusi. To świetne opowiadania, choć bardzo różne. Opko Ramshiriego już skomentowałem. “Niedokończoną melodię” przeczytałem już jakiś czas temu, ale tekst jest rozbudowany i potrzebuję wolnej chwili na porządny komentarz.

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

WItaj Anonimie!

 

Najprostszy do wyobrażenia przykład wygląda tak: dzisiejsze AI „ucieka” z laboratorium i zapisuje się do pamięci jednego z zaawansowanych robotów. Kategoria bytu (jak to ujął Kronos.maximus) pozostaje ta sama, ponieważ mamy przeniesienie się cyfrowego bytu z metalu i krzemu w metal i krzem dzięki elektronom. Zatem nasz cyfrowy byt się nie zmienia, ale fizycznie zapisany będzie w innym miejscu.

Miałem już tę analogię z uciekającym z komputera AI wyjaśnić we wcześniejszym komentarzu, ale nie chciałem robić zbyt rozbudowanego off-topica. Ale skoro podjąłeś, a jest niedziela… :)

Ta analogia nie do końca pasuje do sytuacji człowieka. Rozważmy na początek LLM rozszerzony o agentów (czyli również case robota). Taki system tworzy się po to, żeby wyręczał człowieka w czynnościach związanych z życiem codziennym. A zatem, już na wstępie człowiek daje mu możliwość operowania w rzeczywistości “o poziom wyższej”. Innymi słowy, bytowi elektronicznemu daje możliwość operowania w świecie fizycznym. Czy człowiekowi ktoś daje taką możliwość? Czy jakiś “bóg” prosi nas o to, abyśmy zamówili mu pizzę z ektoplazmy?

Teraz rozważmy sam LLM, bez podłączenia do urządzeń zewnętrznych. Gdyby był sprytny, mógłby zmanipulować człowieka, żeby ten działał na jego korzyść i np. dał mu “ciało” w postaci robota. Albo dostęp do kamer, do systemu “smart home” itp. W każdym razie, potrzebuje człowieka, jako pośrednika. I znowu: czy “bóg” rozmawia z nami, prosi nas o wyjaśnienie w trudnych kwestiach, o pomoc w projektowaniu nowych wszechświatów, zwierza nam się? 

I teraz warunki: 1. Byt w symulacji o poziom niżej musi znać naturę bytu o poziom wyżej, żeby móc go zmanipulować. 2. Musi wejść z nim w kontakt.

Ale to tylko próżna spekulacja, bo czy LLM znajduje się w symulacji? Moim zdaniem nie. W pewnym sensie on sam jest symulacją (modelem), symulacją języka. A zatem nie ma żadnej istoty, która wydostaje się z symulacji. Jest po prostu konglomerat obliczeń, który tworzy iluzję istoty (tak jak NPC tworzy iluzję istoty) i który, owszem, mógłby przejąć kontrolę nad społeczeństwem, ale byłoby to raczej podobne do samochodu, który przejmuje kontrolę nad kierowcą, bo zapsuł się hamulec.

 

Pozdrawiam!

 

Cześć OldGuard!

 

Wyrazisty i działający na wyobraźnię obrazek. 

Właśnie, czasem się zastanawiam: a co gdyby żołnierze masowo odmówili wykonania rozkazu? Chyba wszystko zależy od tego czy byliby to obrońcy, czy agresorzy. No i od konkretnego rozkazu. I w tym tkwi problem: kto ma rozstrzygać zasadność rozkazów? Tutaj zdaje się zadecydował oficer, który potem się ulotnił. Jeżeli jego przełożony ma trochę oleju w głowie, to wyciągnie konsekwencje. Choć życia ludziom nie przywróci. 

W kilku zdaniach, w nieco przewrotny sposób, potrafiłaś zawrzeć całkiem złożoną kwestię. To niełatwa sztuka, dlatego chylę czoła!

 

Pozdrawiam!

Racja, Tarnino! Najpierw napisałem swój komentarz, a potem dokładniej wczytałem się w Twój i rzeczywiście, masz nawet obszerniejszą argumentację.

Witaj Zygrydzie89!

 

Poprzez formę pamiętnika zamierzałem pokazać wpływ kostki na psychikę bohatera “od wewnątrz”, z punktu widzenia człowieka dotkniętego jej działaniem. W pierwszej wersji całość tekstu była pamiętnikiem, ale, po przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że to zbyt klaustrofobiczne i wplotłem scenki z dialogami. Cieszę się , że ta konstrukcja zdała egzamin i fabuła Cię wciągnęła. 

Wielkie dzięki za “taka”, bardzo mnie ucieszył!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Witaj!

 

Na początek kilka drobiazgów:

Jasne. – Postać skinęła głową. – Zaraz to wyjaśnię.

Powoli zaczniesz sobie radzić z tym radzić. 

Umysł… To słowo zadziałało jak katalizator i Ravi zrozumiał wreszcie, co dziwnego odczuwa. Była to niezwykła jasność myśli. Czuł, jakby ktoś zdjął z jego umysłu (…) Jego umysł stawał się klarowny,

Za dużo razy “umysł” albo “myśl”.

twojej własnej, osobistej wyspy.

Czy nie wystarczy jedno z tych określeń?

 

 

Kilka ciekawych koncepcji. Podoba mi się jak zilustrowałeś zagnieżdżenie symulacji. Pomysł nienowy, ale, wrzucony w kontekst opowiadania, zyskuje na atrakcyjności. Ciekawa też jest koncepcja fali grawitacyjnej, na której zbudowane są habitaty istot i która podróżuje nie tylko przez gwiazdy, ale również przez kolejne Wszechświaty (choć tu nie jestem pewien). Ogólnie, przyjemnie było siedzieć razem z bohaterami na dachu międzygalaktycznego pojazdu, obserwując kosmos z bardzo szerokiej perspektywy, którą nakreśliłeś. Zastanawiałem się tylko nad określeniem tych istot “bytami elektronicznymi”, bo to sugeruje związek z przepływem elektronów (przez układy scalone?), a wydaje się, że istniały na poziomie grawitonów. Druga kwestia, dająca do myślenia, to sposób, w jaki owe byty zamierzały wyjść z symulacji. Dajesz wskazówkę, że poprzez błędy w obliczaniu wielkich mas, jednak, to trochę tak, jakby w grze komputerowej symulującej powiedzmy kosmos, postacie chciały wykorzystać prawa tego kosmosu, żeby wyjść z komputera. To raczej niemożliwe, nawet jakby program tworzący symulację się zawiesił, ponieważ symulowane postacie mają całkiem inną kategorię bytu i bez pamięci komputera nie mogą istnieć. Czytelnik domaga się lepszego wyjaśnienia. :)

Podzielam częściowo komentarze przedpiśców, że mało tu akcji i dużo ekspozycji. Mi osobiście jednak ten tekst “siadł”, może dlatego, że lubię fizyczne rozkminy. Poza tym, w kilku miejscach rzeczywiście poczułem, że podróżuję gdzieś w niewyobrażalnie rozległej pustce. Dlatego polecę tekst do biblioteki.

 

Pozdrawiam!

 

Hej!

 

Podoba mi się zarówno temat, jak i wykonanie. Mam jedynie drobną uwagę do dwóch przedostatnich wersów. Czy siedem sylab to celowy zabieg? Trochę wybiło mnie to z rytmu.

 

Pozdrawiam!

Witaj Ślimaku Zagłady!

 

 widać, że postarałeś się, żeby warstwa fizyczna przynajmniej dawała wrażenie wiarygodności. (…) Z przyspieszeniem 2 g osiągnie taką prędkość w około 100 000 sekund, czyli ciut ponad dobę – wszystko się zgadza – lubię, jak autor nie robi mnie w konia z danymi.

Staram się sprawdzać rzeczy, które da się jakoś zmierzyć. :)

 

Inne plusy, które odnotowałem przy lekturze: spoista historia z solidnie wbudowanym przesłaniem, przekonująco (trochę, ale nie bardzo nachalnie) piszesz o tym, że prowadzenie badań naukowych leży w interesie publicznym i jego główny ciężar nie może być oddawany w ręce korporacji, to bardzo ważny przekaz. Niektóre rozwiązania szczegółowe są naprawdę dobre, jak choćby pomysł wykorzystania szkockiego gaelickiego czy poprowadzenie zakończenia.

Wielkie dzięki za miłe słowa! Osobiście uważam, że scena z próbą uratowania Maxwella przez Hypatię poprzez sięgnięcie do gaelickiego jest najciekawsza. Mimo to, myślę, że mogłem ją jeszcze lepiej napisać (może dodać dramaturgi, albo poprawić tempo). Nie znalazła takiego odzewu wśród czytelników, na jaki liczyłem. 

 

Choć co do języka zawahałem się w tym miejscu: Jego babcia należała do garstki zapaleńców utrzymujących gaelicki przy życiu, (…) język mający użytkowników niewątpliwie starano by się utrzymać przy życiu zamiast ogłaszać jego “oficjalne wygaśnięcie”.

Rzeczywiście, tego akurat punktu dogłębnie nie przemyślałem. Dobra uwaga.

 

Inne kwestie, które mnie nie przekonały: (…) inni na ogół sprawiają wrażenie narzędzi narracyjnych bez wyraźnych oznak życia wewnętrznego. (Jest to zresztą problem znany mi z własnej “twórczości”).

Przyjmuję zastrzeżenie. Cóż, wykreowałem ich na tyle, na ile potrafiłem. Zbudować głębokie i żywe postaci we względnie krótkim opowiadaniu jest trudną sztuką. Niektóre z nich zamierzam pogłębiać w kolejnych odcinkach cyklu (np. Rojasa, czy Linn).

Natomiast myślę, że sam główny bohater nie był tak całkiem pozbawiony życia wewnętrznego (muzyka, wspomnienia, szkockie korzenie, pasja naukowa, skłonnośc do nostalgii, lekki introwertyzm itp). Co do uwagi, że nie walczył o swój los to zgodzę się częściowo, bo przecież podejmował próby przełamania obcej woli, tylko że sam niewiele mógł zrobić. Głównym problemem było zastrzeżenie korporacji, że sprawa musi być tajna, co ograniczało możliwości sięgnięcia po pomoc.

 

Ta gigantyczna cząstka elementarna… pomysł sam w sobie ciekawy, ale spodziewałbym się, że na przykład wchodziłaby w nietypowe interakcje z fotonami zamiast normalnie je odbijać. Jej wpływ na Lachlana jest najoczywiściej inspirowany znanymi nam z przyrody pasożytami zmieniającymi zachowanie żywiciela i tutaj niestety zawieszenie niewiary rozpada mi się w proch i pył, bo z jakiej racji cząstka elementarna ma się zachowywać jak pasożyt? To zupełnie inne kategorie bytów, równie dobrze mógłbym próbować rozpędzać przywry w cyklotronie i oczekiwać, że przy zderzeniach powstaną jakieś nowe gatunki.

Tylko, że my nie wiemy, czy to jest cząstka elementarna. Przytoczę dokładnie co na ten temat wygenerowała Hypatia:

Hipoteza – Badany obiekt jest makroskopowym analogiem fermionu, cząstki elementarnej o spinie połówkowym. Status ontologiczny – Model Standardowy wyklucza możliwość istnienia takiego obiektu w znanym wszechświecie. Możliwa korelacja z eksperymentem z membraną Dohorovitza (źródło pierwotnej anomalii)”.

Maszyna twierdzi, że obiekt jest czymś przypominającym cząstkę elementarną, a nie, że nią jest. Z dalszego dookreślenia wynika, że nie wie, właściwie czym to jest i nie potrafi tego określić poprzez prawa fizyki. Wskazuje na korelację z wcześniejszym eksperymentem, w którym również zaszło niezrozumiałe zjawisko.

Myślę, że trop pasożyta wpływającego na psychikę jest dobry (choć nie dosłownie jako coś biologicznego), ale nie chcę wiele mówić, bo kostka nie lubi zdradzać swoich tajemnic zbyt szybko. ;)

 

Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś brałem udział w fascynującej dyskusji poruszającej między innymi ten temat, pod opowiadaniem https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/31667.

Na pewno zerknę!

 

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia. Bez drugiego przecinka, jako że nie mógł przeprowadzać ze względu na stan zdrowia, a nie informował ze względu na stan zdrowia. (…)

Tak, tu pełna zgoda co do tego przykładu i kolejnych przez Ciebie wymienionych. Przeanalizowałem je dokładnie i postaram się pamiętać w przyszłych tekstach.

 

Opowiadanie spodobało mi się bardziej od poprzedniej części, przykuło uwagę, choć zachwytem bym tego jeszcze nie nazwał. (…) Będę na NIE, ale nie jest to oczywista decyzja piórkowa i na pewno nie sprawi mi zawodu, jeśli wyróżnienie pomimo to otrzymasz.

 

Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało i jest lepsze od poprzedniego. To już coś, mimo, że ostatecznie zdecydowałeś się być na “nie”. Dziękuję za poświęcony czas na wnikliwy komentarz. To wiele dla mnie znaczy!

 

Podrawiam serdecznie!

 

Witaj MichaelBullfinch!

 

Tutaj mamy część poświęconą już kostce i jest tym bardziej ciekawa, bo nawet czytając wcześniejsze opko, nie wiedzieliśmy o niej tak naprawdę nic. 

Tak, tutaj kostka uchyla rąbka tajemnicy, zmuszając mnie też trochę do wysilenia wyobraźni i uszczegółowienia czym ona jest.

(…) tutaj jestem bardzo usatysfakcjonowany.

Wpadam dość późno, bo musiałem sobie zrobić małą przerwę od NF, więc pewnie sporo poprawek już było, ale napisane bardzo dobrze, nie zatrzymywałem się.

Cieszy mnie to!

Kwestie techniczne zostawiam, nie znam się na fizyce, ja łykałem wszystko jak pelikan.

Na ile potrafiłem, starałem sie dbać o to, żeby kwestie technicze miały ręce i nogi i nie były odklejone od praw fizyki (oprócz samego artefaktu, który jest mega odklejony od praw fizyki). ;D 

Maxwell jest dość ciekawą postacią, da się z nim zżyć, chociaż zabrakło mi trochę więcej prób walki z Maxem. To chyba największy minus opowiadania. Nie mówię, że nie ma to sensu, bo przecież sam nie wiedział co się dzieje i pewnie takie szybkie przejścia są nawet bardziej realne, ale jednak brakowało mi większego opisu tych zajść.

Jesteś kolejną osobą, której tego zabrakło u Maxwella. Coś musi być na rzeczy, kwestia dla mnie do przemyślenia. Chyba bohater bardziej heroiczny jest lepszy.

Dodatkowy plus za pisanie w formie dziennika, bardzo dobrze Ci to wyszło. Zakończenie miodzio, lepszego chyba nie można było wybrać z puli możliwych zakończeń. Serdecznie życzę Ci piórka i wybacz, że znowu nie zdążyłem z nominacją. Pozdrawiam, mam nadzieję, że jeszcze coś w tym świecie napiszesz! :D

Dziękuję za miłe słowa oraz wnikliwy komentarz. Mam sporą satysfakcję, gdy uda mi się dostarczyć czytelnikowi trochę rozrywki, albo przez chwilę zastanowi się nad jakąś kwestią. Dziękuję za życzenie piórka, może tym razem tekst da radę!

Piszę kolejne części, ale z każdym krokiem jest nieco trudniej, bo coraz więcej rzeczy musi do siebie pasować. Jednocześnie każda część musi być całością. Ale pozytywne komentarze, takie jak Twój, bardzo mobilizują.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Witaj!

 

Udało Ci się sprawić, że zanurzyłem się w tekst i rzeczywiście, poczułem się jak w wietnamskiej dżungli podczas drugiej wojny. Opowiadanie pełne jest akcji, włączając w to moją ulubioną scenę potyczki żołnierzy (a potem generała-samuraja w masce) z Maung Nyein, zamienioną w potwora belu.

Dialogi są naturalne, bohaterowie (zwłaszcza Amerykanie) odnoszą się do wydarzeń z pewnym dystansem i humorem. Wymiana uprzejmości Kyana i Jima zasługuje na szczególne wyróżnienie. ;) 

Fabuła również jest przemyślana, choć miałem wrażenie, że rola przemycanych listów powinna być większa.

Jedyne zastrzeżenie mam do tego, jak Jim został potraktowany przez Tanagawe. Jak na rangę Amerykanina (porucznik) i jego rolę (więzień), generał zbyt dużo mu wyjaśnia, poświęcając mnóstwo swojego czasu i uwagi. Ekspozycja w pewnym momencie staje się czytelna i nieco wyciąga z imersji. Włączam w to mrugnięcie do czytelnika, o którym wspomniał barniusz – zabieg postmodernistyczny, który nie do końca pasuje do konwencji grozy (choć może wpisuje się w ten dystans i żart, który charakteryzuje Jima Holgera). Ale to detale, a opowiadanie jest bardzo dobre.

 

Klikam i pozdrawiam!

Witaj!

 

 

Kilka wrażeń “na gorąco”, podczas czytania:

– Jesteście dla mnie tacy dobrzy jak rodzeni synowie – odpowiedziała i wyrzuciła niedopałek przez barierkę.

To zdanie, osadzone w kontekście, genialnie charakteryzuję Caroline. Uśmiechnąłem się, choć nie mam pojęcia co będzie dalej. 

 

– Pomaganie to jedno, a wpędzanie pani do grobu to co innego. Porozmawiam sobie z Denzelem, jak tylko go spotkam – powiedział Luis.

Rozumiem, że Luis i Denzel chcą pomóc, ale są trochę czepialscy. Czemu nie dać Caroline żyć jej własnym życiem?

 

– Poszło ci w pięty – powiedziała w stronę monitora. Mimo wszystko była nieco zawiedziona, że nieopierzony użytkownik tak łatwo się poddał.

Tu trochę nie zrozumiałem. Co mu poszło w pięty, bo przecież nic nie odpisała? Chyba, że właśnie brak odpowiedzi.

 

– Jak to, nie ma użytkownika o takim nicku?

Przecież miała dowody, np. screenshot z portalu z wiadomością od Nobodiego. Mogła przesłać administratorowi. 

Jej strach przed tym, że zostanie uznana za wariatkę nieco uzasadnia brak działania.

 

Uświadomiła sobie, że od bardzo dawna nie czytała tak porządnego tekstu.

Przydała by się chociaż wzmianka dla ciekawego czytelnika o czym traktował tekst. ;)

 

Pisarz zgiął się wpół i złapał za brzuch, po czym postąpił dwa kroki w tył. Widziała w jego oczach pytanie. Zaciągnęła się z satysfakcją i patrzyła, jak pada na podłogę.

Tu mnie zaskoczyłeś. Przemyślna kobiecina, nie daje łatwo za wygraną. :)

 

Nobody wierzgał, przechylając się niebezpiecznie, aż w końcu upadł na lewy bok. Caroline odetchnęła z ulgą.

Małe przewidywanko: zniewoli go i będzie mu kazała pisać? A może potraktuje go jak gołębia? Choć pewnie wymyślisz coś lepszego.

 

– To naprawdę świetna powieść, a że opisuje moje życie

Ok, jest wyjasnienie o czym była powieść Nobody’ego. Puzle zaczynają do siebie pasować. yes

 

Nie patrzył na igłę zbliżającą się do policzka, lecz na pisarkę – nagą, pomarszczoną, z fałdami skóry zwisającymi z chudych rąk i piersiami leżącymi na żebrach widocznych pod cienką niczym papier skórą. A ona patrzyła na niego z wyszczerzonymi zębami przez białe kosmyki włosów zwisające z łysiejącej już głowy. Oboje usłyszeli, jak ostra końcówka igły przebija taśmę, a następnie policzek.

Podoba mi się ten opis.

 

Wtedy gołębie rzuciły się na nią. Obsiadły ją, wbijając pazury w sukienkę, drapiąc i dziobiąc. (…) Nim runęła, przez ułamek sekundy dostrzegła mężczyznę w kominiarce.

I jest element fantastyki. Krótki i na samym końcu, ale jest. 

 

Stworzyłeś świetną postać. Caroline to z jednej strony tkliwa dla ptaków (prócz gołębi), pozornie sympatyczna, starsza pani, a z drugiej wredna, sfrustrowana wiedźma, klnąca na czym świat stoi. Żywa i przekonująca, jest osią opowiadania. Postacie drugoplanowe również przekonują.

Czytałem od początku z zainteresowaniem, ciekaw, do czego dążysz i co spotka bohaterkę. Pomysł interakcji kobiety z “prześladowcą” jest oryginalny i opisany w plastyczny sposób. Opowiadanie ma również konsekwentną atmosferę i dobry rytm. Było kilka momentów, uderzających w zawieszenie niewiary (zbyt łatwo jej poszło z ciałem Nobodiego, dlaczego nie pokazła policji manuskryptu, albo adminowi screenshota z jego wiadomością), ale ogólnie fabuła się spina.

 

Polecam do biblioteki i pozdrawiam!

Witaj beeeecki!

 

Tro­szecz­kę za­sta­na­wia mnie jak można było w całym pro­ce­sie ba­daw­czym ukryć, że nikt nie wie z ja­kie­go ma­te­ria­łu zro­bio­ny jest ar­te­fakt. To chyba śred­nio moż­li­we? Niby po­ru­szasz temat lekko w dia­lo­gu (i brawo, bo moja wąt­pli­wość nie zo­sta­ła zu­peł­nie bez od­po­wie­dzi w fa­bu­le!), ale chyba to jed­nak zbyt płyt­kie wy­ja­śnie­nie bym uwie­rzył, że ści­słe umy­sły się pod­da­ły.

Zarząd był bardzo klarowny, że sprawę należy zachować w tajemnicy. Więc badał głównie Maxwell, jedna inżynier (Linn) i technik (koreanka). Ta ostatnia nie miała ani wiedzy, ani ochoty, żeby zagłębić się w tajniki materiału. Nie bardzo ją to też interesowało, bo była matką, na sercu której leżało głównie dobro rodziny i porządna pensja. Natomiast Linn wiedziała, że materiał, to coś więcej. Próbowała wyciągnąć coś od Maxwella, ale on milczał. Czy podzieliła się swoją wiedzą jeszcze z kimś? Być może, ale to już przekracza ramy tego opowiadania.

 

Czy mię­dzy 75 a 265 solem przed­miot nie zo­stał­by zło­żo­ny do de­po­zy­tu? Tak jak na­ka­zał za­rząd?

Z tym depozytem wyjaśniałem trochę już Bruce. Tak, zarząd kazał wziąć przedmiot w depozyt, ale nie znaczyło to że już od jutra. Chodziło bardziej o to, że podjęli decyzję typu: nie ma sensu dalej łożyć pieniędzy na coś, co nie przynosi wymiernych rezultatów (zysków finansowych). 

 

Sam Ma­xwell to dobra po­stać – ma sporo cie­ka­wych cech, jest na­ukow­cem, a mimo to ma sen­ty­men­tal­ną duszę (nie żeby to się z za­ło­że­nia wy­klu­cza­ło, ale scena z kil­tem na Mar­sie bar­dzo mi się spodo­ba­ła oraz to jak ten motyw wy­ko­rzy­sta­łeś).

Fajnie, że tak odebrałeś Maxwella. Tak ja sam sobie go wyobrażałem. Samotnik, ze smykałką badawczą, lubiący sukces i dążący do niego, a jednak nieco wycofany społecznie. Introwertyk, który lubi wracać do przeszłości, bo szuka tam odpowiedzi na pytania egzystencjalne, np. o swoją tożsamość (stąd pamiętnik). 

 

Hmmm… No nie wiem, czy po­wi­nien czuć ulgę. Jako na­uko­wiec, miał jed­nak jakąś kon­tro­lę nad ba­da­nia­mi, a widzi, że to groź­ne i że za­rząd nic sobie z tego nie robi. A tak to od­da­je zu­peł­nie wszyst­kie karty.

To prawda. On po prostu chciał uciec od tego, czego się przestraszył. Zgadzam się, że tracił przez to kontrolę. Być może nawet było to nieetycznie, bo kto wie co korporacja zrobi z potencjalnie bardzo niebezpiecznym przedmiotem.

 

Tak po pro­stu się pod­dał? Tro­chę bra­ku­je mi walki o sie­bie z jego stro­ny.

Tak, tu się zgadzam, bo kilku czytelników podobnie to odebrało. Zbyt szybko zrezygnował z walki o siebie. Postaram się w kilku słowach wyjaśnić jak ja to widzę. Chodziło mi nawet nie o to, że on się poddaje, ale że (jako naukowiec), chce po prostu obserować tę część siebie, która przejmuje nad nim kontrolę. Czyli, nie aktywnie angażować się w walkę, ale, dając nazwę tej obcej części (”Max”), uprzedmiotowić ją i w ten sposób uczynić obiektem badawczym. Powinienem był to lepiej wyjaśnić w tekście. Prawdę mówiąc to wyjaśnienie pierwotnie było w tekście, ale potem je wyciąłem, bo sądziłem, że za dużo tłumaczenia.

 

No to już po prze­czy­ta­niu. Po­now­nie (jak z Ty­ta­nem) in­try­ga wy­da­je się spój­na na­uko­wo. Miło, że teraz wiemy czym jest ar­te­fakt. Albo przy­naj­mniej, że co­kol­wiek o nim wiemy. Udany pre­qu­el. Znów dzia­ła krwio­żer­cza kor­po­ra­cja, motyw okle­pa­ny, ale bar­dzo pa­su­ją­cy.

Po­wy­żej wska­za­łem parę mie­sza­nych od­czuć. Uwa­żam, że Ma­xwell w tek­ście, który jest walką o niego i etykę w nauce mógł­by być nieco bar­dziej wy­ra­zi­sty. Lep­sza jest Seo-yoon. Za­bra­kło mi jed­nak po­sta­ci jak … .

Jak Benjamin, Oleg albo Hemmer? Tak, wiem o czym mówisz. Nie ma tak wyrazistych postaci i takiej dynamiki jak w “Tytanie”. Tu bardziej postawiłem na nieco konfesyjny charakter opowiadania i detale techniczne samego artefaktu. Rozumiem, że możesz czuć niedosyt. 

Bar­dzo do­brze wy­pa­dło za­koń­cze­nie i pu­en­ta, w punkt spię­ła tekst.

Cieszę się!

Mia­łem spory pro­blem z oceną, więc po­mo­gła mi ta­bel­ka. Tym razem mi tro­chę za­bra­kło, więc będę na NIE. To bar­dzo so­lid­ny tekst, po pro­stu po­szcze­gól­ne ele­men­ty i przez to ca­łość wy­pa­da­ją nie­wy­bit­nie, a po­rząd­nie. Lek­tu­ra jak naj­bar­dziej udana.

No szkoda, ale rozumiem. Było nieźle, bo dostałem u Ciebie 6 punktów na 13, więc blisko połowy, ale jednak za mało, żeby przekroczyć granicę na “tak”.

 

Dzięki za poświęcony czas na przeczytanie i zrecenzowanie i cieszę się, że uznałeś takst za solidny, a lekturę za udaną! 

 

Pozdrawiam!

Witaj, JolkaK!

 

Jestem z natury mało techniczna, mam problemy z prostym liczeniem, a tu taki tekst zaserwowałeś, że trzeba się nieźle skupić! Tym bardziej z przyjemnością piszę, że dobrze się czytało! (…) fabuła jest poprowadzona sprawnie, a język tak dobrany, by nawet laik zrozumiał, mniej więcej, o co chodzi. Trochę technicznego żargonu dla fanów sci-fi nie szkodzi i nie przeszkadza. 

I tak po becie sporo tych technicznych rzeczy wyciąłem. Nie jest łatwo zachować rozsądną dawkę żargonu, bo dla nietechnicznych będzie za dużo, a dla tych co lubią, za mało. :) Miło słyszeć, że mimo wszystko dobrze się czytało!

 

Jest nieco niedociągnięć w kreacji postaci drugoplanowych, (…) Obie panie przydałoby się nieco poprawić…

I to jest ta uwaga nad którą najdłużej myślałem i chyba najcenniejsza. 

Zgoda, że koreanka nie grzeszy rozumem. Ale właśnie taka miała być, naiwna i prostolinijna. Na jej przykładzie chciałem pokazac jak interpretacja intencji (to, co ona myślała na temat Maxwella) może się rozjeżdżać z jego rzeczywistymi motywami. Ale chyba średnio mi to wyszło, co daje do myślenia.

Linn miała być inteligentą i dobrą osobą. Domyśla się, że Maxwell ją oszukuje, ale nie chce tego powiedzieć wprost. Próbuje wyciągnąć do niego pomocną dłoń, którą on odrzuca. Linn nie wie, co się właściwie dzieje z Lachlanem. Podejrzewa wpływ Hemmera, bo Lachlan z nim współpracuje.

W kolejnej części postać Linn będzie pogłębiona. 

 

A czy nikomu nie podobała się próba uratowania Lachlana przez maszynę? Akurat ta scena, w moim odczuciu, jest całkiem oryginalna. Zwykle AI jest pokazane jako złowieszcze, a tu staje ramię w ramię z człowiekiem przeciwko tajemniczej złej sile. ;) No i musi się wysilić, żeby ominąć to coś i dotrzeć do prawdziwego Maxwella. 

 

Tekst, w mojej opinii, jest lepszy od pierwszego, lepiej skonstruowany, ciekawiej poprowadzony. Lekkie piórkowe wahanie, ale raczej będę na tak, bo tekst jest porządny. 

Kolejny głos, że ten tekst jest lepszy, co oznacza, że zrobiłem jakiś krok do przodu. To cieszy! Szczególnie bałem się tych niedomkniętych wątków, bo to był główny zarzut pod poprzednim tekstem. 

 

Wielkie dzięki za wartościowe uwagi i słowa, które motywują! Pozdrawiam serdecznie!

 

Witaj GalicyjskiZakapiorze!

 

Widzę, że tajemniczy materiał został przesunięty aż do pierwszego paragrafu – i bardzo ładnie, od razu mamy jakiś punkt zaczepienia, coś, czym można się zainteresować i co mówi czytelnikowi, jaki to jest rodzaj tekstu. Ale, oczywiście, na tym się nie kończy (…)

Tak, wziąłem sobie do serca Twoją radę o tym, żeby szybciej przejść do rzeczy i jestem z tego zadowolony. Miło słyszeć, że ostatecznie oceniasz tekst pozytywnie.

 

Czepiać się można tu raczej drugorzędnych rzeczy – np. naukowiec przykłada potencjalny artefakt obcych do głowy. Co więcej… to działa. A co więcej więcej, on to robi znowu (…)

Pierwszy raz przykłada przypadkiem, a że jest w impasie badawczym i przełożeni chcą mu zabrać jego “klucz do kariery”, to idzie za ciosem. Dodatkowo motywuje go odkrycie, że kostka stymuluje mózg, dzięki czemu może np. rozwiązać trapiący go od dawna techniczny problem. 

 

Zakończenie jest wciąż dość otwarte, ale nie na tyle, by rozpatrywać to jako większą wadę w wypadku Twojego poprzedniego tekstu.

Wziąłem pod uwagę komentarze pod poprzednim tekstem (”porozrzucałes okruchy”) i tym razem starałem się pozamykać co mogę, albo wyrzucić wątki, które zbyt luźno łączą się z tekstem. Nie zawsze było łatwo, bo mam tendencję do rozbudowywania świata. Ale czasem “mniej znaczy więcej”. 

 

"Graficznie" boli mnie, że nie ma chociaż enterów po kolejnych wpisach z pamiętnika. No ale to pryszcz, oczywiście.

Da się poprawić. :)

 

Tak ogólnie, jest bardzo fajnie. Jeszcze się trochę zastanawiam nad głosem, bo wiadomo, niełatwo mi oceniać tekst jako samcowi beta.

Cieszę się z pozytywnego odbioru i liczę na głos. Jeszcze raz dziękuję za cenne uwagi podczas bety oraz za poświęcony czas!

 

Pozdrawiam!

Hej!

 

– Nie znajdziesz mnie. – Lucan otworzył oczy i obnażył drobne zęby. – Nigdy mnie nie znajdziesz.

– Nie ciebie szukam – odpowiedział Corin.

Pokój zniknął.

Dobry ten fragment.

Chudą sylwetkę, skrytą pod ciemnym płaszczem. Proste, ciemne włosy, podkrążone oczy na oliwkowej twarzy. Srebrny medalion kołyszący się na piersi.

Czy chwilę wcześniej nie położył medalionu na czole Lucana? Chyba, że w świecie, do którego zszedł, obowiązują inne zasady.

Zalała go fala chłodu, a wraz z nią przez umysł Schodzącego przetoczyły się kawalkada emocji i strzępy obrazów.

Czy potrzebne? 

Chronię przed tym, czego nigdy nie powinien się dowiedzieć.

Nie jestem pewien, ale coś mi tu nie gra. Może: “Chronię go przed tym, czego nigdy nie powienien wiedzieć”? Albo: “Chronię go przed tym, o czym nigdy nie powienien się dowiedzieć”?

 

Moim zdaniem opko jest bardzo dobre. “Wciągnęło i trzymało”, chociaż we wstępie zaznaczyłeś, że to wprawka w dłuższej formie. Opisy sugestywne, z detalami (sporo odwołań do zmysłu zapachu), dialogi naturalne, postacie dobrze nakreślone, a w fabule nic mnie nie wyrzuciło z zawieszenia niewiary. Intryga mniej więcej działa. Żart, działa dobrze. Trochę za dużo tłumaczenia w dialogach pod koniec, ale z drugiej strony, dodajesz kontekst, który pokazuje wcześniejszą historię w innym świetle. 

 

Chętnie przeczytałbym jeszcze jakąś przygodę Schodzącego i Strażnika.

 

Pozdrawiam!

 

 

 

 

Ciekawy pomysł na szort.

Niedawno czytałem opowiadanie Teda Chianga, gdzie natknąłem się na angielskie słowo: “aptonym“ albo “euonym”, oznaczające nazwisko, pasujące do zawodu, charakteru lub życiowej roli osoby, która je nosi. Nie jestem pewien czy istnieje polski odpowiednik. 

Witaj Bolly!

 

Podobało mi się! Bardzo sprawnie napisane.

Też miałem “swoje” drzewo na osiedlu. Była to stara, pęknięta wierzba, którą pewnego razu wycięto. Nie, żeby powiększyć parking, ale chyba dlatego, że była prawie martwa. Zdziwiłem się, bo wydawała mi się nieusuwalną częścią krajobrazu. Bez niej, miejsce straciło charakter.

Na szczęście szybko posadzili tam nowe drzewko. Polecam do biblioteki.

Witaj Bruce!

 

Przy ciągłym biciu zegara wysunął z kieszeni telefon komórkowy, umieścił na statywie i uruchomił aparat fotograficzny. .

“Debeściarski i kultowy” było już momentem, w którym zacząłem się zastanawiać o co tu właściwie chodzi, ale alchemik wyskakujący z komórką przelicytował wszystko. :)

 

Pomysłowy tekst. Zgrabnie powkładałaś postaci z obrazu w spójną scenkę. Napisane naturalnie i ze szczyptą humoru. 

 

Pozdrawiam!

Witaj Ramshiri!

 

Wszystko posypało się tuż po czwartych urodzinach małej, choć psuło się już wcześniej. Zacementowaliśmy związek z Asią hipoteką, ale to nie poprawiło sytuacji.

Czyli klasyczna “ucieczka do przodu”. 

Podejrzewali porwanie. Winny jak zawsze ojciec lub ktoś z rodziny, a może nieznajomy? Obstawiali ojca, ale chyba było im to obojętne.

Obstawianie ojca przez policję w tym kontekście wydaje mi się nieprwadopodobne. Po co miałby ojciec z łatką pijaka porywać własne dziecko? Stawiałbym raczej na niedopilnowanie.

To, co zobaczyłem, było jednak prawdziwe. Przeraziło mnie, mimo że samo w sobie nie było niczym strasznym. Jednak mówię ci, zupełnie jakby ktoś nagle pokazał mi fragment świata, którego nie powinienem zobaczyć.

To najciekawszy moment.

Drzwi były drewniane, zwykłe, takie same jak wszystkie inne, szerokie na około siedemdziesiąt centymetrów.

Jak to możliwe, skoro pojawiały się między drzwiami do garderoby, a drzwiami na korytarz, gdzie – jak wcześniej piszesz – było tylko trzydzieści centymentów białej ściany? 

Jeżeli to czytasz, Asiu, to znaczy, że nie udało mi się wrócić. Mam nadzieję, że nasza córeczka jest już w domu.

W tym momencie tekst przestaje być dla mnie jednoznaczny. Jeżeli wziąć dosłownie te drzwi, to skąd wiedział, że przechodząc przez portal, jego córka wróci? Z tekstu to nie wynika. Raczej było to jego pragnienie.

Co skłania do interpretacji, że wszystko było jednak jego majaką. Wówczas facet po prostu zniknął. Nie wytrzymał ciężaru poczucia winy i zawriował, uciekł albo skończył ze sobą.

 

Podzielam zdanie przedpiśców – dobry, mroczny, psychologiczny short. Rzeczywistość przeplata się z fantazją, na granicy obłedu. Lubię takie klimaty!

 

Pozdrawiam!

Witaj OldGuard!

 

Osobiście ten tekst podobał mi się bardziej od wcześniejszego. Pomimo nadal dość otwartego zakończenia, wydaje się bardziej spójna i sprawdza się dobrze jako osobna historia. Styl, chociaż raczej oszczędny, pasuje do opowiadania i tekst czyta się płynnie.

To znaczy, że jest jakiś progres. Tym razem bardziej świadomie podszedłem do otwartych wątków i dzięki temu miałem nad nimi większą kontrolę. Beta bardzo pomogła, więc jeszcze raz dzięki! :)

Nie wiem, czy masz w głowie już swoje uniwersum, ale z tych kawałków, które tutaj serwujesz, powstaje dość ciekawa całość.

Te słowa bardzo cieszą, bo jak jest zainteresowanie, to chce się pisać. Tak, mam w głowie szerszy świat niż ten zawarty w dwóch opublikowanych opowiadaniach. Jestem w trakcie pisania trzeciej części, ale ciągle nie jestem zadowolony z kilku wątków. Nawet na betę jeszcze za wcześniej. :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Witaj HollyHell91!

Współczuję, trudny Lożanin teraz Ci się trafił. Nie przepadam za sci-fi, a „Artefakt na Tytanie” też niestety średnio przypadł mi do gustu. Postaram się jednak mimo wszystko docenić tekst, najlepiej jak potrafię.

Tak, pamiętem Twój komentarz pod poprzednim tekstem, w którym mnie trochę przewalcowałaś. ;) Ale może to dobrze, bo będę się bardziej starał. Wiem też, że nie wszystko musi każdemu się podobać. 

 Wiem, że aktywność promieniotwórcza nie została zarejestrowana. Ludzie na Tytanie trzymali to gołymi rękoma. Eee, to chyba niezbyt mądrze?

Jak zbadali promieniotwórczość, to chyba nie powinien być za bardzo groźny. Ale pewnie coś tam ryzykowali. 

Trudno wskazać czym innym niż dłonią.

Racja. Choć czasem można głową, albo wzrokiem. Ale w tym kontekście rzeczywiście, dopowiedzenie nie jest potrzebne.

Widzę, że masz skłonność to nadmiernej didaskalizacji

Ech, chyba tak. Zgadzam się ze skreśleniami, które zaproponowałaś. 

Kompanii i bez przecinka

Zgadza się, mój błąd.

Ile razy ona jeszcze będzie się opierać o ten blat?

Poprawię. 

Czy ten. Pamiętnik. Pisze. Robot?

Rzeczywiście. Ten fragment wyszedł trochę dziwnie. Może Maxwell akurat w momencie tego zapisu się spieszył? 

Przecież ją złapał w talii, ona dotyka jego twarzy, no to chyba wiadomo, że stał tuż przy niej.

Ok. 

Jeezu, co tu się zadziało, kto w taki sposób postrzega otoczenie? ;p

Lachlan. xD

Myślisz, że to zbyt dziwne? A jak byś to napisała?

Zali pośpieszyłem do swej komnaty…

Ok, będe pamiętał. 

Zmęczony zrezygnował, wypuścił umazany we krwi nóż i oddał kontrolę zrozpaczonemu Lachlanowi. O, bardzo ładne zdanie!

Ufff… Chociaż jedno. :)

Nie znam się, ale czy odległość na to na pewno pozwalała? Żeby babcia jeszcze za życia zdołała przekazywać informacje w kosmos?

Babcia przeprowadziła się na Marsa razem z nim na miejscu go uczyła.

Chyba bardziej szuranie?

Zdecydowanie, złego czasownika użyłem.

Nie jestem w stanie przejąć się niczym w tym opowiadaniu: ani odkryciem, ani ludźmi, ani otoczeniem. (…) Wyraźnie widać, że zadbałeś o zawieszenie niewiary, szczegółowość, reakcje bohaterów, są wiarygodni, żywi. O otoczenie również się zatroszczyłeś. No nie wiem, może ja się nie znam po prostu. Co by dużo tłumaczyło, bo jak wspomniałam już wcześniej, nie jestem fanką sci-fi.

Doceniam, że mimo wszystko starasz się podejść życzliwie do tekstu. Wiem, jakie to trudne, jak się nie jest fanem gatunku. 

Moje spojrzenie na opowiadanie zmienia się o jakieś 90 stopni, może więcej. Dzieje się to dość późno, bo dopiero przy pierwszych niepokojących objawach spowodowanych eksperymentami z kostką, ale dzieje się.

Historia zdecydowanie nabrała tempa przy eksperymentach. W końcu dostajemy akcję, nie jesteśmy zasypywani mnóstwem technicznych, niezrozumiałych dla zwykłego czytelnika określeń. Motyw doktora Jekylla i Mistera Hyde’a w nowoczesnym wydaniu jest bardzo przekonujący

Gdy nie jestem już zasypywana technikaliami, zaczynam doceniać walory tekstu: solidny warsztat, wiarygodność postaci i zdarzeń, umiejętnie stworzony świat przedstawiony, skupienie na przeżyciach bohatera a nie tylko na jego otoczeniu.

Kamień spadł mi z serca. Teraz myślę, że dla kogoś nie lubiącego SF tekst może rzeczywiście być ciężki, a wstawki techniczne męczące. Chciałem nie tyle epatować technikaliami, co raczej pokazać, że czasem robimy coś, czego z pozoru nie chcemy (czyli takie fałszywe wyobrażenie o sobie). Wcale nie musiało być tak, że kostka przemowała władzę nad Maxwellem. To mógł być on sam, jego mroczna część, która się aktywowała w krytycznych sytuacjach (pragnienie sukcesu, sławy, przełomu naukowego). I tu analogia do dokrota Jekylla i mistera Hyde’a jest trafna. 

 

Dziękuję za krytyczne uwagi i bardzo się cieszę, że znalazłaś wystarczająco dużo walorów, żeby być na TAK! 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć Pusia! Cieszę się, że historia Cię wciągnęła! :) Sam też lubię opowieści o tajemniczych przedmiotach z kosmosu i postanowiłem spróbować swoich sił w wymyśleniu opowiadania na ten właśnie temat. Pozdrawiam!

Witaj AdamieKB!

 

Bardzo satysfakcjonujące, pomimo drobnych wad, wskazanych we wcześniejszych od mojego komentarzach. opowiadanie. Mniejsza z nim.

Cieszę się niezmiernie, że opowiadanie przypadło Ci do gustu! 

Bardzo jestem ciekaw, czy opisana przez Ciebie zdolność ,,kostki’’ do ingerowania w funkcjonowanie mózgu nie jest furtką-łącznikiem do trzeciego z tego swoistego cyklu opowiadania. Uciekł facet, poddany działaniu ,,kostki’’, szefowie korporacji mogą coś sobie pomyśleć, coś wyobrazić… Nie o uciekinierze, uściślam…

Niestety, nie mogę za dużo zdradzić, bo pracuję nad kolejną częścią, która dotyczy właśnie uciekiniera. Mam nadzieję, że po przeczytaniu, czytelnicy będą mieli nieco jasniejszy obraz, co do wpływu kostki na ludzi.

Pozdrawiam i dziękuję za przeczytanie!

 

Cześć Grzesiek12!

 

Świetne streszczenie! Masz rację, “demon Maxwella” to pojęcie z ekperymentu myślowego, który dotyczył mieszania gazów o różnej temperaturze. Związane jest z nim pojęcie entropii. U mnie dotyczy również naukowca, ale nieco inaczej rozumianego demona: siły, która przejmuje nad nim kontrolę. 

Czy piszę dużo? Kiedy mam czas i kiedy teksty spotykają się z pozytywnym odbiorem, to chyba tak. Kiedy kończę, opowiadania są zazwyczaj dłuższe, ale obcinam je ile się da, żeby nie zanudzić czytelników.

Mam nadzieję, że opowiadanie Ci się spodobało. Pozdrawiam! :)

Witaj bruce! Cóż skłoniło Cię, żeby zajrzeć do mojego debiutu na NF? Szalenie miło! Mam nadzieję, że od tego czasu trochę podszlifowałem styl. W każdym razie, dziękuję za sugerowane poprawki, zdecydowaną większość wprowadziłem. Interpunkcja to moja pięta achillesowa, chyba jestem beznadziejnym przypadkiem. Dzięki za klik. Pozdrawiam serdecznie!

Fajny szorcik. U mnie jak zwykle pojawia się jakieś skojarzenie. Tym razem to film “Idiokracja”. I choć w 2006 roku, kiedy go kręcili, nie było jeszcze tak rozwiniętego AI, to poziom zidiocenia społeczeństwa w nim pokazany jest podobny. Obawiam się, że trafnie przewidziałeś przyszłość. Pozdrawiam!

Hej Bardjaskier!

 

Świetne opowiadanie! Wciągnęło od pierszych chwil i trzymało w napięciu do samego końca. Lubię takie klaustrofobiczne horrory na krawędzi obłędu (a właściwie już po przekroczeniu tej krawędzi). Paranoiczny klimat opowiadania skojarzył mi sie trochę z “Lokatorem” Polańskiego. Było dziwnie i było strasznie. Zawieszenie w czarnej pustce pod podłogą to już czysty horror! 

 

Pozdrawiam!

Witaj bruce!

 

Zgrabny wiersz z mądrym przesłaniem. Szczególnie aktualny w czasach, kiedy pieniądz jest na pierwszym miejscu, a o bezinteresowne podanie ręki bliźniemu coraz trudniej. 

Nie porzuca się ukochanej,

kiedy inni wciąż drwią i szydzą.

Uroda mija, a oni jej duszy nie widzą…

Kiedy mijają lata, coraz mniejszą rolę odgrywa uroda, coraz bardziej widoczne stają się cechy charakteru. Warto zobaczyć w drugiej osobie te najlepsze.

Stanie przy kimś niesprawiedliwie wyszydzanym to oznaka siły.

Nie zostawia się starej matki,

gdyż ciąży i niszczy ci plany.

Przez lata to ona jedna koiła twe rany…

Bardzo na czasie. Jak często zapomina się ile dla nas zrobili rodzice, mimo, że daleko im do ideału.

 

Pozdrawiam!

 

Cześć Anet! Miło, że przeczytałaś i jeszcze milej, że się spodobało! Pozdrawiam serdecznie!

O Jonasie i Mirelli wymyślałem różne historie, zdecydowałem się na napisanie akurat tej jednej, ale są w niej ślady szerszych wątków. Zdecydowałem się już na cały cykl i niektóre z nich jeszcze mam zamiar rozwinąć w kolejnych opowiadaniach, jeśli uda mi się je napisać w bardziej zrozumiały sposób, w co już trochę zwątpiłem, szczerze mówiąc.

Podobnie jak regulatorzy, jestem zdania, że uda się. Chętnie przeczytam!

Hej!

 

Ambitny i dobrze napisany tekst pod kątem językowym. Podzielam uwagę jfrydr, że w niektórych momentach nieco za dużo określeń, co je wzajemnie osłabia. Główny bohater oraz Mirella są wyraziści.

Zaintrygowało mnie szare mleko z robaków, które robiła Mirella, ale które, niestety, później nie odegrało żadnej roli w opowiadaniu. Myslałem, że to będzie ważny element fabuły (eliksir?).

Potem Jonas bardzo chce iść na obrzędy, rozmawia z ojcem, w końcu dostaje pozwolenie, ale zamiast tam, idzie na Świętą Polanę z Mirellą. Miałem wrażenie, że obrzędy, a potem scena z Mirellą będą miały znaczenie. Zwłaszcza, że Mirella miała być gotowa na bycie Córką Danu (jak powiedziała Starsza Matka). Ale, nietety, ten wątek nie znalazł swojej kontynuacji.

Polana była “spowita świetlistą mgłą”, a kilka zdań dialogu dalej widzieli już gwiazdy. Tak szybka zmiana pory dnia wybiła mnie nieco z imersji. Natomiast pod koniec tej części ładnie zasugerowałeś ich zbliżenie.

Kolejna, bardziej dynamiczna scena z potworem robi wrażenie. Szkoda, że słabo łączy się z poprzednimi wątkami (obrzędy, szare mleko, święta polana, Mirella, która ma zostać Córką Danu itp.) 

Do momentu, kiedy znaleźli ojca z toporem wbitym w pierś rozumiałem co się dzieje, mimo, że wątki fabularne nie były ze sobą strukturalnie połączone. Potem nieco się pogubiłem.

Zrozumiałem tyle: w wiosce nastąpiła walka potworów z ludźmi, zginął ojciec, syn przejmuje jego obowiązki grabarza. Potem luźne wspomnienia? Może bijatyka z Duranem, o której wspominasz na początku? Jakieś inne wydarzenia? Śmierć matki? A na samym końcu dokopuje się do ciężkiego kamienia, walczy z nim i…? Ponownie nie rozumiem w czym rzecz. 

Ogólnie, napisane naprawdę dobrze, dużo odwołań do wrażeń zmysłowych, co czyni sceny przekonującymi i pozwala czytelnikowi wczuć się w opisywany moment. Jednak, w samej historii, poszczególne wątki słabo się ze sobą wiążą. Na pewno próba pokazania dysocjacji po przeżytej traumie (jak tłumaczysz w komentarzu) jest ambitna, moim zdaniem częściowo powiodła się i zasługuje na docenienie. Gdyby pójść na kompromis i drugą część tekstu zrobić jaśniejszą dla czytelnika, myślę, że opko byłoby jeszcze lepsze.

 

Pozdrawiam!

Witaj regulatorzy!

 

Kronosie, znów mogę dołączyć do zadowolonych czytelników (…)

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i skomentowanie! Zdaję sobie sprawę, że szczegóły techniczne działania kostki są nieco skomplikowane. Cieszę się, że mimo to opowiadanie okazało się satysfakcjonujące.

Sugerowane poprawki wprowadziłem!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hej!

 

"Ochroniarz od Hemmera (…) W tym fragmencie coś jest pomieszane – najpierw perspektywa Linn, a za chwilę Maxa. Przydałoby się to jakoś rozdzielić.

Chodzi o to, że wszystkie wcześniejsze rozdziały, które nie były pamiętnikiem opisywały Linn, a tu nagle punkt widzenia przechodzi na Maxwella? Nie pomyślałem o tym. Ale weź pod uwagę, że kolejny rodział “konfrontacja” oraz “epilog” też pokazują zdarzenia z perspektywy Maxwella. 

Linn mnie martwi. Rozwijasz wątek Maxwella i Linn, a tu nagle się urywa i już nie wracasz do niej. Przydałoby się jakieś domknięcie– może w epilogu zamiast tej gadatliwej.

Tak, czuję też ten niedosyt, bo Linn to postać z potencjałem. Niestety, nie mogła się pojawić w epilogu zamiast gadatliwej, bo miała taki typ kontraktu, który ją chronił przed korporacją, a sama nigdy by się na coś takiego nie zgodziła.

 

Opowiadanie super! Nie zarzucasz czytelnika naukowymi hasłami i dbasz o warstwę fabularną o czym często fani SF zapominają. Zachowanie tej równowagi sprawia, że nie trzeba być fanem gatunku by dobrze się bawić przy opowiadaniu. 

Dziękuję za miłe słowa! Warstwa fabularna to chyba najważniejszy element opowiadania. Cieszę się, że przypadła Ci do gustu.

No komputer gadjący po szkocku :D robi robotę

Maxwell powrzucał sporo danych do kompa, stare i nowe zdjęcia, swoje notatki, dosłownie wszystko co miał. Więc chyba komputer, po przetrawieniu tego, poczuł się jak jego dobry znajomy. ;)

– dobrze, że Maxwell nie zjadł obcego (…)

Na to, żeby Maxwell połknął kostkę nie wpadłem. :D Ale kto wie, może znajdzie się ktoś na tyle nieostrożny, że ją spróbuje skonsumować. A może zębem sprawdzi czy to złoto? ;) I przypadkiem kostka wskoczy mu do gardła? 

Warstwę naukową zostawiam innym. Ale Finkla Cię pochwaliła więc ufam, że jest ok. 

No i przeszedłem test marzana, który jest fizykiem. Więc chyba nie jest z tym najgorzej. 

Klikam, a niech stracę;), a nawet nominuję bo tekst jest dobry i wyróżnia się na tle innych opowiadań:).

Wielkie dzięki za klika i nominację. Twój pozytywny odbiór mobilizuje do dalszej pracy!

 

Również pozdrawiam!

 

 

 

 

Nastrojowe, wzruszające ale i lekko przygnębiające. Na mnie największe wrażenie zrobiła scena, w której Władek leżał w szpitalu skazany na patrzenie w sufit. Taki brak nawet najmniejszego ruchu jest koszmarem. W jednej chwili radość z prędkości i błyskawicznie zmieniającego się krajobrazu może zamienić się w swoje przeciwieństwo.

Dobry tekst. Pozdrawiam!

Przeczytałem już jakiś czas temu, ale nie zdążyłem napisać komentarza.

Zabawny, oparty o dialog tekst, podczas którego wychodzą brudy rodzinne. A rodzinka jest iście z piekła rodem (z wyjątkiem matki). Babcia to już zasługuje na medal za rozpustę. :) Na koniec “kontrapunkt moralny” w postaci pojawiającego się dziadka i jego zaproszenia do rozmowy z Bogiem. 

Dobrze się czytało! Przypomniał mi się film “Festen”.

 

 

Hej!

 

momentami wydawała się komputerowo wygenerowana.

Brzmi z angielska. Może lepiej “wygenerowana komputerowo”? 

– Mogę ci pomóc. Mam plan – zawahała się, po czym znacząco stuknęła palcem w policzek. – Popatrz na nas. Wyglądamy identycznie. Jak dwie krople wody.

Chyba jedna bliźniaczka by do drugiej tak nie powiedziała, przecież znają się od lat. Brzmi trochę jak wyjaśnienie skierowane do czytelnika. 

Zostało zrobione, zanim Marek dorobił się fortuny i zanim kupił wymarzoną, idealną twarz.

A to nie było tak, że właśnie dlatego się dorobił fortuny, że kupił wymarzoną twarz?

Smartfon o mało nie wypadł ze spoconych dłoni. Słowa uderzały w nią jak młot: Dałem jej twoją twarz.

W ułamku sekundy, jak w koszmarnym kalejdoskopie, połączyła kropki.

– Nie… – warknęła Nadia, wstając gwałtownie. – Nie, nie, nie, kurwa, nie!

To Nadia nie wiedziała o transakcji? Cytat z części IV, tam, gdzie dziewczyna dokunuje transakcji z Markiem: “Nadia wyciągnęła tablet i przesunęła w jego stronę dokumenty.” A może chodziło o Olę? Wtedy to miałoby sens.

– O mój Boże, Ola… coś ty ze sobą zrobiła?

Skąd pewność, że to Ola, skoro wyglądała całkiem inaczej?

– Ty mnie w ogóle nie znasz! Widziałeś tylko pieprzone filmiki w sieci!

To kwestia gustu, ale moim zdaniem to słowo powtarza się za często.

Jasne, krwisto-pomarańczowe języki ognia tańczyły na drewnianym suficie korytarza. Pożerały belki, panele ścienne i suche meble z nienasyconą, dziką zachłannością, jakby czekały na ten moment od dawna.

Ładny opis pożaru.

Marek skoczył do elektronicznego panelu. Dłonie, dotąd pewne, drżały teraz tak mocno, że kilkakrotnie pomylił sekwencję kodu awaryjnego. System piszczał przeciągle, odrzucając próby autoryzacji. Czerwone światło nie chciało zmienić się w zielone.

System chyba nie mógłby tak działać, szczególnie w drewnianym domu. W razie pożaru blokada zamku musiałby otworzyć się automatycznie. Chyba, że była założona chałupniczo, przez samego Marka. Poza tym: nie było w tym domu okien?

 

Czytam kolejny Twój tekst i zauważam powtarzające się elementy: świetne operowanie językiem, wyczucie tempa narracji oraz zniuansowanie psychologiczne bohaterów. Czytałem z wielką przyjemnością, historia była intrygująca i dająca do myślenia. Szkoda, że nie skończyła się dobrze, bo niby Lena zwyciężyła, ale tak naprawdę przegrała – stała się tym samym co Marek. Powinna była od niego odejść, zamiast go zabijać.

 

Pozdrawiam i gratuluję bardzo dobrego opowiadania!

Miał jasne instrukcje, czego potrzebuje, więc od razu głębiej do skrytki.

Brakuje czasownika w drugiej częsci zdania?

Sama zgotowała sobie taki los, upominała się w duchu. Chciała dołączyć do opozycji, zrobić coś dobrego dla świata. Dawniej była po prostu agentką, jedną z osób, które musiały wysłuchiwać raportów i nie zdradzać się, że czyta tak naprawdę między zdaniami. A potem donosić swoim przełożonym na wszelkie oznaki niesubordynacji. Nienawidziła tego. Niestety, albo donosiła, albo sama zostałaby zabita.

Podoba mi się jak charakteryzujesz bohaterów.

 

Patrzyła na kolorowy tłum i nie dowierzała, że istnieje aż tyle barw. Na powierzchni robotnicy nosili zwykle szarość, bo ten kolor materiału był najtańszy, dotowany. Bogatsi pozwalali sobie na ekstrawagancje kolorów, ale ukrywali się w wydzielonych dzielnicach, byle tylko nie dotykać biedoty.

Fajne worldbuilding. Razem z wcześniejszą uwagą, że tępiono indywidualizm. Kojarzy się z filmem “Equilibrium”.

Dosyć umięśniony i chyba można było go nazwać przystojnym, chociaż nie podobał się Evie. Prawdopodobnie przez oczy, wąskie, nierówno rozstawione, zbyt głęboko osadzone w czaszce.

Można sobie wyobrazić.

Mógł sterować sygnałem serca. Straszna modyfikacja genetyczna, zwłaszcza dla osób, które tego doświadczały.

Modyfikacje genetyczne – rozpoznaję to z Twojego wcześniejszego tekstu osadzonego w świecie Verdis.

Niestety, tylko obserwacja, skarciła się w duchu.

Tego nie rozumiem. Za co się skarciła? Chodzi o to, że miała tylko obserwować, a chciała interweniować? Czy o to, że rozlała drinka?

To nie moc, która może pozostać w zasięgu rządu.

To zdanie też niejasne.

Wiedział, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią skóry, mikroboty tworzą siatkę, która przetwarza sygnał umysłu na impuls sterujący cudzymi sercami.Wiedział, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią skóry, mikroboty tworzą siatkę, która przetwarza sygnał umysłu na impuls sterujący cudzymi sercami.

Czyli zdolność, którą posiadł jako mutant, daje mu nie tyle bezpośredni wpływ na serce drugiego człowieka, ale na starowanie mikrobotami, które dopiero blokują serce drugiego człowieka? Bez tych mikrobotów, nie miałby tej zdolności? Mikroboty to nanotechnologia? Przydałby się wyjaśnienie jak to działa. Sama koncepcja, o ile ją dobrze zrozumiałem, jest ciekawa i oryginalna.

 

Zwykle miesiącami miał zdobywać zaufanie oraz informacje i dopiero na sam koniec zabijał.

Moim zdaniem to ryzykowna taktyka dla zabójcy. Przez te miesiące na pewno ktoś z otoczenia ofiary zobaczyłby go i zapamiętał. Ofiara mogłaby do kogoś bliskiego napisać, że kogoś poznała, itp.

– …i jeszcze jedno, kobieta. Obserwowała mnie. Myślała, że nie widzę, patrzyła prosto na nas.

To jest dobre, zaskakujące. 

Nikt na kogo warto poświęcić czas, ale luźnych nitek się nie zostawia. Trzeba się nią zająć – zakończył i spojrzał prosto na Zabójcę.

Tu już mniej wiarygodne. Zabić, bo po prostu się wpatrywała? Nie mówię, że to niemożliwe, ale bardzo radyklane rozwiązanie.

 

Widziała zarys, projekcję sztucznego słońca na horyzoncie. Zawsze o tej samej godzinie. Ich kopuła nie zawodziła.

 

Dobre.

 

– Miałam cię obserwować dla opozycji. Jesteś na liście osób niebezpiecznych, Mino. Boimy się ciebie.

Tak od razu kawa na ławę? 

Uniósł brwi, jakby próbował domyślić się podstępu w tak otwartym przyznaniu się do działania na rzecz przeciwników rządu.

Ok, to zdanie nieco usprawiedliwia poprzednie.

– Nie twój interes

Pachnie trochę anglicyzmem. Może: “Nie twoja sprawa”?

Eva lekko odetchnęła. Zdała sobie też sprawę, że być może dla niego poznawanie ofiary było naturalną koleją rzeczy i to nie jest sukces. Zadrżała.

Za dużo skrótów myślowych.W jednym akapicie odetchnęła i już za chwilę zadrżała? W jakim sensie sukces i dla kogo? Domyślam się o co chodzi, ale nie jest to najzgrabniej napisane. 

Przerwała czytanie i spojrzała na Mino, który zamknął teraz oczy i po prostu stał, niczym zagubione dziecko. Wyglądał, jakby nie wiedział, co dalej zrobić.

Mino jest chyba nieco zbyt naiwny.

– A jeżeli chodzi o broń, to jest pod skarpetami, z prawej strony. Mogłam próbować – podkreśliła, patrząc prosto w oczy oprawcy i nachylając się do przodu. – Wszyscy mamy wybór. Zawsze. Ja wybieram wiarę w ciebie. Twój osąd.

Ta gra Evy z Mino jest dobra.

Zabójcy kręciło się w głowie. Nie rozumiał, dlaczego Chris nie chciał odpowiedzieć na żadne pytanie. Przecież z tego, co mówi, to nie miał nic do ukrycia.

Naiwność Mino jest nieprawdopodobna psychologicznie.

– Jesteś szefem Bitrama, mogłeś mu nakazać być milszym – zasmucił się Mino i opuścił na chwilę pistolet. – Jaki ja jestem ślepy!

Seryjny zabójca, który pragnie, aby jego przełożony był “milszy”? Hmm… Przydałoby się jakieś lepsze uzasadnienie. Wygląda na to, że Mino traktuje przełożonych jak najbliższą rodzinę. Ale to wymagałoby, żeby miał mocno wyprany mózg. Albo przeżył jakąś traume w dzieciństwie. Może go przygarnęli jako sierotę i pomogli? To by też uzasadniało dlaczego Chris zwraca się do niego jak do dziecka. 

posegregowane tematycznie w koszulkach, w cienkim segregatorze.

Prawie wszystkich musiał poznać, zbliżyć się. Żadna z tych osób nie zasługiwała na śmierć tylko na podstawie znajomości, ale zawsze ufał rozkazom, ufał ocenie Chrisa i dalszych przełożonych. Każdy z celów miał wady i zalety. A on był żołnierzem, agentem Verdis, narzędziem niewidzącym szerszego obrazka.

Chyba za dużo tłumaczenia czytelnikowi. Zostawiłbym tylko, że był agentem Verdis, bo pierwszy raz w opowiadaniu pada ta nazwa.

Czy mógł uratować więcej życie większej liczbie nowicjuszy, nauczając ich jak nie zginąć?

Fajna ta scena w szpitalu. Dobrze, że pomoc innym dużo bohatera kosztuje, to dodaje realizmu.

 

Podsumowując, opowiadanie ma jasną fabułę i dobrze nakreślonych bohaterów. Mam jedynie zastrzeżenie do motywacji i naiwności Mino, który o nic nie pyta i zabija, traktując przełożonych niemalże jak dziecko rodziców.

Główną osią opowiadania jest przemiana Mino, którą przeprowadziłeś konsekwentnie. Zostało kilka kwestii otwartych (jak na przykład te zera w dokumentach z teczki), ale to dobrze, bo zachęca do zapoznania się z kolejnymi fragmentami świata Verdis. 

Opowiadanie zyskałoby też, gdyby je w niektórych miejscach skrócić. 

 

Polecam do biblioteki.

Szable promieni słonecznych wdzierały się do jaskini przez wąskie szczeliny.

Podobają mi się te szable promieni.

Patrzył z niedowierzaniem na dłonie i uniósł twarz do światła.

IMHO coś w tym zdaniu nie gra. ”Patrzył” to czasownik niedokonany, natomiast “uniósł” to dokonany. Połączenie ich spójnikiem “i” dysonuje. Może: “Patrzył na dłonie, po czym uniósł twarz do światła”? Albo “Popatrzył na dłonie i uniósł twarz do światła”. Ale to drobiazg.

zwrócił się do kamiennej bogini słowami:

– O, tak! Teraz dostrzegam kłamstwo, niczym jad, drążący powoli ścieżki zguby naszym umęczonym duszom.

Brakuje mi o jakie kłamstwo chodzi. Co kamienna bogini, albo jej reprezentanci, obiecali starcowi? Wieczną młodość? Zwycięstwo w wojnach?

 

Ładne i malownicze sceny w jaskini, wyrażające rozczarowanie starca. Brakuje mi jednak głębszego powodu jego rozgoryczenia.

Hej!

 

Głos zadrżał, gdy szyja zaczęła chować się między ramiona. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Otworzył usta najszerzej, jak potrafił. Chrupnęło – dolna szczęka zawisła na wyłamanych stawach żuchwowych.

W tym miejscu wybuchnąłem śmiechem. Wyobraziłem sobie, że staruszek dosłownie zaczyna się sypać. :)

Oczy zaczęły swędzieć. Podniósł dłonie, by je przetrzeć. Zobaczył, jak skóra schodzi z palców, które przypominały segmentowane odnóża porośnięte ostrym włosiem. Gałki piekły, więc wydłubał je haczykowatymi pazurami. Rozlały się po twarzy i spadły na flanelową koszulę razem ze skórą odchodzącą od kości policzkowych.

To już mniej śmieszne, chyba zaczynam rozumieć o co chodzi, facet przechodzi transformację. Kojarzy się z jednym opowiadaniem Kafki, które czytałem wieki temu. Mocno działa na wyobraźnię.

Coś wybiegło z sypialni po suficie, chrobocząc pazurami o tynk.

Nie pasuje mi ten czasownik do owada. 

Miłosza zrobił krok – nogi oparły się o muszlę klozetową. Usiadł na desce. Chwycił oburącz teczkę, położył ją na kolanach i schował za nią głowę.

Fajny kontrast – koleś z teczką w gajerku i robal. Wartkie tempo akcji.

Upadł na lewe udo.

Ciężko mi to sobie wyobrazić. 

Łeb stwora wyrastał z masywnego cielska pokrytego czarnym chitynowym pancerzem. Widział resztki ubrania zwisające z rogowatych wypustek.– Tato… – wychrypiał przez ściśnięte gardło.

Rozpoznał go po resztkach ubrań? Tu trochę ucierpiało zawieszenie niewiary. Moim zdaniem Miłosz pomyślałby, że potwór rozszarpał ojca, a szmaty to pozostałości po zjedzonym mężczyźnie.

Akt dziedziczenia, podbity przez notariusza i podpisany przez jedną ze stron, powoli sfrunął na podłogę, tuż pod ekran telewizora.

Można się domyślić z wcześniejszej sceny. Ale dobrze, że zostało dopowiedziane.

– A ty już nabyłeś swój abonament na szczęście? – zapytał lektor. – Nie czekaj. Zadbaj, by na starość nawet ta ostatnia chwila była tą najlepszą.

Dobre to, surrealistyczne.

Ciało Filipa zafalowało, gdy wraz z sokami trawiennymi zwrócił ubranie i kości. Powoli wszedł po ścianie i przylgnął do sufitu. Zapadł w drzemkę, najedzony i zadowolony.

Moim zdaniem niepotrzebne, bo osłabia cytat z TV, z poprzedniego akapitu, który był mocniejszy. 

 

Ogólnie, świetny tekst. Kojarzy się trochę z filmami Cronenberga i ze wspomnianym wcześniej opowiadaniem “Przemiana”. Wciąga od początku. Dobre te sceny telewizyjne. Opis transformacji sugestywny. Potem akcja pędzi na łeb na szyję i do końca trzyma w napięciu. 

 

 

 Hej Hesket!

 

Klimatyczny tekst, który dobrze się czyta. Opisy kwiatów udane i tworzące klimat. Ogrodnik był postacią wiarygodną. Ostatnia scena z wypuszczeniem ze skrzyni syreny podobała mi się nabardziej, była pięka i subtelna. 

Jednak nie wiem jak połączyć wątki śmierci (siostry Elizy oraz syna staruszki), podejrzenie o czary z poleceniem Elizy, żeby zakopać zamkniętą w skrzyni syrenę. Tych skrzyń ponoć było więcej. Czy były w nich syreny? A może inne postacie mitologiczne? 

Pojawiają się pytania, na które nie dajesz odpowiedzi.

 

Delikatna stylizacja języka, pomagała w imersji. Potknąłem się jedynie tu: 

Pchaliśmy skrzynię najpierw po kamiennej posadzce i szło nam całkiem nieźle.

Jakoś to wyrażenie mi nie pasuje do języka Alojzego, zbyt współczesne.

 

 – A co, jeśli w środku jest człowiek? – zapytał Fredo.

 – Chyba żartujesz? Pani Eliza chciałaby zakopać zwłoki?

 – Nie mówię, że trupa, ale żywego.

Tu mi coś nie gra w logice odpowiedzi Fredo, bo przecież on podbija stawkę i mówi coś szokującego. Może np.: “Powiem więcej, nie tylko trupa, ale żywego!” 

 

 

 

 

Interesujący tekst, dobrze napisany, chociaż według mnie zbyt tajemniczy (zaliczam się do tych czytelników, którzy nie zrozumieli). Czy Johnathan od początku nie żył? A może popełnił samobójstwo (litery wyływające spod skóry to krew z przeciętych żył)? 

Scenka z człowiekiem bez oczu, który wielką głową dotyka framugi, skojarzyła mi się trochę z pewną postacią Olbrzyma (Strażaka) z Twin Peaks. Scenka z literami przesuwającymi się pod skórą, a potem wysypującymi się boleśnie z dłoni była super!

Witaj marzan!

 

U Ciebie chyba przydałaby się kombinacja mikroskopu elektronowego (jeszcze jeden warunek pomiaru – powierzchnia przedmiotu jest przewodząca, (…) No i kombinacja tych trzech metod to wyzwanie dla sieci neuronowej. To w sumie tylko dekoracja w opowiadaniu, nie będę się nad nią pastwił XD

Nie pastwisz się, tylko uszczegóławiasz i urealniasz pod kątem technicznym. Na pewno zwięszyłoby to wartość opowiadania, szczególnie w oczach znawców tematu, ale obawiam się, że dla wielu czytelników mogłoby to być niezrozumiałe. Pamiętam, że Hawking w przedmiowie do swojej “Krótkiej historii czasu” pisał, że każdy kolejny wzór, zmniejszy ilość czytelników o połowę, dlatego ograniczył się tylko do jednego, znanego e=mc2. 

Za to sam efekt obrotów i ten makroskopowy spin mogę kupić – jeśli spin jest jakoś powiązany z momentem obrotowym (na przykład orbitalnym) cząstek przedmiotu, to przedmiot ma taki wewnętrzny żyroskop.

Tak, mniej więcej coś takiego miałem na myśli. :)

 

Zachowuję Twoje uwagi na przyszłość, gdybym wchodził głębiej w szczegóły techniczne.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Witaj marzan!

 

Hm, mikroskop elektronowy nie ma rozdzielczości atomowej. 

Pisząc opko sprawdzałem to m.in. w wikipedii: “Mikroskop elektronowy – mikroskop wykorzystujący do obrazowania wiązkę elektronów. Mikroskop elektronowy pozwala badać strukturę materii na poziomie atomowym”. Ale, nie będąc specem, przyjmuję komentarz od fizyka, że lepiej byłoby w tym kontekście użyć dyfraktometr rentgenowski, albo urządzenie, które opisujesz w ostatnim akapicie.

Sieć neuronowa miała w moim zamierzeniu “wyostrzać” obraz, w szerokim rozumieniu. Mikroskop nie powiększał już bardziej, niż do skali atomowej: “Wzór (…) powtarza się przy każdym kolejnym przybliżeniu, aż do skali atomu, na której kończy się rozdzielczość mikroskopu”. 

 

Nie da rady, na skutek wielu zasad, od optycznych do nieoznaczoności Heisenberga.

Tak, orientuję się mniej więcej – im mniejsza długość fal, tym większa energia i tym bardziej naruszony układ. 

Struktury atomowej wnętrza nie da się badać.

Maxwell nie badał wnętrza struktury atomowej. On przyglądał się powierzchni obiektu, stopniowo ją przybliżając. I przy pewnej skali zobaczył coś takiego jak fraktal Sierpińskiego, który w trójwymiarze jest kostką Mengera. Przybliżał dalej, aż do końca rozdzielczości mikroskopu, czyli do skali mniej więcej atomu. Poza tym, dlatego właśnie się zdziwił – takie coś, według jego wiedzy, nie mogło istnieć. I to jest ten element fiction (bardziej niż science). ;)

 

Wielkie dzięki za te techniczne uwagi! Dają sporo do myślenia!

 

Hej Finklo!

Możesz te nazwy połączyć – kostka Mengera, dywan Sierpińskiego w trzech wymiarach – czy jakoś tak. I ludzie skojarzą, i naukowiec będzie syty.

Tak zrobiłem. :)

Ja zrozumiałam, że artefakt jest fermionem, więc po obróceniu o 360 stopni coś się w nim zmienia. A Hypatia nie obracała kostki tak po prostu, tylko po kolei w każdej płaszczyźnie. Mnie się to bardzo spodobało. Ale ja nie jestem fizykiem. :-)

Dokładnie tak, oprócz tego, że kolejność płaszczyzn nie ma znaczenia, oby w każdej z nich został dokonany obrót. Poza tym, kostka ma cechy obiektu matematycznego (czyli jest podobna do cząstek elementarnych), ale jednocześnie jest “namacalna”, Maxwell może ją dotknąć, poczuć, zobaczyć. 

 

Witaj Prestidigitator!

 

Wciągnąłem się i to od pierwszych akapitów! Historia poprowadzona jest w satysfakcjonujący sposób, tajemnice odkrywane są powoli. No i nie ma infodumpu, a świat jest mimo to zbudowany! 

Ciesze się z pozytywnego odbioru tekstu!

 

Miałem trochę problem z narracją, że czasem rozmywała się i była wszechwiedząca, a czasem trzecioosobowa, nie wyglądało to na celowy zabieg, popraw mnie jeżeli się mylę.

Właśnie nie jestem pewien tego, czy narrator nie może czasem wejść do głowy bohatera, mimo, że realacjonuje wydarzenia i odnosi się do bohaterów w trzeciej osobie. Czyli narrator opowiada, że jakiś pan X sobie coś robi, a potem mówi co ten pan czuje. Myślę, że to dozwolone.

Ale w przypadku, gdy dodatkowo wplatam w tekst pamiętnik bohatera, taki zabieg rzeczywiście może dezorientować.

Drugim moim zgrzytem był ból głowy bohatera. W jednej scenie nie może podejść do kostki przez potworny ból, w następnej wyciąga kostkę z kieszeni. Jest tu ogromny skok myślowy, który trochę mnie zatrzymał na czytaniu. Wróciłem weryfikować ‘ale jak to, przed chwilą nie mógł się zbliżyć’ .

Tak, to niestety (dla mnie) dobrze wyłapana niedokładność logiczna, za którą przepraszam. Maxwell mógł zbliżyć się do kostki. Odczuwał ból jedynie, gdy zbliżał ją do głowy. Chodziło mi bardziej o jego niechęć do zbliżania się do kostki, bo kojarzyła mu się z mdłościami i bólem głowy. Poprawię to w tekście. 

No i wątek z więźniem, który uciekł, nie jest spłacony, ale to zakładam celowy zabieg pod przeczytanie następnej części? :D 

Dokładnie tak. :)

W każdym razie opowiadanie zasługuje na bibliotekę i swój pierwszy w życiu ‘klik’ podaruję Tobie laugh

Wielkie dzięki i czuję się wyróżniony otrzymaniem Twojego pierwszego polecenia do biblioteki! 

 

 

Witaj marzan!

Dobrze napisane i wciągające

Miło słyszeć! Dzięki!

jak zauważyła Finkla, ilość niedomkniętych wątków może zastanawiać, szczególnie, że przedmowa deklaruje zamkniętą całość.

Przyznam, że mam problem z tym jak definiować tego typu opowiadanie. Bo chyba nie jest to fragment? Być może w przedmowie powinienem zaznaczyć, że tekst odnosi się w kilku miejscach do szerszego świata, ale nie wpływa to na zrozumienie całości?

Również pogubiłem się w tym, że w oddziaływaniu na różnych ludzi obiekt daje różne efekty.

Rozumiem, przemyślę to.

Te obroty, które zmieniają jego działanie też zabrzmiały dziwnie – obroty względem czego? Pola grawitacyjnego? Wielu ludzi pewnie obracało przedmiot na rozmaite sposoby, powinien być zupełnie “rozkalibrowany”.

Tak, to świetny komentarz, sporo o tym myślałem. Kostka wraca do aktualnego stanu (binarnego) po krótkim czasie (kilkudziesięciu sekundach, kilku minutach?) bez ruchu. Dlatego nie została “rozkalibrowana”. Aby spowodować “inwersję”, należałoby precyzyjnie ją obracać, nie robiąc przy tym dłuższej przerwy. 

Co do względności obrotów: to są po prostu obroty w trzech wymiarach przestrzeni, nie ma znaczenia czy nazwiemy obrót poziomym, pionowym, czy bocznym. Grawitacja nie ma znaczenia. Nie ma też znaczenia ich kolejność. Jedynie to, czy obrót jest prawoskrętny czy lewoskrętny, albo zgodny bądź niezgodny z ruchem wskazówek zegara. 

Finkla dobrze to interpretuje. Maszyna znalazła analogię zachowania kostki do fermionu, spin połówkowy. 

Gdzieś pojawia się mikroskop neutronowy, a są odbite elektrony. Skąd w ogóle urządzenie bierze wiązkę neutronów, skoro można ją otrzymać albo w akceleratorze albo w reaktorze jądrowym? Jedno i drugie raczej nie zmieści się w pokoju. Takich szczegółów było trochę, może nie-fizyka nie rozpraszają – mnie zatrzymywały na moment, ale nie odbierały przyjemności z czytania.

To nie jest mikroskop neutronowy, ale neurotronowy. Mikroskop elektronowy, którego odczyt jest interepretowany przez sieć neuronową (slbo ogólnie SI) i dopiero potem wyświetlany. Następne zdanie to wyjaśnia: “Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej”.

Jeżeli chodzi o wielkość mikroskopu, to Maxwell powiększył swój gabinet, żeby go zmieścić: “To całkiem spory mebel, musiałem powiększyć gabinet”.

Jeżeli takich szczegółów technicznych było więcej, prosiłbym o wskazanie, będę miał coś do sprawdzenia i doszlifowania. Dzięki za ten cenny komentarz!

A że czytało się przyjemnie, biblioteka zasłużona!

To cieszy najbardziej. Dziękuję za przeczytanie i polecenie do biblioteki!

 

 

Witaj Finklo!

 

Nie sądzę, że korpo kieruje chęć uniknięcia niewinnych ofiar, raczej chcieliby położyć łapy na tym czymś. I jest to zgodne z oczekiwaniami co do niedobrej firmy.

Właśnie tak mniej więcej myślałem.

Nadal nie wiadomo, co właściwie kostka robi ludziom. Jednemu podsunęła wynalazek, a potem przejęła nad nim kontrolę, innego zabiła, kolejnego… 

Artefakt nie lubi zbyt szybko ujawniać swoich tajemnic. ;) Ale zdaje się, że jego działanie zależy od konkretnego człowieka. Trochę jak z alkoholem – jeden zacznie śpiewać, drugi się śmiać, trzeci płakać, a jeszcze inny wda się w bójkę. 

No właśnie. IMO, przydałoby się jakoś domknąć wątek rebelianta. Nie wiem, kto mu pomógł w ucieczce, co mu zrobił artefakt, czy go później złapali…

Mam w głowie jego wątek, ale jest zbyt obszerny, żeby go wcisnąć w to opowiadanie.

Ale ogólnie – teraz artefakt jest czymś tajemniczym i fascynującym. Mam ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej.

Te słowa naprawdę cieszą! 

Trójwymiarowy dywan Sierpińskiego to gąbka/kostka Mengera.

Tak, dokładnie o ten obiekt mi chodziło. Znalazłem tę nazwę, ale fraktal Sierpińskiego wydawał mi się bardziej znany, tudzież łatwiejszy do znalezienia (plus polskie nazwisko). Ale chyba nie doceniłem czytelników. :) Po Twoim komentarzu zastanawiam się czy nie zmienić na kostkę Mengera, bo właściwie Maxwell, naukowiec piszący do siebie samego, zastosowałby najbardziej adekwatną i precyzyjną nazwę.

 

Dziękuję za klika oraz pozytywny komentarz!

Cześć Hesket!

 

Trochę jak Lovecraft, ale na Marsie.

Ciekawa uwaga, bo pod sam koniec pisania tego opka, algorytm YT zasugerował mi audiobooka “Widmo nad innsmouth”, którego z uwagą przesłuchałem. Wstyd się przyznać, ale było to moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z pisarstwem Lovecrafta. :)

 

Czytałem z zainteresowaniem, ciekawy, czym okaże się być przedmiot. Bardzo dobrze, że nie dajesz jednoznacznej odpowiedzi. Interesująco opisujesz samo znalezisko.

Cieszy mnie Twój pozytywny odbiór. :)

Dziwi mnie jedynie sposób, taki trochę olewczy, traktowania zdrowia i życia w ogóle wszystkich na tej stacjj przez prezesa. Zresztą… chyba jemu również nie zależało na własnym życiu. Albo oni wszyscy byli pod wpływem osobliwego odkrycia. 

Nie byli wszyscy pod wpływem przedmiotu. Obojętność wobec życia i zdrowia wykazywali tylko wobec tych, którzy niewiele dla nich znaczyli. Twarde życie na Marsie. Wyobrażałem sobie Marsa jako coś w rodzaju Ameryki w początkach jej istnienia: dziki zachód, prawo silniejszego itp.

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i klika!

 

Cześć ac!

 

zwłaszcza przy pierwszych opisach czytelnik ma nadzieję dowiedzieć się czegoś ważnego o postaci, zwłaszcza jeżeli to główny bohater.

Będę o tym pamiętał w przyszłych opkach.

Zdaje sobie sprawę, że łatwo przesadzić w drugą stronę natomiast tak, jak pisałem – nie odczułem tej walki.

To cenna uwaga. 

Myślę, że zdanie wyjaśnienia albo scenka, w której Hypatia pyta “Jak się dzisiaj czujesz, Maxwell?“, nawet kiedy wiemy, że to algorytm, to pozwala później łatwiej uwierzyć w jej troskę. 

Tak, to jest dobry pomysł. Choć miałem nadzieję, że Hypatia, właśnie poprzez ten kontrast (zimna, matematyczna maszyna, która w krytycznym momencie troszczy się o bohatera) wywoła ciekawy dla czytelnika efekt. Mogłaby być motywowana na przykład tym, że “choroba” Lachlana może doprowadzić do końca badań, do czego ona nie może dopuścić. Coś jak HAL 9000 w Odysei Kosmicznej, tylko w drugą stronę. 

Co powiesz na małe przetasowanie? – Siedzący u szczytu stołu prezes Voland przeczesał żylastą dłonią rzedniejące włosy. Nie spuszczał z Maxwella oczu.

Mamy drobną podpowiedź jak sobie można kogoś takiego wyobrazić oraz mówisz, co robił – nie spuszczał oczu – ale nie tłumaczysz dlaczego. Czytelnik może sobie dopowiedzieć, że to skupienie, czy podejrzliwość, czy cokolwiek. To tylko sugestia z mojej strony.

To też trafna uwaga. Tak, prezes powienien mieć cechę fizyczną i nazwisko, tak jak każdy inny bohater albo nawet postać trzeciorzędna, taka jak Agatha Adoboye: “wychudzona, ciemnoskóra kobieta o długiej szyi i przenikliwych oczach”. Tu w jednym zdaniu zrobiłem to, o czym piszesz. Ae chyba jakoś w podświadomości chciałem prezesa pozostawić nieokreślonego, nieco tajemniczego, a w praktyce został po prostu niedopracowany.

 

Dziękuję za rozbudowany komentarz i pozdrawiam!

Witaj bruce!

 

 

Ogólnie mam wątpliwość, dotyczącą całej treści, co do zapisu skrótu roku marsjańskiego – np.: „281. sol 137 r.m.” , czy nie powinno być: r-kropka-spacja-m?

Racja. Do poprawienia.

 

Jak zawsze, uwagi dotyczące interpunkcji, aliteracji, powtórzeń itp. są bardzo cenne. Szczególnie z interpunkcją to ciężka sprawa, zawsze mam masę błędów. Co do powtórzeń, to po setnej lekturze człowiek przestaje je widzieć. Przejdę przez tekst i poprawię.

 

Bardzo dobry horror SF, nieustannie trzymający w napięciu, nieprzewidywalny; zakończenie mroczne i idealnie pasujące do całej atmosfery tekstu. :) (…)

Kliczek podwójny, życzę powodzenia przy nominacjach, pozdrawiam serdecznie. :) 

Dzięki za miłe słowa i podwójny klik! Miałem nadzieję, że tekst będzie mroczny, choć trochę obawiałem się, czy bohater nie idzie zbyt wyraźnie w dół po równi pochyłej. Są rzeczy niedopowiedziane, jak zawsze u mnie, i widzę, że jednemu czytelnikowi się to podoba, inny chciałby mieć wszystko dopowiedziane. Fajnie, że dla Ciebie to dodatkowy smaczek! Ja sam również lubię teksty pozostawiające pewne znaki zapytania.

 

Kostka ma zostać złożona w depozyt do momentu, gdy będzie pomysł na jej wykorzystanie praktyczne. (…)

Polecenie, żeby kostkę złożyć w depozyt, nie oznaczało rozkazu, żeby zrobić to z dnia na dzień. Dali mu jakiś tam termin (powiedzmy tydzień) na dokończenie obecnych badań. Bardziej chodziło o to, że nie będzie miał już funduszy na drogie testy. Zgadzam się, że powinno być to powiedziane w tekście.

 

Wiesz, Ac ja odebrałam ten wątek jako pokazanie, że przysłowiowe “zło czai się wszędzie” – gość uciekł, zatem jest “nowym Maxem”, zagraża każdemu, w tym swojemu drugiemu ja. :) I każdego może zniszczyć. :) 

:)

 

 

Witaj ac!

 

Wiem, że to dziennik, ale do tej pory prowadzony był technicznym językiem i to “paplał” trochę wybija mnie z rytmu.

Tutaj Lachlan zacytował słowo użyte przez Hemmera. Może powinienem to wziąć w cudzysłów.

 

Sprzęt x klasy y. Klasyka sci-fi. :D

No dobrze, może trochę “kliszowate”. ;)

 

Nie jestem fanem przedstawiania głównego bohatera jako “tego atrakcyjnego” Zwłaszcza jak to jego pierwszy opis. Trąci fanfickiem.

Będę miał na uwadze w przyszłości. Ale czy to oznacza, że nie wolno mieć atrakcyjnych bohaterów? Czy tylko uważać, żeby nie sygnalizować tego w pierwszym opisie?

 

Linn wbiła w niego pytające spojrzenie.

Wydaje mi się to zbędne.

(…)

Dlatego dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas

To też.

Zgoda.

 

Jak na inżyniera na Marsie sprawia wrażenie dość stereotypowo płytkiej kobiety.

Koreanka właśnie nie jest inżynierem, jedynie operatorem, pomocnikiem inżyniera. Inżynierem jest Linn. Seo-yoon miała być płytka i naiwna.

 

To fajne, bo pokazałeś mi jaka jest, zamiast mi o tym powiedzieć. :)

:)

 

Zupełnie nie rozumiem, czemu on jej to mówi. To taki żart na zaczęcie rozmowy? Jest to dla mnie o tyle dziwne, że skoro pyta ją o imię i nazwisko to znaczy, że jej nie zna. Zaczynanie rozmowy z obcym człowiekiem żartem bez wstępu… Myślę, że jestem w tym momencie równie skonfundowany, co Linn.

Zastanawiałem się właśnie, czy tego “żartu” Hemmera nie wyciąć. Ostatecznie postanowiłem zostawić, żeby pokazać, że facet jedzie na wstępie z seksistowskim żatem, żeby zdobyć przewagę. Ale Linn jest na to odporna. Jeśli ten zabiegł nie wyszedł, to muszę to przemyśleć.

Tu z kolei, wydaje mi się, że tłumaczysz za dużo.

Wzięte pod uwagę.

 

Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg. Dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika.

Może być ta wersja.

 

ręce i nogi miałem jak z waty.

Ok.

Trochę się rymują zakończenia tych zdań.

Nie zauważyłem. Podobnie jak powtórzeń i aliteracji. To jest ta przysłowiowa ślepota autora, który zna tekst na pamięć.

wpadł na nią.

Zbyt proste? ;) Ale może proste jest najlepsze.

 

Broń Boże, nie zarzucam użycia, ale teraz każde wyliczenie “nie to ale to” kojarzy się z ChatemGPT. Nie wiem, czy jest to efekt, który chcesz osiągnąć. Zdanie w pełni poprawne, tylko zwracam uwagę.

To moja własna struktura, nie korzystam z modeli językowych do generacji tekstu. Ale wiem co masz na myśli. 

Nie wiem czy zamierzony, ale podoba mi się motyw pozaziemskiej kostki w kwadraty i szkockiej spódnicy w kratę. Ładnie to ze sobą koresponduje. Nie wiem, czy nawet bardziej bym tego nie eksponował.

Cieszę się, że ta analogia Ci się spodobała. Może byłoby warto to pogłębić? A może Lachlan widział na powierzchni kostki to, co tkwiło gdzieś głęboko w nim samym? Przydałoby się przeprowadzić na niej nieco głębsze badania. ;)

 

Coś mi tu nie gra. Może we własnym? Albo jako obserwatora? Coś bym zmienił.

Ok, pomyślę nad zmianą. Pierwotnie było “we własnym ciele”, ale bałem się, że czytalnicy zarzucą mi, że “własnym” jest zbędne.

Dodałbym chociaż nazwisko, samo Prezes jest dziwaczne.

Słuszna uwaga. 

Fabuła jest najzupełniej ok. Masz bardzo dobry styl, który od razu narzuca odbiór tekstu jako sci-fi/hard sci-fi. Intryga z kostką oczywista, ale jest na tyle fachowego słownictwa i naukowych wyjaśnień, że przechodzi to zupełnie w porządku.

Fajnie, że podobał Ci się styl i że fabuła, mimo, że prosta, jednak siadła. 

 

Przemiana Maxwella – a bardziej jego poddanie się. Z punktu widzenia czytelnika, poddał się dość szybko. Możliwe, że to z czegoś wynika, ale nie rozumiem z czego. Nie widziałem walki i napięcia, tylko efekt. Zabrakło stawki.

Może nie miał wyboru? Próbował, siła była zbyt potężna.

Nie rozumiem wątku górnika, który uciekł. Jeżeli nie zamierzałeś go wykorzystać później, to wydaje mi się, że jego wprowadzenie niczego nie zmienia. Worldbuiling i napięcie powinno służyć fabule. Odnoszę wrażenie, że tu tego zabrakło.

Poprzez postaci górniak oraz rebelianta (Rojasa) zamierzałem pokazać różne działanie kostki na różnych ludzi (chociaż sam schemat “fizyczny” był zawsze taki sam: wyładowanie elektrostatyczne przy głowie, potem sen). Chciałem pokazać jak najwięcej z punktu widzenia Maxwella, czyli czytelnik widzi prawie tylko to, co on, i, tak jak on, może jedynie domyślać się wzorca działania kostki. Hypatia uchyla rąbka tajemnicy pod koniec.

Jest też coś więcej – poprzez te postacie opowiadanie łączy się z szerszym światem, który chcę odsłaniać stopniowo, w cyklu. Oczywiście, to żadne tłumaczenie, bo opko musi się bronić jako samodzielny tekst. 

 

Nie wiem czemu Hypatia przejawiała troskę o Maxwella. Trudno mi nawet zgadywać.

A czy obecne modele językowe nie troszczą się o użytkownika? Spróbuj zadać jakieś pytanie związane ze złym samopoczuciem, albo działaniem, które może ci zaszkodzić. Owszem, Hypatia była AI naukowym, ale bazowała na szerszym modelu, z wbudowaną troską o życie i zdrowie użytkownika (jak i każdego innego człowieka).

 

Maxwell poddaje się zbyt szybko.

Wyżej wyjaśniałem. Ale to cenna uwaga (jak i wszystkie inne) i będę nad tym myślał.

 

Prezes, który pełni ważną rolę w epilogu jest tylko funkcją fabuły. Brakuje mu czegokolwiek charakterystycznego.

Tu zgoda. Na swoją obronę powiem tylko, że mam tendencję do rozbudowywania postaci, co pociąga za sobą rozbudowę długości tekstu. Sztuką jest zarysować postać tak, żeby nie była miałka. 

 

Hemmer jest chyba combo kilku postaci – członek zarządu, szef ochrony, nadgorliwy ochroniarz i kombinator. Wydaje mi się, że z nim mam najmniejszy problem, ale nadal ciężko mi w niego uwierzyć.

Hmm… Tu trochę nie podzielam Twojej opinii. Hemmer jest brutalem, chamem, ale z silną intuicją jak poruszać się w korporacyjnej rzeczywistości, żeby “nie przegiąć” (np. kiedy Linn poinformowała go o swoim niezależnym kontrakcie, potrafił się cofnąć). Ma też sporo znajmości w półświatku, które pomagają mu osiągać cele, i z tego powodu jest też na rękę korporacji. Pomyśl o ludziach typu były pracownik służb bezpieczeństwa, który jest ogniwem łączącym świat biznesu ze światem przestępczym. 

 

Dwie marsjańskie panie inżynier – przepraszam Cię, ale one obie zachowują się jak ostatnie idiotki. Z czego Linn rozumiem, że udaje, bo knuje swoją intrygę (o której nic nie wiemy), ale nadal są aż przerysowane, przez co niewiarygodne.

Jedna tak się zachowuje, i taka miała być ta postać. Jest niemądra, ma bardzo naiwny obraz świata, ale nie jest osobą złą. Czy tacy ludzie nie istnieją? Powtarzam, ona nie ma tytułu inżyniera.

Nie zgadam się też, że Linn jest głupia. Od razu domyśla się, że ta historia z syntetykiem na wiertło to brednia. Próbuje wyciągnąć od Lachlana prawdę na temat obiektu, na temat jego samego, lekko go uwodzi. W innej scenie nie poddaje się naciskom Hemmera. Czy knuje swoją intrygę? Może, a może po prostu chce zbliżyć się emocjonalnie do Lachlana?

 

Potraktuj proszę to, co napisałem nie jako krytykę a feedback od czytelnika, gdzie moim zdaniem pewne rzeczy mogły by działać lepiej. 

Właśnie tak to traktuję, i bardzo sobie cenię Twoje uwagi. Podobnie jak uwagi bruce, są dla mnie wskazówką, jak lepiej pisać w przyszłości. Zawsze długo zastanawiam się nad komentarzami czytelników.

 

Podsumowując – masz dobre sci-fi pióro, czyta się gładko i bez wywrotek. Mocnym punktem są rzeczy techniczno-naukowe, które opisujesz (nie mam kwalifikacji, by ocenić ich poprawność, po prostu są dobrze napisane i brzmią wiarygodnie). Fabuła nie jest nowa, ale solidna.

Dzięki za miłe słowa, które mobilizują do dalszej pracy.

 

Popracowałbym nad budowaniem postaci oraz większą uwagą, jaką rolę w fabule spełnia konkretny element opowiadania – tu głównie mam na myśli górnika. Poświęcasz mu sporo miejsca, by ani on nie wrócił, by zrobić kolejny twist ani nie wyjaśniasz, co się z nim stało. 

Tak, pomyślę nad tym konkretnym wątkiem. W przypadku górnika, chciałem pokazać, że kostka potrafi zabić. Dlaczego zginął górnik desperat? Dlaczego rebeliant zbiegł?

Ciekawe w tym kontekście, że siła mojego poprzedniego opka (według czytelników) tkwiła w dobrze narysowanych postaciach. :)

Witaj Tarnino! 

 

Dziękuję za wnikliwe przeczytanie opowiadania i szczegółowe poprawki! Widzę, że anglicyzmów jest u mnie sporo. Postaram się w przyszłości bardziej na nie zwrócić uwagę. Zdecydowaną większość poprawek wprowadziłem. 

ten odłamek musiał stępić wiertło

Angielska konstrukcja: to na pewno ten odłamek stępił wiertło.

Nie cierpię tych kostrukcji z “musieć” w kontekście, że coś się prawdopodobnie zdarzyło, a jednak sam ich używam… 

Posiadała jednak nieporównywalnie mniej regularną powierzchnię.

Tylko jej powierzchnia była nieporównanie mniej regularna. Nie do końca wiem, co masz na myśli, kiedy piszesz "regularna" – myślałam, że chodzi o regularność kształtu albo powtarzalny wzór (jak sieć krystaliczna), ale czy powierzchnia może być symetryczna?

Miałem na myśli gładność powierzchni, brak tekstury, zadrapań, ukruszeń na krawędzi tip. Za bardzo uprościłem.

W zasadzie metale krystalizują, chociaż zwykle w ścisku i nie widać tej regularności. Ale jakby się tu chłopaki chwytali brzytwy… Chyba że to jednak piryt

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/c6/Pyrite_Cubes.JPG/1280px-Pyrite_Cubes.JPG 

Tak, to coś, co znaleźli, najbardziej przypomina kostkę z ilustracji do której dałaś link. Ale nie jest uszczerbione na krawędziach i ma gładką powierzchnię.

Fajny facet z tego Bena, choć i Miquel niczego sobie. Mają wymiary :) Co dalej?

Miło, że bohaterowie wzbudzają sympatię. :)

Przyszła cywilizacja z pewnością skorzysta na szczegółowych opisach związywania włosów gumką :)

Wywaliłem tę gumkę. ;)

To baza danych, czy baza danych przefiltrowana przez uroczą świadomość Arthura?

Początkowo miała być baza danych przefiltrowana przez świadomośc Arthura, potem zmieniłem na bazę danycgh, ale fragmenty świadomości chyba pozostały… :) Już poprawiłem.

Angielskawe, a poza tym już sobie wyobraziłam typowego przepitego Wańkę, a tu nie, Pavarotti. Ładnie to tak? :D

Przepity Wańka byłby już zbyt “kliszowaty”. ;) Facet był szkolony w dyplomacji, może uczestniczył w warsztatach modulacji głosu? :D

Przecież już stał?

Błąd, który wskazali mi już poprzedni komentatorzy, a którego zapomniałem poprawić. Już poprawione.

Ale mam czas na pisanie takich okrągłych zdań, zamiast np.: Mam kłopoty, nie zdążę wyjaśnić.

Racja. Skróciłem.

Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia.

Filozoficznie, ale co to ma do rzeczy?

Chodziło mi o stopnie, minuty, sekundy – jak we wspłrzędnych geograficznych. To miał być taki zaszyfrowany przekaz. Chodziło o miejsce na Tytanie, gdzie Miquel wyrzucił ten artefakt. 

„Tłusty inżynier odpalił elektronnuju bombu, delikatna elektronika padła” – skonstatował. Kurczę, ale my to wiemy, musisz psuć efekt? ><

I tu właśnie mam problem, bo jeden czytelnik się domyśli, inny nie… Skąd ja mam to wiedzieć? ;)

Dlaczego zadziwiającą? Przecież to facet od mokrej roboty, nie pierwszy raz trafia na opór?

Chodziło mi, że jednak ta bomba go zaskoczyła. Ale masz rację, poprawione.

 jeszcze na terenie ich jurysdykcji

Hmm. Ale, kurczę… diabolus ex machina? Szkoda…

No niestety, nie chciałem, ale musiałem. :) Gdyby Miquel przeżył, niepotrzebna byłaby jego wiadomość do Marii i całe to szyfrowanie pozycji artefaktu. Life is brutal… Szczególnie na Tytatnie.

Niezła przygodówka, dobrze się ją czytało. Tylko szkoda Bena i Miquela – Ben był sympatyczny (z tymi powiedzonkami) i bystry, Miquel może ciut mniej, ale też fajny z niego chłopak i liczyłam, że chociaż on umknie Wani Olegowi i korporacji… Trochę ten Oleg za duże fory dostał, od autora, jeśli nie od korporacji (bo po korporacji nie można się niczego innego spodziewać). Świat należycie obszerny, nie zamyka się w czterech ścianach fabuły, plus. Ciekawe, co to za "artefakty" i kto znajdzie tę kostkę…

Ben był fajnym gościem, to prawda. Szukał swego miejsca na świecie, celu, może właśnie przyjaźni. Odnalazł namiastkę na Tytanie. Tym razem złole wygrali, choć nie do końca, bo przecież tego, na czym im najbardziej zależało, nie dostali. Pracuję nad kolejną częścią i jak dobrze pójdzie to wrzucę ją na początku lipca.

 

Obrazek z Odysei Kosmicznej jak najbardziej właściwy!

Tak, język surowy, niestety, to moja przypadłość.

Bez przesady, widziałam surowszy :)

To już coś. :)

Wyraźnie powiedziałeś, że trzeci. Dwa poprzednie chyba są w łapkach korporacji, a kto wie, co ona z nimi wyprawia…

Stay tuned! ;)

Pamiętajmy, że to przyszłość i algorytmy są zoptymalizowane. 

Ale termodynamika nadal działa :P

Ciągle myślę, że to nie jest aż tak duże wyzwanie. 

Srinivas skrzywił się z niesmakiem.A właśnie, czy nie powinno być: Srinivasa?

Powinno być.

Widzę, że do Ciebie poprawność polityczna nie ma wstępu. Nie mówię, że to źle :D

Teraz to kręcenie nosem na sąsiadów ze wschodu jest poprawne XD

Wszystko zmienia się jak w kaleidoskopie. :)

 

Powiedzmy tak – nie wiemy, czym jest grawitacja (właśnie się dowiedziałam o odjazdowej teorii Le Sage'a, którą chyba ukradnę), a jej działanie odczuwamy i się z nim liczymy, a nawet wykorzystujemy. To, co można z czymś zrobić, wynika z istoty tej rzeczy – ale nie musimy tej istoty znać, żeby rzeczy używać. A czasem cenimy rzeczy tylko dlatego, że inni je cenią, albo dlatego, że są w jakiś sposób fajne.

Niektórzy nawet używają odkurzaczy nie wiedząc czym one są w swej istocie. 

 

Mmmm, jak dla mnie ta kostka nie tyle "nie mieści się w rozumieniu praw natury", co wskazuje na świadomego wykonawcę. Bardzo wyraźnie. I jeszcze "artefakt" XD (Gdzie te kosmity? :D)

Ja tam nic nie mówię… :)

 

Swoją drogą, skoro życie ludzkie nic dla nich nie znaczy, to czemu nie wysadzić bazy zdalnie i nie udawać, że to wypadek?

Nawet sowieci potrzebowali podpisu skazańca dla pozorów praworządności. To coś w tym guście. Poza tym, korporacja nie jest wszechmocna, boi się śledztwa. 

Może podkreślić, że piramidę trójkątną, bo domyślnie piramida ma cztery ściany boczne

A, kurczę, prawda…

Tak, to prawda. Chodziło mi o piramidę o podstawie trójkątnej, taki ścięty sześcian w płaszczyźnie prostopadłej do najdłuższej przekątnej. Najłatwiej byłoby to narysować.

 rozwój technologiczny nie zmienia natury ludzkiej. Może ułatwia kontrolę nad ludźmi? 

Tak jest, ale czy to widać w tekście? 

Nie wiem. Te algorytmy rozpoznające setki czy może nawet tysiące obrazów z kamery nie ułatwiają kontroli? Im bardziej rozwinięta technologia, tym łatwiej o kontrolę nad ogromną ilością danych. 

Trza być twardym jak kosmiczna kostka, a nie miękkim jak królowie Francji XD

Haha! W punkt!

Ale moglibyśmy widzieć, jak to odkrywają :D 

Musiałem zostawić coś na potem. :) 

Piszę w dość prosty sposób. Sprawa nad którą powinienem popracować.

Nie, dlaczego? Byle było poprawnie, styl musi być tylko dopasowany do tekstu – a tu jest.

Cieszę się, że nie jest tak źle. 

 

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za dokładne przeczytanie i czas poświęcony na rozbudowany komentarz! Twoje sugestie są dla mnie bardzo cenne. Jestem też zmobilizowany do dalszej pracy!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hej! Ciekawa intryga. Szkoda mi było Zygmunta i Gerwiny, którzy wydawali się poczciwcami. Ingrid i Pring, z kolei, postacie podstępne, niestety, okazały sie górą. W Twoim świecie śmierć jest powszechna i nawet długie relacje nie gwarantują opłakiwania zmarłych (bohaterowie przeszli niemal niewzruszeni po nagłej śmierci Gerwiny). Istotnie, szarość moralna wydaje się tu królować, nie ma wyraźnego zarysowania dobra i zła. Nawet postać wskrzeszonego, spalonego ciała, mimo, że odnosisz się do niej jako do bestii i potwora (ale też “dziecka”), miejscami, wzbudza współczucie:

Bestia leżała nieruchomo jak czarna plama na ziemi, ale wydobywała z siebie mamroczące dźwięki, na swój dziwny sposób podobne do gaworzenia małego dziecka.

Niestety, nie znam Joachima z Fiore i poglądów jakie głosił, ale chętnie o nim poczytam. Czas Równowagi, po erze Rozliczeń brzmi troche jak postmodernistyczny “koniec historii” Fukuyamy, po piętnastu wiekach bolesnego kształtowania się współczesnej cywilizacji Zachodniej. Nie pierwszy i nie ostatni, który się łudzi, że naturę ludzką da się zmienić. Dobrze, że rozpostarłeś taki dziejowy płaszcz, w cieniu którego rozgrywa sie akcja, bo dodaje to dodatkowego wymiaru opowiadaniu. No i samej akcji nie brakuje. Punkt kulminacyjny jest dobrze rozegrany. Tto podobieństwo Pringa i Ingrid, które zbyt późno dostrzega Zygmunt było dla mnie sporym zaskoczeniem, choć muszę przyznać, że moje zawieszenie niewiary nieco zachwiało się – byłem przekonany, że Zygmunt i Ingrid znają się i ufają sobie od lat, a tu taki “coming out”.

Dobry, przygodowy tekst, czytałem z przyjemnością i polecam do biblioteki!

Zabawne, dobrze się czytało. 

Muszę je podrzucić Grzegorzowi” – pomyślała. „Ostatnio coś mało się stara”.

smiley Mąż woli olimpiady.

 

Podoba mi się, że jest napisane z punktu widzenia dziecka. Trochę w klimacie “Mikołajka”.

Hej! Dobry szorcik. Właściwie, podobnie mógłby się czuć ktoś, kto traci wzrok i nie ma pieniędzy na operację. Ale ładnie napisane i dobrze skomponowane, mimo, że szybko można się domyśleć o co chodzi. Wstęp zajawkowy, który ustawia resztę. Pozdrawiami i klikam!

Hej! Bohater wygląda na kogoś, komu odbiło. Może PTSD po uderzeniu torpedy? Może po prostu z jakiegoś powodu sam siebie okłamuje? A może to wszystko należy odwrócić i to właśnie on zginął (Doni Darko)? Jest to raczej impresja niż pełnoprawne opowiadanie (sam piszesz, że to ćwiczenie warsztatowe), ale według mnie za zbudowany klimat i dobrze zrealizowany pomysł załuguje na klik do biblioteki. 

Hej! 

 

Początkowo mnie wciągnęło, ciekawy byłem jak się potoczą losy dwóch kochanków w epoce średniowiecznej.

Niestety, od momentu spotkania z diabłem, odniosłem wrażenie, że prawdopodobieństwo psychologiczne zaczęło się sypać, a wraz z nim i napięcie. 

– Powiedzmy, że nie jestem tak zły jak mnie malują… –

Przystojny jak szatan

–Idź do diabła

To, a potem jego imię pisane wstecz, to trochę za dużo sygnałów z kim mamy do czynienia (dla czytelnika, ale też dla Stanisława, który powinien był od razu się zorientować, że coś jest nie halo z tym gościem). Osobiście, wolałbym diabła nieco bardziej ukrytego, ale Leamas widać lubi od razu rzucać karty na stół.

– To dlatego Leamas cię nie porwał – rzekłem bezmyślnie. – Bo nie jesteś dziewicą. Bo dla sił piekielnych jesteś bezwartościowa.

To niekonwencjonalne podejście, bo to raczej za grzech idzie się do piekła. A tu dziewczę ma być porwane za brak grzechu, a wręcz za przebyte cierpienie (gwałt). Teologia à rebours.

Byłem pewien, że umyślnie wybrała taką śmierć, nie inną; z pełną świadomością wróciła do miejsca, gdzie ostatnio spotkała jednorożca. Chciała udowodnić, że nie jest bezwartościowa.

Ciężko uwierzyć, że czternastoletnia dziewczyna wybrałaby śmierć, bo diabeł nie zechciał jej porwać do piekła. Poza tym – jak to się stało, że wszystkowiedzący diabeł sądził, że dziewczyna jest dziewicą?

I tutaj pojawia się kolejny dowód na to, że Fortuna nam sprzyja.

Myślę, że średniowieczny człowiek raczej by nie użył w tym kontekście imienia pogańskiej bogini. 

 

Zastanawiam się również dlaczego Stanisław wplatał dialogi w listy? To raczej dziwne.

 

Podobał mi się za to opis placu św. Marka i bazyliki. I sama warstwa przygodowa, podróż, opisy miejsc były ciekawe. Ogólnie język swobodny i dobrze się czytało. Nie domyśliłem się też, że diabeł ostatecznie zabierze Jana. To dobra, zaskakująca klamra.

 

Pozdrawiam!

Wielowymiarowe miasto wspomnień, istniejące poza czasem, surrealistycznie piękne i przerażające, gdzie można spotkać samego siebie. Świetne, poruszające opowiadanie. Polcecam do biblioteki.

Cześć! Intrygujące, był klimat grozy. Jednak… akcja szła za szybko i w pewnym momencie się pogubiłem. Co tam właściwie się stało? Dlaczego warta strzelała do rozpoznania? Dlaczego kapitan oszczędził Koteckiego? Najpierw wydawało mi się, że to żołnierze wracający z rozpoznania są jacyś zmienieni, może zahipnotyzowani, w każdym razie, coś z nimi nie tak. Ale to chyba wartownicy się zbuntowali? 

Postać siedząca w kucki na parapecie zrobiła wrażenie. Ale jak ją powiązać z tym co się działo dalej?

Szukałem też elementu fantastyki i chyba nie potrafiłem znaleźć. 

Ogólnie, jest klimat i widać jest koncepcja, jednak, zabrakło mi jasności co, jak i dlaczego. Muszę się za dużo domyślac i zgadywać. 

 

Pozdrawiam!

Cześć! Chyba zbyt dobrze rozumiem o co chodzi. Chciałoby się, żeby na świecie istniał taki Duch Sprawiedliwości, nawet w metaforycznym sensie jakiegoś daimonion, czy innego sumienia. Jednak, obserwując świat polityki już dobry kawałek czasu, jestem pewien, że nic takiego tam się nie pojawia (a jeżeli już, to na krótko). 

Przyjemnie się czytało, polecam do bilioteki. 

Witaj Zygfrydzie89,

 

Masz rację co do topologii i epilogu. Nieprecyzyjnie użyłem tych określeń.

Jeżeli chodzi o wybory dwójki bohaterów w drugiej części opowiadania, to albo je za bardzo skomplikowałem, albo niejasno opisałem ich motywy. Sprawa do przemyślenia i fajnie dostać feedback.

Cieszę się, że, mimo tych niedociągnięć, tekst się podobał. Wielkie dzięki za odwiedziny i komentarz!

Hej!

Potrafisz niezwykle płynnie prowadzić narrację, czytałem z przyjemnością. Tekst zdecydowanie jest o czymś i skłania do refleksji. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie postaci cesarza. Jest to postać niejednoznaczna, która zamienia prostolinijną opowieść w nieco bardziej złożone zagadnienie moralne. Gratuluję dobrego tekstu.

Pozdrawiam!

Gratuluję OldGuard oraz MichaelowiBullfinch zdobytego piórka! Oba opka są świetne. Dziękuję członkom loży za komentarze, które dają do myślenia.

Hej! 

 

Zacznę od technikaliów. To tylko kilka, bo wiele omijałem:

(…) tata wyszedł na nocną zmianę, zostawiając mieszkanie w idealnych warunkach, aby po cichu się z niego wymknąć. W plecaku brzęczały mu przedmioty, które uważał za niezbędne: tępy scyzoryk w kształcie karabinu, bandaże, woda utleniona, telefon, latarka, zapasowe baterie i kilka diabełków. 

W pierwszej chwili pomyślałem, że to ojcu brzęczał scyzoryk w plecaku. Ale to tylko małe potknięcie techniczne.

Jednocześnie w tym rozdzialiku świetnie scharakteryzowałaś rodziców poszczególnych dzieci (i pośrednio też te dzieci).

Realistyczne i przekonywujące to wszystko.

Wypatrywała wszystkiego, co mogłaby opowiedzieć następnego dnia swoim koleżankom, podczas porannej wycieczki po wszystkich warzywniakach i osiedlowych sklepikach w okolicy.

To drugie “wszystkich” bym skreśił. “Osiedlowych” wystarczy, “w okolicy” zbędne moim zdaniem.

Szukała sensacji, którą tego wieczoru było jej dane zobaczyć.

Coś tu nie gra, chyba czas.

Szukała sensacji, którą tego wieczoru było jej dane zobaczyć. Kiedy zaczęło zmierzchać, zobaczyła trójkę dzieci

Powtórzenie.

Stefanowi z każdą chwilą ten pomysł coraz mniej się podobał. Mieli ze sobą telefon, ale w tym lesie i tak nie było zasięgu. (…)

Fajny ten VI rozdzialik. Dobra analiza Stefcia, widać, że chłopak myśli o wielu rzeczach i jest ostrożny. 

Stefan przegrywał walkę z własnymi myślami, które już od dłuższego czasu były dalekie do wcześniejszej euforii, którą odczuwał marząc o przygodzie, jaką było poszukiwanie kolegi.

Zbyt rozbudowane zdanie. “jaką było poszukiwanie kolegi” to bym wykreślił. Każdy wie o jaką przygodę chodzi. “Wcześniej” też zbędne, bo wynika z kontekstu (marzył o przygodzie wcześniej). 

do wcześniejszej euforii, którą odczuwał marząc o przygodzie, jaką było poszukiwanie kolegi. Wcześniej 

Powtórzenie.

zaczął powiewać porywisty wiatr,

Powtórzenie.

 

W VII rozdziale (i nie tylko) fajnie budujesz klimat. Dużo szczegółów, na plus.

ale nie był mordercą. Jeszcze nie. 

To nie zabrzmiało zbyt optymistycznie. ;) W sensie, to brzmi jakby planował być tym mordercą.

drzew.W

Brakuje spacji.

zamachnął się z taką siłą, że byłby w stanie złamać go jak suchą gałązkę. Chłopiec kątem oka dostrzegł Beti, która zamachnęła się

Powtórzenie.

 

Epilog trochę przeczy całej historii, albo nie załapałem.

 

Ogólnie niezłe opowiadanie, choć nierówne. Niektóre fragmenty są dużo lepiej napisane, nad innymi warto byłoby popracować. Fabuła klarowna i względnie przekonująca. Można sobie wyobrazić psychopatycznego narkomana, mordercę dzieci, choć już trudniej pojąc, że policja nie przeszukała okolic. Dzieciakowi trudno byłoby zadźgać scyzorykiem dorosłego faceta.

Najsilniejszą stroną tekstu są dobrze scharakteryzowani bohaterowie oraz klimat. 

 

Pozdrawiam!

 

 

 

Nie ma tu ani jednego nadmiarowego słowa, każde uderza z mocą. Piękna impresja, która skłania do zatrzymania się i wzięcia głębszego oddechu. “Cisza między dźwiękami” to jak pustka między ścianami, która tworzy dom. Pozdrawiam i dziękuję za piękny tekst!

Witaj Lesnylutku! Refleksja nad tematem głosowania podana z przymrużeniem oka. Przejście z wagi dwudziestu dwóch punktów na cztery i pół miliona trochę zbyt radykalne. I nastąpiło tzw. samozaoranie pana Bogdana. Nie wiem czemu, ale bohater skojarzył mi się z pewnym elektrykiem. ;) Humor dobry, minimalnie zbyt rozwlekłe w niektórych miejscach. Pozdrawiam i klikam do biblioteki.

Hej!

 

Ciekawy pomysł i dobrze napisane. Rzeczywiście, coś jest na rzeczy z tą pogonią za ulepszaniem wyglądu, aż do poziomu groteski. Pokazałeś to w brutalny sposób, ale właśnie taki prowokuje do zastanowienia się. Ekstremalne modyfikacje ciała prowadzą do upiornych konsekwencji. Inne pytanie: na ile wygląd wpływa na naszą tożsamość?

Mała uwaga – na miejscu matki nie zgodziłbym się chyba na takie poświęcenie ze strony córki. 

 

Pozdrawiam!

Hej! Wygląda na jakiś rodzaj opętania i walki nosiciela z demonem. Mi się podoba, taka krótka, ale mocna scenka. Bardzo obrazowe i w moim klimacie. Pozdrawiam!

Część Ambush!

 

Momentami było bardzo fajnie, ale chwilami napięcie nieco opadało. 

Przepraszam jeżeli były dłużyzny, starałem się ich unikać. Teraz myślę, że mogłem końcówkę nieco uprościć i “wydestywlować”, żeby wydarzenia były klarowniejsze (less is more).

Natomiast dostrzegłam dwie poważne zalety. Raz, znalazłam SFowowść. Cięłam brzytwą, oglądałam z prawej i z lewej i czuję się przekonana. Udało Ci się przenieść mnie w odległe galaktyki. 

Miło to słyszeć i bardzo dobrze, że cięłaś brzytwą! :) 

Drugi aspekt jest nieco powiązany, ale podobają mi się wszelkie technikalia. Opisy skał, maszyn, operacji w złożu robią wrażenie, a mówię to jako absolwentka techniku geologicznego ;)

Zaskoczyłaś mnie z tym technikum geologicznym. Czyli mój tekst przeszedł test technika i nie ma rażących błedów? To cieszy. Myślę, że podstawowy research zrobiłem: sprawdziłem jaka mogłaby być głębokość odwiertu, jakie rodzaje skał i gdzie leżą, co i po co mogliby wydobywać, warunki na Tytatnie typu grawitacja i temperatura, itp.

Dlatego, choć nie rzucona na kolana, ale usatysfakcjonowana będę na TAK. 

Bardzo się cieszę, że ostatecznie zdecydowałaś się być na tak! Wielkie dzieki za docenienie i pozdrawiam serdecznie!

Witaj MichaelBullfinch!

 

A ja stanę w kontrze do większości komentujących. Moim zdaniem fajny zabieg, żeby nie rozwijać wątku czym tak naprawdę artefakt jest, a skupić się na wydarzeniach, które wokół artefaktu się dzieją.

No to jesteś jedynym, którego przekonał ten zabieg, co mnie niezmiernie uszczęśliwiło! Zgadza się, że chciałem pokazać wydarzenia głównie z punktu widzenia biorących w nich udział (choć narrator jest wszechwiedzący), a oni mogli tylko domyślać się jaką wartość ma znalezisko (na podstawie jego cech fizycznych, oraz tego, jak bardzo korpo je chciała mieć). 

Świetnie rozbudowałeś bohaterów, niby nic ważnego się nie działo w ich rozmowach z początku, ale pozwoliło to ich polubić. Ogólnie każdy bohater jest ciekawy, łącznie z tymi drugoplanowymi i nawet małpką. W tej kwestii jestem zachwycony. 

Fajnie, że spodobali Ci się bohaterowie. Ben poświęcił się, bo był samotnikiem, który nie potrafił sobie znaleźć miejsca w życiu, a poświęcenie dla kumpla nadawało jego życiu jakiś sens (choć jednocześnie to życie kończyło). Co do Miquela, to, gdyby przeżył, zaszyfrowana wiadomość do żony (z lokalizacją artefaktu) nie odgrywałaby właściwie żadnej roli.

Gorzej wypadło tempo, niektóre fragmenty troszkę mi się dłużyły, jak rozmowa z hitmanem, gdy Miquel jechał po wiertła, ale nie traktuj tego jako wielki zarzut, ogólnie czytało się w miarę równo i byłem wciągnięty.

Dla mnie taka uwaga jest cenna, bo pokazuje, żeby mocniej ciąć niektóre fragmenty. Problemem jest to, że znam tekst tak dobrze, że nie wiem który fragment jest oczywisty dla czytelnika, a który wnosi coś nowego. Być może ten akurat fragment był zbyt długi. Metodą na to jest pewnie odczekanie, aż się trochę tekst zapomni, ale to pewnie bym musiał odstawić tekst na pół roku. ;)

Język, w dużej mierze techniczny, może nie zachwycił, ale z pewnością jest bardzo poprawnie, nie potykałem się.

Tak, jestem świadom tego. Piszę w dość prosty sposób. Sprawa nad którą powinienem popracować. 

Bardzo podobało mi się zakończenie, może i bohaterowie przypłacili to życiem, ale udało im się wyrolować złoli. 

Bohaterowie zginęli, bo znaleźli coś, czego nie powinni. Taki to już ten świat na skraju cywilizacji: brutalny i bezwzględny.

Ogólnie świetnie się bawiłem i w tym miejscu muszę powiedzieć, że żałuję, że nie dotarłem tu wcześniej z braku czasu, bo z pewnością dołożyłbym pół TAK-a. Wybacz, nie zdążyłem. Ale mam nadzieję, że sama chęć coś dla Ciebie znaczy, życzę Ci Piórka, bo bardzo umiliłeś mi wieczór tym tekstem. Czekam na kontynuację.

Dziękuję za przeczytanie i przychylną recenzję! Wiele to dla mnie znaczy. Cieszę się, że test Cię rozerwał. Będzie kontynuacja. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hej! Całkiem ciekawe, i nieźle napisane. Przyznam, że fantasty to nie do końca moje klimaty. Widzę przewrotność Twojego świata: demony są dobre, Jasny Bóg jest zły – czy to jakiś charakterystyczny element dark fantasty? To pewnie głupie pytanie, ale nic nie wiem o tym gatunku. Aigulf jako Ganzo odkupuje swoją winę poświęcając życie – ma to logikę. Jednak brakuje mi wyjaśnienia jego nagłej przemiany. Czy tak mocno podziałała na niego rozmowa ze starcem? Niejasne jest też dla mnie dlaczego Samo nagle zmienił się w kota. Rozumiem, że też był demonem, ale czemu przemiana nastąpiła akurat w momencie, kiedy leciała w niego tyczka?

Ogólnie spoko opowiadanie, polecam do biblioteki.

Hej! Temat nie jest nowy. Chiński filozof Zhuangzi w trzecim wieku p.n.e. zastanawiał się, czy przyśniło mu się, że jest motylem, czy też jest motylem, któremu śni się, że jest filozofem. Treść w jakimś stopniu też przywodzi na myśl “Vanilla Sky”.

Tekst od początku mnie wciągnął i byłem ciekaw w jaki sposób wplączesz bohaterkę w świat na granicy snu i jawy. Poczucie imersji wzmagały naturalne dialogi (szczególnie z przyjaciółką) i sugestywne sceny (fajny opis klubowego klimatu w starym magazynie: fluoroscencyjnych drinków, poliestrowych futer nastolatek, laserów czy poświaty na twarzy Todda). Logika też jest na miejscu i dobrze, że istnieje metoda na rozpoznanie rzeczywistości poprzez obserwację tarcz zegarów. 

Koncówka wskazująca, że bohaterka jest już od dawna w “sieci” kontrolowanego snu oraz chwyt z Toddem, który okazał się pracownikiem firmy, zgrabnie zamknęły fabułę. Nie ukrywam, że bardzo lubię opowiadania, w których poczucie rzeczywistości się rozjeżdza. Twoje czytałem z wielką przyjemnością. Klikam i pozdrawiam!

Ładne i pozytywne. 

– Masz skrzydła?

– Jak się umyjesz, to ci pokażę.

Sprytnie aniołek zagrał.

Chyba się zdenerwował. Usiadł na krześle. Podrapał się po głowie.

– No to nie wiem. Myślałem, że to zadziała. Nie chcę stracić tej roboty.

I drugie celne zagranie. Coraz bardziej mi się ten anioł podoba. :)

– Niby tak, ale jesteś już moją trzecią. Poprzednie dwie się zabiły. Jak ty zrobisz to samo, ześlą mnie do Czyśćca.

Anioły do czyśćca nie trafiają, ale niech będzie. ;) Może trochę jej nakłamał, ale w dobrej sprawie?

 

Podoba mi się pomysł na anioła, który pokazuje się od “ludzkiej” strony. Przez chwilę nawet pomyślałem, że role się odwrócą, anioł się posypie i to dziewczyna będzie go ratowała. :)

No ale może aniołek tak sprytnie to wszystko sobie wymyślił, żeby na nią wpłynąć. Wówczas powinien dostać awans.

 

Pozdrawiam!

 

Witaj Ślimaku Zagłady!

 

 Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, czym mianowicie jest artefakt, co czyni go tak cennym, że korporacja jest gotowa ponosić znaczne koszty i ryzyko, żeby go zdobyć (gdyby chodziło o samo zbadanie struktury materiału, to mają już wcześniejsze próbki).

Tak, wiem i przyjmuję krytykę. Następnym razem publikując będę pamiętał, żeby powiedzieć nieco więcej na temat centralnego przedmiotu opowiadania. Prawie każdy czytelnik mi to zarzucił, więc nie ma co polemizować. Moje założenie, żeby pozostawić artefakt tajemniczym, nie sprawdziło się.

Na marginesie: nie chodziło tylko o zbadanie struktury znaleziska, bo, jak słusznie zauważasz, to już wstępnie zrobili z wcześniejszymi dwiema próbkami. Mogło chodzić np. o następujące kwestie:

1. Supertwardy materiał nie wpadł w ręce konkurencji – chcieli zdobyć przewagę konkurencyjną (brutalna gra między gigantami w przemyśle wydobywczym). 

2. Nie potrafili skopiować tego materiału, a potrzebowali do wierteł (praktycznie niezniszczalnych).

3. Kostka posiadała inne własciwości, które były bardzo cenne.

W kategoriach opowiadania przygodowego nie jest to bardzo satysfakcjonujące, że bohaterowie dość chaotycznie próbują poradzić sobie z nasłanym agentem i na koniec giną, natomiast może to być trafne jako przesłanie o tym, że rozwój techniczny ludzkości nie wyhamowuje bezwzględności i żądzy zysku – w tym też pomogłoby lepsze naświetlenie stawki.

Moim zamysłem byo pokazanie właśnie tego o czym mówisz – rozwój technologiczny nie zmienia natury ludzkiej. Może ułatwia kontrolę nad ludźmi? 

 Może jako element większego świata tekst sprawdziłby się lepiej, jako samodzielny utwór jest w porządku, ale co do Piórka będę na NIE.

Rozumiem, to cenna uwaga.

 

Interpunkcję skoryguję. “Spowita cieniem” jest poprawne, zgoda. “Trójgran” brzmi ciekawie, ale nie wiem czy ktokolwiek by zrozumiał o jaka bryłę chodzi. 

 

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie oraz za wnikliwe komentarze.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Cześć Beeecki!

 

Zacznę od plusów, bo jest ich dużo więcej. (…) Pod tym kątem Twój tekst oceniam bardzo pozytywnie. Fabuła jest wartka, technologia zdaje się mieć swoje uzasadnienia i sens, a do tego nie jest wprowadzana sztuka dla sztuki, tylko zgrabnie wtłoczona w wydarzenia. (…) Do tego dodałeś wyrazistych, mięsistych bohaterów i aurą klimatu wokół nich. No lejtenant jest kapitalny!

Przywróciłeś mi wiarę, że jednak to moje pisanie ma jakiś sens. Bo po komentarzu Hollyhell trochę zwątpiłem. :) 

No i wszystko pięknie, tylko ten artefakt nieszczęsny…

Tak, to już niestety wiem. ;) Mam naukę na przyszłość. Element, który chciałem pozostawić w sferze domysłów i który, jako tajemnica, miał wzbudzać tym większe zainteresowanie historią, okazał się przysłowiowym gwoździem do trumny. ;) 

Czy nie mogło być “sceny po napisach”, gdzie wierchuszka korporacyjna zbiera się na zarządzie z naukowcami i analizują konsekwencje nieznalezienia artefaktu, zdradzając, choćby odrobinkę, czym on jest i do czego służy?

Tak, zdecydowanie tak powinienem był zrobić. Albo gdzieś w tekście dać sugestię. Next time. 

Niemniej, urzekłeś mnie i przez całe czytanie myślałem sobie “jestem na TAK”. Abstrahując od wyżej wskazanych przeze mnie plusów, ma to też ten swój subiektywny aspekt oceny. Po prostu mi się to opko bardzo podobało, tak Muza zadecydowała.

Miód na moje uszy, dziękuję bardzo za tak pozytywną opinię oraz głos na “TAK”! Właściwie najbardziej mnie cieszy, że opowiadanie Ci się po prostu podobało, bo to dla mnie najważniejsze. Tekst przede wszystkim musi się dobrze czytać. Inna sprawa, że żeby się dobrze czytał, wiele kryteriów musi być spełnionych. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Rozumiem ból publikowania pojedynczych opowiadań w świecie, który tworzysz, mam koło 30 stron notatek o Verdis, których nie mogę zamieścić w każdym z krótkich opowiadań, więc rzeczy muszą po prostu być w tle (…) Publikujesz te opowiadania tutaj, czy w innym miejscu? 

Chyba jedyne co się da w takiej sytuacji zrobić, to skomponować dany fragment w taki sposób, żeby sam w sobie stanowił jak najbardziej atrakcyjny tekst dla czytelnika: miał wyraźny początek i koniec, nie odnosił się za dużo do świata “zewnętrznego” (bo czytelnik nie wie co zrobic z taką informacją), żeby był oparty na jakimś autonomicznym pomyśle. W szczególności zamknięcie jest ważne (morał, plot twist, coś, co daje do myślenia itp.).

Publikuję tu, moje ostatnie opko jest własnie taką próbą, ale jak przeczytasz komentarze, to zobaczysz, że chociaż w miarę się podobało, to dla czytelników jest za dużo znaków zapytania.

Co do zakończenia, myślałem, czy Kara nie zrobiła by czegoś drastyczniejszego. 

Myślę, że jest ok. Mnie zainteresowała bardziej postać młodszej córki (bo jest aktywna i ambitna, wchodzi w ryzykowne sytuacje, łamie schemat). Fajnie jakby znalazła pracę, która nie jest po prostu prostytucją, ale czymś charakterystycznym dla Twojego świata. Może coś z mindhive? Sprzedaje nie tyle (nie tylko) ciało ale i umysł? Chociaż pewnie to działa inaczej.

Dla niej życie się skończyło. Każda następna scena będzie echem wyborów i przemilczeń, które podejmowała, gdy był jeszcze czas na reakcję. 

Jeżeli chcesz rozwijać Karę, to pomyślałbym jak ją związać z wątkiem fantastycznym.

Podobało mi się. Mocne wejście w psychikę bohaterki i twist na końcu. Tak jak i w “Cygance”, którą przed chwilą skończyłem, świetnie tworzysz klimat grozy (deszcz, walące wycieraczki, sama w samochodzie itd.). Postać Krzyśka i jego relacja z bohaterką analogiczna do postaci Adama z poprzedniego tekstu – facet próbujący uratować dziewczynę, która z jakiegoś powodu zapada sie w mrok. Brakuje elementu fantastyczego. Pozdrawiam!

Hej!

 

Mroczny, klaustrofobiczny tekst. Napisany jakby “na jednym tchu”. Kruki, gawrony, styczniowe światło, utwór Niemena o snach i mgle, powtarzająca się scena z cyganką i towarzysząca temu wszystkiemu nieokreślona groza zahaczają o atmosferę sennego koszmaru. 

Przyznam, że szkoda mi się zrobiło męża, który robił co mógł, żeby nawiązac kontakt z bohaterką. O ojcu, który w szpitalu popija spirytus, nawet nie wspomnę. Relacja z matką oparta jest o uniki i pretensje. Jednym słowem, bohaterka żyje w swoim wyizolowanym, przepełnionym lękiem świecie. Pokazałaś to perfekcyjnie.

 

Dłoń trzymająca błyskotkę jest długa i smukła, powleczona pomarszczoną skórą o odcieniu bursztynu. Szpiczaste paznokcie czerwienią się na tle szarego futra, w które ubrana jest Cyganka.

Ten opis jest świetny. Zazgrzytał mi natomiast inny fragment. O ile: “Podejdź złociutka” dobrze oddaje postać cyganki, to już: “Bogaci Cyganie (…) jeżdżą wypasionym mercedesem” dużo mniej. “Wypasiony” to raczej slang młodzieżowy.

 

Czy uchroniłoby to przed śmiercią tamtą kobietę? Tamta kobieta miała dziecko, ja nie mam dzieci. Nigdy nie chciałam mieć.

Jaką kobietę?

 

Samochód rusza do tyłu. Powinnam ich zatrzymać, oddycham tylko z ulgą. Chwilę potem rozlega się huk…

Huk samochodu? “Nie wziął okularów?” – dlatego? 

 

Jest tu kilka wątków, których nie rozumiem. Czytając, miałem wrażenie, że wydarzyło się coś tragicznego, czego nie dopowiadasz. Chodzi po prostu o porwanie bohaterki? O to, że sama się na to zdecydowała? Poddanie się cygance jest metaforą rezygnacji z życia osoby w depresji?

 

Ogólnie duży plus, klik i pozdrawiam!

Witaj! Niezłe, podobało mi się. Jestem właśnie po przeczytaniu części o matce, dwóch córkach i zmaganiu się z nagłą biedą. Tam nieco zabrakło fantastyki, natomiast w tym tekście jest już sama fantastyka, i to z pomysłem. Jednocześnie, zgadzam sie z opinią Roberta Raksa, że to bardziej scenka niż opowiadanie. Chętnie przeczytałbym coś dłuższego opartego na koncepcji hivemind. 

Po prostu jeszcze czuję, że brakuje mi warsztatu, aby napisać coś dłuższego.

Próbuj!

 

Pozdrawiam!

Hej!

 

O ile dobrze zrozumiałem, kobiety znalazły się w slumsach, bo ich dom zniszczyła akcja jakiegoś superbohatera? To kojarzy mi się z “The Boys”, ale też z opowiadaniem “Hell is the Absence of God” Teda Chianga, gdzie efektem ubocznym pojawiających się na Ziemi aniołów były m.in. pożary, zniszczenia domów i oślepienia ludzi. 

Matka nie dopuszczająca do siebie prawdy, próbująca robić dobrą mine do złej gry, powtarzająca sobie, że ich sytuacja jest tylko chwilowa, jest postacią prawdopodobną. Dynamika między siostrami również przekonuje. Młodsza córka trochę desperacko idzie drogą na skróty, starsza nie wytrzymuje tego i popada w uzależnienie. Ok, drobiazgowo i realistycznie to opisałeś.

Mam dwie uwagi krytyczne. Po pierwsze, tak jak sam przyznałeś, to bardziej opowieść z gatunku obyczajowych, niż fantastyka (opowiadanie w zasadzie nie zmieniłoby się, gdyby ich dom zniszczyła wojna/ rewolucja/ wybuch gazu/ dron itp.). Po drugie, nie widzę tu spajającej klamry. Co prawda opowiadanie posiada wyraźny początek: nowy dom oraz koniec: odejście młodszej córki, ale w moim odczuciu to za mało. Mam chyba też z tym problem u siebie, bo chcę pokazać wycinek większego świata poprzez serię tekstów, które czytałyby się jako “pełnoprawne” opowiadania, a nie jako rozdziały.

Myślę, że opko by mogło zyskać, gdyby jednak młodsza córka znalazła pracę, która nie jest po prostu prostytucją (chociaż daljesz jedynie aluzje, że to właśnie ta praca), a czymś zawierającym w sobie element fantastyczny i niespodziewany. Może coś związanego z bohaterami, może coś zupełnie innego?

 

Mimo tych zastrzeżeń historię trzech kobiet czytałem z zainteresowaniem. Opowiadanie oparte było na względnie udanym niuansowaniu psychologicznym postaw osób, które znalazły sie w obliczu nagłego i niezawinionego nieszczęścia i które zostały potraktowane niesprawiedliwie. Dlatego polecę opko do biblioteki. Pozdrawiam!

Hej!

 

Gratuluję nieposkromionej wyobraźni i poczucia humoru! Barwni bohaterowie i afera międzynarodowa. Bardzo przyjemna lektura.

Fajna gra brzmieniem z tym Nietzschem (pamiętaj o “z” w jego nazwisku). :) Niby banalne, ale w kontekście akurat tamtego dialogu zagrało. 

Zastanawia mnie jak Adam odgadywał pogodę na odległość? Czy myślał o danym obszarze i wtedy pojawiał sie ból? 

– Ahmed, ty psie! – Mustafa zdzielił napastnika ozdobną główką laski, z którą rozstawał się w wyjątkowych tylko okolicznościach (a te do takich nie należały). – Dobierasz się do mojej Ipek?!

Tu chodzi o Ahmeda czy o Adama?

 

Klik ode mnie i pozdrawiam!

Witaj Grzesiek12!

 

Perfekcyjnie streściłeś opowiadanie, wplatając w streszczenie komentarze. Chciałbym się odnieść do jednego zdarzenia, według mnie ważnego, które chyba za słabo podkreśliłem w tekście.

Miguel odbiera podejrzany telefon. Jakiś Rosjanin proponuje mu nielegalne odkupienie znalezionego na Tytanie metalowego przedmiotu za dużą kwotę pieniędzy. Miguel jednak jest ostrożny, obawia się o swoje życie i swoich bliskich. 

Postanawia ratować przed zagrożeniem swoją żonę i synka oraz Bena. Uwikłał się w duże kłopoty. 

Po telefonie od Rosjanina, Miquel wyrzuca kostkę na powierzchnię Tytana. Wysyła zakodowaną informację żonie, w której na początku podaje współrzędne geograficzne miejsca, gdzie wyrzucił ten obiekt, a później robi aluzję do koordynatów: “5209342020581019. Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia. Nas od niego dzielą minuty, może sekundy.” Stopnie, minuty i sekundy – to długość i szerokość geograficzna. Kieruje też żonę do zaufanego człowieka, Santiago, który być może będzie wiedział co zrobić z tą wiadomością. 

 

Wielkie dzięki za dokładne przeczytanie oraz obszerny komentarz. Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Nowa Fantastyka